E-book
13.65
drukowana A5
39.59
Szesnaście żywiołów

Bezpłatny fragment - Szesnaście żywiołów

geneza śmierci


Objętość:
183 str.
ISBN:
978-83-8155-463-3
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 39.59

Szesnaście żywiołów. Geneza śmierci (lata 7434–7444 według kalendarza elfów „Olivinir”)

Leśny kontynent
Królestwo ludzi

Prolog

Siedzę przy jakiejś drodze i czekam na śmierć. Jest zima, nie wiem którego roku, wiem jednak, że jest mi bardzo zimno i jestem straszliwie głodny. Możecie sobie pomyśleć, że to dziwne, dwudziestolatek czekający na śmierć pod starym dębem. Wielu z was zapewne od razu uznałoby mnie za łotra z ciemnych zaułków Miasta Króla. Tak, takich często się znajduje zamordowanych w ślepych uliczkach bądź siedzących bez celu dla swego istnienia. Kiedyś, gdy wiodłem normalne życie, widząc ludzi w sytuacji jak moja dziś natychmiast uznawałem, że byli zbyt słabi, by żyć. Paradoksalnie teraz, gdy sam znalazłem się w tak nieprzyjemnym położeniu, wiem, że moja wcześniejsza myśl była idiotyczna. To nigdy nie jest tak proste, przecież nawet najgorszy łotr pragnie żyć, czasem wystarczy chwila, aby to życie zmarnować. Wystarczy wybrać nieodpowiednią ofiarę, na której sztyletem zamierzamy wymusić oddanie wszystkich pieniędzy. Można powiedzieć, że nie żyję już od dawna, od czasu, kiedy moje życie się zawaliło. Mój ojciec służył w wojsku króla jako jeden z dowódców, był dla mnie idealnym ojcem. Jeszcze gdy byłem mały, codziennie opowiadał mi bajki, zawsze szanował moją matkę i świetnie władał mieczem. Tak, to był mój ojciec — po policzkach zaczęły płynąć mu łzy — moje życie było idealne, miałem dziewczynę, którą kochałem. Miała długie, bujne, kasztanowe włosy, zielone oczy, delikatne usta, duże piersi i smukłą talię. Będąc przy niej, czułem się najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Ale to już przeszłość, to było w innym życiu. Nigdy nie zdawałem sobie sprawy, że mam tak wiele, aż do teraz, gdy wszystko straciłem. Prawda, uważałem swe życie za nie najgorsze, ale zawsze zamiast zastanowić się nad tym, jak wiele mam, zastanawiałem się nad tym, jak zdobyć więcej. Wszystko szło całkiem nieźle. Ojciec dostał awans na dowódcę zbrojnych, ja zaś byłem jednym z jego żołnierzy. Pewnego dnia zostaliśmy wezwani przed oblicze króla, co było dość poważną sprawą, gdyż nasz władca nigdy nie wzywał nikogo bez konkretnego powodu. Większością spraw zajmował się jego namiestnik, dlatego też spotkanie z królem było czymś niezwykłym, nawet dla dowódcy zbrojnych, a tym bardziej dla zwykłego żołnierza takiego jak ja. Weszliśmy do komnaty audiencyjnej. Nasz nieśmiertelny król wampir siedział na swym ogromnym tronie zrobionym z czerwonej stali niespotykanej nigdzie w całym Królestwie Ludzi. Wysoki, szczupły, o wręcz wychudzonej twarzy z wydatnymi kośćmi policzkowymi, z długimi, czarnymi włosami związanymi w kitkę. Jego wysokość siedział niczym posąg. Wydawał się być prastarą rzeźbą wykutą w skale i ustawioną w sali, której ściany i sufit pokrywał obraz „Wyzwolenie z okowów” Luisa Monte. Nadzwyczajne dzieło ukazywało wielkie zwycięstwo naszego monarchy, gdy ten tysiąc lat temu wraz ze swą armią podbił Diamentowy Gród i wybił ród prawowitych królów ludzi. Tym samym zakończył okres czterdziestoletnich walk. Każdy mieszkaniec Królestwa Ludzi chcący zdobyć lepsze wykształcenie winien znać przebieg bitwy o Diamentowy Gród, jak i dzieło Luisa Monte. Jedynie nieliczni mają zaszczyt obejrzenia oryginału znajdującego się w komnacie audiencyjnej króla. Wielka szkoda, że wielu z nich zaraz po obejrzeniu tego majestatycznego dzieła została skazana na śmierć przez naszego jakże łaskawego monarchę. Leon, idąc wraz z ojcem przez komnatę audiencyjną, wpatrywał się w dwóch gwardzistów króla stojących po obu stronach tronu. Gwardziści budzili powszechny strach wśród poddanych, gdyż nie byli ludźmi. Były to dwie nieśmiertelne istoty, które król przywołał z zaświatów i uwięził w ciałach jakichś nieszczęśników. Oczywiście z biegiem lat ciała się zużywały, lecz monarcha za pomocą magii przenosił dusze swych wiecznych gwardzistów do kolejnych ciał, które miały służyć przez następne lata, dopóki się nie zestarzeją. Te praktyki nie były pochwalane przez ludzi, jednak nikt nie miał odwagi otwarcie się temu przeciwstawić, gdyż król jest władcą absolutnym nieznającym sprzeciwu. Chłopak wpatrywał się nie w sylwetkę ani wygląd dziwnych istot, ponieważ te były nadzwyczaj normalne. Ich oczy były nienaturalne, pozbawione białek, całkowicie czarne, niczym dwie bezdenne studnie. Gwardziści naszego monarchy nigdy nie sypiali ani się nie odzywali, jedynie strzegli, słuchali i wykonywali każdy rozkaz króla.

