E-book
4.1
drukowana A5
46.41
Skazana na miłość

Bezpłatny fragment - Skazana na miłość

Zagadka mojej nieśmiertelności


Objętość:
340 str.
ISBN:
978-83-8245-691-2
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 46.41

Nadmieniam, co jest istotne dla powieści, że:

Jakiekolwiek podobieństwo do kogokolwiek jest przypadkowe i niezamierzone. Postaci występujące w powieści i ich losy są fikcyjne.

Najlepsze, co mogło dać nam życie, to piękna i czysta Miłość,

która uleczyła złamane kiedyś serca…

Pamięci moich bliskich… To mój hołd dla Nich, bo tylko tyle już mogę.

A moim Synom dziękuję za miłość i wsparcie.

Dziękuję Lenie Koniecznej za to, że nie przestała we mnie wierzyć.

Dziękuję również Luizie Dobrzyńskiej, Aleksandrze Smulczyk oraz Piotrowi Podgórskiemu za przyjaźń i wsparcie.

Słowo od autorki

Powieść jest historią o miłości, stracie, o wybaczaniu, i o zdolności pokonywania przeszkód, zarówno tych napływających z zewnątrz, jak i barier, które bohaterka sama buduje. Jest pełna refleksji, nadziei i wiary. Wiary na to, że tak naprawdę nic się nie kończy. Że życie, los jest nieprzewidywalny i może równie dobrze stać się źródłem nowego, lepszego życia, a nawet miłości. To smutna, lecz niepozbawiona wiary i nadziei opowieść. Opisuje walkę dojrzałej kobiety o przetrwanie, pomimo dramatu, który ją dotknął. Bohaterka zmaga się z depresją, oscyluje od obłędu, stwarzając utopijny świat, po realizm życia. Szuka sposobu na pokonanie traumy. Otoczona przyjaciółmi i synami, z czasem zaczyna widzieć wyjście z sytuacji, ale gdy już jest tego pewna, znów wciąga ją otchłań smutku.

Czas żałoby, to dla niej okres autorefleksji. Sięga do wspomnień i bywa, że to właśnie w nich odnajduje siłę, aby żyć dalej. Z czasem zaczyna również personifikować śmierć, nazywając ją; „dziką lokatorką”. Zdarzają się takie dni, gdy usiłuje z nią rozmawiać. Zadaje pytania. Pytania, na które tak naprawdę sama odnajduje odpowiedzi. Ta powieść, to historia, która oscylując między prawdą emocji, a fikcją ukazuje zmagania każdego człowieka, który ściera się z żałobą. Stawia czoła traumie.

Czytelniku, na jej kartach odnajdziesz nie tylko nadzieję, czy wiarę, ale to za czym każdy z nas tęskni… miłość. Lecz czy odnajdzie ją bohaterka?

Zapraszam Cię do świata, w którym miłość nigdy nie umiera. Ale czy na pewno? Poznaj losy Kingi, jej determinację, aby w końcu zacząć być szczęśliwą. Czy tak się stanie? No cóż, odpowiedź znajdziesz na kartach książki.

Nie pytajcie czy to fikcja.

Nie pytajcie czy to prawda.

Musicie tylko wiedzieć…

Że dzika lokatorka czai się za rogiem…

Moje sacrum. Dla M., od H.G.

„Miłość, to serca pani, czasem unosi, a czasem rani. Lecz jeśli wypływa z duszy, a umysł staje się klamrą, to wiesz już jak łatwo zranić, jak zabrzmieć z wielką pogardą. Dlatego Kingo kochana, chcę ci powiedzieć co czuję. Jak widzę tą miłość do ciebie, co serce mi z mocą dyktuje. Mój umysł na jej usługach. Ma dusza w niewolę popadła. Tak właśnie rządzi me serce, taka jest jego prawda. Kocham, to tylko słowo, a ja chcę sensu mu nadać. Pragnę byś była szczęśliwa, mą miłość na ręce twe składam. Przysięgam być twoim oddechem, dotykiem łagodnym i trwałym. Przysięgam trwać aż do śmierci, kruszyć dla ciebie skały. Każdą odsuwać od ciebie, byś nie zraniła ni stopy. Byś szła przez z życie z radością, na zawsze już z moją miłością. Przysięgam być, trwać i pamiętać, gdziekolwiek droga zawiedzie. Nawet gdybym miał odejść, to miłość zostanie ta w niebie. Tam pozostanie wraz ze mną. Tam będę czekał o świcie, bo tam się Kingo zaczyna, a nie kończy się — nasze życie…”

Wrocław 29-09-2007 r.

Moje, Tobie…

Jak na karuzeli…

Wzloty i upadki, szczypta nadziei

mieszanej ze łzami,

gdzieś w sercu, co cierpi,

marzenie, co mami.

Nie ma słów, które uleczą duszę…

Żyję, oddycham

nie wiedząc dlaczego tak cierpieć muszę?

A mimo to…

Otulam się bajeczną chwilą wspomnień.

W nich odnajduję szczęście i siłę,

już wiem dlaczego tak kocham, choć cierpię,

i wbrew wszystkiemu — po prostu żyję…

W nas jest siła Kochany, w nas nadzieja jutra.

Miłość to jest potęga…

Potęga absolutna…

Dla H.G. Wrocław 29-07-2015r.

Prolog

Kiedy wszystko wydaje się tak oczywiste, że aż trudno byłoby nie pojąć kolejności zdarzeń bywa, że uwikłani we własne myśli, czasem smutki, nie dostrzegamy najważniejszego. Zapętlamy się. Jestem właśnie na tym etapie. Nie widzę. Uwikłałam się we własne myśli, odczucia. Całkowicie się w nie zapętliłam. Od kilku lat tkwię w rozpamiętywaniu i gdybaniu. Co by było gdyby? Gdyby śmierć nie odebrała mi ukochane osoby. Gdybym mogła, ot tak zwyczajnie, podjechać do mamy, lub przy kolacji porozmawiać z mężem o problemach dnia codziennego, a do dzieci wykonać po kolacji telefon. Porozmawiać. Ale nie mogę. Inni to mają, lecz traktują te chwile za pewnik. Kiedyś również tak do tego podchodziłam. Bo przecież całe zło świata wydarza się gdzieś tam, ale nie mnie. To zło jest zamknięte w magicznej skrzynce, w telewizorze. To zło spoziera na mnie czernią literek z gazet, ale nie jest o mnie, tylko dla mnie. Do informacji. Aż tu nagle okazuje się, że to zło jest w moim życiu. Zło, które wydarza się innym i to niemal każdego dnia, stało się moim udziałem. Zło, smutek, dramat, zwątpienie, żal. Cała gama emocji.

Ile lat można tkwić w żałobie? Nie wiem. A ile ty tkwiłeś? Czy uporałeś się już ze stratą? Ja nie.

Samotność, osierocenie, nie do końca świadomie kontynuowana izolacja od życia, to jest moim dniem. To jest faktem. Owszem jestem wśród ludzi, funkcjonuję, ale czy żyję? A to już inna sprawa. Inny poziom istnienia. Maska? Tak owszem, pomaga. Bez niej nie umiałabym już w ogóle poruszać się między ludźmi. Pomiędzy ich światami. Mój, nie jest mój, a narzucony. Nie godziłam się na bycie wdową, matką, która zmuszona była do ostatniego pocałunku na sino-bladych twarzach swoich dzieci. Zimne policzki, zamknięte powieki. Wciąż jestem zamknięta w tym obrazie. Obrazie, gdzie mąż opuchnięty, obrzęknięty drgawkujący, ponieważ komórki rakowe przedostały się do mózgu, umierał patrząc na mnie, a ja do teraz zastanawiam się czy mnie poznawał? Czy rozpoznał w moim spojrzeniu to, co zawsze udawało mu się widzieć? Miłość. Trzymałam jego dłoń, on moją, ale czy czuł dotyk? Nie wiem. I z tego dodatkowo okradła mnie jego choroba. Nie tylko z jego istnienia, ale i wiedzy czy był świadom, że zostawia mnie samą. Że zostawia naszą miłość, na zawsze, bezpowrotnie osamotnioną. Niepełną. Że od chwili, gdy powiedział mi o swoich uczuciach, kilka lat temu, zanim się to stało, przed chorobą, oboje mieliśmy świadomość wyjątkowości tego, że miłość wkradła się w nasze serca. Miłość, nasze sacrum, przez ponad osiem lat traktowaliśmy jak cud, który nie miał prawa się wydarzyć, a jednak stał się faktem. I nagle… ona, dzika lokatorka, z walizką łez, cierpienia, nieustannej walki i złudnej nadziei, stanęła na progu naszego domu. Przekroczyła go pomimo sprzeciwu. I została. Odbierając mi kolejno osoby, które kocham, a nie kochałam. Bo o miłości nie można mówić w czasie przeszłym. Moje sacrum, moja miłość trwa nadal, aż po śmierć, po grób. Tym razem mój. Ale do tego momentu myślę, że sporo brakuje. Więc zastanawiam się, jak dalej potoczy się moje życie? Daję się więc unieść marzeniom. Daje jednocześnie upust frustracjom. Uwalniam całą gamę emocji. Dźwigam swój krzyż (wiem, nie ja jedna), i mimo skrycie wypłakiwanych łez, które schowałam pod warstwą słów: „jakoś to będzie”, uwypuklam to, co cenię od lat. Kierując się nimi ufam, że słowa te, które są nośnikiem pozytywnych doznań, staną się życiowym mottem. Kolejnym sacrum.

Muszę jedynie sobie je przypomnieć. Muszę odszukać ich brzmienia w zakamarkach duszy… Ale jeszcze nie teraz. Dopiero jak skończę spisywać tę opowieść, to wierzę, że zabrzmią one w moim sercu, duszy, umyśle. Zabrzmią całą mocą kolorowych dźwięków… Moje sacrum? Czym jest? Zapomniałam. Niestety, ale ból i cierpienie przytłoczyło je.

Kiedy wspomnienia mają wady…

Lipiec 2016 rok.

Ranek, jak poprzedni nie różnił się od tych z przed kilku miesięcy. Miałam wrażenie ciągłego dejavu. Wstawałam, bo musiałam. Musiałam przecież żyć. Śmierć nie przychodzi wtedy, gdy jej wyczekujesz. Ona robi niespodzianki. Wbrew pozorom nie jest obecna na pstryknięcie palcami. Wybucha niczym wulkan, i zalewa cię tą masą lawy pełnej smutku, przerażenia i to dokładnie wtedy, gdy tego najmniej się spodziewasz. Tak było w naszym przypadku.

***

Codziennie siadałam do notatek. Czasami włączałam laptop, aby i tam spisywać wspomnienia. Niestety zdarzało się, że nie byłam w stanie, wówczas logowałam się na jakimś portalu społecznościowym i zapełniałam umysł obrazami, opisami, czy wydarzeniami. Robiłam wszystko, aby spróbować uciec od własnej rzeczywistości. A innym razem usilnie koncentrowałam się na tym, aby spisać każdą chwilę, którą przeżyłam z Hubertem… Pragnęłam być precyzyjna. Chciałam odtworzyć z pamięci nawet sekundę. W konsekwencji działań, dość nieprzemyślanych, podobnie jak notatek, powstał ten swoisty pamiętnik. Wiele dni szukałam po księgarniach odpowiedniego zeszytu. Planowałam kupić taki, który sprostałby moim oczekiwaniom. I nie znalazłam. W końcu zamówiłam go u naszego drukarza. Tego, co oprawiał dyplomy synom, naszym dzieciom, choć nie wspólnym, ale jednak… dzieciom. On to skleił zeszyt mający trzysta kartek. Dziś, patrząc na niego, zaczynam wątpić czy starczy, bo przecież byliśmy tacy szczęśliwi, dopóki ona, dzika lokatorka nie skradła nam uśmiechów z twarzy. Mam tyle do opisania. Tyle historii do opowiedzenia. Komu? Nie ważne, nawet sobie, bylebym tylko zdołała je spisać. Zdołała oddać słowami, to jak bardzo byliśmy szczęśliwi, i jak bardzo przerażeni, na pewnym etapie naszego życia.

Naprawdę byliśmy zbyt szczęśliwi, aby w ogóle brać pod uwagę dziką lokatorkę. Zapomnieliśmy o niej, lecz ona o nas nie zapomniała.

Dziś, gdy spojrzałam w lustro zobaczyłam ten sam wyraz oczu. Te same zmarszczki wokół nich. Te same opuszczone kąciki ust… Brak uśmiechu spowodował, że utrwaliły się w symbol odwróconej podkowy. No cóż, czy to nie jest znamienne? Przecież podkowa, aby stać się nośnikiem szczęścia, jak mówi przysłowie… a może zabobon? Tradycja? Utrwalony mit przekazywany ustnie od wieków? Nie wiem… W każdym razie, ma niczym kielich otwierać swoje stalowe ramiona ku górze, a moje usta wygiął smutek, a płacz pogłębił i „podkówka „w moim przypadku nie niosła za sobą szczęścia, powodzenia. Może właśnie stąd wzięło się określenie, w którym oddaje się stan ducha, serca, umysłu płaczącego dziecka, mówiąc:

„Usteczka w podkówkę”.

Moje też takie były… Odwrócone, jak życie, jak każda chwila bez Huberta. Każda kolejna minuta, w której usiłowałam nie płakać. Bo moje, nasze życie zostało wywrócone do góry nogami nagle, boleśnie, a do tego bezlitośnie.

Z listów nigdy nie wysłanych

Sen nie przyniósł ulgi, wręcz przeciwnie, stał się źródłem bólu. Znów odchodziłeś. Inaczej niż w rzeczywistości, inaczej niż planowałeś (na odległą starość), ale odchodziłeś. Kolejny raz zostawiałeś mnie samą… Zerwałam się z płaczem. Podbiegłam do szafy i sięgnęłam po twój ulubiony sweter. Wtuliłam się w niego poszukując ostatniego zapachu twojego ciała. Był, trwał tam, gdzie ciebie już zabrakło. Pojedyncze włókna mimo, że od miesięcy nie dotykały ciała, pomimo że przeszły cykl prania, zdołały przechować w kudłatych zapętlonych włóknach twój zapach. Paradoksalnie, ale odczułam ulgę… Choć tyle miałam; zapach. Zapach, który koił i na ułamki sekund osuszył łzy… Ale tylko na ułamki.

Po kilku minutach, w których stałam jak posąg ruszyłam w kierunku łóżka. Twarz miałam zatopioną w twoim ulubionym swetrze. Już po chwili płakałam gorzkimi, przepełnionymi żalem łzami, który aż dławił. Spontanicznie wdychałam zapach, usiłując wyczuć każdą, choćby najmniejszą jego cząstkę. Pragnęłam wyłowić z pamięci to ostatnie wspomnienie, w którym miałeś go na sobie… I coraz bardziej bolało. Ale gdzieś w tym cierpieniu znów odczuwałam ulgę. Prawdziwa karuzela uczuć. Labilność, niekontrolowane emocje. Wszystko, każde odczucie, uczucie targało mną jak wichura, huragan, tajfun, targa wierzchołkami drzew. Było we mnie wszystko, i ja byłam tym wszystkim…

Samotność, i ona.

