Szesnaście żywiołów

Bezpłatny fragment - Szesnaście żywiołów

geneza ziemi

Fantasy
Polski
Książka usunięta z publikacji
Objętość:
159 str.
ISBN:
978-83-8189-309-1

Geneza ziemi (lata 7429–7445 według kalendarza Elfów „Olivinir”)

Królestwo Ludzi
Leśny Kontynent

Prolog

Chłopiec walczący z przygarbionym staruszkiem. Tym razem mi się uda, jestem coraz lepszy, choć musnąć jego szaty. Chłopak ruszył w dzikim pędzie, zaatakował z młodzieńczym zapałem. Staruszek bez większego wysiłku odparował wszystkie jego ciosy. Zawsze wyglądało to tak samo, starzec odpierał jego ataki bez najmniejszego wysiłku. Tyle lat, tyle stoczonych pojedynków, tyle poświęconego czasu, wszystko na marne. Wszystko jedynie po to, aby nigdy nawet nie być blisko celu. Za każdym razem dla starca było to dziecinnie proste, aby odeprzeć ataki młodzieńca. Nieustanna walka, rozpoczynająca się każdego dnia. Każdego dnia pozornie wyglądająca tak samo. Codzienna seria ciosów, ostrza zderzające się raz po raz, wydające z siebie dźwięk niosący się echem wśród parku i poza nim. Mieszkańcy wyspy byli już przyzwyczajeni do tej dźwięcznej symfonii, każdego dnia rozpoczynającej się popołudniem. Niektórzy spośród nich zadawali sobie pytanie: czy on nie katuje tego chłopaka? Dla nich wiadomym było, iż chłopiec nie ma nawet najmniejszych szans na wygraną. To jedynie trening i nie chodziło tutaj o zwycięstwo, było to dla nich wiadome.

Jednakże minęło już tyle lat, a trening wciąż się nie kończył. Wciąż chłopak musiał walczyć, uczyć się, doświadczać, poznawać. Tylko po co? — zadawali sobie pytanie mieszkańcy wyspy. W walce na miecze ten piętnastolatek już jest lepszy od wszystkich pozostałych mężczyzn na wyspie, oczywiście prócz tajemniczego staruszka. Zadawali oni sobie pytanie — po co to wszystko? Dlaczego ten chłopak musi być aż tak dobry? Jaki to ma sens? Nie mieli oni pojęcia, lecz wiedzieli, że starzec wie. Dla nich było to wystarczające, lecz mimo to niepokoiło ich to. Kolejny odgłos zderzających się ostrzy. Codziennie rozpoczynająca się walka. Kończąca się dopiero, gdy zajdzie słońce. Dzień w dzień, w deszczu czy śniegu, podczas burzy czy wichury. Staruszek nigdy nie odpuszczał, co dziwne — chłopak również zawsze był chętny do walki. O tym chłopcu można było wiele powiedzieć, lecz jedno wiedział każdy spośród mieszkańców. Był on cholernie uparty i nigdy nie odpuszczał.

Rozdział pierwszy

Młodzieńczy zapał

Kan wstając rano, miał wielkie oczekiwania co do tego dnia. Dziś mi się uda — pomyślał. Ostatnio zrobiłem ogromne postępy, to nieuniknione. Prędzej czy później uda mi się dotknąć szaty mistrza. Choć musnąć, może nawet nadejdzie dzień, w którym wygram?

Pośpiesznie się ubrał, po czym wyszedł na dwór. Słońce już wychylało się zza potężnych czarnych murów Wyspy Tajemnic. Chłopak natychmiast udał się w stronę wielkiego parku. Mistrz zapewne jak zazwyczaj przesiaduje na jednej z ławeczek w parku — pomyślał.

Mieszkanie Kana znajdowało się w północno–wschodniej części wyspy, miał więc kawał drogi do przebycia. Mieszkańcy wyspy jeszcze spali. Kan uwielbiał wstawać rankiem, gdy jeszcze wszyscy prócz mistrza byli pogrążeni we śnie. Wyspa wydawała się jemu wtedy niezwykłym miejscem. Często chadzał wtedy i rozmyślał, obserwował otaczające go budynki. Cisza i spokój poranka wzbudzały w nim niezwykłe emocje, niemożliwe do opisania odczucia.

Mistrz siedział na jednej z ławeczek i wpatrywał się w pobliskie drzewo, lecz Kan wiedział. Wiedział, iż mistrz tak naprawdę nawet nie dostrzega tego drzewa. Rozmyśla. Kan natychmiast podszedł do niego i przerwał jego kontemplacje.

— Witaj, mistrzu, nad czym rozmyślasz?

Staruszek zareagował dopiero po chwili, spojrzał na chłopaka swymi niezwykłymi oczami i rzekł:

— Czy zechciałbyś zagrać ze mną w pewną grę słowną?

— Oczywiście — Kan przez lata już przyzwyczaił się do dziwacznych pomysłów mistrza.

— Chciałbym, abyśmy porozmawiali, używając jedynie zdań pytających.

Kan przez chwilę zastanawiał się nad słowami staruszka, po chwili rzekł:

— A więc mam odpowiadać jedynie pytaniem?

— Tak.

— Dobra — Kan był podekscytowany, gry wymyślane przez staruszka zawsze były fascynujące.

Starzec zwlekał chwilę. Zastanawiał się, o co zapytać. Po dłuższej chwili, dla młodego chłopaka będącej wiecznością, przemówił:

— Czy uważasz siebie za dobrego człowieka?

Kan, stojąc naprzeciw starca, milczał przez dłuższą chwilę. Zawsze był zdecydowany i pewny tego, co powinien zrobić lub powiedzieć, lecz gdy chodziło o tak trudne pytania, nie był pewien niczego.

Jestem jedynie młodym chłopakiem jak mam być w stanie odpowiedzieć na tak trudne pytanie? Do tego pytaniem? — myślał

— Czy jestem w stanie samego siebie ocenić?

— Czyż to nie ty znasz siebie samego najlepiej?

Znów chłopak był niepewny odpowiedzi, a raczej pytania. Teoretycznie to prawda, jednakże nie jest to tak proste, jak by się zdawało.

Kan, wiedział że niektóre rzeczy robione przez niego mogły niekoniecznie być dobrymi uczynkami, jednakże miał na swoim koncie zapewne również wiele pozytywnych czynów. Jak miał stwierdzić, czy jest dobry lub zły, skoro robił i dobre rzeczy, i te złe? Do tego był świadom tego, iż zawsze stara się dostrzec w sobie te dobre czyny. Ocenia się na podstawie tych dobrych, a złe pomija. Już wiedział, jakie pytanie powinien zadać.

— Czy jestem w stanie ocenić samego siebie obiektywnie?

Staruszek skinął głową z uznaniem. Najwidoczniej zaimponowała mu odpowiedź chłopaka. Znów myślał przez dłuższą chwilę. W końcu spojrzał na Kana i zadał kolejne pytanie:

— Dlaczego więc oceniasz innych tak pochopnie, skoro nawet samego siebie nie jesteś w stanie ocenić?

— Mistrzu, czy naprawdę tak myślisz? — Kanowi nie chodziło o grę, martwił się, iż mistrz sądzi, że ocenia on innych zbyt pochopnie, lecz podejrzewał, że nie chodzi tutaj o niego. Podejrzewał, że jest to powiązane z jego dzisiejszymi przemyśleniami. Starzec zawsze poruszał rankiem tematy swych przemyśleń.

— Czy sądzisz, że chodzi tutaj o ciebie?

Nie. Kan już teraz był pewien, że staruszek chce po prostu zwrócić jego uwagę na właśnie tę rzecz. Nie zmieniało to faktu, iż nijak nie wiedział, jakie mógłby teraz zadać pytanie. Chodzi tutaj nie o mnie, a więc o co? — rozmyślał Kan, a gdy tak rozmyślał, uświadomił sobie, iż to może być jego kolejnym pytaniem.

— Chodzi nie o mnie, a więc o co?

Staruszek odpowiedział natychmiast.

— Czy nie martwisz się czasem o przyszłość ludzi, jak i innych istot?

Kan wiedział, że mistrz pod tym względem jest inny od wszystkich pozostałych mieszkańców wyspy. Tak naprawdę był on nieco inny pod każdym względem. Jednakże chodziło tutaj o tą jedną różnicę. Staruszek myślał o wszystkich istotach żyjących i się o nie martwił. Inni żyli swoim życiem i myśleli nade wszystko o swoich problemach, lecz on tak nie potrafił. Kan był tego świadom i nie miał pojęcia, dlaczego tak jest. Nie rozumiał postawy mistrza, był zbyt młody, aby to zrozumieć. Sam nie zdawał sobie sprawy, iż w przyszłości również zacznie się martwić o tego typu sprawy.

— Czy jest to naszym problemem? — to pytanie ze strony Kana mogłoby się wydawać dość egoistyczne, lecz właśnie tak do tego podchodził. Co da zastanawianie się nad tym, skoro to nic nie wnosi? Poza tym miał on jedynie piętnaście lat, nie zastanawiał się nad problemami całego świata.

— Czy nie dotyczy to również nas?

Kan zastanawiał się przez dłuższą chwilę. To prawda, powinien mieć swoje zdanie na ten temat. Przez to, że do tej pory to zbywał, myśląc, że to nieistotne, dziś nie miał na ten temat żadnego zdania. Nie wiedział, co ma o tym pomyśleć. W momencie kiedy przyszło mu toczyć dyskusję z mistrzem na ten temat, zaczęło to dotyczyć również jego, ponieważ powinien się jakoś wypowiedzieć, wyrazić swoją opinię.

