E-book
27.3
drukowana A5
59.9
drukowana A5
Kolorowa
84.22
Samos mój EDEN

Bezpłatny fragment - Samos mój EDEN

Bardzo osobisty przewodnik


Objętość:
260 str.
ISBN:
978-83-8126-828-8
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 59.9
drukowana A5
Kolorowa
za 84.22

Dziękuję…

Panajotisowi Chadżidakis za pokazanie mi piękna tej wyspy.

Marii z Rodziną za wsparcie i przyjaźń na Samos, za to, że zawsze mogę na WAS liczyć, a także, że staliście się moją grecką Rodziną.


Andrzejowi i Marcinowi dziękując za zrozumienie i cierpliwość przy pisaniu.

Moja droga na Samos

Trudne początki

Maj 2016

Moja przygoda z Samos właśnie się rozpoczyna, jest dokładnie — w powijakach, ale już wiem, że chcę tam mieszkać, uprawiać ogród, cieszyć się tamtejszym życiem i klimatem

Coś mnie ciągnie do Samos, sama nie wiem, co…

Kiedy byłam tam po raz pierwszy rok temu, już wówczas przemknęło mi przez głowę, czy aby nie chcę tam zamieszkać? Zaraz jednak odgoniłam tę myśl, uznając ją za całkowicie bezsensowną, mieszkam bowiem zaledwie kilka mil morskich od Samos, na lądzie, po drugiej stronie granicy, w Kuşadası w Turcji…

A jednak, myśl pojawiła się i zakiełkowała. Wypuściła korzonki i niczym nie zmącona rozwijała się, wypuściła już swoje listki, a teraz … zakwitła, zaś owoc, jakim będzie przeprowadzka na Samos w szybkim tempie dojrzewa.

Ja siebie już TAM widzę, w otoczeniu gajów oliwnych, z karafką schłodzonego wina greckiego w ręce, siedzącą i czytającą książkę w swoim ogrodzie, którego jeszcze nie mam. Ale będę mieć i to już wkrótce. Za kilka dni bowiem płynę na Samos, gdzie będę szukać domu dla nas.

Tak, jestem zdecydowana zostawić wszystko w Turcji, mieszkanie, przyjaciół czy tureckie obyczaje. Coś we mnie się zmieniło i nie potrafię już myśleć pozytywnie o tym kraju — Turcji. Wszystko mnie irytuje, polityka — kiedy zaczynałam tutaj mieszkać 6 lat temu, był to kraj bardzo przyjazny dla obcokrajowców, teraz to się na moich oczach zmienia. Kiedyś, otrzymanie pobytu stałego w Turcji było zwykłą formalnością. Wystarczyło mieć własne lub wynajęte mieszkanie, kilka tysięcy euro w banku na życie — i po sprawie. Mało tego, dostawało się taki dokument na 5 lat. Potem skrócono ten dystans do lat 3, obecnie — do roku, zaś formalności, by go otrzymać spędzają sen z powiek każdemu cudzoziemcowi.

Długo zastanawialiśmy się z mężem, gdzie wyjedziemy z Kuşadası, jeśli sytuacja stanie się tutaj nie do zniesienia. Pod uwagę braliśmy Wyspy Kanaryjskie, Hiszpanię, ba! nawet Filipiny! a tymczasem wybór padł na Samos… Życie zaskakuje. Wybór padł na wyspę, którą widzimy z naszego tureckiego okna, nawet nie na Rodos, Kretę czy Santorini. Pochłonęła nas dzikość, zieleń i piękno Samos, wyspy gdzie narodziła się Hera i Pitagoras.


Nieco później…

Koniec maja

Nowa era w życiu nadchodzi wielkimi krokami. Właśnie kupiłam bilet na Samos, jadę tam już za 5 dni. Będę szukać tam jakiegoś domku z ogródkiem… Do remontu oczywiście, bo uwielbiam remonty — tak tak, tacy ludzie też istnieją. No i taki stary dom ma duszę, ktoś tam mieszkał wcześniej, kochał, gotował, marzył i cierpiał, może nawet umarł. To wszystko ma swój klimat, własną energię, która albo nam sprzyja, albo nie.

