E-book
6.83
drukowana A5
42.67
drukowana A5
Kolorowa
70.89
Sekrety białej walizki

Bezpłatny fragment - Sekrety białej walizki

Opowieść prawdziwa


5
Objętość:
279 str.
ISBN:
978-83-8155-080-2
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 42.67
drukowana A5
Kolorowa
za 70.89

Biała walizka

Zwykle ciekawe opowieści o latach minionych wyczytać można na kartach historii. Są tam poukładane pod daty, mają kontekst i komentarz. Relacje tak przecedzone i dopracowane rzadko opisują uwarunkowania, a jeszcze rzadziej wszystkie wątki zdarzeń osobistych dawno już zapomnianych. W kolejnych dekadach nowego, dwudziestego pierwszego, wieku technologia umożliwiła zapisywanie w internetowej chmurze nieskończonej ilości informacji i opisów, w tym pamiętników i blogów. To będzie gratka dla przyszłych badaczy tego ludzkiego mrowiska. Inaczej było pół wieku przedtem i jeszcze wcześniej. Tamci ludzie korespondencje słali w wersji papierowej, ulotną pamięć utrwalali w pamiętnikach. Nie było chmury, były skrytki i stare walizki trafiające po latach wraz ze zmianą pokolenia na strych lub częściej na spalenie. Ta biała walizka miała szczęście trafić na stragan bazarowy, zawierała w sobie sekret jak duszę materii nieożywionej. Zestarzeć musiała się po latach nie mniej niż jej właściciel, stała się już nieprzydatna, skoro ktoś wystawił ją na sprzedaż bazarową za cenę pęczka zielonej pietruszki. Takie rekwizyty traktowane jak rupiecie nie mają zwykle szczęścia i szans na drugie życie, mało kiedy też nadają się do zagospodarowania użytkowego, to zawsze niosą w sobie jakąś historię. Ta porzucona biała stara walizka miała swoje sekrety. Będzie to opowieść autentyczna, zaczerpnięta z kartek ukrytych pod dnem porzuconej walizki. Autor cytuje zapisane tam słowa po odsianiu wątków nie nadających się do publikacji, zachowując umiar i dyskrecję. Tylko narracja wprowadzona przez autora będzie ubarwiać historię, dopełniać pominięty kontekst i okoliczności opisane w znalezionym tam też niekompletnym pamiętniku. Tak jak zwykle pamiętniki są recenzowane przez ich twórcę, tak też ten zawierał liczne ślady wydartych kartek. Wtedy wątki gubiły się, traciły wyrazistość. Chcąc dopełnić opowieść i spiąć ją w jedną fabułę, autor z wyobraźni, niekiedy na podstawie własnej obserwacji, snuje narrację dopasowaną do zastanych wątków. Czytelnikowi należy doradzić, by historię tę czytał z przymrużeniem oka, nie szukał podobieństw.

