E-book
13.65
drukowana A5
36.94
Szesnaście żywiołów

Bezpłatny fragment - Szesnaście żywiołów

geneza ziemi


3.7
Objętość:
159 str.
ISBN:
978-83-8189-309-1
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 36.94

Geneza ziemi (lata 7429–7445 według kalendarza Elfów „Olivinir”)

Królestwo Ludzi
Leśny Kontynent

Prolog

Chłopiec walczący z przygarbionym staruszkiem. Tym razem mi się uda, jestem coraz lepszy, choć musnąć jego szaty. Chłopak ruszył w dzikim pędzie, zaatakował z młodzieńczym zapałem. Staruszek bez większego wysiłku odparował wszystkie jego ciosy. Zawsze wyglądało to tak samo, starzec odpierał jego ataki bez najmniejszego wysiłku. Tyle lat, tyle stoczonych pojedynków, tyle poświęconego czasu, wszystko na marne. Wszystko jedynie po to, aby nigdy nawet nie być blisko celu. Za każdym razem dla starca było to dziecinnie proste, aby odeprzeć ataki młodzieńca. Nieustanna walka, rozpoczynająca się każdego dnia. Każdego dnia pozornie wyglądająca tak samo. Codzienna seria ciosów, ostrza zderzające się raz po raz, wydające z siebie dźwięk niosący się echem wśród parku i poza nim. Mieszkańcy wyspy byli już przyzwyczajeni do tej dźwięcznej symfonii, każdego dnia rozpoczynającej się popołudniem. Niektórzy spośród nich zadawali sobie pytanie: czy on nie katuje tego chłopaka? Dla nich wiadomym było, iż chłopiec nie ma nawet najmniejszych szans na wygraną. To jedynie trening i nie chodziło tutaj o zwycięstwo, było to dla nich wiadome.

Jednakże minęło już tyle lat, a trening wciąż się nie kończył. Wciąż chłopak musiał walczyć, uczyć się, doświadczać, poznawać. Tylko po co? — zadawali sobie pytanie mieszkańcy wyspy. W walce na miecze ten piętnastolatek już jest lepszy od wszystkich pozostałych mężczyzn na wyspie, oczywiście prócz tajemniczego staruszka. Zadawali oni sobie pytanie — po co to wszystko? Dlaczego ten chłopak musi być aż tak dobry? Jaki to ma sens? Nie mieli oni pojęcia, lecz wiedzieli, że starzec wie. Dla nich było to wystarczające, lecz mimo to niepokoiło ich to. Kolejny odgłos zderzających się ostrzy. Codziennie rozpoczynająca się walka. Kończąca się dopiero, gdy zajdzie słońce. Dzień w dzień, w deszczu czy śniegu, podczas burzy czy wichury. Staruszek nigdy nie odpuszczał, co dziwne — chłopak również zawsze był chętny do walki. O tym chłopcu można było wiele powiedzieć, lecz jedno wiedział każdy spośród mieszkańców. Był on cholernie uparty i nigdy nie odpuszczał.

Rozdział pierwszy

Młodzieńczy zapał

Kan wstając rano, miał wielkie oczekiwania co do tego dnia. Dziś mi się uda — pomyślał. Ostatnio zrobiłem ogromne postępy, to nieuniknione. Prędzej czy później uda mi się dotknąć szaty mistrza. Choć musnąć, może nawet nadejdzie dzień, w którym wygram?

Pośpiesznie się ubrał, po czym wyszedł na dwór. Słońce już wychylało się zza potężnych czarnych murów Wyspy Tajemnic. Chłopak natychmiast udał się w stronę wielkiego parku. Mistrz zapewne jak zazwyczaj przesiaduje na jednej z ławeczek w parku — pomyślał.

Mieszkanie Kana znajdowało się w północno–wschodniej części wyspy, miał więc kawał drogi do przebycia. Mieszkańcy wyspy jeszcze spali. Kan uwielbiał wstawać rankiem, gdy jeszcze wszyscy prócz mistrza byli pogrążeni we śnie. Wyspa wydawała się jemu wtedy niezwykłym miejscem. Często chadzał wtedy i rozmyślał, obserwował otaczające go budynki. Cisza i spokój poranka wzbudzały w nim niezwykłe emocje, niemożliwe do opisania odczucia.