Absolutnie najważniejszy jest dla mnie ogród. Przez 6 lat mieszkania bez kawałka zieleni — mieszkamy w apartamentowcu — tęsknię za własnymi kwiatkami, różami kwitnącymi w tym klimacie przez okrągły rok, marzę też o własnej bugenwilli w ogródku, do tego oczywiście muszą być drzewa owocowe — mandarynka, kaki, cytryny na lemoniadę. Przydałaby się także oliwka, ale te rosną bardzo długo — dają owoce dopiero po 20 latach, więc mogę nie dożyć. Jakie są ceny nieruchomości na Samos — nie mam większego pojęcia. Niby jest kilka biur pośrednictwa nieruchomości, niby sprawdziłam tam ceny, nawet wysłałam kilka e-maili do nich, ale… z greckim stoicyzmem czekam. Tam chyba czas nie istnieje w ogóle.

Zatem nie wiem, co kupię — czy to będzie dom, rudera, czy po prostu działka. Chciałabym, żeby to „coś” miało piękny widok. Wymarzyłam sobie widok na stary monastyr i gaje oliwne, a w oddali Morze Egejskie. I wiem, że to się spełni. Już wkrótce, już za momencik.

I o wszystkim Wam tutaj opowiadam, pamiętajcie — marzenia się spełniają.

Bratnia dusza na Samos

Nazywa się Panajotis, w skrócie mówię na niego Pana, gdyż to jest zdrobnienie jego imienia.

Kim jest Pana? Ojcem mojego kolegi, Turka, poznałam go w 2015 roku latem, kiedy to Mehmet (mój kolega) powiedział, że chce zapewnić swojemu tacie wyjątkowe imieniny i przyjeżdżają do mnie, do Kuşadası. Pana jest Grekiem, a w Grecji — wyobraźcie sobie, podobnie, jak w Polsce — też obchodzi się imieniny.

O Panie słyszałam już dużo wcześniej od Mehmeta, od początku mnie trochę fascynował, zanim go jeszcze poznałam. Czy bowiem jest dużo Greków, którzy poślubili Turczynki? I mają z nimi dwoje dzieci, mieszkają na przemian w Grecji, na przemian w Turcji? Przecież te kraje nienawidzą się od stuleci, a wrogością pomiędzy narodami można obdzielić pół Europy. A jednak — miłość nie zna granic ani uprzedzeń, dobrze, że zwyciężyła ponad stereotypami.

Zatem przyjechał do mnie ten dżentelmen wraz ze swoim synem. Wiedziałam o nim, że jest profesorem archeologii, co dla mnie — maniaczki mitologii i historii sztuki było prawdziwą gratką. Zabrałam ich do kilku mniej znanych antycznych miejsc, a także do nowo otwartych muzeów archeologicznych w Selçuku i w Aydın.

Było to fantastyczne przeżycie, gdyż miałam swojego prywatnego przewodnika. Niby większość rzeczy tam znałam, a jednak zawsze można się czegoś nowego dowiedzieć. Pana bowiem widząc starogreckie napisy … natychmiast je tłumaczył, dzięki temu moja wiedza na temat Jonii poszerzyła się w sposób znaczący. Kiedy zaś pojechaliśmy do Magnezji — miasto w Jonii po stronie tureckiej — profesor wręcz rozpływał się w zachwycie tłumacząc nam wszystko.

— Popatrz, tak szła fala trzęsienia ziemi — mówił — a tutaj stała kolumnada, a na kolumnach były posągi. Po lewej stronie pojedyncze, po drugiej — podwójne. I w tym tonie zwiedzaliśmy sobie Jonię…

Były też wspólne dyskusje, kolacje, kieliszek wina etc. Słowem — narodziła się fantastyczna przyjaźń, która trwa nadal i zacieśnia się. To właśnie Pana zaraził mnie wielką miłością do Samos, pokazał mi tę wyspę z zupełnie innej, nieznanej turystom strony. Sam Panajotis nadzoruje prace wykopaliskowe i renowacyjne, ma także tysiące innych obowiązków na sąsiednich wyspach.