Pamiętnik białej walizki

Dla bohatera tej opowieści, tak jak dla każdego czytelnika, raz tylko w historii świata był taki rok. Trzysta lat po tym, jak sienkiewiczowska kometa pojawiła się na niebie zwiastując zarazę, jaka wtedy miała paść na kraj. Wtedy szarańcza wyległa na dzikie pola, a niedługo granice Rzeczpospolitej nawiedziły klęski wojen. Gdy na niebie pojawiła się druga kometa bohater tej opowieści wkroczył w świat żywych ludzi i otworzywszy szeroko swoje oczy, nawet ich nie przecierając, wykrzyczał podobno swoje ego. Od razu zauważył umykający ogon komety. Już wtedy wiedział podświadomie, że trzeba było podczepić się pod jej warkocz, tak aby wędrując przez wszechświat odkryć w tej drodze samemu jego tajemnicę bezkresu świata, nawet wyciągnął podobno ręce ku niebu i wrzasnął donośnie. Nie zdążył. Podobno zaraz przyssał się do piersi, a potem zasnął. Ten wybór odcisnął się później na jego ścieżce życiowej wzdłuż linii daty. Ciekawość nieskończenia i beznadziei dociekań ludzkich w tej złudnej materii przesłoniły mu owe pierwsze smaki, a później warkoczyki, które nie sposób rozczesać do końca, wtedy tajemnicze dla niego jak ten wszechświat. Czasy były jeszcze niespokojne. Ludzie lizali powojenne rany, a już nowe wiatry historii pustoszyły dotychczasowy porządek w całej krainie, gdzie przyszło mu przyjść na świat. Na szczęście wiały górnolotnie, to też omijały rubieże, oszczędzały małych jak on, wszystkich, którzy mieli nowy porządek świata w niepoważaniu i nie dali się sprowokować ułudą szczęśliwości powszechnej, jaka miała być przywiana tymi wiatrami od wschodu. To był jego mały świat. W pamięci zatarły się chwile i obrazy, pozostał sentyment jaki towarzyszy każdej młodości. Gdy nauczyli go pisać założył swój osobisty dziennik podróży przez życie, rodzaj pamiętnika, na kartach którego spisywał swoje spostrzeżenia i przemyślenia, często wklejał wycinki z gazet. Nie wszystkie strony zachowały się. Wydarte kartki skryły na zawsze tajemnice, z których prawdopodobnie po latach nie był zadowolony. Znikły też opisy z wątkami osobistymi, zbyt śmiałe w narracji. Czytając strony wydawało się, że naprowadzają na trop, który zaraz potem ginie w grzbiecie wydartej kartki. W tej opowieści autor starał się zrekonstruować te ukryte wątki nie wnikając w szczegóły zapisu tak, aby uszanować decyzję walizkowego pamiętnikarza o ich wymazaniu z pamięci już na zawsze. Dopełnieniem zdarzeń mogą być zachowane w całości listy jakie otrzymywał nasz bohater od poznanych wówczas osób, z którymi nawiązał korespondencję. Ukrył je pod dnem, za podszewką starej białej walizki, a potem najwyraźniej o nich zapomniał.

Był początek drugiej połowy dwudziestego wieku. Drogą z miasta łączącego się z niewielką osadą, poprzez rozproszoną zabudowę, wzdłuż gęsto rozwidlających się dróżek brukowanych kamieniem łupanym dochodziło się do krzyża przydrożnego. Stał na ostrym łuku drogi głównej. Wysoki, drewniany, poczerniały ze starości, ogrodzony płotkiem też drewnianym. W ogródku, wykrojonym przez to stare ogrodzenie, zawsze rosły lub leżały w pękach świeże kwiaty. Przechodnie bogobojnie wykonywali znak krzyża na swoim ciele mijając ten relikt. Kto go postawił i w jakiej intencji nikt z żyjących nie pamiętał. Przez cały rok stał prawie samotnie, bo tylko stare kobiety z sąsiedztwa, klęcząc przy płocie, modliły się tu pod wieczór. Zawsze kilka sylwetek w skupieniu zagłębiało się w swoich myślach, w grupie, a jednak samotnie. Poczucie należnego szacunku do miejsca nakazywało takie właśnie zachowanie, tym