Strefa koszmaru

Bezpłatny fragment - Strefa koszmaru

Zbiór piekielnych opowiadań

Thriller
Horror i mistycyzm
Proza współczesna
Horror i mistycyzm Polski
Książka usunięta z publikacji
Objętość:
281 str.
ISBN:
978-83-8221-331-7

Podziękowania

Pokaż mi swoich przyjaciół, a powiem Ci, kim jesteś.

To nie wielkie wydarzenia, ale ulotne chwile, małe gesty, ciche słowa nas kształtują. To lekki powiew wiatru popycha nas do drogi, a uścisk dłoni tej jednej osoby dodaje nam niezmierzonych pokładów odwagi.

Zaczęło się od mojej mamy, która zaraziła mnie miłością do książek. Dziękuję Ci za to, bo gdyby nie Ty, nie umiałabym stworzyć w swej głowie tysięcy światów, które nieraz ratowały mnie przed złem życia codziennego. Jesteś moją przyjaciółką, moją nauczycielką, moją mamą. Dziękuję za każdy poświęcony mi dzień.

Dziękuję mojemu mężowi Marcelowi za wsparcie, miłość oraz za uśmiech, jaki potrafi przywołać na moje usta. Przepraszam za długie godziny, które musiałeś spędzić ze mną, dyskutując na temat okładki do tejże książki. Jestem dumna i szczęśliwa, mogąc być Twoją żoną. Kocham Cię — dziś i zawsze!

Dziękuję Zuzi, Maksowi i Sławkowi za to, że jesteście. Bez Was świat straciłby wiele ze swoich barw, a muzyka nie byłaby tak piękna. Codzienność z Wami zamienia się w piękny sen. Zuzannie Sudnik-Pomorskiej za dwadzieścia siedem lat szalonej przyjaźni, która tyle samo razy mnie wspierała, co wpakowała w kłopoty. Także Wam, Anno Kucharska i Anett Lievre, dziękuję za wiarę w moje prace, za wsparcie i znajomość, której się nie spodziewałam, a którą z ochotą będę pielęgnować. Katarzynie Garczyk i Natalii Hermansie za wyłapywanie tych wszystkich kwiatków, jakie pojawiły się w tekście, za poradę i dobre słowo, a także za miliony łez rozbawienia. Moim drogim Czarownicom z grupy literackiej Piórem Czarownic — dziękuję. Wspaniale jest mieć Wasze grono po swojej stronie i móc być jedną z Was. Mam nadzieję, że kiedyś będę mogła każdej podziękować w cztery oczy.

Wielkie podziękowania również dla Ciebie, Kasiu (@katherine_the_bookworm) za przygarnięcie zarówno mojej pierwszej powieści, jak i tej książki, pod swoje skrzydła. Mam nadzieję, że jeszcze nieraz będę miała zaszczyt z Tobą współpracować.

Wszystkim użytkownikom Wattpada za komentarze, porady, krytykę i przede wszystkim za czytanie moich opowiadań, a co za tym idzie — za poświęcony im czas. Dziękuję wszystkim, którzy kupili moje książki i po przeczytaniu nie przeznaczyli ich na opał. Nie przestawajcie marzyć, nie przestawajcie pisać. Róbcie to, co kochacie (o ile jest to legalne, w innym przypadku zapomnijcie o ostatnim zdaniu)!

List od psychopaty

List od psychopaty I

Droga Polly,

piszę do Ciebie z mojej małej celi, w której znajduję się już od dwóch tygodni. Więzienie nie jest aż tak okropnym miejscem, za jakie je uważałem. Cela może i jest mała, mieszczą się w niej jedynie metalowe łóżko i kibel, ale jest całkiem milutka. Szare ściany pomalowałem moją krwią na czerwono.

Pamiętasz, Polly?

Czerwony kolor w mej celi jest taki sam jak w twojej. Polly… Pamiętasz ją? Bo ja tak. Och, tak…

Pamiętam dokładnie dzień, w którym Cię do niej przywiozłem. Byłaś nieprzytomna, taka cicha i spokojna. Nie ruszałaś się, kiedy przykuwałem Cię do łóżka. Identyczne mam i tutaj.

I wiesz co, Polly?

Czasami w nocy, kiedy te świry siedzące tu razem ze mną wyją pod niebiosa, ja myślę o Tobie, Polly. O Twojej miękkiej skórze barwy mleka i o Twych brązowych włosach. I kiedy tak o Tobie myślę, a mój wzrok pada na łóżko, zaczynam pieprzyć materac. Fantastycznie jest wpychać się w miękki materiał. Musiałem wydłubać w nim dziurę widelcem, by czuć to nieziemskie tarcie.

Niestety, materac nie jest tak ciepły i miękki jak Ty. Mimo to dochodzę za każdym razem dzięki mojej wyobraźni, w której to Ty leżysz pode mną ze łzami w oczach i z szeroko rozstawionymi nogami, przywiązanymi do metalowych ram łóżka.

Moja słodka Polly, możesz być z siebie dumna. Wciąż mnie podniecasz.

Nie to, co te inne, które sprowadziłem przed Tobą do naszego domku. Nie, Polly. Ty jesteś wyjątkowa. Aż żałuję, że nie zdążyłem rozpruć Twojego płaskiego brzucha, by sprawdzić, jak ciepła i miękka jesteś w środku.

Jednak to nic, Polly. Ważne, że wciąż pamiętam Twój zapach i to fantastyczne tarcie mojego ciała w Tobie. Wciąż mi stoi, Polly, na samą myśl.

Wciąż Cię kocham.

Twój D.

Tydzień po pojmaniu Dereka Austina


— Derek Austin to psychopata. — Mężczyzna rozmasował opuszkami palców skronie. Nigdy nie lubił być w centrum zainteresowania, a błysk fleszy peszył go, rozstrajał i przyprawiał o bóle głowy. — Jego profil jest niezwykle interesujący. Wszyscy jego znajomi z uczelni, a nawet sami profesorowie uważali go za uczynnego, sympatycznego i inteligentnego młodego człowieka. Austin potrafił być uroczym mężczyzną. Idealnie wpasował się w otaczające go społeczeństwo. Z jednej strony ambitny i uroczy student psychologii, z drugiej przystojny młodzieniec, który lubi flirtować z koleżankami i spotykać się po zajęciach z kolegami, a z trzeciej… seryjny morderca, gwałciciel, psychopata.

— Profesorze John! — krzyknął jeden z reporterów ze środka sali.

Profesor John wskazał go dłonią.

— Jak wiadomo, jest wielu przeciwników kary śmierci…

— Panie Smith — przerwał mu John. — Nie jestem tu po to, by omawiać strony moralne i humanitarne wyroku sądowego…

— Tak, oczywiście — wtrącił się dziennikarz. — Chciałem zapytać o coś innego. Czy uważa pan, że istnieje możliwość resocjalizowania Austina?

John poczuł na sobie spojrzenia dziennikarzy, policjantów i innych osób zainteresowanych sprawą Dereka Austina. Wszyscy oni zebrali się dziś na tej konkretnej konferencji, aby dowiedzieć się, jak wielkim potworem był Derek, zwany przez media Krwawym Kochankiem.

Krwawy Kochanek był prawdziwą bestią. Porywał, gwałcił, torturował, zabijał, siekał na kawałki, a resztki ciał wyrzucał, gdzie popadło. Jedyne, co łączyło te morderstwa, to płatki róż i listy, które pozostawiał przy ciałach. Dokładnie opisywał w nich każdą z ofiar, to, jak długo je przetrzymywał i co im robił. I zawsze, ale to zawsze na końcu w post scriptum pisał: Naprawdę ją kochałem.

Profesor Arthur John wzdrygnął się na wspomnienie zdjęć, które zostały mu dostarczone przez policję.

— Nie — odparł zimno. — Derek Austin to psychopata, morderca i gwałciciel. Czerpał satysfakcję z zadawania psychicznego i fizycznego bólu niewinnym istotom ludzkim. Jego plany i działania były dokładnie przemyślane, krok po kroku, a ofiary skrzętnie wybierane. Był całkowicie poczytalny, w pełni świadomy. Miał jeden cel: zabicie jak największej liczby kobiet. Derek Austin to potwór. I nie, nie ma żadnej możliwości resocjalizacji. Prędzej czy później ponownie by zabił.

Na sali zapadła grobowa cisza. Dopiero wtedy John uświadomił sobie, że stoi. Profesor pożegnał się szybko z zebranymi i, pozostawiając ich w szoku, opuścił salę konferencyjną.

List od psychopaty II

Słodka Polly,

w więzieniu każdy się mnie boi. Czasami szepczą za moimi plecami, ale żaden z nich nie ma na tyle odwagi, by coś mi powiedzieć. Nie wiem, czemu się mnie boją. Przecież nie gustuję w mężczyznach.

Wiesz o tym, Polly, prawda?

Jesteś jedyną, która może to potwierdzić. Pamiętasz, jak Cię zerżnąłem w Twoje sławetne urodziny? Po uroczej kolacji we dwoje?

Brałem Cię z każdej strony. Przerżnąłem Cię wtedy dogłębnie. Byłaś wtedy taka obolała, a ja po wszystkim wykąpałem Cię w wannie z ciepłą wodą. Mydliłem Twe siniaki mydłem, spłukałem z Twych jedwabnych włosów resztkę krwi.

Och, Polly! Było nam ze sobą tak dobrze. Dlaczego odeszłaś? Pasowaliśmy do siebie idealnie. Jak te przysłowiowe dwie połówki, Polly. Nie widziałaś tego?

Teraz to jednak nie jest ważne. Dziś myślałem o Tobie. To nic nadzwyczajnego, gdyż często to robię, niemal w każdej chwili mojego życia, od kiedy Cię porwałem. Tym razem jednak myślałem o tym dniu, kiedy zaświtało mi w głowie, by Cię porwać. Stałaś wtedy przed supermarketem. Miałaś na sobie śliczną bluzkę. Turkusową. Pasuje Ci ten kolor, Polly, pięknie w nim wyglądasz. Cekiny na jej kieszonce błyszczały w słońcu, rozjaśniając Twoje oczy. Dżinsy oblepiły Twoje nogi niczym druga skóra, a buty… Lubię Cię na wysokich obcasach, Polly. Może, gdy przyjdziesz mnie odwiedzić, założysz właśnie takie?

Tamtego pamiętnego dnia, dwudziestego trzeciego maja, postanowiłem, że będziesz moja. Może to przez Twój uśmiech, którym obdarowałaś tamtego chłopaka, a może przez sposób, w jaki Cię objął, poczułem, że muszę Cię mieć. Nie wiem. Jedyne, co wiem, to to, że poczułem zazdrość. Chciałem, byś to do mnie się tak uśmiechała.

Jednak Ty nigdy tego nie zrobiłaś. Polly, czemu nigdy się tak pięknie nie uśmiechałaś? Może gdybyś to zrobiła, nie musiałbym poszerzać Ci ust nożem?

Wciąż Cię kocham.

Twój D.


Dwa dni po pojmaniu Dereka Austina


Detektyw Willson i jego partner detektyw Morris zaparkowali przed niewielkim, piętrowym domem. Budynek nie różnił się znacząco od innych w tej okolicy. Biała farba elewacji odpryskiwała tu i ówdzie. Nadgryzione zębem czasu schody, prowadzące na werandę, zdawały się trzeszczeć same z siebie, a okna wołały o porządne mycie. Po zaniedbanym podwórku walały się puste puszki po piwie i butelki po taniej whisky, kilka starych opon i mnóstwo papierów. Stojące najbliżej płotu drzewo pokryte było metrami papieru toaletowego. Na jednej z gałęzi wisiał spory transparent z wymalowanym na nim wściekle czerwoną farbą napisem: MORDERCA.

— Okoliczni już zaczęli swój samosąd — rzekł Morris, wysiadłszy z samochodu.

Willson w milczeniu podążył w jego ślady. Nie poczekał na młodszego kolegę, tylko ruszył w stronę domu.

— Cholera, Willson! — zaklął Morris, pojawiając się przy jego boku. — Mógłbyś chociaż ostrzec. Coś w stylu „Idziemy!” albo „Dawaj!” byłoby mile widziane.

— Idziemy! — rzucił Willson i przyspieszył kroku.

Morris zaklął jeszcze raz i nawet nazwał partnera dupkiem, ale Willson nie miał teraz głowy do jego humorów. Jedyne, czego pragnął, to znalezienie się w domu Austina, zebranie informacji i powrót na komisariat, gdzie czekała na niego ciepła kawa i stos dokumentów do przejrzenia. Chciał jak najszybciej zebrać potrzebne mu dowody, by zakończyć sprawę Dereka Austina, która pochłonęła kilka lat z jego życia, i jak najszybciej uwolnić się od swego partnera.

Nie chodziło o to, że nie lubił Morrisa. Tolerował go. Morris był jednak typem człowieka, jakim był sam Willson dobre trzy dekady temu. Rozgadanym, pewnym siebie, charyzmatycznym i wkurzającym dzieciakiem, a takiego siebie Willson bardzo nie lubił. Morris drażnił go i to stąd brała się jego postawa względem młodszego kolegi.

Wspiąwszy się po zbutwiałych schodach werandy, Willson zastukał w obdrapane drzwi.

— Facet nie ma tu lekkiego życia — stwierdził ponuro Morris i wskazał palcem na zasłonięte tekturą okna.

Większość z nich oblepiona była żółtkami jaj, a resztki jednej z szyb leżały rozsypane po trawniku.

— Czego się spodziewałeś? — zapytał Willson, ponownie pukając w drzwi. — Z takim bratem aż dziw bierze, że jeszcze się stąd nie wyniósł.

„Chyba że właśnie teraz to zrobił”, pomyślał, pukając po raz trzeci.

Morris klepnął go w ramię i wskazał brodą stojący w cieniu drzew mały domek, wyglądający na szopkę na narzędzia. Willson, dostrzegłszy przez uchylone drzwiczki poruszający się w niej cień, kiwnął Morrisowi na znak. Obaj zeszli po schodkach i ruszyli przez zaniedbany trawnik.

Detektyw obserwował uważnie otoczenie od starych opon po cienie między krzakami. Nie obawiał się ataku. To było raczej jak nawyk, którego nabył po latach pracy w wydziale antynarkotykowym, nim postanowił spędzić ostatnie lata służby na szukaniu seryjnych morderców. Niejednokrotnie jego wyostrzone zmysły uratowały mu tyłek, więc nie miał nawet zamiaru ich nie słuchać.

Kilka kroków przed drzwiami szopki detektywi usłyszeli ciche takty piosenki lecącej z radia i o ton głośniejszy syk otwieranej puszki piwa. Położywszy dłonie na umieszczonych w kaburach pistoletach, detektywi zbliżyli się ostrożnie do otworu między drzwiami a framugą.

— Panie Austin! — zawołał Willson. — Policja! Proszę wyjść powoli z uniesionymi do góry rękoma!

— Już, już — odparł ciężki, zachrypnięty od picia głos. — Mogę zabrać ze sobą piwo?

Morris parsknął śmiechem, ale zaraz zamilkł, kiedy Willson zmiażdżył go spojrzeniem.

— Jeśli już pan musi! — odkrzyknął mu Morris.

Zaledwie sekundę później drzwi szopki otwarły się na oścież, wypuszczając na zewnątrz wysokiego mężczyznę. Obaj detektywi mimowolnie postąpili krok w tył. Te włosy, te oczy, ta twarz…

Willson oczywiście widział zdjęcia Jeffa Austina w kartotece miejskiej policji. Wiedział, jak bardzo mężczyzna był podobny do brata, jednak zdjęcie nie oddawało tego, co było w Jeffie. Obaj z Derekiem byli niemal identyczni. Te same niebieskie oczy, kruczoczarne włosy i zadziorne rysy twarzy. Willson potrzebował chwili, by móc dostrzec różnicę między nimi.

Jeff był wyższy, ale i chudszy od Dereka. Skóra na policzkach wisiała mu niczym za duża koszula, a przebarwienia na nich świadczyły o problemach z alkoholem i o mnóstwie nieprzespanych nocy. Brakowało w nim również tego drapieżnego piękna, elegancji i manier, jakimi odznaczał się jego młodszy brat.

— Słucham? — sapnął Austin, upiwszy z puszki łyk.

— Panie Austin — rzekł Willson, wyciągając odznakę z wewnętrznej kieszeni marynarki. — Detektyw Willson. To mój partner, detektyw Morris.

Morris błysnął odznaką przed twarzą Jeffa Austina. Ten zmarszczył się w niezadowoleniu, lecz wskazał im stolik pod drzewem i stojące przy nim plastikowe krzesła. Tam także walały się papiery i skorupki jaj.

— Panowie wybaczą. — Austin zmiótł dłonią brud z najbliższego krzesła i zasiadł na nim byle jak. — Tutejsza młodzież nie daje mi spokoju.

— Ze względu na brata? — zapytał Morris, sadowiąc się na krześle obok.

Willson wolał postać. Nie tylko ze względu na drogi garnitur, którego nie miał ochoty uwalić całym tym syfem pokrywającym plastikowe krzesło, ale i ze względów bezpieczeństwa. Tak na wszelki wypadek.

— A przez kogo innego, hę? — Jeff wyciągnął papierosa z wymiętej paczki, a oni cierpliwie czekali, aż go odpali i zacznie mówić.

Jeff miał typowy, wieśniacki akcent, za który Willson z chęcią by go aresztował i wsadził na dwadzieścia cztery do kicia. Przeciągał litery z niechlujnością godną podziwu, a każde słowo brzmiało jak czysta pogarda skierowana ku światu.

— Ten gnojek niszczy mi życie — rzekł Austin, wypuściwszy ostentacyjnie dym z płuc. — Mam nadzieję, że sąd szybko wyda wyrok, a on jeszcze szybciej zdechnie.

— Nie pała pan miłością do brata — zawyrokował Morris, chcąc pociągnąć go za język.

Austin prychnął niczym kot, przechylając puszkę do ust.

— Nie. — Wzruszył ramionami.

— Panie Austin — zagadnął Willson, kiedy Jeff milczał od dłuższej chwili. — Czy pana brat miał problemy? Narkotyki? Alkohol?

Jeff Austin zgniótł puszkę w dłoni i rzucił nią przed siebie na oślep.

— Derek? — Zaśmiał się sztucznie. — Nie. W tym domu to ja byłem łobuzem. On był synkiem mamusi.

— Co ma pan na myśli? — zainteresował się Morris.

Austin splunął na ziemię. Willson od razu zauważył, jak na wspomnienie matki szczęka Jeffa zaciska się w złości. Najwyraźniej nie pałał miłością do rodzicielki.

— Co to wszystko ma znaczyć? — Mężczyzna się zdenerwował. — Myślałem, że Derek przyznał się do winy. Czego ode mnie chcecie?

— Musimy zebrać jak najwięcej… — zaczął Morris.

— Proszę odpowiadać na pytania, panie Austin — Willson przerwał wywód kolegi. Nie miał ochoty spędzić tu całego przedpołudnia.

Jeff spojrzał na niego spod byka. Powoli dopalił do końca papierosa, a potem zgasił go w jednej z puszek leżących wokół swoich stóp. Pociągnął nosem w obrzydliwy sposób, nim odpowiedział.

— Moja matka to zabobonna wariatka — rzekł ze słyszalną urazą w głosie. — Była nią jeszcze zanim nasz ojciec nas zostawił, ale po jego odejściu odbiło jej do końca.

— Może pan opowiedzieć o ojcu?

Austin wzruszył ramionami. Dłonie zacisnął mocniej na oparciach plastikowego krzesełka, co oczywiście nie umknęło Willsonowi. Jeff był zły na ojca, ale detektyw nie widział w jego oczach tej czystej nienawiści, jaką dostrzegał, kiedy Morris zapytał go o matkę.

— To był pieprzony sadysta — warknął Austin. — Lał nie tylko matkę, ale i nas. Czasami całymi dniami urządzał nam awantury i dzikie rodeo z paskiem. Kilka razy musieliśmy z Derekiem udawać przeziębienie, by nie iść do szkoły z siniakami.

— Wasza matka nie starała się od niego odejść? — zapytał Willson.

— Ona? — Jeff zaśmiał się szalenie i zaczął bujać się na tylnych nóżkach krzesełka. — Ona za nim szalała! Twierdziła, że Bóg przykazał kobietom robić to, co ich mężowie im każą, a ona jako dobra żona będzie spełniać każdą jego zachciankę.

Willson wymienił się porozumiewawczym spojrzeniem z Morrisem.

— Mówiłem wam — powiedział Austin. — To wariatka.

List od psychopaty III

Moja miękka Polly,

dzisiaj zapadł wyrok w mojej sprawie. Dokładnie za tydzień przedstawiciele prawa wsączą we mnie jad, który pozbawi mnie życia. Wycisną je ze mnie wraz z moją ideą i geniuszem.

Życie, Polly.

Pamiętam, jaka byłaś żywa i beztroska w ciągu tych dni, kiedy Cię obserwowałem. Taka słodka. Taka niewinna. Taka moja.

Moja mała Polly. Odwiedź mnie, proszę. Tak za tobą tęsknię! Tęsknię za tym, jak krzyczałaś o pomoc, kiedy Cię biłem.

