E-book
5
drukowana A5
11.08
Szepty

Bezpłatny fragment - Szepty


Objętość:
47 str.
ISBN:
978-83-8189-943-7
E-book
za 5
drukowana A5
za 11.08

Nordycki Bóg

Wszędzie wokół było tyle piękna, a on nie mógł się jemu nadziwić. Wcześniej rzadko je dostrzegał. Był zbyt skupiony na sobie i na własnych problemach. Teraz jednak, gdy zrozumiał, że życie sprowadza się do punktu widzenia, do palety kolorów, zapachów i bodźców, do odczuć i emocji wzbudzanych w sobie i w innych, wszystko się zmieniło. Od kiedy zamieszkał sam, zaczął spoglądać na wszystko inaczej, nie wprost a z boku. Świat wokół stał się wyraźny, w harmonii kształtów, w majestacie rozmiarów, w cudzie detali naświetlających jego świadomość i wyobraźnię zaczął dostrzegać niepowtarzalny urok.

Przemierzając miasto podziwiał niemiecką myśl techniczną, architekturę porządku i mistrzostwo poskramiania przestrzeni. Urzekała go wolna od betonu zieleń, mroczne milczące parki, rozległe trawiaste polany między wiecznie zielonymi jodłami a bluszczem wijącym się ku posępnym konarom, zacienione stawy, odsłonięte wysepki, mosty i kładki, fosy i kanały, ścieżki rowerowe prowadzące do tysięcy tajemnych zakątków czekających na swoich odkrywców. Fascynowali go ludzie przemykający gdzieś obok, żyjący w nieprzeniknionych wymiarach doświadczeń, nadziei i planów, niespełnionych obietnic i niewykorzystanych potencjałów. Patrząc na bezdomnych skulonych na ławce przy pętli Biskupin widział coś więcej niż tylko czerwone policzki, opuchnięte oczy i niewyprane od miesięcy nakrycia. Widział poezję i prozę rysów twarzy, szlachetność spojrzenia i setki historii, które się w nich kryły.

Lubił przeglądać się w szybach tramwajów, gdy wagon ruszał, a jego twarz załamywała się, rozciągała się w pionie, przeskakiwała na kolejne okna, rzucając mu przed oczy kilkanaście zdeformowanych spojrzeń. Fascynowały go stare trzeszczące wagony, w których, czasami podczas deszczu, woda uwięziona między szybami, przelewała się falą krystalicznej, przejrzystej masy, cofała się i parła do przodu, w miarę jak tramwaj przyspiesza i hamował.

Gdy los stawiał na jego drodze szaleńców, nie unikał ich. Przyglądał się im ze współczuciem i niepokojem. Szepczący do siebie wierszem scenariusze swoich snów, błądzący po tramwaju z odrobinę szalonym, choć szczerym uśmiechem, pytający pasażerów z troską w głosie, czy wszystko w porządku, czy nie trzeba pomóc. Byli niezwykli, niepowtarzalni, jak samorodki pośrodku rwącego potoku miasta. Pamiętał srebrnowłosą emerytkę w przekrzywionym harcerskim berecie i jej młodzieńczą energię nieświadomej swego wieku nastolatki. Ubrana w zapinany dziergany sweter i krótką ciemną bawełnianą spódnicę podrygiwała na jednym z peronów pośrodku ronda Reagana w rytm przedwojennych piosenek z trzeszczącego taśmowego magnetofonu trzymanego pod pachą. Była w niej autentyczność, wolność i nieskrępowanie, choć zapewne opłacone dramatem i rodzinną tragedią.

