E-book
16.38
drukowana A5
52.41
Sheba

Bezpłatny fragment - Sheba


Objętość:
272 str.
ISBN:
978-83-8245-675-2
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 52.41

Zapach

Minęło pięć lat a ona nadal uciekała. Każdej nocy czuła się jak tej pierwszej. Jej wilk próbował ją uspokoić, ale człowiek wiedział swoje. Nie mogła dać się złapać. Nie może znowu tam trafić. Nie może. Będzie biegła dalej. Z wilczych oczu nie leciały łzy, ale w środku człowiek płakał. Po pewnym czasie już nie czuła bólu w łapach. Nauczyła się o nim nie myśleć, gdy przychodził zaczynała biec jeszcze szybciej. Ból nie miał znaczenia a jedynie uświadamiał ją, że nadal żyje, że potrafi jeszcze czuć. Nie złamali jej. Nie tak jak by tego chcieli.

Ukryła się tak głęboko w sobie, że miała kłopot z odnalezieniem tego małego ziarenka człowieczeństwa, które chciała zachować za wszelką cenę. Zajęło jej prawie półtora roku by zacząć czuć, stanąć się bardziej ludzką. Nadal myślała jak łowca, jak morderca, ciężko było połączyć jej te dwie osobowości, gdyż jedna odrzucała drugą i odwrotnie.

Zawsze miała kilka planów na wypadek porażki. Nie ufała ludziom ani zmiennym, nie ufała nikomu. Czasami jednak wbrew sobie, swojej głowie, czasami wbrew sercu szła wyłącznie wiedziona instynktem. To było jedyne, czemu mogła ufać. Była bardzo zdyscyplinowana. Nie mogła sobie pozwolić na utratę czujności. To mogło ją zabić, a ona przecież chciała żyć.


Liv obudziła się, a raczej została obudzona swoim wewnętrznym przeczuciem. Przez chwile tylko nadsłuchiwała i chociaż nic nie słyszała, jej instynkt dał znać, że czas iść dalej. Złapała plecak w wilczy pysk i wyczołgała się z nory, którą wczoraj wieczorem wykopała. Obrała kierunek i zaczęła biec. Biegła dotąd aż w końcu jej umysł się uspokoił a instynkt pozwolił zwolnić. Rozejrzała się. Już prawie dotarła do gór. Zaciągnęła powietrze nie wyczuła nic. Wyglądało na to, że będzie mogła odpocząć, przynajmniej przez chwile.


Robiło się już lato, ciepło i przyjemnie. Skończył się problem z mrozem, jedzeniem. Mogła się w końcu zamieniać w człowieka, w zimę było to niemożliwe, za zimno dla delikatnej ludzkiej skóry. Teraz jednak znalazłszy ciepłe jeziorko przemieniła się i weszła do wody. Odetchnęła głęboko ciesząc się tą chwilą. Nie było ich zbyt wiele wiec to sprawiało, że jeszcze bardziej je doceniała. Wykąpała się i położyła naga na polanie. Od tak dawna była wilczycą, że ubranie jej przeszkadzało, ale przydawało się czasami lub nawet było niezbędne, gdy musiała wejść między ludzi.

Nie robiła tego za często, starała się jak najrzadziej, gdyż wiele spotkań z ludźmi kończyło się tylko kłopotami. Ona nie potrzebowała kłopotów, chciała spokojnie żyć, chciała tylko spokoju. Pozwoliła sobie na małą drzemkę, na chwile odprężenia, jednak jak zwykle sen nie był spokojny.

Śniło jej się jak wilki atakują jej dom. Znowu oglądała śmierć ojca. Zmieniona już w wilka biegła i biegła słysząc jego głos w głowie „Uciekaj, uciekaj jak najdalej i nie wracaj, nie daj się złapać. Kocham cię Aniołku, kocham”. Dziewczyna płakała wiele tygodni, miała wiele razy ochotę wrócić, ale jej instynkt jednoznacznie mówił, co ma robić. Obudziła się zapłakana. Nie lubiła tej mokrej części siebie, ale dzięki temu czuła się bardziej człowiekiem, więc pozwalała sobie na płacz.

To już pięć lat jak była sama. Nigdy nie zostawała zbyt długo w jednym miejscu. Dwa razy próbowała. Dwa razy została, o dwa razy za dużo. Obydwa razy były pomyłką.

Dziewczyna uciekając miała czternaście lat, teraz była już młodą dziewiętnastoletnią kobietą. Jednak w środku nadal była tą czternastolatką. Brak kontaktu z kimkolwiek sprawił, że zatrzymała się pod względem socjalnym. Dlatego próbowała. Nie miała wykształcenia, ale się starała.

Nie było jej dane zaznać spokoju. Ludzie za bardzo się nią interesowali, była za młoda na samodzielność. Nikt jej nie brał poważnie i zawsze chciano rozmawiać z dorosłym. Liv czuła się jak robot idealny, wytresowany do wszystkiego tylko nie do życia między ludźmi. Odetchnęła głęboko zbierając swoje rzeczy, wspomnienia wypełniły jej głowę. Wiec skupiła się i obrała kierunek gór. Nie wiedząc, czemu kierowała się na nie.

Nigdy nie szła, zawsze był to bieg, szybki, nadludzki. Zatrzymywała się tylko na jedzenie, picie, kąpiel od czasu do czasu. Dużo trenowała, to było jej główne zajęcie. Trenowała jako człowiek. Pewnie, gdyby ją ktoś zobaczył, pomyślałby, że trafił, na jakiś plan filmowy.


Naga dziewczyna walcząca z drzewami. Czasami łapiąc sobie obiad nie zmieniała się w wilka. Była silna, szybka, zdecydowana a jej cel zawsze był zdobywany. Zaczynała się już przyzwyczajać do takiego życia, mogłoby być one dobre. Mogła dotrzeć do gór, tam się ukryć i żyć spokojnie. Gdyby nie jej instynkt, który nie dawał jej się odprężyć i kazał iść dalej. Jej wilczyca była ukryta bardzo głęboko a Liv nie pozwalała jej się wynurzać. Zwierzę miało o to żal do człowieka, kłótnia jednak nie miała sensu. Na początku ciężko było utrzymać wilka w środku, ale Liv była niesamowicie sprytna i udało jej się to co jeszcze żadnemu zmiennemu.


Spojrzała na góry, zaczynała dostrzegać ich wielkość i jakieś przyjemne uczucie na nią spłynęło. Zezłościła się na siebie w pewnym momencie, myśląc to tym czasie zmarnowanym wśród ludzi. Ale nie pozwoliła sobie na to uczucie zbyt długo. Ważne było nie popełniać błędów. Odetchnęła głęboko i ruszyła szybciej.

Po dwóch dniach dotarła w miejsce, gdzie las był bardziej dziki. Wykopała szybko norę i zasnęła, nie mogąc się doczekać rana. Gdy tylko otworzyła oczy od razu poczuła, że dzisiejszy dzień będzie inny, nie wiedziała, czemu, ale czuła się odprężona, wesoła, beztroska. Rozglądała się spacerując wesoło po lesie. Las był gęsty, bardziej dla zwierząt niż ludzi, bez ścieżek i śmieci. Szła tak zamyślona, gdzie jest i co się dzieje, gdy nagle zatrzymała się przy murach jakiejś posiadłości.

Zamarła przerażona swoją bezmyślnością i utratą kontroli. Wciągnęła powietrze, poczuła zapach, który ją wzywał, który sprawiał, że czuła się szczęśliwa. Chciała go zdobyć. Po chwili jednak ogarnęła ją panika obróciła się na pięcie i zaczęła biec w głąb lasu. Walczyła ze sobą chwile zawracała i znowu biegła dalej zwalniała, przyspieszyła. Robiła trzy kroki w kierunku zapachu i jeden krok, aby od niego uciec. Spanikowała nie wiedząc, co robić. Instynkt wilka był silniejszy od niej i zwierzęcia razem wziętych. Wspięła się na drzewo i przeskoczyła po kilku by zamaskować swój zapach. Po dwóch kilometrach zeskoczyła i zaczęła kopać nową jamę. Schodziła głęboko, głębiej niż normalnie. Gdyby ktoś ją wytropił, wyglądałaby jak zwykła nora. Ukryte przejście dalej było zupełnie niewidoczne. Jama była wąska z początku a za ścianą schodziła w dół i rozszerzała się, człowiek nie mógł się tam zupełnie wyprostować, ale dla wilka było wystarczająco. Zdziwiła się, że wcale z stąd nie chciała odchodzić.

Musiała poznać ten zapach. Ta ciekawość ją jednak przerażała. Jej instynkt chciał tu zostać i sprzeciwiał się ruszać dalej. Jej głowa była nauczona nie zostawać długo w jednym miejscu, to mogło być zbyt niebezpieczne. W nocy zebrała się w sobie zapanowała nad swoim wilkiem i ruszyła przed siebie by znaleźć się jak najdalej. Biegła cała noc. Skupiła się na biegu zamykając się na wszystko inne. Nad ranem jednak z nieukrywaną złością i zażenowaniem odkryła, że była niecały kilometr od posiadłości. Nie umiała sobie wytłumaczyć, co się dzieje nie umiała pokonać samej siebie, znała się i wiedziała, że ze sobą nie wygra. Podjęła wiec decyzje, zostanie, musi poznać ten zapach i stawić mu czoło. Żałowała teraz że nigdy nie interesowała się bardziej tradycjami i życiem rodzinnym zmiennych.

Mieszkała z rodzicami do dziesiątego roku życia, ale nie nauczyła się wiele o byciu wilkiem. Wtedy ją to nie interesowało, poza tym myślała, że na to ma jeszcze czas. Treningi wtedy były dla niej bardzo ważne. Zabierały jej dużo czasu, używała tylko tych informacji, które były potrzebne na tamten czas. Uczyła się jednoczenia ze swoim wilkiem. Teraz byli jednym. Nie znała drugiego zmiennego jak ona, który by był tak mocno zżyty ze swoim wilkiem. Chociaż jej wilk bardziej był uwieziony w niej, ale osiągnęła wszystko co chciała i była pewna, że wilk kiedyś ją zrozumie. Wierzyła mu jak nikomu, ale teraz ten zapach. Wiedziała, że to ma coś wspólnego z partnerstwem, ale to był temat, który ją nigdy nie interesował. Pamiętała jak mama próbowała wytłumaczyć, na czym to polega, słuchała, ale wtedy nic nie rozumiała, nawet teraz słowa matki były zagadka.


Jesteśmy w połowie wilkami, partnerstwo to instynkt, wiara. Jak poznasz partnera to będziesz o tym wiedzieć.”


Po godzinach gadania Liv i tak niewiele rozumiała. Nie potrzebowała rozumieć, nie wtedy. Matka w końcu powiedziała tracąc cierpliwość;


By mieć zupełną pewność po prostu powiedź, że go nienawidzisz i odejdź od niego”.


Liv na te słowa zaśmiała się myśląc, jak musi być to silna więź, skoro kilka słów może wszystko skończyć. To sprawiło, że dziewczyna przestała interesować się partnerstwem, miłością, nie miało to dla niej żadnego znaczenia, bo jeśli powiedzenie nienawidzę i odejście rozwiązuje sprawę to nie jest to godne jej uwagi. Ona trzymała się rzeczy pewnych i trwałych.

Jej matka była bardzo dobra, delikatna i bardzo cierpliwa. Nie pochwalała tego, co robił mąż i córka, ale nie miała takiej siły by ich do tego zniechęcić. Tak się Liv wydawało, że matka była z nimi, dlatego, że były dzieci, że ona po prostu nie umiała odejść była słaba i musiała strasznie kochać tatę.

Ona była inna, była silna i stanowcza nie mogła sobie wyobrazić by ktokolwiek mógł ją zmusić do pozostania gdzieś, gdzie nie chciałaby być, lub powodem byłoby podporządkowanie. Nie była swoją matką tego była pewna.

Jej głowa aż kipiała od wspomnień a raczej ich skrawków. Kopanie nory jej pomagało, uspokajało a niebawem jej praca dała efekt i nora przeobraziła się w piękną jaskinie. Wykopała kilka korytarzy w różnych kierunkach.

Zapach siedział jej w głowie i codziennie podkradała się pod posiadłość w nadziei, że zobaczy właściciela zapachu. Nic takiego jednak się nie stało. Nie rozumiała, dlaczego, jeśli tu nie mieszkał, dlaczego nie mogła odejść. Minął tydzień nadal nic. Jej domniemany partner też powinien ją wyczuć jednak nikt nie przychodził, żadnego ruchu, żadnego zainteresowania.

Następnego dnia, gdy się zakradła w pobliże domu, zauważyła duży zamęt, dużo aut wielu zmiennych. Ucieszyła się na myśl, że w końcu coś się wyjaśni, czuła lekki strach. Może nie do końca strach, ale była nerwowa i czuła się nie pewnie. Postanowiła się wycofać do swojej nory i przeczekać tam chwile. Czuła się zagubiona, nie wiedziała, co robić. Nic jednak się nie działo, słyszała głosy i śmiechy dochodzące z posiadłości, ale nikt nie przyszedł, nic się nadal nie działo. Zasnęła zła na siebie i na całą sytuację.

Rano obudziło ją jakieś dziwne uczucie, nie był to strach. Wystawiła wilczy łeb, aby lepiej złapać powietrze i wtedy go zobaczyła. Pięknego, dużego, rudego wilka, który chodził w pobliżu wąchając każdy centymetr ziemi. Jej wilk chciał do niego wyskoczyć, ale zatrzymała go. Wpatrywała się tylko bez ruchu. Nagle wilk spojrzał prosto w jej żółte oczy i zamarł. Wpatrywali się w siebie przez chwile, po czym zamienił się w mężczyznę.

Był wysoki, potężny miał dobrze po dwudziestce. Czarne krótkie włosy i oczy tak niebieskie, że aż hipnotyzowały. Jego klatka piersiowa była gładka i mocno rozbudowana. Widziała w życiu wielu mężczyzn, ale żaden nigdy nie zrobił na niej takiego wrażenia jak ten.

Nagle ciszę przerwała komórka chłopaka, podszedł do kubki ubrań leżących nieopodal, wyciągnął urządzenie z kieszeni i odebrał:

— Co? — to warknięcie sprawiło, że Liv położyła uszy po sobie. Tylko jedno słowo, a włosy na jej karku stanęły. — Powiedz matce, że jestem nieosiągalny… Nie wiem do kiedy — prawie krzyknął — aż się odezwę. — przecedził przez zęby i rozłączył się. Rzucił telefon na stertę ubrań.

— Wybacz Słońce — zaczął delikatnie — nie chciałem cię przestraszyć, wyczułem cię jak tylko wróciłem. Nie było mnie jakiś czas w domu, czemu nie poszłaś porozmawiać z moimi rodzicami, od razu by do mnie zadzwonili…

Liv patrzyła na niego jakby mówił w innym języku, chłopak zdziwił się na jej zachowanie. Dla niego partnerstwo było czymś naturalnym. Według niego Liv powinna po prostu zapukać i przedstawić się a on by zaraz przyjechał. Chowanie się w norze było lekko dziwne.

— Czuje w tobie moją partnerkę — wyjaśnił zachowując ostrożność, wyczuł jej niepewność. Wiedział, że to nie jest zwykła dziewczyna.

— Wyjdziesz do mnie? — poprosił.

Jego umysł analizował różne rozwiązanie jaj zachowania, ale nie rozumiał żadnego. Stał więc i tylko na nią patrzył. Coś mu mówiło, że ta dziewczyna jest wyjątkowa. Potrzebuje czasu i cierpliwości i to właśnie miał zamiar jej dać. Siedział tak bez ruchu prawie cały dzień, gdy słońce zachodziło wstał wreszcie i powiedział.

— Wrócę jutro rano — przez myśl przeleciała obawa czy będzie, ale odsunął ją od siebie, chciał zostać na noc, ale to też chyba nie był dobry pomysł

— Mam nadzieje, że będziemy mogli wtedy porozmawiać. Dobranoc Słońce — ruszył w stronę domu oglądając się.

Liv wystawiła łeb by zobaczyć, jak odchodzi, jej wilk chciał pobiec za nim, ale zatrzymała go. Był taki przystojny taki dorosły i idealny. Wydawało jej się, że ona jest dzieckiem przy nim. Zastanawiała się, co będzie dalej. Rozumiała już, czemu nie przychodził. Nie było go w domu. Teraz jednak musiała rozprostować nogi i coś upolować. Ruszyła biegiem musiała się wyżyć.

Nie mogła nadal zrozumieć jak jeden mężczyzna potrafił ją tak utrzymać, tak zdominować, tak podporządkować. Nie mogła się ruszyć, nie mogła się na niego napatrzeć, nie mogła przestać o nim myśleć. Upolowała szybko dwa króliki, wykąpała się w jeziorku i wróciła do nory. Już tęskniła a noc wydawała się trwać wieki. Głowa była pełna myśli.

Pierwszy raz obawiała się kogoś. To nie było to, że był starszy ani to, że bała się, że ją skrzywdzi. To był jej partner, była tego pewna, zresztą on też to czuł. Miała już pewność co do tego, ale wtedy następna myśl napłynęła do jej głowy. Wiedziała, że go kocha. Zaśmiała się chwile na takie myślenie. Jakby jej ktoś powiedział, że tak będzie wyśmiałaby go głośno i śmiałaby się za każdym razem, gdyby zobaczyła tę osobę. Matka jednak o tym nie wspominała… a może wspominała. Powiedziała tylko o nienawiści i odejściu, mętlik w głowie przeraził ją. A potem spadła na nią rzeczywistość, a jeśli jej prześladowcy ją znajdą to czy zabiją i jego. Dziwny głęboki warkot złości wydarł się z jej gardła. Ona na to nie mogła pozwolić. Szybka decyzja. Nie może tu zostać. Wiedziała jednak, że jej wilk nie pozwoli jej odejść, ale powinien zrozumieć, że robią to dla niego.

Musiała tylko pomyśleć jak to zrobić. Jedynym wyjściem wydawało się sprowokowanie chłopaka, aby wypuścił swojego wilka na nią. Wiedziała, że nie ma nikogo, kto zapanowałby nad wilkiem, tak jak ona to potrafi, kiedy wilk wpada w furie to już tylko bestia przez niego przemawia. Gdy ja skrzywdzi będzie mogła powiedzieć, że go nienawidzi i odejść tak jak jej mówiła mama. To było jedyne wyjście. Znała się była pewna, że nie będzie w stanie odejść sama od niego, bez powodu.

Obudziła się, skoro świt, podniecona i niemogąca się doczekać, kiedy go zobaczy. Nie czekała długo pojawił się zaraz po wschodzie.

— Witaj Słońce — powiedział siadając po turecku przy norze o wiele bliżej niż wczoraj — Czy dziś coś powiesz? — Spytał.

Był uśmiechnięty i bardzo przejęty. Liv zmieniła się w człowieka, ale nie wyszła z nory. Shane uśmiechnął się na widok kobiecej twarzy. Jej piękne oczy oczarowały go od razu, chciał wiedzieć o niej wszystko. Wiedział jednak, że musi być cierpliwy.

— Kim jesteś? — Spytała nieśmiało Liv i zdziwiła się jak czuje się przy nim niepewnie, ludzko, dziewczęco.

— Nazywam się Shane van Brick. Jestem synem Alfy tego stanu. Powiesz, jak masz na imię?