Wiesz, że zrobiłem to z miłości, prawda? Wiesz to! Jestem tego pewien. Gdybyś nie wiedziała, nie krzyczałabyś tak głośno dla mojej uciechy, a Twój głos nie rozchodziłby się po naszej celi niczym fala przyjemności. Nasza cela, wykopana w ziemi pod sadem Twojego ojca, była naszym schronem. Była naszym rajem.

Czemu, Polly, och, czemu uciekłaś? Czemu, Polly? Było Ci tak źle, kiedy brałem Cię od tyłu? Przecież wiem, że płakałaś wtedy ze szczęścia.

Szczęście! To właśnie to czułem, kiedy zabrałem Cię do naszego domku. Pamiętasz ten dzień? Stałaś na przystanku, a deszcz lał z nieba od trzech dni. Zatrzymałem się i zapytałem, czy zawieźć Cię do domu.

Zgodziłaś się od razu. Przecież znaliśmy się całe życie. Ta sama mieścina, ta sama szkoła, to samo towarzystwo. Byłem Twoim przyjacielem.

Pamiętam, jak tamtego dnia opowiadałaś mi o Timie. O tym, jak się zachował, o tym, jak Cię zdradził. Po tym, gdy Cię ogłuszyłem i zawiozłem do naszego raju, postanowiłem go zabić. To byłem ja, Polly. Tylko ja mogę Cię mieć i ranić! Tylko ja!

Zabiłem go. Był przy tym w pełni świadom, za co umiera. Moja droga Polly, nikt nie ma prawa łamać i wyrywać Twego serca prócz mnie.

Czekam na Ciebie.

Wciąż kocham.

Twój D.


Cztery dni po pojmaniu Dereka Austina


Szpital dla nerwowo i psychicznie chorych w Houston mieścił się w tym samym miejscu od ponad stu dwudziestu lat. Był to ogromny, złożony z kilku większych i mniejszych budowli kompleks z ogrodem, otoczony ze wszelkich stron wysokim murem. Na jego teren wjechać można było jedynie przez żelazną bramę, której pilnowało kilku uzbrojonych ochroniarzy. Kompleks został odrestaurowany po pożarze w tysiąc dziewięćset dwudziestym pierwszym roku, kiedy jeden z pacjentów pod wpływem ataku paniki zabił kilku pielęgniarzy i podpalił główną część szpitala. Większość budowli spłonęła doszczętnie, ale lewa część pozostała nienaruszona.

Detektyw Willson przy wjeździe podał swoje nazwisko ochroniarzowi, który już po chwili wpuścił go i jego partnera na teren zakładu. Od bramy do głównego wejścia kliniki prowadziła długa droga usypana jasnym kamieniem, otoczona z obu stron wysokimi wierzbami. Willson dostrzegł kilku pacjentów, którzy zasiadali na kocach w ogrodzie w towarzystwie pielęgniarzy i pielęgniarek ubranych w jasnozielone kitle.

„Zielony”, pomyślał. „Kolor nadziei. Jakże stosownie do sytuacji i miejsca”.

Zaparkowali auto w miejscu wskazanym przez niską pracownicę szpitala. Następnie obaj z Morrisem przemaszerowali plac i przeszli kamiennymi schodkami do wnętrza głównego budynku, który zbudowano z ciemnoczerwonej cegły. W środku, jak przystało na szpital psychiatryczny, było jasno, spokojnie i nijak. Gdzieniegdzie wisiały obrazy nieba czy łąki skąpanej w jasnym świetle oraz prace wykonane przez mieszkańców kliniki. Z niektórych pokoi dochodziły dźwięki spokojnych melodii i starych piosenek, do których starsi pacjenci podśpiewywali pod nosem.

— Doktor Denford? — zapytał Willson wysokiego, szpakowatego mężczyznę, rozmawiającego właśnie z młodą recepcjonistką.

Mężczyzna odwrócił się do nich. Znad okularów o ciemnych, grubych oprawkach, posłał im profesjonalne spojrzenie.

— W czym mogę panom pomóc? — rzekł mocnym, typowym dla lekarzy głosem.

— Detektyw Willson i detektyw Morris — powiedział Willson, wskazawszy najpierw siebie, a następnie milczącego Morrisa.

Dzisiejszego poranka pokłócili się i wymienili kilka nieuprzejmych zdań. Morris zarzucił Willsonowi brak profesjonalizmu i koleżeństwa. Stwierdził również, że starszy glina traktuje go jak gówniarza. Willson nie przejął się ostatnimi dwoma zarzutami, a na obelgę odnośnie do jego profesjonalizmu odparł, że dla Morrisa profesjonalistą jest tylko ten, kto mu wchodzi w tyłek.

Co tu dużo mówić? Nie byli zgraną parą.

— Rozmawialiśmy z panem przez telefon — przypomniał mu Willson.

— Ach, tak! — Denford przytaknął, a następnie podał im dłoń na powitanie. — Witam panów!

— Czy możemy porozmawiać z panią Elizabeth Austin?

Doktor spojrzał na nich ze zdziwieniem, po czym ściągnął okulary z nosa i przetarł ich szkła chusteczką wyciągniętą z kieszeni spodni.

— Obawiam się, że to nie będzie możliwe — odparł, założywszy ponownie okulary na nos.

— Jak to?

Doktor poprowadził ich do wielkiego okna, z którego rozpościerał się widok na ogród, skąpany w świetle słońca. Wielu mieszkańców zakładu spacerowało w towarzystwie pielęgniarzy i pielęgniarek, inni siedzieli na ławkach, rozmawiali sami ze sobą, a jeszcze inni po prostu bujali się w przód i w tył w bujanych fotelach z wikliny. Doktor Denford wskazał im palcem kobietę o ciemnych włosach, upstrzonych pasmami siwizny, ubraną w jasne spodnie i ciepły pulower. Nie zdawała się przytomna, kiedy siedziała w krzesełku inwalidzkim, choć jej oczy były szeroko otwarte.

— Elizabeth nie odezwała się do nikogo ani słowem, odkąd tu przybyła — powiedział doktor. — Rozmawiała jedynie z Derekiem, kiedy ją odwiedzał.

— Z jakiego powodu się tu znalazła? — zapytał Morris, uważnie przyglądając się kobiecie.

— Załamanie nerwowe — odparł Denford. — Elizabeth ma osobowość depresyjną i skłonności do popadania w stany melancholijne, a od kiedy Derek wyprowadził się z domu na studia, nie potrafiła sama zadbać o siebie i poradzić sobie z samotnością.

— Nigdy nie powiedziała ani słowa? — Willson przysiadł na ławeczce pod oknem. Po chwili dołączył do niego doktor, a Morris wciąż stał przed oknem, patrząc na ogród.

— Jak mówiłem, rozmawiała tylko z Derekiem. — Doktor wzruszył ramionami i po cichu dodał: — Ale kilka razy podsłuchałem ich rozmowę.

Willson strzelił w niego spojrzeniem, przysunąwszy się bliżej doktora.

— To chyba nie jest legalne? — zagadnął wciąż wpatrzony w okno Morris.

Willson wywrócił oczami i puścił pytanie partnera mimo uszu.

— Ale przynajmniej coś usłyszałem — odparł Denford obronnym tonem.

— Niech pan mówi, doktorze — zachęcił go Willson.

Odczekali krótką chwilę, nim grupka pielęgniarzy i prowadzonych przez nich pacjentów wyminęła ich i skierowała się do pokoju dziennego. Denford popatrzył dookoła i upewniwszy się, iż żadne niepowołane uszy nie nasłuchiwały, popatrzył na Willsona.

— Elizabeth była, czy raczej jest, zagorzałą katoliczką. Wierzyła, że powinnością kobiet jest służenie mężowi, a każde słowo sprzeciwu będzie karane wiecznym potępieniem — powiedział powoli. — Słyszałem, jak podczas kilku spotkań z Derekiem wmawiała mu, że kobiety to podstępne istoty, które trzeba karać i zmuszać do posłuszeństwa. Twierdziła, że Derek jest jednym z tych mężczyzn, którzy przyszli na ten świat, by wpoić kobietom ich prawdziwe obowiązki i nawrócić je na ścieżkę dobra, wytyczoną przez Boga.

List od psychopaty IV

Polly,


jeszcze trzy dni dzielą mnie od śmierci, a Ciebie wciąż nie ma. Mam nadzieję, że to wina Twojego prawnika, który odwodzi Cię od tego pomysłu. Musisz przyjść! Mam Ci coś ważnego do powiedzenia.

Moja mała Polly… Kiedy słuchałem wyroku sądu, myślałem o Tobie. O Tobie i tych trzynastu przed Tobą. Żadna nie była tak idealna jak Ty. Może dlatego, że żadna z nich nie miała osiemnastu lat? Może dlatego, że żadna z nich nie była, jak Ty, dziewicą?

Och, Polly! Pamiętam! Pamiętam Twoją krew na białym prześcieradle. Nigdy go nie wyrzuciłem. Miałem je schowane w szafie. W tych momentach, kiedy nie mogłem przy Tobie być, wyjmowałem je z niej i wąchałem je, splamione wciąż Twoją dziewiczą krwią. Ty byłaś tą jedyną, Polly! Dlaczego więc uciekłaś?

Proszę, przybądź.

Wciąż Cię kocham.

Twój D.


Dziewięć dni po pojmaniu Dereka Austina


Samuel Odel zaparkował swojego starego forda na parkingu przed kościołem parafii świętego Franciszka w Steferland. Miał nadzieję na złapanie w nim ojca Ronalda — księdza tej parafii od czterdziestu lat i duchowego przewodnika Dereka. Chciał z nim porozmawiać na temat Austina i poznać jego wersję, by móc napisać na ten temat reportaż, który stałby się dla niego przepustką do lepszego życia.

Od ponad roku Samuel pracował w jednej z regionalnych gazet jako sprawozdawca, ale jego ambicje wybiegały znacznie dalej niż opisywanie festynów i przebiegu zawodów rodeo. Chciał być jednym z najlepszych, jednym z tych, którzy pracowali dla The New York Times, a nie dla trzeciorzędnej gazety, kupowanej przez kilku emerytowanych teksańskich żołnierzy. Chciał się wzbić na wyżyny, a taką szansę mógł mu dać wywiad z księdzem, który nie chciał rozmawiać z żadnym reporterem.

Wchodząc do przyjemnie chłodnego wnętrza niewielkiego kościółka, Samuel rozejrzał się po otoczeniu w poszukiwaniu ojca Ronalda. Dojrzał go, stojącego na krzesełku i czyszczącego szmatką rzeźbę Jezusa wiszącego na krzyżu, zaraz za ołtarzem. Ksiądz może i był grubo po siedemdziesiątce, jak Samuel zdołał się dowiedzieć, ale wcale na tyle nie wyglądał. Był wysoki, barczysty i atletycznie zbudowany. Głowę golił na łyso, a podwinięte mankiety białej koszuli ukazywały kilka starych, żołnierskich tatuaży.

— Ojciec Ronald? — zagadnął go, gdy zbliżył się do ołtarza.

Mężczyzna odwrócił się do niego z uśmiechem na pokrytej zmarszczkami twarzy.

— Tak, synu? — zapytał z nutą zainteresowania w głosie.

— Nazywam się Samuel Odel — powiedział chłopak. — Jestem dziennikarzem…

Samuel widział, jak wszelkie kolory uciekają z twarzy księdza. Jego brew zaczęła drgać niebezpiecznie, kiedy ojciec Ronald zeskoczył ze stołka i machnął na niego ścierką.

— Proszę natychmiast wyjść! — zawołał ksiądz i złapał Samuela za ramię, próbując go za nie doprowadzić do drzwi.

— Chwilkę — powiedział dziennikarz i wyszarpał się z uścisku ojca. Trzeba było przyznać, że staruszek miał krzepę w tych starych dłoniach naznaczonych ciężką pracą.

— Ojcze Ronaldzie — zaczął powoli Samuel, starając się uspokoić księdza. — Wiem, że kilka brukowców obsmarowało waszą parafię i zarzuciło współwinę, ponieważ Derek Austin i jego matka byli jej członkami, a Elizabeth była zagorzałą katoliczką.

— Odejdź stąd, synu! — rzekł donośnie ojciec Ronald, po czym ponownie zaczął wypychać Samuela do wyjścia. — Nie chcę mieć z tym nic wspólnego.

Samuel nie był w stanie nic powiedzieć, kiedy ojciec Ronald przemaszerował z nim pod ramię przez kościół i wypchnął go na zewnątrz, zatrzaskując przy tym wrota.

— Chcę dać księdzu możliwość opowiedzenia prawdy! — zawołał Samuel. — Chcę poznać waszą prawdę! I ukazać ją innym!

Nasłuchiwał uważnie przez kilka minut, ale do jego uszu nie doszedł ani jeden dźwięk. Po jakimś kwadransie zrezygnowany odszedł od drzwi, sądząc, iż nie uda mu się nic wyciągnąć z księdza, kiedy te nagle zaskrzypiały i uchyliły się delikatnie.

— Moją prawdę? — zapytał ksiądz.

— Tak — przytaknął pełen nadziei Samuel.

Ojciec Ronald patrzył na niego przez długą chwilę, nim skinął głową i pozwolił mu wejść. Usiedli obaj w drewnianej ławce zaraz przed ołtarzem, przy której Samuel postawił swoją znoszoną torbę, po czym wyjął z niej ołówek oraz notatnik.

— Mogę nagrywać naszą rozmowę? — zapytał, pokazując księdzu mały dyktafon.

Ojciec Ronald skinął mu jedynie, patrząc, jak Samuel nieporadnie stara się włączyć sprzęt.

— Jesteś początkujący, prawda? — zapytał Samuela.

— Aż tak bardzo to widać? — odparł ten pytaniem na pytanie, gdy w końcu udało mu się załączyć dyktafon.

— Odrobinę.

Zamilkli na moment. Dyktafon wydał z siebie dziwny dźwięk, a żaróweczka umieszczona w jego plastikowej obudowie zapaliła się na zielono, dając znać, iż mogą zaczynać.

— Ojcze Ronaldzie, wielu zarzuca pańskiej parafii współwinę za to, co się wydarzyło — zaczął Samuel profesjonalnym tonem. — Wielu wiedziało, jak często Derek przebywał w pana towarzystwie i wszyscy zastanawiają się, jak to jest możliwe, by pan niczego nie zauważył.

— To prawda — przytaknął ksiądz. — Derek był często moim gościem. Odwiedzał mnie w każdą środę po zajęciach, w każdą niedzielę uczęszczał na msze, ale nigdy nie byliśmy ze sobą blisko.

Samuel zanotował to szybko w swoim notatniku.

— Podobno Derek był pańskim ulubieńcem — zagadnął, nie przestając pisać.

— Nie, nie mam ulubieńców — zaprzeczył ksiądz ze śmiechem. — Ale tak, lubiłem go. Był wierzący, ale nie zabobonny czy zagorzały jak jego matka, Elizabeth. Miał otwarty umysł, nie popadał w skrajność. Poza tym był dobrym uczniem i uczynnym chłopcem. Nigdy nie mieliśmy z nim problemu.

— A co z jego ojcem? Znał go pan?

Samuel widział, jak ojciec Ronald potakuje smutno głową. W oczach dostrzegł iskierki żalu i zawodu. Zawodu samym sobą.

— Tak — potwierdził z melancholią w głosie. — Tak samo jak matka Dereka oraz Jeffa. Ich ojciec również był zagorzałym katolikiem. Wiele razy próbowałem z nim rozmawiać i przemówić mu do rozsądku, by nie znęcał się nad chłopcami, ale on zawsze uważał, że to jego powinność, a kilka klapsów w tyłek nie jest znęcaniem się.

Dziennikarz zamknął notatnik i przygryzając przez chwilę końcówkę ołówka, przypatrywał się ojcu Ronaldowi.

— Dlaczego nie zgłosił pan tego na policję? — zapytał w końcu.

Ksiądz rzucił ściereczką, którą wcześniej czyścił rzeźbę Jezusa na ołtarz, i potarł dłońmi łysą głowę.

— Nigdy nie miałem wystarczających dowodów — rzekł zbolały. — W ich domu nigdy nie było za głośno, nigdy się nie kłócili, nikt nigdy się nie skarżył, a bez tego nie mogłem nic uczynić. Chłopcy również nie mieli siniaków na twarzy, a jeśli już je gdzieś mieli, obaj uparcie twierdzili, że nabili je sobie podczas zabawy.

— Wie pan, że ludzie mogą uważać, iż to mogło się przyczynić do jego choroby psychicznej, a pana uznać za współwinnego?

Ojciec Roland poruszył się niespokojnie w siedzeniu. Najwyraźniej niejeden raz o tym myślał i pluł sobie w brodę, iż nic nie zrobił.

— Wiem, ale Derek to psychopata. Nie jest chory na depresję. On się taki urodził, był taki od zawsze i od zawsze potrafił grać. Powiem ci coś, synu. — Ojciec Ronald przysunął się do Samuela. — Derek Austin był przykładem idealnego syna, idealnego katolika, idealnego człowieka. Jego idealny uśmiech zmylił nas wszystkich.

List od psychopaty V

Polly!

Jeszcze dwa dni! Dlaczego Cię nie ma? Ile razy mam prosić i błagać? Ile razy mam jeszcze pisać? Nie rozumiesz, Polly? Mam Ci coś ważnego do powiedzenia!

Robisz to specjalnie? Chcesz mnie za coś ukarać? Tylko za co, Polly? Za co chcesz mnie karać?

Wszystko, co uczyniłem, robiłem z miłości do Ciebie. Wiem, że byłaś zła na mnie za zabicie Twojego braciszka. Jednak musiałem to zrobić, Polly. Tamtego dnia, kiedy zaniosłem Cię nieprzytomną do naszego nowego domu, Michael nas widział. Nie mogłem pozwolić, by nas wydał.

Polly, przecież wiesz, że go uwielbiałem! Grałem z nim w piłkę. Nie chciałem go zabić, lecz musiałem. Dla nas, Polly! Już tyle razy Ci to tłumaczyłem!

A ty dalej się złościsz! Jak mała, podstępna dziwka!

Polly, nie jesteś dziwką, więc przestań i przyjedź. Mam Ci coś ważnego do powiedzenia!

Wciąż Cię kocham.

Twój D.


Sześć dni po pojmaniu Dereka Austina


— I nigdy nie zachowywał się w sposób, który można byłoby uznać za dziwny bądź niebezpieczny? — zapytał detektyw Morris stojących przed nim trzech młodzieńców.

Znajdowali się właśnie w bibliotece uniwersyteckiej, gdzie mieli znaleźć trzech dobrych znajomych Austina. Willson chciał koniecznie ich przesłuchać, by nazbierać jak najwięcej informacji i móc uzupełnić profil psychologiczny Austina, potrzebny do zbliżającej się sprawy sądowej. Morris nie był przekonany do tego pomysłu, uważał, że koniecznie trzeba spróbować wyciągnąć coś jeszcze z lekarza Elizabeth albo i od niej samej, ale Willson nie miał zamiaru tracić na to czasu. Elizabeth była duszą zamkniętą we własnym ciele. Nic by nie dało się od niej wyciągnąć, więc musieli szukać gdzie indziej.

— Nie — odparł wysoki blondyn. — To był najzwyklejszy facet na ziemi.

— Chryste… — sapnął drugi z nich, ten o rudej czuprynie. — Nie mogę w to uwierzyć… W wieczór przed jego aresztowaniem siedzieliśmy w pubie i piliśmy z nim piwo.

Studenci jak na czyjś znak się zatrzęśli. Trzeci z nich, chudy i piegowaty, z czapką zaciągniętą na uszy, potarł skronie roztrzęsioną dłonią.

— Boże… — szepnął.

— Austin zachowywał się dziwnie tamtego wieczoru? — Morrison podchwycił temat. — Spieszyło mu się gdzieś? Mówił coś, co przykuło waszą uwagę?

Mężczyźni popatrzyli po sobie, po czym pokręcili głowami.

— Nie — rzekł rudy. — Zachowywał się jak zwykle.

— Wypił z nami dwa piwa, a potem zmył się do domu — wtrącił ten w czapce. — Na drugi dzień mieliśmy kolokwium i żaden z nas nie chciał się spić.

— Po jego wyjściu wypiliśmy po jeszcze jednym piwie i również wyszliśmy z pubu — przytaknął kolegom blond dryblas.

— O której mniej więcej Derek opuścił pub?

Willson nie odzywał się ani słowem. Rozmowę z młodszym pokoleniem postanowił pozostawić Morrisowi, który ze wciśniętą między zęby wykałaczką, z uważnymi oczami i tatuażem na szyi bardziej pasował do tego zadania. Willson czuł się za stary na rozmowy ze studentami.

Nagle jego wzrok padł na stojącą za regałami młodą kobietę. Mogła być w wieku Austina, góra rok starsza. Dwa warkocze z długich, mysich włosów opadały jej przez ramiona na książki trzymane w rękach. Patrzyła kątem oka na Morrisa i przesłuchiwanych przez niego studentów, a kiedy poczuła na sobie wzrok Willsona i ujrzała, jak się w nią wpatruje, szybko odwróciła oczy i ruszyła przed siebie.

Nie myśląc zbyt wiele, detektyw wyminął regał z drugiej strony i zaszedł dziewczynę od przodu dokładnie wtedy, kiedy ta patrzyła się za siebie. Uderzyła z cichym plaśnięciem o jego tors, a książki wypadły jej z rąk.