Nie umiem żyć bez ciebie. Nie umiem oddychać — myślałam, nie mogąc złapać oddechu. Więc jak to się dzieje, że nadal żyję? Nie wiem. Może to siła przyzwyczajenia? Nawyku? Nie wiem. Wiem jedno, że podziwiam siebie za to, że udaje mi się dalej trwać. To wielkie, jeśli nie największe z osiągnięć w moim życiu.

Znajomi tłumaczą, uświadamiają mi, że mam powody, i to trzy, jeśli nie więcej by chcieć żyć… Wspominają o bliskich osobach… O dzieciach, wnukach i tak dalej. Ale ci wszyscy, tak przeze mnie kochani ludzie, nie są wystarczająco silnym impulsem, abym tego pragnęła. Czy to przykre? Mało grzeczne? Nietaktowne… nieludzkie? Tak, lecz to egoizm tka w moim sercu, umyśle pajęczynę złożoną z miliarda westchnień goryczy. Ale taka jest prawda, że teraz jest tylko „moje” i dla mnie. Jestem tylko JA.

Bo przecież ci ONI mają bliskich; rodziny, miłość, a ja żyję sama w czterech ścianach w domu, w którym przez siedem miesięcy przetaczało się widmo śmierci. To ona stała się kolejnym domownikiem… dziką lokatorką. Zostałyśmy teraz same w siedemdziesięciu metrach mieszkania. Zbyt często mijamy się w przedpokoju. Grabi moją przestrzeń. Rozgościła się w drugim pokoju, ja zostałam w sypialni, w której wciąż czuję obecność Huberta. Zwłaszcza wieczorami… Mam co prawda jeszcze taki malutki azyl. To gościnny pokój, ten trzeci, ten z balkonem, ten na szczęście pozostał neutralny. Tam żadna z nas nie usiłuje objąć panowania. W nim goszczę dzieci, jeśli w końcu mnie odwiedzą.

Między mną a nią, śmiercią, przechadzają się dwa kotki, i kundelek. Piesek o imieniu Brutusek. Kotki; Filip i Klara, pupile lepiej znoszą jej obecność niż ja. Od jakiegoś czasu przestały na nią fukać, ja dalej bym to robiła, gdybym tylko potrafiła.

Wciąż staram się jej nie zauważać, ale nie ona. Gdy usiłowałam w tych wszystkich dniach, trwać, nie płakać, ona podsuwała obrazy, w których umierał mąż. A gdy stojąc przed lustrem pragnęłam przywołać uśmiech, ona w odbiciu ukazywała mi Huberta. Trudno było z nią walczyć. Każdy zakamarek mieszkania, każda rzecz była nim naznaczona, a śmierć potrafiła idealnie wyłuskać z obrazów wspomnień dokładnie takie wspomnienia, które sprawiały, że ten niezgrabny uśmiech znikał. I tak już od siedmiu miesięcy. Jakże trudno walczyć w pojedynkę, a do tego z nią, śmiercią.

Nie zdawałam sobie sprawy z mocy, jaką posiada. Wydawało mi się, że jestem wystarczająco silna, że poprzez pryzmat wieku tego, co już zdołałam przeżyć, jestem odporna na wiele ciosów. Nikt nigdy jednak nie jest, i nie będzie uodporniony na nią, na śmierć. Dziś już wiem, że to jest prawdziwa pani życia. To właśnie jej „pstryknięcie palcami” powoduje, że ktoś, kto jest naszym całym światem, miłością, bez której nie umiemy żyć, odchodzi na zawsze. Pocieszeniem może być wiara w życie po śmierci. A co jeśli ktoś w to nie wierzy? Przerażające. A zresztą, mnie ta wiara niewiele daje… Nie na tym etapie żałoby.

Czy czas leczy, koi ból? Mówią że tak, lecz mojego bólu nie ukoił ani po śmierci mamy, ani dwójki dzieci (pasierbów), ani teraz. Czas to tylko upływające sekundy wypełnione tęsknotą, smutkiem i cierpieniem, w których mechanizm (takie utrwalone „zjawisko”) — żyj dalej, powoduje, że rankiem wstajesz, a wieczorem kładziesz się z nadzieją, że się nie obudzisz… Że wszystko w końcu się skończy. A może, że „jakoś to będzie?”. W moim przypadku w grę wchodzi to pierwsze określenie.

Nic się nie kończy. Dzień rozpoczynam od wytarcia łez. Od odnalezienia w sobie powodu, dla którego warto wyjść z domu. Poczucie obowiązku wygrywa. Przymus wyjścia potęgowany jest przez zbierającą się stertę rachunków. Ani banki, ani urzędy nie obchodzi fakt, że jestem wdową. Że usiłuję ponownie wrócić do życia, że pragnę odnaleźć radość. Przecież jeszcze jej nie dostrzegam. I choć cieszy mnie fakt, że dzieci są zdrowe, szczęśliwe, że świetnie dają sobie radę, że są otoczeni miłością, także moją, że odnajdują się w labiryncie życia, to dla mnie ten labirynt jest nie do przejścia. Ten fakt, że mimo wszystko próbuję, powoduje jedynie, że udaje mi się — tak od czasu do czasu — odetchnąć z ulgą. Ale to trwa sekundy. Wiem, że synowie, córki (pasierbice) poradzą sobie beze mnie, ale ja nie poradzę sobie bez Huberta. Prawdą jest to, że umarłam wraz z nim tego dnia, w którym wydał ostatnie tchnienie na moich rękach… W tej czarnej sekundzie odeszłam wraz z nim. Co zostało? Powłoka cielesna, która pozbawiona znacznej części duszy, serca usiłuje żyć dla tych, którzy pozostali, którzy mnie kochają. I wiem ile bólu bym przysporzyła odchodząc z tego padołu łez. Ale bywa, że czasem wzrasta we mnie przekonanie, że poradziliby sobie i z tym bólem, że poprzez fakt iż są otoczeni miłością ukochanych żon, mężów, dzieci, a moich wnuków, daliby sobie radę. Że szybciej uporaliby się z moją śmiercią, niż ja jestem w stanie, uporać się ze śmiercią Huberta…

Nasza miłość nie była z tych, o których mówi się: „Żyją siłą przyzwyczajenia”. My żyliśmy sobą, oddychaliśmy w tym samym rytmie, a nie tylko tym samym powietrzem. Porozumiewaliśmy się bez słów. One były zbędne. Wystarczyło spojrzenie, czasem gest, aby wiedzieć czego oczekujemy, lub co pragniemy sobie przekazać. I nie fakt bycia ze sobą tyle lat wytworzył tę zdolność, a potęga miłości stała się łącznikiem między słowem, duszą, myślą… To właśnie to powodowało, że otoczenie postrzegało nas tak, a nie inaczej. Przez lata mówiono o nas: „idealne małżeństwo”.

Czy to oznacza, że nie było między nami sprzeczek? Dokładnie tak… Aż dziwne? Niewiarygodne? Tak, to prawda, lecz my potrafiliśmy rozmawiać dosłownie o wszystkim. Rozmawiać, a nie sprzeczać się. Bywało, że Hubert miał inne zdanie, wówczas uśmiechał się i stwierdzał swoim jakże kochanym, takim miękkim, melodyjnym głosem:

„Dobrze, Kruszynko, skoro tak mówisz, przemyślę to, lecz ty zastanów się nad moimi słowami.”

I tak właśnie było. MYŚLELIŚMY. Staraliśmy się siebie zrozumieć. Nigdy nie dążyliśmy do dominacji. Również w podejmowaniu decyzji. Kompromis, magiczne słowo. Nam naprawdę udawało się go osiągać.

A te nasze wieczory… Hmm, jak miło to wspomnieć. Nawet w tym ułamku sekundy, gdy o tym myślę, mniej boli. Póki co mniej…

Wieczorami, przy wątłym blasku lampki nocnej, często przytuleni do siebie toczyliśmy wartkie rozmowy… Czasem przybierały one kształt bardzo poważnych dysput. Drążenie w czasie, w historii, to była nasza pasja. Czasem z wypiekami na twarzy Hubert opowiadał o tym, co z ust do ust, było przekazywane od pokoleń. Historia jego rodziny naprawdę jest wyjątkowa, ale i ja nie pozostawałam dłużna. Ja również od dziecka chłonęłam tę wiedzę. Godzinami potrafiłam słuchać opowieści babuni, Teresy, czy taty, Jerzego. Lubiłam słuchać ciepłych historii płynących z ust mamy Basi. Tak więc jakże często zatopieni, zasłuchani we własne historie rodu potrafiliśmy snuć je godzinami. Nasza wiedza o przodkach była jak sądzę i jest, do pozazdroszczenia. Ale nie tylko historia, nawet ta ogólna, była tematem rozmów, bywało, bo tak musiało być, że proza życia sprowadzała nasze wieczorne pogawędki do rachunków, do kolejnych rat… Ale i o tym potrafiliśmy rozmawiać… o pieniądzach. Nie było: „twoje”, „moje”. Było; „nasze.”

Ból wzrasta. Nie daje rady wspominać. Śmierć zagląda przez dziurkę od klucza do mojego pokoju. Nie zapraszałam jej. Ale ona jak zwykle robi to co chce. Nie liczy się z moimi emocjami. Dla niej ważne jest to, by spróbować mnie złamać. A ja? Ja się daję. Dlaczego więc jeszcze żyję? Bo nie uznaję samobójstwa. Bo gdzieś w dalekiej części mózgu, podświadomości, wiem że to bardzo negatywnie wpłynęłoby na moje dzieci. Że zraniłabym je. A tego nie chcę. Paradoks, jak więc pogodzić wewnętrzne pragnienie niebytu z zewnętrznym pragnieniem… życia?

Oderwałam pióro od kartki. Zrozumiałam, że nie piszę o tym, o czym pragnęłam. Przeczytałam ostatnią linijkę. Zaakceptowałam ją w myśli i pojęłam, że choć te słowa dalekie są od tego co chciałam napisać, co podpowiadał rozum, to w sposób spontaniczny, niekontrolowany wspomnienia zaczęło dyktować serce. I wszystko co napisałam było, jest i będzie pełne szczerych wyznań i dogłębnie prawdziwe, takie nasze.

Postanowiłam pisać dalej… Nie poddawać się, nie tym razem.

Wspomnienie I

Odcienie szarości…

Z listów…

Wspólnie przeżyliśmy tak wiele dni, miesięcy i lat (a jednak wciąż za mało) … Tak było, a przecież mogło być inaczej. Czy lepiej, piękniej? Nie wiem. Wiem jedno, że nie spodziewałam się tego, co dane nam będzie doświadczać. Nie tak planowaliśmy nasze wspólne lata. Nie tak… Prawda? Los ciągle splatał nasze ścieżki, ale najpierw zaczął bardzo dziwnie…

Lipiec 1998 roku.

Takiego upalnego lata, jakie było tamtego roku, nie pamiętałam. Temperatury astronomiczne. W cieniu powyżej trzydzieści stopni, a do tego ta duchota. Nie było czym oddychać. Siedziałam w oknie i obserwowałam bawiące się dzieci. Wystawiałam twarz ku delikatnym podmuchom wiatru. Łapałam oddech. Z pod zmrużonych powiek usiłowałam wyłowić, wśród dzieciaków w piaskownicy, sylwetki synów. Dostrzegłam Mateusza, który miał wówczas osiem lat, a starszy od niego o dwa lata Marceli bawił się nieopodal. Po chwili obaj stanęli pod wielkim, rozłożystym kasztanem. Zaczęli o czymś żywo rozmawiać z Piotrkiem i Danielem. Oparłam się wygodniej o parapet, przesłoniłam dłonią oczy, bo wydawało mi się, że między tą trójką rodzi się sprzeczka. Zdradzały to ruchy syna. Nagle dołączył do nich Krzyś, chłopiec niespełna czteroletni, i trącając każdego z nich w rękę, pragnął zwrócić na siebie uwagę. Jeden z nich, Daniel, raptownie odepchnął chłopca, a ten z wrzaskiem pobiegł w kierunku wielkiej stalowej bramy, za którą mieściła się hurtownia papieru. Tam pracował jego dziadek Hubert. Dzieciak krzyczał jak oszalały:

— Dziadku! Dziadku! Biją mnie. Mateusz, Daniel i Piotrek! Oni mnie uderzyli!!

Nagle z impetem otworzyły się drzwi w budynku, z którego wybiegł postawny mężczyzna. I niewiele mówiąc, o nic nie pytając, wziął wnuka na ręce, po czym podbiegł do niczego niepojmujących chłopców, w tym mojego syna. Krzyczał zdenerwowany. Słów do końca nie rozumiałam. W pewnym momencie uchwycił ramię mojego syna. Gest był zdecydowany i zdawało mi się, że silny. Miałam wrażenie, że go nawet uderzył. Mateusz odskoczył, wyrwał się, po czym zatoczył i upadł zupełnie bez kontroli. Uderzył głową o beton. W pierwszym odruchu chciałam wyskoczyć przez okno, w końcu mieszkałam na parterze, ale rozum, mimo stresu i zdenerwowania, wrócił dość szybko. Wybiegłam z domu jak wariatka. Byłam wściekła. Dobiegając do dziecka spostrzegłam, że Hubert stoi nieruchomo. Sprawiał wrażenie zaskoczonego rozwojem sytuacji. Nie spodziewał się, że jego stanowczy, zdecydowany gest spowoduje upadek Mateusza. Gdy dobiegałam, mimo że widziałam na jego twarzy zakłopotanie, miałam ochotę go rozszarpać.

Dorosły facet, a rękę podnosi na dziecko — myślałam, pokonując kolejne schody znajdujące się w wydzielonym dla pieszych przejściu. Minęłam parking, wciąż zdenerwowana. Na moje usta cisnęły się niecenzurowane słowa. Gnałam. Z bramy też wybiegłam niczym wiatr. Syn, wciąż leżał na betonowej części podwórka, znajdującego się obok drzewa. Widziałam jak z trudem łapie oddech. Nie mógł wstać.

— Czyś ty człowieku oszalał! — Wrzeszczałam, już z daleka. Po chwili stojąc już twarzą w twarz spoglądałam z pogardą, wręcz nienawiścią na mężczyznę.

— Czy twój wnuk, i ty jesteście panami na tym podwórku?! — Nie mogłam opanować nerwów. Patrzyłam też na syna. Klęknęłam. Po chwili dotykałam jego bladych policzków i mimo, iż nie patrzyłam na tego człowieka, kątem oka dostrzegłam zmieszanie, malujące się dość wyraźnie na twarzy. Nie odzywał się. Patrzył na mnie, to na Mateusza, i był bardzo zakłopotany. Zacisnął wąskie usta. Odniosłam wrażenie, że pragnie coś powiedzieć. Powstrzymał się, bo co mądrego mógłby rzec w tej sytuacji? Nic. A ja tym czasem spoglądałam na dziecko.

— Synku… — wyszeptałam, jednocześnie lekko go unosząc. — Możesz wstać?

— Mamo, ale ja Krzysiowi nic nie zrobiłem. Żaden z nas… — powiedział, a w jego oczach pojawiły się łzy. Nie wiedziałam czy to łzy żalu, czy bólu. Kiwnęłam tylko głową. W międzyczasie obejrzałam, a raczej obmacałam mu tył głowy. Sprawdziłam czy nie ma rany, i powoli pomogłam mu się podnieść. Uzyskałam pewność, że nic mu nie jest. Jedynie zdarte do krwi łokcie świadczyły o sile, z jaką został pchnięty. Nie dostrzegłam tego z okna, ponieważ oślepiało mnie słońce.

