E-book
30.03
drukowana A5
81.91
Światło Wschodu

Bezpłatny fragment - Światło Wschodu

Poszukiwany w formacie A4

Objętość:
545 str.
ISBN:
978-83-8245-890-9
E-book
za 30.03
drukowana A5
za 81.91

„Czy wraz z płodem rodzi się sumienie

czy z chwilą popełnienia zbrodni?”

Dedykuję tą książkę mojej ukochanej mamie — syn.


Dedykuję tą książkę mojej córeczce, która jest dla mnie najwspanialszym darem od Boga — mama.

Wstęp

Książka ta opowiada historię młodego człowieka, który miał na tyle dużo szczęścia w życiu, że udało mu się w jakiś przedziwny sposób wydostać z pułapki swojego robotniczo — blokerskiego pochodzenia. Uciekł z objęć biedy i powtarzalności dnia codziennego oraz przechytrzył, jak mu się wydawało, kogoś tam z góry, kto zaplanował i przydzielił mu taki żywot, z którym on się nie godził i uważał, że to niesprawiedliwe. Nie udało mu się za pomocą utartych ścieżek czy ogólno przyjętych zasad odmienić swój los, takich jak na przykład inwestowanie w swoje wykształcenie, a za pomocą daru i talentu do oszukiwania ludzi. Przez lata wydawało mu się to bardzo proste i naturalne. Jednak po jakimś czasie, po paru nieprzyjemnych incydentach, w których przez swój zawód „aferzysty” bohater prawie przypłacił to swoim życiem i po tym jak zapomniał kim tak naprawdę jest oraz kiedy ponownie musiał uciekać z kraju aby nie dopadły go konsekwencje jego poczynań i specyfiki wykonywanej pracy, zaczął się zastanawiać czy w swoim życiu wybrał dobrą drogę i czy było warto iść na skróty. I właśnie o tym jest ta książka. O próbie odpowiedzi na to pytanie i o próbie ponownego nawiązania dobrych relacji pomiędzy duszą, sercem a swoim jestestwem. Wszystko to dzieje się na Ukrainie. W bardzo przedziwnym kraju, który do uczciwości i trzymania się zasad moralności nie zachęca.

A jednak tu bohater zaczyna odkrywać na nowo te wszystkie wartości, o których prawie zapomniał. Książka ta opisuje z perspektywy bohatera Polaka ulice Ukrainy, ludzi, jej podziały, jej drugie oblicze oraz jej drugie życie od polityki poprzez mafię i patriotów, jak również i zdrajców. Opowiada także o prawdziwych facetach, o przyjaźni i lojalności. A przede wszystkim opowiada o zmaganiach bohatera samego z sobą, z przeszłością i przyszłością, która jest dla niego wielką nieznaną.

Dalsze losy bohatera już wkrótce …

Rozdział 1 — Początek Odysei

„Stoi na stacji lokomotywa,

Ciężka, ogromna i pot z niej spływa”

Pociąg, który stał przede mną rzeczywiście wydawał się bardzo ciężki i ogromny. Był szerszy niż polskie pociągi i faktycznie później się dowiedziałem, że na Ukrainie używają szerszego rozstawu osi, przez co na granicy czeka się dobrych parę godzin aż przełożą podwozia. Nasze polskie ciuchcie wyglądają przy nich jak tramwaje do poruszania się z dzielnicy na dzielnicę. Te były większe, wyższe, szersze, skonstruowane do podróży po bezkresnym wschodzie, czasem na trasach, które liczyły tysiące kilometrów i mogły trwać kilkadziesiąt godzin. To, co zwróciło jeszcze moją uwagę, to nie jedna a dwie lokomotywy na początku składu, jedna za drugą. Były masywne, stwarzały wrażenie, że są aby ciągnąć dużo więcej — niż parafrazując Tuwima — czterdzieści wagonów. Jednak jeszcze większe wrażenie zrobiły na mnie wagony. Patrząc na tego „kolosa” wjeżdżającego powoli, majestatycznie na Dworzec Centralny w Warszawie, uśmiechnąłem się lekko pod nosem i zaczęła brać we mnie górę ciekawość. Taka dziecinna ciekawość, fascynacja pociągami sprzed lat i podróżami nimi. Wtedy właśnie poczułem, że podjąłem słuszną decyzję, co do metody ucieczki z kraju. Chciałem to zrobić jak najbezpieczniej i jak najbardziej anonimowo. Pozostałe opcje zawierały zbyt wiele ryzyka. Oczywiście miałem wybór, wylecieć z kraju samolotem, co trwałoby dwadzieścia godzin podróży mniej lub przekroczyć granicę samochodem czy autobusem. To również byłoby szybsze, zakładając iż nie trafię na zator przy przejściu granicznym. Z samochodu zrezygnowałem od razu, ponieważ nie posiadałem prawa jazdy, a nie chciałem brać swojego kierowcy by nie zostawiać śladów ani informacji gdzie wyjeżdżam. Dotarcie samolotem na Ukrainę również nie wchodziło w grę. Choć byłaby to najszybsza metoda, to lotniska prowadzą skrupulatną kontrolę, nie tyle bagażu, co osoby wyjeżdżającej.

Do tego bardzo mała szansa na ewentualne dogadanie się z człowiekiem po drugiej stronie, ze względu na małą przestrzeń, rygory i procedury. Przez „dogadanie”, mam tu na myśli oczywiście przekupstwo i łapówkę. Pozostawała mi ewentualnie jazda autobusem, gdzie sama podróż mogłaby nie być tak męcząca i nie tak długa, gdyby nie masa ludzi jeżdżąca tymi autobusami, i która w dziewięćdziesięciu procentach zajmowała się nielegalnym handlem pomiędzy Ukrainą a Polską. Przemyt i kontrabanda wciąż kwitła w tamtych czasach i nadal ma się dobrze. W rzeczywistości oznaczało to praktycznie stuprocentową pewność, iż ten autobus i jego pasażerowie będą zrewidowani i przeszukani przez służby celne, tak po polskiej stronie jak i po ukraińskiej. To przedłużyłoby podróż o następne dwadzieścia godzin. Nigdy nikt, z tego co wiem, nie dojechał do miejsca docelowego autobusem zgodnie z rozkładem jazdy podawanym przez przewoźników.

Oczywiście nie przeszkadzało to indywidualnym osobom jeździć w tą i z powrotem, zabierając ze sobą karton papierosów czy parę butelek wódki, dostatecznie dużo, żeby zarobić na różnicy ceny, ale zbyt mało, żeby złamać przepisy. O skali i procedurach przemytu na granicy polsko-ukraińskiej miałem się dopiero dowiedzieć.

Pociągi też służyły do przemytu i osobną gałęzią kontrabandy, lecz miały jedną bardzo ważną zaletę, mianowicie tory były jedne, to nie droga asfaltowa, że można trafić na korek. Pociąg musiał kursować zgodnie z rozkładem. Tak zorganizowanego, tak nagminnego indywidualnego przemytu nie było, przede wszystkim ze względu na ceny biletów. Tu rządzili kolejarze i to oni zajmowali się przemytem, na dużo większą skalę.

Starając się odszyfrować informacje zawarte na bilecie, udało mi się ustalić, w którym wagonie miałem spędzić następne dwadzieścia godzin. Moim oczom ukazała się dosyć młoda i zgrabna pani konduktor, której właśnie miałem zadać pytanie, czy to może na pewno mój wagon a jeżeli nie, to gdzie mam się udać. Nie przejmowałem się, ani nie zastanawiałem nad faktem, że kompletnie nie znam ukraińskiego. Nawet nie miałem pojęcia, że Ukraińcy mają swój własny język. Myślałem, że wszyscy na wschodzie mówią po rosyjsku było to dla mnie tak oczywiste jak to że wszyscy piją wódkę. Taki głupi byłem. Mnóstwo historii później wypłynęło z tego faktu, jak to, gdy cały dzień szukałem bułki tartej i nikt nie mógł zrozumieć czego poszukiwałem lub gdy nie wiedziałem, że piguły to po prostu zwrot tabletki i długo myślałem, że idzie tu jakiś większy handel ekstazy.

Problem nieznajomości języka miała rozwiązać obecność mojego „anioła stróża” Bratuszki, który miał mnie dostarczyć bezpiecznie i bez przeszkód do miejsca docelowego i w razie problemów pomagać i tłumaczyć. Zanim zdobyłem się na moją „foniczną wizualizację rosyjskiego, kątem oka ujrzałem Bratuszkę jak biegnie w stronę końca składu pociągu. Zrozumiałem, iż to nie jest mój wagon i że znajduję się on gdzieś z tyłu składu. No, nie zagadam do tej ładnej pani konduktor pomyślałem i dosyć szybko zacząłem iść w stronę, gdzie biegnie Bratuszka z moim bagażem. Przyspieszyłem, bo przestraszyłem się, że stracę go z oczu, wciąż żałując, że nie miałem szansy na próbę rozmowy ze śliczną panią konduktor.

Mimo przyspieszonego kroku na pograniczu biegu zauważyłem, że z każdego mijanego przeze mnie wagonu wychodzi lub stoi przy nim bardzo ładna pani konduktor.

To mnie, jako zdrowego faceta bardzo zaintrygowało i nie zgadzało się z standardami polskich pociągów, czemu i dlaczego jest tylu konduktorów w jednym pociągu, nawet jeżeli ten pociąg jest międzynarodowy i jest w nim tyle wagonów. Było ich naprawdę dużo, nigdy wcześniej nie trafiłem na tak długi skład, jeżdżąc regularnie po Polsce. Wagon, 173 miejsce w „kupejnym”, miejsce sypialne 17, 19.

Przywitała nas kolejna śliczna pani konduktor. Sprawdziła nasze bilety oraz ważność paszportów, a także czy nasze twarze zgadzają się z twarzami ze zdjęć. Od tej pogoni za Bratuszką, praktycznie cały skład pociągu, twarz zmieniła mi się z bladej twarzy europejczyka, która uśmiechała się do pani konduktor ze zdjęcia w twarz zziajanego Indianina po ucieczce. przed bladymi twarzami.

Dodam tylko, że ostatni raz biegałem chyba tylko na wychowaniu fizycznym w szkole. Pani konduktor była ubrana w niebieski, dwurzędowy garnitur ze złotymi guzikami z logo ukraińskich kolei. Notabene największego pracodawcy w Europie, zatrudniającego ponad trzysta tysięcy pracowników. Jej szyję zdobiła również niebieska apaszka ze złotymi motywami kolei. Na głowie miała coś w rodzaju toczka w żółto niebieskich kolorach, narodowych kolorach Ukrainy. Jak pisałem wcześniej była młoda i śliczna, lecz jak się potem okazało nie wszystkie były młode i śliczne. Były również starsze i bardziej przy tuszy. Tak można było rozróżnić zwykłe konduktorki od kierowniczek. Lecz jak się okazało w czasie podróży, taka pani „konduktor” prócz wyjścia z wagonu i pilnowania tego wyjścia oraz sprawdzania, kto wchodzi do wagonu, a kto wychodzi, zajmowała się wieloma innymi rzeczami.

Weszliśmy do wagonu, a dokładniej do części pośredniej, gdzie czuć było swąd papierosów, palonego węgla i drewna. Zapach fajek nie zdziwił mnie wcale. Wręcz go oczekiwałem po widoku wielkich przymocowanych puszkach, przypominających wojskowe puszki na wołowinę, robiące za popielniczki. W Polsce również paliło się w łączniku pomiędzy wagonami. No, ale ten zapach węgla i drewna skąd?

Przecież widziałem, że skład pociągu był podczepiony pod dwie wielkie spalinowe lokomotywy, a nie parowozy. Stanowiło to dla mnie zagwozdkę, ale nim miałem czas się nad nią zastanowić, Bratuszka otworzył masywne drzwi do korytarza prowadzącego do naszego przedziału sypialnego. Ponownie ujrzałem kolorystyczny motyw przewodni wystroju tegoż korytarza, niebiesko-żółty.

Jeszcze wtedy nie skojarzyłem, iż oficjalne kolory flagi państwowej Ukrainy to właśnie niebiesko-żółty. Niebieski kolor interpretuje się jako kolor nieba i pokoju, zaś żółty symbolizuje zboże, dobrobyt i bogactwo ziemi. Ja wtedy po prostu pomyślałem, ooo ładne kolory, ciepłe. W głowie skomentowałem „o wybrali dobrego dizajnera.”

Te kolory będą się bardzo często przewijały w kraju, który mi tak zapadnie w sercu. Jadąc tam zaś, kompletnie nie znałem i nie interesowałem się nimi. Moje jedyne relacje z Ukraińcami były albo biznesowe, bądź były to spotkania z ludźmi na bazarku, handlującymi złotymi zębami i torbami płóciennymi w kratę.

Wtedy dla mnie Wschód to był Wschód, Rusek to był Rusek i tyle. Nie widziałem różnic. Ukrainiec, Białorusin, Mołdawianin to wszystko było dla mnie to samo. Za wschodnią granicą Polski wszyscy byli Ruskimi. Moją ignorancję zasilał też dawny system szkolnictwa Polski Ludowej. Propaganda komunistyczna uczyła nie odróżniać narodów, tylko powtarzać „bratni naród Republik Sowieckich.”

W każdym oknie firanki i zasłony. Poczułem taki domowy, PRL-owski klimat, który już wymarł w Polsce. Zasłony upięte w kokardy, ładnie zawieszone, firanki w klasyczne ludowe wzory. Brakuje jedynie doniczek z kwiatami — pomyślałem przekornie. Wystrój korytarza zrobił na mnie duże wrażenie, zwłaszcza dywanik, który imitował bogate, perskie zdobienie. Wszystko to stwarzało nastrój wręcz domowy, jakbym przeszedł z pociągu do czyjegoś domu, z pasażera stał się gościem.

Było to dla mnie zupełnie nowe przeżycie, bowiem po podróżach po Polsce spodziewałem się plastikowych wnętrz, śmierdzących toalet i zupełnego braku jakiegokolwiek stylu czy atmosfery. Oczekiwałem metalowej puszki, która przewiezie mnie z punktu A do punktu B.

Jednak wydawało się, że dla licznej załogi, która nieraz pokonywała trasy zajmujące kilka dni, ten pociąg był nie tylko miejscem pracy, ale wręcz drugim domem.

Doszliśmy do drzwi przedziału. Za szybką na drewnianych drzwiach ujrzałem numer 17, 19.

— To tu!

Bratuszka otworzył drzwi, po czym wszedł do środka. Przedział sypialny zdawał się zachowywać klimat korytarza. Bardzo ciepłe, w przenośnym i dosłownym znaczeniu tego słowa, pomieszczenie. Żadnych plastików czy sztucznych oklein. Tylko prawdziwe drewno i do tego dwa łóżka, a pomiędzy nimi stolik. Nie taki malutki, składany, jak w polskich pociągach, lecz stacjonarny, niemal kuchenny, do tego wysoka szafka na ubrania, wraz z paroma wieszakami, i miejsce na bagaż, i jeszcze toaletka, która pełniła podwójną funkcję. Można było coś na niej postawić lub położyć. Zaś po zdjęciu blatu, schowany był za nią mały zlew. Wspominałem, że było ciepło, ale gdy zdjąłem marynarkę i zacząłem rozpakowywać bagaże, dotarło do mnie jak gorąco było w pokoju, jakby ktoś palił w piecu. Położyłem walizki na łóżko Bratuszki, spojrzałem przez okno, odchylając te stylowe firanki i popatrzyłem na peron. Pociąg ruszył.

Odwróciłem się na moment, a Bratuszki już nie było. Znowu gdzieś pognał. Usiadłem przy oknie i wytarłem je z pary. W Warszawie padał śnieg, na zewnątrz było zimno i dzień już się kończył. Było szaro i nieprzyjemnie. Zostałem sam w przedziale, patrząc na „moją” Warszawę. Zrobiło mi się nagle smutno, jakby panująca pogoda odpowiadała moim uczuciom. Patrzyłem na uciekające światła stolicy, na jej szarość, przypominającą mi odcienie szarości mojej własnej sytuacji życiowej.

Starałem się nie rozczulać nad sobą długo, w końcu wyjeżdżałem z Polski tylko na dwa miesiące, maksymalnie trzy. Pomyślałem kolejna przygoda w moim życiu. Każdy medal ma dwie strony. Tylko doświadczony już życiem wiedziałem, że czasem medal ma po prostu chujową i chujowszą stronę, a te przygody stawały się coraz bardziej męczące. Były ciekawe i energetyzujące na początku, gdy wchodziłem w dorosłość i jako dwudziestoparolatek „latałem” po Polsce czy uciekałem przed gangsterką na Majorkę, ale nie kiedy miałem już ponad trzydzieści lat i nie osiągnąłem w życiu nic trwałego. Moje ostatnie dziesięć lat składało się z samych przygód. Jakbym kur…, był jakimś Tomkiem Sawyerem — uśmiechnęłam się sarkastycznie pod nosem na te porównanie. Popatrzyłem jeszcze na znikającą Warszawę, miasto które skradło moje serce, a z którego po raz kolejny musiałem uciekać.

Zająłem się z powrotem rozpakowywaniem bagaży. Miałem tylko, albo wręcz, aż cztery walizki. Po akcji na Majorce stanowiły cały mój dobytek? majątek. Trochę smutne, kiedy jeździło się limuzyną i miało osobistego szofera. Większość wartościowych rzeczy mi odebrano, w tym drogie ciuchy, jak garnitury po paręnaście tysięcy złotych, biżuterie, zegarki.

Tak to jest, jak w balona robi się gangsterkę. Potem trzeba im dwakroć oddać, jeśli chce się przeżyć i mieć spokój. Na szczęście od tego marazmu i narastającego smutku oderwał mnie Bratuszka.

Wszedł do przedziału z całą reklamówką browarów i szerokim uśmiechem na twarzy. Pierw otworzyliśmy po butelce piwa „Obołoń”, jak się potem dowiedziałem, była to nazwa najbardziej popularnego piwa na Ukrainie. Stuknęliśmy się butelkami w geście toastu i wzięliśmy po dużym łyku za szczęśliwą podróż i bezproblemowe przekroczenie granicy. Spojrzałem na „jaszczyk” (czyli reklamówkę) piwa wypełnioną przynajmniej dziesięcioma browarami. Wiedziałem od razu, że z tych dziesięciu browarów, będę musiał samemu wypić przynajmniej siedem, ponieważ Bratuszka bardzo lubił piwko, jak zdrobniale z akcentem ukraińskim je wymawiał, lecz miał bardzo słabą głowę, maksymalnie na trzy browarki. Po trzech piwach zasypiał albo cudził. Cudził znaczy stwarzał problemy. Nie chciałem żeby role się odwróciły i abym to ja został jego przewodnikiem i opiekunem. Byłem już za stary na takie numery. W przeszłości też musiałem uciekać z kraju, z tą różnicą, że na Zachód, zamiast na Wschód. Za przewodnika wziąłem Mirasa. W samolocie na dziesięciu kilometrach wysokości wyłączył się mieszanką LSD z wódką. Z samolotu wyprowadzała nas angielska policja. Będąc tak doświadczony, wiedziałem, że muszę robić za przyzwoitkę i dozować alkohol Bratuszce. Wydawało mi się, że znam jego limity. Nie wziąłem jednak pod uwagę temperatury w przedziale. Podchodząc do tematu naukowo-matematycznie, czyli dodając procent alkoholu w piwie „Obołoń” pomnożyć to przez dwa i pół piwa, jakie Bratuszka wypił, dzieląc to przez wagę Bratuszki… niecałe pięćdziesiąt kilometrów za Warszawą, Bratuszki już nie było. Siedział na przeciwnej stronie mojej kuszetki, mamrotał coś pod nosem kiwając się w rytmie stukotu kół i powoli zasypiał. Na szczęście stało się to tuż za Warszawą i do granicy mieliśmy jeszcze jakieś czterysta kilometrów. Także miałem nadzieję, iż do tego czasu w miarę przetrzeźwieje. Na szczęście nie rozrabiał. Wybrał inny wariant, czyli zalanie się nie całymi trzema browarami.

Ja natomiast miałem czas pomyśleć troszkę podchmielony, co dodawało mi jakiejś złudnej odwagi na temat sytuacji, w jakiej się znalazłem. Dałem dokończyć trzecie piwko Bratuszce, aby go zmogło i aby mi nie podśpiewywał swoje tarataratara z pioseneczki „Szansona”, którą jeszcze nie raz miałem usłyszeć.

Przysunąłem się bliżej okna. Przyciemniłem światło w przedziale, aby lepiej widzieć, co jest za oknem, ale głównie żeby pozbyć się odbicia swojej zapatrzonej, smutnej twarzy odbijającej się od szyby w oknie. To nie pierwszy raz jak obserwowałem zostawioną przez mnie rzeczywistość w tyle. Można by rzec, że to trzeci raz jak to robię, może czwarty. Przy czym to drugi raz z tego samego powodu uciekałem. Nie byłem zagrożony tak bardzo jak za pierwszym razem, kiedy uciekałem w nieznane, natomiast był to pierwszy raz, kiedy nie chciałem patrzeć w swoje odbicie. Nie podobało mi się to odbicie, ta twarz, ten człowiek. Zaczynałem myśleć o swojej osobie. Moja twarz ukazywała się już tylko, kiedy przejeżdżaliśmy przez zaciemniony obszar. Przypatrywałem się jej w tych momentach. Wydawało mi się, że patrzę na obcą twarz, jakbym patrzył na nią z zewnątrz. Nawet gdy uśmiechnąłem się do niej a ona do mnie, to widziałem w tym odbiciu sam grymas, zakrzywione kąciki ust, białe zęby, żadnej radości.


Zacząłem dostrzegać w tej twarzy człowieka, który kompletnie nie ma kontroli nad swoim życiem, nigdy jeszcze nie wziął steru swojego życia w swoje ręce, a na tym statku zwanym życiem przepłynął już niejedno burzliwe morze, mając wiele szczęścia w nieszczęściu. Szczęście dawał mi fart od życia, a nieszczęście ja sam. Któreś już z kolei wypite piwo zaczęło mi mocno szumieć w głowie. Złe myśli powoli zaczynały opuszczać moją duszę, a na ich miejscu zaczęła górować ciekawość kraju, do którego zmierzałem. Co mnie tam czeka? Jak będzie? Jakie obyczaje? Jacy ludzie? No i ten komfort materialny. W zamian za opuszczenie kraju i wyjazd na maksymalnie trzy miesięczną wycieczkę, miałem otrzymywać co miesiąc roczną pensję dobrze zarabiającego Ukraińca, aż do zakończenia „spraw”. Jakich spraw? Do końca sam nie rozumiałem, w co znowu się wpierdoliłem.

I chyba nie chciałem wiedzieć, zdałem się tu na słowa Starego.

— Panie Adamie jak Pan tak bardzo lubi ten Wschód, to niech Pan wyjedzie na jakiś czas.

— Na jaki czas Panie Władysławie?

— No powiedzmy… na maksymalnie trzy miesiące. Do tego czasu już powinno się wszystko wyjaśnić. Oczywiście wszystkie koszty pokryję oraz dam Panu miesięczną, nazwijmy to pensję w wysokości tysiąca dolarów.

Trzymiesięczna wycieczka, w pełni płatna przygoda. Problemy i stres zostawię za sobą, wrócę jak już będzie po wszystkim. Jedynie myśl przeszła przez umysł, a co jeśli wysyła mnie na Wschód, żebym dosłownie „zniknął”. Jednak to nie był styl Starego, traktowałem go jak prawdziwego ojca, którego nigdy nie miałem. W pełni mu ufałem. Tylko udałem, że się zastanawiam i odparłem:

— Jasne Panie Władysławie. Dla Pana to zrobię. Kiedy mam wyjechać?

Stary w międzyczasie już wyjął z sejfu pieniądze, plik dolarów, nie przeliczając wręczył mi je i odparł:

— Panie Adamie najlepiej dzisiaj, a maksymalnie jutro.

Troszkę mnie to wystraszyło. Nie wiedziałem, nie rozumiałem, co dokładnie się działo. Nawet pewne służby wzywały mnie od jakiegoś pół roku na różne przesłuchania, ciągnąc po całej Polsce, wyznaczając specjalnie poranne godziny, abym miał jak najwięcej problemów z komfortowym dotarciem na nie. Wiedziałem też, że jakiś czas temu była dosyć duża akcja związana z aferą, w którą byłem zamieszany. Jednego tygodnia aresztowano ponad trzydzieści osób.

No ale dzisiaj? Jutro? To coś musiało, brzydko się wyrażając, pierdolnąć. Domyślałem się jeszcze, że praca, którą wykonywałem dla Pana Władysława polegała na pośrednictwie pomiędzy pewnymi grupami biznesmenów, przynajmniej z encyklopedycznej definicji.

Oczywiście nic nigdy nie dzieje się tak, jak sobie to planujemy. Tak więc trzymiesięczny exodus z kraju przeistoczył się w ponad roczną odyseję po Ukrainie. Spojrzałem na Bratuszkę. Spał smacznie. Zerknąłem na jaszczyk z piwem. Jeszcze trochę zostało tego piwa, lecz sięgając po następną butelkę przeszła mi ochota, aby ją otwierać. Mentalnie zacząłem przygotowywać się na spotkania ze służbą graniczną.

Zostało jeszcze trochę czasu i drogi, na wytrzeźwienie i ukrycie śladów stanu upojenia alkoholowego. Ironicznie, troszkę podchmielona twarz bardziej zlewała się tu z otoczeniem i wzbudza większe zaufanie. Kompletnie trzeźwy koleś, tym bardziej turysta, zwracał na siebie uwagę, gdy nie chciał pić. To znaczyło, że miał coś do ukrycia. Zgodnie z tą logiką, otworzyłem więc nową butelkę i wziąłem parę głębszych łyków. Postanowiłem pójść do toalety, bo na pęcherzu czułem już wypitą ilość browaru. Chciałem też przy okazji zwiedzić resztę pociągu, który wydawał się dużo bardziej interesujący niż polska kolej.

Kierując się w stronę „bardaszki” po naszemu toalety, nadal byłem pod wielkim wrażeniem korytarza, zwłaszcza będąc pod wpływem procentów. Widok publicznego kibla szybko jednak ocucił mnie i przypomniał mi, że znajdowałem się w pociągu. Opisu czytelnikowi oszczędzę. Powiem jedynie, że poczułem się jak w pociągu pancernym.

Po wizycie, nie byłem już tak bardzo krytyczny do higieny innych podróżnych i nie kląłem jak szewc, że tylko świnie mogą tak się załatwiać obok. Wychodząc z toalety pomyślałem, że to było duże wyzwanie dla pasażera, który wypił maksymalnie cztery, pięć piw o zawartości jednego promila. Powyżej promila nie powinno się tam wchodzić, no chyba, że w czasie postoju pociągu. Jak się okazało w czasie postoju pociągu toalety zostają zamykane. No więc pozostawało nie pić, ale jak nie pić, skoro siedemdziesiąt procent podróżnych pije, a pozostałe trzydzieści nie pije, tylko dlatego, bo nie może. Jak się zintegrować, jak pokonać ponad tysiąc kilometrów trasy i dwadzieścia sześć godzin wrażeń jazdy pociągiem na trzeźwo? Na tyle mnie wytrzęsło i wyssało z energii zderzenie z bardaszką, iż zrezygnowałem z dalszej eksploracji mojego wschodniego środka transportu.

Mój pożal się Boże przewodnik nadal spał, gdy dotarłem do przedziału. Popatrzyłem na niego i pomyślałem, że może jest wprawiony w tych długich podróżach i to jest jego sposób na nie, czyli napić się na początku drogi i obudzić na jej końcu. Szczególnie, że Bratusczce dużo nie trzeba było, by się upił. Jeden browar na sto kilometrów, co przy trasie liczącej tysiąc kilometrów, dawało dziesięć browarów. Ekonomicznie, ale kur…, był w pracy i zapłaciłem mu za tę jego pracę tyle, że mógłby przejechać tym pociągiem nie tysiąc a million kilometrów. Szturchnąłem go dosyć mocno, aby się obudził i zaczął wykonywać swoje obowiązki służbowe. Zacząwszy od wypicia ze mną kolejnego browara. Niestety szturchnięcia nie przynosiły żadnego rezultatu. Z niemocy postanowiłem go kopnąć, a gdy to też nie wzbudziło żadnej reakcji, pochyliłem się by sprawdzić czy żyje. Żył, ale spał jak kamień.

Otworzyłem więc następne piwko samemu i usiadłem na swoim miejscu numer 17. Popatrzyłem na niego i przypomniałem sobie, jak można go obudzić, na co na sto procent zareaguje, jakie ma lęki i jakie paranoje. Bratuszka to ksywa, tak naprawdę miał na imię Witalik, Witalik Moskwa. Poznałem go jakieś dwa lata wcześniej. Żartobliwie można by napisać był moim głównym HR-owcem, specjalizującym się w werbowaniu kadry zarządzającej do polskich spółek handlowych. Kadry wysokiego szczebla, członków zarządu, prezesów zarządów, właścicieli pakietów większościowych.

Muszę przyznać, że był w tym bardzo skuteczny, w krótkim okresie zwerbował kilkadziesiąt osób na bardzo odpowiedzialne stanowiska. Co tu dużo mówić, był prekursorem tego, co się dzieje dzisiaj, czyli masowego zatrudniania ukraińskich specjalistów w Polsce.

Dopiłem resztkę piwa, obróciłem głowę to w lewo, to w prawo aby rozmasować zesztywniały kark i przypomniałem sobie jeszcze dwa magiczne, rosyjskie słowa, które miały przebudzić śpiącego towarzysza. Powtórzyłem je wpierw pod nosem, po czym wstałem górując nad skurczonym Bratuszką i ile miałem mocy i talentu w sobie do wschodniego akcentu krzyknąłem:

— BRATUCHA MUSORA!!!!!

Zanim jeszcze skończyłem podkreślać literę A w słowie MUSORAAA, mój opiekun w błyskawicznym tempie się obudził i otrzeźwiał. W ćwierć sekundy usiadł, w pół się wyprostował, a po sekundzie zaczął konspiracyjnie szeptać:

— Gdzie? Gdzie? Gdzie?

Bratuszka zaczął panikować i rozglądać się nerwowo po przedziale, jednocześnie lokalizując miejsce do schowania się lub ucieczki. „Musora” to bowiem w gwarze ukraińskiej zwrot używany do określania policjantów. Różnicą pomiędzy polskimi „psami” jest to, że musor to nie zwierzę, a kosz na śmieci. Wykorzystując okazję do ucięcia kolejnego kawału Bratuszcze napomniałem:

— Bratucha do szafy nie wejdziesz, bo tam są walizki.

Widząc panikę w jego oczach, zrobiło mi się żal chłopaka więc dodałem:

— Bratuszka żartowałem, nie ma żadnych musorów.

Ten przeklnął coś pod nosem, machnął ręką i stwierdził:

— Otwieraj piwko i pijemy.

Jedziemy dalej. Mineło jeszczę troszkę czasu jak do Bratuchy dotarło, że znowu dał się podejść tym starym sprawdzonym sposobem. Za każdym razem nie mogłem powstrzymać się od śmiechu, widząc reakcję Bratuszki na samo wspomnienie o policjantach.

Otwierał to piwko nerwowo się rozglądając, jakby nad tym nie panował. Mówił coś wściekły po rusku, może ukraińsku… jeszcze nie odróżniałem tych języków. Jedyne słowo, które jako rodowity Polak rozumiałem doskonale:

— Kurwa Adam. Kurwa znowu. Kurwa.