— Przepraszam — powiedziała cichym głosem, szybko podnosząc swoje zguby. — Niezdara ze mnie.

— Jestem detektyw Willson — rzekł, kiedy stanęła przed nim wyprostowana.

— Wiem, słyszałam. — Studentka zalała się rumieńcem, nie patrząc Willsonowi w oczy. — Jestem Helen.

Najwyraźniej była jedną z tych osób, które piątkowe wieczory spędzały przy książkach, unikały wzroku chłopców i innych dziewcząt, oraz robiły wszystko, by zamaskować swoje istnienie. Nosiła się w szarościach i obszernych materiałach, jakby chciała schować swoje kształty przed światem. Drobna postura i wystające policzki świadczyły o niedowadze.

— Powiedz mi, co wiesz o Dereku, Helen — powiedział, uważnie ją obserwując.

Dziewczyna zadrżała na dźwięk imienia tego monstrum. Podniosła wzrok na detektywa, a w jej oczach dostrzec można było paniczny strach.

— Nie znałam go za dobrze — szepnęła cienkim głosem.

— Ale coś wiesz. Powiedz to i pomóż mi wsadzić go za kratki do końca jego dni — zachęcił ją.

Helen rozejrzała się niepewnie, zagryzając w rozterce dolną wargę. Kiedy ponownie spojrzała na Willsona, widział, jak jej policzki zbladły, a i tak wielkie źrenice powiększyły się dwukrotnie. Wskazała mu głową kąt biblioteki, gdzie stał mały stolik z dwoma krzesełkami. Willson ruszył za nią, wcześniej ręką wskazując, by prowadziła.

— Nie znałam go — powiedziała ponownie Helen, kiedy zajęli miejsca. — Ale kilka razy rozmawialiśmy ze sobą. Mieliśmy razem zajęcia z psychologii społecznej.

Zakręciła nerwowo ogonek swego warkocza na palcu.

— Wszyscy mówili, że jest miły i uczynny…

— Ale nie ty — dokończył za nią Willson. — Ty uważałaś inaczej.

— Bałam się go — odparła jeszcze ciszej.

Willson musiał nieźle wysilić słuch, by zrozumieć słowa, które ginęły nawet w tak cichym i spokojnym miejscu.

— Dlaczego? — zapytał.

— Było coś złego w jego spojrzeniu — odpowiedziała szczerze, po czym przechyliła się do Willsona przez stolik i wyszeptała: — Pewnego wieczora, grubo po zajęciach, wracałam akurat z biblioteki do domu. Musiałam złapać autobus, który odjeżdżał tuż spod głównej bramy uniwersytetu. Byłam już na przystanku i miałam jeszcze dziesięć minut do odjazdu, kiedy go zobaczyłam.

Helen spojrzała w kierunku, z którego dobiegł ich głośny dźwięk. Willson podążył za nią, dostrzegając jedną ze studentek, która na widok Morrisa i jego wyciągniętej odznaki upuściła z dłoni książkę. Powróciwszy do bladej jak ściana Helen, Willson skinął, by mówiła dalej.

— Siedział w swoim samochodzie i patrzył na mnie. Przysięgam. — Helen złapała Willsona za dłoń, a jej dłonie były niezwykle zimne i drobne jak na dorosłą kobietę. — Patrzył na mnie, a w jego oczach widziałam całe to szaleństwo, które się w nim kryło. Był przerażający. Kiedy nasze oczy się spotkały, uśmiechnął się w dziwny sposób, jakbym była…

Zamilkła na chwilę, szukając odpowiedniego słowa. Detektyw nie ważył się jej przerwać. Opowieść i przerażenie były zbyt prawdziwe, a emocje niemal namacalne, by mogła to sobie wymyślić.

— Jakbym była już martwa, a jemu sprawiało to radość — wykrztusiła w końcu. — Wysiadał już z auta, a ja miałam zamiar po prostu zacząć biec przed siebie, kiedy zza rogu wyszło kilku innych studentów. Był wśród nich mój sąsiad, Patrick. Był przerażony moim stanem, ale skłamałam, że to tylko grypa żołądkowa. Na całe szczęście Patrick zaproponował, że odprowadzi mnie pod same drzwi, bo kiedy znowu spojrzałam na parking, Dereka już tam nie było. Jestem pewna, że gdyby nie obecność Patricka, Derek śledziłby autobus. Jestem tego pewna jak niczego innego.

Willson uścisnął dłoń Helen, gdy ta zaczęła cicho ronić łzy. Dziewczyna miała parszywe szczęście, że jej przyjaciel akurat wtedy się pojawił. Gdyby nie on, Willson był niemal pewny, że Helen byłaby kolejną ofiarą Krwawego Kochanka.

List od psychopaty VI

Moja mała, podstępna Polly!

Jutro jest ten dzień, a Ty nie przybyłaś. Za karę najchętniej wyrwałbym Ci kłaki albo wydłubał oczy, ale nie mogę. To nic…

Pocieszam się jedynie myślą, że nigdy o mnie nie zapomnisz. Powiększony moim ostrym nożem uśmiech będzie Ci towarzyszyć do końca Twoich dni. I ten znak… Oznaczyłem Twój tyłek rozgrzanym prętem niczym właściciel płodną jałówkę. Teraz każdy, kto będzie Cię brał od tyłu, będzie wiedział, do kogo należysz.

Ale raczej to się za szybko nie stanie. Prawda, Polly?

Po tym, co Ci zrobiłem, raczej nie będziesz szukała partnera. Wiem doskonale, jakie skutki mogły spowodować w Twojej ślicznej główce moje poczynania. I wiem, że z tego tak szybko się nie otrząśniesz.

Czekam i czekam, a Ciebie nie ma… Suko! Ty mała suko! Przyjedź do mnie! Mam Ci coś ważnego do powiedzenia!

Ty suko, którą dawno opuścił Bóg! Chcesz zwrócić na siebie jego uwagę? Chcesz, żeby ten bezlitosny sukinsyn obdarował Cię łaską?! Chcesz?! Chcesz tego?!

To przyjedź, Polly! Wtedy może uzyskasz łaskę swego Pana! Polly… To ważne. Przyjedź!

Wciąż Cię kocham.

Twój D.


Przeddzień egzekucji Dereka Austina


— Dobry wieczór państwu! — powiedziała do mikrofonu.

Uśmiech kobiety w czerwonym kostiumie był tak sztuczny jak biel jej włosów. Długie paznokcie, kolorem idealnie pasujące do garsonki, wbijały się w mikrofon niczym szpony ogromnego, drapieżnego ptaka w ciało ofiary. Mężczyzna przed reporterką kamerował przemówienie i skandujący za nią tłum. T-shirt i zniszczone jeansy usmarowane były musztardą po hot dogu, którego resztkę kamerzysta wciąż niechlujnie żuł. Niegdyś niebieska czapka wylądowała na ziemi, gdy jeden z kamieni uderzył ją w daszek, a sam mężczyzna zaklął cicho, piorunowany morderczym wzrokiem dziennikarki.

— Znajdujemy się przed więzieniem stanowym w Teksasie — poinformowała kobieta z mikrofonem. — To tutaj już jutro swój finał znajdzie sprawa Dereka Austina, oskarżonego i skazanego na śmierć za łączne porwanie czternastu kobiet, zamordowanie ze szczególnym okrucieństwem trzynastu z nich oraz zabicie jednego mężczyzny i dziecka. Dwudziestojednoletni Austin został pojmany przez policję federalną po tym, jak na komisariat policji w miasteczku Steferland zgłosiła się Polly Cortton.

Kobieta zaprzestała mówienia, kiedy w słuchawce umieszczonej w lewym uchu usłyszała głos informujący o pokazaniu na antenie jednego ze zdjęć zaginionej. Poprawiła szybko włosy i uszczypnęła się w policzki, by nadać im odrobinę barwy. Jak tylko głos ponownie się odezwał, mówiąc, iż jest na antenie, ta z poważną miną wznowiła swój monolog.

— Kobieta została porwana przez Austina dwa lata temu, dwudziestego trzeciego lipca, i od tamtej pory była przez niego przetrzymywana. Była bita, molestowana seksualnie i psychicznie. Jednak największy szok wzbudza fakt, iż cały ten czas Polly Cortton przetrzymywana była w dziurze wykopanej przez Austina w sadzie jej ojca. Tylko sto pięćdziesiąt metrów od domu.

Mężczyzna z kamerą przesunął obiektywem po demonstrującym tłumie przed bramą wjazdową do więzienia. Szyldy jednych nawoływały do nienawiści, inne znów oznajmiały Austinowi, że miejsce w piekle już na niego czeka. O dziwo, dziś zabrakło przeciwników kary śmierci. Chyba oni też nie uważali, by takie monstrum jak Derek zasługiwało na życie. Nawet jeśli byłoby to życie spędzone za kratami.

— Polly Cortton ani razu nie pojawiła się na rozprawie Austin kontra stan Teksas. Wciąż znajduje się pod opieką lekarzy i psychologów, lecz to właśnie jej zeznania doprowadziły prokuraturę do punktu, w którym mogła postawić Austinowi zarzuty. — Reporterka uśmiechnęła się szeroko, przez co wyglądała niczym harpia. — Austin podczas przesłuchania przyznał się do zamordowania Tima Blue, brata Polly Michaela oraz do porwania i zamordowania z nadzwyczajnym okrucieństwem Jessiki Portmond, Deborah Jonson, Amelie Sky, Samanthy Wills, Kathrine Manson, Tabithy Jordan, Girgi Woods, Lidi Swenson, Ericki Anderson, Pati McSanders, Kiary Rodriguez, Dian Northon i Tamary Sanchez. Będzie to najszybciej dokonana kara śmierci w historii kraju. Sam oskarżony nalegał na jak najszybsze doprowadzenie do jego unicestwienia. Przyznał przed sądem, że jeżeli zostanie uniewinniony, to ponownie zaatakuje.

List od psychopaty VII

Dzień egzekucji Dereka Austina


Detektyw Willson podszedł do krat celi. Tylko one dzieliły go od tego monstrum. Potwora, mordercy i gwałciciela. Jedynie kilka rurek z metalu były ochroną przed tym czymś, co siedziało w celi.

Derek Austin.

Dziw brał, że tak zła, demoniczna dusza, tak chory umysł może skrywać się za tak wspaniałym licem. Derek Austin był piękny. Czarne jak smoła włosy lśniły zdrowo nawet w mętnym świetle więziennych żarówek. Jego twarz miała jasny kolor, a cera nie nosiła ani śladu trądziku czy choćby krostki — idealna niczym marmur. Błękit oczu Dereka nazwano by pewnie lazurem. Willson widział taki odcień podczas wakacji na Karaibach. Ten kolor urzekał, hipnotyzował, jednak nie dało się go porównać do pięknego uśmiechu Dereka.

Austin uśmiechał się tak, że serce na moment przestawało bić, a ciało człowieka robiło się wiotkie. Było w tym uśmiechu coś tajemniczego, coś zarazem dzikiego, jak i melancholijnego. Willson wciąż miał w pamięci obraz Austina, kiedy ten po raz pierwszy pojawił się za murami więzienia. Sam zasiadał w eskorcie, w której mężczyzna został przetransportowany do swojego tymczasowego miejsca odosobnienia.

Austin, pozapinany w łańcuchy i kajdany, miał na sobie pomarańczowy kostium i czarną maskę na twarzy. Willson pamiętał chwilę, kiedy mu ją zdjęto. Zatrząsł się na widok jego miny. Nie była ona wściekła, rozzłoszczona czy skruszona. Wyrażała lekkie zainteresowanie, a sposób, w jaki się Austin uśmiechał, mógł sugerować, że nic specjalnego się nie stało, a morderstwa, których się dopuścił, były jedynie udanym kawałem.

Derek Austin był pięknym, idealnym posągiem ludzkiego DNA z mrocznym sercem i umysłem szaleńca.

Detektyw spojrzał na zegarek. Pięć minut i będzie po sprawie. Nie mógł się już tego doczekać.

Nigdy nie przypuszczał, że śmierć jakiegokolwiek człowieka przyniesie mu ulgę. Nigdy nikomu, złemu czy dobremu, jej nie życzył, a widział wielu parszywych drani, których spotkał los podobny do Austina. Jednak w tym chłopaku było coś więcej niż szaleństwo. Coś, co sprawiało, że Willson po raz pierwszy ze zniecierpliwieniem oczekiwał na wykonanie wyroku. Nie wiedział, co to było, ale wiedział, że inni też tego wyczekiwali.

Osadzeni wraz z Austinem więźniowie z bloku C wyczekiwali na jego śmierć. Willson czuł ich napięcie, naelektryzowane strachem powietrze, którymi przesiąkły cele od momentu pojawienia się Dereka w murach więzienia. Żaden więzień, bez względu na kolor skóry, przynależność do grupy, wyznanie czy poglądy polityczne, nie odezwał się do niego ani słowem. Przy stole, przy którym Derek zasiadł pierwszego dnia podczas posiłku, nikt więcej nie usiadł, jakby to miejsce było skażone, splamione.

— Detektywie… — Spokojny, głęboki głos przywrócił Willsona do rzeczywistości.

Tak pochłonięty swoimi myślami nawet nie zauważył, że Austin wstał z łóżka i podszedł do małego, zakratowanego okienka celi, przez które wpatrywał się w ciemniejące za oknem niebo. Gdyby nie to, do czego się dopuścił, detektyw byłby w stanie mu współczuć.

Wyglądał tak niewinnie, tak chłopięco…

— Derek — przywitał go Willson.

— Czy to już czas? — zapytał chłopak, nie odwróciwszy się do niego.

— Tak.

Zapanowała grobowa cisza. Nikt się nie odzywał. Ani strażnicy stojący przy celi, ani współwięźniowie Austina. Tylko on sam wydał z siebie ponure westchnienie, jakby czekała go długa, męcząca podróż do miejsca, którego nie chciał odwiedzić. Detektyw widział, jak młodzieniec przytakuje sobie samemu kilkakrotnie, po czym odwraca się do niego. I, o ironio, dalej się uśmiechał!

— Mogę mieć do pana ostatnią prośbę, detektywie?

Willson powoli przytaknął głową. Austin wyciągnął z kieszeni pomarańczowych spodni pogniecioną kopertę, na której widok detektywowi zrobiło się niedobrze. Od razu odgadł, co to było. Austin wciskał mu taki list przy każdej okazji, prosząc o jego wysłanie.

List do Polly, ostatniej z ofiar.

Naturalnie detektyw czytał każdy z nich i nigdy żadnego z nich nie dostarczył Polly. Ta biedna istota wycierpiała wystarczająco wiele przez tego potwora, by zadręczać ją jeszcze listami. Powinna jak najszybciej zamknąć za sobą przeszłość i zakończyć to szaleństwo, jakie jej to monstrum zgotowało.

Willson przejął przez kraty podany mu list. Czynił to bardzo ostrożnie, od kiedy zorientował się, że czerwony tusz pióra to nic innego, jak krew tego zwyrodnialca. Zaiste, jego szaleństwu nie było końca.

— Wyślę to z samego rana — obiecał jak zwykle.

Austin przytaknął mu w milczeniu. Po chwili zamek w kratach zaskrzypiał, a dwóch strażników wyprowadziło Dereka z celi. Skazaniec nie spojrzał na Willsona. Jego wzrok utkwiony był w przestrzeń przed nim. Oczy Austina zdawały się zamrożone, jakby już martwe. Jednak Willson dostrzegł coś na twarzy Austina. Coś, co mogłoby być uznane za triumfalny uśmiech.

„Jak to można uważać za wygraną?”, pomyślał Willson, wyciągając z koperty list.

Ostatni list od psychopaty.


Polly,

nie pojawiłaś się. Czekałem cały ten czas. Myślałem, że chcesz uratować swoją małą duszyczkę.

Ty głupia suko! Czekałem i czekałem, a Ty co? Ty głupia suko! Ty żałosny kawałku śmiecia!


— Co za potwór — sapnął detektyw.

Chciał już schować list do kieszeni, ale w połowie składania papieru się rozmyślił. Postanowił czytać dalej.


Och, Polly! Moja słodka Polly! Chciałem być dla Ciebie dobry, chciałem dać Ci szansę, byś mogła poczuć się wspaniale… Niczym bohaterka tych Twoich pieprzonych romansów, które tak chętnie wypożyczałaś z biblioteki.

Ale Ty nie przyszłaś…

Szkoda, Polly. Naprawdę szkoda. Za to teraz będziesz płakać po nocach. To wszystko będzie Twoją winą. Tak bardzo chciałbym zobaczyć, jak Twoja marna egzystencja rozpada się, gdy skończysz czytać ten list, a ja zabiorę ze sobą moją tajemnicę do grobu.


Detektyw zmarszczył brwi. Tajemnicę? Jaką tajemnicę?

Willson spojrzał na zegarek. Za dwie minuty Derekowi Austinowi zostanie podany zastrzyk śmierci. Teraz zapewne wysłuchiwał modlitwy księdza Rolanda, przykuty do swego łoża śmierci pasami bezpieczeństwa, z podpiętą do ciała aparaturą do pomiarów bicia serca.


Pewnie teraz zastanawiasz się, co mogłem przed Tobą ukryć, prawda? Pewnie myślisz, że wiesz o mnie wszystko po tych dwóch latach? Moja najdroższa! To, że zabiłem pierwszy raz, gdy miałem zaledwie szesnaście lat, nie jest już tajemnicą. To, że przynosiło mi to nie lada radość, czy też fakt, iż zabijałem, by czuć się władcą, też nie jest sekretem. Jestem psychopatą! Ty to wiesz, ja wiem, i teraz cały świat, dzięki Tobie, dowiedział się o moim dziele.

Jednak, Polly, gdybyś tylko mnie słuchała, gdybyś naprawdę słuchała tego, co do Ciebie mówię, wiedziałabyś, jaką tajemnicę skrywam. Wiedziałabyś, co chcę Ci powiedzieć.

Pamiętasz, jak opowiadałem ci historię „Dwadzieścia jeden”?

Nie? Przypomnę Ci ją.

Liczby trzy, siedem i dwadzieścia jeden uważane są na całym świecie za szczęśliwe. Też tak uważam. Urodziłem się dwudziestego pierwszego lipca, w szkole średniej moim numerem w dzienniku była trójka, na studiach siódemka. Potrafiłem trzy razy z rzędu wbić siedem bili w bilardzie. Dziś mam dwadzieścia jeden lat i umrę jako Krwawy Kochanek siódmego marca.

W całym moim życiu liczby trzy, siedem i dwadzieścia jeden odgrywały wielką rolę. I Ty również byłaś jedną z tych liczb, Polly. Jesteś moją szczęśliwą dwudziestką jedynką.


— Że co? — mruknął detektyw.

Włosy zjeżyły mu się na karku, a po plecach spłynął pot. Miał złe przeczucie.


Tak, moja droga Polly. Nie byłaś czternastą kobietą, którą porwałem. Byłaś dwudziestą pierwszą. Między Tamarą Sanchez a Tobą porwałem jeszcze siedem innych kobiet. Wciąż je mam. Może jeszcze żyją, o ile nie zabrakło im powietrza.

Siedem kobiet, Polly. Mogłaś je uratować! Mogłaś oddać je ich rodzinom! Mogłaś zwrócić im życie, Polly! Ale nie przyszłaś. Nie pokwapiłaś się, by do mnie przybyć, a teraz ja zabiorę ze sobą wiedzę o ich miejscu pobytu do trumny.

Kiedy będziesz to czytać, ja zapewne będę martwy. One może też. Szkoda, Polly. Mogłaś być ich bohaterką, a zamiast tego będziesz ich katem.

Żegnaj, moja Polly! Zapewne spotkamy się w piekle. Dwoje morderców.

Twój D.


PS: Wszystkie Was kochałem, ale Ciebie najbardziej.

PPS: Mam nadzieję, że jest pan z siebie dumny, detektywie.


Willson zachwiał się na nogach, gdy czytał ostatnie słowa listu. Minęła sekunda, nim zrozumiał. W następnej już biegł w kierunku celi śmierci, choć zdawał sobie sprawę z tego, że jest już za późno.

Od dwudziestu jeden sekund Derek Austin powinien być martwy. A wraz z nim umarła nadzieja i życie siedmiu niewinnych kobiet.

~*~

Ojciec Roland oniemiały patrzył na to, co właśnie się działo. Nigdy wcześniej nie widział, by detektyw, tak poważny i roztropny jak Willson, darł się jak zranione zwierzę. Nigdy nie widział nikogo tak spanikowanego i przerażonego. Willson wpadł jak burza do celi śmierci, krzycząc „Stop!”. Nie był pewny, czemu detektyw się tak zachowywał, ale mógł jedynie przypuszczać, iż sprawcą zamieszania był ON.

Derek Austin.

Leżał tam, przystojny jak zawsze, piękny niczym młody Bóg z tymi czarnymi włosami i przepięknym uśmiechem. Cały on. Derek, jakiego ojciec Roland znał i pamiętał.

Jedynie jego oczy się zmieniły. Nie były już żywe, roześmiane i szalenie błękitne. Były teraz puste, szare. Martwe. Bez względu na to, co Willson miał zamiar zrobić, było już za późno.

Derek Austin zmarł z uśmiechem na twarzy.