— Powinien się pan leczyć! Jakiś dobry psychiatra by się panu przydał — wycedziłam przez zęby, trzymając oburącz, lekko chwiejącego się syna. Usiłował usiąść. Gestem dłoni zabroniłam mu tego. Mogło być to niebezpieczne, w końcu uderzył głową o beton.

— Nie jesteście tu bogami, do cholery. — Starałam się opanować, i mówić już ciszej. Ledwo się to udało.

— Jeśli okaże się, że synowi coś się stało, zapewniam, że spotkamy się w sądzie. Nie podaruję tego, że podniosłeś na niego rękę… — urwałam. Nie tylko w moich słowach, ale i spojrzeniu kryło się całe morze pogardy.

Nigdy nikogo nie nienawidziłam tak, jak w tej chwili tego człowieka. Notabene sąsiada. Prywaciarza pełną gębą, który kilkanaście lat temu sam, bez niczyjej pomocy, wyszedł z rynsztoku… Z alkoholizmu. Kiedyś go za to podziwiałam, ale dziś całym sercem nienawidziłam. Skąd mogłam przypuszczać, że kilka lat później moje uczucia zostaną wystawione na największą, na najbardziej nieprawdopodobną z prób? Nie, nie mogłam tego przewidzieć.

Póki co zajęłam się synem. Upewniwszy się, że nic mu nie jest, że może wstać podniosłam go, i wzięłam na ręce. Ruszyłam w kierunku bramy odprowadzana przez kilkoro sąsiadów wzrokiem pełnym współczucia. Lecz wyrazu twarzy sąsiada Huberta do dziś nie zapomnę. Stał ze spuszczoną głową, niepewny, wciąż trzymając na jednej ręce wnuka. Miałam wrażenie, że ze wstydu wmurowało go w ziemię. Lecz było mi to obojętne, tak samo zdecydowanie jak on sam. Przytuliłam syna i weszłam do bramy. Nie namyślając się w półgodziny przygotowałam siebie i dziecko do wizyty na Pogotowiu Ratunkowym. Na męża nie mogłam liczyć. Spał jak zwykle pijany. Marcelem zajęła się sąsiadka Wiktoria, przemiła starsza pani, o wiecznie rozwianych siwych włosach i twarzy, z której nie znikał uśmiech.

Podczas wizyty w ambulatorium pogotowia ratunkowego przy Traugutta okazało się, że Mateusz ma złamane jedno żebro. Na klatce piersiowej, po kilku godzinach, pojawił się ślad dużej męskiej dłoni. Nie zastanawiałam się długo. Jeszcze tego dnia, pod wieczór, zgłosiłam incydent na policji…

Gdy wracałam do domu spotkałam żonę Huberta. Myślę, że na mnie czekała. Stała pod drzwiami mojego mieszkania. Patrzyła niepewna, jakby zawstydzona.

— Przepraszam ciebie, i twojego synka za męża. Hubert nie jest zły, lecz nerwowy. Kocha wnuka nad życie… Działał zbyt pochopnie. Nie pomyślał… — wyszeptała, zbliżając się.

— Sylwio, ty nie masz mnie za co przepraszać, a z twoim mężem spotkamy się w sądzie, lecz chyba najpierw na policji, na Rakowcu. Wierz mi, ale nie podaruje mu tego. Wiesz, jakie mam życie, jak męczę się żyjąc z alkoholikiem. Wiesz też, przez co każdego dnia przechodzę wraz z synami… — westchnęłam, aby zaraz z równym przejęciem kontynuować: — Twój mąż wie to również, a mimo to uderza dziecko, które chronię od przemocy, od wrogości emanującej od ojca. — Z niedowierzaniem pokręciłam głową, aby zaraz dodać: — Ta dzielnica to slams. Większość mieszkających tu ludzi, to jedna wielka melina. Twój mąż właśnie udowodnił, że należy do tej „elity”. W niczym od nich nie odstaje. Nie dajecie mi na chleb, nie ubieracie moich dzieci, nie macie prawa ich bić… Nikt nie ma prawa! — Krzyknęłam nie chcąc słuchać jej dalej. Moja złość i żal jednocześnie, przelał się teraz na nią.

Nie odwracając się w jej kierunku, otworzyłam drzwi od mieszkania, i zdecydowanie weszłam. Okazało się, że zamknęłam drzwi przed jej nosem. Nigdy wcześniej z nikim tak ostro, nieprzyjaźnie, nie rozmawiałam. Nigdy też nie zatrzasnęłam nikomu drzwi przed nosem. Zawsze grzeczna, taktowna, ale jak się okazało do czasu…

Następne dni wypełniły wizyty u lekarzy. Mateusz był dzieckiem z wadą serca. Niby nie groźną — jak twierdzili kardiolodzy, ale jednak mnie, jako córce świetnej pielęgniarki, nie trzeba było dużo mówić. Potrafiłam czytać między wersami. Uderzenie w pierś przez Huberta było potężnym zagrożeniem, już nie tylko dla zdrowia, lecz i życia syna. Drżałam ze strachu. Przez trzy tygodnie nawiedzałam lekarza rodzinnego. Ten w końcu stwierdził, gdy już synek był po kolejnej konsultacji kardiologicznej w szpitalu mieszczącym się przy ulicy Kamińskiego, że nie ma żadnego zagrożenia. Mimo to Mateusz nadal uskarżał się na duszność. Z przerażeniem patrzyłam na zasinione, małe usteczka…

Natomiast pan Hubert mnie unikał. Nie miał odwagi spojrzeć w oczy. Ja również nie zabiegałam o to, aby go spotykać, choćby na klatce schodowej. Za to jego żona dość często pukała w moje drzwi, pytając o stan zdrowia synka. Pewnego dnia, tak pod wieczór, przyszła jak zwykle. Stanęła niepewna w drzwiach, które dość niechętnie otworzyłam, i nie zapraszając jej do środka, sucho spytałam:

— O co chodzi?

— Jak się czuje Mateusz? Wszystko dobrze? Wiesz, bardzo nam przykro. Hubert mocno to przeżywa…

— A co? Boi się, że złożę pozew do sądu? — Przerwałam, wciąż pełna złości.

— Kinga… coś ty, to nie tak. Hubert nie może sobie darować swojego zachowania. Zresztą Krzysiu przyznał się w końcu, że to on zawinił…

— Krzysiu ma tylko pięć lat, to twój mąż jest dorosły, i to on powinien wiedzieć jak zareagować — weszłam jej w słowo. — Jeśli ktoś najpierw działa, a potem myśli, musi liczyć się z konsekwencjami…

— Wiem, wiem… Kinga, przyjmij choć nasze przeprosiny. — Teraz ona przerwała. Nagle zza jej pleców wyłoniła się reklamówka. — To dla twojego synka… — wyciągnęła torbę w moim kierunku, trzymając ją kurczowo. Zmieszałam się, nie wiedziałam czy ją przyjąć. Patrzyłyśmy na siebie równie niepewne, co zmieszane, i to w końcu Sylwia odezwała się, mówiąc:

— Proszę cię, przyjmij od nas mały upominek dla dzieci… — zawiesiła głos, spuściła wzrok, i patrząc na reklamówkę, wypchaną prezentami, ponownie wyciągnęła ją w moim kierunku. Mijały sekundy, w których obie milczałyśmy. Sytuacja stawała się naprawdę niezręczna. W końcu, choć niechętnie, przyjęłam prezent. Nie miałam ochoty na dalszą rozmowę, więc lekko uśmiechnęłam się, w sumie burknęłam: „Dziękuję”, i zamykając drzwi odetchnęłam z ulgą.

— Kto to był? — Dobiegł mnie bełkoczący głos męża.

Znów był pijany. Zresztą, kiedy nie był? Nad tym pytaniem dość dawno przestałam się zastanawiać. W cztery lata po ślubie pokazał prawdziwe oblicze. Oblicze alkoholika. Wcześniej, miły, szarmancki kochający, w dwa miesiące po ślubie stał się despotą. Pełna metamorfoza. Tylko jego zdanie liczyło się w domu. I nie martwił się o finanse rodziny. Te były na mojej głowie. To ja harowałam na dwóch etatach, a on od czasu do czasu popracował… Popracował? Nieprawidłowe stwierdzenie. Obijał się, po czym już w pierwszym dniu po wypłacie wpadał w ciąg alkoholowy. I takie było moje życie. Walczyłam z nim o niego. Ciężko było przyznać się do porażki. Do kolejnej porażki… A tymczasem Robert siedząc w fotelu, pijąc piwo spoglądał na mnie tym swoim mętnym wzrokiem.

— Sylwia — odparłam, a chcąc jak najszybciej zmienić temat, spytałam: — Kiedy będziesz miał wypłatę? Są rachunki do opłacenia. Prąd nam wyłączą, jeśli nie ureguluje do piętnastego. — Zaczęłam tonem pozornie łagodnym, acz niepozbawionym pretensji.

— Jak będzie, to będzie — burknął, nie spoglądając na mnie.

Wiedziałam, że tym „magicznym” pytaniem utnę dalszą dysputę. Zawsze tak było, gdy w grę wchodziły jego zarobki. Wtedy nabierał wody w usta. Swoimi dochodami, jaki by nie były, mógł dzielić się ze wszystkimi, tylko nie ze mną. Nigdy nie miał przeznaczonych pieniędzy na dom, a paradoksalnie nigdy też nie zabrakło mu na alkohol. Tym razem było podobnie. Spojrzałam na niego nie usiłując ukryć emocji, lecz on wolał tego nie dostrzegać. Zatopił wzrok wraz z ustami w kuflu piwa.

Minęłam go zachowując się przy tym pozornie obojętnie, choć wszystko we mnie wrzało i weszłam do pokoju synów. Póki co byli w szkole. Miałam czas, aby ugotować obiad i pozwolić Robertowi, by się dopił. Liczyłam na to, że będzie już nieprzytomny, gdy chłopcy wrócą z zajęć. Po półgodzinie będąc już w kuchni nasłuchiwałam, czy zaczyna chrapać. Odetchnęłam z ulgą słysząc miarowe charczenia. Zasnął. Nie musiałam obawiać się kolejnej kłótni, kolejnych słów pełnych pogardy. Słów, które z taką łatwością kierował do mnie, lub synów. Nie oszczędzał nikogo. On był tu panem i władcą, a my jego poddani, mogliśmy liczyć tylko na takie właśnie chwile spokoju jak ta, gdy spał pijany.

Ale nie byłam bierna, nie godziłam się na takie traktowanie, na poniżanie. Musiałam udawać, aby zyskać na czasie. Od ponad roku, za jego plecami, rozpoczęłam określone działania prawne. Dążyłam do rozwodu. Lecz by uniknąć awantur, milczałam. Nic nikomu nie mówiłam. Nawet mamie. Bo ta już i tak przerażona tym, co działo się na co dzień w moim domu, wyglądała na załamaną. Podupadła na zdrowiu. Ostrzegała mnie, to prawda. Ostrzegała jeszcze przed ślubem z Robertem, lecz ja nie słuchałam. Cóż miłość naprawdę odbiera rozum, a może jednak zauroczenie? Poza tym, po rozstaniu z moją pierwszą miłością, mężczyzną marzeń, nie umiałam przez kilka lat nikomu zaufać. Dopiero Robert zdobył moje serce. Jemu się udało. Do dziś nie wiem jak. Nie raz zastanawiałam się, jakich czarownych słów użył, że zdobył moje zaufanie. A może go nie zdobył? Może tylko po prostu nadszedł czas, aby stawić czoła przeszłości, w której zostałam zdradzona, poniżona i okradziona z marzeń. Lecz nie tylko… Wiktor odebrał mi coś więcej… Straciłam poczucie wartości. Wciąż wydawało mi się, że jestem za gruba, zbyt głupia, by on, facet niczym model, był ze mną. A i on precyzyjnie dawał mi odczuć, że jestem ta gorsza, choć jak zawsze nasze pierwsze dni, potem miesiące, a nawet lata były niczym baśń o królewiczu i Kopciuszku. Lecz z czasem stał się dyktatorem. Nie tylko narzucał mi to w co mam się ubrać, ale i jakie mam mieć hobby. Byłam lalką, którą się bawił, a jak znudził, zwyczajnie porzucił. Zostałam z małym trzy letnim owocem naszej miłości, z synkiem Grzesiem, któremu nie umiałam wytłumaczyć dlaczego opuścił nas — jego kochany tatuś. Sobie też nie umiałam tego wytłumaczyć. Zostawił nas w niespełna pół roku po ślubie cywilnym. Pobraliśmy się, ponieważ uznał, że musi. Że należy dokonać, jak powiedział: „formalności prawnej, bo mamy dziecko”. Rozwód był szybki, i niemal bezbolesny, nawet dla mnie.

Pewnego dnia zobaczyłam go na ulicy. Szedł z długonogą blondyną. Wpatrzony w nią, nikogo ani niczego nie dostrzegał. Odniosłam wrażenie, że teraz to on został zdominowany przez tę kobietę. Kobietę niczym modelka z okładek. Zrobiło mi się smutno… Zrozumiałam, że nigdy bym nie dorównała takiemu wizerunkowi. Nigdy nie stałabym się „pokazową” laską, za którą oglądają się wszyscy, łącznie z kobietami. Byłam zwyczajna, szara, nijaka… I z takim poczuciem własnej wartości mnie zostawił. Bałam się spoglądać w lustro, by nie zobaczyć tego „tłustego paszczucha, którego gębę należy położyć na patelnię i wysmażyć”. Tak właśnie powiedział mi tuż przed rozstaniem. Dla Wiktora byłam „tłustym paszczuchem”. I tak się postrzegałam, aż do czasu, gdy Robert nie stanął na mojej drodze życia. Stanął uśmiechnięty, oczarowany mną i wyniósł mnie niemal na rękach z tego dołka emocjonalnego, w którym pozostawił mnie Wiktor. Więc jak mogłam się nie zakochać? Jak mogłam nie dać się oczarować temu, co do mnie mówił? Nie było możliwe bym pozostała na to obojętna.

Gdybym wówczas wiedziała, że za twarzą młodego, wpatrzonego we mnie bruneta, o zielonych oczach, z ciemną karnacją, kryje się całe morze zła, nigdy bym nie zgodziła się po tak krótkim czasie zostać jego żoną. Wystarczyło tylko pół roku, abym dała się usidlić. Zresztą Grzesiu również pokochał Roberta. Pamiętam jak pewnego dnia powiedział:

Mamusiu to fajnie, że będę mieć w domu takiego innego, nowego tatusia, który będzie mnie kochał.”