Mistrz siedział na jednej z ławeczek i wpatrywał się w pobliskie drzewo, lecz Kan wiedział. Wiedział, iż mistrz tak naprawdę nawet nie dostrzega tego drzewa. Rozmyśla. Kan natychmiast podszedł do niego i przerwał jego kontemplacje.

— Witaj, mistrzu, nad czym rozmyślasz?

Staruszek zareagował dopiero po chwili, spojrzał na chłopaka swymi niezwykłymi oczami i rzekł:

— Czy zechciałbyś zagrać ze mną w pewną grę słowną?

— Oczywiście — Kan przez lata już przyzwyczaił się do dziwacznych pomysłów mistrza.

— Chciałbym, abyśmy porozmawiali, używając jedynie zdań pytających.

Kan przez chwilę zastanawiał się nad słowami staruszka, po chwili rzekł:

— A więc mam odpowiadać jedynie pytaniem?

— Tak.

— Dobra — Kan był podekscytowany, gry wymyślane przez staruszka zawsze były fascynujące.

Starzec zwlekał chwilę. Zastanawiał się, o co zapytać. Po dłuższej chwili, dla młodego chłopaka będącej wiecznością, przemówił:

— Czy uważasz siebie za dobrego człowieka?

Kan, stojąc naprzeciw starca, milczał przez dłuższą chwilę. Zawsze był zdecydowany i pewny tego, co powinien zrobić lub powiedzieć, lecz gdy chodziło o tak trudne pytania, nie był pewien niczego.

Jestem jedynie młodym chłopakiem jak mam być w stanie odpowiedzieć na tak trudne pytanie? Do tego pytaniem? — myślał

— Czy jestem w stanie samego siebie ocenić?

— Czyż to nie ty znasz siebie samego najlepiej?

Znów chłopak był niepewny odpowiedzi, a raczej pytania. Teoretycznie to prawda, jednakże nie jest to tak proste, jak by się zdawało.

Kan, wiedział że niektóre rzeczy robione przez niego mogły niekoniecznie być dobrymi uczynkami, jednakże miał na swoim koncie zapewne również wiele pozytywnych czynów. Jak miał stwierdzić, czy jest dobry lub zły, skoro robił i dobre rzeczy, i te złe? Do tego był świadom tego, iż zawsze stara się dostrzec w sobie te dobre czyny. Ocenia się na podstawie tych dobrych, a złe pomija. Już wiedział, jakie pytanie powinien zadać.

— Czy jestem w stanie ocenić samego siebie obiektywnie?

Staruszek skinął głową z uznaniem. Najwidoczniej zaimponowała mu odpowiedź chłopaka. Znów myślał przez dłuższą chwilę. W końcu spojrzał na Kana i zadał kolejne pytanie:

— Dlaczego więc oceniasz innych tak pochopnie, skoro nawet samego siebie nie jesteś w stanie ocenić?

— Mistrzu, czy naprawdę tak myślisz? — Kanowi nie chodziło o grę, martwił się, iż mistrz sądzi, że ocenia on innych zbyt pochopnie, lecz podejrzewał, że nie chodzi tutaj o niego. Podejrzewał, że jest to powiązane z jego dzisiejszymi przemyśleniami. Starzec zawsze poruszał rankiem tematy swych przemyśleń.

— Czy sądzisz, że chodzi tutaj o ciebie?

Nie. Kan już teraz był pewien, że staruszek chce po prostu zwrócić jego uwagę na właśnie tę rzecz. Nie zmieniało to faktu, iż nijak nie wiedział, jakie mógłby teraz zadać pytanie. Chodzi tutaj nie o mnie, a więc o co? — rozmyślał Kan, a gdy tak rozmyślał, uświadomił sobie, iż to może być jego kolejnym pytaniem.

— Chodzi nie o mnie, a więc o co?

Staruszek odpowiedział natychmiast.

— Czy nie martwisz się czasem o przyszłość ludzi, jak i innych istot?

