E-book
10.92
drukowana A5
25.56
Siedem dni do zakochania

Bezpłatny fragment - Siedem dni do zakochania


5
Objętość:
83 str.
ISBN:
978-83-8189-074-8
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 25.56

Podziękowania

Dziękuję Joannie Lesiak, kochanej i wspaniałej siostrze za inspirację, a także za pojawienie się na okładce, za długą i zabawną sesję zdjęciową, za to, że jesteś.

Dziękuję Bogu za piękno przyrody.

Na początek…

I

Nudne miejskie życie. Cóż z nim począć? Nic tylko hałas. Metalowe stwory jeżdżące po ulicach. Smog, dym, zarazy, awantury. Co tu tak naprawdę robię? Co mnie pociąga? Czego pragnę? Tak!! Podróży! Przygody! Adrenaliny! Bycia… Bycia odkrywcą, nieustraszonym poszukiwaczem przygód! Postanowione! Ruszam na wyprawę. Rano szykuję się do wyjazdu…

II

Ach! Co za cudny poranek. Pora wcielić postanowienie w życie. Od czego zacząć? Tak! Od planu. Gdzie pojadę? Co chcę zobaczyć? Hmmm… Od czego by tu zacząć? Może od… Amazonii! Potem Afryka, Azja. Gotowe! Teraz czas na zakupy. Jak dobrze, że odłożyłam sobie trochę pieniędzy przez ostatnie kilka lat. Spadek po cioci też się przyda. Tyle pieniędzy drogą nie chodzi…

Ogromna walizka, ubrania, apteczka, suchy prowiant, scyzoryk, GPS, baterie do latarki, no i latarka, telefon. I pomadka do ust! Przydałby się jakiś przewodnik, kompan, ale to później.

Ile to może trwać?! Dwa tygodnie przygotowań. Torba jest. Walizka jest. Okulary, bilety, telefon. Wszystko! To na lotnisko.

Czekaj przygodo już lecę!

III

Boże! Co za zaduch… Czy samolot nie powinien być klimatyzowany? Eh… To nic. Dam radę. Myślę, że w Brazylii jest bardziej gorąco. Ale boli! Te szczepionki… Wciąż czuje po nich ból, a może to bardziej kłucie…? Lekarz powiedział, że może być tak do dwóch tygodni. Bądź silna! To tylko lekkie pobolewanie.

Moja wyprawa! Muszę się na niej skupić. Wyląduje za godzinę. Ma tam na mnie czekać niejaki Pancho. Hm… Zabawne nazwisko. Pewnie on śmieje się z mojego. Bartnicka. Słyszałam śmiech przez telefon, kiedy z nim rozmawiałam. Ale to nic. Na pewno to miły człowiek.

Łał! Co za widok. Ocean wygląda tak pięknie z tej perspektywy. Jak się mieni! To umila lot. Chyba większość ludzi lata z powodu cudownych widoków. Tak po za tym, to jest jednak trochę przerażające… Jest się zamkniętym w metalowej puszce. Co pewien czas odczuwa się turbulencje. Pod spodem bezmiar oceanu… Można sobie wyobrazić gwałtowny wstrząs. Silniki padają. Samolot spada w zastraszającym tempie, a ty nie masz dokąd uciec! Wygodny samolot staje się pułapką. Co dalej?! Zostaniesz w samolocie i czeka cię śmierć. Jeśli jakimś cudem uda ci się wyskoczyć z samolotu, to i tak zginiesz. Zabije cię uderzenie o tafle oceanu albo pożre cię rekin ludojad. Dość! Koniec tych czarnych scenariuszy. Ta przygoda ma być pełna optymizmu! Radości! Niespodziewanych zwrotów akcji! Ale śmierć? Od niej wolę się trzymać z daleka. Zdrzemnę się. Jeszcze tyle czasu. Tak! To dobry pomysł. Tylko kilka minut.

IV

O matko? Co się dzieje? Co tak trzęsie? A… To tylko lądowanie. Wreszcie. Pora wyruszyć na spotkanie przygodzie!

