E-book
5.46
drukowana A5
25.03
Smoczy Lord

Bezpłatny fragment - Smoczy Lord


Objętość:
119 str.
ISBN:
978-83-8245-377-5
E-book
za 5.46
drukowana A5
za 25.03

Matt stał na wzgórzu, trzymając w ręku miecz, wspaniały z damasceńskiej stali. Jego ostrze lśniło morderczym blaskiem, ku niemu galopował rycerz odziany w stalową zbroję. Stał w bojowej postawie, czekając, kiedy zada śmiertelny cios. Nagle usłyszał wysoki dźwięk, to sms wyrwał go ze świata marzeń. Przebywał tam nader często. Czarodzieje, wojownicy i smoki to bohaterowie z jego wyobraźni. W autobusie, metrze, podczas spaceru po parku uciekał myślami od codziennego zgiełku i wrzawy dnia. Odgłos ulicy, rozmów i pędzący tłum nagle milkł, gdy otwierał w swym umyśle wrota do świata iluzji. Tak było i teraz. Przeczytał wiadomość i schował telefon. Podniósł się z ławki i poszedł parkową alejką ku fontannie. Po kilkunastu krokach dobiegł go śpiew. Kobiecy głos uwodził go i wołał, z każdym krokiem przybierając na sile. Zatrzymał się, wspierając na gipsowej ścianie fontanny. Spojrzał w lustro wody, jej tafla wydawała się niewzruszona. Wtem wynurzyła się z niej dłoń i usłyszał słowa piosenki: „Chodź, nie trać czasu, potrzebujemy cię” — nie zastanawiając się ani chwili, chwycił dłoń, która z ogromną siłą pociągnęła go do środka. W ułamku sekundy minął całą galaktykę gwiazd, które wirowały wokół niego, rozbłyskując oślepiającym światłem. Nim dostrzegł cokolwiek więcej, wylądował na twardej ziemi w samym środku bitwy. Przerażony nie mógł początkowo zorientować się, kto z kim walczy. Na wpółleżąc, a na wpół opierając się na rękach, cofał się, równocześnie próbując ogarnąć wzrokiem i pojąć, gdzie jest. Wtem poczuł na plecach coś strasznie twardego i ciężkiego. Odwrócił się powoli i skoczył na równe nogi, gdy ujrzał przed sobą małego smoka. Rozejrzał się, szukając drogi ucieczki lub pomocy, lecz to, co nadeszło w następnej chwili, niosło śmierć.

Poczuł, jak z ogromną siłą coś wbija się w niego, rzucając go do tyłu. Odruchowo złapał się za ranę i poczuł drzewiec strzały, rozchodziło się od niego przerażające zimno. Powoli ogarniało całą prawą część jego ciała. Padł na ziemię na wpółprzytomny. Wtedy wokół niego rozgorzało piekło. To dorosłe smoki, które brały udział w bitwie wściekle zaryczały i rzuciły się do walki. Dopiero później dowiedział się, że zasłonił smoczego następcę tronu. Zaczarowana strzała „lodowa zamieć” miała zabić królewskie dziecię, jedynego spadkobiercę tronu. Smoki w ostatnim zrywie szaleństwa bitewnego rzuciły się do ataku. Nie bacząc na dziesiątki długich strzał zadających im rany, rozgramiały zastępy ciężkich kuszników. Leciały tuż nad głowami wrogów, spalając ich na popiół swym gorącym oddechem. Kilka smoków poniosło śmierć od zadanych ran, lecz jeszcze, gdy spadały na ziemię swymi cielskami, przygniatały po tuzinie wrogów każdy. Ów ostatni atak zbiegł się z odsieczą ciężkiej jazdy czerwonego Lazurga, która dokonała dzieła zniszczenia. Gdy umilkły odgłosy bitwy i umarł ostatni dobity żołnierz wroga, najstarsze smoki otoczyły królewskiego potomka, oddając mu pokłon. I wtedy zobaczyli go leżącego u stóp króla. Wpółzamarznięty dokonywał żywota. Wtedy przemówił Belergoth:

— O ironio, człowiek ocalił smoczego króla, oddając za niego życie. Winniśmy mu pokłon, gdyż tylko tyle możemy zrobić dla tego umierającego bohatera.

— Ależ panie — odezwał się głos z tyłu. Być może uda się go jeszcze uratować, zabierzmy go do naszego maga Astargotha.

— Jeśli chcemy go uratować — mruknął któryś z tyłu.

— Hmmm — zasępił się dowódca i dodał po chwili: — A zatem dobrze, niech tak będzie. Gewaigoth, ty jesteś najszybszy, zanieś go przed oblicze maga — zgodził się i długo jeszcze patrzył za niknącym na niebie bezwładnie leżącym ciałem człowieka w wielkich smoczych szponach. — Obyś był naszą nadzieją, a nie zgubą w przyszłości — wyszeptał do siebie i poderwał całe swe wojsko do powrotnego lotu do domu.

Matt nie pamiętał tej podróży, jego umysł był otępiały, ciało wypełniał przeszywający chłód. Czuł, jak uchodzi z niego życie. Obudził się, leżąc na ziemi. Jego wzrok zasnuty był mgłą niczym zamieć śnieżna. Słyszał głosy, które były dla niego ledwie szeptem, a przemawiały smoki. Astargoth pochylił się nad nim i rzekł:

— Użyję starego zaklęcia w starożytnej magicznej smoczej mowie, tylko ono może cię uratować, lecz nie wiem, czy zadziała.

— Muszę żyć — wyszeptał człowiek z ogromnym wysiłkiem.

W oczach smoka pojawił się dziwny błysk i smok wymówił prastare zaklęcie: „gorące smocze serce”, po czym zionął w niego gorącym jak słońce oddechem. Ogarnęło go dziwne uczucie, kiedy chłód zaczął ustępować miejsca gorącu. Zimno uciekało z niego, a żar ognia przynosił ulgę. Gdy smoczy płomień zgasł, otworzył oczy. Uniósł głowę i spojrzał na swą rękę, a potem na całe ciało. Przeraził się. Całą prawą część ciała pokrywała złota smocza łuska. Dłoń zakończona była pazurami niczym stalowe ostrza. Dotknął twarzy, ona też uległa przemianie!

— Nie! — zawył z rozpaczy. — Lustro! — wrzasnął, rozglądając się na boki.

Smok patrzył na niego dziwnie, jakby z uznaniem, a zarazem ogromnym zaskoczeniem.

— Daj mi lustro! — niemal błagał.

— Smoki nie przeglądają się w lustrach — odparł mag, trochę z niego drwiąc.

Chłopak, słysząc te słowa, zerwał się gwałtownie z posłania i nerwowo zaczął przeszukiwać cała jaskinię, w końcu podbiegł do misy wypełnionej wodą, gdzie ujrzał swe odbicie.

Pół twarzy pozostało normalne, lecz druga część pokryta była łuską. Prawe oko było całe błękitne, pozbawione białka i błyszczało jak diadem. Z głowy również zbrojnej w łuskę sterczał róg.

— Jestem mutantem! — zawył z rozpaczy.

— Nie bluźnij! — zagrzmiał smok. — Spójrz na siebie! Jesteś wybrańcem!

— Żartujesz sobie ze mnie?! Zobacz, jak…

— Milcz! — przerwał mu mag. — To zaklęcie działa niezwykle rzadko. Ciebie uczyniło pół smokiem, pół człowiekiem. Inny umarłby w cierpieniach. Od tysięcy lat nikt taki się nie narodził. Zaklęcie uzdrowiło cię i uczyniło potężnym. Prawa część twojego ciała jest dziesięciokrotnie twardsza od smoczej łuski, a twe ramię i noga tyleż samo silniejsze od smoczej. Przymknij lewe oko, a ujrzysz to, co niedostrzegalne dla człowieka.

Zaiste mówił prawdę, gdy spojrzał tylko na prawe oko, ujrzał szczyty gór odległe o dziesiątki kilometrów i drzewa porastające ich stoki. Gdy bardziej się skupił i wytężył wzrok, ujrzał, jak mały ptaszek, siadając na gałęzi, strąca z niej biały puch śniegu.

— Niesamowite — jęknął z zachwytu.

— To początek twych zdolności. Twój umysł potrafi pojąć smoczą magię. Będę cię uczył — rzekł Astargoth.

— Zaraz, a kto powiedział, że ten stan mi się podoba? Chcę swoje ciało z powrotem. Wracam do Londynu, chcę znowu być człowiekiem, nie smokiem! — wrzeszczał, po czym wszystko zawirowało i stracił przytomność.

Zbudził się rześki i pełny sił jak nigdy dotąd. Leżał na trawie u stóp potężnego kasztanowca.

