E-book
13.65
drukowana A5
41.02
Szesnaście żywiołów

Bezpłatny fragment - Szesnaście żywiołów

geneza emocji


5
Objętość:
196 str.
ISBN:
978-83-8221-718-6
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 41.02

Szesnaście żywiołów geneza emocji (lata 6945–7446 według kalendarza elfów Olivinir, lata 1520–2021 według kalendarza słonecznego krainy Touss)

Królestwo Ludzi
Leśny Kontynent

Prolog

(Lata 1520–1530 według kalendarza słonecznego krainy Touss)

„To taka przemożna ochota, by…”

— Matylda


Na ziemi dywan. Czerwony z czarno-żółtymi elementami, tworzącymi niesamowite wzory. Chwilami dostrzec na nim można było zamki, które po chwili zmieniały kształty i stawały się całkowicie czym innym (jedynie przy rozbudowanej wyobraźni patrzącego, rzecz jasna). Drzwi całe białe, dość masywne, na nich cztery prostokątne wgłębienia. W lewym przeciwległym rogu do drzwi potężne łóżko. Wielka, drewniana rama, a w niej miękki materac z najlepszego materiału w królestwie, materiału godnego, aby spała na nim sama księżniczka. W prawym rogu przeciwległym do drzwi regał szeroki na pięć metrów i wysoki na dwa. W nim pięćdziesiąt półek, wszystkie zapełnione książkami. Przy samym regale ustawiona komoda szeroka na dwa metry i wysoka na metr. W niej cztery wysuwane szuflady, wszystkie w pełni zapełnione strojami księżniczki Matyldy. Jej matka zawsze nalegała zarówno na większą ilość ubrań, jak i samej przestrzeni dla nich, lecz Matylda zawsze odpowiadała: „Daj spokój”. Jeden czerwony fotel, niezwykle wygodny, służący jedynie do czytania. Naprzeciw komody kolejne drzwi, wykonane z drewna, tak jak pierwsze, tym razem koloru brązowego, bez jakichkolwiek wzorów. Drzwi te prowadziły do niewielkiej łazienki, w której znajdowały się jedynie latryna i wanna, obie wykonane z marmuru. Ściany łazienki w całości wyłożone płytkami. Sufit pomalowany na biało. Ściany w pomieszczeniu natomiast pomalowane kolorem nadziei — zielonym. Znajdowały się tutaj również dwa okna. Jedno umiejscowione pomiędzy łóżkiem a szafą, drugie natomiast — metr na prawo od drzwi do łazienki. Na komodzie ustawione piętnaście świec w pięknych, złotych świecznikach. Kapcie i stertka ubrań zawsze stojące w tym samym miejscu przy łóżku, gdy Matylda śpi. Trzy świeczniki wmontowane w ścianę pół metra na prawo od okna przy drzwiach do toalety, w nich świece, palące się każdej nocy, wymieniane codziennie przez służbę podczas innych czynności, które wtedy wykonywano. Zawsze jedynie wtedy, gdy Matylda spała.

„To taka przemożna ochota, by podejść do komody i wysunąć dolną szufladę. W niej znajduje się…”

— Matylda


Tamtego dnia Matylda obudziła się z samego rana. Ziewnęła i przeciągnęła się, po czym wstała. Gdy ubierała się, zauważyła, iż lubiła poranne wstawanie. Wstające na horyzoncie słońce napawało optymizmem. Wyjrzała przez okno, miała piękny widok, jako że jej pokój znajdował się w najwyższej wieży w mieście. Zawsze, spoglądając przez okno, czuła lekką radość, lecz natychmiast po niej pojawiała się nostalgia, a po niej już tylko smutek… Jak codziennie po wstaniu Matylda udała się do łazienki i wyjątkowo wzięła szybką kąpiel. Gdy wróciła do pokoju, już czekały na nią kanapki wraz z ciepłą herbatą. Tym razem nie przyniosła ich jej matka, jak zwykle bywało, przyniósł je Nieśmiertelny. Matylda ujrzawszy go, swobodnie powiedziała:

— Cześć.

