E-book
20.48
drukowana A5
38.4
Strefa koszmaru

Bezpłatny fragment - Strefa koszmaru

Zbiór piekielnych opowiadań


5
Objętość:
281 str.
ISBN:
978-83-8221-331-7
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 38.4

Podziękowania

Pokaż mi swoich przyjaciół, a powiem Ci, kim jesteś.

To nie wielkie wydarzenia, ale ulotne chwile, małe gesty, ciche słowa nas kształtują. To lekki powiew wiatru popycha nas do drogi, a uścisk dłoni tej jednej osoby dodaje nam niezmierzonych pokładów odwagi.

Zaczęło się od mojej mamy, która zaraziła mnie miłością do książek. Dziękuję Ci za to, bo gdyby nie Ty, nie umiałabym stworzyć w swej głowie tysięcy światów, które nieraz ratowały mnie przed złem życia codziennego. Jesteś moją przyjaciółką, moją nauczycielką, moją mamą. Dziękuję za każdy poświęcony mi dzień.

Dziękuję mojemu mężowi Marcelowi za wsparcie, miłość oraz za uśmiech, jaki potrafi przywołać na moje usta. Przepraszam za długie godziny, które musiałeś spędzić ze mną, dyskutując na temat okładki do tejże książki. Jestem dumna i szczęśliwa, mogąc być Twoją żoną. Kocham Cię — dziś i zawsze!

Dziękuję Zuzi, Maksowi i Sławkowi za to, że jesteście. Bez Was świat straciłby wiele ze swoich barw, a muzyka nie byłaby tak piękna. Codzienność z Wami zamienia się w piękny sen. Zuzannie Sudnik-Pomorskiej za dwadzieścia siedem lat szalonej przyjaźni, która tyle samo razy mnie wspierała, co wpakowała w kłopoty. Także Wam, Anno Kucharska i Anett Lievre, dziękuję za wiarę w moje prace, za wsparcie i znajomość, której się nie spodziewałam, a którą z ochotą będę pielęgnować. Katarzynie Garczyk i Natalii Hermansie za wyłapywanie tych wszystkich kwiatków, jakie pojawiły się w tekście, za poradę i dobre słowo, a także za miliony łez rozbawienia. Moim drogim Czarownicom z grupy literackiej Piórem Czarownic — dziękuję. Wspaniale jest mieć Wasze grono po swojej stronie i móc być jedną z Was. Mam nadzieję, że kiedyś będę mogła każdej podziękować w cztery oczy.

Wielkie podziękowania również dla Ciebie, Kasiu (@katherine_the_bookworm) za przygarnięcie zarówno mojej pierwszej powieści, jak i tej książki, pod swoje skrzydła. Mam nadzieję, że jeszcze nieraz będę miała zaszczyt z Tobą współpracować.

Wszystkim użytkownikom Wattpada za komentarze, porady, krytykę i przede wszystkim za czytanie moich opowiadań, a co za tym idzie — za poświęcony im czas. Dziękuję wszystkim, którzy kupili moje książki i po przeczytaniu nie przeznaczyli ich na opał. Nie przestawajcie marzyć, nie przestawajcie pisać. Róbcie to, co kochacie (o ile jest to legalne, w innym przypadku zapomnijcie o ostatnim zdaniu)!

List od psychopaty

List od psychopaty I

Droga Polly,

piszę do Ciebie z mojej małej celi, w której znajduję się już od dwóch tygodni. Więzienie nie jest aż tak okropnym miejscem, za jakie je uważałem. Cela może i jest mała, mieszczą się w niej jedynie metalowe łóżko i kibel, ale jest całkiem milutka. Szare ściany pomalowałem moją krwią na czerwono.

Pamiętasz, Polly?

Czerwony kolor w mej celi jest taki sam jak w twojej. Polly… Pamiętasz ją? Bo ja tak. Och, tak…

Pamiętam dokładnie dzień, w którym Cię do niej przywiozłem. Byłaś nieprzytomna, taka cicha i spokojna. Nie ruszałaś się, kiedy przykuwałem Cię do łóżka. Identyczne mam i tutaj.

I wiesz co, Polly?

Czasami w nocy, kiedy te świry siedzące tu razem ze mną wyją pod niebiosa, ja myślę o Tobie, Polly. O Twojej miękkiej skórze barwy mleka i o Twych brązowych włosach. I kiedy tak o Tobie myślę, a mój wzrok pada na łóżko, zaczynam pieprzyć materac. Fantastycznie jest wpychać się w miękki materiał. Musiałem wydłubać w nim dziurę widelcem, by czuć to nieziemskie tarcie.

Niestety, materac nie jest tak ciepły i miękki jak Ty. Mimo to dochodzę za każdym razem dzięki mojej wyobraźni, w której to Ty leżysz pode mną ze łzami w oczach i z szeroko rozstawionymi nogami, przywiązanymi do metalowych ram łóżka.