Podczas mojej kwietniowej wizyty na Samos zapytałam go, skąd u niego taka pasja do archeologii? Bo to nie tylko nauka, wykształcenie czy praca. To jest serce i miłość. Widać, jak bardzo się cieszy, kiedy może podzielić się swoją wiedzą. Opowiedział mi wówczas ciekawą historię ze swojego dzieciństwa:

 Miałem 6 lat, kiedy rodzicie zabrali mnie pierwszy raz do muzeum archeologicznego w moim rodzinnym mieście, Atenach. Widziałem wówczas różne eksponaty, jednak największe wrażenie zrobiły na mnie amfory, a ściślej — szczątki z tego, co z nich zostało. Powiedziałem wówczas: mamo, jak dorosnę, to chcę być lekarzem dla tych amfor.

I tak, z dziecięcego marzenia stał się światowej sławy archeologiem, a przy okazji — moim Przyjacielem i Przewodnikiem po Samos.

No i znalazłam!

2 czerwca

Mały, z niebieskimi okiennicami, z niewielkim ogródkiem. Niczym domek dla lalek, po prostu „doll house”, w bardzo bliskiej okolicy do Vathy, stolicy wyspy.

Jest to maleństwo, potrzebuje całkowitego remontu, zbudowania ogrodu i legendy, choć tę, pewnie jako stary dom — posiada. Właściciele wyjechali do Stanów i tam już zostaną, a swojej siostrze dali plenipotencję na sprzedaż.

Tuż obok znajduje się niewielka kapliczka, a dwieście metrów dalej monastyr z prawdziwego zdarzenia — jak dotąd — wiecznie zamknięty. Za domem jest wielki platan okalający skwer wiejski, a w pobliżu restauracja — podobno bardzo dobra, sprawdzę, gdy już tam zamieszkam. Zamieszkam na Samos. Jak to brzmi! Prawda, że cudownie?

Teraz czekają mnie formalności związane z zakupem domu, co nie jest łatwe. Wiem, że muszę iść do urzędu skarbowego i wyrobić sobie grecki numer podatkowy, potem założyć konto w banku.

W poniedziałek też pójdę do tutejszego notariusza z prośbą o wyjaśnienie, jak wygląda procedura zakupu nieruchomości przeze mnie, co prawda obywatelkę Unii Europejskiej, ale zawsze — cudzoziemkę.

PS. znalezienie domu wcale nie było łatwe. Jest tutaj mnóstwo nieruchomości porzuconych przez właścicieli, którzy wyjechali w różne części świata, a domy — zwyczajnie porzucili. Albo — nie ma z nimi kontaktu, albo — ze względów sentymentalnych — nie chcą ich sprzedać. Jest jeszcze taka opcja, że właściciele nawet chcą sprzedać, ale jeden mieszka w Australii, drugi w Stanach, a trzeci zmarł i toczy się postępowanie spadkowe.

Zakup domu

21 czerwca

Czekanie jest trudne, zwłaszcza dla osoby tak bardzo niecierpliwej, jak ja. Na co czekam? Na kupno mojego Doll house, który będzie będzie moim greckim gniazdkiem.

Aby członek Unii Europejskiej mógł kupić nieruchomość w Grecji, musi spełnić dwa podstawowe warunki:

1. uzyskać grecki numer podatkowy

2. założyć konto w greckim banku, z którego sfinansuje zakup nieruchomości.

Uzyskanie numeru podatkowego wcale nie jest proste, muszę mieć bowiem „sponsora podatkowego”, czyli osobę, która będzie za mnie ręczyć, że będę płacić wszystkie podatki. Znów z pomocą przyszedł mi mój przyjaciel Pana, który za mnie poręczył — jestem teraz podłączona pod jego numer podatkowy. Jak sobie radzą ludzie, którzy nie mają znajomych Greków — zwyczajnie nie mam pojęcia.

W Urzędzie Skarbowym powiedziano mi, że można poprosić o udostępnienie numeru:

— osobę, która sprzedaje nieruchomość

— biuro pośrednictwa nieruchomości

— księgową/księgowego, którego każdy w Grecji MUSI mieć.

Jak już kupię dom, to wówczas poszukam księgowości i odłączę się od mojego przyjaciela profesora i „doczepię” do księgowości.