Ukłonił się sztywno i rzekł tym swoim wiecznie spokojnym i basowym głosem:

— Pani.

— Mama dziś nie przyszła, dlaczego?

— Królowa jest dość zajęta.

— Rozumiem.

— Przykro mi, muszę już iść. Smacznego.

— Dziękuję.

Matylda zjadła na łóżku. Jej mama nalegała, by miała stół w pokoju, ale Matylda nie chciała, aby stół zagradzał jej włości. Poza tym nie przeszkadzało jej jedzenie na łóżku. Natychmiast po zjedzeniu odłożyła talerzyk i kubek na komodę, po czym zgasiła trzy wciąż palące się świece. Kiedyś gasiła je służba, lecz Matylda, wstając, zawsze była przerażona, że jakoś magicznie świece gasną w nocy. W związku z tym teraz gasiła je osobiście zaraz po wstaniu. Nie zawsze, ponieważ czasem zdarzało się jej spać w dzień i siedzieć w nocy. Wtedy po wstaniu odpalała kilka kolejnych.

Po odłożeniu talerzyka i kubka wzięła książkę z półki i udała się do toalety. Aktualnie czytała dzieło zatytułowane Proza szlachetności. Było to genialne dzieło, które przenosiło czytelnika do innego świata. Dla Matyldy było to niezwykle istotne. Taka ucieczka ratowała jej życie, pozwalała przetrwać.

Czytała ponad godzinę w toalecie, aż delikatnie zesztywniały jej nogi z braku krążenia. Wiedziała, że to znak, iż musi przenieść się na fotel. Spędziła kolejne cztery godziny, czytając na fotelu. Zamierzała tego dnia ukończyć to dzieło i następnego zacząć kolejne. Miała jeszcze tak wiele do przeczytania, tak wiele do poznania.

Matylda miała dopiero dwadzieścia lat, lecz była o wiele dojrzalsza, niż sugerował jej wiek. Była świadoma swej dojrzałości, nawet miała teorię wyjaśniającą tę nietypową sytuację. Dzisiaj postanowiła ją przedstawić swojej mamie, była ciekawa jej reakcji. Ta właśnie weszła do pokoju, przynosząc obiad. Mama Matyldy była wysoką kobietą o blond włosach, sięgających ramion, i błękitnych oczach. Dla Matyldy była ona uosobieniem wszystkich królowych z baśni. Matylda zawsze była zła na siebie, że nie odziedziczyła jej urody, choć jej wygląd był nawet bardziej fascynujący i niezwykły niż jej czarująco pięknej matki.

Matylda miała długie do ramion, jaskrawozielone włosy i oczy tego samego koloru. Nikt w krainie Touss nie miał takich włosów. Inni zawsze fascynowali się nimi, mówili, iż są przepiękne i niezwykłe. Księżniczce ta niezwykłość przeszkadzała, wręcz bała się jej do pewnego czasu, aż dowiedziała się, jak się sprawy mają. Poznała prawdę o swoim rodzie, rodzie Patiens i krainie Touss, którą znała tylko ona, jej rodzice i Nieśmiertelny. Matylda była średniego wzrostu, o mlecznobiałej karnacji i piersiach średniej wielkości, za co była zła na los. Zawsze wtedy pocieszała się świetną figurą. Nawet gdy objadała się wieczorami słodkim, nigdy nie wychodził jej brzuszek, tak wielce niepożądany. Zawsze miała wcięcie w talii, którym w chwilach radości potrafiła się szczycić, niestety jedyne przed sobą i jedynie w myślach. Anna Patiens położyła obiad na komodzie, po czym przytuliła córkę.

— Jak się czujesz, córeczko?

Matylda nie lubiła takiego zachowania matki, zawsze było jej wtedy smutno. Wiedziała, że ma ona dobre intencje, a całość zachowania wynika z troski, lecz ta sama troska uwypuklała sytuację, w której Matylda się znajdowała. Delikatnie odepchnęła matkę.