— Boże, co za sen — rzekł, uśmiechając się do siebie. — Śniło mi się, że jestem półsmo… — zamarł w pół słowa, łapiąc się za twarz. — To nie sen… — Jego głos wypełniał smutek i rezygnacja.

— Witaj, smoczy lordzie! — przemówił donośny głos.

— Witaj, Gargagoth — zawtórował mu chór podobnych głosów.

Uniósł głowę zaciekawiony. Stały przed nim ostatnie smoki z wysokiego rodu. Były przepiękne, potężne, majestatyczne o łuskach w kolorach, od których radowały się oczy. Żaden jednak nie miał łuski w kolorze bijącym takim blaskiem, jak jego. Wstał i ukłonił się nisko.

— Witajcie, szlachetne smoki. — Nie bardzo wiedział, jak ma się do nich zwracać. — Wybaczcie, ale nie wiem, jak mam was tytułować — mówił dalej, oczekując reakcji.

Na szczęście przyjęły pozdrowienie pomrukiem zadowolenia, po czym przemówił ich wódz:

— Bardzo nas cieszy, iż wybawca królewskiego potomka żyje. Dziwi nas niezmiernie natomiast twoja przemiana. Jednocześnie wyrażamy nadzieję, iż będziesz w stanie dobrze wykorzystać ten dar i godnie znosić swoje brzemię. Wracaj do swoich, lecz gdy zapragniesz nas odwiedzić, udaj się do maga, a on zadecyduje, czy możesz. Wtedy wskaże ci drogę. Bywaj, smoczy lordzie, taki nadaję ci dziś tytuł. Na nas już czas — zakończył przemowę smok o szmaragdowej łusce i poderwał się do lotu, a za nim cała reszta.

Nie zdołał nawet wydobyć z siebie słowa, nim wzbiły się do lotu. Został sam. Gdyby nie to, iż często przychodziły mu do głowy myśli o tym, że coś takiego może się zdarzyć, zapewne już by zwariował. Zaiste jego umysł, który tak często przebywał w świecie wyobraźni, zaakceptował to niczym coś rzeczywistego. To prawda, marzył o podobnych przygodach, ale nigdy nie chciał być potworem! Tak, jestem potworem!

Jego pełne rozgoryczenia rozmyślania przerwali zbliżający się ludzie. Na pozór wyglądali zwyczajnie, miał nadzieję, że zrozumie ich język. W sumie smoki rozumiał, a może przemawiały do niego w jego umyśle? I co miały na myśli, mówiąc: „wracaj do swoich”? Jego rozważanie przerwały kolejne głosy.

— Witaj, smoczy lordzie — zaczął nieśmiało ten wyższy, gdy tylko podeszli dostatecznie blisko.

— Kim jesteście? — W duchu cieszył się, że mówią jego językiem, co zrodziło kolejne pytania.

— Samol, panie — rzekł niski blondyn, kłaniając się.

— Diroth, służę — przedstawił się łysy chudzielec. Doprawdy ta niebieska tunika wisiała na nim jak na wieszaku.

— Jesteście niewolnikami smoków?

— Nie, panie — odparł prędko Samol.

— Pracujemy jako służba zamkowa. Ludzie nie są niewolnikami smoków. Właściwie nie widujemy ich wcale, pojawiły się pierwszy raz w tej bitwie. Dotąd znaliśmy je z legend — wyjaśnił Diroth z przerażeniem w oczach, na samo wspomnienie tych potężnych bestii.

— Kto zatem jest panem zamku?

— Sir Lazarug czerwony — odpowiedzieli niemal jednocześnie.

— Prowadźcie mnie do niego — zażądał, wstając.

— Urosłem? — zapytał sam siebie na głos, gdy zobaczył, jak góruje wzrostem nad sługami.

Spojrzał po sobie, jego ciało stało się potężniejsze, co ucieszyło go. Z polany, na której stali, skierowali się do zamku, przeogromnej twierdzy o kształcie rombu z ośmioma piekielnie wysokimi i potężnymi wieżami. Weszli na dukt prowadzący do miasta. Brukowany i szeroki imponował rozmiarami. Po drodze minęli dwie furmanki, których woźnice tylko na moment spojrzeli z przerażeniem na lorda, po czym od razu umknęli wzrokiem, gdy tylko na nich spojrzał. Im bliżej podchodził, tym wyższe zdawały mu się być mury i wieże strażnicze. Kolejny wóz wyładowany towarami minął ich, a woźnica i jego druh oniemieli na widok przerażającej postaci Lorda. Byli coraz bliżej bramy, za którą toczyło się życie.

— Zaprawdę nie wyobrażam sobie machiny zdolnej obalić te wrota — powiedział sam do siebie, przekraczając ich próg. Ogromne stalowe kraty, osadzone głęboko w ziemi, na masywnych zawiasach sprawiały wrażenie, jakby były nie do wyważenia.

Spojrzał w górę. Na wieżach ledwie widoczni stali strażnicy. Weszli na ogromny dziedziniec. Wszędzie było pełno ludzi, straganów i tętniących życiem małych i większych sklepików.

— Jak nazywa się to miasto? — zapytał, chłonąc wzrokiem każdy szczegół.

— Taranoth, panie — odpowiedział z dumą w głosie Diroth.

— Czy ci ludzie tu mieszkają? — zapytał ciekaw.

— Tak na najniższych piętrach kamienic. — Wskazał na prostokątne i długie budynki ciągnące się wzdłuż dwóch boków murów obronnych. Sięgały na kilkanaście metrów w górę. Zbudowane z jasnoczerwonego kamienia zadbane i z wieloma oknami komponowały się z twierdzą — na wyższych i najwyższych mieszkają możni tego miasta. Bogaci i rodziny członków dworu — wyjaśnił. Straganiarze i kupcy bacznie przyglądali się przybyszowi, nierzadko odwracając wzrok na widok przerażającej twarzy. Sprzedawali wszelakie produkty, mięso, sery, warzywa, odzież, wina, miód. Nie brakło tu też biżuterii, którą oprócz sukien najchętniej oglądały młode panny i wytworne matrony. Lord z ulgą minął ostatniego kupca i skupił wzrok na warowni.

Zamek jest tak wielki, jakby mieszkały w nim smoki — pomyślał.

— Owszem, ale jak smok miałby żyć w komnatach, choćby nawet nie wiem, jak wielkich? — Toczyli rozmowę, powoli zbliżając się do głównych wrót.

— Słuszna uwaga. A zatem gdzie żyją smoki? — dociekał lord.

— W górach, panie. Swe legowiska mają w pieczarach i grotach. Ale nikt nigdy ich tam nie widział — wyjaśnił Diroth

— A zatem skąd wiesz, że tam żyją? — zapytał.

— Tak powiadają — dodał.

— Tak powiadają, mówisz — powtórzył, wpatrując się w imponującą twierdzę.

Pierwszą linią obrony zamku był most zwodzony, teraz opuszczony, na potężnych łańcuchach, szerokich tak, iż zastęp konnicy mogłoby nim przejść ramię przy ramieniu. Spojrzał w dół. Fosie mogłaby pozazdrościć rozmiarów niejedna mała rzeczka. Za mostem dostępu do twierdzy broniły potężne drzwi, zrobione ze stalowych płyt. Z daleka mieniły się złotem i można było dojrzeć na nich jakieś zdobienia. Podeszli bliżej. Lord przyglądał się owej rzeźbionej w złocie ornamentyce zdobiącej wrota. Przedstawiono na nich walczących ze sobą ludzi i smoki podczas wielkiej bitwy. A także czasy pokoju, jakie po niej nastały.

— Na pewno nie jesteście niewolnikami smoków? — zapytał, głaszcząc płaskorzeźbę przedstawiającą hołd składany przez ludzkiego króla smokowi.

— Nie, smoczy lordzie. Nie jesteśmy, gdy poznasz naszą historię, zrozumiesz — wyjaśnił Samol, odzywając się po raz pierwszy, odkąd wyruszyli z polany.

— A kto mi ją opowie? Ty? — zapytał, ale żaden z nich nie odpowiedział.

Diroth zastukał do bramy. W odpowiedzi otworzyła się metalowa klapa na wysokości jego oczu. Strażnik zlustrował ich chłodnym wzrokiem i po chwili bez żadnego słowa otworzył bramę. Szczęknęły ogromne zasuwy, a dobrze naoliwione przekładnie pozwoliły przesunąć ogromny ciężar. Po chwili trzem gościom ukazał się prześwit, którym mogli wejść do środka. Nikt ich nie zatrzymał. Po kilku krokach brama zamknęła się z głuchym trzaskiem. Odwrócili się, przed nimi stała kolejna zapora, mocarna stalowa krata, która uniosła się gdy tylko podeszli bliżej. Po kilkunastu krokach, kolejna stalowa kurtyna ruszyła w górę w towarzystwie szumu naoliwionych łańcuchów. W końcu znaleźli się na dziedzińcu. Na jego środku stała wspaniała fontanna z białego piaskowca. Woda była w niej krystalicznie czysta i można było podziwiać kolorowe ryby. Podłoże dziedzińca wyłożone było kamiennymi płytami, po wschodniej i zachodniej stronie rosły drzewa o rozłożystych konarach. Ogrody zaś znajdowały się na tyłach zamku.