mocniej im owe wiatry wschodnie nabierały na sile. Miejsce ożywało w teatralnej scenerii dopiero w maju, przez wszystkie lata od tak dawna jak pamięć sięga. Wtedy, gdy wiosna już była w pełni, gdy wszędzie po zimowej szarudze świat zazielenił się i rozpoczął intensywnie rozkwitać na biało i kolorowo, miejscowe kobiety i dziewczyny stroiły ogródek jak ołtarz w kościele. W majowe wieczory zapalały najpierw żywe, a później elektryczne oświetlenie. Odtąd, przez cały miesiąc miejsce przy krzyżu, na łuku drogi głównej, stawało się centrum spotkań, modlitw, śpiewu pieśni religijnych. Nie zawsze treść dostosowana była do pory. Słyszało się grubo po zmroku wyśpiewywane zwrotki — kiedy ranne wstają zorze -, co wywoływało radość wśród zbuntowanych podlotków. Przed nocą wszystko cichło, gasło, a świat pogrążał się w spoczynku. Tylko miejscowe psy głośno ujadały bez powodu, robiąc sobie najwyraźniej rozrywkę ze szczekania. Wzdłuż drogi gęsto rozlokowały się liczne domy z dużymi podwórkami. Wszystkie swoimi oknami patrzały na gąszcz uliczek odchodzących od drogi głównej, plączących się gdzieś w cieniu zabudowy, to znów splatających się w kolejny i następny trakt zaznaczony na mapie cienką kreską. Na rozwidleniu tej osady przycupnął parterowy dworek, a tuż obok w dużym ogrodzie drugi, wielokrotnie większy w planie, również parterowy. Najwyraźniej ich właściciele celowo zignorowali ład przestrzenny okolicznej zabudowy. Zbudowali sobie małą wioskę, siedlisko na skraju wiekowego, szarego miasta, sięgającego historią i dziejami w początek trzynastego wieku. Z okien kamienic te dwa miejsca, ogrodzone drewnianym płotem, wyglądały jak skansen, chociaż były młodsze od domów murowanych wokoło. Miał to być zwiastun nadchodzących nowych czasów i trendów urbanistycznych lub przejaw protestu gospodarzy przeciw powszechnie i masowo budowanym klatkom dla ludzi, nazywanych mieszkaniami. Mniejszy dworek nie dość, że inny niż wszystkie pozostałe, to jeszcze zbudowany z poziomo ułożonych grubych drzew sosnowych, okrojonych na kwadrat sprawną ręką cieśli, przy użyciu szerokiej siekiery. Dach był również drewniany z gonta sosnowego, łupanego siekierą z okrągłych pni przyciętych na wymiar, a później ręcznie drążonych we wręby na połączenia. Zanim taka konstrukcja została obudowana powłoką papierowo — gipsową od środka i boazerią jodłową od zewnątrz, pachniała świeżym lasem sosnowym i żywicą przez długie lata. W gąszczu okolicznej, szarej, zabudowy ten budynek wyglądał jak domek z kart na stole kuchennym. Tam mieszkał On wraz z rodziną w latach szczenięcych. Dom był przedwojenny, ale w latach jego młodości nowy i ciepły, zarówno pod względem termicznym, jak też rodzinnym. Wejście główne posiadało mały ganek, zadaszony, bez ścian bocznych. Nie był to tradycyjny wiatrołap, jakie budowano na wejściach do kamienic, lecz prosty i estetyczny deszczochron, rodzaj parasola z drewnianym poszyciem. Po bokach tego ganku były dwie ławeczki też drewniane, zwyczajne, z desek heblowanych zbitych gwoździami kutymi u kowala, a przy ścianie domu wejście do spiżarki, w której była też głęboka studnia przykryta drewnianym wiekiem na kutych zawiasach. Każdy dzień zaczynał się tak samo. Ojca już dawno w domu nie było, bo skoro świt wyruszał do sąsiedniego miasta, do pracy. Wcześniej na rowerze przemierzał kilkanaście kilometrów w każdą stronę, a gdy cywilizacja zaczęła docierać w to miejsce, wygodnie jeździł autobusem. Latem taka wyprawa była prawdziwym relaksem, wycieczką krajoznawczą. Autobus mknął wąską drogą, dwukierunkową, wiodącą