— Mamo, mówiłam ci już o zachowaniach tego typu.

Królowa przewróciła oczami i powiedziała:

— Przepraszam.

— Nie musisz przepraszać, nie o to tutaj chodzi. Usiądź na chwilę, muszę ci o czymś powiedzieć. Myślałam ostatnio o pewnej fascynującej rzeczy.

Annie mocno się śpieszyło, lecz nie mogła odmówić Matyldzie. Usiadła na fotelu, milcząc.

— Kiedyś zastanawiałaś się, skąd wynika moja dojrzałość, która jest zbyt jaskrawa, aby ją podważać.

— To prawda.

— Ostatnio o tym myślałam. — Matylda wstała i zaczęła krążyć po pokoju, jednocześnie mówiąc z fascynacją. — Bo widzisz, co tak właściwie sprawia, że czterdziestolatek jest czterdziestolatkiem, a dwudziestolatek jest dwudziestolatkiem?

— Nie mam pojęcia.

— Najprostszą i najwłaściwszą odpowiedzią jest: to, że czterdziestolatek przeżył lat czterdzieści, a dwudziestolatek przeżył dwadzieścia. Wiem, to dość banalne, ale właściwie genialne jednocześnie przy właściwym zrozumieniu. A co, jakby w ciągu dwudziestu lat przeżyć lat trzydzieści? I czy to w ogóle możliwe?

Anna słuchała zaintrygowana, jej córka każdego dnia ją szokowała. Matylda kontynuowała:

— Przeżywanie to każda sekunda wspomnień i emocji, każda sekunda naszej historii, zapisanej gdzieś głęboko w nas. A więc starzenie się to doświadczanie, i zawsze sekunda jest sekundą, a minuta jest minutą, lecz zrozumiałam, że czas można zagiąć. Nie dosłownie, rzecz jasna. Można zagiąć to, w jaki sposób go odczuwamy. Zawsze, kiedy czytam, w przeciągu paru godzin przeczytam i — co najważniejsze — przeżyję, nie w sensie życia, lecz w sensie odczuwania, o wiele więcej czasu. Nie twierdzę, że jest to jeden do jednego. Kiedy w ciągu dnia przeczytam książkę, w której minie, powiedzmy, tydzień, nie minie dla mnie tydzień, choć na pewno też nie jeden dzień. Myślę, że stąd właśnie wynika moja dojrzałość: dzięki temu, że przeczytałam masę książek w ciągu dwudziestu lat życia, emocjonalnie przeżyłam o wiele więcej. — Matylda spojrzała na matkę zaniepokojona. — Nie jestem pewna, czy właściwie ubrałam w słowa całość tej myśli, do tego pamiętaj, to tylko wstępne rozważania, co do których nie jestem jeszcze do końca pewna.

Anna analizowała przez dłuższą chwilę słowa swojej córki, po czym powiedziała:

— W zupełności się z tobą zgadzam, lecz niestety muszę już iść, przepraszam.

Matylda wyraźnie posmutniała.

— Ale dopiero co weszłaś.

Anna pocałowała córkę w czoło.

— Przepraszam, córeczko, naprawdę mam wiele do zrobienia. Musisz opowiedzieć o swojej teorii Nieśmiertelnemu, wiesz, że on sięga umysłem dalej niż inni. — Po tych słowach Anna opuściła pokój Matyldy. Ta natomiast chwilę jeszcze myślała nad swoją ideą, jedząc, po czym powróciła do czytania. Czytała aż do wieczora i w końcu położyła się spać. Zasypiając, uznała, że był to dobry dzień, mimo że Nieśmiertelny i mama byli u niej ledwie chwilę. Dziś się nie smuciła, ani nie zadręczała, co było dość niezwykłe.