— Wasza Wysokość. — Uklękliśmy na kolana z niecierpliwością i strachem, czekając aż władca przemówi.

— Wiesz, dlaczego wraz z tobą wezwałem twojego syna? — Ton głosu monarchy był twardy jak stal, a zarazem gładki jak jedwab, jego twarz nie wyrażała żadnych emocji.

— Nie mam pojęcia, mój władco.

— Zapragnąłem, aby ujrzał na własne oczy, jak kończą zdrajcy. Może to sprawi, że nie pójdzie w ślady swego kłamliwego ojca.

— Panie, błagam jedynie o łaskę dla mojej rodziny.

Wówczas jeszcze nie miałem pojęcia, o co chodzi, później dowiedziałem się, że mój ojciec spiskował przeciw królowi. Niestety ów spisek wyszedł na jaw.

— Łaskę dla rodziny, powiadasz? A czemuż to miałbym okazać choćby cień łaski zdrajcy czyhającemu na me życie?

— Ja, ja… — Mariusz, już gdy wchodził do komnaty audiencyjnej, był blady jak ściana. Teraz trząsł się ze strachu.

— Zabierzcie to ścierwo z moich oczu, przygotujcie go jako następny pojemnik, przynajmniej jego ciało na coś się przyda.

Strażnicy natychmiast podeszli do Mariusza i wynieśli go z sali, to był ostatni raz, kiedy Leon widział ojca. Chciał coś zrobić, jakoś im przeszkodzić, uratować go, ale jedynie stał i nie był się w stanie poruszyć, wciąż wpatrując się w przerażające oczy gwardzistów.

— Zapewne mnie znienawidzisz za to, co zrobię twojemu ojcu, dlatego też najrozsądniejszym wyjściem byłoby cię zabić, jednakże nie jesteś winien zbrodni swego ojca ani też nie jesteś dla mnie żadnym zagrożeniem, jesteś wolny, możesz odejść.

I tyle. To historia mojej zagłady. Gdy wróciłem do domu, okazało się, że nie mam już domu ani rodziny. Przez długi czas kradłem i spałem w zaułkach najbardziej podejrzanych zakątków Miasta Króla. Przy życiu trzymało mnie jedynie pragnienie zemsty.

Z zamyślenia Leona wyrwał tętent kopyt.

Zauważyłem zbliżającego się rumaka, poczułem, jakby miało stać się coś strasznego, choć widziałem tylko niewyraźny zarys postaci dosiadającej wierzchowca. Czułem od tej osoby wielką żądzę krwi, ogarnął mnie niepowstrzymany lęk.