A więc teraz to dotyczy również mnie — pomyślał. Jednakże zdawało się to go przerastać. Przyszłość wszelakich istot jako mój problem? Kan wiedział, iż nie ma znaczącego wpływu na przyszłość innych. Jestem jedynie chłopcem, jak miałbym wpłynąć na przyszłość wszelakich istot — pomyślał. Lecz czy to oznacza, iż nie powinienem o tym w ogóle myśleć? Czy to oznacza, iż nie powinienem mieć na ten temat żadnego zdania? Ostatecznie, czy to oznacza, iż nie dotyczą mnie problemy większej wagi? Już wiedział, jakie pytanie powinien zadać.

— Czy nie mając wpływu na istotne sprawy, powinienem zawracać sobie nimi głowę?

— Dlaczego więc zwiesz je istotnymi sprawami?

Kan po raz kolejny miał trudności ze zrozumieniem w pełni pytania zadanego mu przez mistrza. Dlaczego zwie je istotnymi sprawami?

Musiał myśleć dość długo i intensywnie, lecz ostatecznie chyba zrozumiał, a przynajmniej myślał, że zrozumiał w jakimś stopniu. Skoro mówię „to nieistotne” lub „nie powinienem zawracać sobie tym głowy”, dlaczego w ogóle zwę to istotnymi sprawami? Kan dopiero teraz uświadomił sobie, iż tak naprawdę zaprzeczył samemu sobie. Mówię „to sprawy istotne”, po czym myślę „nie ma sensu o tym myśleć, skoro to mnie nie dotyczy” — pomyślał.

— Skoro to tak nielogiczne, dlaczego właśnie tak robiłem do tej pory?

— Czy łatwo jest martwić się o problemy niedotyczące ciebie bezpośrednio?

Staruszek jak zwykle trafił w punkt — pomyślał Kan. Jest łatwiej o tym nie myśleć, łatwiej jest to po prostu pominąć.

— Ale co ostatecznie zmieni to, iż jedynie będę o tym myślał?

— Czy aby zrozumieć innych lub ich problemy wystarczy spojrzeć i ocenić?

Potrzeba wiele godzin przemyśleń, a ostatecznie i tak nie gwarantuje to pełnego zrozumienia — pomyślał Kan.

Kan nie wiedział, dlaczego mistrz z problemów całego świata tak beztrosko przeszedł do problemów innych, a więc pojedynczych istot.

— Mistrzu, dlaczego z problemów całego świata tak beztrosko przeszedłeś do problemów pojedynczych istot?

— Myślę, iż brak nam zrozumienia. Oceniamy innych zbyt pochopnie lub zajmujemy swoje stanowisko w danej istotnej sprawie, nie poznając jej tak naprawdę w wystarczającym stopniu, aby ją ocenić. Właśnie to jest problemem, który tak bardzo mnie martwi.

Kan wiedział, że już nie musi odpowiadać pytaniem. Nie musiał również pytać mistrza, czy ich gra słowna się już zakończyła.

— Ale brak zrozumienia nie jest jakimś wielkim złem.

— Sam w sobie nie, lecz może prowadzić do wielkiego zła.

— Czy powinniśmy się przejmować takimi problemami, kiedy mamy poważniejsze na głowie? Mam na myśli cienie.

— Jak mamy podjąć się walki z cieniami, skoro nawet nie jesteśmy w stanie zrozumieć siebie nawzajem? Przepraszam cię, Kanie, nie powinieneś się tym zanadto zamartwiać, zwrócić na to swą uwagę tak, lecz nie zamartwiać się przesadnie.

— Trochę boli mnie głowa, gdy zbyt długo o tym myślę — Kanowi było jakoś dziwnie głupio z tego powodu, lecz tak właśnie było.

— Tak, to normalne. Myślę, że mieszkańcy wyspy już wstali, trening rozpoczynamy dopiero popołudniu, oczywiście jedynie, jeżeli zechcesz.

— Tak, dzisiaj wygram, jestem tego pewien.

Mistrz uśmiechnął się.

— Cieszy mnie twój entuzjazm, teraz masz czas dla siebie.

— Tak, pokręcę się trochę, po południu przybędę i tym razem wygram.

— Z niecierpliwością oczekuję naszego pojedynku — powiedział staruszek.

Kan odszedł, myśląc o popołudniowym treningu, staruszek powrócił do swoich przemyśleń. Chłopak zmierzał do pracowni miejscowego kowala, wiedział, iż rozpocznie on pracę z samego rana.

Kowal nie miał czeladnika, wszystko musiał robić samotnie. Kan, kiedy tylko miał czas, przychodził pomagać mu, mógł się czegoś nauczyć, poza tym było mu szkoda po prostu przyglądać się, jak całymi dniami się on samotnie męczy. Zmierzając do pracowni George’a, Kan już z oddali usłyszał metaliczny dźwięk stali. Kan natychmiast, gdy wszedł do pomieszczenia, poczuł ciepło bijące od ogromnego pieca. George, wysoki facet zbudowany jak atleta, ujrzawszy Kana, uśmiechną się i natychmiast przerwał uderzać rozgrzaną do czerwoności stal.

— Cześć, młody, nie mów, że przyszedłeś mi pomóc?

Kan bardzo lubił kowala, zawsze był on szczery i wyluzowany, do tego można było z nim nieźle pożartować.

— Zgadza się, okropnie brakuje mi zakwasów. — Kan westchnął. — To uczucie, gdy wstajesz rano i wszystkie mięśnie cię bolą, wspaniałe.

George uśmiechnął się od ucha do ucha, po czym podjął temat z uśmiechem na ustach.

— Jasne, a to tylko jedna z wielu zalet mojej pracy. Świetny upał podczas pracy, zakwasy, a do tego szansa na to, że przez nieuwagę przypalisz sobie stalą niezły kawał skóry. Żyć nie umierać. — Obaj wybuchnęli śmiechem.

Kan natychmiast zabrał się do pracy, nie był w tym dobry, wykuwane przez niego ostrza wyglądały marnie przy niezwykłych ostrzach tworzonych przez jego przyjaciela. Dla młodzieńca nie było to tak naprawdę istotne, chciał jedynie pomóc, ponieważ cholernie lubił kowala z wyspy. To prawda, praca w kuźni nie była łatwa, jednakże zawsze siadając z George’em na ławeczce za jego domem, Kan był szczęśliwy.

Kan już od wielu lat dziwił się niezwykłością tego faktu, zawsze po ciężkim wysiłku był wyczerpany, lecz również szczęśliwy. George również nie musiał wykuwać mieczy, na wyspie nie były one zupełnie potrzebne, robił to z pasji. Mimo to Kan wiedział, że pomoc mu się przyda, nie przez ilość pracy, a samotność. Na początku, gdy Kan zamierzał pomagać George’owi, ten mówił, iż jej nie potrzebuje. Pewnego razu Kan miał już dość jego ciągłej odmowy z przyzwoitości i po prostu wparował do kuźni, bezpardonowo zaczynając pracę, mówiąc do zszokowanego przyjaciela, że we dwóch zawsze raźniej się robi. Od tamtej pory, gdy Kan tylko słyszał, że kowal znów zaczyna pracę, przychodził mu pomóc. Kan zawsze podczas pracy skupiał się na wykonywanej czynności, aby gdy już coś robi, robić to porządnie. Przez pięć następnych godzin w kuźni panowała cisza. Kanowi zdawało się, iż minęło piętnaście minut, gdy George poklepał go po ramieniu i powiedział:

— Myślę, że starczy nam na dziś.

Kan bez słowa ostudził kawałek stali, będący częścią zbroi przez niego tworzonej. Natychmiast po odłożeniu narzędzi na miejsce wyszedł z kuźni i poszedł na ławeczkę za domem George’a. Była to najwygodniejsza ławka na całej wyspie. Prawdę powiedziawszy, nie była ona wyjątkowa pod żadnym względem, lecz po okropnym wysiłku w kuźni dla Kana i George’a zaiste była ona niezwykle wygodna.

George, gdy siedział na ławce, miał trochę niepewną minę. Wiedział, że Kan po pracy usiądzie z nim na ławeczce, aby po prostu porozmawiać.

Zawsze ciekawie im się ze sobą rozmawiało, lecz tym razem kowal wydawał się być dziwnie zmieszany. Kan natychmiast to zauważył, lecz nic nie mówił. George w końcu przerwał milczenie.

— Wiesz, no bo codziennie trenujesz ze staruszkiem i no wiem, że jesteś troszkę inny od wszystkich, ale czy to aby nie przesada? — To właśnie George ostatniego dnia, po raz kolejny słysząc dźwięk stali, martwił się o chłopaka, martwił się, iż trening jest zbyt wyczerpujący.

Staruszek był dobrym człowiekiem, tego kowal był pewien, ale to ledwie piętnastolatek. Ta myśl wciąż powracała do niego, nie dawała mu spokoju. Chłopak powinien znaleźć dziewczynę, założyć rodzinę, nie trenować całymi dniami. Z drugiej strony George zdawał sobie sprawę z tego, że staruszek się nigdy nie pomylił. Zawsze wiedział, co trzeba zrobić, i okazywało się, że miał rację.

— Widzisz, kiedyś on sam mnie zapytał, czy nie jest przesadą, abym trenował tak ciężko. Wiesz, co odpowiedziałem?

— Nie.

— Odpowiedziałem, że robię to również z własnej woli. Mistrz rzekł wtedy, iż właśnie to, że do niczego mnie nie zmusza, sprawia, że nie czyni on źle. Ponieważ każda z istot musi posiadać wolną wolę, tak powiedział.

George przez chwilę myślał, po czym rzekł:

— Jesteś jeszcze młody i masz wiele czasu, aby założyć rodzinę, ale nie znajdziesz nikogo dla siebie, ciągle trenując zamknięty na wyspie.