Kolacja w Brighton

1

W Brighton, mieście położonym w hrabstwie East Sussex nad kanałem La Manche, zapanował słoneczny, ciepły maj. Miejscowi wychylili swoje nosy poza drzwi mieszkań, w których skrywali się skrzętnie przez ostatnie miesiące srogiej zimy i mało przyjemnej, deszczowej wiosny. Wraz z napływającymi do Brighton turystami raźnie spacerowali po Palace Pier.

Zajadali się lodami, watą cukrową i śmiali się wesoło. Rozkoszowali się pierwszymi od tak dawna promieniami słońca i możliwością włożenia sukienek bądź krótkich do kolan spodni typu bermudy. Przez otwarte na oścież drzwi wielu restauracji i barów wydobywały się przyjemne zapachy przygotowywanych potraw i szczęśliwe nawoływania gości. W wesołym miasteczku dzieci ciągnęły rodziców za ręce, chcąc pokazać im najnowsze atrakcje, a w pulchnych rączkach ściskając paczuszki karmelizowanych migdałów.

Spora grupa turystów z Japonii stanęła przed diabelskim młynem, pokazując go sobie palcami, strzelając fleszami z dziesiątek aparatów fotograficznych i dyskutując przy tym żywo. Po drugiej stronie kilku punków przysiadło na ławce, popalając papierosy i pijąc piwo. Nie zawracali sobie głowy obecnością innych ludzi. Najwyraźniej i oni chcieli nacieszyć się słońcem bez niepotrzebnego wszczynania burdy. Mijający ich dwaj starsi policjanci popatrzyli na nich spod przymrużonych powiek, ale nie zareagowali na skrywane za plecami młodzieży puszki z piwem. Oni również chcieli nacieszyć się pierwszym, ciepłym dniem roku.

To właśnie w tym przyjemnym tłoku, pełnym śmiechów i rozmów, otoczeni zapachem kandyzowanych jabłek, sprzedawanych na patyku i karmelu, jakim polewano ciepły jeszcze popcorn, spacerowała rodzina Greenów. Pani Green miała na sobie długą do kostek sukienkę w kwieciste wzory, w której przeważał błękitny odcień, bardzo ładnie podkreślający długie blond włosy i oczy koloru głębokiej, butelkowej zieleni. Uśmiechała się szeroko i ściskała w szczęściu dłoń swego męża, kiedy patrzyła jaśniejącymi miłością oczyma na dwójkę ich dzieci. Sześcioletni David prowadził za rączkę trzyletnią Anę z uwagą i troską starszego brata. David od dnia narodzin bardzo się starał zasłużyć sobie na miano najlepszego brata na świecie. Czytał Anie na dobranoc swoją ulubioną książeczkę o przygodach królika Sama, uważał na nią podczas zabawy z innymi dziećmi. Z troską jej doglądał, gdy spała lub leżała w łóżeczku z gorączką. Upierał się za każdym razem, by być przy matce, kiedy ta podawała córce syrop.

Dostrzegłszy to, z jaką troską i miłością syn zajmował się swą siostrą, pani Green odczuwała ogromną dumę, która rozpierała jej matczyne serce. Czy matka mogła życzyć sobie czegoś więcej niż bezgranicznej miłości, którą dzielić miały się dzieci? Nie, pani Green nie życzyła sobie niczego innego.

Pan Green spojrzał ukradkiem na swą małżonkę i uśmiechnął się kącikiem ust, dostrzegając kropelkę słonej łzy szczęścia na policzku pani Green. Starł ją opuszką palca i wytarł w białą koszulkę. Łza wyschła na słońcu w zaledwie sekundę, a pani Green otarła dłonią kolejną, która pojawiła się na drugim policzku. Oboje z czułością spojrzeli po sobie i swoich wspaniałych dzieciach, by już po chwili ich oczy wspólnie padły na jeszcze płaski brzuch pani Green, który w ciągu najbliższych miesięcy miał się powiększyć.

— Tato, tato! — zawołał David, wskazując rączką coś, co znajdowało się za murem stworzonym z turystów. — Patrz! Klaun!

Pan Green spojrzał w kierunku wskazywanym mu przez syna.

Przy budce z amerykańskimi lodami, otoczony gromadką klaszczących i śmiejących się dzieci, stał klaun. Czerwony pompon zdobił jego nos, odznaczając się mocno na tle pomalowanej na biało twarzy. Klaun wywracał się, potykając o swoje za duże, zakończone pomponami buty, a mała publiczność nagradzała go oklaskami.

— Możemy iść i popatrzeć z bliska? — zapytał David, a Ana przytakiwała mu zawzięcie, aż jej ciemne blond włosy wysypały się z różowej gumki frotki.

— Dobrze — zgodził się pan Green.

Zarówno on, jak i pani Green nie przepadali za klaunami, ale nie mieli zamiaru pozbawić swych pociech dobrej zabawy. Już po chwili stali w kręgu dorosłych oraz dzieci otaczających klauna, klaszcząc i uśmiechając się wraz z innymi.

2.

Furtka zaskrzypiała cicho, choć w ciszy nocy dźwięk ten zdawał się mu tysiąc razy głośniejszy. Nie zawracając sobie głowy jej zamknięciem, szybko przemknął przez mały ogródek na tyły domu państwa Green. Wciąż mokra po tygodniach opadów ziemia zacmokała pod podeszwami ciężkich butów. Odciski majaczyły na ciemnej trawie przez kilka chwil, nim z niej zniknęły, jakby nigdy ich tam nie było. Jakby nigdy JEGO tam nie było.

Camp skrył się w ciemnej szparze pomiędzy domem Greenów a willą ich sąsiadów, nasłuchując uważnie. Cała dzielnica spała. Gdzieś w oddali zaszczekał pies. Był jednak zbyt daleko, by mężczyzna musiał się nim przejmować. Greenowie nie mieli psa. Sprawdził to już wcześniej.

Bywał w domu Greenów już kilka razy, kiedy nikogo w nim nie było. Spacerował po miękkich dywanach i oglądał zdjęcia zawieszone na ścianach. Najbardziej lubił to, na którym pani Green stała w drzwiach tarasu prowadzącego do ogródka. Miała na sobie obcisłe jeansy i kolorowy top, a jej długie włosy opadały falami na ramiona. Kiedy patrzył na zdjęcie, miał wrażenie, że pani Green uśmiecha się do niego. Kiedy onanizował się, patrząc na zdjęcie, lubił wyobrażać sobie, że to dla niego jest przeznaczony ten delikatny uśmiech. Palcami dotykał wtedy miejsca na fotografii, gdzie pod materiałem topu znajdowały się piersi pani Green. Penis pulsował w dłoni, każde potarcie szorstkimi palcami doprowadzało go do szału. Ekstaza płynęła w jego żyłach, a ejakulacja była dzika, niemal zwierzęca. Za każdym razem śmiał się głośno, kiedy wytryskiwał spermą na ścianę salonu pod zbiorem zawieszonych na niej zdjęć rodziny Greenów.

Już nie mógł się doczekać, kiedy spuści się na panią Green, pokazując, jak wielką jest szczęściarą. Może nawet pokusi się o włożenie swego przyrodzenia pomiędzy jej słodkie wargi? Kto wie, kto wie, co przyjdzie mu do głowy, kiedy nareszcie poderżnie gardło mężulka i zajmie się nią?

„Jednak wszystko po kolei”, powiedział sobie w myślach.

Nie mógł pozwolić, by ekscytacja i podniecenie nad nim zapanowały. Musiał być ostrożny. W ciszy nocy każdy dźwięk był głośniejszy. Nie mógł sprawić, by któreś z Greenów lub ich sąsiadów zbudziło się i nakryło go na włamywaniu się do ich domu. Nie chciał mordować dzieci na korytarzu, nie chciał podcinać gardła pani Green, kiedy ta krzyczałaby z całych sił.

Chciał, aby wszystko poszło zgodnie z planem.

Wpierw chciał spuścić się na ścianę, tak jak to robił za każdym razem, kiedy się tutaj pojawiał. Potem chciał wejść cichutko po schodach prowadzących na piętro i… Ach, znał ten plan na pamięć i miał zamiar go zrealizować! Jednak najpierw musiał dostać się do środka.

Wychodząc z ukrycia, podszedł do szklanych drzwi tarasu. Uniósł ceramicznego skrzata, który uśmiechał się do niego szeroko, i zabrał leżący pod nim klucz. Cicho odstawił figurkę na miejsce i nie wydając z siebie ani jednego dźwięku, całkowicie niesłyszalnie opuścił ogródek, ruszając do wejściowych drzwi.

Uśmiechający się skrzat patrzył przed siebie pustym wzrokiem rzeczy martwych, kiedy w ciszy rozległo się ciche, cichuteńkie stęknięcie przekręcanego w drzwiach klucza i równie cichy odgłos przekręcanej klamki. Skrzat stał tam, skrywając w sobie tajemnice tejże nocy.

3.

Wszedł do środka, rozglądając się uważnie po cichym wnętrzu. Światła ulicznych lamp i wielkiego księżyca wpadały do obszernego salonu, oświetlając swą stalowosrebrną łuną kanapę i leżący pod nią dywan. Camp ściągnął buty, by nie pozostawić po sobie błotnistych śladów. Lubił dom Greenów. I nawet teraz, kiedy miał zamiar ich wszystkich tutaj pozabijać, nie chciał narobić większego bałaganu, niż było to konieczne. Lubił znajdujące się tu dywany i lśniące czystością jasne deski podłogi. Dokładnie wyczyszczone blaty oraz kafelki w kuchni, z których można było jeść. Lubił to i nie chciał psuć sobie przyjemności patrzenia na czerwień krwi, która będzie tak wspaniale kontrastować z jasnością domu Greenów.

Błoto wszystko by zniszczyło.

Odstawił obuwie za drzwiami i powoli, bardzo cichutko zatrzasnął je za sobą. Poczynił trzy kroki do przodu i zatrzymał się pośrodku niewielkiego korytarzyka, zastanawiając się, gdzie powinien zacząć. Zawsze spacerował po domu swych ofiar, nim zabrał się do prawdziwej roboty. Lubił oglądać rzeczy swych wybrańców tuż przed robotą. Tak, to wszystko było bardzo ciężką pracą, a dotykanie mebli, oglądanie zdjęć, wąchanie swetrów czy bielizny było niczym poranna porcja kawy przed rozpoczęciem zmiany. To go pobudzało, dodawało pewności, że słusznie postępuje, wkraczając w życie ofiar i zmieniając tych ludzi w prawdziwą sztukę.

Och, sztuka! Tak, jego robota była prawdziwym kunsztem!

Podchodząc do szklanego stolika stojącego pomiędzy sofą a telewizorem, przypomniał sobie o Taylorach. Oni również mieli taki stół. To właśnie na nim ułożył ich ciała, splatając je ze sobą w misternym warkoczu nóg, dłoni i twarzy. Londyńskie gazety do tej pory rozpisywały się o jego wyczynie, choć od wizyty u Taylorów minęło już sześć miesięcy.

Camp zmarszczył brwi, odrywając dłoń od srebrnej rzeźby, która nie miała żadnego wyraźnego kształtu.

Wariat, psychopata, szatan w ludzkiej skórze. Tak go nazywano.

„Idioci!”, prychnął pod nosem, przechodząc w głąb domu. Nie potrafiliby dostrzec jego geniuszu, nawet gdyby dostali nim po nosie.

Nie był wariatem, nie był psychopatą. Nie był nawet szatanem wcielonym, choć to właśnie on, Pan dał mu tę misję. Jednak to nic! Pan uprzedzał go w snach, że nikt nie zrozumie ich dzieła. Tylko nieliczni jemu podobni będą w stanie docenić piękno, które po sobie pozostawi. Tylko kilku ludzi na świecie będzie umiało zrozumieć tę misję i głosić wielkość jego poświęcenia.

W drodze do schodów prowadzących na piętro zatrzymał się obok nowoczesnej lodówki. Magnesy w kształcie kwiatków i motylków przytrzymywały na niej obrazki namalowane przez dzieci państwa Green, kilka notatek z zakupami i dwie lub trzy pocztówki z wakacji, jakie rodzina ze sobą przywiozła. Wziął jedno z dzieł dzieciaków w dłoń, przyglądając się mu z przechyloną głową. Chwilę później zgiął obrazek na cztery części i wsadził do kieszeni obszernych spodni.

4.

Pierwszy stopień zaskrzypiał pod stopami. Zatrzymał się więc, nasłuchując z uwagą. Zapomniał o tym. Głupi błąd, który mógł go kosztować zdemaskowaniem. Nikt jednak nie poruszył się na piętrze. Greenowie dalej spali, nieświadomi nadciągającej śmierci.

Uśmiechając się do siebie pod nosem, Camp ostrożnie postawił kolejne kroki. Schodek po schodku wspinał się powoli, aż jego stopy stanęły na wąskim korytarzyku pierwszego piętra. Srebrne światło księżyca wpadało tu przez okna dachowe na miękki dywan i kolejne zdjęcia rodziny zawieszone na ścianach. Im jednak mężczyzna nie poświęcił zbyt wielkiej uwagi. Nie było na nich pani Green, samotnie stojącej w skąpym ubraniu. Jej twarz nie uśmiechała się tutaj do niego, ale do swojego małżonka.

Przez chwilę Camp walczył z chęcią stłuczenia ramki, w której było zdjęcie przytulającego się małżeństwa. Zwalczył jednak szybko to uczucie. Nie chciał zbudzić domowników. Wiedział natomiast, że jak tylko skończy z Greenami, od razu zniszczy zdjęcie. Po szczęściu tej pary zostanie jedynie wspomnienie.

Postąpiwszy ostrożnie kroku ku pierwszym drzwiom prowadzącym do sypialni chłopca, ominął regał wypełniony książkami i figurkami z porcelany. Jedne z nich przedstawiały słoniki z uniesionymi trąbami, inne małe papużki, a jeszcze inne budynki Buckingham Palace i wieży Eiffel. Stanął przed drzwiami i pchnął je lekko. Nie były zamknięte. Chłopiec bał się ciemności i zawsze chciał, by drzwi pozostawały uchylone. Camp to wiedział. Wiedział o Greenach praktycznie wszystko.

Sypialnia chłopca pochłonięta była w delikatnie drgającym złotym świetle małej lampki stojącej w kącie pokoju. Srebrne gwiazdki, wycięte z dziecięcą precyzją z kolorowanki, zwisały na sznureczkach, przyklejone na taśmę samoprzylepną do sufitu. Zabawki chłopca — klocki, samochodziki i plastikowi żołnierze — stały równo poukładane na półkach. Czerwona koszulka, zielone spodnie ze sztruksu i wełniane majteczki leżały na krzesełku, czekając na to, by chłopiec założył je następnego dnia.

„Nie będą mu potrzebne”, pomyślał i zamknął za sobą drzwi. Chłopiec spał, pochrapując cicho. Jego czas przyjdzie później.

Camp przeszedł do kolejnych drzwi, gdzie mieściła się sypialnia dziewczynki.

Nie musiał ich otwierać. Stały przed nim otwarte. Dziewczynka spała twardo, a z drobnych ust wydobywało się ciche chrapanie. Włoski rozsypały się wokoło słodkiej, dziecięcej twarzyczki, lekko zaróżowionej od snu. W pokoiku nie panował taki porządek jak w sypialni jej braciszka. Po całej podłodze wysłanej różowym dywanem walały się lalki i kredki. Pod oknem piętrzyła się sterta pluszowych misiów, patrzących swymi szklanymi oczami na stojącego w progu mężczyznę.

Wycofał się o krok i zamknął drzwi. Na dziewczynkę także przyjdzie pora. Jednak to jej rodzice byli pierwsi na liście.

Im bardziej zbliżał się do drzwi sypialni państwa Green, tym mocniej biło mu serce. Czuł, jak jego penis pulsuje szalenie, uciskany boleśnie przez ciasną bieliznę. Oddech stał się ciężki. Camp z trudem utrzymywał spokojny krok. Chciał pobiec do sypialni pani Green i zerżnąć ją, aż kobieta przestanie czuć cokolwiek. Chciał widzieć wytrzeszczone ze strachu oczy i otwarte w niemym krzyku usta. Chciał widzieć swe palce w miękkim ciele, swego penisa w słodkich ustach i patrzące na nich puste, martwe oczy jej męża.

Och, jak bardzo tego pragnął!

Jak tylko wyobraził sobie swe dłonie zaciśnięte na jej jasnych piersiach, z jego ust uszedł cichy jęk. Pan dał mu najwspanialszy prezent, pozwalając mu dokonać tego dzieła! Pan był wielki, dając mu panią Green!

Drzwi sypialni państwa Green nie były zamknięte. Na dywan korytarza przez wąską szparę pomiędzy drzwiami a framugą padała srebrna smużka światła. Camp wiedział, że tak kochający rodzice jak państwo Green nigdy nie zamknęliby się przed swoimi dziećmi. Zapewne każdego wieczoru zasypiali czujni, gotowi na najmniejszy szelest i cichy szloch ich potomstwa.

Och, pani Green w rzeczy samej była wspaniała. Jaka szkoda, że musiał ją zabić.

Wziąwszy ostatni, uspokajający oddech, wyciągnął z kieszeni myśliwski nóż. Ząbkowana głownia zabłysła złowieszczo w świetle księżyca. To była ta chwila. To był ten moment, na który Camp tak długo czekał.

Pchnął delikatnie drzwi, które otwarły się przed nim bezszelestnie, i ruszył ku wielkiemu łożu. Widział skryte pod kołdrą dwie sylwetki. Jego podniecenie osiągnęło szczyt. Nie mógł już dłużej czekać. Niczym zwierzę rzucił się ku panu Green i na oślep wbił w ciało nóż. Nie zwrócił uwagi, że pan Green nie drgnął w spazmie bólu. Nie przejął się, że z gardła nie uszedł choćby jeden, najmniejszy dźwięk. Camp ciął i ciął z rozkoszą, aż zmęczony wydobył ostrze i otarł wierzchem dłoni spocone czoło.

Dopiero wtedy zauważył, iż na kołdrze nie było ani kropelki krwi. Nie było tam nic, co mogłoby świadczyć o tym, czego właśnie dokonał. Wściekle zszarpał z państwa Green kołdrę i z przerażeniem ujrzał leżące na łóżku dwa manekiny.

Odwrócił się pospiesznie ku wydobywającemu się zza jego pleców dźwiękowi. Było jednak już za późno. Coś wbiło mu się w ramię. Nim zdążył uczynić choćby ruch, padł oszołomiony na podłogę, a z ust pociekła mu ślina.

5.

Kiedy ponownie otworzył oczy, od razu rozpoznał, że nie znajduje się w sypialni państwa Greenów. Ściany pomieszczenia, w którym przebywał, miały szary odcień, a powietrze przesiąknięte było słodkim zapachem stęchlizny. Znajdował się w piwnicy, zgadywał. Jego mózg był zbyt oszołomiony, żeby mógł powiedzieć to z pewnością, ale coś — jakieś wspomnienie życia sprzed lat, kiedy był zwykłym ćpunem — mówiło mu, że bywał już kiedyś w takich miejscach jak to.

Im dłużej się nad tym zastanawiał, tym silniej powracały do niego obrazy wspomnień. Z wolna przypominał sobie o życiu, jakie prowadził przed tym, nim Pan wybrał go na swą prawą rękę. Przypominał sobie strzykawki wbijane w przedramię i długie sesje narkotykowego rauszu. A im więcej okropnych wspomnień powracało do głowy, tym mocniej uczucie mdłości rosło w żołądku. I kiedy już dłużej nie mógł wytrzymać, Camp zwymiotował przed siebie. Wtedy też zrozumiał, że wcale nie leży w jednej z piwnic, w których wylegiwał się podczas zażywania heroiny na brudnym, śmierdzącym materacu.

Teraz zwisał wpółprzytomnie. Jego ręce rozpostarte były ponad głową i związane w nadgarstkach szorstkimi sznurami. Stał boso na pokrytej piachem, zimnej podłodze. Nie mógł poruszyć nogami, które przytwierdzone były do spróchniałych desek.

Starał się skupić wzrok na swoich stopach. Coś było z nimi nie tak, ale otumaniony umysł nie był w stanie zrozumieć, co to było. Wiele czasu zajęło mu zrozumienie, że w stopach tkwią stare gwoździe, którymi ktoś przybił go do podłogi. W szoku szarpnął się szaleńczo, a z jego ust wydobył się krzyk. Ból szarpał nerwami, jakby ktoś obdzierał go ze skóry.

Camp zaczął się bać. Pierwszy raz w życiu poczuł coś takiego. Przerażenie, które wywróciło jego flakami, sprawiając, że znowu zwymiotował.

— Spójrz, kochanie! — Jego uszu doszedł słodki, melodyjny głos. — Nasz gość się obudził.

Podnosząc głowę tak wysoko, jak tylko pozwalał mu bolący kark, Camp spojrzał na stojącą przed nim parę. Pani Green, ubrana w długą do ziemi koszulę nocną barwy fuksji, uśmiechała się do niego uroczo, zasiadając w ustawionym przed nim fotelu. Długie włosy opadały lekkimi falami na ramiona, a palce bosych stóp znaczyły w piachu kółka i spirale.

— Najwyższy czas, kochanie — odparł pan Green, stojący za oparciem fotela. — Już się bałem, że przesadziłem z fentanylem.