licznymi zakrętami przez rozproszoną zabudowę sąsiednich miejscowości, później przez gęsty las sosnowy, a gdy las się kończył, znowu pojawiały się pojedyncze, jeszcze drewniane domy i całe osady. Nie ma chyba nic przyjemniejszego jak oglądanie przez okno umykającego krajobrazu i ludzi mocujących się od świtu ze swoją niedolą. Tak widziany świat był kolorowy i żywy. Niby uczestniczyło się w tym wszystkim, to jednak było to uczestnictwo bierne, wygodne. Trudniej było zimą, gdy niespodziewanie autobus ugrzązł w świeżej zaspie i resztę podróży trzeba było odbyć pieszo. Wtedy role odwracały się. Widać było jak za framugami małych okienek w mijanych domostwach poruszały się dyskretnie firanki. Teraz widowisko mieli mieszkańcy domów rozłożonych wzdłuż drogi, którą mknął autobus. Podziwiali zapał, z jakim pasażerowie unieruchomionego autobusu przedzierają się przez zawianą drogę, aby po kilku godzinach pieszej wędrówki dotrzeć na miejsce. Wyglądali jak stado kuropatw maszerujących po białych śnieżnych bezdrożach w poszukiwaniu jakiegoś celu tej wędrówki. Nie wiadomo komu widok sprawiał więcej radości. Mówi się słusznie, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i niech to będzie rozstrzygnięciem. Jego mały świat poza domem to były okoliczne pagórki zimą, a przydomowe boisko latem, tam zawsze znajomi rówieśnicy w coś grali. Niby niewinne zabawy, a samo życie już od skorupki. Gdy gra w piłkę zmęczyła graczy, drużyna wygrana miała przywilej schowania się w jakiejś kryjówce, a przegrani musieli wszystkich odnaleźć. Chować trzeba było się parami, a dobór pochodził z losowania. Na trop naprowadzały pozostawione znaki, najczęściej strzałki rysowane kredą na murach lub patykiem na ziemi. Zdarzało się, że do późna nie dało się odnaleźć tych, którzy schowali się w parze, chłopak i dziewczyna. Nic dziwnego. Ten rodzaj zabawy wymyślili starsi i oszukując przy losowaniu korzystali z okazji randki w ukryciu. Raz zdarzyło się, że On musiał schować się z panną już niemal dorosłą, bo wyraźnie ukształtowaną. Znała dobre kryjówki, najczęściej była ostatnia, którą pozostali wytropili. Nic nie podejrzewając zaszył się z tą panną na poddaszu starej piwnicy, gdzieś na skraju osady, za rzeką. Miejsce było wyścielone suchym sianem i słomą, na wystających z żerdzi gwoździach wisiały wycinki z kolorowych gazet. Od razu zorientował się, że to miejsce jego partnerka odwiedzała często, były to jej rewiry. Siedzieli po ciemku do późnych godzin, aż smuga światła odbitego przez księżyc, wpadająca przez boczne drzwiczki z desek, zaczęła rozświetlać tę kryjówkę. Z mroku w tym świetle wyłoniła się przed nim siedząca postać towarzyszki. Nie wiedział co ma robić z tym widokiem, próbował uciec zawstydzony. Nikt ich nie znalazł, więc znudzeni wyszli z kryjówki sami i poszli do domu. Zanim się rozeszli pierwszy raz w życiu dziewczyna pocałowała go w policzek i był to inny pocałunek niż od mamy na dobranoc. Czerwienił się jeszcze długo, chyba nawet wtedy, gdy już zasypiał w domu z głową przepełnioną myślami i wspomnieniami z pierwszej, dziecięcej przecież randki. Długie i gorące lato dla młodych kończyło się gwałtownie i niezbyt ciekawie w ich odczuciu. Jeszcze słońce przypiekało, zachęcając do relaksu na łonie natury, a już trzeba było układać w tornistrach książki, zeszyty, strugać ołówki. Tak się układa, że wtedy wszyscy mają do szkoły pod górkę. Co rano grupki objuczonych młodzianów, jak maruderzy, krok za krokiem zmierzali w jednym kierunku, do szkoły. Tam raczej nie było widać radości. Każdy