Autor udostępnia do przeczytania 25% swojej książki

Kup książkę

Zemsta

Jonasz Besuch

Richard Walterson oglądał telewizję w swoim mieszkaniu w Brighton. Był to niewysoki, szczupły mężczyzna o brązowych włosach i pociągłej twarzy. Po ciężkim dniu spędzonym w pracy odpoczywał na kanapie i popijał herbatę. Włączony był jego ulubiony kanał informacyjny. Prezenter mówił o zaginięciu znanego chirurga, mieszkającego w tym mieście:

Jason Dommergue, mężczyzna w wieku 28 lat, zamieszkały przy Queen Street 167 razem z rodzicami, zniknął bez śladu w poniedziałek, 17 października. Miejscowa policja prowadzi dochodzenie w tej sprawie, na razie jednak bezowocnie. Rodzina lekarza bardzo się o niego martwi. Będziemy stale relacjonować państwu postęp śledztwa, koniecznie zostańcie z nami. A teraz reklama.

Richarda bardzo zainteresowała ta sprawa. Od dziecka pasjonowały go książki detektywistyczne i powieści szpiegowskie. Zawsze czekał na taką chwilę, żeby wczuć się w prawdziwego detektywa i rozwiązać przed policją jakieś niewyjaśnione zajście. Richard zastanowił się: co na jego miejscu zrobiłby książkowy Sherlock? Może pojechałby do rodziny zaginionego i zadał kilka istotnych pytań? Tak też zrobił. Ubrał się w swoją ulubioną, skórzaną kurtkę, wsiadł do swojego czerwonego Jaguara i obrał za kierunek dom na Queen Street 167.

Za 10 minut Richard był już na miejscu. Ukazało się przed nim schludne, pomalowane na beżowo, parterowe mieszkanie. Wysiadł z samochodu i wszedł po schodach na ganek. Zadzwonił do drzwi. Otworzyła mu niska, starsza kobieta o pulchnej twarzy i okrągłych okularach na nosie. Ubrana była w niebieską sukienkę, na którą założyła biały, domowy fartuch.

— Dzień dobry — przywitał się Richard. — Przyszedłem w sprawie Jasona Dommergue, pani syna jak mniemam.

— Tak, jeśli zamierza pan pomóc, proszę wejść — odrzekła kobieta. — Podać coś panu? Kawę, herbatę?

— Nie, dziękuję — odparł mężczyzna. — Chciałbym jedynie zadać pani kilka pytań dotyczących zaginionego.

— Dobrze — zgodziła się gospodyni. — Jeśli to pomoże w dochodzeniu…

— No więc — zaczął detektyw. — Czy Jason ma w pracy wrogów albo konkurentów? Kogoś z kim ma złe relacje?

— Nie, nie sądzę. Jest raczej szanowany przez współpracowników.

— Może jest zamieszany w złe towarzystwo?

— Na pewno nie. Mój syn jest bardzo porządnym człowiekiem.

— Czy wydarzyło się ostatnio coś specjalnego w jego pracy?

— Chyba nie… Mówił jedynie, że nie udała mu się pewna operacja.

— O! — zaciekawił się Richard. — Może pani zdradzić więcej szczegółów?

— Była to młoda pacjentka w ciężkim stanie, potrącił ją samochód. Z tego co wiem Jasonowi nie udało się jej uratować. Zmarła w trakcie operacji. Dwa dni po tym wydarzeniu mój syn… zaginął.

— Kiedy dokładnie?

— Wyszedł z domu… na nocną zmianę… do szpitala… — kobiecie załamywał się głos. — I… i… nie wrócił.

— Dziękuje, bardzo pani dziękuje — mężczyzna próbował pocieszyć panią Dommergue. — Na pewno go znajdziemy, na pewno. Do widzenia, bardzo mi pani pomogła.

— Do widzenia, chłopcze — odpowiedziała kobieta i zamknęła za nim drzwi.

— Richard szczerze współczuł matce chirurga, ale nie mogło go to odciągnąć od śledztwa. Postanowił, że dobry detektyw poszedłby teraz na miejsce, gdzie ostatni raz widziano Jasona Dommergue. Wsiadł do swojego Jaguara i pojechał w kierunku szpitala. Wybiła godzina szesnasta. Oznaczało to duże korki w centrum miasta. Stojąc w nich detektyw-amator myślał o tym, co mogło się stać z lekarzem. Czy nieudana operacja mogła mieć związek z jego zaginięciem? Do szpitala Richard dojechał dopiero za niecałe pół godziny. Przystanął przed budynkiem i spróbował wyobrazić sobie co się mogło stać. I wtedy cofnął się w czasie…

Była 3 w nocy. Nad Brighton roztaczało się gwieździste niebo. Jason Dommergue wyszedł ze szpitala i zmierzał w kierunku przystanku autobusowego, znajdującego się kilka ulic dalej. Rozejrzał się nerwowo, jakby ktoś go śledził. Gdy zniknął za rogiem wąskiej uliczki jakaś ciemna postać wyszła zza krzaków i ruszyła szybkim krokiem w jego kierunku. Richard także podążył za nimi. Skradał się ostrożnie, ale dotrzymywał im tempa. Wtem detektyw wpadł na ciemną postać goniącego, który zatrzymał się i obserwował lekarza. Jednak przeniknął przez niego jak duch. Podniósł się i spojrzał mu w twarz. Pod kapturem ukrywał się wysoki, czterdziestopięcioletni mężczyzna. Miał kruczoczarne włosy, ciemne oczy, wąs i podstępny wyraz twarzy. Na rękach nosił białe rękawiczki. Nie zauważył Richarda. Zaraz po tym wystartował za Jasonem. Lekarz, najwyraźniej poczuł, że jest ścigany i zaczął biec, jednak nie miał już szans uciec. Ciemnooki mężczyzna dogonił go i popchnął. Chirurg przewrócił się. Richard także dotarł do nich i przyglądał się akcji. Człowiek w kapturze kopnął leżącego w twarz. Jasonowi zaczął krwawić nos.

— Czego ode mnie chcesz? — zapytał Jason. — Niczego ci nie zrobiłem.

— Niczego mi nie zrobiłeś? — odparł poddenerwowanym głosem. — Jednak zabiłeś moją córkę — Kopnął go ponownie. — Wiem, że dało się ją uratować! A ty celowo jej nie pomogłeś!

— Ja nie wiedziałem — tłumaczył się lekarz. — to nie moja wina.

— To czyja jeśli nie twoja? — mężczyzna zaczął napierać na Jasona.

— Ja nie chciałem jej zabijać — chirurg odsuwał się. — To była i tak bardzo trudna operacja. Po potrąceniu przez samochód bardzo niefortunnie upadła i…

— Kto ci to zlecił!? — przerwał mu napastnik.

— George Blackmont, milioner — odpowiedział przerażony lekarz. — widocznie było to w jego interesie. Dużo mi zapłacił za tą operację.

Wtedy mężczyzna nie wytrzymał. Wyciągnął broń i strzelił Jasonowi Dommergue w głowę. Martwy wydał z siebie zduszony dźwięk i poległ. Stworzyła się pod nim plama krwi. Richard patrzył na to wydarzenie z szeroko otwartymi oczami. Nie wiedział, że wpakował się w tak zawiłą sprawę przestępczą. Zabójca podniósł ciało i włożył je do dużego kontenera na śmieci. Następnie otrzepał swoje rękawiczki i odszedł. Detektyw był zbyt zszokowany, aby podążyć za nim.

Wtedy wizja się skończyła i Richard obudził się. Czuł się bardzo słabo. Półprzytomnie dowlókł się do pojemnika na śmieci, w którym zabójca schował zwłoki Jasona. Odsunął pokrywę i zobaczył ciało. Pokryte było różnymi odpadkami, które przechodzący ludzie wrzucali do śmietnika. Mężczyźnie zrobiło się niedobrze. Zamknął kontener i wsiadł do samochodu. Wszystko było tak jak przed wizją. Jakby zatrzymał się wtedy czas. Detektyw pomyślał, że w świetle nowych dowodów mógłby zgłosić zabójstwo na policję. Jednak był zbyt wykończony. Obrał za kierunek swój dom i łóżko. Wszedł do mieszkania i zasnął.

Richard obudził się i spojrzał na zegar. Była dziesiąta rano 22 października. Przespał 3 dni. A może to wszystko było tylko snem? Zerwał się z łóżka i rozejrzał się. Próbował przypomnieć sobie, co dokładnie się stało. Widział śmierć Jasona Dommergue, jego ciało ukryte w kontenerze.

Miał to zgłosić na policję. Mężczyzna wsiadł do samochodu i wyjechał w kierunku głównego posterunku policji w Brighton.

Gdy Richard wszedł na komisariat panowało tam poruszenie. Pracownicy chodzili w te i z powrotem, trzymając w rękach sterty papierów. Detektyw podszedł do okienka.

— Dzień dobry — zaczął mężczyzna. — Przyszedłem w sprawie zaginionego, Jasona Dommergue.

— Przepraszam pana, ale mamy dzisiaj inne sprawy na głowie — odparła kobieta, nawet nie patrząc na detektywa. — Nie słyszał pan o zamordowaniu wielkiego biznesmena, George’a Blackmonta?

— Co takiego? — zdziwił się Richard. Przecież to właśnie ten milioner zlecił lekarzowi nieudaną operację. I to zapewne on mógł być następnym celem zabójcy z Brighton.

— Widać, że nie czyta pan codziennej prasy — stwierdziła kobieta. — Wielka sprawa. Nikt nie potrafi zidentyfikować przestępcy. Nie zostawił po sobie niczego. Żadnych poszlak ani śladów palców. W każdym razie nie mamy teraz czasu dla pana. Do widzenia.

Richard w zamyśle wyszedł z komisariatu, a kobieta wróciła do swojej pracy. Policja nie była zainteresowana wiedzą mężczyzny, więc stwierdził, że będzie rozwiązywał tą zagadkę na własną rękę. Te sprawy były ze sobą ściśle powiązane. Lekarza oraz biznesmena zabił ten sam człowiek. A ich łączyło zabójstwo córki przestępcy. Jednak pytaniem, które nasuwało się detektywowi było: dlaczego to zrobili? Postanowił, że musi się tego dowiedzieć i udał się w kierunku auta.

Richard jednak nie wiedział, że podczas wsiadania do swojego jaguara był obserwowany. Gdy detektyw odjechał, czarny samochód zaczął go śledzić. Jechał w nim zamaskowany mężczyzna w skórzanej kurtce, okularach i… białych rękawiczkach.

10 minut po przybyciu Richarda do domu rozległ się dzwonek do drzwi.

— Już idę — rzekł zmierzając w kierunku drzwi.

Gdy je otworzył zobaczył mordercę w pełni swej okazałości. Takiego, jakiego widział w swojej wizji.

— No, dzień dobry — rzekł ironicznie przestępca, po czym uderzył detektywa pięścią w twarz.

Mężczyźnie zrobiło się ciemno przed oczami i upadł na ziemię.

Gdy Richard się obudził był w niewielkim, słabo oświetlonym pomieszczeniu. Koło niego stał stół operacyjny. Siedział, przywiązany do drewnianego krzesła. Wciąż bolało go miejsce po uderzeniu. Wtem z mroku wyłonił się zabójca z Brighton. Był ubrany w biały, lekarski kitel, fartuch i rękawiczki, co mocno kontrastowało z jego czarnymi włosami i wąsem.

— No, no — zaczął. — jesteś bardziej interesujący niż na to wygląda, Richardzie Waltersonie. Jak dowiedziałeś się o tym, że zabiłem Jasona Dommergue? Chociaż nie, to za proste, zadam inne pytanie. Jakim cudem to zobaczyłeś?

Richard wiedział, że nie może zdradzić mu prawdy. Jednak, mimo to przestępca wiedział niewiarygodnie dużo. Skąd?

— Skąd? — powtórzył zabójca. — A no tak! Czytam ci w myślach. Chociaż wydaje mi się, że mimo to, ty jesteś ciekawszym obiektem doświadczeń, prawda Richardzie?

— Kim ty właściwie jesteś? — zapytał zdziwiony detektyw.