— Chodźmy, panie! — Diroth przerwał Lordowi podziwianie.

— A tak, tak. Prowadź. Skierowali się na wprost, przechodząc przez kolejne, tym razem drewniane i otwarte drzwi do środka pałacu. Jak wszystko w tym zamku, hol był imponujących rozmiarów.

— Ciekawe, jak oni to ogrzewają w zimie? Czy tu w ogóle są zimy? — Zastanawiał się w myślach, podziwiając wystrój. Stały tam zbroje rycerzy, lśniące srebrem, szkarłatem i czernią. Trzej najpotężniejsi wojowie w historii. Choć polegli w walce ze smokami, ich pamięć czczono. Po obu stronach szerokich schodów stały dwa posągi smoków. Wyciosane z marmuru ręką genialnego kamieniarza. Wypolerowane lśniły i sprawiały wrażenie, iż te bestie śpią jedynie.

— Zaczekaj tu, panie, zaraz ktoś po ciebie wyjdzie… — Słudzy skłonili się i odeszli.

Po chwili u szczytu schodów pojawił się dostojnie ubrany starszy mężczyzna. Choć włosy jego były mocno przyprószone siwizną, postawę miał prostą i poruszał się żwawo.

— Witaj, smoczy lordzie — rzekł, uśmiechając się szeroko, będąc jeszcze w połowie schodów. Głos zadudnił echem.

— Witaj — odparł, również grzecznie się uśmiechając.

— Zwą mnie Balworth — przedstawił się, lekko skłaniając głowę.

— Pozwól, że zaprowadzę cię do komnaty audiencyjnej. Już cię oczekują. — Wykonał zapraszający gest ręką i odwróciwszy się na pięcie, ruszył w górę. Lord udał się za nim bez słowa. Pokonawszy schody, znaleźli się w długim i szerokim korytarzu. Z wysokiego sufitu zwisały bogato zdobione żyrandole na długich łańcuchach. Lewą ścianę zdobiły posągi i obrazy, prawa zaś miała mnóstwo okien wychodzących na część zamkniętego dziedzińca. Przez całą drogę milczeli, słychać było tylko szeleszczącą szatę przewodnika sunącą po ziemi. Na końcu korytarza znajdowały się otwarte drzwi, Balworth szybkim krokiem przekroczył ich próg, na moment odwracając się, by zaprosić gościa do środka. Sala audiencyjna była jak reszta zamku, obszerna i bogato zdobiona. Na wprost stał tron, na którym zasiadał teraz wysoki mężczyzna o długich rudych włosach. Na twarzy ozdobionej bujną brodą malował się uśmiech.

— Smoczy lordzie, jestem niezmiernie rad, iż mogę cię poznać — zawołał donośnie, wstając z tronu. Zrobił kilka kroków z wyciągniętą ręką w kierunku gościa, gdy po zebranym tłumie przeszedł szmer zaskoczenia i strachu. Dopiero teraz lord zobaczył dookoła siebie zgromadzony dwór królewski. Mężczyźni patrzyli na niego z niesmakiem i rezerwą. Kobiety odwracały wzrok, jedna zemdlała.

Lord poczuł się jak okropny, wzbudzający odrazę stwór i chciał się wycofać.

— Nie, nie odchodź, jesteś tu mile widziany! Jesteśmy ci wdzięczni, za twój bohaterski czyn. A jeśli ci tutaj nie mogą znieść widoku swego bohatera, niech nas opuszczą natychmiast! — zagrzmiał, omiatając gniewnie, zgromadzonych w sali. Lord zatrzymał się, odwróciwszy głowę, jedynie łypiąc na zgromadzonych, nikt nie zdecydował się wyjść jedynie ich twarze i oczy wyrażały odrazę oraz strach.

— Podejdź do mnie, chcę ci podziękować — zaprosił serdecznie Lazurg, sam też podchodząc i wyciągając rękę. Smoczy lord zawahał się, gdyż jego palce były teraz uzbrojone w długie pazury i bał się go zranić.

— Odwróciłeś szalę zwycięstwa na naszą stronę, dziękujemy ci — rzekł, ściskając mu ramię, na co lord odpowiedział tym samym: — Chodź — zaprosił gestem, kierując się ku tronowi. Król ubrany był w strój paradny z długą peleryną, co nie bardzo pasowało do niego i czego też nie lubił. Zwykł chodzić ubrany jak żołnierz, tak jak teraz smoczy lord. Wysokie skórzane buty, spodnie z bawełny z szerokimi nogawkami, białą oficerską koszulę z haftami i sznurkami do wiązania pod szyją oraz skórzaną kamizelę. Jednakże dziś musiał z tego zrezygnować na rzecz odświętnego stroju, gdyż dzień ów był wyjątkowy. Podeszli do tronu, przy którym stał już Balworth, trzymając otwartą szkatułę.

— Ra-kebeth, w imieniu całego naszego ludu dziękuję ci za przyczynienie się do naszego zwycięstwa — zaczął podniosłym tonem, sięgając do szkatuły. Wydobył z niej medalion na złotym łańcuchu i trzymając go w wyciągniętych rękach, rzekł: — Nadaję ci tytuł lorda, jak również ziemie i dom w żyznej dolinie Tosana. Od dziś twe imię brzmi Ra-kebeth, co znaczy „smoczy lord”. Przyjmij ten oto medalion podarowany ci przez króla smoków, Galgarutha. Kryształ w nim umieszczony nazywa się Lorisan, tj. „diamentowa łza”.

Zaiste klejnot wyglądał jak łza, wpadające przez okno promienie słoneczne odbijały się w kamieniu, tworząc kolorowe rozbłyski na ścianie. Ozdobiony był pięknymi szafirami. Jeden z najcenniejszych naszyjników ze smoczego skarbca. Wartość jego przewyższała zawartość całego skarbca Taranoth. Gdy medalion zawisł na szyi lorda, ten poczuł, jakby kamień bił własnym życiem, by po chwili owo pulsowanie zrównało się z rytmem jego serca. Król z powrotem zasiadł na tronie a Ra-kebethowi podano krzesło.

— Twój wygląd dziwi mnie nie bardziej jak twoje przybycie — zaczął Lazarug. — Skąd do nas przybywasz, lordzie, i jak się tu znalazłeś?

— Mój wygląd budzi we mnie odrazę i nie spocznę, dopóki nie odnajdę tego, kto jest odpowiedzialny za sprowadzenie mnie tutaj — odparł zrazu gniewnie, a potem jego ton przeszedł w smutniejszą nutę.

— Nie powinieneś tak mówić, choć rozumiem twe niezadowolenie, zyskałeś nowe życie.

— Tak, nowe, ale może ja lubiłem bardziej moje stare? — odparł posępnie lord.

— No dobrze, to zatem opowiedz o swoim starym życiu — zachęcił władca.

— Pojawiłem się tu tak nagle, jak nagle zniknąłem z mojego świata — zaczął

— Wciągnęła mnie jakaś kobieta, przeleciałem przez tunel i znalazłem się tutaj w ogniu bitwy. Nie czyniłem żadnych czarów, nie uczestniczyłem w żadnym obrzędzie, jeśli o to pytasz, królu, sam nie wiem, jak się tu znalazłem. Pragnę wrócić tam, skąd pochodzę.

— Opowiedz mi, zatem skąd pochodzisz — poprosił.

— Ten świat jest tak odmienny od waszego, iż trudno będzie ci to pojąć.

— Spróbuj, proszę, postaram się przynajmniej.

— Wasz świat jest właściwie jak mój, tyle że z zamierzchłej przeszłości — zaczął Ra-kebeth.

— Przybywasz, zatem z przyszłości, jak…?

— Nie, królu…

I smoczy lord opowiedział mu w prosty sposób o pojazdach, budynkach, kolei, ogromnych statkach. Nie wspominał o telewizji czy telefonach. Dyskusja przeciągnęłaby się do rana, a i tak niewiele by z tego pojął.

— Doprawdy zadziwiające rzeczy opowiadasz. Z chęcią bym to wszystko zobaczył, choćby na rysunkach, może w jakiejś wolnej chwili opowiedz naszemu nadwornemu malarzowi o tych wspaniałościach, a on nada im obraz i ożywi moją wyobraźnię — zaproponował władca.

— Chętnie, królu — przystał na to lord, co ucieszyło Lazurga.