— To prawda, wspaniałą rzeczą jest mieć rodzinę. To chyba największe szczęście dla każdego człowieka, ale nie jest to droga dla wszystkich.

George spojrzał na Kana zdziwiony, było to pierwszą rzeczą, w której się nie zgadzali.

— Co ty mówisz, każdy powinien mieć kogoś. Jesteś jeszcze za młody, aby to zrozumieć.

Paradoksalnie Kan, mając piętnaście lat, rozumiał to w większym stopniu niż George, po prostu widział to inaczej. Zawsze miał dziwne przeczucie, że jego życie będzie nieco inne. Gdzieś w głębi przeczuwał, że on nie będzie mieć rodziny. Wiedział, że to głupia myśl, ale takie właśnie przeświadczenie gdzieś w sobie miał.

— Nie wiem, może masz rację, może kiedyś zmienię zdanie. Do tego czasu z przyjemnością będę codziennie trenował z mistrzem.

George pokiwał głową ze zrozumieniem i powiedział:

— Rozumiem, staruszek jak zwykle ma rację. Mam już czterdziestkę na koncie, a jeszcze nigdy nie widziałem, aby się pomylił, mimo to wciąż wątpię w jego decyzję.

Przez kolejną godzinę Kan wraz z George’em rozmawiali, siedząc. W końcu Kan wstał i powiedział:

— Muszę już iść, czas na trening.

— Czy ćwiczysz tak ciężko, dlatego że pragniesz potęgi? — Pytanie to wyrwało się George’owi, tak naprawdę nie podejrzewał Kana o to, że jest taki.

Kan, do tej pory wyluzowany, spoważniał i spojrzał w dal.

— Wysiłek mnie uszczęśliwia, ale ćwiczę też, bo nie chciałbym być zbyt słaby.

— Zbyt słaby?

— Aby pomóc innym, aby ocalić bliskich.

— Wiesz przecież, że nic nam nie grozi przy staruszku.

— Tak, to prawda, ale kiedyś przyjdzie mi opuścić wyspę, przy mistrzu czuję się tak bezpiecznie, czasem boję się tej chwili, gdy go już przy mnie nie będzie. — Kan wpatrywał się gdzieś w dal, często o tym myślał.

Gdy czegoś nie wiedział, szedł do staruszka, on wiedział wszystko, nigdy się również nie bał. Nie bał się, wiedząc, że on jest na wyspie i nikomu nic się stać nie może, nie tutaj — pomyślał, uśmiechając się na chwilę. Kan zawsze zadawał sobie pytanie: co, gdy go już przy nim nie będzie. Czy będę w stanie postępować właściwie? Czy będę się bał?

George zauważył posępną minę Kana i przerwał jego rozmyślania.

— Daj sobie spokój z takimi głupimi myślami. Tęsknił taaa, ale nie bał się, nie ty, znam cię zbyt długo, aby uwierzyć w takie bzdury.

— Dzięki. — To wyraźnie poprawiło humor Kana, teraz już z uśmiechem powiedział: — Dobra, idę — mówiąc to, już zmierzał w stronę parku.

Idąc, nie myślał już o swych obawach. Dotarł do parku przed mistrzem. OK, wykorzystam ten czas, aby się troszeczkę rozruszać — pomyślał.

Rozdział drugi

Walka

Cios w prawe kolano. Dwa ostrza zderzające się, wydające metaliczny dźwięk.

— Jak myślisz, czym jest walka?

Pełen obrót i uderzenie od lewej w tułów, po raz kolejny metaliczny dźwięk.

— Czy są nią dwaj wojownicy, tańczący w tańcu śmierci?

Krok w tył, później szybki krok w przód i prosty cios w brzuch, ostrze odbite i towarzyszący temu metaliczny dźwięk.

— Czy są nią ludzie walczący o swe prawa?

Szybki cios od góry, metaliczny dźwięk odbitego ostrza, natychmiastowy obrót i cios w łydkę, odbity przez staruszka. Metaliczny dźwięk dwóch zderzających się ostrzy, niosący się echem pośród drzew Wyspy Tajemnic.

— Czy jest nią kobieta starająca się przetrwać ze złym mężczyzną?

Seria cięć i seria towarzyszących temu dźwięków.

— A może mężczyzna żyjący ze złą kobietą nią jest?

Cios w szyję od lewej i znów metaliczny dźwięk.

— Czyż osoba walcząca o przetrwanie nią nie jest?

Natychmiastowa seria wykonana przez Kana, każde z uderzeń zablokowane, raz po raz ostrza zderzające się, wydające z siebie metaliczny brzęk.

— Walka trwająca niekiedy latami?

Kan wycofał się na chwilę, musiał chwilkę odsapnąć, jego oddech był przyśpieszony. Staruszek nie zmęczył się ani trochę, Kan jeszcze nigdy nie widział go zmęczonym.

— Walka, w której nie ma ostrzy, a mimo to ciosy są strasznie bolesne?

Już się ściemniało, Kan wiedział, że za niedługo będą kończyć. Był już wyczerpany, lecz mimo to postanowił zaatakować z całych sił, po raz ostatni się zebrał i ruszył do przodu. Wykonał serię piętnastu cięć, lecz każde z nich natrafiło na opór i towarzyszący temu metaliczny dźwięk. Padł wyczerpany na ziemię.

— Ale z kim tak naprawdę wtedy walczysz?

Starzec siedział na ławeczce, jak każdego ranka. Był on poruszony, a jego spojrzenie niesamowite. Sięgające głębiej niż jakiekolwiek inne. Przenikające czas i przestrzeń, ogarniające wszystko. Drobny staruszek siedzący na ławce. Pozornie wyglądający jak krucha istota czekająca na swój kres. Prawdziwie, będąc czymś niewyobrażalnym dla innych. Z tej ławeczki obserwował on wszystko. Był wściekły i smutny chwilami, widząc rzeczy złe. Po czym dumny i szczęśliwy, widząc te dobre. Patrząc na to wszystko, wiedział że jest to dobre, ponieważ ma swój sens i cel. Kan, usiadłszy przy nim, nie wiedział, o czym myśli. Nie zdawał sobie sprawy z jego niezwykłego zrozumienia tego, co jest, było i będzie. Nie mógł wiedzieć o tym, w jaki sposób patrzy on na świat.

— Witaj, Kanie, nie jesteś czasem zmęczony?

— Zmęczony?

— Codziennością, próbami będącymi częścią każdego dnia. A w ostateczności tą niewiedzą, do czego to tak naprawdę zmierza?

— Chwilami jestem, ale chyba tak powinno być, prawda?

— Tak, potknięcia i niepewność są normalne, istotne jest, aby się podnieść. Kanie, czy zechciałbyś zasadzić ze mną nowe ziarna w naszym ogrodzie?

— Jasne, że tak.

Idąc ze staruszkiem do części wyspy, w której znajdują się ogrody, Kan myślał o mieszkańcach kontynentu. Zastanawiał się on, czy ich życie jest podobne do jego? A może świat wygląda zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażam? — Zadawał sobie pytania chłopiec.

Wiedział, że na kontynencie mieszka masa ludzi. Czy wszyscy się znają tak jak na Wyspie Tajemnic? Gdy Kan wraz z mistrzem dotarli do ogrodu i rozpoczęli wykopywanie dołków na ziarna, chłopiec zapytał, co staruszek o tym sądzi.

— Czy kontynent bardzo się różni od wyspy?

Staruszek wyprostował się i westchnął.

— Cóż, ta wyspa jest nieco odmiennym miejscem. Sprowadzam tutaj niewielu spośród mieszkańców pozostałych kontynentów, czasami nawet istoty z dalszych miejsc.

— Dlaczego jedynie niektórych spośród wszystkich?

— Widzisz, to jest jak z tymi nasionami. Zasadzam je, następnie patrzę, jak dojrzewają, czuwam nad nimi. Te, które są dobre, a nie mogą tutaj dalej rosnąć, przenoszę w inne, spokojniejsze miejsce, miejsce, jak ta wyspa.

— A pozostałe?

— Przy nich również czuwam, tyle że niekiedy jest bardzo trudno dostrzec moją obecność. — Staruszek bardzo posmutniał, Kan wiedział że jest to coś istotnego, ponieważ nieczęsto widział go smutnym.

— A te, które są zepsute?

— Im niestety nie jestem w stanie pomóc, ponieważ będąc złe same w sobie, odrzucają moją pomoc. Widzisz, to jest moja walka, aby wszystkie z zasadzonych ziaren wyrosły na dobre i zdrowe rośliny.

Kan rozpoczął wkładanie ziaren do już wykopanych dołków. Staruszek szedł tuż za nim, nalewał troszkę wody i zasypywał dołeczki.

— Wszystkie co do jednego?

— Tak, i uwierz mi — nie jest prostą rzeczą dopilnowanie tego. Musi minąć bardzo wiele czasu. Wiele prób i błędów. Wiele szczęścia i cierpienia.

Kan patrzył na przed chwilą uklepaną ziemię.

— Cierpienia — powiedział szeptem.

— Widzisz, aby zrozumieć, czym jest cierpienie i zło, trzeba samemu tego doświadczyć. Oczywiście gdyby tego nie było, te ziarna i tak by dojrzały. Niestety wtedy byłyby niczym dzieci, które nie wiedzą, aby nie wkładać rąk do parzącej wody. Pomimo swej dojrzałości ich korzenie byłyby słabe i byle powiew byłby w stanie je wywrócić i zmarnować całe dzieło.