Kan wiedział, że mistrz pod tym względem jest inny od wszystkich pozostałych mieszkańców wyspy. Tak naprawdę był on nieco inny pod każdym względem. Jednakże chodziło tutaj o tą jedną różnicę. Staruszek myślał o wszystkich istotach żyjących i się o nie martwił. Inni żyli swoim życiem i myśleli nade wszystko o swoich problemach, lecz on tak nie potrafił. Kan był tego świadom i nie miał pojęcia, dlaczego tak jest. Nie rozumiał postawy mistrza, był zbyt młody, aby to zrozumieć. Sam nie zdawał sobie sprawy, iż w przyszłości również zacznie się martwić o tego typu sprawy.

— Czy jest to naszym problemem? — to pytanie ze strony Kana mogłoby się wydawać dość egoistyczne, lecz właśnie tak do tego podchodził. Co da zastanawianie się nad tym, skoro to nic nie wnosi? Poza tym miał on jedynie piętnaście lat, nie zastanawiał się nad problemami całego świata.

— Czy nie dotyczy to również nas?

Kan zastanawiał się przez dłuższą chwilę. To prawda, powinien mieć swoje zdanie na ten temat. Przez to, że do tej pory to zbywał, myśląc, że to nieistotne, dziś nie miał na ten temat żadnego zdania. Nie wiedział, co ma o tym pomyśleć. W momencie kiedy przyszło mu toczyć dyskusję z mistrzem na ten temat, zaczęło to dotyczyć również jego, ponieważ powinien się jakoś wypowiedzieć, wyrazić swoją opinię.

A więc teraz to dotyczy również mnie — pomyślał. Jednakże zdawało się to go przerastać. Przyszłość wszelakich istot jako mój problem? Kan wiedział, iż nie ma znaczącego wpływu na przyszłość innych. Jestem jedynie chłopcem, jak miałbym wpłynąć na przyszłość wszelakich istot — pomyślał. Lecz czy to oznacza, iż nie powinienem o tym w ogóle myśleć? Czy to oznacza, iż nie powinienem mieć na ten temat żadnego zdania? Ostatecznie, czy to oznacza, iż nie dotyczą mnie problemy większej wagi? Już wiedział, jakie pytanie powinien zadać.

— Czy nie mając wpływu na istotne sprawy, powinienem zawracać sobie nimi głowę?

— Dlaczego więc zwiesz je istotnymi sprawami?

Kan po raz kolejny miał trudności ze zrozumieniem w pełni pytania zadanego mu przez mistrza. Dlaczego zwie je istotnymi sprawami?

Musiał myśleć dość długo i intensywnie, lecz ostatecznie chyba zrozumiał, a przynajmniej myślał, że zrozumiał w jakimś stopniu. Skoro mówię „to nieistotne” lub „nie powinienem zawracać sobie tym głowy”, dlaczego w ogóle zwę to istotnymi sprawami? Kan dopiero teraz uświadomił sobie, iż tak naprawdę zaprzeczył samemu sobie. Mówię „to sprawy istotne”, po czym myślę „nie ma sensu o tym myśleć, skoro to mnie nie dotyczy” — pomyślał.

— Skoro to tak nielogiczne, dlaczego właśnie tak robiłem do tej pory?

— Czy łatwo jest martwić się o problemy niedotyczące ciebie bezpośrednio?

Staruszek jak zwykle trafił w punkt — pomyślał Kan. Jest łatwiej o tym nie myśleć, łatwiej jest to po prostu pominąć.

— Ale co ostatecznie zmieni to, iż jedynie będę o tym myślał?

— Czy aby zrozumieć innych lub ich problemy wystarczy spojrzeć i ocenić?

Potrzeba wiele godzin przemyśleń, a ostatecznie i tak nie gwarantuje to pełnego zrozumienia — pomyślał Kan.

Kan nie wiedział, dlaczego mistrz z problemów całego świata tak beztrosko przeszedł do problemów innych, a więc pojedynczych istot.

— Mistrzu, dlaczego z problemów całego świata tak beztrosko przeszedłeś do problemów pojedynczych istot?