Camp obserwował mętnym wzrokiem, jak pan Green ominął fotel i powoli do niego podszedł. Życzliwy uśmiech nie schodził z ust mężczyzny nawet wtedy, gdy zbliżył się i ukląkł przed nim. Pan Green nic sobie nie robił z plamy wymiocin, jaka dzieliła go od obcego. Patrzył jedynie w oczy zbrodniarza, który szarpnął dłońmi, aby uwolnić się z więzów.

— Przestań — powiedział spokojnie pan Green. — To na nic. Uczyłem się tych węzłów w szkole morskiej. Nie dasz rady ich zerwać.

I chociaż Camp wiedział, że pan Green ma rację, szarpnął jeszcze raz. To faktycznie było na nic. Im mocniej szarpał, tym bardziej więzy wbijały mu się w nadgarstki.

— Wiedzieliśmy, że przyjdziesz — rzuciła pani Green, zwróciwszy tym na siebie uwagę mężczyzny. — Szczerze mówiąc, to liczyliśmy na to, prawda, kochanie?

— O, tak! — przytaknął ochoczo pan Green. — Od kiedy pierwszy raz ujrzeliśmy cię w naszym domu, spuszczającego się na ścianę pod naszymi zdjęciami, wiedzieliśmy, że już niedługo się spotkamy.

— Muszę powiedzieć, że ścieranie twojej spermy ze ściany było mało przyjemną czynnością. — Pani Green wzdrygnęła się z obrzydzenia.

Camp słuchał kojącego głosu, chłonął każdą wypowiadaną przez nią sylabę. Nie interesowało go to, w jakiej znalazł się sytuacji. Głos pani Green sprawiał, że znowu miał przed oczami obrazy jego przyrodzenia w jej ustach, a świadomość, iż delikatne dłonie ścierały spermę, sprawiła, że penis urósł mu w spodniach do ogromnych rozmiarów.

— No, no, kochanie! — zawołał pan Green i wskazał na wybrzuszenie w spodniach Campa. — Nasz gość się cieszy, że cię widzi!

Pani Green wybuchła słodkim, dziewczęcym śmiechem. Był niezwykle uroczy, ale było w nim też coś diabolicznego. Śmiała się, ale oczy pozostały zimne i skupione na obcym.

— Schlebia mi to — powiedziała i wstała z fotela.

Camp obserwował z wielkimi oczami, jak kobieta podchodzi do niego i klęka u boku swego męża. Patrzył uważnie, jak pani Green wyciąga ku niemu dłoń i gładzi go po policzku. Ciało przeszło tysiące ciarek, gdy smukła dłoń przepłynęła delikatnie do rozpiętej koszuli, mknąc przez tors Campa ku pępkowi i niżej, coraz niżej. Zajęczał, kiedy dłoń pani Green zacisnęła się na jego przyrodzeniu, a językiem zwilżyła swe pełne usta.

— Mhm! — Wydobyło się z jej ust.

Pan Green patrzył na nią oczyma pełnymi zachłannej rozkoszy. Camp mógł dostrzec, jak spodnie piżamy mężczyzny wybrzuszają się, kiedy dłoń pani Green zaczęła posuwać się w przód i w tył na penisie Campa.

— To ci się podoba, prawda? — zapytała, a zarówno Camp, jak i pan Green przytaknęli ochoczo. — Byłeś bardzo, bardzo złym chłopcem…

— Camp — szepnął w odpowiedzi na jej płonące spojrzenie.

— Och, taki zły chłopiec — odparła i mocniej zacisnęła dłoń na przyrodzeniu. — Jesteś złym chłopcem, Camp. Takim złym chłopcem. Muszę cię ukarać.

Jej dłoń przyspieszyła i teraz w szalonym pędzie go pieściła. Czuł niemal piekący ból, kiedy rżnęła go swymi palcami. Było mu to jednak obojętne, tak samo jak to, że pan Green klęczał przed nim z fiutem na wierzchu i sam się onanizował. Miał to głęboko gdzieś! Teraz liczyła się dla niego jedynie ta chwila. Dłoń pani Green na jego penisie, słodki głos mówiący do niego i prześwitujące przez cienki materiał koszuli nocnej ciemne sutki, które sterczały w podnieceniu.

— Chcesz być ukarany, Camp? — zapytała, a on zachrypiał w przyjemności.

— Tak, tak, tak — rzekł grubym głosem jej mąż, nie przestając pocierać dłonią o swojego penisa. — Ukarz go, kochanie. Zrób to!

Pani Green uśmiechnęła się na słowa pana Greena. Nie spuściła jednak przy tym wzroku z Campa. Dalej poruszała swoją dłonią. W pewnym momencie pochyliła się i przejechała językiem po szyi obcego. Camp był w raju. Pan dał mu misję, ale nie śmiał o niej myśleć. Należał teraz do pani Green i to jej chciał służyć w zamian za jej dłoń na fiucie.

Chciał, by go zerżnęła!

Szarpnął się zachłannie, a ona ścisnęła go tak mocno, że z oczu popłynęły mu łzy.

— Och, Camp — jęknęła, a jej policzki przybrały na barwie. — Taki niedobry chłopiec jak ty…

Camp zazdrościł palcom drugiej dłoni pani Green, które znikły pod fałdami koszuli nocnej i teraz pieściły ją w rytmie, w jakim poruszała się dłoń na nim. Gdzieś z oddali dochodził do niego zduszony głos pana Green, który na widok swej masturbującej się żony doszedł z głośnym krzykiem.

Pani Green odrzuciła do tyłu piękną głowę i wydała z siebie przeciągły jęk rozkoszy. To wystarczyło, by i Camp doszedł w jej dłoni. Ryk, jaki wyszedł z jego gardła, mógłby obudzić całą przecznicę, ale on wiedział, że nikt go nie usłyszy. Wiedział, że teraz był zdany na łaskę pani Green.

Chwilę później i ona osiągnęła szczyt. I był to najwspanialszy widok, jaki Camp widział w swoim życiu. Nic nie mogło się równać z panią Green. Nic, czego dokonał, nie mogło być tak piękne jak ona.

Pani Green spojrzała na niego swoimi dziwnymi, zimnymi oczyma i uśmiechnęła się lubieżnie. Następnie podniosła się z klęczek i podeszła do wciąż klęczącego przed nią męża, którego dłoń zaciśnięta była na jego sflaczałym przyrodzeniu.

— Dzisiaj przychodzą do nas Redwoodowie i nasi rodzice, kochanie — powiedziała czule do pana Greena. — Pomyślałam o żeberkach w sosie BBQ na główne danie i może o pieczonej szynce.

Powiedziawszy to, ruszyła ku schodom prowadzącym w górę i już po chwili znikła za drzwiami.

— No, niedobry chłopcze. — Camp przeniósł wzrok na teraz stojącego pana Greena. — Czas zapłacić za winy.

Myśliwski nóż Campa zalśnił w dłoni pana Greena. Obcy nie miał z nim najmniejszych szans.

6.

— Och, Melindo! Twoje żeberka są wyśmienite! — zawołała pani Redwood.

— Dziękuję, Brendo! — Pani Green uśmiechnęła się do niej z wdzięcznością.

— Zdradź nam sekret! Jak ty to robisz, że twoje potrawy są zawsze tak smaczne? — dopytywał pan Redwood.

On i jego małżonka, przysadzista kobieta o wielkich piersiach i uśmiechu niezwykle białych zębów, przyjęli z rąk pani Green kolejną dokładkę żeberek w sosie BBQ.

— Och, to nic wielkiego — odparła pani Green. — Cała tajemnica tkwi w świeżym mięsie. To tyle.

— Niemożliwe! — krzyknął pan Redwood, a sos pociekł mu po brodzie. — Tylko tyle?

— Tak — przytaknęła pani Green i wskazała na siedzącą po drugiej stronie stołu swoją matkę. — Nauczyła mnie tego moja mama.

— Zawsze twierdziłam, że świeże mięso jest kluczem do wspaniałego dania — potwierdziła matka pani Green.

— Ważne jest też, aby wiedzieć, jak zabić zwierzę — wtrącił ojciec pana Green. — Zwierzę nie może wiedzieć, że zostanie zabite. Musi myśleć, że zamknięcie jest chwilowe i zaraz ponownie będzie mogło wypasać się na trawie.

— Mój tata jest rzeźnikiem — wyjaśnił pan Green zainteresowanemu państwu Redwood.

— To bardzo ciekawe — rzekł pan Redwood, poprawiając pasek spodni, który wrzynał się w jego spory brzuch.

— Dość o tym, pora na kolejne danie! — zawołała pani Green.

Krzyk zachwytu rozszedł się po pomieszczeniu, kiedy na stole znalazła się srebrna taca z parującą, pieczoną szynką.

— Mamo! Mi też! — zawołali naraz David i Ana, a pani Green z czułością nałożyła im po porcji szynki i ziemniaczanego purée.

7

Kolejny słoneczny dzień wstał nad Brighton. W to niedzielne przedpołudnie wiele rodzin przybyło na Palace Pier. Wiele z nich zrezygnowało z gotowania w domu, postanowiwszy zjeść w jednej z przytulnych knajpek. Wśród nich byli również państwo Green i ich pociechy.

We czworo zajęli miejsce w ogrodzie jednej z włoskich restauracji. David i Ana objadali się wyśmienitą pizzą, a ich rodzice zamówili makaron frutti di mare. Państwo Green trzymali się za dłonie i uśmiechali do siebie co chwila, kiedy David pomagał pokroić Anie jej kawałek pizzy na małe kawałeczki.

Nic nie było w stanie zakłócić ich idylli. Byli niezwykle spokojni i szczęśliwi. Nagrania z kamer ukrytych w ogrodowym skrzacie i podstawie srebrnej rzeźby znikły bez śladu. Tak samo jak zabawiający gawiedź klaun.

Ostatnia godzina przed świtem

Cieśnina Kota

— A teraz czas na pogodę! Jutro i we wtorek okresami wystąpią opady deszczu. Temperatura wyniesie od minus trzech stopni Celsjusza na Skanii nawet do minus jedenastu na Halland. Powieje umiarkowany i dość silny zachodni wiatr w porywach do siedemdziesięciu kilometrów na godzinę. W Cieśninie Kattegat już w środę wystąpi sztorm o sile dziewięciu stopni w skali Beauforta. Wilgotność powietrza wyniesie od poniżej osiemdziesięciu do ponad dziewięćdziesięciu procent. W całym kraju będzie chłodno, wilgotno i wietrznie, a biomet okaże się niekorzystny — powiedział smutno głos wydobywający się z głośników podwieszonych pod sufitem na zardzewiałych gwoździach. — A teraz przed nami Diana Ross i jej „My Old Piano”. Zostańcie ze mną i Radiem Halland.

Aaron przetarł szczypiące oczy. Zbyt późno zorientował się, że tarł palcami po dość głębokiej ranie na policzku. Nie miał pojęcia, skąd się jej nabawił. Skrzywił się, kiedy dostrzegł dwie krople krwi, które zabarwiły opuszek wskazującego palca. Miał dziwne wrażenie déjà vu, ale może to tylko dlatego, że od kilku tygodni w Selofsbo nie robił nic innego, jak wstawanie rano, chodzenie do pracy i spotykanie się wieczorami ze swymi nowymi znajomymi w jednej z niewielu knajp czynnych poza sezonem letnim. Kiedy ukończył z wyróżnieniem studia na Wydziale Nauk Ekologii Roślin i Ochrony Środowiska Uniwersytetu Sztokholmskiego, nie przypuszczał, że jedyną możliwością podjęcia pracy będzie stanowisko specjalisty do spraw ochrony środowiska w Parku Narodowym Kattbulp, który tak naprawdę był jedynie niewielką, niezamieszkałą wyspą, położoną na Cieśninie Kattegat.

Miał nadzieję na bardziej ambitne zadania niż obrączkowanie ptaków na wyspie mającej nie więcej jak dwa kilometry kwadratowe powierzchni. Jednak kiedy po półrocznym bezrobociu, podczas którego jedynymi ofertami pracy, prócz tej na Kattbulp, było stanowisko ochroniarza w supermarkecie lub magazyniera, Aaron postanowił złapać to, co wydawało mu się najlepszą z możliwości. Spakował swoje dwie niewielkie walizki, oddał klucze do wynajmowanego mieszkania i opuścił Sztokholm. Sześć godzin później stał przed piętrowym, drewnianym domkiem należącym do Zespołu Ochrony Przyrody i Monitoringu w Selofsbo w gminie Falkenberg i zastanawiał się, co on tu w ogóle robi.

Jadąc do Selofsbo, czytał odrobinę o tej mieścinie. Populacja skakała tutaj pomiędzy sto dziewięćdziesięcioma a dwustoma osobami, nie licząc turystów, którzy w sezonie letnim byli liczniejsi niż tubylcy w złotych latach miasta. Prócz dwóch placów kempingowych, sklepu spożywczego, farmy drobiu oraz producenta okien nie było tu nic. Nic oprócz piaszczystej plaży i baru „Pod Kotem”, w którym siedział właśnie ze znajomymi z pracy i popijał miejscowe piwo.

Upijając łyk z kufla, Aaron spojrzał po twarzach towarzyszących mu osób. Axel, pulchny facet koło pięćdziesiątki, który był ich geologiem, przekomarzał się z Enokiem — biologiem. Facet starał się ciągle zwrócić na siebie uwagę atrakcyjnej Agnes, ich księgowej. Agnes zbywała komplementy Enoka delikatnym uśmiechem, nie spuszczając przy tym oczu z kierownika działu administracyjno-technicznego — Rasmusa, który siedział po jej lewej. Duńczyk najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy z maślanych oczu, jakie robiła do niego kobieta. Ciągle poprawiał swą blond czuprynę i wyłapywał co lepsze kąski z miseczki stojącej przed nim na blacie stolika, przy którym siedzieli. Co rusz komentował ruchy małych punkcików na zielonym tle telewizora, pijąc już czwarte tego wieczoru piwo.

Aaron poszedł w jego ślady, porwawszy z miseczki garść precli. Wpakował je do ust i poczuł, jak sól szczypie go w język.

— Hej, Aaron! Aaron!

Wyrwany z otępienia, spojrzał w kierunku Axela, który już przechylał się przez stół, by walnąć go w ramię. Mało brakowało, a sporym brzuchem strąciłby piwo Rasmusa. Ten złapał jednak w porę swój wypity do połowy kufel i spiorunował kolegę wzrokiem. Axel mrugnął do niego zaczepnie, ale Aaron widział, jak mężczyzna odetchnął z ulgą, kiedy Rasmus odwrócił bez słowa od niego wzrok. Duńczyk był lubiany, ale wiele osób miało przed nim równocześnie sporego pietra.

— Jak podoba ci się Koci Garb? — zapytał Axel, powróciwszy na swoje miejsce.

Z roztargnieniem poprawił okulary w czarnych oprawkach, nie przestając śmiać się pod nosem. Aaron zdążył przyzwyczaić się do tego, że kolega zawsze chodził uśmiechnięty od ucha do ucha. Na początku go to irytowało. Nie potrafił tego zrozumieć i często miał wrażenie, że Axel śmieje się z niego albo z jego brudnej od kropel keczupu brody, o których obecności Aaron nie miał pojęcia. Jednak po kilku dniach wiedział już, że Axel po prostu taki był. Zawsze pozytywnie nastawiony.

— Koci Garb w Kociej Dziurze — Rasmus prychnął i po raz pierwszy od pojawienia się ich w pubie zainteresował się rozmową. — Wy, Szwedzi, jesteście tacy nudni. Gdybym powiedział ojcu, że siedzę pod kotem niedaleko kociej dziury, a mój dobry kolega pracuje na kocim garbie, uznałby to za marny żart.

— Odwal się, Rasmus — rzekł Enok, po czym skradł z dłoni Duńczyka precla. — U was obchodzi się cynamonowe urodziny i wszędzie wiesza się flagi. To wy jesteście nudni.

— I to mówi facet o imieniu Enok — skomentował Rasmus i zakończył tym dyskusję.

Enok zasępił się na tę przyganę. Wszyscy wiedzieli, że nie lubił swojego imienia i od jakiegoś czasu nosił się z zamiarem, by zmienić je na Elian. Aaron nie był pewny, czy takie imię będzie dla niego lepszą alternatywą, ale Enok upierał się, że z nim uniknie głupich komentarzy.

— Chłopcy, chłopcy! — Siedząca pomiędzy nimi Agnes poklepała ich po plecach. — Dajcie sobie spokój. Aaron, jak tam w pracy? Wciąż siedzisz nad raportami?

Aaron skrzywił się na wspomnienie tych nudnych, długich godzin, które spędził w biurze w ciągu pierwszych tygodni swej pracy, kiedy starał się uporządkować bazę danych o zabiegach ochronnych realizowanych na Kattbulp i dotrzeć do wszystkich okresowych raportów z postępu prac. Jego poprzednik, niejaki Hugo, zostawił to wszystko w totalnym bałaganie, nim znikł bez śladu. Nikt nie wiedział, czemu spakował swoje rzeczy i po zaledwie półtora roku pracy na Kattbulp bez słowa opuścił Selofsbo. Bądź co bądź dzięki niemu Aaron miał ciepłą posadkę i w cholerę papierów do uporządkowania.

— Prawie skończyłem — odpowiedział pomiędzy łykami zimnego piwa. — Resztę zostawię sobie na następny weekend. Pojutrze muszę popłynąć na wyspę i trochę się po niej rozejrzeć, nim sztorm rozszaleje się na dobre.

— Byłeś już na niej? — zapytał Enok.

Aaron przytaknął mu, nie mogąc odpowiedzieć z ustami pełnymi precli.

— Raz — odparł, kiedy połknął sporą garść. — Calle zabrał mnie tam w pierwszy dzień mojej służby.

— Zapewne zrobił to za dnia, co nie? — zagadnął Axel, wciąż się uśmiechając. — I pewnie pokazał ci jedynie wschodnią stronę?

— Stary piernik nie wchodzi tam po zachodzie słońca — Rasmus zaśmiał się złośliwie. Odwrócił wzrok od meczu piłki nożnej i prychnął na widok pustej paczki po papierosach, która leżała na stoliku obok jego piwa. — Jakby mógł, puściłby tę wyspę z ogniem.

Zainteresowany tym tematem Aaron spojrzał po twarzach znajomych, którzy przytaknęli Rasmusowi w ciszy. Calle, ich kierownik, faktycznie zabrał go na wyspę po południu i strasznie mu się spieszyło, by powrócić na Selofsbo przed zapadnięciem zmroku. Aaron nie widział w tym niczego dziwnego, podobno na wyspie było kilka dzików nieprzyzwyczajonych do widoku ludzi, a i po ciemku nie można było zobaczyć tam zbyt wiele dzięki dostojnym drzewom będącym jej jedyną atrakcją. W dodatku Kattbulp było wyspą z kamienistą plażą, na której można było połamać sobie nogi nawet w środku słonecznego dnia. Potrafił więc zrozumieć niechęć Callego do łażenia po parku nocą.

— Nie, to nie kamienie ani nie dziki napędzają mu stracha — powiedział Rasmus, kiedy Aaron podzielił się z nim swoją myślą. — Ten staruszek jest po prostu trochę przesądny.

— Trochę? — zapytała z ironią Agnes. — To stanowczo za mało powiedziane, ale ja mu się wcale nie dziwię.

— O czym wy mówicie?

Rasmus wymienił się znaczącym spojrzeniem z resztą towarzystwa. Widząc jednak, że żadne z nich nie miało zamiaru jako pierwsze się odezwać, westchnął głośno, burcząc pod nosem coś, co brzmiało jak: „Szwedzi”. Upił porządny łyk piwa, wsadził dwa precle do ust, po czym przełknął je, nawet nie gryząc, i spojrzał na Aarona poważnie.

— W tysiąc dziewięćset pierwszym roku, przed założeniem na wyspie Narodowego Parku, na zachodniej stronie Kattbulp rozpoczęto wycinkę drzew — rzekł przyciszonym głosem, by kilku siedzących przy sąsiednim stoliku rybaków nie mogło usłyszeć ich rozmowy. — W tysiąc dziewięćset czwartym wybudowano tam zakład psychiatryczny. Mówi się, że nie był to byle psychiatryk, a zakład, w którym przeprowadzano zakazane badania naukowe nad chorymi na schizofrenię. Zaledwie rok po budowie doszło do pożaru…

— Wszyscy zginęli — wtrąciła Agnes z nietęgą miną. — Najdziwniejsze było jednak to, że po przeprowadzonym śledztwie okazało się, że wszystkie drzwi awaryjne były otwarte…

— A ciała pracowników i pacjentów znaleziono w takich pozycjach, jakby ludzie w środku nie zauważyli, że płoną — dokończył za nią Rasmus. — Jedni spali w łóżkach, inni siedzieli w fotelach. Lekarze spłonęli za biurkami, a pielęgniarki, przygotowując leki podawane do kolacji. Podobno łunę palącego się budynku można było zauważyć z kilku kilometrów z głębi cieśniny.

Aaron poczuł, jak ciarki przechodzą mu po plecach, kiedy nawet Axel przestał się uśmiechać na wspomnienie tamtej tragedii. Enok patrzył w swój kufel. Nie starał się nawet ukryć czerwonych policzków i wystraszonego wzroku.