dorosły pamięta mordęgę serwowaną przez szkolnych nauczycieli, a po lekcjach niezliczoną ilość zadań domowych. Każdy uczący uważał chyba, że jego przedmiot jest najważniejszy i każdy młodzian powinien nauczyć się wiedzy w konkretnym temacie na blachę. Niektórzy wierzyli i uczyli się, byli prymusami. Inni raczej traktowali wymagania z przymrużeniem oka, uczyli się tyle ile musieli, a i tak stres był ogromny. Za to koniec lekcji był zawsze jak wybawienie. Teraz maruderzy byli sprinterami, wracali radośni i rozbrykani. To przykład czym jest wolność, gdy można z niej skorzystać. Dorośli wymyślili i wciąż doskonalą programy edukacyjne, mające za cel rozwój człowieka, a ściślej przekształcić dziecko w dorosłego, obarczonego licznymi kłopotami naraz, celowo spętanego niewolniczo nakazami i zakazami, przymuszonego do płacenia za cywilizację, w którą został mimowolnie wplątany. Na początku każdy podąża tą drogą z zapałem, jedni z większym inni mniejszym, lecz zawsze dążą w jednym kierunku. Po latach doświadczeń niejeden zawróciłby z tej drogi, aby skryć się w świecie dziecięcym, zamieszkać w drewnianym starym domku z wielkim ogrodem, ogrodzonym szczelnie płotem drewnianym, chociażby w środku murowanego miasta, lecz jest to prawie niemożliwe. Gdy tylko nauczy się biegle mówić, jeszcze słaby i bezradny, a już wkracza w świat dorosłych. Zaczyna się niewinnie, od nauki pisania, liczenia, a później coraz więcej i więcej. Nawet nie zauważy kiedy stanie się trybikiem wiecznej maszyny, nazywanej społeczeństwem. Tak jak w szkole przechodzi automatycznie z klasy do klasy, w życiu również ma taką szansę, lecz nie dzieje się to tak prosto. Wielu pozostanie w klasie najniższej, będzie traktowana jak przedmiot lub maszyna, naukowo siła wytwórcza. Tylko świadomość i rozum nie zatrzymują się w tym samym miejscu, prą do przodu, do lepszego bytu, mają marzenia, których nigdy nie da się spełnić. Spełnienie marzeń to przywilej nielicznych, lokujących się w wyższej klasie. Dla maruderów pozostają marzenia i wiara, która tłumaczy na swój sposób sprawiedliwy koniec w innym świecie, tym równoległym, niewidzialnym, nie istniejącym realnie. Wierzyć też trzeba umieć, trzeba się wiary nauczyć. Po lekcjach rzucało się ciężki tornister w kąt domu i biegło do kościoła na lekcję religii, tam gdzie leczyło się rany na ciele i duszy. To dawało nadzieję, koiło ból i niosło w końcu wybaczenie. Było to jedyne miejsce, gdzie wszyscy chodzili bez przymusu, ale tylko wtedy, gdy w kościele nie odbywały się nabożeństwa. Wtedy ta świątynia wydawała się pusta i przeogromna tą pustką. Była wzniesiona w dwunastym wieku, to jest tak dawno, że nawet nikt nie spierał się, czy data była prawdziwa. Murowana z kamienia, posiadała ściany grubsze niż wzrost małego człowieka, sklepienia łukowe, olbrzymie słupy i kolumny. Sufity, ściany i ołtarze malowane, wydawało się od zawsze w tej samej niebiańsko złotej tonacji, dziwne, że nie zbrudzonej sadzą od dymu wiecznie palących się świec. Kościół stał na pagórku skąd rozciągała się panorama zabudowy. Za nią bezkres pól i łąk zielonych uciekających w górę jakby do nieba, a tam horyzont zamykał las wiecznie zielony. Pagórek w tej panoramie wydawał się nazbyt wysoki, ale trzeba było pokonać sto dwadzieścia jeden schodów szerokich, aby dotrzeć na dziedziniec kościelny ogrodzony grubym murem z kamienia, sięgającym pod brodę dzieciaka. Każdy pojedynczy szeroki schodek podobno symbolizował dziesięciolecie, a ich iloczyn wskazywał na rok wzniesienia kościoła. Przed wejściem była brama, w niej