— Myślę, iż brak nam zrozumienia. Oceniamy innych zbyt pochopnie lub zajmujemy swoje stanowisko w danej istotnej sprawie, nie poznając jej tak naprawdę w wystarczającym stopniu, aby ją ocenić. Właśnie to jest problemem, który tak bardzo mnie martwi.

Kan wiedział, że już nie musi odpowiadać pytaniem. Nie musiał również pytać mistrza, czy ich gra słowna się już zakończyła.

— Ale brak zrozumienia nie jest jakimś wielkim złem.

— Sam w sobie nie, lecz może prowadzić do wielkiego zła.

— Czy powinniśmy się przejmować takimi problemami, kiedy mamy poważniejsze na głowie? Mam na myśli cienie.

— Jak mamy podjąć się walki z cieniami, skoro nawet nie jesteśmy w stanie zrozumieć siebie nawzajem? Przepraszam cię, Kanie, nie powinieneś się tym zanadto zamartwiać, zwrócić na to swą uwagę tak, lecz nie zamartwiać się przesadnie.

— Trochę boli mnie głowa, gdy zbyt długo o tym myślę — Kanowi było jakoś dziwnie głupio z tego powodu, lecz tak właśnie było.

— Tak, to normalne. Myślę, że mieszkańcy wyspy już wstali, trening rozpoczynamy dopiero popołudniu, oczywiście jedynie, jeżeli zechcesz.

— Tak, dzisiaj wygram, jestem tego pewien.

Mistrz uśmiechnął się.

— Cieszy mnie twój entuzjazm, teraz masz czas dla siebie.

— Tak, pokręcę się trochę, po południu przybędę i tym razem wygram.

— Z niecierpliwością oczekuję naszego pojedynku — powiedział staruszek.

Kan odszedł, myśląc o popołudniowym treningu, staruszek powrócił do swoich przemyśleń. Chłopak zmierzał do pracowni miejscowego kowala, wiedział, iż rozpocznie on pracę z samego rana.

Kowal nie miał czeladnika, wszystko musiał robić samotnie. Kan, kiedy tylko miał czas, przychodził pomagać mu, mógł się czegoś nauczyć, poza tym było mu szkoda po prostu przyglądać się, jak całymi dniami się on samotnie męczy. Zmierzając do pracowni George’a, Kan już z oddali usłyszał metaliczny dźwięk stali. Kan natychmiast, gdy wszedł do pomieszczenia, poczuł ciepło bijące od ogromnego pieca. George, wysoki facet zbudowany jak atleta, ujrzawszy Kana, uśmiechną się i natychmiast przerwał uderzać rozgrzaną do czerwoności stal.

— Cześć, młody, nie mów, że przyszedłeś mi pomóc?

Kan bardzo lubił kowala, zawsze był on szczery i wyluzowany, do tego można było z nim nieźle pożartować.

— Zgadza się, okropnie brakuje mi zakwasów. — Kan westchnął. — To uczucie, gdy wstajesz rano i wszystkie mięśnie cię bolą, wspaniałe.

George uśmiechnął się od ucha do ucha, po czym podjął temat z uśmiechem na ustach.

— Jasne, a to tylko jedna z wielu zalet mojej pracy. Świetny upał podczas pracy, zakwasy, a do tego szansa na to, że przez nieuwagę przypalisz sobie stalą niezły kawał skóry. Żyć nie umierać. — Obaj wybuchnęli śmiechem.

Kan natychmiast zabrał się do pracy, nie był w tym dobry, wykuwane przez niego ostrza wyglądały marnie przy niezwykłych ostrzach tworzonych przez jego przyjaciela. Dla młodzieńca nie było to tak naprawdę istotne, chciał jedynie pomóc, ponieważ cholernie lubił kowala z wyspy. To prawda, praca w kuźni nie była łatwa, jednakże zawsze siadając z George’em na ławeczce za jego domem, Kan był szczęśliwy.