— Nazywam się Jacob Darc, ale i tak ci się to nie przyda. Jestem naukowcem i lubię robić różne doświadczenia. Robiłem je na swojej córce, może pod lekkim przymusem i dzięki dawce środków otumaniających, ale zawsze trzeba coś poświęcić. Wszystko szło dobrze dopóki nie zabili jej ci głupcy. Tak, może była trochę ulepszona. Zatrudniła się jako doradczyni tego śmiesznego milionera. Potrafiła rozgryźć wszystkie jego plany i zagrywki. Zarobiła duże pieniądze na oszustwach i zalazła mu tym za skórę. Jednak moje ulepszenia obejmowały jedynie jej sprawność umysłową, nie fizyczną. No i stał się wypadek, potrącenie przez samochód. Kiedy biznesmen się o tym dowiedział przekupił lekarza za grubą sumkę, aby ją zabił w trakcie operacji. Ale nie zasługiwała na tak haniebną śmierć. Dlatego zabiłem Jasona Dommergue i George’a Blackmont. Ale to było z zemsty. Ciebie, natomiast, zabiję z przyjemnością. Jednak najpierw, zostaniesz moim nowym obiektem doświadczeń.

— Ty potworze — powiedział mężczyzna. — Nie ujdzie ci to na sucho.

— Oj, ujdzie, ujdzie. O to bym się na twoim miejscu nie martwił. Zaraz wrócę. Nie ruszaj się stąd — odrzekł Jacob i wyszedł z pomieszczenia.

Richard rozejrzał się po pokoju. Przez szybę wpadała do niego wąska strużka światła, co oznaczało, że musiał być dzień. Detektyw zaczął przesuwać się w kierunku okna, skacząc na krześle. Gdy do niego dotarł spojrzał na ulicę i okoliczne budynki. Przecież dobrze je znał! To była Down Street. Na przeciwko znajdował się numer 18, więc on musiał być w 19. Teraz tylko poradzić sobie z zabójcą. Ale jak? Spróbował poluzować więzy, ale bezskutecznie. Na stoliku obok zauważył ostry nożyk i przesunął się w jego kierunku. Uderzył w blat i ostrze spadło mu prosto w ręce. Wrócił na miejsce i zaczął energicznie piłować linę.

Wtem do pokoju wszedł zabójca. W rękach trzymał strzykawkę napełnioną zieloną substancją.

— Bardzo zainteresowała mnie twoja umiejętność cofania się w czasie — zaczął. — Zobaczymy, czy mogę odczytać z twojego umysłu to, co widziałeś. Ale najpierw muszę wymusić na tobie podróż w czasoprzestrzeni.

— Przestępca zaczął zbliżać się do Richarda ze strzykawką. Detektyw już kończył piłować więzy. Gdy Jacob był już naprawdę blisko lina puściła i Richard zrobił zamach nożem. Jednak zabójca uskoczył, a nóż wypadł mężczyźnie z dłoni.

— Ha! — zadrwił z niego przestępca. — myślałeś, że uda ci się mnie zaskoczyć?

— Nie, nie myślałem — odparł Richard i uderzył Jacoba pięścią w brzuch. — W przeciwieństwie do ciebie.

Zabójca skulił się i wydał z siebie zduszony jęk.

— Dzień dobry, tak? — powiedział detektyw i walnął przestępcę prosto w głowę.

Ten zatoczył się i ogłuszony runął na ziemię. Richard był pod wrażeniem swojego wyczynu, ale to nie był czas na przechwałki. Sięgnął do kieszeni, aby wydobyć komórkę, ale jej tam nie znalazł. Jacob musiał ją schować. Przeszukał leżącego i na szczęście, znalazł jego telefon. Zadzwonił na policję.

— Halo, kto mówi? — odezwał się męski głos w słuchawce.

— Tu, Richard Walterson złapałem poszukiwanego przestępcę Jacoba Darca, zabił ostatnio Jasona Dommergue i George’a Blackmonta.

— Co? — zdziwił się rozmówca — Policja jeszcze nawet nie ustaliła jego tożsamości.

— Wszystko wam wytłumaczę. Proszę, żebyście wysłali jakiś patrol na Down Street 19. Leży tutaj, jest ogłuszony.

— Dobrze panie Walterson. Prosimy go przypilnować. Do 10 minut zjawią się radiowozy — postanowił mężczyzna i rozłączył się.

Stało się tak, jak obiecał policjant. Po kilkunastu minutach zjawiła się policja. Richard zaprowadził ich do ogłuszonego Jacoba i wytłumaczył całą sprawę. Pomijając swoją wizję, rzecz jasna. Komendant miejskiej policji osobiście podziękował detektywowi oraz odwiózł go do domu. I tak zakończyła się pierwsza szpiegowska przygoda Richarda Waltersona.

Następnego dnia Richard siedział na kanapie przed swoim telewizorem. Była słoneczna niedziela 23 października. Miejskie ptaszki śpiewały a mężczyzna oglądał poranne wiadomości.

Dzień dobry, Brighton, tu Danny Michaels, a to Niedzielne Śniadanie w BTV. Wczoraj ok. godziny 14 w centrum miasta policja złapała seryjnego zabójcę. To ten człowiek zabił między innymi George’a Blackmonta. Jednak pewien detektyw-amator Richard Walterson odkrył jego zamiary i ogłuszył go w jego własnym domu. Jacob D. będzie miał proces w sądzie i karę więzienną. Bohaterska postawa Richarda na pewno zostanie nagrodzona przez władze miasta. Serdecznie mu gratulujemy, a teraz pogoda.

Mężczyzna uśmiechnął się. Miło zostać docenionym. Zresztą zrobił to, o czym od dziecka marzył: rozwiązał sprawę przestępczą. I to nie byle jaką! Po tych przemyśleniach Richard wyłączył telewizor i poszedł przygotowywać śniadanie.

Tajemnica skuwki

Maksymilian Śleziak

Był deszczowy poranek. Dzień rozpoczynał się niezachęcająco. Richard Walterson wstał jednak z łóżka wcześnie. Poszedł do kuchni i zrobił sobie herbatę, którą zawsze rano pił ze smakiem. Po porannej toalecie zajrzał do lodówki, w której, ku jego zaskoczeniu, hulał tylko wiatr. Richard postanowił pojechać do centrum Brighton, aby zrobić obfite zakupy. Dojazd do supermarketu zajął mu trochę czasu, pomimo że jechał szybkim czerwonym jaguarem.

W czasie zakupów spotkał swojego dawnego kumpla, Jasona Kingsa, z którym znał się już od kilku lat. Razem zrobili zakupy i tak bardzo się zagadali, że Richard zapomniał kupić nową gazetę, choć zwykle robił to automatycznie. Detektyw-amator wrócił więc do sklepu. Po powrocie do jaguara z ciekawością przeczytał zwracający jego uwagę nagłówek, który brzmiał: „Znaleziono martwą kobietę niedaleko Kingswood Street”. Richard od razu zainteresował się tą tajemniczą sprawą.

W pośpiechu wrócił do domu. Był tak zaintrygowany, że zapomniał, gdzie zawsze zostawiał klucze, na szczęście po chwili uprzytomnił sobie, że są schowane pod trzecią doniczką z czerwonymi kwiatami. Richard usiadł na sofie i włączył telewizor, żeby dowiedzieć się czegoś więcej na temat owej martwej kobiety. Niestety, w wiadomościach nie znalazł informacji na ten temat. Postanowił się położyć i odpocząć przed kolejnym ciężkim dniem. O 5 rano detektyw był gotowy, by wyruszyć na Kingswood Street i wyjaśnić sprawę denatki, ponieważ nie dawała mu spokoju. W końcu po trzech godzinach jazdy dotarł na miejsce. Richard był trochę zdenerwowany, ponieważ dojazd przedłużył się aż o godzinę. Okolica była bardzo mroczna i cicha. Detektyw postanowił porozmawiać z miejscowymi, lecz nikt nie chciał otworzyć drzwi. Richardowi pozostał tylko jeden, ostatni dom. Zapukał do drzwi i po chwili usłyszał kroki. Drzwi otwarły się powoli, z głośnym piskiem.

— Witam, czego pan ode mnie chce? — niepewnym głosem odezwała się staruszka.

— Nazywam się Richard Walterson i jestem detektywem. Przyszedłem w sprawie kobiety, której ciało znaleziono niedaleko. Może wie pani coś na ten temat?

— Tak, byłam jej babcią, wejdź — odezwała się drżącym głosem starsza kobieta.

— Dziękuję — odpowiedział Richard.

Staruszka zrobiła herbatę i razem z detektywem rozmawiali prawie pół dnia na temat tej strasznej sprawy. Richard dowiedział się, że babcia ostatni raz widziała swoją wnuczkę, Mary Green, dzień przed śmiercią. Okazało się, że Mary uwielbiała chodzić na pobliski basen, aby popływać. Richard zadowolony z poszlaki powrócił do domu.

Następnego dnia agent-amator wyruszył sprawdzić pobliski basen. W ośrodku sportowo-rekreacyjnym, o którym mówiła babcia Mary, zastał tylko instruktora nauki pływania.

— Dzień dobry — przywitał go trener.

— Dzień dobry — odpowiedział. — Nazywam się Richard Walterson i jestem detektywem. Przyszedłem w sprawie Mary Green. Znał ją pan? — z ciekawością zapytał Richard.

— Tak, oczywiście. Mary była świetną pływaczką. Zdobyła kilka medali dla naszego klubu pływackiego — odpowiedział pracownik ośrodka sportowego.

— Czy dziewczyna była lubiana? Czy może miała jakąś koleżankę lub kolegę, z którym przyjaźniła się na pływalni? — zadał kolejne pytania detektyw.

— Mary….była lubiana. Biorąc udział w zawodach pływackich, zawsze dawała z siebie wszystko. Jedną z jej rywalek była… Jane. No właśnie… biedna Jane — zamyślił się trener.

— Dlaczego biedna? Czy coś się stało? — dopytywał Richard.

— Pewnego dnia obie dziewczyny przyszły jak zwykle na trening. W trakcie zajęć rywalki pływały zacięcie, a pod koniec postanowiły ścigać się na jedną długość basenu. Jane bardzo chciała wygrać ten pojedynek z Mary. Niestety, Jane przed skokiem do wody poślizgnęła się i wpadła na pas oddzielający tory na basenie. Nieszczęśliwie uderzyła w niego plecami i uszkodziła kręgosłup. Tragedia, dziewczyna jest sparaliżowana — odpowiedział trener z zatroskanym wyrazem twarzy.

— Smutna historia. Dziękuję, że poświęcił mi pan trochę czasu. Do widzenia… Aha, czy mógłbym rozejrzeć się w szatni dziewcząt? — spytał Richard.

— Jasne, nie mam nic przeciwko, do widzenia — odpowiedział trener.

Detektyw postanowił sprawdzić przebieralnię. Przeglądał dokładnie to miejsce, gdy…. nagle źle się poczuł i na kilka sekund stracił przytomność. Nie miał kontaktu z rzeczywistością i wtedy… jakby we śnie, dostrzegł kobietę. Spieszyła się bardzo i była zestresowana. W pośpiechu wyszła z budynku, więc Richard podążył za nią. Detektyw zauważył, że jakaś ciemna postać zaczęła śledzić tajemniczą kobietę. Nagle napastnik złapał ją i zaprowadził do ciemnego zaułka. W tym momencie Richard zorientował się, że ta kobieta to Mary Green! Tajemnicza postać dusiła Mary, nie wiadomo dlaczego. Dziewczyna zaczęła wołać o pomoc, jednak bezskutecznie.

— Dlaczego to zrobiłaś? — zapytała z wściekłością tajemnicza postać.

— Co zrobiłam? — z trudem odparła przerażona Mary.

— Przez ciebie Jane jest sparaliżowana!!! — krzyczał napastnik.

— To nie moja wina… to był wypadek — wyszeptała z trudem Mary.

— Jak to nie twoja!!! Gdybyś nie wymyśliła tego wyścigu, to nic by się nie stało, a Jane do dziś mogła by robić to, co kocha najbardziej!!!