Te słowo nie było tak straszne, ani wulgarne kiedy wypowiadało się je ze wschodnim akcentem. Tak reagował Bratuszka na policję kiedy był budzony czy reagował na komendę musora z zaskoczenia. W rzeczywistości kiedy faktycznie zobaczył psy, Bratuchę praktycznie paraliżowało, zastygał w miejscu i zachowywał się jak zahipnotyzowany. Określiłem tę jego przypadłość syndromem „Bazyliszka”. O tej jego przypadłości wszyscy wiedzieli, cały Wschód, od gór Kaukazu, poprzez Moskwę, do Kijowa. Legenda niesie, że tak biednemu Bratuszcze się porobiło, jak to pierwszy raz miał faktyczny i bolesny kontakt z musorami na jakiś amatorskich zawodach bokserskich w Leningradzie jeszcze za czasów ZSRR. Wtedy to popił po zwycięskich walkach swojego ulubionego piwka i dopieprzył się do musora, który bardzo nie po dżentelmeńsku traktował dziewczyny z tego samego zgrupowania sportowców ZSRR, z kadry Ukrainy.

Bratucha gdzieś podświadomie zawsze był dżentelmenem, więc podszedł do musora i bez słowa jebnął mu prawym podbródkowym. Policjant walnął o ziemię i było po walce, przynajmniej po walce jeden na jeden. Pech chciał, że wtedy jedyny i chyba pierwszy i ostatni raz Bratuszka się nie rozejrzał. To był duży błąd, ponieważ leżący w kałuży krwi musor, pod stopami Bratuchy miał jeszcze nieopodal kolegów. Jak słyszałem pięciu. Obskoczyli oni Bratuszkę, zlekceważyli jednak Witalika, kierując się tylko jego drobną budową. Trzy nosy złamane. No, ale jak to mawiają, każdy szermierz dupa kiedy wrogów kupa. Przewaga liczebna i masy wzięła górę i powaliła Bratuszkę na ziemię. Spędził w szpitalu parę miesięcy, zanim przyjechał do domu by odsiedzieć półtora roku za czynną napaść na milicję.

W tamtych czasach był to skandal na cały Sojuz, ponieważ Bratuszka był faworytem do medali w boksie w wadze piórkowej na zawodach bratnich narodów. Więc musiał dla przykładu odsiedzieć swoje od deski do deski półtora roku i zostać zdyskwalifikowany dożywotnio. Tak zakończyła się bokserska kariera Bratuszki, tylko dlatego, że stanął w obronie dziewcząt. Oczywiście mogło być jeszcze inaczej. Znając Bratuchę zobaczył fajną dupę, a że bajerę miał słabą i był nieśmiałym chłopcem, to równie dobrze po paru swoich ulubionych piwkach mógł podejść do musora i aby zaimponować dziewczynie uderzył go prawym sierpowym. Pokazać tym jaki on „Spartak”. Ot taki to Witalik, zwany Bratuszką.

Stuknęliśmy się buteleczkami w geście pojednania. Po trzech większych łykach spokój z powrotem zapanował na twarzy Bratuszki, a oczy przestały mu latać po całym przedziale. Sam wzniosłem toast za jego zdrowie i w ramach przeprosin za przeprowadzoną akcję „musora”.

Wszystko toczyło się tym samym torem, jak i zresztą cały pociąg. Odsłoniłem zasłonę w oknie, a firankę przeciągnąłem maksymalnie jak się dało w prawą stronę. Zacząłem szukać jakiejś klamki, zamka, czegokolwiek, aby choć troszkę, choć na minutkę, otworzyć okno, przewietrzyć przedział i wpuścić świeżego powietrza. Zrobiłem to, ponieważ chciałem jeszcze popić bez większych konsekwencji dla ciała i ducha. Gdy duszno, gorąco i nie ma czym oddychać, alkohol rozkłada człowieka bardzo szybko. Zapoznawszy się z mapą trasy na ścianie pociągu relacji Amsterdam-Odessa, udało mi się ustalić po widoku miasta, przez które przejeżdżaliśmy, że przekroczyliśmy tak zwany rubikon w piciu. Nie było ani czasu, ani sensu trzeźwieć, czy mocno się napierdolić. Pozostało tylko spokojnie pić piwko do samej granicy, będąc troszkę mniej lub bardziej podchmielonym. Witalik tylko się uśmiechnął, domyślając się, czego szukam i zakomunikował:

— Adam, tutaj okna się nie otwierają.

Po tym jak usłyszałem, że jestem zamknięty i nie mogę otworzyć okna poczułem się klaustrofobicznie.

— A gdzie klimatyzacja kurwa.

— Nie działa, nie ma.

Zacząłem być coraz bardziej podkurwiony i z wyrzutem podnosić głos na Bratuszkę, jakby to on projektował te sowieckie przedziały. Znalazłem jeszcze jakąś skrzynkę na przeciwnej stronie, nad drzwiami z symbolem wiatraczka.

Pokręciłem przymocowanym do niego wihajstrem, gdy to nic nie dało troszkę poszarpałem to w lewo to w prawo, lecz to wszystko, co mogłem, pokręcić sobie.

Zamiast chłodniejszego powietrza, zrobiło się jeszcze bardziej gorąco od nerwów.

— Jak chcesz chłodniej to otwórz drzwi. A najlepiej „idziom zakuryć” tam będzie chłodniej. Przy okazji kupimy piwko bo się kończy i jakąś rybkę może, coś do jedzenia bo zgłodniałem.

Nie wiedziałem, co Bratuszka dokładnie ma na myśli, ale pomyślałem o jakimś wagonie restauracyjnym.

— Dobra.

Założyłem buty, wziąłem portfel i paszport. Cały zaciekawiony i głodny ruszyłem. Chciałem zobaczyć jak wygląda „ruski” odpowiednik WARSA.

— Pierw coś kupujemy do picia i jedzenia czy idziemy „zakuryć”?

— „Zakuryć” i się przewietrzyć bo zdechnę od tej temperatury.

Od razu lepiej się zrobiło. Samo otwarcie drzwi i dopływ powietrza, może nie świeżego, ale świeższego był miłą odmianą. To wystarczyło, aby te kleszcze klaustrofobicznej paranoi puściły mój umysł. Jednak, gdy brałem do płuc powietrza z korytarza, znowu poczułem zapach węgla i palonego drewna. Co znowu mnie zaintrygowało i zaciekawiło. Skąd zapach węgla w nowoczesnym pociągu? „Nowoczesny” to może przesada. No, ale nie znajdowałem się chyba w ciuchci z przełomu wieku. Z tych myśli wybiło mnie jednak coś innego.

Synchronizacja miękkich nóg z kołysaniem się pociągu i czuciem miękkiego dywanu prowokowała mnie do puszczenia pawia. Zauważywszy to Bratuszka zmienił szybko kierunek naszej wycieczki. Zamiast do palarni popędził mnie w przeciwnym kierunku, też do łącznika, lecz w którym nie można było palić, a który znajdował się tuż za pomieszczeniem służbowym pani konduktor. Tam buchnął wpierw we mnie żar, a chwilę potem siarczysty chłód. Te dwie skrajności wstrzymały we mnie chęć do rzygania. W łączniku naprawdę było zimno i przemawiały na rzecz tego zimna schowane za drzwiami, zawiane śniegiem schodki. Jednocześnie dosłownie parę kroków dalej, po szerokości łącznika, nie tylko nie było żadnego chłodu, lecz wręcz jakakolwiek woda się tam znajdowała, parowała. Anomalia jakaś.

Wszystko się szybko wyjaśniło, kiedy weszła pani konduktor, żeby sprawdzić, czy aby na pewno nie palimy papierosów. Podejrzewam, że musiała nas zauważyć jak pędzę przed siebie, mijając jej przedział z wyrazem twarzy, który zdradzał gotowość do rzygania.

Nie zauważywszy nic podejrzanego, zdjęła metalową pokrywę. Odsłoniła tym samym diabelną maszynerię, której najważniejszą częścią był piec. Kurwa piec??? Jedynie parę piw dzieliło mnie od tego, żebym uwierzył, że zwariowałem. Poprosiłem Bratuszkę, aby się odsunął i dał mi lepszy widok na tę maszynerię zamontowaną w pociągu. Nie w domu, nie w piwnicy, tylko kurwa w pociągu. Pani konduktor postawiła szklankę z nasypaną herbatą pod jakiś kranik, który się mieścił pośród zwoju rur i rureczek, pokrętł i zakrętek i jak gdyby nic zalała wrzątkiem, w tumanie pary, szklankę z ową herbatą. Odwróciła się w moją stronę, coś powiedziała po rusku, może ukraińsku, z czego na nic nie zwróciłem uwagi, bo stałem jak wryty. Dopiero Bratuszka mnie z tego transu wybudził, krzycząc do mnie:

— Adam, weź tą szklankę od pani.

Jakby na rozkaz wyciągnąłem rękę i przejąłem szklankę gorącej herbaty. Cały czas obserwując panią konduktor, która to nabrała wąską szufelką węgla i sypnęła do pieca, po czym zamknęła go pokrywą. Stuknęła jeszcze palcem w jakiś wskaźnik w kształcie zegara, odebrała ode mnie szklankę i wróciła do swojego przedziału. Ja natomiast tak stałem z wysuniętą ręką do przodu, nie mogąc przetrawić sceny, jaka się przed chwilą wydarzyła. Witalik starał się do mnie przemówić:

— Adam! Adam! Choć z powrotem na tył wagonu zakuryć.

Już wiedziałem skąd w przedziale ten zapach palonego węgla, który ciągnął się ze mną od kiedy wsiadłem do pociągu na Dworcu Centralnym. Tłumaczyło to też żar bijący w przedziałach. Jak miało nie być w nich gorąco, jeśli dziesięć metrów od nich znajdował się najprawdziwszy piec. Jak się później dowiedziałem, każdy z wagonów posiadał taki piec. W razie awarii lokomotywy czy trakcji, gdyby pociąg stanął w szczerym polu, nawet w najsurowszej zimie, to człowiek by nie zamarzł dopóty starczyłoby węgla i drewna, którym przecież okute były przedziały. Pasażerowie z pewnością doczekaliby się pomocy, a w czasie wojny, posiłków.

— Bratuszka to jeszcze dawaj do restauracyjnego po piwko i po coś do jedzenia.

— A dobrze, ja zapomniałem.

Znowu zawróciliśmy, więc pomyślałem, że wagon restauracyjny musi być po przeciwnej stronie. Bratuszka zatrzymał się jednak naprzeciwko przedziału pani konduktor. Będąc ciekaw włożyłem głowę w drzwi, by zobaczyć, co dzieje się w środku. Szeroko się uśmiechając i znając się z panią konduktor postanowiłem zaimponować jej i Bratuszcze. Powiedziałem więc publicznie swoje pierwsze słowo po rosyjsku:

— Zdrastwujcie!

Byłem pewien, że pani konduktor przyjmie te przywitanie za dobry gest ze strony obcokrajowca. Jednak zamiast uśmiechu na twarzy czy miłej odpowiedzi ujrzałem jedynie srogą minę, która zdawała się mnie potępiać. Usłyszałem coś, ale nie mam pojęcia co, z racji, że nie znałem wtedy jeszcze języka. Instynktownie czułem jednak, że nie było to nic miłego. Myślałem, że „zdrastwujcie” to „zdrastwujcie” i nie ma to słowo innego znaczenia niż nasze polskie „dzień dobry”.

— Adam, ty to lepiej idź do przedziału, a ja zaraz przyjdę.

Zdziwiony i zbity z tropu wróciłem do przedziału. Spaliłem się ze wstydu, więc nie chciałem dociekać, co też takiego zrobiłem i w czym był problem. Zamierzałem o to zapytać Witalika. Pięć minut potem wrócił z siatką pełną alkoholu i jedzenia.

— Już tak szybko wróciłeś z restauracyjnego?

Zapytałem sięgając po piwo z siatki. Dodając jeszcze od razu kolejne pytania.

— A o co ta pani kierownik była zła na mnie? Chciałem się ładnie przywitać i powiedziałem jej dzień dobry, zdrastwujcie. Źle powiedziałem? Nie poprawnie? I czemu mnie do warsu nie wziąłeś, przecież mieliśmy iść razem.

Bratuszka pokręcił tylko głową, otworzył browarka i zaczął tłumaczyć:

— Adam dziewczyna z Czortkowa, z zachodniej Ukrainy, patriotka i ruski język ją po prostu wkurwia. Jedziesz na Ukrainę, mówisz po ukraińsku, jak będziesz jechać do Rosji, będziesz mówić po rusku.

— No a ty Bratucha? Ciebie nie wkurwiło?

Bratuszka uśmiechnął się i łyknął browarka, po czym z bananem na ustach odrzekł:

— Adam mnie to nie wkurwia bo ja człowiek „internacionale”.

Odpowiedź Bratuszki rozbawiła mnie na tyle, że przestałem myśleć o tym problemie przez chwilę. Ale był to pierwszy i nie ostatni raz, kiedy popełniłem taki „faux pas”. Mimo to, im lepiej poznałem Ukrainę i Ukraińców tym bardziej zacząłem się zgadzać z podejściem pani konduktor. Więc jeżeli teraz to czyta, to chciałbym ją za moje manieryzmy przeprosić. Pozostawała jednak nadal kwestia warsu, a ja jako osoba ciekawska, musiałem się do sprawy dojebać dla zasady.

— Bratucha, a czemu nie zabrałeś mnie do warsu. Ile razy Tobie mówiłem abyś mnie tam zabrał?!

— Adam żadnego restauracyjnego wagonu w tym pociągu nie ma.

— Jak kurwa nie ma. Drugi raz przychodzisz z tą reklamówką browarów i teraz jeszcze masz do tego żarcie.

— Nie ma, to wszystko, co kupiłem i przyniosłem do przedziału, to od pani konduktor, która oprócz sprawdzania biletów, rozdania pościeli, dbania o piec, porządek i ciepłą wodę, po cichu sprzedaje spod „kołdry” alkohol i zakąski by dorobić sobie do chujowej pensji. Dlatego też kazałem Tobie wypierdalać, bo po Twoim fantastycznym „zdraswujcie”, jedno słowo byś jeszcze jebnął po rusku i do końca podróży jechalibyśmy na pusty żołądek i suchy pysk. Gwarantuję też, że w żadnym innym wagonie od innych kierowniczek byśmy nic nie dostali. Poszłaby fama i embargo na cały pociąg.

To już wszystko, co chciałem, wiedziałem i czując smak zimnego piwa w ustach byłem zadowolony, że jednak się wycofałem, a nie poszedłem na całego.

— Zdrowie Bratuszka!

Stukneliśmy się browarami, a że wpadła mi w ucho przyśpiewka Witalika, to razem zanuciliśmy taratarataraa. No i tak nuciliśmy te bratuszowskie tarataratara pijąc już piwko za piwkiem do momentu, aż otworzyły się drzwi przedziału i Bratuszka zbladł i zastygł bez ruchu, bo załączył mu się „bazyliszek”. Ja z kolei uśmiechnąłem się szczerze, bez strachu i obaw, które utopiłem w jasnym „Obłoniu”.

— Dobry wieczór Państwu, Kontrola Graniczna. Proszę przygotować paszporty.

— Oczywiście.

Wyjąłem paszport z kieszeni, wybudziłem Bratuszkę z letargu, szepcząc mu do ucha, że to nie musora, a straż graniczna. Na pytanie jaki jest cel naszej wizyty, podałem ustaloną wcześniej z Witalikiem wersję, że nam tak wesoło i że pijemy, ponieważ koledze urodził się syn. Swoją drogą, jeżeli za każdym razem, gdy celnicy słyszeliby taką przyśpiewkę i mówiono by prawdę, Ukraina szybko prześcignęłaby Chiny czy Indie w populacji. Myślę, że jest to do tej pory najczęściej wciskana ściema, którą podaje się straży granicznej, aby się usprawiedliwić ze swojego stanu upojenia alkoholowego. Na pewno celnicy zdawali sobie sprawę z tego, że to ściema, ale w końcu nie byliśmy pierwszymi czy ostatnimi podchmielonymi pasażerami tegoż pociągu.


Chcieli oni więc tylko załatwić formalności i ruszyć dalej. Bratuszka kiwał się wyprostowany, jedynie głową potwierdzając wszystko, co mówię. Tak też przeszliśmy polską i ukraińską odprawę graniczną. Strach ma wielkie oczy i nie miałem się czego obawiać.

Człowiek zawsze mądrzejszy po, niż przed. Jedynie mi i Bratuszce żal dupę ścisnął, że nic nie wieźliśmy na kontrabandę, ponieważ w czterech walizkach dużo by się tego wszystkiego zmieściło a walizek nie sprawdzali. Teraz czekało nas podnoszenie wagonu aby zmienić podwozie i dostosować je do szerokości Wschodniej trakcji. Długo tego wyczekiwałem i miała to być turystyczna atrakcja, ale zmęczony piwkiem i podróżą najzwyczajniej usnąłem i cały proceder przespałem. Wraz z Witalikiem zasnęliśmy opierając się o siebie jak frontowi żołnierze, wyczekujący nocnej ofensywy wroga. Obudził mnie straszny suszniak w ustach, otworzyłem jedno oko i objąłem nim przedział. Na to jedno oko wszystko było takie, jak przed jego zamknięciem. Skanując otaczającą mnie rzeczywistość drugim okiem, upewniłem się, że Bratuszka i bagaże są. Jedyne, czego nie mogłem wypatrzeć. to czegokolwiek do picia. Nawet kropli piwa czy wody, nie ważne czy zimnej czy ciepłej. Potrzebowałem cieczy. Nie widziałem, co było za oknem, ponieważ cała szyba zaparowała.

Moja wizja jednak szybko zaczęła falować, a język w niekontrolowany sposób miotał się po ustach, domagając się czegoś do picia. Gdyby nie ten straszliwy kac najchętniej dalej poszedłbym spać. Przysunąłem się w kierunku okna, zdesperowany myśląc, że zaraz wyliże tą wilgoć z szyby. Całe szczęście, że pociąg stał, bo do tego wszystkiego dołączyły nudności. Poczułem straszną zgagę w gardle, a żołądek nie mógł się zdecydować, czy jest pusty czy wzdęty. Wszystkie organy zaczęły narzekać. To znaczyło, że się obudziłem. Pociąg stał. No właśnie. Stał, nie czułem podskakiwania, wibracji, stukotu kół, nic poza pochrapywaniem Bratuszki. Instynkt samozachowawczy wziął jednak górę, więc zamiast wylizywać szybę, wytarłem ją rękawem koszuli. Nie do końca wiem, czego się spodziewałem. Mózg tylko przeliczał, dodawał i odejmował. Moim oczom ukazała się cała gromada sylwetek wszelkiej maści, które to szarżowały w kierunku pociągu. Za nim zaś rozciągał się bielutki horyzont, pusty jak na obrazie. Mieszanka informacji i potężnego kaca oraz fakt, że z jakiegoś powodu staliśmy, jak mi się wydawało, w szczerym polu, wywołały u mnie atak paniki. Nie zastanawiając się ani sekundy, zacząłem budzić Bratuchę i krzyczeć:

— Witalik, spierdalamy z pociągu! Coś się stało, może wypadek, może nas napadli, może pożar, spierdalamy stąd.

Bratuchy też nie oszczędziło całonocne picie. Nie wiem, jakie słowo zrozumiał z tego, co do niego krzyczałem, ale musiało poskutkować, bo nim otworzył oczy i się wyprostował, to już wybiegł z przedziału. Jednak zanim wyciągnąłem walizki z szafy, bez których nie mogłem się ruszyć, w końcu stanowiły całość mojego dobytku, Bratuszka już wracał z ewakuacji.

— Adam, Ty jesteś pojebany.


Wiedziałem już, że nic się strasznego nie działo, ponieważ śmiał się do rozpuku, mamrocząc jedynie „pojebany”, co chwilę. Zrobiłem krok do tyłu, mając już walizki gotowe do ucieczki i zacząłem chować je z powrotem. Ludzie z innych przedziałów zaczęli wychodzić w piżamach, pewnie obudzeni moimi krzykami i rumorem ewakuującego się Bratuchy, który wszedł z powrotem do przedziału, mówiąc jeszcze dobitnie.

— Adam jesteś pojebany. To Szewczenko!

— Jakie Szewczenko?

Przetarłem wpierw swoje oczy, a potem raz jeszcze szybę przedziału. Postacie, które chwilę przed tym wydawały się wielkim zagrożeniem, okazały się gromadą babuszek, które nie krzyczały złowrogo, lecz zachwalały towary, jakie przyniosły na sprzedaż podróżującym w pociągu.

— Wareniki! Pelmienie! Pierogi! Czeburaki! Rybki!

Te stare baby, które otoczyły nasz pociąg, szczególnie nasz wagon bo był międzynarodowy i tu można było łatwiej i drożej sprzedać swoje wyroby, biegły nie po to, aby nas zrabować, tylko aby mieć jak najlepszą miejscówkę do handlu. A Szewczenko? Bratucha powiedział, że to stacja „dokowania”. Była ona zlokalizowana w szczerym polu a jedyną infrastrukturą, jaką zauważyłem był wątły peron. Nic więcej dokoła, pola zasypane, zawiane śniegiem. Jedynie wieża ciśnień, która górowała nad pociągiem, widniała na horyzoncie. Ja ochuj….

Postanowiłem, że nigdy w życiu nie tknę alkoholu. Szybko jednak wziąłem poprawkę na swoją obietnicę i zamiast tego obiecałem sobie, żeby nigdy nie wjeżdżać do nowego kraju najebanym. Jeszcze tylko na Bratuszcze wymusiłem przysięgę, aby nigdy nikomu o tym nie mówił, bo nie przestaliby się ryć ze śmiechu. Oczywiście ta przysięga Bratuszki, że nikomu nic nie powie dała tyle, że jak Bratuszkę znali z „bazyliszka” i reakcji na musora, tak będzie wiedziano już o mnie, od gór Kaukazu poprzez Moskwę i Kijów, że jestem pierwszym człowiekiem od czasów Rewolucji Październikowej, który brał udział w napaści na pociąg przez watahę starowinek handlującymi pierogami. Nie wszystko można wytłumaczyć racjonalnie w moim postępowaniu i panice. Nie wiem, co strzeliło mi wtedy do głowy, ale prawdopodobnie były to podświadome lęki jeszcze za czasów Majorki, podsycone kacem, tropikalnym żarem przedziału i zupełnie obcej rzeczywistości, w jakiej się znalazłem. O kacu mowa, Szewczenko to stacja dokująca, to jak pociąg suszyło, to mnie też trzeba było „zatankować”, bo inaczej to bym chyba zszedł tam Bratuszce. Pociąg miał ponoć stać jeszcze godzinę, to czas było przyjrzeć się, co dokładnie mogły nam te babcie sprzedać.

Ledwo po wyjściu z pociągu, a raczej wyskoczeniu, ponieważ od ostatniego metalowego stopnia, który się mieścił przy drzwiach, dzieliła mnie jeszcze odległość do peronu około metra, w tej samej sekundzie od razu chciałem do niego wejść, a że ostatni schodek znajdował się praktycznie na wysokości mojej klatki piersiowej, bardziej nazwałbym to wdrapaniem się. Jak jeszcze chwilę wcześniej było mi bardzo gorąco, to w chwili, kiedy stałem na peronie myślałem, że nie zrobię już żadnego kroku, ponieważ zmarzłem. Gdyby nie ten kac, suchość w gardle i zamknięty „wars”, od razu bym podjął walkę ze wspinaczką, aby dostać się do środka.

Popatrzyłem jeszcze obolałym wzrokiem i przytępionym umysłem na stalowego potwora, koło którego się znalazłem. Starałem się go objąć w całości wzrokiem w jednej perspektywie lecz nie dało rady, musiałem zmierzyć go wzrokiem od dołu po górę, aby ujrzeć choćby okna tegoż potwora. Dopiero brak peronu a może tylko jego namiastka ukazała wielkość i ogrom tego pociągu, gdzie jak podkreślam, ostatni schodek kończył się na wysokości mojej klatki piersiowej, a nie jestem przecież z metra cięty.

Przypomniałem sobie z programów Discovery, że aby nie zamarznąć to muszę się ruszać i tak ku uciesze gawiedzi w cieniutkiej marynarce, klapkach, bez czapki i rękawiczek zacząłem robić pajacyki, czekając na Bratuszkę, którego jak zwykle kurwa nie było, kiedy go przeokropnie potrzebowałem. Machając tymi rękoma we wszystkie strony i podskakując jak zając, przeklinałem go tylko w myśli i miałem nadzieję, że się nie rozmyślił po drodze i nie wrócił spać. No bo kto mi wtedy rzuci linę abym wszedł z powrotem do wagonu.

Było chyba minus sześćdziesiąt stopni poniżej zera, tak przynajmniej mi się wydawało. Wreszcie ujrzałem Bratuchę, stał w drzwiach wagonu i widząc jego twarz wiedziałem, że obiera technikę skoku a może lotu na dół. No, ale ku mojemu zaskoczeniu, hop i Bratucha był na dole.

Musiał mieć wprawę i opanowaną technikę skoku, ponieważ jak mi ostatni stopień schodów sięgał do klatki piersiowej, to Bratuszce ten stopień znajdował się na wysokości jego, połamanego od walk bokserskich nosa.

— Adam co robisz? Przestań bo się wszyscy patrzą na ciebie i śmieją, jeszcze przyjdą musoraaa.

— A w dupie Bratucha mam twoich musorów i to, że się wszyscy patrzą i śmieją.

Lepiej się ruszaj bo zamarzniesz, jest przynajmniej minus sześćdziesiąt. No, ale Bratuszcze to nie groziło, akurat był w tym przypadku dużo mądrzejszy ode mnie i pewnie bardziej doświadczony, ponieważ się opatulił i ubrał tak jakby miał zaraz brać udział w zawodach psich zaprzęgów na Alasce.

— Adam jakie sześciesiąt poniżej zera? Zdurniałeś? Jest minus piętnaście. Było się ubrać Duraczku.

Rzeczywiście musiałem wyglądać jak debil w tym ubranku, dodatkowo machając tymi rękoma. Zapomniałem przez chwilę, że wyglądam jak pajac i poprosiłem Bratuszkę tylko o to, abyśmy szybko zrobili zakupy i szybko wdrapali się z powrotem do pociągu. Nie ważne było wtedy dla mnie ciepłe jedzenie, zależało mi na tym, aby zaopatrzyć się w cokolwiek do picia. Chciałem się jeszcze bliżej przyjrzeć tłumowi babuszek i starowinek, które piętnaście minut wcześniej wziąłem za bandę, która chciała napaść na pociąg.

Rozejrzałem się dookoła siebie. Czysta przestrzeń, gdziekolwiek bym nie popatrzył, w którą stronę bym się nie obrócił, tam tylko białe pola, jakby czasem poszarpane, pocięte na niewielkich wzniesieniach nawianym śniegiem. Pomyślałem, że Matka Natura specjalnie pocięła tą przestrzeń, aby ewentualnie ludzie czy zwierzęta nie zwariowali i nie pomyśleli, że znaleźli się w chmurach. Żadnego lasu, żadnego zagajnika, nie wspomnę o jakiejkolwiek zabudowie czy nawet pojedynczym domu.

Może gdzieś w oddali zauważyłem cienkie strużki dymu świadczące o tym, że komuś jest zimno i ten ledwo zauważalny dym był dowodem na to, że człowiek ogrzewał siebie i swoich najbliższych. No, z pewnością musiał ogrzewać swój do, przecież ci wszyscy ludzie nie pojawili się znikąd przecież to prawdziwi ludzie, nie króliki, które mieszkały w norkach.

Tak stojąc jak wryty przypomniałem sobie jeszcze o przegranej wojnie Napoleona, o powrocie jego pokonanej armii i o II Wojnie Światowej. O tym, co ten „pederasta Hitler” mówił o braku przestrzeni życiowej dla swojego narodu niemieckiego, którym to brakiem przestrzeni i chęcią jej zdobycia wymordował tylu ludzi i próbował ich zniewolić.

Taki żołnierz hitlerowiec, jak wreszcie ujrzał tą przestrzeń, za którą mordował, na sam jej widok po horyzont musiał się zesrać ze strachu, co akurat było dobre. Wielka przestrzeń wywołuje fascynację, ale też tej fascynacji towarzyszy strach, że ta przestrzeń nie ma końca. Może miałem fobię, ale przestrzeń na pewno wzbudza dziwny stan niepokoju, który trudno wytłumaczyć. Wszystko, co nas otacza, wszystko o czym myślimy, planujemy, nawet wspominamy, ma początek, środek i koniec. A tu??? Nie ma końca.

W tym natłoku myśli i zastygnięciu w otaczającej mnie przestrzeni i niesamowitym pejzażu, nie zauważyłem jak wokół mnie zebrał się tłum ludzi, dokładnie kobiet. Dopiero z bliska przyjrzałem się ich twarzom, zmęczonym twarzom, starym i spracowanym. Odechciało mi się żartobliwie czy z nutą pogardy o nich myśleć. Wręcz odwrotnie, zacząłem myśleć o nich z wielkim respektem, podziwem i szacunkiem do ich pracy, do ich położenia, sytuacji materialnej a przy tym siły i determinacji, aby przeżyć jak najbardziej godnie.

Te wareniki, pelmienie, czebureki, które miałem zaraz kupić przecież nie wzięły się z powietrza, z nikąd. Te kobiety, nie wiem ile miały lat, wszystkie wyglądały na starowinki, nawet jakby miały czterdzieści lat to czas ich nie oszczędzał. Musiały one przecież je zrobić, rozrobić ciasto, ugotować farsz, skleić w całość i jeszcze przyjść tutaj nie wiadomo z jak daleka, aby je jeszcze ciepłe sprzedać. W dodatku nie miały na to gwarancji. Gdy sobie to wszystko uświadomiłem, dodatkowo patrząc na siebie z boku jaki ze mnie nadęty, kolorowy dupek, który chce pokazać wszystkim jaki to z niego Europejczyk, pomyślałem, że powinienem położyć na tych torach głowę i krzyknąć do maszynisty „dawaj”.

Do tej pory jeszcze prześladuje mnie obraz tych kobiet, szczególnie po tym, gdy dowiedziałem się jaki jest podział społeczeństwa na Ukrainie. Kraj ten dzieli się na pieprzonych oligarchów, mających naród w dupie i myślący tylko o nabijaniu sobie kieszeni srebrnikami oraz ludzi biednych. Prawda się nie zmieniła i nie zmienia. Nie masz kurki, nie masz świnki, możesz umrzeć z głodu. No chyba że, jak to mówi Bratuszka „cik, cik, cik”.

Nie mogąc ani zmienić oligarchów, ani zmienić rządów, w dodatku jeszcze bez wiedzy o tym bezprawiu i sytuacji na Ukrainie, mogłem i zachowałem się jak podpowiadało mi serce. Zawołałem Bratuszkę i kazałem mu oddać mi wszystkie hrywny a potem kupiłem za pieniądze, które miałem, to wszystko, co miały do zaoferowania otaczające mnie starowinki.

Spojrzałem na Bratuszkę i jego minę, która zdradzała, że nie może przeżyć i dławi go żaba ( przywara w j. ukraińskim, z wolnego tłumaczenia żal dupę ściska), że tyle pieniędzy oddałem babom. Oczywiście zostawiłem te torby i jaszczyki z jedzeniem na peronie, wziąłem tylko tyle, ile pomyślałem, że wystarczy. W przeciwieństwie Bratuszki, który upychał w każdą wolną kieszeń reklamóweczki z jedzeniem. Niestety tylko z jedzeniem, bez zakupu żadnego piwa, choćby napoju nawet czy wody mineralnej.

Pomiędzy babuszkami a personelem pociągu był zawarty pewien układ, o którym wtedy nie wiedziałem. Układ mianowicie polegał na tym, iż babuszki sprzedawać mogą wszystko, nawet pieczonego prosiaka, kawior i losy na loterię, lecz mają zakaz sprzedaży jakiegokolwiek napoju, począwszy od wody mineralnej a skończywszy na samogonie.