Wtedy pojęłam, że synek poczuł się odrzucony przez własnego ojca, że poczuł się niekochany… I to przypieczętowało decyzję. Co nie oznacza, że słowa synka były decydujące. Decydujące było to, że zorientowałam się, iż jestem w ciąży. Ciąży tak upragnionej, tak wymarzonej… Tak bardzo pragnęłam urodzić córeczkę. Urodziłam syna, a w dwa lata później kolejnego. I wtedy czar prysł. I nie dlatego, że na świat przyszli chłopcy… Lecz w końcu zrozumiałam, że Robert ma problem z alkoholem. Ukrywał to przede mną, w sumie przed wszystkimi. Uświadomiłam sobie, że on po prostu bawił się w dom… Że nie dorósł do tego, aby mieć rodzinę. Może też dlatego, że był ode mnie trochę młodszy? Nie wiem. Lecz wiem jedno, że gdy najmłodszy z naszych synów skończył trzy latka, Robert przestał ukrywać się z piciem. Poleciał jak po równi pochyłej, ściągając mnie, synów, a nawet moją mamę, na samo dno… Dno rozpaczy, biedy, głodu, poniżania, obelg. A ciągłej interwencji Policji, wizyt kolejnych kuratorów, czy miłych pań z opieki społecznej, nie było końca, lecz nikt nie był w stanie mi pomóc. To uczynić mogłam tylko ja sama. Musiałam odnaleźć w sobie siłę. Łatwo ją odnalazłam, to synowie mi ją dali. I choć nasza walka o wolność trwała aż osiem lat, to w końcu udało się. I w dwutysięcznym pierwszym roku odzyskałam wolność, a co za tym idzie spokój.

Tak sądziłam trzymając uprawomocniony wyrok rozwodowy w ręku…

Lecz prawda okazała się inna.

A tym czasem zdrowie synka wracało do normy. Znów biegał, skakał i śmiał się jak wcześniej. Sylwia, przez jakiś czas do nas zaglądała, Hubert — nie. I tak minęło prawie trzy lata. Z czasem i Sylwia zobojętniała, jakby i ona się na mnie obraziła. Do sądu nie poszłam… Skończyło się tylko na pogadance dzielnicowego. Ostrzegł Huberta, że kolejny taki incydent nie zostanie potraktowany już tak łagodnie. Po prostu nie miałam czasu. Wciąż trwała moja długa wędrówka, ku wolności, ku uzyskaniu rozwodu. I to zdominowało wszystko inne. Nawet to, że w międzyczasie wyłączono mi prąd, zdjęto liczniki gazowe…

Doszłam do dna wciąż ściągana przez Roberta i jego długi, które musiałam spłacać. Nie pomogły nawet dwie prace. Potrzebowałam kilku lat na to, aby wyjść z długów. To był koszmar.

Do dziś zastanawiam się jak mi się udało to wszystko przetrwać. Jak udało się, mimo wszystko ochronić synów. Mój przyjaciel Sławek mówił często, że dokonałam cudu. Być może. Nie wiem. Ale bez wątpienia cudem było to, że w końcu zdołałam się uwolnić z kajdan współuzależnienia. Tak, zgadza się: „współuzależnienia”. Bo gdy jeden z członków rodziny jest pokonany przez chorobę alkoholową, to cała rodzina choruje. Wszyscy, wraz z nim staliśmy się jej ofiarami.

Wspomnienie II

Czas rozliczeń. Smak wolności.

Lipiec 2001r. i kolejne dni, miesiąca, a nawet lata.

— Cześć — mój głos zdradzał podenerwowanie. — Czy zdołacie wpaść do mnie z Dorotą przed rozprawą? — Pytałam, nie ukrywając strachu. Tak strachu. Bałam się, że znów z powodu „niestawienia się pozwanego”, sprawa zostanie odroczona.

— Tak, oczywiście. Będziemy. — Głos przyjaciela emanował nie tylko spokojem, ale łagodnością. — Nie denerwuj się. Sąd weźmie pod uwagę fakt, że Roberta szukała również Policja. Że świadomie nie stawia się na rozprawy. Uważam, że rozwód, i nie tylko, masz jak w banku. Gwarantuję. Kinguś… — zaczął ciepło. Z tonu głosu przebijała serdeczność, miał mnie uspokoić. I tak się stało.

— Nie martw się na zapas — powiedział Sławek. — Robert to świr, pijak i skoro ograniczono mu już wcześniej prawa rodzicielskie, to co? Rozwodu nie dostaniesz? Byłby to absurd…

— Tak wiem, ale chyba nie tego się boję. Lecz tego, że zobaczę go w sądzie, że znów będzie mnie wyzywał — przerwałam Sławkowi. Ten chwilkę milczał. Słyszałam równy oddech. Miałam wrażenie, że słyszę nawet myśli przyjaciela, które brzmią: „kochamy cię, nie martw się.”

— Będziemy z tobą — usłyszałam po chwili. — Nie tylko ja z Dorotą, ale i twoja mama, oraz synowie… Mam po nich podjechać, a potem po ciebie. Twoja mama też się denerwuje, chyba tak samo jak ty. Uważam, że nie potrzebnie. A propos, obiecałem ich przywieźć do sądu, jeśli bym nie zdążył wpaść do ciebie, to wsiadaj w taksówkę, i przyjeżdżaj. Będziemy już tam na ciebie czekać. Dobrze? — wtrącił, aby po chwili w tym samym tonie, dodać:

— Trzymaj się. Pamiętaj, nie jesteś sama. Będziemy wszyscy — stwierdził stanowczo.

— To dobrze. — Odetchnęłam z ulgą, choć nie ukrywałam też tego, że czułam się zakłopotana.

Zdałam sobie sprawę z tego, że wciągnęłam w swoje bagno życia tak wiele kochanych osób. Czułam, że cierpią razem ze mną. I właśnie z tego powodu było mi szalenie przykro. Dopiero dziś, niemal dziewięć lat od dnia ślubu z Robertem, uświadomiłam sobie jak wiele osób, tak mi bliskich, kochanych, skazałam na piekło życia z alkoholikiem. Zawsze myślałam, że to dotyczy tylko mnie i synów, teraz, dokładnie w tej minucie, dotarło do mnie, i to z całą mocą, jak bardzo się myliłam. Poczułam nie tylko zakłopotanie, zawstydzenie, ale ogrom smutku… Bo przecież tego nie chciałam. I znów potwierdza się przysłowie, że człowiek nie jest samotną wyspą. Otacza nas morze ludzi, którzy czasem, niczym morskie fale, wpływają na brzeg naszego życia, tylko po to by pomóc, wesprzeć, ale czasem by zniszczyć. Tak jak uczynił to najpierw Wiktor, a potem Robert. Ale na moje szczęście byli, i są tacy wokół mnie, jak Sławek i jego rodzina. Nie wspominając moich bliskich: mamy i synów. Dziś już prawie dorosłych młodych mężczyzn, którzy trwają wciąż obok, mimo sztormów i burz. Zawsze gotowi pomóc, także w sposób wymierny, ale również poprzez słowa otuchy. Takie, które i dziś popłynęły z ust przyjaciela.

***

Sławek nie zdążył jednak przyjechać. Niestety nie miałam pieniędzy na taksówkę. Zostałam więc skazana na jazdę przepełnionym tramwajem. Wlókł się przez kolejne ulice Wrocławia. Nie należało to do miłych doświadczeń. Upał dawał się we znaki. Ludzie otępiali, sprawiali wrażenie podduszonych. Nie pomagały otwarte okienka, ni górne lufty. Duchota stawała się nie do wytrzymania. Gdy wysiadłam miałam wrażenie, że dopiero teraz oddycham. Pot zalewał mi oczy.

I nie tak moje krągłe kształty dawały się we znaki, ani nie fakt, że pędem rzuciłam się w kierunku budynku sądu, ale fakt lejącego się żaru z nieba sprawił, że czułam się okropnie. Wciąż zagubiona, niepewna, i przede wszystkim nieatrakcyjna, podążałam w kierunku gmachu. Co rusz poprawiałam sukienkę. Prostowałam jej fałdy. Byłam ubrana w lekką, przewiewną, granatową tunikę (bardziej sukienkę), o prostym, nieco tuszującym kroju, bez żadnych ozdobników, i zastanawiałam się, czy sprostam kolejnemu wyzwaniu, kolejnej konfrontacji. W końcu stanęłam na schodach wiodących do sal rozpraw, i zdecydowanym krokiem przekroczyłam próg. W gmachu sądu panował przyjemny chłód. Otarłam kropelki potu z czoła, poprawiłam włosy, które spiralnie skręcone przylepiły się do karku, i biorąc oddech podążałam ku przeznaczeniu. Wciąż, nerwowo poprawiałam włosy. Nie były długie, ale wystarczająco długie, aby niczym folia oblepić szyję. Było to niemiłe uczucie. Przez ponad dwie godziny szykowałam się do wyjścia (fakt tuszy ograniczał moje decyzje, co do ubioru, we wszystkim źle się czułam) sprawiał, że nie czułam się komfortowo. Wydawało mi się, że znów jestem „paszczuchem”, cokolwiek to znaczy.

I tak pokonałam kolejne piętro, aby dostać się do sali numer dwieście czternaście, w której to, za dziesięć minut, miała odbyć się sprawa rozwodowa. Trzęsłam się ze strachu. Oglądałam się wkoło szukając wzrokiem Roberta. Obawiałam się, że będzie pijany, i że wywoła burdę pijacką. Na szczęście go nie było. Za to w oddali dostrzegłam sylwetkę Sławka, Doroty, ich córek, moich synów idących w towarzystwie mojej mamy…

Są, przyszli — pomyślałam, łapiąc oddech.

Już się nie bałam. Poczułam siłę, której brakowało mi przez ostatni rok. Rok, w którym wciąż odraczano sprawę rozwodową. Powodem było niestawiennictwo pozwanego. Wszczęto więc procedury, które miały spowodować, że w końcu się zjawi, ale nawet sąd okazał się być bezsilny. I dziś też tak się stało… Robert nie pojawił się, jak przewidywał Sławek, lecz informacje z policji dały możliwości prawne, które mógł wykorzystać sąd podczas ogłaszania wyroku. I tak po kolejnej godzinie go usłyszałam. Byłam wolna. Robert dostał nakaz eksmisji. Przysądzono mi również alimenty na synów. Z emocji, ze szczęścia popłakałam się jak dziecko. Tulona przez najbliższych, schodziłam po schodach, łkając.

— Kinguś, odzyskałaś wolność. Znów masz los w swoich rękach. — Mamy spojrzenie było pełne miłości, a zarazem wzruszenia. Stanęłam, spojrzałam w jej zielone oczy, na te subtelnie rysujące się zmarszczki na opalonej twarzy, i uśmiechnęłam się przez łzy, szepcząc:

— Tak, jestem wolna. Tym razem nie zmarnuję sobie życia. Miłość mnie już nie zaślepi…

— Nie mów hop. — Zaśmiał się Sławek. Dorota mu zawtórowała. Zresztą nie tylko ona. Bowiem wszyscy wiedzieli, że miłość to jest to uczucie, któremu ulegam najszybciej. Tracąc przy tym kontrolę nad emocjami. Staję się ufna, wręcz naiwna, i uparcie wierząca, że może tym razem? Może w końcu dane mi będzie zaznać tej jedynej, prawdziwej miłości? Nigdy w to nie przestałam wierzyć. Nie szukałam jej na siłę. Nie rozglądałam się, nerwowo wyczekując jej nadejścia, lecz czułam, wierzyłam, że ona sama w końcu mnie odnajdzie. A ja jedynie muszę dać jej szansę. Tylko jak odróżnić, rozpoznać tą jedyną, tą prawdziwą miłość? Tego właśnie nie wiedziałam, dlatego dwukrotnie dałam się zwieść zauroczeniu. Pomyliłam po prostu uczucia; zauroczenie wzięłam za miłość. Dlatego związki te nie miały szansy na przetrwanie. Tego byłam już pewna.

***

Kolejne dni nie były pasmem szczęścia. Dla Roberta nic nie znaczyło, że jesteśmy po rozwodzie. Nadal usiłował dominować. Przez kilka tygodni, a potem miesięcy i niestety lat, walczyłam i to jak lwica, o prawdziwą wolność. Bo ta, nadana mi mocą wyroku sądowego, dla mojego kata nic nie znaczyła. Wciąż poniżana, a może jeszcze bardziej, usiłowałam przetrwać wraz z synami. Marcel i Mateusz dorastali buntując się przeciwko ojcu. Apogeum zostało osiągnięte pewnego dnia, a raczej wieczoru… Robert po kolejnej awanturze, po kolejnej interwencji policji, nie omieszkał dokonać zemsty. Wybił wszystkie okna w mieszkaniu. I uciekł nie wiadomo gdzie…

Był październik, zimno, deszczowo, a nam groziło spędzenie nocy nie tylko na pilnowaniu domu, ale i na marznięciu.

Wystarczył jeden telefon do Sławka, a zjawił się przed północą dźwigając szyby, które wstawiał niemal do trzeciej w nocy. Rankiem musiałam iść do pracy. Sławek również. Synowie do szkoły. Widziałam na ich twarzach zmęczenie w chwili, gdy szykowałam śniadanie. Marcel zasypiał nad stołem. Mateusz nie mógł w ogóle podnieść się z łóżka. Sławek pił kawę z zamkniętymi oczami, ja podobnie. Ale przecież życie musiało toczyć się dalej.

Nieprzespana noc nikogo nie obchodziła ani u mnie w pracy, ani w szkole… Sławek był w nieco lepszej sytuacji. Miał własną małą firmę, i to on był szefem. Ale nie oznacza to, że mógł sobie zrobić wolny dzień. Wręcz przeciwnie. Spoczywało na nim znacznie więcej niż na mnie, czy nawet dzieciach. Ja pracowałam w biurze, mogłam pozwolić sobie na niejedną przerwę na kawę. Synowie kończyli zajęcia przed dwunastą, ale Sławek dopiero pod wieczór. Skup złomu, dwa punkty, oddalone od siebie i to znacznie, musiały być przez niego dopilnowane, a raczej dwaj nowi pracownicy.

Tak więc nie do końca pewni czy damy radę przetrwać dzień, ruszyliśmy około siódmej do codziennych obowiązków.

***

Jechałam wypełnionym po brzegi tramwajem, zastanawiając się jak dzieci sobie poradzą. Doszłam do wniosku, że muszę zwrócić się o pomoc do sąsiadki, na którą zawsze mogłam liczyć. Niewiele myśląc wyciągnęłam telefon komórkowy z torebki, i napisałam SMS-a:

„Witam pani Wiktorio, tu Kinga. Mam prośbę. Synowie, choć to rosłe chłopaki, wracają po dwunastej ze szkoły. Proszę na nich mieć oko. Robert w nocy znów się awanturował. Wybił szyby w mieszkaniu. Boję się o synów, boję by nie doszło między nimi do awantury. Przecież kiedyś puszczą im nerwy… Będę wdzięczna za pomoc.”

Długo nie czekałam na odpowiedź:

„Wiem. Przykro mi. Kochanie, o nic się nie martw. Zajmę się chłopakami. Uważaj na siebie.”

Odetchnęłam z ulgą i spojrzałam za okno. A tam deszcz spłukiwał strugami chodniki. Ludzie skuleni podbiegali na przystanek. Czekał mnie jeszcze kwadrans przejażdżki tramwajem z ludźmi, na których twarzach malowało się znużenie podobne do tego, które było widoczne na mojej buzi. Zamknęłam oczy i znów udałam się do krainy marzeń, w której miałam normalny dom, kochającego, troskliwego męża. Zawsze tak robiłam, aby nie zwariować. Moja wyobraźnia ratowała mnie przed załamaniem, przed obłędem. Bo to, czego już zdołałam doświadczyć (miałam niespełna czterdzieści pięć lat) powodowało, że sądziłam iż znajduję się tuż przed wrotami piekieł, czyli widmem depresji.