Kan natychmiast, gdy skończył pomagać mistrzowi, udał się na jedną z ławek umiejscowionych w parku. Usiadł na niej i obserwował. Każdego ranka patrzył, jak świat budzi się ze snu, na wyspie wszyscy jeszcze spali o tej godzinie. Pierwsze promienie światła zaczęły wychylać się zza wielkich murów okalających wyspę. Kan, trwając w ciszy poranka, czuł się niezwykle. Ta chwila miała w sobie coś niezwykłego, na pozór całkowicie zwyczajny poranek, lecz mimo to uczucia doświadczane przez Kana podczas obserwowania tego były niesamowite. Chłopak był pewien jednego, wiedział że nigdy tego widoku nie zapomni. Nie zdawał on sobie sprawy z tego, iż ten widok w przyszłości wielokrotnie ocali mu życie. Jak poranek obserwowany przez chłopca może uratować jego życie w przyszłości? W chwilach bardzo trudnych w jego życiu przypomni on sobie ten widok i to doda mu sił. Wraz z tym widokiem przypomni sobie ludzi z wyspy. Zdecydowanego i zawsze skorego do żartu kowala George’a. Zawsze niepewnej, czy aby nie dodać czegoś jeszcze kucharki Grety. Marty, która zawsze wie, jak wkurzyć Gretę. Damiana, który robi najlepsze zupy na świecie. Mateusza, który wiecznie czyta, po czym rozmawiają ze staruszkiem godzinami na tematy, których nikt nie jest w stanie pojąć. Oraz wszystkich innych mieszkańców wyspy. Przypominając sobie ich, będzie miał siłę, aby przezwyciężyć wszelakie trudności. Kan był szczęśliwy, że wychowywał się właśnie tutaj, nie wyobrażał sobie siebie w innym miejscu. Nie mógł wyobrazić sobie, iż nie zna ludzi z wyspy. Chciałby podróżować, zobaczyć miasto wydrążone w górze krasnoludów, pragnął zwiedzić krainę elfów. Od zawsze interesował się ciekawymi budowlami, z tego względu najbardziej chciałby zwiedzić świat, mimo to wyspa zawsze pozostanie jego domem, miejscem, w którym czuje się bezpieczny.

Właśnie tak wyglądało życie Kana, pozornie zupełnie zwyczajne, lecz tak naprawdę niezwykłe. Każdego dnia pomagał on rolnikom, ciężko pracującym na polach, kucharkom przygotowującym wspaniałe potrawy, jak i kowalowi, który wykuwał miecze nie z konieczności, a z pasji. Pomagał, nie myśląc o czymś w zamian dla siebie, pomagał nawet nie zastanawiając się, czy powinien, po prostu to robił.

Patrząc na jego życie z boku, można by stwierdzić: ciężka praca i ćwiczenia, lecz prawda jest zgoła inna. Prawdą jest, że jest w tym życiu niezliczona ilość małych i niezwykłych chwil. Nie znajdziesz w nim wielkich tragedii i okrutnych prób do przezwyciężenia. Na Wyspie Tajemnic ludzie już zapomnieli, czym jest tragedia, zapomnieli, czym jest nienawiść. Dlatego ich życie jest zwyczajne i proste, a jednocześnie wspaniałe i niezwykłe.

Rozdział trzeci

Podziemne miasto

15 lat później

Ogromna i majestatyczna góra. Samotnie trwająca pośród śniegu i mroźnego wichru. Z zewnątrz otoczona ciszą i brakiem życia. Od wnętrza wypełniona hałasem codzienności i niezliczoną ilością życia. Potężna góra wydrążona przez krasnoludów od wewnątrz, podzielona dwoma poziomo ustawionymi stalowymi płytami na trzy kondygnacje. Pierwsza, umiejscowiona najwyżej, to wielka sala tronowa króla, większość czasu świecąca pustkami. Wierzchołek góry jest ścięty, a u jej szczytu jest zamontowany ogromny kryształ, który skupia światło z zewnątrz do środka góry. W dwóch stalowych podłożach również są zamontowane kryształy, ustawione równolegle do tego u szczytu, dzięki temu przekierowują one światło do pozostałych kondygnacji.

W kondygnacji najwyższej znajduje się również mieszkanie króla, wybudowane przy ścianie góry u samego szczytu. Jeden z czterech potężnych filarów znajdujących się w najwyższej kondygnacji podtrzymuje królewskie mieszkanie. Cztery stalowe filary przechodzą przez podłogę i biegną aż do podłoża najniższej kondygnacji. Na owych filarach wykute potężne napisy: Król, Królewska żona, Dziedzic tronu, Pamięć przodków. Według krasnoludów król jest najważniejszą osobą i bez niego nie mogli by przetrwać. Żona królewska natomiast jest filarem wspierającym króla, a dziedzic zapewnia następcę, gdy obecny król odejdzie. Pamięć przodków w ustach krasnoluda natomiast oznacza, aby o nich pamiętać, nie chodzi tutaj o gromadzenie informacji o nich lub spisywanie ich historii.

Kolejna, środkowa kondygnacja to miejsce, w którym mieszka cała ludność Góry Przodków. Tysiące domów wykutych w kamieniu. Ściany góry w tych dwóch kondygnacjach od wewnątrz pokryte są freskami, które krasnoludy wykuwają już od kilku tysięcy lat. Mimo to nadal nie są one zapełnione w całości. W środkowej kondygnacji znajdują się cztery kolejne stalowe filary podtrzymujące konstrukcję. Umiejscowione są one równolegle do siebie, a więc płaszczyzna pomiędzy nimi tworzy kwadrat. Na każdym z filarów wyryte są ogromne napisy: Wojownicy, Rzemieślnicy, Mędrcy, Myśliwi.

Ostatnia, najniższa z kondygnacji, nie jest wydrążona w całości, w całości wydrążona jest jedynie przestrzeń pod kryształem i przy czterech ogromnych filarach, które przebiegają przez całą górę. Pozostała część wypełniająca ową kondygnację to kamień, w którym wydrążona jest masa tuneli, przeogromna zbrojownia, kuźnie i kilkanaście spichlerzy. Większość krasnoludów nie ma tam wstępu, ponieważ łatwo się zgubić w tej plątaninie korytarzy wydrążonych w górze.

Kan, obudziwszy się rankiem, odczuwał niezwykły dla niego ból głowy. Wczoraj przesiedział większość nocy z krasnoludami w gospodzie. Wypił kilka piw, nigdy wcześniej nie pił, na wyspie nie było chmielu. Pierwszą rzeczą, którą poczuł, był niesamowity ból głowy, przenikający jego czaszkę raz po raz. Ból wydobywający się z wnętrza jego głowy, rozchodzący się i znikający, jedynie po to, aby po chwili znów powrócić. Całe jego ogromne i umięśnione ciało przenikała bezsilność. Co się ze mną dzieje — pomyślał? Do tej pory w swym życiu Kan nie doświadczył czegoś podobnego. Po prostu nigdy nie pił, ani też nie był chory. Ta bezsilność przenikająca jego całe ciało go przerażała. Dobra, to nic takiego, wstanę i zaraz poczuję się lepiej. Gdy uniósł swój tułów do góry, świat zawirował. Co się dzieje? Natychmiast znów się położył. Gorki wczoraj ostrzegał go, iż może czuć się dziś źle, lecz Kan mu nie uwierzył. Nie wypił wiele, jednakże jego organizm nie był przyzwyczajony do alkoholu. Po raz kolejny uniósł tułów, tym razem gotowy na potężne zawroty głowy. OK, poradzę sobie, świat się nie kręci, jedynie ci się wydaje. O tak, spokój i miarowy oddech, skupienie, tak jak podczas ćwiczeń. Poradzę sobie z tym. To jedynie kolejne wyzwanie, które jestem w stanie przezwyciężyć. Po dość długim czasie siedzenia na łóżku Kan otworzył oczy. Świat dookoła nadal był delikatnie niestabilny. Niedaleko łóżka znajdowała się półka, a na niej umiejscowiona jedyna rzecz, której Kan pragnął w tej chwili. Woda! Muszę wstać. Już delikatnie wysuwając nogi spod kołdry i obracając się ostrożnie, wiedział, iż nie będzie to łatwe zadanie. Dobra, półka nie jest aż tak daleko, o cholera, moja głowa. Świat po raz kolejny zawirował. Kan zamknął na chwilę oczy i głęboko oddychał. To jak walka z samym sobą, niesamowite — pomyślał. Wstał ostrożnie, niczym niemowlak stawiający pierwsze kroki. Jestem teraz jak dziecko niebędące w stanie zadbać o samego siebie — pomyślał. Ale to wkurzające, ta bezsilność. Dojście do półki i wypicie całej wody poszło mu dość sprawnie. Powoli zaczynał rozumieć ten stan i jego konsekwencje. Wiedział, że nie może wykonywać gwałtownych ruchów i po prostu musi znieść ból głowy. Na szczęście Brander zostawił mi wczoraj tę wodę na półce.

Kan wyjrzał przez małe okienko wykute w ścianie. Na dworze jest jeszcze ciemno, mogę się jeszcze położyć. Na dworze? Czy mogę użyć tego określenia skoro jestem wewnątrz góry? Cholera, ten ból głowy. Nie powinienem kląć, staruszek tego nie pochwala. Kan znów położył się w łóżku, gdy się kładł, świat po raz kolejny zawirował. Na szczęście dla niego była jeszcze noc. Brander powiedział, iż wyruszą troszeczkę później, niż planowali. Po prostu wiedział, że Kan będzie miał kaca. Niestety, mimo wielkich chęci Kan nie był w stanie zasnąć, nieznośny ból głowy nie ułatwiał mu zadania. Leżąc tak, wrócił myślami do momentu w którym pobił drabów Texa. Często wracał myślami do tego momentu. Zastanawiał się, jak głupi wtedy był i z jaką łatwością ta głupota nad nim zapanowała.