— To nie byłam ja… to… nie… moja… wina…

To były ostatnie słowa, jakie wypowiedziała dziewczyna. Richard próbował coś zrobić, lecz był bezradny. Mary przestała oddychać. Morderca odwrócił na chwilę głowę i detektyw, dosłownie przez kilka sekund, widział jego twarz. Napastnik schował ciało w pustych kartonach, które znajdowały się niedaleko miejsca zbrodni. Richard obudził się i był przerażony tym, co zobaczył w swojej wizji. Wrócił do swojego domu i przez całą noc wpatrywał się w sufit, ponieważ nie potrafił zasnąć.

Następnego dnia, wykończony bezsenną nocą, agent Richard wyruszył na miejsce zbrodni. Gdy dotarł do celu, w powietrzu unosił się lekki zapach kobiecych perfum. Przypomniał sobie, gdzie zabójca zostawił ciało Mary. Detektyw znalazł kartony i otworzył je. Oczywiście ciała już tam nie było, lecz nagle… na dnie pudła dostrzegł świecący przedmiot. Była to srebrna skuwka od pióra z logo znanej firmy, która produkowała ekskluzywne akcesoria do pisania. Detektyw-amator ubrał rękawiczkę i schował skuwkę do woreczka, traktując ten przedmiot jako dowód. Na podstawie logo Richard bez problemu odnalazł firmę w Internecie i sprawdził jej numer telefonu. Postanowił nie zdradzać tego, czym się zajmuje i niezwłocznie zadzwonił pod podany numer. Telefon odebrała sekretarka.

— Dzień dobry.

— Dzień dobry. Nazywam się Richard Walterson i chciałbym umówić się na spotkanie w sprawie pracy — powiedział detektyw.

— Hmm… Może pan przyjść dzisiaj na godzinę 19:00, jeżeli panu odpowiada — zaproponowała sekretarka.

— Tak, dziękuję, będę punktualnie. — odparł Richard — A gdzie mam się zgłosić?

— Firma znajduje się na Saint Nicholas Road 44—45 — odpowiedziała.

— Dziękuję, do widzenia.

— Do widzenia — sekretarka rozłączyła się.

Detektyw wrócił do domu, aby przygotować szybko CV i list motywacyjny, potrzebne do zatrudnienia. Zjadł coś i wsiadł z powrotem do jaguara. W drodze na spotkanie Richard rozmyślał, jaki związek ma znaleziona skuwka z morderstwem Mary Green. Zastanawiał się też, kim był napastnik i dlaczego zabił dziewczynę.

Zbliżała się godzina 19:00. Detektyw był podekscytowany. Gdy dotarł na miejsce, jego oczom ukazał się dwupiętrowy budynek z oświetloną fasadą, na której widniało, znane już agentowi, logo firmy. Richard, po wejściu do środka, podszedł do recepcji i powiedział, że był umówiony na spotkanie. Recepcjonistka skierowała detektywa do biura właściciela firmy. W tym dniu dyrektor personalny, który zwykle zatrudnia pracowników, był nieobecny. Agent wjechał windą na drugie piętro i dotarł na miejsce. Zapukał do drzwi i usłyszał:

— Proszę wejść.

Detektyw pewnym krokiem wszedł do środka i przedstawił się.

— Nazywam się Richard Walterson i poszukuję pracy w pańskiej firmie — powiedział detektyw, bacznie rozglądając się po wnętrzu biura. Panował tam półmrok, ale agent dostrzegł stojące na biurku zdjęcie, przedstawiające młodą dziewczynę w stroju kąpielowym z medalem w ręku.

Właściciel firmy siedział w głębokim fotelu tyłem do Richarda.

— Witam, Harry Adams, jestem właścicielem firmy — mężczyzna przedstawił się jednocześnie podając rękę agentowi.

W tym momencie detektyw osłupiał. Nagle przypomniał sobie te kilka sekund swojej wizji, w której zobaczył twarz mordercy. Tak, to on!!! — powiedział do siebie w myślach, ale nie do końca dowierzał temu, co zobaczył. Dlaczego on, z jakiego powodu miałby zabić Mary!? Richard zachował jednak kamienną twarz i nie dał po sobie poznać, że skądś kojarzy jego fizjognomię.

— Jakie ma pan doświadczenie i kwalifikacje? Na jakim stanowisku chciałby pan pracować, panie Walterson? — zapytał Harry.

— Tak naprawdę jestem w całkowitym dołku finansowym i szukam czegokolwiek, co dałoby mi zarobek. Mam kwalifikacje do pracy w księgowości, ale równie dobrze mogę wykonywać pracę fizyczną — odpowiedział, kładąc na biurko Adamsa swój życiorys.

W tym samym momencie ktoś zapukał do drzwi biura.

— Proszę wejść.

— Przepraszam, że przeszkadzam panie Adams, ale dzwoniła pańska żona i prosiła, żeby panu przypomnieć o wizycie córki u lekarza.- sekretarka przekazała informacje.

— Dziękuję panno Lucy — odpowiedział Harry.

Sekretarka wyszła z biura. Detektyw stał jak wryty, słysząc jej słowa.

— Przepraszam, ale zupełnie zapomniałem o wizycie Jane. Przełożymy naszą rozmowę na inny termin. Myślę, że znajdę dla pana jakąś posadę w mojej firmie. Proszę zostawić swoje namiary w sekretariacie. Odezwę się do pana wkrótce. Do widzenia.

— Do widzenia- odpowiedział Richard.

Detektyw opuścił budynek. W tej chwili był przekonany, prawie na sto procent, że to właśnie Harry Adams zabił Mary Green! Wszystko zaczęło się układać w jego głowie: zdjęcie dziewczyny na biurku, znajoma twarz z wizji, wizyta córki o imieniu Jane u lekarza…!!!! To nie może być przypadek, mówił do siebie w myślach. Podekscytowany Richard natychmiast pojechał na posterunek policji w Brighton. Tam opowiedział wszystko, czego dowiedział się na temat morderstwa Mary Green. Przekazał także skuwkę, którą znalazł na miejscu zbrodni, aby policjanci zdjęli z niej odciski palców i porównali z tymi na ciele zamordowanej dziewczyny. Po tak wyczerpującym dniu, detektyw wrócił do domu i zmęczony poszedł spać.

Następnego dnia Richard zadzwonił na posterunek policji i dowiedział się, że odciski palców ze skuwki i ciała denatki były zgodne. Po upływie kilku tygodni Richard usłyszał w porannych wiadomościach, że Harry Adams został oskarżony o zamordowanie Mary Green. Morderca na przesłuchaniu przyznał się do zabicia dziewczyny. Podano również, że powodem tego strasznego czynu była frustracja ojca, który nie mógł znieść, że jego córka została inwalidką do końca życia. Harry Adams nie potrafił pogodzić się z myślą, że Jane już nigdy nie będzie mogła pływać i brać udziału w zawodach. Obwiniał Mary Green za tragedię, jaką przeżyła jego córka. Długo walczył z własnymi myślami, ale przegrywał każdego dnia, patrząc na sparaliżowaną Jane. Harry postanowił wymierzyć karę Bogu ducha winnej Mary.

Richard po obejrzeniu wiadomości zaparzył sobie swoją ulubioną herbatę i usiadł w swoim wygodnym fotelu…

Dawna znajomość

Krzysztof Maciejończyk

Ciemność i deszcz. Tak można było opisać poprzednią noc w Brighton. Niby normalna noc, nic niezwykłego, ale jednak dało się wyczuć, że coś wisiało w powietrzu. Tak, jakby miało się stać coś niedobrego. Tamtej nocy drogą szedł czarnoskóry mężczyzna, przeciętnego wzrostu, z krótko przystrzyżonymi włosami, na które spadały wielkie krople deszczu. Nie wyróżniał się za bardzo od innych ludzi. W pewnej chwili zatrzymał się jednak przy płocie obok niewielkiego domku. W ciemności nie dało się określić koloru budynku. Patrzył przez chwilę w zamyśleniu, a następnie wyciągnął z kieszeni swojego płaszcza małe zawiniątko. Włożył ten przedmiot do skrzynki pocztowej, która była trochę zardzewiała, więc wydała z siebie dźwięk jakby ktoś ostrzył nóż o kamień. Przez chwilę można było zobaczyć na twarzy mężczyzny niepewność albo coś w rodzaju strachu, lecz ten grymas zniknął z jego oblicza tak szybko, jak się pojawił. Odszedł.

Richard nie mógł się dzisiaj porządnie obudzić. Wziął szybki prysznic i ubrał się. Próbował już nawet napić się swojej ulubionej herbaty, ale o dziwo, to też nie pomagało. Miał sporo na głowie, więc próbował się tym nie przejmować. Przygotował sobie śniadanie, czyli dwa tosty posmarowane masłem i przykryte serem, które popijał wcześniej wspomnianą herbatą. Gdy siadał do stołu przypomniał sobie, że nie wziął gazety, więc zostawił śniadanie na stole i podszedł do drzwi. Otworzył je i poczuł na swojej skórze rześkie, letnie powietrze, które troszkę go rozbudziło. Od razu poczuł się lepiej. Ochoczym krokiem poszedł do skrzynki pocztowej, żeby wyciągnąć swoją gazetę, lecz wyczuł, że oprócz niej znajduje się tam coś jeszcze. Spojrzał do wnętrza skrzynki i zobaczył pognieciony list. Bardzo się zdziwił, ponieważ od dawna nie dostał żadnego listu, więc czym prędzej go wyjął. Serce zaczęło mu szybciej bić kiedy zobaczył, że nadawcą listu jest jego dawny przyjaciel z liceum, który został uznany za martwego. Nazywał się James Smith.

Richard jeszcze nigdy nie biegł tak szybko. Pobiegł w stronę domu i gdy dotknął klamki, przekręcił ją i dosłownie wtargnął do domu. Usiadł w fotelu i zapomniał o swoim śniadaniu. Otworzył kopertę drżącymi rękami i wyciągnął list. Nie wierzył własnym oczom, że nadawcą był jego nieżywy przyjaciel. Zaczął czytać wiadomość:


„Drogi Przyjacielu!


Dawno się nie widzieliśmy. Wydarzyło się wiele rzeczy, w które byś nigdy nie uwierzył. Jedną z nich jestem ja, czyli twój stary, dobry znajomy. Każdy myśli, że jestem już na drugim świecie, a mam się całkiem dobrze tu, na ziemi. Obserwowałem Cię od wielu, wielu lat. Ile to już? 10? 20? Sam się już pogubiłem. Lecz Ty nadal mnie nie zauważyłeś. Czasami wydaję mi się, że jestem duchem, ponieważ jakoś nikt mnie nie widzi. Ale dobrze, przejdźmy już do rzeczy. Zauważyłem, że ostatnio zostałeś detektywem oraz widziałem, co potrafisz dzięki swoim wizjom. Gratuluję! Mam więc dla Ciebie zadanie. Dzisiaj. Na rynku. 10:00. Bądź na czas!

James Smith”

Zaskoczony treścią listu Richard, upuścił go na podłogę. Spojrzał na zegar, na którym wyświetlała się godzina 9:34. Tik-tak, tik-tak. Czuł jakby podskoczyło mu ciśnienie. Przecież przed wyjściem po gazetę była 9:00! Zjadł w połowie śniadanie i ubrał brązowy płaszcz. Następnie wyszedł na dwór i wsiadł do swojego czerwonego jaguara. Włożył kluczyk do stacyjki i wziął głęboki oddech. Przecież nic złego nie może się zdarzyć. W trakcie jazdy rozmyślał, jakim cudem policja uznała Jamesa za zmarłego, skoro on żyje! Albo może Richard cierpi na paranoję? Nikt o zdrowych zmysłach nie uznałby, że dostał list od nieżywego kolegi. Zdecydował się jednak, że pojedzie na rynek, tak na wszelki wypadek. O godzinie 9:55 zaparkował samochód blisko wyznaczonego miejsca i pobiegł w jego kierunku. Znalazł się tam idealnie o 10:00. Po chwili ujrzał ogromny wybuch w centralnym miejscu rynku. Eksplozja była tak silna, że Richard się przewrócił. Był kompletnie zdezorientowany. Dlaczego ktoś miałby zabić tylu niewinnych ludzi? Postanowił jednak, że pomyśli o tym gdy będzie już w bezpiecznym miejscu. Zobaczył mnóstwo płaczących i uciekających ludzi. Niektórzy wzywali pogotowie i dzwonili na policję. Na wybrukowanej ziemi leżały szczątki fontanny, w której prawdopodobnie nastąpił wybuch. Niestety, leżały na niej też fragmenty ludzkich ciał. Z miejsca wydarzeń uciekali jednak ludzie, którzy byli zakrwawieni i prosili o pomoc. Panował chaos. Wszędzie słychać było krzyki. Mężczyzna postanowił, że ucieknie i wówczas zacznie zastanawiać się, co się tak naprawdę wydarzyło. Szedł szybko w stronę swojego samochodu. Otworzył drzwi i wyjechał z parkingu. Gnał na drodze tak szybko, że już w ciągu kilku minut znalazł się pod swoim domem. Wysiadł z samochodu i wszedł do mieszkania. Zaczął chodzić w kółko, rozmyślając, co tak naprawdę się stało. Nagle poczuł się bardzo słabo. Zaczęło mu się kręcić w głowie. Zdążył jedynie położyć się na kanapie i zemdlał.