To była domena i wyłączność pań konduktorek. Bardzo przestrzegana i respektowana. Dobrze, że wcześniej nie mogąc już wytrzymać, zbiłem kulkę śniegu i sączyłem ją jak mineralną na dużym lodzie.

Nie miałem do Bratuszki też żalu o to, że był przeciwny abym tak rozdał pieniądze a nie podarował jemu. Był stąd, całkiem inaczej patrzył na to wszystko, był przyzwyczajony. Gdy wspinałem się z powrotem do wagonu, przeszła przeze mnie myśl, że może trzeba było wziąć więcej tego żarcia i nie zostawiać reszty na peronie.

Mogłem to wziąć pod uwagę skoro rozglądając się wokół siebie i dostrzegając samą przestrzeń, która się nie kończy, to może my w tym pijańskim maratonie zajechaliśmy aż na Sybir i wcale nie jesteśmy w centralnej Ukrainie. Aż tu nagle, z wielkich przestrzeni i strachu przed nią wydostał mnie widok z drugiej strony pociągu, który to dostrzegłem dostając się do korytarza, pokonując wcześniej z trudnością wspinaczkę do wagonu. Wszystko zajebist! Domki, ulice, samochody i troszkę ludzi, jak wszędzie spieszących się do pracy. Klasyczna cywilizacja. Po prostu wysiadłem po złej stronie torów lub pociąg podjechał od złej strony peronu. A już całkiem na poważnie, w Polsce nie zobaczysz takich przestrzeni. Nie tylko w Polsce, nie ma już takich przestrzeni w całej Europie. Na szczęście „wars” był już czynny.

Po tych przeżyciach, szoku termalnym, wyczerpaniu wspinaczką, wspomnieniem historii, natłokiem informacji, obrazów i ich analizą, usiadłem na kuszetce wyczerpany fizycznie jak i psychicznie, zaspokoiłem pragnienie piwkiem „Obłoń” i zasnąłem jak prawdziwy podróżny zmęczony ciężką, pełną przygód drogą. Jeszcze gdzieś w zakamarku umysłu dogoniła mnie nutka znanego hitu tara, tara, tara i informacja — Adam za pięć godzin będziemy w Czer… tara, tara, tara.

— Adam obudź się, wstawaj dojeżdżamy do Czerkas.

Głowa jeszcze bolała a suszniak paskudnie oddziaływał na cały organizm. Na szczęście pod ręką była butelka napoju. Wypiwszy wszystko do ostatniej kropli, przeciągnąłem się mocno, wyprostowałam plecy, które bardzo bolały, bo jak zauważyłem, tak jak zasnąłem na siedząc, to z takiej pozycji siedzącej się wybudziłem.


No, ale umysł w miarę czysty i dusza mniej pijana a serce ożywione usłyszawszy wiadomość, że to już koniec podróży.

— Wreszcie, nareszcie i zajebiście — odpowiedziałem Bratuszcze, tradycyjnie już przecierając okno z pary aby ujrzeć te moje „miasto przeznaczenia”, w którym to miałem do wiosny sobie pomieszkać. No, ale nic nie ujrzałem przez te okno, czarna dziura, ciemno w chuj.

Nauczony przykładem ostatnich wydarzeń, wyszedłem z przedziału na korytarz i popatrzyłem przez okno z drugiej strony pociągu.

Może po drugiej stronie nie było dnia ani też jasno, ale w odróżnieniu od widoku z okna w przedziale dało się zauważyć w oddali pojedyncze światła i charakterystyczną łunę zbliżającego się miasta.

Jeszcze tylko zsynchronizowałem zegarek na moim nadgarstku z zegarem biologicznym i zegarem pory roku, która się charakteryzuje tym, iż słońce zachodzi bardzo szybko i pomyślałem, że nie ma się czym przejmować. Miałem wrażenie, że jechałem do tych moich Czerkas tydzień. To przez pijaństwo, ilość wrażeń oraz to, że pierwszy raz w życiu jechałem pociągiem tyle godzin. Szybko obliczyłem, a raczej fartem udało mi się szybko obliczyć, że zajęło to nam aż trzydzieści pięć godzin. I teoretycznie końca nie widać, choć widać było już w oddali miasto, które zaprasza. Było jakoś piętnaście po czwartej po południu.

Czerkasy… hmmm, udając się na trzymiesięczna banicję, wiedziałem o tym mieście tylko tyle, że nazywa się Czerkasy i znajduje się gdzieś w centralnej Ukrainie i że to miasto, mam nadzieję. Wraz z Bratuchą, już nie mogąc doczekać się końca naszej podróży, staliśmy z naszymi walizkami gotowi do wyjścia jako pierwsi w łączniku. Nie tam gdzie był piec a tam, gdzie znajdowała się palarnia charakteryzująca się smrodem szlugów. Tak naprawdę to nie wiadomo czy tanich czy drogich, bo wszystkie szlugi po spaleniu i pozostawieniu kiepów, zasmradzają otoczenie tak samo, nawet gdyby tytoń był zmieszany z różą czy laseczkami wanilii. Co innego, już nie smród a zapach marihuany połączony z tytoniem. O ile marihuana była pierwszego sortu, nie zmieszana jakąś pieprzoną chemią, zawsze mi się kojarzyła z zapachem pierwotnego lasu na Jamajce. Choć nigdy tam nie byłem i nie mam pojęcia czy oprócz palm kokosowych i gandzi coś tam rośnie.

To tak jak z namalowaniem obrazka z podstawówki na temat wakacji i podpisem „Anglia”. Po prostu czysta fantazja. Zawsze, kiedy się zaciągałem dobrym jointem i wypuszczałem powoli dym przy zamkniętych oczach, robiąc tak zwanego żagla, widziałem oczyma wyobraźni sprzężonej z hajem, że znajduje się w takim pierwotnym lesie. Do tego myślenia, a raczej ciśnienia na przypalenie dobrego lolka, sprowokowała mnie puszka po tuszące a raczej jej zawartość, której się przyglądałem, analizując na podstawie przygaszonych kiepków, jakie papierosy palą podróżni i jakie papierosy można kupić na Ukrainie. Poza tym po pół godzinie stania w pieprzonym łączniku, tzw. „palarni”, człowiek już z nudów zajmuje się głupotami by zabić czas. Szczególnie kiedy zbliża się do końca podróży i już prawie ma opuścić pociąg. Większość kiepów, które znajdowały się w puszce było zwyczajnych niczym nie odróżniających się od kiepów „europejskich” ani marką palonych papierosów ani długością wyjarania.

Były i Camelle, Marlboro, LM i tym podobne. Dłużej bym się nie pochylał nad tą puszką po tuszące, lecz moją uwagę przyciągnęła grupa mniejszościowa kiepków, a dokładnie filtrów po spalonych papierosach.

Jak większość filtrów różnych marek papierosów miała pełne filtry i sądząc po ich fakturze była zwyczajna, składająca się z krepiny, waty i czegoś tam, czego nie umiałem nazwać, tak ta mniejszościowa grupa, zlokalizowana moim detektywistycznym wzrokiem, była pusta w środku i wyglądała jak by była przeznaczona do kręcenia lolków. Przyglądałem się im i nie wierzyłem. Ta nie wiara łączyła się z podnieceniem, że tu też są „normalni” ludzie i sądząc po ilości tych pustych filterków, całkiem jest ich sporo. Nigdy normalnie bym tego nie zrobił, wystarczył mi smród łącznika, ale zamknąłem oczy i jak przy degustacji win kiper, który sprawdza ich bukiety, delikatnie kołysze kieliszek i smakuje wina, tak ja wyciągnąłem z tej puchy kiepa ( w slangu ukraińskim krokodyla). Jak stary smakosz jointów obwąchałem kiepa aby wyczuć kwiat, a raczej top, który był przez niego palony. Niestety smród był straszliwy i nie przypominający choćby w najmniejszej skali czegoś zielonego do palenia, nawet samosiejki. Tylko kątem oka ujrzałem twarz Bratuszki, całą czerwoną, spanikowaną i rozglądającą się dookoła, czy ktoś to jeszcze widzi oprócz niego.

— Adam, co ty kurwa robisz? Duraku, nie masz papierosów? Masz tu całą paczkę.

Wybudził mnie z tego śledztwa, szarpiąc moją rękę i wciskając do dłoni całą paczkę Cameli.

— Nie, nie Batrucha, to nie o to chodzi, mam papierosy.

Zacząłem się tłumaczyć, pojąwszy jak to musiało wyglądać z boku i aby mu wytłumaczyć, o co mi chodziło wyjąłem następnego kiepa z puszki by podzielić się z nim moim odkryciem. Nie dostałem tej szansy. Bratucha chyba żeby mnie nie pierdolnąć prawym sierpowym, nie patrząc na kiepa w mojej dłoni i nie słuchając mnie schował się do korytarza.

Stwierdziłem, że jednak to nie pozostałości po „swoich” i nikt tu nie palił jonitów. Powinienem polegać na moim węchu i doświadczeniu w paleniu bardziej. Jak kiedyś miałem nos do koksu jak świnia do trufli, to od momentu jak rzuciłem koks a zacząłem palić lolki, potrafiłem wyczuć ich zapach w obrębie kilometra kwadratowego. A nic takiego przez trzydzieści pięć godzin podróży nie wyczułem. Pozostała jeszcze do wyjaśnienia tajemnica pustych filterków, ale odłożyłem ją na później aby bardziej nie prowokować i nie wkurwiać Witalika tym „bomżowaniem” (slang ukraiński bomż — bezdomny) Pociąg stanął stacja Czerkasy.

Nareszcie!!! Jeszcze tylko wydostać się z tymi walizami z wagonu. Wyszliśmy jako ostatni, nie pierwsi, mimo tego, iż jakieś pół godziny przed stacją docelową wyszliśmy na korytarz aby nimi być. Jeszcze jedna, już bez znaczenia przeszkoda, czyli odstać swoje w kolejce do wyjścia. Te pięć czy dziesięć minut zwłoki to żaden czas w porównaniu do tylu spędzonych godzin w tym wagonie. I tak pomaleńku po cicheńku, krok za krokiem, człowiek za człowiekiem, walizka za walizką, przesuwaliśmy się w stronę wyjścia.


Mijając ostatnie drzwi wagonu, gdzie mieściło się pomieszczenie służbowe pani konduktor, zatrzymałem się na chwilę odwróciłem się w jej stronę i ukłoniłem bardzo nisko, w geście podziękowania za wspólną podróż, nauczony wcześniejszym incydentem, już bez słów. A więc nie padło ode mnie słowo, Спасибо,” ani „Извините”, tym bardziej „daswidania”, które mogło przypomnieć moje wcześniejsze „zdraswujcie”, a których to słów i znaczeń nauczyłem się w czasie drogi. Tak więc te trzydzieści pięć godzin spędzonych w podróży nie poszło na marne przez pijaństwo i dekadencję. Tak pozbyłem się moralniaka. Pani konduktor się uśmiechnęła na pożegnanie, dodając w języku ukraińskim, jak się potem dowiedziałem od Witalika, słowo „szczęśliwo wam”. Co oznaczało w dosłownym tłumaczeniu na język polski bądźcie szczęśliwi. Po wyjściu z wagonu i uporawszy się z bagażami, stanąłem jeszcze na moment, aby popatrzeć ostatni raz na te cudo techniki, aby nie zapomnieć obrazów i chwil przeżytych w nim. Spędziwszy tyle czasu w pociągu przekraczasz tą barierę anonimowości i zaczynasz się przyzwyczajać, utożsamiać z miejscem, w którym przebywasz tyle czasu, a które zaraz odjedzie w dalszą podróż jak ten pociąg do Odessy. Z tych chwil zadumy i zapamiętywania obrazów wybudził mnie Batrucha, jeszcze z wkurwioną twarzą za incydent z filterkami.

— Na co czekasz, idziemy.

— Jak na co? Chcę zobaczyć jak odjeżdża.

— Kurwa Adam, będziesz czekał jeszcze godzinę?

Już nie czekał na mnie a ruszył przed siebie. Tak jak na Dworcu Centralnym nie musiałem za nim gnać by go nie zgubić, tu sam mógłbym sobie nie poradzić, myśląc o incydentach w pociągu, a co dopiero w dużym mieście pomyślałem i jeszcze bardziej przyspieszyłem kroku krzycząc:

— Bratucha, Bratucha, zaczekaj.

Rozdział 2 — Czerkasy

Zrównując krok z Bratuszką i ciągnąc walizki, które po paru sekundach ciągnięcia ich za sobą zamieniały się w „pługi” zbierając śnieg, którego tam nie powinno być, ponieważ perony były zadaszone, przynajmniej ten, po którym szliśmy. No, ale rozglądając się dookoła, to wielu rzeczy nie powinno tu być, a było. Na przykład światła, może i te światło było, był oświetlony peron i przejście z niego na dworzec lecz minimalnie i jeżeli zgasła czy przepaliła by się jeszcze jedna latarnia czy żarówka w niej, to bez latarki czy pochodni ani rusz.

Nie przeszkadzało mi to wtedy tak bardzo, nawet w pewnym sensie dodawało temu miejscu pewnego uroku i tajemniczości. Wszystko było zatopione w półmroku z żółto białym odcieniem, białym od śniegu, żółtym od koloru światła padającego od nielicznych lamp. Z gardeł podróżnych jak to na dworcu zawsze się spieszących, zagubionych czy też oczekujących na gości lub pociąg, unosiła się para. Żeby nie ta wszech otaczająca mnie post realistyczna architektura dworca pomyślałbym, że „romantycznie”.

Podobną scenę widziałem w jakimś znanym filmie, chyba „Anna Karenina” Tołstoja, a dokładnie scenę jakiegoś pożegnania na dworcu. No, ale na pewno nie na tym. I jeszcze ta muzyka wydobywająca się z jakiś głośników, których nie mogłem wypatrzeć, a były raczej wszędzie, ponieważ w odróżnieniu od natężenia i ilości światła, muzykę było słychać doskonale i wszędzie gdziekolwiek znalazłeś się na dworcu.

Trudno ją zanucić za pomocą książki i nie brzmiała ona jak Bratuszki tarataratara. Bardziej przypominała dawną melodię z czasów sowieckich z rytmem, który wywoływał, czy może miał wywoływać poczucie jedności Narodu Sowieckiego lub też chęci podjęcia jakiegoś czynu społecznego w imię Partii. Ale to moje odczucie przybysza z dosyć daleka. Ta pozostałość po dawnych czasach zaczęła mi się podobać, ta melodia, ten rytm. Nawet czekałem na wokal, z którym zapragnąłem zaśpiewać razem piosenkę pod tytułem „Proletariusze, robotnicy łączmy siły”. No, ale się nie doczekałem. Zapytałem Bratuszkę skąd ta muzyka i jaka jest jej rola, ale tylko machnął ręką i kiwnął głową dając mi do zrozumienia, że nie wie i że to gówno go obchodzi.

Później się dowiedziałem tylko tyle, że puszczają taką muzykę przy wjeździe międzynarodowego składu, który to zawitał z zagranicy. Ale nie tylko w Czerkasach wtedy nadawano tą melodię, tylko na każdej stacji, kiedy wjeżdżał taki międzynarodowy pociąg. Po co i w jakim celu, do tej pory jest to dla mnie zagadką. Weszliśmy na hol główny dworca, który to zmazał ze mnie kompletnie romantyzm, którego troszkę odczułem będąc na peronie i wizualizowałem scenę pożegnania z książki Tołstoja „Anna Karenina”. W środku dworca panował wypisz, wymaluj klasycyzm socrealizmu.

Równe rzędy, jakby w kinie, siedzeń symetrycznie ułożonych blisko siebie, wyprofilowanych tak, aby każdy podróżny czy nie podróżny siedział w nich wyprostowany, tak jak gdyby miał być gotowy do natychmiastowego odmaszerowania.

Krzesła może były na swój sposób ładne, choć nie widziałem w nich doskonałości wykonania, iż każde z nich było identyczne jak krzesła z IKEA, jednak różnił ich komfort siedzenia.

I tak pewnie po rozpadzie ZSSR, kiedy to odwilż zawitała w zachowaniach społecznych, nikt już na tych krzesłach na dworcu nie siedział, czy w cudzysłowie nie odpoczywał, tak jak mu nakazywał profil siedziska pod dupą. Każdy, komu się poszczęściło i znalazł takie wolne krzesło, lokował się na nim i siedział tak, aby w miarę było mu wygodnie.

Wymagało to cyrkowych sztuczek i dziwnie wyglądających póz, które przybierali podróżni czekając czasami po parę godzin na swój pociąg. Można było siedzieć na leżąco, wygiętym w łuk, zwisać głową w dół czy opierać część pleców i głowę na towarzyszu siedzącym obok.

Drugi charakterystyczny obraz, jaki ujrzałem na dworcu w Czerkasach, to widok opierających się o ściany podróżnych, którzy nie opierali się plecami, lecz siedzieli oparci w pozycji kucznej. A że dworzec był pełen ludzi to skrawku czystej ściany nie ujrzałem. I te kolory, w odróżnieniu do zachodniej Ukrainy, tutaj kolorem przewodnim nie był ani błękit ani żółć, pomijając światło lamp. Tu panowała czerwień z brązem i różem, trudno współgrające, pozbyte jakiejkolwiek harmonii kolory.

Zaczęło mnie zastanawiać, czemu Bratuszka tak zapierdalał na ten hol na dworcu. A już zupełnie zacząłem się denerwować, kiedy to stanął przy wolnej ścianie, oparł walizki i zaczął szukać czegoś po kieszeniach, klnąc przy tym jak szewc.

— Co się stało Brat? Jak mogę Ci pomóc?

Bratuszka nic nie odpowiadał tylko przyspieszył intensywność i panikę wypróżniania kieszeni na zewnątrz, w spodniach jak i w kurtce, wykładając na różowo-brązową posadzkę wszystko, co miał w kieszeniach. Patrząc tak się z ciekawości, co robi i czego szuka, przyglądałem się fantom, które się pojawiły na posadzce. W większości przedmiotów były to kapsle po piwie, papierki po cukierkach, monety czy zwykłe śmieci. No, ale na pewno wśród tych rzeczy nie było tej, której szukał, ponieważ zaczął otwierać walizkę.

— Bratucha, co się stało, czego szukasz?

— Kurwa, Adam wiesz, co się stało?

— No własnie nie wiem i dlatego od pięciu minut staram się z Ciebie to wydusić?

— Kurwa, zgubiłem chyba adres domu i klucze, do którego mamy jechać. Oj będzie pizda.

Otworzył walizkę i zaczął w niej kipiszować coraz bardziej nerwowo i chaotycznie, zarażając mnie tym zdenerwowaniem i paniką szukającego, przez co też bez powodu zacząłem wyciągać wszystko z kieszeni i się temu przyglądać.

— Batrucha, właściwie czego szukamy? Gdzie, na czym miałeś zapisany ten adres?

— Na dużej żółto-niebieskiej kartce, dokładnie na serwetce z baru.

— Jakiego baru? Przecież nie byliśmy w żadnym barze! No chyba, że nazywasz barem ten niby WARS w pociągu, który w rzeczywistości był pomieszczeniem służbowym tej dupy od piwa.

— Nie Dury, w barze w Warszawie jak rozmawialiśmy z Wasylewną!

— Z kim?

— Kurwa, Adam z Wasylewną z tą moją padruchą (po UA przyjaciółka), która dała klucze i adres, a u której masz mieszkać.

— Aaaa w „Championie „, z tą grubą świnią?

— Tak kurwa, z tą tłustą świnią.

— I co znalazłeś ten adres?

— Nie, przecież szukam. Adam będzie chujnia jak nie znajdę tego adresu, nie będziesz miał gdzie żyć a ona dopiero będzie tu za trzy tygodnie.

— A telefon, nie masz do niej telefonu? Zadzwonisz, poda tobie adres i po krzyku, jaki problem.

— Nie mam.

— To gdzie kurwa masz ten numer?

— Na kartce z adresem.

— Bratucha ja Ciebie zaje… Ty debilu, Ty pajacu.

Poleciała u mnie wiązanka przekleństw w stronę Bratuchy, takich przekleństw, że wstyd pisać. Bratucha nic nie mógł mi odpowiedzieć, dał dupy po oporze i kropka.

Sytuacja się nie zmieniała a raczej zmieniła na bardzo chujową.

By Witalika nie rozpraszać, bardziej nie denerwować przez moje „opierdalanie go”, aby skoncentrował się jak najbardziej na szukaniu adresu i kluczy, zamilkłem i skupiłem się na fantach, które tym razem wyjmował z walizki, a które się nie różniły od tych wyjmowanych wcześniej z kieszeni kurtki, i spodni. Prócz „gandzi” i rzeczy osobistych, które leżały dookoła walizki na granitowej posadzce, wyróżniały się wyjmowane kapsle od piwa.

Zły i wkurwiony nie mogłem sobie darować aby mu zadać pytanie a raczej głośno stwierdzić

— Co ty kurwa Bratucha zbierasz kapsle od piwa!

Tak wkurwiony już nic nie komentowałem, tylko wyjmując odruchowo również wszystko ze swoich kieszeni, zacząłem myśleć, co dalej i jak powoli organizować nocleg na dziś, dokładnie gdzie spędzić tę noc?

Wiedziałem ze wcześniejszych rozmów z Bratuszką, który to właśnie praktycznie zanurkował w największej walizce, że to była jedyna jego znajoma w tym mieście i nikogo innego nie znał. A więc pozostało zadzwonić do innych „bratuszków” i zwrócić się o pomoc lub ostać się w hotelu, czego za wszelką cenę chciałem uniknąć. Analizując całą sytuację i szukając w myślach najlepszej alternatywy na dzisiejszy nocleg, wyłączyłem się zupełnie z otaczającej mnie rzeczywistości dworca. Zwróciłem uwagę, że od jakiegoś czas drążę dłońmi po kieszeniach, które są już puste, gdyż wszystko z nich wyjąłem. Popatrzyłem na dosyć duży kopczyk, czy stertę dosłownie wszystkiego Bratuszki i popatrzyłem na kopczyk, który opróżniłem ze swoich kieszeni. Nie zaprzecze, również było w nim troszkę kapsli, ale nie o kapsle tu chodziło, tylko o jakieś dla mnie obce klucze oraz kartkę z logo „Championa”, które właśnie znalazły się, nie w Bratuchy rzeczach a w moich. Widząc to i Bratuszkę, że tego nie widzi, szybko się pochyliłem nad swoją „działką” fantów i jeszcze szybciej klucze jak i kartkę z adresem podsunąłem niepostrzeżenie na kopczyk Bratuchy.

— Batrucha, Witalik! A to, co to jest? Nie tego szukasz?

Bratucha się szybko odwrócił, mało co nie wpadając przy okazji do środka walizki. Szybko podniósł klucze, schował do kieszeni i wyprostował kartkę, która była złożona w niedużą kosteczkę, a na której widniało logo baru „Champion”. To logo poznałbym wszędzie, ponieważ chodziłem do tego baru całe stulecie można by rzec. No, może nie stulecie ale parę lat, praktycznie każdego dnia. Twarz Bratuchy nagle rozpromieniała i z czerwono-wkurwionej, stała się ikoną spokoju, dosłownie można było zauważyć jakby złe powietrze z chłopa schodziło.

Musiał to strasznie przeżyć chłopina, bo aż usiadł a ja przypomniałem sobie, o dziwo, bo z pamięcią u mnie różnie, jak to Bratucha przekazał mi w barze klucze i kartkę z adresem, mówiąc:

— Adam, u Ciebie będą bezpieczniejsze, tylko nie zapomnij, że dałem Ci je, tarartaratara.

W sumie można powiedzieć, że były bezpieczne, dojechały ze mną aż na Ukrainę, prawie do miejsca przeznaczenia. Istaniało oczywiście ryzyko, że możemy je stracić po drodze do mieszkania, więc kazałem je Bratuszcze zatrzymać i pilnować jak oka w głowie, dodając przy tym:

— Bratucha nie pijemy żadnego piwka, aż nie trafimy pod właściwy adres.

Bratuszka z całą powagą i poczuciem winy, że zrobił tyle zamieszania, gdyż na szczęście nie przypomniał sobie tego faktu z baru, przyłożył rękę do serca i powiedział:

— Przysięgam Adam, żadnego piwka, daje Ci słowo i przepraszam.

— Spoko Batrucha, każdemu mogło się zdarzyć, nie przeżywaj. Ufam Ci, przecież jesteś moim przewodnikiem i opiekunem. Wiedziałem, że masz te klucze z adresem gdzieś na pewno. Sprzątnij bajzel, włóż wszystko z powrotem do walizek i idziemy na taksówkę.

Widząc, że Bratuszka jest w poczuciu winy i w radości znaleziska, wykorzystałam ten moment i zadałem pytanie:

— Witalik to powiesz mi, o co chodziło z tymi pustymi filterkami w pociągu?

— Tak, tak Adam zaraz Ci powiem ale pierw trzeba znaleźć „walutczyka”.

— Kogo?

— Walutczyka, no po waszemu kantor. Daj mi jakieś pieniądze, a ja wymienię je na hrywny.

Wyjąłem sto dolarów.

— Dobra, zaczekaj przy walizkach a ja zaraz wrócę.

Rozglądałem się po holu szukając logo kantoru, nie będąc pewny jak jest po rusku czy ukraińsku słowo „kantor”, lecz nic takiego ani nawet podobnego nie zauważyłem. Bratucha zniknął mi z oczu, a ja miałem czas by odsapnąć i wypuścić z siebie emocje i oczywiście zrobić banana na twarzy, że mi się udało z tymi kluczami i adresem zatuszować aferę, zwalając wszystko na Bratuszkę. Czy miałem wyrzuty sumienia, że postąpiłem nieetycznie? Nie, żadnych, bo prawdopodobnie Bratucha zrobiłby tak samo na moim miejscu. W tej całej historii najbardziej chciałem uniknąć alternatywy nocowania w hotelu, nauczony czy też skrzywiony moją przygodą w Hiszpanii, dokładnie hotelowym zajściem na Majorce sprzed paru lat. A okoliczności, w których się teraz znalazłem były podobne, może nie tak dramatyczne jak w Hiszpanii, ale miały parę cech wspólnych. Na Majorce się znalazłem uciekając z kraju, jak teraz w Czerkasach. Bratucha wrócił

— Nie znalazłem walutczyka.

— Czyli nie ma kantoru? — zapytałem.

— Jest, jest, ale kawałeczek dalej, jak będziemy szli na taxi, to znajdziemy.

Zabraliśmy więc walizki i udaliśmy się do wyjścia głównego na miasto. Nie było zbyt ciepło w holu dworca. Podejrzewam, że nawet był nieogrzewany, a jak był to z taką mocą, jaką świeciły żółte lampy na peronach. Dopiero poczułem jak jest zimno na zewnątrz, kiedy znaleźliśmy się poza dworcem. Pomimo tego, że poznałem zasadę brzmiącą: „Chcesz wyjść poza strefę ciepła, ubierz się ciepło, bo nie przetrwasz albo z zimna dupa Ci odpadnie”, lecz pomimo tego, że miałem na sobie trzy koszulki, dwa swetry, marynarkę i kurtkę, było mi kurewsko zimno. Już nic nie mówiłem Bratuszcze, aby się nie ośmieszyć moim, jak on nazywał, europejskim odczuciem temperatury, bo było minus sześćdziesiąt przynajmniej. Po minucie marszu w poszukiwaniu „walutczyka”, żałowałem, iż nie mam czapki ani rękawiczek, w drugiej zaś minucie przypomniałem sobie słowa mojej mamy, która za młodu zawsze przed zimą kupowała mi kalesony, a z których ja tak się śmiałem i nie chciałem chodzić mówiąc jej, że nie jestem starym dziadkiem czy też nie zostałem solistą w balecie. Solistą w balecie nie zostałem, ale starym dziadkiem to już chyba jestem, ponieważ szedłem na tych zesztywniałych nogach jakbym miał je przywiązane do temblaków, bez możliwości ich zginania, a to pewnie przez zamarznięty „smar” w kolanach. Pomyślałem jeszcze, moja mądra mama. Usłyszałem Bratuchę:

— Poczekaj Adam, jest „walutczyk”.

Rozejrzałem się dookoła, aby zlokalizować kantor i powiedzieć Bratuszce, że idę z nim mając nadzieję, że w środku kantoru choć troszkę będzie cieplej. Mój wzrok nic takiego nie zlokalizował, żadnego charakterystycznego szyldu, reklamy ani tablicy z informacją o kursach walut. Podobnie jak na dworcu. Nie wspomnę o budynku, choćby małej budce. Dopiero kiedy przestałem myśleć, jak mi jest zimno i rozejrzałem się dokładniej, co mnie otacza po wyjściu z dworca, uświadomiłem sobie, że nic. Może nie zupełnie „nic” ale prawie wszystko poza „nic” było zatopione w półmroku lub ciemności. A przecież pochodzę i mieszkałem w dużym mieście i umiałem czytać różnego rodzaju tablice informacyjne. Na pewno na tablicy wiszącej na dworcu było napisane i to po angielsku „Exit to the city”, a nawet jakbym nie znał angielskiego i ruskiego, to również na tej tablicy był znak graficzny, pokazujący ikonę miasta oraz strzałki kierujące podróżnego do wyjścia na miasto.

Rozejrzałem się jeszcze raz dokładniej, zaczynając brać pod uwagę, że może znowu wyszedłem tym razem z dworca po jego złej stronie. Popatrzyłem za siebie na budynek, który architektonicznie nie różnił się zbytnio od polskich budynków użyteczności publicznej z lat siedemdziesiątych. Mimo swojego wieku, brzydoty i tego różowego koloru elewacji, jak również braku ogrzewania przynajmniej był, używając języka epoki, zelektryfikowany i pełny ludzi jak i w środku tak i na zewnątrz. Zresztą ludzi było pełno wszędzie, gdzie się nie obejrzałem i półmrok czy ciemność mi ich nie przysłaniała.

Światło zauważyłem jeszcze w witrynach sklepowych, oknach domów, z przewagą tak już charakterystyczną żółtej poświaty. Ulica nie była oświetlona i gdyby nie masa samochodów stojących w korku, zasmradzających całe otoczenie i ich światła, ulica również by zniknęła w ciemnościach. To była chyba jakaś główna i strategiczna ulica, bo korka nie było końca. Dzięki temu upewniłem się, że jestem po właściwej stronie miasta.

Miasto musiało być spore. Bartucha jednak nie wszedł do żadnego budynku czy też budki. Zatrzymał się koło jakiegoś faceta, pogestykulował, wymienili się z pewnością walutami i przyszedł z powrotem mówiąc:

— Dobry kurs, idziemy na taxi.

Domyśliłem się że „walutczyk” to nie kantor, tylko zwykły cinkciarz, których w Polsce już dawno nie było i z tego, co pamiętam, handlowanie walutą na ulicy zostało zabronione.

Na szczęście postój taksówek znajdował się praktycznie pod nosem.

— Chłodno w chuj — stwierdził Witalik, pomagając włożyć mi walizki do bagażnika samochodu.

— W chuj Bratuszka, jedziemy do domu.