— Liv — powiedziała krótko. Uśmiechnął się i powiedział

— Miło cię poznać Liv.

Dziewczyna nie chciała tracić czasu, chciała od razu przejść do swojego planu wiec powiedziała.

— Przepraszam za zamieszanie, jakie zrobiłam. Jestem tu tylko przejazdem. Poczułam twój zapach i chciałam cię poznać, ale nie mogę zostać jutro wyruszam dalej — starała się być pewna i jej głos nawet tak brzmiał, ale czemu powiedziała jutro, powinna wyruszyć od razu.

Shane zerwał się nagle i dopadł nory, Liv cofnęła się do jej środka trochę przestraszona jego zachowaniem. Jednak z radością w sercu, że jej plan może się udać.

— Nie pozwolę ci odejść — wywarczał zaborczo. — Jeśli musisz się gdzieś udać pójdę z tobą, ale na pewno nie pozwolę ci odejść — wyznał.

Tego Liv się nie spodziewała, przekręciła głowę na bok i zmarszczyła czoło. Jej zachowanie nawet pod postacią człowieka było bardziej zwierzęce. Odchrząknęła i spytała.

— Naprawdę byś to zrobił? — przygryzła wargę i zmrużyła oczy skupiając się na nim — Nie znasz mnie przecież.

Chłopak trochę się uspokoił przypuszczając, że to miał być pewien test a jego reakcja zdecydowanie ją zaskoczyła. Zdziwił się tym, wiedział, że partnerstwo to coś czego nie da się obejść, złamać, okłamać ani wymusić. Nie da się od niego uciec ani go odtrącić. Partnerzy wybierają się już na zawsze. To jest stalowa nić łącząca dwa umysły w jedno.

Zrobił krok w tył. Liv sięgnęła do plecaka wyjęła z niego koszule. Ubrała się i wyszła z nory. Koszula widać było, że jest za duża więc ciągle zsuwała jej się z ramion. Zobaczył jak młodziutka jest i rozejrzał się dookoła, w poszukiwaniu innych nor lub jakiejkolwiek innej obecności, cokolwiek co mogłoby znaczyć, że nie jest sama. Był pewien, że to instynkt partnerstwa ją tu przywiódł. Nie rozumiał jednak jak ktoś mógł ja wypuścić samą, bez opieki, ochrony. Świat jest wystarczająco niebezpieczny. Miała ze sobą tylko plecak. Zobaczył jej nagie ramiona, pokryte bliznami, wyglądały jak blizny po biciu. Jej mięśnie na rękach były jak skały. Jej oczy koloru teraz wrzącej smoły wyglądały o wiele starzej niż jej twarz. Miały w sobie coś, co sprawiało, że instynkt Shana chciał znać jej przeszłość. Niepokoiło go to spojrzenie. Musiał przejąć inicjatywę, więc szybko powiedział.

— Jesteś moją partnerką to wystarczy. — Jego umysł skupił się nad ochroną dziewczyny, chciał dowiedzieć się jak najwięcej, zaczął jednak od prostych pytań by ją nie odstraszyć od siebie — Powiedz, ile masz lat?

— Dziewiętnaście — powiedziała powoli, pomyślała, że nie ma sensu kłamać.

— Jesteś sama? — spytał bezpośrednio, nie mogąc znaleźć innego wyjścia, innego pytania. Dziewczyna nie odpowiedziała na to. Shane znał odpowiedz, ale chciał się upewnić.

— Jak długo jesteś sama? — spytał więc. Dziewczyna nadal milczała — Nie musisz się mnie bać, — spojrzał na nią błagalnie z nadzieją, że w końcu powie coś więcej — Chce ci pomóc. Pozwól mi się tobą zaopiekować. — poprosił.

Liv przekręciła głowę na bok tak jak robią to psy, gdy czegoś nie rozumieją a chłopak zrobił podobny ruch.

— Możesz mi zaufać — obiecał wyciągając przed siebie ręce w geście poddańczym.

Wyciągnął do niej dłoń ujęła ją delikatnie a wtedy ją mocno do siebie przytulił. Wciągnęła głośno powietrze, zdziwiona jego zachowaniem, zdziwiona swoim zachowaniem, że pozwoliła mu na taką bliskość. Nie odepchnęła go jednak, jego zapach, ciepło wdarł się w jej najgłębsze zakamarki umysłu, stała jednak twardo wyprostowana nie odkrywając co naprawdę czuła. Nagle wypuścił ją i zrobił krok w tył. Chciała podejść do niego, chciała, żeby znowu ją przytulił, ale trzymała fason.

— Jesteś piękna — wyszeptał po chwili. Dziewczyna przełknęła ślinę, zastanawiając się co się dzieje.

Sięgała mu do szyi. Wyglądał jakby był co najmniej trzy razy większy od niej. Liv miała czarne włosy, które sięgały jej bioder. Oczy czarne duże i piękne, ciało gładkie i opalone. Piękna, wysportowana, lecz mięśnie nie psuły dziewczęcego uroku. Chłopak znowu podszedł bliżej biorąc ją w ramiona. Ucieszyła się na to. Tulił ją do siebie całując głowę i ocierając się o nią delikatnie.

— Opowiedz mi kochanie, co cię spotkało. — poprosił.

Podniosła głowę, spojrzała mu prosto w oczy i przez chwile zapomniała o swoim planie, poczuła nieodpartą chęć pocałowania go. Ale nie zdradziła się z niczym, szybko jej umysł odsunął jej pragnienia. Była nieugięta, tyle lat ćwiczeń dawały teraz rezultaty.

— Skąd mam być pewna, że mogę ci zaufać? — spytała twardo.

— Wsłuchaj się w swojego wilka, wiesz, że jestem twoim partnerem. Co ci mówi instynkt? Spytał, poczuł swoje zdenerwowanie, wyczekując na jej odpowiedz.

— A co, jeśli się myli? — powiedziała. A Shanowi ulżyło, że nie zaprzeczyła.

— A czy kiedyś się pomylił? — spytał już spokojniej.

Liv bardzo usilnie próbowała znaleźć przynajmniej jeden taki moment, nie mogąc go znaleźć odetchnęła głęboko i odpowiedziała szczerze.

— Nie — Shane uśmiechnął się w jej włosy.

— Chodz ze mną do mojego domu — poprosił.

— Nie, tu mi dobrze — powiedziała cofając się do nory. Mężczyzna nie naciskał.

— To ja zostanę z tobą?

— Jak chcesz — powiedziała, jakby naprawdę było jej wszystko jedno, ale jej serce galopowało. Usiadła na ziemi a on usiadł obok, po chwili Liv zaburczało w brzuchu.

— Może skusisz się na obiad? — Spytał, wtedy dziewczyna wstała bez słowa obróciła się tyłam do Shane zdjęła koszule, nie zdążył nawet zobaczyć kawałka jej nagiego ciała, gdy stał już przed nim biały cudowny wilk. Rzuciła się biegiem w las a chłopak szybko przemienił się i ruszył za nią. Jej technika, zwinność, szybkość bardzo zawstydziły Shane. Był nią tak oczarowany, że nic nie upolował, zrobiła to za niego, co jeszcze bardziej go onieśmieliło. Postawił następnym razem bardziej się wykazać. Gdy wrócili do nory, dziewczyna się już nie zmieniła, wpełzł za nią do nory, położyli się i zasnęli.

Gdy rano dziewczyna się obudziła, była wtulona w chłopaka, poczuła się tak dobrze, nie miała koszmarów i już dawno nie czuła się tak wypoczęta i zrelaksowana. Szybko jednak jej mózg wrócił do normy.

Przerażona stwierdziła, że wystarczył jeden dzień, by zapomniała o wszystkim. Wczoraj wieczorem nie zrobiła obchodu. Nawet nie zatrzymała się na chwile by wywąchać powietrze. Musiała szybko działać. Bardzo chciała mu zaufać, ale bała się zranienia, straty, odrzucenia. Najbardziej jednak bała się, że przez nią może się też coś stać jemu. Wymknęła się, gdy jeszcze spał. Zmieniła się, założyła koszule i usiadła nad strumykiem. Mimo podjętej decyzji dała sobie jeszcze chwile by być w jego pobliżu. Nie minęło dużo czasu, gdy pojawił się Shane. Podszedł do niej pomału, pocałował jej głowę.

— Przestraszyłem się, że naprawdę odeszłaś. — Powiedział z widoczną ulgą.

— Próbowałam wiele razu jeszcze zanim do mnie przyszedłeś — wyznała, kiwając głową na boki, — ale zawsze wracałam.

— To znaczy, że twój partner tu jest, Ja tu jestem — sprecyzował.

— Ja niewiele wiem o partnerstwie — powiedziała pomału.

— A opowiesz mi, co ci się przytrafiło? — spytał z nadzieją, ale Liv tylko pokręciła głową. Shane westchnął. Nie wiedział jak do niej dotrzeć. Dotknął jej ramienia, zadrżała, ale nie odsunęła się. Uśmiechnął się na to niewidocznie. Tłumaczył sobie, że musiała przeżyć coś strasznego, skoro nie ufała, nawet partnerowi.

Wśród zmiennych partnerstwo to była prawdziwa, czysta miłość, przyjaźń, ufność, coś, czego nikt nie mógł zaprzeczyć, rodzice nie mogli zabronić a partnerzy byli dla siebie wszystkim, wszystko zrobiliby dla siebie. Shane zaczął powoli.

— Wilki, zakochują się tak naprawdę tylko raz — wiedział, że zwrócił jej uwagę na siebie — Czasami przychodzi to na nas znienacka, gdy spojrzą sobie na przykład w oczy, czasami mieszkają w tym samym miasteczku i po prostu to wiedzą, lub czasami są wiedzione instynktem i szukają. Tak chyba było w twoim przypadku. — spojrzała na niego kiwając lekko głową jakby się z nim zgadzała — Gdy partnerzy się odnajdą już nigdy się nie rozstaną, mogą na sobie polegać. Nigdy się nie skrzywdzą, nie zdradzą. Mogą sobie ufać — mówił powoli i patrzył na nią, chcąc mieć pewność, że rozumie to, co on mówi. A na koniec zażartował nie chcąc by atmosfera została taka napięta

— Podczas gorączki nie mają już problemu — zaśmiał się. Liv spojrzała na niego niezrozumiale, przestał się śmiać od razu.

— Podczas gorączki? — zapytała. Zbierając włosy do warkocza. Otworzył szeroko oczy zupełnie zaskoczony.

— Chcesz powiedzieć, że nigdy nie czułaś gorączki? — Nie mógł tego pojąc. To był najcięższy i najgorszy czas dla samotnych i młodych zmiennych.

— A co to jest? — spytała powoli.

Zmrużył oczy i wyjaśnił.

— To czas, gdy wilki mają porę godową. Sex jest najważniejszy — dodał.

Shane patrzył na nią widział jak coś przetwarzała i układała sobie zaczęła kiwać głową jakby na potwierdzenie, że teraz rozumie. Chłopak szybko zbierał fakty, zapytał jej delikatnie

— Słońce, od kiedy jesteś sama? — Spojrzała na niego, marszcząc czoło i nos. Poczuła nieodpartą chęć powiedzenia mu wszystkiego. Przygryzła dolną wargę, by tego nie zrobić. Zaczęła pukać nerwowo nogą. Shane zauważył to, dotknął jej policzka i spojrzał głęboko w oczy.

— Pozwól mi sobie pomóc, proszę. Kocham cię. — Liv przełknęła głośno ślinę, ale ta jakby jej stanęła w gardle. Jak można pokochać kogoś w jeden dzień, czasem życie to za mało, ale tak właśnie było, ona też kochała go.

— Naprawdę chcesz mnie? — spytała zaciekawiona a po chwili dodała szukając w nim fałszu — I nie zostawisz mnie? — czuła, że coś w niej się łamało.

— Przysięgam — powiedział z ręką na sercu. Jego twarz była poważam, ale i zarazem uśmiechnięta. Liv chciała wpaść mu w ramiona całować i nigdy z nich nie zostać wypuszczoną, ale jej umysł miał misje i wiedział najlepiej, co powinna zrobić. Wiedziała, że w tym momencie nie mogła liczyć na wilczyce ani na instynkt obydwa były po stronie Shane. Została sama.

— Boje się — powiedziała niechcący na głos.

— Wiem Słońce, czuje to, — wziął jej dłoń, pocałował delikatnie przyciskając do siebie.

Liv nie była pewna czy da rade walczyć ze sobą. Shane położył jej rękę na swoim sercu i powiedział przymykając oczy jakby jej dotyk sprawiał mu niesamowitą ulgę.

— Ono, od kiedy cię wyczułem zaczęło bić tylko dla ciebie. — To już było za dużo. Liv popłynęły łzy a oddech przyspieszył — Powiedź, obiecaj, że mnie nie zostawisz, nie odejdziesz, nie przeżyłbym tego — powiedział z bólem na twarzy.

Patrzyła na niego z takim samym bólem, myśląc o swoim planie i nagle jej usta powiedziały

— Obiecuje.

Shane krzyknął z radości a dziewczyna jakby się wybudziła z hipnozy, poderwała się i skoczyła do nory, chłopak skoczył za nią.

— Wybacz Słońce — powiedział szybko ze strachem, ze śmiechem podrapał się po głowie, czując się trochę głupio — Zachowałem się jak gówniarz — dodał na co dziewczyna nie umiała ukryć uśmiechu.

Liv wyszła pomału. Rozejrzała się jakby zapomniała, gdzie była i chciała sobie przypomnieć. Przytulił ją, chciał już zawsze czuć jej ciało blisko swojego, ona czuła podobnie. Pocałował ją w usta, dała się pocałować, ale nie odpowiedziała na jego czułość.

— Kocham cię — wyznał.

Liv nawet nie drgnęła, w głowie miała bałagan, pierwszy raz w życiu nie panowała nad sobą. Jej walka wewnętrzna wydawała jej się najtrudniejszą w jej życiu. Las zaczynał jej wirować.

Shane nie naciskał. Zdawał sobie sprawę, że o czymś nie wiedział i nie chciał jej ponaglać. Chciał, żeby ona o tym wiedziała. Czuł jej niepewność, zagubienie. To jak się kontrolowała, nie okazywała czułości. Nie umiał wytłumaczyć sobie tego, gdyż widział tysiące razy jak wygląda spotkanie bratnich dusz. Zawsze było to coś cudownego, wesołego i pełnego namiętności. Z ta dziewczyną było inaczej. Bardzo go ciekawiło, co jej się przydarzyło, ale musiał być delikatny, by jej nie spłoszyć.

— Opowiesz mi o sobie? — Spróbował znowu. Liv postukała nogą i spytała.

— Po co, czy to ma jakieś znaczenie? — zaczęła się denerwować.

— Żadne — wyszeptał jej do ucha — chcę cię po prostu poznać — powiedział jakby od niechcenia. — pomóc — dodał.

— A czy ja wyglądam jakbym potrzebowała pomocy, daje sobie wspaniale sama rade — wyskoczyła obrażona, nikt nigdy jej nie pomagał, to ona zawsze wszystko robiła, skąd mogło mu przyjść na myśl, że potrzebuje pomocy.

— Wiem, widzę — powiedział Shane pokazując ręce jakby udowadniał, że jest nieuzbrojony. — Ale, proszę powiedz, od kiedy jesteś sama? — To w głowie mu wierciło wielką dziurę, robił szybkie obliczenia.

Miała dziewiętnaście lat. Bardzo mało wiedział o wilkach i o partnerstwie, gorączce, która przychodzi około trzynastego, czternastego roku życia, co daje sześć lata. Nie mógł tego ogarnąć. Zostać samotnym wilkiem w tak młodym wieku i przeżyć tak długo. Nagle z zamyślenia wybiły go słowa, które z każdą literą sprawiały, że chciał wyć, że kolana mu się ugięły i stracił głos.

— Od pięciu lat, czterech miesięcy i dwóch dni — powiedziała pomału licząc przy okazji czy się nie pomyliła. — Shana zalał zimny dreszcz i bardzo pilnował się by się nie zatrząść od tej wiadomości, przełknął ślinę i spytał.

— Jak do tego doszło? — Był wściekły, to był rozkaz, musiał to wiedzieć.

Liv zrobiła krok w tył przyglądając mu się ostrożnie. Wyczuła ten ton, nie podobał jej się. Shane widząc, że nie kwapi się odpowiedzieć zrobił w jej kierunku krok i drążył

— Chcesz powiedzieć, że od czternastego roku życia jesteś samotnym wilkiem? — pokiwała tylko głową. Shane zawył z wściekłości i z żalu. — Bierz plecak idziemy — rozkazał,

— Nie dziękuję, tu mi dobrze — powiedziała siadając na ziemi,

— Liv nie ma takiej opcji, żebym pozwolił ci żyć tak choćby przez jeden dzień dłużej. Za tydzień, może nawet nie cały, zaczyna się gorączka. Wszyscy zmienni zaczną szaleć — Wybuchł zdając sobie sprawę jak to może wyglądać. Spojrzała na niego z niezadowoleniem.

— Każdy zaraz przyleci tutaj, żeby cię zdobyć — Czym on tak bardzo się przejmował, przeżyła już niejedną tą jego gorączkę, a teraz podobno są partnerami więc w czym mógł być problem. Nie pojmowała, dlaczego Shane tak bardzo się denerwuje, więc spytała,

— Przecież jestem podobno twoją partnerką.

— Tak, ale póki cię nie oznaczę — powiedział — a ty mnie — dodał szybko — oficjalnie nie będziemy parą.

— Oznaczyć? — zapytała.

— Musze cię ugryźć — zaczął z dziwną utratą cierpliwości — a ty mnie, aby nasze zapachy się wymieszały.

Musieli się wpierw oznaczyć. Jej plan szybko został wprowadzony w życie. Teraz albo nigdy drugiej takiej szansy nie dostanie. Nie będzie słuchała dalej, bo pewnie by ja przekonał a ona nie chciała zmarnować mu życia. Za bardzo go kochała. Już to wiedziała. Usłyszała tylko za sobą. Zmieniła się w wilka i ruszyła biegiem w las.

— Poczekaj!! — Chłopak się zmienił i ruszył za partnerką.

Nie poczekała, nie zawahała się, nawet nie obróciła się wystartowała jak błyskawica i nie zwalniała. Chociaż Shane był wysportowany, nie mógł jej dogonić. Mijała drzewa a raczej wyglądało jakby to one schodziły jej z drogi. Shane pomyślał, że to nie jest normalne. Jak na swój wiek była za szybka, za zwinna, za perfekcyjna. Nigdy czegoś takiego nie widział. On najlepszy z tutejszej watahy, następca alfy, nawet ojca pokonywał. Nie mógł złapać swojej dziewiętnastoletniej partnerki. Po kilku godzinach zaczął czuć zmęczenie i widział, że Liv zaczyna się oddalać jej bieg był taki sam szybki, jej ruchy tak samo perfekcyjne, nie widać po niej było, żadnego zmęczenia. Wpadał w panikę. Po następnych długich minutach zaczął zdawać sobie sprawę, że tracić ją z oczu. W akcie desperacji wypuścił swojego wilka, człowiek schował się w głąb i teraz zwierzę przejęło inicjatywę.