Był ranek. Piękny słoneczny dzień. W kawiarni przy małym stoliczku siedziało trzech mężczyzn. Dwaj z nich, czarnoskórzy, wyróżniali się eleganckim ubraniem. Jeden przewyższał o głowę drugiego. Mieli na sobie czarne garnitury i czarne spodnie, co zadziwiało przy temperaturze ponad 25 stopni. Posiadali krótko przystrzyżone włosy. Trzeci mężczyzna też był elegancko ubrany, lecz on w przeciwieństwie do reszty włożył biały garnitur z czerwoną chusteczką w kieszonce oraz białe spodnie. Nosił też na nosie, który miał ślady złamania, okulary przeciwsłoneczne. Richard podszedł do nich, bo wiedział, że go nie widzą.

— …, więc nie możemy do tego dopuścić Brad — rzekł mężczyzna w białym ubraniu.

— Jak będzie więc wyglądać nasz plan panie James? — odpowiedział Brad.

Serce detektywa zaczęło szybciej bić. Czyżby to był jego kolega?

— Już to przecież tłumaczyłem — powiedział James. — Chcę zobaczyć, co potrafi Richard.

— A co, jeśli teraz nas ogląda w tej swojej wizji, o której pan mówił? — rzekł z niedowierzaniem niższy czarnoskóry mężczyzna.

Nagle James odwrócił się dokładnie w kierunku detektywa. Richard jeszcze nigdy nie był taki przerażony.

— Jeśli tu jesteś Richard — zaczął. — to wiedz, że w fontannie znajduje się sejf, który po wszystkim nie powinien zostać zniszczony. Zajrzyj do środka, znajdziesz tam wiadomość. Radzę ci się pośpieszyć, bo jeszcze policja go zgarnie.

Odwrócił się z powrotem do swoich kompanów i zasygnalizował im, żeby wyszli. W tym samym momencie Richard obudził się zalany potem.

Detektyw bardzo się przejął tym, że James wie o jego dziwnych zdolnościach. Nie miał zielonego pojęcia, dlaczego tak bardzo Jamesowi na nich zależało. Jednak nie miał czasu się nad tym zastanawiać, ponieważ w wizji jego dawny kolega powiedział mu, że sejf znajdował się w fontannie, a w nim był ukryta wiadomość. Wstał z kanapy, wyszedł z domu i pobiegł w kierunku auta, lecz nagle całe ciało odmówiło mu posłuszeństwa. Upadł na trawę i nie mógł wstać. Usłyszał, że podbiegają do niego ludzie. Zaczęli go podnosić i wtedy Richard ujrzał ich twarze. Byli to ci sami czarnoskórzy mężczyźni, których zobaczył w swojej wizji!

— Warto było wychodzić z domu cwaniaczku? — powiedział Brad.

— Szef da nam przyzwoitą sumkę za ciebie — uśmiechnął się drugi. — Nawet nie wiesz, jak długo cię już obserwowaliśmy, ale w końcu szef dał nam zielone światło.

— Co chcecie ze mną zrobić? — przestraszył się Richard. — Przecież ja nic nie zrobiłem!

— To już nie nasza sprawa — odpowiedział Brad. — Frank! Skuj go. Muszę zadzwonić do szefa.

Richard czuł się bardzo poniżony. Nie dość, że słuchał każdego polecenia, to jeszcze został złapany we własnym domu.

Detektyw nie wiedział, ile godzin dokładnie minęło od jego porwania. Miał na głowie worek, w którym nie mógł oszacować, w jakim miejscu się znajduje, ale czas ciągnął mu się niemiłosiernie. Próbował liczyć go w myślach, żeby łatwiej było mu określić, jak daleko go wiozą, lecz bardzo szybko się pogubił. Wnet pojazd się zatrzymał i Richard usłyszał otwierające się drzwi. Wyciągnęli go tak energicznie, że spadł na ziemię. Po dłuższej chwili wstał i został szarpnięty za koszulkę, żeby szedł dalej. To spowodowało, że znowu niemal się przewrócił, ale udało mu się zachować równowagę. Po krótkim „spacerze” zdjęli mu worek z głowy. Zorientował się, że znajdowali się w górach. W jego kraju było bardzo wiele gór, więc nie miał pojęcia, w których dokładnie się znajduje. Ujrzał błękitne jeziorko, na którym pływały w spokoju łabędzie, nie zwracając uwagi na to, co się dookoła dzieje. W oddali słońce zachodziło za zaśnieżonymi szczytami gór. Po lewej stronie jeziorka znajdował się całkiem spory, nowoczesny dom, który został wybudowany z drewna. Z komina wydobywał się dym. Richard marzył, aby znaleźć się w środku tego domku, żeby móc się ogrzać, ponieważ w górach było o wiele zimniej niż przypuszczał. Jednak Brad i Frank nie pozwolili mu czasu na dalsze rozmyślania dając mu sygnał, żeby szedł dalej. Zmierzali właśnie w stronę owego mieszkania, gdy zza jego rogu wychynął mężczyzna. Na twarzy detektywa pojawiła się złość.

— Czego ode mnie chcesz?! — zaczął Richard.

Mężczyzna jedynie się uśmiechnął i zasygnalizował swoim towarzyszom, aby zaprowadzili Richarda do środka. Wchodząc do domu, na pierwszy rzut oka można było zobaczyć kominek, w którym płonął ogień. Obok kominka stały sofy, kanapy i fotele pokryte futrami. Na ziemi leżał dywan ze skóry niedźwiedzia. Przy prawej ścianie domku stał przykryty obrusem i przygotowany do uczty stół, na którym leżały wyśmienite dania. Na przykład była tam pieczeń, która cudownie pachniała, do tego ugotowane ziemniaki z posiekanym koperkiem. Richardowi od razu napłynęła ślinka, bo uświadomił sobie, że od dawna już nic nie miał w ustach.

— Jak ci się podoba moja posiadłość? — zapytał James.

— Lepiej zacznij mówić, co chcesz — rzekł ze złością Richard.

— No dobrze — odpowiedział, lekko zasmucony brakiem zainteresowania jego mieszkaniem, James. — widziałem, że zajmujesz się różnymi zagadkami. Mam dla ciebie jedną. Wszyscy uznają mnie za martwego, ale razem ze mną zniknął John. Pamiętasz go? Nasz stary znajomy z liceum. Jakoś nigdy za nim nie przepadałem. Postanowiłem, że coś z nim zrobię. Tamtej nocy ogłuszyłem go, gdy szedł ciemną uliczką z powrotem do domu i pojechałem z nim na skraj lasu. Gdy byłem już w lesie, wyciągnąłem nóż i zadźgałem go.

— Jesteś okrutny! — krzyknął detektyw. — On przecież niczym nie zawinił!

— Wracając do mojej opowieści — chrząknął James. — Pozbyłem się wszelkich śladów zbrodni i musiałem uciekać, więc mnie też uznali za zmarłego. Mam dla ciebie propozycję. Za zadanie masz rozwiązanie zagadki, jak go zabiłem i dlaczego wszyscy myślą, że nie żyję. Jeśli ci się uda, to sam pójdę zgłosić się do więzienia, ale jak ty przegrasz, to ty pójdziesz powiedzieć, że zabiłeś Johna.

— Skąd mam mieć pewność, że dotrzymasz słowa? — powiedział z zaciśniętymi zębami Richard.

James popatrzył na swoich pomagierów i powiedział:

— Jeśli nie dotrzymam słowa, to zabijcie mnie, a przed tym torturujcie. A musisz wiedzieć Richard, że oni zawsze wypełniają rozkazy.

Brad i Frank przytaknęli głowami na znak, że się zgadzają.

— Wspaniale! — rzekł James. — Pamiętaj, że masz 48 godzin. No, to wszystko ustalone. Zabierzcie go z powrotem do jego domu.

Richard cały dzień rozmyślał nad słowami Jamesa. Musiał jakoś wpaść na trop Johna. Przyszedł mu do głowy pomysł, żeby wykorzystać do tego swoje wizje, ale nie wiedział, jak je wywołać. To przychodziło przecież samo z siebie. Postanowił, że poszuka wszystkich informacji na temat Johna. Poszedł na drugie piętro swojego domu, na którym znajdowała się jego sypialnia, łazienka oraz jego miejsce pracy. Wszedł do pokoju, w którym pracował. Przy prawej ścianie znajdowało się jego biurko, na którym znajdował się służbowy laptop. Poszedł w tamtym właśnie kierunku. Odsunął krzesło i usiadł przy laptopie, który następnie otworzył. Richard postanowił, że najłatwiej znajdzie informacje o Johnie w internecie. Przez trzy godziny szukał jakichkolwiek wiadomości, które mogłyby mu się przysłużyć. Jeden artykuł szczególnie go zaciekawił, bo było w nim napisane, że stosunkowo niedawno policja znalazła w lesie, o którym mówił James, pierścień. Na pierścieniu było napisane „Jessica — Na zawsze”. Detektyw zaczął gorączkowo szukać, z jaką Jessicą mógł mieć coś wspólnego John lub James. Nagle jego wzrok zatrzymał się na linijce tekstu, w którym było napisane, że narzeczona Johna bardzo za nim tęskni i mówi, że dopiero niedawno kupił sobie pierścień, który był dla niego bardzo ważny. Richard pojechał do domu Johna, ponieważ przypomniał sobie, gdzie jego przyjaciel mieszkał. Po 10 minutach był już na miejscu. Wysiadł z samochodu i ujrzał mały, lekko zaniedbany domek. Richard wiedział jednak, że nie jest on opuszczony. Czym prędzej pobiegł w stronę budynku i zapukał do drzwi. Drzwi otworzyła mu wysoka, piękna kobieta, która miała blond włosy. Włożyła na siebie żółtą koszulkę, na którą narzuciła granatową bluzę, a do tego miała dobraną białą spódnicę z falbankami.

— Dzień dobry! — powiedział Richard. — Czy nazywa się pani Jessica?

— Tak — odpowiedziała uśmiechając się kobieta. — W czym mogę pomóc?

— Chciałbym zadać pani kilka pytań — rzekł Richard.

— Oczywiście! — uśmiechnęła się Jessica. — Proszę wejść.

Richard rozsiadł się w fotelu, a Jessica usiadła na kanapie i zaczęli rozmawiać.

— Mam do pani kilka pytań dotyczących Johna — zaczął detektyw.

Uśmiech od razu zniknął z twarzy byłej narzeczonej, która nie spodziewała się, że Richard przyszedł w takiej sprawie.

— Skąd pan wie o Johnie? — spytała zaniepokojona kobieta.

— Przeczytałem o pani w artykule, który został opublikowany wiele lat temu — powiedział. — Znałem Johna osobiście i chcę rozwiązać zagadkę jego śmierci. Czy John mówił, że ma jakieś problemy?

— Nic nie mówił, że jakieś miał, ale widać było, że działo się z nim coś niedobrego — odpowiedziała kobieta. — Wiem jedynie, że z kimś rywalizował, ale nie wiem o co.