Moja słodka Polly, możesz być z siebie dumna. Wciąż mnie podniecasz.

Nie to, co te inne, które sprowadziłem przed Tobą do naszego domku. Nie, Polly. Ty jesteś wyjątkowa. Aż żałuję, że nie zdążyłem rozpruć Twojego płaskiego brzucha, by sprawdzić, jak ciepła i miękka jesteś w środku.

Jednak to nic, Polly. Ważne, że wciąż pamiętam Twój zapach i to fantastyczne tarcie mojego ciała w Tobie. Wciąż mi stoi, Polly, na samą myśl.

Wciąż Cię kocham.

Twój D.

Tydzień po pojmaniu Dereka Austina


— Derek Austin to psychopata. — Mężczyzna rozmasował opuszkami palców skronie. Nigdy nie lubił być w centrum zainteresowania, a błysk fleszy peszył go, rozstrajał i przyprawiał o bóle głowy. — Jego profil jest niezwykle interesujący. Wszyscy jego znajomi z uczelni, a nawet sami profesorowie uważali go za uczynnego, sympatycznego i inteligentnego młodego człowieka. Austin potrafił być uroczym mężczyzną. Idealnie wpasował się w otaczające go społeczeństwo. Z jednej strony ambitny i uroczy student psychologii, z drugiej przystojny młodzieniec, który lubi flirtować z koleżankami i spotykać się po zajęciach z kolegami, a z trzeciej… seryjny morderca, gwałciciel, psychopata.

— Profesorze John! — krzyknął jeden z reporterów ze środka sali.

Profesor John wskazał go dłonią.

— Jak wiadomo, jest wielu przeciwników kary śmierci…

— Panie Smith — przerwał mu John. — Nie jestem tu po to, by omawiać strony moralne i humanitarne wyroku sądowego…

— Tak, oczywiście — wtrącił się dziennikarz. — Chciałem zapytać o coś innego. Czy uważa pan, że istnieje możliwość resocjalizowania Austina?

John poczuł na sobie spojrzenia dziennikarzy, policjantów i innych osób zainteresowanych sprawą Dereka Austina. Wszyscy oni zebrali się dziś na tej konkretnej konferencji, aby dowiedzieć się, jak wielkim potworem był Derek, zwany przez media Krwawym Kochankiem.

Krwawy Kochanek był prawdziwą bestią. Porywał, gwałcił, torturował, zabijał, siekał na kawałki, a resztki ciał wyrzucał, gdzie popadło. Jedyne, co łączyło te morderstwa, to płatki róż i listy, które pozostawiał przy ciałach. Dokładnie opisywał w nich każdą z ofiar, to, jak długo je przetrzymywał i co im robił. I zawsze, ale to zawsze na końcu w post scriptum pisał: Naprawdę ją kochałem.

Profesor Arthur John wzdrygnął się na wspomnienie zdjęć, które zostały mu dostarczone przez policję.

— Nie — odparł zimno. — Derek Austin to psychopata, morderca i gwałciciel. Czerpał satysfakcję z zadawania psychicznego i fizycznego bólu niewinnym istotom ludzkim. Jego plany i działania były dokładnie przemyślane, krok po kroku, a ofiary skrzętnie wybierane. Był całkowicie poczytalny, w pełni świadomy. Miał jeden cel: zabicie jak największej liczby kobiet. Derek Austin to potwór. I nie, nie ma żadnej możliwości resocjalizacji. Prędzej czy później ponownie by zabił.

Na sali zapadła grobowa cisza. Dopiero wtedy John uświadomił sobie, że stoi. Profesor pożegnał się szybko z zebranymi i, pozostawiając ich w szoku, opuścił salę konferencyjną.

List od psychopaty II

Słodka Polly,

w więzieniu każdy się mnie boi. Czasami szepczą za moimi plecami, ale żaden z nich nie ma na tyle odwagi, by coś mi powiedzieć. Nie wiem, czemu się mnie boją. Przecież nie gustuję w mężczyznach.

Wiesz o tym, Polly, prawda?

Jesteś jedyną, która może to potwierdzić. Pamiętasz, jak Cię zerżnąłem w Twoje sławetne urodziny? Po uroczej kolacji we dwoje?

Brałem Cię z każdej strony. Przerżnąłem Cię wtedy dogłębnie. Byłaś wtedy taka obolała, a ja po wszystkim wykąpałem Cię w wannie z ciepłą wodą. Mydliłem Twe siniaki mydłem, spłukałem z Twych jedwabnych włosów resztkę krwi.

Och, Polly! Było nam ze sobą tak dobrze. Dlaczego odeszłaś? Pasowaliśmy do siebie idealnie. Jak te przysłowiowe dwie połówki, Polly. Nie widziałaś tego?