Wilk wystartował jakby dostał dopalaczy. Zaczął się do niej zbliżać, dziewczyna wyglądała jakby przyspieszyła a jej ruchy stały się bardziej zwierzęce, pomyślał, że może ona też wypuściła wilka, nie mógł wiedzieć, że Liv i wilk są zjednoczeni i potrafią ze sobą współpracować. Jednak nie potrzebowała tego, Jej zwierzęca strona była schowana głęboko i na razie dziewczyna nawet nie myślała o możliwości wypuszczenia bestii. Gonił ją już kilka godzin tracąc cierpliwość. Wykorzystał sztuczki łowcy. Był wściekły zostając pokonanym przez młodą wilczyce. Gdy zbliżał się w końcu wieczór dopadł ją w wąwozie, gdzie została zamknięta przez wysokie skały. Nie był z tego zadowolony, gdyż wiedział, że gdyby nie ta pułapka jemu samemu nigdy by się to nie udało. Wskoczył na nią jak na swoją ofiarę i wbił zęby w jej kark, wilczyca zaskomlała głośno. Unieruchomił jej ciało, nie puszczając ani przez chwile. Gdy już chciał się zachować jak zwierzę, chcąc ukarać ją za takie upokorzenie dziewczyna szybkim ruchem wyzwoliła się spod jego o wiele większego ciała i zniknęła w gąszczu lasu. Wilk był tak zdziwiony, że nawet nie zareagował, zdał sobie sprawę, że to ona zastawiła pułapkę na niego. Nie pojmował czemu i po co. Shane wiedział, że ją skrzywdzili, że ugryzienie było głębokie za głębokie i musiało być bardzo bolesne. Siedział tam chwile starając się zrozumieć sytuację i podjąć jakieś działanie. Ruszył za nią, ale nie próbował dogonić.

Liv dobiegła do nory złapała plecak i wybiegła, zamarła na chwile, gdy zobaczyła Shane klęczącego i patrzącego na nią z bólem, cierpieniem, żalem, strachem. Widziała jak jego usta drżą oddech był nie równy a oczy mokre.

— Wybacz — wyszeptał — Wybacz mi — powtarzał, ale sam nie wierzył, że mogłaby to zrobić.

Wciągnęła głośno powietrze. Plan się udał, ona wcale nie czuła bólu, zrobiła to specjalnie, aby mieć powód by odejść. Ruszyła biegiem jak najdalej od niego w kierunku gór tak jak miała to zamiar zrobić przed ich spotkaniem. Nie czekała na nic więcej, biegła starając się nie słuchać niczego a już zwłaszcza własnego serca. Prawie się jej udało, musiała tylko się skupić na biegu. To było to, czego przecież chciała uwolniła się od niego. Zadał jej nieludzki ból. Miała prawo go znienawidzić. Mogła w końcu odejść. Uwalniała się od zapachu, od partnera. Była wolna a co najważniejsze on był bezpieczny. Plan się powiódł. Zaśmiała się do siebie przyspieszając a po chwili usłyszała wycie tak pełne bólu, że zamarła a jej serce pękło jak kryształ uderzający o beton z dużej wysokości. Przystanęła, jej ciało trzęsło się a ślina blokowała gardło nie chcąc spłynąć. Łzy leciały bez możliwości powstrzymania. Zerwała się znowu, biegiem jak najdalej od tego miejsca. Czuła piekący ból w oczach i w sercu, ale biegła dalej, biegła nieprzerwalnie. Biegła całą noc, a w głowie cały czas słyszała jego wycie. Nie wiedziała już czy to on nadal wyje czy tylko jej głowa wspomina ten dźwięk. Czym dalej się oddalała ból się nasilał, wyrzuty sumienia i pustka, która ją ogarniała.

Zezłoszczona na siebie krzyknęła tak głośno jak mogła „Nienawidzę go”. Postawiła następne kroki. Czuła desperacje i słony smak łez w ustach. Gwałtownie zawróciła. Zdziwiła się, że droga powrotna zajęła jej niecałą połowę czasu. Podkradła się pod wiatr by jej nie wyczuł. Klęczał w tym samym miejscu, płakał, bił rękoma w ziemie. Był zdruzgotany. Ten widok był dla niej nie do zniesienia. Teraz rozumiała słowa matki. Zmieniła się w człowieka i podeszła rzucając po drodze plecak. Miała pewność, to musi być partnerstwo, wszystko zrobiło się dla niej jasne. Nie mogła znieść bólu partnera, nie mogła od niego odejść, To by ją też zabiło, pomału i w męczarniach. Nie chciała tego ani dla siebie, ani dla niego, przestało być dla niej ważne, co się stanie. Zawsze będzie z nim i dla niego.

Liv podeszła i uklęknęła obok Shane, podniosła jego twarz i pocałowała go. Shane oniemiał. Był tak pogrążony w smutku, że nawet nie zauważył jej powrotu. Chciał coś powiedzieć, ale nie mógł.

— Już, już — powiedziała gładząc go po policzku. — Jestem — uśmiechnęła się i go pocałowała.

Spojrzała w jego oczy i nagle bez ostrzeżenia jej oczy zaświeciły się a zęby wydłużyły. Wbiła je w chłopaka szyję. Shane warknął przycisnął ją do siebie mocniej. Gdy skończyła polizała jego rany, które zaraz się zasklepiły. Chłopak uśmiechnął się i przytulił dziewczynę. Dotykając jej pleców poczuł, że są bardzo mokre pomyślał, że się spociła, ale były też lepkie. Obrócił Liv. Widok przeraził go. Jej plecy były pokryte krwią, wyschniętą i świeżą. Rana, którą jej zadał była duża a krew sączyła się delikatnie.

— To nic — powiedziała z delikatnym uśmiechem. Shane patrzył na nią z bólem w oczach apotem spytał

— Czemu wróciłaś? — Wyszeptał — po tym, co zrobiłem — zmarszczył nos jakby mówił, o czymś ohydnym. — Zapewniałem, że cię nie skrzywdzę parowanie tak nie wygląda. Mój wilk chciał dobrze, ale…

— To moja wina — wyznała nie dając mu skończyć — zmusiłam cię do tego — spojrzał na nią trochę zagubiony — Chciałam uciec, ale czym dalej biegłam — mówiła nadal dotykając jego policzka i torsu, musiała go dotykać, czuć — tym bardziej bolało. Nie rozumiałam, gdy moja mama mi chciała to wytłumaczyć. Dziś rozumiem, co miała na myśli — dokończyła a Shane od razu ja pocałował tuląc mocno, za mocno, bo znowu poczuł krew spływającą po jej plecach.

— Słońce musimy iść do szpitala to nie wygląda dobrze nie zasklepia się.

— Nie, nie chce iść do szpitala, daj mi chwile. To naprawdę nic po prostu nie miałam czasu o tym myśleć — Spojrzał na nią nie rozumiejąc jej słów. Liv wciągnęła powietrze nadludzko głośno i długo. Wciągała i wciągała a potem wypuściła je jeszcze dłużej. Po wszystkim pokręciła głową dookoła.

— Przestań skarbie. — Shane złapał ją unieruchamiając — pogorszysz sprawę.

— Nic mi nie jest — powiedziała uśmiechając się. Chłopak okręcił ją i odsunął włosy, rany nie było, była tylko blizna i krew. Zamarł, Spojrzał jej w oczy.

— Jak to zrobiłaś? — Spytał kręcąc głową z niedowierzaniem

— Nic specjalnego nauczyłam się tego… kiedyś — przerwała zamykając oczy — czasami się przydaje — dodała smutno.

Shane spojrzał na jej ramiona, przytulił ją już mocno, gdy ich ciała się dotknęły, zdał sobie sprawę, że są nadzy. Zastygł i starał się opanować.

— , Co się stało? — Spytała czując zmianę.

— Proszę ubierz się — zabłagał, ale nadal tulił ją mocno, jej ciało ocierał się o jego, pobudzając go bardzo. Jej skóra była tak delikatna i kusząca. Wiedział, że ona zaraz wyczuje jak bardzo jej pragnie, nie wiedział jakie doświadczenia ma, a po tym co się tu stało domyślał się, że żadne. To sprawiło, że stał się bardzo nerwowy.

— , Co się dzieje? — Spytała zupełnie nie domyślając się niczego, Jej palce nadal dotykały jego szyi bicepsów.

— Słońce, jesteś naga. — Zamknął oczy przytulając się do niej i napawając się jej zapachem, zacisnął szczękę i odsunął się — Jesteś taka cudowna…

— Shane ja chcę tego — powiedziała, Shane przestał oddychać, przeszedł go silny dreszcz po plecach a jego wilk warknął „MOJA”

— Jesteś pewna? — Spytał, chociaż wcale nie zniósłby, gdyby powiedziała nie — Nie chce ci znowu sprawić bólu.

Uśmiechnęła się tylko przyciągając go do siebie.

Shane zaczął ją delikatnie całować, po szyi i w usta. Jego ręce przesuwały się po całym jej ciele wywołując dreszcze. Dziewczyna poczuła gorąco i uczucie jakby mogła się wznieść tak wysoko, że dałaby radę dotknąć gwiazd. Jej oddech nie był już równy ani spokojny, wszystko dookoła zaczynało wirować. Zamknęła oczy. I pozwoliła sobie na następne zapomnienie.

Shane położył ją na plecach i położył się na niej. Otworzyła oczy i zobaczyła jego cudowną twarz pochyloną nad sobą. Jego oczy, w których zupełnie utonęła. Chciała poznać każdy milimetr jego ciała, poznać każdy mięsień, każdą nierówność. Podniosła głowę i zaczęła całować jego tors, chłopak jęknął zachwycony. Jej ręka masowała jego brzuch i zeszła nieco za bardzo w dół, cofnęła ją, niepewna, co robić. Shane uśmiechnął się i powiedział,

— Zostaw to mnie skarbie, dziś ja się zajmą Tobą. Dobrze?

Pokiwała tylko głową.

Prąd przechodził wzdłuż jej nerwów. Złapała go za ramiona i wbiła paznokcie. Głowę schowała w jego piersi i jęknęła z rozkoszy. Nie chciała, żeby przestał. Czuła się tak dobrze jak jeszcze nigdy wcześniej. Gdy myślała, że lepiej już nie może się czuć, chłopak przyspieszył a dziewczyna otworzyła oczy wyginając się w łuk. Jej ciało ogarnęło tysiące drgawek a on nie przestawał. Jej oddech zamarł na chwile a usta zupełnie wyschły. Nigdy wcześniej nie czuła takiego uniesienia. Shane nie przestawał dawać jej rozkoszy aż miał pewność, że osiągnęła pełnie. Wtedy delikatnie opadł obok niej. Pocałował ją w szyję. Oparł się na łokciach patrząc na jej zamknięte oczy.

— Wszystko w porządku? — zapytał. Pokiwała tylko głową — na pewno?

— Tak — wyszeptała. Nigdy wcześniej nie czuła się tak słaba i tak szczęśliwa.

Przytulił ją do siebie. Zasnęli wtuleni w siebie.

Gdy się obudzili był środek nocy Liv przytuliła się do klatki piersiowej Shanea wspominając co się stało.

Ciszę przerwał chłopak.

— Słońce — spojrzała na niego z uśmiechem — teraz musisz się zgodzić pójść ze mną do domu, nie pozwolę ci tu zostać — popatrzyła na niego z żalem i niechęcia. Spojrzała na norę. Wiedziała, że w końcu to nastąpi. Kiwnęła głową na zgodę, ale Shane wiedział, że robi to niechętnie, cieszył się jednak, na myśl o wspólnym domu.

Pozbierali rzeczy nie było ich za wiele. Liv założyła ubranie, jedyne, jakie miała i ruszyli do domu Van Brick.

Van Brick

Z posiadłości Shane wypadła blondynka. Po trzydziestce, miała długie nogi, była szczupła i całkiem ładna, ale jej twarz pokryła tona tapety. Liv skrzywiła się na jej widok.

— Boże nic ci nie jest, tak się wszyscy o ciebie martwili, zabroniłeś dzwonić ani cię szukać. A to wycie w nocy… — spojrzała na Liv, ale zignorowała ją wracając spojrzeniem na Shanea — Martwiłam się — podeszła do niego blisko, za blisko i chciała dotknąć jego policzka. Liv stanęła szybko przed nim i złapała za rękę blondynki delikatnie warcząc. Była od niej niższa i mniejsza, ale siła, jaka biła od młodej zmiennej sprawiła, że kobieta się odsunęła.

— Spokojnie Słońce, pozwól mi się tym zająć. — Powiedział Shane całując Liv. Ta zmiękła, ale jej oczy nie schodziły z blondynki.

— Meg, mówiłem ci żebyś dała sobie spokój…

— , Kim jest ta smarkula? — Przerwała mu nagle, Liv znowu zawarczała, tym razem o wiele bardziej intensywnie.

— To moja partnerka, Liv — wyjaśnił Shane stając między nimi.

— Partnerka!! — Wrzasnęła Meg — Czy ona nie jest za młoda dla ciebie przecież to jeszcze dziecko — zaśmiała się znieważając Liv, ta jednak nie miała zamiaru zostać jej dłużna.

— Boże nic dziwnego, że czekałeś na mnie jak otaczało cię to próchno.

Meg wpadła we wściekłość i rzuciła się na Liv, ta jednak szybko odskoczyła i uderzyła ją w plecy. Meg upadła na ziemie, płacząc.

— Shane, zobacz, co ta wariatka zrobiła — pokazała mu rozerwane rajstopy i dwa złamane paznokcie.

— Meg idź do domu, co? I daj sobie w końcu spokój — poprosił Shane, patrząc na Liv z dumą, radością i zaborczością.

— Tak lepiej daj sobie spokój — poradziła jej partnerka chłopaka bardzo dosadnie.

— , Chodź kochanie — powiedział chłopak, ciągnąc delikatnie Liv do środka. Pozwoliła mu to zrobić, gdy zostali już sami zapytała, starała się nie brzmieć zazdrośnie, ale nie bardzo jej to wyszło.

— , Kto to był?

— Nikt Słońce, zupełnie nikt — powiedział zadowolony z siebie.

— Wielu takich „niktosiów” będę musiała znosić? — Spytała marszcząc nos w złości.

Złapał ją i przyciągnął do siebie, trzymał mocno, spojrzał w jej oczy.

— Czy ty jesteś zazdrosna? — Spytał całując ją w usta.

— Nie!! — Krzyknęła, prostując się — po prostu jestem ciekawa — wyjaśniła.

Wiedziała jednak, że to była zazdrość, nie mogła znieść tej tapety blisko Shana. On też dobrze o tym wiedział i to mu wystarczyło, nie musiała tego przyznawać. Pewny był, że gdyby zobaczył jakiegokolwiek mężczyznę tak blisko niej oszalałby z wściekłości.

Po chwili do kuchni weszli rodzice, przekomarzając się o coś. Ich rozmowa zamarła z sekundą, gdy zobaczyli dziewczynę. Nastała chwila ciszy, podczas której rodzice zdążyli wyczuć już, że są partnerami. Liv niepewnie przyglądała się badając zachowanie rodziców jej ukochanego. Od ojca poczuła od razu siłę Alfy. Był wysoki szczupły, dobrze umięśniony. Miał miejscami siwe sięgające ramion włosy. Oczy skupione, ciepłe koloru zieleni z małymi prześwitami złota. Liv uśmiechnęła się delikatni widząc w nim spokój i pewnego rodzaju bezpieczeństwo. Patrzył prosto w jej oczy mrużąc je delikatnie, wiedziała co robi, chciał wymusić na niej swoją siłę. Jeśliby się nie podporządkowało, mogła wszystko zniszczyć. Więc potulnie skłoniła się, jako Alfa miał prawo wejść w jej umysł, otworzyła go delikatnie, ale nie poczuła wtargnięcia. Ucieszyła się na takie zachowanie. Ojciec Shana od razu zyskał sobie szacunek dziewczyny. Podniosła głowę i spojrzała na partnerkę Alfy. Liv wiedziała od razu jaki to typ kobiety. Sięgała mężowi gdzieś do ramion, miała długie brązowe włosy i oczy pełne ciekawości. Widać było, że jest bardzo energiczna, uwielbia być zajęta. Była lekko zaokrąglona, ale miała w sobie coś co sprawiało, że chciało się zyskać jej aprobatę. Liv wiedziała, że to ona przerwie tą ciszę i właśnie, gdy to powiedziała usłyszeli.

— Przedstawiłbyś nas sobie — zrugała matka syna. Liv zaśmiała się w sercu, gdy Shane podskoczył i podrapał się w głowę czując się niezręcznie.

— Och, no tak, przepraszam. Liv, moi rodzice Zed i Vilia.

— Bardzo mi miło — powiedziała dziewczyna a rodzice kiwnęli głowami.

— Witaj, Liv jak? — Dopytała się a jej oczy wierciły dziewczynę jak wiertło dentysty, jej wzrok skakał po jej włosach, koszuli, którą miała na sobie, aż zatrzymał się na nagich stopach.

— Po prostu Liv — powiedziała beztrosko patrząc na Shane.

Vilia spojrzała na ojca a potem na syna.

— Mamo, daj spokój, kiedy indziej — zabłagał chłopak.

— No dobrze. — powiedziała obrażona. Jej starania by pokazać jak bardzo jej to nie pasuje nie były jednak udane. W końcu spytała starając się uniknąć konfrontacji — Jesteście głodni?

Młoda para pokręciła głowami równocześnie, ale Vilia nie patrzyła na nich i powiedziała skupiając się na parzeniu kawy — nieważne, idźcie sobie i wróćcie za godzinę.

— Chodź pokaże ci dom — zaproponował Shane i wyszli z kuchni.

— Mój jest w budowie wiec przez najbliższe miesiące będziemy musieli pomieszkać z nimi, ale zająłem domek gościnny w ogródku, więc nie zupełnie będziemy mieszkać z nimi. Dziewczyna odetchnęła głębiej.

— Powiedz, czym się zajmujesz? — Spytała, rozglądając się uważnie.

— Jestem lekarze, właśnie wróciłem ze studiów i chce tu otworzyć szpital.

— OH — westchnęła. Tego się nie spodziewała. Pomyślała o swoim braku wykształcenia i zaczęła się martwić jak to będzie wyglądało.

— Dlatego, szczerze mówiąc i przepraszam, że nalegam, ale jestem niesamowicie ciekawy jak się uleczyłaś? — Liv popatrzyła na niego, jej noga znowu klepnęła kilka razy w podłogę.

— Ktoś mnie kiedyś nauczył. — Powiedziała wymijająco.

— Trudno się tego nauczyć? — Spytał chłopak z fascynacją w oczach. Chwile patrzyła na te entuzjazm, ale wspomnienia jej lekcji sprawiły, że przełknęła ślinę

— To zależy — wyszeptała skupiając się na obrazach w korytarzu. Chłopak wyłapał jej niechęć i zmienił temat

— To pokoje moich braci — wskazał na korytarz, który był strasznie długi. Policzyła sześć drzwi.

— Ilu ich masz? — spytała śmiejąc się.

— Pięciu. Najstarszy Ben od kilku lat już jest poza domem, nie wiemy dokładnie, co robi i są jeszcze czworaczki — Liv otworzyła oczy i wciągnęła powietrze — Kevin, Kean, Tom i Philip. To diabły, nikt nie może nad nimi zapanować, nawet ze szkoły chcieli ich wyrzucić, ale dzięki tacie Alfie udało się tego uniknąć, — nie śmiał się przy tym co dało dziewczynie pewność, że to problem rodziny. — Żadna opiekunka nie wytrzymuje dłużej niż tydzień. Tak, że z góry przepraszam za wszystko, co zrobią. — Był bardzo poważny, więc zaśmiała się wesoło mówiąc.