Kan już od wielu lat dziwił się niezwykłością tego faktu, zawsze po ciężkim wysiłku był wyczerpany, lecz również szczęśliwy. George również nie musiał wykuwać mieczy, na wyspie nie były one zupełnie potrzebne, robił to z pasji. Mimo to Kan wiedział, że pomoc mu się przyda, nie przez ilość pracy, a samotność. Na początku, gdy Kan zamierzał pomagać George’owi, ten mówił, iż jej nie potrzebuje. Pewnego razu Kan miał już dość jego ciągłej odmowy z przyzwoitości i po prostu wparował do kuźni, bezpardonowo zaczynając pracę, mówiąc do zszokowanego przyjaciela, że we dwóch zawsze raźniej się robi. Od tamtej pory, gdy Kan tylko słyszał, że kowal znów zaczyna pracę, przychodził mu pomóc. Kan zawsze podczas pracy skupiał się na wykonywanej czynności, aby gdy już coś robi, robić to porządnie. Przez pięć następnych godzin w kuźni panowała cisza. Kanowi zdawało się, iż minęło piętnaście minut, gdy George poklepał go po ramieniu i powiedział:

— Myślę, że starczy nam na dziś.

Kan bez słowa ostudził kawałek stali, będący częścią zbroi przez niego tworzonej. Natychmiast po odłożeniu narzędzi na miejsce wyszedł z kuźni i poszedł na ławeczkę za domem George’a. Była to najwygodniejsza ławka na całej wyspie. Prawdę powiedziawszy, nie była ona wyjątkowa pod żadnym względem, lecz po okropnym wysiłku w kuźni dla Kana i George’a zaiste była ona niezwykle wygodna.

George, gdy siedział na ławce, miał trochę niepewną minę. Wiedział, że Kan po pracy usiądzie z nim na ławeczce, aby po prostu porozmawiać.

Zawsze ciekawie im się ze sobą rozmawiało, lecz tym razem kowal wydawał się być dziwnie zmieszany. Kan natychmiast to zauważył, lecz nic nie mówił. George w końcu przerwał milczenie.

— Wiesz, no bo codziennie trenujesz ze staruszkiem i no wiem, że jesteś troszkę inny od wszystkich, ale czy to aby nie przesada? — To właśnie George ostatniego dnia, po raz kolejny słysząc dźwięk stali, martwił się o chłopaka, martwił się, iż trening jest zbyt wyczerpujący.

Staruszek był dobrym człowiekiem, tego kowal był pewien, ale to ledwie piętnastolatek. Ta myśl wciąż powracała do niego, nie dawała mu spokoju. Chłopak powinien znaleźć dziewczynę, założyć rodzinę, nie trenować całymi dniami. Z drugiej strony George zdawał sobie sprawę z tego, że staruszek się nigdy nie pomylił. Zawsze wiedział, co trzeba zrobić, i okazywało się, że miał rację.

— Widzisz, kiedyś on sam mnie zapytał, czy nie jest przesadą, abym trenował tak ciężko. Wiesz, co odpowiedziałem?

— Nie.

— Odpowiedziałem, że robię to również z własnej woli. Mistrz rzekł wtedy, iż właśnie to, że do niczego mnie nie zmusza, sprawia, że nie czyni on źle. Ponieważ każda z istot musi posiadać wolną wolę, tak powiedział.

George przez chwilę myślał, po czym rzekł:

— Jesteś jeszcze młody i masz wiele czasu, aby założyć rodzinę, ale nie znajdziesz nikogo dla siebie, ciągle trenując zamknięty na wyspie.

— To prawda, wspaniałą rzeczą jest mieć rodzinę. To chyba największe szczęście dla każdego człowieka, ale nie jest to droga dla wszystkich.

George spojrzał na Kana zdziwiony, było to pierwszą rzeczą, w której się nie zgadzali.

— Co ty mówisz, każdy powinien mieć kogoś. Jesteś jeszcze za młody, aby to zrozumieć.

Paradoksalnie Kan, mając piętnaście lat, rozumiał to w większym stopniu niż George, po prostu widział to inaczej. Zawsze miał dziwne przeczucie, że jego życie będzie nieco inne. Gdzieś w głębi przeczuwał, że on nie będzie mieć rodziny. Wiedział, że to głupia myśl, ale takie właśnie przeświadczenie gdzieś w sobie miał.