„To taka przemożna ochota, by podejść do komody i wysunąć dolną szufladę. W niej znajduje się rzecz, której normalnie nie chcesz mieć w komodzie…”

— Matylda


— Co o tym myślisz? — Matylda podekscytowana chodziła po pokoju, bardzo zależało jej na zdaniu Nieśmiertelnego. Ten długo myślał, gdyż myśl jego rozmówczyni była dość głęboka.

— Zastanawiam się, czy wynika to z „zagięcia czasu”, czy może z tego, jak ten czas wykorzystujemy.

— A więc twierdzisz, że mimo intensywnych przeżyć podczas czytania w trakcie jednego dnia mija jedynie jeden dzień, natomiast sęk tkwi w jakości wykorzystania tego czasu?

— Dokładnie, porównałbym to do przemieszczania się w czasie. W trakcie godziny pieszo możesz przebyć o wiele mniejszą odległość od tego, ile byś przemierzyła, jadąc konno. Przemierzając większą odległość, również doświadczysz więcej, więcej ujrzysz. Analogicznie czytanie, jak i intensywne rozwijanie się, to tak jakby szybsze przemieszczanie się w czasie.

Matylda myślała dość długo, myśl Nieśmiertelnego była dość zawiła i dla niej niejasna.

— Takie emocjonalne przemieszczanie się?

— Określiłbym to bardziej jako przemieszczanie się po różnych płaszczyznach związanych z naszym rozwojem. Rozwój emocjonalny, intelektualny, zdobywanie mądrości. Twoją dojrzałość związaną z tym, iż wiele czytasz, bardziej określiłbym jako rzetelne spojrzenie na rzeczywistość związane z brakiem naiwności.

— Brakiem naiwności, a więc w skrócie z mądrością?

— Dokładnie.

— Ale czy to nie oznacza, iż w trakcie dwudziestoletniego życia nie przeżyłam więcej lat?

— Myślę, iż jest to naciągana teoria. Po prostu lepiej wykorzystałaś te dwadzieścia lat, bardziej się rozwinęłaś. Odmienne zachowanie starców wynika ze zdobytego podczas życia doświadczenia i mądrości, dla mnie wynika z ogólnie rozumianego rozwoju, choć same przemierzanie czasu nie musi wiązać się z rozwojem.

— Nie rozumiem? Można nie iść do przodu, przemierzając czas?

— Tak, to prawda. Przemierzając życie, każdy doświadcza i zdobywa wiedzę, lecz istnieje wiele substancji, które mogą człowieka cofać w rozwoju, do tego w większości są to substancje mocno uzależniające, to po pierwsze. Drugą rzeczą jest to, że rozwój jest trochę jak kula śniegowa. Osoba, która jest dość rozwinięta, na przykład intelektualnie, docenia intelekt i wie, jak bardzo wpływa on na nasze decyzje i zachowania, jak bardzo wpływa na nas. Taka osoba będzie chciała dalej się rozwijać intelektualnie. Taka osoba będzie chciała się intensywnie douczać i rozwijać, jednakże sprawy mają się zupełnie inaczej w przypadku osoby zaślepionej głupotą. Po trzecie bardzo łatwo jest wpaść w błędne przekonania, które mogą dać intelekt, a z drugiej strony blokują zdobywanie mądrości. Można się intensywnie rozwijać intelektualnie przez całe życie, a mimo tego wierzyć w stek bzdur i na podstawie tych nieadekwatnych do rzeczywistości prawd podejmować decyzję. Jest to bardzo niebezpieczne. Ile było ideologii, które popchnęły ludzi do czynów moralnie złych? Do czynów po prostu głupich?

Matylda przetwarzała to, co powiedział Nieśmiertelny, i analizowała, po czym powiedziała:

— A więc można przeżyć ten sam czas bardziej intensywnie, lecz nie oznacza to dokładnie, że w trakcie lat dwudziestu przeżyło się lat trzydzieści. Oznacza to natomiast, że te dwadzieścia lat było bogate w poznanie, co oznacza, że w trakcie tego czasu można przemieścić się o różne odległości na skali rozwoju. Analogicznie do przemieszczania się w przestrzeni.