dzwonnica i dwa ogromne dzwony na grubych belkach drewnianych. Serca tych dzwonów spętane były powrozami, na których co wieczór podwieszał się chudy kościelny i wygrywał odwieczną melodię bim bam. Gdyby nie było Częstochowy, Szwedzi musieliby oblegać ten kościół, aby Kmicic miał gdzie wysadzić ich kolubrynę. Na brukowanym dziedzińcu głośno i gwarno było tylko w niedziele i święta. W dni powszednie tylko jakiś zakonnik przemknął skulony od drzwi wschodnich do zachodnich, tak jakby robił obchód. Ludzie przemieszczali krótki trakt od dzwonnicy i nikli w przepastnym wnętrzu, gdzie było kilka ołtarzy ukrytych we wnękach, zawsze zamkniętych wysoko dużym łukowym oknem witrażowym. Okna nie miał tylko ołtarz główny. Był ogromny, bogato rzeźbiony w figury ponad naturalnej wielkości, przesadnie zdobiony. Na co dzień ten ołtarz był zasłonięty zasuwą z wizerunkiem archanioła. Podczas nabożeństw kościelny, przy użyciu korby, odsłaniał ołtarz, a wtedy wyłaniał się wizerunek madonny, malowany chyba na desce i przystrojony złotymi wotami sprzed lat i wieków. Nawet niedowiarki klękali na kolana i zauroczeni okazywali szacunek, jeżeli nie do wiary, to do kultury sprzed wieków. Wizerunek postaci uznawany przez wieki, lecz bywa bardziej mityczny, niż historyczny. Matka Boża z portretu pośmiertnego trzyma swoje narodzone niepokalanie dziecko, Jezusa. Rodząc była nastolatką, umierając starą kobietą jak na obrazie, ale kto to pamięta. Nie zawsze nauka karciła za lenistwo niewinnych. Bywały dni wesołe i słoneczne, pełne zabawy i chęci nauki. Z każdym dniem w świat dziecięcy wkraczała nowa rzeczywistość odkryta dużo wcześniej przez pokolenia dorosłych. Razem z ciałem rosła świadomość i wiedza, ujawniały się nowe talenty i zainteresowania. Jeszcze mali ludzie, a już wiedzieli kim chcą być w życiu dorosłym. Rozrzut zainteresowań był tak duży, że można by jedną klasą obsadzić wszystkie zawody. Ktoś to odkrył bardzo dawno i może dlatego co godzinę była inna lekcja. Wszyscy uczyli się co godzinę czegoś zupełnie innego, wszystkiego po trochu. Na tym etapie poznawali świat, uczyli się otaczającej ich cywilizacji. Na specjalizację, szukanie zawodu będą mieli czas trochę później i jeśli dobrze wybiorą, będą szczęśliwi, a gdy pomylą się, będą już błądzili zawsze. Na szczęście rzadko się zdarza, by dziecięce plany się zmaterializowały. Odszukani po latach są zupełnie kimś innym niż być chcieli we wczesnej, dziecięcej młodości. Tylko nauka wiary przetrwała niezmieniona przez całe życie i pokolenia. W murach kościoła zawsze było chłodno. Nawet w upalne dni trzeba było mieć coś ciepłego do narzucenia na siebie, aby nie zmarznąć. Ksiądz ubierał się w długą sutannę, okrytą komżami i ornatami. Wokoło kościelny rozpalał duże świece, które robiły wrażenie ciepła w pobliżu ołtarza. Tam, przy niskiej drewnianej przegrodzie ustawionej wprost na drugim od dołu schodku, klęczał zawsze w rzędzie kwiat cnotliwej, porządbej młodzieży lub niewinnych dzieci. Pozostali grzesznicy siedzieli w szerokich ławach z klęcznikami, ustawionych wzdłuż długiego dojścia do ołtarza, przy ścianach bocznych. W głębi, na wszystkie strony świata ławy rozwidlały się i były ustawione w kierunku bocznych ołtarzy. Tam modliły się w skupieniu dewotki i bardziej pobożni, zawsze w jakiejś intencji. W ławach środkowych siedziały matrony w wielkich kapeluszach i w chustach z frędzlami, gdzieniegdzie z rodzinami. Starszyzna męska zwykle siedziała na skromnych ławach, na końcu kościoła, pod balkonem chóru lub gnieździła się na stojąco w środkowym przejściu