Leon był szczupłym chłopcem z głęboko osadzonymi, ciemnobrązowymi oczami. Mroźny wicher targał jego długie, czarne włosy. Jeździec zbliżył się, zsiadł z konia, wyciągnął dłoń w geście przywitania:

— Witam, jestem Marek, nie masz pojęcia, jak długo cię szukałem, chłopcze.

Zebrałem resztki sił i podałem dłoń przybyszowi. Jego dłoń była zimna jak lód. Nie było w tym nic dziwnego, że przejeżdżał tędy obcy.

Trasa z Miasta Króla prowadząca do Diamentowego Grodu była bardzo ruchliwa. To nie obecność człowieka ubranego na czarno zaniepokoiła chłopca, lecz jego słowa „nawet nie wiesz, jak długo cię szukałem”. Może król zdecydował, że ułaskawienie mnie było błędem, i wysłał za mną człowieka, który ma mnie zabić? To by tłumaczyło jego słowa i bijącą od niego żądzę mordu.

— Czy to nasz król przysłał cię abyś mnie zabił? –zapytałem. Kiedyś taka myśl przeraziłaby mnie całkowicie, ale teraz, gdy nie zostało mi już nic, to w pewnym stopniu pocieszająca myśl, przynajmniej nie umrę z głodu.

— Nie, nie przysyła mnie król. Przysłał mnie ktoś, kto nie chciałby, aby twoje życie poszło na marne. Znam twoją historię, wiem, jak wiele wycierpiałeś i że nic ci nie pozostało. Jednak to wcale nie oznacza, że nie masz po co żyć. Należę do pewnej organizacji, która wyszukuje ludzi niemających już nic. Zwracamy życie takim jak ty w zamian za wierną służbę. Sam kiedyś znalazłem się w podobnej sytuacji do twojej, nie miałem nic poza nadzieją na śmierć. Wtedy zjawił się dziwny człowiek, który zabrał mnie do Daru Życia. Tam zwrócono mi życie, nie jest ono może idealne, ale mam przynajmniej jakiś cel, więc co powiesz? Wolisz tutaj siedzieć i czekać na śmierć czy udasz się ze mną, z podejrzanym typkiem o nieznanych ci zamiarach, do miejsca o dziwnej i zapewne nieznanej ci nazwie?

— Chyba nie mam innego wyjścia. — To pewnie jedynie sen albo już nie żyję, a z mojego ciała zostały jedynie kości leżące pod starym dębem.

— Proszę, chłopcze, zjedz i napij się, a ja poczekam. Nieładnie z twojej strony, powinieneś się przedstawić. — Marek miał krótkie, czarne włosy i czarne oczy, był chudy, liczne blizny na jego twarzy świadczyły o tym, że wiele przeżył. Ubrany był na czarno, jego krótki, gęsty, ciemny zarost nadawał mu poważny wygląd.

— Jestem Leon.

Mężczyzna podszedł do konia i wyciągnął ubranie z torby przerzuconej przez jego muskularną szyję, po czym rzucił je Leonowi:

— Ubierz to, chłopcze. Gdy już zjesz i się ubierzesz, musimy ruszać.

W głowie Leona kłębiło się wiele myśli. Co prawda wiedział, że w Królestwie Ludzi istniało kilka tajnych gildii z ukrytymi siedzibami, które werbowały ludzi w podobny sposób, ale nigdy nie myślał, że coś takiego spotka akurat jego. Może to czarodzieje zamierzają go przyjąć do swojego grona. Nie, to niemożliwe, ich jest jedynie siedemnastu, a każdy z nich żyje kilkaset lat dzięki magii. Nasz bohater, gdy już zjadł, napił się, wstał i ubrał, zdziwił się, że przyszło mu to z taką łatwością. Może to dzięki jedzeniu, którego już dawno nie spożywał. Od śmierci ojca niewiele jadł, ponieważ musiał kraść, żeby zjeść, a nie lubił kraść, więc robił to tylko wtedy, gdy czuł wielki głód. Przez następne dni podróży nasi dwaj bohaterowie prawie wcale nie rozmawiali. Marek był z natury małomówny, a Leon był przerażony tą niezwykłą sytuacją. W głębi duszy podejrzewał, że to sen lub swego rodzaju kraina umarłych, w której będzie musiał wykonywać niezwykłe zadania i zabijać groteskowe potwory.