— A Ida Jönsson? — Agnes spojrzała kątem oka na Rasmusa.

— Kto? — dopytywał Aaron, kiedy milczenie przedłużało się w nieskończoność.

Rasmus wypił piwo do ostatniej kropli i wskazał palcem na barmana, by ten przyniósł mu kolejne. Barman najpierw przyjrzał mu się spod gęstych brwi, ale uznawszy go za trzeźwego, doniósł mu kufel, wołając od Rasmusa czterdzieści pięć koron. Duńczyk podał mu je, a kiedy barman odszedł na tyle daleko, by nie mógł go usłyszeć, Rasmus ponownie warknął: „Szwedzi”.

— Ida Jönsson — rozpoczął po chwili. — Dwudziestotrzylatka żyjąca w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym trzecim. Przeprowadziła się do Selofsbo ze swym mężem zaraz po ślubie. Zazwyczaj była sama w domu, bo jej mąż całymi dniami pracował w Osfold Golf Club, oddalonym od naszej mieściny o jakieś siedemdziesiąt kilometrów. Ci, co ją jeszcze pamiętają, mówią, że była miłą i zawsze wesołą kobietą, a mąż bardzo ją kochał.

Aaron słuchał uważnie, nie próbując pospieszać Rasmusa, który, obserwowany przez wszystkich przy stoliku, ponownie zaczął sączyć piwo. Jeśli ktoś zapytałby Aarona o zdanie, powiedziałby, że w oczach odważnego Duńczyka dostrzegł strach, czego potwierdzeniem były drżące dłonie Rasmusa.

— Pewnego dnia z nudów popłynęła wraz z jedną wycieczek na Kattbulp. — Rasmus odstawił kufel i wyciągnął z kieszeni spodni nową paczkę papierosów. Odpalił pospiesznie jednego z nich i zaciągnął się mocno, by następnie wypuścić z płuc szarą chmurę dymu. — Zgubiła się w lesie. Znaleziono jej ciało kilka dni później. Zamarznięte, jakby co najmniej przebywała na Syberii, a muszę zauważyć, że tamtego dnia było ponad trzydzieści stopni Celsjusza. W nocy temperatura nie spadała poniżej piętnastu.

Aaron otworzył szeroko usta, by coś powiedzieć, ale Rasmus powstrzymał go dłonią.

— Ida była w siódmym miesiącu ciąży — dodał. — Kiedy ją znaleziono, ciało było rozcięte na wysokości podbrzusza. Zwłok dziecka policjanci nigdy nie znaleźli. Jednak to, co wyszło na jaw potem, zatrzęsło całą społecznością jeszcze bardziej niż śmierć Idy. Okazało się bowiem, że była w ciąży ze swym szwagrem, który w szale po jej śmierci wyjawił światu ich małą tajemnicę. Mąż Idy popełnił samobójstwo jeszcze tego samego wieczoru, a jego brat zaledwie tydzień później dokonał żywota pod kołami samochodu strażackiego, spieszącego do pożaru domu Idy.

Rasmus dopalił papierosa w towarzyszącej mu ciszy, przerywanej jedynie śmiechem rybaków ze stolika obok i głosem spikera radiowego. Agnes wyglądała na chorą, jakby myśl o kobiecie z rozerwanym brzuchem i wyciągniętym z jej ciała nienarodzonym dzieckiem przyprawiała ją o mdłości. Cóż… Aaron potrafił ją doskonale zrozumieć.

— Dajmy sobie z tym spokój — powiedział w końcu Enok, po czym zsunął się z wysokiego, barowego krzesła. — Nie róbmy Aaronowi niepotrzebnego stracha. To w końcu tylko głupie opowieści.

Inni przytaknęli mu na zgodę, dopijając napoje z kufli.

Kto zapuka?

Jak zdążył zauważyć Aaron w ciągu zaledwie kilku tygodni mieszkania na Selofsbo, poniedziałkowe poranki rządziły się w siedzibie dyrekcji parku własnymi prawami. Chociażby w przeciwieństwie do rygorystycznych zasad, jakie panowały w siedzibie Parku Narodowego Fulufjaellet, gdzie Aaron odbywał praktyki podczas studiów, tutaj w poniedziałkowe poranki nikt nie wymagał od nikogo pełnej gotowości do działania czy chociażby minimum zaangażowania. Pojawiało się ono w siedzibie najwcześniej w środowe przedpołudnie.

Pierwszy dzień tygodnia był tu cichy, ospały i powolny. Pracownicy kiwali sobie głowami na przywitanie, od czasu do czasu ucinali krótkie pogawędki w pracowniczej kuchni, by po chwili wyjść z niej z wypełnionymi parującą kawą kubkami w dłoniach. Nikt nie biegał tutaj z pokoju do pokoju, nikt nie wykrzykiwał poleceń ani nie rozdawał zaległych dokumentów. Nawet listonosz przynoszący poranną pocztę zdawał się rozumieć ospałą atmosferę siedziby. Nie narzekał, gdy musiał czekać kwadrans na przybycie z zaplecza recepcjonistki uprawnionej do podpisania awizo.

Ich szef Calle zazwyczaj pojawiał się w pracy zaraz po przerwie śniadaniowej, do czego pracownicy zdążyli się już przyzwyczaić, a Rasmus zaraz przed nią, do czego nikt nigdy się nie przyczepił. Kilku innych pracowników przybywało do pracy chwilę przed wpół do dziewiątej, a jeszcze inni wpadali do siedziby o ósmej tylko po to, by nakłamać, że spieszą się załatwić sprawy związane z parkiem i na powrót udać się do swych domów, by zjeść śniadanie. Tego nie komentował nikt i nikt też nie zaprzątał sobie tym głowy.

I chociaż Aaron oddałby wszystko, by znaleźć lepszą, bardziej interesująca pracę niż ta, nie mógł powiedzieć, że ten poniedziałkowy rytuał mu się nie podobał. Bo czy mogło być coś lepszego niż rozpoczęcie tygodnia od ciepłej kawy wypitej w zaciszu przytulnego biura?

Tego dnia Aaron nie miał zbyt wielu spraw do załatwienia. Wszystkie pilne zadania zostały rozstrzygnięte w poprzednim tygodniu, a reszta oczekiwała zielonego światła ze strony zarządu. Zapowiadał się kolejny nudny dzień, który Aaron spędzić miał na czytaniu raportów i odgrzebywaniu starych planów budżetowych.

Zostawił swój plecak wypchany śniadaniem i kilkoma książkami, które miał zamiar poczytać pomiędzy jednym raportem a drugim, odwiesił kurtkę na haczyku w biurze i udał się do kuchni. Spotkał w niej panią Svensson, poczciwą, starszą księgową, która od ponad dekady powinna być na emeryturze. Aaron dowiedział się jednak z zasłyszanych w kuchni ploteczek, że pan Svensson ubłagał Callego, by ten pozwolił pracować żonie aż do dnia jej śmierci. Ponoć pani Svensson dostawała świra już po zaledwie trzech dniach rozkoszowania się upragnioną emeryturą. Jak było do przewidzenia, Calle ugiął się pod jego prośbą i zamknął panią Svensson w jednym biurze wraz z Agnes.

„Biedna Agnes”, pomyślał Aaron, kiedy nareszcie udało mu się wymknąć z kuchni, nim pani Svensson rozgadała się na dobre. Ostatnie, o czym Aaron marzył w poniedziałkowy poranek, to wysłuchiwanie historyjek o psie Zakale, którego pan Svensson przygarnął jakieś sto lat temu, a który działał na nerwy pani Svensson.

Z kubkiem w dłoni Aaron ruszył ku archiwum, które w budynku zarządu parku znajdowało się oczywiście w zimnej, śmierdzącej piwnicy. Aaron nienawidził tego odoru. Mieszanka zimna, zapachu starych murów, ziemi i mokrej cegły nieodłącznie kojarzyła mu się od wielu lat z cmentarzem. Może to dlatego, że w wieku sześciu lat podczas wakacji na wsi u dziadków został zamknięty w ciemnej piwnicy opuszczonego domu przez chłopca Holmgrenów.

Wzdrygnął się na wspomnienie tego dnia. Przesiedział w owej piwnicy ponad sześć godzin, drąc się i płacząc z przerażenia, aż nareszcie drzwi otworzył blady jak ściana dziadek. Aaron wpadł w jego ramiona, niemal taranując potężnych rozmiarów mężczyznę. Cała wioska, w której mieszkali rodzice ojca, szukała Aarona. Kiedy wyszło na jaw, co się stało, dzieciak Holmgrena dostał porządne manto zarówno od swojej matki, jak i od samego Holmgrena, a od niego nikt nie chciał dostać po tyłku.

Po tym zdarzeniu Aaron nie pałał miłością do piwnic. Zresztą za dzieciakiem Holmgrenów także nie przepadał, i to z wzajemnością. Tamten po solidnym laniu, jakie otrzymał, wołał unikać Aarona.

— Witaj, Folke! — zawołał na powitanie do starszego mężczyzny, który siedział za małym, drewnianym biurkiem.

Folke był tak samo stary jak pani Svensson, lecz w odróżnieniu od niej nie lubił mówić. Praktycznie wcale się nie odzywał, jeśli nie wymagała tego sytuacja. Zazwyczaj witał się z gośćmi archiwum ledwie widocznym skinieniem głowy.

Tym razem nie było inaczej.

Spojrzał na Aarona ponad czarną ramką staromodnych okularów o grubych szkłach, skinął mu szybko i powrócił do rozwiązywania krzyżówki. Nie trudził się wpisaniem Aarona na listę odwiedzających archiwum. Rasmus przypuszczał, że nie było tam żadnego nowego wpisu od roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego ósmego, a dokładnie od dnia, kiedy zarząd parku przestał tego wymagać. Ponoć Folke nigdy nie lubił wybijać się ponad wyznaczone granice.

Przechodząc pomiędzy aluminiowymi regałami, na których znajdowały się wszelkiego rodzaju raporty, ustalone budżety, mapy i księgi rachunkowe zebrane tu w ciągu pięćdziesięciu lat, Aaron szukał potrzebnych mu do pracy materiałów. Archiwum było podzielone na sektory, co wedle Aarona było totalną głupotą, ponieważ całe to zbiorowisko papieru można było zamknąć w jednym, niedużym pomieszczeniu. Kattbulp nie było prestiżowym parkiem, do którego wstyd było nie zajrzeć. Turyści przybywający do Selofsbo, by wypocząć na jedynej w okolicy piaszczystej plaży, której kamienie nie wbijały się w tyłek, dowiadywali się o nim od miejscowych. Nikt nie przyjeżdżał tu tylko po to, by zawitać na Kattbulp.

Aaron był właśnie w połowie drogi do sektora siódmego, kiedy potknął się o sznurówkę swego trapera. Zaklął pod nosem jak szewc i schylił się, by ją zawiązać. Gotów, by się podnieść i ponownie ruszyć przed siebie, spojrzał od niechcenia na zakurzony, zmurszały karton i niemal sapnął w przestrachu. Na miękkim pudle widniał sporych rozmiarów napis wyblakłym już, czerwonym tuszem: „Ida Jönsson — zamknięte”.

Przez kilka długich minut Aaron wpatrywał się w paczkę niczym zaczarowany. Pod wpływem dziwnego impulsu chwycił w dłonie rozpadający się pakiet i nie zaprzątając sobie więcej głowy dokumentami, po które tu przybył, niemal biegiem opuścił archiwum. Folke spojrzał na niego przez okulary, a jego krzaczaste brwi poszybowały pod linię siwych, przerzedzonych włosów. Nie powiedział jednak nic, a jedynie wzruszył ramionami, powróciwszy do krzyżówki, by z zadowoleniem wpisać ostatnie brakujące hasło „szabrownik”.

Idąc pospiesznie korytarzem ze wciśniętym pod pachę kartonem, Aaron czuł się jak szpieg bądź pirat, chcący niepostrzeżenie przeszmuglować swe łupy na bezludną wyspę. I Bóg mu świadkiem, że jak tylko przekroczył próg swego gabinetu, poczuł się o wiele bezpieczniej. Z dala od oczu innych pracowników. Po sprawdzeniu pustego korytarza Aaron rozsiadł się za biurkiem i położył na blacie karton.

Nie otworzył go jednak od razu. Miał dziwne wrażenie, że bezcześci jakąś świętość, choć było to całkowicie idiotyczne. Mimo to wahał się przed podniesieniem wieka. Jakby w środku, zamiast pliku papieru, znaleźć miał puszkę Pandory i wszystkie jej plagi.

— Weź się w garść! — warknął na siebie. — To tylko karton.

I choć bardzo się starał brzmieć naturalnie, wiedział, że nie udałoby mu się przekonać nawet trzylatka.

Trzęsącą się dłonią złapał za pokrywę i podniósł ją do góry. Nie stało się nic, na co Aaron był przygotowany. Z kartonu nie wydobył się żałosny krzyk zawodzącej kobiety, żaden ohydny smród rozkładających się zwłok ani chociażby zielona mgła. Najwyraźniej trup w szafie po latach bezczynności postanowił wstać i pojechać na zasłużone wakacje.

Oddychając z ulgą, odłożył na blat biurka wieko wiekowego kartonu i wyciągnął z niego jedną z kilku teczek. Pożółkłe kartki były kopiami zapisów policyjnego śledztwa, które przeprowadzono w czasie poszukiwań Idy i po odnalezieniu ciała. Aaron nie wiedział, czy posiadanie ich w archiwum parku było legalne, ale nie miał zamiaru zaprzątać sobie głowy tym pytaniem. Po tylu latach od śmierci tej kobiety zapewne nikt nie będzie go sobie zadawał.

Z ogólnych informacji Aaron mógł wyczytać, że Ida była czwartym z siedmiorga dzieci Nilsa i Rosy Bergów. Urodzona w Uppsali, mieszkała tam do czasu wyjścia za mąż za Haralda Jönssona, z którym to przeprowadziła się na Selofsbo. Katoliczka. Metr siedemdziesiąt sześć. Kolor oczu: błękitny. Kolor włosów: blond. Rozmiar buta: czterdzieści.

Kartkując dalej, Aaron natrafiał na zeznania osób znających Idę. Żadne nie wierzyło w to, by Ida uciekła od swego męża, jak początkowo zakładała policja. Rodzina, przyjaciele, znajomi — wszyscy jej szukali.

„Ida to taka słodka osoba. Zawsze uśmiechnięta”, raczyła mówić o niej niejaka D. Hakon.

„Nigdy nie uwierzę, by uciekła. To bardzo mądra i odpowiedzialna młoda kobieta”, zeznał K. Lund.

„Ida pomagała mi raz w tygodniu przy zakupach. Jej mąż Harald czasami zawoził nas po nie samochodem, kiedy akurat miał czas. Była z nich miła para… To znaczy… Jest, jest z nich miła para”. Pani J. Wallin.

Koło dwunastej Aaron wyściubił nosa z biura i pośpiesznie udał się do kuchni, by przygotować kolejną kawę. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak wiele dokumentów udało się zebrać policji w ciągu tak krótkiego czasu, kiedy poszukiwano Idy. Chwilę później powrócił do biura z kubkiem kawy w dłoni. Wydobył z plecaka dwie kromki chleba, które przygotował sobie na śniadanie, i spałaszował je na chybcika.

Przekopując się przez kolejne zeznania i zapiski poszukiwań, Aaron zauważył, jak z jednej z aktówek wypadło czarno-białe zdjęcie. Niczym na zwolnionych kadrach filmu, zawisło ono przez chwilę w powietrzu, by następnie bardzo powoli opaść na wysłaną linoleum podłogę. Schylił się po nie, wyprostował i popatrzył z przejęciem na sfotografowaną kobietę. Była szczupła i delikatna, mógł to stwierdzić po kościstych ramionach i wystających kościach policzkowych. Długie do ramion jasne, gęste włosy lśniły, tak samo jak jej oczy — szerokie, żywe, wesołe. Ładnie wykrojone usta uśmiechały się delikatnie, kiedy patrzyła w obiektyw.

Aaron musiał przyznać, że chyba dostrzegał to, co widział w niej zarówno mąż, jak i szwagier. Ida była piękna, choć nie miała typowej urody gwiazdy wielkiego ekranu. Miała zbyt wielkie oczy, a podbródek zbyt wystający, by można było uznać ją za kanon urody. W uśmiechu Idy było jednak coś, co można by było uważać za bezpruderyjne, znowuż jej oczy patrzyły łakomie mimo delikatności ciała.

Odkładając zdjęcie na bok, Aaron zajrzał do ostatniej aktówki. To, co w niej znalazł, wstrząsnęło nim dogłębnie. Obawiał się, że już nigdy nie zapomni tego, co właśnie zobaczył, a obrazy te będą nawiedzać go po nocach. Mimo to oglądał z uwagą każde z następnych zdjęć. Czarno-białe fotografie ciała przywiązanego do drzewa wyglądały jak kadry z taniego horroru. Czarna maź, brudząca materiał białej, letniej sukienki i dżinsowej kurtki, wyglądała niczym smoła. Blond pukle na głowie ofiary także były nią usmarowane. Wszystko w niej płynęło.

Kolejne zdjęcia zrobione zostały z bliska. Rozcięty brzuch istoty, która jeszcze niedawno była żywa, krwawił obficie. Wypływające z niego wnętrzności zalegały na trawie. Fotograf uchwycił je w momencie, kiedy buty jednego z policjantów nieomal w nie wdepnęły. Potem przyszła kolej na twarz Idy.

Aaron wrzucił zdjęcia do kartonu. Nie chciał na to patrzeć. Nie mógł.

Przycisnął dłonie do oczu. Starał się jak najszybciej zapomnieć o poszarpanej skórze i wykrzywionych w przerażeniu ustach. Wiedział jednak, że to marna próba. To było okropne…

— Calle pojechał już do domu. Uwierzysz w to, że przesiedział tu od dziewiątej bite osiem godzin? Nie do wiary! Idziesz ze mną i innymi na kolację do Złotej Rybki? — Rasmus pojawił się w drzwiach i wypluwał słowa z ust niczym naboje z karabinu maszynowego. Aaron podskoczył w siedzeniu wystraszony. — Co ci jest? Co tam masz?

— Nauczysz się kiedyś pukać? — warknął rozdrażniony Aaron, któremu żołądek ze strachu podszedł do gardła.

Próbował szybko schować akta i zachować w tajemnicy swoje malutkie śledztwo, jednak świdrujący wzrok kolegi zdołał uchwycić czerwony napis wdzięczący się na starym pudle. Rasmus zmarszczył równe brwi, gdy przemknął wzrokiem po pomieszczeniu, i dostrzegł leżącą na biurku otwartą teczkę z aktami poszukiwań Idy.

— Wzięło cię, prawda? — Bardziej stwierdził, niż zapytał, i wszedł do środka, po czym przysiadł na blacie biurka z założonymi na piersi rękoma. — Nie zaprzątaj sobie tym głowy, Aaron. To stara historia. Straszna i przykra, ale tylko historia. Nie ma ona nic wspólnego z Kattbulp.

— Wiem. — Aaron przytaknął mu szybko. Czuł, jak jego policzki płoną czerwienią pod bacznym spojrzeniem Duńczyka. — Natknąłem się na to w archiwum i tak jakoś…

— Tak jakoś samo wyszło, co?

Aaron wzruszył od niechcenia ramionami. Rozsiadł się wygodnie w fotelu i spojrzał na Rasmusa.

— Mówię serio! Samo tak wyszło — powiedział w końcu, kiedy kolega nie przestawał mu się przypatrywać.

— Jak sobie chcesz, Aaron. — Rasmus klepnął dłońmi o kolana i podniósł się na równe nogi. — To idziesz z nami czy nie?

Nie zastanawiając się dłużej nad propozycją Duńczyka, Aaron wstał z fotela.

— Tylko trochę tu posprzątam — rzucił ponad ramieniem do kolegi, który stał już w drzwiach.

— Czekamy na zewnątrz.

Gdy tylko został sam, Aaron wziął do dłoni portretowe zdjęcie pięknej, jasnowłosej kobiety, której życie zakończyło się w tak dramatyczny sposób. Przyglądał mu się dłuższą chwilę, by, popędzany nawoływaniem Enoka, schować je do kieszeni spodni. Przy drzwiach chwycił pospiesznie puchową kurtkę i zamknął drzwi swojego gabinetu na klucz. I choć z początku nie zdawał sobie z tego sprawy, zdjęcie to już późnym wieczorem, tego samego dnia, miało ciążyć w jego kieszeni niczym stukilowy głaz.

Złota Rybka

Restauracja pod Złotą Rybką była niczym innym jak podrzędną speluną, którą tylko z przyzwyczajenia nazywano smażalnią. Ciemne ściany, zbudowane z olbrzymich drewnianych bali, pozaznaczane były setką małych dziurek, stworzonych przez piach unoszący się w powietrzu przy zimowych sztormach i wichurach. Morska sól osadziła się w szczelinach dachu oraz na mytych ostatni raz w latach siedemdziesiątych oknach, a jej smak poczuć można było na języku również wewnątrz knajpy pomimo panującego w niej ciepła. Poza sezonem Złota Rybka była jedyną otwartą w Selofsbo smażalnią, co wyróżniało ją na tle tego typu lokali. Właściciele innych restauracji stukali się w czoła za każdym razem, kiedy późną jesienią i zimą przechodzili obok budynku.