— Nie martw się na pewno mnie nie wystraszą — zapewniła, po minie Shane jednak była pewna, że on uważał inaczej.

Pokazał jej cały dom był ogromny i bardzo przestronny, Podobał się dziewczynie, pomyślała ze matka Shane ma dobry gust. Wszystko było z drewna, dużo roślin, zapach żywicy dawał się wyczuć wszędzie, co sprawiało, że dom był bardziej żywy, bardziej leśny.


Poszli do ogrodu, był olbrzymi, Liv od razu znalazła miejsca, gdzie sama podczas samotnego tygodnia, kiedy czekała na właściciela zapachu zrobiła korytarze łączące norę z posiadłością.

— To co z tym szpitalem? — zapytała.

— Jeszcze nic, jak wróciłem, wyczułem ciebie i od razu ruszyłem cię poznać.

— Przepraszam za kłopot — powiedziała szczerze.

— O nie Słońce, twoja obecność to dla mnie nagroda, Czuję się bardzo szczęśliwy, że przybyłaś tutaj. — Liv się zaczerwieniła a po chwili posmutniała.

— Co się stało? — zapytał delikatnie bawiąc się jej włosami.

— Bo widzisz — zaczęła powoli a jej noga znowu zaczęła drżeć i pukać w ziemie. — Nie wiem czy ja jestem dobrą partią dla ciebie. Może powinnam odejść. Nic nie wiem o partnerstwie, nie mam wykształcenia, jestem nikim. Mógłbyś znaleźć kogoś lepszego…

— Nie chce tego słuchać — powiedział rozgniewany,

Liv spojrzała na niego był spięty. Czuła się tak dziwnie i dobrze przy nim, Była człowiekiem, była dziewczyną. Dziwiła się jak łatwo jej przychodziło być tak naturalną. Nie musiała się cały czas kontrolować. Mogła być szczera. No może nie zupełnie sobą, ale uczucia, które ją zalewały były dobre i podobało jej się to.

— JESTEŚ MOJA — wybił ją z zamyślenia — Tylko moja — powiedział to bardzo zaborczo, poczuła przyjemne mrowienie na skórze. Uśmiechnęła się.

— Skoro jesteś tego pewien i tego właśnie chcesz, nie przeszkadza ci…

— Jesteś idealna i kocham cię. — Powiedział jej prosto w oczy całując czule.

— A co z twoimi rodzicami, z twoją matką? — spytała.

— Nie sprzeciwią się partnerstwu, a mama…, Mama jest ciekawska, pewnie będzie cię wypytywać, ale nie przejmuj się, poradzimy sobie. — uśmiechnął się wesoło. — A teraz, chodź, pokaże ci coś– powiedział ciągnąc ją w kierunku, ładnego drewnianego domku tuż obok muru graniczącego z lasem. Otworzył drzwi i wpuścił ją pierwszą, weszła i rozejrzała się.

— Odłóż plecak nikt ci go nie zabierze — powiedział, podchodząc do niej,

Liv spojrzała na plecak, nigdy się z nim nie rozstawała. Miała w nim coś co przypominało kim jest. Widząc jej zmieszanie zdał sobie sprawę, że ten plecak był dla niej ważny, ale to też była jedyna rzecz, jaką miała. Liv położyła plecak pod krzesło przy oknie, a gdy się odwróciła Shane stał tuż przed nią. Nie czekał na jej ruch zaczął ja całować i dotykać, wziął na ręce i położył na łóżku, nachylił się nad nią spojrzał w oczy, uśmiechnęli się do siebie. Zbliżył się do jej szyi i zaczął ją delikatnie całować, odsuwając koszule z jej ramio.

Zamknęła oczy i chciała bardzo poczuć znowu tę przyjemność. Nagle poczuła jego ręce na swoich ramionach a jego palce przesuwały się po jej bliznach. W tym momencie zawstydziła się ich a także zdała sobie sprawę z pozostałych, na plecach i nogach i była pewna, że jeśli nadal będzie studiował jej ciało tak dokładnie to zauważy je.

— Shane poczuł w niej zmianę. Liv usiadła odsuwając się od niego i podkurczając kolana pod brodę, wstydziła się na niego spojrzeć.

— Kochanie jesteś piękna — zapewnił ją — Nie ukrywam, że przeraża mnie myśl skąd je masz, ale to w żaden sposób nie zmienia niczego.

— One nie są jedyne — powiedziała po dłuższej chwili ciszy. Widziała jak jego jabłko Adama podskakuje — widziałeś moje plecy — powiedziała.

Shane zmrużył oczy próbując sobie je przypomnieć, to było to, Teraz już wiedział co mu nie pasowało.

— Mogę się gdzieś tu wykąpać? — zapytała nie czekając na jego odpowiedz.

— Tak — powiedział wskazując drzwi na lewo, jego umysł był teraz skupiony na przypomnieniu sobie co właściwie widział. Skupił się na jej ranie, poza tym krew maskowała prawie wszystko. Gdy w końcu oprzytomniał dziewczyny nie było w pokoju a do jego uszu doszedł dźwięk prysznica. Ruszył w kierunku drzwi i wszedł, podszedł do nagiej dziewczyny, o której woda spływała kusząco. Odetchnęła wiedząc, że to i tak by nastąpiło wcześniej czy później.

— Obróć się — poprosił.

— Musze? — spytała jak dziecko proszone by zjadło szpinak.

— Proszę — spojrzała na niego, nie umiała mu odmówić, więc spełniła jego prośbę.

Gdy się obróciła, a on odsunął jej włosy, jego oczy otworzyły się szeroko, oddech uwiązł w gardle. Ponad połowa ciała była w bliznach, nie były one specjalnie widoczne dla osoby, która nie wiedziała, czego szukać, można było je zauważyć, gdy ktoś, był blisko lub gdy był lekarzem. To były blizny po uderzeniach a kilka z nich były po kulach. Wciągnął głośno powietrze, nie wiedział, czy uda mu się nad sobą panować miał, ochotę wymusić na niej wyznanie. Zanim jednak zareagował Liv odwróciła się do niego. Gdy zobaczył jej twarz słowa same wypłynęły z jego ust. Był wściekły.

— Kochanie, kto do ciebie strzelał? — Jego oczy, świeciły wilkiem a ona zadrżała na to. Pokręciła głową, nie patrząc na niego.

— Dam ci trochę czasu, ale nie zrezygnuje z poznania prawdy — powiedział władczo.

Wiedziała, że pytań będzie tylko przybywało, chciała mu to wszystko powiedzieć, o co tylko by poprosił, ale teraz dodatkowo czuła wstyd i strach przed prawdą.

— Pamiętaj będę cię kochał bez względu, co usłyszę, ale musze to usłyszeć.

Liz pokiwała smutno głową. Po chwili poczuła pocałunki na ramionach, a chłopak ściągał z siebie już i tak mokre ubranie

— A teraz kochanie zapomnij o tym i pozwól mi pokazać ci jak bardzo cię kocham.

Uśmiechnęła się na to, poddała się uczuciom, które aż kipiały w niej. Gdy dochodziła przywarła do niego mocno, gryząc go by nie krzyczeć. Wiedział o tym i pozwolił jej na to. Opadła nie przytomna, gdy i on dochodził warcząc. Wiedziała już, że sex jest jej słabością. Bez problemu mógł wszystko z niej wyciągnąć, była pewna, że zdawał sobie z tego sprawę, ale mimo wszystko nie wykorzystywał tego. Tym zyskał jej szacunek i zdobywał coraz większe zaufanie. To była jedyna dziedzina, w której był silniejszy od niej, bardziej wytrzymały, doświadczony. Ona traciła kontakt z rzeczywistością. Nigdy wcześniej nie czuła takiej rozkoszy

Shane był bardzo spostrzegawczy i szybko składał puzzle. Był pewien, że od dawna tłumiła uczucia. Wiedział, że jego partnerka była samotnym wilkiem od czternastego roku życia, blizny świadczyły, że zostały zadane jak była dzieckiem, podejrzewał, że może to był powód, dlaczego uciekła lub została porzucona myśląc ze jest nieżywa. Może nie wiedzieli, że, umie się uleczać. Następna rzecz, uleczanie, niesamowite i nieprawdopodobne, jako człowiek był tego bardzo ciekawy, jako lekarz jeszcze bardziej. Wiedział, że, zdawała sobie sprawę ze swojej siły i zdolności, jakie posiada. Rozumiał, że ucieczka i to, że jego wilk ja złapał to było tylko dlatego, że mu na to pozwoliła. Cieszył się jednak, że jemu pozwalała na tak wiele, bała się go, ulegała mu, była bardzo dziewczęca i nie kryła się z niczym. Z niczym oprócz swojej przeszłości.


Gdy siedzieli przy kolacji wszyscy byli bardzo cisi. Oprócz czworaczków, którzy nie mogli przestać się na nią patrzeć i wypytywać o wszystko. Liv zauważyła, że Shane miał racje, nikt nie umiał nad nimi zapanować, Tom był najstarszy i był ich przywódcą, miał tupet pewność siebie, Kean i Philip byli strategami a Kevin był ich mózgiem. Ignorowali wszystkich a matkę owinęli sobie wokół palca, najmłodszy Kevin jednak był bardzo cichy, mniejszy od reszty wolniejszy, była pewna, że gdyby urodzili się, jako prawdziwe wilki, zostałby zabity lub porzucony. Ona jednak znała wielu takich, spisanych na stratę. Wszyscy okazali się wspaniałymi kompanami, jednymi z najlepszych.

— Zed — zaczęła Vilia — jutro jest niedziela chłopcy mają wolne…

— Mają już wolne na gorączkę? — spytał zaskoczony

— Nie. Idą w poniedziałek i wtorek. Ale ja musze pozałatwiać wszystko przed gorączką wiesz, że niektóre szczeniaki zaczynają wcześniej, zostaniesz z nimi?

— Nie mogę, wiesz… Czym się zajmuje.

— Zed — warknęła matka

— Ja zostanę — zaoferowała Liv a cała siódemka na nią spojrzała

— Kochanie ja też musze iść do szpitala zacząć coś w końcu tam robić, chociaż zacząć. Zostałabyś z nimi sama — wytłumaczył Shane z nutką strachu i niepewności. Obawiał się, że jego bracia mogą przestraszyć dziewczynę.

— To nic, poradzę sobie — spojrzenie trojga dorosłych były jednoznaczne — Mówię poważnie, dam sobie rade. A gdyby, co to wiem, gdzie was szukać. Matka spojrzała na ojca, potem na syna.

— Jesteś tego pewna? — spytał się jeszcze raz

— Na sto procent, prawda chłopaki, że damy sobie rade.

— Jestem o tym przekonany — odezwał się Tom a Shane wiedział, co znaczy jego spojrzenie. Nie czuł się jednak zazdrosny.

Po kolacji podziękowała za posiłek i wrócili do domku przy basenie. Kochali się kilka razy, Liv nie mogła się nacieszyć tym uczuciem rozkoszy, spełnienia. Powiedziała sobie jednak, że jutro poświęci więcej czasu dla Shane, nauczy się jak jemu sprawić przyjemność.

Gdy rano mężczyzna się obudził Liv nie było przy nim. Wyskoczył z łóżka i pobiegł do domu sprawdził kuchnie. Jednak tam też jej nie było. Stanął pośrodku ogrodu i nagle zobaczył. Jak jego partnerka przeskakuje przez trzy metrowy mur i ląduje na nogach jakby skoczyła ze schodka.

— Liv! — krzyknął. Dziewczyna zesztywniała i spojrzała na niego z lekkim lękiem. — Przestraszyłem się — powiedział podchodząc do niej, — że mnie zostawiłaś — pocałował ją i spojrzał szybko na mur. Był pewien, że by się połamał, gdyby tak skoczył.

— Nie mogłam spać. Za długo mieszkałam w lesie — wyjaśniła

— Popracujemy nad tym — zaproponował — a teraz, choć na śniadanie.

— Już jadłam — powiedziała z winą na twarzy, — ale z chęcią potowarzyszę ci i napiłabym się kawy, od lat już jej nie piłam — uśmiechnęła się.

— No to, choć — powiedział objął ją ramieniem i poprowadził do kuchni. Obrócił się jeszcze raz patrząc na mur.

Gdy weszli do kuchni Vilia już tam była. Liv poczuła się trochę niezręcznie i bała się pytań, ale Shane nie pozwolił jej się wycofać. Więc przywitała się z nią, matka wyglądała na wesołą, co trochę rozluźniło Liv. Usiadła na taborecie, Shane nalał jej kawę i postawił kubek przed nią. Uśmiechnęła się i wciągnęła aromat. Matka wzięła gazetę i usiadła obok Liv, gdy dziewczyna myślała, że jest przyjemnie matka zapytała

— To powiedz coś o sobie dziecinko. — Liv zakrztusiła się kawą a Shane upuścił jajka

— Mamo! — Wrzasnął

— No, co? — spytała matka — chce tylko wiedzieć skąd jest, kim są jej rodzice, co tu robi, czy zostanie a może.

— No tylko — warknął Shane, wywracając oczyma. To jednak dało chwile Liv, aby się ogarnąć.

— Nie ma specjalnie, co opowiadać — powiedziała — przyszłam tu wiedziona instynktem i znalazłam pani syna. — Matka szybko zignorowała syna i odwróciła się do dziewczyny

— Tak, tak to już wiemy, ale no na przykład skąd jesteś…

— Mamo, proszę Liv nie chce o tym mówić. — Zareagował chłopak

— Dlaczego? — spytała — Możemy pomóc, jeśli coś nie tak. Mamy Alfę w rodzinie no i — zwróciła się do Liv — sędzię okręgowego w jednej osobie. Widać było, że była z tego bardzo dumna jednak dziewczynę przeszedł zimny dreszcz po karku

— Twój ojciec jest sędzia, nic nie mówiłeś — głos jej drżał, minimalnie, ale partner to wyczuł.

— Czy to jakiś problem? — spytała Vilia

— Nie, dlaczego — zaczęła ze słodkim uśmiechem i stoickim spokojem Liv — Tylko takie stanowisko wymaga odpowiedniego zachowania się, także rodziny. Powinien mi powiedzieć bym nie ośmieszyła lub nie przyniosła wstydu rodzinie, która tak ciepło mnie przyjęła.

Matka wyprostowała się z dumą i radością.

— Widzisz, ona to rozumie — warknęła matka na syna. Zapominając o pytaniach. Shane wiedział, że to był sprytny manewr z jej strony, coraz bardziej go ciekawiła, poszedł wiec za jej przykładem i spytał

— A właściwie, gdzie jest tata?

— A gdzie może być, już w biurze. Zajmuje się TĄ sprawą, ZNOWU — matka straciła cały spokój jej ciało się trzęsło a nozdrza drgały. Liv ten widok rozbawił, ale nie chciała się niczym zdradzić, bo Vilia właśnie spojrzała na nią.

— Od dwóch lat nie mówi o niczym innym tylko tym przeklętym Dawidzie Pier.

Dziewczyna podniosła brwi i bardzo intensywnie skupiła się na swoim kubku z kawą. Matka jeszcze chwile fukała na Piera, na urząd, na ojca aż w końcu zaczęła czytać gazetę.

Niebawem czterech chłopców wpadło do kuchni przepychając się i kłócąc, Liv cieszyła się tym hałasem. Zjedli śniadanie pożegnali się z mamą i z bratem i po niecałych piętnastu minutach cała piątka siedział patrząc na siebie nawzajem.

W końcu Liv zmrużyła oczy i spytała

— Chłopaki powiecie mi coś o tej gorączce? — Bracia spojrzeli na siebie ze zdziwieniem

— To ty nie jesteś zmienną? — spytał Tom

— Jestem — zaśmiała się. Tom spojrzał na nią zbity z tropu, ale zaczął

— Gdy kończymy Iles tam lat… — Machnął ręką

— Trzynaście, czternaście — wszedł mu w słowo Kevin

— To wtedy — kontynuował Tom piorunując brata wzrokiem — czujemy potrzebę, kontaktu z płcią przeciwną. Mama mówiła, że to jest ponad ludzką wytrzymałość. Ale podobno dużo zleży od wilka i jak bardzo jest się z nim zjednoczonym. Wolne wilki przeważnie umawiają się z kimś lub niestety polują

Liv zmarszczyła brwi z braku zrozumienia

— To znaczy, że biorą co dorwą — zaśmiał się Tom i Kean a Philip i Kevin udali, że patrzą w okno.

— To brzmi poważnie — powiedziała dziewczyna.

— Ty nie czujesz gorączki? — spytał Kevin nagle

— Nie — powiedziała — czuję lekki dyskomfort, ale nie jest to coś co mnie wyłącza z życia

— Jak to robisz? — spytał Tom

— Nie wiem — odpowiedział wzruszając ramionami — po prostu. Nigdy nawet nie wiedziałam, że gorączka istnieje.

Nie była to zupełnie prawda. Kiedyś czuła gorączkę, chociaż wtedy nie wiedziała jak to uczucie się nazywa. Jednak nauczyła się wyprzeć ten dyskomfort.

— No to będziesz miała przesrane — wyrwał ją z zamyślenia Tom. Kean walnął go łokciem w żebra.

— Dlaczego? — spytała. Chłopcy spojrzeli na siebie a po chwili Philip się wysunął

— Z tego, co słyszeliśmy to Shane jest bardzo, bardzo… — nie umiał dokończyć.

— W potrzebie w tym czasie — pomógł mu Tom.

Liv zaczerwieniła się. Wzięła ostrzeżenie braci na poważnie. Nawet się trochę wystraszyła wiedząc, że nie do końca radzi sobie z nawałem uczuć.

— No dobra — zaczęła Liv — A co wy porabiacie jak starsi… szaleją? — Mówiąc to wyłupiła oczy i zaakcentowała przerażająco ostatnie słowo. Chłopcy spojrzeli na siebie potem znowu na nią szczerząc się.

— My się ukrywamy — wyjaśnił spokojnie Kevin — Dla szczeniaków a zwłaszcza tych, którzy są blisko wieku do dostania gorączki to niebezpieczny okres. Tak jak my dziesięciolatki jeszcze nie są uważane za zagrożenie. Jedyne, co to możemy dostać kuksańca. Mama mówi, że niebezpiecznie też jest dla nowo sparowanych, jak wy — powiedział patrząc znacząco — inne chłopaki mogą próbować cię… złapać, a Shane może być wtedy BARDZO zazdrosny i dominujący.

— Co znaczy dominujący? — spytał nagle Tom

— Za chwile Tom — poprosił Kevin

— Chce wiedzieć, TERAZ — warknął na brata

— Dominujący — zaczęła delikatnie i spokojnie Liv — to, to, co robisz teraz bratu wymuszasz na nim zachowanie, które tobie odpowiada.

— Aha — powiedział — To ja jestem dominujący? — Wyprostował się dumnie na to.

— Wiesz, że to nie zawsze jest atut — pokręcił głową Kevin

— Co znaczy atut? — zapytał znowu Tom

— Matko kochana… — załamał się Kevin a Liv uśmiechnęła

— Masz powiedzieć jestem dominujący — obruszył się Tom a Philip i Kean roześmiali w głos.