— Nie będę dłużej cię męczył tym oficjalnym spotkaniem, na pewno znajdziemy mnóstwo czasu na konwersacje w przyjemniejszych, prywatnych okolicznościach — mrugnął porozumiewawczo do Ra-kebetha okiem i dodał: — Przekazuję ci do dyspozycji kilka komnat, z których możesz korzystać. Pragnę, byś został w zamku i cieszył się jego wygodami. Ziemie, które ci nadałem, będą cały czas doglądane i pielęgnowane podczas twojej nieobecności. Jeśli pragniesz udać się na spoczynek bądź też zjeść posiłek, Balworth zadba o wszystko. Jestem szczęśliwy, że jesteś z nami, Ra-kebeth. — Wstał z tronu i żegnając się, serdecznie go uścisnął.

— Cieszę się, że mogłem pomóc — odparł, odwzajemniając uścisk.

Przewodnik zapytał, czy lord jest głodny, gdy ten przytaknął skinieniem głowy, Balworth poprowadził go korytarzami do kuchni i przedstawił kucharzowi, po czym zniknął za drzwiami. Młody chłopak odgarnął blond włosy z czoła i uśmiechnął się niepewnie.

— Pewnie wyglądam strasznie? — zapytał, widząc przerażenie w oczach kucharza. — Wiem, sam siebie napawam obrzydzeniem — dodał, próbując się uśmiechnąć. — Jak ci na imię? — zapytał i wyciągnął lewą dłoń w geście powitania.

— Tolero, panie — odparł drżącym głosem, uścisnąwszy rękę.

— Jak widzisz, nie zabijam wzrokiem ani dotykiem. Choć jestem szpetny jak bazyliszek, możemy być kumplami. — Uśmiechnął się serdecznie, próbując oswoić ze sobą chłopca. — To co tam masz dobrego?

— Zające, świnie, bażanty — Tolero wyliczał, ożywiwszy się nieco.

— Usmaż mi najlepszą porcję mięsa, jaką masz, lepszą niż te, które dajesz tym opasłym świniom w trykotach — rzekł, szczerząc zęby w uśmiechu, na co młody kucharz wybuchnął śmiechem.

— No dalej, a ziemniaki jak dla mnie, nie dla warchlaka, chrum, chrum — żartował dalej.

Przełamawszy pierwsze lody, stanęli na dobrej drodze, by stać się dobrymi kumplami. Lord traktował go jak młodego przyjaciela, a Tolero jak starszego brata. Ra-kebeth wymykał się z zamku tajemną drogą, którą wskazał mu jego nowy przyjaciel. Używał jej, by niepostrzeżenie dostać się do zamku bądź też go opuścić. Wychodził na dziedziniec zewnętrzny tuż przy bramie głównej. Dzięki temu nigdy nie spotykał nikogo z dworu. Strażnicy wypuszczali go, ledwie uchylając jedno skrzydło wrót. Ra-kebeth znalazł sobie odosobnione miejsce z dala od twierdzy, gdzie mógł rozkoszować się ciepłymi promieniami słońca, siedząc pod ulubionym dębem. Siedział oparty o pień, rozmyślając: Czymże się stałem?

— Smoczym lordem… — Uniósł medalion do oczu i opuścił go z rezygnacją. — Mutant! Oto, czym się stałem. Nie mogę wrócić, nie chcę zostać. Jak mam dalej żyć?! — wykrzykiwał w złości.

— Zostań z nami, potrzebujemy cię! — Usłyszał w odpowiedzi basowy głos za sobą. Ktoś podszedł do niego niepostrzeżenie.

— Dlaczego się skradasz? Kim jesteś? — warknął lord, gwałtownie się odwracając.

— Wybacz, jeśli cię wystraszyłem, nie chciałem — odparł właściciel głosu. — Jestem Dargon, mistrz mieczy — przedstawił się wojownik

— Mistrz mieczy? A któż to taki? Uczysz walki mieczem? — Ostry ton lorda zelżał, widząc, iż stojący przed nim krępy mężczyzna jest grzeczny i nie ma wrogich zamiarów.

— Tak, szkolę przyszłych szermierzy — przyznał, przyjaźnie się uśmiechając i patrząc w oczy lorda, który bacznie go lustrował wzrokiem.

— Czego chcesz, Dargonie, od mutanta, dla którego nie ma miejsca pośród ludzi? — Był bardzo przygnębiony.

— Jest dla ciebie miejsce pośród wojowników, możesz nam bardzo pomóc w walce.

— Nie jestem wojownikiem, poza tym wojna skończona. — Z jego głosu sączyły się smutek i zwątpienie.

— Teraz chwilowo mamy pokój, ale nasz wróg nie liże ran. On przygotowuje się do kolejnego ataku, nie możemy zwlekać, musimy się przygotowywać. Potrzebujemy wojowników, potrzebujemy ciebie. — Starał się go przekonać.

— Chcesz, bym zginął na polu walki i poprzez śmierć uzyskał ukojenie? Jest to jakieś wyjście — ciągnął tonem braku nadziei.

— Nie, oczywiście, że nie! Stałeś się potężny, wyszkolę cię na wspaniałego wojownika. Przyczynisz się do naszych zwycięstw, zdobędziesz sławę i ludzie cię pokochają. Stań do walki! Chcesz zamartwiać się do śmierci?! Jesteś Ra-kebeth, będziesz postrachem na polu walki i bohaterem ludu! — Zagrzewał go, jak tylko mógł, próbując ocucić z otępienia i marazmu.

— Zaiste potrafisz przemawiać — rzekł i wstał. Spojrzał na jego twardo ciosaną twarz i oczy, z których patrzył zahartowany w bojach duch, jak i szczerość.

— Mistrzu mieczy, daj mi czas na odpowiedź, albowiem powiadam ci, że przepędziłeś smutek i otępienie z mego serca i umysłu. Odnajdę cię, gdy zdecyduję. — Uścisnął mocno przedramię Dargona, żegnając go.

— A zatem do rychłego zobaczenia — odparł mistrz, a po jego twarzy przemknął niezauważalny uśmiech triumfu.

Nie odprowadzał go wzrokiem, usiadł na powrót pod swym ulubionym drzewem, zatapiając się w myślach. Leżał na plecach, wsłuchując się w kojący szum drzew i spoglądał w niebo. Gdy zapłonęły gwiazdy, podjął decyzję: „Jeśli mam być potworem po kres swych dni, siał będę przerażenie wśród wrogów, nie ludzi. Jeśli śmierć na polu bitwy jest mym wybawieniem, niechaj tak będzie”.

Zamknął oczy i pozwolił, by Morfeusz objął go swymi ramionami. Tej nocy śnił jak zawsze, lecz nic nie pamiętał po przebudzeniu. Na jego twarzy igrały pierwsze promienie słoneczne, przedzierające się przez koronę drzewa. Przeciągnął się, ziewając, usiadł i rozglądnął się wokół. Dopiero świtało. Wstał i udał się szybko do kuchni zamkowej, nim jeszcze ktokolwiek wstał z dworu. Zaufany kucharz po sytym śniadaniu wskazał mu drogę do kuźni mistrza. Słońce już wzniosło się wyżej i budziło co większych śpiochów. Na szczęście jednak do celu spotkał niewiele osób. Długi płaszcz i głęboki kaptur szczelnie zakrywał jego zniekształconą głowę. Szedł wzdłuż ulicy wyłożonej drewnianymi balami, mijając murowane budynki. Z rzadka mijani kupcy i przechodnie przyglądali mu się z zaciekawieniem. W końcu dostrzegł drewniany budynek, z którego unosił się dym i słychać było odgłosy kutego metalu. Obszerne wejście wpuszczało mnóstwo światła, a zarazem dawało drogę ujścia gorącemu powietrzu. Całe pomieszczenie miało dość surowy wystrój. Przestronne i wysokie na trzy metry umożliwiało swobodę poruszania się. Oprócz typowych narzędzi kowalskich i płatnerskich było tam wiele pięknych mieczy zdobiących ściany.

Dargon osobiście uczestniczył w produkcji. Właśnie zanurzał gorący surowy miecz w wodzie, gdy lord podszedł na tyle blisko, by przekrzyczeć odgłos walącego młotem pomocnika.

— Witaj, mistrzu! — Powitanie zagłuszył syk, a gęste opary przesłoniła na moment twarz kowala.

— Witaj, Ra-kebeth — odparł, uśmiechając się, na jego spoconym czole perlił się pot.

— Lubię dopilnować roboty. — Oddał drugiemu pomocnikowi miecz i sięgnął po szmatę, by wytrzeć ręce. Cieszę się, że tak szybko się zdecydowałeś. — Uścisnął serdecznie jego ramię.

— Zechcesz mnie oprowadzić? — zapytał, odwzajemniając uścisk.

— Z przyjemnością. — Uśmiechnął się szczerze i skierował na tyły kuźni.