Cóż, Złota Rybka miała już dawno za sobą swe złote lata. Mimo to właściciel, sędziwy jegomość z wąsami suma pod nosem i spojrzeniem godnym niejednego mordercy, przy każdej nadającej się do tego okazji mówił o doskonałej kuchni. Bił się przy tym po piersi wielką jak bochen chleba pięścią.

Aaron wszedł jako ostatni do środka Złotej Rybki, zaraz za roześmianą Agnes, i zmarszczył czoło, gdy w jego czuły nos uderzył tak typowy dla tego miejsca smród ryb, wielokrotnie używanego tłuszczu i ciężki zapach soli. Zdążył się przyzwyczaić do tego, iż w Selofsbo wszystko smakuje jak ona. Nawet tutejsze piwo musiało być mieszanką chmielu i morskiej wody. Tacy zdali mu się także mieszkańcy tego miasteczka, gdy przybył tu pierwszy raz. Ich twarze, zaznaczone chłodnym szwedzkim wiatrem, nie wyrażały żadnych uczuć, jakby osadzona na nich sól nie pozwalała się im uśmiechać czy choćby skrzywić. Co prawda, po zadomowieniu się tutaj, Aaron zrozumiał, że było to jedynie pierwsze i jak najbardziej złudne wrażenie. Mimo to wciąż dałby sobie palec uciąć, że nieskomplikowane, ale też twarde charaktery selofsboczyków ukształtowane zostały przez wietrzne, słone wieczory tej ziemi.

Strzepując ze swej kurtki pierwsze kropelki nadciągającego deszczu, Aaron popatrzył po zebranych w Rybce gościach. Byli to zazwyczaj starsi mężczyźni, niejednokrotnie rybacy, których jasne oczy osadzone w pomarszczonych twarzach patrzyły na niego uważnie spod bujnych brwi. Jeszcze inni, choć nie tak liczni, byli młodymi, pozbawionymi zarówno pracy, jak i ambicji, mieszkańcami Selofsbo. Zazwyczaj pili tu od rana do późnych godzin wieczornych, wydając na alkohol swe pieniądze otrzymane z zapomogi społecznej, a towarzyszące im kobiety o marnej reputacji zagadywały do nich kokieteryjnie, póki ci mieli czym zapłacić za ich drinki.

Niezrażony ciężkimi spojrzeniami siedzących przy barze weteranów, Rasmus poprowadził ich pewnym krokiem do jedynego wolnego tu stolika. Aaron zajął miejsce na rozklekotanym krześle zaraz pod ścianą. Nie miał zamiaru mieć za plecami któregokolwiek ze stałych gości Złotej Rybki. Nawet jeśli zdążył się przekonać, iż są oni raczej nieszkodliwi, wolał nie dawać im szansy na zaczepki.

Zaraz u jego boku zasiadł Axel, zwalając się ciężko na sędziwe krzesełko. Dyszał głośno, a pucułowate policzki z każdym oddechem przybierały na purpurze. Szkła okularów Axela zaparowały w gorącu, które dobywało się z kuchni, ale on nie okazał temu zainteresowania, zbyt zajęty łapaniem powietrza. Aaron zauważył, jak Enok przyglądał się Axelowi z widoczną troską w oczach, ale na szczęście Axel tego nie zauważył. Aaron wiedział, że kolega bardzo nie lubił, gdy traktowano go jak kogoś, o kogo trzeba było się zamartwiać.

— Jak wam minął dzień, chłopcy? — Agnes rzuciła w przestrzeń pytanie, choć wiadome było, że najbardziej zależało jej na usłyszeniu odpowiedzi od Rasmusa.

— Znośnie — wysapał Axel, odpiąwszy zamek czerwonej kurtki. — Nareszcie udało mi się zabić Torresa.

— Tylko dzieci grają jeszcze w Black Flag — mruknął Rasmus, po czym zwrócił się do podchodzącej do ich stolika kelnerki. — Dzień dobry. Poproszę sandacza, a do tego tunnbröd. Do picia wezmę ciepłą wodę z sokiem z cytryny.

— Nie wiem, jak to można pić — skomentowała Agnes, wzdrygając się z obrzydzeniem.

Duńczyk nie robił sobie jednak nic z jej skrzywionej miny i idąc za przykładem starszego pana ze stolika obok, wyciągnął z kieszeni kurtki paczkę papierosów oraz zapalniczkę. Wymijając zgrabnym krokiem kelnerkę, wyszedł na zewnątrz.

Kiedy wrócił, a musiał w tym czasie wypalić dobre trzy papierosy, ich dania stały już na stołach. Łosoś z ziemniakami należący do Aarona prezentował się nad wyraz apetycznie, tak samo jak pstrąg Axela. Jedynie Enok zdawał się niepewny swojej zupy rybnej.

— Czemu się tak dziwnie patrzysz na talerz? — zapytał siadający na swym miejscu Rasmus.

Smród papierosów unosił się wokoło Duńczyka niczym lekka mgła. Na szczęście zaraz zaatakowany został zapachem ryby oraz oleju, które zdominowały powietrze przy ich stoliku.

— Ach… — Enok spojrzał ukradkiem na kelnerkę stojącą za barem. — Bo widzisz…

Kolejne minuty upłynęły im w ciszy, kiedy jedli i słuchali opowieści Enoka o krótkim, ale jakże intensywnym romansie z kelnerką, która okazała się mieć obsesję na jego punkcie.

Kiedy Enok wyznał im, że obawia się znaleźć w swej zupie solidną porcję śliny kelnerki po tym, jak nie odpowiadał na jej wiadomości, nikt już nie potrafił usiedzieć cicho. Każdy śmiał się wniebogłosy i jedynym, któremu nie było do śmiechu, był sam Enok.

— Śmiejcie się, śmiejcie — burknął pod nosem, odsunąwszy od siebie talerz z nienaruszonym daniem. — Jakbym wiedział, że zaczęła tu pracować, to w życiu bym tutaj nie przyszedł.

— Pomogę ci, przyjacielu — rzekł Aaron, nie kryjąc uśmiechu. — Także zamówię tę zupę. Będziesz miał pewność, że tam nie napluje.

I kiedy wyciągał już do góry dłoń, by przywołać do ich stolika wspomnianą kelnerkę, Aaron zaczepił swetrem o guzik swej kurtki wiszącej na oparciu. Ta, poderwana do góry, upadła na podłogę z cichym plaśnięciem, a z wnętrza otwartej kieszeni wyleciało zdjęcie Idy, które wsadził tam po drodze do Złotej Rybki.

— Mam ją! — zawołała Agnes, podnosząc kurtkę Aarona.

Jej dłoń zatrzymała się w połowie drogi, gdy oczy natrafiły na portret Idy.

— Czy to jest ona? — zapytała, popatrzywszy na Aarona. — Ida?

Opuszczając szybko dłoń, Aaron porwał z brudnej podłogi swe rzeczy. Kurtkę zawiesił jak uprzednio na oparciu krzesła, a zdjęcie położył na blacie stołu, zaraz przy talerzu, na którym wdzięczyły się resztki łososia. Przez chwilę patrzył na uśmiechniętą twarz kobiety, by następnie spojrzeć na swych znajomych.

Widział ich zaskoczone miny. Widział strach w oczach Enoka i malującą się dezaprobatę na twarzy Rasmusa, który wywrócił na niego oczami.

— Mówiłem ci, żebyś się tym nie zajmował, Aaron — westchnął i upił łyk piwa. — Przez to wyjdziesz na wariata.

— Po prostu byłem ciekaw — wyznał Aaron. — Historia Idy, szpitala…

— Jesteś ciekaw, to dobrze. Jednak zostaw to! — Rasmus wskazał go groźnie palcem. — Po co chcesz sobie zaprzątać tym głowę? Historia Idy jest smutna, ale to tylko jej historia. A to, co się stało w szpitalu, nigdy nie zostało potwierdzone. Cała ta historyjka ze spalonymi we śnie wariatami została wymyślona przez żądne odrobiny adrenaliny nastolatki, Aaron. To wszystko…

— Są jeszcze drzwi.

Jak rażeni, wszyscy spojrzeli na Enoka. Ten, nie podnosząc wzroku od kufla z piwem, okręcał na palcu nitkę wystającą z rękawa jego szarego swetra.

— O tym nic nie wiem. — Rasmus patrzył wyczekująco na kolegę.

— Samotnie stojące drzwi pośrodku lasu, przez które nie wolno przechodzić pod żadnym pozorem — szepnęła Agnes, obserwując uważnie Enoka. — Też o nich słyszałam. Mama mi o nich opowiadała.

Rasmus i Aaron wymienili się spojrzeniami. Axel nie powiedział ani słowa, z pochmurną miną przytakując albo Agnes, albo swoim myślom.

— Ja je widziałem. — Enok westchnął żałośnie i przeczesał dłonią zmierzwione, miodowe włosy. — Byłem tam. Musiałem pobrać próbki ziemi do badań i wtedy się na nie natknąłem.

Enok wzdrygnął się na samo wspomnienie tego, co musiał ujrzeć w lesie. Cień strachu nie opuszczał jego twarzy, kiedy przełknął głośno ślinę i, jakby obawiał się nawet o tym mówić, zniżył głos do słyszalnego minimum.

— Pojawiły się znikąd — szepnął. — Wyrosły przede mną w sekundę. Były tam, stojące pośrodku polany przy wschodniej stronie wyspy. Samotne drzwi, bez kawałka ściany, jakby wbudowane w piach. Słyszałem dochodzące zza nich krzyki. To było… przerażające. Nigdy jeszcze tak szybko nie biegłem, jak wtedy, gdy uciekałem do łodzi.

Po jego słowach między nimi zapadła długa, przerażająca cisza. Aaron nie wiedział, co miał o tym myśleć. Psychiatryk, kobieta w ciąży, drzwi pośrodku puszczy… To było straszne! Jak on miał dostać się na wyspę i przebywać na niej samemu po tym, co usłyszał? Jeżeli Calle wierzył w to, co opowiedziano Aaronowi, ten wcale mu się nie dziwił, że nie chciał zostać tam dłużej niż wymagane minimum. On sam nie miał teraz najmniejszej ochoty postawić tam swej stopy.

— Chodźmy do mnie — zawyrokował Rasmus. — Mam tam butelkę waszej okropnej szwedzkiej wódki.

Wszyscy powoli i z poważnymi minami zsunęli się z krzeseł, by po chwili opuścić ciepłe wnętrze Złotej Rybki. I chociaż Aaron wiedział, że nie powinien pić w wieczór przed wyruszeniem łodzią na wyspę, zgodził się od razu. Trochę alkoholu po nowościach, jakie usłyszał, nie powinno mu zaszkodzić.

Calle

Następnego dnia rano Aaron wstał z mocnym bólem głowy, który swym okrucieństwem odpowiadał sile opadów deszczu i lekkiemu sztormowi, jaki panował na zewnątrz. Z domu Rasmusa wrócił około drugiej w nocy, wycieńczony i pijany, ledwo radząc sobie z kluczami i zamkiem w głównych drzwiach. Miał wrażenie, że zaśnie na stojąco, ale gdy tylko położył się w łóżku, nie mógł zmrużyć oka. Cały czas myślał o opowieściach, jakich nasłuchał się od swych znajomych, a kiedy w końcu nad ranem udało mu się zasnąć, śnił o drzwiach stojących na środku polany i krzykach ludzi płonących żywcem.

Przygotowawszy sobie śniadanie złożone z mocnej kawy i dwóch tabletek przeciwbólowych, starał się nie myśleć o nawiedzonej wyspie. Nie chciał popadać w paranoję, ale przebywanie samemu na Kattbulp napawało go niechcianym strachem. Musiał przyznać się do tego, że w głębi umysłu modlił się, by drzwi i zjawy z wyspy dały mu święty spokój i pozwoliły robić swoje. Nie powiedział też tego na głos, lecz miał zamiar tak samo jak Calle przebywać na niej tylko kilka godzin. Nie chciał kusić losu. Aaron nie należał do strachliwych, niemniej jednak nie miał również zamiaru ściągać na siebie niechcianej uwagi tego, co kryło się pomiędzy drzewami Parku Narodowego.

Wychodząc z piętrowego domku z drewna, w którym mieściły się salon, jadalnia, dwie sypialnie i mała kuchnia, Aaron podążył główną drogą w kierunku plaży, gdzie czekała na niego jedna z trzech łodzi należących do kierownictwa parku. Miał się tam spotkać z Callem chcącym osobiście oddać mu klucze do motorówki i przekazać kilka najważniejszych dokumentów, które udało mu się odnaleźć w odmętach archiwum, a odnoszących się do zaobrączkowanych w tamtym roku ptaków.

Idąc przez miasto, Aaron nie napotkał zbyt wielu ludzi. O tej porze roku większość mieszkańców Selofsbo przebywała poza nim. Jedni wyjeżdżali na zasłużony urlop, inni, jakby byli niedźwiedziami, zakopywali się w swych domach, zapadając w jesienno-zimowy sen. Prócz kilku starszych osób, idących spacerowym krokiem w kierunku sklepu spożywczego, i resztki turystów, którzy postanowili odwiedzić Selofsbo w październiku, Aaron nie napotkał na drodze nikogo interesującego.

Wiatr szarpał szalikiem z wełny, a deszcz walił z dużą siłą w policzki. Unoszący się w powietrzu piasek trafiał w oczy Aarona, zmuszając go, by skrył je za wysokim kołnierzem golfu. Plecak wypełniony obrączkami i obrożami, pułapkami na ptaki, szczypcami do obrączek, linijkami ornitologicznymi i drugim, tym razem prawdziwym śniadaniem, ciążył mu na plecach. Schodząc drewnianymi schodkami na plażę, Aaron zauważył oddalonego od niego o kilka metrów Callego, który kręcił się przy trzech motorówkach zacumowanych w niewielkim doku. Szef Aarona podskoczył nerwowo, kiedy ten zawołał do niego na powitanie.

— Aaron! — krzyknął nazbyt wesoło, by można było uznać to za naturalne. — Już tu jesteś?

— Tak jak się umawialiśmy, Calle — przytaknął Aaron, przyglądając się mężczyźnie zza kołnierza golfu.

Calle był wysokim facetem o siwej czuprynie i bystrych oczach barwy szarego nieba. Zdawał się zawsze opanowany i spokojny, choć dzisiaj Aaron odnosił wrażenie, że Calle jest nad wyraz nerwowy. Jakby nawet świadomość przebywania na plaży w odległości kilku kilometrów od wyspy wprawiała go w przerażenie.

— Tak, tak. — Calle skinął mu skwapliwie głową. — Oczywiście. To ta łódź.

Aaron podszedł za Callem do najmniejszej z trzech motorówek, której farba odpryskiwała w kilku miejscach. Obaj przeskoczyli na jej pokład, starając się nie wpaść do lodowato zimnej wody. Calle odczekał za sterami motorówki, aż Aaron odłoży plecak wypełniony sprzętem, aby następnie oddać mu przyniesione dokumenty i kluczyki. Przypomniał Aaronowi o nadchodzącym sztormie. Po ucięciu krótkiej pogawędki uścisnął mocno jego dłoń.

— Hugo zazwyczaj łapał ptaki zaraz przy wodzie — powiedział Calle, przeskakując przez burtę na mały pomost. — Spróbuj jego szczęścia. Może akurat ci się uda.

— Calle! — zawołał Aaron, gdy mężczyzna już się odwracał, by odejść.

Calle spojrzał na niego z uniesioną brwią, gdy Aaron milczał przez dłuższą chwilę, nie bardzo wiedząc, jak zacząć rozmowę. Nie wiedział, czy miał prawo pytać o to, co powiedzieli mu inni. Nie był pewny, czy Calle nie obrazi się na niego albo czy nie uzna go za wariata i wyśmieje za naiwność. Z drugiej strony Aaron czuł, że miał prawo do zadawania pytań. Jako ktoś, kto zaraz miał samotnie stąpać po ziemi Kattbulp, chciał poznać zdanie swego szefa. Musiał dowiedzieć się, czy obawami Callego były historie, które krążyły wokół wyspy, czy może mężczyzna naprawdę obawiał się jedynie dzików i połamania nóg na kamienistej plaży.

— Dlaczego nie powiedziałeś mi o tym, co stało się na Kattbulp? — powiedział w końcu.

Gdy tylko słowa opuściły jego usta, Calle momentalnie zbladł. Policzki, czerwone od wiatru i uderzającego w nie piasku z plaży, stały się szare, niemal białe, a poważne oczy rozszerzyły się do wielkości spodków pod filiżankę kawy. Patrzył na Aarona tak, jakby ten uderzył go za nic w twarz. Widać było, jak przerażenie wstępuje na jego lico, wykrzywiając je w dziwnym, komicznym grymasie.

— Kto ci o tym powiedział? — wyszeptał zachrypniętym od strachu głosem. — I co?

— Nieważne kto. — Aaron wzruszył ramionami, pakując teczkę z dokumentami do plecaka. — Słyszałem o drzwiach i szpitalu.

Kiedy ponownie spojrzał na Callego, ten zdawał się niemal sparaliżowany świadomością, iż Aaron wie.

— O kobiecie imieniem Ida też wiem.

Calle westchnął głęboko. Wpierw rozejrzał się dookoła, jakby nie chciał, by to, co powie, dotarło do uszu niepowołanych osób. Byli jednak sami na plaży, nikt o zdrowych zmysłach nie przyszedłby tutaj, jeśli nie chciałby się nabawić grypy albo popełnić samobójstwa.

Aaron czekał więc w milczeniu, a duże krople wody spadające z nieba zatłukły o kadłub. Po chwili namysłu Calle ponownie przeskoczył przez burtę i przysiadł na ławeczce motorówki, wskazując głową Aaronowi, by ten do niego dołączył. Aaron wykonał polecenie szybciej, niż nakazywałby to zdrowy rozsądek, jednak ciekawość rosła w nim z każdą chwilą, z którą Calle zdawał się gotowy mówić.

— Nie mówiłem ci tego, ponieważ bałem się, że nie podejmiesz się tej pracy — wyznał Calle, przecierając dłońmi szarą twarz. — Trzech twoich poprzedników zostawiło nas na lodzie, jak tylko się o tym dowiedzieli. Postanowiłem więc nic nie mówić.

— Nie jestem strachliwy — rzekł Aaron, wypinając do przodu pierś, choć zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo historie Kattbulp nim wstrząsnęły. — Mogłeś mnie od razu uprzedzić.

— Wiem — przytaknął mu Calle. — Jednak było tak, jak mówię. Bałem się, że znowu zostaniemy bez pracownika.

Zamilkli, gdy potężny podmuch wiatru uderzył w motorówkę, która zaczęła się bujać na wzburzonych falach.

— Czego się najbardziej boisz, Calle? — zapytał Aaron. — Idy? A może drzwi?

Calle prychnął pod nosem. Starał się uśmiechnąć, jednak kąciki jego ust ledwie dostrzegalnie się uniosły.

— Szalonego Joe — odpowiedział, zapatrzony w swe dłonie splecione na kolanach.

— Kogo?

— W siedemnastym wieku — Calle zaciągnął na głowę kaptur puchowej kurtki, chroniąc się przed coraz gęstszym deszczem — pewien młody chłopak, Joe zwany Szalonym, zawitał na Selofsbo. Był angielskim uciekinierem, złodziejaszkiem i łobuzem. Nawet po tym, jak w Anglii wydano na niego wyrok śmierci, nie potrafił zerwać ze swą naturą.

Aaron słuchał go uważnie. Wyciągnął z kieszeni kurtki pomarańczową czapkę. Uszy powoli zaczęły przypominać sopelki lodu, a ostatnie, na co miał ochotę, to nabawienie się zapalenia ucha.

— Pewnego dnia porządnie narozrabiał — kontynuował mężczyzna, trąc zziębniętymi dłońmi o materiał jeansów. — Podczas kradzieży zabił starszego mężczyznę, właściciela sklepu, do którego się włamał. Córka sklepikarza nakryła go i zawiadomiła strażników. Joe uciekł przed nimi na wyspę jedną z ukradzionych łodzi rybackich. Nikt nigdy więcej go nie widział. Mówiono, że popłynął do Danii, ale…

Calle zamilkł, nie patrząc na Aarona. Ten jednak widział, jak mężczyzna mocno zaciskał szczękę.

— Ja go widziałem, Aaron — westchnął Calle. — Widziałem tego Szalonego Joe i jego żółte, pełne szaleństwa oczy. Widziałem, jak przemyka między drzewami i śmieje się, kiedy do niego krzyczę. Wydaje mi się, że podczas ucieczki, kiedy trafił na wyspę, coś się tam zdarzyło, a on najzwyklej zwariował… On tam został, Aaron. Tak jakby nie potrafił opuścić wyspy.

Powiedziawszy to, Calle wstał na równe nogi i bez słowa ostrzeżenia przeskoczył na mostek. Aaron obserwował mężczyznę, który, kręcąc się po skrzypiących deskach, najwyraźniej chciał mu coś powiedzieć.

— Wróć przed zachodem słońca, Aaron — rzekł jedynie i nie czekając na odpowiedź, zostawił Aarona samego.