do ołtarza. Ten sektor narażony był najbardziej na częste zmiany pozycji ciała inicjowane przez księdza odprawiającego mszę. Niezbyt zabawnie to wyglądało i musiało być męczące, gdy na gest, jakby na komendę, ludzie stojący w zwartej kupie, na środku kościoła, jednocześnie klękali na jedno kolano, to znów wstawali. Wiadomo, że to był konieczny obrzęd, lecz nikt tego nie wykonywał z radością. Ludzie rzuceni na kolana klękali w błoto, które sami nanieśli na posadzki, brudzili się nawzajem butami. Odpoczywali na stojąco śpiewając chóralnie święte teksty. W takim zgiełku trudno było o skupienie i powagę. Wielu trącało się i witało, jakby tu właśnie mieli okazję spotkać się raz w tygodniu. Wygodnie było modlić się w ustawionych ławkach. Ruchy związane z przyklękaniem były mało widoczne, nie powodowały zamieszanie i zgiełku. Aby takie miejsce zdobyć trzeba było przyjść dużo wcześniej, a i tak miejsce to nie było pewne. Gdy w ławach usiadł wygodnie ktoś młodszy, zaraz obok stanęła jakaś osoba starsza i trzeba było ustąpić jej miejsca. Z tego powodu ludzie młodzi ustawiali się zawsze pod ścianami bocznymi, za drzwiami lub pod murem kościoła na dziedzińcu. Obowiązek bycia w kościele został spełniony, a nikomu nie zawadzało się w tym miejscu. Proboszcz denerwował się z powodu takiego uczestnictwa, bo niewiele rozumiał. Nie chciał zrozumieć, że młodzi byli w takich miejscach dyskryminowani. Dobrze byli odbierani przez starszyznę, gdy klęczeli na twardej posadzce przed ołtarzem lub gdy stali stłoczeni na środku, w przejściu. Jeżeli nawet taki zasłabł i przysiadł na chwilę, większość podstarzałych par oczu z pogardą spoglądało w jego kierunku. Przy bocznej ścianie kościoła, pod samym ołtarzem były zamontowane po cztery rzędy ozdobnych ławek z klęcznikami. Tam w starych wiekach siadały rodziny dziedzica, teraz miejscowi fundatorzy zaprzyjaźnieni z proboszczem. Tam też siadały całe rodziny, starsi i dzieci, często bogate panny ze swoimi kawalerami. Wyglądały jak Oleńka z Kmicicem w ostatnim rozdziale Potopu. Nawet czapy nosiły podobne, futrzane zimą i jedwabne latem. Ten rewir był w istocie najlepszy w całym kościele, nic więc dziwnego, że był zarezerwowany dla uprzywilejowanych. Było tu najcieplej i najjaśniej od dziesiątek zapalonych gromnic, a zgromadzenie kościelne mogło obserwować wyszukane, drogie stroje i zachowania tam zgromadzonej elity. Nikogo nie dziwiło usadawianie się tam panien z dobrego domu, lecz co tam robiły chłopaki, niektórym nie dawało spokoju. Tacy nie mieli raczej kolegów wśród plebejstwa, nie palili, nie pili. Od dziecka byli inni, spowszednieli chyba dopiero, gdy zaczęli żyć na własny rachunek, wtedy gdy życie ustawiło ich w jednym szeregu z pozostałymi. Tak jak niemal w każdym kościele, po przeciwnej stronie ołtarza głównego był chór z dużym balkonem. Tam wstęp miały tylko osoby obdarzone słowiczym głosem i dobrym słuchem. Stary organista wygrywał na jeszcze starszych organach swoje uwertury kościelne, a chór mieszany wypełniał wnętrze koncertem. Porwani uczestnicy mszy łapiąc echo próbowali nadążyć za słowami melodii. To była chwila, dla której warto było wejść do środka kościoła. Nie wiadomo co mocniej gnało ludzi w to miejsce, ich silna wiara, czy chęć uczestniczenia w tym wydarzeniu obrzędowo kulturalnym. Nawet osoby pozbawione całkowicie słuchu i talentu muzycznego, takie które nie odważyłyby się zaśpiewać w trzeźwości umysłu, tu nuciły chóralne pieśni. Takiej melodii nie dało się zafałszować, bo moc niesionego po kościele głosu zabijała każdą fałszywą