Pamiętał też dokładnie jedną krótką chwilę, gdy tramwaj numer siedemnaście, którym jechał przez Plac Dominikański zatrzymał się dokładnie na wprost stojącego jak posąg wielkiego, barczystego bruneta o kręconych, spiętych w kucyk włosach. Miał gęstą, bujną brodę nordyckiego boga i głębokie czarne oczy o przenikliwym spojrzeniu, skierowane z pozoru nieruchomo w jakiś punkt w oddali. Na nogach miał stare zakurzone tenisówki, luźno wiszące jasnoniebieskie bawełniane spodnie, a na ramionach zapinany pulower, którego rogi związał sobie na supeł na wysokości pępka jakby chciał zakwestionować otaczającą go hetero normatywność.

Ich kontakt wzrokowy trwał zaledwie kilka sekund, ale był tak intensywny, że Kamil od razu zrozumiał. Nordycki Bóg spoglądał na przemian to na ludzi to na niego jakby rozpoznał w jego oczach okno do właściwego wymiaru. Przesuwał obłąkanym wzrokiem po twarzach oczekujących, rozchodzących się pasażerów, przeskakiwał spojrzeniem na Kamila, jakby rzucał mu wyzwanie, potem znów spuszczał spłoszony wzrok, by po chwili spokojnym, skupionym spojrzeniem przemierzać chodnik po drugiej stronie trakcji, jakby tramwaj przed nim nie istniał, a wpatrująca się w niego twarz była jedynie mglistym wspomnieniem. W ciągu kilkunastu sekund zdążył uśmiechnąć się lekko, niespodziewanie posmutnieć, spojrzeć ze strachem i znów spuścić wzrok, jakby między szeptanymi do siebie słowami czas w jego umyśle bezustannie przyspieszał, a wynurzanie się na powierzchnię było coraz trudniejsze. Zanim tramwaj ruszył, mężczyzna po raz ostatni dostrzegł Kamila, tym razem zupełnie trzeźwym, pewnym siebie wzrokiem. Twarz mądrego, prawego i przyzwoitego człowieka, którym był zanim stracił zmysły, pojawiła się tylko na moment, a potem znikła z pola widzenia, a wraz z nią piękno, szaleństwo i siła, której Kamil pragnął i potrzebował. A gdy tramwaj stanął przy Wzgórzu Partyzantów, uświadomił sobie kolejną ważną rzecz — w nim również drzemał Nordycki Bóg.

Obserwowanie ludzi nigdy nie było celowe. Istniało samoistnie, zachodziło spontanicznie, trwało nieprzerwanie jak czujny cień-narrator. Tak długo jak w zasięgu zmysłów pojawiali się ludzie, a jego uwagi nie przykuwał fizyczny dyskomfort, Kamil chłonął otoczenie wraz z ludźmi, budując cichą narracją ich wielopokoleniowe historie zakorzenione obrazem w przypadkowej, ulotnej chwili. Przyglądał im się z fascynacją podobną dziecku odkrywającemu ład i porządek w pozornym chaosie pomiędzy szybkami obrazkowego terrarium.

W pogodne dni zanurzał się we Wrocławiu, w psychologii kolejek za naturalnymi lodami, w obdrapanych kamienicach, w tłumach niemieckich turystów, studentów i pracowników biurowych, niosących w swoich głowach maleńkie, wojujące ze sobą wszechświaty. Jadąc do pracy wieszał myśli na konarach dębów nad torowiskiem, gładził nimi bruk przy Hali Stulecia, stalowy łuk przęsła mostu Zwierzynieckiego, kontury willi przy Klinikach otoczonej konarami akacji, jej spadzisty dach z szarej blachy i wieżyczkę z bajkową iglicą odcinającą się ostro na tle ołowianego nieba, na którym przecinające się smugi samolotów wyzwalały magię chwili.

Chociaż zdarzały się dni, że to piękno widział wszędzie, od dawna już nie potrafił dostrzec go w sobie. W teorii siła wnętrza mogła przyćmić powierzchowność, ale Kamil, nie uważał się za szczególnie wyjątkowego, a od czasu incydentu w parku nie potrafił nawet spojrzeć sobie w oczy. Wiedział, że z upływem czasu pamięć o nim się zatrze, ale nie łudził się by cokolwiek mogło podnieść jego poczucie własnej wartości.