— Wie pani, w czym wtedy specjalizował się John? — zapytał zaciekawiony detektyw.

— Wiem, że uczył się o zbrodni doskonałej.

— Na czym ona polegała? — pytał coraz bardziej zainteresowany mężczyzna.

— Na zostawieniu na miejscu zbrodni jakiegoś przedmiotu i zakopaniu centralnie pod nim ciała, ponieważ nikt nie spodziewa się, że może się ono tam znajdować.

Richard niespodziewanie wstał i ruszył w stronę drzwi. Podziękował za pomoc kobiecie i wyszedł. Dziarsko szedł w kierunku swojego samochodu, ponieważ wiedział, że z łatwością dowie się, gdzie zakopany jest John. W artykule było zdjęcie pierścienia, a razem z nim otoczenia, gdzie się znajdował. Już wiedział, że wygra zakład z Jamesem. Pojechał do lasu dokładnie w to miejsce, które było przedstawione na zdjęciu. Wysiadł z samochodu i wziął ze sobą łopatę, żeby wykopać zwłoki Johna. Gdy był już blisko miejsca, w którym znaleziono pierścień, usłyszał kichnięcie. Stanął jak wryty. Zupełnie nie wziął pod uwagę tego, że to wszystko może być pułapką. Schował się za jednym z drzew i rozejrzał na boki. Zobaczył człowieka, który powoli przemieszczał się w jego stronę. Richard przesunął się jeszcze trochę na bok, żeby nie zostać zauważonym i czekał aż tajemniczy osobnik trochę się przybliży. Gdy usłyszał, że ów człowiek jest wystarczająco blisko, wyskoczył zza drzewa. Detektyw zrobił to tak szybko, że mężczyzna nie miał czasu, by zareagować. Richard złapał go tak, że nie mógł on oddychać, więc po krótkim siłowaniu się, osunął się na ziemię martwy. Detektyw wziął jego pistolet i patrzył czy nie nadchodzą inni. Ujrzał w oddali trzy osoby. Podejrzewał, kto to może być i zaczął się do nich skradać, gdy nagle któraś z nich zawołała:

— Jack! Widzisz coś?

Nie otrzymał odpowiedzi.

— Brad, idź po niego. Chyba za bardzo się oddalił.

Brad szybkim krokiem poszedł do miejsca, w którym Jack niedawno się znajdował. Richard wpadł na pewien pomysł. Gdy był w miarę blisko pozostałej dwójki, wziął do ręki kamień i rzucił go najmocniej, jak umiał. Czarnoskóry mężczyzna natychmiast podniósł broń i poszedł w tamtym kierunku. Została więc już tylko jedna osoba. Richard miał bardzo dobrą pozycję do strzału, ale nigdy wcześniej nie strzelał z pistoletu.

— Raz się żyje — szepnął do siebie mężczyzna.

Wycelował w głowę napastnika i pociągnął za spust. Strzał okazał się celny. Po chwili w pobliżu ukazali się kompani Jamesa.

— Coś ty zrobił Frank?! — rzekł zdenerwowany Brad, wyciągając pistolet. — Zapłacisz za to.

— To nie byłem ja! — odpowiedział Frank, który również wyciągnął broń.

Obaj w tym samym momencie wyskoczyli zza drzew, mierząc do siebie nawzajem. Strzały zostały wymierzone perfekcyjnie.

Na ekranie telewizora widniał napis: „Dawna zagadka wyjaśniona”, a prezenterka telewizyjna tłumaczyła, co się stało ostatniego wieczoru. Mężczyzna siedział w skórzanym fotelu, popijał herbatę i słuchał, o czym mówiła prowadząca programu.

— … więc teraz mamy niezbite dowody na to, że zabójcą Johna Browna był James Smith — kończyła prowadząca program — jednak nie udałoby się tego udowodnić bez Richarda Waltersona, który rozwiązał całą sprawę.

Mężczyzna wyłączył telewizor i westchnął.

— Kto by pomyślał, że będę brał udział w takiej sprawie — uśmiechnął się pod nosem Richard.

CP

Antoni Sobaszek

Richard Walterson kupił nowoczesnego drona po to, aby mógł zająć się realizacją swojego hobby — kręceniem filmów i robieniem zdjęć. Następnego dnia miał się odbyć wielki mecz towarzyski lokalnego klubu piłkarskiego z Manchesterem United.

Detektyw, jako zagorzały fan piłki nożnej oraz kibic Brighton & Hove Albion Football Club, wszedł na stadion dwie godziny przed rozpoczęciem meczu. Stwierdził, że wyciągnie drona ze specjalnego plecaka, włoży telefon do pilota i poleci nim nad stadion. Na podglądzie w telefonie zobaczył, że wszystkie dotąd białe ptaki z trybun zostały przemalowane na kolor czarny. Od razu go to zastanowiło, ale zgłodniał, więc poszedł do restauracji coś zjeść. Mecz był jednostronny, ale za to strzelono dużo goli. Spotkanie zakończyło się spodziewaną wygraną gości.

Kiedy wracał do domu i przechodził przez pasy, tuż przed nim zatrzymał się mężczyzna prowadzący białe ferrari. Wystartował z piskiem opon, gdy zobaczył zbliżającego się z naprzeciwka również białego forda. Richard bez większych przeszkód wrócił do domu. Kolacja mu nie smakowała, więc umył się i poszedł wcześnie spać.

Następnego dnia okazało się, że zachorował. Włączył radio, żeby posłuchać wiadomości. Bardzo się zdziwił, kiedy usłyszał o groźnej chorobie, na którą nagle zachorowali wszyscy mieszkańcy Brighton. Podobno jest ona przenoszona przez zwierzęce mięso. Walterson miał na szczęście dobrą odporność i po tygodniu wyzdrowiał, więc nie podzielił losu innych, którzy dalej mieli problemy ze zdrowiem. Zaczął się zastanawiać, o co chodzi, gdy nagle przypomniał sobie o czarnych ptakach na trybunach. Zaczął rozważania: „Czarne ptaki symbolizują śmierć i wojnę, jedno już mamy.Ale co z drugim? Hmmm… Ależ tak, walka… biały vs biały. Pomiędzy kim może toczyć się walka? Kolor biały — symbol dobra, łagodności, niewinności i czystości. Może wyjdę z domu i pochodzę po mieście”.

Najpierw poszedł do Brighton Pier, czyli na molo oddane do użytku w 1899 r. W skład tego obiektu wchodzą sklepy, restauracje, bary oraz wesołe miasteczko. Spotkał tam swojego przyjaciela, Polaka, Sławka Kubiszona. Okazało się, że aktualnie zajmuje się on badaniem i leczeniem chorób zakaźnych. Kiedy ostatnio ze sobą rozmawiali, nic nie wskazywało na to, aby Polak miał zamiar przyjechać do Brighton.

— Cześć! Co cię tu sprowadza? Tak dawno się nie widzieliśmy!

— Cześć. Słyszałem o tej zarazie, więc przyjechałem ją zbadać. Mam do ciebie pytanie, czy ty też byłeś na nią chory?

— Tak — odpowiedział zdziwiony Anglik.

— To musisz wejść do mojego auta, abym cię przebadał.

— Dobra.

Sławek przez długi czas nie umiał zidentyfikować, jaki wirus zaatakował Richarda, ale po dwóch godzinach trudnych badań odkrył go.

— Ktoś mocno pokombinował z tym wirusem, jest to połączenie trzech paskudztw: AHA1Z1, PRO34 i AMZ9. Są to wirusy prawie niewykrywalne. Dobrze, że wziąłem najnowocześniejszy sprzęt do badań, bo inaczej nie byłbym wstanie go rozszyfrować.

Walterson zaproponował przyjacielowi, aby razem poszli w głąb miasta. Doprowadził Polaka do przejścia przez ulicę, czyli miejsca, w którym ostatnio zauważył tajemnicze białe ferrari. Pod wpływem impulsu postanowił, że użyje swej niezwykłej umiejętności.

Teraz miał wszystko jak na dłoni. Widział dwa sportowe samochody oraz siebie, przechodzącego przez ulicę. Zaczął jednocześnie objaśniać Sławkowi, co się stało i, jak to w jego stylu bywa, rozmawiać sam ze sobą.

— Tak, było już wtedy ciemno, gdy przechodziłem przez pasy. Najpierw z prawej zatrzymało się białe ferrari. Z przodu miało znane wszystkim logo — czarnego konia na żółtym tle, a z tyłu srebrnego konia. Prowadził je ubrany na czarno mężczyzna, a na siedzeniu pasażera miał włączonego laptopa i wyświetlał na nim ruiny jakiejś budowli. Z naprzeciwka nadjeżdżał biały Ford Mustang GT. Z przodu miał srebrnego pędzącego konia, z tyłu srebrny napis GT. Wnioskuję, iż osoba kierująca ferrari jest… — nie dokończył w wyniku zmęczenia spowodowanego używaniem mocy.

— Co ci jest? — spytał przerażony Polak, ale nie uzyskał odpowiedzi.

Chwilę później Richard leżał już nieprzytomny na ziemi.

Następnego ranka Richard obudził się w swoim łóżku. Dobiegały do niego zapachy jajecznicy i ciepłych bułek.

— Co się stało? — zapytał.

— Nic, nic. Tylko za bardzo się zmęczyłeś, odwiozłem cię do domu i zostałem z tobą, aby zrobić ci śniadanie.

— Dzięki! Możesz już je dać!

— Chwila, tylko po nie pójdę.

Zjedli je we dwóch.

— Bardzo dobre. Jak ty potrafisz świetnie gotować! Nigdy czegoś tak smacznego nie jadłem.

— Polska kuchnia. Zaraz będzie ci lepiej.

— Masz rację.

— Chcesz ze mną pojechać do szpitala zawieźć lek na ten wirus?

— Jasne!

Biały ford mustang gt wjechał na miejsce parkingowe obok samochodu Sławka. Gdy przyjaciele wsiadali do auta, wyszedł z niego wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Richard

od razu go poznał.

— Czy mógłbym z wami porozmawiać? — zapytał nieznajomy.

— Oczywiście — odpowiedzieli zgodnie.

— To dobrze, ale nie teraz, bo ktoś może nas podsłuchiwać. Pojedźmy do mnie.

Po chwili wahania przyjaciele zgodzili się na tę propozycję i ruszyli za kierowcą mustanga. Zaparkowali w jego garażu i poszli do domu.

— Nazywam się John Amstrong — zaczął nieznajomy. — Zapewne widziałeś białe ferrari — zwrócił się do Waltersona. — Jego kierowcą jest CP, czyli Cvany Przylski. Kieruje on wielką nielegalną organizacją przemytniczą, działającą na terenie całej Wielkiej Brytanii. Wszystko jest ściśle tajne. Pracowałem w niej kiedyś, bo skusiły mnie dobre zarobki. Dziesięć lat temu, podczas zebrania organizacyjnego, wybuchł pożar. Siedzieliśmy zamknięci w podziemiach, więc nie mieliśmy jak uciec. W ostatnim momencie wyrwałem kratę szybu wentylacyjnego i do niego wskoczyłem. Myślałem wtedy, że jako jedyny ze zgromadzonych ocalałem i że cała organizacja bez Cvanego się rozpadnie, ale jak widać się tak nie stało. Stwierdziłem, że trzeba położyć temu kres. Od kilku lat szukałem go i znalazłem akurat wtedy, gdy przechodziłeś przez pasy. On mnie rozpoznał, dlatego zaczął uciekać.

— Czyli prawdopodobnie gdzieś w tym samym czasie coś musiało się stać, ale co? — zapytał Sławek.

— Wiem. Kilka nocy wcześniej jego ekipa przemalowała ptaki na stadionie, następnie zainfekował zwierzęta oraz mięso wirusami. Ciekawe, w jakim celu? — dedukował zawsze logicznie myślący Richard.