— Dokładnie, takie jest moje spojrzenie na tę sprawę. Oczywiście nie istnieje jakakolwiek skala rozwoju, natomiast chyba oboje rozumiemy, iż to określenie jest używane jedynie na potrzeby zobrazowania tej myśli i nie jest trudne zrozumienie, co ono określa.

— Tak, rozumiem, lecz zwróć uwagę, jak złożone jest to pojęcie. Skala rozwoju oznacza nie jedynie rozwój intelektualny. Dochodzi tutaj mądrość, rozwój emocjonalny, nawet rozwój empatii, który nie zawsze musi iść w parze z rozwojem emocjonalnym. Do tego każdy z tych poszczególnych rozwojów jest bardzo złożony, na przykład intelekt dzieli się na masę różnego rodzaju wiedzy.

— Tak to prawda. — Nieśmiertelny, do tej pory siedzący w fotelu, wstał. — Przykro mi, Matyldo, muszę już iść.

Matylda jedynie pokiwała głową i powróciła do swych przemyśleń. Musiała to sobie poukładać, jej wcześniejsza myśl była błędna, lecz jednocześnie bliska prawdy. Dopiero Nieśmiertelny zdołał jej zobrazować tę kwestię w sposób wystarczający i przekonujący. Nieśmiertelny żył już setki lat i był o wiele bardziej rozwinięty niż inni, których Matylda spotkała podczas swojego życia, jego spojrzenie na wiele kwestii było niesamowicie mądre.

Dziewczyna wyjrzała przez okno. Na dworze padał deszcz, co nie zdarzało się często w krainie Touss. Myśli dziewczyny krążyły dookoła rozmowy z Nieśmiertelnym i były one pozytywne, lecz dość szybko obrały niepożądany kierunek.

„A więc intensywnie się rozwijam, super”. Twarz o szerokim uśmiechu. Patrząc na nią, samemu uśmiechalibyśmy się odruchowo. Tyle że to nic nie zmieniło… Uśmiech natychmiastowo zniknął, całość wyrazu twarzy się zmieniła, powoli pojawiały się na niej uczucia całkowicie odmienne. „Po co mi ten rozwój, skoro i tak nigdzie nie wychodzę?”. Powoli wypływające na zewnątrz uczucie smutku widoczne w oczach, krzyczące z rysów twarzy. „Nieważne, jak bardzo będę się rozwijać, zawsze będę nikim, jedynie brudną ścierą do wycierania”. Łzy napływające do oczu.

„To taka przemożna ochota, by podejść do komody i wysunąć dolną szufladę. W niej znajduje się rzecz, której normalnie nie chcesz mieć w komodzie, rzecz służąca do czynu bardzo złego. Do czynu, którego nie chcesz popełnić…”

— Matylda


Dokładnie pięćset lat temu na dworze księcia, który władał jednym z wielu małych księstw, którymi była porozdzielana cała kraina Touss, pojawił się niezwykły staruszek, który wszystko zmienił. Gdy wszedł na dwór, wszyscy zamilkli. Pozornie zwyczajny staruszek ubrany był w skromne szaty, ale jego oczy o różnych barwach, wymieszanych ze sobą i jakby wciąż się zmieniających, zdradzały, iż jest on kimś więcej. Było coś jeszcze, trudno to opisać, ponieważ było to coś, czego nie dało się zauważyć, lecz bez wątpienia dało się to poczuć. Wyczuwalny spokój bijący od tej postaci czuli wszyscy, spokój i niewiarygodną siłę, które to wręcz wybrzmiewały w powietrzu i sprawiały, iż powietrze dookoła tej niesamowitej postaci drżało. Dworacy opuścili salę jak na polecenie, wychodząc jedynie przyglądali się przybyszowi, jak się później okazało, przybyszowi z dalekich krain. Staruszek stanąwszy przed tronem, ukłonił się i przemówił:

— Witam największego i bez wątpienia najmądrzejszego spośród książąt krainy Touss, bo czyż wielkość nie wynika z mądrości? Oferuję waszej książęcej mości przymierze.