Wsiadając do samochodu zatrzymałem się myślami przy tym, co powiedziałem: „domu”. Zamknąłem drzwi, poczułem ciepło i smutek zalał moje serce i mocna tęsknota za domem, lecz tym prawdziwym domem, domem z dzieciństwa. Takim rodzinnym, którego odkąd go opuściłem, zawsze chciałem taki mieć, zawsze takiego domu poszukiwałem, jednak mając nawet pieniądze i kupując dom czy mieszkanie, kupowałem tylko ściany, które nic nie miały wspólnego z uczuciem bezpieczeństwa, ciepła czy atmosfery domowej. Były po prostu tylko ściany. Domowej atmosfery i ciepła czy bezpieczeństwa nie kupisz, choć nie wiem ile miałbyś pieniędzy na ten dom i z ilu pokoi by się składał. Pewnych rzeczy nie kupujesz, pewne odczucia tworzysz czy zaczynają Cię otaczać i są budowane z Twojej aury.

— Sumgaicka 44

Ruszyliśmy do miejsca przeznaczenia. Starałem się już nie poddawać nostalgii i tęsknocie za domem. Postanowiłem już nigdy nie używać zwrotu dom czy nazwać czegoś, w czym mieszkam domem oprócz domu rodzinnego. Jak się domyślałem dołączyliśmy do sznura stojących w wielkim korku samochodów na głównej ulicy. Zapytałem się kierowcy odruchowo jakbym jechał polską taksówką, oczywiście po polsku, jak daleko na tą Sumgaicką i jak dłu……

Nawet nie dokończyłem pytania przypomniawszy sobie, że to nie polska taksówka i kierowca nie zrozumiał ani słowa. Gdy już Bratucha nadawał w języku ojczystym zadając te same pytanie, pan taksówkarz odpowiedział mi o dziwo po polsku i to naprawdę poprawnie, nie za bardzo kalecząc język, że to kiepskie godziny do jazdy samochodem, ulice są w złym stanie. Sumgaicka jest daleko, w innym rejonie i zajmie to nam godzinkę w tych korkach. Nawet nie wkurwiłem się, że pewnie nas chce naciągnąć na kasę, jak to dworcowy taksówkarz, wyczuwając, że nie jesteśmy stąd plus, że jestem obcokrajowcem. To taka przypadłość czy też słabość dworcowych taksówkarzy i nie tylko na Ukrainie, lecz praktycznie w każdym państwie na świecie.

Naprawdę byłem zadowolony z tego faktu, że taksówkarz mówił i rozumiał po polsku. W szczególności, że połowę dorosłego życia przejeździłem taksówkami i nauczyłem się z nimi rozmawiać. Załatwiałem mnóstwo spraw za pomocą kierowców taksówek jak i wiedziałem, że jeżeli mam się czegoś dowiedzieć o tym mieście, co mnie interesuje, to dowiem się od taksówkarza. Pierwsze pytanie, które mu zadałem po wymianie uprzejmości i pierdół w stylu: „o jak Pan zna świetnie język polski, skąd? jak długo i takie tam”, brzmiało:

— Czy miasto Czerkasy będzie bombardowane?

— Co? Słucham, nie rozumiem? Niech Pan powtórzy.

— Czy miasto Czerkasy obawia się nocnych nalotów?

— Czego?

Spojrzałem w jego stronę i z całą powagą, jaką mogłem utrzymać powtórzyłem

— Nalotów bombowych, dokładniej nalotów nocnych.

Facet ochujał. Zresztą Bratuszka też, lecz nie do końca, ponieważ już mnie troszkę poznał i te moje specyficzne poczucie humoru.

— Żartuję! — zaśmiałem się szczerze.

— Żartuję, pytam dlatego, że wszędzie jest ciemno lub panuje półmrok, palą się pojedyncze lampy a z witryn sklepowych czy też w samych sklepach jest po prostu ciemno. Nie wspominając o ludziach z latarkami w centrum miasta. Do tej pory jak jedziemy Pana samochodem, no może toczymy się z powodu korku, nie widziałem ani jednej czynnej zapalonej latarni, która by oświetlała drogę.

Dopiero wysłuchawszy mnie do końca, taksówkarz pojął żart i zaczął się śmiać.

— Bombarderówki (po UA) nie budzie ani dziś ani jutro. To przez ekonomia.

— Czyli?

— Kraina nie ma pieniędzy a jak Ukraina nie ma pieniędzy to jak Czerkasy mają je mieć. Wyłączają na ulicach prąd, działają tylko i w dodatku nie wszystkie światłofory (światła dla pieszych dla ruchu ulicznego). Panie tu i tak jest komfort, jak wjedziemy dalej w głąb miasta, na osiedle czy w inny rejon (dzielnicę) to dopiero Pan zobaczy zaćmienie miasta przed „bombarderowką” hahahahaha. Tam to dopiero czarna żopa (dupa).

— To pederachy. Pederachy skończone.

Wtrącił Bratucha.

— Kto?

— Janek i reszta pederachów. (ówczesny prezydent UA Wiktor Janukowycz)

— Jak mówią w Polsce złodzieje z sejmu, rozkradli ten kraj. Panie Adamie na długo Pan przyjechał na Ukrainę?

Nie lubię takich pytań i zaskoczony odpowiedziałem pierwszym, w cudzysłowie zestawem, jaki miałem przygotowany dla straży granicznej. Ciekawość taksówkarza włączyła we mnie wyuczoną czujność.

— Nie, nie na długo, znajomemu niedawno syn się urodził, przyjechałem na chrzciny.

— O to będą długie chrzciny.

— A dlaczego Pan tak sądzi?

— Tyle walizek.


Na szczęście do rozmowy wtrącił się Bartucha:

— A co Ty kurwa musor jesteś, że tak pytasz czy taksówkarz?

Taksówkarz przeprosił i zamilkł. Właśnie do tego między innymi potrzebowałem Bratuszki, przynajmniej na początku mojego pobytu. Po tej wymianie zdań zapanowała przez parę minut cisza, którą wykorzystałem na uważniejszą obserwację tego, co nas otacza i co mijamy jadąc maksymalnie piętnaście km na godzinę po rozjeżdżonej, ale nieodśnieżonej drodze. Skoro ulice nie są oświetlone z braku pieniędzy, to pewnie tym bardziej nie mają pieniędzy na odśnieżanie. Bartucha jak i ja alergicznie reagujemy na takie pytania, czy komentarze. Jak wcześniej pisałem, że taksówkarze są bardzo pomocni, szczególnie jak jesteś w nowym mieście czy kraju, ponieważ możesz uzyskać od nich potrzebne informacje, to nie można zapominać, że mnóstwo taksówkarzy współpracuje z psami w Polsce i z pewnością z musorami na Ukrainie. Często również taksówkarz to emerytowany pies. Taksówką jedziesz, zadajesz pytania, które cię interesują a po uzyskaniu odpowiedzi resztę rozmowy traktujesz haha hihihi. Wszystko. Bratucha się odezwał:

— Walizki są moje, wracam z Polski z roboty.

Taksówkarz tylko pokiwał głową, że zrozumiał, tak więc mogłem dalej zadawać pytania na temat, który mnie interesował bo na zewnątrz nie było nic interesującego oprócz świateł samochodów i ciemności.

— A Pan z Czerkas?

— Tak urodziłem się tutaj.

— Wiem, że to zima i dużo atrakcji nie ma, ale co by Pan polecił aby zwiedzić w tym mieście, przyjechałem tylko na parę dni, maksymalnie na tydzień na chrzciny.

— Dniepro, piękna rzeka, piękne miejsca, choć zimą proszę Pana nie zobaczy Pan tego, co latem.

— Mówi Pan o tej rzece, tak?

— Miasto jest położone nad nią, nad jej rozlewiskiem.

— Jak jechaliście pociągiem to na pewno musiał Pan ją widzieć przejeżdżając przez most, który ma ponad siedemnaście kilometrów.

— A tak, tak.

Przecież mu nie powiem, że pewnie w tym czasie jak przejeżdżaliśmy przez ten most, ja byłem zajęty rozwiązywaniem zagadki pustych filterków. No, ale wszystko przede mną.

— Jak Pan tak wspomniał o tym zaćmieniu miasta przed bombardowaniem, to muszę Panu powiedzieć, że te miasto było bardzo zniszczone w czasie II Wojny Światowej.

— Pan powie coś więcej — zainteresowałem się.

— Nawet niedaleko miasta jest muzeum. Co ja będę mówił, jak będzie miał Pan czas, niech Pan je odwiedzi. Tu był tak zwany Kocioł Czerkawski, gdzie wycofywali się faszyści, Niemcy stracili tu więcej wojsk pancernych i sprzętu niż pod Kurskiem a miasto było zniszczone, spalone, zbombardowane strasznie i zginęło w nim mnóstwo ludzi.


— To dlatego nie widziałem jeszcze starych budynków?

— Tak i praktycznie prócz dwóch, może trzech miast takich jak Lwów, nie zobaczy Pan na Ukrainie żadnych zabytków, wszystko zniszczone, nie pozostał kamień na kamieniu, a jeżeli są, to odbudowane. Nic nie przetrwało.

Bratucha najwidoczniej nudząc się rozmową i opowieściami o historii, nagle zmienił temat i zapytał:

— Ja to już nie wiem i nie znam, poza tym mam żonę i urodził mi się syn, ale co by Pan mojemu druchowi polecił i podpowiedział o dobrych klubach i dyskotekach? Są jakieś w Czerkasach?

O to szuja pomyślałem, to cwaniaczek. Dla kolegi, no to mołodiec.

— Tak, mamy tu troszkę rozrywki.

— Pewnie przy „tamtanach” i tańcu przy ognisku, skoro nie ma prądu i jest kryzys

Zażartowałem sarkastycznie, co troszkę wkurwiło taksówkarza bo podniósł głos zmieniając ton i powiedział:

— Tu mają takie pieniądze, że Polacy by ochujeli i niektórych kryzys nie dotyka.

O czym miałem się dowiedzieć i przekonać podczas pobytu na Ukrainie.

— Przepraszam, to tylko żart.

Taksówkarz polecił jakieś kluby nocne warte odwiedzin i dyskoteki, ale i tak nie zapamiętałem nazw wiedząc, że Bratuszka je zapamięta. Otoczenie zbytnio się nie zmieniło, jak i prędkość samochodu, lecz już z dala zauważyłem trzy snopy światła wystrzelone w górę.

— A to co?

— A to najlepszy hotel w Czerkasach.

— Ok.

Hotele kojarzą mi się przede wszystkim z moją przygodą na Majorce a dokładnie z finałem ucieczki. Z jednej strony jak tragicznym a z drugiej jak szczęśliwym. Tragicznym, iż skończyło się moje high-live a szczęśliwym, że mnie nie zabili. W pewnym sensie scena końcowa „dramatu”z happy endem, co jest zaprzeczeniem dramatu, zakończyła się właśnie w pięciogwiazdkowym hotelu, tuż przy plaży, na tarasie z widokiem na przystań luksusowych jachtów. Sama fascynacja hotelami zaczęła się w moim dzieciństwie, kiedy to po raz pierwszy zobaczyłem hotele w telewizji w czarno-białym telewizorze i to jak od święta komuna pozwoliła puścić jakiś amerykański film. Potrafiłem wtedy marzyć godzinami, że jestem gościem takiego hotelu, bogaty, światowy itd. Trudno mi wytłumaczyć, nawet dzisiaj, tą ambę hotelową.

Hotele kojarzyły mi się z lepszym życiem i bogactwem. Może dlatego, że gdzieś w głębi duszy nie wierzyłem, że kiedykolwiek będę mieszkał w takim hotelu bo bieda, która mnie otaczała nie pozwalała na to. Naprawdę nie wiem. W każdym bądź razie od oglądania hoteli w czarno białym telewizorze do dnia dzisiejszego spałem i byłem gościem, czasem mieszkając praktycznie miesiącami na pewno w stu hotelach, w przynajmniej kilkunastu krajach.

Ale nie z tego powodu, że mi się znudziły nie wybrałem hotelu, aby spędzić te parę miesięcy na Ukrainie, a z powodu strachu, pewnej blokady oraz nauczony jak już wcześniej pisałem pewną przygodą na Majorce. Tu wybrałem więc mieszkanie prywatne, tym razem starając się maksymalnie zatrzeć ślady za sobą.

Na tyle się zbliżyliśmy do hotelu, że zauważyłem skąd wystrzeliwują te snopy światła, a dokładnie z czego, z jakich urządzeń. Urządzeń, które z pewnością miały z daleka zareklamować ów najlepszy hotel w Czerkasach, jak to powiedział taksówkarz. Pomyliłem je z łuną miasta, którą ujrzałem jadąc pociągiem. Przynajmniej jedna zagadka rozwiązana. Gdy zajechaliśmy do Czerkas i zobaczyłem te ciemności to nie mogłem pogodzić ich z tą poświatą, którą widziałem z oddali. No chyba nie pochodziła kur… od latarek.

— I co miałem rację?

— Jaką rację Panie Adamie?

— Że mają Was bombardować nocą.

Nie dając dojść do słowa, aby nie powtarzać całego żartu jeszcze raz, pokazałem palcem na szperacze, które to w pierwotnym przeznaczeniu są wykorzystywane do lokalizacji wrogich samolotów i pomocy w ich zestrzeleniu przez artylerię przeciwlotniczą, a które w tym przypadku służyły jako reklama hotelu. Tym razem kierowca i Bratuszka skumali od razu żart bo od razu zaczęli się śmiać. Nawet Bratuszka, na co dzień pozbawiony poczucia humoru, zdobył się na jeszcze jeden żart mówiąc do nas, że on już rozwiązał zagadkę braku światła w Czerkasach, dodając, że ktoś na układzie podpiął te szperacze do sieci elektrycznej miasta. I tak w mieście czarna żopa, hahahihi jechaliśmy dalej.

Minęliśmy hotel wraz z jego „obroną przeciwlotniczą”, zaraz za hotelem zjechaliśmy samochodem z głównej ulicy kierując się na północ miasta. Ucieszyłem się z tego faktu, ponieważ przez ostatnie pół godziny, może czterdzieści pięć minut, jadąc w tym korku przejechaliśmy może z pięć kilometrów. Rzeczywiście kierowca przestrzegał i miał rację, że po opuszczeniu głównej arterii miasta znajdziemy się w sferze mroku i ciemności. Jadąc główną ulicą miasta, pośród setek samochodów, nie odczułem tak bardzo braku oświetlonej drogi i braku lamp. Tu, przed sobą dostrzegałem tylko ciemność i gdzieś czasem przed nami światła stopu nielicznych samochodów jadących przed nami. Niemal natychmiast kierowca włączył długie światła, z pewnością aby nie wypaść z drogi. Droga już męczyła i miałem nadzieję, że po wydostaniu się z korka przyspieszymy. Nic z tego, po włączeniu długich świateł ujrzałem na jakiej drodze się znaleźliśmy. To nawet ryzykowne nazwać to coś drogą, bardziej bym nazwał to trasą slalomu giganta. Jak w centrum główna droga była rozjeżdżona przez masę toczących się samochodów, tak tu droga była usiana pułapkami w postaci śnieżnych zatorów oraz sporymi bryłami lodu i nierównościami, które to kierowca musiał omijać prowadząc samochód slalomem. Nadzieja prysła na przyspieszenie jazdy, wprost przeciwnie ze średniej wcześniejszej, czyli piętnastu km na godzinę jechaliśmy teraz a raczej toczyliśmy się od lewej do prawej strony, to raz w górę to raz opadając w dół, trzy kilometry na godzinę.

— Daleko jeszcze? — zapytałem zrezygnowany.

— Jak dobrze pójdzie to jakieś dwadzieścia minut.


Te dwadzieścia minut drogi trwało troszkę więcej, ale to już szczegół. Rozmowa się skończyła w samochodzie, każdy się trzymał czego mógł. Witalik zagłówka, ja rączki a kierowca kierownicy, by choć troszkę opanować szarpanie, przechylanie i wstrząsy. Nic też nie widziałem godnego opisu przez czas tej ekstremalnej jazdy, tylko same przeszkody na drodze i zarysy blokowisk podobnych do tych z Bródna w Warszawie. Tylko dlatego je widziałem i mogłem stwierdzić, że to wysokie bloki po palących się światłach w oknach i bieli śniegu. Żadnych chodników i alei. Naprawdę czarna dupa, to wszystko sprawiało wrażenie jakby miasto doznało jakiejś tragedii.

— Jaki numer Sumgaickiej?

Chciałem już powiedzieć czterdzieści cztery, ale zaniepokojony wcześniejszym pytaniem taksówkarza i jego wywodem na temat naszych walizek i długości mojego pobytu, odpowiedziałem pięćdziesiąt. Bratucha nie oponował, wiedząc dlaczego tak powiedziałem.

— To jesteśmy na miejscu, Sumgaicka pięćdziesiąt.

Stanęliśmy na jakimś parkingu koło dziesięciopiętrowego bloku. Porozmawialiśmy jeszcze troszkę zanim wyszliśmy z samochodu, hahahihi wymieniając się uprzejmościami. Pan taksówkarz dał karteczkę z zapisanym numerem telefonu na wypadek gdybyśmy potrzebowali taxi, którą i tak potem wyrzuciłem do kosza. Zapłaciłem o dziwo, jak mi się wydawało, śmiesznie mało nawet jak nas naciągnął z powodu śmiesznego kursu hrywny do złotówki, gdyż godzinna jazda kosztowała w przeliczeniu na polską walutę jakieś dwadzieścia pięć złotych z napiwkiem. Dostałem też prezent w postaci latarki.

— Teraz tylko znaleźć numer 44, ale z latarką będzie dużo łatwiej.

Na szczęście jak i w centrum, tak i tu ulica żyła i było sporo ludzi ze swoimi latareczkami, które oświetlały im drogę. Bratuszka szybko zwrócił się do jakiejś pary, która akurat szła do samochodu, aby nam wskazała ten numer czterdzieści cztery. Szliśmy ostrożnie pod wskazany adres, przyświecając sobie drogę i zagarniając walizkami śnieg na chodniku.

— Jesteśmy na miejscu!

— Wreszcie, już myślałem, że nigdy nie dojedziemy do tego mieszkania.

Nawet jak było minus sześćdziesiąt, co mi się zawsze wydawało, że jest, to z radości, że dotarliśmy do celu, nie odczuwałem tej temperatury, wprost przeciwnie zrobiło mi się ciepło z tego szczęścia. Przed klatką dziesięciopiętrowego bloku nie paliło się żadne światło, lecz ku mojemu zaskoczeniu światło paliło się w jej środku.

— Które piętro Bratucha?

— Chyba siódme.

— Jest winda?

— Jest Adam, ale może nie działać.

Działała, lecz po otwarciu jej drzwi zaraz je zamknąłem, mówiąc:

— Idziemy na piechotę.

Bratucha nawet do niej nie zajrzał, wystarczyła mu moja barwa głosu,

no i może jako Ukrainiec wiedział lub się domyślał, dlaczego zrezygnowałem i wolałem iść trudniejszą, bardziej wyczerpującą drogą po schodach na siódme piętro z czterema walizkami. Powód był jeden, bezpieczeństwo.

Drogę na górę pokonaliśmy dość sprawnie, tylko sporo czasu nam to zajęło. Dobrze, że dostałem tą latarkę od taksówkarza, ponieważ inaczej byśmy szli oświecając sobie ją zapalniczkami lub po omacku. Stanęliśmy przed drzwiami, gdy Bratucha je otwierał miałem tylko nadzieję, że w środku mieszkania będzie prąd i ciepła woda. Pstryk zapaliło się światło w przedpokoju, pstryk zgasło, pstryk zapaliło, pstryk zgasło i zapaliło w przedpokoju jak i również w innych pomieszczeniach. „Fantastycznie” — pomyślałem.

Nie było ich zbyt dużo, ponieważ mieszkanie okazało się niewielką kawalerką. Widna kuchnia, przedpokój, łazienka i pokój gościnno- sypialny. Pstryk i nie ma ciepłej wody, pstryk i nadal nie ma ciepłej wody. Kurwa, pstryk, nie ma żadnej wody. Tego dnia, a raczej wieczoru byłem już tak zmęczony i wymieszany obrazami, uczuciami, odczuciami, szczęściem i nieszczęściem, że zabrakło mi sił nawet na emocje, tym bardziej na szukanie przyczyny braku wody. Zgarnąłem jakiś koc z szafy, nawet nie dziwiąc się, że znalazłem go w tym samym miejscu, gdzie zazwyczaj mieścił się w szafie w moim domu rodzinnym, u mamy. I padłem spać, nie myśląc, co będzie jutro, no ale do tego już w moim życiu się przyzwyczaiłem. Pytanie tylko czy było mi z tym nadal dobrze?

Na pewno jak się obudziłem to dobrze mi nie było, ponieważ zmarzłem tak jakbym spał na dworze. Było przeraźliwie zimno pomimo tego, iż cały pokój oświetlało czyste, zdrowe słońce, ale nie te południowe, ciepłe znane mi z wakacji w Grecji czy też tych spędzonych nad polskim morzem, gdzie pijesz zimne piwko i leżysz jak skwarka na plaży. Tylko takie, które pojawia się i świeci w krótkie dni parę godzin przy czystym niebie, zimą wywołując złudne poczucie ciepła w twoim mózgu a po minucie przegrywasz z rzeczywistą temperaturą i porą roku.

Chciałem się dokładniej przyjrzeć miejscu, w którym będę mieszkał przez następne trzy miesiące, lecz bez czegoś ciepłego do picia nie dałem rady pobudzić żadnego zmysłu lub go przestawić na inny tryb niż odczuwanie chłodu i obrony przed nim. Żesz kurwa mać, czy nie mogło to się wszystko wydarzyć parę miesięcy później, najlepiej pół roku później latem, a nie kurwa w styczniu. Lubię Wschód, jak to stwierdził pan Włodzimierz, ale do chuja bez przesady.

— Bratucha wstawaj!

Wrzasnąłem, nie chcąc marznąć samemu i po złości obudziłem go.

— Bratucha, nie będziesz tu smacznie spał gdy mi jest chujowo i zimno, lepiej mi się zrobi jak będzie nam obydwu zimno i chujowo, a nie tylko mi. Wstawaj do chuja musimy zrobić coś z tym zimnem i muszę napić się czegoś by się rozgrzać.

— Adam w mojej walizce jest koniaczek-

Odpowiedział Bratuszka i zasnął ponownie.

— Jaki koniaczek?! Bratucha jaki znowu koniaczek?! Przecież nie będę zaczynał dnia od picia koniaku, wstawa!.

— Adam dobry koniaczek, zakarpacki.

Już nic nie mówiłem, jakoś udało mi się przełamać i wstać. Wziąłem czajnik i chuj, przypomniałem sobie, że jak przyjechaliśmy to nie było wody. Odkręciłem kran i… jest! Pojawiła się woda.

Może ciśnienie w kranie dupy nie urywało, ale czajnik udało mi się napełnić. Postawiłem go na kuchence, odkręciłem gaz a raczej kurek od palnika i kurwa teraz nie było gazu.

— Kurwa!

Krzyknąłem z całych sił tak głośno i mocno, że zrobiło mi się ciepło. Witalik szybko pojawił się w kuchni nie wiedząc, co się stało.

— Bartucha powiedziałeś kurwa, że wszystko będzie załatwione i abym się niczym nie przejmował. To zrób coś, abym napił się czegoś ciepłego i to nie koniaku, ani wódki, chcę kurwa napić się ciepłej herbaty, najlepiej kawy z mlekiem i chcę aby było ciepło, chcę wziąć gorący prysznic. Dogadaliśmy się, że będę ci płacić normalną kasę za opiekę i jak do tej pory wychodzi na to, że ja się kurwa Tobą opiekuję i jeszcze za to daję Ci kasę. Jak za pięć minut nie będzie mi ciepło i nie będę trzymał gorącego kubka, może być herbata, to klnę się na Boga, że te szafki w kuchni, co widzisz czy krzesło porąbie, połamie i zrobię na środku pokoju ognisko. Wtedy będziemy mogli przy ognisku śpiewać tarataratara.

Bartucha zbladł i pojął, że nie żartuje. Pokręcił kurkami w kuchence, pokręcił kurkami w kranie i w kuchni. Ten sam efekt. Wyjął więc koniaczek z walizki, wziął parę łyków i jego twarz nabrała koloru.

— Adam daj mi telefon, muszę zadzwonić do Wasylewnej.

— Dzwoń nawet do prezydenta.

— Została Ci jeszcze minuta abyś załatwił sprawę.

— Adam uspokój się, wszystko załatwię, wszystko będzie dobrze.

— Kartkę z numerem telefonu masz w kieszeni.

Minęło jakieś pięć minut, Witalik dalej rozmawiał a ja przez ten czas zlokalizowałem w kuchni czajnik elektryczny i kawę. Na szczęście był prąd.

— Adam wszystko już wiem. Gaz trzeba odkręcić, zawór jest zakręcony, kaloryfery tak samo, gorąca woda jest najczęściej w środy i niedziele. Czasem tylko może nie być wcale wody, ale tylko wtedy kiedy wszyscy z niej korzystają bo ciśnienie jest tak niskie, że nie dochodzi.

— Bratuszka, nie dochodzi to dupa, której nie umiesz zrobić dobrze.

— Tak tak, ale to siódme piętro, wysoko rozumiesz?

Witalik jeszcze pobiegał po mieszkaniu, odkręcił zawory i pojawił się gaz, jak również zasyczały kaloryfery. Ciepłej wody nie było, ponieważ był to wtorek, no ale nie będę od niego wymagał by zmienił kalendarz. Nie jestem z cukru ani jakiś tam księciem czy rozkapryszonym dupkiem, pochodzę z biednej rodziny i bywało różnie. Całą akcję zrobiłem po to aby przypomnieć Bratuszce, kto dla kogo pracuje i kto jest wyżej w hierarchii. Nie mogłem sobie instynktownie pozwolić aby Witalik w swoim kraju mnie zdominował mimo tego, że znaliśmy się już dwa lata. Nie mogłem dopuścić do sytuacji by poczuł się silniejszy bo wtedy jego pazerność, którą posiadał, mogłaby go nakłonić by mnie na przykład trzymać w piwnicy i wyciskać kasę. Było to mało prawdopodobne, lecz możliwe a ja byłem w tym kraju obcy, nie znałem nikogo i dopóty nie poznam musiałem ufać swojemu instynktowi i doświadczeniu, wykorzystując najprostszą metodę kija i marchewki. To tylko trzy miesiące, tak przynajmniej wtedy myślałem.

Po kawce, niestety bez mleka, zrobiło mi się cieplej i z perspektywą, że będzie jeszcze cieplej. Mogłem się przyjrzeć troszkę mieszkaniu, w którym mam spędzić następne trzy miesiące. Zacząłem od widoku z okien. Było jasno, świeciło słońce i mogłem więcej ujrzeć niż poprzedniego dnia. Ogarnąłem wzrokiem jak najszerszą perspektywę. Blok, w którym zamieszkałem tworzył jedną ze ścian kwadratu, jeszcze z pozostałymi trzema, pośrodku podzielonym na parking, śmietnik oraz pozostałościami po zapewne placu zabaw, który okres świetności przeżywał pewnie jakieś trzydzieści lat wcześniej. Zresztą jak wszystko dookoła sprawiało wrażenie starego, zniszczonego i nigdy nie naprawionego czy konserwowanego. Pomiędzy nimi znajdowały się wąskie przejścia, pewnie prowadzące na zewnątrz. Ten zamknięty układ wprowadzał pewien rodzaj klaustrofobii blokersowej.

Gdybym zapalił jointa nie będąc świadomym, iż znajduję się w mieście, w centralnej Ukrainie, to bez problemu pomyślałbym, że pewnie po nocnej imprezie wylądowałem u kogoś na Bródnie w Warszawie. Mieszkanie, w którym przyszło mi zamieszkać też zbytnio nie różniło się od przeciętnego biednego mieszkania z jakiegoś miasteczka w Polsce. Może z wyjątkiem zdobienia ścian dywanami oraz akcentami prawosławnymi, takimi jak ikony. To, co różniło czerkaskie osiedle od warszawskiego, to ilość ludzi na ulicy. Tak obserwowałem jeszcze przez moment tych ludzi zastanawiając się, skąd ci ludzie? Gdzie zmierzają? Dlaczego nie są w pracy czy szkole? Może to jakieś święto.

— To co Batrucha, wychodzimy coś zjeść? Do baru albo sklepu, gdziekolwiek? Windą czy po schodach?

— Dawaj Adam, zejdziemy po schodach a windą wjedziemy gdy będziemy wracać.

Schodząc mogłem się przyjrzeć w świetle dnia klatce schodowej, którą poprzedniego dnia wchodziliśmy z pomocą latarki na górę. Klatka schodowa pokonywana w ciemnościach robiła lepsze wrażenie niż za dnia. Przynajmniej nie było widać tego syfu, odrapanych ścian, dziur i ubytków w ścianach. O dziwo, smród tam panujący czułem mniej niż w nocy, może dlatego, że go nie widziałem. W środku jak i na zewnątrz, blok sprawiał wrażenie, że nic nie było remontowane od trzydziestu lat. Znaleźliśmy się na jakiejś centralnej ulicy rejonu.

Nie był to weekend ani pora, o której wracają ludzie z pracy i szkół, a mimo tego wszędzie, gdzie się nie popatrzyłem, otaczali mnie ludzie. Zapytałem Witalika czy to jakieś święto dzisiaj, że pełno ludzi na ulicach. Odpowiedział, że nie i to normalne, że jest ich tylu dodając, że to właśnie w Polsce jest nienormalne, że ich jest tak mało i że zawsze będąc u nas, nie raz się zastanawiał gdzie się podziali ci ludzie.

Podejrzewałem, że to może przez bezrobocie na Ukrainie, ale sądząc po ilości osób na ulicach musiałoby sięgać z dziewięćdziesiąt procent.

Poza tym nie wyglądali oni jak bezrobotni. Mimo tego, że wszyscy byli opatuleni od stóp do głów, to ubrani byli przyzwoicie i nawet niektórzy bardzo modnie. Ludzie bez pracy raczej siedzą w domu, pogrążeni w swoich depresjach i braku pieniędzy. Rozważałem jeszcze taką hipotezę, że wszyscy ci ludzie uciekają z domów na ulice z powodu braku prądu, wody czy ciepła w mieszkaniu. Zagadka. Mimo mrozu i śniegu na ulicach, dało się odczuć energię panującą w tych ludziach.


W sklepach, sklepikach czy na bazarku, które odwiedziliśmy, też było od chuja ludzi i aby coś kupić, trzeba było swoje odstać. Nie cierpiałem tego i nie cierpię po dzień dzisiejszy. Zazwyczaj moje zakupy począwszy od pierwszego dnia kończyły się tak, iż wchodząc do jakiegoś dużego supermarketu, chodziłem po nim tak długo, aż nie wypełniłem wózka sklepowego po brzegi, a mogło to trwać i godzinę, lecz kiedy dochodziłem do kasy i czekałem w kolejce więcej niż dziesięć minut, zaczynałem klnąc jak szewc, głośno aby wszyscy słyszeli, jakbym chciał obwieścić swoją dezaprobatę, porzucając koszyk nawet jak przykładowo były jeszcze tylko dwie czy trzy osoby przede mną i wychodziłem wkurwiony z niczym. Chodząc tak z Bratuszką chodnikiem, czułem się nieustannie jak na jakimś bazarku a nie na chodniku czy ulicy. Jeszcze bardziej przypominało to chodzenie po stadionie dziesięciolecia w Warszawie, kiedy to zamiast pierwotnej funkcji, jaką miał pełnić zmieniono go na największy bazar Europy. Z barami było podobnie.

Była godzina trzynasta jak weszliśmy do jednego z nich by coś zjeść a tu nic z tego, nie było wolnych miejsc. Poczekaliśmy więc jakieś dziesięć minut aż do momentu jak nie zacząłem siarczyście klnąć i wyszliśmy z niczym a dokładniej głodni. Bratucha też zaczął kląć siarczyście, a takich przekleństw jeszcze u niego w jego języku nie słyszałem i nie z powodu, że był bardzo głodny a my wyszliśmy o pustych brzuchach, tylko jak się domyśliłem w barze przy stolikach zajętych przez gości w większości siedziały młode dziewczyny.