Teraz to jednak nie jest ważne. Dziś myślałem o Tobie. To nic nadzwyczajnego, gdyż często to robię, niemal w każdej chwili mojego życia, od kiedy Cię porwałem. Tym razem jednak myślałem o tym dniu, kiedy zaświtało mi w głowie, by Cię porwać. Stałaś wtedy przed supermarketem. Miałaś na sobie śliczną bluzkę. Turkusową. Pasuje Ci ten kolor, Polly, pięknie w nim wyglądasz. Cekiny na jej kieszonce błyszczały w słońcu, rozjaśniając Twoje oczy. Dżinsy oblepiły Twoje nogi niczym druga skóra, a buty… Lubię Cię na wysokich obcasach, Polly. Może, gdy przyjdziesz mnie odwiedzić, założysz właśnie takie?

Tamtego pamiętnego dnia, dwudziestego trzeciego maja, postanowiłem, że będziesz moja. Może to przez Twój uśmiech, którym obdarowałaś tamtego chłopaka, a może przez sposób, w jaki Cię objął, poczułem, że muszę Cię mieć. Nie wiem. Jedyne, co wiem, to to, że poczułem zazdrość. Chciałem, byś to do mnie się tak uśmiechała.

Jednak Ty nigdy tego nie zrobiłaś. Polly, czemu nigdy się tak pięknie nie uśmiechałaś? Może gdybyś to zrobiła, nie musiałbym poszerzać Ci ust nożem?

Wciąż Cię kocham.

Twój D.


Dwa dni po pojmaniu Dereka Austina


Detektyw Willson i jego partner detektyw Morris zaparkowali przed niewielkim, piętrowym domem. Budynek nie różnił się znacząco od innych w tej okolicy. Biała farba elewacji odpryskiwała tu i ówdzie. Nadgryzione zębem czasu schody, prowadzące na werandę, zdawały się trzeszczeć same z siebie, a okna wołały o porządne mycie. Po zaniedbanym podwórku walały się puste puszki po piwie i butelki po taniej whisky, kilka starych opon i mnóstwo papierów. Stojące najbliżej płotu drzewo pokryte było metrami papieru toaletowego. Na jednej z gałęzi wisiał spory transparent z wymalowanym na nim wściekle czerwoną farbą napisem: MORDERCA.

— Okoliczni już zaczęli swój samosąd — rzekł Morris, wysiadłszy z samochodu.

Willson w milczeniu podążył w jego ślady. Nie poczekał na młodszego kolegę, tylko ruszył w stronę domu.

— Cholera, Willson! — zaklął Morris, pojawiając się przy jego boku. — Mógłbyś chociaż ostrzec. Coś w stylu „Idziemy!” albo „Dawaj!” byłoby mile widziane.

— Idziemy! — rzucił Willson i przyspieszył kroku.

Morris zaklął jeszcze raz i nawet nazwał partnera dupkiem, ale Willson nie miał teraz głowy do jego humorów. Jedyne, czego pragnął, to znalezienie się w domu Austina, zebranie informacji i powrót na komisariat, gdzie czekała na niego ciepła kawa i stos dokumentów do przejrzenia. Chciał jak najszybciej zebrać potrzebne mu dowody, by zakończyć sprawę Dereka Austina, która pochłonęła kilka lat z jego życia, i jak najszybciej uwolnić się od swego partnera.

Nie chodziło o to, że nie lubił Morrisa. Tolerował go. Morris był jednak typem człowieka, jakim był sam Willson dobre trzy dekady temu. Rozgadanym, pewnym siebie, charyzmatycznym i wkurzającym dzieciakiem, a takiego siebie Willson bardzo nie lubił. Morris drażnił go i to stąd brała się jego postawa względem młodszego kolegi.

Wspiąwszy się po zbutwiałych schodach werandy, Willson zastukał w obdrapane drzwi.

— Facet nie ma tu lekkiego życia — stwierdził ponuro Morris i wskazał palcem na zasłonięte tekturą okna.

Większość z nich oblepiona była żółtkami jaj, a resztki jednej z szyb leżały rozsypane po trawniku.

— Czego się spodziewałeś? — zapytał Willson, ponownie pukając w drzwi. — Z takim bratem aż dziw bierze, że jeszcze się stąd nie wyniósł.

„Chyba że właśnie teraz to zrobił”, pomyślał, pukając po raz trzeci.

Morris klepnął go w ramię i wskazał brodą stojący w cieniu drzew mały domek, wyglądający na szopkę na narzędzia. Willson, dostrzegłszy przez uchylone drzwiczki poruszający się w niej cień, kiwnął Morrisowi na znak. Obaj zeszli po schodkach i ruszyli przez zaniedbany trawnik.