Przez pierwszych kilka dni zmierzali traktem biegnącym w północno-wschodnim kierunku. Na horyzoncie majaczył gmach potężnego Diamentowego Grodu. Skręcili na wschód, w stronę Miasta Kości. Diamentowy Gród nawet z tak wielkiej odległości robił wielkie wrażenie. Był to potężny zamek ciągnący się kilometrami. Najbardziej niezwykły w tej monstrualnej budowli jest błękitny kolor kamienia, z którego zostały wykonane mury, wieże i wewnętrzna warownia. Mistrz kamieniarski nadzorujący pracę nad budową zamku odkrył starożytny sposób elfów na zapewnienie kamieniowi niezwykłego błękitnego koloru, który nigdy nie blaknie.

Mistrz kamieniarski nadzorował pracę nad Diamentowym Grodem przez czterdzieści lat, a ukończywszy dzieło zmarł po siedmiu dniach. Na łożu śmierci powiedział: „Przyczyniłem się do budowy najpiękniejszej rzeczy, jaką widziałem w całym swoim życiu, teraz umrę szczęśliwy”. Po śmierci ten sam człowiek został uznany za najwspanialszego budowniczego wśród ludzi. Tylko nieliczni wiedzą, że był Arcymistrzem Magów. Diamentowy Gród przez tysiące lat służył królom jako siedziba aż do czasu, gdy zza morza przybył król wampir, wybił ród królewski i wybudował własną siedzibę. Ścieżka Wielu Pytań zmierzała w sam środek gór oddzielających Królestwo Ludzi od Królestwa Krasnoludów. Droga co chwilę skręcała i wiła się niczym wąż. W trakcie musieli przemierzać liczne jaskinie i tajne przejścia, z każdą chwilą podróż była trudniejsza, niebezpieczniejsza i bardziej męcząca. Leon nigdy nie doświadczył podobnego mrozu. Wydawało się, że lodowaty wiatr przenika ubrania i skórę. Marek ostrzegał go przed trudną podróżą — Góry Lodowe to dopiero początek wiecznie skutej lodem Krainy Krasnoludów:

— Dla kogoś takiego jak ty, kogoś, kto nigdy nie podróżował po górach, to wystarczy, aby odmrozić ręce i ptaszka, gdy będziesz chciał się odlać. Ten mróz może nawet zabić, a tego byśmy nie chcieli, prawda, chłopcze?

Jednakże żadne słowa nie były w stanie przygotować go na taką podróż. W Lodowych Górach człowiek pozostawał sam ze sobą i przenikającym mrozem, nawet gdy wokoło było pełno ludzi.

Był tylko mróz, ból w każdym mięśniu i wieczna walka o to, aby nie spaść. Jeżeli tak niebezpieczna droga wiedzie do tego całego bractwa, to nie chcę nawet wiedzieć, co czeka mnie na miejscu — pomyślał Leon. Pomimo wszystkich trudności i wielu ciężkich chwil podczas podróży przez z pozoru niezdobyte góry Leon w głębi duszy był szczęśliwy, żył. Tak, to było zdecydowanie lepsze niż czekanie na śmierć pod drzewem, wszystko było od tego lepsze. Wiadomo, nasz bohater nie miał pojęcia, co może czekać go na końcu wędrówki, a przez cały czas niepokoiła go żądza krwi bijąca od jego towarzysza. Leon wiedział, że gdyby Marek zamierzał go zabić, mógłby to zrobić już dawno temu, więc to musiało być coś innego. Był pewien swych obaw co do zachowania towarzysza, gdyż jego pragnienie zabicia go było niemal namacalne, widoczne w każdym ruchu, geście.

Było też coś innego. Marek cały czas starał się nie patrzeć na towarzysza, unikał jego dotyku, a nocami, gdy Leon spał, gdzieś znikał.