***

Godziny mijały, jedna za drugą. Nie mogłam doczekać się powrotu do domu. Towarzyszyły mi sprzeczne emocje, z jednej strony niczego tak nie pragnęłam jak być już w domu, a z drugiej lęk zmuszał mnie bym odczuwała strach… Zwyczajnie bałam się. Zastanawiałam się, wróżyłam z fusów resztek kawy, wcale nie dla zabawy, czy były już mąż będzie trzeźwy, czy pijany. (Mimo wyroku sądowego nie raczył opuścić mieszkania. Czekałam z lękiem na oficjalną eksmisję pod nadzorem policji, o czym on nie wiedział). Lecz zdominowana przez skrywaną tęsknotę za domem, za synami, wbrew pozorom było mi wszystko jedno jak będzie; bylebym tylko już mogła przywitać się z dziećmi, usiąść w pokoju, z kubkiem kawy w dłoni, wyprostować nogi, i tak zwyczajnie, po ludzku, odpocząć. A to czy za uchem będzie burczał pijany Robert czy nie — już mnie nie interesowało…

Bywały dni od rozprawy, że stawał się mniej agresywny. Jednak majestat sądu, jak i wyrok w zawieszeniu na dwa lata za znęcanie się psychiczne, i fizyczne nad rodziną, znacznie go przystopował. Miał co prawda napady szału, jak w przypadku wybitych okien, czy podłożenie ognia pod drzwi, ale w porównaniu z innymi jego czynami były to drobiazgi. Uparcie wierzyłam, że czas panowania Roberta kończy się. Bardzo liczyłam na eksmisję pod nadzorem policji.

A tym czasem odmierzałam minuty w pracy… I w końcu nadszedł czas, o którym marzyłam przez ponad osiem godzin.

Wracałam przepełnionym tramwajem do domu. Gdy przekroczyłam próg, ucieszyłam się, że Robert zdążył upić się na tyle, że zasnął.

Nawet nie wiedziałam kiedy wrócił. Dopiero później zorientowałam się, że ukradł klucze najmłodszemu synowi. Wyciągnęłam je z bocznej kieszeni kurtki, i schowałam. To była ciągła zabawa z tymi kluczami. On kradł je synom, a ja jemu… i tak w kółko. Już dawno temu zgubił swoje. Trudno było go upilnować. Pogodziłam się z tym, w sumie machnęłam ręką, bo to była walka z wiatrakami.

Zajęłam się przygotowaniem obiadu. Synowie już po kwadransie byli w domu. Widzieli mnie z okna pani Wiktorii, i szybko zbiegli na dół. Nie omieszkałam jej podziękować. Miałam szczęście mogąc liczyć na jej pomoc.

A tym czasem zachowywaliśmy się cicho byleby tylko nie zbudzić Roberta. Nie chciałam ani ja, ani dzieci kolejnej awantury.

Wieczór nastał szybko. A po nim noc… I znów mogłam marzyć. Po raz kolejny uciekłam do przyjaznego świata. Świata moich marzeń, gdzie mogłam cieszyć się spokojnym życiem, a do tego piękną miłością. Ale i tam, wbrew mojej woli, wkradł się cień smutku, i rozpanoszył nie bacząc na moje wysiłki, aby przestał istnieć. Po prostu trudno jest uciec od rzeczywistości. Ona zawsze znajdzie lukę, nawet w naszej wyobraźni, by udowodnić, że od przeznaczenia się nie ucieknie. I choć sen mieszał się z jawą, choć świadome kreowanie marzeń, tworzenie idealnych obrazów pochłaniało całą energię, musiałam w końcu się poddać. Poddać, gdy pod powiekami zapanował mrok, gdy złowróżbny cień kradł, fragment po fragmencie, z moich marzeń. Okazałam się zbyt słaba na kolejną walkę. Niestety.

Usiadłam pokonana na łóżku. Z trudem odrzucałam obrazy ze snu pełne smutku, cierpienia. Wstałam wierząc, że mocna kawa, porcja lodów skutecznie rozproszą mrok. Udałam się do kuchni. Po niespełna dziesięciu minutach siedziałam przy małym kuchennym stole. Za oknem panował mrok, równie nieprzyjazny, jak ten panoszący się w moim śnie. Po raz pierwszy straciłam możność kierowania sennymi marzeniami. Do tej pory miałam nad nimi pełną władzę, lecz tej nocy było inaczej. Zakryłam rękoma twarz. Usiłowałam zahamować napływające do oczu łzy…

Pozornie byłam wolną osobą. Pozornie mogłam układać sobie życie od nowa, ale to było złudne. Potrzebowałam lat, aby urzeczywistnić niektóre z marzeń. Ale nie spodziewałam się jedynie jej… miłości. Wbrew pozorom nie miałam na nią ochoty, lecz ona była innego zdania. Mimowolnie przywołałam z pamięci jeden wiersz. Bardzo piękny wiersz.

Magia chwili.

Wrzesień swym pięknem złota promieni,

brązem swych liści, zielenią cieni,

schyłkiem poranku, rozkwitem dnia…

Przywita parę… To On i ja.

Weźmiesz aksamit dłoni mej drżącej.

Ciepło otuli, ogrzeje słońce.

I poprowadzisz mnie w inny świat,

gdzie w sali luster blask szczęścia trwa.

Gdzie kołem życia złoto się toczy,

gdzie serce Twoje z moim się złączy,

gdzie słowo kocham brzmi wciąż od lat,

lecz teraz powiem Tobie to ja.

A potem, niczym dotyk motyla,

usta Twe dotkną purpury warg.

I słodycz wpłynie rzeką miłości,

a magia chwili zacznie nam trwać.

Słowa szeptane w kuchni, gdzie bliskość ścian przyprawiała o klaustrofobię, wracały do mnie lekko przytłumione. Spojrzałam w górę. Sufit opadał na mnie, jak łzy, które spływały z policzka wprost na blat stolika. To właśnie wtedy postanowiłam stworzyć na jawie inną rzeczywistość. Ułożyć sobie życie od nowa.

Zmyślone życie — pomyślałam i spojrzałam w lustro, aby dostrzec tam inną osobę. Zapragnęłam zobaczyć niemal doskonałą Kingę; szczupłą, uśmiechniętą i pełną wiary.

Westchnęłam, i raz jeszcze spojrzałam w lustro. Niewielkie wiszące tuż obok, na ścianie, w srebrnej ramie. I stało się… odpłynęłam. Stworzyłam inną rzeczywistość, bo moja mnie niszczyła, przytłaczała. Każdego dnia zabierała oddech. Nie mogłam tak dłużej żyć. Po prostu… Nie mogłam. W tej rzeczywistości pragnęłam zasnąć i się nie obudzić. Gdyby nie synowie… To kto wie? Tygodniami słuchałam piosenki Urszuli „Na sen”. Szukałam w niej siły, nadziei, i odnajdywałam siebie. Własne lęki, ale też i cienką jak włos niteczkę wiary, że w końcu wygram. Dlatego moja inna, nowa, lepsza rzeczywistość już zaczynała mnie kusić, stając się obietnicą lepszego jutra.

Czekało mnie jeszcze wiele gorzkich chwil. Wiedziałam o tym, dlatego zapragnęłam stworzyć alternatywną rzeczywistość, nie tylko dla siebie. Stworzyłam ją dla wszystkich, których kochałam, i kocham.

Wspomnienie III

Czy to sen na jawie? Inna rzeczywistość?

Sierpień 2012r.

Ranek był tak zwyczajny… Śniadanie do tego kawa, dla mnie jak zwykle trzy łyżeczki cukru. Ty słodzisz tylko jedną. Stałam przy zlewie ubrana w niebieską koszulkę nocną. Opłukiwałam łyżeczkę, moją ulubioną, taką w kształcie płatka róży. Śmiałeś się spoglądając na mnie, a po chwili powiedziałeś:

— Jesteś i bez cukru słodka, kochanie. — Stanąłeś za moimi plecami, objąłeś i całując mnie w szyję zdecydowanie przytuliłeś. Zawsze to lubiłam, ale ty o tym wiesz. Póki co roześmiałam się i odparłam, nie uwalniając się z objęć.

— Słodyczy nigdy za wiele.

— Mój ulepku. — odparłeś. I roześmiałeś się, i nieco uwalniając mnie z uścisku swoich ramion, lekko obróciłeś. Pochyliłeś się. Twoje ciepłe, wilgotne usta dotknęły moich. Woda płynęła do zlewu roztrzaskując się w mozaikę kropli. Czajnik pogwizdywał informując, że woda jest już gotowa. Dwie filiżanki w kwieciste wzory cierpliwie czekały na blacie kuchennym, a my niepomni tego wszystkiego rozkoszowaliśmy się sobą… Obok, tuż za naszymi plecami znajdowały się drzwi do sypialni. Wciąż w uścisku, wciąż czerpiąc największą słodycz z pocałunku, cofaliśmy się w jej kierunku. Nie ważna była kawa, śniadanie zamarło w oczekiwaniu na naszą uwagę. Dwa rogale, jajka na twardo… i nieszczęsna kawa. Jedynie czajnik stojący na kuchence gazowej, wciąż tak intensywnie osaczony przez płomień, zdołałeś wyłączyć. Po chwili, leżąc na łóżku, daliśmy się porwać namiętności…

Wiesz, jak bardzo uwielbiam wędrówkę twoich dłoni po moim ciele? Wiesz o tym prawda? Wtulałam się w ciebie rozkoszując się tą chwilą, jedyną niepowtarzalną. W myślach szeptałam słowa pełne miłości. Dlaczego w myślach? Bo nie mogłam inaczej. Twoje usta nadal błądziły po moich, a dłonie? Dłonie subtelnie, jakbyś dotykał skrzydeł motyla, muskały moją skórę. Moje ciało poddawało się, rozpływałam się w twoich ramionach. Nie chciałam dominować, wolałam byś to ty nadawał tempo, byś ty był panem sytuacji. I byłeś. Czasem lubiłam inaczej, ale nie dziś, nie teraz.

Gdy zabrakło mi tchu pozwoliłeś na oddech, gdy zabrakło sił, dałeś odpocząć, ale nie pozwoliłeś odczuć oddalenia, wciąż byłeś tak blisko jak oddech, który właśnie zaczerpnęłam. Tak blisko, że bliżej się nie dało.

— Kocham cię, Kruszynko. Jesteś moim darem od Boga — wyszeptałeś, między jednym pocałunkiem w szyję, a drugim. Moje ciało pokryły krople potu, a ty traktowałeś je jakby były rosą zebraną na porannych źdźbłach trawy, lub płatkach róż.

— Ty również. — Moje słowa były równie ciche. Jedynie serce biło głośno w klatce piersiowej. A ta unosiła się sterowana emocją coraz szybciej… i szybciej.

Za oknem chmurzyło się. Październik oznajmiał od kilku dni, że jest panem dnia. Jesień nie była piękna. Wciąż deszcz, ponure krople roztrzaskiwały się o parapet. Niebo przytłoczone szarością chmur zdawało się, że zawisło w bezruchu, tuż nad mokrymi dachami domów. Ale w nas po raz kolejny rozbłysło słońce.

Pamiętasz nasze początki? Na pewno. Dla mnie są tak żywe, tak intensywne w pamięci i świeże, że niemal namacalne.

Marzenia… ile znaczą w naszym życiu? Czym są? Celem? Niedościgłym pragnieniem znalezienia czegoś, na przykład; drogi życiowej, która stworzy dla nas inną, lepszą perspektywę rozwoju? A może są ułudą, która karmi nasze dusze, by móc po prostu jakoś przetrwać? Nie wiem. Dziś już nie wiem. Kiedyś znałam odpowiedź. Ale „dzika lokatorka” obdarła mnie ze złudzeń.

A mimo tego spróbuję pomarzyć.

Wspomnienie IV

Czy naprawdę tak mogło być?

Jesień życia w księdze Miłości.

A kiedy dotkniesz dłoni mej drżącej

pomyśl, że wszystko jeszcze przed nami;

noce i dni lata i zimy.

Mimo, iż jesień bawi się z nami.

Złotem i brązem otuli ziemię.

A potem wpłynie gwałtownym wiatrem,

i ściągnie na nas szare obłoki,

które pokryją nam skronie blaskiem.

Księżyc zagubi się w moich włosach.

Pył gwiezdny siądzie na mojej skroni,

a potem twoją ozdobi wieniec,

co laurem czasu rzeźbi na dłoni.

Subtelny dotyk, pogodne lico

i szczęście skryte w czerni źrenicy,

bo oto jesteś, i ja wciąż jestem,

mimo iż jesień wkrada się w życie.

Lecz my niepomni jej skrytej mocy,

razem pójdziemy pośród listowia,

i niczym dzieci pełne ufności,

spiszemy księgę naszą od nowa…

Czytając ten wiersz, wzruszam się. Jest o nas, o mnie i o tobie. Dziś, zamyślona, wędrująca ku przeszłości, dziś tworząca nową rzeczywistość zrozumiałam, że stał się on mottem przewodnim moich marzeń. Moich snów.

Maj, to mój ulubiony miesiąc. Wszystko kwitnie, rwie się do życia. Rodzą się nowe, czasem tak piękne, uczucia. Rodzi się nadzieja. Nadzieja, którą właśnie wypatrywałam przez okno. Wsparta na łokciach niemal leżałam na parapecie okna, by móc dojrzeć każde rodzące się kwiecie, a nawet źdźbło trawy. Mieszkałam na parterze, więc nie było z tym kłopotu. Przed oczami rozpościerał się widok, za który warto było tyle zapłacić. Kupiłam to niewielkie dwupokojowe mieszkanko z tarasem, niespełna rok temu, a już zdołałam poznać każdy krzew, kwiat rosnący pod oknami. Bardziej znałam to niż sąsiadów, którzy wciąż bacznie, acz grzecznie mijali mnie na schodach. Wzajemnie wymienialiśmy pozdrowienia, powitania i mijaliśmy się jak obcy sobie ludzie, bo przecież nimi byliśmy. Nie zależało mi na nawiązywaniu bliższych relacji z mieszkańcami „pomarańczowego bloku”, jak nazwałam ten budynek.

Rok temu, właśnie w maju, miałam do wyboru dwa mieszkania, niemal bliźniacze, lecz położone na dwóch odległych krańcach miasta Wrocławia. Zdecydowałam się na te, gdyż znajdowało się przy ulicy niosącej nadzieję, a już na pewno piękne skojarzenia. Tak więc decyzja mogła być tylko jedna. I dokładnie rok temu stałam się właścicielką mieszkania znajdującego się w bloku, stojącego nieopodal parku, na ulicy Różanej 40. A dlaczego „pomarańczowy”? Ponieważ jego elewacja była w tym kolorze. Jedynie dach budynku był pełen czerwieni. Balkony zaś akcentem zdecydowanej zieleni przełamywały kolor tego owocu. Intensywność barw była oszałamiająca, ale nie należało się temu dziwić, gdyż budynek został oddany do użytku zaledwie dwa lata wcześniej.