Cytując Witalika „po statystyce, sześćdziesiąt pięć procent gości stanowiły dziewuszki”. Oj długo tak przeklinał i ujadał namawiając żebyśmy wrócili do tego baru. Tak długo, aż zaszliśmy do następnego, gdzie po znalezieniu się w środku, jadaczka mu się zamknęła i widząc pusty stolik, nie czekając na mnie, podbiegł i z bananem na twarzy zawołał:

— Adam, Adam, dawaj, wolne.

Statystyka była podobna jak w pierwszym barze, średnio na jednego faceta przypadały dwie kobiety, w większości młode dziewczyny.

— A co Ty Bratucha tak pognałeś do tego stolika? Taki głodny jesteś? Przecież jesteś taki chudy, że jak popatrzeć na Ciebie to miska ryżu powinna Ci starczyć na tydzień.

— Nie Adam. Ja dbam o Ciebie, musisz się dobrze odżywiać skoro zawsze tak Ci zimno.

Śmialiśmy się razem wiedząc, o co chodzi tak naprawdę. Pierwszy raz od czasu jak zawitaliśmy do kraju Witalika widziałem go tak ożywionego i podnieconego. Można było odnieść wrażenie, obserwując go baczniej, że potrafi kręcić głową o trzysta sześćdziesiąt stopni.

— Bratucha… Bratucha!

Powtórzyłem, bo nic nie dochodziło do niego.

— Dyskretnie, bo zaraz połkniesz język i Ci głowa odpadnie. Poza tym wyglądasz jakbyś od dziesięciu lat nie dymał. Jeszcze wezmą nas za jakiś zboczeńców.

Troszkę to poskutkowało, lecz nie na długo. Co i raz musiałem go powstrzymywać, bo rozbierał te dziewczyny wzrokiem. Pomyślałem, że rzeczywiście chłopak dawno nie dymał. Zamówił mi jedzenie, a sobie piwko, ja jadłem a on pił podśpiewując swoje tarataratara i kręcąc szyją jak fakir wężem.

Później dowiedziałem się, że jak jeszcze Ukraina należała do ZSSR, to miasto Czerkasy po statystyce były na pierwszym miejscu pod względem przypadania kobiet na jednego mężczyznę i o ile dane były wiarygodne, na jednego mężczyznę przypadało 2,24 kobiety. Starałem się szybko jeść by Bratuszka nie przekroczył swoich trzech magicznych piwek, ponieważ z całą pewnością do mieszkania wracałbym sam. I tak się stało. Tarataratara postanowił zapolować, ale chyba na komary, których zimą i tak nie było.

Wychodząc troszkę podkurwiony, ale nie zdziwiony zbytnio, że będę wracał sam, nawet żal mi się zrobiło Bratuszki i wiedziałem, że z dużym prawdopodobieństwem dziewięćdziesięciu paru procent, nic z tego mu nie wyjdzie. Czemu byłem taki pewien tego? Znałem już Bratuszkę troszkę, jakieś dwa lata i nigdy mu nie wyszło. Nie licząc prostytutek, z którymi za pieniądze też mu nie zawsze wychodziło. Na panienki reagował podobnie jak na musorów, po prostu zastygał w pozie bazyliszka. Dużo o nich mówił, o tym jak je… i tak dalej, jaki on jest i tak dalej, a jak przychodziło co, do czego aby pogadać, to milczał ze strachem w oczach lub reagował agresywnie, co kończyło się następnym strachem po wezwaniu musorów za nagabywanie dziewczyn. Nigdy nawet wspólnie nie wychodziłem na tak zwane dupy z Bratuszką. Za bardzo się różniliśmy w stylu podrywania i estetyce piękna. Bratuszce wszystko się podobało, co miało cipkę i nie uciekało na drzewo, mi nie do końca. Cipki lubię i lubiłem, ale ładne i zmysłowe.

Z tej pierwszej eskapady i rekonesansie najbliższego otoczenia miejsca, w którym zamieszkałem, byłem zadowolony. Po pierwsze wszystko, czego potrzebowałem znajdowało się praktycznie pod nosem. Sklep, poczta, bar, bank, kantor i cafe internet, który to mieścił się w moim bloku. Jeszcze tylko musiałem tak wyczuć godziny wyjścia aby unikać kolejek w sklepach czy supermarketach.

Zajrzałem do windy, którą jeszcze nie zdecydowałem się ani wjechać do góry, ani zjechać na dół. Winda nie dość, że była w opłakanym stanie, brudna i zniszczona, to wydawała straszne odgłosy słyszalne z mieszkania, jakby zahaczała i ocierała się o ściany. Jeszcze bym to przełknął i pokonał strach przed przejażdżką tym cudem, lecz dziura w podłodze była na tyle wielka, że z łatwością utknęłaby Ci noga, skutecznie mnie odstraszała.

Wiedziałem, że ten strach pokonam jedynie w momencie, kiedy połączę wielkie zmęczenie z wielkim napojeniem alkoholem. No, ale nie byłem ani zmęczony ani też pijany. Po maleńku więc wszedłem sobie po schodach na siódme piętro, myśląc jak tam sobie radzi Bratuszka i kiedy wróci do mieszkania i czy wróci dzisiaj, bo z pamięcią też u niego kiepsko gdy wypije. Siedząc tak w mieszkaniu, czekając na Bratuszkę, zastanawiałem się, czy to był dobry pomysł by akurat wybrać Ukrainę na miejsce, w którym miałem spędzić trzy następne miesiące swojego życia. Przecież mogłem wybrać i wyjechać gdzieś, gdzie jest cieplej.

Tak siedząc w kuchni, grzejąc się ciepłem z ognia palników kuchennych i zatruwając się dwutlenkiem węgla, przeglądałem drobne fanty czy też zakupy, które udało mi się przynieść do domu. Kawa, mleko, różne marki papierosów, których jest dużo więcej niż w Polsce. Starałem się przeliczyć kurs hrywny do złotówki i ceny w sklepach.

Im bardziej skrupulatnie wyliczałem, ile na przykład kosztuje paczka Cameli czy Parlamentów, których w Polsce nie było, tym bardziej mi się podobało. Papierosy były minimum trzy razy tańsze niż w Polsce i inne produkty podobnie. Już tak bardzo żal dupy mi nie ściskał, że nie wyjechałem do ciepłych krajów, ponieważ nie przypominam sobie żadnego ciepłego kraju, gdzie byłyby tak niskie ceny. No chyba, że środkowa Etiopia czy Erytrea, ale tych produktów tam bym nie uświadczył. Może mleko, ale pewnie kozie, a jakbym chciał zapalić, to pewnie akacje na ognisku. I w ogóle pewnie by mnie po jakimś czasie zjedli jako pożywne tzw. białe mięso. A zima? Mróz? Brak światła? Śnieg? Przeżyje, nie takie rzeczy się przeżywało. Wszystko jest na miejscu, właściwie pod przysłowiowym nosem. Postanowiłem więc te najbliższe trzy miesiące zadekować się w domu i wychodzić z niego tylko po niezbędne produkty do życia.

Wiedziałem jeszcze, że aby przeżyć w miarę te trzy miesiące na w pół zamknięty i odseparowany od światła zewnętrznego i mieć w miarę dobrą kondycję psychiczno-fizyczną, muszę znaleźć dostęp do jointów.

Szansa była by to ogarnąć, zwłaszcza po odkryciu w pociągu pustych filterków po lolkach. Jeżeli tutaj palą jointy, to nie czy, tylko kiedy, załatwię sobie do nich dostęp. Wiedziałem też, że Bratucha mi w tym nie pomoże, ponieważ nie ma o tym żadnego pojęcia i z używek zna się tylko na piwku i to jednej marce, piwku „Obłoń”. Na jakiej podstawie opierałem swoją pewność, że Witalik mi nie pomoże z załatwieniem jonitów? I nie ma o tym pojęcia? Jakiś rok wcześniej, kiedy już go znałem i pracował dla mnie, siedząc tak w domu na Ochocie i paląc ostatniego skręta, pomyślałem sobie, że Bratuszka jest na Ukrainie i że zaraz wraca, a że wiedziałem, iż Ukraina jest znana na świecie z czarnoziemów, to uznałem, że muszą tam hodować na tej czarnej, żyznej ziemi świetną gandzie. Nie zastanawiając się ani minuty dłużej wystukałem numer do Bratuchy powiedziałem:

— Dzień dobry Bratuszka, kiedy wracasz?

— Priviet Adam, za trzy dni.

— To dobrze. Posłuchaj Witalik, mam dla Ciebie dużo pracy, dobrze płatnej.

— O bardzo jestem rad Adam, będę na pewno Adam.

— Ale posłuchaj mnie Bratuszka, dam Tobie zarobić te pieniądze pod warunkiem, że przywieziesz mi dużo dobrej marihuany.

— Ojej, nie mogę, nie ma skąd, i tak dalej, nie możliwe.

Z góry wiedziałem, że taka będzie jego odpowiedź, dlatego zacząłem rozmowę od zachęcenia go dużymi pieniędzmi do zarobienia, które już wcześniej przy mnie zarobił.

— Bratuszka nie przywieziesz dobrego stuffu, to nie zarobisz. Znajdę do współpracy kogoś innego. Prosto i na temat, znasz mnie i wiesz, że tak będzie.

— Dobra, dobra Adam, wszystko załatwię. Będzie „pan zadowolony”.

— To do zobaczenia za trzy dni. Gdy będziesz na Dworcu Zachodnim w Warszawie to zadzwoń, wyślę Ci taksówkę.


Minęły trzy dni dzwoni Bratucha z dworca:

— Adam możesz zamówić taxi, jestem.

— Jasne, a masz dla mnie niespodziankę?

— Mam Adam, mam dużo i będziesz zadowolony.

Zawitał w moje progi Bratuszka. Wcześniej, po tym jak zamówiłem dla niego taksówkę, przygotowałem duże bletki, filterki, wyjąłem bongo, wysypałem słodycze na stół jak złapie gastro. O niczym nie zapomniałem. Obwieszony płóciennymi torbami i reklamówkami w kratę, Bratucha wszedł do mieszkania. Przywitaliśmy się serdecznie. Nie ukrywałem podniecenia i poczucia szczęścia, iż zaraz zapalę świetnej jakości marihuanę, wyhodowaną na czarnoziemach Ukrainy. Bez ogródek i wstępnych ceregieli powiedziałem:

— To dawaj, co mi przywiozłeś.

Z tych płóciennych toreb i reklamówek wyjął i przeniósł do pokoju dwa duże, dobrze zabezpieczone czarne worki. Sądząc po ich wielkości szacowałem, iż to może być i parę kilogramów.

— Oj to się postarałeś Bartucha. Nie trzeba było aż tak ryzykować, wynagrodzę Ci to- kadziłem mu jak otwierał worki. Nawet będzie można zarobić na tym pomyślałem. Przecież ja tego nie spalę przez dziesięć lat. I co? I po otwarciu, a raczej rozerwaniu czarnych wielkich worów, wyskoczyły mi krzaki dzikiej konopi, dosłownie krzaczory wyrwane z korzeniami, z których jeszcze sypał się piach i spierdalały z nich żywe stworzonka. Przywiózł mi do domu pięć wielkich krzaków samosiejek. Jestem wygadanym facetem i zazwyczaj zawsze wiem, co powiedzieć, ale wtedy zatkało mnie totalnie.

Jak stałem, tak padłem na fotel i nie miałem pojęcia, co ja mam zrobić, jak zareagować, czy się śmiać, płakać, krzyczeć na niego czy pogłaskać po głowie z litości, że stoi przede mną największy idiota na ziemi.

Zaczął coś mówić do mnie, chyba zadowolony z siebie, lecz tylko pokazałem palcem na ustach, aby nic nie mówił. Zabrałem te worki, wypierdoliłem na balkon i udałem, że nigdy to nie miało miejsca, natychmiast wymazując to z pamięci. Zapytałem standardowo:

— Jak tam Bartuszka? Jak minęła podróż?

Coś jeszcze próbował mówić w tym temacie, ale kategorycznie mu tego zabroniłem. Dopiero po jakiś trzech dniach nabrałem odwagi, przygotowawszy się wcześniej psychicznie, zajrzałem do tych reklamówek, które wyjebałem na balkon, mając nadzieję, że to nieprawda i że znajdę wszystko w tych ciemnych worach, ale nie to, co zobaczyłem trzy dni wcześniej. Niestety, krzaki samosiejki wyrwane z korzeniami grubości kciuka nadal znajdowały się na balkonie. Jakim sposobem facet, który praktycznie mdleje na widok musorów, czy straży granicznej, przewiózł żywe krzaki marihuany.

Wyobraziłem sobie jeszcze Bratuszkę siedzącego na tyle pełnego ludzi autobusu, trzymającego na kolanach pięć krzaków konopi, oblanego potem i patrzącego jak idą w jego stronę strażnicy celni. Nie, to niemożliwe, ponieważ na sto procent Bratucha by zszedł z tego świata w takich okolicznościach.

Najwidoczniej fiutowi tak zależało na obiecanych pieniądzach, że z pewnością po przekroczeniu granicy wyszedł z autobusu i zerwał jakąś samosiejkę, która rosła fartownie przy drodze. No, ale przynajmniej brawo za inicjatywę. Także wiedziałem, że jak mam sobie załatwić coś do palenia, to tylko mogę liczyć na siebie a nie na tartaratra.

Muszę się tylko zapytać o te filterki znalezione w bańce po wołowinie bo nie daje mi to spokoju. Przyszedł wieczór, Bratuchy jeszcze nie było, czyżby wreszcie mu się udało i zaliczył coś świeżego prócz ręki.

Nie, nie możliwe, a może jednak? Nie. Wpatrując się w telewizor i przeskakując z kanału na kanał, miałem nadzieję, że trafię na jakiś polskojęzyczny program. Niestety, na żaden taki program nie trafiłem. Natomiast po paru godzinach przełączania kanałów, zacząłem dostrzegać różnicę pomiędzy rosyjskim językiem a ukraińskim. Co prawda, nie wiedziałem jeszcze wtedy, który jest który, lecz wiedziałem, że się różnią. Dobrze, że choć brzęczał telewizor, przynajmniej się czułem jakby ktoś był w domu. Tak sobie nawet myślałem, że może ten czas poświęcę na naukę języka. W końcu i tak nie mam nic do roboty. Pytanie tylko, który wybrać? Tu zdałem się na czas, przypadek i czy w ogóle będzie tak naprawdę chciało mi się uczyć jakiegokolwiek języka, skoro jestem tu tylko szybkim gościem. Natomiast trzeba pomyśleć poważniej jak załatwić sobie stały dostęp do zielonego strumyczka, czyli marihuany.

Problem rozłożyłem na czynniki pierwsze. Mianowicie, co powinienem robić a czego nie, co ma większą szansę powodzenia a co mniejszą, gdzie jest mniejsze zagrożenie a gdzie większe. Mógłbym zacząć od sprawdzonej metody, czyli zaprzyjaźnienie się z jakimś taksówkarzem, co wiąże się na początku z dużymi wydatkami i czasem.

„Zaprzyjaźnić” się z taksówkarzem można tylko w jeden sposób. Przez okres minimum dwóch tygodni uczynić z niego prywatnego szofera, a jego samochód służbowym samochodem. Zaprzyjaźnić to inaczej dawać mu przez ten okres dwóch tygodni zarabiać na sobie każdego dnia tyle, ile zarabia w Nowy Rok licznik razy trzy. Inaczej się nie zaprzyjaźnisz jak tylko przez pieniądze. Idea marna i pomysł również. Po pierwsze duży koszt, choć do zaakceptowania, przeliczając kurs hrywny i cenę za kilometr.

Problem następny, który się pojawia, to gdzie kurwa jeździć tą taksówką i po co? Nie mam żadnych spraw, biznesów, znajomych w tym mieście. Przecież nie będę codziennie brał parę czy paręnaście kursów na dworzec kolejowy, który jest jedynym miejscem w tym mieście, które znam prócz adresu mieszkania, w którym przebywam. Branie kursów, jak ja to nazywam, turystycznych po mieście czy poza miasto w celach jego poznania zimą jest zbyt ekstrawaganckie i dziwne, nawet jak dla mnie. Nie mówię już o taksówkarzu, co by pomyślał o moim stanie psychicznym. W dodatku po tych drogach, w tych korkach, po tygodniu takiej jazdy, nie potrzebowałbym jointów a dobrego psychiatry. No i kwestia znajomości przeze mnie języka, bez różnicy czy rosyjskiego czy ukraińskiego, nie znam żadnego poza paroma słowami. Choć słowo marihuana chyba zna każdy i jest znana pod każdą szerokością i długością geograficzną.

To co, mam mu puścić w samochodzie muzykę Boba Marleya i gestami przeplatanymi ze słowem marihuana pytać: Ty wiedzieć gdzie jest? Ty mnie tam zawieźć? Przecież facet mnie zawiezie od razu pod komendę lub wypierdoli w czasie jazdy z samochodu.

Nie, taksówkarze odpadają. Nie brałem pod uwagę nawet taksówkarza, który nas wiózł z dworca i znał polski. z wiadomych powodów, poza tym wypieprzyłem jego numer telefonu. Druga opcja to ochroniarze w klubach i dyskotekach. Z doświadczenia i praktyki mogę stwierdzić, że ponad sześćdziesiąt procent ochroniarzy z klubów i dyskotek handluje prochami bezpośrednio lub pośrednio będąc w spółce z dilerem w środku. Ale może raz czy dwa razy spotkałem się z przypadkiem, że ochroniarz z klubu nocnego ma w swojej ofercie marihuanę.

Tam można kupić prochy, takie jak koks, extazy czy amfetaminę, co mnie zupełnie nie interesowało. Gdybym miał spędzić trzy miesiące na speedzie czy koksie, zamknięty w mieszkaniu, to pewnie co dwa dni bym demolował tą kawalerkę, chcąc się pozbyć energii i euforii lub co gorsza chcąc powstrzymać się od zrujnowania nie swojego mieszkania. Bym biegał całymi dniami po klatce z siódmego piętra na parter i na odwrót, co zapewne by się skończyło wezwaniem przez sąsiadów policji a ta by wezwała kaftan bezpieczeństwa. Zakup prochów od ochroniarza z dyskoteki czy klubu też się wiąże z czasem, który musiałbym poświęcić na to, aby taki bodyguard mnie zapamiętał a dyskoteki przecież nie są czynne codziennie tylko w weekendy. No i jeszcze jakbym zrobił nieodpowiednie podejście, to mógłbym dostać ostro po ryju. Tak więc ochroniarz dyskotek i klubów odpada.

Trzecia opcja: dziwki, prostytutki. To już dużo prostszy sposób i w odróżnieniu od dwóch pozostałych, szybki, w miarę bezpieczny i chyba najtańszy. Dziwki, chcą czy nie chcą, są z półświatka lub ocierają się o niego i z pewnością jak dobrze zagadać i ekstra zapłacić, mogą pomóc.

Kwestia tylko skąd wziąć dziwkę? Tu mogą pomóc taksówkarze, ulotki, jeżeli takie są, ochroniarze czy ogłoszenia w internecie, a cafe internet mieści się akurat w moim bloku. Teraz kwestia języka, ale tu mi pomoże Bratuszka. Ten pomysł wydał mi się najbardziej prawdopodobny i rokujący największą szansę powodzenia tej misji, czyli znalezienia „zielonego źródełka”. Można jeszcze by zaczepiać na ulicy czy w jakimś barze małolatów, którzy z pewnością palą jointy, lecz może bym takich namierzył latem, gdzieś w parku czy nawet wyczułbym zapach zioła, ale nie zimą, gdzie się pewnie pochowali po klatkach schodowych.

Do tego zimą zaczepiać małolatów, nie znając języka, na przysłowiowym osiedlu to zbyt ryzykowne, ponieważ gdyby było ich więcej, to wtedy duże prawdopodobieństwo, że by mnie skroili lub co gorsza rozniosła by się plotka po osiedlu, że jakiś obcokrajowiec zaczepia porządną młodzież i wtedy wzięliby mnie za jakiegoś zboczeńca. Ten pomysł odpada na sto procent. Jeszcze jeden pomysł, jaki mi przyszedł do głowy, to załatwić sobie jointy od chłopaków, których znam na Ukrainie. Dokładnie dwóch Tarasów z Zachodniej Ukrainy, których poznałem w Warszawie jak negocjowali w moim imieniu przy konflikcie z Gruzinami.


Oni na pewno by mi temat pozytywnie załatwili, lecz Batrucha, który też należał do tej grupy negocjatorów, przestrzegał i zabronił mi kontaktu z nimi, strasząc, że to bardzo źle może się dla mnie skończyć. Także ten pomysł również odpada. Ogarnąłem wszystkie alternatywy zdobycia zielonego, przefiltrowałam za i przeciw i postanowiłem zacząć poszukiwania zielonego źródełka przez dziwkę. Minął wieczór, minął dzień, Bratuchy ani śladu. Trzy dni później wrócił i to z kim!! A dokładniej nie z kim, tylko z czym. Z pizdą ale pod okiem. Zawsze to jakaś pizda. Zmarnowany, jakiś poturbowany, wychudzony, spragniony i głodny jak powracający kot po parodniowej marcowej eskapadzie. Nic nie pytałem, pozwoliłem mu spokojnie wylizać rany i wyspać. Co miałem pytać wiedząc, że żadnej kotki nie przytulił. Gdyby choć otarł się o przysłowiową kotkę, już w drzwiach usłyszałbym tarataratara i pewnie resztę tygodnia też byłoby grane tarataratara. A tu cisza, jakby bardziej wsłuchać się w tą ciszę, którą przyniósł ze sobą lub przyszła za Witalikiem, to usłyszałbym marsz żałobny.

Tak patrząc na niego śpiącego, pokonanego kota, doszedłem do wniosku, że jednak nie będę tych dziwek załatwiał z jego pomocą a zrobię to samodzielnie. Następnego dnia wychodząc na zakupy kupiłem mnóstwo gazet licząc, że jakimś cudem, jak kiedyś w Polsce, znajdę na ostatniej stronie, w którejś z nich, ogłoszenia „prostytutek”. Niestety, nic takiego nie znalazłem, może i jakieś ogłoszenia były, lecz znajomość językowa nie rozszyfrowała kombinacji liter obcego mi języka. Charakterystycznych obrazów czy grafik, na przykład nagich biustów, nie było. Jedyne, na co trafiłem to zdjęcia jakichś wpół rozebranych dziewczyn z telefonem przy uchu i podanym numerem, ale z doświadczenia wiedziałem, że to tak zwane 0—700.

Nie wzbudziłem podejrzeń u Bratuszki z tym moim przeglądaniem prasy codziennej. Na pytanie, po co mi tyle gazet odpowiedziałem tylko, że uczę się języka. Ok. Skoro nie gazety to internet, a skoro internet to kafejka internetowa w moim bloku. Bratucha nadal milczał i nic nie mówił o limie pod okiem, ja również nie dopytywałem i tak naprawdę miałem to gdzieś. Znałem Bratuchę i z dużym prawdopodobieństwem łącząc fakt, iż wrócił z tym limem wyczerpany po trzech dniach, to nic innego nie mogło się wydarzyć, jak sytuacja, w której przekroczył trzecie piwo w barze, w którym go zostawiłem plus frustracja spowodowana nieudanym podrywem a potem agresja, bójka, interwencja „musorów” i jego zawinięcie na tak zwany dołek. No, chyba żeby mnie zaskoczył jakąś opowieścią, lecz jak na razie milczał, nie wychodził z domu i lizał rany.

Im więcej myślałem o trawie, tym bardziej chciało mi się palić i zapomnieć o tej pieprzonej, mroźnej, ciemnej zimie. Od momentu, kiedy skończyłem z kokainą upłynęło już naprawdę sporo czasu i na pewno straciłem już swój przydomek „mister cocine”. Z czego się bardzo cieszę, ponieważ tak zaglądając sobie wstecz do swojego życia pewnie już do tej pory zamiast mózgu miałbym worek koksu. „Od worka zaczynasz w worku kończysz”. Nie mogłem przypisywać tego zwycięstwa nad uzależnieniem od kokainy swojemu silnemu charakterowi, czy zawziętości w rzuceniu tego nałogu, lecz nagłemu bankructwu i odcięciu od gotówki.

Pozbawiony byłem nawet fantów typu zegarki, biżuteria, elektronika, które pewnie bym po mału spieniężał by mieć na koks. Zabrano mi je na poczet spłaty długu za udano-nieudany wałek. W taki sposób przyszła śmierć dla kokainy w mojej głowie, zamachnęła się kosa na głowę, z woreczkiem spadła i koniec.

Z perspektywy czasu nie wyobrażam sobie, że inaczej mógłbym wyjść z nałogu, że mogłoby mi się udać skoro nawet wtedy nie dostrzegałem problemu a problem na pewno istniał, ponieważ zamiast zwojów mózgowych miałem zwoje w postaci zwiniętych rurek do wciągania.

Czy postrzegałem tak moje palenie marihuany? Nie, po tak ciężkim dragu jak koks to jak powiew świeżego powietrza, przepraszam zielonego. Trawa może i robi dziury w głowie, ale one szybko, praktycznie na następny dzień się regenerują i wypełniają treścią, której zapominasz w trakcie palenia. Co innego z ambicją. Jak dłużej palisz trawę to ona w częstym paleniu zabija Ci tą ambicję poprzez lenistwo czy pasywność do życia. No, ale jakiej ambicji może teraz mnie pozbyć przez te trzy miesiące? Co ambitnego mam do zrobienia, jaki plan, jaki pomysł czy postanowienia?

Teraz może mi tylko pomóc, zmieniając moje życie z aktywnego do pasywnego, czekającego na wiosnę i na moment, kiedy stąd wyjadę. Kafejka internetowa mieściła się cztery klatki od mojego dziesięciopiętrowego bloku właściwie dziesięciopiętrowego, ponieważ na Ukrainie, jak zauważyłem parter nazywany jest pierwszym piętrem. Po wyjściu ze swojej klatki, po minucie byłem już w kafejce. Kafejka internetowa mieściła się na parterze. Nic specjalnego, jeden duży pokój przy ścianach, stoły jeden przy drugim, komputery i mnóstwo młodych ludzi. Wchodząc do środka tak z marszu, nagle poczułem się jak Guliwer w krainie liliputów. Może tak nie do końca, ale wrażenie miałem jak przy odwiedzinach swojej dawnej szkoły podstawowej, kiedy to wchodząc do klasy, która zawsze była pomieszczeniem dla klas 1—3, a spojrzałem na ławeczki z góry, to naprawdę przy wzroście przeciętnego człowieka wydawały mi się miniaturowe. Tak malutkie, że wprost nie do uwierzenia, iż człowiek jeszcze w sumie tak niedawno był taki z metra cięty a może nawet z pół metra.

Tak więc wchodząc do kafejki i widząc to z perspektywy góry, zrobiłem krok w tył aby wyjść, lecz nie wyszedłem dostrzegając parę osób dorosłych, w tym kolesia z obsługi. Wszyscy na mnie spojrzeli a ja na wszystkich, mówiąc wzrokiem „małolaty z powrotem do monitorów”. Posłuchały a ja podszedłem do najstarszej z tych osób zagadując:

— Internet je

— Je „czeres czasik” one hour

— Ok, to ja przyjść za one hour.

Tak godzinę później siedziałem przy komputerze z rosyjską klawiaturą i zastanawiałem się, co mam kurwa zrobić bo oprócz litery A nic nie mogłem z niej odczytać. Kręcąc się na małym krzesełku pomiędzy małymi ludzikami, lukając im w monitory i na pana z obsługi, niemym krzykiem kurwaaaa, starałem się zwrócić uwagę, że mam problem z klawiaturą.

Pan z obsługi był inteligentny, od czasu do czasu zerkając w moją stronę domyślił się, że mam problem i wymienił mi klawiaturę na taką z angielskimi literami. Tak zadowolony, podłączony w przenośni do łacińskiego świata, mogłem przystąpić do szukania swoich dziwek z Czerkas. Jeszcze co zwróciło moją uwagę, gdy tak bezczelnie zaglądałem wszystkim do monitorów, to to, że wszyscy mieli na nich tą samą grę, łącznie z zarządzającym kafejką i z pewnością krzycząc do siebie komentowali lub wymieniali się informacjami na temat gry online, w którą właśnie grali nie używając czatu. Ciekawe, pomyślałem i zacząłem swoje poszukiwania. Jeszcze tylko musiałem rozwiązać problem z kwestią prywatności wyświetlanych informacji na monitorze, bo jak ja z łatwością widziałem ich zawartości, to oni mogą zobaczyć moje. Nie przeszkadzałoby mi to wcale jakbym siedział wśród dorosłych, ale wśród dzieci szukać kurewek? Nawet w szczytnym celu, jak załatwienie sobie palenia, to nie wypada. Wykorzystałem swoją przewagę masy i objętości ciała, przytulając się do monitora i zasłaniając go z każdej strony. Z jednej łokciem a z drugiej kurtką. Nim minął czas „one hour” wszystkie dane i informacje, które znalazłem na temat pań lekkich obyczajów, miałem zapisane na serwetce z „Championa”. Tej samej, której tak poszukiwał Bratuszka na dworcu w Czerkasach. Informacje, czyli pseudonim i to, że są z Czerkas oraz numer telefonu. Znalazłem takich numerów cztery. Poserwowałem jeszcze po polskich stronach by zaktualizować sobie info o Polsce kosztem tęsknoty. Popatrzyłem sobie przez ramienia innych graczy w ich monitory, aby dowiedzieć się z ciekawości w co grają, że są tak wciągnięci. Z tego, co wywnioskowałem przypatrując się tej grze, to latali jakimiś statkami kosmicznymi, lokalizowali wrogów i nieustannie z kimś walczyli, używając jak to przystało na technologię kosmiczną laserów. Nie dla mnie gra, za szybko, za kosmicznie, gra kolektywna.

Dla mnie Heroes 3 to była gra, w którą się angażowałem mocno i nawet całonocno. Tam trzeba było również walczyć, lecz nie za pomocą laserów, a czarów i meczy. Gra w kafejce miała dla mnie bardzo dużo wątków pobocznych oprócz głównego zadania, czyli napaści i podbicia wrogiego zamku. Jednak po jakimś czasie byłem w tym naprawdę dobry a nawet zajebisty, poznając wszystkie jej niuanse i triki, nawet na najtrudniejszych levelach. Wszystko dlatego, iż praktycznie całą zimę, którą zaplanowałem spędzić w domu, przesiedziałem w kafejce internetowej od rana do wieczora. Zaglądałem do mieszkania tylko po to, by zjeść. W między czasie zapoznałem się z właścicielem i pracownikiem tejże kafejki. Dowiedziałem się od nich troszkę więcej o tym, w co wszyscy grają. W tej ich grze zespołowej, którym to zespołem graczy i klientów kafejki kierował właściciel lub pracownik, w zależności, który akurat był w pracy, można było zarabiać wirtualne pieniądze, które jakimś sposobem zamieniano na pieniądze realne, handlując z graczami z całego świata statkami kosmicznymi, bronią laserową, napędami itp. Było tych dodatków dużo więcej i pieniądze były przyzwoite, jak na ukraińskie warunki. Układ był prosty pomiędzy właścicielem kafejki a większością małolatów przychodzących do kafejki od rana do wieczora.