Wyraz jego twarzy świadczył o tym, że mężczyzna z czymś walczy, ale nie wiadomo z czym. Owa walka zamknęła szansę na jakiekolwiek rozmowy, a co za tym idzie — na wizję tego, co czeka Leona w Darze Życia.


***

W Mieście Króla urodziło się pewne szczególne dziecko. W jego żyłach płynęła starożytna krew ludu ziemi. Chłopiec, gdy był jeszcze niemowlakiem, został porwany na Wyspę Tajemnic i był tam wychowywany przez staruszka. Każdego dnia chłopak szkolił się i uczył po to, aby wypełnić swe przeznaczenie. Jego mentor zawsze powtarzał, że nie może wieść normalnego życia ze względu na swój szczególny dar, o którym dowie się w swoim czasie.

— Witaj, Kanie, dziś nadszedł czas, abyś dowiedział się o swym szczególnym darze.

Mistrz był łysym, zgarbionym staruszkiem. Jego oczy były niezwykłe, dostrzec w nich można było wszystkie istniejące kolory z osobna. Momentami zdawało się, iż są czarno-niebieskie, lecz po chwili były mieszaniną zupełnie innych kolorów.

Za skromną posturą starca kryła się wielka siła odczuwalna dla pozostałych ludzi.

— Mistrzu, mam nadzieję, że podołam temu wyzwaniu.

Kan był nieprzeciętnie zbudowanym, wysokim chłopakiem. Jego wielkie, brązowe oczy wraz z krótko obciętymi włosami identycznego koloru nadawały mu łagodny wygląd, lecz chłopak wzbudzał lęk swą posturą.

— Oczywiście, że sobie poradzisz. Jesteś jednym z władców żywiołów, a dokładniej władcą żywiołu ziemi. Przykro mi to mówić, ale z tego powodu nigdy nie będziesz wiódł normalnego życia. Nie spłodzisz dzieci. Nie będziesz również mógł mieć żony ani domu. Każdy władca żywiołów przybywał na ziemię, aby dokonać wielkich czynów. Często były to okrutne rzeczy zalewające świat cierpieniem. Oczywiście ty nie staniesz się zły, ponieważ nie ma w tobie ani kropli zła.

Starzec uważnie przyglądał się Kanowi i milczał.

Jednakże ten nie powiedział nic, więc mentor ponownie przemówił:

— Ze względu na to, kim jesteś, chciałbym, abyś nauczył się, jak zapanować nad żywiołem ziemi. Kanie, świat cię potrzebuje. Potrzebuje nie tego, kim jesteś teraz, lecz tego, kim się staniesz. Musisz zabić wampira tyrana i wygnać z naszego świata istoty, które do niego nie należą. Jeżeli nie zechcesz się tego podjąć, nikt inny tego nie zrobi, a wszyscy ludzie wraz z tym światem będą skazani na zagładę.

— Nie wiem, co oznacza mieć normalne życie, i bardzo bym chciał się dowiedzieć, jak to jest. Jednak najwyraźniej nie jest mi to pisane. Nie mam pojęcia, czy jestem w stanie opanować żywioł ziemi i ocalić świat przed zagładą, lecz jeżeli takie jest moje przeznaczenie, to spróbuję i dam z siebie wszystko.

— Cieszy mnie to. Jest jeszcze coś, co muszę ci powiedzieć. — Nagle mistrz padł na kolana i pochylił głowę z pokorą. — Gdy byłeś małym bobasem, wykradłem cię z domu, możliwe, że teraz miałbyś kochającą rodzinę, a ja ci to odebrałem. Masz prawo mnie za to znienawidzić, ale musiałem powiedzieć ci prawdę, przepraszam.

Gdyby nie mistrz, mógłbym teraz siedzieć w domu przy kominku, spoglądając na swoich kochających rodziców — pomyślał Kan ze smutkiem, na głos jednak powiedział:

— Mistrzu, nikt nigdy nie mógłby obdarzyć mnie większą miłością niż ta, którą otrzymałem od ciebie. Nigdy również nie chciałbym innego życia niż to, które wiodę.