— Nie wiem, może masz rację, może kiedyś zmienię zdanie. Do tego czasu z przyjemnością będę codziennie trenował z mistrzem.

George pokiwał głową ze zrozumieniem i powiedział:

— Rozumiem, staruszek jak zwykle ma rację. Mam już czterdziestkę na koncie, a jeszcze nigdy nie widziałem, aby się pomylił, mimo to wciąż wątpię w jego decyzję.

Przez kolejną godzinę Kan wraz z George’em rozmawiali, siedząc. W końcu Kan wstał i powiedział:

— Muszę już iść, czas na trening.

— Czy ćwiczysz tak ciężko, dlatego że pragniesz potęgi? — Pytanie to wyrwało się George’owi, tak naprawdę nie podejrzewał Kana o to, że jest taki.

Kan, do tej pory wyluzowany, spoważniał i spojrzał w dal.

— Wysiłek mnie uszczęśliwia, ale ćwiczę też, bo nie chciałbym być zbyt słaby.

— Zbyt słaby?

— Aby pomóc innym, aby ocalić bliskich.

— Wiesz przecież, że nic nam nie grozi przy staruszku.

— Tak, to prawda, ale kiedyś przyjdzie mi opuścić wyspę, przy mistrzu czuję się tak bezpiecznie, czasem boję się tej chwili, gdy go już przy mnie nie będzie. — Kan wpatrywał się gdzieś w dal, często o tym myślał.

Gdy czegoś nie wiedział, szedł do staruszka, on wiedział wszystko, nigdy się również nie bał. Nie bał się, wiedząc, że on jest na wyspie i nikomu nic się stać nie może, nie tutaj — pomyślał, uśmiechając się na chwilę. Kan zawsze zadawał sobie pytanie: co, gdy go już przy nim nie będzie. Czy będę w stanie postępować właściwie? Czy będę się bał?

George zauważył posępną minę Kana i przerwał jego rozmyślania.

— Daj sobie spokój z takimi głupimi myślami. Tęsknił taaa, ale nie bał się, nie ty, znam cię zbyt długo, aby uwierzyć w takie bzdury.

— Dzięki. — To wyraźnie poprawiło humor Kana, teraz już z uśmiechem powiedział: — Dobra, idę — mówiąc to, już zmierzał w stronę parku.

Idąc, nie myślał już o swych obawach. Dotarł do parku przed mistrzem. OK, wykorzystam ten czas, aby się troszeczkę rozruszać — pomyślał.

Rozdział drugi

Walka

Cios w prawe kolano. Dwa ostrza zderzające się, wydające metaliczny dźwięk.

— Jak myślisz, czym jest walka?

Pełen obrót i uderzenie od lewej w tułów, po raz kolejny metaliczny dźwięk.

— Czy są nią dwaj wojownicy, tańczący w tańcu śmierci?

Krok w tył, później szybki krok w przód i prosty cios w brzuch, ostrze odbite i towarzyszący temu metaliczny dźwięk.

— Czy są nią ludzie walczący o swe prawa?

Szybki cios od góry, metaliczny dźwięk odbitego ostrza, natychmiastowy obrót i cios w łydkę, odbity przez staruszka. Metaliczny dźwięk dwóch zderzających się ostrzy, niosący się echem pośród drzew Wyspy Tajemnic.

— Czy jest nią kobieta starająca się przetrwać ze złym mężczyzną?

Seria cięć i seria towarzyszących temu dźwięków.

— A może mężczyzna żyjący ze złą kobietą nią jest?

Cios w szyję od lewej i znów metaliczny dźwięk.

— Czyż osoba walcząca o przetrwanie nią nie jest?

Natychmiastowa seria wykonana przez Kana, każde z uderzeń zablokowane, raz po raz ostrza zderzające się, wydające z siebie metaliczny brzęk.

— Walka trwająca niekiedy latami?

Kan wycofał się na chwilę, musiał chwilkę odsapnąć, jego oddech był przyśpieszony. Staruszek nie zmęczył się ani trochę, Kan jeszcze nigdy nie widział go zmęczonym.