— Chłopcy schodzimy z tematu — poprosiła Liv

— A czemu ty tego wszystkiego nie wiesz? — spytał Kevin.

Popatrzyła na ich podobne twarze, patrzyli na nią z ufnością nie było w nich osądu, złości, niechęci, tylko czysta ciekawość. Rozejrzała się po kuchni i za okno dzień był piękny, niebo niebieskie, lekki wiatr niosący ze sobą zapach lasu. Spojrzała znowu na każdego osobno zmrużyła oczy i spytała konspiracyjnie.

— A mogę wam zaufać? Umiecie dotrzymać tajemnicy? — Pytając świdrowała ich spojrzeniem, szukając kłamstwa lub jakiejkolwiek myśli o zdradzie.

— Pewnie! — krzyknęli równo a Tom dodał — To będzie coś, czego nawet Shane nie wie?

— Tak — potwierdziła — no na pewno kiedyś mu powiem, ale nie teraz.

— SUPER — ucieszył się Toma a Liv spojrzała na niego z lekkim uśmiechem. Chłopak spoważniał.

— Widzicie — zaczęła — Mieszkałam z rodzicami do dziesiątego roku życia, ale później mój ojciec wysłał mnie do… wojska — chłopcy patrzyli na nią z szeroko otwartymi oczami, — Nie byłam tam jednak długo, bo … uciekłam — zaczerwieniła się jakby ze wstydu, chłopcy spoważnieli.

— Tak — zaczął Tom bardzo dorośle — wojsko to nie miejsce dla dziewczyn, mogą nie dać rady.

Liv zaśmiała się w środku, ale na zewnątrz nadal była zagubiona i z oznakami wstydu

— Wiec zostałam samotnym wilkiem. — Skończyła

— WOW, naprawdę, zupełnie sama? — spytał Kevin a potem przymknął oczy i spytał — I to było łatwiejsze niż pozostanie w wojsku? — Liv nie była przygotowana na takie pytanie, Kevin może i był najsłabszy i mniejszy, ale jego umysł przewyższał każdego z braci.

— Więc, no dla mnie tak — powiedziała znowu spoglądając na zewnątrz.

— Bałaś się? — spytał Tom a bracia wbili w niego wzrok. Tom nigdy nie mówił o strachu czy swoim, czy kogoś. — No co, jestem ciekaw? — warknął.

— Bardzo się bałam. Byłam przerażona, ale nie mogłam wrócić. — kiwała głową na boki jakby sobie sama tłumaczyła

— A co z twoimi rodzicami? — spytał Kevin

— Nie żyli, nie mam nikogo — powiedziała delikatnie i uśmiechnęła się smutno. Kevin podskoczył i objął ją

— Teraz masz nas — Liv zachłysnęła się chwilą a dwa małe diamenciki spadły z jej policzka. Tom wyglądał jakby był zły, że sam tego nie powiedział, ale po chwili po prostu ją przytulił nic nie mówiąc. Reszta braci się przyłączyła. Liv ścisnęła ich mocno i popłakała się zupełnie nie mogąc zapanować nad sobą. Wytarła oczy śmiejąc się głośno

— Co chcecie dziś robić? — spytała

— Bawić! — Krzyczeli i skakali po kuchni.

— Może basen? — spytała

— Tak — cała piątka wypadła na ogród. Trójka braci od razu ściągnęła spodnie i wskoczyła do wody. Liv wciągnęła powietrze i zaczęła lekkie rozciąganie. Zobaczyła, że Kevin usiadł na leżaku i tylko patrzy na braci.

— Nie lubisz pływać? — zapytała podchodząc do niego wyginając swoje ciało w dziwny sposób.

Kevin pokręcił tylko głową patrząc z niepewnością na wodę

— On… — zaczął Tom, ale Liv uciszyła go ręką nawet na niego nie patrząc i powiedziała.

— Tom, czemu mi nie pokażesz jak szybko umiesz przepłynąć basen tam i z powrotem.

Tom ucieszył się na wyzwanie i możliwość popisania się. Kean i Philip stanęli na skraju basenu dopingując brata a Liv spytała ciszej na Kevina

— Boisz się wody, czy tylko własnej słabości? — Kevin spojrzał na nią z oburzeniem.

— Nie boje się wody, przecież się kąpie… w wannie — i dodał ciszej, — ale woda w basenie nie chce mnie utrzymać na wierzchu — spuścił głowę.

— To może cię nauczę jak nad nią panować? — Zaproponowała wesoło.

— Wiele osób już próbowało, ale powiedzieli, że to niemożliwe, w końcu daliśmy spokój.

— Oni czy ty? — spytała patrząc na Toma

— A co to za różnica? — zapytał wzruszając ramionami, uśmiechnął się smutno

— Olbrzymia! — wrzasnęła — ja mam czas i dużo cierpliwości, co ty na to, aby spróbować?

— Naprawdę chciałoby ci się spróbować? — spytał i usłyszała nadzieje w głosie

— No pewnie — powiedziała z taka siła i radością, że udzieliło się i Kevinowi. Podeszła do basenu, gdzie właśnie Tom podpływał.

— Tom nieźle, naprawdę całkiem dobrze. Ale tracisz dużo czasu na łapaniu oddechu, co chwile. Popatrz. — Powiedziała i wskoczyła do wody w niecałe siedem sekund przepłynęła całą długość basenu, zrobiła fikołka pod wodą i w niecałe pięć sekund była powrotem. Wyskoczyła z wody jak foka usiadła na brzegu basenu. Jej oddech był równy i spokojny

— Coś w tym stylu? — powiedziała

— Ale!! — wrzasnął Philip — Co jeszcze umiesz?

— Mnóstwo rzeczy, chcecie się nauczyć?

— TAAAAAA

— Ale chłopaki, jeśli tak to wymagam posłuszeństwa nie tylko na treningach, wymagania będą spore. — usłyszała westchnienia na swoje słowa — a jeszcze więcej zabawy. — dodała, na co spojrzenia chłopców rozweseliły się.

— Tom, Kean i Phil ćwiczycie sami ja zajmę się Kevinem. — Rzuciła im piłki i wytłumaczyła czego od nich oczekuje, chłopcy nigdy nie ćwiczyli podczas zabawy co przyjęli ochoczo. Liv wróciła do Kevina, usiedli na brzegu basenu

— Potrafisz zanurzyć nogi w wodzie? — spytała

— Przecież tu jest woda do kolan, mniej niż w wannie czasami. Pewnie, że umiem

— To wspaniale — uśmiechnęła się z entuzjazmem, a Kevin nawet zdziwił się ze nie obraził się na jej zachowanie, ale właśnie poczuł, że chce, aby została w takim nastroju i wskoczył odważnie do wody, która sięgała mu kolan. Zaczęli chodzić po wodzie a Liv spytała

— Powiedz mi, czym się interesujesz?

— Lubię czytać, rozwiązywać krzyżówki, zagadki. Lubię biegać, chociaż nie jestem taki szybki jak oni — wskazał głową na braci — a czasami lubię po prostu poleżeć i popatrzeć w niebo czy to dzień czy noc.

— Tak ja też to lubię — powiedziała, łapiąc go za rękę — Powiedz mi, w czym jesteś dobry, lepszy od braci na przykład? — spytała

— O nie, we wszystkim jestem gorszy od nich. Oni są szybsi, lepsi. Ja tylko czytam i uczę się lepiej.

— Kto ci powiedział ze jesteś gorszy? — Zezłościła się

— Wszyscy — poruszył ramionami

— NIGDY — wycedziła — przenigdy nie pozwól komukolwiek powiedzieć, machaj nogami, wmówić ci, że jesteś w czymś gorszy.

— Ale tak jest — powiedział i wypluł wodę.

— Hej — krzyknęła za złością, ale po chwili złagodniała — To, że nie robisz wszystkiego tak samo jak inni nie znaczy, machaj rękoma, że jesteś w jakiś sposób gorszy. Nie jesteśmy tacy sami. Każdy ma inne zdolności. Mocniej nogami. Twoi bracia też wszystkiego nie robią tak samo szybko i dobrze. Prawda? Głowa do góry

— No tak, ale są ode mnie szybsi i silniejsi — nie poddawał się

— No dobra a bawicie się czasami w chowanego? — spytała

— Tak to moja ulubiona zabawa, nigdy mnie nie mogą znaleźć

— Widzisz — ucieszyła się

— Ale to dziecięca zabawa.

— Kevin zabawa w chowanego to bardzo ważna zabawa. W wojsku często tak ćwiczyliśmy, jeśli ktoś został znaleziony, nie dostawał kolacji. Jak się chowasz przed wrogiem to chyba nie chciałbyś zostać znalezionym?

— No nie — przyznał, zastanawiając się nad jej słowami — masz racje w takim przypadku to ja bym przeżył, ja bym dostał kolacje oni nie

— Właśnie — ucieszyła się, że zrozumiał

— Będzie trzeba z nimi poćwiczyć, bo naprawdę są kiepscy — powiedział cicho a dziewczyna się roześmiała.

— Mówiłeś o nauce, nogi mocniej.

— No tak, ale to, dlatego że im się nie chce — prychnął.

— Nie ważne, z jakich pobudek. Liczy się efekt. Tobie się chce, zależy ci i to sprawia ze jesteś w tym dobry. Ponadto ćwiczenia, systematyczność sprawiają, że stajemy się w czymś lepsi.

Nagle spojrzała w bok a Kevin za nią.

— A wy co, mięliście ćwiczyć? — spytała trzech chłopców stojących jak posągi na skraju basenu.

— Ale… Ale — jąkał się Tom — on pływa — dokończył Philip, wskazując na Kevina. Kevin nagle zdał sobie sprawę, że jest na głębokiej wodzi i płynie a Liv płynie obok niego.

— Teraz spokojnie — powiedziała do chłopca — będziesz się śmiał, jak wyjdziesz z wody. Nogi ręce, powoli, oddychaj… Dobrze.

Gdy wyszli na brzeg Kevin obejrzał się. Przepłynął całą długość basenu, może nie szybko, ale zrobił to.

— Liv udało mi się przepłynąłem, naprawdę to zrobiłem!! — krzyknął — Dziękuję — powiedział tak szczerze, że dziewczyna prawie się rozpłakała. Zdziwiła się jak bardzo łatwo jej przychodziło się wzruszać w tej rodzinie.

— Bardzo proszę, teraz tylko zostają ćwiczenia — powiedziała tuląc go do siebie.

— Na pewno będę. — Powiedział i wszedł spowrotem z braćmi do basenu i ruszyli wszyscy czterej, w tempie Kevina. Liv usiadła i patrzyła na wesołe dzieciaki.

Po pewnym czasie wyszli z basenu i usiedli obok dziewczyny bracia gratulowali Kevinowi a Liv podobało się jak są ze sobą zżyci.

— Może macie ochotę pójść do lasu? — spytała. Chłopcy zgodzili się wesoło i w niecałe dziesięć minut byli wszyscy gotowi. Ruszyli razem a po drodze Liv spytała

— Zmieniacie się czasami w wilki, jedliście upolowane mięso

— Bardzo rzadko. Nie możemy robić tego sami a rodzice nie mają za dużo czasu. Tata zabrał nas kilka miesięcy temu w góry. Było super

— No złapałem królika — pochwalił się Philip

— To wspaniale — powiedziała do chłopca okazując mu tyle zainteresowania, ile widziała, że potrzebuje. Każdego dopingowała w momencie potrzeby i każdemu chciała dać tą chwile triumfu.

— To może chcecie zapolować teraz ze mną i zjemy sobie coś — patrzyła na nich z ciekawością

— Pewnie — odezwał się chór.

Liv zaprowadziła ich wpierw do swojej nory, pokazując w tajemnicy jak ją powiększyła. Tam się zmienili i zostawili ubrania. Przed wyjściem przypomniała o swoich zasadach, na co jednogłośnie się zgodzili i ruszyli. Dziewczyna pokazała im kilka sztuczek i technik. Szybko się uczyli. Zajęła się każdym z osobna i po trzech godzinach, każdy upolował królika i przepiórkę. Chłopcy byli z siebie dumni, tryskali energia i pewnością siebie. Każdy zjadł swojego królika a przepiórki zostawili do domu. Droga powrotna była pełna opowieści i analiz jeszcze raz tego, co przeżyli tego dnia.

Gdy wrócili Vilia już była w domu, gdy ich zobaczyła skoczyła do dziewczyny oglądając ją dokładnie

— Kochanie, myślałam, że coś się stało. — wyksztusiła w końcu

— Przepraszam powinnam zostawić kartkę, że ich zabieram

— Nie, nie skarbie bałam się o ciebie. Martwiłam się, że cię zabili i właśnie chowają zwłoki — Liv zaśmiała się, ale zobaczyła poważny wyraz matki i popatrzyła zdziwiona na chłopców oni tylko uśmiechnęli się i wzruszyli ramionami.

— Mamo, mamo — krzyczał Kevin — choć coś ci pokaże — ciągnął ją. Matka poszła za nim — Patrz.

Powiedział i z rozbiegu wskoczył do głębokiej wody

— Boże — wrzasnęła matka w panice — Tom

— Mama relax — powiedział spokojnie najstarszy zakładając ręce na piersi.

Matka wpatrywała się w wodę, gryząc kciuk, po chwili Kevin wynurzył się i zaczął beztrosko pływać. Vilia zamarła przez chwile była zupełnie osłupiała potem jej oczy pomału przesunęły się na Liv, która klaskała i się śmiała. Reszta chłopców skoczyła do brata

— Widzisz mamo, widzisz mnie –krzyczał Kevin

— Cudownie skarbie, wspaniale — powiedziała dusząc się łzami matka — Nikt tego nie dokonał — powiedziała po chwili do dziewczyny — Dziękuje córeczko

— To nic takiego — powiedziała Liv starając się udawać, że nie widzi wzruszenia matki, wpatrywała się w chłopców — Tak sobie rozmawialiśmy i samo wyszło. Kevin ma niezwykły potencjał.

Po chwili, gdy matka nadal próbowała się uspokoić, Tom krzyknął

— Byliśmy też na polowaniu i każdy z nas złapał królika i przepiórkę, mówię ci było odlotowo.

Kobieta patrzyła na swoich synów tak szczęśliwych dumnych, biła od nich siła, której wcześniej nie czuła.

— Przepiórki są na jutro na obiad. Mam nadzieje, że nie porządziłam się za bardzo? — spytała niepewnie Liv, ale twarz Vili promieniała choć nic nie mówiła.

— O matko, co tu się dzieje — usłyszeli za plecami głos Zeda

— Tato patrz na mnie! — krzyknął Kevin. Ojciec zastygł a potem wrzasnął tak głośno, że matka zasłoniła uszy

— Rządzisz chłopie — i wskoczył do basenu w garniturze, woda się rozchlapała i obie kobiety były mokre od stóp do głów

— Chłopcy czas do domu — powiedziała matka wycierając się

— Musimy? — spytał Tom ze swoim łobuzerskim uśmieszkiem, ale po chwili jego wzrok napotkał wzrok Liv i w sekundę później cała czwórka płynęła do schodków.

— Jak to zrobiłaś? — spytała Liv, ta się tylko uśmiechnęła, a po chwili poczuła ręce, których dotyk poznałaby zawsze

— Witaj Słońce– pocałował ją — widzę, że dokonałaś niemożliwego — dodał patrząc na Kevina, który właśnie wychodził z basenu dumny jak nigdy.

— Nie było to takie trudne, twój brat jest bardzo sprytny

— Jestem pewien, że dla ciebie była to kaszka z mleczkiem. Co jeszcze porabialiście? — spytał tuląc ja i wdychając jej zapach.

— Byliśmy na polowaniu i bawiliśmy się

— Bardzo zmęczona? — spytał z lekkim czymś

— Nie bardziej niż normalnie — odpowiedziała wieszając się mu na szyje.

— twoja partnerka będzie wspaniałą matka — powiedziała Vilia zostawiając ich samych.

— Jestem tego pewien — powiedział już tylko do Liv, gładząc ją po brzuchu. Liv zesztywniała, wyprostowała się i odsunęła go od siebie. Ruszyła do domu

Nie tykalna

Był sobie kiedyś chłopiec miał na imię Spiro, — co znaczy natchnienie.

Zawsze był mniejszy od innych. Przez długi czas był też najsłabszy. Jego ojciec nie wstydził się takiego syna, lecz martwił się o niego. Matka była za bardzo opiekuńcza, co tylko pogarszało sprawę. Spiro był bardzo inteligentny, sprytny, spostrzegawczy i niezłomny w tym, co miał zamiar osiągnąć. Gdy skończył osiem lat, rozumiał już, co się dzieje, rozumiał ojca i za wszelką cenę chciał się stać godnym i okazać mu należny szacunek.

Ojciec był wspaniałym wojownikiem, odważnym i zawsze zwyciężał wszystkie walki. Spiro był dumny z takiego ojca i chciałby ojciec też mógł być dumny z niego. Poprosił, więc, by ten go wysłał do wojska, by się mógł wyćwiczyć, duma rozpierała rodziciela, ale nie był pewien czy powinien. Szybko jednak dał się przekonać, widział, jak synowi zależy na tym. Matka błagała obu, aby zmienili zdanie. Jednak Spiro nie miał najmniejszej ochoty jej słuchać. Podjął już decyzje.

Spiro i ojciec wyruszyli z samego rana i popołudniu dotarli do obozu, gdzie zjeżdżało się wielu młodzików takich jak on by ćwiczyć różne style walki. By ćwiczyć ciało i umysł. Było tak jak ojciec myślał Spiro okazał się najmniejszy ze wszystkich. Zapytał więc syna jeszcze raz, ale ten trzymał się swojego planu. Ojciec, więc wyjechał, zostawiając malca, pełen obaw i po drodze do domu nawet dwa razy był bliski wrócenia do obozu i zabrania pierworodnego. Zebrał jednak siły i pozwolił, aby los szedł własnym rytmem.

Mijał jeden miesiąc, drugi i następny. Spiro uczył się jego umysł notował wszystko przyglądał się każdemu z chłopaków. Niektórzy byli nawet trzy razy więksi od niego nie mógł uwierzyć, że byli w podobnym wieku. Obserwował techniki walki i sposoby poruszania się tych najlepszych z najlepszych. Nigdy jednak nie został przyjęty przez resztę grupy, nikt nie chciał się z nim kolegować ani z nim nawet rozmawiać, był wyśmiewany i popychany. Wyglądało jednak jakby nic sobie z tego nie robił. Jakby to nie miało dla niego żadnego znaczenia. Skupił się na nauce na kształceniu umysłu i ciała i chociaż jego mięsnie nigdy nie rozrosły się do rozmiarów innych, nadrabiał to umysłem i szybkością. Po pół roku zdecydował się, że jest już gotowy. Zaczął wyzywać do walki pozostałych chłopców, ale tylko tych największych i najsilniejszych. Skończyło się tylko śmiechem. Nikt go oczywiście nie brał na poważnie. Spiro się jednak nie poddawał i po miesiącu codziennego wyzywania po śniadaniu znowu podszedł do najsilniejszego spośród nich wszystkich.