Książę chciał poruszyć się na swym wielkim tronie, lecz zaistnienie tej jakże nietypowej sytuacji go sparaliżowało. „Dlaczego po wejściu tego starca wszyscy wyszli jakby na polecenie? Dlaczego jego szata jest tak absurdalnie czysta? Dlaczego czuję się, jakby był to najistotniejszy moment w moim życiu? Dlaczego jest w nim coś takiego, że sprawia… Coś takiego… To tak, jakby wniósł ze sobą do tego pomieszczenia spokój”.

— Na czym miałoby polegać to przymierze?

— Na dobrowolnym poświęceniu się jednostki.

— Nie do końca rozumiem.

— Cała kraina Touss porozdzielana jest na małe księstwa, które to toczą ze sobą wojny od lat, wojny, w których ginie wielu ludzi, wojny, w których wielu ludzi cierpi. Oferuję ci całą krainę Touss jako królestwo, którym twój ród będzie władał przez setki, a może nawet tysiące lat w pokoju.

Pierwszą myślą księcia było: „To niemożliwe, abyś miał taką moc sprawczą”. Mimo tego jakże oczywistego stwierdzenia książę gdzieś w głębi siebie miał pewność, że ów staruszek ma takową moc. Było to całkowicie irracjonalne, lecz właśnie tak było. Książę postanowił potraktować ofertę staruszka w zupełności poważnie.

— Również pragnę zjednoczenia krainy Touss pod moim sztandarem, ale dokonanie tego nie jest czymś łatwym.

— Nie dla mnie.

Książę delikatnie przechylił się w stronę staruszka:

— Z tego, co mi wiadomo, podczas przymierza obydwie strony są do czegoś zobowiązane. Załóżmy, że jesteś w stanie dokonać tego, co obiecałeś. Czego oczekujesz w zamian?

— Dobrowolnego poświęcenia jednostki — powtórzył przybysz.

— Czy mógłbyś wyjaśnić?

— W zamian za całkowity koniec wojen w krainie Touss jedna osoba z każdego pokolenia w rodzie Patiens będzie cierpiała niezasłużenie i będzie to niewiarygodny ogrom cierpienia, lecz nigdy nie będzie to dziedzic lub dziedziczka tronu.

Książę myślał przez dłuższą chwilę, bo była to absolutnie nietypowa propozycja, i doszedł do wniosku, że ma ona w sobie zawartą część absolutnie nie do spełnienia.

— Jak mogłoby być to dobrowolne poświęcenie jednostki, gdy osoby, które będą miały cierpieć, jeszcze się nawet nie narodziły?

— Wybiorę jedynie te osoby, które z czasem to zrozumieją i zaakceptują.

Książę wiedział, jak bardzo irracjonalna jest ta oferta, jednakże gdzieś wewnątrz siebie wiedział również, jak bardzo irracjonalne było to, co przed chwilą zaszło, jak bardzo irracjonalne było zachowanie wszystkich gości znających doskonale etykietę, gdy wszedł nietypowy staruszek. Jak bardzo irracjonalne były uczucia wypełniające pomieszczenie, które bez wątpienia były wywołane pojawieniem się tej fascynującej i niesamowitej osoby. Jak bardzo irracjonalna była ta pewność księcia, że jest to najważniejsza chwila w jego życiu. Irracjonalna była nawet siła, z jaką to uczucie pojawiło się, i towarzyszący temu niepojęty i tak bardzo wszechogarniający spokój. W związku z tym wszystkim książę stwierdził, że racjonalność może w tej specyficznej sytuacji jest niewystarczająca, wręcz myląca.

— Zgadzam się, jednakże jeżeli to, co mówisz, jest prawdą, chciałbym, abym pierwszą osobą cierpiącą był ja, ponieważ byłoby to z mojej strony nieuczciwe dać takie brzemię innym, samemu go nie zasmakowawszy.