Wraz z synami sprowadziłam się do nowego mieszkania wierząc, że właśnie tu odnajdę spokój po burzliwym i pełnych spięć małżeństwie. Nie musiałam obawiać się byłego męża, on nie miał zamiaru niczego mi utrudniać. Pochłonięty nową miłością „jedyną, prawdziwą”, jak powiedział, wolał póki co być od nas z dala. Może nie od synów, ale wiedział, że na tym etapie nie są skłonni tak łatwo mu wybaczyć, więc odpuścił. Po sprzedaniu naszego domu, dość sporego, odzyskałam część pieniędzy, które włożyli moi rodzice. Niestety oni nie umieli odnaleźć się w obecnej sytuacji. Ich zbyt konserwatywne poglądy stały w sprzeczności z kolejnym aktem rozwodowym, ale w końcu i to zaakceptowali.

A ja tym czasem urządzałam się, aklimatyzowałam w nowym miejscu. Synom przyszło to łatwiej. Lecz dziś z samego rana wyjechali do moich rodziców, do Jeleniej Góry. Wrócili po tygodniu, i niemal od razu planowana była ich kolejna podróż, tym razem z ojcem. Obiecał synom kilkudniowy wypad w góry. Ale to dopiero było przed nami…

Póki co cieszyłam się, że zajęcia szkolne dobiegły końca, również moje. Ani ja, ani synowie nie mieliśmy kłopotów z nauką. Chłopcy uczyli się nawet lepiej ode mnie. Ich noty były nieporównywalne z moimi. Każdy z nich miał już plan na życie. Marcel postanowił iść na prawo, a Mateusz na medycynę, a ja…? Ja kończyłam Wyższą Szkołę Bankowości.

Na co mi przyszło? Co ja robię? Po co rozpoczynam naukę? — myślałam, gdy dwa lata temu składałam papiery. — Przecież na karku dźwigam prawie czterdzieści pięć lat, a to nie jest dobry moment. — Kolejna z myśli rodziła się w chwili, w której podpisywałam indeks.

Ale paradoksalnie nauki mi się zachciało. Mimo to nieraz kombinowałam jak się z tego uwolnić, lecz nie dało rady. Poczucie, a raczej pragnienie, by wiedzieć więcej uruchomiło we mnie tę potrzebę i nie ukrywam, że przyjaciółka Luiza skutecznie mnie mobilizowała. Znałyśmy się od lat. W sumie od liceum, lecz jak to bywa w życiu, nasze drogi rozeszły się, lecz gdy los znów nas połączył okazało się, że jest moją przełożoną. Mało tego, miała już tytuł specjalisty i była w trakcie robienia doktoratu, a ja wciąż byłam tylko magistrem ekonomii. A więc i sprawa ambicji wchodziła w grę. Muszę wspomnieć, że Luiza jako przełożona miała dar do mobilizowania ludzi, nie tylko by się kształcili, ale organizowała nam spotkania integracyjne, na których oprócz zabawy, potańcówek, toczyliśmy wartkie rozmowy. Wszystko miało sprowadzić się do podnoszenia świadomości i naszej wartości. Zawsze mówiła, że; „dobry pracownik, to zmotywowany pracownik”. I niezaprzeczalnie miała bardzo dobry wpływ na nas wszystkich, również na mnie, ale póki co miałam wolne od nauki i od pracy. Właśnie dziś rozpoczęłam urlop. To był jego pierwszy poranek. Cieszyłam się ciszą i spokojem. Z lubością oddawałam się czytaniu, a nawet nicnierobieniu, i tak aż przez tydzień.

***

Nastał dzień wyjazdu synów z ojcem. Robili dobrą minę, do złej gry, ale prawdą było to, że Robert się zmienił. Nie wiedziałam na jak długo, ale czułam że po raz kolejny założył jedną z wielu swoich masek. Niemniej jednak po rozmowie z chłopcami uzgodniliśmy, że dadzą mu szansę, choćby ten jeden, jedyny raz. I ten „raz” właśnie nadszedł…

Robert przyjechał po Mateusza i Marcelego, rosłych w sumie facetów już z samego rana. Gdy wychodzili patrzyłam przez okno, i ich podziwiałam… Byli niczym bracia bliźniacy. Robili i mówili to samo, a do tego wszystkiego, gdy się na nich patrzyło odbierało się ich uderzające podobieństwo, jako fenomen natury. Nawet blizny zdołali mieć w tych samych miejscach. Urodziłam ich po trzydziestce. Nie spieszyło mi się ani do zamążpójścia (chyba przeczuwałam, co mnie czeka, i przede wszystkim bałam się powtórki…), ale w końcu uległam naciskom, zwłaszcza mamy, no i oczywiście Roberta (w niepamięć poszedł nieudany związek z Wiktorem. Jedynym najsłodszym, najukochańszym dowodem tej miłości stał się Grześ, ale tylko on — żadne inne wspomnienie nie zasługiwało na uwagę). I tak założyłam kremową garsonkę, podpisałam „cyrograf”, że „na zawsze, że na dobre i złe”, i stałam się panią Warczak… Byłam nią przez niemal dziesięć lat. Lecz zaraz po rozwodzie wróciłam do panieńskiego nazwiska. Tak więc znów w dowodzie osobistym czytałam: Kinga Anna Łukowicz. I to pasowało mi najbardziej.

A tym czasem śledząc wzrokiem oddalający się samochód Roberta, i dostrzegając gest machania rękami synów na pożegnanie, również pomachałam, posłałam im całusa, i ze wzruszeniem wspomniałam chwile, gdy brałam na ręce każdego z nich, i to dosłownie zaraz po porodzie. To była (i nadal jest) sama słodycz… Czysta miłość.

Lecz póki co ponownie zostałam sama w domu, i wtedy pomyślałam, że dobrze by było adoptować ze schroniska kotka. Piesek już był, i to od ponad trzech lat. Wabił się Brutusek, ale zapragnęłam aby w domu pojawił się kotek. I los mi sprzyjał. W kolejnym tygodniu, zaraz po powrocie synów, na naszym podwórku jakiś (inaczej go nie nazwę) zwyrodnialec, wyrzucił trzy maleństwa do kubła na śmieci. Zawinięte w reklamówkę umierały nie tylko z głodu, ale i braku powietrza. Dwa niestety odeszły za Tęczowy Most. Trzeciego uratował syn Mateusz. Usłyszał słaby, cichy pisk, który dochodził z kontenerów na śmieci. Nie zawahał się i wszedł do środka. Przyniósł do domu na wpół żywą kruszynkę. I gdy pokazywał mi malca, płakał. A ja nie umiałam wytłumaczyć synom, tak wielką, niewyobrażalną wręcz ludzką podłość. Ponieważ gdyby nie fakt, że pyszczek tej kruszynki znalazł się w pojemniku po śmietanie, z pewnością by już nie żył. I do dziś dnia jestem przekonana, że dzięki temu przeżył. Ale był słaby, odwodniony. Jego życie nadal było zagrożone. Musieliśmy działać, i to szybko. Pomógł zaprzyjaźniony weterynarz, i udało się. I tak Brutusek stał się przybranym „tatusiem” dla maluszka, któremu nadaliśmy imię Filipek. Oboje nie odstępowali siebie na krok. A ja oraz synowie z nieukrywaną radością spoglądaliśmy na nasze kochające się, a czasem szalejące beztrosko pupile. Dom jakby stał się pełniejszy. Jakby bardziej radosny. Może dlatego w niespełna dwa miesiące później pojawiła się kotka (oczywiście ze schroniska), której nadaliśmy imię Klara. Synowie byli uszczęśliwieni. Brutusek początkowo troszkę był zdziwiony, ale merdając radośnie ogonkiem zakomunikował, że dzielnie podejmie się opieki nad kolejnym szkrabikiem. Godzinami, na zmianę oblizywał kociaki, które również zapałały do siebie miłością. Miło było na to patrzeć. I nie tylko na to… Śmiechom, zabawom, psotom nie było końca. Radość emanowała nie tylko z buziaków synów, ale i z pyszczków pupili… Niestety nie zawsze z mojej.

Znów, zwłaszcza wieczorami, miałam ze sobą problemy. A raczej z wizjami, które mnie prześladowały. Nie pomagało tworzenie, choćby na siłę, lepszego świata. Czułam, że zaczynam się gubić. Że przestaję odróżniać fikcję od prawdy. Że oba światy zaczęły się, w sposób niekontrolowany, przenikać…

Co w końcu jest prawdą?

Mijały dni, potem tygodnie, aby zaprzęgnąć na koniec lata… Wolna, poszukująca, przede wszystkim lepszego życia, wyprowadziłam się z kolejnego mieszkania. Musiałam. Ścigana przez komornika nie miałam wyboru. Po Robercie zostały tylko długi i rozgoryczenie. On, znów poleciał jak po równi pochyłej, i jako bezrobotny nie miał z czego ich spłacać. Niestety nie mieliśmy intercyzy. I znów zostałam zmuszona do kolejnej przeprowadzki w dobrze znane mi zakątki Wrocławia. Czynszowe kamienice, stare, bez elewacji, z cieknącymi sufitami, nie były szczytem marzeń. Lecz kiedy otrzymywałam małe dwupokojowe mieszkanko, pękałam z dumy. Miałam świadomość, że sama bez żadnej pomocy, zdołałam wywalczyć kąt dla siebie, dzieci oraz pupili. Musiałam się o nas zatroszczyć. Dać nam nowy dom… Za każdym razem, po każdym rozstaniu, choć tego nigdy nie planowałam, przeprowadzałam się. Tak było lepiej. Dawało mi to prawdziwe poczucie wolności i pozwalało uwierzyć, że tym razem będzie inaczej…

Wciąż marzyłam. Nadal uciekałam w świat fikcji. To pomagało mi przetrwać.

Minęły kolejne dwa lata. Okazało się, że znów mogę liczyć na pomoc bliskich, na rodzinę… Udało się wziąć niewielki kredyt i kupić mieszkanie z tak zwanej „drugiej ręki”. Znów zamieszkałam w kolorowym osiedlu. Wierzyłam, że to już koniec tułaczki. Kolejny rok, kolejne wakacje, i urlop, który właśnie zaczynałam.

Kolejne lato… Fikcja, czy prawda?

Siedziałam na balkonie, i spoglądając w dół cieszyłam się widokiem, który rozpościerał się u moich, niemalże stóp. Synowie, jak co roku jeździli do dziadków. Przed nimi ponownie była wizja wyjazdu z ojcem. Miałam obawy, oni również, ale i tym razem postanowili dać mu szansę. Dni mijały, powoli i spokojnie. Pewnej soboty przyjechała moja mama, aby zabrać chłopaków do siebie. I na ten wyjazd obaj się cieszyli. Lecz ten wyznaczony czas upłynął szybko, i od ich powrotu znów minęło trochę dni. A ja nadal odpoczywałam, żyłam po prostu niespiesznie. A w między czasie synowie zaczęli szykować się do kolejnego wyjazdu. Tym razem z ojcem. I wbrew pozorom wcale ich nie cieszył ten kilku dniowy wypad nad morze.

Dziwna sprawa z tym Robertem, jeśli chodzi o jego partnerki. Przy spotkaniu stwierdził, że ta, kolejna „nowa, inna, lepsza miłość”, jest dokładnie tą, na którą czekał. I chyba po trosze tak było, ponieważ zapanowała nad jego alkoholizmem. Nawet wydawało się, że na dobre. A może nie? Może i tym razem przyczaił się, aby zyskać pewność, że nie utraci tego co zyskał. Tak przecież postąpił ze mną, i z jej poprzedniczką. W sumie ile kobiet było w jego życiu, nie wiedziałam ani nie interesowałam się tym. W ogóle mnie to nie obchodziło, lecz on przy każdej wizycie, podkreślał, że „tym razem, to jest już dokładnie — ta — kobieta.” W duchu śmiałam się z tych zapewnień. Ale nie okazywałam tego… Podświadomie, a może to znów była intuicja? nie wiem, lecz przewidywałam jego przyszłość. I wcale nie malowała się w takich różowych kolorach.

A tym czasem gapiłam się na krzewy róż pod oknem balkonowym. To, co tam było świadczyło o ciężkiej pracy lokatorów. Oni oto zadbali, o cały przyległy teren. I nie tylko. Podwórko było jak z bajki. Kolorowe huśtawki, piaskownica, karuzela i inne małe arcydziełka stworzone ku uciesze maluszków przez ich rodziców, i administratora. A dzieci było tu mnóstwo. Budynek zamieszkiwali młodzi ludzie, młode małżeństwa i stąd ten mały narybek, często krzyczący, płaczący na podwórku. Zresztą całkiem blisko moich okien. A to czasem nie podobało mi się, lecz cóż przecież nie zapomniałam jeszcze na co było stać moich synów. Znów mimowolnie na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Odsunęłam się, wyprostowałam i spojrzałam w odbicie w szybie. I co ujrzałam? Uśmiechniętą twarz kobiety, którą los, a może Bóg?, łaskawie obdarzył „wieczną młodością”, jak mawiały koleżanki. Nie widać było po mnie tych lat, co tak skutecznie usiłowały o sobie przypomnieć, i to za każdym razem, gdy musiałam się wylegitymować, cyfry w dowodzie osobistym. Dokonałam przeobrażenia, nie tylko tego fizycznego, ale tego najważniejszego. W końcu uznałam, że uporałam się z demonami z przeszłości. Zadbałam nie tylko o ciało, ale i ducha. Miałam krótkie, kasztanowe włosy, oczy w odcieniu zieleni i pełne usta. Skóra „brzoskwinki”, i stąd moje przezwisko. Uraczył mnie nim tato, ponoć już w chwili, gdy ujrzał mnie po raz pierwszy, w dniu moich urodzin. Ale wtedy miałam jasne niczym słoma włosy… Z czasem stałam się czarnulką. Latka mijały i siwe włosy zaczęły dominować wśród tej czerni. Więc niewiele myśląc użyłam farby. Pierwsze z nią próby uczyniły ze mnie „rudaska”, to z kolei określenie mamy. I tak już zostało na kolejne kilka lat. Z czasem znajomi, przyjaciele przestali nazywać mnie „brzoskwinką” (chyba po prostu już z racji wieku, to określenie nie pasowało), a zaczęli zwracać się do mnie używając określenia „Jarzębina”. I tak zostało do dziś.

Dotknęłam grzywki, była za długa. Spadała na oczy. Odsunęłam ją ku górze, po czym obracając się na pięcie udałam się do kuchni. Nabrałam ochoty na kawę. Kilka minut później zasiadłam przy stoliku kuchennym. Rozejrzałam się po niewielkim pomieszczeniu, w którym rząd kremowych szafek wypełniał ściany. Po przeciwnej stronie stała lodówka, a przy niej stolik. I to wszystko, co stanowiło wyposażenie kuchni. Oczywiście umywalki i kuchenki gazowej nie brakowało, lecz mój tato, człowiek „złota rączka”, wkomponował w meble te urządzenia tak, że zlew uwidaczniał się dopiero po uniesieniu brązowego blatu. Natomiast kuchenka gazowa dopiero po przesunięciu metalowej, lub stalowej (nie znam się na tym) płyty. Wszystko było zamaskowane.