Detektyw obserwował uważnie otoczenie od starych opon po cienie między krzakami. Nie obawiał się ataku. To było raczej jak nawyk, którego nabył po latach pracy w wydziale antynarkotykowym, nim postanowił spędzić ostatnie lata służby na szukaniu seryjnych morderców. Niejednokrotnie jego wyostrzone zmysły uratowały mu tyłek, więc nie miał nawet zamiaru ich nie słuchać.

Kilka kroków przed drzwiami szopki detektywi usłyszeli ciche takty piosenki lecącej z radia i o ton głośniejszy syk otwieranej puszki piwa. Położywszy dłonie na umieszczonych w kaburach pistoletach, detektywi zbliżyli się ostrożnie do otworu między drzwiami a framugą.

— Panie Austin! — zawołał Willson. — Policja! Proszę wyjść powoli z uniesionymi do góry rękoma!

— Już, już — odparł ciężki, zachrypnięty od picia głos. — Mogę zabrać ze sobą piwo?

Morris parsknął śmiechem, ale zaraz zamilkł, kiedy Willson zmiażdżył go spojrzeniem.

— Jeśli już pan musi! — odkrzyknął mu Morris.

Zaledwie sekundę później drzwi szopki otwarły się na oścież, wypuszczając na zewnątrz wysokiego mężczyznę. Obaj detektywi mimowolnie postąpili krok w tył. Te włosy, te oczy, ta twarz…

Willson oczywiście widział zdjęcia Jeffa Austina w kartotece miejskiej policji. Wiedział, jak bardzo mężczyzna był podobny do brata, jednak zdjęcie nie oddawało tego, co było w Jeffie. Obaj z Derekiem byli niemal identyczni. Te same niebieskie oczy, kruczoczarne włosy i zadziorne rysy twarzy. Willson potrzebował chwili, by móc dostrzec różnicę między nimi.

Jeff był wyższy, ale i chudszy od Dereka. Skóra na policzkach wisiała mu niczym za duża koszula, a przebarwienia na nich świadczyły o problemach z alkoholem i o mnóstwie nieprzespanych nocy. Brakowało w nim również tego drapieżnego piękna, elegancji i manier, jakimi odznaczał się jego młodszy brat.

— Słucham? — sapnął Austin, upiwszy z puszki łyk.

— Panie Austin — rzekł Willson, wyciągając odznakę z wewnętrznej kieszeni marynarki. — Detektyw Willson. To mój partner, detektyw Morris.

Morris błysnął odznaką przed twarzą Jeffa Austina. Ten zmarszczył się w niezadowoleniu, lecz wskazał im stolik pod drzewem i stojące przy nim plastikowe krzesła. Tam także walały się papiery i skorupki jaj.

— Panowie wybaczą. — Austin zmiótł dłonią brud z najbliższego krzesła i zasiadł na nim byle jak. — Tutejsza młodzież nie daje mi spokoju.

— Ze względu na brata? — zapytał Morris, sadowiąc się na krześle obok.

Willson wolał postać. Nie tylko ze względu na drogi garnitur, którego nie miał ochoty uwalić całym tym syfem pokrywającym plastikowe krzesło, ale i ze względów bezpieczeństwa. Tak na wszelki wypadek.

— A przez kogo innego, hę? — Jeff wyciągnął papierosa z wymiętej paczki, a oni cierpliwie czekali, aż go odpali i zacznie mówić.

Jeff miał typowy, wieśniacki akcent, za który Willson z chęcią by go aresztował i wsadził na dwadzieścia cztery do kicia. Przeciągał litery z niechlujnością godną podziwu, a każde słowo brzmiało jak czysta pogarda skierowana ku światu.

— Ten gnojek niszczy mi życie — rzekł Austin, wypuściwszy ostentacyjnie dym z płuc. — Mam nadzieję, że sąd szybko wyda wyrok, a on jeszcze szybciej zdechnie.

— Nie pała pan miłością do brata — zawyrokował Morris, chcąc pociągnąć go za język.

Austin prychnął niczym kot, przechylając puszkę do ust.

— Nie. — Wzruszył ramionami.

— Panie Austin — zagadnął Willson, kiedy Jeff milczał od dłuższej chwili. — Czy pana brat miał problemy? Narkotyki? Alkohol?

Jeff Austin zgniótł puszkę w dłoni i rzucił nią przed siebie na oślep.

— Derek? — Zaśmiał się sztucznie. — Nie. W tym domu to ja byłem łobuzem. On był synkiem mamusi.

— Co ma pan na myśli? — zainteresował się Morris.

Austin splunął na ziemię. Willson od razu zauważył, jak na wspomnienie matki szczęka Jeffa zaciska się w złości. Najwyraźniej nie pałał miłością do rodzicielki.

— Co to wszystko ma znaczyć? — Mężczyzna się zdenerwował. — Myślałem, że Derek przyznał się do winy. Czego ode mnie chcecie?

— Musimy zebrać jak najwięcej… — zaczął Morris.