Młodzi blokersi, którzy przychodzili do kafejki, mogli grać za darmo ile wlezie, pod warunkiem, że minimum połowę czasu grali dla sojuszu kosmicznego, którym zarządzał właściciel. Nie rozgryzłem do końca, co robili tacy gracze dla sojuszu, nie interesowało mnie to zbytnio od strony technicznej. Wiem tylko, że zdobywali jakieś „skille” czy punkty doświadczenia i tak dalej. Nie wchodząc w szczegóły, w uproszczeniu pracowali na rzecz tego kosmicznego sojuszu, co potem zarządcy zamieniali na realne pieniądze. Wewnętrzna konkurencja panująca w kafejce była silna i nie wystarczyło pykać w grę przez gracza.

Trzeba było trzymać poziom gry, po prostu być w nią dobrym. Jeżeli nie byłeś wystarczająco dobry czy taki gracz miał złą passę przez jakiś czas, to wylatywał z zespołu, a na jego miejsce już czekało dwóch innych. Śmiało mogę napisać, że w tą grę grało w tej kafejce minimum połowę młodego pokolenia z osiedla. Godzina spędzona na internecie nie była droga, o ile pamiętam płaciłem pięć hrywien.

Sam właściciel mówił, że dużo lepiej zarabia na sprzedaży komponentów do statków kosmicznych, niż jak by pobierał opłaty za korzystanie z kafejki. Przeciętnie zarabiał dziennie jakieś pięćdziesiąt dolarów. To był pierwszy przykład z wielu, jaki poznałem na Ukrainie i dowiedziałem się co oznacza „ukraińska przedsiębiorczość”.

No, ale ja miałem zadanie do wykonania przed sobą, może nie zniszczenia jakiejś bazy kosmicznej w innej galaktyce a znalezienia zielonego źródełka. Sprawdziłem numery zapisane na serwetce z tymi, które pojawiły się na monitorze i zaplanowałem następny krok. Musiałem wykonać telefon do pań i umówić się na „randkę”, lecz wpierw musiałem się pozbyć Bratuszki z chaty by nie przeszkadzał. Okazja się nadarza, ponieważ ma mnie opuścić na weekend, wyjeżdżając na Zachodnią Ukrainę do domu rodzinnego na parę dni. Jeszcze tylko pójść na pocztę, zadzwonić i się umówić.

Mijał dzień za dniem w stałym rytuale, czyli dom, sklep, kafejka internetowa, dom, sklep, kafejka internetowa. Któregoś dnia wyczekiwanego przeze mnie, Bratucha oznajmia, że dziś wyjeżdża na tydzień do domu. Zaraz potem jak wyszedł z chaty, wyszedłem za nim by wykonać telefon z poczty, ale jeszcze w domu, jak zakładał w przedpokoju kurtkę, zadałem mu pytanie, które już dawno mu powinienem zadać, a które cały czas siedziało mi w tyle głowy.

— Batrucha, wytłumacz mi skąd tyle filterków po jointach znalazłem w pociągu.

Bartucha popatrzył na mnie, uśmiechnął się i aby trzymać mnie dalej w niepewności czerpiąc z tego jakiś rodzaj sadystycznej satysfakcji odparł:

— Jak będziesz w sklepie kupował papierosy to kup papierosy „Biełomor” i wszystkiego się dowiesz.

Postanowiłem kupić te, jak on powiedział „Białomorczyki”, w drodze na pocztę, lecz pierw tą pocztę musiałem zlokalizować, ponieważ najbliższa poczta, jaka znajdowała się przy samym domu była nieczynna jak moja polska komórka i abonament, którego nie opłaciłem. W dodatku już zaszło słońce i nastała wszechogarniająca ciemność. A ja prócz latarki i nadziei, że „poczta” po polsku brzmi tak samo jak po rusku czy ukraińsku, przechodnie wskażą mi dobrą drogę i nie zabłądzę w tym ciemnym lesie blokowisk.

Latarka przydała się już na schodach, ponieważ po upływie paru tygodni nadal nie zdecydowałem się na jazdę windą, ale te nadal też oznaczało, że nie zabalowałem na ostro tak, aby nabrać odwagi i do niej wsiąść. Pierw skierowałem się do sklepu po papierosy kupując trzy paczki „Białomorów”. Nic dziwnego w nich nie zobaczyłem. To znaczy nic dziwnego nie wyróżniającego się w opakowaniu od innych marek. No, może były uboższe graficznie i faktura kartonu, w który były zapakowane papierosy była inna, chropowata. Do środka postanowiłem zajrzeć po przyjściu do domu i przyjrzeć się zawartości przy w miarę normalnym świetle, a nie świetle latarki. Szedłem przed siebie, wybrałem kierunek przypadkowo zdając się na nawigację osób, które mi miały pomóc trafić do miejsca przeznaczenia, czyli na pocztę.

— Zdrastwujcie. Wy pokażcie mi gdzie poczta.

— Uuu daleko daleko tam i tam.

I tak idąc już dobre czterdzieści pięć minut po zaczepieniu z dziesięciu osób, znalazłem się, jak mi się wydawało, na innym osiedlu. Jeszcze ciemniejszym, pozbawionym jakichkolwiek świateł. Ostatnią wskazówkę, jaką dostałem od zaczepionego przechodnia było to, żebym się kierował cały czas prosto. Bóg zapłać za tą latarkę pomyślałem o taksówkarzu, który mi ją podarował. Wiedział skurczybyk, co się przyda. Tak świecąc sobie pod nogi przed siebie wypatrywałem osoby, której się jeszcze dopytam, gdzie jest ta pieprzona poczta.

Zauważyłem jakieś piętnaście metrów przed sobą postać, a dokładnie światełko latarki tej postaci. Przyspieszyłem kroku by ją dogonić i nagle ku mojemu zaskoczeniu, a może przerażeniu usłyszałem tylko aaaaaaaa!! I światło znikło, a z nią postać.

Nie miałem pojęcia, co się stało, lecz na wszelki wypadek z ostrożności wolałem się zatrzymać. Czy to jakiś duch? Prosto z ulicy porwało tą osobę UFO? Stałem w miejscu i nasłuchiwałem, przyświecając latarką ostatnie miejsce położenia człowieka. Miejsce, w którym mi zniknął jakby rozpłynął się w powietrzu. Zrobiłem ostrożnie parę kroków do przodu, postaci nie zauważyłem, lecz wyraźnie słyszałem aaaa, uuuuu, aaaaa, czyli odgłosy człowieka, którego coś boli oraz przekleństwa. Skąd wiem, że były to przekleństwa? Słyszałem takie słowa zawsze od mocno zdenerwowanego Bratuszki. Zrobiłem jeszcze parę kroków, światło latarki skierowałem w dół i ujrzałem faceta, który tak przeklinał.

Zobaczyłem nie całą postać, tylko jakby upieprzyło mu nogi z dupą i został sam korpus wystający ze śniegu. Podbiegłem te parę kroków do niego i nie zważając, że nie mówię w języku tutejszym, krzyczałem o pomoc i aby ktoś wezwał karetkę. Nie wiem, czy ktoś słyszał moje nawoływania, ale się uspokoiłem troszkę po pierwszej fazie paniki, gdy usłyszałam faceta. O dziwo, zrozumiałem, co do mnie mówi „cichaj cichaj, wsio w pariadkie”. Jak kur… w pariadke pomyślałem. Facet ujebało Ci nogi do samej dupy a ty mi mówisz w pariadke. Cicho? Jak mam być cicho? Krzyknąłem jeszcze raz na całe gardło „pomocy, pogotowie, policja”.

Nikogo nie było, nikt nie przyszedł, nie wiem do tej pory, czy za cicho krzyczałem, czy każdy miał to w dupie, czy może na tym zadupiu rzeczywiście nikogo prócz nas nie było. Facet złapał się moich rąk, poczułem swąd bimbru, ale po jego geście zrozumiałem, że chce by go złapać za tą wycigniętą w moja stronę rękę.

Uchwycił mnie mocno a ja odruchowo z całych sił pociągnąłem w moją stronę, przewracając się z nim na drogę. Szybko wstałem i zaświeciłem latarką na faceta. Uff, kur…, był cały, miał nogi i to przytwierdzone do tułowia. Zaświeciłem latarką w miejsce, skąd go wydobyłem i miejscem tym okazała się dosyć szeroka dziura. Dziura na środku chodnika dla pieszych, kurwa dziura.

Facet jakoś po minucie wstał o własnych siłach, zataczając się, ale bardziej od alkoholu niż od odniesionych ran po wypadku. Powiedział „spasiba” i poszedł dalej.

Ja stałem jak wryty i jakby porażony tą surrealistyczną sceną i zastanawiałem się, co właśnie się stało i czy mam iść dalej, czy poczekać do świtu, bo być może tych dziur jest więcej na drodze po, której idę. Na szczęście ujrzałem po lewej stronie oświetlone logo „POCZTA”. A dziura na chodniku, a raczej w chodniku? Jak się potem dowiedziałem, to nie jedyna i nie tylko na tym obcym dla mnie osiedlu, a w całych Czerkasach można było wpaść w taką dziurę. I nie tylko w Czerkasach. Dziury te pojawiły się wraz z kryzysem i biedą, praktycznie w każdym mieście na Ukrainie.

Nie były to leje krasowe, czy naturalne rozpadliny lub żarty dowcipnisiów, były to puste miejsca po łukach żeliwnych, które to były nagminnie kradzione i sprzedawane na złom. Nie raz jeszcze spotykałem takie dziury na terenie Ukrainy, podczas mojego pobytu. Co bardziej, jak bym to nazwał, humanitarny złodziej wsadzał dla ostrzeżenia w te śmiertelne pułapki jakiś badyl, kawał konaru lub gałęzi z drzew, aby dziurzyska były zauważalne dla ludzi. Jednak byli i tacy, jak w tym przypadku, że tego nie robili i gówno ich to obchodziło, co się może stać z taką osobą, kiedy nagle wpadnie w głęboką dziurę. To kończyło się niestety śmiertelnymi przypadkami, także wśród dzieci. W czasie kryzysu nie ukradziono jedynie żeliwnych łuków, praktycznie co państwowe i niepaństwowe, nie za ciężkie i dało się kraść, to skradziono, np. znaki drogowe, kratki od studzienek, metalowe pachołki na drodze. Jak miałeś pecha, posiadając dom z metalowym ogrodzeniem, a nie było nikogo na noc, to po przyjeździe do domu mogło się okazać, że ogrodzenia nie masz. Mało tego, miałeś psa na podwórzu i pies miał miskę metalowa czy aluminiową też mogła zniknąć. Folklor i bieda.

Parę bardzo uważnych kroków i znalazłem się na poczcie. Rozejrzałem się dookoła, nie było zbyt wielu osób. Parę okienek oraz po przeciwnej stronie, kabiny z telefonami. Z pewnością po zamówieniu rozmowy w jednym z okienek udawałeś się do takiej kabiny i rozmawiałeś. Ten system był mi znany, ponieważ pamiętałem go jeszcze z dawnych czasów w Polsce, koniec lat osiemdziesiątych lub początek dziewięćdziesiątych. Podczas tego krótkiego pobytu na Ukrainie miałem poczucie jakbym przeniósł się w czasie średnio o dziesięć lat, czasem o piętnaście a nawet dwadzieścia. Jakbym cofnął czas — pomyślałem.

W Polsce było już wiele rzeczy, technologii, nowego designu, wystroju, usług zmienionych, unowocześnionych, wymienianych na krój Europy Zachodniej. Tu jeszcze nie i dzięki temu czułem się swojsko, nawet zaczynała mi się pod tym kątem podobać ta „banicja sentymentalna”.


No, ale nie zdecydowałem się zamawiać rozmowy poprzez centralę i u pani w okienku, ponieważ zauważyłem również nowocześniejszy sposób komunikacji, czyli zawieszony aparat telefoniczny na karty i kopiejki. Wyjąłem serwetkę, wykręciłem numer i w czasie sygnału zastanawiałem się jak to rozegram i czy się zrozumiemy. Troszkę wcześniej się przygotowywałem w domu do tej rozmowy, wypisując sobie fonicznie takie słowa czy zdania jak сколько стоит один час, czyli ile kosztuje jedna godzina oraz Приходи ко мне домой- przyjdź do mnie do domu. Pierwszy telefon nikt nie odbiera, drugi telefon nikt nie odbiera, trzeci telefon:

— Allo

— Allo

— Daswidania, nie kurwa zdrastwujcie Pani.

— Da kurwa a wy Polak?

— Da, ja z Polski

Popatrzyłem na serwetkę i przeczytałem na głos:

— сколько стоит один час.

— Pięćset hrywien za czas.

— Приходи ко мне домой.

— Ja nie panimaju was to.

To zrozumiałem nie panimaju, to znaczy nie rozumiem. Popatrzyłem jeszcze raz na serwetkę i powtórzyłem najdokładniej jak tylko mogłem i głośno:

— Приходи ко мне домой.

— Konieczno.

Tego słowa nie byłem pewien, ale zacząłem praktycznie już krzyczeć do słuchawki:

— Sumgaicka 44, Sumgaicka 44.

— Katory czas?

— O dziesiątej wieczorem, dziesiąta wieczorem, dwudziesta druga, allo.

Powtórzyłem jeszcze sekwencję, od której zacząłem rozmowę.

— сколько стоит один час, Приходи ко мне домой, Sumgaicka 44, przyjedź na dwudziestą drugą.

— Pięćset hrywien….

Coś jeszcze mówiła, ale już nie wczuwałem się w rozmowę, ponieważ w tej bardzo ważnej konwersacji, jaką prowadziłem i na której bardzo mi zależało, by druga strona mnie zrozumiała, nie zwracałem zbytnio uwagi na otoczenie, czyli na osoby przebywające ze mną na poczcie.

Dopiero jak zauważyłem, że wszyscy się na mnie patrzą i to same kobiety, to dotarło do mnie, że wszyscy mnie usłyszeli i zrozumieli. Człowiek ma taką przypadłość, przynajmniej ja, że zaczynam głośno mówić na granicy krzyku myśląc, że ta druga strona przez to lepiej mnie zrozumie. Nie wiem, czy to prawda, dowiem się o tym o dziesiątej wieczorem. Pokłoniłem się wszystkim kobietom na poczcie i spierdoliłem z niej, czując się dziwnie speszony, z poczuciem jakbym ciemiężył te kobiety. Spojrzałem na zegarek, była osiemnasta, także spokojnie zdążę do mieszkania, nawet jak mi się wydłuży droga do domu z powodu incydentu z dziurą.


Przez co muszę bardzo uważać na drodze, dobrze ją doświetlić, aby nie zniknąć gdzieś w czarnej dziurze. Wracałem więc małymi krokami w stronę domu w kompletnych ciemnościach, wyszukując czarnych dziur, ale nie jako astronom za pomocą radioteleskopu przeczesując bezmiar wszechświata a zwyczajny człowiek za pomocą latareczki, przeszukując chodnik wokół siebie i bojąc się o swoje życie. Doszedłem cały i zdrowy do domu myśląc, czy zrozumiałem się z drugą stroną i zastanawiałam się jakie muszę sobie jeszcze wypisać zdania z translatora po rosyjsku by zwiększyć szansę na załatwienie marihuany. No i oczywiście, jak będzie w miarę wyglądać Pani, to ją zerżnąć. Miałem jeszcze troszkę czasu, aby zajść do kafejki internetowej, spisać i przetłumaczyć słówka, które będą mi pomocne.

Usiadłem przy stole, wyjąłem z kieszeni opakowanie papierosów „Białomor” i zacząłem się im przyglądać. Patrzyłem na opakowanie, czytałem i starałem się odgadywać litery. Wyszło mi jak byk Biełomorkanał, czyli mają coś związanego z kanałem białomorskim. Poza tym prócz napisu to była również przedstawiona mapka, a dokładnie jakiś wycinek mapy, chyba z tym kanałem. Otworzyłem paczkę i wyjąłem papierosa, obejrzałem go z bliska, wysypałem z pudełka wszystkie, ponieważ myślałem, że pierwszego papierosa, którego wyjąłem był uszkodzony. O dziwo nie, a może wszystkie były uszkodzone. Papieros składał się z pustej rurki, która stanowiła trzy czwarte papierosa i w jednej czwartej jakby kikuta wypełnionego tytoniem. Teraz wiedziałem, co Bratuszka miał na myśli mówiąc, że wszystkiego się dowiem, gdy kupię paczkę „Biłomorów”, przepraszam Biełomorkanał. Przyjrzałem się temu papierosowi jak zegarmistrz zegarkowi, wziąłem go blisko oka i dokładnie zbadałem wzrokiem począwszy od pustej tutki. Stąd te filterki w popielnicy w pociągu pomyślałem. To nie żadni swoi i nikt nie palił blantów w pociągu robiąc filierki, to po prostu końcówka najtańszego szluga na Ukrainie.

Zapaliłem zaraz gasząc najtańszego i najgorszego, jakiego paliłem w życiu fajka. Przypomniałem sobie, że oglądając jakieś kroniki filmowe z okresu II Wojny Światowej, żołnierze ruscy, bohaterowie tych filmów, też takie palili. Wygląd tych papierosów nie zmienił się od ponad siedemdziesięciu lat i sądząc po smaku i smrodzie tytoń również nie poddał się żadnym zmianom. A jednak nie uprzedzając faktów, te słynne „Biełomorkanał” miały coś wspólnego z paleniem blantów, ale o tym później. Wychodząc do kafejki, aby się przygotować do rozmowy postanowiłem jeszcze zajrzeć na wikipedię i dowiedzieć się troszkę więcej o tych papierosach z innej epoki. Nie myliłem się, że te papierosy widziałem na filmach dokumentalnych o II Wojnie Światowej.

Rok produkcji tych papierosów datuję się na tysiąc dziewięćset trzydziesty drugi i od tamtej pory wygląd ani mieszanka tytoni nie uległa zmianom, a papierosy tak nazwano na cześć wybudowania kanału Białomorskiego, który pochłonął pół miliona ofiar w ludziach tyrających na śmierć. Spisałem jeszcze słówka pomocne mi w konwersacji, w drodze powrotnej na chatę, kupiłem koniaczek i tak ucząc się słówek, popijałem dla rozwiązania i zmiękczenia języka lampeczkę za lampeczką. Dochodziła dziesiąta wieczorem, w buteleczce jeszcze troszkę koniaczku się ostało a ja się czułem jakbym znał już rosyjski prawie doskonale taratartara.

Dzwonek jeden, drugi, trzeci… Spojrzałem na zegarek, równiutko godzina dwudziesta druga. Należę do punktualnych ludzi i wymagam punktualności od innych.

To, że prostytutka była też punktualna przyjąłem za dobrą monetę, czy dobry omen.

— Otwieram!

Podekscytowany odpowiedziałem przekręcając klucz w zamku, przypominając sobie a raczej powtarzając w głowie „Adam ta Pani przyszła po to, aby pomóc załatwić dojście do palenia, przestań szczerzyć zęby i myśleć o dupie”. Otworzyłem drzwi i jeszcze bardziej wyszczerzyłam zęby w szerokim uśmiechu, zobaczywszy komu.

W progu drzwi ujrzałem dwie szczerzące się do mnie dziwki.

— Daswidania, nie kurwa, przepraszam, zdrastwujcie.

— Da kurwy, zdrastwujcie.

Zdziwiony, zaskoczony, ale nie przestając się szczerzyć do dwóch pań a nie jednej, zaprosiłem je gestem ręki do środka. W końcu nie trzeba robić problemu, że przyszły dwie. Problem pojawiłby się jakby nie przyszedł nikt. Także przedstawiłem się kulturalnie i pomogłem zdjąć kurtki, rezygnując z dociekania, dlaczego dwie a nie jedna. Od przybytku głowa nie boli. Pewnie ta jakże zaskakująca pomyłka językowa w komunikacji telefonicznej i nieznajomość jeszcze języka rosyjskiego pomogła, aby z jednej kurweki zrobiły się dwie. Dziewczynom kazałem usiąść na łóżku, a sam usiadłem na krześle. Przyglądając im się uważnie i oceniając wstępnie ich urodę, ale też nie zapominając o pierwotnej misji, jaką chciałem zrealizować. Może z osobna oceniłbym wygląd, urodę pań, razem wyglądały jak mama z córką. Córka o naturalnej urodzie z lekkim makijażem a mama dobrze zrobiona.

— Koniaczku?

— Da konieczno.

Wziąłem z szafki dodatkowy kieliszek, aby rozlać na trzy osoby.

— Na zdrowie!

— Zdrowie, tysiąc pięćset.

usłyszałem zanim zawartość kieliszka zaczęła mnie rozgrzewać i zanim jeszcze wykrzywiłem usta od procentów w tym koniaczku. Dobrze, że nie krzyknęły sekundy wcześniej te tysiąc pięćset bo bym je nim chyba opluł. Nie z powodu dezaprobaty sumy, jaką wymieniły, a z zaskoczenia, że tak szybko chciały załatwić interes.

Punktualne i przedsiębiorcze pomyślałem. Tu powinna mi się zapalić lampka kontrolna. No ale nie zapaliła, pewnie jak u większości facetów na moim miejscu. Pierwotny cel, jaki kierował mną, abym zamówił dziwkę oddalał się, a że przyszły dwie dziwki i właśnie na nie patrzyłem i rozmawiałem, już zaczynał być nie najważniejszy.

— Tak, tysiąc pięćset, za ile? Za godzinę? Za co?

Zapytałem podniecony i wyjąłem z tylnej kieszeni portfel wypchany plikami pieniędzmi, aby zademonstrować, że mam dużo pieniędzy i przesłać informację „tego pana trzeba profesjonalnie obsłużyć, ten pan ma pieniądze, tarataratara”.


Fakt, że taki wypasiony portfel mógłby mieć każdy, wystarczyło w banku, czy u „walutczyka” wymienić jeden papierek stu dolarowy by dostać po przeliczeniu kursu sto papierków waluty ukraińskiej. Nominalnie miałeś w tym portfelu czterysta polskich złotych.

No, ale każdy lubi wypchany portfel, którego nie można zapiąć od ilości zawartych w nim banknotów, nawet jak praktycznie są bez wartości.

Wstałem z krzesła i zacząłem jak milioner odliczać tysiąc pięćset hrywien. Niecałą minutę później jedna z dziwek trzymała w dłoni wielki plik pieniędzy jak milionerka, a mi jak dziadowi zostały trzy, może cztery te papierki.

Przypomniałem sobie, że praktycznie nigdy nie zamawiałem takich usług na godzinę, czy dwie. Zawsze płaciłem za dobę po to, aby się bawić. To jakbym chciał tak zamawiać dziwki na dobę na Ukrainie i miałbym płacić w hrywnach, to gruby portfel by nie wystarczył, potrzebna byłaby tu walizka. Troszkę poczułem się nieswojo, iż nie jestem już „milionerem”, mimo wszystko, że pieniądze te posiadały małą wartość nominalną. Fortuna kołem się toczy. Od przekazania ostatniego papierku zaczął mi tykać wewnętrzny zegarek. Godzina. Pięćdziesiąt dziewięć minut pięćdziesiąt sekund. Postanowiłem nie zaczynać rozmowy od tematu trawy i załatwienia jakiegoś dojścia do niej, tylko od wyegzekwowania usługi, za którą zapłaciłem, a dopiero resztę czasu, który zostanie poświęcić na pierwotne zadanie, z powodu którego tą dziwkę, a raczej dziwki zaprosiłem.

— To co, po koniaczku dziewczyny, na zdrowie, a ja idę pod prysznic.

Nie pamiętałem już, czy to jest ten dzień, gdzie w kranie jest ciepła woda, ale podśpiewując Bratuszki tarataratara i mając w perspektywie, że obsłużą mnie dwie dupy, było mi to bez różnicy. Chwila prawdy, szczęście mi sprzyjało. Ten ciepły prysznic, ciepła woda praktycznie w całości zmyła ze mnie żal wydanych pieniędzy. Opasałem dupę najlepszym ręcznikiem, jaki miałem, popryskałem się perfumami Chanel „Egoiste”, otworzyłem drzwi wychodząc na całą szerokość, aby mieć filmowe wejście i… kurewek nie było. Nie było ich w pokoju, przedpokoju, ani kuchni. Do łazienki ze mną też nie wchodziły. Popatrzyłem jeszcze ostrzej na mieszkanie, zwracając uwagę na detale. W pokoju jak i w kuchni zauważyłem parę otwartych na oścież szuflad.

Podszedłem dość szybko do stolika, gdzie zostawiłem swoją ostatnią pamiątkę starych, dobrych czasów. Naprawdę ostatni łącznik między starymi czasami a nowymi, starym mnie i nowym mną, czyli zegarek „Hublot” za prawie dziesięć tysięcy dolarów. Zegarka nie było.

Podbiegłem do drzwi wyjściowych, otworzyłem je i zacząłem nasłuchiwać, mając nadzieję, że w tych ciemnościach te kurwy jeszcze schodzą lub spadły windą na dół i teraz stękają z połamanymi miednicami. Nic takiego nie usłyszałem, ani zejścia po schodach, ani jęków. Z tej ciszy, wkurwienia, żalu i narastającego obrzydzenia do siebie, wyszedłem na klatkę, tak jak mnie Bóg stworzył i zacząłem krzyczeć:

— Wy kur… skończone, wy prostytuty zje… i tak dalej.

Im bardziej darłem mordę, tym bardziej zaczynałem zdawać sobie sprawę, że krzyczę i drę mordę na siebie, a nie na nie. Za to, że dałem się tak wydymać przez dziwki, nie wspomnę, że to ja miałem dymać je a nie one mnie.

Przestałem drzeć ryja dopiero jak zauważyłem, że otwierają się drzwi sąsiadów. Schowałem się do domu i zacząłem szacować straty, nie mogąc przestać przeklinać i się wkurwiać. Doszło do mnie, że dziwkom za robotę należy się pochwała, a ja zasłużyłem sobie na miano frajera roku. Na szczęście nic więcej nie zginęło. Kartę do banku miałem w portfelu wraz z paszportem, a portfel miałem w spodniach w łazience. Walizki były zamknięte i były wszystkie. Możliwe, że coś ukradły Wasylewnej, ale nie sądzę. Nalałem sobie resztkę koniaku, który został i zacząłem analizować całą sytuację, ale co tu kur… analizować, czas na analizę przyjdzie, jak opadną mi emocje.

Dolewałem sobie co i raz koniaku do szklanki, nie racząc się nim, a wypijając jednym duszkiem, mając nadzieję, że padnę pijany jak świnia, obudzę się następnego dnia i wszystko będzie dobrze. Jednak im więcej wlewałem w siebie alkoholu, tym bardziej trzeźwiałem, nakręcając się jak wściekły byk. Po którejś szklance wypitej pod rząd, wreszcie zacząłem się uspokajać. Kląłem tylko pod nosem na siebie, na sytuację, której byłem autorem i zasnąłem. Po jakimś czasie otworzyłem oczy, przez pierwsze parę sekund czując się naprawdę ok fizycznie jak i… wróciło wszystko z nocy, gdzie się skończyło wraz z moim zaśnięciem. Wróciło z dodatkowym bólem i ciężarem głowy, który spowodowało szybkie picie koniaku w dużej ilości. Jeszcze spojrzałem na stół z nadzieją, że znajdę zegarek tam, gdzie wczoraj go zostawiłem, ale nic z tego, śladu po nim nie było. Zaklinać rzeczywistości już nie umiem, jak kiedyś mi się to udawało przez oszukiwanie samego siebie.

Już straciłem jakiś czas temu tą umiejętność, a może przekleństwo życia bez prawdy w sobie o sobie. Ból głowy, jaki się pojawił wraz z pojawieniem się dnia wczorajszego, jego pamięcią, podpowiadał mi, że to nie pora jeszcze aby wstać i jak mężczyzna wziąć go na barki, by zmierzyć jego ciężar za pomocą sumienia, lecz dusza, która odpowiada za kontakt z moim sumieniem potrzebowała rozmowy. Siedząc tak na krawędzi łóżka, unikając porannego światła, które nie dość, że raniło swoją mocą, to także torowało swoim światłem drogę do tego, o czym nie chciałem rozpamiętywać, a pozostawić w mroku swojej historii. Nie chodziło tylko o wczorajszy pieprzony dzień, a o setki dni, które zaprowadziły mnie do tego miejsca, do tego momentu, miasta, kraju. Coraz częściej ostatnio coś we mnie w środku duchowego, pierwotnego, czego o istnieniu już prawie zapomniałem, starało się przebić przez wiele warstw kłamstwa, oszustwa, uników, fałszywego uśmiechu, który tak naprawdę powinien być prawdziwym płaczem. Przebić się, wydostać, aby zaczerpnąć powietrza, dusząc się pozorem prawdy, którą tworzyłem, a którą nie można już dłużej oddychać. Czułem instynktownie i duchowo, że jeżeli tak będzie dalej to zabije to coś w sobie i już nigdy się nie dowiem, kim tak naprawdę jestem.

Zabiję sumienie, które domagało się prawdy, a które zastąpiłem przez ostatnie dziesięć lat kłamstwem. „Czy wraz z płodem rodzi się sumienie, czy z chwilą popełnienia zbrodni?” A moje usprawiedliwienie? Nie ma już miejsca na nie. Kolejne usprawiedliwienie będzie śmiercią sumienia, które ledwo dyszy we mnie. Już tego nie chcę, już mam dosyć życia jakby obok siebie. Chcę żyć w zgodzie ze swoim sercem i sumieniem.

Sama sytuacja z dziwkami nie była jakaś przełomowa, drastyczna, tylko któraś z kolei, która akurat była przysłowiową kroplą przelewającą całość. A zegarek? Fuck off zegarek, który i tak kupiłem aby zagłuszyć sumienie blaskiem złota, blichtru, złudzeniem, że wszystko dobrze.

Ledwo już pamiętałem, co to znaczy satysfakcja po uczciwej pracy, co to znaczy zmęczony, wyczerpany, ale szczęśliwy i spełniony. Po przypadkowym odkryciu drogi na skróty, jeszcze w podstawówce, już chyba nigdy nie szukałem tej właściwej, tej pod górę z zakrętami, po której pokonaniu jesteś bardziej doświadczony, mądrzejszy i masz siłę na dalszy odcinek drogi. Tej drogi nikt mi nie wybierał ani jej kierunku, nikt nie mówił mi jak mam się zachować, jak się poruszać.

Czy obowiązywały na niej jakieś prawa? Jakieś zakazy czy nakazy? Czy ruch na mojej drodze miał być lewostronny czy prawostronny? Czy trzeba przepuszczać pieszych? Nikt w dzieciństwie do tego mnie nie przygotowywał, nic nie pokazywał, tylko krzyknął, a może szepnął by iść tej drogi poboczem na piechotę. Ja nie chciałem iść poboczem, pragnąłem iść jej środkiem, pędzić jak szalony. Już dawno zacząłem o tym myśleć, pierw obwiniając za to, kim się stałem, gdzie jestem, wszystkich prócz siebie, pochodzenie społeczne, biedę, że nie miałem ojca, wzorców i że kurwa zupa była za słona i że nikt mnie nie przygotował do poruszania się tą drogą. Niedawno zrozumiałem, że każda droga może być piękna i prosta. Nawet ta z wieloma zakrętami i pod górę, trzeba tylko w nią wyruszać z ustalonym celem. Do jakiegoś wieku młodzieńczego słuchając mamy, podążałem „prawą” stroną drogi, czy też jej poboczem składającym się z wytyczonych przeze mnie małych celów. Punkt po punkcie, metr za metrem, pod górkę, z górki, na prostą, po zakręcie. I stało się…..Wpatrując się w najlepszych, jak mi odjeżdżają, jak znikają, zaczęło mną coś targać, zacząłem chcieć czegoś więcej od życia. To wszystko zadziało się już, a może dopiero, w szkole podstawowej, kiedy to znalazłem przypadkiem drogę na skróty.