Pomimo, że stracił kilkanaście kilogramów, dbał o to co jadł i ograniczył wieczorne amaretto, jego twarz zdawała mu się niemal niezmieniona. Chociaż biegał wzdłuż rzeki co najmniej dwa razy w tygodniu, a na polnych drogach za miastem zdarł już niejeden bieżnik, coś w głębi jego duszy szeptało, że to niczego nie zmieni i że bez względu na to jak bardzo się starał, na zawsze pozostanie cichym chłopakiem ze wsi, który uciekł od niemej patologii, by utonąć w szaleństwie wielkiego miasta. Patrząc w lustro, widział to wyraźnie. Był tym, kim postrzegali go inni.

Wysiłek fizyczny okazał się mieć jedną istotną zaletę. Po czterdziestu minutach biegu na przełaj albo godzinnej trasie w głąb rozlewisk Odry, Kamil dostrzegał świat wyraźniej, potrafił trafniej formułować myśli, a uporczywe głosy w głowie nie odwracały jego uwagi. Praca fizyczna dawała podobne wytchnienie. Zmieniała perspektywę, wyostrzała wzrok i punkt widzenia, odkrywała rąbek tajemnicy, wizję tego jak mogłoby wyglądać jego życie, gdyby wziął w końcu sprawy w swoje ręce. Dawała mu darmową próbkę najbardziej uzależniającej substancji jaką znał — satysfakcji.

Pod tym względem na swoim zawodzie zawiódł się najbardziej. To, że praca nie dawała mu już radości, było do przewidzenia. Wiedział, że prędzej czy później to nastąpi. Nie mógł jednak pogodzić się z tym, że po kilku godzinach nie czuł nic oprócz emocjonalnego zmęczenia.

Wystarczyły dwa lata. Degeneracja i zwapnienie postępowały zbyt szybko, a myśl o tym, że niedługo nie będzie chciał nawet tego zmienić nie dawała mu spokoju. Tamtego dnia, dojrzał do decyzji. Postanowił sprawdzić, czy uda mu się przełamać entropię. Zdecydował, że zrobi wszystko co w jego mocy, by odzyskać poczucie spełnienia.

Była siódma czterdzieści, miał sporo czasu. Wszedł do budynku, zabrał klucze, otworzył gabinet i rozłożył modele tak, jak to dzień wcześniej zaplanował. Zanim wybiła ósma otworzył skrzynkę mailową. Zdążył przeczytać tylko jedną wiadomość. Jego wniosek o projekt współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Społecznego został odrzucony ze względów formalnych. Zamknął przeglądarkę. Wziął głęboki wdech i policzył do pięciu. Nie pomogło. Zadzwonił dzwonek. Mimo wszystko był gotów.

Udało się całkiem nieźle. Malkontenci, zgodnie z oczekiwaniami, udawali, że pracują, rezygnując z sabotowania zajęć. Efektem końcowym było piętnaście prac do oceny, jedna uszkodzona makieta i zadowoleni z siebie, choć ukrywający to nastolatkowie.

Pięciominutowa przerwa. Zamiana pracy manualnej, na teorię łączoną z dyskusją, o ile pozwoli na to układ gwiazd. Trzecia C, ostatni rocznik ostatniego rocznika gimnazjum. Po nich zawsze nastaje nicość. Crème de la Crème. Młodzi gniewni bez reżysera, który zechciałby sfilmować ich w akcji. Rezultat: praca pisemna dla dyletantów próbujących przejąć stery, ogólne rozgoryczenie koniecznością zbliżania się do zjawiska malarstwa olejnego i dwie osoby chętne do udziału w zajęciach z technik malarskich.