O! Jest moje nazwisko. Hm… Pancho nie wygląda do końca na miejscowego. Coś jakby bardziej Europejczyk, tylko dość mocno opalony. Ciekawe skąd on może znać tak dobrze dżungle. Wszystko się okaże. Tak w sumie, to nawet jest przystojny. Spodziewałam się raczej starszego pana. Tak może koło czterdziestki. Spalonego słońcem miejscowego z dużym słomianym kapeluszem. A tu miłe zaskoczenie. Więcej niż trzydzieści lat, to bym mu nie dała. Wysoki, dobrze zbudowany, spalony słońcem… To chociaż jedno się zgadza. Zna Polski. Ale nie sądzę, by z Polski pochodził. Pora wyjść mu na spotkanie…

Mario. Zabawne imię, tak jak jego akcent. Chociaż… Jego głos jest taki męski. Przewodnik Mario zaprowadził mnie do hotelu i zaprosił na obiad w celu omówienia wycieczki, jak to określił. Chyba go bawię. Drobna kobietka bez znajomości języka wymyśliła sobie, że zdobędzie świat. W sumie, gdyby tak myślał, to miałby racje. Tak sobie myślę, że przydałby mi się prysznic. Jeszcze lepiej kąpiel w wannie. Tak tylko piętnaście minut…

Dosyć! Zaraz rozmięknę. Jak tu jest gorąco… Otworzę okno. Tylko… Coś tu… się… zacięło… Dobra. Udało się! Jak tu jest cudownie. Takie świeże powietrze. A co za widok! Tyle drzew i ptaków. I to jakich! To papugi! Kto by pomyślał… Chyba czas się ubrać i ruszać w drogę. Tylko jeszcze zgarnę telefon. Już mam! Mogę iść.

V

Zielona budka i starszy pan. Wszędzie tyle stoisk, a żadne nie jest zielone. Ile tu ludzi?! Musieli wyjść akurat teraz, kiedy ja szukam głupiej, zielonej budki… Ledwo mogę się przecisnąć. Tym ludziom chyba naprawdę się nudzi. Nic przez nich nie widzę. Plaża jest, ale budki nie ma. Przejdę jeszcze kawałek, może ją znajdę. O! Jest! No rzeczywiście… Pan jest bardzo starszy. Mój przewodnik też się znalazł. Zdążył się już rozsiąść przy stoliku. Hm… Na omawianie szczegółów ten goły tors mógł sobie odpuścić… Z drugiej strony jest na co popatrzeć. Jaki dżentelmen… Na przywitanie całuje dłoń. Miło z jego strony. Czego ja bym się napiła? A skąd mam wiedzieć, co tu jest napisane…? Co za człowiek. On mi wszystko wytłumaczy… Bohater się znalazł. Czuję się jak idiotka. Głupek! Głupio się uśmiecha. Wezmę owoce cytrusowe. Ubrał się łaskawca.

Pyszny sok. Rewelacja! Nie, to co ten przewodnik. Co on sobie myśli? Że co? Przyjechała młódka na safari po plaży?! O nie! Chcę wejść w głąb dżungli. Na pewno zwariowałam. Też tak myślę. Ale to nic. Zaskoczony! I dobrze. Teraz chyba naprawdę uważa, że zwariowałam. Do wariatów świat należy! Śmieszny z niego człowiek. Jak to szło?  Co taka piękna i młoda kobieta chce robić w dżungli? Co tam zobaczyć? — No chyba logiczne, że dżungle. Być może jestem za bardzo oschła. Powinnam być milsza? Mam z nim spędzić siedem dni w tropikalnym buszu. Pomyślę, o tym jutro przy śniadaniu. Pan Mario zaprosił mnie na wspólny, poranny posiłek przed wyprawą. Urocze… Teraz wracam do hotelu. Muszę się wyspać.

Dzień I

I

Budzik! Czy on nie może być cicho!? Akurat pobudka musi być o piątej rano… Już wstaję. Nie było tak źle jak na pierwszą noc w nowym klimacie. Rozsunę zasłony. Przyda się trochę światła. Wschód słońca w Brazylii. Nie mogę… Po prostu, jak pięknie! Mogłabym, to oglądać cały czas. Dzień po dniu. Słońce tak cudownie wschodzi, powietrze w koło, jakby pływało wśród fal. Szum oceanu… I mnóstwo, tak cudownie, kolorowo ubarwionych ptaków. A ten słodki zapach cytrusów. Kocham to!