Wtedy można powiedzieć, powstała matka wszystkich moich afer, klucz do drogi na skróty. Stało się to w momencie, gdy zacząłem chodzić do czwartej klasy, kiedy jeszcze nie miałem osobnych nauczycieli od przedmiotów, tylko jednego od wszystkiego. W moim przypadku panią polonistkę-humanistkę, która rytualnie nie zmieniając swoich nawyków idąc powtarzalnością, zawsze na pierwszych lekcjach po wakacjach, zadawała jedno z pierwszych zadań lekcyjnych: „Dzieci namalujcie obrazek z wakacji, co robiliście, gdzie byliście” i takie tam pierdoły. Pierdołami nigdy bym tego nie nazwał, kiedy byłoby to raz po pierwszych wakacjach, no najwyżej po następnych, kiedy to przeszedłem o klasę wyżej. No, ale nie od czterech lat malować to samo. W moim przypadku dosłownie to samo, ponieważ wyjeżdżałem na wakacje zawsze w jedno miejsce do babci na wieś. Co miałem malować tą starą chatkę, tą samą jabłonkę, tego samego kotka Brunia, starą furmankę? Co w tym ciekawego? Więc pierdolnąłem na białej kartce A4 piękny hotel, palmę kokosową, delfina i super wyścigowy samochód. Podpisałem na dole kartki „Wakacje 84, Anglia”. Oddałem pracę Pani, zadowolony, że mogłem namalować coś fajnego i zapomniałem o sprawie. Na następnych lekcjach, parę dni później, pani polonistka poprosiła, abym wyszedł na środek klasy.

Wyszedłem, niczego nie podejrzewając. Pani stanęła obok mnie trzymając kartkę, gdy ją ujrzałem w jej rękach już wiedziałem, że dostanę opierdol za zmyślanie i dwóję za pracę nie związaną z tematem. Spuściłem głowę i zacząłem z pokorą słuchać pani polonistki.

— Dzieci, czy wiecie, że Adaś był na wakacjach w Anglii?!

Myślałem, że się przesłyszałem, że polonistka się przejęzyczyła. Już miałem zaprzeczać „w jakiej Anglii, byłem u babuni”. Podniosłem głowę do góry, aby powiedzieć prawdę i wyjaśnić dlaczego tak namalowałem, a podpis Anglia to tylko dlatego, że to jedyne słowo, które umiałem pisać, jak wtedy mi się wtedy wydawało, po zagranicznemu. Ujrzałem te wszystkie dzieciaki, moich rówieśników z rozdziawionymi jadaczkami, wielkimi oczyma, pełnymi zachwytu i zazdrości. Postanowiłem nie przyznawać się. Znalazłem się pierwszy raz w moim życiu w kręgu zainteresowania. Teraz nazwałbym to, że stałem się „cool”, a „cool” nigdy wcześniej nie byłem, tylko przeciwnie. Dla większości z tych dzieciaków z miasta byłem zawsze wieśniakiem biegającym w czerwonych rajstopkach. Przez następne czterdzieści pięć minut opowiadałem wszystkim jak to było zajebiście w tej Anglii i czego ja tam nie robiłem i nie widziałem. Byłem „cool” jeszcze ze trzy dni. To wystarczyło, abym został popularny chociaż na moment i nic nie trzeba było specjalnie robić, wysilać się czy mieć bogatych starych czy jeansy, by wszystkich przegonić na tej drodze. Doszło do mnie, że wystarczy sprzedawać bajki i iść skrótem.

Z czasem za pomocą tych kłamstw, oszustw zostałem naprawdę niezłym aferzystą, który zawsze już chodził w dżinsach, jeździł na wakacje do ciepłych krajów, miał supersamochody i był po prostu „cool”. Jednak jest też druga strona medalu bycia „cool” i podążania skrótami bez celu. Tą drugą stroną medalu jest to, że siebie nigdy nie oszukasz. Po drodze dwa razy chciano mnie zabić, torturowano mnie. Trzeci raz już się ukrywam, zmieniając kraje zamieszkania. Nie mam własnego domu, miejsca na świecie, za którym tęsknię. Mam zrytą głowę od kokainy, kompletnie rozpieprzony system wartości. Nie mam pieniędzy. Prześladuje mnie poczucie wyrządzonych krzywd. Nie wiem, kim tak naprawdę jestem. Prawie udało mi się wypalić duszę w sobie. Kurwa dosyć, dosyć. Lecz co robić? Jeżeli nic innego nie umiem, nic innego nie potrafię. Czego szukać? Jaką drogę mam obrać? Na pewno już nie na skróty. Dobrze chociaż, że wyczuwam cel, czyli muszę dowiedzieć się kim tak naprawdę jestem.

Tak spędziłem na rogu łóżka swoją pierwszą spowiedź, w której byłem grzesznikiem, a zarazem swoim spowiednikiem. Obudziłem się w środku nocy, a może późnym popołudniem, skąd mogłem wiedzieć ile spałem i która jest godzina, jak nie miałem już zegarka, kurwa mać. A pora roku zwęziła dzień o naście godzin i już o piętnastej było ciemno. Włączyłem telewizor i zorientowałem się, że spałem ponad dwadzieścia godzin. Ta prawie przespana doba nie pomogła jednak w tym by minął kac, okropny „suszniak”, ssanie w żołądku i ból głowy, któremu udawało się praktycznie mnie unieruchomić. Przy każdym przekręceniu głowy w jakąkolwiek stronę, czy przy próbie zrobienia kroku w stronę kuchni, aby napić się czegokolwiek musiałem ją obejmować i przytrzymywać dłońmi by nie odpadła.

Tak skurczony sam w sobie, krok za krokiem, trzymając się za głowę, doszedłem do kuchni by odkryć, że absolutnie nic nie ma do picia. Na szczęście jest jeszcze woda z kranu i gówno mnie obchodziły ostrzeżenia Bratuszki i Wasylewenej, czy chłopaków z cafe internet, aby jej nie pić, ponieważ nie wiadomo, co to jest za woda i skąd. Miałem tak okropnie zasuszone ciało od koniaku, że miałem to głęboko w dupie, też kurwa nie wiadomo skąd i co w nim było. Oby tylko woda była, nawet z samego Czarnobyla, pierw muszę ugasić pragnienie a potem mogę nawet świecić.

Akurat to, że mógłbym świecić to może mi tylko pomóc, abym coś zobaczył w tym wiecznie ciemnym mieście. Odkręcam i nic, ani kurwa kropli, ani nawet bulgotania gdzieś w rurach, które dałoby nadzieję, że z dołu jeszcze jakąś siłą ciśnienia dopłynie na siódme piętro. Nic, nawet na kranie drgania. Trudno, pomyślałem, trzeba wyjść z mieszkania, znaleźć sklep i zdobyć wodę. Ubierałam się powoli z bólem rozpatrując za i przeciw, aby zjechać windą. To ironia losu, że unikałem od samego początku pobytu tutaj jazdy windą zakładając, że tylko bardzo najebany zafunduję sobie przejażdżkę tą diabelską maszyną. Teraz jestem zmuszony w stanie wyższej konieczności trzeźwy, skacowany, z otaczającymi mnie lękami kacowymi zafundować sobie rollercoastera z dziurą po środku. No, ale innej alternatywy nie było.

Prawdę mówiąc może były i to jeszcze dwie, czyli nigdzie nie wychodzić aż do pojawienia się wody w kranie, co mogło by się skończyć moja śmiercią z pragnienia lub podjąć próbę zejścia po schodach, gdzie jeszcze może bym dał radę, ale jakbym zszedł to i bym musiał wejść, a to nie możliwe, ponieważ oceniałem swoje siły, co najwyżej, na pół piętra, nawet mając już zapasy zakupionej wody.

Udało mi się ubrać, założyć buty tak, aby nie spoglądać w dół, nie mając stuprocentowej gwarancji, że lewy znalazł się na prawej nodze i odwrotnie. Nie mogłem znaleźć kluczy od domu, więc zdecydowałem się iść nie zamykając drzwi. Każda zwłoka w czasie groziła mi śmiertelnym zasuszeniem organizmu. Wcisnąłem guzik ściągający windę, zahuczało, zazgrzytało, miałem wrażenie, że ziemia się zatrzęsła. Pięć minut później otworzyłem ostrożnie drzwi do windy. Starając się nie patrzeć w dół i trzymać się jej ścian, próbując zlokalizować na panelu literę P jak parter. Czułem przy spotęgowanym kacu, lękach i zaczynającej się klaustrofobii, że zaraz nie dam rady i pierdolnę. Włączyłem więc jeden, przypomniawszy sobie jakimś cudem, że tu parteru nie ma. Winda zatrzęsła się, zazgrzytała dźwiękiem metalu ocieranym o metal i zacząłem zjeżdżać w dół. Co dziwne zjeżdżałem w dół, a moje flaki z żołądkiem wjeżdżały do góry ze swoją całą zawartością. Opanowała mnie panika i wybór, albo zafunduje sobie krwawą łaźnię, w tym przypadku zarzyganą windę lub przeproszę się ze strachem przed dziurą pośrodku windy.

Wybrałem opcję numer jeden. Rzygając tak do centrum dziury, nie wiedziałem co jest gorsze, czy to, że miałem poczucie, że rzygam wnętrznościami czy to, że stoję w rozkroku nad przepaścią i widzę szyb windy nieskończenie głęboki i przerażający. Tak dojechałem do końca podróży. Nie wpadłem w dziurę, nie skoczyłem w rozpaczliwej sytuacji do wnętrza szybu i lżej mi się zrobiło na żołądku, co poprawiło moje nastrojenie i kondycję by kontynuować wyprawę ratunkową po wodę.

Wracając wybrałem schody, co nie było łatwym wyborem, a raczej trudnym wyzwaniem. Na szczęście, po opróżnieniu treści żołądka czułem się lżej i lepiej. W pierwszym odruchu wchodząc do klatki skierowałem się do windy, której już tak bardzo się nie bałem, lecz po otwarciu drzwi wiedziałem, że tym razem mogę nie dojechać na górę. Nie z powodu dziury w jej wnętrzu a smrodu trupa, poza tym jeszcze jakby ktoś zatrzymał windę po drodze ze mną w środku, to jeszcze byłoby na mnie.

Znalazłem się w domu. Po zaspokojeniu pragnienia przyszedł czas, aby po ciężkich przeżyciach, po nieudanej akcji ze znalezieniem dojścia do zielonego źródełka, z przyznaniem się do otaczającej rzeczywistości, jaka tak naprawdę mnie otacza i moje życie, trzeba przygotować nowy plan. Nie tylko na zdobycie zielonego, ale również, a może przede wszystkim, znaleźć jakiś pomysł i plan, co dalej.

Jednak pierw trzeba się porządnie wyspać i dać odpocząć duszy i ciału. Miałem na to jeszcze troszkę czasu, ponieważ znając Bratuszkę, który miał już się pojawić, to wiedziałem, że przyjdzie spóźniony o tydzień lub więcej. Trochę nawet zacząłem już za nim tęsknić. Czas mi upływał do przyjazdu Bratuszki na przesiadywaniu w kafejce internetowej, z tą różnicą, iż nie tylko grałem w swoich „Herosów”, ale zacząłem obserwować tak zwany rynek pracy, czyli ogłoszenia o pracę. Jakie są zarobki, dostępne stanowiska i gdzie pasuję ze swoim zawodowym wykształceniem i wyuczonym zawodem, mechanik obróbek skrawających. Chyba pierwszy raz w życiu szukałem uczciwej pracy. Szukałem to za dużo powiedziane, raczej chciałem się zorientować, o co chodzi, co w trawie piszczy. Nigdy wcześniej nie pracowałem, poza jednym epizodem, jak byłem młodym dziennikarzem, pracując w paru poczytnych dziennikach, co trwało ze dwa lata. Później już nigdy nie szukałem pracy a miałem już trzydzieści parę lat.

Oprócz chodzenia do kafejki, czas mi upływał na polowaniu na gorącą wodę by się wykąpać lub grzaniu jej na palnikach we wszystkich dostępnych do tego garnkach. Nie chciałbym już tak narzekać na te dostępne i niedostępne media w mieszkaniu jak brak wody, brak ciepłych kaloryferów, dostaw prądu, ale muszę do tego dodać, że mocy gazu w palnikach kuchenki też brakowało. By zagrzać w pełni gar zimnej wody trzeba było czekać godzinami, a i tak woda gotowana w nim nie dochodziła do wrzenia. Na szczęście, nie robiłem prania, ponieważ zlokalizowałem niedaleko pralnię, w której dość szybko zostałem ulubionym klientem, zachodząc do niej co trzeci dzień.

Spędzając samotnie czas w mieszkaniu, jedynym przedmiotem, który odbierałem i którego słuchałem, nic praktycznie nie rozumiejąc, był telewizor, który grał non stop i grał różnie, od wystąpień polityków w parlamencie ukraińskim po ludową muzykę ukraińską. Jedynym minusem tej telewizji było to, że nie można było wejść w interakcję i nie można było z nią gadać. Choć jak człowiek tyle czasu spędza samotnie w domu to i potrafi rozmawiać z telewizorem. Nie mogłem się jeszcze zebrać do ogarnięcia w całości po mojej ostatniej spowiedzi przed samym sobą, rozmowy z moją duszą, z moim ja. Była to chyba taka pierwsza świadoma w życiu wewnętrzna rozmowa.

Wiem, że zmiany jakie się dokonywały czy syndromy tej zmiany we mnie do tego momentu, pojawiły się już dawno temu, kiedy przestało mi iść w interesach, a de facto w aferach, oszustwach. Te niepowodzenia w interesach tłumaczyłem wtedy nie przygotowaniem, brakiem koncentracji, strachem wynikającym z ostatniej „dużej afery”, a przy której mało co nie straciłem życia, a tak naprawdę przestałem zarabiać pieniądze i przestało mi dobrze iść, bo straciłem do tego serce, jeszcze o tym nie wiedząc. W tym fachu jeżeli tracisz serce do roboty, to nikogo nie oszukasz, ponieważ sam już w to nie wierzysz. Dobrze, że mam zabezpieczenie w postaci pieniędzy od pana Władysława i jeszcze miesiąc zanim wrócę do Polski. W Polsce podejmę decyzję, co dalej lub decyzje podejmie za mnie życie, któremu pozwolę rzucić we mnie ślepym losem.

W Czerkasach odkąd przyjechałem nie przestaje być zimno w chuj, ani też jaśniej. Dodatkowo w telewizji na każdym kanale, który włączę, czy przełącze widzę młodego kolesia w kąpielówkach pływającego na dętce od traktora gdzieś w ciepłym morzu i pierdoli, co zrozumiałem „a ja na more”, czyli a ja nad morzem. Była to reklama sieci komórkowej „Kyivstar”. Nie ulegam reklamom, przynajmniej świadomie, lecz po ujrzeniu tej reklamy z kilkadziesiąt razy, postanowiłem sobie, że pojadę nad te morze. Wiem, że reklama dotyczyła sieci komórkowej, ale bardziej byłem zainteresowany i można powiedzieć owładnięty myślą w te chujowe zimowe dni, że ja nad te ciepłe morze pojadę. Tam też sobie powiem „a ja na more” i będę miał wszystko w dupie. Nawet zapytałem chłopaków z kafejki internetowej, z którymi przez ten czas zdążyłem się dosyć dobrze poznać, czy wiedzą jakie to „more”. Okazało się, że to Morze Czarne i Krym. Telefon z reklamowanej sieci też w końcu kupiłem, aby unikać wycieczek na pocztę, mając jeszcze w pamięci „faceta bez nóg”, lecz głównym powodem było zaginięcie Bratuszki, który to miał już wrócić dwa tygodnie temu. Zacząłem się już trochę niepokoić, więc skontaktowałem się z nim. Okazało się, że z Witalikiem wszystko w porządku, jak to powiedział zeszło mu się troszkę dłużej, ponieważ rozstaje się z żoną i tarataratara, musiał troszkę odreagować. Obiecał, że teraz na pewno wróci i będzie na sto procent do końca tygodnia. Tak podejrzewałem, że na pewno wróci do końca tygodnia bo zbliża się jego wypłata ode mnie tarataratara.

Nadal chciało mi się palić, nawet jak nie tak bardzo jak na początku, to ambicjonalnie postanowiłem, że mimo przeciwności losu, nawet jakbym miał sam zasadzić tą trawę to zasadzę, zetnę, ususzę i wypalę jointa. Nawet gdybym miał tu siedzieć specjalnie dłużej w okresie jej wegetacji. Czas przejść się na tutejszą dyskotekę, dyskretnie przyjrzeć się ochronie i zagadać o zielonym źródełku. Dyskoteka jak zdążyłem zauważyć znajdowała się niedaleko, przysłowiowy rzut na taśmę, po drugiej stronie ulicy i sądząc po wielkości budynku musiała być spora. Miałem jeszcze parę dni do piątku czy soboty, w których to dniach była otwarta. Dobrze się ten czas zazębiał z przyjazdem Bratuszki, którego chciałem zaprosić na tą dyskotekę i jakby tak nieformalnie zorganizować pożegnalne tarataratara. Zostało co prawda jeszcze trzy tygodnie lecz po ostatniej z nim telefonicznej rozmowie i wyczuciu jego kiepskiego stanu psychicznego z powodu rozwodu z żoną, chciałem jakoś go podnieść na duchu.

Pokazać, że świat jest piękny i piękne dupy po nim chodzą, i że to nie pierwsza i nie ostatnia. No, może w wydaniu Witalika nie pierwsza i nie ostatnia, ponieważ to jego drugi rozwód. Liczyłem na to, że jeżeli mijam za każdym razem czy widzę w barze mnóstwo czerkawskich dziewczyn, to na takiej dyskotece będzie ich mnóstwo. Nie byłbym do końca sobą gdyby jeszcze nie był drugi powód, dla którego chciałem go wziąć ze sobą. Drugi i najważniejszy, czyli moje bezpieczeństwo. Nauczony już troszkę ostatnim przypadkiem i zdobytym doświadczeniem, przestrogą, że tutejsze dziewczyny, przynajmniej kurwy, to ostre zawodniczki.

Wiedziałem też, że jeżeli miałbym iść na podryw to ostatnią osobą, którą miałbym na ten podryw wziąć to Witalik, ponieważ biorąc Bratuszkę, moje szanse na wyrwanie dupy spadną praktycznie do zera. No, ale nie chodziło tu o dupy a o jointy. Przyszedł piątek, w którym to dowiedziałem się od mojego teoretycznego opiekuna, że na pewno będzie w niedzielę rano, i że kupił już nawet bilet. Postanowiłem iść na disco w sobotę. Rozważałem również, że pójdę w przyszłym tygodniu, jak dojedzie, ale żadnej gwarancji nie miałem, że tak się stanie. Szczególnie, że wyjeżdżając z Czerkas dawał słowo i się zarzekał, że maksymalnie wyjeżdża na tydzień. Wypucowałem się, wypachniłem, założyłem koszulę i świeżutki garnitur odebrany z pralni, wyciągnęłam z dna walizki swoje najlepsze mokasynki i byłem gotowy do wyjścia. Ostatnie popatrzenie na siebie w lustro przed wyjściem, wyglądałem jak milion hrywien. Uświadomiłem sobie jeszcze, że na dyskotece ostatni raz byłem kurwa tak dawno, że już nie pamiętam, chyba z dziesięć lat temu.

Przez ostatnie naście lat jak wychodziłem się zabawić, to nie były to stricte dyskoteki dla małolatów, tylko kluby nocne, jakieś restauracje czy kluby gogo i ten strój, garnitur, biała koszula i mokasynki nie pasują na dyskotekę z małolatami. W tym stroju i latami, jakie miałem na karku, będę wyglądał pewnie jak przysłowiowy wujcio. No, ale w końcu nie idę na podryw i się zabawić tylko idę w konkretnej sprawie. Załatwić dojście do zielonego źródełka. Już na wejściu na dyskotekę zauważyłem dwie bramki na zewnątrz, czyli dwóch barczystych, naprawdę dużych kolesi.

Jednak to nie oni są potencjalnym źródłem, bardziej nad rozpowszechnianiem i sprzedażą dragów na dyskotekach, czy klubów, zajmuje się bramka w środku lub jakiś teoretycznie klient dealer, ochraniany, oczywiście nie za darmo. Tak jak przypuszczałem, dyskoteka naprawdę duża, składająca się z dwóch sal i wielkiego baru oraz miejsca by usiąść, czegoś się napić i odpocząć między tańcami.

Przyszedłem dość wcześnie tak, aby jeszcze przed tłumem mieć dobry widok na to, co się dzieje i zorientować się w sytuacji. Tak jak w barach i restauracjach, które parę razy odwiedziłem w Czerkasach, można było od razu zauważyć, że więcej jest kobiet niż mężczyzn. No, może więcej dziewczyn niż chłopaków. Dopiero tutaj też można było ujrzeć młody kwiat ukraińskich dziewczyn, nie tylko samej ilości, ale piękna słowiańskiej urody. Nie byłem częstym bywalcem polskich dyskotek, ale troszkę w młodych latach na nie chodziłem jak każdy, taki etap. Mogę przyrzec i założyć się z każdym o wszystko, tylu pięknych dziewczyn w jednym miejscu nigdy nie widziałem.

Sądzę, że jeżeli ktoś nie był na Ukrainie, a szczególnie w tym mieście Czerkasy, nigdy też nie widział takiego zjawiska, natężenia kobiecości, flirtu, kokieterii. To po prostu zjawiskowe na skalę nie tylko europejską, ale również skalę światową.

Nie zapomniałem o głównym celu, jakim było załatwienie czegoś do palenia, nie myślałem też, aby jakąś z tych dziewczyn poderwać. Wystarczyło mi, że sobie siedziałem i patrzyłem na te zjawiskowe piękno. Od czasu do czasu rozglądając się za czymś charakterystycznym, co zwróciło by moją uwagę, mianowicie dotyczącego dilerki na dyskotece.

Rytm był i muzyka dobra, sama noga porusza się w tanecznym rytmie. Tak dawno nie tańczyłem, że zapomniałem jak to się robi. Na szczęście za bardzo swoim ubiorem nie wyróżniałem się w tym miejscu, prócz ochrony w garniturach, zauważyłem jeszcze troszkę facetów podobnie ubranych jak ja. Może wśród tej młodzieży wyglądałem troszkę jak wujcio, lecz czułem się przy tych obrazach i muzyce tak jak ich rówieśnik. Pamiętając jeszcze straszliwego kaca „koniaczkowego”, tym razem postanowiłam pić napoje chłodzące bezalkoholowe. Dużo świateł, dużo kolorów, luster, świecidełek. Bar porządnie zaopatrzony, obsługa w gustownych uniformach, kanapy wygodne. Dyskoteka niczym nie różniła się wystrojem i komfortem przebywania od zachodnich klubów.

Po upływie jakiegoś czasu od mojego przyjścia zaczęło być dosyć tłoczno, oczywiście z przeważającą ilością dziewczyn nad chłopakami. Coraz trudniej było mi skupić się na głównym powodzie, po który przyszedłem.

Bramkarze ginęli mi z widoku i sytuacje, które mogły wskazywać na dilerkę. Pora przejść się do toalety, gdzie prawdopodobieństwo spotkania dealera było największe, może nie w samej toalecie, ale w jej okolicach. Tu poczułem rozczarowanie jak dyskoteka była na bardzo dobrym poziomie techniczno — disajnowym, to toalety jakby zatrzymały się w czasie i pamiętały komunę. Może nie wyglądały jak klatka schodowa w moim bloku czy winda, lecz ściany były odrapane i stara farba na tych ścianach, płytki na podłodze chyba tego samego koloru i faktury, co na dworcu kolejowym, czyli różowo-czerwone. Smród był nie taki jak ostatnio w windzie czy szybie windy, którą zarzygałem, ale dał się wyczuć. Jestem estetą i takie dysproporcje, jakie zobaczyłem były dla mnie czymś, co dyskredytowało to miejsce. Nawet jakby był najlepszy bar, najlepsze oświetlenie i najlepszy DJ na świecie, to dla mnie już nie ma czego oceniać. No, chyba że na zero. To jak poderwać super panienkę, piękną, kobiecą, z długimi nogami i super dupcią, ze świetnym makijażem, manicure, w super stylowych, markowych ciuchach pachnącą „coco chanel no 5”, iść z nią do łóżka i odkryć, że ma obsrane majtki, ohyda. Toalety w dodatku były uni-sex.

Rozglądałem się za jakimś dilerem, mając nadzieję, że może diller sam podejdzie. Niestety, nic takiego nie miało miejsca. Zwykła kolejka do zwykłego klopa, bo łazienka tego nie można nazwać. Przynajmniej mijały mnie, co i raz piękne kobiety i jak już zwolniła się toaleta, wyszła z niej naprawdę piękna dziewczyna, naturalna blondynka o zjawiskowej urodzie, aż mi serce mocniej zabiło i podskoczyło ciśnienie.


Mijając mnie uśmiechnęła się do mnie zmysłowo, jakby zapraszała na flirt. Za bardzo chciało mi się lać od tych napojów bezalkoholowych, abym uniósł się do góry i zaczął za nią lewitować, ale takiej pięknej twarzy nie zapomnę i pierwsze, co zrobię po wyjściu z toalety ta ją odszukam i zaproponuję drinka. A tam drinka, butelkę szampana. Wszedłem do kabiny, smród się spotęgował, ale nie smród był największym zaskoczeniem. Nawet nie to, że nie było w nim tradycyjnego klozetu, tylko biała posadzka a w niej dziura, a to, że obok tej dziury leżał kawał kabana, gówna w kształcie wielkiego rogala. Czar dupeczki w sensie dosłownym i przenośnym prysł, jeszcze szybciej niż się pojawił. Zamknąłem oczy, zrobiłem, co swoje, czyli się odlałem, starając się nie trafić na rogalika i wypierdoliłem stamtąd jak najszybciej mogłem. Gdy znalazłem się na głównej sali, już te kolorowe światełka, muzyka, zajebisty bar i piękne kobiety nie robiły na mnie takiego wrażenia, jak na początku. Jakieś gówniane miejsce pomyślałem i kazałem barmanowi polać sto gram wódki, aby się otrząsnąć z tego obrazu.

Podobnie było w Polsce, mowa tu nie o gównie, tylko o szczegółach początku przemian. Wszystko na zewnątrz czyste, ładne, nowoczesne, a co było mało widoczne mogło być pominięte, taka prowizorka, pokazówka. Dopiero później ludzie zrozumieli, że powinno być odwrotnie i to szczegóły budują klasę, czy prestige miejsca.

Wszystko przed Ukrainą. Zastanawiał mnie jeszcze jeden fakt, a jeżeli byłeś najebany i szedłeś na tak zwaną „dwójkę”, to jak utrzymać równowagę na kucaka? Jak się nie wpierdolić do takiej obsranej bardachy, jak przykładowo ledwie stoisz w normalnej pozycji.

Tu chyba dałby sobie tylko radę najebany Małysz. Po jakiejś godzinie niesmak mi w miarę minął. Nadal nic nie zauważyłem, co by mi pomogło w znalezieniu dealera. Więc postanowiłem, że skoro po tylu latach znalazłem się na dyskotece, to… nie, żadnego podrywania dup, że po prostu sobie potańczę przed wyjściem i jak już będę wychodził zapytam się jakiegoś ochroniarza wprost o dragi. Najwyżej powie spierdalaj, czyli „idi na chuj”, lub w najgorszym wypadku dostanę strzała bądź też mnie już nie będą wpuszczać, co akurat by nie było żadną karą. Jeden taniec, drugi taniec, świetna muzyka poczułem energię, rytm taki naturalny, można by rzec młodzieńczy sprzed lat. Już nie pamiętałem, kiedy na trzeźwo, bez dużej ilości alkoholu, kokainy tak się bawiłem. Moja muzyka, moje przeboje, wow, jeden skok, jeden piruet, następny skok… Kolejnego piruetu już nie było. Przy ostatnim skoku poczułem niesamowity głęboki ból i odgłos zgrzytu kości, mimo tego, że muzyka głośno grała. Potem już leżałem na parkiecie, trzymając się za kolano. Tłum tańczył dalej, pewnie myśląc, że zacznę tańczyć „breakdance”. Nie wiem jakim sposobem wydostałem się z pod tego stada tańczących nóg, prawdopodobnie ktoś mi pomógł wydostać się. Piszę prawdopodobnie, ponieważ zbyt dużo nie pamiętam z tego momentu. Mózg wyłączył mi większość funkcji, skupiając się na walce, może nie o samo przetrwanie, ale na walce z opanowaniem bólu. Jak to zrobiłem, że wydostałem się dalej w kierunku drzwi wyjściowych? Nie wiem, być może podskakując na jednej nodze, czy pełzając po parkiecie. Tego też do końca nie jestem pewien.

Było mnóstwo ludzi i koleś podskakujący na jednej nodze nie zwracał większej uwagi. Połowa dyskoteki podskakiwała, to na jednej, to na drugiej nodze, w rytm muzyki.

Udało mi się dojść do głównej bramki, przytrzymałem się jakiegoś stolika czy krzesła, wyjąłem wszystkie hrywny, jakie miałem i zawołałem pierwszego ochroniarza, którego zobaczyłem. Pokazując mu pieniądze i krzycząc do niego:

— Забери мене додому, Я живу поруч.

Ochroniarz zrozumiał, co do niego mówię i widząc pieniądze w moim ręku krzyknął coś do swoich kumpli, złapał mnie pod ramię unosząc prawą stronę ciała tak, że prawa noga mi zwisała i wyszedł ze mną na zewnątrz. Ja już tylko powtarzałem jedno:

— Сумгайська 44, квартири 68.

Wiem, że ochroniarz zanosząc mnie do domu jak worek kartofli mówił, że trzeba do szpitala, lecz ja nie chciałem.

— Вам потрібно йти до лікарні.

Tak zaniósł mnie pod same drzwi domu. Wręczyłem mu pieniądze i podziękowałem, a że wydał mi się w porządku facetem, poprosiłem go o numer telefonu na wszelki wypadek gdybym potrzebował pomocy. Miał na imię Pietja. Usiadłem na łóżku i rozdarłem prawą nogawkę by sprawdzić jak kiepsko. Było kiepsko, na pograniczu chujowo. Noga spuchła po całej jej długości, kolano zachodziło fioletowym kolorem. Bolało w chuj, jakby wyrywali Ci parę zębów bez znieczulenia, tylko w kolanie. Jakimś sposobem, dokładnie czołgając się po podłodze, doszedłem do kuchni, wyjąłem lód z zamrażarki, włożyłem go w ścierkę i obwiązałem spuchnięte kolano. Łyknąłem jeszcze wszystkie tabletki przeciwbólowe, jakie znalazłem w apteczce i tak położyłem się na łóżku z nadzieją, że jakoś mi to przejdzie i nie jest to nic poważnego. Niestety było. Ten sam ból, który wyssał ze mnie resztki sił i tym sposobem dał mi zasnąć z wyczerpania.

Rozdział 3 — Jednonogi rezydent

Ból był spotęgowany i miałem wrażenie jakby rozlał się na całą nogę. Ostrożnie podniosłem się troszkę, oczywiście trzymając prawą nogę dziwnie wygiętą w kolanie, nie do środka ale na zewnątrz. Kolano było tak napuchnięte, że wyglądało jak stłuczona głowa. Cała noga była przez opuchliznę większa, jakby przybrała na masie o sto procent. Tabletki chyba jeszcze działały, bo miałem lekki haj. Może, o ironio, nie od tabletek a od bólu, na które miały pomóc. Jak nie ruszałem nogą, czy jej nie dotykałem dało się jeszcze wytrzymać, lecz wiedziałem, że bez szpitala na pewno się nie obejdzie i jeżeli coś z tym szybko nie zrobię, to albo sama mi odpadnie, albo mi ją upierdolą. Wziąłem telefon i zacząłem się zastanawiać, jaki jest numer na pogotowie, jakikolwiek numer do jakichkolwiek służb ratunkowych. Nienawidzę być bezradny i po tylu sytuacjach, jakie mi się przydarzyły w życiu raczej nie panikuje, lecz patrząc na nogę i na kolano, które dosłownie rosło jak ciasto drożdżowe na moich oczach byłem bliski paniki.