— Walka, w której nie ma ostrzy, a mimo to ciosy są strasznie bolesne?

Już się ściemniało, Kan wiedział, że za niedługo będą kończyć. Był już wyczerpany, lecz mimo to postanowił zaatakować z całych sił, po raz ostatni się zebrał i ruszył do przodu. Wykonał serię piętnastu cięć, lecz każde z nich natrafiło na opór i towarzyszący temu metaliczny dźwięk. Padł wyczerpany na ziemię.

— Ale z kim tak naprawdę wtedy walczysz?

Starzec siedział na ławeczce, jak każdego ranka. Był on poruszony, a jego spojrzenie niesamowite. Sięgające głębiej niż jakiekolwiek inne. Przenikające czas i przestrzeń, ogarniające wszystko. Drobny staruszek siedzący na ławce. Pozornie wyglądający jak krucha istota czekająca na swój kres. Prawdziwie, będąc czymś niewyobrażalnym dla innych. Z tej ławeczki obserwował on wszystko. Był wściekły i smutny chwilami, widząc rzeczy złe. Po czym dumny i szczęśliwy, widząc te dobre. Patrząc na to wszystko, wiedział że jest to dobre, ponieważ ma swój sens i cel. Kan, usiadłszy przy nim, nie wiedział, o czym myśli. Nie zdawał sobie sprawy z jego niezwykłego zrozumienia tego, co jest, było i będzie. Nie mógł wiedzieć o tym, w jaki sposób patrzy on na świat.

— Witaj, Kanie, nie jesteś czasem zmęczony?

— Zmęczony?

— Codziennością, próbami będącymi częścią każdego dnia. A w ostateczności tą niewiedzą, do czego to tak naprawdę zmierza?

— Chwilami jestem, ale chyba tak powinno być, prawda?

— Tak, potknięcia i niepewność są normalne, istotne jest, aby się podnieść. Kanie, czy zechciałbyś zasadzić ze mną nowe ziarna w naszym ogrodzie?

— Jasne, że tak.

Idąc ze staruszkiem do części wyspy, w której znajdują się ogrody, Kan myślał o mieszkańcach kontynentu. Zastanawiał się on, czy ich życie jest podobne do jego? A może świat wygląda zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażam? — Zadawał sobie pytania chłopiec.

Wiedział, że na kontynencie mieszka masa ludzi. Czy wszyscy się znają tak jak na Wyspie Tajemnic? Gdy Kan wraz z mistrzem dotarli do ogrodu i rozpoczęli wykopywanie dołków na ziarna, chłopiec zapytał, co staruszek o tym sądzi.

— Czy kontynent bardzo się różni od wyspy?

Staruszek wyprostował się i westchnął.

— Cóż, ta wyspa jest nieco odmiennym miejscem. Sprowadzam tutaj niewielu spośród mieszkańców pozostałych kontynentów, czasami nawet istoty z dalszych miejsc.

— Dlaczego jedynie niektórych spośród wszystkich?

— Widzisz, to jest jak z tymi nasionami. Zasadzam je, następnie patrzę, jak dojrzewają, czuwam nad nimi. Te, które są dobre, a nie mogą tutaj dalej rosnąć, przenoszę w inne, spokojniejsze miejsce, miejsce, jak ta wyspa.

— A pozostałe?

— Przy nich również czuwam, tyle że niekiedy jest bardzo trudno dostrzec moją obecność. — Staruszek bardzo posmutniał, Kan wiedział że jest to coś istotnego, ponieważ nieczęsto widział go smutnym.

— A te, które są zepsute?

— Im niestety nie jestem w stanie pomóc, ponieważ będąc złe same w sobie, odrzucają moją pomoc. Widzisz, to jest moja walka, aby wszystkie z zasadzonych ziaren wyrosły na dobre i zdrowe rośliny.

Kan rozpoczął wkładanie ziaren do już wykopanych dołków. Staruszek szedł tuż za nim, nalewał troszkę wody i zasypywał dołeczki.

— Wszystkie co do jednego?