Raz, dwa, trzy. Wszystkie podręczne rzeczy z listy od pana Mario już spakowane. Teraz pora zejść na śniadanie. O! Jak miło. Ubrany. Chociaż przy śniadaniu potrafi się zachować. A co my tu właściwie mamy? Owoce, owoce, jajka, kanapki… I chyba zjem kanapki. Całkiem smaczne. Hm… Pan Mario je ze smakiem. Nie uśmiecha się jednak tak szyderczo jak mi się zdawało. Chociaż patrzy w taki nietypowy sposób. Jakby cały czas coś obmyślał, kombinował. Przed śniadaniem znów pocałował mnie w dłoń na przywitanie. Nie ukrywam, że jest to bardzo miłe. Choć jak go zobaczyłam po raz pierwszy, to nie spodziewałam się tego po nim. Gdyby wszyscy mężczyźni całowali dłonie kobiet na przywitanie…

Śniadanie było smaczne. Teraz czas na pierwszy etap podróży. Pan Mario ma samochód terenowy, którym pojedziemy na skraj interesującej części dżungli. Moja ciekawość wzięła górę. Po krótkim czasie dowiedziałam się kilku fascynujących szczegółów o moim przewodniku. Jest to całkiem zdumiewające. Chociażby, to że jego dziadkowie wyjechali z Polski przed wojną. Po znajomości języka wnioskuję, że nie pozwolili mu zapomnieć o korzeniach. Może miał mieć na imię Marian albo jakoś podobnie? I wyszedł Mario. Nie do końca pasuje to imię, do tak ogromnego człowieka. Przynajmniej z zawodem się nie pomylił. Tak mi się wydaje. Opowiada, o tych tropikalnych lasach bardzo szczegółowo. Dużo o nich wie. Myślałam, że zrezygnuje. Wychodzi jednak na to, że lubi buszować w głębi nieznanego. Dobrze się przygotował. Ten cały sprzęt… Samochód też jest całkiem niezły. Mały obóz przetrwania. Twierdzi, że sobie nie poradzę. Mam na ten temat inne zdanie. A zresztą wszystko się okaże. To czy dam sobie radę i to czy on jest dobrym przewodnikiem. Jak rzuca tym samochodem! Nie tylko w moim kraju są takie doły… Z tym, że tu jest dość miękka ziemia. Widziałam po drodze kilka maszyn, jakieś koparki. Pewnie one są odpowiedzialne za te pobojowisko. Hm… Taki rozgadany, a teraz nic tylko milczy. No dobrze, to i ja sobie pomilczę. Będę patrzeć na otaczającą mnie przyrodę. Miasto zostało z tyłu. A ptaków jest coraz więcej. Mnóstwo papug. Widzę też i tukany. Papug jest tu wiele gatunków, ale rozpoznaję tylko Ary. Mnóstwo tu roślin. Kwiaty są niezwykłe. Choć nie mogę im się dobrze przyjrzeć. Za szybko jedziemy. Wśród drzew są nie tylko ptaki. Sporo jest i małp. Figlują w koronach drzew. Przeskakują z palmy na palmę. Mogłoby się wydawać, że nudzi im się tu tak samo jak mnie w mieście. One jednak wydają się bardziej zadowolone. Czas jazdy dłuży się w ciszy. Malownicze widoki, to jednak wynagradzają. Pan Mario dziwnie się zachowuje. Tak patrzy przed siebie, uważa na drogę, ale zerka co i raz na mnie. Mógłby się skupić na kierownicy. Jeszcze jakiś wypadek spowoduje albo zabije nas na pierwszym drzewie. A tu ich nie brakuje.

II

Jedziemy już dłuższy czas, ale to chyba jeszcze nie koniec. Pan Mario w końcu się odezwał. Dobre pytanie. — Co tu w ogóle robisz? — Tak myślę, że chciałabym przeżyć przygodę. Zobaczyć nieznane. Doświadczyć miejsc, które dotąd tylko podziwiałam. Nawet jeśli miałyby być niebezpieczne. Bawi go to… Mnie też. Dalej uważam, że oszalałam. Nie żałuję jednak, że tu przyjechałam. Mój przewodnik jest zaskoczony. Na ogół turystki przyjeżdżają tu przeżyć małe romanse, poflirtować. Tylko odważniejsze decydują się obejrzeć dżungle z daleka. Jeśli jest tak jak mówi, to moja odwaga mnie przerosła. Pan Mario się rozkręca. Jest coraz rozmowniejszy. Szkoda, że teraz mu się zebrało… Koniec jazdy. Pora wysiadać i ruszać w drogę. Prowadź przewodniku! Łał! Ta dżungla chyba nie ma końca… I wzdłuż, i wszerz. Trochę cienia się przyda. Ale i tak jest gorąco…