Dziesięciominutowa przerwa. Wziął kilka głębokich wdechów. Ostatni uczniowie wychodzili z sali. Kamil podszedł do Marceliny. Zgodnie z obietnicą pokazał jej na tablecie, na jakich pracach będą wzorować się podczas wtorkowych zajęć. Robiąc to popełnił kardynalny błąd. Zamiast stanąć bokiem, tak jak to miał w zwyczaju, odwrócił się na moment plecami do biurka. Kiedy się odwrócił, na tablicy znajdowały się dwa nabazgrane w pośpiechu słowa. U góry „PEDAŁ”, pod spodem „CIOTA”.

Różne charaktery pisma. Było ich dwóch. Tyle zdążył wydedukować zanim Marcelina, którą chamski wygłup speszył i zirytował jednocześnie, wstała, podeszła do tablicy i starła wszystko mokrą, śmierdzącą gąbką. Wróciła do swojej ławki, zawiesiła torbę na ramieniu, złapała notatnik, długopis i pożegnała się.

— Niech pan się nie przejmuje. To idioci — dodała wychodząc.

Idąc przez korytarz pełen krzyków i śmiechów starał się ignorować te kierowane pod jego adresem. Nie miał na nie czasu. Rozpatrywał możliwości. Szukanie sprawców po szkole nic by nie dało. Za kilka minut miał kolejną lekcję. Wszedł do pokoju nauczycielskiego, przywitał się w drzwiach, stanął przed planem lekcji i przeanalizował dostępne opcje. Podszedł do Marzeny, wychowawczyni klasy Crème del La Crème, zamienił z nią kilka słów i usiadł obok Hanki, polonistki, która miała akurat okienko. Poprosił ją, żeby wpuściła jego grupę do gabinetu i przypilnowała ich przez dziesięć minut. Zgodziła się. Podziękował, obiecał ciacho, kawę i dozgonną wdzięczność, po czym ruszył w kierunku sali chemicznej na pierwszym piętrze. Nie był pewien, czy to, co planował zadziała, ale nie potrafił wymyślić niczego lepszego na poczekaniu, a zostawienie incydentu bez komentarza groziło kolejną eskalacją.

Zapukał, podszedł do nauczycielki chemii i szepnął jej coś do ucha. Przytaknęła. Większość uczniów skupiła na nim uwagę.

— Wyszliście tak szybko, że nie zdążyłem przekazać wam ważnej informacji.

Jeden z cwaniaków podniósł rękę. Kamil uciszył go gestem dłoni.

— Po pierwsze, pamiętajcie, żeby po zajęciach ścierać tablicę. Nawet jeśli wasza poezja wyda się wam doniosła i oryginalna.

Lekki śmiech w głębi sali.

— Po drugie — zrobił krótką przerwę, żeby upewnić się, że wszyscy słuchają — kolejne zajęcia, do odwołania, będą odbywać się na zmianę poza szkołą i w sali plastycznej.

— A tak konkretnie, gdzie? — odezwał się cwaniak.

— Najbliższe zajęcia z malarstwa pejzażowego przeprowadzimy w pracowni mojej koleżanki, znajdującej się przy ulicy Ruskiej.

— Nie zdążymy — rzucił siedzący na tyłach chłopak.

— Rozmawiałem już z waszą wychowawczynią — znów zrobił pauzę. Miał ich pełną uwagę. — Zamieniliśmy sztukę z matematyką, którą mieliście do tej pory na ostatniej lekcji. Od przyszłego tygodnia będę zostawał godzinę dłużej, a pani Zaręba przesunie matematykę na trzecią godzinę lekcyjną.

— Tak nie można!

— Wasza wychowawczyni ucieszyła się, że zapełnicie jej okienko, a matematyka na trzeciej lekcji zamiast na ostatniej będzie z korzyścią dla wszystkich.

— Będziemy później w domu.