Okrutnie ich wtedy pobił, a najgorsze w tym było, iż czuł się wtedy super. Czuł się taki silny, taki potężny. Po pewnym czasie uświadomił sobie, jak bardzo było to złe. Uświadomił sobie, z jaką łatwością przyszło mu skrzywdzić innych. Lata nauk staruszka, lata powtarzania, iż złem jest robienie innym krzywdy, po czym krótka chwila głupoty. Zawsze zadawał sobie pytanie, czy to ja? Czy chce taki być? Nie, Kan nie był taki. Mimo to czasem jest tak łatwo skrzywdzić innych. Wtedy w gospodzie się nad tym nawet nie zastanawiałem. Nie przeszło mi przez myśl, postaraj się uderzyć delikatnie, aby nie powybijać im zębów. Myślałem tylko o tym, aby się bronić. Myślałem tylko o sobie. Staruszek kiedyś mówił o tym, abym zawsze uważał, ponieważ przez moją ponadprzeciętną siłę bardzo łatwo mogę kogoś okrutnie skrzywdzić. Wtedy tego nie rozumiałem. Myślałem, że wszędzie jest jak na wyspie, że… Niestety tak nie jest. Muszę być bardziej rozważny w swym postępowaniu. Muszę być świadomy tego, co robię i mówię. Moje słowa i czyny wpływają na życie innych i tylko ode mnie zależeć będzie, jaki to będzie wpływ. Wtedy w gospodzie nie zachowałem się tak, jak powinienem, nawet jeżeli musiałem ich pobić.

Powinienem był być bardziej delikatny.

Z zamyślenia wyrwało Kana pukanie do drzwi.

— Hej, żyjesz, stary?

Kan czuł się już o wiele lepiej, lecz wciąż dokuczał mu nieznośny ból głowy.

To Brander, niemożliwe że tyle czasu leżałem.

— Tak, chwila, już się ubieram. — Nie przyszło mu to łatwo. Ból głowy, jak i o wiele za niskie pomieszczenie nie ułatwiały mu zadania. Gdy tylko uchylił maluteńkie drzwi, uderzyła go fala światła. Przymrużywszy oczy, starał się cokolwiek dojrzeć. Gorki, spojrzawszy na niego, powiedział z kwaśną miną:

— Wyglądasz jak łajno kozy górskiej.

— Tragicznie — dodał Gondi.

— Nieźle się wczoraj nastukałeś. — Brander spoglądał na Kana z miną, która mówiła mu więcej, niżby chciał.

— Przepraszam za to, nigdy wcześniej nie piłem. — Kan teraz, gdy już przyzwyczaił się do światła, ujrzał czwórkę krasnoludów stojących przed nim.

Chciał coś dodać, lecz zaniemówił. Teraz za dnia ujrzał wspaniałość wnętrza Góry Praojców. Osiem potężnych stalowych filarów, wewnętrzną powierzchnię górskich ścian, niemal w całości pokrytą przeróżnymi freskami i potężny snop światła, wyglądający niczym dziewiąty filar. Dookoła krzątało się wielu spośród krasnoludów, wszyscy z nich przyglądali się Kanowi. Większość z nich nigdy w życiu nie widziała człowieka, Kan nie odwzajemniał ich zaciekawionych spojrzeń, był zbyt zdziwiony, zbyt pochłonięty widokiem. Czwórka jego towarzyszy, widząc jego zachwyt wypisany na twarzy, odczuwała niesamowitą dumę.

— Oto Góra Praojców w całej swej okazałości. — Brander ukłonił się teatralnie.

— Najwybitniejsze dzieło artystyczne. — Gondi również zaprezentował swój ukłon.

— Tworzone latami przez wiele pokoleń. — Gorki ukłonił się, wczuwając się w rolę.

— Zaiste genialne to dzieło. — Borki również się ukłonił.

Nastąpiła chwila pauzy, po czym krasnoludy wybuchnęły śmiechem zadowolone ze swojej gry aktorskiej.

— Daj spokój. — Brander wzruszył ramionami. — To ledwie kilka tysięcy lat pracy, zupełnie nie ma się czym zachwycać.

Kan nawet nie słyszał swych towarzyszy. Teraz zwrócił swą uwagę na pojedyncze freski na ścianach. Były ich tam setki, może nawet tysiące.

Na jednym z nich widział starszą krasnoludzicę trzymającą martwego syna na ramionach, na innym widział ukochanych trzymających się za ramiona. Jeszcze inny przedstawiał narodziny dziecka.

— Te freski, one są…

Brander natychmiast spoważniał, jego towarzysze również.

— Widzisz, gdy w życiu krasnoluda dzieje się coś ważnego, idzie on kuć. Gdy umiera ci matka, uwieczniasz tę chwilę, gdy rodzi ci się syn, idziesz i kujesz. Kobieta, facet, dziecko i dziadek, każdy krasnolud potrafi kuć. To nasza najważniejsza tradycja. — Brander spoglądał w dal. — To, co tutaj widzisz, to tysiące lat tejże tradycji.

Pozostali z towarzyszy Brandera stali, wpatrując się we freski, na co dzień o nich zapominali, lecz gdy ktoś o nich przypominał, zawsze kończyło się to chwilą ciszy i wewnętrznych przemyśleń. Każdy z nich miał tutaj umieszczone chwile ze swojego życia, tu, na tych ścianach były wypisane najdramatyczniejsze chwile z ich żyć, również te najszczęśliwsze się tam znajdowały. Gdzieś pośród setek tysięcy obrazów. Brander, patrząc na tę ścianę, widział chwilę, gdy poznał Lumę. Jej przepiękne policzki i wielkie oczy. Gondi, patrząc na tę ścianę, widział tortury wykonywane na nim przez elfów. Po raz kolejny czuł ten ból i zadawał sobie pytanie, dlaczego po prostu mnie nie zabiliście? Gorki widział moment, kiedy urodziły się jego dzieci, czuł dumę i radość. Borki widział chwilę, gdy został przyjęty do gwardii króla. Czuł się wtedy najszczęśliwszym krasnoludem w górze.

— Niezwykłe. — Kan wciąż wyłapywał pojedyncze obrazy.

— Ja muszę iść, cześć. — Gondi odszedł, już po chwili zniknął za zakrętem.

Kan dostrzegł na jego twarzy niewypowiedziany smutek i cierpienie. To natychmiast wyrwało pozostałe krasnoludy z zamyślenia. Spojrzeli oni po sobie ze smutnymi minami.

— Co się jemu stało? — Kan wiedział, że to coś poważnego.

Borki westchnął, po czym pokazał palcem w kierunku kilku fresków na zachód.

Były one większe od innych. Przedstawiały sceny makabrycznych tortur. Torturowanym był Gondi, lecz Kanowi coś nie pasowało. Istotami, które zadawały mu ból, byli elfowie. To niemożliwe — pomyślał — nie uwierzę, że elfowie zrobiliby coś takiego.

— To niemożliwe, elfowie nigdy nie zrobiliby czegoś takiego. Nie uwierzę w to. — Kan natychmiast pożałował, że to powiedział, na twarzach jego towarzyszy wymalowywał się gniew i nienawiść, nie mógł on uwierzyć, że były to oblicza tych samych osób, z którymi żartował wczoraj.

— Elfowie to skurwysyny, pogódź się z tym. — Brander miał kamienną twarz, wykrzywioną w grymasie gniewu. — Myślałem, że jesteś w porządku, ale łatwo cię oszukać, jesteś jeszcze za młody i tyle, omamili cię pięknymi słówkami. — Brander obrócił się tyłem i rzekł, odchodząc: — Borki, zaprowadzisz go.

— Nigdy nie ufaj elfom. — Gorki również odszedł.

Kan został sam z Borkim. Wciąż wpatrywał się we freski ze scenami tortur. Walczył z samym sobą. To niemożliwe, nie uwierzę, że to te same istoty, które widziałem wtedy w lesie, to nieprawda.

— Chodźmy. — Borki miał smutną minę, lecz w przeciwieństwie do swych towarzyszy nie było na niej gniewu bądź nienawiści. Kan ruszył za nim, lecz wciąż zastanawiał się nad tym, czego się przed chwilą dowiedział. Teraz już sam nie wiedział, czy nie został oszukany, czy elfowie są naprawdę aż tak wspaniali, jak myślałem? Może są po prostu różni tak jak ludzie? Czyżbym tak bardzo się pomylił co do nich?

Kan po prostu nie mógł uwierzyć, cała jego opinia na temat elfów została zburzona w jednej chwili. Idąc z Borkim, chciał skupić się na widoku, na wspaniałości tego obrazu, lecz nie był w stanie, wciąż myślał o freskach przedstawiających tortury. Po prawie godzinie drogi dotarli do stalowych schodów wijących się dookoła jednego z filarów. Głos Borkiego wyrwał Kana z zamyślenia.

— To jedyna droga do wielkiej sali, schody przechodzą przez stalową płytę. Jeżeli nie czujesz się na siłach po wczorajszym, lepiej odpuśćmy wspinaczkę na dziś. To nie będzie łatwe, zajmie nam to wiele godzin. Kan czuł się tragicznie, lecz powiedział:

— Możemy wejść dzisiaj, dam radę.

— Wciąż myślisz o tym, czego się dowiedziałeś? — Borki uważnie przyglądał się Kanowi.

— Tak, po prostu nie jestem w stanie w to uwierzyć. Nie mogę pojąć, jak elfowie mogliby zrobić coś takiego.