III

Nie jest tu tak źle. Co i raz wystają jakieś konary. Na skraju jest bardzo gęsto. Dalej ma być już lepiej, tylko z podłożem gorzej. Na dole jest tak cicho. Szybko się przyciemniło. Pięknie tu, tak fascynująco. Można się jednak wystraszyć. — Nie bój się! Obronie Cię! — Hm… Jakie deklaracje. W końcu od tego tu jesteś. Broń mnie bohaterze. W razie czego, to ciebie najpierw pożre jakieś wygłodniałe kocisko. Gorzej będzie jak wygłodniałe kocisko zajdzie mnie od tyłu… Co ja się będę martwić. Mój przewodnik/obrońca jest bardzo czujny i uzbrojony. Jakaś maczeta… Przy kieszeni nóż… A w ręku strzelba, jakiś karabinek… Nie wiem co to jest. Ale jest duże i strzela, więc trzeba uważać. Mam nadzieję, że nie jest przeładowany. Zastanawiam się czy pan Mario jest tylko przewodnikiem. Czy może też najemnikiem? W końcu czy przewodnik byłby uzbrojony prawie jak jakiś rambo? O matko! Co za obrzydlistwo! Jaki wielki pająk! Ptasznik! Okropne stworzenie! Nie dość, że takie przerażające, to jeszcze jadowite. Nie mogę uwierzyć, że miejscowi traktują go jako przysmak… Nie mogłabym tego jeść. Ale wychodzi na to, że będę musiała. Pan Mario chce takie paskudy upiec na kolację. Chyba pójdę głodna spać. O! Jagody. Może nie będę jednak głodna. — Stój! Nie jedz tego! Wyrzuć to! — Ekstra… Prawie zjadłam trujące jagody. I obronił mnie pan Mario, od ciężkich konwulsji. Śmierć w męczarniach. Mało to zachęcające. Wszystko w koło trujące. Chociaż paprocie nie są trujące… I przy okazji są bardzo okazałe. Na ich liściach jest mnóstwo żuków. Ogromnych żuków. Na drzewach za to jest pełno mrówek. Już mnie kilka ukąsiło. Wąż! Jaki ogromny! — Nie ruszaj się! On strzela jadem! — Idiota jeden! Zamiast robić za przewodnika będzie mnie straszył… Dopiero po przyjrzeniu się zauważyłam, że nie jest jadowity. To po prostu Boa… Całkiem ładny okaz. Nie wiem czy on sobie myśli, że ja się wszystkiego tak boję? Zmieniłam środowisko i dopiero się przyzwyczajam. A on się będzie ze mnie nabijał… W końcu przestał się śmiać. Wziąłby się za opowiadanie o florze i faunie. — Drzewa tu są ogromne.  Miło, że mój przewodnik o tym wspomniał, bo bym nie zauważyła… Mnóstwo tu lian, epifitów. Jak mówi pan Mario, to nie pasożyty. Dobrze wiedzieć. Moja wiedza właśnie się powiększyła… Cicho tu. Podłoże tętni jednak życiem. Tylko uchylić jakąś gałąź albo kamień, a roi się tam od robactwa. Wśród koron drzew także tętni życie. Jest tam mnóstwo małp i ptaków. Widziałam małpę. Albo raczej jej cień. Z dołu za wiele się nie zobaczy. Muszę iść bezpośrednio po śladach pana Maria. Weszliśmy w obszar porośnięty przez trujące i parzące rośliny. Takie piękne, a takie niebezpieczne. Ojej! Prawie wpadłam na pana Maria. Zaczepiłam się o wystający korzeń. Ma refleks. Złapał mnie. Na pewno jest teraz dumny. Uratował niezdarną dziewczynę od kompromitującego upadku. Jego ręce są szorstkie i takie męskie… W ogóle jest bardzo przystojny. Powinnam bardziej uważać. Coraz więcej wystaje korzeni i dziury mnożą się jedna, po drugiej. Mimo tego podoba mi się tu. Pan Mario jest zaskoczony. Nie sądził, że mówię poważnie. Jesteśmy między drzewami już jakiś czas, ale jakoś nie zbiera mi się na paniczną ucieczkę. — Stop! Musimy zmienić kierunek. — Czyżby coś było nie tak? Co on tam ogląda? Chyba jakieś ślady… — Jaguar.  I tyle się dowiedziałam… Prawdopodobnie z młodymi. Lepiej obejść szlak. Mama jaguar może być bardziej niebezpieczna od samca broniącego terytorium. W drogę. Szybko, ale po cichu. To jest niewykonalne.