Ten patrzył na jego plecy, nim Calle znikł za małym pagórkiem. Następnie wstał z ławeczki i ruszył do sterów. Odpalił stacyjkę motorówki, która zaskoczyła dopiero za drugim razem. Manewrując zręcznie, Aaron wypłynął na otwarte wody cieśniny. Chmury na horyzoncie zaczęły przybierać na granatowej barwie, przez co wyglądały niczym obłoki dymu. Do głowy Aarona wpadła myśl, że to może płoną resztki psychiatryka, ale biorąc pod uwagę pogodę i wilgoć wyczuwalną w powietrzu, zaraz porzucił ten pomysł.

Czując dziwne uczucie napięcia w żołądku, Aaron spojrzał przed siebie na majaczący we mgle kontur wyspy. Dwa wzniesienia, z czego jedno było znacznie niższe, faktycznie przypominały garb i głowę śpiącego kota, którego uszami zostały wysokie konary sosen. Z daleka, dla nieświadomego historii wyspy obserwatora, Kattbulp nie różniłaby się niczym szczególnym od innych wysp. Jednak dla Aarona stała się ona miejscem, do którego udawał się z niechęcią. Miejscem, które zgodnie z poradą Callego opuści na długo przed zachodem słońca.

Dzik

Woda w cieśninie była wzburzona. Biała piana fal unosiła się na tafli szarej nicości, a mocne podmuchy wiatru uderzały w burtę motorówki, trzęsąc nią na boki. Jednak tylko Aaron zbliżył się do wyspy, wszystko to ucichło. Woda uspokoiła się jak za dotknięciem magicznej różdżki. Wiatr ucichł, by po chwili zmienić się w lekką bryzę. I nawet niebo, które nad cieśniną było ciemne, burzowe, tutaj było przejrzyste, bez jednej choćby chmurki.

Aaron podpłynął do pokrytej ogromnymi śliskimi kamieniami plaży na tyle blisko, by nie uderzyć w nie burtą. Przeskoczył przez nią na ląd, mocząc odrobinę wysokie trapery, odszukał przytwierdzony w jednym z większych głazów hak i zamocował do niego motorówkę. Zarzucając na plecy ciężki plecak, rozejrzał się po wyspie.

Było tu… dziwnie. Nie tak Aaron wyobrażał sobie Park Narodowy, nawet jeśli to jedynie mała wyspa. Wszystko zdawało się zbyt spokojne i ciche, jakby wyciszone specjalnym pilotem, a atmosfera wyczekiwania i cichej groźby unosiła się w powietrzu, przyprawiając Aarona o ciarki.

Poruszając się ostrożnie po kamieniach, Aaron wyszedł na pokryty trawą ląd pomiędzy drzewami. Widział, jak korony drzew poruszały się w prawo i lewo, ale sam nie mógł poczuć chłodnego wiatru czy choćby lekkiej bryzy, którą czuł na plaży. Nie był również w stanie dosłyszeć ani jednego dźwięku uderzających o kamienie fal czy szumu wody. Gęsto rosnące drzewa, oddzielające go od motorówki, stworzyły za jego plecami mur, przez który nie przedostawał się ani jeden dźwięk.

Aaron dziękował w duchu, że nie musiał oddalać się zbytnio od brzegu. Wątpił, czy gdyby się tutaj zgubił, ktokolwiek byłby w stanie go odnaleźć.

Starając się nie zwracać uwagi na własne myśli, które notorycznie powracały do opowiedzianych mu przez przyjaciół historii, Aaron zrzucił wypchany sprzętem plecak i rozejrzał się za odpowiednim miejscem na postawienie pułapek. Wiedział, że powinien pójść za radą Callego i postawić je zaraz na plaży, ale to właśnie pomiędzy drzewami kryły się zazwyczaj najpiękniejsze okazy, które miał zaobrączkować.

Gdy tylko dostrzegł kilka odpowiednich miejsc, Aaron wypakował z plecaka najpotrzebniejsze rzeczy i zabrał się do pracy. Ściółka pod butami skrzypiała niczym stare, drewniane schody, które za chwilę miały się zawalić, a chrabąszcze umykały pomiędzy mchem w obawie przed zadeptaniem. Aaron uważał na każdym kroku, by żadnego z nich nie zgnieść. Szanował naturę i nie chciał, by niczemu niewinne zwierzęta umierały pod podeszwą, choć zdawał sobie również sprawę, że nie zawsze udawało mu się zauważyć mrówkę na drodze.

Postawiwszy drugą z pięciu pułapek, Aaron wstał na proste nogi i przeciągnął się z jękiem. Otarł wierzchem dłoni kilka kropelek potu, które zebrały się mu na nosie, i z zadowoleniem przyjrzał się swemu dziełu. Jeszcze tylko trzy i będzie mógł udać się na stały ląd. Praca szła mu o wiele szybciej, niż zdolny był przypuszczać. Wzdychając ciężko, wyciągnął z kieszeni kurtki paczkę chusteczek higienicznych i wytarł nimi czoło. Może mu się jedynie zdawało, może była to wina wypitego poprzedniego wieczoru alkoholu, ale pocił się jak przy gorączce.

Nie zastanawiał się nad tym dłużej, tylko wyciągnął z plecaka butelkę wody i upił z niej łyk, by już po chwili dalej stawiać pułapki. Był właśnie przy ostatniej z nich, kiedy usłyszał za plecami dziwne buczenie. Z ostrożnością podniósł się z kolan i uważnie rozejrzał po otoczeniu. Nie dostrzegał jednak niczego prócz drzew, kilku głazów porośniętych mchem i ostrokrzewu. Nasłuchiwał jeszcze kilka długich minut, lecz dźwięk się nie powtórzył.

Rzucił ostatnie spojrzenie po najbliżej stojących pniach wysokich dębów i spojrzał na pułapkę. Wiedział, że to niedorzeczne, ale nie miał ochoty ponownie się do niej schylać. Ciarki przerażenia przemykały mu po karku, a wspomnienia historii, które słyszał, ponownie wcisnęły się do głowy, choć wydawało mu się, że zdążył o nich zapomnieć. Musiał przyznać się do tego, że zaczął się bać. Bał się, że jeśli znowu schyli się do pułapki, coś zaatakuje go od tyłu.

„A pal to licho!”, pomyślał gotów, by odejść. Nikt i tak tu nie dotrze, by go skontrolować. Wątpił, by Calle miał na tyle odwagi, by samemu zapuścić się na wyspę i sprawdzić postępy jego pracy. Równie dobrze mógł zostawić jedynie cztery pułapki i wrócić do Selofsbo.

Zebrawszy po drodze butelkę wody leżącą na ziemi i kilka pozostawionych na jednym z kamieni śrubokrętów, Aaron schylił się po plecak. Zapakował wszystko do niego i już zarzucał go z zadowoleniem na plecy, kiedy jego uszu ponownie doszło buczenie. Odwrócił się na pięcie w kierunku, skąd wydawało mu się, że dochodził, i ku ogromnemu przerażeniu dostrzegł dwa warchlaki. Swymi ryjkami drążyły koryta w miękkiej ziemi.

I chociaż niesamowicie zdziwił go obraz malutkich pasiaków w październiku, Aaron wiedział, co to oznaczało. Musiał się pospieszyć i jak najszybciej odejść od młodych, by nie kusić losu i nie napotkać matki. Nie chciał bowiem wspinać się na drzewo i siedzieć tam do wieczora, a wiedział, że dziki potrafią być naprawdę uparte.

Nie spuściwszy oczu z młodych, postąpił krok do tyłu. Najpierw jeden, potem drugi i kolejny. Stopniowo oddalał się od niebezpieczeństwa, kiedy na jego nieszczęście jedna z gałązek głośno pękła pod stopami, a dwójka młodych dzików podniosła do góry swe łby. Gdy tylko go zobaczyły, od razu wydały z siebie iście diabelski pisk.

Aaron przymknął oczy na sekundę, ale to wystarczyło losze, by jak piorun wyskoczyć zza sporego ostrokrzewu. Widział jak na zwolnionych kadrach filmu, jak samica patrzy dookoła rozżarzonym wzrokiem jej paciorkowatych oczu, a gdy dostrzegła Aarona, wydała z siebie głośny kwik i ruszyła na niego niczym uzbrojony po zęby żołnierz.

Nie myśląc zbyt długo, Aaron odwrócił się do niej plecami i ruszył pędem przed siebie. Nie zawracał sobie teraz głowy opowiadaniami o dziwach, na jakie można było się natknąć w lesie. Jedyne, czego chciał, to umknąć oszalałemu zwierzęciu i cało wyjść z tego starcia. Biegł więc ile sił w nogach, sprawnie przeskakując powywalane pnie drzew i wysokie głazy, słysząc za sobą chrumkanie i kwik lochy. Nie wiedział, czy młode pędziły tuż za matką, ale nie miał też zamiaru tego sprawdzać. Jeden dzik wystarczył.

Zbiegając z niewielkiego wzniesienia, Aaron uważał, by się nie potknąć o wystające korzenie i nie przewrócić, łamiąc przy tym nogę lub — co gorsza — kark. Dyszał ze zmęczenia. Plecak ciążył mu na barkach, a ilość spalonych papierosów dosadnie dawała mu teraz do zrozumienia, że powinien zerwać z nałogiem. Jego kondycja była do bani.

Spojrzał do góry i ujrzał majaczące w nielicznych promieniach dnia kontury małej budowli. Radości nie było końca, kiedy zbliżając się do niej, ujrzał drewnianą leśniczówkę. Była stara. Mech pokrył niemal cały dach, ale teraz wydawała się ona Aaronowi istnym darem bożym.

Zebrawszy w sobie resztki sił, przyspieszył na plączących się ze zmęczenia nogach i przeskakując po dwa schodki starej, spróchniałej werandy, pchnął ciężkie drewniane drzwi i wbiegł do izby. Szybko zatrzasnął za sobą mosiężną zasuwę. Dosłownie chwilę potem usłyszał, jak coś ciężkiego, raz za razem, wali w nie od drugiej strony.

— Ha! — krzyknął w triumfie. — Byłem szybszy, ty przeklęta bestio!

Jakby w żalu, że nie udało się jej go dorwać, locha walnęła swym ciałem w drzwi i chrumkała głośno. Jeszcze wiele długich minut później Aaron wciąż słyszał ją kwiczącą i chrumkającą przed leśniczówką. Musiała mieć albo wściekliznę, albo wyjątkowo podły charakter. Żadna normalna locha nie zaprzątałaby sobie głowy wystawaniem pod drzwiami, by dopaść człowieka.

Kiedy odgłosy jej obecności ucichły, Aaron wychylił głowę przez jedno z wybitych okien. Upewniwszy się, że locha dała sobie z nim spokój i wraz z młodymi oddaliła się na tyle, by i on mógł powrócić do domu, poprawił ramiączka plecaka i wyszedł na werandę. Przez chwilę jeszcze nasłuchiwał uważnie, ale najwyraźniej dostał swoją szansę na powrót do motorówki.

Już stawiał pierwsze kroki na pokrytej trawą ściółce, gdy jego uwagę przykuł skrawek nieba przebijający się pomiędzy gęstymi koronami drzew. Nie mogąc uwierzyć w to, co widział, przetarł oczy pięściami. Na zewnątrz zaczęło robić się szaro. Niebo stało się dziwnie bure, choć Aaron mógł przysiąc, że od przypłynięcia na Kattbulp nie minęło dłużej, jak dwie, może trzy godziny. Nie mogło być na tyle późno, by zaczęło się ściemniać.

Czując, jak strużki potu spływają mu po czole, wyciągnął przed siebie trzęsącą się dłoń i odsunął rękaw kurtki. Spojrzał na wdzięczący się na przegubie zegarek o srebrnej tarczy i skórzanym pasku, prezencie od najlepszego przyjaciela i jego narzeczonej, po to jedynie, by zaraz potrząsnąć dłonią w rozdrażnieniu.

Wskazówki wskazywały godzinę dziewiątą piętnaście. To o tej godzinie przybył na Kattbulp. Wiedział to dokładnie, gdyż zaraz po zacumowaniu motorówki sprawdzał, jak długo zajęło mu dotarcie na wyspę. To niemożliwe, by wciąż była ta sama godzina. Najprawdopodobniej padła bateria.

„Świetnie”, pomyślał z żalem. Nie potrafił nawet stwierdzić, która mogła być godzina. Najlepiej będzie, jeśli jak najszybciej wróci do łodzi i opuści Kattbulp. Nie miał zamiaru ryzykować pozostania na noc w tym okropnym miejscu. Nawet jeśli jedynym zagrożeniem był tu dzik, a nie duchy.

Obierając kierunek zgodny z tym, z którego przybył, Aaron ściągnął czapkę z głowy i ruszył powoli przed siebie. Nie mógł udać się zbyt daleko od plaży. Pokonał zaledwie kilometr, może dwa, więc jeśli się postara i będzie na siebie uważać, już za chwilę powinien się znaleźć na miejscu.

„Zabieram swe rzeczy i spadam stąd, nie przypłynę tu aż do piątku”, przyrzekł sobie solennie. Gdyby mógł, nie wracałby tu nawet do następnego tygodnia albo nawet do następnego wylęgu piskląt, ale wiedział też, że będzie musiał zaobrączkować złapane w pułapki ptaki i wypuścić je na wolność. Gdyby nie ten fakt, nie zajrzałby tu przez rok.

Idąc powoli, starał się nasłuchiwać, czy przypadkiem locha i jej młode nie znajdują się w okolicy. Nie słyszał jednak żadnego odgłosu ich obecności. Ba! Nie słyszał żadnego odgłosu obecności jakiegokolwiek zwierzęcia. Żadnego szumu skrzydeł czy śpiewu ptaków, żadnych pohukiwań sów, odgłosów łamanych przez sarny gałązek. Nic. W tym lesie nie dało się usłyszeć niczego. Panowała tu idealna, przerażająca cisza.

Ku zadowoleniu Aarona, niebo nie stawało się ciemniejsze. Fakt, wciąż było dziwnie szare, jakby wyprane z barw, ale nie zauważył, by słońce zachodziło lub by niebo stawało się granatowe. Najwyraźniej miał o wiele więcej czasu na powrót do łodzi, niż mu się uprzednio wydawało. Zadowolony z tej myśli postanowił dotrzeć do piątej pułapki i zakończyć swe dzieło.

Podczas powolnego spaceru emocje, które w nim szalały po spotkaniu z lochą, stopniowo opadły, a roztrzęsiony Aaron ponownie zaczął myśleć racjonalnie. Sklął wpierw swych durnych współpracowników za naopowiadanie mu tych przeklętych historyjek wprost z horrorów, by następnie stwierdzić, że Kattbulp to jedynie wyspa. Wyspa jak każda inna, na której, jeśli człowiek jest sam, to różne głupoty mogą wpaść mu do głowy. Mógł się założyć, że żadnej Idy czy Szalonego Joe nigdy nie było, a psychiatryk spłonął, bo uderzył w niego piorun.

„Tak”, pomyślał. „Na wszystko można znaleźć racjonalne wyjaśnienie”.

Jak tylko ta myśl pojawiła mu się w głowie, Aaron stanął jak wmurowany. Patrzył w ciszy na mężczyznę, który z zainteresowaniem oglądał postawione przez niego pułapki. Głowę miał niemal łysą, gdzieniegdzie Aaron potrafił dostrzec kępki nieogolonych włosów, jakby obcięto je tępym nożem. Mężczyzna był bardzo chudy. Przez poszarpane, szare spodnie i równie wyświechtaną koszulę, można było dostrzec każdą kość szkieletu. Strój wyglądał, jakby mężczyzna dopiero co opuścił więzienie lub…

„Szpital”, Aaron sapnął wystraszony w myślach.

Mężczyzna, wyczuwając, że ktoś mu się przyglądał, niespodziewanie odwrócił się do Aarona. Ten krzyknął w przerażeniu. Twarz tego osobnika była w połowie spalona. Aaron mógł dostrzec czarną skórę i wielkie bąble na policzku. Powieka lewego oka praktycznie nie istniała, przez co mężczyzna przez cały ten czas dziwnie je wytrzeszczał. Tak samo było z lewą częścią ust. Aaron widział dokładnie uzębienie napotkanego, poszarzałe i ukruszone zęby. Najdziwniejsze i zarazem najbardziej przerażające w jego wyglądzie było jednak to, iż twarz wciąż się dymiła. Jak gdyby wciąż się paliła.

Aaron zauważył też z przerażeniem, że mężczyzna stał dokładnie pośrodku wąskiej ścieżki, którą on przybył od motorówki. Przyglądając się ostrożnie krzewom i gęstym drzewom za plecami nieznajomego, zrozumiał, że nie miał żadnej innej możliwości ucieczki, jak wyminięcie mężczyzny.

Powoli, uważnie stawiając krok za krokiem, Aaron okrążał obserwującego go mężczyznę. Nie chciał stawać do niego tyłem, dopóki nie miałby przed sobą czystej drogi ucieczki. Nie zastanawiał się teraz nad tym, jakim cudem pacjent z psychiatryka, który spłonął sto lat temu, jeszcze żył. Nie myślał o tym, że nieznajomy przed nim mógł mieć najwyżej czterdzieści lat. Nie chciał myśleć o tym, że jego twarz wciąż płonęła.

On po prostu chciał jak najszybciej stamtąd uciec.

Już po chwili Aaron stał dokładnie na środku ścieżki. Tuż za plecami, za murem z gęsto rosnących drzew, była plaża i przepustka do wolności. Teraz jedyne, co musiał zrobić, to odwrócić się plecami do nieznajomego i zacząć biec.

Biorąc ostatni wdech, odwrócił się na pięcie i pognał, ile sił, ścieżką wprost ku plaży. Jeden jedyny raz odwrócił głowę. Ujrzał wtedy, że stojący za nim pacjent nie ruszył w jego stronę. Co zaskakujące, mężczyzna wzruszył tylko ramionami, jakby nie rozumiał zachowania Aarona, i oddalił się w przeciwnym kierunku.

Oddychając z ulgą, Aaron przebił się przez mur drzew. Czuł narastającą w nim radość na myśl o odpłynięciu z tego przeklętego i zapomnianego przez Boga miejsca. Niestety, radość ta została niemal natychmiast zmiażdżona, kiedy zamiast łodzi zobaczył…

Leśniczówka

To była leśniczówka, w której Aaron skrył się przed lochą.

„Ale… ale to niemożliwe. Niemożliwe!”, krzyczał w myślach.

Jakim cudem miałby znaleźć się przy leśniczówce, skoro znajdowała się ona w przeciwnym kierunku niż ten, w którym podążał? Jak niby miałby się znowu tutaj znaleźć? Jak?!

Czując serce tłukące się w piersi niczym zamknięty w klatce dziki ptak, Aaron odwrócił się na pięcie i ruszył biegiem przed siebie. Biegł szaleńczo, potykając się co kilka kroków o własne stopy, w kierunku — jak mu się wydawało — plaży. Krew w żyłach dudniła wściekle, rozchodząc się w uszach głośnym basem. Kropelki potu spływały po skroniach, a plecak ciążył niesłychanie na ramionach, gdy pokonywał kolejne metry.

Widział dróżkę, którą przybył z plaży, postawione przez siebie pułapki oraz krzak z połamanymi gałęziami, skąd przedarła się rozszalała locha. Na całe szczęście nigdzie nie dostrzegał płonącego mężczyzny. Nie było po nim najmniejszego śladu. Tak jakby nigdy nie istniał.

Aaron przedostał się przez ostatnią zaporę oddzielającą go od plaży stworzoną przez gałęzie, pnie i krzewy. Już zaraz miał znaleźć się w łodzi i opuścić to miejsce.

Oddech uwiązł mu w gardle, kiedy ponownie jego wzrok padł na samotnie stojącą pośrodku polanki leśniczówkę.

„Nie, nie, nie”, powtarzał w myślach, kiedy ponowił bieg.

Na nic się jednak to nie zdało. Zdyszany i spocony ponownie stanął przed chatką. I znowu, i kolejny raz. Raz za razem. Biegł szaleńczo ku plaży, aż mięśnie łydek odmówiły posłuszeństwa, a serce wyrywało się z klatki piersiowej. Mimo to Aaron za każdym razem stawał przed leśniczówką.

Gnąc się w pół i wymiotując żółcią z wysiłku, wydał z gardła ochrypły dźwięk zawodu. To niemożliwe, by za każdym razem biegł ku plaży, a mimo to wracał tutaj. Może pomylił drogi? Może te pułapki nie były jego, może pozostawił je ktoś inny? Może rozstawił je Hugo, nim opuścił Selofsbo? Tak, z całą pewnością.

Ocierając rękawem kurtki spierzchnięte usta, Aaron wyprostował się i splunął na trawę. Wziął parę uspokajających oddechów, by ruszyć w całkowicie innym kierunku niż poprzednio. Kroczył szybkim truchtem, starając się nie oglądać za siebie. Miał wrażenie, że czyjeś oczy go obserwują. Czuł na swym karku spojrzenie czegoś, co bawiło się wyśmienicie, kiedy patrzyło na jego przerażenie.

„Daj spokój, Aaron”, skarcił się w duchu.

Nie mógł pozwolić sobie na takie głupie myśli. Nic go nie obserwowało. Niczego prócz niego i zwierząt nie było na wyspie.

„A mężczyzna ze spaloną twarzą?”, zapytał głos w głowie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.