Tylna ściana kuźni, zdająca się być litą całością, otwarła się na dwie połowy, po przesunięciu kilku dźwigni. Przed nimi rozpościerał się niesamowity widok. U stóp potężnych gór, na trawiastym polu, toczyło ze sobą pojedynek około trzydziestu wojów odzianych w skórzane zbroje.

— Oto moja szkoła. Wielu wojów osiągnęło tu mistrzostwo, a jeszcze więcej doskonale opanowało sztukę szermierki. Pozwól, że i ciebie uczynię jednym ze swych najlepszych uczniów, a sztuka wojenna, którą tu posiądziesz, rozsławi twe imię na cały kraj — przemówił dostojnym głosem.

— Nie pogonią za sławą będę się kierował, lecz tym, by uczynić swe przekleństwo lżejszym do zniesienia — odparł lord, patrząc mu prosto w oczy.

— Widzę, że obrałeś sobie cel, to bardzo dobrze. Wybrałem ci oręż do jego uzyskania — rzekł, wkładając mu w dłoń długi i ciężki wyrzeźbiony z drewna miecz.

— To drewno, kawał jakiegoś drąga — zdziwił się bardzo, oglądając go z dezaprobatą.

— Naucz się władać tym drągiem, jak go nazwałeś, a potem nauczę cię władać prawdziwym mieczem. Nie sztuka zabić na treningu partnera, a tragedia. Lata doświadczeń nauczyły mnie tej przestrogi. — Popatrzył na smoczego lorda swym wzrokiem srogiego, lecz dobrego nauczyciela i zobaczył, iż ten zrozumiał.

— Pozwól, że przedstawię cię swoim uczniom. — Razem ruszyli w stronę walczących.

— Rycerze! — krzyknął donośnie, a jeden po drugim przerywali walkę. — Przedstawiam wam Ra-kebetha! Od dziś będzie uczył się z nami. Okażcie mu szacunek i wasze dobre serca.

Wojownicy patrzyli na niego z mieszanymi uczuciami, ale żaden nie odwracał wzroku na znak obrzydzenia. Skłonili lekko głowy, Ra-kebeth odpowiedział tym samym. Był zadowolony, pierwszy raz ludzie nie patrzyli na niego jak na mutanta. Przyglądali się sobie przez chwilę z zaciekawieniem, gdy mistrz zawołał:

— Wracajcie do treningu. — I odwrócił się do lorda, mówiąc: — Zaczniemy od dziś, razem, lecz nie zawsze będę trenował cię osobiście.

— Ale… — nie dokończył.

— Wybiorę ci najlepszych partnerów, nie martw się, zadbam o ciebie jak o swój skarb. — Poklepał go serdecznie po ramieniu i zaczęli pierwszą lekcję. Całe dnie upływały mu na ćwiczeniach. Uczył się walczyć lewą ręką, gdyż ze względu na smocze pazury nie mógł chwycić miecza prawą, aż w końcu Dargon postanowił rozszerzyć jego wachlarz umiejętności i zabrał go do swojej prywatnej pracowni, gdzie skrócił mu owe pazury. Użył do tego ostrza twardszego niż stal ostrzejszego i wytrzymalszego niż diament. Wykonał je dawno temu z kawałka tajemniczego metalu, który znalazł kiedyś podczas kopania studni. Długo go obrabiał ów tajemniczy metal, aby nadać mu obecny kształt. Dziś był najcenniejszym sztyletem w całej jego zbrojowni. Ra-kebeth czuł ból, lecz był do zniesienia, teraz mógł walczyć oburącz do czasu, aż mu odrosną pazury. Szło mu nieźle i czynił duże postępy.

Nabierał wprawy i techniki, a jej braki nadrabiał ogromną siłą prawego ramienia. Gdy przekładał miecz do prawej dłoni, nie miał sobie równych. Drewniane tarcze obracał w drzazgi, stalowe natomiast wyginały się od straszliwych razów. Miecze wypadały wojom ze zdrętwiałych rąk, czyniąc ich bezbronnymi. Jednakże bardziej skupiał się nad doskonaleniem fechtunku lewą ręką. Co kilka tygodni musieli powtarzać zabieg, gdyż odrastające pazury uniemożliwiały mu walkę. Ćwiczył długo i uparcie, doskonaląc się od świtu do zmierzchu. Nawet podczas zimowych chłodów nie tracił zapału. Wtedy też odpowiedział sobie na pytanie o śnieg, który w tym świecie nie padał. Przynajmniej w granicach królestwa. Z czasem nabrał szybkości i zwinności równej znacznie mniejszym i lżejszym wojownikom. Smocze geny, które nabył podczas przemiany, pomagały mu w czynionych postępach. Gdy nastała wiosna, wziął do ręki swój pierwszy stalowy miecz.

— To również miecz ćwiczebny, ale ostry jak diabli — rzekł mistrz, wręczając go swemu ulubionemu uczniowi pierwszego wiosennego poranka. — Jest świetnie wyważony i obosieczny. Nie dałbym go niedoświadczonemu uczniowi — dodał z uznaniem w głosie.

Lord wziął broń do ręki z nieukrywanym utęsknieniem, od razu zaczynając trening nowym orężem. Czas upływał mu na doskonaleniu sztuki fechtunku, tymczasem świat wokoło zmieniał się, przechodząc w nową porę roku.

Wiosna ukwieciła pola, drzewa przystroiła na powrót w jasną zieleń, przegoniła chłód i wydłużyła dzień. Ludzie zaczęli opuszczać swe domostwa i chodzić na dłuższe spacery oraz wędrówki, ciesząc się wiosennym ciepłem. Smoczy lord nadal unikał ludzi. Chodził tam, gdzie inni się nie zapędzali. Za rzekę, czasem aż na skraj lasu. Nie uczestniczył też w życiu dworu. Mieszkał w zamkowych komnatach, korzystał z wygód i kąpieli. Lecz za dnia był nieobecny, korytarzami w ogóle nie spacerował, wymykając się tajnym przejściem. Nocami dużo rozmyślał o domu, o przyjaciołach, których zostawił, o rodzicach. Porywał go żal i smutek, wtedy z gardła wydobywał się jęk rozpaczy przechodzący w smoczy ryk. Słysząc go, niepokoił się, że przestaje być człowiekiem. Jednakże żadne inne przemiany nie zachodziły w jego ciele czy umyśle, wskazując na utratę człowieczeństwa. Czasem podczas treningów porywała go furia i wtedy nikt nie śmiał podejść. Manekiny treningowe obracał w strzępy, wyładowując się, a ćwiczących z nim rycerzy posyłał na ziemię jednym uderzeniem. Jedynie raz mistrz mieczy odważył się do niego podejść, gdy był w szale. Lecz gdy zobaczył płonące szklistym błękitem smocze oko, spuścił głowę i wycofał się. Gdy szał w nim wygasał, przepraszał Dargona i swoich towarzyszy. Z czasem mistrz mieczy poznawał lepiej swojego ucznia i pomagał mu pozbywać się uczuć bezsilnej złości.


***


W obozie wroga: Regnar siedział na swym tronie zasępiony. Długie białe włosy spływały mu na ramiona. Z przystojnej, niemłodej już twarzy spoglądały błękitne oczy o zimnym spojrzeniu mordercy.

— Widziałeś tego człowieka? Skąd on się tam wziął?! — zapytał ze złością Regnar

— Tak, panie, widziałem. Przyjął na siebie magiczną strzałę. Pojawił się znikąd, ale wyraźnie czułem tam magię. Uratował życie tej bestii.

— I pokrzyżował nam plany! — Jego twarde rysy stężały jeszcze bardziej na samą myśl o porażce.

— Na szczęście sam poległ — starał się złagodzić gniew władcy.

— Widziałeś to, jesteś pewien?!

— Jestem pewien, nic i nikt nie przeżyje trafiony lodową strzałą. Jest martwy — zapewnił.

— Dobrze. Teraz mamy poważniejsze zadanie. — Władca, ku uciesze maga, uspokoił się nieco. — Musimy pomyśleć o rozbudowywaniu naszej armii — kontynuował.

— To może potrwać trochę dłużej, ponieśliśmy wielkie straty, panie… — Mag znowu naraził się na gniew swego władcy.

— To ją dla mnie stworzysz! Wszak jesteś potężnym magiem! — Jego oczy pałały morderczą złością.

— Zrobię, co w mojej mocy. Smoki są osłabione, rycerze Larauga przetrzebieni, możemy… — obiecywał Zu Drag, gdy władca mu przerwał.

— Pozwól, że ja zajmę się strategią — rzekł łagodniej. — Ty wspomożesz mnie swoją magią.

— O tak, panie. Jestem już gotów do eksperymentów. Za kilka tygodni złożę ci raport.