IV

Minęło południe. Nie wiem co bym zrobiła bez zegarka. Korony drzew są tak gęste, że ledwo można dostrzec prześwity słońca. Pan Mario jest bardzo czujny. Sprawdza tropy co kilka kroków. Ale chyba oddaliliśmy się od tamtego miejsca już dość odpowiednio. Dziur tu, a dziur. Tyle szczelin i te wystające korzenie… Znowu bym wpadła na pana przewodnika albo i gorzej… Jednak refleks ma dobry. Zginęłabym tu sama… Na szczęście żyje, nic mi nie jest. Godziny mijają… W końcu możemy odpocząć. Ekspert stwierdził, że odeszliśmy dość daleko, by czuć się bezpiecznie. Cieszę się niezmiernie. W końcu mogę usiąść… Skwar, duża wilgoć… To nie problem. Problem stanowi wczesna kolacja. Pieczony ptasznik… Ja mam to jeść…? Nie mogę… Ale w końcu przyjechałam tu po to, aby spróbować nieznanego. I to nawet okropnego nieznanego… Dobra, spróbuję. Hm… W sumie, to nie jest takie złe. Trochę smakuje jak kurczak. Zaczęłam, to muszę skończyć. Chociaż główkę ma oderwaną. Inaczej bym tego nie zjadła. Haha! Zaskakuję pana Maria krok za krokiem. Siebie też zaskoczyłam. Nie sądziłam, że zjem pająka…

Łał! Co za widok. Ile tu papug?! Niebieskie i różowe. O! Są zielone. Urocze, takie maleńkie dzióbki i te świdrujące oczka. Haha! Usiadła mi na ramieniu! Śliczna! W życiu bym się tego nie spodziewała. A ty cwaniaro! Ukradła mi orzecha… No jak ona mogła. Miałam nadzieję, że się zaprzyjaźnimy. Pan Mario znów się ze mnie śmieje. — Masz wybujałą wyobraźnię. — Ja ją chociaż mam… Najpierw wąż, a teraz papuga. Przynajmniej, to orzech poszedł do odstrzału, a nie ja.

Za jakieś dwie godziny ma się ściemnić na dobre. Trzeba się sprężać, żeby znaleźć odpowiednie miejsce do spania. I bez tego jest szaro i brązowo. Chociaż nie…! Z daleka dostrzegam kwiaty. Jest ich nie wiele, ale są piękne. Fioletowe. Hm… Pan Mario znów przemówił. Miło się go słucha, kiedy opowiada, o tym co nas otacza. Jest taki przejęty i skupiony, kiedy to mówi. Mógłby wykładać. Ale pewnie wtedy nie byłby tak bardzo intrygujący… A co on robi? Wspina się po lianach na drzewo. Tylko po co? Ach… Rozgląda się. Wątpię czy coś zobaczy. Za to ja coś widzę. Coś się rusza w oddali. Wyjmę lornetkę. To pekari! Jakie maleńkie! Kto by pomyślał, że mogą być takie urocze. Oj! Idziemy dalej. Szkoda. Chciałam jeszcze na nie popatrzeć. No cóż, robi się późno.