— Wydaje mi się, że wiem dlaczego. Miesiąc temu pewien kolega mówił mi o jakimś sprytnym Angliku, który chciał z pozyskać do swojej sieci stacji benzynowych 1000 baryłek ropy naftowej. Zapewne zwrócił się z ofertą do Przylskiego. Wszystko jasne, Cvany przemycił ropę z Wenezueli, gdyż tam występują AHA1Z1 i PRO34, a AMZ9 jest w tym przypadku łącznikiem, który czasami atakuje ropę przewożoną w złych warunkach — wyjaśnił Sławek, jako ekspert w tej dziedzinie.

— Wiesz, jaka to jest sieć stacji? — zapytał John.

— Nie mam pojęcia — odpowiedział.

— To trudno. Tamtego wieczoru potajemnie wystrzeliłem z koła mojego samochodu w kierunku jego ferrari nadajnik, aby wiedzieć, gdzie on jest. Umiejscowiłem go pod podwoziem, dzięki czemu bardzo trudno będzie mu go zlokalizować.

— Pozamiatane. Z takim lokalizatorem bez trudu go znajdziemy — ucieszył się pochopnie Polak.

— To nie będzie takie proste. Oni zawsze działają w nocy, więc musimy być przygotowani na takie warunki. Zatem potrzebujemy trzech par gogli z noktowizorami, trzy maski gazowe, muszę też zamontować do swojego drona kamerę na podczerwień. Mógłby pan zamówić te rzeczy? Pana inicjatywa, pan płaci. My nie pracujemy za darmo. Koszty podliczymy po zakończonych działaniach. Rozumiemy się?

— Ależ oczywiście. Wszystko będzie zamówione — zgodził się John. — Jutro spotykamy się tutaj o 20. Ok?

— Dobrze — odpowiedzieli zgodnie i pojechali do siebie.

Następnego wieczoru wszyscy byli gotowi. Pojechali jaguarem Richarda, aby nie rozpoznał ich Przylski, którego zlokalizowali na strzeżonym parkingu w Londynie. Na miejscu zaczęli się zastanawiać, gdzie Cvany ma swoją siedzibę. Wtedy Walterson wpadł na świetny pomysł.

— Wiem, uruchomię drona i pooglądam stolicę z góry. Tutaj w centrum raczej nic nie będzie, polecę na obrzeża.

Po chwili usłyszeli triumfalny okrzyk:

— Mam! To są te ruiny, które miał wyświetlone w swoim samochodzie!

Pojechali na to miejsce. Ujrzeli wysoki na dwadzieścia metrów, rozpadający się budynek, z licznymi dziurami w oknach. Na placu były duże zwały gruzu, piasku i wszędzie przewalały się tony śmieci. Z wielu dziur unosiły się opary szkodliwych gazów.

— Idealne miejsce na kryjówkę — zainteresował się John.

Nie mieli pomysłu, jak zacząć. W końcu po prostu weszli do środka. Znaleźli tam wejście do piwnicy, z której dobiegały dziwne odgłosy.

— Wchodzimy tam? — zapytał Richard.

— Nie wiem — odparł Polak.

— A to co? Wygląda na to, że ktoś zgubił kartkę, na której jest narysowane są beczki ropy naftowej, funty oraz jakaś szopa — zauważył Amstrong.

— Tę szopę skądś znam… Wiem, parę kilometrów wcześniej mijaliśmy tę ruderę! — odpowiedział Sławek. — Najlepiej będzie jeżeli zadzwonimy na policję, aby tam podjechała, bo wygląda to podejrzanie.

— My tam pojedziemy, a zadzwonimy później — rozkazał John.

Kiedy dojechali na miejsce, było już około pierwszej w nocy. Na początku mieli problem z dobrym ukryciem samochodu, więc odstawili go do pobliskiego lasu. Następnie spróbowali dostać się do środka walącej się szopy, ponieważ myśleli, że to w niej są schowane beczki. Niestety, nie dali rady, bo coś, co z daleka wyglądało jak zaniedbana szopa lub stodoła, okazało się tylko przykrywką dla podziemnego bunkra. Wobec tej nieprzewidzianej trudności stwierdzili, że się schowają i poczekają na dalszy rozwój sytuacji. Po trzech godzinach przyjechały dwa auta. Z jednego ktoś wysiadł, coś majstrował przy wejściu i niebawem oba samochody wjechały do środka. W tym momencie Richard postanowił, że czas zadzwonić na policję. Następnie wraz z kompanami wziął gruby kolczasty łańcuch łańcuch, który od pewnego czasu woził ze sobą „na wszelki wypadek”. Ustawili go przed wyjazdem z bunkra, aby uniemożliwić sportowym samochodom ucieczkę. Nagle usłyszeli głośny ryk policyjnych syren. Ze wszystkich stron zaczęły zjeżdżać się radiowozy. Zaskoczeni przestępcy z szybkością błyskawicy wyjechali z bunkra i z impetem wpadli na łańcuch ustawiony przez grupkę detektywa. W lot zrozumieli, że są bez szans. Oczywiście natychmiast zostali aresztowani. Przyglądający się im Richard dostrzegł kątem oka, że ktoś, jak się później okazało był to sam Cvany, próbuje przekazać drugiemu z zatrzymanych jakiś świstek papieru. Błyskawicznie znalazł się między nimi i przejął karteluszek, na którym zapisano:

,,Londyn, Manchester, Liverpool, Glasgow, Bristol, Belfast i Thurso”.

Okazało się, że nieufny Cvany, który nie znosił pośredników, robił interesy z obcokrajowcami, najprawdopodobniej pochodzącymi z byłej Jugosławii. Jego kontrahenci nie znali języka angielskiego, dlatego przekazywał im proste instrukcje na kartkach. Detektywi domyślili się, że na ostatnim świstku zapisał im punkty kontaktowe, bo podejrzewano, że właśnie w tych miastach organizacja CP miała swoje filie.

Cała trójka wróciła do swoich domów. Walterson umył się, zjadł lekkie śniadanie i poszedł spać, ale jeszcze długo nie umiał zasnąć zastanawiał się, czy ta sprawa będzie miała jakiś ciąg dalszy… Następnego dnia dostał przelew z wyższym niż się spodziewał wynagrodzeniem od Johna Amstronga. Czyżby szykowała się kolejna akcja?

Najciemniej pod latarnią

Wojciech Przybylski

Był dość pochmurny jesienny wieczór. Richard Walterson siedział w swoim nowym fotelu pijąc kawę. Nie było to dla niego czynnością rutynową, ponieważ zwykł on pijać herbatę. Nie zwracał jednak na ten fakt uwagi, pił kawę w kubku na herbatę, tak jakby w ogóle nie zauważył, że w naczyniu nie znajduje się to, co zwykle. Coś nie dawało mu spokojnie myśleć, czuł się zmartwiony, ale nie wiedział czym. Zastanawiał się, czy poprzedniej nocy nie miał jakiegoś złego snu, jednakże niczego takiego nie pamiętał. Był normalny jesienny dzień, nie miał żadnych dodatkowych obowiązków, ostatnimi czasy nic nie dawało mu powodu do stresu bądź zmartwień. A jednak, coś było nie tak. W jego myślach pojawiał się obraz ulicy po zmroku, oświetlonej jedynie słabym światłem latarni. Nie wiedział, co to może oznaczać, ale wizja ta nie opuszczała go. Dopił kawę, wciąż jakby nie zdając sobie sprawy z tego, co robi i poszedł położyć się na kanapie. Do drodze chwycił gazetę leżącą na stole. Jeszcze przed pójściem spać zerknął na okładkę. Tytuł wyróżnionego na pierwszej stronie artykułu brzmiał „Seryjny morderca czy propaganda mająca na celu zmuszenie nas do posłuszeństwa?”. Chwilę po przeczytaniu owego nagłówka rzucił się na kanapę i zasnął. Nie wiedział wtedy jeszcze, że wydostanie się z tego snu będzie jednym z najtrudniejszych zadań w jego karierze.

Kolejny słoneczny dzień w Brighton. Richard przemierzał ulice jak gdyby nigdy nic, bez żadnych zmartwień. Dużo ostatnio myślał, zdarzały mu się bóle głowy, ale nie teraz. Teraz było idealnie. Mijał uśmiechniętych ludzi, niektórych, znanych mu, pozdrawiał serdecznym „Dzień dobry”. Co było jego celem? Oczywiście ulubiony sklep z przeróżnymi rodzajami herbat. Lubił różnorodność, dlatego zawsze wybierał inny rodzaj. Po chwili był już na miejscu. Sklep miał niebieski kolor, posiadał dużo okien, więc promienie słoneczne bez trudu oświetlały jego wnętrze. Zajmował on mało miejsca, ponieważ sprzedawano w nim tylko różne rodzaje herbat, więc nie było zapotrzebowania na większą powierzchnię. Podszedł do kasy i przywitał się ze znanym mu już dobrze sprzedawcą.

— Dzień dobry! –rzekł Richard.

— Można rzec, że nawet wspaniały! Dawno tu pana nie było, coś się stało? — zapytał sprzedawca.

— Miałem dużo zmartwień na głowie — skłamał detektyw. — Ale w końcu przyszedłem! Co mi pan zaoferuje?

— Ostatnio w naszym sklepie pojawił się bardzo specyficzny napój i myślę, że jego smak może przypaść panu do gustu. Jego nazwa to „Light in the Darkness”. Trochę dziwna, ale zapewniam pana, smak ma fenomenalny!

— Wolałbym kawę — głos Richarda nagle ni stąd, ni zowąd przestał być energiczny, brzmiał oschle, a nawet agresywnie. — Taaak, kawa to jest to.

— Eee, ale proszę pana, to jest sklep z herbatą — podjął zmartwionym głosem sprzedawca. — Jeśli ma pan ochotę na kawę, niech uda się pan do innego sklepu, tutaj nie mamy takich produktów.

— Rzeczywiście… Hmm… — zaczął mówić, tak jakby mężczyzna stojący za ladą przestał dla niego istnieć. Powoli kierował się w stronę drzwi, aż w końcu, bez pożegnania, wyszedł. Na zewnątrz było ciemno. Niebo wydawało się puste, bez księżyca, bez gwiazd, czarne. Richarda najwidoczniej nie przejął fakt, że gdy wchodził do sklepu dwie minuty wcześniej był jeszcze słoneczny dzień.

Szedł przed siebie, tak jakby wiedział, dokąd zmierza. Nie wiedział. Budynki powoli znikały w oddali, aż wkrótce pozostał tylko on, droga i otaczająca go ciemność. Wtem, zobaczył znak, na którym widniała nazwa ulicy. „Besuch’s Street” — powtórzył w myślach kilka razy. „Przecież w Brighton nie ma takiej ulicy!” — pomyślał, jakby odzyskując świadomość tego, że nie otacza go już miasto, w którym mieszkał. Usłyszał warknięcie. Gdzieś już je słyszał. Tylko gdzie. „GDZIE?!” — myślał gorączkowo. Jego umysł pracował na pełnych obrotach, jakby całe jego życie zależało od tego jednego pytania. Zaczynał czuć frustrację, nie potrafiąc odpowiedzieć na nie. Skupiając się na swoich myślach, nie usłyszał, że dźwięk, nad którym myślał, przybiera na sile. W końcu zorientował się, ale było już za późno. Zemdlał.