— Kiedy znaleźliśmy Gondiego, był ledwie żywy, po kilku dniach, gdy odzyskał przytomność, usłyszeliśmy krzyk z chaty, to był straszny krzyk, przerażający, do tej pory Gondi czasem krzyczy przez sen. Przed tym wszystkim też się zastanawiałem. Dlaczego moi pobratymcy aż tak bardzo nienawidzą elfów, skąd się to bierze? Czy to aby nie głupie i bezpodstawne? Widziałem ich dyplomatów podczas spotkań, wydawali się być tacy łagodni i mili. Po tym, co zrobili Gondiemu, już nie dam się zwieść ich pięknej mowie i łagodnym wyglądzie. Po tamtych wydarzeniach król zerwał całkowicie dyplomację. Teraz, gdy elf przekroczy naszą granicę i zostanie znaleziony, można powiedzieć, że jest martwy. Elfowie wypierali się jakoby to nie oni torturowali Gondiego. Gdy nasz król zerwał dyplomację, ich władca udawał nawet zdziwienie, co za bezczelność. Chcieli zrzucić winę na cienie, lecz Gondi ich widział. Mieli normalne oczy, każdy wie, że cienie mają całkowicie czarne oczy. Oczy pozbawione białek.

— Ale dlaczego mieliby zrobić coś takiego?

— Nie wiem, tak samo zastanawiam się, po co była im magia, dlaczego cienie chodzą po ziemi? Przez elfów, przez ich magie. To oni przyzwali cienie do tego świata, to przez nich. To oni torturowali Gondiego. To po prostu fakty, którym nie możesz zaprzeczyć.

Kan był zszokowany, nie wiedział, co powiedzieć. W jego głowie wciąż był obraz krainy elfów, wciąż czuł tę radość, wciąż widział te twarze.

Po czym widział twarze z fresków, były to zupełnie różne oblicza.

— Jak można być tak dobrym, tak wrażliwym i mądrym, po czym tak okrutnym i bezlitosnym?

— Nie spotkałeś wszystkich spośród nich, może nie spotkałeś tych okrutnych.

— Ich krainę przepełniało szczęście, nie widziałeś tego, nie doświadczyłeś. Coś w tym wszystkim jest nie tak. — Kan wciąż nie mógł w to uwierzyć. — Mogli to być jedni z elfów wyjętych spod prawa, nieżyjący już wśród swych pobratymców.

— Też nad tym myślałem, lecz jest to niemożliwe. Nikt nie byłby w stanie przeżyć w królestwie cieni. W naszej krainie również by nie przetrwali.

— Może zaszyli się gdzieś w królestwie cieni.

— To niemożliwe.

— Dlaczego?

— Kilka razy wysyłaliśmy naszych najlepszych myśliwych do królestwa cieni. Aby zdobyli choć skrawki informacji na ich temat. Tam jest wiecznie mgła, nic o nich nie wiemy, nie mamy nawet pojęcia, ilu ich tam jest. Nikt nie wrócił stamtąd żywy. Już przy granicy z nimi powietrze jest jakby cięższe. Wiesz, że co jakiś czas musimy zmieniać garnizon w zamku na granicy z nimi. Po czasie żołnierze, jak i ich rodziny zachowują się dziwnie. Nasi mędrcy twierdzą, że to magia wypełniająca krainę cieni ma na nich taki wpływ. Nakazali oni wymianę garnizonu. Gdyby ktoś mieszkał w tamtych stronach zbyt długo, według mędrców zwariowałby. Nigdy nie dochodzi z ich krainy żaden dźwięk.

Panuję tam wieczna cisza i mgła. Na pewno nikt tam by nie mógł przeżyć.

— Może przez wpływ ich magii elfowie to zrobili?

— Ich rzeka zatrzymuje magię płynącą z krainy cieni. My niestety nie posiadamy takiej ochrony. Magia wypełniająca nasz zamek jest coraz mocniejsza. Mieszkałem tam, po roku byłem wściekły na wszystko, powoli stawałem się zły, a jest coraz gorzej. Coraz częściej wymieniamy tam mieszkających krasnoludów. Mimo to za każdym razem wracają coraz bardziej zmienieni. Mimo że się wymieniamy, to skażenie pozostaje gdzieś w głębi.

— Ich magia odejdzie jedynie wraz z ostatnim cieniem.

— Czy powiedział ci to staruszek z wyspy?

— Tak.

Borki przez chwilę myślał.

— Aby pozbyć się cieni, byłbym w stanie współpracować z ludźmi i elfami. Ale zdecydowana większość krasnoludów na samo wspomnienie elfów jest wściekła. Chwilami zastanawia mnie, czy to jedynie słuszny gniew, czy może już magia cieni?

— To gniew połączony z magią cieni, kto wie, jak dalece ona sięga.

— Ty jako władca żywiołu masz ich powstrzymać?

— Powstrzymanie ich nie będzie proste i nie dokona tego jedna osoba. Staruszek mówił, że to od nich pochodzi całe zło, że nawet najgorszy przestępca nie jest zły sam w sobie. Mówił, że oni byli nawet wtedy, kiedy ich nie było, i że będą nawet wtedy, kiedy już ich nie będzie. Ja całkowicie tego nie rozumiem.

Po wielu godzinach wchodzenia po schodach Kan wraz z Borkim dotarli na najwyższy poziom kondygnacji góry. Była to przeogromna sala, w której poza czterema ogromnymi filarami stał jedynie ogromny tron wyrzeźbiony w kamieniu. Jeden z filarów utrzymywał mieszkanie króla umiejscowione przy samym szczycie góry. Tutaj również można było dostrzec niezwykłe pasmo światła tworzone przez potężny kryształ. Wyglądało ono jak piąty filar, zbudowany ze światła. Borki wskazał na drzwi wykute w ścianie i powiedział:

— Za mną.

Kan bez słowa udał się za nim. Przy drzwiach stali dwaj strażnicy, od czubków palców po końcówki włosów ubrani byli w stal. Gdy Kan wraz z Borkim wchodzili do środka, nawet nie drgnęli, równie dobrze mogliby być dwoma posągami. W środku stał stół i dwanaście krzeseł dookoła niego. U szczytu stoły siedział krasnolud, czarnooki, o długiej bujnej brodzie i krótkich włosach tego samego koloru. Miał w rysach twarzy tę samą majestatyczność co Brander. Jego spojrzenie było surowe. Wstał i wyciągnął rękę w stronę Kana.

— Witam, jestem Brond — Kan dopiero teraz dostrzegł wspaniałą koronę zrobioną ze złota i diamentu na jego głowie. — Mamy wiele do omówienia, usiądź, proszę. — Wskazał przeciwległe krzesło i usiadł na swoim.

— Witam, ja nazywam się Kan.

Borki wciąż stał obok, król spojrzał na niego i rzekł:

— Gdzie jest Brander?

Borki wyraźnie się zmieszał.

— Cóż, w trakcie naszej podróży coś mu wypadło.

— Coś mu wypadło? Szlag by go trafił, wojownik z niego świetny, dyplomata żaden. Przepraszam cię, Kanie, musimy omówić wiele spraw, mamy cholernie wiele problemów. Cienie coś szykują. Dostałem wiadomość z Błogosławieństwa Góry, sprawy mają się źle.

Rozdział czwarty

Ławeczka

Brond z powagą wpatrywał się w Kana siedzącego naprzeciw. Milczał przez długi czas, po czym podjął:

— Mam nadzieję, że rozumiesz, jakim zaufaniem darzę staruszka z Wyspy Tajemnic i ciebie, skoro zamierzam wtajemniczyć cię w najtajniejsze informacje dotyczące naszego bezpieczeństwa? — Brond cierpliwie czekał na odpowiedź.

— Jestem tego świadomy — Kan wiedział, iż to, co za chwilę usłyszy, jest przeznaczone tylko i wyłącznie dla jego uszu.

— To, co za chwilę powiem, przeznaczone jest dla ciebie i jedynie dla ciebie. Czy rozumiesz, że jeżeli komukolwiek wyjawisz jakikolwiek fragment z tej rozmowy, nigdy nie zostanie ci to zapomniane ani wybaczone?

— Doskonale zdaję sobie z tego sprawę.

— Dobrze, a więc przejdźmy do meritum. Dostałem wiadomość z Błogosławieństwa Góry. Jeden z cieni przyszedł pod bramy zamku.

Przez długi czas wszyscy milczeli, Kan wiedział, co to oznacza. Czas bierności cieni się skończył. Wiedział, jak istotna informacja to jest.

Zdziwiło go to, iż Brond zaufał mu na tyle, aby go o tym poinformować, tak, to prawda, znał staruszka z wyspy, lecz nie znał Kana.

Brond wręczył Gorkiemu list i rzekł:

— Natychmiast udasz się do Brandera i wręczysz mu ten list. W tym liście mianuje go dowódcą zamku Błogosławieństwo Góry, wszyscy doskonale wiemy, że Denetr to idiota i nie może zarządzać zamkiem w takiej trudnej chwili. Przekaż Branderowi, że ma wyruszać jak najszybciej, żeby Denetr nie zdążył niczego spieprzyć.

Borki natychmiast opuścił komnatę z listem w ręku. Brond znów zwrócił swe spojrzenie na Kana. Jemu nie podobał się sposób, w jaki na niego patrzy.

— Chciałbym cię prosić, abyś pomógł nam w walce z cieniami. Brander zapewne wyruszy dopiero jutro z rana. Chciałbym cię prosić, abyś wyruszył razem z nim i był u jego boku, gdy cienie zaatakują. — Brond wyczekująco wpatrywał się w Kana.

Kan przez długi czas się nad tym zastanawiał i wiedział, że musi mu odmówić. Staruszek wyraźnie powiedział, żeby nie bawił długo w krainie krasnoludów. Wiedział, że nigdy nie mówi on niczego, co nie miałoby znaczenia. Wiedział, że ma on co innego do zrobienia, gdy wróci. Wiedział również, że Brond nie przyjmie lekko do wiadomości jego odmowy. Mimo to nie miał wyjścia.