V

Jesteśmy na miejscu i śpimy na drzewie… Problem, w tym że nie umiem się wspinać. — Zaraz Ci pomogę.  Od razu poczułam się lepiej. Wciągnie mnie na górę? Nie. Jednak nie. Zrzucił linę. Przywiązał ją do gałęzi. Mam nadzieję, że i tak mi pomoże. Eh… W górę! Po trochu… Po troszeczku… To tylko kilka ogromnych metrów… Zaraz dostanę zawału… Akurat teraz musiał obudzić się we mnie lęk wysokości… Jeszcze kawałek… Już prawie… Udało się! Dałam sobie radę. Z małą pomocą… W plecaku zostały jeszcze kanapki. Zjem trochę przed spaniem. Robi się zimno. Te pledy wcale tak dobrze nie ogrzewają. Ściemnia się. W sumie, to już jest ciemno… Zaczyna mnie trząść. Temperatura w nocy mogłaby tak nie spadać… Pan Mario ma jakiś cudowny pomysł na ochłodzenie. Przytulanie…? Chyba specjalnie wziął takie cienkie pledy… Nie chce zamarznąć. Nie ma wyjścia.

Przysunął się trochę bardzo za blisko. No tak… Jeszcze będzie mnie obejmował… Nie ma co marudzić. Przynajmniej zrobiło się cieplej. Eh… Przytulę się trochę bardziej. Chyba się nie pogniewa? Nie mam siły… Idę spać… Ale on ciepły!

Dzień
II

I

Co za noc! Spałam na drzewie i nie bolą mnie plecy. Hm… Może kora tego drzewa ma jakieś lecznicze właściwości, a może po prostu brakowało mi twardego łóżka. Hihi! Dobrze też, że nie spadłam. Upadek z dziesięciu metrów mógłby być bolesny. Na szczęście obyło się bez ofiar. Łatwiej zejść z drzewa, niż na nie wejść. Chociaż poślizgnęłam się raz, chyba zdeptałam jakiegoś ślimaka… Biedaczek długo się nie nażył. Przynajmniej ja przeżyłam.

Piękny świt. Podobno jesteśmy niedaleko rzeki. Chciałam w niej popływać, ale pan Mario poinformował mnie o ogromie pijawek i kajmanów. Mogę obserwować te gady, ale pływać z nimi nie chcę. Mam nadzieję, że po drodze znajdziemy jeszcze jakieś „czyste” jeziorko. To jednak problem na później, a teraz… Co to za hałas?! Jak głośno! Wyjce! Łał! Cała rodzina. Jak skaczą! Są ogromne! Piękne zwierzęta, ale za to bardzo głośne. Poczuły się zagrożone naszą obecnością. Tylko kilka zdjęć i szybko do przodu. Ojej… Zaraz ogłuchnę. Ich ryk może się nieść przez kilka kilometrów. Jeszcze długi czas będę słyszała ich wycie.

II

Co za miejsce…! Jak tu cudownie. Ciepło, słońce prześwituje przez gałęzie zielonych drzew. Ile tu motyli?! Obsiadły całe drzewo. Takie niebieskie… Jakby chabrowe. Niesamowite! Ile ich tu może być? Pan Mario je przestraszył. Lecą w koło mnie i nade mną… Co za widok! Piękne! Jakie one duże! A te kolory! Wzruszyłam się… Ile ich jest…? Są takie cudowne! Lecą w górę. W korony drzew. Zaraz ich nie będzie… Och! Jakie one piękne… A! Usiadł mi na nosie! Jaki śliczny! Jeszcze piękniejszy… O! Odleciał! Wszystkie odleciały. Już ich nie ma. Taka szkoda… Przez chwile było jak w bajce. Chyba sobie przycupnę. Co za emocje! W życiu nie czułam się tak lekko… Jest wspaniale. Pan Mario dziwnie się uśmiecha. Może nie widział jeszcze dziewczyny wirującej w oceanie motyli. — Ładnie się uśmiechasz! — Jakie komplementy. Niech częściej powoduje takie sytuacje, to wtedy będę się uśmiechać cały czas. Osobiście nie przeszkadza mi, że jestem czasami poważna. No nic… Idziemy.