W banku wcale nie było dużo prościej: aby założyć konto, potrzebny jest numer podatkowy, paszport — i … własny telefon komórkowy z greckim numerem, ale — dla chcącego, nic trudnego. Konto zostało założone, musiałam napisać specjalne oświadczenie, że jestem właścicielem numeru telefonu — sic! — założyłam nawet konto internetowe — ale niestety, nikt nie chciał mi pomóc je uruchomić. No cóż, zajmę się tym później.

Kolejnym krokiem jest wizyta u notariusza, który przygotowuje kontrakt. Przekazałam mu swój numer podatkowy i kopię paszportu i … czekam.

Na dokumenty. Potrzebna jest aktualna mapka z miejscowego wydziału geodezji, lecz osoba, która może ją podpisać, jest nieobecna teraz w pracy. Kiedy wróci? Nikt nie wie. A bez tego nie można dać jednego nawet pół kroku na przód.

Pozostaje mi tylko czekać.

P.S. W końcu — po tygodniu się doczekałam, notariusz był nieziemski, a w trakcie odczytywania aktu bezustannie rozmawiał przez telefon. Teraz już tylko czekam na wpis do księgi wieczystej — i gotowe!

Pucz

Po kupnie domu wróciłam do siebie, do Kuşadası i umówiłam się z Panajotisem, że przypłynę na Samos 25 lipca, kiedy to wróci ze Stanów Lambros, mój potencjalny kierownik budowy — wg rekomendacji, super świetny fachowiec, remontował muzeum na wyspie.

Czas dłużył mi się nieubłaganie, patrzyłam z utęsknieniem z okien swojego mieszkania w Turcji na nieodległe Samos, marząc o tym, żeby tam być. Pod koniec czerwca przyleciał mój małżonek i zrobiliśmy sobie „skok w bok” na na naszą wyspę, wtedy też on pierwszy raz zobaczył nasz domek dla lalek, dolinę Vlamari i przecudną plażę Mourtia, zaledwie 5 minut autem od przyszłego naszego domu.

Nie spieszyliśmy się z remontem, chcieliśmy go zacząć zimą, zgromadzić nieco funduszy, w końcu przecież nic nas nie goniło, prawda?

Chodziliśmy sobie na plaże w Kuşadası, na pyszne kolacyjki w różnych knajpkach, często sowicie zakrapiane winem, które ja tylko kosztowałam, gdyż zawsze jeździliśmy tam autem. I właśnie podczas jednej z nich, mój mąż rzekł pamiętne słowa:

— Wiesz co? Sprzedaj ten samochód, wszędzie mamy blisko, a w razie co, to można przecież wziąć taksówkę.

I po jego wyjeździe sprzedałam auto. Było to w czwartek, 14 lipca 2016 roku. W piątek poszłam z tej okazji ze znajomymi na kolację. Był 15 lipca, późno wieczorem.

Nic nie zapowiadało nieszczęścia, żaden kot nie przebiegł drogi, nie wisiała w powietrzu burza, wieczór był ciepły, bardzo przyjemny.

Kolacja przebiegała w całkiem normalny sposób, a ponieważ dzisiaj każdy gapi się bez przerwy w swoją komórkę, jeden ze znajomych mówi w pewnym momencie tak:

— Most zablokowali — chodzi o most na cieśninie Bosfor, w Stambule, najważniejszy punkt komunikacyjny w całej Turcji.

Patrzymy po sobie i nie bardzo rozumiemy, o co chodzi. Już wszyscy razem gapimy się w tę komórkę, tam wojsko, blokady etc.

— Pewnie było ostrzeżenie o zamachu — wspólnie dochodzimy do takiej konkluzji, po czym wracamy do przerwanej kolacji.

Wracam do domu, a tu już się telefony urywają od rodziny i przyjaciół w Polsce: PUCZ W TURCJI.

Włączam telewizję, większość stacji zablokowana, niektóre pokazują na żywo wystąpienie prezydenta kraju Recepa Tayyipa Erdoğana transmitowane przez smartfona. Zaczyna się horror.

Chyba nikt tej nocy nie spał, granice zamknięto, z bankomatów wybrano całą gotówkę, wykupiono cały zapas wody we wszystkich marketach, zatankowano wszystkie samochody do pełna. Turcja, łącznie z Kuşadası, szykowała się do wojny domowej.