— Bardzo chciałbym wam pomóc w tej walce, lecz jestem jedynie jednym wojownikiem. Moja obecność nic nie zmieni, do tego będę potrzebny gdzie indziej.

Brond natychmiast wstał podirytowany, powiedział teraz delikatnie podniesionym głosem:

— Nie chodzi o twój miecz. Idzie o coś znacznie ważniejszego. Twoja obecność w zamku jest cholernie potrzebna. Widzisz, mamy od dawien dawna problem z Błogosławieństwem Góry. Od kiedy cienie się pojawiły, ich magia w jakiś dziwny sposób wpływa na tamtejsze krasnoludy.

W jakiś pokręcony sposób ich zmienia. Ja sam tego doświadczyłem, będąc tam. Krasnoludy już z natury są cholernymi, upartymi nerwusami. Magia cieni potęguje wszystkie nasze negatywne cechy. W tym strach. — Brond znów usiadł i nachylił się do Kana. — Wiesz, jak zwiększysz ich morale swoją obecnością? Wiesz, co sobie wszyscy myślą o władcach żywiołów? Ludzie zapominają wczorajsze pierdnięcie, lecz my, starsze i długowieczne rasy, pamiętamy. Pamiętamy poprzednich władców żywiołów. Dokonywali oni rzeczy niemożliwych. Samotnie wygrywali przegrane bitwy, wszystkie krasnoludy to wiedzą. To właśnie dlatego u twego boku jeden krasnolud będzie walczył za trzech. Kanie, jesteś nam potrzebny.

Kan doskonale wiedział, że Brond ma rację, lecz to nic nie zmieniało. Zawsze musiał kierować się tym, co nakazał staruszek.

— Przykro mi, lecz nie mogę tutaj zostać na dłużej. Staru.… Niestety nie zdołał dokończyć. Brond wpadł mu w słowo, znowu wstając.

— Jak możesz opuszczać nas teraz? W chwili największej potrzeby. Jak możesz?

— Ja wiem, że mówisz prawdę, lecz jeżeli nie będę kierował się poleceniami staruszka z wyspy, wszystko i tak pójdzie na marne.

Brond był wściekły.

— A więc starzec nie chce nam pomóc, jak zawsze! Gdy walczyliśmy z ludźmi, było tak samo! Zawsze byłem mu przyjacielem, zawsze byłem na jego skinienie, a on co dał mi w zamian?! Nic mi nie dał, tak samo jak ty! Jedynie piękne i nieszczere słówka, jak elfowie! — Brond usiadł, ochłonął lecz jego twarz jakby zamarzła — obiecałem mu, że będziesz mógł tutaj przebywać, dlatego daję ci jeszcze trzy dni na pozostanie w Górze Praojców. Czwartego dnia opuścisz to miejsce z Gordem lub bez niego. Możesz odejść.

— Ale…

Brond znów mu przerwał, a jego stanowczy głos, jak i mina jasno wyrażały twarde postanowienie, z którym nie należało dyskutować.

— Nie ma żadnego ale.

Kan pokiwał ze zrozumieniem głową i rzekł:

— Rozumiem. — Po czym wyszedł.

Natychmiast udał się w stronę schodów prowadzących na dół. Nie miał siły, lecz również nie miał wyjścia. Musiał jeszcze dzisiaj zejść na dół i udać się do swojego mieszkania. Król wyraził się jasno: Czwartego dnia opuścisz to miejsce. Kan wiedział, że nie zmieni on zdania, nie mógł marnować czasu na odpoczynek. Mimo że czuł się okropnie po wypitym wczoraj alkoholu, nie miał wyboru. Na szczęście mniej więcej zapamiętał drogę prowadzącą od schodów do jego mieszkanka. Gdy tylko do niego dotarł, natychmiast położył się wyczerpany. Zasnął, zanim jeszcze dobrze się ułożył. Z samego rana obudził go Borki walący do drzwi. Pośpiesznie się ubrał i wyszedł do niego.

— Cześć — podali sobie dłoń.

— Witaj — Borki delikatnie się uśmiechał — dzisiaj już wyglądasz zdecydowanie lepiej.

Kan się roześmiał.

— I tak też się czuję. Niestety moje spotkanie z waszym królem nie ułożyło się najlepiej.

Borki westchnął.

— Cóż, ma wiele na głowie, przez to zachowuje się trochę jak… — Borki nie do końca był pewien jakiego określenia powinien użyć.

— Król?

— Dokładnie. A więc masz trzy dni, aby przekonać Gorda. — Borki zrobił kwaśną minę, która Kanowi ani trochę się nie spodobała.

— Co? — wyczekująco się wpatrywał w Borkiego.

Borki tym razem zrobił trochę niezręczną minę:

— Bo widzisz… Gord jest, no cóż, dość uparty.

— Nie przekonam się, dopóki go nie spotkam.

— To prawda.

— Ale jak go znajdziemy w tak kolosalnym mieście?

— To nie będzie trudne, każdego dnia o tej godzinie przesiaduję na tej samej ławeczce.

— A więc nie zwlekajmy.

Natychmiast ruszyli w stronę owej ławeczki. Kan chciał wypytać o Gorda, zanim go spotka.

— Dlaczego Gord jest tak uparty?

— Nie chcę o tym mówić, przepraszam. To po prostu zbyt smutne, wiem, że bardzo chcesz go sprowadzić na wyspę, ale wątpię, aby się zgodził.

Wiele wycierpiał, trochę się poddał, stracił sens swojego istnienia. Wielu próbowało go jakoś pocieszyć, lecz nikomu to się nie udało. Na szczęście owo miejsce, w którym znajdował się Gord, nie było daleko położone od mieszkania Kana. Gdy tylko dotarli, Kan dostrzegł niezwykłego krasnoluda siedzącego na samotnej ławeczce. Gord patrzył gdzieś w dal swymi niezwykłymi oczami. Kan stanął jak wryty, jeszcze nigdy nie widział kogoś o tak niezwykłym wyglądzie. Oczy, włosy jak i krótka broda Gorda były srebrnego koloru, co wyglądało co najmniej niezwykle. Nie były one ani białe, ani siwe, nie było mowy o pomyłce. Dla Kana był to smutny widok, twarz Gorda wyrażała ogromne cierpienie. Widać było, iż myślami jest gdzieś indziej. Borki spojrzał na Kana i rzekł:

— Nie obrazisz się, jeżeli cię zostawię? Nie jestem pewien, czy zdołasz trafić z powrotem do swojego domu, lecz mam wiele do zrobienia.

— Dam sobie radę, dziękuję, że mnie przyprowadziłeś.

Borki machnął od niechcenia ręką, śmiejąc się:

— E tam. Dobra, ja spadam.

Kan podszedł do Gorda i stanąwszy przed nim, rzekł, wyciągając rękę:

— Witam, jestem Kan.

Gord spojrzał na niego zmęczonym wzrokiem, pod oczami miał ogromne wory, musiał niewiele sypiać.

— Cześć — powiedział oschle. Nie podał Kanowi ręki.

Kan usiadł obok niego niezrażony.

— Nie zamierzam owijać w bawełnę, zapewne wiesz, dlaczego tutaj przybyłem, nie spodziewałem się, że zastanę cię w takim stanie. Jest mi trochę głupio prosić cię, abyś ze mną wyruszył gdy… Kan zamotał się, nie wiedział, jak dokończyć zdanie.

— Gdy wyglądam jak gówno?

Kan nie odpowiedział.

— Tak też się czuję. — Gord spojrzał na Kana. — Jest ci głupio prosić mnie o coś takiego, lecz mimo tego to robisz. — Uśmiechnął się ponuro.

Kan patrzył prosto w jego oczy, nie miał pojęcia, co sprawiło że jest on w takim stanie. Czuł się strasznie, musząc prosić go o to, aby zmienił całe swoje życie teraz, będąc w takim stanie. Zastanawiał się, czy może to lepiej dla niego, czy może dlatego właśnie teraz staruszek przysłał tutaj Kana właśnie teraz. Rozmyślając o tym, długo milczał, dlatego też to Gord przemówił:

— Przybywając tutaj, myślisz tylko o sobie, myślisz tylko o swojej misji. Mimo że tak bardzo jest ci głupio, co dość mocno widać, próbujesz. Mam gdzieś twoją misję, mam gdzieś twojego staruszka, którego tutaj nie było, gdy… — przez chwilę na jego twarzy pojawiło się ogromne cierpienie, po chwili stężała — gdy go tak bardzo potrzebowałem. Gdzieś mam wasze wojny. Gdzieś mam to, że niby kimś tam jestem. Czym stanie się wasza pewność, że jestem władcą żywiołu, kiedy po prostu z tobą nie pojadę? Pyłem. Cholernym pyłem, jakim wszystko jest. Nie pojadę z tobą i nic mnie nie przekona. Nie chcę słuchać twoich argumentów. Pozwól mi cierpieć w samotności.

Kan po raz drugi patrzył na ten sam wyraz twarzy. Tak samo jak u Bronda. W obliczu smutku i cierpienia Gorda Kan nie zamierzał nawet oponować. Wiedział, że musiał on przeżyć jakąś straszną tragedię. Krasnoludy nie przejmowały się byle czym, to było wpisane w ich naturę.

— Czy mogę z tobą chociaż posiedzieć?

Gord najwidocznej nie spodziewał się tego, gdyż długo nad tym myślał.

— Jeżeli choć raz podejmiesz temat…

Kan mu przerwał.

— Nie podejmę.

— Dobrze.