Tyle tu roślin. A te monumentalne drzewa! A te liany! Brakuje tylko Tarzana skaczącego po drzewach. Pan Mario śmieje się z moich fantazji… Ja przynajmniej mam wyobraźnie. Idziemy już tak długo, a rzeki jeszcze nie widać. Przynajmniej nie słychać już wyjców. Znów widziałam pekari. I prawie zdeptałam boa. Ja to mam szczęście… Mój przewodnik śmieje się ze mnie, że chyba mi życie niemiłe. Zaczynam go denerwować. Hihi! — Nie mów do mnie na pan! — Zabawne… Jaki przewrażliwiony! Haha! No i dobra, to po imieniu. Obudził się. Wymiana uprzejmości w środku tropikalnego lasu po dwóch dniach znajomości. Co mu przeszkadza pan? On mówi do mnie panno Joanno. Ale cóż… Niech mu będzie. Miło mi ponownie! Chodźmy dalej. Tylko ostrożnie. Konary, korzenie tworzą coraz więcej mniejszych i większych jam i pagórków. Przewodnik ma zabawę… Jemu łatwiej się poruszać. A ja muszę się wspinać. W górę i w dół! I tak cały czas. Po co jeździć w góry… Tu rozrywka jest podwójna… Hm. Te drzewa tworzą takie kombinacje. A to? Jakie stare. Chyba uschło? Jest w nim tyle dziur, a na nim tyle lian. Mrówek jest jeszcze więcej, na żadnym drzewie nie widziałam ich tak dużo. Mario powiedział, że są bardzo jadowite. Niektóre ciekawostki mógłby zachować dla siebie. Te mrówki mogłyby objeść martwego człowieka w godzinę. I podobno są smaczne… Raz go jedna ugryzła. I to w język! Podobno cały spuchł i nie mógł mówić przez trzy dni. Straszne, choć też i zabawne. Na pewno męczące. Nie mówić tyle czasu… Nie mogłabym tak.