— Spiesz się, Zu Dragu, i lepiej, by twa broń była potężniejsza od tej poprzedniej.

— Nie zawiodę cię, Regnarze! — Mag skłonił się i wyszedł z sali.

— Kim byłeś i jak zdołałeś pokrzyżować mi plany? — zastanawiał się jeszcze długo w samotności Regnar.

Władca Da Su Arag rozesłał swych ludzi we wszystkie strony kraju, by pozyskali dla niego nowych żołnierzy.

— Znajdźcie dzikich i tych, którzy zamieszkują stepy. Przyprowadźcie ich wszystkich, nie ruszajcie zamkowych. Niech śpią w nieświadomości. Niech myślą, że liżę rany — rozkazał swoim dowódcom.

Kolejny raz szykował się do wojny. Tym razem chciałby, aby jego zaskoczenie i przewaga były miażdżące. Jednakże czarny Lazarug nie był aż tak naiwny. Kazał w tajemnicy i powoli zbroić oraz szkolić kolejne oddziały. Nie chcąc wywoływać paniki wśród ludu, nie ogłosił przymusowego naboru. Trzonem jego armii miała być ciężka konnica i piechota złożona z zaprawionych w bojach wojów. Jako że wielu z nich poległo, postanowił zaciągnąć jak najwięcej wojów z obcych krain i nawet wrogich mu klanów. Równocześnie nie poprzestawał szkolić następnych, mając nadzieje, że mistrz mieczy zdąży ich przygotować.


***


Tymczasem przyszło lato, Ra-kebeth osiągnął niebywałą technikę i zręczność, zadziwiając tym samego Dargona, który postanowił, iż czas nauczyć lorda jeździć konno. Pozostali wojowie nadal ćwiczyli walkę w polu z trenerami mistrza mieczy. Lord po raz pierwszy skorzystał ze smoczej magii, przemawiając do zwierząt, ułaskawiając je po krótkiej chwili, dzięki temu mógł od razu zacząć naukę jazdy. Pierwsze letnie tygodnie minęły mu na oswajaniu się w siodle i z samymi wierzchowcami. Treningi odbywały się w ośrodku szkolenia ciężkiej jazdy Lazurga nad jeziorem Otleh.

Smoczy lord nie uczestniczył w ich szkoleniu, najpierw musiał opanować jazdę, co szło mu bardzo sprawnie. W drugim letnim miesiącu bez problemu dosiadał konia i z wprawą galopował, jak również zmieniał szybko i zwinnie kierunki jazdy. Ra-kebeth polubił jazdę konną i doszedł do wprawy, która pozwoliła mu zacząć uczyć się walczyć mieczem z siodła.

Po sześciu tygodniach mistrz ogłosił jesienno-zimową przerwę w szkoleniu. Wielu wojów wyjechało do swych majątków na południu, by odwiedzić dawno niewidziane rodziny. Ra-kebeth uznał, że dobry czas, by odpocząć i poznać świat, w którym przyszło mu żyć. Dargon siedział na trawie pod swoim ulubionym drzewem i palił fajkę. Smoczy lord zbliżył się do niego, mając za plecami słońce. Promienie słoneczne, odbijające się od złotej łuski, utworzyły niesamowitą poświatę wokół jego osoby. Zdawało się, iż cała postać płonie złocistym blaskiem. Ra-kebeth wyglądał tak dostojnie i niesamowicie, że mistrz mieczy otworzył usta i chciał wstać. Smoczy lord powstrzymał go gestem dłoni:

— Siedź, mistrzu, i ja spocznę, jeśli znajdzie się miejsce obok ciebie — rzekł.

— Oczywiście, zapraszam — odrzekł, wyrywając się z chwilowego odrętwienia.

Oparci o drzewo wpatrywali się w dal. Kiedy siedzieli na pagórku, ich wzrok sięgał ponad wierzchołkami drzew.

— Często tu kontempluje — zaczął Dargon, zaciągając się dymem.

— O czym wtedy rozmyślasz, mistrzu?

— O minionych latach, dobrych chwilach, o chwale i potędze królestwa.

— Mnie też goni przeszłość, czasem tak wyraźnie czuję jej oddech na swoim karku.

— Rozmyślam też o tym, ile zostało nam czasu spokoju. Wróg szykuje się do kontrataku — kontynuował Dargon.

— Wiem, mówiłeś o tym, ale przecież jesteśmy przygotowani. Wciąż szkolisz nowych wojowników, mamy liczniejszą armię.

— Obawiam się, że przyjdzie nam się zmierzyć nie tylko z piechotą wroga. Zastanawiam się, jakie zło zaprzęgnie tym razem przeciw nam Regnar. — W jego głosie słychać było obawę.

— Opowiedz mi o naszym nieprzyjacielu. Nic o nim nie wiem — poprosił Ra-kebeth.

— To prawda, powinieneś go poznać — przyznał Dargon i zaczął opowieść.

— Regnara wytropili nasi szpiedzy. Od dawien dawna zdarzały się porwania mężczyzn i nastoletnich chłopców. Wielokrotnie próbowaliśmy wytropić porywaczy, niestety bez skutku. Ofiary znikały bez śladu, a tropy kończyły się u ścian mrocznego lasu. Ci, którzy odważyli się tam wejść, nigdy nie wracali.

— Mroczny las? — przerwał mu na chwilę smoczy lord.

— Nazywamy go tak — podjął opowieść — albowiem zawsze panuje tam mrok, korony drzew są tak gęste, że nie przepuszczają nawet odrobiny światła.

— Dlaczego nie wysłaliście tam oddziału zbrojnych poszukiwaczy? — dziwił się Ra-kebeth

— Owszem, wysłaliśmy, cały zastęp ciężkiej piechoty i lekkiej konnicy — zamilkł na chwilę. — Nikt nie przeżył — dokończył ze smutkiem.

— Co ich zabiło? Odnaleźliście ciała? — dopytywał się.

— Nie wiemy, ciał nie odnaleźliśmy. Zapewne coś lub ktoś dopadł ich głęboko w lesie. Następny oddział wysłany przez króla dotarł na dwieście metrów w głąb i zawrócił z niczym. Nigdy więcej nikt nie odważył się wejść do lasu.

— Dlaczego nie wyrąbaliście tych drzew, żeby wypłoszyć to coś z ukrycia?

— Co by to dało? Poza tym było to niebezpieczne, ludzie byli przerażeni. Zginęli zbrojni. Musisz też wiedzieć, że las jest ogromny. Nikt by się tego nie podjął.

Z czasem król znalazł inne rozwiązanie. Wezwał na audiencję trzech najlepszych szpiegów i dał im zadanie wytropienia owego zła zamieszkującego las. Obiecał im za to nagrodę.

— I co? Znaleźli odpowiedź? — dopytywał się podnieconym głosem.

— Przebyli cały las, nie napotykając niczego ani nikogo, po czym ruszyli dalej.

Nie wiedzieliśmy, co jest za nim, do czasu aż nasi szpiedzy to odkryli.

— Nigdy nie zapuszczaliście się dalej? — Nie mógł się nadziwić. — A co jest na wschodzie, na zachodzie na… — przerwał mu wyliczanie.

— Rozumiem twoje zdziwienie, lecz wszystko, co wiemy, to to, iż na zachodzie mamy jezioro Otleh, z którego mamy ryby. Wiemy, że przepływająca przez nasz kraj rzeka wpada do morza Otorbi, polujemy w lasach Salamina. Zrozum, naszym zamiarem nigdy nie była ekspansja. Mieliśmy mnóstwo pożywienia i innych dóbr z najbliższych terenów. Czasem zapuszczaliśmy się do morza, nie mieliśmy jednak zamiaru go przebyć. Wyprawiali się tam śmiałkowie pragnący ujrzeć wielkie fale na ogromnych wodach i ci, którzy zakochali się w jego widoku. Nie wyprawialiśmy się nigdy na północ by nie przemierzać mrocznego lasu ani jeziora.

— Nawet nie dotarliście na drugi brzeg Otleh? Jak to możliwe? — chłonął z ciekawością dziecka każdy fakt tej opowieści, ale nie mógł nie zareagować, słysząc, jak dalece ci ludzie są ostrożni w eksploracji własnego kraju.

— To prawda, nie dobiliśmy do drugiego brzegu. Nasza populacja nie jest aż tak duża, by pozyskiwać nowe tereny — starał się wytłumaczyć mistrz mieczy. — Mamy mnóstwo ziem na południu. Na trawiastych sawannach hodujemy konie i bydło. Tam też są nasze domy i posiadłości. Uprawiamy ziemię, mamy wiele sadów i plantacji. Bogaci żołnierze mają swoje majątki na południu i ty też masz tam swój.