Gord znów spojrzał w dal. Natychmiast gdzieś odpłynął. Kan wiedział, że nie będzie on chciał rozmawiać, dlatego też po prostu siedział obok niego, milcząc. Po chwili Kan również odpłynął, przeskakując wciąż i wciąż gdzieś między myślami. Na początku był podczas swojego treningu ze staruszkiem. Każdego ranka powtarzał, że dziś muśnie jego szatę, mimo to nigdy nie udało mu się tego zrobić. Później zaszedł do kuźni, w której kuł miecze z George’m. Czuł gorąc stali, słyszał uderzenia młota o stal. Obserwował swoje wszystkie ostrza, jedno po drugim. Z dnia na dzień coraz lepsze. Następnie godzinami przysłuchiwał się jego rozmowom z George’em, obydwoje tak samo wyczerpani, obydwoje tak bardzo beztroscy i szczęśliwi. Rozmawiając o totalnych głupotach i pierdołach każdego dnia. Tak minął Kanowi dzień pierwszy. Gdy nastał wieczór, czego Kan nawet nie dostrzegł, Gord odszedł bez słowa. Dzisiaj po raz pierwszy od długiego czasu od razu zasnął. Drugiego dnia Kan bez słowa przyszedł do Gorda na ławeczkę. Ten wpatrywał się w niego długi czas, po czym odwrócił wzrok. Chciał go pogonić, lecz gdzieś w głębi wiedział, że tego potrzebuje. Drugiego dnia Kan w swych myślach był z Gretą i Martą, przyglądał się, jak robią wspólnie ogromny tort na urodziny staruszka. Nigdy nikomu nie zdradził on, ile lat obchodzi, lecz Marta corocznie nalegała, ponieważ tradycja nakazywała na torcie zrobić liczbę lat osoby obchodzącej urodziny. Staruszek któregoś pamiętnego dla wszystkich roku uległ. Pamiętnego ponieważ dla mieszkańców wyspy był on zagadką. Mateusz miał na tym punkcie wręcz obsesję. Wciąż wypytywał staruszka o niego samego, ten, lawirując, starał się odpowiedzieć pytaniem lub jakąś dziwaczną sytuacją pozornie z nim niezwiązaną. Niestety owego dnia kazał im stworzyć na torcie nie liczbę, choć on zapewniał, iż to również jest liczba. Dziwaczny znak, który wyglądał jak przewrócona na bok ósemka. Jakby tego było mało, następnego roku kazał znów utworzyć taki sam znak na torcie. Była to rzecz niedorzeczna, ponieważ liczba lat co roku się zmieniała u każdego bez wyjątku. Staruszek natomiast kłócił się ze wszystkimi mieszkańcami wyspy, iż jego liczbę lat wyraża jedna i ta sama liczba od zawsze. Mieszkańcy w swej przenikliwości zrozumieli, iż chce on się po prostu wymigać od podania swego wieku i ostatecznie musieli to uszanować. Od tamtej pory po prostu Marta wraz z Gretą, Kanem i Damianem tworzyli dziwaczny znak na tortach dla niego. Zanim się obejrzał, minął dzień drugi. Trzeciego dnia Kan kolejny raz zrobił to samo, z samego ranka znów przybył i usiadł na ławeczce, na której Gord już siedział. Trzeciego dnia Gord tak właściwie wyczekiwał Kana. I tego dnia Gord przemówił:

— Dlaczego to robisz?

Kan długo myślał nad odpowiedzią.

— Gdybym był na twoim miejscu, nie chciałbym być teraz sam.

Gord ciężko westchnął.

— Przepraszam, zachowałem się jak gnój, gdy się spotkaliśmy. Nie zasłużyłeś na to.

— To nic.

Przez chwilę Gord chciał coś powiedzieć, lecz po chwili znów jego wzrok stał się nieobecny. Kan nie zamierzał nalegać. Sam również począł rozmyślać, aby już po chwili być w całkowicie innym miejscu, nie ciałem, rzecz jasna.

Trzeciego dnia obserwował samego siebie podróżującego przez góry. Patrzył, jak walczy, aby nie upaść, patrzył na strach przed śmiercią w swoich oczach, przypomniał sobie, jak bardzo się wtedy bał i jak długo to trwało. Wspominał nawet moment, w którym upadł. Patrzył, jak podnosi go Edward. Obserwował, jak unosi jego ogromne ciało do góry, choć nie ma na tyle sił, aby je podnieść. Widział, jak przy nim siedzi, martwiąc się, czy przeżyje. Stojąc z boku, słuchał swojej rozmowy z Edwardem. Pamiętał o obietnicy mu danej. Cały świat zawirował, a on był już gdzieś indziej. Teraz walczył z mężczyzną w masce, po czym znów widział, jak zabija on Texa. Jednym ruchem dłoni odebrał mu życie. Kan w tym miejscu został dłużej niż w innych, przez długi czas stał w gospodzie, wpatrując się w ciało Texa. Stał i żałował, że nie zdołał powstrzymać zamaskowanego obcego. Następnie świat znów zawirował, tym razem stał w Górze Praojców i patrzył na dwie postacie siedzące na ławeczce. Widząc ich, uśmiechnął się. Po tym wszystkim otworzył oczy, siedząc na ławeczce. Był już wieczór. Nie miał pojęcia, czy przez te trzy dni, siedząc na ławeczce, spał. Wiedział, że to nie miało znaczenia. Nie musiał tłumaczyć tego, co się tutaj stało. Wiedział, że przez te trzy dni nauczył się więcej niż przez ostatni rok. Wstał i spojrzał z uśmiechem na Gorda, wyciągając dłoń.

— Niestety nadszedł czas, gdy muszę opuścić Górę Przodków.

Gord również podał mu rękę, wstając.

— Cieszę się, że cię poznałem, przyjacielu. Szkoda, że się już nie spotkamy.

Uśmiech Kana się poszerzył.

— Nie bądź tego taki pewien. — Niestety tak jak nastaje czas radosnych przywitań, musi też nadejść czas rozstania. Kan opuścił Gorda, jutrzejszego ranka musiał wyruszyć. Wiedział, że zrobił już swoje w Górze Praojców. Był świadomy, iż staruszek od początku wiedział, czego ma tutaj dokonać Kan. Teraz był pewien, że nie chodziło o sprowadzenie Gorda na wyspę.

Rozdział piąty

Wrzask

Mgła. Wszystko spowite we mgle. Duroń starał się cokolwiek dostrzec, lecz było to niemożliwe. Był wściekły, że musiał być strażnikiem w Błogosławieństwie Góry, minęło dopiero parę dni, od kiedy tutaj przybył, a już miał dość. Miał na koncie kilka złych uczynków i właśnie za to został tutaj wysłany. Skurwiele, każdy czasem może pijany zrobić zadymę w barze — pomyślał. Wraz z Bzdyszem był on strażnikiem zewnętrznej bramy, umiejscowionej w tunelu znajdującym się w murze. Mieli oni obserwować krainę cieni poprzez dwa niewielkie otwory w bramie. Duroń był wściekły, stali tutaj jak idioci, a każdy dobrze wiedział, że żaden cień nigdy swojej krainy nie opuścił. Ani razu nikt nie przybył stamtąd, od kiedy cienie pojawiły się w tamtych stronach.

— Na jaką cholerę się wpatrujesz. — Bzdysz sobie odpuścił już po tygodniu.

Duroń już miał odpowiedzieć, lecz zamilkł. Z mgły wyłonił się człowiek. Czarnowłosa kobieta, wyglądająca na około trzydzieści lat. Duroń natychmiast dostrzegł, iż jej oczy są całkowicie czarne, pozbawione białek. Duroń powoli obrócił głowę do Bzdysza:

— Z lasu wyszedł jeden z cieni.

Jego towarzysz natychmiast zerwał się z miejsca i począł wpatrywać w niewielki otwór w bramie.

— Cholera, co robimy?

To tylko jedna kobieta, a my panikujemy, co dopiero, gdyby pojawiła się cała armia?

— Zobaczymy co zrobi. — Duroń cały czas wpatrywał się w kobietę, stąpając powoli swymi bosymi stopami zmierzała w stronę zamku. Patrzyła w stronę zamku, lecz jej wzrok był jakby nieobecny, jakby tak naprawdę nawet nie widziała owego wielkiego gmachu. Wszyscy strażnicy na murach zamilkli, każdy wpatrywał się tylko w nią. Kilka kroków przed bramą zatrzymała się. Duroń szepnął, jakby sam do siebie

— Musimy otworzyć bramę, musimy ją wpuścić. — Nie chodziło o troskę o obcą, każdy wiedział, iż jest jedną z cieni, poza tym w tych stronach było ciepło. Od krainy cieni zawsze biło ciepło, które z czasem było coraz intensywniejsze. Po kilkunastu latach pobytu cieni na północ od zamku, Błogosławieństwo Góry z wiecznie oblodzonego zamku stało się zamkiem, w którym wszyscy chodzili na wpół rozebrani. Dla krasnoludów było to oczywiście koszmarne, każdy przybywający tutaj z Góry Praojców miał z tym trudności. Duroń powtórzył, tym razem głośno i wyraźnie: O otworzyć bramę.

— Pojebało cię? — Bzdysz najwidoczniej nie podzielał jego opinii na ten temat.

— To tylko jedna kobieta, możemy się od niej czegoś dowiedzieć na temat cieni.

— Od niej? Chciałeś powiedzieć od tego czegoś, spójrz na jej oczy.

— To nie zmienia faktu, że musimy ją pojmać.

Zawiasy bramy zaskrzypiały, ta brama nie była otwierana od wielu lat. Bzdysz wraz z Duroniem wyciągnęli swoje topory.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.