Kroki. Głośne kroki. Ich dźwięk przenikał całe jego ciało. Ktoś był za nim. Wyraźny odgłos uderzania butów o kamienną posadzkę. Ciemność. W dłoniach Richarda jedynie gazeta i kubek z kawą. „Z kawą?” — zdziwił się. Przecież nie pił kawy. Uznał to za nieistotne, jego wzrok skupił się na gazecie, jednak nie na długo. Była pusta. W jego dłoniach znajdował się plik niezapisanych kartek. Próbował wstać, lecz próby te były bezskuteczne. Nie czuł przerażenia, właściwie nic nie czuł. Nagle, obok swojej głowy, zobaczył szpony, wyglądające jakby należały do jakiejś bestii z powieści fantasy. Zdziwiony detektyw usłyszał dochodzący zza jego pleców głos, jednakże słyszał go niewyraźnie, tak jakby jego posiadacz znajdował się gdzieś na drugim planie świadomości Richarda. Zapamiętał jedynie barwę owego głosu, był on całkowicie pozbawiony emocji, władczy i oschły. Z czymś mu się to kojarzyło, ale nie wiedział z czym. Jedyne co przyszło mu na myśl, to próba wywołania wizji, cofnięcia się w czasie. Skupiał się na tym tak mocno, aż w końcu zemdlał. „Udało się!” — pomyślał radośnie, odzyskując przytomność, po chwili zauważył jednak, że dalej jest w tym samym miejscu, nic się nie zmieniło, poza tym, że zmęczył się do granic możliwości. Był bezradny. Postanowił, że podda się zmęczeniu i zobaczy, co się wydarzy dalej. Martwiło go jednak to, że cofnięcie się w czasie nie przyniosło żadnego efektu. Tak, jakby jakaś moc nie pozwalała mu swobodnie używać jego nadprzyrodzonej umiejętności. Nagle usłyszał świst ostrych jak brzytwa szponów, przecinających powietrze. Nie reagował. Dotarły one do jego twarzy, nie poczuł on jednak bólu, ale smutek, bezradność i przerażenie. Po chwili nie czuł już absolutnie nic…

Światło. Richard powoli zaczynał odzyskiwać wzrok. Nie wiedział, w jakich okolicznościach go utracił. Znajdował się on w domku jednorodzinnym, a dokładniej w kuchni. Po chwili usłyszał rozmowę dwóch osób, prawdopodobnie małżeństwa. Poszedł za jej dźwiękiem. Trafił do salonu. Był to przestronny pokój, w którym znajdował się mały stolik, kanapa oraz telewizor. Ściany były szare. Nagle Richard zorientował się, że wszystko, co go otaczało, miało szarą barwę, nawet rozmawiający ze sobą mieszkańcy domu. Mężczyzna zauważył również, że w rogu pomieszczenia znajdował się pies leżący na podłodze, ale było z nim coś nie tak. Zwierzę nie ruszało się, zamarło w bezruchu. Richard stwierdził w myślach, że pies powinien zareagować na pojawienie się w pokoju intruza. Wtem zdał sobie sprawę, że to jego wizja. Był on niewidzialny dla wszystkich wokoło. Podszedł więc do rozmawiających ze sobą partnerów, aby przysłuchać się treści rozmowy.

— Czytałaś gazetę? — zapytał nerwowym głosem mężczyzna. — ponoć w Brighton szaleje jakiś morderca, dużo osób zaginęło bez śladu.

— Czytałam — odpowiedziała kobieta. — Nie rozumiem jednego, czemu właściwie władze miasta od razu założyły, że wszystkie te zaginięcia były sprawką jakiegoś seryjnego mordercy? Z tego, co zrozumiałam z artykułu, nie mają na to żadnych dowodów.

— Nie mam pojęcia. Gdzie jest Catherine? — mężczyzna zapytał, zmieniając temat.

— Nie wiem, powinna już wrócić ze szkoły, prawda?

— Tak, w poniedziałki kończy lekcje o 15, niewątpliwie powinna już być w domu — głos mężczyzny stał się nerwowy.

Nagle Richard zobaczył wchodzącą do pokoju dziewczynkę, wyglądała na około 12 lat, miała średniej długości włosy i była bardzo chuda. Stanęła na środku salonu, mimo to nie została zauważona przez swoich rodziców. Powtarzała, że przecież jest tutaj, ale oni nie słyszeli. Następnie wzięła głęboki wdech i wydała z siebie przenikliwy krzyk, doprowadzający Richarda do dreszczy. Był to krzyk rozpaczy, bezradności, braku nadziei. Para, wciąż nie słysząc ani nie widząc swojej córki, wyszła z salonu. Zrozpaczona Catherine położyła się na środku pomieszczenia. Nagle czas przyspieszył. Richard widział za oknem poruszające się z niewyobrażalną prędkością słońce, a później księżyc. Tym sposobem mijały dni, a nawet tygodnie, a dziewczynka wciąż leżała w tym samym miejscu, powoli umierając. Wkrótce martwe ciało Catherine znikło, a z domu pozostał jedynie gruz. Richard nie rozumiał tego, co właśnie zobaczył. Czemu rodzice nie byli w stanie zobaczyć swojego dziecka? Mimo wszelkich starań, nie potrafił odpowiedzieć sobie na to pytanie. Stwierdził, że musi się obudzić, lecz nagle doznał olśnienia. Zdał sobie sprawę z tego, że nie ma się z czego obudzić. Jego wizja była snem zawartym w innym niezrozumiałym i przerażającym śnie, z którego nie umiał znaleźć ucieczki. W chwili w której to pojął, zrobiło mu się ciemno przed oczami.

Wzrok odzyskał na ulicy. Wiedział już dokładnie jaka to ulica, w mgnieniu oka rozpoznał znak „Besuch’s Street”. Znowu otaczała go, na niebie nie znajdowały się gwiazdy, lecz nie wszystko pozostało takie samo. Przed nim, po prawej stronie ulicy, znajdowała się latarnia, całkiem samotna. Wydobywające się z niej światło było słabe i migotało, ale mimo to ulica była wyraźnie widoczna. Z mroku wyłoniła się potężna postać. Richardowi przypomniało się wszystko, co zdarzyło się w tym śnie, pamiętał także tę bestię o wielkich szponach, która sprawiła, że detektyw zobaczył tę jeszcze wtedy niezrozumiałą dla niego wizję. Nie wiedział od jakiego czasu już śni, coś mówiło mu jednak, że powinien się jak najszybciej obudzić. Wtedy potwór przemówił. Richard nigdy nie słyszał żadnych słów wyraźniej niż te; pojął, że to właśnie to stworzenie mówiło przez niego w sklepie, to ono zamieniło dzień na noc i to ono z jakiegoś powodu pokazało mu wizję umierającego, niewidzialnego dziecka.

— Spotykamy się ponownie, mój drogi Richardzie. Żałuję jedynie, że jest to tylko twój sen, nie było nam dane spotkać się w takich okolicznościach w realnym świecie — przemówił nadzwyczaj spokojnym głosem zwierz. — Chociaż… możliwe, że ów sen jest bliższy prawdzie niż to, co postrzegasz jako świat realny.

— Czemu tu jestem? –zapytał pewnym głosem Richard.

— Och, a więc jeszcze nie rozwiązałeś mojej małej zagadki…

— Zagadki? Chcesz, abym odkrył kim jesteś i czemu mnie tutaj przyprowadziłeś? Twoją intencją przecież chyba nie jest zostanie zdemaskowanym?

— Ty tego chcesz. To twój sen, nawet nie wiesz, kim jestem, a od razu założyłeś, że mam coś do ukrycia, że jestem częścią jakiejś układanki. To twoje myśli, twoja wola. Jestem tu tylko przez ciebie, Richardzie.

— Skąd znasz moje imię?

— Och, znamy się dużo lepiej niż sądzisz, mój drogi. Przyjdzie czas, kiedy dowiesz się, co to za zagadka. Słyszałem, że jesteś niezłym graczem, więc lepiej się pośpiesz, bo wkrótce dosięgnie cię ciemność.

— Ciemność, ciemność… Jeśli jesteś tu z mojej woli, przestań używać niezrozumiałych metafor, pozwól mi rozwiązać zagadkę albo obaj tu zostaniemy!

— Oj, mylisz się Richardzie. Ja pójdę naprzód, razem z czasem, z przemijaniem. Jeśli nie ułożysz układanki w całość, pozostaniesz w ciemności. A ja już zadbam o to, żeby więcej ludzi skończyło tak, jak ty. Potrzebujesz światła… Światła w ciemności…

„Światła w ciemności, światła w ciemności”, powtórzył wiele razy w myślach Richard. Myślał, próbował ułożyć wszystkie elementy w jakąś całość, która da mu rozwiązanie. Bestia powoli zbliżała się do niego, jak gdyby pokazując mu, ile ma czasu. Nagle przypomniała mu się gazeta. Seryjny morderca czy… czy oszustwo? Zaginięcia? Słowa powoli układały się w jego myślach, wiedział że jest blisko. Wiedział, że prawdopodobnie stoi przed swym największym i najsilniejszym przeciwnikiem i że walczy o swoje życie. Nawet nie próbował cofnąć się w czasie, wiedział dobrze, że to nie zadziała. Rozpacz, ciemność, zaginięcie, morderstwo, oszustwo, brak dowodów. Światło. Światło w ciemności. Niewidzialność? Richard zamarł. Nie zdawał sobie wcześniej sprawy, jak dużo wspólnego z jego życiem miał potwór stojący na przeciwko niego pod latarnią. Wszystko nagle pojaśniało, wydobyło się z szarości. Przypomniał sobie, że tego poranka coś się zmieniło. Zmiana ta wywołała ten sen, pokazała.. prawdę? Zamiast herbaty, w kubku o poranku znajdowała się kawa, ponieważ herbata z jego ulubionego sklepu skończyła się. Z tego samego sklepu do którego wszedł w świetle, a wyszedł w całkowitym mroku. Światło w ciemności… Light… Light in the Darkness!

— TY! — wykrzyczał tak głośno, jak tylko mógł, olśniony detektyw. — Przez cały czas mną sterowałeś! Manipulowałeś wszystkimi! Pozorowałeś morderstwa, sprawiłeś, że ludzie stawali się niewidzialni i umierali w powolnej agonii. Chciałeś, żebym skończył tak samo, ale przeoczyłeś jeden istotny szczegół. Ta „herbata”, ten łącznik, który pozwalał ci sterować mną i fałszować moje wizje, nie zagościła dzisiaj w moim domu! Och, nie zagościła, Christopherze Triwell’u, sprzedawco w sklepie z herbatą!

— A więc jednak — ton bestii zaczął się zmieniać — poznałeś prawdę. Lecz wciąż śnisz, Richardzie. Nie zagrozisz mi, śpiąc słodko na tej twojej kanapie.

— Taki przebiegły, a wciąż taki naiwny… Powiedziałeś mi dokładnie, co mam zrobić. Jak ja mogłem być taki ślepy!? Ale to nadal jest mój sen, to ja tu mam władzę!

Na te słowa, potwór — Christopher rzucił się na Richarda, próbując chwycić go swymi szponami, ale Richard już wiedział, co robić.

Słońce wzeszło, niebo stało się jasne, detektyw znowu był w Brighton. W chwili, kiedy zrozumiał, co zobaczył w swoich snach, odzyskał swoją umiejętność. Cofnął się w czasie do tego słonecznego dnia, gdy poszedł do sklepu po herbatę. Wbiegł do budynku, a następnie wziął z półki pudełko z wypisanymi na nim białymi literami słowami „Light in the Darkness — Światło, którego potrzebujesz”. Nie miał czasu, wiedział, że na zapleczu sklepu są potrzebne mu rzeczy. Pobiegł na owo zaplecze, przyrządził napój, a następnie połknął spory łyk herbaty. Ku swojemu zdziwieniu stwierdził, że w istocie smak ten przypadł mu do gustu. Chwilę później obudził się.

Richard nigdy nie czuł takiej nienawiści, jak teraz. Jego jedynym celem był Christopher, ten, który cały czas działał pod jego nosem. Wstał z kanapy, czuł ulgę. W końcu był w Brighton. W tym prawdziwym Brighton. Ale nie było teraz czasu na rozważania. Pobiegł do swojego biurka i wyciągnął pistolet z szuflady. Nie wiedział nawet, czemu wciąż go tam trzyma, ale nie było to dla niego istotne. Wybiegł ze swojego domu i skierował się w stronę sklepu. Niebo było szare, tak jak wtedy, gdy zasypiał. Zaczęło padać. Nieprzejęty tym faktem, ogarnięty furią mężczyzna biegł dalej. Wkrótce był już u progu sklepu. Otworzył drzwi i wszedł do środka. Christopher przywitał go, nie wiedząc nic o jego śnie. Richard stanął w miejscu. Patrzył się w stronę sprzedawcy wzrokiem pełnym nienawiści, nie odzywał się. Christopher zaczął się martwić.

— Hej! Dawno cię tu nie widziałem! Jak tam życie, koleżko? Straszna ulewa tam na zewnątrz, aż się dziwię, że w taką pogodę postanowiłeś przyjść — powiedział pełnym energii, lecz zmartwionym głosem.