— Zadziwiacie mnie, nie każę wam podbijać innych narodów, ale nie interesuje was, nie ciągnie, by poznać swój kraj jak długi i szeroki? — pytał, kręcąc głową z niedowierzaniem.

— Nasi mędrcy — kontynuował opowieść Dargon — opowiadali nam historię naszego kraju, jak jest wielki i że w przeszłości podzielony był pomiędzy kilka królestw. Żyjących w dostatku i chwale, lecz wszystko legło w gruzach podczas smoczego pogromu.

— Opowiedz mi o tym.

— Nasze księgi milczą o tamtych czasach — odparł, wywołując cichy jęk zawodu u słuchacza. — Wiemy jedynie, że tylko nasze królestwo przetrwało wielką wojnę.

— Król złożył hołd smokom. To dlatego ocaleliście.

— Tak — przyznał Dargon. — Widziałeś to na ozdobnym rycie na drzwiach do pałacu. Nieznane są nam jednak szczegóły tych wydarzeń — pospieszył z wyjaśnieniem.

— Król i jego następcy, wdzięczni za ocalenie, postanowili pozostać na swoim i jedynie dbać o własne ziemie i lud. Stąd nasza słaba znajomość krainy Gosar.

— Nasi szpiedzy po przebyciu lasu weszli na pustynię. Po kilku tygodniach pokonali ją i wyszli na step. Po kolejnych kilku dniach podróży natrafili na małą osadę, o której istnieniu nikt nie wiedział. Zamieszkiwali ją bandyci grabiący kupców na szlaku pomiędzy dwoma miastami, o których również nic nie wiedzieliśmy.

— No proszę, nie jesteśmy tu sami. Ciekawe, jak długo żylibyście w nieświadomości o istnieniu innych, gdyby nie wasi szpiedzy — zadrwił Ra-kebeth.

— To prawda. Długo tkwiliśmy w niewiedzy i źle nam się to przysłużyło — przyznał posępnym tonem, po czym podjął na nowo. — Regnar ukrywał się przed naszym wzrokiem przez dziesiątki lat, budując swoją fortecę i szkoląc armię. Gdyby nie szpiedzy, pewnie nie zdążylibyśmy przygotować się na obronę.

Zwiadowcy, podszywając się za członków bandy, udali się do karczmy bandytów Gulpi. Tam znaleźli kilku chętnych do opowiadania. Kolejne dzbany piwa chętnie rozwiązywały języki. W ten sposób dowiedzieli się o zamczysku na środku moczarów. W pobliżu rósł las, którego drzewa rodziły owoce Lorpi. Ponoć podane do zjedzenia kobiecie dawały całkowitą nad nią władzę.

Kierując się śladem opowieści, szpiedzy ruszyli na północ, odkrywając tajemną twierdzę Da Su Arag.

Szpiedzy postanowili ukryć się w bezpieczniej odległości i bacznie obserwowali siedzibę wroga.

Samego Regnara widzieli tylko raz, jechał na wielkim czarnym koniu na czele zbrojnego oddziału. Twarz skrywał hełm przedstawiający głowę wilka. Kolejne dni nie przyniosły dalszych rezultatów i ich obecność w końcu mogła zostać zauważona, dlatego postanowili wrócić do twierdzy. W drodze powrotnej szpiedzy dostrzegli znacząca koncentrację wrogiej armii, po bacznej ocenie jej liczebności znacznie przyspieszyli swój powrót. Choć pędzili co sił, dotarli ledwie na kilka dni przed napaścią.

— Ty przybyłeś w trakcie kulminacyjnej bitwy. Gdyby nie pomoc skrzydlatych bestii, rozgromiliby nas. Smoki zniszczyły większość oddziałów wroga i mocno już wyczerpane przypuściły atak na twierdzę. Niestety nie zdobyły jej — ostatnie zdanie wypowiedział z jękiem zawodu.

— Dlaczego, co się stało? — zapytał z przejęciem lord.

— Jest mocno broniona z sześciu wysokich na trzysta stóp wież. Mają tam potężne wyrzutnie oszczepów o zatrważającej celności. Kilka smoków odniosło poważne rany, nie mogąc przechylić szali zwycięstwa na swoją stronę wykonały odwrót. Choć potęga Regnara legła w gruzach, jego twierdza nadal stoi i kto wie, jakie zło niebawem z niej wypełznie.

— A smoki? — dopytywał się lord.

— Gdy wyleczą rany, jeszcze raz przypuszczą atak, albowiem pragną zniszczyć go ostatecznie.

— Wygląda na to, że jednak nie spieszą się zbytnio — rzekł Ra-kebeth.

— Dla smoków czas płynie inaczej, wolniej niż dla nas — starał się wyjaśnić.

— Co dalej, mistrzu?

— Nie wiem i tego się obawiam. Jeśli chcesz poznać więcej odpowiedzi, udaj się do smoczego maga.

— Tego, który mnie przemienił?

— I uratował, tak.

— Jak go znajdę? Wskażesz mi drogę? — zapytał z nadzieją w głosie.

— Musisz udać się tam sam, poza tym smoki nie życzą sobie niezapowiedzianych wizyt ludzi.

— No tak ja już nie jestem człowiekiem. — Skrzywił się z odrazą w głosie.

— Jesteś, lecz także jesteś po części smokiem. To jeszcze nie czas, zostań ze mną kolejny rok, nauczę cię wielu pożytecznych rzeczy. Poznasz sztukę przetrwania, to będzie ci bardzo potrzebne w drodze do zdobycia smoczych gór.

— Uważasz, że nie jestem jeszcze gotów na taką wyprawę? — zapytał lekko urażony lord.

— Posłuchaj, ja tylko… — chciał wyjaśnić, lecz ten przerwał mu w pół słowa.

— Wiem, że życzysz mi dobrze. Zgadzam się z tobą, mistrzu, będę potrzebował doświadczenia. — Lord przystał na propozycję, albowiem rzeczywiście mało wiedział o świecie, w którym znalazł się tak nagle.

— To dobrze, iż odzywa się w tobie rozsądek, teraz czas udać się na spoczynek. Jutro ruszymy na wspólną wyprawę. — Dargon był wyraźnie radosny.

Serdecznie uścisnąwszy sobie ramiona, udali się do zamkowych komnat.

Nim sen zmorzył Ra-kebetha, ten długo rozmyślał. Gosar nie był dokładnie odwzorowaniem średniowiecza z jego świata. Okazało się bowiem, że mają tu wodociągi i kanalizację. W łazience była bieżąca woda, choć trzeba było ją podgrzewać do kąpieli, to i tak było to ogromne udogodnienie.

O telewizji i telefonach szybko zapomniał i wcale mu nie brakowało tych pożeraczy czasu. Zapewne dlatego, iż nigdy się od nich nie uzależnił. Kochał naturę i przyrodę, a tu był nią otoczony. Odpoczywał od zgiełku miasta. Jego życie znacznie spowolniło swój rytm. W końcu dostrzegł wszystkie pory dnia i miał mnóstwo czasu. Spodobało mu się nowe miejsce, lecz jednocześnie bardzo tęsknił za domem. Bardziej za bliskimi i rodziną niż światem i rozwiniętą cywilizacja. Bardziej dokuczało mu przekleństwo i jego okropny wygląd.

Kochał ludzi, teraz od nich stronił. Często wybierał się na długie piesze wędrówki, rozmyślając o czasie minionym. Dlatego gdy Dargon zaproponował mu wspólne wypady, chętnie na to przystał.

Z wypełnioną głową myślami usnął, lecz sen nie przyniósł mu żadnych marzeń.

Następnego ranka spotkali się na brzegu rzeki Malbira i stamtąd ruszyli na swą wspólną wyprawę.

Od tego momentu mistrz mieczy towarzyszył mu zawsze, ucząc go lasu. Ra-kebeth poznawał nazwy roślin, jak również ich przydatność w różnych celach. Nauczył się zdobywać pożywienie, rozpalać ogień, a także jak go okiełznać wśród drzew. Dargon stał się jego przyjacielem, nauczycielem życia i przetrwania w nowym świecie. Lord doskonalił sztukę myśliwską, tropiąc zwierzynę i polując na nią. Nauczył się także, jak ją oprawiać i przyrządzać do jedzenia. Dargon odkrył przed nim tajniki sztuki ukrywania się i śledzenia. Smoczy lord dość szybko i łatwo znalazł swoje miejsce w nowym świecie. Choć chwil zwątpienia i zamartwiania nadal było wiele w jego życiu, to z zapałem oddawał się swoim zajęciom, doskonaląc się w nich. Zaakceptował swoją obecność w Gosar i to, że jego życie jest teraz z nim związane. Dlatego postanowił z całych sił pomóc w zaprowadzeniu w nim pokoju i zniszczeniu zła.