Zaczęły przychodzić smsy wysłane globalnie przez prezydenta, nawołujące do wyjścia na ulice i okazania wsparcia demokratycznie wybranej głowie państwa. Tym samym na ulicach byli i zwolennicy Erdoğana, i jego przeciwnicy. Zaczęła się jatka, polała się krew.

W sobotę, 16 lipca odebrałam telefon od Panajotisa:

— Jak się czujesz? Jak koty? — taki zastosował szyfr, inteligenty człowiek wiedział, że telefony są na podsłuchu.

Od tego dnia dzwonił codziennie. W poniedziałek poszłam do banku i wybrałam niemal wszystkie pieniądze. Nie wiem jak, ale udało mi się być pierwszą przy okienku. Miałam wielkie szczęście.

W środę otwarto granicę morską w Kuşadası. W czwartek wsiadłam na prom z płaczem żegnając miejsce, gdzie spędziłam 6 lat swojego życia. Panajotis czekał na mnie w porcie, ocierał mi łzy i przygarnął do siebie na czas remontu.

Życie po puczu

Moje życie się zmieniło, wyjechałam z Kuşadası nagle, bez pożegnania. Uciekłam.

Nikomu nie powiedziałam, że wyjeżdżam do Grecji, zostawiłam tam kota, którego doglądała codziennie moja koleżanka. Sytuacja po puczu stała się nie do zniesienia, wystarczył krótki donos na policję, że ktoś sympatyzował z puczystami, a trafiał za kratki — bez sprawdzenia. W przypadku obcokrajowców dochodziła do tego konfiskata majątku i często paszportu. Taki los spotkał mojego przyjaciela Petera — Brytyjczyka — ograniczono mu dostęp do własnego konta w banku i odebrano paszport. Aresztowano i deportowano z całą rodziną księdza protestanckiego z Izmiru. Naprawdę było nieciekawie.

Przyglądałam się temu z oddali śledząc wydarzenia i układając sobie życie w Grecji.

Zaczął się także remont domu, w sposób typowo grecki, to znaczy — panowie pracowali kiedy chcieli, a kiedy nie — nie pracowali wcale. Zaczęliśmy też starania o pozwolenie na rozbudowę domu — chcieliśmy wybudować łazienkę w formie przybudówki, sprawą zajął się kierownik budowy Lambros wraz z architektem, przesympatycznym Vangelisem.

Zakupy — niby proste…

Jestem malarką, a ileż można siedzieć bezczynnie? W mojej duszy wszystko się gotuje i woła: namaluj mnie! Nowe wrażenia, krajobrazy, przeżycia, etc, to wszystko sprawia, że łapiemy za pędzel i malujemy.

No tak, malować można, a nawet trzeba, ale trzeba kupić wszystko począwszy od sztalugi, a skończywszy na pędzelkach. Samos nie jest największą wyspą, sklepów tu tyle co, na lekarstwo, ale dzielnie chwyciłam byka za rogi poszłam na poszukiwania moich farbek.

Zaczęłam od sklepu — jedynego, który znałam — ze swojsko brzmiącą nazwą „Painting is my hobby”. Sklep był zamknięty na cztery spusty, po odpytaniu sąsiadów dostałam 3 numery telefonów i próbowałam się dodzwonić. Bez rezultatu.

Stanęłam bezradnie na środku ulicy tuż obok stołka barowego zresztą, który się właśnie tam pojawił — okazuje się, że w ten sposób ulica została czasowo zamknięta. Dżentelmen, który pilnował tegoż stołka zapytał, jak mi może pomóc?

— Nie martw się, znajdziemy rozwiązanie i kupisz to, co ci potrzeba — powiedział. Po czym wykonał kilka telefonów i mówi do mnie tak:

— Widzisz tę piekarnię tam dalej, z zielonymi oknami? Idź tam, tam ci pomogą.

No więc poszłam. Po farbki. Do piekarni.

Na miejscu, pośród zapachu świeżego chleba wyłuszczyłam, w czym rzecz.

— Tak, nie ma żadnego problemu, tylko poczekaj 15 minut, aż mój ojciec wróci.