Kan podszedł do starca i ujął go w swe wielkie ramiona. Staruszek wyglądał jak dziecko w objęciach ogromnego chłopca. To był piękny poranek, na ogromne mury z czarnego kamienia, którymi była okolona wyspa, padał blask porannego słońca. Wyspa Tajemnic wyglądała jak ogromny park otoczony murami. Wszędzie były drewniane ławeczki, drzewa i trawniki poprzecinane brukowanymi uliczkami. We wschodniej części muru znajduje się wiecznie zamknięta brama wejściowa strzegąca tajemnic wyspy. Przy samej bramie ciągnie się część mieszkalna, głównie domy i budynki użytkowe.

Południowo-wschodnia część to pola uprawne i sady, a reszta to wielki park. Oprócz północno-zachodniej części wyspy, która była odcięta od reszty dodatkowym murem i podzielona na szesnaście osobnych części. Ludzie mieszkający na wyspie (głównie rolnicy, kucharze, gospodynie i kowale) zwali ją strefą tajemnic i snuli niesamowite historie na temat tego, co znajduje się w środku. Niektórzy twierdzili nawet, że zarządca (bo tak zwali staruszka) trzyma tam różnego rodzaju pradawne istoty.

Inni mówili o wielkich skarbach ukrywanych tam przez niego oraz wielkim smoku, który ich strzegł. Nawet sam Kan nie miał pojęcia, co znajduje się w tamtej części wyspy. Nie wiedział tego nikt poza mistrzem, a ten nigdy nie chciał zdradzić tej tajemnicy, nawet swemu uczniowi. Wiele razy chłopiec pytał o to swojego mentora, lecz staruszek zawsze odpowiadał to samo:

— Kryją się tam tajemnice mogące zniszczyć każdego, dlatego tamta część pozostaje zamknięta, mój drogi.

Do maleńkiej przystani tuż za bramą nie przybijały żadne statki. Wyspa była odcięta od świata zewnętrznego i żyła swoim tempem. Niekiedy statki przypływały, jednak były wzywane przez mistrza, gdy zachodziła taka potrzeba. Zarządca wyspy miał wielu przyjaciół we wszystkich królestwach. Kilkakrotnie na wyspę zawijały statki niezwykle groteskowe, z najróżniejszymi istotami na pokładzie.

Niezmiennie wszystkie istoty darzyły mistrza wielkim szacunkiem. U większości z nich widoczny był również strach przed malutkim, zgarbionym staruszkiem o pomarszczonej twarzy.

Rozdział pierwszy

Morderczy trening

Po wielu dniach morderczej podróży Marek wraz z Leonem dotarli do Daru Życia. W samym centrum gór skrywała się niewielka dolinka. Gdy weszli na polankę, nieznośny wicher nagle ustał, a śnieg przestał padać. Dosłownie w jedną sekundę zrobiło się spokojnie i cicho. Dolinę porastała zielona trawa, pośród której rosły różnego rodzaju kwiaty. Gdy Leon wszedł na polanę, stanął jak wryty.

— To niemożliwe, przecież jesteśmy w Lodowych Górach.

— Magia, chłopcze. — Marek był po prostu rozbawiony reakcją swego towarzysza. — Chciałbym zobaczyć twoją minę, gdy wejdziesz do pracowni naszego mistrza.

W samym centrum doliny znajdowały się kamienne drzwi prowadzące pod ziemię. Marek podszedł do nich i wypowiedział szeptem jakieś niezrozumiałe słowa, po czym wrota natychmiast zaczęły się przesuwać. Gdy wielka płyta przesunęła się o metr, Leon ujrzał kamienne schodki prowadzące do podziemi.

— Tutaj cię zostawiam, chłopcze. Po wejściu do środka ujrzysz ośmioro drzwi z lewej i prawej strony. Jednak ciebie będą interesować wrota na wprost. Gdy się uchylą, wejdź do środka, a dowiesz się wszystkiego — powiedział Marek, po czym poklepał chłopaka po plecach.

W odczuciu Leona był to dziwny gest po wielu dniach unikania jakiegokolwiek kontaktu.