Ra-kebeth spędził całą jesień i zimę na nauce przetrwania, powoli oswajając się z zabijaniem zwierząt, uczucie litości i żalu zastąpiła rutyna i zrozumienie faktu, iż zabija, by przetrwać. Nigdy nie czuł satysfakcji, że odbiera życie, robił to, bo musiał.

Od wiosny kontynuował szkolenie w sztuce bitewnej. Osiągnął perfekcję w jeździe konnej i walce z siodła. Nauczył się też strzelać z łuku, co świetnie przydawało się w lesie. Czas mijał szybko, nastało kolejne lato, Ra-kebeth po raz pierwszy dosiadł konia w zbroi. Zrobiono ją specjalnie dla niego z stali pokrytej złotem i pomalowanej w charakterystyczne łuski.

Chroniła lewą cześć ciała wraz z dłonią, na którą zakładał również stalową rękawicę. Zbroja przypięta skórzanymi pasami do prawego boku tworzyła niesamowitą całość. Dzieło najlepszego płatnerza Gosar. Głowę zaś zdobił hełm, wyprofilowany niczym smoczy pysk. Wydłużona dolna cześć uzbrojona była w złote kły, oczy lorda spoglądały przez wąskie szpary z przymrużonych groźnie powiek. Szczyt wieńczyły dwa rogi, z których jeden był prawdziwy. Jego wierzchowiec, choć doskonale znał zapach swego pana, spłoszył się początkowo. Ra-kebeth uniósł przyłbicę, sięgając za wydłużoną część i przemówił łagodnie: „Spokojnie, Torgas, to ja” — poklepał go po pysku i głaskał jeszcze przez chwilę, czekając cierpliwie, aż koń się uspokoi.

Potem dosiadł go jednym susem, opuścił przyłbicę i dobył swego miecza. Koń stanął dęba na moment i poderwał się do galopu.

— Jeśli wróg nie umknie na sam jego widok, zginie od pierwszego uderzenia — powiedział Dargon z dumą i przejęciem w głosie.

— Będzie siał popłoch niewątpliwie w szeregach Regnara — przyznał z uznaniem kapitan królewskiej konnicy.

Jakby na dowód tych słów, Lord dotarł do pierwszych manekinów. Wpadł pomiędzy nie niczym burza, rąbiąc i siekąc na lewo i prawo. Przybrane w zbroje ramiona i głowy odpadały niczym szmaciane kukły. Miecz był ostry jak brzytwa, ciosy spadały z ogromną siłą i szybkością, tnąc stal na drewnianych manekinach bez wysiłku. Gdy opadł kurz, wszyscy wrogowie byli pokonani, przerażający rycerz podjechał do oklaskujących go obserwatorów. Koń był zgrzany, nabuzowany krwią i gotowy do kolejnej szarży. Lord wpatrywał się w nich wciąż ze wzniesionym mieczem, sprawiając, że strwożyli się na chwilę, po czym jednym ruchem schował ostrze w pochwie i zeskoczył z konia. Podniósł przyłbicę i poklepał z wdzięcznością Torgasa po pysku.

— Brawo! — Jako pierwszy uścisnął mu prawe ramię Anagron — rosły mężczyzna o ostro ciosanej twarzy.

— Doskonale — dołączył się do gratulacji Dargon.

— Świetna robota, niebywałe postępy. — Dowódca konnicy nie szczędził słów uznania.

— Dziękuję, ale już wystarczy tych pochlebstw — odparł, udając zażenowanie.

— Ha, ha, ha! Doprawdy masz rację, napijmy się zatem — zagrzmiał śmiechem kapitan, jednocześnie skinąwszy na giermka, by zdjął zbroję z lorda.

Godzinę później cała trójka delektowała się przednim piwem w domu Anagrona. Gospodarz raczył ich mocnym trunkiem i opowieściami z pola bitewnego. Biesiada zakończyła się nad ranem, gdy padli pijani pod stołem.

Zastało ich południe, gdy otworzyli oczy. Służący kapitana, nauczeni praktyką, nie śmieli budzić go wcześniej. Po sytym obiedzie na śniadanie rozstali się w radosnej atmosferze. Ra-kebeth umówił się z mistrzem, że jak odeśpi ten wieczór, to go odwiedzi i wybiorą się gdzieś razem. Co zdarzyło się dopiero następnego dnia.

— Dziś połowimy. Lubisz łowić? — zapytał Dargon.

— Nigdy nie lubiłem. Zawsze brakowało mi cierpliwości — skrzywił się Lord.

— No, ale teraz masz jej chyba więcej? Polowanie z kryjówki w lesie, chyba cię jej nauczyło? — uśmiechnął się i mrugnął okiem.

— Owszem, ale zawsze miałem pewność, że coś upoluję.

— Teraz też nie powinno ci jej braknąć. Trzymaj! — Wręczył mu wędkę i poklepał przyjaciela po ramieniu.

— Już dobrze, zapolujmy na tę zwierzynę — zażartował i udał się za Dargonem w znane mu dobrze miejsce do łowienia.

Dzień był słoneczny i niemal bezwietrzny. Siedzieli w milczeniu, skoncentrowani na niedrgających spławikach.

W pewnym momencie Ra-kebeth rzucił wędkę i rzekł:

— Dość! Te ryby omijają przynęty śmiejąc się z nas!

— Ha, ha, ha — wybuchnął Dargon, rozwścieczając przyjaciela jeszcze bardziej.

— Muszę się zdrzemnąć — postanowił, łypiąc groźnie okiem na mistrza i odwracając się na pięcie, poszedł poszukać odpowiedniego miejsca.

— Śpij, śpij, a ja nałowię nam rybek — drwił Dargon.

— Masz z nimi jakiś układ? — zapytał, nie otwierając oczu.

— Buahaha — skwitował to salwą śmiechu. — Tak, właśnie się naradzamy.

— Dobra, wystarczy, śpię — zakończył naprawdę poirytowany.

Po kilku godzinach przyjaciele, już obydwaj w dobrych humorach, jedli pieczone ryby z ogniska, żartując i śmiejąc się głośno.

— Jutro wyruszam do smoków. Nie wiem, ile tam będę. Nie wiem, ile mi to zajmie — rzekł nagle poważnie Ra-kebeth.

— Wiem, przyjacielu. Ważne, byś uzyskał odpowiedzi na pytania, które cię trapią — odparł jego druh.

Lord zamyślił się na dłuższą chwilę i rzekł:

— Tak wiele mnie nauczyłeś, dziękuję. — Mocno uścisnął ramię druha. — Wielce będzie mi to pomocne w drodze, która mnie czeka. Nieoceniona jest twoja nauka, mistrzu mieczy.

— Dziękuję, to była przyjemność. Pozyskałem też wspaniałego przyjaciela i nie żegnaj się, i tak wrócisz tu jeszcze — uśmiechnął się szczerze.

— Jesteś gotów, udaj się w drogę i patrz z nadzieją w przyszłość. Możesz ją dla nas zmienić na lepszą.

— A zatem dobrze, wyruszę jutro o świecie. Mam nadzieję, że przyniosę wam dobre wieści.

— Jestem pewien. — Dargon uścisnął go serdecznie. — Udajmy się teraz na spoczynek — zaproponował i razem udali się w stronę zamku.

Zmierzchało już, gdy Ra-kebeth rozstał się z mistrzem mieczy.

Tej nocy spał niespokojnie, śnił o dawnym świecie o swojej ojczyźnie, która teraz była tak daleko i taka nieosiągalna. Smutek ogarnął go wielki, który rozwiał dopiero świt, rozpraszając senne wspomnienia i mroki nocy słonecznymi promieniami.

Jak co dzień omijając służbę, wymknął się do kuchni pałacowej, by zjeść śniadanie. Jedynie jego zaufany kucharz Tolero widywał go codziennie. Był to młody chłopak, jeszcze nie mężczyzna, a już nie dziecko. Świetnie gotował nie krzywił się na widok zdeformowanej głowy, jak sam o sobie zwykł mówić Ra-kebeth. Nie bał się też go, byli jak przyjaciele. Chłopak wiernie dotrzymywał tajemnicy spotkań w kuchni na posiłkach, gdy cały zamek jeszcze spał. Lord nigdy nie oczekiwał i nie chciał, by go tytułowano i kłaniano mu się w pas. Ludzi omijał z daleka, nie chodził na bale, nie uczestniczył w życiu dworskim. Całe dnie spędzał poza zamkiem, zawsze jadał w towarzystwie Tolero i tylko wtedy, gdy już wszyscy byli dawno po swych posiłkach.

— Co dziś zjesz, panie? — zapytał, odgarniając kasztanowe włosy z twarzy.

— Hm? Na pewno nie twoje włosy — odparł, robiąc groźną minę.

— Wybacz. — Chłopak speszył się i poszedł po czapkę.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 5.46
drukowana A5
za 25.03