— Wyzywam cię — krzyknął Spiro, aby mieć pewność, że wszyscy go usłyszą. Coraz mniej osób już reagowało lub śmiało się z tego, ale wszyscy czekali, kiedy, Sakit, bo tak miał na imię najsilniejszy z chłopców, w końcu nie wytrzyma i spierze natręta,

— Chyba już wystarczy smarkaczu — powiedział Sakit nawet nie patrząc na Spiro, chłopiec się jednak nie poddawał -Jesteś mały musisz jeszcze potrenować, aby stanąć ze mną do walki — powiedział z uśmiechem.

— Nie boje się ciebie — krzyknął dziarsko Spiro.

— Jeśli się mnie nie boisz to znaczy, że jesteś głupi — warknął Sakit nie odrywając się od miski owsianki. Spiro spojrzał na niego podchodząc bliżej i powiedział ze zniewalającym uśmiechem na twarzy.

— Nie jestem głupi. To, że, jestem mniejszy nie oznacza, że jestem gorszy od ciebie. poza tym — zaczął powoli rozglądając się, ile osób zwróciło już na nich uwagę — ty jesteś duży i masz siłę, ale to wcale nie znaczy, że jesteś mądry.

Spiro patrzył spokojnie jak Sakit zaczyna się czerwienić ze złości. Olbrzym podniósł się był nawet cztery razy większy od Spira, gdy napiął mięsnie i rzucił się na chłopca. Spiro przybrał postawę i skupił się na ruchach przeciwnika. W ciągu ułamka sekundy zauważył, że przez złość jego ruchy nie są synchronizowane, tylko tempo leci na niego, zauważył ze wcale nie panuje nad rękoma tak jak podczas ćwiczeń, że nie używa żadnej techniki, nie myśli, tylko liczy na swoją sile. Miał odkrytą prawą stronę, wcale nie chroniąc twarzy. Spiro poczekał aż będzie wystarczająco blisko podskoczył i uderzył Sakite w nos a potem odbijając się od jego odkrytego torsu odbił się robiąc salto w powietrzu i powtórzył cios powalając chłopaka. Najlepszy wojownik padł na ziemie, nieruchomo. Nikt nawet słowem się nie odezwał się wyglądał jakby wcale nie byli otoczeni przez ponad setkę ludzi.

Spiro nie rozejrzał się po prostu odszedł. Udowodnił to, co miał udowodnić. Że wygląd wcale nie znaczy o człowieku. Znaczy o nim jego umysł, spryt wiedza i wiara we własne siły i możliwości. Spiro nigdy więcej nie musiał już nic udowadniać. Wrócił do domu dumny i szczęśliwy. Jego ojciec płakał razem z matką witając go. Stał się jeszcze lepszym wojownikiem niż jego rodziciel. Był szanowany przez wszystkich, gdyż jego wyczyny stały się znane wszędzie tam, gdzie ludzie mogli dojść.


Liv zamilkła i czekała na reakcje chłopców, którzy byli wpatrzeni w nią jak w obrazek.

— Wow najlepsza opowieść, jaką słyszałem — powiedział Kevin

— Cieszę się ze ci się podobało — powiedziała z uśmiechem — a teraz spać chłopaki. Bracia rozpierzchli się do swoich pokoi.

— Liv? — zapytał Kevin — Czy ty myślisz, że ja też mógłbym być jak Spiro — jego oczy świeciły nadzieją. Liv uklękła przed nim

— Bym rzekła, że już nim jesteś — dotknęła chłopca policzek — a ja pomogę ci w to uwierzyć.

Chłopiec uśmiechnął się z szeroko otwartymi oczami i przytulił się do niej.

— Dobranoc — powiedziała i wyszła z pokoju. Na korytarzu stał Shane oparty o ścianę. Liv zaczerwieniła się na widok jego oczu, które były pełne żądzy i miłości. Złapał ja za rękę i pobiegli do swego domku, gdy drzwi się zamknęły oparł ją o nie i dotknął palcami jej policzka

— Nie zapominaj, że jesteś moja — warknął a jego noga wtargnęła między jej nogi. Ugryzł ją lekko w szyje, gdy drżąco odpowiedziała

— Nie zapomniałam

— To dobrze — powiedział i wbił się w jej usta. Podniósł ją sadzając sobie w pasie położył na łóżku.

— Kocham cię — powiedział, gdy jej świat został zalany tysiącem kolorów, pocałowała go, ale nie tego oczekiwał.

— Powiedź mi to — Liv spojrzała na niego oddychając ciężko — proszę — wyszeptał dając jej jeszcze więcej przyjemności. Liv spojrzała w jego oczy. Czy mogła sobie na to pozwolić? To nie było to, że go nie kochała, och kochała go bardziej niż kogokolwiek kiedykolwiek, ale nie była pewna czy potrafiłaby przyznać się do tego na głos. Jego mina jednak tak słodka, delikatna i te oczy, w których widziała siebie taką jak on ją widział, nie mogła być egoistką nie mogła sprawić mu bólu

— Kocham cię — wyszeptała ledwo słyszalnie i jemu to wystarczyło. Chwile później już nic nie było ważne nic się nie liczyło tylko to, że ona go chce a on sprawi ze jej reszta życia będzie wolna od bólu, strachu i samotności.

Rano Shane obudził się znowu sam. Nie spanikował jednak. Oparł się o ścianę i czekał. Po chwili w oknie pojawiła się dziewczyna. Wyglądała jak drapieżnik, ale gdy jej wzrok napotkał Shane, jej rysy złagodniały

— Witaj Słońce, znowu ode mnie uciekłaś — stwierdził

— Nie od ciebie — wyjaśniła szybko

— Chodź do mnie — poprosił wyciągając rękę. Podeszła do niego i usiadła obok. Dotknął jej policzka a ona się wtuliła w jego olbrzymią dłoń

— Kocham cię — spojrzała na niego ze strachem — przepraszam ze wczoraj zmusiłem cię do powiedzenia tego. Poczekam, ale jestem tylko człowiekiem. — Wybacz mi — Liv odetchnęła i uśmiechnęła się a po chwili leżała pod nim całował ja namiętnie i delikatnie a jego ręce zwiedzały jej ciało. Wyczuł, że jej żebra mają dziwny kształt i udając, że wcale nie zbadał jej układu kości. Odkrył ze jej żebra były połamane i to nie raz, wtulił się w przestrzeń między szyja o głową by nie zobaczyła jak bardzo był wściekły zły i zrozpaczony. Poczekał aż się uspokoi potem znowu ja pocałował. Ubrali się i ruszyli na śniadanie.

— Dziś ty siedzisz ja gotuję — powiedziała. Shane zaskoczyło to, ale zaciekawił się co jeszcze potrafi. Puścił do nie ok. i usiadł przy blacie obserwując ruchy dziewczyny.

— Jakbyś potrzebowała pomocy to mów — zaoferował, ale wyglądało, że było to zbędne. Poruszała się po kuchni jakby codziennie rano tu gotowała. Chłopak uśmiechnął się znowu oparł łokcie na blacie, położył brodę na dłoniach i nie odrywał wzroku od swojej partnerki.

Liv usmażyła kiełbaski, naleśniki, jajka zrobiła tosty i zapach boczku po chwili ściągnął całą rodzinę do kuchni. Kawa była zaparzona sok stał już na stole.

— Co to za boski zapach? — pierwszy Zed wpadł oblizując się, gdy zobaczył co się dziej usiadł obok syna i powiedział — Chłopie, ale ci się trafiła dziewczyna.

Shane był zachwycony swoją partnerką. Od samego początku dokładnie ją obserwował. Zauważył kilka zachowań, które zdradzały, co zaraz może nastąpić. Wiedział już, że jak się denerwuje przygryza wargę, chwile przed tym jak coś chce wyznać tupie stopą. A gdy się boi zaczyna szukać planów ucieczki. Pamiętał jak wczoraj, co prawda nieco wymuszone, ale powiedziała, że go kocha. Za ten moment oddałby własne życie. Nigdy więcej na niej tego nie wymusi, poczeka nawet całe życie. Teraz jednak obawiał się gorączki bardziej niż normalnie. Wiedział, że jest wtedy natarczywy nawet brutalny. Już niejedna dziewczyna mu to powiedziała. Znając Liv i wiedząc jak niedoświadczona jest ponadto mówiła ze gorączka na nią nie działa, bał się swojej i jej reakcji. Jeśli ucieknie jego wilk pobiegnie za nią. Nie chciałby, aby powtórzyło się coś takiego jak na początku. Pomyślał z ulgą o jej umiejętności uleczania się, ale nie chciał, aby musiała to robić, ponieważ on nie panuje nad sobą.

Po śniadaniu. Po drodze do pracy, Vilia zawiozła chłopców do szkoły a Liv powiedziała, że ich odbierze. Została, więc sam na sam ze swoim partnerem, wyszli na taras.

— Słońce musimy porozmawiać — zaczął a Liv szybko ogarnęła teren przygryzając wargę

— Nie bój się — powiedział a Liv spojrzała na niego zaskoczona — chce porozmawiać o gorączce. Trochę się jej obawiam — Liv przypomniała sobie, co mówili chłopcy — Widzisz, jeśli ty jej nie czujesz lub co bardziej w twoim przypadku prawdopodobne umiesz nad sobą panować. Możesz się mnie przestraszyć. Nie chce byś się mnie bała, nie chce cię znowu skrzywdzić. — Przejechał ręką po jej karku — więc, pomyślałem, że może, jak będę za ostry, lub po prostu cię przestraszę to ucieknij i nie daj mi się złapać — uśmiechnął się jednoznacznie.

— A co będzie z tobą, dasz sobie rade? — Spytała.

— O pewnie — skłamał wesoło. Liv jednak zauważyła tik jego brwi.

— Kochasz mnie? — Spytała nagle. Uśmiechnął się i powiedział z czymś w głosie

— Całym serce — Liv spojrzała na brew nie drgnęła

— I jak podczas gorączki partnerka zostawi swego partnera samemu sobie, ucieknie przed nim on sobie poradzi? — Przyjrzała mu się. Brew chłopaka wystartowała.

— Bezsprzecznie — powiedział. Liv pokiwała głową jakby się z nim zgadzała, uśmiechnęła się

— , Czemu kłamiesz? — spytała szorstko.

— co? — Shane był zupełnie zdezorientowany

— Wiesz, że nie wiem nic o tych sprawach, ale to nie znaczy, że jestem głupia — powiedziała ostro

— Przepraszam słońce– powiedział skruszony — wcale tego nie chciałem. I wcale nie myślę o tobie tak. Jesteś o wiele lepsza od wszystkich, jakich znam.

— To powiedz prawdę. Co się stanie, jak ucieknę?

— Będę cię szukał. Dlatego ważne jest byś nie dała się złapać — powiedział poważnie trzymając ją blisko.

— A czy dasz sobie rade jak ucieknę? Uważaj będę wiedziała, jak skłamiesz? — Ostrzegła go dotykając jego szyi. Shane pokręcił głową

— Będę w furii, będę… będę naprawdę cię próbował dorwać. Ale po kilku godzinach gorączka opada, na jakiś czas, by człowiek mógł odpocząć. Przyglądała mu się, ale nie znalazła kłamstwa.

— A jak przyjdę do ciebie w czasie, gdy gorączka opadnie i wtedy ci pomogę? — spytała

— Nie wiem. To może tylko sprawić, że gorączka wróci a wtedy już możesz nie dać rady uciec.

— Rozumiem — powiedziała z całą powagą, po chwili jednak się uśmiechnęła — nie martw się poradzimy sobie — pocałowała go a Shane ją mocno przytulił. Pożegnali się i poszedł do pracy

Liv została sama miała przed sobą pięć godzin. Nagle poczuła się strasznie samotna. Zdziwiła się śmiejąc się pod nosem. Pięć lat była sama a teraz po kilku dniach w tej rodzinie nie mogła wytrzymać kilku minut. Rozejrzała się po ogrodzie, poczuła taki spokój i radość. Wspomniała swoje samotne wędrówki i nagle sobie przypomniała powód, dla którego była tak długo sama. Strach ją przeszył zdając sobie sprawę, że teraz nie naraża tylko siebie, ale i cała rodzinę. Jaka jest szansa, że ją tu znajdą? A jaka jest, że nie? Zadrżała. Wiedziała, że powinna uciekać, ale była pewna, że jej się to nie uda. Może jakby opowiedziała wszystko partnerowi, może byłby w stanie jej pomóc, zaśmiała się do siebie. Nikt nie był w stanie jej pomóc. Będzie musiała na bieżąco wymyślać wyjścia z sytuacji. Była w tym dobra. Da rade, nie można myśleć o klęsce, nie można się poddawać stawać do walki z myślą o przegranej, zwłaszcza teraz jak miała, o co walczyć.

Spędziła resztę wolnego czasu na przejrzeniu ubrań, które Shane jej wczoraj kupił, wcale go o to nie prosiła. Jednak wyjmując rzeczy z toreb, ucieszyła się nie było w nich żadnych sukienek, tylko wygodne sportowe stroje, znalazła tez kilka par legginsów i bluzek, które pasowały do nich miały styl a jednak nie ograniczały ruchów. Pomyślała, jak mogłaby nie kochać tego mężczyzny. Założyła na siebie spodnie dresowe i bluzeczkę na ramiączka z odkrytym brzuchem i ruszyła biegiem pod szkołę. Rano Zed pytał się czy ma narysować mapę, ale Liv wiedziała ze nie potrzebuje, wiedziała ze potrafi wytropić chłopców i miała racje. Ledwo przed domem wciągnęła powietrze od razu zapach wskazał jej kierunek. Całą drogę biegła, ale dla niej nie był to specjalny wysiłek, ucieszyła się na wyzwanie. Obejrzała sobie miasteczko. Było czyste, ładne i wydawało się spokojne. Domki białe z płotkami, ogródki zadbane i duże. Nie było psów bezpańskich ani bezdomnych. Wszyscy wydawali się szczęśliwi i mili. Dziewczyna pomyślała jak bardzo odmienne jest to miejsce od wszystkiego co do tej pory znała. W przeszłości oprócz swojej rodziny poznała tylko dwoje ludzi, którzy byli dla niej dobrzy, chcieli pomóc. Tylko dwoje na miliony na świecie. To było mało by przekonać się do ludzi i zmiennych, by chcieć żyć z nimi. A potem Shane i wszystkie jej priorytety zostały zmienione, wszystkie plany poszły w niepamięć. Denerwowała się na myśl o tym jak to dalej będzie, jednak nie chciała się tego pozbyć nie mogła. Zatrzymała się przy moście. Duży teren, zasiany trawą, wspaniały na rodzinny piknik lub zabawy z dziećmi. Gdy miała już przejść przez most pomyślała ze mogłaby sprawdzić, czy dałoby się przepłynąć rzekę. Była pewna, że dla niej to żaden wyczyn, ale powstrzymała się wiedząc jak by wyglądała pod szkoła wśród ludzi mokra i pełna kawałków glonów wszędzie. Po niecałych dwudziestu minutach była na miejscu.

Szkoła był duża z czerwonej cegły, ładna bez graffiti i krat w oknach. Pełno rodziców dookoła czekało na swoje pociechy, atmosfera prawie filmowa, Liv nie mogła uwierzyć, że ludzie naprawdę tak żyją. Przyglądała się twarzom, jedni rozmawiali, śmiali się inni pstrykali na telefonach a inni bacznie się przyglądali jej. I już wiedziała kim są. Zmienni potrafili skupić się na kilku rzeczach na raz. Interesowało ich wszystko, każdy nowy szczegół wymagał opisania. A teraz Liv stała pośrodku przesiąknięta zapachem Shane van Brick. Najbardziej pożądanego do niedawna kawalera

— To ta smarkula go dostała? — słyszała szepty

— Słyszałam, że napadła na Meg — powiedział ktoś inny

Liv uśmiechnęła się do siebie. Wiedziała, jak to może wyglądać. Była bardzo szczupła, nie wysoka, nie malowała się. Co sprawiało, że jej wiek dziewiętnastu lat był oczywisty a może wyglądała na jeszcze młodszą? Ona jednak nie przejmowała się ludźmi, nigdy się nie przejmowała. Po chwili dzieci wypadły krzycząc ze szkoły. Czterej bracia dopadli ja w sekundę

— Część chłopaki — powiedziała zadowolona, poczuła się szczęśliwa, jakby jakiś ciężar został z niej zdjęty

— Musimy szybko do domu wracać — Tom cały drżał i reszta braci. Liv zmarszczyła czoło

— Co się stało? — spytała skupiona

— Chłopaki z liceum, byli u nas w szkole dziś. Wszyscy o tobie trąbią. A to jest ich pierwszy rok i Brent powiedział, że chce cię… — przełknął ślinę — poznać. — Liv zaśmiała się

— Nie rozumiesz — powiedział Philipp — To jest ich pierwsza gorączka Brent to kretyn, kretyn do kwadratu, NIEBEZPIECZNY — powiedział jakby rozmawiał z obcokrajowcem

— Przecież wasz brat jest moim partnerem, spokojnie — powiedziała czując ciepło na sercu ze tak się przejęli.

— To nie ważne, mówiliśmy ci jesteście świeżo po sparowaniu, ci co mają swój pierwszy rok nie panują nad sobą. Brent nad sobą nigdy nie panuje a to jest jego pierwszy rok — widziała, że zaczynają panikować

— Chłopcy — warknęła — Bez panikowania, no, co wy. Głowy do góry przecież się nic nie dzieje. Po co zawczasu się martwić. Zawsze jest jakieś wyjście pamiętajcie, zawsze można obejść przepis. Przykład nie wchodzić na trawnik, co robicie — popatrzyła po zdziwionych twarzach, żaden nie wiedział — wskakujecie. Co najczęściej do was mama mówi.? — zapytała znowu

— Nawet nie waż się przekroczyć tego progu — powiedział Tom naśladując matkę

Liv się zaśmiał

— to co robicie? Spytała nadal cisza spojrzała na Kevina uśmiechnął się do niej a małe ogniki w jego oczach zaświeciły

— Wychodzimy oknem — powiedział

— Właśnie –podskoczyła zachwycona. Bracia uśmiechnęli się i poklepali brata — Więc jak będziemy w jakiejś zagmatwanej sytuacji to znajdziemy z niej wyjście biorąc pod uwagę wszystkie aspekty

— Co znaczy aspekty? — zapytał Tom a Kevin zaczął mu tłumaczyć. Liv bardzo się podobało wsparcie jakim wszyscy się darzyli.

— Przyszłaś na piechotę — zapytał Kean

— Nie, przybiegłam — powiedziała uśmiechnięta Liv, chłopcy przystanęli

— To ponad dziesięć kilometrów — nie mógł uwierzyć Kean

— To lepiej się ruszcie — powiedział naśladując go wesoło

Chłopcy uśmiechnęli się i ruszyli w drogę, biegli, ale nie szybko. Liv pomyślała, że jeśli Brent będzie chciał ich zatrzymać to wybierze miejsce przy moście widziała tam spory teren. Ona by nigdy go nie wybrała na zasadzkę, ale tacy jak Brent na pewno. Już z daleka zobaczyła grupkę chłopców obstawiających most. Było ich dziesięciu. Liv szybko oceniała sytuacje, nie widziała żadnego zagrożenia, choć na widok grupki wymsknęło jej się na głos.