— Tak, i uwierz mi — nie jest prostą rzeczą dopilnowanie tego. Musi minąć bardzo wiele czasu. Wiele prób i błędów. Wiele szczęścia i cierpienia.

Kan patrzył na przed chwilą uklepaną ziemię.

— Cierpienia — powiedział szeptem.

— Widzisz, aby zrozumieć, czym jest cierpienie i zło, trzeba samemu tego doświadczyć. Oczywiście gdyby tego nie było, te ziarna i tak by dojrzały. Niestety wtedy byłyby niczym dzieci, które nie wiedzą, aby nie wkładać rąk do parzącej wody. Pomimo swej dojrzałości ich korzenie byłyby słabe i byle powiew byłby w stanie je wywrócić i zmarnować całe dzieło.

Kan natychmiast, gdy skończył pomagać mistrzowi, udał się na jedną z ławek umiejscowionych w parku. Usiadł na niej i obserwował. Każdego ranka patrzył, jak świat budzi się ze snu, na wyspie wszyscy jeszcze spali o tej godzinie. Pierwsze promienie światła zaczęły wychylać się zza wielkich murów okalających wyspę. Kan, trwając w ciszy poranka, czuł się niezwykle. Ta chwila miała w sobie coś niezwykłego, na pozór całkowicie zwyczajny poranek, lecz mimo to uczucia doświadczane przez Kana podczas obserwowania tego były niesamowite. Chłopak był pewien jednego, wiedział że nigdy tego widoku nie zapomni. Nie zdawał on sobie sprawy z tego, iż ten widok w przyszłości wielokrotnie ocali mu życie. Jak poranek obserwowany przez chłopca może uratować jego życie w przyszłości? W chwilach bardzo trudnych w jego życiu przypomni on sobie ten widok i to doda mu sił. Wraz z tym widokiem przypomni sobie ludzi z wyspy. Zdecydowanego i zawsze skorego do żartu kowala George’a. Zawsze niepewnej, czy aby nie dodać czegoś jeszcze kucharki Grety. Marty, która zawsze wie, jak wkurzyć Gretę. Damiana, który robi najlepsze zupy na świecie. Mateusza, który wiecznie czyta, po czym rozmawiają ze staruszkiem godzinami na tematy, których nikt nie jest w stanie pojąć. Oraz wszystkich innych mieszkańców wyspy. Przypominając sobie ich, będzie miał siłę, aby przezwyciężyć wszelakie trudności. Kan był szczęśliwy, że wychowywał się właśnie tutaj, nie wyobrażał sobie siebie w innym miejscu. Nie mógł wyobrazić sobie, iż nie zna ludzi z wyspy. Chciałby podróżować, zobaczyć miasto wydrążone w górze krasnoludów, pragnął zwiedzić krainę elfów. Od zawsze interesował się ciekawymi budowlami, z tego względu najbardziej chciałby zwiedzić świat, mimo to wyspa zawsze pozostanie jego domem, miejscem, w którym czuje się bezpieczny.

Właśnie tak wyglądało życie Kana, pozornie zupełnie zwyczajne, lecz tak naprawdę niezwykłe. Każdego dnia pomagał on rolnikom, ciężko pracującym na polach, kucharkom przygotowującym wspaniałe potrawy, jak i kowalowi, który wykuwał miecze nie z konieczności, a z pasji. Pomagał, nie myśląc o czymś w zamian dla siebie, pomagał nawet nie zastanawiając się, czy powinien, po prostu to robił.

Patrząc na jego życie z boku, można by stwierdzić: ciężka praca i ćwiczenia, lecz prawda jest zgoła inna. Prawdą jest, że jest w tym życiu niezliczona ilość małych i niezwykłych chwil. Nie znajdziesz w nim wielkich tragedii i okrutnych prób do przezwyciężenia. Na Wyspie Tajemnic ludzie już zapomnieli, czym jest tragedia, zapomnieli, czym jest nienawiść. Dlatego ich życie jest zwyczajne i proste, a jednocześnie wspaniałe i niezwykłe.

Rozdział trzeci

Podziemne miasto

15 lat później

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 36.94