Jedynie ja miałam emocje na wierzchu, były wymalowane na mojej twarzy. Nie umiałam ukryć, że tak naprawdę nie uporałam się jeszcze z przeszłością. Bywały dni, że mnie prześladowała, zwłaszcza w snach. No cóż, a kto by potrafił zapomnieć o kilkunastu latach poniżenia, odrzucenia, pogardy czy bicia? Ja na pewno nie. Ale mimo tych emocji, które we mnie nadal się kłębiły pozwoliłam decydować synom, czy chcą spotykać się z ojcem. Po namyśle, jednogłośnie potwierdzili, że — tak. Musiałam ten fakt zaakceptować. Od lat wychodziłam z założenia, że (gdzieś kiedyś usłyszałam to zdanie), „skoro była kultura poznania, to musi być i rozstania”. I zgodnie z tą dewizą postępowałam. Jednak nadal nie mogłam oprzeć się przeczuciom, że odwiedziny Roberta szybko się skończą. Że ponownie da się porwać uzależnieniu, i choć życzyłam mu dobrze, to zdołałam przewidzieć jego los…

Jego pojawianie się w moim mieszkaniu wiele mnie kosztowało. Każdą jego wizytę przepłaciłam płaczem, a czasem rozstrojem nerwowym. Już samo patrzenie na niego potrafiło obudzić demony z przeszłości. A rozmawianie i udawanie, że nigdy nic się nie stało było dla mojej psychiki potężnym negatywnym ładunkiem. Przecież moje serce, umysł i dusza wciąż nosiły ślady ran. Ran, które wcale się nie zagoiły…

Między jawą, a snem.

Z cyklu; „Listy nigdy nie wysłane.”

Kochany Hubercie, nie chcę wspominać tego, co w moim życiu było złe. Muszę od tego uciec. Uciec od wizji pijanego, oszalałego w swojej zazdrości Roberta. Wolę wspominać — nas… Ciebie. I to jak los ponownie postawił nas na wspólnej drodze. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, jak wielkie zrodzi się w naszych sercach uczucie… Bo wtedy byliśmy sąsiadami. Mijaliśmy się na schodach z grzecznym: „Dzień dobry” na ustach, i gdzieś subtelnie posłanym uśmiechem. Naprawdę szczerym uśmiechem. I całkowicie niepomni historii z przeszłości. Jakby nigdy nie miała miejsca. Mijając się udawaliśmy się ku swoim sprawom, ku swojemu życiu. To był właśnie ten czas, gdy nasze drogi biegły w przeciwnych kierunkach.

Aż do dnia…

Do tego ostatniego dnia maja, gdy stanąłeś pod moimi drzwiami. Czyli do dziś, tylko ja tego ranka jeszcze o tym nie wiedziałam. Naprawdę nic nie podejrzewałam. Nawet nie przeczuwałam, że za kilka godzin moje życie stanie na głowie, a serce zabije szybciej…

Początek

28 Maj 2007 roku.

Tak było.

— Dobry wieczór pani Kingo. — Powiedziałeś, spoglądając na mnie skrępowany.

Zdziwiłam się wizytą, ale gdy spojrzałam na twoją twarz i zobaczyłam jak bardzo jesteś zmieszany, postanowiłam ukryć zaskoczenie, i przywitać cię jak długo wyczekiwanego gościa. A może tak właśnie było? Tylko ja jeszcze o tym nie wiedziałam.

— Proszę, proszę — zaprosiłam cię gestem ręki do środka. Wszedłeś, wciąż wyczuwałam w tobie niepewność. Jakbyś czegoś się obawiał.

— Przepraszam, że zakłócam spokój, ale potrzebowałbym pani pomocy. Czy pani teraz pracuje w szpitalu? — spytałeś, zacierając ręce. Było to chyba oznaką zakłopotania.

— Taak — odparłam przeciągle.

Staliśmy w niewielkim przedpokoju, ja oparta o ścianę, ty stojąc naprzeciw mnie zdawałeś się być małym, choć rosłym chłopcem, przyłapanym na gorącym uczynku.

— Jest mi niezręcznie — kontynuowałeś. — W sumie nie znamy się, a ja panią nachodzę… i to dość późno, aby szukać u pani pomocy…

— Jak pomocy… — przerwałam. — To jakbym mogła odmówić?

— Tak… tak. Bo wie pani mam wizytę u kardiologa wyznaczoną dopiero na sierpień, a po śmierci żony, od trzech lat wciąż mnie diagnozują… Wie pani, śmierć małżonki była dla mnie traumą, to zrozumiałe, ale by tyle czasu nie wiedzieć, co jest z moim sercem, to chyba lekka przesada.

W sumie nie wiedziałam, czy pytałeś, czy stwierdzałeś, lecz jedno było pewne, miałeś rację, to była przesada.

— Chyba jestem w stanie pomóc. Ale musi pan poczekać chwilkę, dosłownie chwilkę — dodałam szybko, widząc twoje spłoszone spojrzenie. Malowało się ono w błękitnych oczach. Oczach, które tak duże dominowały na szczupłej, pociągłej twarzy, na której zdołałam odczytać twój wiek, pośród linii zmarszczek, okalających oczy. Wyglądałeś na pięćdziesiątkę… I jak czas pokazał nie myliłam się.

— Muszę zadzwonić — stwierdziłam, zapraszając cię gestem dłoni do salonu.

E tam salonu, pokoju, który służył mi za sypialnię, pokój gościnny i czytelnię…

Był tylko mój. Synowie mieli swoje nieco mniejsze królestwo.

A tym czasem wszedłeś, w pośpiechu zrzucając buty, czarne skórzane mokasyny (niezbyt modne) i przekraczając próg pokoju usiłowałeś się dyskretnie rozejrzeć. I cóż ujrzałeś?

Dwa fotele między oknami i ławę. Po twojej lewej ręce standardowy, choć ładny segment, po prawej wersalkę i komodę, a dalej tuż pod oknem biurko i komputer… I to był mój mały świat zacisza domowego. Twój, już to dziś wiem, był znacznie większy, i to o dobre kilkanaście metrów kwadratowych.

Lecz teraz stałeś na środku pokoju, a ja sięgnęłam do torebki, w której spoczywał telefon. Wystarczyło mi pięć minut, aby jeszcze na dziś, na dosłownie teraz, załatwić ci konsultację u kardiologa. Po odłożeniu telefonu na mały stolik, stojący w rogu pokoju, powiedziałam:

— Wypadałoby, abyśmy zaczęli mówić sobie po imieniu, ponieważ uprosiłam znajomego lekarza, aby ten był tak miły skonsultować mojego przyjaciela… a więc… — Spojrzałam znacząco, wyciągnęłam rękę, i choć na mojej twarzy pojawił się uśmiech, to teraz ja czułam się skrępowana.

Twoja reakcja mnie rozbroiła. Byłeś niczym uszczęśliwiony mały chłopiec. W ogóle mimo wieku dużo było w tobie, i nadal jest, z małego chłopca. Twoje oczy wciąż się uśmiechają, mimo wszystko uśmiechają się do dziś…

A ty po chwili odparłeś:

— Oj, oczywiście. Miło mi. Nie wiem jak pani… jak tobie mam dziękować. Mam na imię Hubert… Hubert Grzelak. — Teraz ty wyglądałeś, jak ja przed chwilką. Ni to zakłopotany, ni rozbawiony, ale na pewno zadowolony z obrotu sprawy.

Nasze dłonie dotknęły się. Miałeś ciepłe dłonie, miękkie, takie przyjazne. Ale w ułamku sekundy stało się coś dziwnego. Nasze ciała zdradziły fakt naelektryzowania. Poczułam przepływający prąd. Ty również, ale nie puściłeś mojej dłoni, tylko stwierdziłeś, zdradzając przy tym zakłopotanie, a zarazem pytanie ukryte w zdaniu:

— Byłem w hurtowni, w moim małym zakładzie, tam miałem styczność z folią aluminiową, i innymi rzeczami. Może niechcący przeniosłem na siebie ładunek elektryczny?

Nie wiedziałam na ile to było mądre, a na ile głupie stwierdzenie, ale pierwsze wrażenie było mocne, takie z „kopniakiem.” Podarowałeś mi kilka woltów. Jakże miłym było to doznanie (oceniam to z perspektywy czasu), ale już wówczas miałam wrażenie, że słowa iż między ludźmi „coś zaiskrzyło”, jest stuprocentową prawdą. Gdzieś, chyba na samym dnie mojego serducha, przeczuwałam to, co ma nadejść. Ten „kopniak” był naprawdę miły…

Tak miły kochanie, i do dziś tak jest, wciąż przepływa między nami ten „prąd.” Nasze serca, tak pełne miłości są niczym naładowane akumulatory.

Jestem ciekawa czy pamiętasz jak szybko upłynął nam ten tydzień? Wspólne spacery, rozmowy, długie wieczory spędzone poza domem. Park, szum drzew, liści i my idący obok siebie nie do końca pewni tego, co między nami zaiskrzyło. To ty pierwszy odważyłeś się nazwać to „coś” po imieniu.

Co prawda odważyłeś się dopiero w lipcu, ale jednak…

Patrzyłeś na mnie, aby po chwili cicho spytać:

— Kingo, a gdybym stwierdził fakt, że oboje jesteśmy dorośli, wiemy, czego oczekujemy od życia, i gdybym poprosił cię abyśmy zostali parą, czy zgodziłabyś się?

Zaniemówiłam, a jednocześnie w umyśle rozpoczęła się gonitwa myśli.

Czy już na tyle oswoiłam się z przeszłością, pogodziłam, by móc wdawać się w nowy związek? Nie wiedziałam. Lecz stało się coś dziwnego. Po minucie ciszy, w której wpatrywaliśmy się w siebie, a nad nami świeciło lipcowe słońce, odezwałam się dość zdecydowanym głosem:

— Tak, dlaczego nie… Możemy spróbować. Co nam zależy?

— Naprawdę? — spytałeś. Sprawiałeś wrażenie, że nie dowierzasz.

W sumie nie dziwiłam się, ponieważ i ja sobie nie dowierzałam, że zdobyłam się na tak odważne słowa. W sumie znaliśmy się krótko… Właściwie w ogóle się nie znaliśmy. Mijanie na schodach, mówienie sobie; „Dzień dobry” nie jest wykładnią podjęcia trafnej, a przede wszystkim przemyślanej decyzji, ale to te ostatnie tygodnie pomogły mi ją podjąć. I uznałam, że była ona dalece przemyślaną. Czułam, że nie popełniam błędu. I tak dwudziestego dziewiątego lipca, dwutysięcznego siódmego roku staliśmy się parą.

Niesamowite… Ty i ja… razem. Ja rozwódka, ty wdowiec z czwórką dorosłych córek, już mężatek oraz syna, niesamowite. I kto by pomyślał, że miłość może zrodzić się między piętrami? Nikt, naprawdę nikt. A już na pewno nie ja.

Wspomnienie V

Uśmiech panny młodej…

Fikcja, czy prawda?

Listy nigdy nie wysłane”.

Gdybym ci teraz powiedziała, że kolejnym największym zaskoczeniem było twoje pytanie, które padło podczas wspólnej kolacji? Czy uwierzyłbyś? Myślę, że tak.

Początek naszej znajomości, jak zwykle, nie wskazywał na to, że dane mi będzie zaznać takiej gamy emocji. Pozwól, że wrócę do tych chwil, do wspomnień…

2 sierpnia 2007r.

Moi synowie mieli wyczucie, oni od razu podpowiedzieli, że „coś się święci”, jak to powiedział Marcel.

— Mamciu, nie zauważasz tego, że pan Hubert przynosi ci czekoladki w opakowaniu, które zawsze jest w kształcie serca?

— Nie, jakoś nie zwróciłam na to uwagi — odparłam, wciąż nie odrywając oczu od kotletów, które smażyły się na patelni. Synowie uwielbiali filety z piersi kurczaka. Ale takie lekko przyrumienione.

— Myślę mamciu, że on cię bardzo kocha — dodał Mateusz stojąc przy stole, rozkładając talerze. — Grzesiek już dawno o tym mówił, lecz my niedawno doszliśmy do takiego samego wniosku. I nie zdziwiłbym się gdyby poprosił o twoją rękę, czy jak to się mówi. — Wydał się być zakłopotany.

— Aż tak? — spytałam, nadal nie odrywając wzroku od kotletów. Ale przyznam się, że miło było to usłyszeć.

— Aż tak. I stawiam dziesięć złotych, że mam rację. — Mateusz nie dawał za wygraną.

— Nikt się z tobą nie będzie zakładał. — Marcel szturchnął brata w ramię. — Mam takie samo zdanie. No, chyba że mama ma inne? — spojrzał na mnie z uwagą.

— Ja? Ja nie mam zdania. Co ma być to będzie — stwierdziłam, wyłączając gaz. — A teraz moi panowie siadamy do posiłku. — zmieniłam temat. — Marceli, nałóż ziemniaki, a ty Mateuszku skoncentruj się na nałożeniu surówki. — Mój głos brzmiał zdecydowanie, ale nie stanowczo.

Chciałam jedynie uciąć dyskusję, ponieważ zaczynałam czuć się zakłopotana. Owszem traktowałam synów jak przyjaciół, lecz nie ukrywajmy w końcu to były moje dzieci. Ale w głębi duszy pragnęłam, aby okazało się, iż obaj mają rację.

Tylko, co by na to powiedzieli moi rodzice? — Nagle przyszła refleksja. Nie wiedziałam.

Przecież minęły dopiero niepełne trzy miesiące, a Hubert miałby mi się oświadczyć? Niedorzeczne — kolejna z myśli przebiegła mi przez głowę podczas posiłku. Ale nie zdradziłam się z niej przed synami.

Nagle przypomniało mi się spotkanie, obiad u rodziców… Zaledwie dwa tygodnie wcześniej…

Rodzicom, wbrew moim obawom, Hubert spodobał się, gdy po raz pierwszy zdecydowałam się go im przedstawić. Zrobił dobre wrażenie. Przede wszystkim podeszli do tematu racjonalnie. Hubert w ich oczach okazał się być odpowiedzialnym człowiekiem. Właścicielem małej hurtowni papierów biurowych. Wolnym od obowiązku wychowywania dzieci. Wolnym od wszelkich obciążeń, a do tego wszystkiego, jak szepnęła mi mama na ucho podczas niedzielnego obiadu, na który nas zaprosili:

„Jest taki męski, przystojny, szczupły. Ale musisz go podkarmić. Myślę też, że i tato podzieli moją opinię, iż ten człowiek wydaje się być znakomitą dla ciebie córeczko partią”.

Tak więc dla moich ukochanych rodziców, owa „dobra partia” miała w zanadrzu jeszcze jedną niesamowitą niespodziankę, która wbrew pozorom, i moim obawom ich ucieszyła. A mnie wprawiła w niemałe zaskoczenie. Hubert podczas naszej kolejnej wspólnej kolacji, (sam ją przygotował) poprosił mnie w dość dziwny, ale jakże miły sercu sposób, o rękę. A było to zaledwie kilka dni temu…

Piękny koniec sierpnia. Słońce rozpoczęło wędrówkę ku zachodowi, a my siedząc w dużym, pięknym mieszkaniu Huberta rozpoczęliśmy właśnie kolację…

25 sierpnia.

— Wiesz kruszynko, oboje nie mamy już tylu lat, aby trwać w narzeczeństwie w nieskończoność… I to nie wypominanie wieku. — Spojrzał zakłopotany.