Trochę już mieszkam w tym kraju i wiem, że nie należy się wszystkiemu dziwić, więc poszłam na mały spacer i wróciłam.

Ojciec rodziny już przyjechał na motorku i powiedział, że nie ma żadnego problemu, on ma sklep z farbkami, co prawda zawsze jest zamknięty, ale go bez problemu otworzy.

Był zatem jakiś sklep…

Przeszliśmy uliczkami przez pół miasta i otworzyliśmy malutki sklepik ze wszystkimi moimi skarbami. Było tam niemal wszystko, co chciałam — także jestem BARDZO zadowolona!

Pan właściciel był tak miły, że nawet przywiózł mi sztalugę do domu.

I tak zaczynam malowanie na Samos.

Urządzanie domu

Taka czynność jest zawsze najprzyjemniejsza ze wszystkich etapów budowy/remontu domu. Wchodzisz do sklepu, podpatrujesz rozwiązania, kupujesz, zamawiasz towar — i gotowe.

Ale nie na Samos. Ale nie, jeśli masz stary dom i chcesz utrzymać konwencję i styl istniejącego budynku. No i wreszcie, jeśli rozmiar domku jest rozmiarem dla lalek.

Czyli kolejne wyzwanie.

Postanowiłam, że skoro dom jest grecki i stary, to także takie powinny tam się znaleźć meble. Stąd też np. zrezygnowałam z typowych, nowych doniczek i wzorem miejscowych ludzi kupiłam wiadra i pomalowałam je na kolory tęczy — to znaczy każde wiaderko będzie innego koloru, by później stojąc stanowiły swoistą tęczę. Różnica jest tylko taka, że lokalni mają stare wiadra z odzysku, a ja, z braku rzeczonych — nowe. Mam nadzieję, że kwiatki przykryją tę niedoskonałość.

Tak przy okazji, kiedy malowałam wiaderka, miałam przy tym wielką skuchę — otóż dwa z nich pomalowałam na kolor śliwkowy, wydawało mi się, że ładnie. Panajotis wrócił z pracy, popatrzył, nieco się skrzywił i…

No właśnie. Okazało się, że wszelkie odmiany fioletu w Grecji są zarezerwowane na … pogrzeb.

Ups… No cóż, przemalowałam, nie był to wielki problem.

Przejdźmy do mebli…

W kupionym przez nas domu jest piękne, bardzo stare łóżko metalowe z niklowanym zwieńczeniem. Odmalować, położyć nowy materac — i gotowe. To łóżko nas tak bardzo zainspirowało, że postanowiliśmy w miarę możliwości oczywiście, kupić stare meble, odremontować je i — mieć dom z duszą. Po odpytaniu znajomych pojechaliśmy do jedynego na wyspie komisu ze starymi, używanymi rzeczami. Tam niestety spotkało nas wielkie rozczarowanie, gdyż były to po prostu graty, niczym na pchlim targu — stara kuchenka elektryczna, jakieś tandetne lustra etc. Słowem, oprócz jednej rzeczy — zbiornika na oliwę, który może posłużyć za doniczkę — nic a nic nie wzbudziło naszego zainteresowania.

Zaczęliśmy szukać dalej. Sąsiedzi powiedzieli nam, że takie rzeczy można kupić na „megalo market” — spojrzeliśmy po sobie, trochę tutaj już mieszkamy, ale żadnego dużego marketu nie znaleźliśmy.

— Och, wy myślicie, jak obcokrajowcy, megalo market — dosłownie wielki sklep — to nic innego, jak wysypisko śmieci.

Zamarłam. Ale, słowo się rzekło, kobyłka u płota, jak mawiają starzy Polacy. Ambitnie pojechałam na … wysypisko śmieci. Wyobraźcie sobie taką rzecz, jedzie starsza blondynka malutkim autem, już z daleka widać, że to cudzoziemka i zmierza w kierunku wysypiska śmieci — w okolicy nie ma oczywiście niczego oprócz niego. Trzy razy miejscowi zatrzymali mnie z zapytaniem, czy aby się nie zgubiłam. Na wysypisko dotarłam, wysiadłam z auta — i w tym momencie zadzwonił mój mąż:

— Kochanie, gdzie jesteś? W domu cię nie ma, na budowie nie ma, czy wszystko w porządku? — zapytał nieco zaniepokojony. Faktycznie, poruszona wizją mebli z wysypiska pojechałam nie informując o tym nikogo.