— Proszę odpowiadać na pytania, panie Austin — Willson przerwał wywód kolegi. Nie miał ochoty spędzić tu całego przedpołudnia.

Jeff spojrzał na niego spod byka. Powoli dopalił do końca papierosa, a potem zgasił go w jednej z puszek leżących wokół swoich stóp. Pociągnął nosem w obrzydliwy sposób, nim odpowiedział.

— Moja matka to zabobonna wariatka — rzekł ze słyszalną urazą w głosie. — Była nią jeszcze zanim nasz ojciec nas zostawił, ale po jego odejściu odbiło jej do końca.

— Może pan opowiedzieć o ojcu?

Austin wzruszył ramionami. Dłonie zacisnął mocniej na oparciach plastikowego krzesełka, co oczywiście nie umknęło Willsonowi. Jeff był zły na ojca, ale detektyw nie widział w jego oczach tej czystej nienawiści, jaką dostrzegał, kiedy Morris zapytał go o matkę.

— To był pieprzony sadysta — warknął Austin. — Lał nie tylko matkę, ale i nas. Czasami całymi dniami urządzał nam awantury i dzikie rodeo z paskiem. Kilka razy musieliśmy z Derekiem udawać przeziębienie, by nie iść do szkoły z siniakami.

— Wasza matka nie starała się od niego odejść? — zapytał Willson.

— Ona? — Jeff zaśmiał się szalenie i zaczął bujać się na tylnych nóżkach krzesełka. — Ona za nim szalała! Twierdziła, że Bóg przykazał kobietom robić to, co ich mężowie im każą, a ona jako dobra żona będzie spełniać każdą jego zachciankę.

Willson wymienił się porozumiewawczym spojrzeniem z Morrisem.

— Mówiłem wam — powiedział Austin. — To wariatka.

List od psychopaty III

Moja miękka Polly,

dzisiaj zapadł wyrok w mojej sprawie. Dokładnie za tydzień przedstawiciele prawa wsączą we mnie jad, który pozbawi mnie życia. Wycisną je ze mnie wraz z moją ideą i geniuszem.

Życie, Polly.

Pamiętam, jaka byłaś żywa i beztroska w ciągu tych dni, kiedy Cię obserwowałem. Taka słodka. Taka niewinna. Taka moja.

Moja mała Polly. Odwiedź mnie, proszę. Tak za tobą tęsknię! Tęsknię za tym, jak krzyczałaś o pomoc, kiedy Cię biłem.

Wiesz, że zrobiłem to z miłości, prawda? Wiesz to! Jestem tego pewien. Gdybyś nie wiedziała, nie krzyczałabyś tak głośno dla mojej uciechy, a Twój głos nie rozchodziłby się po naszej celi niczym fala przyjemności. Nasza cela, wykopana w ziemi pod sadem Twojego ojca, była naszym schronem. Była naszym rajem.

Czemu, Polly, och, czemu uciekłaś? Czemu, Polly? Było Ci tak źle, kiedy brałem Cię od tyłu? Przecież wiem, że płakałaś wtedy ze szczęścia.

Szczęście! To właśnie to czułem, kiedy zabrałem Cię do naszego domku. Pamiętasz ten dzień? Stałaś na przystanku, a deszcz lał z nieba od trzech dni. Zatrzymałem się i zapytałem, czy zawieźć Cię do domu.

Zgodziłaś się od razu. Przecież znaliśmy się całe życie. Ta sama mieścina, ta sama szkoła, to samo towarzystwo. Byłem Twoim przyjacielem.

Pamiętam, jak tamtego dnia opowiadałaś mi o Timie. O tym, jak się zachował, o tym, jak Cię zdradził. Po tym, gdy Cię ogłuszyłem i zawiozłem do naszego raju, postanowiłem go zabić. To byłem ja, Polly. Tylko ja mogę Cię mieć i ranić! Tylko ja!

Zabiłem go. Był przy tym w pełni świadom, za co umiera. Moja droga Polly, nikt nie ma prawa łamać i wyrywać Twego serca prócz mnie.

Czekam na Ciebie.

Wciąż kocham.

Twój D.


Cztery dni po pojmaniu Dereka Austina


Szpital dla nerwowo i psychicznie chorych w Houston mieścił się w tym samym miejscu od ponad stu dwudziestu lat. Był to ogromny, złożony z kilku większych i mniejszych budowli kompleks z ogrodem, otoczony ze wszelkich stron wysokim murem. Na jego teren wjechać można było jedynie przez żelazną bramę, której pilnowało kilku uzbrojonych ochroniarzy. Kompleks został odrestaurowany po pożarze w tysiąc dziewięćset dwudziestym pierwszym roku, kiedy jeden z pacjentów pod wpływem ataku paniki zabił kilku pielęgniarzy i podpalił główną część szpitala. Większość budowli spłonęła doszczętnie, ale lewa część pozostała nienaruszona.