Ale niepotrzebnie. Wiedziałam, co ma na myśli. A on tym czasem kontynuował:

— Należę do mężczyzn, którzy podejmują szybko decyzję, jeśli uznają ją za dobrą, za właściwą, i przede wszystkim, jeśli wypływa ona z serca. Wiem, że twoje życie, twoje doświadczenia mogą hamować podjęcie tej decyzji, ale przemyśl proszę. Bardzo mi na tobie zależy. Kocham cię, i już nie wyobrażam sobie życia bez ciebie.

Ujął moją dłoń. Przytrzymał, a potem w sumie nie czekając na odpowiedź, drugą ręką, w której trzymał pierścionek zaręczynowy, częściowo wsunął mi go na palec. Wtedy z jego ust padło pytanie:

— Czy dokończysz? — Spojrzał wymownie na złoty pierścionek, tkwiący w połowie mojego palca, i zamarł w bezruchu. Czekał…

A w mojej głowie nastała gonitwa myśli. Walczyłam między zrodzonym w sercu pragnieniem, a rozumiem. Jednak już po kliku sekundach wiedziałam, co wygra…

— Tak — odparłam i delikatnie wsunęłam go dalej. Uśmiechałam się, i spoglądałam to na Huberta, to na pierścionek.

Pierścionek z turkusowym oczkiem, i kilkoma białymi kamieniami, i był (jest) naprawdę piękny. Czułam jak bije mi serce. Może nie było to zbyt romantyczne. Może nawet sama ta chwila taka nie była, ale dla mnie przyzwyczajonej do suchych słów, takich samych gestów, stała się najpiękniejszą, jedyną i niepowtarzalną chwilą. Do dziś ją pamiętam, tak jakby wydarzyła się zaledwie minutę temu.

Z listów…

29 września 2016r.

Czy wiesz Hubercie, że ten pierścionek nigdy nie został przeze mnie zdjęty, tak jest dla mnie ważny? Tak samo jak obrączka. To niby symbole, ale jakże ważne w życiu, chyba każdej kobiety. No, przynajmniej dla mnie.

Ta chwila pozostała w mojej pamięci… magiczna. Nie inaczej wspominam przyjęcie weselne. Naprawdę nie dane mi było wcześniej tego zaznać. Ani Wiktor, ani Robert nie potrafili dokonać takiego cudu dla wybranki serca, którą ponoć byłam.

Marzenie o ślubie w białej sukni, niemalże z welonem, z kwiatami u stóp, pozostawało tylko w sferze marzeń od prawie trzydziestu lat. Ty tego dokonałeś Hubercie.

Spełniłeś każde, nawet to najskrytsze marzenie. Była więc dorożka zaprzężona w dwa białe konie. Stangret w garniturze pod krawatem i ty w smokingu, moja suknia z francuskiej gipiury, w kolorze kości słoniowej, a u stóp na czerwonym dywanie, śnieżnobiałe kwiaty. A później przyjęcie weselne, niczym z baśni. Ponad setka gości, i zabawa, tańce do białego rana. Moi rodzice nie posiadali się ze szczęścia. A ja? Popłakałam się. Ponieważ to, co otrzymałam przerosło moje oczekiwania. Nawet bałam się o tym marzyć. Pamiętasz moją radość? Na pewno.

A nasza noc poślubna?… Hmm, to również marzenie każdej kobiety. Wiesz Hubercie, że do dziś dnia ją pamiętam, z taką dokładnością, co do sekundy, że sama zastanawiam się jak to jest w ogóle możliwe. Ofiarowałeś mi miłość i to wszystko, co w niej jest najpiękniejsze.

Dziwne, ale nie bałam się przyszłości. Nie bałam się tego, co wniesie. Ty stałeś się opoką i nadzieją. Stałam się znów ufna, i niczym dzieciątko biegłam ku tobie z wyciągniętymi rękoma. Wiesz, że do dziś nie zastanawiałam się nad tym czy aż tak pełne oddanie, ufność może zostać wykorzystana? Do dziś ci ufam, ponieważ jak do tej pory nigdy mnie nie zawiodłeś. Mam nadzieję, że ja ciebie również.

Wspomnienie VI

A czas niczym rzeka płynie…

Z listów…

Płynie, płynie, lecz czasem rwie brzegi. Niszczy, będąc świadoma lub nie, swojej potęgi. Bywa nieprzewidywalna… Jak los człowieka. Niejednokrotnie marzenia muszą lec w gruzach. A mimo to wciąż staramy się, walczymy… i nadal marzymy. Czy na próżno?

Hubercie, wiesz dlaczego o tym piszę? Starliśmy się z rzeczywistością, i to bardzo boleśnie. Okazała się nam nieprzychylna. Nasze marzenia traciły na mocy. Wiara przygasała, jak ten ogień. Trzymając się za ręce, wspierając się, konfrontowaliśmy się z życiem.

Ale nie do końca chcę o tym pisać.

Wolę o tej jaśniejszej stronie naszej drogi życia. Moje senne marzenie nie może przybrać czarnych barw. Nie może być mroczne… Wszystko musi przepełniać światłość. Uniosę głowę ponad chmury, i tam już zostanę. Będę tworzyć świat, idealne życie. To będzie mój (nasz) Eden… A wiesz, że przypomniał mi się wiersz? Poczekaj, poczekaj chwilkę muszę sobie go przypomnieć. Odtworzę go z pamięci, jak codziennie odtwarzam, nas. Nas upojnie szczęśliwych.

***

Eden.

Kiedy w krainę nadziei się udasz,

tam gdzie promienie wraz z tęczą,

tworzą stubarwną kotarę…

tam mnie odnajdziesz na pewno.

Udam się tam gdzie jest radość,

gdzie szczęście spływa doliną,

gdzie ptaki siadają na dłoni,

a czerwień soczystą maliną.

Gdzie słowa brzmią wraz z nadzieją.

Głos nie łamie się żalem,

gdzie nikt nikogo nie zdradza.

Nie oszukuje się marzeń.

Tam prawda się liczy i szczerość.

Miłość ma wielkie znaczenie.

Tam kocham to znaczy tyle,

co życie w sercu z nadzieją.

Tam ptak jest bratem lub siostrą,

a strumień obmywa twe stopy.

Kamień jest serca spoiwem,

co łączy brzegów potoki.

Tam nikt cię nie zrani, nie skłamie.

Tam mnie więc szukaj o świcie.

Tam będę i zawsze zostanę,

bo tam zaczyna się życie.

Prawda, że piękny? Hubercie, jesteś i byłeś (i mam nadzieję, że nadal będziesz) najważniejszym mężczyzną, mężem — w moim życiu.

Lato dobiegało końca. To lato, w którym wyruszyliśmy w podróż życia. Francja już na nas czekała. Kawiarenki w wąskich uliczkach i kolacja przy świecach… A gdzieś w tle rozśpiewany Paryż. Czyżbym słyszała głos, Edith Piaf? Tak. Dla mnie to ona, jej piosenki były, i są duszą Paryża.

Wspomnienie VII

Kartki z kalendarza. Cofając czas.

Początek maja.

Przebudzenie?

— Kinga! Rusz się! Nie śpij! — Głos rozdzierał ciszę. Nie mogłam pojąć skąd napływa. To było nierealne. Nierzeczywiste. A było mi tak dobrze. Czułam taki spokój, a tu ten głos… Głos okrutnie wzywający mnie do powrotu. Nakazujący, dominujący i niszczący mój świat. Moje senne marzenia.

Czyj to głos? — myślałam, usiłując otworzyć oczy. Nie mogłam.

— Obudź się, kobieto! Północ cię zastanie! Kinga, wstawaj! Coś ty zrobiła?!

Poczułam szarpnięcie za rękaw bluzy. Nadal nie wiedziałam do kogo należy ręka, która szamocze moje ubranie.

— A o co chodzi? — wymamrotałam, unosząc się na łóżku. — Czy ktoś umarł? — spytałam, trąc jednocześnie oczy.

— Miałem wrażenie, że ty.

Dopiero teraz poznałam ten głos. Należał do Sławka. Stał pochylony nade mną, i przyglądał się badawczo.

— Czegoś się nabrała? — pytał, pochylając się i wpatrując we mnie z przerażeniem. — Czy wiesz, że od kilkunastu godzin chłopcy nie dali rady ciebie obudzić? — Raczej nie pytał.

— Naprawdę, aż tak? — byłam zdziwiona. — Wzięłam tylko dwie tabletki na sen… może trzy. Takie jakieś ziołowe, z apteki. — Nieudolnie się tłumaczyłam.

— Tak, ziołowe… akurat, bo uwierzę. — Głos przyjaciela nie pozostawiał złudzeń.

Nie wierzył w moje zapewnienia, że to zwykłe tabletki. Niestety miał rację. Jakiś czas temu, będąc u mamy, podebrałam z apteczki silne leki na sen. Chciałam się w końcu wyspać. Chciałam, mając wolne, udać się do bezpiecznej krainy. Do mojego lepszego domu. Przytulić się do człowieka, wyśnionego, wymarzonego. Do Huberta.

Jeszcze wtedy nie byliśmy razem, jeszcze nasza przyszłość nie była określona, nazwana, lecz moja podświadomość wiedziała więcej niż świadomość, lub podpowiadała mi te obrazy intuicja. A może po prostu fakt, że Hubert za każdym razem, gdy mijał mnie na schodach, uśmiechał się znacząco? Kłaniał i ewidentnie usiłował nawiązać rozmowę, stało się przytyczkiem do tego, że zaczęłam właśnie jego postrzegać, jako tego wymarzonego. Nie wiem, lecz wiem jedno, że miłość zaczęła dyskretnie rodzić się między piętrami. Pomiędzy naszymi sercami, tylko my oboje jeszcze nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. A może zwróciłam na niego uwagę, bo jego zapach towarzyszył mi za każdym razem, gdy pokonywałam schody w drodze na swoje piętro? Znów nie wiem. Jedno jest pewne, że moja podświadomość podsuwała obrazy z przyszłości. Z niedalekiej przyszłości. Budowałam swój wymarzony świat, życie z okruchów marzeń, nadziei i faktów. Z okruchów tego, z czym tak naprawdę stykałam się codziennie.

A tym czasem Sławek pomógł mi wstać. Marcel i Mateusz stali w drzwiach pokoju. Zrozumiałam, że to oni zadzwonili po wujka. Że uznali za słuszne tylko jego powiadomić. Bali się, że babcia, moja mama, przerazi się nie na żarty. Za tę decyzję byłam im wdzięczna. Mama szybko zorientowałaby się, że to jej podkradłam tabletki. Bałam się choćby wyobrazić jej spojrzenie… Spojrzenie pełne żalu, pretensji. A poza tym czekałoby mnie niezłe kazanie. W rzeczywistości obawiałam się konfrontacji z tym pierwszym.

A teraz idąc noga za nogą, a raczej wlekąc się do kuchni, jak lunatyk, wspierałam się o Marcelego.

— Mamuś, nieźle nas przestraszyłaś. Spałaś niemal dwa dni. Nie godzin, a dni. Wujek nie chciał cię przestraszyć, lecz prawda jest inna. — Jego głos zdradzał lęk, i jakby nuty żalu. Miałam wrażenie, że nie tylko on nie wierzy w to co się stało. Patrzył na mnie bacznie. Ten sam wyraz oczu dostrzegłam u drugiego syna oraz Sławka.

— Przepraszam synkowie. — Poczułam wyrzuty sumienia.

— Najważniejsze, że się obudziłaś — stwierdził Mateusz, idąc za nami do kuchni.

— A gdzie jest Robert? — spytałam, trąc oczy.

— Mamo… Co z tobą? Śpisz jeszcze? — Marceli przyglądnął mi się badawczo. — Przecież dwa miesiące temu tatę w końcu wyeksmitowali.

Cała trójka stanęła, tylko nie ja. Wykonałam jeden krok, i nagle uświadomiłam sobie, że moja pamięć szwankuje. Gdzieś, tak ważne wydarzenie, umknęło z mojej pamięci. To było nienormalne.

— Tak? — Nie wiedziałam, co powiedzieć. Poczułam skrępowanie. — No tak — dodałam po chwili, już pewniejszym głosem. Ale nie przekonałam ani Sławka, ani synów.

— Mamciu, a jaki mamy dziś dzień? — spytał Mateusz, wchodząc za mną do kuchni.

Sięgnęłam po czajnik. Przyglądnęłam się mu, był czerwony, lekko podsmalony, i odparłam:

— Na pewno słoneczny. — Zaśmiałam się. Zabrzmiało to sztucznie. Przeraziłam się, ponieważ nie wiedziałam, jaki mamy dzień. Miesiąc, owszem, maj, ale nie dzień, ani nawet jaki mamy rok.

— Kinga, coś z tobą nietęgo. — Sławek stanął za moimi plecami. — Nie bierz więcej tych tabletek. W głowie ci mieszają. — Jego głos zdradzał troskę. Nie tylko głos, spojrzenie również. Podobnie wyglądali synowie.

— Kawa, i to mocna, odświeży mi pamięć — odparłam, spoglądając na nich z uśmiechem.

Nie było mi jednak do śmiechu. Zaczynało mnie martwić to, że nie pamiętam tak podstawowych rzeczy. Że bliższe mi są pseudofakty ze snu, niż te rzeczywiste. Naprawdę wolałam śnić, niż żyć. I to mnie napawało lękiem. Czułam, że oddalam się od rzeczywistości. Postanowiłam zaprzestać tych praktyk. Życia we śnie.

Przecież to głupie, nierozsądne — myślałam, nalewając wody do czajnika.

Synowie i Sławek usiedli przy stole.

Zza okna dochodził trel ptaków i szum wiatru. Kątem oka zerknęłam w tym kierunku, z którego dochodziły tak kojące odgłosy. Dyskretnie rozejrzałam się. I niestety, to nie było TO mieszkanie, ze snów, to było moje, w starej zapomnianej przez Boga i ludzi kamienicy…

A więc wróciłam — pomyślałam, stawiając przypalony czajnik na gaz.

Wszystko było takie okrutnie rzeczywiste. Nic bajecznego, nic dającego radość.

Gdyby nie dzieci… — kolejna z nieprzyjaznych myśli wtargnęła w umysł.

Zrozumiałam, że oscyluję na granicy depresji. Nie wiedziałam tylko jak mam sobie pomóc. I czy w ogóle będę potrafiła.

— Ile masz urlopu? — Głos Sławka nakazał mi powrót do rzeczywistości. — Pytam, bo chętnie zabrałbym was do siebie. Odpoczniecie, zrobimy grilla, i w ogóle… — urwał. Podszedł do mnie, lekko klepnął w ramię, i spytał:

— Czy ty mnie w ogóle słuchasz, czy znów bujasz w obłokach?

— Słucham, słucham — odparłam. — Mam jeszcze trzy dni… chyba… — Zawahałam się. — A który jest dzisiaj. I jaki mam w ogóle rok? — spytałam, wciąż senna.

Czułam, że zbyt daleko odpłynęłam, że autentycznie pogubiłam się krążąc pomiędzy światami. Pomiędzy fikcją, a rzeczywistością. Uniosłam głowę. Spojrzałam na dzieci. Ich twarze wyrażały niemal przerażenie. Jednak to najmłodszy syn zdołał odezwać się, mówiąc:

— Drugi maja, mamo. A rok to dwutysięczny siódmy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 46.41