Jak tu cudownie pachnie! Śliczne kwiaty! A te to już szczególnie. Co on znowu się tak patrzy? Ojej! Znowu bym się przewróciła… Nie mogę się ruszyć! Moja noga! Utknęła… Eh… Co ja teraz zrobię? Mario pomóż mi! Nie mogę wyciągnąć nogi… Boli! — Spokojnie! — Nie śmiej się! To nie jest zabawne! Te jego szorstkie dłonie… I już! Po krzyku. Bohater mnie ocalił. Dziękuję! Słyszysz? Dziękuję! A on nic. Mógłby się chociaż uśmiechnąć albo coś. Eh… Naszło go na milczenie. A gdzie czy wszystko w porządku? Bo jakby zapytał, to by wiedział, że nie jest w porządku! Pocieszenie takie, że zbliżamy się do rzeki. Tylko noga boli i jest czerwona… Chyba obtarta. Może powinnam to opatrzyć? Ale temu tak się śpieszy, że zaraz go zgubię. Ptaki są co raz głośniejsze. A ten dźwięk? To chyba szum wody. Zaraz się okaże. Aj! Nie mogę postawić nogi na ziemi. Tak bardzo boli… Spuchła. W co ja tam wdepnęłam? Zaczyna krwawić! Naprawdę muszę to opatrzyć. Mario zaczekaj! Mario! Usłyszał. Boli coraz bardziej… Gdzie ja to mam? No gdzie jest ta apteczka?! Mario wziął apteczkę. Poradzę sobie! Zostaw! Co za typ! Najpierw ma gdzieś czy wszystko w porządku, a teraz? A teraz będzie mi opatrywał nogę! Nie mogę z tym człowiekiem. Jaki on denerwujący! Dobrze! Proszę! Opatruj sobie tę nogę! Zaczyna piec… Ale będę silna. A on? Co za grobowa mina… Odkaził, obandażował i sobie poszedł. Tylko po co on wraca w te dziury? Szuka tam czegoś. Jeszcze sam tam wpadnie… Wraca. I co tam znalazłeś? — Weszłaś w bardzo trującą roślinę. I to nie byle jaką… Skrajnie obniża temperaturę ciała, wywołuje halucynacje i bardzo osłabia organizm. Nie dobrze… — Nie no… Super! Dobrze, że tu jest gorąco. Chociaż nie grozi mi spadek temperatury. Czy grozi…? Mario poda mi odtrutkę. Ile on tego tam ma? Chyba na każdą trującą substancję… Eh… I jeszcze jeden haczyk. Odtrutkę podaję się dwufazowo. Pierwsza zapobiega rozprzestrzenianiu się trucizny po organizmie, ale jeszcze nie leczy wywołanych objawów, to dopiero druga. Nie chce o tym teraz myśleć ta noga tak boli. I dalej krwawi. Ałł! Nie podaje się ludziom zastrzyków znienacka! Muszę się napić. Tak mnie suszy… Woda. O tak! Woda. Tak bardzo chce mi się pić. Gorąco… Boli… Noga i głowa… Jak bolą! Coś przeciwbólowego! Mario, proszę. O nie… Dostałam odtrutkę i nie mogę… Nie przeżyję tego. Zaraz mnie rozsadzi! Wody. Jeszcze wody. Słabo mi.. A to co? — Banany. — Dobre na podniesienie cukru. Jakie one słodkie! W głowie mi się kręci… Wody! O co mu chodzi?! Zdenerwował się przeze mnie… Zachowuje się tak jakby go coś ugryzło. Tak mi słabo… Co za imbecyl! Piękny uśmiech, a teraz pokraka! No i super! To mi noga pęka w szwach, a nie tobie! Ekstra! Nie mogę go słuchać… Idę dalej! Idiota! Odpocząć? Teraz mam odpocząć? Najpierw dogryza, a teraz siedź! I może jeszcze słuchaj?! Mam to gdzieś… Idę. Cham! Ewentualnie mi noga odpadnie. I w ogóle cała się rozpadnę! — Jesteś uparta! — Aha. Fajnie. Idziesz czy nie? Jak można kogoś tak wkurzyć w pięć minut?! O matko… Jak boli… Nie ważne. Idź i się nie oglądaj. Najpierw ma mnie gdzieś, a potem poczekaj, odpocznij… Jak mi duszno! Woda! Gdzie jest woda? Mario… Dziękuję… Muszę zdjąć kamizelkę. Tak mi duszno i słabo. Co on się tak gapi? Dalej się nie będę rozbierać. Mam mroczki przed oczami… Muszę się oprzeć. Pić mi się chce. Usiądę… Pić. Jeszcze pić. Co ty do mnie mówisz? Nie rozumiem. Czerwona? Ja? Nie wiem… Może… Okropnie mi duszno. Mam takie gorące policzki… Parzą! Po co rozwiązujesz ten bandaż? O fuj… Paprze się! Tak szybko?! Smaruje to czymś. Smaruj, smaruj. Mniej piecze. Dziękuję… Jak mi słabo. Coś się ze mną dzieje… Robi mi się zimno… Wody… Daj wody. Muszę wstać. Idziemy nad rzekę… O nie… Pijawki? On chce przyłożyć do rany pijawki! Nie będę na to patrzeć. — Wyssą zatrutą krew. — Na pewno, ale to i tak jest okropne. Mario podaj mi wodę… Zimno mi co raz bardziej. Jak mnie trzęsie… Mam się o ciebie oprzeć? Dobrze. I tak nie mam siły iść… Jaki ty ciepły jesteś! A mi zimno… Mroczki się zagęszczają. Ledwo widzę… Obraz mi się zlewa. Jeszcze wody. Trzęsie mnie. Ostrożnie! Mario! Uważaj! Proszę… Zimno mi. Chyba kręci mi się w głowie… Świat wiruje… Blisko było. Jesteśmy blisko rzeki. Widzę ją spomiędzy drzew, a raczej słyszę… Mario coś do mnie mówi, ale rozumiem co drugie słowo. — ...namiot! — Jaki namiot? Tylko jeden? Zaraz się przewrócę… Zimno mi jeszcze bardziej… I tak mi słabo… Już? Po co ty mnie bierzesz na ręce…? Dojdę, chyba… Co on mówi? Nie rozumiem. Dam radę! Sama się położę. Zimno, coraz bardziej zimno… Co ty tam masz? Pi… Pi… Co? Pijawka… Dwie pijawki… Nie patrzę… Nie czuję nogi… Jak mi zimno… Ciary przechodzą mnie po całym ciele… Płakać mi się chce. Tak okropnie mi zimno… Co ty znowu do mnie mówisz? Po co zdejmujesz koszulkę? Rozgrzać? Nie mam siły… Brakuje mi ciepła… Zaraz dostanę… Po co się przysuwasz…? Tak mi słabo… Zimno mi jeszcze bardziej… Czy ty mnie obejmujesz? Pled nie wystarczy? Nic nie rozumiem. Tak chce mi się spać. Jaki ty ciepły…! Przytul mnie mocno… Zaraz film mi się urwie… Zimno mi… Ale… ty… jesteś… ta…

III

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 25.56