Detektyw Willson przy wjeździe podał swoje nazwisko ochroniarzowi, który już po chwili wpuścił go i jego partnera na teren zakładu. Od bramy do głównego wejścia kliniki prowadziła długa droga usypana jasnym kamieniem, otoczona z obu stron wysokimi wierzbami. Willson dostrzegł kilku pacjentów, którzy zasiadali na kocach w ogrodzie w towarzystwie pielęgniarzy i pielęgniarek ubranych w jasnozielone kitle.

„Zielony”, pomyślał. „Kolor nadziei. Jakże stosownie do sytuacji i miejsca”.

Zaparkowali auto w miejscu wskazanym przez niską pracownicę szpitala. Następnie obaj z Morrisem przemaszerowali plac i przeszli kamiennymi schodkami do wnętrza głównego budynku, który zbudowano z ciemnoczerwonej cegły. W środku, jak przystało na szpital psychiatryczny, było jasno, spokojnie i nijak. Gdzieniegdzie wisiały obrazy nieba czy łąki skąpanej w jasnym świetle oraz prace wykonane przez mieszkańców kliniki. Z niektórych pokoi dochodziły dźwięki spokojnych melodii i starych piosenek, do których starsi pacjenci podśpiewywali pod nosem.

— Doktor Denford? — zapytał Willson wysokiego, szpakowatego mężczyznę, rozmawiającego właśnie z młodą recepcjonistką.

Mężczyzna odwrócił się do nich. Znad okularów o ciemnych, grubych oprawkach, posłał im profesjonalne spojrzenie.

— W czym mogę panom pomóc? — rzekł mocnym, typowym dla lekarzy głosem.

— Detektyw Willson i detektyw Morris — powiedział Willson, wskazawszy najpierw siebie, a następnie milczącego Morrisa.

Dzisiejszego poranka pokłócili się i wymienili kilka nieuprzejmych zdań. Morris zarzucił Willsonowi brak profesjonalizmu i koleżeństwa. Stwierdził również, że starszy glina traktuje go jak gówniarza. Willson nie przejął się ostatnimi dwoma zarzutami, a na obelgę odnośnie do jego profesjonalizmu odparł, że dla Morrisa profesjonalistą jest tylko ten, kto mu wchodzi w tyłek.

Co tu dużo mówić? Nie byli zgraną parą.

— Rozmawialiśmy z panem przez telefon — przypomniał mu Willson.

— Ach, tak! — Denford przytaknął, a następnie podał im dłoń na powitanie. — Witam panów!

— Czy możemy porozmawiać z panią Elizabeth Austin?

Doktor spojrzał na nich ze zdziwieniem, po czym ściągnął okulary z nosa i przetarł ich szkła chusteczką wyciągniętą z kieszeni spodni.

— Obawiam się, że to nie będzie możliwe — odparł, założywszy ponownie okulary na nos.

— Jak to?

Doktor poprowadził ich do wielkiego okna, z którego rozpościerał się widok na ogród, skąpany w świetle słońca. Wielu mieszkańców zakładu spacerowało w towarzystwie pielęgniarzy i pielęgniarek, inni siedzieli na ławkach, rozmawiali sami ze sobą, a jeszcze inni po prostu bujali się w przód i w tył w bujanych fotelach z wikliny. Doktor Denford wskazał im palcem kobietę o ciemnych włosach, upstrzonych pasmami siwizny, ubraną w jasne spodnie i ciepły pulower. Nie zdawała się przytomna, kiedy siedziała w krzesełku inwalidzkim, choć jej oczy były szeroko otwarte.

— Elizabeth nie odezwała się do nikogo ani słowem, odkąd tu przybyła — powiedział doktor. — Rozmawiała jedynie z Derekiem, kiedy ją odwiedzał.

— Z jakiego powodu się tu znalazła? — zapytał Morris, uważnie przyglądając się kobiecie.

— Załamanie nerwowe — odparł Denford. — Elizabeth ma osobowość depresyjną i skłonności do popadania w stany melancholijne, a od kiedy Derek wyprowadził się z domu na studia, nie potrafiła sama zadbać o siebie i poradzić sobie z samotnością.

— Nigdy nie powiedziała ani słowa? — Willson przysiadł na ławeczce pod oknem. Po chwili dołączył do niego doktor, a Morris wciąż stał przed oknem, patrząc na ogród.

— Jak mówiłem, rozmawiała tylko z Derekiem. — Doktor wzruszył ramionami i po cichu dodał: — Ale kilka razy podsłuchałem ich rozmowę.

Willson strzelił w niego spojrzeniem, przysunąwszy się bliżej doktora.

— To chyba nie jest legalne? — zagadnął wciąż wpatrzony w okno Morris.

Willson wywrócił oczami i puścił pytanie partnera mimo uszu.