— Tak kochanie — odpowiedziałam — jestem na wysypisku śmieci i szukam dla nas mebli.

Mąż zamarł. Choć brzmi to nieco nieprawdopodobnie, ta historia wydarzyła się naprawdę. Mój małżonek potrzebował dłuższej chwili na przetrawienie i zrozumienie. Odpowiedź przyszła w nieco poważnym tonie:

— Skarbie, wiem, że mówiłem ci, że musimy oszczędzać, ale chyba nie aż tak, żeby szukać umeblowania na wysypisku?

Mówiąc szczerze, to on niepotrzebnie się stresował, gdyż nie znalazłam tam ani łóżek, ani stołu metalowego, ani też metalowych krzeseł — zarówno krzesła, jak i stół miały po pomalowaniu iść do ogrodu, czyli cała wyprawa i stres małżonka na nic.

Następną rzeczą, którą sobie umyśliłam — to oryginalne naczynia z Samos. Wyspa słynie z kamionkowych wyrobów, ma nawet swój specjalny wzór, a w kilku wioskach jest z dziesięciu garncarzy po dziś dzień trudniących się, tym zapomnianym przez już wielu rzemiosłem. Pojechaliśmy tam wczoraj raz z Panajotisem.

Najpierw odwiedziliśmy serce garncarskiego przemysłu — czyli wioskę Koumaradei. Przywitał nas tam wielki sklep, trochę robiony pod turystów, pełen absolutnie wszystkiego dobra, jakie sobie wymarzyłam. Przeszliśmy przez wszystkie półki i regały w poszukaniu czegoś naturalnego, niekoniecznie komercyjnego, a jednocześnie bardzo samoskiego. Nasza wycieczka odbyła się pod czujnym okiem sprzedawczyni. Mój towarzysz podróży Panajotis znacznie szybciej niż ja zauważył jej badawczy wzrok, nieco spokrewniony ze spojrzeniem bazyliszka — i nakazał mi przewiesić torebkę przez ramię tak, żeby nikt nie pomyślał, że chcę coś ukraść. Pomyślałam sobie, że jest przewrażliwiony, ale posłusznie wykonałam, co mi nakazał.

Po około 20 minutach oglądania — sklep jest naprawdę duży, wybraliśmy jeden wzór, który mi odpowiada, trzyma się w wiejskiej i jednocześnie typowo samoskiej konwencji i podeszliśmy do pani sprzedawczyni. Dla ścisłości — chciałam kupić pełny zestaw na 4 osoby — talerze głębokie, płytkie, małe, duże, miseczki, kubeczki — etc. Wśród proponowanych przez sklep rzeczy dostrzegliśmy wszystko, ale brakowało nam talerzy płaskich — zarówno tych małych, jak i dużych.

Podeszliśmy do pani z zapytaniem, czy mają taki serwis, żeby zamówić takie talerze, ile czasu potrwa produkcja, że nam się nie spieszy etc. Powinnam podkreślić słówko czy, gdyż pani chyba tego nie zrozumiała, a może i nie chciała zrozumieć?

Otóż sprzedawczyni okazała się Niemką — prawdziwy typ nadzorcy. Jej angielski był — użyję czasu przeszłego tutaj, gdyż mam nadzieję, że się kiedyś podszkoli — nieco podstawowy, do tego stopnia, że momentami trudno nam było ją zrozumieć, a grecki nie istniał wcale.

Pani spytała z jakiego zestawu, ja pokazałam, a ona kazała nam je kupić… Taki rozkaz — ordnung muss sein.

Powtórzyliśmy, że my się chcemy tylko dowiedzieć, czy świadczą takie usługi, że teraz nie chcemy kupować, że myślimy o tym we wrześniu, czyli za około cztery tygodnie.

Nasza Hilda czy inna Gertruda powiedziała, że my teraz musimy kupić te miski, miseczki etc, gdyż ona nie wie, czy we wrześniu jeszcze będą.