Staruszek pokiwał głową z uznaniem, najwidoczniej spodobała się mu postawa księcia, po czym rzekł:

— W takiej sytuacji zaraz po zjednoczeniu całej krainy władzę będzie musiała przejąć twoja żona, jako że cierpienie będzie na tyle wielkie, iż nie byłbyś w stanie wykonywać tej funkcji.

Księcia zdecydowanie przeraziła ta myśl, lecz mimo tego rzekł:

— Dobrze.

Staruszek powolnymi krokami podszedł do wyjścia. Wtem zatrzymał się na chwilę, aby coś dodać:

— Nie martw się, w najtrudniejszych chwilach ja was wesprę. — Uśmiechnął się, po czym wyszedł.

Ten uśmiech dodał siły księciu. Siedem dni później książęta z całej krainy Touss postanowili się spotkać, aby zakończyć to niekończące się pasmo wojen i podziału krainy Touss na mniejsze księstewka. Po kolejnych siedmiu dniach doszło do spotkania, na którym głosowanie książąt miało uznać jednego spośród nich za prawowitego władcę całej krainy. Oczywiście nie obeszło się bez kłótni, lecz ostatecznie to ród Patiens został wybrany do tego, aby dzierżyć władzę w całej krainie Touss po wsze czasy. Po kolejnych siedmiu dniach król zamknął się w swoich komnatach i już do końca życia z nich nie wyszedł, cierpiąc przy tym niewyobrażalnie i tym samym dopełniając przymierza. Od tej pory w każdym pokoleniu rodu Patiens jedna osoba w swoje osiemnaste urodziny rozpoczynała trwające od tego momentu do końca ich życia dopełnianie przymierza.

„To taka przemożna ochota, by podejść do komody i wysunąć dolną szufladę. W niej znajduje się rzecz, której normalnie nie chcesz mieć w komodzie, rzecz służąca do czynu bardzo złego. Do czynu, którego nie chcesz popełnić. To taka przemożna ochota, by podejść do komody…”

— Matylda


„Czasami mam wrażenie, że zastygam. To wszechogarniający smutek, jakby rzeczywistość dookoła mnie zastygała. Jakbym była jedynie starym obrazem wiszącym na ścianie, istniejącym jedynie, gdy ktoś na mnie spogląda. Obrazem pozbawionym kolorów, jedynie szarym wspomnieniem w pamięci innych. Pozostawionym w starym miejscu pełnym kurzu, do którego nikt nie chce zaglądać. Starym obrazem, który usilnie pragnie krzyknąć, ile sił w płucach, o pomoc, lecz w rzeczywistości jest jedynie szarą postacią pozbawioną głosu. Wtedy zadaję sobie pytania: Dlaczego właśnie ja? Dlaczego mam cierpieć za innych? To nieuczciwe. Oni nawet nie zdają sobie sprawy z tego, jaką ceną został okupiony ich dobrobyt, pokój trwający latami. Marnują moje poświęcenie, marnują ogrom cierpienia, który na siebie nakładam dla nich. Podchodzę wtedy do okna i obserwuję ludzi chodzących na dworze. Krzątają się, niczego nieświadomi, zajmując się swoimi codziennymi sprawami. Wtedy widzę ich, często naiwnych, wręcz błąkających się podczas tej jakże istotnej próby, jaką jest życie, marnujących czas i zdolnych do czynienia zła i choć to wszystko czyni ich dalece niedoskonałymi, dostrzegam, że tak często mimo swych ciągłych upadków i potknięć, wciąż wstają i walczą dalej. Zastanawiam się wtedy, skąd w nich ta siła? Zaczynam wtedy dostrzegać, jak wielkich i wspaniałych rzeczy mogą dokonać, jak wytrwali i waleczni potrafią być. I choć niektórzy z nich potrafią być okrutni, zdecydowana większość zmierza w stronę światłości i wtedy widzę ich takimi, jakimi naprawdę są, i już nie jestem zastygłą postacią w świecie bez kolorów. Wtedy wiem całą sobą, że warto o nich walczyć, choćby miało to oznaczać konieczność poświęcenia całego swojego życia. I już nie jestem sfrustrowaną i wrogą postacią ze starego obrazu, a świat wcześniej zastygnięty nabiera barw i tempa, i widzę go takim, jakim jest, jakim w rzeczywistości jest — pełen kolorów i odcieni, pełen nadziei i dobrych ludzi, pełen potencjału, za który warto walczyć. Pełen zmagań i wyzwań. Bohaterów wychodzących zwycięsko z małych bitew codzienności”.