— Ale przynajmniej coś usłyszałem — odparł Denford obronnym tonem.

— Niech pan mówi, doktorze — zachęcił go Willson.

Odczekali krótką chwilę, nim grupka pielęgniarzy i prowadzonych przez nich pacjentów wyminęła ich i skierowała się do pokoju dziennego. Denford popatrzył dookoła i upewniwszy się, iż żadne niepowołane uszy nie nasłuchiwały, popatrzył na Willsona.

— Elizabeth była, czy raczej jest, zagorzałą katoliczką. Wierzyła, że powinnością kobiet jest służenie mężowi, a każde słowo sprzeciwu będzie karane wiecznym potępieniem — powiedział powoli. — Słyszałem, jak podczas kilku spotkań z Derekiem wmawiała mu, że kobiety to podstępne istoty, które trzeba karać i zmuszać do posłuszeństwa. Twierdziła, że Derek jest jednym z tych mężczyzn, którzy przyszli na ten świat, by wpoić kobietom ich prawdziwe obowiązki i nawrócić je na ścieżkę dobra, wytyczoną przez Boga.

List od psychopaty IV

Polly,


jeszcze trzy dni dzielą mnie od śmierci, a Ciebie wciąż nie ma. Mam nadzieję, że to wina Twojego prawnika, który odwodzi Cię od tego pomysłu. Musisz przyjść! Mam Ci coś ważnego do powiedzenia.

Moja mała Polly… Kiedy słuchałem wyroku sądu, myślałem o Tobie. O Tobie i tych trzynastu przed Tobą. Żadna nie była tak idealna jak Ty. Może dlatego, że żadna z nich nie miała osiemnastu lat? Może dlatego, że żadna z nich nie była, jak Ty, dziewicą?

Och, Polly! Pamiętam! Pamiętam Twoją krew na białym prześcieradle. Nigdy go nie wyrzuciłem. Miałem je schowane w szafie. W tych momentach, kiedy nie mogłem przy Tobie być, wyjmowałem je z niej i wąchałem je, splamione wciąż Twoją dziewiczą krwią. Ty byłaś tą jedyną, Polly! Dlaczego więc uciekłaś?

Proszę, przybądź.

Wciąż Cię kocham.

Twój D.


Dziewięć dni po pojmaniu Dereka Austina


Samuel Odel zaparkował swojego starego forda na parkingu przed kościołem parafii świętego Franciszka w Steferland. Miał nadzieję na złapanie w nim ojca Ronalda — księdza tej parafii od czterdziestu lat i duchowego przewodnika Dereka. Chciał z nim porozmawiać na temat Austina i poznać jego wersję, by móc napisać na ten temat reportaż, który stałby się dla niego przepustką do lepszego życia.

Od ponad roku Samuel pracował w jednej z regionalnych gazet jako sprawozdawca, ale jego ambicje wybiegały znacznie dalej niż opisywanie festynów i przebiegu zawodów rodeo. Chciał być jednym z najlepszych, jednym z tych, którzy pracowali dla The New York Times, a nie dla trzeciorzędnej gazety, kupowanej przez kilku emerytowanych teksańskich żołnierzy. Chciał się wzbić na wyżyny, a taką szansę mógł mu dać wywiad z księdzem, który nie chciał rozmawiać z żadnym reporterem.

Wchodząc do przyjemnie chłodnego wnętrza niewielkiego kościółka, Samuel rozejrzał się po otoczeniu w poszukiwaniu ojca Ronalda. Dojrzał go, stojącego na krzesełku i czyszczącego szmatką rzeźbę Jezusa wiszącego na krzyżu, zaraz za ołtarzem. Ksiądz może i był grubo po siedemdziesiątce, jak Samuel zdołał się dowiedzieć, ale wcale na tyle nie wyglądał. Był wysoki, barczysty i atletycznie zbudowany. Głowę golił na łyso, a podwinięte mankiety białej koszuli ukazywały kilka starych, żołnierskich tatuaży.

— Ojciec Ronald? — zagadnął go, gdy zbliżył się do ołtarza.

Mężczyzna odwrócił się do niego z uśmiechem na pokrytej zmarszczkami twarzy.

— Tak, synu? — zapytał z nutą zainteresowania w głosie.

— Nazywam się Samuel Odel — powiedział chłopak. — Jestem dziennikarzem…

Samuel widział, jak wszelkie kolory uciekają z twarzy księdza. Jego brew zaczęła drgać niebezpiecznie, kiedy ojciec Ronald zeskoczył ze stołka i machnął na niego ścierką.

— Proszę natychmiast wyjść! — zawołał ksiądz i złapał Samuela za ramię, próbując go za nie doprowadzić do drzwi.

— Chwilkę — powiedział dziennikarz i wyszarpał się z uścisku ojca. Trzeba było przyznać, że staruszek miał krzepę w tych starych dłoniach naznaczonych ciężką pracą.