Richard wyjął broń. Wycelował ją prosto w Christophera, bez żadnego zawahania, jego ręce nie drżały — trwały w idealnym bezruchu, a oczy były cały czas skupione na celu. Nie zastanawiał się nad konsekwencjami, nic nie było dla niego istotniejsze, niż pozbycie się bezdusznego manipulanta obdarzonego nadprzyrodzonymi siłami, jakim okazał się zwykły sprzedawca ziółek.

— Hola, hola, spokojnie — rzekł Christopher, jąkając się. Jego głos drżał, opanowało go przerażenie. — Coś się stało? Nie ma potrzeby korzystania z rozwiązań siłowych.. em… Na pewno możemy rozwiązać to w sposób poko…

Richard pociągnął za spust.

Lista Blackmonta

Bartosz Przybylak

Richard siedział w swoim fotelu. Do przejrzenia przy popołudniowej herbacie wziął całą korespondencję i rachunki, które otrzymał w poprzednim dniu. Najbardziej zainteresował go jeden list.

„Drogi Richardzie,

Jak wiesz, na wsi mieliśmy niewielu sąsiadów. Niedawno jednak to się zmieniło, przyprowadziło się w nasze okolice sporo rodzin z dziećmi. Z jednym z moich nowych sąsiadów ostatnio dzieje się coś dziwnego. Piszę do Ciebie z prośbą o przyjazd, gdyż wiem, że zostałeś detektywem i dobrze sobie radzisz.

Pozdrowienia,

kochająca babcia”

Richard ucieszył się, gdyż nie miał od dawna okazji do odwiedzenia swojego domu z czasów dzieciństwa. Detektyw postanowił pomóc babci i pojechać do Clayton w hrabstwie West Sussex. Po wypiciu herbaty ubrał się i ruszył w stronę jaguara. Gdy dotarł na miejsce, serdecznie powitał babcię oraz starych znajomych z okolicy. Później zasiadł na kanapie i powiedział:

— Teraz możesz mi dokładnie powiedzieć, co dzieje się w okolicy.

— Zacznijmy od tego, że wiele osób zaczęło nagle wprowadzać się do naszej wsi. Miałam już okazję rozmawiać ze wszystkimi, lecz najlepiej dogaduję się z nowymi sąsiadami z tego domu — babcia Richarda pokazała na stary budynek po prawej od jej posiadłości — Wiem, że ich syn ma dziewiętnaście lat. Na początku naszej znajomości powiedzieli, że nigdy nie było z nim żadnych problemów. A jednak ostatnio sami wyznali mi, że nie radzą sobie z młodzieńcem i nie mają z nim dobrych kontaktów. Jest wybitnym matematykiem i od razu po skończeniu szkoły zatrudnił się jako księgowy u pewnego milionera, lecz …

— Jak nazywał się ten milioner? — przeszkodził Richard.

— George Blackmont.

— Coś takiego! Podobno ostatnio został zabity w niewyjaśnionych okolicznościach?

— Tak? Nic nie słyszałam…

— Tak, doskonale pamiętam, to na pewno był on, ale proszę, mów dalej.

— No więc ten syn sąsiadów zatrudnił się u Blackmonta i po dwóch tygodniach się zwolnił. Od tamtego czasu często wychodzi z domu i nikomu nie mówi, gdzie idzie. To wszystko, co wiem.

— W porządku, najlepiej będzie, jeśli złożę chłopakowi wizytę. Mogłabyś napisać do jego matki, że zaraz się tam zjawię, aby z nim porozmawiać?

— Oczywiście.

Wkrótce, Richard dotarł do domu sąsiadów. Teraz mógł na chwilę przyjrzeć się całej budowli z bliska. Przed nim stał dziewiętnastowieczny dom z popękanymi z zewnątrz ścianami. Jednak drzwi, chociaż stare, były zachowane w bardzo dobrym stanie. Zostały otwarte przez kobietę po czterdziestce, która miała ciemne włosy i pomalowane na szaro paznokcie. Richard na podstawie jej wyglądu wywnioskował, że pochodzi z miasta i nie żałuje pieniędzy na pielęgnację urody, choć mieszka teraz na wsi. Kobieta powiedziała:

— Dzień dobry. Nazywam się Emily Wright, a pan jak sądzę — wnuk sąsiadki?

— Tak, nazywam się Richard Walterson. Przyszedłem do pani syna. Czy zastałem go?

— Oczywiście. Czeka na pana na górze, proszę wejść.

Gdy detektyw wszedł do środka, kobieta spytała:

— Kawy? Herbaty?

— Poprosiłbym o herbatę.

— Truskawkową czy jagodową?

— Truskawkową.

Richard wszedł po schodach na górę. Po lewej stronie zauważył pokój, w którym siedział chłopak grający na komputerze. Gdy detektyw wszedł, młodzieniec wyłączył komputer i zapytał:

— Czy coś mi grozi? — w jego głosie było słychać niepokój.

— To ty mi musisz na to pytanie odpowiedzieć. — odparł Richard — Opowiedz mi, jaka była historia twojej pracy u Blackmonta?

— Zaczęło się od byle jakiej pozycji w firmie. Po dwóch tygodniach zostałem przez niego zauważony i awansowałem na księgowego. Po jakimś czasie coś zaczęło mi nie pasować z pieniędzmi. Brakowało dwóch milionów. Gdy wkradłem się do jego biura, znalazłem listę, na której były jakieś nazwiska. Na początku myślałem, że to lista dłużników. Niestety, zostałem przyłapany na myszkowaniu w biurze szefa… Nie wyrzucili mnie jednak ani nie zmniejszyli mi wypłaty. Zdziwiłem się tą decyzją. Następnego dnia kupiłem lokalną gazetę i przeczytałem nagłówek: „Nie żyje znany młody doktor — Jason Dommergue.” Zaciekawiło mnie to. Tego samego dnia postanowiłem jeszcze raz wkraść się do biura Blackmonta i zobaczyć tę listę. Było tam nazwisko Dommergue, od którego namalowana była kreska prowadząca do Amelii Darc, która niedawno uległa poważnemu wypadkowi. Jasonowi nie udała się operacja i kobieta zmarła. Od Amelii Darc szła jeszcze jedna kreska, prowadząca do Jacoba Darc. Przy nim napisana była na czerwono kwota: 2,ooo, ooo £. Wyszedłem i następnego dnia zrezygnowałem z pracy, jednak nadal podkradałem się do biura, by sprawdzać, kto jest jeszcze na liście. Później zauważyłem też, że ktoś dopisał na niej moje imię i nazwisko.

— Dobrze. Powiedz, dlaczego często wychodzisz z domu?

— Nie czuję się ostatnio dobrze na wsi, gdyż odnoszę wrażenie, że codziennie jestem śledzony. Gdy patrzę w nocy przez okno, zawsze pod tą samą latarnią stoi człowiek z lornetką, patrzący w stronę mojego domu. Dlatego też nikomu nie mówię, gdzie idę i kiedy wychodzę z domu.

— Ok. Jutro przyjdę powiedzieć ci, jaki mam plan.

— Ale plan czego?

— Jutro się dowiesz.

Richard przesiedział na kanapie całą noc. Cały czas rozmyślał nad sytuacją chłopaka i patrzył przez okno na latarnię, którą wskazał mu młodzieniec. Następnego dnia detektyw powiedział do chłopca:

— Jedziemy do Brighton.

Gdy byli już prawie na miejscu detektyw powiedział:

— Zacznijmy od tego, że nie wiem, jak się nazywasz.

— William.

— No to Williamie zaprowadź mnie do twojego byłego miejsca pracy.

— Dobrze, chodźmy.

Przed detektywem ukazał się wielki budynek z napisem: ”Blackmont Industries”. Po kwadransie od wejścia do biura byłego szefa Williama znaleźli listę. Były tam nazwiska osób, które Richard poznał podczas swoich śledztw i przy każdym z nich była napisana określona kwota. Walterson powiedział:

— Wszystko już wiem. Chodźmy stąd. Byle szybko.

Po powrocie do Clayton Richard zaproponował Williamowi wspólne zjedzenie kolacji. Następnie, po obfitym posiłku, detektyw poprosił babcię, aby poszła do mamy chłopaka, a sam zasłonił rolety.

— Już wiem, co to za lista, to spis osób do zabicia. Twoje nazwisko zaznaczono kolorem niebieskim, bo wtedy jako jedyny przeszkadzałeś mu prowadzić nielegalny interes — pożyczanie brudnych pieniędzy. Teraz to wszystko rozumiem. Gdy ktoś był u niego dłużnikiem, Blackmont zapisywał sobie tę osobę i sprawdzał, kto jest jej najbliższy. Później wystawiał za niego nagrodę. Tak było z Amelią Darc. Jej ojciec, Jacob, miał zaciągniętą u milionera dużą pożyczkę, której nie spłacał. Amelia padła ofiarą zaplanowanego przez biznesmena wypadku samochodowego. W szpitalu Jasonowi nie udało się jej uratować. Zapisane na zielono po drugiej stronie kartki liczby wskazują na kwotę nielegalnych pożyczek u milionera. Listę sporządzali jego pracownicy na wysokich stanowiskach. On jedynie je zatwierdzał. — wyjaśnił Richard. — Na czerwono były zaznaczane kwoty za „głowę”. Dlatego nic nie zrobił w sprawie twojego zwolnienia — liczył, że do tygodnia będziesz martwy. Teraz zgaszę światło, a ty pójdziesz zapalić je w swoim pokoju i zasłonisz roletę. Nie patrz na latarnię! To może spłoszyć twojego prześladowcę. Zejdziesz potem na dół i wymkniemy się wyjściem od strony podwórka, aby zaczaić się na tego podejrzanego typa. Tylko zachowaj na zewnątrz absolutną ciszę!

Po kilku minutach mężczyźni ponownie się spotkali i zaczęli się skradać w stronę latarni. Nagle Richard szybko wyskoczył zza krzaków, lecz w tym samym momencie podejrzany osobnik zaczął uciekać. Dobrze, że detektyw kiedyś trenował bieganie, bo dzięki temu dogonił go po pięćdziesięciu metrach. Złapał i powalił go na ziemię. Gdy podbiegł do nich William, Richard zapytał:

— Dlaczego chcesz go zabić?

— Mam na niego zlecenie.

— Przez kogo wydane?

— Przez ludzi Blackmonta.

— Dobrze. Koniec naszego przesłuchania. Resztę powiesz na komisariacie.

Zawieźli niedoszłego zabójcę na najbliższy komisariat policji, następnie ruszyli w stronę firmy Blackmonta. Kiedy weszli do biura, okazało się, że całe było wywrócone do góry nogami. Nie znaleźli listy. Szybko z niego wyszli i wrócili do Clayton. Następnego dnia Richard spytał Williama:

— Czy któryś z twoich nowych przyjaciół nie zachowuje się dziwnie?

— Tylko Arthur. Gdy chcemy się z nim spotkać, zawsze twierdzi, że jest zajęty. Podobno od pewnego czasu nosi przy sobie jakąś starą kartkę, z którą nigdy się nie rozstaje. Raz nawet widziałem, jak się w nią wczytywał, jakby się uczył czegoś na pamięć…

— Widziałeś ją? Nie było przypadkiem na niej zielonych i czerwonych zaznaczeń, jak na liście Blackmonta?

— O nie! Były! Szybko!!! Musimy się do niego dostać!

Błyskawicznie dotarli do domu Arthura. Richard zadzwonił na policję i wszystko wyjaśnił. Na miejsce przyjechał samochód policyjny. Po okrążeniu przez policjantów całego domu, Richard jako pierwszy wtargnął do budynku. Znalazł Arthura i oznajmił to, o czym zawsze marzył: „Wszystko, co powiesz, może być wykorzystane przeciwko tobie.” Jak się później okazało, Arthur był krewnym milionera, i po jego śmierci przejął całą firmę.

Nazajutrz Richard pożegnał się z babcią, Williamem i jego rodziną. Po powrocie do Brighton detektyw kupił sobie herbatę truskawkową, zaparzył ją i usiadł w swoim ulubionym fotelu.

Przeczytałeś bezpłatne % książki. Kup ją, aby przeczytać do końca!

Kup książkę