— To prawda, ale dzięki temu nie będziecie musieli na następnych zajęciach pisać wypracowania z teorii malarstwa ani wykonywać dodatkowych prac plastycznych po każdej — kolejna pauza — lekcji sztuki do końca roku szkolnego. Możecie mi wierzyć. To naprawdę niewygórowana cena za poezję, którą dwoje z was zdecydowało się zostawić na mojej tablicy.

Poirytowane spojrzenia pomknęły w stronę delikwentów w rogu.

— Cyprian, Wiktor, co wy na to? — zapytał.

Poeci zgodzili się bez zastrzeżeń.

Podziękował nauczycielce i ruszył do swojej sali, gdzie Hanka próbowała okiełznać klasę, z którą zwykle nie miała zajęć. W drodze do gabinetu Kamil minął sekretariat. Gdy przechodził obok, drzwi otworzył dyrektor.

— Panie Kamilu, pozwoli pan na sekundę?

— Właśnie idę do pierwszej B. Pani Zalewska zgodziła się ich przez chwilę przypilnować.

— Rozumiem. W takim razie nie będę pana zatrzymywał. Niemniej jednak chciałbym panu przypomnieć, że lekcje zaczynamy wraz z dzwonkiem, a treści, które wprowadzamy do programu powinny zawierać się w podstawie programowej.

— Ma dyrektor coś konkretnego na myśli?

— Rubens — powiedział.

— Ah tak, pamiętam. Pośladki. To prawda, rozszerzyłem zakres tematyczny kilku lekcji. Wyszedłem nieco poza sacrum, ale jestem pewien, że z dzisiejszym dostępem do Internetu ci piętnastolatkowie widzieli już znacznie więcej od gołych lędźwi z obrazów Rubensa.

— Mimo wszystko, panie Kamilu. Pracuje pan w szkole katolickiej i musimy zachować pewne standardy. Zwłaszcza, gdy w grę wchodzą normy moralne. Musimy dawać przykład. Rozumie pan co mam na myśli?

Kamil wiedział doskonale. Ojciec dyrektor już nie raz dawał mu do zrozumienia, że wie o jego tendencjach do przekraczania norm moralnych, zwłaszcza od kiedy po szkole rozniosła się paskudna plotka o homoseksualnej orientacji nauczyciela sztuki.

Zastanawiał się jak wytłumaczyć księdzu, że nie jest gejem i że nawet gdyby był, to nie powinno to nikogo interesować. Przez moment próbował odgadnąć czy zachowanie księdza nie nosi znamion czegoś zupełnie nowego i mrocznego, czego nie powinien nigdy dopuścić do głosu, ale uznał, że nie warto rozpraszać tym tak pomyślnie skupionej uwagi i że mimo wszystko doprowadzi ten dzień do końca, dokładnie tak jak postanowił.

Reszta zajęć przebiegła mniej więcej tak samo jak dwie poprzednie lekcje. W rezultacie, zmęczony i zrezygnowany dobrnął do piętnastej piętnaście.

Wyszedł ze szkoły, wcisnął się w nabity po brzegi tramwaj i wyruszył w codzienną krucjatę do domu. Rozklekotany wagon wtoczył się między szare kamienice, gdzie przystanek po przystanku wykrwawiał na chodniki wracających z pracy korponautów, studentów i uczniów. Miasto zdawało się migotać przyszłością, gdy na szarej kliszy okien, pojawiały się bloki, biurowce i galerie handlowe. W szybach tramwaju ciało i tkanki miasta nie wydawały się już tak fascynujące jak o poranku. Wbrew woli architektów przybrały kolory nostalgii za czymś, czego Kamilowi nie było dane doświadczyć. Nie spodobało mu się to uczucie. Rozchwiany i rozbity, zajął jedno z miejsc w opróżnionym wagonie i wzbił się myślami daleko ponad horyzont, poza to, co tu i teraz. Nagle uświadomił sobie, że spogląda w przyszłość, i że przyszłość nie niesie ze sobą niczego nowego. Po raz pierwszy od dawna poczuł, że w życiu nie spotka go już nic dobrego.