— Ojcze Ronaldzie — zaczął powoli Samuel, starając się uspokoić księdza. — Wiem, że kilka brukowców obsmarowało waszą parafię i zarzuciło współwinę, ponieważ Derek Austin i jego matka byli jej członkami, a Elizabeth była zagorzałą katoliczką.

— Odejdź stąd, synu! — rzekł donośnie ojciec Ronald, po czym ponownie zaczął wypychać Samuela do wyjścia. — Nie chcę mieć z tym nic wspólnego.

Samuel nie był w stanie nic powiedzieć, kiedy ojciec Ronald przemaszerował z nim pod ramię przez kościół i wypchnął go na zewnątrz, zatrzaskując przy tym wrota.

— Chcę dać księdzu możliwość opowiedzenia prawdy! — zawołał Samuel. — Chcę poznać waszą prawdę! I ukazać ją innym!

Nasłuchiwał uważnie przez kilka minut, ale do jego uszu nie doszedł ani jeden dźwięk. Po jakimś kwadransie zrezygnowany odszedł od drzwi, sądząc, iż nie uda mu się nic wyciągnąć z księdza, kiedy te nagle zaskrzypiały i uchyliły się delikatnie.

— Moją prawdę? — zapytał ksiądz.

— Tak — przytaknął pełen nadziei Samuel.

Ojciec Ronald patrzył na niego przez długą chwilę, nim skinął głową i pozwolił mu wejść. Usiedli obaj w drewnianej ławce zaraz przed ołtarzem, przy której Samuel postawił swoją znoszoną torbę, po czym wyjął z niej ołówek oraz notatnik.

— Mogę nagrywać naszą rozmowę? — zapytał, pokazując księdzu mały dyktafon.

Ojciec Ronald skinął mu jedynie, patrząc, jak Samuel nieporadnie stara się włączyć sprzęt.

— Jesteś początkujący, prawda? — zapytał Samuela.

— Aż tak bardzo to widać? — odparł ten pytaniem na pytanie, gdy w końcu udało mu się załączyć dyktafon.

— Odrobinę.

Zamilkli na moment. Dyktafon wydał z siebie dziwny dźwięk, a żaróweczka umieszczona w jego plastikowej obudowie zapaliła się na zielono, dając znać, iż mogą zaczynać.

— Ojcze Ronaldzie, wielu zarzuca pańskiej parafii współwinę za to, co się wydarzyło — zaczął Samuel profesjonalnym tonem. — Wielu wiedziało, jak często Derek przebywał w pana towarzystwie i wszyscy zastanawiają się, jak to jest możliwe, by pan niczego nie zauważył.

— To prawda — przytaknął ksiądz. — Derek był często moim gościem. Odwiedzał mnie w każdą środę po zajęciach, w każdą niedzielę uczęszczał na msze, ale nigdy nie byliśmy ze sobą blisko.

Samuel zanotował to szybko w swoim notatniku.

— Podobno Derek był pańskim ulubieńcem — zagadnął, nie przestając pisać.

— Nie, nie mam ulubieńców — zaprzeczył ksiądz ze śmiechem. — Ale tak, lubiłem go. Był wierzący, ale nie zabobonny czy zagorzały jak jego matka, Elizabeth. Miał otwarty umysł, nie popadał w skrajność. Poza tym był dobrym uczniem i uczynnym chłopcem. Nigdy nie mieliśmy z nim problemu.

— A co z jego ojcem? Znał go pan?

Samuel widział, jak ojciec Ronald potakuje smutno głową. W oczach dostrzegł iskierki żalu i zawodu. Zawodu samym sobą.

— Tak — potwierdził z melancholią w głosie. — Tak samo jak matka Dereka oraz Jeffa. Ich ojciec również był zagorzałym katolikiem. Wiele razy próbowałem z nim rozmawiać i przemówić mu do rozsądku, by nie znęcał się nad chłopcami, ale on zawsze uważał, że to jego powinność, a kilka klapsów w tyłek nie jest znęcaniem się.

Dziennikarz zamknął notatnik i przygryzając przez chwilę końcówkę ołówka, przypatrywał się ojcu Ronaldowi.

— Dlaczego nie zgłosił pan tego na policję? — zapytał w końcu.

Ksiądz rzucił ściereczką, którą wcześniej czyścił rzeźbę Jezusa na ołtarz, i potarł dłońmi łysą głowę.

— Nigdy nie miałem wystarczających dowodów — rzekł zbolały. — W ich domu nigdy nie było za głośno, nigdy się nie kłócili, nikt nigdy się nie skarżył, a bez tego nie mogłem nic uczynić. Chłopcy również nie mieli siniaków na twarzy, a jeśli już je gdzieś mieli, obaj uparcie twierdzili, że nabili je sobie podczas zabawy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 38.4