E-book
27.04
drukowana A5
59.9
drukowana A5
kolorowa
84.22
Samos mój EDEN

Bezpłatny fragment - Samos mój EDEN

Bardzo osobisty przewodnik


Objętość:
260 str.
ISBN:
978-83-8126-828-8
E-book
za 27.04
drukowana A5
za 59.9
drukowana A5
kolorowa
za 84.22

Dziękuję…

Panajotisowi Chadżidakis za pokazanie mi piękna tej wyspy.

Marii z Rodziną za wsparcie i przyjaźń na Samos, za to, że zawsze mogę na WAS liczyć, a także, że staliście się moją grecką Rodziną.


Andrzejowi i Marcinowi dziękując za zrozumienie i cierpliwość przy pisaniu.

Moja droga na Samos

Trudne początki

Maj 2016

Moja przygoda z Samos właśnie się rozpoczyna, jest dokładnie — w powijakach, ale już wiem, że chcę tam mieszkać, uprawiać ogród, cieszyć się tamtejszym życiem i klimatem

Coś mnie ciągnie do Samos, sama nie wiem, co…

Kiedy byłam tam po raz pierwszy rok temu, już wówczas przemknęło mi przez głowę, czy aby nie chcę tam zamieszkać? Zaraz jednak odgoniłam tę myśl, uznając ją za całkowicie bezsensowną, mieszkam bowiem zaledwie kilka mil morskich od Samos, na lądzie, po drugiej stronie granicy, w Kuşadası w Turcji…

A jednak, myśl pojawiła się i zakiełkowała. Wypuściła korzonki i niczym nie zmącona rozwijała się, wypuściła już swoje listki, a teraz … zakwitła, zaś owoc, jakim będzie przeprowadzka na Samos w szybkim tempie dojrzewa.

Ja siebie już TAM widzę, w otoczeniu gajów oliwnych, z karafką schłodzonego wina greckiego w ręce, siedzącą i czytającą książkę w swoim ogrodzie, którego jeszcze nie mam. Ale będę mieć i to już wkrótce. Za kilka dni bowiem płynę na Samos, gdzie będę szukać domu dla nas.

Tak, jestem zdecydowana zostawić wszystko w Turcji, mieszkanie, przyjaciół czy tureckie obyczaje. Coś we mnie się zmieniło i nie potrafię już myśleć pozytywnie o tym kraju — Turcji. Wszystko mnie irytuje, polityka — kiedy zaczynałam tutaj mieszkać 6 lat temu, był to kraj bardzo przyjazny dla obcokrajowców, teraz to się na moich oczach zmienia. Kiedyś, otrzymanie pobytu stałego w Turcji było zwykłą formalnością. Wystarczyło mieć własne lub wynajęte mieszkanie, kilka tysięcy euro w banku na życie — i po sprawie. Mało tego, dostawało się taki dokument na 5 lat. Potem skrócono ten dystans do lat 3, obecnie — do roku, zaś formalności, by go otrzymać spędzają sen z powiek każdemu cudzoziemcowi.

Długo zastanawialiśmy się z mężem, gdzie wyjedziemy z Kuşadası, jeśli sytuacja stanie się tutaj nie do zniesienia. Pod uwagę braliśmy Wyspy Kanaryjskie, Hiszpanię, ba! nawet Filipiny! a tymczasem wybór padł na Samos… Życie zaskakuje. Wybór padł na wyspę, którą widzimy z naszego tureckiego okna, nawet nie na Rodos, Kretę czy Santorini. Pochłonęła nas dzikość, zieleń i piękno Samos, wyspy gdzie narodziła się Hera i Pitagoras.


Nieco później…

Koniec maja

Nowa era w życiu nadchodzi wielkimi krokami. Właśnie kupiłam bilet na Samos, jadę tam już za 5 dni. Będę szukać tam jakiegoś domku z ogródkiem… Do remontu oczywiście, bo uwielbiam remonty — tak tak, tacy ludzie też istnieją. No i taki stary dom ma duszę, ktoś tam mieszkał wcześniej, kochał, gotował, marzył i cierpiał, może nawet umarł. To wszystko ma swój klimat, własną energię, która albo nam sprzyja, albo nie.