— To są licealiści? — Mimo wolnie porównała się do Spiro ze swej opowieści i zaśmiała się trochę za głośno, bo czworaczki na nią spojrzeli. Jednak ich twarze szybko ją ocuciły. Dla niej samej to żaden problem, ale miała pod opieką czterech chłopców. Tom stał przed braćmi potem równo Kean i Philip a zanim stał przerażony Kevin. Gromadka szła w ich stronę.

— Zostaw nas Brent to partnerka mojego brata syna Alfy — warknął Tom Liv czuła się dziwnie stojąc za czterema braćmi. Bronili jej, naprawdę ją bronili. Brent jednak był wpatrzony w Liv, w jej ciało, jego oczy świeciły wilkiem a język nie mógł przestać oblizywać warg, wciągnął powietrze

— Słodka jesteś, maleńka — powiedział do niej marszcząc nos i przygryzając wargę. Liv podniosła brwi i ruszyła do przodu

— Chodźcie chłopcy — powiedziała nie patrząc na nich jej wzrok był skupiony na całej dziesiątce, która właśnie ich otaczała — Nie radze — ostrzegła patrząc prosto w oczy przywódcy, ten na chwile jakby stracił pewność siebie i Liv widziała ze jest slaby tylko to, że miał wsparcie sprawiało, że czuł się tak pewnie.

— A co nam zrobisz? Soczysta jesteś — dodał patrząc na jej ruchy bioder. Spojrzała na niego jakby powiedział coś obrzydliwego

— To miał być komplement — powiedziała z pogardą — był już bardzo blisko jej i chciał jej dotknąć, ale zgrabnie zrobiła unik i złapał tylko powietrze.

— Giętka — skomentował — lubię takie — znowu się oblizał.

— Nie możecie mnie tknąć — powiedziała

— My wszystko możemy — warknęła. Nawet nie zauważył, że odciągnęła ich z dala od chłopców, którym dała wcześniej znać, że mają się wycofywać do mostu. Ugięła nogi i wystrzeliła w powietrze przeskakując ponad głowami licealistów. Wylądowała tuż obok chłopców złapała Kevina na plecy i wydała polecenie. Chłopaki puścili się biegiem, jednak byli wolniejsi niż tamci, tylko dlatego, że napastników wilki były na wierzchu. Liv zdjęła Kevina z pleców.

— Brać ją — krzyknął Brent. Tom skoczył do niego kopiąc go z przewrotu w nos. Chłopak był zupełnie zbity z tropu

— Wspaniale Tom, brawo — krzyknęła Liv, ale wtedy Brent złapał chłopaka rzucił nim w bok jakby był piłką. Liv tuz przed tym jak upadł na ziemie złapała go. Postawiła na ziemi

— Wystarczy — powiedziała — chłopcy bez dyskusji, biegniecie. Spotkamy się po drugiej stronie mostu — Tom i Kean już chcieli coś Powiedzieć, gdy im przerwała — Bez dyskusji, który będzie ostatni zmywa po objedzie — warknęła. Bracia rzucili się biegiem a Liv przeszła w bok wabiąc do siebie całą dziesiątkę. Od razu podeszła do Brenta

— Nie miałeś prawa zaatakować chłopca — wrzasnęła

— Kopnął mnie — usprawiedliwił się robiąc krok w tył. Jej wygląd by dziki

— Zamknij się. Gorączka, gorączką, ale atak na dziecko — uderzyła go w to samo miejsce co Tom

— Ty suko, — warknął łapiąc się za już złamany nos — Brać ją.

Wrzasnął i cała grupa rzuciła się na dziewczynę. Zrobiło się straszne zamieszanie a po niecałych pięciu minutach Liv stał a dookoła niej leżało pełno ciał, zwijali się z bólu, niektórzy płakali. Liv podeszła do Brenta.

— Zajmij się nimi. Dwóch ma złamane ręce, może trzech — powiedziała jeszcze raz patrząc na napastników. Odwróciła się i ruszyła biegiem przez most dogoniła braci zanim jeszcze przebiegli na drugą stronę, po drodze złapała Kevina na plecy i wyprzedziła resztę

— Szybciej leniuchy — zaśmiała się. Chłopcy jakby dostali skrzydeł ruszyli śmiejąc się za nią.

Do domu biegli śmiejąc się i robiąc wyścigi i inne konkursy. Gdy wbiegli do kuchni mama krzyknęła

— Co tak długo?

— Brent nas napadł — powiedział szybko Tom a matka zamarła. Spojrzała na Liv ze strachem, lecz dziewczyna wyglądała na całą i zdrową. Oparła się o blat i chrupała marchewkę. Vilia zmrużyła oczy czekając na cokolwiek. Zanim jednak zdążyła się odezwać do domu wpadł Shane

— Słońce wszystko dobrze? — spytał tuląc ją

— Wszystko dobrze — powiedziała — ty też już wiesz?

— Przecież pracuje w szpitalu — powiedział? — przywieźli nam dziesięciu dzieciaków. Wyczułem ich strach i zapach chłopców, ciebie nie, nie dotknęli cię? — spytał

— Jestem nietykalna — zaśmiała się a Shane nie mógł dojść do siebie jak bardzo jemu dała się dotknąć.

Goraczka

Następnego dnia wieczorem przy kolacji napięcie się skumulowało. Było bardzo cicho. W końcu odezwał się Zed próbując rozładować atmosferę.

— Jak tylko gorączka się skończy oni staną przed sądem — powiedział nadal zszokowany sytuacja

— Nic nam się nie stało — powiedziała cicho Liv, zmieszana, że tak bardzo przeżywają taka błahostkę jak pobicie szajki niepełnoletnich napaleńców.

— Tak, bo trafiło na ciebie — zaczął Shane — Wyobraź sobie, co by było, gdyby napadli na jakakolwiek inną dziewczynę — powiedział spokojnie dotykając jej policzka a Liv nadal nie była pewna, o co mu chodzi

— Tak — kiwnął, Zed — nie przeżyłaby, — parsknął ze złością — dziesięciu, gdzie kur… — spojrzał na uśmiechających się chłopców, czekających aż ojciec dokończy — mieli głowy. — zawiedzeni wrócili do posiłku.

Do Liv doszło. Nigdy nie myślała o sobie w żaden specjalny sposób robiła to, czego została wyuczona. Ale rzeczywiście przecież nawet Shane nie dałby jej rady. Nagle poczuła się źle z samą sobą. Czy to znaczyło, że było z nią coś nie tak, nie była zwykła? Nie była normalna? Spojrzała po twarzach rodziny van Brick. Chłopcy bawili się jedzeniem. Zed był skupiony nad czymś, ale to często się zdarzało. Shane uśmiechał się do niej ciepło, Vilia… Vilia siedziała przy stole w ciszy jej talerz był nietknięty a jej brązowe oczy świdrowały dziewczynę. Nie było w nich złości czy niechęci, tylko intensywne spojrzenie, które się ma, gdy chce się dostrzec coś, co jest daleko i nie jest się pewnym, co to jest. Liv się speszyła i popatrzył znowu na swój talerz. Zed podniósł w końcu głowę i spojrzał na wszystkich.

— Kochanie, co ci jest? — spytał żony

— Powinna nam chyba trochę wyjaśnić — powiedziała nie odrywając wzroku od Liv

— Mamo!! — Powiedział znudzonym głosem Shane

— Nie — zaczęła spokojnie kiwając głową na boki — ile ona ma lat siedemnaście.

— Dziewiętnaście — poprawiła ją Liv szybko starając się nie wpadać w panikę i nie szukać ucieczki. Widziała partnera, który wyglądał jakby chciał ja złapać za rękę, ale nie miał pewności czy powinien, więc sama go złapała. Zachłysnął się powietrzem z zadanego mu bólu, otworzył szerzej oczy z myślą jak tak niewielka osoba potrafiła zadać tak ogromny ból. Jej ciało było zupełnie nieporuszone tylko sama dłoń zaciskała się na jego. Zagryzł zęby i pozwolił jej na to.

— Dziewiętnaście — powtórzyła jakby nie do końca wierzyła Vilia, ale zaraz znowu bardziej energicznie zaczęła — Bóg wie skąd jest, ile była sama, pokonuje dziesięciu… i jeszcze gotuje i zajmuje się dziećmi — poderwała się z krzesła, jej blond włosy roztrzepały się po ramionach przez ruch, jaki wykonała — JA MUSZE COS O NIEJ WIEDZIEC!!! — wywarczała z desperacją. Jej oddech był szybki. A oczy zdradzały szaleństwo.

Liv spojrzała na nią, była spokojna, choć uścisk się wzmagał i Shane poczuł ze widzenie zostaje zamazane przez jego własne łzy. Popatrzył na dziewczynę po jej twarzy nic nie było widać, oddech miała spokojny nawet się uśmiechnęła. Jednak jej noga klapała pod stołem a paznokcie już dawno przebiły skórę Shane. Ten jednak nie odsunął się od niej, przymknął oczy i siedział.

Liv musiała się skupić na czymś, żeby rozładować strach buzujący w niej. Skoncentrowała się na wyglądzie Vilie. Była wysokości Liv, miała duży biust i całkiem szerokie biodra. Była jednak zgrabna i bardzo kobieca. Długie blond włosy zwisały beztrosko na plecy. Paznokcie u rąk były długie i zawsze pomalowane kolorowo. Jej twarz wyglądała młodo, rysy miała delikatne i zawsze dobrze dobrany makijaż. Była energiczna, zawsze wyrozumiała, dlatego ten wybuch nie bardzo do niej pasował. Liv tłumaczyła sobie. To była matka jej partnera nic jej nie groziło. Chciała być normalna, a jak teraz wyskoczy przez okno to, to nie będzie normalne a później powrót będzie jeszcze trudniejszy. Wyjściem jest pozostanie i przyjęcie jej pytań. Przecież była gotowa, wiedziała ze nadejdzie ta chwila może i miała nadzieje ze będzie to później, ale tak będzie lepiej powinni wiedzieć, kogo biorą pod dach. Dziękowała za te kilka dni, które miała na przygotowanie się

— A co chciałaby pani wiedzieć? — Spytała

— Po pierwsze nie pani, jestem Vilia — powiedziała w miarę spokojnie podnosząc się. A potem wykrzyknęła — Wszystko! — Nie chciała stracić szansy. Liv się uśmiechnęła i w końcu popatrzyła na Shane. Szybko go wypuściła przerażona swoim uczynkiem. Spojrzała mu głęboko w oczy przepraszając w milczeniu. Przytulił ja i pocałował.

— Kocham cię — wyszeptał jej do ucha

— , Ale wpierw — zarządziła Vilia a jej energia znowu rozlała się po pokoju — Chłopaki do pokoju

— Mamo — zaczął Tom zły

— Chłopcy tak będzie lepiej — powiedziała delikatnie Liv mrugając do nich. Przy Kevinie jej wzrok zatrzymał się. W jego oczach podskoczyły dwa ogniki, uśmiech powoli rozświetlał jego twarz i Liv już wiedziała, że właśnie wykorzystał jej nauki.

— Chodźcie chłopaki — powiedział, gdy bracia spojrzeli na niego naburmuszeni zamarli jakby jakieś polaczenie między ich umysłami włączyło się. Skupili się wszyscy czterej na sobie nawzajem i po sekundzie trzej bracia w ten sam sposób się uśmiechnęli do siebie i ruszyli za Kevinem. Tylko Liv wiedziała co się działo w tym momencie między braćmi. Reszta rodziny czekała tylko z niecierpliwością. Gdy zniknęli Vilia nie tracąc czasu posadziła Shane w fotelu ojca. Liv umieściła na jego kolanach. Sama z mężem zajęła kanapę, dokładnie naprzeciwko nich.

— No to słuchamy — powiedziała z ekscytacja w głosie.

Liv przełknęła ślinę i zaczęła

— Nazywam się Liv Garet. Mieszkałam w małym miasteczku na wschodzie kraju z rodzicami i bratem. W gruncie rzeczy to była osada zmiennych pod miasteczkiem — szybko wyjaśniła. — Pewnej nocy zostaliśmy napadnięci. — Zatrzymała się chwilę oczyszczając gardło. — Do naszego domu wpadło dwóch ludzi zabili moją matkę — przymknęła oczy zacisnęła usta a łykając ślinę, skrzywiła się jakby to sprawiło jej ból. — Brata związali. Ja zdążyłam wymsknąć się z domu. Schowałam się w psiej budzie. — dziewczyna nie patrzyła na nikogo szukała czegoś w podłodze, noga jej tupała nieprzerwalnie — Ojciec wyjechał przed miesiącem w interesach i akurat tego dnia miał wrócić. Czekałam aż wyczuje w powietrzu jego zapach, gdy tak się stało pobiegłam mu naprzeciw. Spotkałam go i powiedziałam, co się stało. — Liv nadal patrzyła w podłogę jakby z niej opowiadała całe historie. — Mięliśmy z ojcem plan ja wywabiłam jednego z mężczyzn a drugim zajął się ojciec.

— Ty wywabiłaś, ile miałaś lat, skąd to …

— Vilia opanuj się daj jej opowiedzieć potem zapytasz — wywarczał Zed. Shane trzymał Liv ciasno w ramionach tuląc się do jej pleców.

Dziewczyna chwile milczała a potem znowu zaczęła

— Mój ojciec był bardzo surowy, trenował mnie od małego, moja mama mówiła, że miał obsesje na tym punkcie — uśmiechnęła się do kobiety smutno. — W każdym razie jeden napastnik pobiegł za mną, ale był za wolny, ja byłam mała i bardzo zwinna. Wbiegłam do lasu w zarośla i tam mnie zgubił. Zostawiłam go zaplątanego krzaki i wróciłam do domu zobaczyć, co się dzieje. Ojciec właśnie kończył ze swoim przeciwnikiem. Gdy już morderca mojej matki leżał martwy ja i ojciec wbiegliśmy do domu i wtedy zobaczyliśmy, że ten, którego ja wywabiłam stał p środku podwórza trzymając mojego braciszka. Gdy nas zobaczył podciął mu gard… — głos jej zamarł — miał osiem lat — wyjąkała, łzy jej spływały po policzkach a usta drżały. Shane był pewien, że to pierwszy raz, kiedy tak naprawdę o tym mówiła. Zamknął oczy i starał się z całej siły by poczuła jak bardzo jest z nią i dla niej. Zajęło jej chwile dojście do siebie w końcu pomału zaczęła znowu, wycierając oczy chusteczką od Vilii, ta zużyła ich już z dziesięć.

— Ojciec rzucił się na niego od razu. Kazał mi uciekać, biec i nigdy nie wracać. — skuliła się na wspomnienie ostatnich słów ojca „Uciekaj, uciekaj jak najdalej i nie wracaj, nie daj się złapać. Kocham cię Aniołku, kocham”.

Przełknęła ślinę, wciągnęła powietrze i znowu prostując się.

— Biegłam…, biegłam kilka dni, nieustannie. Byłam przerażona i zupełnie sama… Były takie momenty, że chciałam wrócić. Ale tłumaczyłam sobie, że jakby żył to znalazłby mnie. Nie wiedziałam, kim byli ci ludzie i czego chcieli. Mogli za mną iść lub czekać, kiedy to ja wrócę. Wiec jak mój instynkt mówił biegnij, biegłam. — Spojrzała na rodziców z pustym wyrazem twarzy, poczuła nos Shane na karku. Przymknęła oczy, zawsze wiedział, w którym momencie to zrobić, odetchnęła głęboko i dodała — Tak spędziłam dwa lata… — Na bieganiu

Vilie nadal szlochała. Ojciec się nie ruszał i Liv nie wiedziała jak to przyjął.

— Po dwóch latach — zaczęła dalej a matka otworzyła szarzej oczy zdając sobie sprawę, że to nie koniec.

— To, ile miałaś lat jak na was napadli? — spytała z przerażenie, tym razem ojciec jej nie przerwał, spojrzał jeszcze mroczniejszym spojrzeniem

— Czternaście — powiedziała. Vilii ciało jakby straciło powietrze. Shane znowu uspokoił swoją partnerkę, za co była mu wdzięczna. Więc zaczęła

— Po dwóch latach stwierdziłam, że nie podążają za mną. Zatrzymałam się wiec z małym miasteczku o śmiesznej nazwie Rolo Rodem. — uśmiechnęła się bardziej wesoło — Znalazłam tam prace w sklepiku. Powiedziałam właścicielowi, że jestem sierotą i uciekłam z domu dziecka. To był miły starszy pan, pomógł mi. Zameldował w motelu, bardzo blisko sklepu i płacił całkiem przyzwoite tygodniówki. Ale po kilku miesiącach ludzie zaczęli się wypytywać o mnie, chcieli rozmawiać z dorosłym. — Powiedziała z niezadowoleniem — Zaczęło się robić niebezpiecznie, tamtejszy gang zaczął się mną interesować, zaczepiali, chcieli mnie do siebie wciągnąć….

Shane gładził ja po plecach i tulił, ale chociaż starał się wyczuła jego napięcie i jak nerwowo zaczął reagować.

— …, więc odeszłam — urwała szybko. Ojciec spojrzał się na nią przymykając oczy, czegoś brakowało w opowieści. Oczy ojca zawędrowały za Liv i Zeda spojrzenie zawiesiło się na synu. Zrozumiał, że musiała wyczuć napięcie partnera. Zed był pewien, że Shane musi coś wiedzieć a ta historia wzburzyła w nim krew. Modlił się, aby żona nie zaczęła domagać się reszty. Wyczuł jednak jej strach i wiedział, że odpuści. Tak, czasami lepiej nie wiedzieć, wszystkiego.

Vilia wtuliła się w męża i rozpłakała jeszcze bardziej, zdawała sobie sprawę, że nie zniosłaby, gdyby usłyszała, co się stało tuż przed jej odejściem.

— Zabrałam wszystko, co miałam i uciekłam w las, nawet nie dziękując człowiekowi, który tyle dla mnie zrobił. — tu jej głos stał się bardziej karcący — W ciągu następnego roku zatrzymałam się jeszcze raz w innym miasteczku, ale nie mogłam znaleźć tam pracy…. — Zatrzymała się wciągnęła powietrze i wyglądała jakby coś poszło nie tak, skrzywiła się do siebie na chwile — nie mogłam tam zostać…

— Dlaczego? — spytał Shane jego głos był bardzo głęboki i Liv przeszły dreszcze po kręgosłupie

— Jedyne miejsce, gdzie chcieli mnie przyjąć — powiedziała z drżącym głosem, wiedziała, że nie powinna o tym mówić, ale popełniła błąd, niewybaczalny błąd. Ale przecież miała być szczera? — to do klubu nocnego. Tam nie chciałam trafić — dodała szybko, — musiałam uciekać, próbowali mnie złapać, ale nie udało im się. Byli uparci szli moim śladem ponad tydzień, nie spodziewałam się, że będą tacy nieugięci. Ale nie udało im się mnie znaleźć — powiedziała szybko nie kończąc opowieści Shane wiedział, że to nie do końca wszystko, ale nie miał odwagi zapytać. — Więcej razy nie próbowałam, zmieniłam się w wilka i ruszyłam w kierunku gór. Biegałam i poznawałam różne rejony, czułam się bezpieczna i chyba zaczynałam się już przyzwyczajać, gdy w końcu trafiłam w wasze okolice i zawładnęło mną partnerstwo.