Nie mogąc nic wymyślić ze znalezieniem numeru alarmowego na pogotowie pomyślałem, że zadzwonię do ochroniarza, gdyż nie mam innego wyjścia. Nie myślałem nawet, że może mnie nie zrozumieć, zrozumie i przyjdzie, dobrze zarobi. Poza tym wczoraj napierdalałem po rosyjsku, czy ukraińsku jakbym się tu urodził. W ekstremalnych sytuacjach mózg inaczej pracuje i jak zaistniałaby taka potrzeba, to pewnie napierdalałbym i po koreańsku.

Bramkarz nie dał mi szansy wykazania się moją znajomością języka oraz przespał, zapewne po nocnej pracy, szansę zarobienia pieniędzy, ponieważ telefon był wyłączony. Pozostały mi jeszcze dwa wyjścia, doczołgać się do sąsiadów, prosząc o pomoc lub dzwonić do Bratuszki. Sąsiadów zostawiłem na koniec. Wybrałem numer telefonu, przyłożyłam słuchawkę do ucha i usłyszałem charakterystyczną melodię taratraratara, ale nie w uchu, przy którym trzymałem telefon, tylko usłyszałem ją pod drzwiami od mieszkania, tarataratara, tarataratara. Bóg mnie nie opuścił. Usłyszałem otwieranie drzwi i ujrzałam uśmiechniętego Witalika. No tak, przecież jest dziś niedziela!

Z tego szczęścia chciałem mu zatańczyć, ale wystarczyło moje tarataratara. Bratuszka od razu zauważył, że coś jest nie tak, bo od razu szczęście zniknęło z jego twarzy i pojawiła się troska. Swoją drogą pierwszy raz zauważyłem u Bratuszki ludzki, ciepły wyraz twarzy, bez napięcia, bez czujności.

— Co się stało Adam? Co się stało?!

Popatrzył tylko na nogę, już trzeci raz nie zapytał, co się stało.

Zapytał czy mogę, ale nie dokończył… Zaczął dzwonić.

— Bratuszka, muszą przyjechać, ja nie dam rady nawet zejść z łóżka.

— Adam wszystko będzie dobrze, zaraz ma przyjechać jakaś „skóra”.

— Jaka skóra Witalik, tu trzeba chirurga, nie potrzebny mi jest przeszczep skóry.

Bratuszka na tyle był przejęty, że zaczął do mnie mówić po ukraińsku, czy po rosyjsku, kompletnie nie zwracając czy zapominając, że nie rozumiem tych języków.

— Ej, ej Brat powoli, po maleńku. Zacznij mówić do mnie wolniej i po polsku, bo kurwa nic nie rozumiem.

— Jaka skóra?

— Karetka, po naszemu „skóra”.

— To dobrze, bo myślałem, że chcesz zacząć od dupy strony i zanim złożą mi kość już chcesz zająć się estetyką mojej nogi.

— Co się stało? Jak to się stało? Mów, spadłeś ze schodów? Winda się urwała? Mówiłem kurwa, abyś nie wchodził do windy!

— Do windy co najwyżej narzygałem.

Nie powiedziałem Bratuszcze, że byłem na dyskotece, tylko że poślizgnąłem się na schodach. Mniej wtedy będzie pytał „A po co? A dlaczego?”. Te jego mądrości, które z pewnością by się pojawiły, nie były mi teraz potrzebne. Mając we krwi manipulowanie ludźmi, zdarzeniami, słowem, sytuacją, faktami i ich umiejętnym łączeniem, wszczepiłem Bratuszce poczucie winy, że zawalił sprawę. Zaargumentowałem, że będąc moim opiekunem i biorąc za to pieniądze, powinien być wtedy przy mnie.

Dlaczego to zrobiłem? Ponieważ facet powiedział, że jedzie na tydzień, na parę dni, a przyjechał po sześciu, czy siedmiu tygodniach. To mu się należało, a że zjawił się w takiej chwili, to dziękować Bogu i Opatrzności. Nawet dostanie premie ode mnie. Przypomniał mi się od razu przypadek mojego znajomego, który służył w armii, jeszcze wtedy poborowej, gdzie przy pełnieniu służby wartowniczej został przyłapany jak dyma jakąś garnizonową kurewkę. Na drugi dzień dostał dwa tygodnie karceru i tydzień urlopu. Na pytanie „za co to?” usłyszał, karcer za dymanie na służbie, a urlop za to, że dymał z karabinem na plecach i nie porzucił broni.

Szkoda było mi tych młodych kolesi, którzy dźwigali mnie znosząc na noszach z siódmego piętra schodami. Nie mieli innego wyjścia, nosze nie zmieściłyby się do windy. Dobrze, że lekarz, który zobaczył moją nogę, nie pytając czy mnie boli, pierwsze, co zrobił, to zastrzyk przeciwbólowy. Mimo tego zastrzyku czułem każdy stopień, każdy wstrząs, jakby mi te kolano łamano ponownie. Szpital jak szpital, wyglądał jak zwykły budynek, zwykli chorzy i zwykli lekarze, zwykły personel. Tylko jakby wszyscy, wszystko bardziej szare smutne niż w polskim szpitalu. Natomiast, jeżeli chodzi o sprzęt medyczny, który zauważyłem leżąc na łóżku i kursując od pokoju do pokoju, od konsultacji do konsultacji, pochodził z lat dwudziestych. Nie znam się oczywiście ani na medycynie, ani na sprzęcie medycznym, ale dałbym może nie głowę, ale kolano obciąć, że podobny sprzęt widziałem na filmach dokumentalnych o I Wojnie Światowej i leczeniu żołnierzy frontowych. To bieda i kryzys, na szczęście lekarze byli dobrzy i oddani sprawie, znali się na pracy, a to podstawa.

Oczywiście trzeba było dać ze dwieście dolarów, aby ta wiedza pomogła i mi, bo bym kursował tak od pokoju do pokoju, od konsultacji do konsultacji, aż do diagnozy, że trzeba amputować nogę. W Polsce z łapówkami było podobnie, ale system ten sam. Nie posmarowałeś, szybko do zdrowia nie wróciłeś. Wreszcie zawieziono mnie na rentgen i zaczęto dookoła mnie i na mnie stawiać worki z ołowiem. To nadużycie z tymi workami, bardziej wyglądało to na ołowiane kamizelki. Kurwa, ta maszyna przecieka. Jest dziurawa czy jak? Czy wysyłają mnie na wojnę?

Do pomieszczenia przeznaczenia, czyli tam gdzie znajdowała się maszyna, popchnął moje łóżko wielki facet w białym tyglu. Był pewnie pielęgniarzem, ale wyglądał z tym parodniowym zarostem i wielkimi łapami jak zbój z gajowego lasu.

Popatrzyłem na maszynę od rentgena. Wielka była jak pokój, siermiężna, wyglądała jak maszyna parowa. Takimi maszynami prześwietlenia rentgenowskie owszem wykonują, ale nie ludziom, tylko kontenerom na przejściu granicznym w Rawie Ruskiej, po to by sprawdzić, czy czasem nie ma kontrabandy. Ja nie jestem kontenerem i nawet nic nie połknąłem, mi tylko napuchło kolano. W tamtym momencie dałem sobie słowo, że może nie tyle przestanę palić gandzię, ale szukać na Ukrainie zielonego źródełka już na pewno nie będę. Pierw okradły mnie dziwki, potem rozjebałem paskudnie nogę, a teraz wsadzają mnie do jakiejś maszyny, po której pewnie zostanę „Hulkiem”.

To jakbym chciał konsekwentnie zrealizować jeszcze trzecią i czwartą opcję tych moich poszukiwań, to przy trzeciej próbie pewnie by mnie zastrzelili. Nie dam się zabić, zapalę sobie w Polsce. Nawet jakbym sprzedał zegarek u „żyda” za jedną trzecią jego wartości, dodał do tego koszty i konsekwencje tego wypadku, to taniej by mnie wyszło polecieć na Jamajkę i tam zapalić wśród palm najpiękniejszego, najsmaczniejszego i największego jointa w życiu.

Z marzeń i wizji wybudził mnie dzwonek ostrzegawczy, że procedura się zaczęła. Zahuczało, zagrzmiało podobnie jak nieszczęsna winda. Już? Już po wszystkim? Przeżyłem! Zielonym „Hulkiem” też się nie stałem. Pojawił się Gajowy, odstawił mnie na korytarz, gdzie czekał Bratuszka i kazał oczekiwać na lekarza. Z tych wrażeń i strachu przed maszyną, zapomniałem o bólu, który pojawił się od razu, kiedy znalazłem się na korytarzu. Bratuszka nadal był zmartwiony i opiekuńczy.

— Witalik, za ile będzie zdjęcie?

— Nie wiem Adam, za pięćdziesiąt dolarów?

— Brat, ja się nie pytam za ile pieniędzy, tylko za ile czasu.

— Aaa, za godzinę może. Za dziesięć minut, idę do doktora.

— Dawaj, zapalimy papierosa.

— Tu na korytarzu w szpitalu nie można.

— To dawaj do bardachy (po ukraińsku toalety) z tym łóżkiem. Jak widziałeś drzwi w toalecie szerokie, damy radę.

Tak do wyników, które o dziwo były szybciej, niż mówił Bratuszka, przesiedzieliśmy w szpitalnym kiblu, paląc sobie papieroski. Lekarz patrzył na zdjęcia nóg, dokładnie kolan, kiwał głową, cmokał i wreszcie przemówił po przez Witalika, który tłumaczył.

— Prawe kolano połamane.

Połamane w cudzysłowie, ponieważ Bratuszka nie znał na tyle języka polskiego by dokładnie przetłumaczyć fachowe określenia lekarskie.

— To złamanie na pewno nie powstało, jak Pan twierdzi podczas upadku ze schodów. Poza tym prześwietliliśmy Panu drugie kolano. Nie jest co prawda połamane jak prawe, lecz też jest w fatalnym stanie. Co się tak naprawdę stało proszę Pana?


— Nic, spadłem ze schodów, tak jak mówiłem, przecież bym nie okłamywał Pana Doktora. Może te drugie kolano jest też w gorszym stanie, ponieważ kiedyś jeżdżąc na nartach, wywróciłem się i też mnie tak bolało jak teraz, ale nie spuchło i po paru dniach mogłem chodzić.

— Pan kłamie, ale to Pana sprawa.

Kłamałem, nigdy na nartach nie miałem wypadku, nawet nie umiem jeździć na nartach. Nie powiem mu przecież, że parę lat temu wpadło do pokoju hotelowego paru zawodowców i zaczęło mnie torturować, między innymi bić mnie po kolanach młotkiem.

— Minimum na miesiąc usztywniamy nogę, a potem się zastanowimy jak nad nią dalej pracować.

Ponownie zjawił się „Gajowy” i tym razem zawiózł mnie do, jakbym to nazwał, „Gipsowni”. Tam wpieprzyli mi nogę w gips, od pachwiny do kostki. I tak zostałem jednonogim „rezydentem” miasta Czerkasy, z jedną sprawną nogą i biedniejszy o następną stówkę. Tak więc joint, którego nie zapaliłem, nawet go nie zobaczyłem, kosztował mnie trzysta dolarów. Nie mogę narzekać, tylko Bogu dziękować, że w odpowiednim czasie zjawił się Bratuszka. Nie mam pojęcia jakby to wszystko się potoczyło, gdyby go nie było. Lekarz powiedział, że przez miesiąc będę miał unieruchomioną nogę. Ok, zdejmą mi co najwyżej gips o tydzień wcześniej, a leczyć kolano będę w Polsce.

Tak minęły trzy tygodnie. Głównie wpatrywałem się w telewizję, drapałem nogę wszystkim, co wchodziło pod gips i „tarataratowałem” z Bartuszką, który to już nigdzie nie wyjeżdżał, nigdzie się nie szlajał, a opiekował się mną jak dobry przyjaciel. Wreszcie według moich obliczeń, odejmowania czasu i dni z kalendarza, przeszedł ten dzień, gdzie trzeba zadzwonić do pana Władysława i poinformować go o tym, że właśnie skończył mi się trzymiesięczny kontrakt na wygnaniu i że wracam. Jeszcze tylko do szpitala, a dokładnie do lekarza na zdjęcie gipsu, który już nie wyglądał jak gips, tylko więzienne dzieło sztuki.

Dlaczego więzienne i dlaczego dzieło sztuki? Ponieważ zawsze, gdy Bratuszka wypił swoje trzy magiczne piwa, brał do ręki flamaster i malował mi na tym gipsie różne wzory, rysunki i malunki. Po tych trzech tygodniach już nie było na nim wolnego miejsca. Więzienne dlatego, że malowidła składały się głównie z symboli, tatuaży więziennych takich jak gwiazda ośmioramienna, róże, kopuły cerkwi, które wskazywały ile lat i za co się siedziało, postacie Matki Boskiej. Jednym słowem miałem na nodze tyle więziennych symboli jak ciało skazańca po dwudziestu latach odsiadki w różnych koloniach karnych. Nie martwiłem się tym, w końcu to coś ciekawszego od zwykłego gipsu.

Gorzej z Bratuszką, który zapowiedział że ni chuja i ze mna nie pójdzie na zdjęcie gipsu bo mu wstyd i jeszcze lekarz zadzwoni po musorów. Nawet wpadł na pomysł przynosząc wiadro z ciepłą wodą i gąbką, że to wszystko zmyje. Nie pozwoliłem na to, ponieważ to ciekawa pamiątka. Malował to niech teraz się jeszcze na pamiątkę podpisze. Oczywiście nie wyraził na to zgody.

Już zaczynało się robić cieplej i słoneczniej. Dni były dłuższe a powietrze i jego zapach oznajmiał, że już idzie wiosna i można pożegnać powoli zimę. Nie tylko zimę, mogę już zacząć żegnać Ukrainę.

Pierw zajedziemy do szpitala, a potem na pocztę, abym zadzwonił poinformować pana Władysława, że wracam. Pierwszy raz wyszedłem od trzech tygodni, a dokładnie wyjechałem na wózku, na zewnątrz. Wiosna, energia, brak śniegu, idzie nowe, wracam! Nawet się nie zastanawiałem, czy to prawda czy nie, że Bratuszka pożyczył wózek od sąsiada z góry, a nie zapierdolił na te parę godzin. Tak stanęliśmy przed blokiem, to znaczy Witalik stał, a ja siedziałem na wózku z usztywnioną nogą, nie mogąc się oprzeć wrażeniu, że salutuję tą kończyną jak w nasistowskim pozdrowieniu. Zapaliliśmy jednego papieroska, drugiego, wreszcie zapytałem Bratuchy:

— Ile jeszcze będziemy czekać?

— Na co?

— Na jajco, za ile przyjedzie taksówka?

— Już jedzie.

Pokazał palcem na samochód, który rzekomo miał nas zawieźć do szpitala i na pocztę.

— A co ty Brat zamówiłeś? Malucha? A gdzie ja mam tam się zmieścić? I jak? Kurwa, ten samochód nie ma nawet bagażnika.

Nie był to dosłownie polski maluch, lecz podobnie mały.

— No chyba, że chcesz mnie przywiązać na dachu sznurkiem i wieść jak choinkę. Przypominam tylko, że święta Bożego Narodzenia skończyły się dawno temu, Debilu.

Trudno mi określić, co to za samochód, ponieważ kompletnie nie interesowałem się motoryzacją. Poza jedną marką, o której naprawdę mogłem coś powiedzieć, czyli Mercedesach, które z lubością w czasach „prosperity” kupowałem i jeździłem.

— Zamawiaj jakiegoś busa, wytłumacz dyspozytorce, jaka jest sytuacja. Chyba, że chcesz mnie uraczyć wycieczką i pchać ten wózek przez całe miasto, ale wtedy cofnij się na chatę i znieść mi koc bo zmarznę.

Po jeszcze jednym papierosku już jechaliśmy busem i to przystosowanym do przewozu niepełnosprawnych. Cudowny kraj, pełen skrajności i nie tylko motoryzacyjnych. Kierowca powiedział, że łatwiej będzie po drodze zajechać pierw na pocztę, a potem do szpitala. Zgodziłem się, było mi wszystko jedno. Wjechałem na tą samą pocztę, gdzie krzyczałem do słuchawki i targowałem się z dziwkami.

Miałem nadzieję, że nikt tego faktu już nie pamięta i nie zwróci mi uwagi, czy nie będzie wytykał mnie palcem. Poza tym, z tym wymalowanym gipsem, w więzienne wzory i twarzą sanitariusza, w którą to rolę wdrożył się Bratuszek. Miałem wrażenie, że każdy się boi popatrzeć w naszą stronę, a jak już zwrócił uwagę na gips, aby się bliżej przyjrzeć, to na pewno się wystraszył warczenia Witalika.


— Halo, dzień dobry Panie Władysławie, w tym tygodniu wracam.

— O, witam Pana, jest to niemożliwe w obecnej chwili. Sytuacja się skomplikowała i musi Pan pozostać jeszcze tam, gdzie Pan jest.

— Bardzo się skomplikowała?

— Nie bardzo, lecz bardzo.

— Jak długo?

— Na dzisiejszy dzień, to do końca roku. Oczywiście wszystkie koszty pokryję.

— Miłego dnia Panie Władysławie.

— Miłego dnia proszę Pana.

Odłożyłem słuchawkę i zacząłem analizować rozmowę. Po pierwsze nie wymienił pan Władysław ani razu mojego imienia, co mu się nigdy nie zdarzało, czyli nie mógł. Innymi słowy, albo ktoś był obok niego i nie mógł rozmawiać, albo co bardziej prawdopodobne, obawiał się, że ktoś słucha jego rozmów telefonicznych. Po drugie muszę zostać tutaj do końca roku, czyli musi być nie ciekawie. Jak powiedział do końca roku, to z tych ośmiu miesięcy może się zrobić i szesnaście. Kurwa, co to znaczy, że sprawy się skomplikowały „nie bardzo, ale bardzo”. Tu mogłem się tylko domyślać i wybierać między różnymi scenariuszami. Nie dowiem się tego, nie zadzwonię powtórnie.

Ta niewiedza to cena jaką płacisz za tak zwaną konspirację, możesz tylko wysłuchać komunikatu i się dostosować. Dla zasady, dla bezpieczeństwa. Podjechałem do Bratuszki oznajmiając mu, że ze zdjęciem gipsu poczekam do terminu bo zdrowie jest najważniejsze.

Bartucha wiedział w jakiej sprawie dzwonię i domyślił się jak przebiegła rozmowa. Zapytał tylko

— Ile czasu?

— Rok.

— Bratuszka, co wiesz na temat Krymu? Jest tak zajebiście w rzeczywistości jak na tej reklamie „Kivstara” „A ja na more”?

— Adam, zajebiście to mało powiedziane. Jest super zajebiście tarataratara.

— To dawaj Brat. Popchnij wózeczek do baru, a kierowcy powiedz, aby poczekał na nas. Trzeba obgadać strategię podboju tego miejsca taratarata.

— To co, Bratuszka na lewą nóżkę a potem na prawą.

— Twoje zdrowie Adam.

W trakcie omawiania strategii „podboju Krymu”, pojawił się mały, a raczej czasowo- logistyczno-odległościowy problem. Jak to Brat wyliczył i zsumował, wykazując się znajomością prawa emigracyjno-pobytowego, tak czy owak, za dwa dni będzie trzeba mi wyjechać z Ukrainy i przekroczyć jej granicę choćby tylko na pięć minut. Kończy się trzymiesięczny termin przebywania non-stop jako rezydent na terenie jego kraju. Po przekroczeniu tego terminu będę miał problemy z ponownym wjazdem do niego. W najgorszym przypadku mogą mnie deportować. Na trzecią nóżkę już picia nie było. Obydwoje zrozumieliśmy, iż muszę wyjechać, a przed wyjazdem muszę zdjąć gips.


W pierwszym szpitalu, w którym mi go zakładano, odmówiono mi jego zdjęcia przed ponownym prześwietleniem dodając jeszcze do tego, że jestem pod wpływem oraz, że z dokumentacji wynika, iż najwcześniej mogą mi go zdjąć w połowie marca. Nawet za magiczne sto dolarów, które zawsze mi tak pomagało, nie chciano mi pomóc. To, że zazwyczaj pomagało mi to, że jestem obcokrajowcem, symbolem dobrej waluty i dobrego zarobku, to tym razem przeszkodziło. Gips przed terminem mogę sobie, co najwyżej, zdjąć za pomocą młotka i nożyczek. Spotkany Gajowy wytłumaczył nam, dlaczego jest taki opór ze strony lekarzy w sprawie zdjęcia gipsu. Dwa tygodnie temu była niezła afera i to właśnie z Polakiem, który to dogadał się z ordynatorem jednego ze szpitali Czerkawskich. Ów Ordynator dogadał się z chirurgią i Polakowi wystawili bardzo mocne dokumenty o przebiegu jego leczenia i historii choroby, licznych złamań praktycznie wszystkich kości, na czele z przemieszczeniem mózgu w czaszce oraz długotrwałą hospitalizacją.

Ordynatora szpitala do afery wciągnął komendant drogówki na rejon Czerkawski, przedstawiając mu, że wszystkie dokumenty z wypadku Polaka już ma. Zabezpieczony wrak samochodu, który uderzył w drzewo, zeznania naocznych świadków, zdjęcia z wypadku oraz raport straży pożarnej, którą już załatwił. Ponoć mieli dostać do podziałkowania się za tę polsko-ukraińską robotę dziesięć tysięcy dolarów, a Polak sporą sumę z ubezpieczenia zdrowotnego. Pieniądze z ubezpieczenia Polaka musiały być naprawdę spore, ponieważ ubezpieczyciel przysłał na swój koszt prywatnego detektywa, który nie znalazł w szpitalnym łóżku Polaka, który zgodnie z opisem powinien leżeć cały zagipsowany jak egipska mumia jeszcze przynajmniej pół roku. Tydzień później Polaka znalazł ten sam prywatny detektyw kompletnie pijanego i naćpanego w jednym z lwowskich burdeli.

— Także, wiecie sami Panowie, tutaj nawet nie pomoże tysiączek. Będzie może coś można załatwić za miesiąc.

Jakby mówił o mnie pomyślałem. Dobra afera, niedopracowana, ale dobra i stara jak świat. Widać od razu, że facet działał w pojedynkę i zapomniał o szczególe. Mianowicie, zatrudnić jakiegoś „suflera”, aby się zgodził na zagipsowanie na pół roku, czy tam na czas, który był potrzebny, łącznie z unieruchomieniem kończyn rąk, aby nie mógł w prowokacji pisać oraz szczęki, aby mówić. Za parę tysięcy dolarów nawet Bratuszka by się dał położyć w takim gipsie, o ile by miał w ustach słomkę do piwka. Znałem kiedyś człowieka z grupy, wyłudzającego ubezpieczenia zdrowotne, który można powiedzieć zarobił na tym duże pieniądze. Na tyle duże, że mieszka teraz na Kubie i ma wszystko w dupie. No, ale ja nie mogę mieć w dupie i muszę coś wymyślić, a mam na to czterdzieści osiem godzin. Już nie jechaliśmy do innego szpitala wiedząc, że to nie ma sensu.

Można też zwrócić się do konsulatu, może do jakiegoś organu Ukraińskiej Administracji Państwowej z prośbą o przedłużenie pobytu z powodu złamanej nogi jako okoliczności nadzwyczajnej. Ten pomysł też odpadł. Po pierwsze z powodów biurokracji, jaka panowała na Ukrainie, a była jeszcze większa i bardziej rozbudowana niż w Polsce.


Po drugie, na co zwrócił mi uwagę Bratuszanin, po co się wychylać i być notowany w jakiś komputerach, nie wiadomo jakich służb, skoro mam jeszcze być tu rok. Tu przyznałem mu rację, następny wariant odpadł. Pozostał chyba tylko młotek i nożyce do cięcia blachy. W mieszkaniu przyjrzałem się dokładnie odbitej pieczęci w paszporcie z wbitą datą wjazdu na Ukrainę. Jak nic zostało dwa dni, dokładnie niecałe dwa dni, a gdzie jeszcze podróż.

Bartucha przyszedł z kuchni. W jednym ręku trzymał młotek, w drugim nóż do krojenia chleba z charakterystycznymi ząbkami i oznajmił:

— Adam, obawiam się, że Wasylewna nie trzyma w mieszkaniu nożyc do blachy.

— Bratucha, ona nawet nie wie do czego takie nożyce służą. No, ale my wiemy do czego kurwa służy nóż w ząbki. Do krojenia chleba a nie gipsu, chyba że chcesz mi odpiłować nogę z tym gipsem za pomocą tego noża, a młotkiem jebnąć w głowę dla znieczulenia.

— No co Ty Adam. To wszystko do zdjęcia gipsu, będę delikatny.

Popatrzyłem na twarz Bratuchy, na młotek i nóż w jego rękach, aż mnie ciarki przeszły po całym ciele. To wywołało u mnie swędzenie pod gipsem.

— Bratucha, daj ten nóż.

Wziąłem ten nóż, wkładając go pod gips. Dobrze się podrapałem, bo swędziało jak diabli.

— Ni chuja Bratucha, trzeba wymyślić coś innego.

— Dawaj Adam, przypierdolę młotkiem chociaż raz. Żartowałem.

— Jak brałeś od dziadka wózek inwalidzki dla mnie, to nie widziałeś czasem u niego kul do chodzenia?

— Nie wiem, może ma.

— To pierdolnij się do dziadka, sąsiada z góry i jak ma kule, to kup je od niego. Tylko Bratucha, nie za sto dolarów.

Dziadek miał kule, nawet nie chciał pieniędzy. Po prostu pomoc dobrosąsiedzka i pewnie jego dobry humor po koniaczku, który kupiliśmy mu za pożyczenie wózka.

— Witalik, a teraz jedź na dworzec kolejowy i sprawdź, jaki dzisiaj wieczorem, a najlepiej rano, odjeżdża pierwszy pociąg gdziekolwiek, byle za granicę.

— Masz tu pieniądze i pamiętaj, aby załatwić bilet w przedziale „SVD”, bo czeka mnie długa droga, mnie i moją nogę.

Znowu pociągiem, życie potrafi zaskakiwać swoją przewrotnością i umiejętnością pisania zaskakujących scenariuszy.

— Adam, Adam. Obudź się, mamy pociąg za dwie godziny.

— Pociąg? Dwie godziny? Jaki kurwa pociąg?

Musiałem przysnąć, gdy czekałem na Bratuszkę. Minęła dobra minuta, zanim skumałem, co powiedział do mnie Witalik.

— Dokąd jadę? Jacy my? Kupiłeś bilet na „SVD”?

— Na Słowację, to był pierwszy pociąg, tak jak chciałeś. Kupiłem bilet też dla siebie, ponieważ troszkę będzie komplikacji.

— Jakich znowu komplikacji? Co znowu wymyśliłeś Bartucha?

— Adam, pociąg jest na Słowację, ale nie do końca.

— Jak kurwa nie do końca? To co, dojeżdża na „Przedsłowację”. Jest takie państwo? Czy jakaś strefa ex-terytorialna? Może księstwo, o którym do tej pory nic nie wiedziałem?

— Pociąg jest na Słowację, tylko z przesiadką na granicy. Dlatego wziąłem dwa bilety i jadę z Tobą. Pomogę Ci się przesiąść, a sam poczekam po drugiej stronie granicy. Pojechałbym z Tobą do samego końca, ale jak wiesz nie mam wizy.

Prawie się wzruszyłem z altruistycznego podejścia Bratuszki do mnie i mojej sytuacji.

— Dziękuje Brat, no to jedziemy.

Jakoś dostałem się na peron, ucząc się po drodze poruszać na kulach. Chodzenie na kulach to nie podpieranie się góralskim toporkiem przywiezionym z wycieczki z polskich gór, który znalazłem u Wasylewnej i pomagałem sobie przez te trzy tygodnie przemieszczać się po mieszkaniu. Na szczęście po śniegu i mrozie nie było już śladu, których wspomnienie już chyba zawsze będzie mi powracało, myśląc o dworcu kolejowym w Czerkasach i podróży. Ciemno było jak zawsze. Pociąg podjechał, z pomocą Bratuszki jakość dałem radę dostać się do wagonu. Znalazłem się w korytarzu, ale na korytarz to tak do końca nie wyglądało. Znalazłem się w przedziale, ale przedziale, tego w sensie dosłownym, też nie mogłem nazwać. To gdzie ja się kurwa znalazłem? Nigdy wcześniej takiego czegoś nie widziałem. Bartucha widząc moją konsternację na twarzy i fakt, że stanąłem jak wryty niby na korytarzu, niby w przedziale. Tylko wagon był wagonem.

— Adam, nie było już biletów na „SVD”, ani na miejsc „cope”, zostały tylko bilety na „plac kartny”.

— Na co? Jakie karty?

— Idź, idź, bo robisz zator. Zaraz Ci wytłumaczę, jak usiądziemy.

Usiedliśmy wśród morza ludzi, kobiet, mężczyzn, dzieci starców, młodych. Otaczały mnie te osoby, te mrowie ludzi z wszystkich stron. Z góry, z boku, z dołu, z lewa i prawa. Już się domyśliłem, że to wagon otwarty, który nie jest podzielony przedziałami. Nie powinno chyba mnie to dziwić, ponieważ w Polsce większość podróży pociągiem spędziłem w otwartych wagonach, ale nie sypialnych i nie z taką ilością miejsc do spania! Dwa łóżka nad sobą przy lewym oknie i cztery łóżka po środku na przeciwko siebie, z minimalnymi przestrzeniami, tylko do przejścia na swoje miejsce, na swoja pryczę. O ile te przejście nie jest zastawione bagażami. To trzecia klasa, niżej już nie można podróżować.

No może tylko klasą czwartą, czyli wagony typu bydlęcego z ławkami na około, pasażerowie siadali głównie na bagażach. Na szczęście zlikwidowana została ze sto lat temu, bo jak by przetrwała do dzisiaj, to pewnie za sprawą Bratuszki, siedziałbym teraz przy jakiejś krowie lub kozie a na nogach, przepraszam na nodze, trzymałbym jakieś kury. No żesz kurwa mać! Niewygodnie, nie intymnie, ale ciekawie, bardzo ciekawie obserwować tylu ludzi, tak różnych w jednej przestrzeni, przez tyle godzin. Przestrzeń się zagęszczała wraz z zatrzymywaniem, jak mi się zdawało, na każdej pieprzonej stacji. Więcej staliśmy niż jechaliśmy, ale nie ma się czemu dziwić, pociąg nie był międzynarodowy.

Po jakimś czasie, to znaczy już bliżej południa następnego dnia, nie znałem nazwy miasta czy miasteczka, w którym się zatrzymywaliśmy, ale wiedziałem gdzie, w jakim mieście jest znany bazar na okolice, czy znane targowisko, a w którym nie. Zauważyłem taką prawidłowość, że osoby, które wchodziły do przedziału, zachowywały się bardziej anonimowo, powściągliwie i były też bardziej milczące. Widać, że większość z tych osób podróżujących pojedynczo bądź w towarzystwie rodziny, podróżowały dalej niż do następnej stacji. To w takiej miejscowości, z bardzo dużym prawdopodobieństwem, bazaru nie było lub był lecz bez „legendy” i nie cieszył się dobrą opinią wśród lokalnej społeczności.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 30.03
drukowana A5
za 81.91