Migocząca ściana świątecznych ozdób wyrwała go z letargu. Wstręt do bożonarodzeniowego cyrku zawsze działał jak zimny prysznic. Tramwaj zatrzymał się na peronie. Do środka weszło dwóch starszych chłopaków. Mogli mieć siedemnaście, może dwadzieścia lat.

Jeden z nich zaczął krzyczeć:

— Polska dla Polaków! Polska dla Polaków. Wypierdalaj suko!

Wszystko rozegrało się zbyt szybko. Kamil zdążył zanotować w pamięci jedynie jak wyglądali. Ofiarą była siedząca kilka miejsc przed nim ciemnoskóra dziewczyna. Patrzyła na nich zdziwiona. W tramwaju oprócz nich była jeszcze jedna nastolatka, trzy kobiety i dwóch mężczyzn w przedniej części wagonu.

— Wypierdalaj! Do budy! — krzyknął drugi.

— Wy-pier-da-laj! — poprawił drugi.

Dziewczyna zerwała się na nogi i przeszła na przód, ale nie wysiadła.

— Zostawcie ją — powiedział drżącym głosem.

— Siedź cicho obrońco brudasów.

Kamil wstał, minął ich i podszedł do dziewczyny. Chciał otworzyć jej drzwi. Przycisk zadziałał. Wziął ją pod ramię i pokazał, żeby z nim wyszła.

Z jakiegoś powodu posłuchała. Chciał przesiąść się z nią do przedniego wagonu, ale nie zdążył.

— Hej, szmato! — usłyszał głos za plecami.

Dziewczyna wysiadła. On nie zdążył.

Jeden z nich złapał go za włosy, szarpnął i wciągnął do środka. Kamil stracił równowagę. Złapał się za poręcz. Następne co pamiętał, to cios, ostry ból w miejscu, gdzie krwawił nos, kopnięcia w brzuch i krzyki.

Drzwi się zamknęły. Leżał na podłodze. Tramwaj ruszył. Przejechał kilka metrów i znów się zatrzymał, tym razem tuż przed zjazdem z peronu, w miejscu, gdzie tory skręcały w prawo. Mężczyzna w kaszkiecie przyklejony plecami do szyby krzyknął, że zadzwoni na policję.

— Dzwoń do kogo chcesz — krzyknął ten starszy.

Drzwi się otworzyły. Obaj wybiegli z tramwaju.

— Nic panu nie jest? — usłyszał.

Podniósł wzrok. Głos należał do dziewczyny, ale nie tej, którą tak bezmyślnie postanowił ratować. Ta, która do niego mówiła, była młodsza. Starł krew z rozciętej brwi i przyjrzał się jej. Dopiero teraz dotarło do niego, że znał ją. Jeszcze rok wcześniej chodziła do szkoły, w której pracował.

Podziękował jej, wdrapał się na siedzenie i rozejrzał się po peronie, próbując zetrzeć krew cieknącą z nosa. Ofiary patriotyzmu nie było. Uciekła. Z roztargnieniem uświadomił sobie, że przestało to mieć jakiekolwiek znaczenie.

Oparł się plecami o szybę i podniósł nos do góry. Próbował zatamować krwawienie. Spojrzał na jej przestraszoną twarz. Teraz przypomniał sobie kim była. To siostra jednego z jego uczniów. Nazajutrz, a może jeszcze tego samego dnia wszyscy mieli dowiedzieć się, że został pobity.

Tramwaj ruszył. Minęli cudowną willę przy Klinikach, zabytkowy Most Zwierzyniecki, w oddali statek wycieczkowy na Odrze, zmarznięte wielbłądy za ogrodzeniem zoo i niezłomnych bezdomnych przy pętli Biskupin.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 5
drukowana A5
za 11.08