— Biedne dziecko — wyjąkała Vilia. Wstała i tuliła ją mocno, wiedziała, że ominęła trochę opowieści, ale była jej za to wdzięczna. Nie spodziewała się czegoś takiego. Tylko jedno pytanie chodziło jej po głowie

— I twój ojciec cię wszystkiego nauczył, Przecież byłaś dzieckiem i twoja matka na to pozwoliła aż niemożliwe — dla Vili było to wręcz nie do zrozumienia.

— Mój ojciec był bardzo surowy, ale teraz mu za to dziękuje, gdyby nie on nie poznałabym mojego partnera — uśmiechnęła się do nadal spiętego chłopaka. Obróciła się do niego. Przejechała dłonią po jego klatce piersiowej i spojrzała mu w oczy. Były bardziej czarne niż zwykle, mogła to zrozumieć. Nadal nie mogła przyzwyczaić się, że tak o nią dba, że tak mu zależy, przez co jeszcze bardziej go kochała.

Shane przyjął jej historie. Ale nadal było tyle pytań, nie mógł ich zadać teraz, nie chciał jej sprawić przykrości, bólu. Nie może zdradzić jej tajemnic, przecież mu w końcu powie a wtedy on zajmie się osobami, które za to odpowiadają. Kule, bicie? Wiedział, dobrze, że gdyby jego przypuszczenia okazały się prawdą to by już dziś zaczął szukać miasteczka o idiotycznej nazwie Rolo Rodem i zabiłby cały gang a potem odnalazłby klub nocny i zrobi z nim porządek. Knuł już w głowie cały plan, gdy matka wyrwała go z zamyślenia. Uderzyła go w ramie i kazała doprowadzić się do porządku, sama cały czas tuliła Liv, trzymając ja plecami do chłopaka. Liv czuła jego złość, smutek, żal, strach. Wszystko to, co może czuć zraniony człowiek.

— Córeczko, jesteś niesamowita, ja bym leżała w jakimś rowie po dwóch dniach martwa.

— Tak się pani tylko wydaje. Człowiek jest w stanie zrobić niesamowite rzeczy, jeśli jest do tego zmuszony lub ma odpowiednie motywy. Niesamowite to by było jakbym wróciła i uratowała swoją rodzinę.

Matka zamilkła a po chwili zmieniła tak radykalnie temat, że wszyscy poczuli się nieswojo

— Może babeczkę — krzyknęła i ruszyła do kuchni.

Liv spojrzała na matkę jej partnera i nie mogła uwierzyć jak wspaniałą jej się wydała w tym momencie. Wieczór spędzili wesoło, nikt już nie poruszał wspomnień skupili się na zabawie i wygłupach. Vilia opowiadała śmieszne historie o dzieciństwie Bena i Shane. Liv chciałaby wieczór nigdy się nie kończył. Uwielbiała spędzać wieczory z rodziną Van Brick. Gdy wszyscy rozeszli się po pokojach nastała cisza. Liv siedział chwile na łóżku czekając na Shane, słyszała prysznic i jak nagle robi się cisza. Gdy chłopak wszedł do pokoju w samym ręczniku przystanął i obserwował dziewczynę chwile

— Co się dzieje Słońce? — spytał w końcu Liv, która chodziła po pokoju jak dzikie zwierzę złapane w sidła. Shane usiadł na łóżku patrząc na nią z pytaniem w oczach.

— Nic — powiedziała zupełnie beztrosko. Chłopak spojrzał na nią podnosząc brwi i z uśmiechem mówiącym wszystko — No dobra — powiedziała siadając przy nim na łóżka — chce iść spać do mojej nory — powiedziała za szybko.

— Wybacz skarbie, ale nie puszczę cię. — powiedział spokojnie wycierając włosy — Koniec z tym. Twoje miejsce jest u mego boku — dodał podchodząc do niej jak się budzę rano chce widzieć twoje cudowne ciało lezące obok — powiedział liżąc jej ramie. Miał piękne oczy a jego dotyk był takim balsamem dla jej umysłu. Nie umiała mu się przeciwstawić. Pragnęła go całą sobą a on dobrze o tym wiedziała. Nic nie powiedziała, odetchnęła głęboko i położyła się obok niego. Zgasili światło Shane przytulił ją. Liv jednak nie mogła zasnąć. Leżała jak kłoda a jej spojrzenie utkwione w sufit było puste.

Gdy w końcu miała pewność, że zasnął, wyślizgnęła się i po cichutku opuściła ich domek. Poszła do kuchni wzięła sobie jabłko i wyszła na taras. Przeciągnęła się, zdjęła koszule i nagle zesztywniała. Nie musiała się obracać by wiedzieć, że tam stoi.

— Shane — wyszeptała a on wcale nie był zdziwiony, że wie, że on tam stoi

— Gdzie ci się wydaję, że się wybierasz? — zapytał. Obróciła się i zobaczyła go opartego o ścianę w spodniach dresowych. Jego klatka piersiowa była taka kusząca, że Liv aż oblizała usta — Nie możesz mieszkać w norze — powiedział podchodząc do niej. Stała przed nim naga i bardzo spięta.

— Oduczę się — zabłagała — ale nie tak z dnia na dzień — Przytulił ją i spojrzał w jej smutne oczy

— Biegnij — powiedział delikatnie, gładząc ją po policzku. Uśmiechnęła się radośnie i podskoczyła. Zmieniła się nie czekając na nic więcej i pomknęła do lasu.

Shane stał w ciemności i patrzył, jak wskakuje na drzewo odbija się od ściany domu i staje na trzy metrowym murze. Spojrzała na niego usłyszał słodkie szczeknięcie i już jej nie było. Wracał do chatki, gdy nagle poczuł zalewające go gorąco. Przystanął jego kły się wydłużyły a oczy zaświeciły wilkiem. Usłyszał w umyśle „Moja, uciekła”. Zmienił się w wilka i pobiegł za dziewczyną z głośnym wyciem. Gdy dotarł do nory wpadł tam bez zatrzymania się. Przez chwile było słychać ciche skomlenie, ale po chwili wszystko ucichło. Rano biały wilk opuścił norę i udał się do posiadłości. Przeskoczył mur i ruszył do domku w ogrodzie. W domku zmieniła się i ubrała. Poszła do kuchni i złapała kawałek chleba. Oparła się o blat myślała, co się stało wczoraj. Przybiegł za nią, był taki dziwny, taki szorstki jak wtedy, gdy chciała od niego odejść. I nagle do niej dotarło, to była gorączka. Ta świadomość w nią uderzyła, co się stanie, jeśli się obudzi a jej tam nie będzie.

— Cześć Liv — powiedział Tom wchodząc do kuchni i wybijając ją z zamyślenia.

— Cześć — uśmiechnęła się — słuchaj, gdzie rodzice? — spytała próbując nie pokazać jak bardzo jest zdenerwowana.

— Gorączka ich wzięła, zamknęli się u siebie, dostaliśmy liścik — zaśmiał się pokazując na lodówkę. Liv tez tam spojrzała. Wisiała mała karteczka z krótką notką „Zaczęło się”. — A jak ty się czujesz? — spytał

— Tom, czy Shane zawsze zaczyna razem z rodzicami? — spytała poważnie łapiąc go za ramiona i patrząc w oczy

— Tak — powiedział przestraszony

— Boże… — wyszeptała i wybiegła na taras. Tom stał jeszcze chwile patrząc na drzwi, którymi wybiegła, potem wzruszył ramionami i otworzył lodówkę.

Liv biegła, ile sił do nory, jej serce waliło jak jeszcze nigdy w życiu, bała się o Shane. Prosiła w duchu by jeszcze spał. Jednak jak dobiegła nora była pusta. Jej serce stanęło na chwile, jej głowa poczuła mętlik nie mogła się skupić. Wciągnęła powietrze czuła go, musieli się minąć. Jak mogło to się stać? Popełniała, co raz więcej błędów. Zawróciła i przyspieszyła a w głowie jej przeleciała myśl „chłopcy”, przyspieszyła, przeskakując przez mur wyczuła go widziała, że jest, nie czekając wskoczyła przez najbliższe okno i pomknęła do kuchni. W korytarzu usłyszała tylko głos Toma

— Shane no, co ty — krzyknął a jego głos był przerażony wręcz płaczliwy. Wskoczyła do kuchni w momencie, gdy Shane łapał chłopca za gardło i rzucił w kierunku szklanych drzwi na taras. Liv nie czekała skoczyła i złapała chłopca zwijając się tak by go ochronić. Zdążyła tuż przed tym jak wpadli w szklane drzwi, które rozprysły się w drobny mak, wbijając się w ciało dziewczyny. Upadła na chodnik, wbijając sobie jeszcze więcej szkła w ciało. Trzymała szczelnie zamkniętego malca w ramionach do czasu aż leżeli nie ruchomo. Wypuściła go i kazała uciekać. Sama chciała wstać szybko wyciągnęła z siebie największe kawałki wiedziała, że reszta sama wypadnie jak zacznie uleczanie. Jednak za nim do końca się podniosła Shane się na nią rzucił

— Moja! — Krzyknął, upadła uderzając głową w stół. Chłopak był w zupełnym szaleństwie zerwał z niej ubranie, ugryzł mocno w szyje. Zachował się jak zwierzę, bez delikatności i jakichkolwiek hamulców

— Shane — wyszeptała i złapała go mocniej do siebie przytulając. Spojrzała głęboko w oczy i doszło do niej, że to oczy wilka — Marko — wyszeptała. Otworzył swoje szerzej. Nie mogła go zranić nie mogła go skrzywdzić, za bardzo go kochała. Był brutalny, ale pozwoliła mu na to. Nie wiedziała, ile to trwało, ale w końcu opadł na nią bez ruchu. Wciągnęła powietrze i skupiła się na swoich ranach, zajęło jej chwile, aby wszystko naprawić, ale była w gorszych sytuacjach. Wtedy pomyślała jak bardzo zaczynała mięknąć. Przez ostatnie kilka dni popełniła więcej błędów niż przez całe swoje życie, przestała ćwiczyć, przestała się pilnować. Leżała nadal pod Shane nie wiedząc, jak się zachować. Po kilku minutach jednak chłopak podniósł się powoli jakby obudził się po całonocnej popijawie. Rozejrzał się ogarniając z przerażeniem sytuacje. Jego usta zadrżały a oczy stały się szkliste i po chwili kilka łez spadło na ciało Liv.

— , Czemu nie uciekłaś? — Spytał ze złością, żalem i wstydem

— Nie mogłam — powiedziała uśmiechając się delikatnie

— Nie uśmiechaj się, nie bądź dla mnie miła — żachnął się. Odetchnęła głębiej i usiadła. Zauważyła, że Shane też jest poraniony

— Choć trzeba to opatrzyć powiedziała pomału podnosząc się. Zrobił, co mu kazała. Złapali ręczniki kąpielowe z leżaka i się okryli weszli do kuchni. Shane usiadł przy blacie, chowając twarz w rękach. Jego rany nie były niczym ważnym, małe zadrapania. Spojrzał na ciało Liv, nie było na nim już żadnych śladów. Podziękował w duchu za jej zdolności i skrzywił się na myśl, że musi ich używać przez niego, już drugi raz.

— Poczekaj chwile pójdę do chłopców — powiedziała. Wtedy chłopaka oczy otworzyły się szerzej na wspomnienia.

— Zaatakowałem Toma — był przerażony a jego oddech zamarł. Podeszła do niego szybko i przytuliła

— Nic mu nie jest nie martw się — popatrzyła mu w oczy — wszystko z nim dobrze. Patrzył chwile jakby jej nie wierzył- pamiętasz coś? — spytała

— Nienawidzę gorączki!! — Wrzasnął przytulając się do niej jakby bez niej nie mógł oddychać i w pewnym sensie była to prawda — Przepraszam — wyszeptał — przepraszam — powtarzał w kółko

— Shane — powiedziała bardzo poważnie — spójrz na mnie — zrobił to — Wszystko jest dobrze, naprawdę — chciała sama go przeprosić za to, że nie domyśliła się już w nocy, ale widziała, że poczułby się jeszcze gorzej — Zaraz wrócę.

Zostawiła go i ruszyła do chłopców, gdy weszła nie było nikogo w pokoju, wciągnęła powietrze i wiedziała ze się ukryli

— Chłopaki to ja — powiedziała wchodząc do środka. Nagle zobaczyła jak jeden z braci wychodzi zza miśków ułożonych pod jedną ścianą, uśmiechnęła się na to. Drugi wyszedł z zza szafy, był szczupły wiec nawet specjalnie jej nie przesunął. Trzeci wyszedł z łazienki a Kevin zeskoczył z żyrandola. Liv się zaśmiała na to

— Bardzo dobrze — powiedziała a po chwili spytała — wszystko dobrze?

— Wszystko dobrze? — Powtórzył Tom — Ty się nas pytasz — ogarnął spojrzeniem ręcznik dookoła niej, szukał śladów skaleczeń, nie znalazł jego dłoń dotknęła jej ręki — Nic ci nie jest — powiedział zdziwiony — Jak to możliwe. Ale z naszego brata palant — warknął

— Może kiedyś was na… — przerwała wyczuwszy Shane w drzwiach, chłopcy zrobili krok w tył. — Nie, nie bójcie się — powiedziała szybko

— Chłopaki przepraszam was bardzo, naprawdę Tom przepraszam — powiedział szczerze. Bracia popatrzyli się na siebie a potem na Shane

— No dobra, ale bardziej Liv powinieneś przeprosić, to jej najwięcej bólu zadałeś. — Tom był bardzo poważny i wiercił brata dogłębnie spojrzeniem.

— Już to zrobił — powiedziała Liv dotykając policzek Toma, ten się rozluźnił a Shane warknął. Dziewczyna się podniosła i ruszyła do drzwi.

— Zajrzę do was jutro, ok.? — zobaczyła tylko machające głowy. Zamknęła drzwi i poprowadziła Shane do domku.

— Jesteś pewna, że chcesz zostać? — spytał, ale wtedy zobaczył, jak zrzuca ręcznik i podchodzi do niego. Pocałowała go bardzo namiętnie. Pchnęła na łóżko i wyszeptała wspinając się na niego

— Odpręż się.

Rano obudziła się pierwszy raz w łóżku, obok Shane. Spała jak zabita, ale to ją nie zdziwiło. To, co przeżyła dzisiejszej nocy nijak się miało do czegokolwiek, co kiedykolwiek przeżyła. Przestała się kontrolować i zrobiła wszystko, co jej po głowie chodziło. Jej ciało było dziś jakieś inne jakby z gumy, jakby wcale nie miała kości. Spojrzała na swojego partnera spał jak dziecko, rozumiała już jak wygląda gorączka i dopiero teraz zdała sobie sprawę jak niebezpieczne mogło być spotkanie z tymi licealistami, gdyby nie była tym, kim jest. Przeciągnęła się znowu uśmiechnęła, gdy poczuła lekki ból w podbrzuszu. Ubrała się i ruszyła do kuchni coś zjeść nie bała się, że powtórzy się wczorajsza sytuacja Shane zapewnił ja, że teraz, po tym co było w nocy jego wilk będzie spokojniejszy, ponadto będzie wiedział, gdzie jest, bo obiecała, że nie ucieknie, powiedziała, że może być w kuchni albo nad basenem. Wiec wpierw przyjdzie sprawdzić a nie szaleć. Zobaczyła się z chłopcami zjedli razem śniadanie, gdy nagle Liv coś wyczuła. Wciągnęła powietrze, zmrużyła oczy,

— Co jest? — spytał Kean

— Pruchno przyszło — wycedziła i ruszyła do drzwi frontowych. Chłopcy spojrzeli po sobie nierozumiejąca a potem ruszyli za nią — Zamknijcie za mną i nie otwierajcie

— Nawet tobie? — spytali chórem

— Ja sobie znajdę wejście, nie martwcie się — powiedziała z uśmiechem. Otworzyła drzwi i wyszła chłopcy posłusznie zamknęli i skoczyli do okna

— Czego chcesz? — spytała Liv, Meg, która wysiadała właśnie z samochodu, trochę zdziwiła się na jej widok pewnie myślała ze gorączka ja wykluczy z życia

— Przyszłam do Shane, nie do ciebie, smarkulo. — Jej twarz wygięta była w szaleństwie

— W sprawie? — spytała Liv łapiąc się za brodę

— Nie interesuj się… — ale po chwili dodała, że złośliwym uśmieszkiem — choć jak chcesz wiedzieć, to zawsze razem spędzaliśmy gorączkę. — powiedziała z wyższością.

— Jak dobrze, że już nie musi korzystać z twoich kiepskich usług — powiedziała Liv uśmiechając się nad wyraz diabolicznie, Meg spiorunowała ja wzrokiem — Tak, powiedział mi jak nienawidził gorączki.

— Nikt za nią nie przepada — wydarła się Meg jej wilk świecił mocno

Liv spojrzała na swoje paznokcie cmoknęła i dodała jakby od niechcenia

— Mi w nocy powiedział ze to najcudowniejsze chwile, jakie kiedykolwiek przeżył. — Mówiła to tak jakby była zdziwiona reakcją nieproszonej wilczycy.

— Ty mała dziwko, zejdź mi z drogi — wycedzała i ruszyła chcąc minąć Liv. Nie udało jej się to jednak, bo dziewczyna złapała ja za włosy i cofnęła tak, że znowu stała przed nią, wyglądało jakby przestawiała pustą szklankę.

— A ty, gdzie się wybierasz? Spytała jak dziecka z uśmiechem i rękoma złożonymi jak do modlitwy.

Meg wydarła się i rzuciła na nią. Liv wyciągnęła pięść, na która kobieta się nadziała. Cofnęła się łapiąc za twarz

— Lepiej idź już do domu, jeśli chcesz zachować, choć trochę godności. — Powiedziała znużonym głosem.

Meg przestała zupełnie nad sobą panować. Wrzeszczała coś nie zrozumiałego, a po chwili zmieniła się w wilka i rzuciła na Liv. Dziewczyna odetchnęła zawiedziona. Wilk biegł na nią słyszała krzyki czworaczków i walenie w szybę. Jednak jej oczy nawet na chwile nie przestały patrzeć na zwierzę. Gdy był już bardzo blisko skoczył na swą ofiar. Wtedy Liv odchyliła się jakby chciałaby wilk przez nią przeskoczył, ale jej ręce owinęły się mocno dookoła jego szyi. Trzymała mocno. Zwierzę skomlało i się wyrywało, ale ona nie puszczała. Mijały minuty a Liv stała nieruchomo dusząc Meg

— Ja mogę tak i tydzień. Nieprzestane, póki się nie zmienisz — powiedziała spokojnie jakby mówiła do kamienia.

Trwało to jeszcze chwile, ale zwierzę zaczynało się uspokajać i w końcu w jej uścisku stała kobieta

— Jesteś pewna, że masz dość — zapytała znudzona. Meg kiwnęła głową. Liv ja wypuściła.

— Myślę, że lepiej będzie jak naprawdę dasz sobie spokój — powiedziała jej prosto w oczy a siła, jaką od niej biła pchnęła Meg o dwa kroki w tył. Kobieta pozbierała swoje rzeczy i odjechała masując się po szyi. Liv patrzyła na oddalający się samochód. Odwróciła się i ruszyła do domu. W drzwiach stał Shane wpatrzony w nią. Jego spojrzenie jednak było czyste i pełne miłości

— To znaczy, że nie mogę mieć kochanki? — spytał udając rozczarowanie.

Przyjęcie

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 52.41