— Dasz sobie radę, ja spadam, do zobaczenia.

— Dziękuję ci.

— Nie masz za co dziękować.

— Uratowałeś mi życie, gdyby nie ty, umarłbym pod tamtym drzewem.

— Ja jestem tylko narzędziem w jego dłoni, niczym więcej.

Marek, nie czekając na odpowiedź, odwrócił się i udał w stronę, z której przybył. Wewnątrz podziemi było ośmioro drzwi, każda para ustawiona w dwa równoległe rzędy, i samotne wrota znajdujące się na końcu prostego korytarza. Wszystkie zostały pozbawione klamek, a także dziurek na klucze. Widniały na nich jedynie dziwaczne znaki nieprzypominające żadnych z widzianych przez Leona liter.

Może to pismo elfów albo krasnoludów — pomyślał chłopak. Idąc korytarzem i mijając kolejne drzwi wykonane z różnych metali i drewna, Leon czuł narastający lęk. To, co jest ludziom nieznane, wzbudza ich lęk. Leon nie był wyjątkiem od tej reguły i czuł narastający strach będący niczym cień za jego plecami. Ogromny strach został, lecz w głowie chłopca zaczęła budzić się ciekawość. Drzwi na wprost w dotyku były ciepłe. Metal, z którego były wykonane… tak, to był ten sam metal, z którego zbudowano tron króla. Głęboka czerwień przyciągała spojrzenie, wręcz hipnotyzując patrzącego. Po kilku minutach wyczekiwania Leon usłyszał nieznane słowa dobiegające z pomieszczenia znajdującego się za czerwonymi drzwiami z runą. Wrota uchyliły się, nasz bohater wszedł do pomieszczenia, jakiego jeszcze nigdy nie widział. Stało w nim jedynie masywne biurko z dwoma krzesłami po przeciwnych stronach. Na jednym z nich siedział starszy mężczyzna o mlecznobiałych włosach sięgających mu do pasa i krótkiej bródce tego samego koloru. Pomimo iż siedział, widać było, że jego smukłe ciało jest napięte, jakby miał zaraz skoczyć do morderczego ataku. Mężczyzna miał niebieskie oczy i krótki, orli nos. Jego twarz była gładka i smukła, a w oczach kryła się niespotykana głębia. Po spotkaniu z Markiem posiadającym wiele blizn na twarzy chłopak spodziewał się, że przywódca tego ich całego bractwa również będzie posiadał wiele blizn. Twarz tego człowieka, prócz zmarszczek zdradzających jego sędziwy wiek, była nieskazitelna. Zaiste to pomieszczenie było niezwykłe, gdyż poza biurkiem, dwoma krzesłami i białowłosym mężczyzną nie było tam nic. Nie było ścian, sufitu, wejścia ani wyjścia. Dookoła ciągnęła się jedynie nieskończona biała pustka. Leon podszedł do biurka i usiadł na krześle, nie zwracając nawet uwagi na mężczyznę siedzącego naprzeciw. Chłopak teraz był już pewien, że to wszystko to jakiś sen albo coś w tym stylu. Tymczasem ów człowiek czekał w milczeniu, z ledwo dostrzegalnym uśmiechem na twarzy, wpatrując się w chłopaka swym przenikliwym wzrokiem. Więc to ten chłopak, którego tyle czasu szukałem. Hmm, nie wydaje się być wyjątkowy, ale to tylko pozory.

— Witam cię, Leonie. Jestem Markus, przywódca i opiekun Gildii Zabójców.

— Czy ja umarłem, a może to jakiś sen? A ty jesteś wytworem mojej podświadomości?

— Widzisz, niektórzy twierdzą, że całe nasze życie jest jednym wielkim snem, ale ty w to nie wierzysz, prawda?

— Nie wiem. Nigdy nad tym nie myślałem.

— Czyżby?

Leon nie miał pojęcia, co na to odpowiedzieć, więc milczał.

— Nigdy nie zastanawiałeś się, po co żyjemy? Przecież i tak na koniec każdy umrze, więc jaki to ma sens? Tak, oczywiście, wydać na świat kolejne pokolenie, ale przecież oni też muszą umrzeć, a więc po co to wszystko?