My na to, jak ta katarynka:

— Ale my chcemy się tylko zapytać, czy istnieje możliwość dorobienia, tak na przyszłość chcemy wiedzieć.

Pani w końcu zrozumiała — przynajmniej tak nam się wydawało — i mówi, że trzeba zapytać garncarza, ale to po grecku i ona nie wie, jak.

Panajotis, będąc rdzennym Grekiem zwrócił się zatem do siedzącego na zapleczu mężczyzny i panowie ucięli sobie miłą pogawędkę, po czym garncarz wrócił do siebie, zapewniając nas przy tym, że oczywiście nie ma żadnego problemu, żeby zrobił jakie chcemy talerze, należy mu tylko dać znać nieco wcześniej.

Kiedy garncarz znikł już w czeluściach warsztatu, nasza Brunhilda — nie wiem, jak ma na imię, ale to chyba brzmi najokropniej w języku niemieckim dla mojego ucha — wyciągnęła bloczek zamówień i pisze:

— 4 talerze duże

— 4 talerze małe

— podaj swoje imię i nazwisko i swój numer telefonu.

Zrobiłam oczy, jak spodki od herbaty i pytam jej, po co? Tak przy okazji, mój przyjaciel Grek nie wytrzymał w tym momencie i wyszedł ze sklepu ze słowami: to ty chciałaś talerze, męcz się z nią sama.

A pani na to, że muszę się określić co chcę i ona MUSI mieć moje dane, gdyż inaczej nie przyjmie zamówienia. Od słowa do słowa myślałam, że mi palnie w łeb — gdyby jeszcze wiedziała, że jestem Polką, to już w ogóle nie wiem, co by zrobiła. Mój zdecydowany opór wyraźnie się jej nie spodobał i jeszcze wychodząc krzyczała za nami, że jeśli wrócimy jesienią to ona nic nam nie może zagwarantować.

Pożegnaliśmy to miejsce niezbyt czule i bez większych sentymentów, znajdując jeszcze 3 inne warsztaty na naszej drodze, gdzie wszyscy zgodnie powiedzieli, że mogą zrobić nam nie tylko talerze, ale nawet nanieść na nie wzór wg naszego pomysłu. I nikt nie żądał zamówienia od razu. Tutaj się takich rzeczy po prostu nie praktykuje.

Także sami widzicie, że nawet tak prosta czynność, jak urządzanie domu nie jest tutaj zwykłą codziennością.

Talerze już wstępnie są wybrane w ostatnim warsztacie, także przynajmniej ten problem został już rozwiązany.

To tyle w temacie urządzania domu.

Wspomnienie Ewangelii

Pani Ewangelia

Jedziemy na wycieczkę, tym razem za cel wybraliśmy wioskę na szczycie góry o nazwie Kosmadaioi. Wspinamy się powolutku, a i tak w naszym Atosiku trochę naderwałam tłumik — im wyżej — tym chłodniej. Widoki wokół zapierają dech w piersiach, mijamy spalone kilka lat temu lasy na szczytach wzgórz, przejeżdżamy przez miejscowość Kastania, gdzie 30 sierpnia 1943 roku Niemcy wraz z Włochami rozstrzelali osiemnastu partyzantów i pniemy się dalej w górę.

Wreszcie jesteśmy, wita nas tablica Kosmadaioi z wetkniętą sztuczną różą …

Na szczycie góry jest jedna kawiarnia, wąska uliczka prowadząca do cerkwi, kilka domków i … na tym koniec. Jesteśmy jedynymi przyjezdnymi, wokół — piękny widok, ma się wrażenie, że jest to samoski Olimp, to tutaj ziemia styka się z niebem, a wokół nas w oddali morze, kilkaset metrów w dół. Raj, czy piekło? Jeszcze za wcześnie, żeby decydować i wyciągać wnioski. Bez wątpienia czas się tutaj zatrzymał, który to może być rok? Wygląda nam na lata siedemdziesiąte, no może wczesne osiemdziesiąte.

Z kawiarenki wychodzi do nas nie znana nam wcześniej starowinka i zaprasza na kawę. To Kiriya Evangeliya — czyli pani Ewangelia — ta, która niesie dobrą nowinę.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 59.9
drukowana A5
Kolorowa
za 84.22