Matylda po przebudzeniu czuła się tragicznie, wszystko ją bolało i nie miała sił ani chęci, aby wstać. Ostatnie tygodnie były dla niej fatalne. Mama i Nieśmiertelny mieli wiele pracy, dlatego też całe dnie spędzała w samotności. Zastanawiała się, po co ma wstać. Chwilami kryzys egzystencjalny, z którym musiała często walczyć, przytłaczał ją. Chwilami wszystko wydawało się nie mieć sensu. Matylda, spędzając tygodnie w samotności, tygodnie w jednym pokoju, tygodnie w więzieniu bez ścian, w więzieniu umysłu, czuła się okropnie.

Najgorszym w tym było to, że było to takie nieoczywiste. Niektórzy, myśląc o jej życiu, wyobrażali sobie córkę pary królewskiej rozpływającą się w luksusach zamku. Nie mieli oni pojęcia, przez co musi przechodzić i z czym musi się mierzyć każdego dnia. W każdej chwili swojego życia, dzień i noc. Samotność powoli ją zabijała. Chwilami tak bardzo pragnęła, aby to się już skończyło. Chwilami płakała nad swoim losem, leżąc na łóżku w ciszy i samotności. Choć jej matka robiła wszystko, aby jej pomóc, ostatecznie to było brzemię Matyldy. Była ona niewyobrażalnie twarda, jak każdy z rodu Patiens, komu przyszło cierpieć za pokój. Tajemniczy staruszek, zawsze gdy dawał komuś wyzwanie, dawał mu również siłę, dzięki której mógł temu wyzwaniu sprostać. Mimo tego często nadchodziły chwile, podczas których Matylda miała dość i żałowała, że zaakceptowała swój los. Wtedy marzyła tylko o jednym.

Dzień toczył się powoli i gdy Matylda już znalazła zajęcie, zapomniała o smutku. Niestety nazajutrz znów miało przyjść jej się z nim zmierzyć, następnego dnia również i każdego kolejnego, aż do końca życia. Kryzys egzystencjalny i cierpienie często wydawały jej się tak dojmujące, że wręcz namacalne. Łatwo jest być twardym przez godzinę, trudność pojawia się, gdy ta godzina ciągnie się w nieskończoność. Podczas walki Matyldy przez lata były chwile wzlotów i niewiarygodnego szczęścia, jak i upadków i wszechogarniającego cierpienia. Niestety przez lata smutek i cierpienie stawały się coraz bardziej dojmujące.

Mając lat trzydzieści, Matylda wyglądała jak cień samej siebie sprzed lat. Wychudzona i wiecznie blada, z wciąż obecnymi i poszerzającymi się cieniami pod oczami, przywodziła na myśl dojmujący smutek i współczucie.

„To taka przemożna ochota, by podejść do komody i wysunąć dolną szufladę. W niej znajduje się rzecz, której normalnie nie chcesz mieć w komodzie, rzecz służąca do czynu bardzo złego. Do czynu, którego nie chcesz popełnić. To taka przemożna ochota, by podejść do komody i wyjąć nóż znajdujący się w niej. To taka przemożna ochota, by odebrać sobie życie, aby już nie istnieć, aby już nie cierpieć, aby to się wreszcie skończyło”

— Matylda


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 41.02