— Nie mam pojęcia, może po to, aby doświadczać, uczyć się?

— Uczyć się, doświadczać, a na koniec umrzeć i utracić to wszystko, co zdobyliśmy bądź osiągnęliśmy?

— Ale chyba lepiej jest żyć, niż po prostu umrzeć, twierdząc, że to nie ma sensu.

— Tak, właśnie o to mi chodziło. Chłopcze, lepiej jest żyć nawet pomimo tego, jak wiele cierpień przyjdzie nam znieść. Mimo że tak naprawdę niewiele wiemy o tym, co nas może czekać po śmierci i czy to ma jakikolwiek sens. Dlatego też, patrząc na ciebie, gdy siedziałeś, czekając na śmierć, pomyślałem: jaka szkoda, taki młody chłopiec bez celu istnienia. Pomyślałem wtedy, że mogę ci pomóc, jak myślisz, czym może być ta pomoc?

— Nie mam pojęcia.

— Mogę nadać twemu życiu cel. Nie myśl sobie, że robię to bezinteresownie, z czystej dobroci. Oferuję ci życie niekoniecznie idealne bądź pełne szczęścia. Oferuję ci życie pełne obowiązków i wyrzeczeń. Będę wymagał całkowitego posłuszeństwa i wykonywania moich poleceń bez względu na to, jak bardzo okrutne bądź trudne rzeczy będziesz musiał uczynić. Co ty na to?

— Ja, ja nie wiem, co mam powiedzieć, nie mam nic, poza tym chyba nie mam wyjścia.

— Zawsze istnieje inne wyjście, pytanie brzmi: czego pragniesz? Czy pragniesz zwykłego życia, domu, rodziny, kochającej żony? Czy może pragniesz zemsty? Zobaczyć, jak król, który ci wszystko odebrał, klęczy u twych stóp i błaga o litość?

— Tak naprawdę nie wiem, czego pragnę.

— Rozumiem i wcale mnie to nie dziwi, większość spośród żyjących ludzi tak naprawdę nie wie, czego pragnie, a przez to podejmuje błędne decyzje. Podążają przez życie, którego nie chcą. Czy zdajesz sobie sprawę z tego, jak wielkie konsekwencje kryją się za czymś takim?

— Na pewno ktoś taki nie jest szczęśliwy.

— Oczywiście, że nie jest, a do tego drażni go każdy szczegół, jakby to te małe krótkie chwile były wszystkiemu winne. A winny jest sam człowiek, który nie potrafi zmienić swego życia, gdyż jest zbyt słaby albo po prostu boi się zaryzykować, ponieważ wydaje się mu, że znajduje się w niewidocznej klatce codzienności, lub po prostu nie wie, czego pragnie.

— Klatce codzienności? Nie rozumiem…

— Widzisz, każdy ma jakieś obowiązki. Każdy je wykonuje i żyje w taki właśnie sposób, ale dlaczego?

— Nie wiem, wszyscy tak żyją, to normalne.

— No właśnie, większość boi się odstawać od grupy. Ludzie przede wszystkim pragną uznania innych, boją się zaryzykować, gdyż boją się pogardy, chcą być jedynie szanowani, no i oczywiście przez to pragną mieć więcej.

— Więcej?

— Tak, więcej. Więcej pieniędzy i dóbr materialnych oraz tytułów, gdyż sądzą, że to one czynią ich lepszymi od innych, ale czy tak naprawdę jest?

— Nie wiem, każdy szanuje lordów i królów ze względu na ich bogactwa i pozycję.

— Czyżby? A może ich szanują, bo się ich boją? Przecież czarodzieje nie posiadają żadnych dóbr materialnych poza swoją wiedzą, a mimo to są powszechnie szanowani nawet przez królów i wielkich lordów.

Leon czuł się pokonany, teraz sam już nie wiedział, dlaczego tak właśnie jest. Słowa mistrza jednak nie przyniosły mu żadnych odpowiedzi, a jedynie jeszcze więcej pytań.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 39.59