nutę. Akustyka była tak dobrana, że głos niósł się z chóru po uszach ludzi, a później przyciszony jakby na strunach głosowych nikł gdzieś pod bardzo wysokim łukowym stropem. Ludzie zadzierali głowy, patrzyli w ten sufit, to znów w kierunku chóru, szukając niknącej muzyki. Tam ich oczom ukazywały się odwieczne freski, wizerunki świętych przy swoich czynnościach pasterskich. Nawet ksiądz często dawał się porwać temu urokowi, bo przerywał modlitwę i odwrócony twarzą do ludzi unosił wzrok ku niebu. Takie chwile łączyły ludzi w wierze o wiele mocniej, niż wprowadzona później formuła w stylu -przekażcie sobie znak pokoju. Po takim wezwaniu wokoło robił się harmider i rozproszenie uwagi. Ludzie obcy, nie wiadomo czy zdrowi, podawali sobie ręce w geście powitania. Ta obrzydliwość była chyba gorsza od klękania we własne błotko na posadzce kościoła, bo bardziej przezorni ustawiali się samotnie, z daleka od osób, z którymi nie mieli ochoty przywitać się uściskiem dłoni. Inaczej było poza wnętrzami kościelnymi, lecz wciąż w kościele, pod murami dziedzińca. Tu w mszy uczestniczyła kawalerka, młodzież męska w wieku szkolnym. Rodzice byli przeciwni takiej modlitwie i robili w domu awantury, lecz młody ksiądz, zawodowy nauczyciel religii, akceptował zachowania młodzieży. Z czasem ustawił na fasadzie dzwonnicy głośniki czyniąc z tego miejsca równoprawny kościół. Mówił zawsze, że kościół jest w tobie, a nie tylko na posadzce kościelnej. Tam pod kościołem uczestnictwo było swobodniejsze niż w środku. Wtedy, gdy nic szczególnego się nie działo można było porozmawiać swobodnie, a kto miał taką potrzebę pomodlić się dyskretnie. Gdy kończyła się msza uczestnicy z dziedzińca ustawiali się w szpaler przy kamiennych poręczach stu dwudziestu jeden schodów wiodących na wzgórze kościelne, a ci dla których schodów zabrakło na placyku poniżej i stali tam tak długo, aż wszyscy wyjdą już z kościoła. Ten obyczaj paradny utrwalał się od pokoleń i miał swoje uzasadnienie. Można było dokonać przeglądu miejscowych panien, zauważyć jak dorastają i pięknieją od święta. Te z kolei wiedząc, że uczestniczą w takiej paradzie, prześcigały się w strojach, fryzurach i uśmiechach. Od święta były inne niż na co dzień, inne niż w szkole, w sklepie, po prostu inne niż na ulicy. Obyczaj tak się mocno przyjął, że niektóre, już zamężne, również paradowały jak panienki, jakby wyszły na pokaz urody mający zwabić amanta. Taki pokaz uświadamiał, że nie ma brzydkich panien, jeżeli te o siebie zadbają i to był pozytywny element parady. W ten sposób nawet brzydkie kaczątka znajdowały swojego księcia, a że były bardziej zdesperowane i nie grymasiły przy zalotach, pierwsze zazwyczaj zakładały rodziny. On zawsze chował się za plecami brata, gdy nadchodziła wyrośnięta już jego towarzyszka z zabawy w chowanego. Wiedział, że szukała go wzrokiem nawet wtedy, gdy była już zamężna. Widocznie ten rodzaj zabawy pozostaje w pamięci na długo i rodzi jakieś tęsknoty. On również patrząc na nią, nawet przesadnie ubraną, miał w pamięci widok istoty skulonej w coraz bledszym świetle. Wtedy, gdy koledzy obnosili się z lusterkami oklejonymi na rewersie aktorką, on taki obrazek miał zakodowany w pamięci. Na szczęście z upływem czasu widok był coraz słabszy, zacierał się i zmuszał do szukania nowych doświadczeń. Wiedział, że jeżeli kiedyś wyruszy w podróż w czasie, w poszukiwaniu wspomnień, najpierw pójdzie tą ścieżką, wiodącą na szeroką drogę lat dziecięcych.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 42.67
drukowana A5
Kolorowa
za 70.89