Absolutnie najważniejszy jest dla mnie ogród. Przez 6 lat mieszkania bez kawałka zieleni — mieszkamy w apartamentowcu — tęsknię za własnymi kwiatkami, różami kwitnącymi w tym klimacie przez okrągły rok, marzę też o własnej bugenwilli w ogródku, do tego oczywiście muszą być drzewa owocowe — mandarynka, kaki, cytryny na lemoniadę. Przydałaby się także oliwka, ale te rosną bardzo długo — dają owoce dopiero po 20 latach, więc mogę nie dożyć. Jakie są ceny nieruchomości na Samos — nie mam większego pojęcia. Niby jest kilka biur pośrednictwa nieruchomości, niby sprawdziłam tam ceny, nawet wysłałam kilka e-maili do nich, ale… z greckim stoicyzmem czekam. Tam chyba czas nie istnieje w ogóle.

Zatem nie wiem, co kupię — czy to będzie dom, rudera, czy po prostu działka. Chciałabym, żeby to „coś” miało piękny widok. Wymarzyłam sobie widok na stary monastyr i gaje oliwne, a w oddali Morze Egejskie. I wiem, że to się spełni. Już wkrótce, już za momencik.

I o wszystkim Wam tutaj opowiadam, pamiętajcie — marzenia się spełniają.

Bratnia dusza na Samos

Nazywa się Panajotis, w skrócie mówię na niego Pana, gdyż to jest zdrobnienie jego imienia.

Kim jest Pana? Ojcem mojego kolegi, Turka, poznałam go w 2015 roku latem, kiedy to Mehmet (mój kolega) powiedział, że chce zapewnić swojemu tacie wyjątkowe imieniny i przyjeżdżają do mnie, do Kuşadası. Pana jest Grekiem, a w Grecji — wyobraźcie sobie, podobnie, jak w Polsce — też obchodzi się imieniny.

O Panie słyszałam już dużo wcześniej od Mehmeta, od początku mnie trochę fascynował, zanim go jeszcze poznałam. Czy bowiem jest dużo Greków, którzy poślubili Turczynki? I mają z nimi dwoje dzieci, mieszkają na przemian w Grecji, na przemian w Turcji? Przecież te kraje nienawidzą się od stuleci, a wrogością pomiędzy narodami można obdzielić pół Europy. A jednak — miłość nie zna granic ani uprzedzeń, dobrze, że zwyciężyła ponad stereotypami.

Zatem przyjechał do mnie ten dżentelmen wraz ze swoim synem. Wiedziałam o nim, że jest profesorem archeologii, co dla mnie — maniaczki mitologii i historii sztuki było prawdziwą gratką. Zabrałam ich do kilku mniej znanych antycznych miejsc, a także do nowo otwartych muzeów archeologicznych w Selçuku i w Aydın.

Było to fantastyczne przeżycie, gdyż miałam swojego prywatnego przewodnika. Niby większość rzeczy tam znałam, a jednak zawsze można się czegoś nowego dowiedzieć. Pana bowiem widząc starogreckie napisy … natychmiast je tłumaczył, dzięki temu moja wiedza na temat Jonii poszerzyła się w sposób znaczący. Kiedy zaś pojechaliśmy do Magnezji — miasto w Jonii po stronie tureckiej — profesor wręcz rozpływał się w zachwycie tłumacząc nam wszystko.

— Popatrz, tak szła fala trzęsienia ziemi — mówił — a tutaj stała kolumnada, a na kolumnach były posągi. Po lewej stronie pojedyncze, po drugiej — podwójne. I w tym tonie zwiedzaliśmy sobie Jonię…

Były też wspólne dyskusje, kolacje, kieliszek wina etc. Słowem — narodziła się fantastyczna przyjaźń, która trwa nadal i zacieśnia się. To właśnie Pana zaraził mnie wielką miłością do Samos, pokazał mi tę wyspę z zupełnie innej, nieznanej turystom strony. Sam Panajotis nadzoruje prace wykopaliskowe i renowacyjne, ma także tysiące innych obowiązków na sąsiednich wyspach.

Podczas mojej kwietniowej wizyty na Samos zapytałam go, skąd u niego taka pasja do archeologii? Bo to nie tylko nauka, wykształcenie czy praca. To jest serce i miłość. Widać, jak bardzo się cieszy, kiedy może podzielić się swoją wiedzą. Opowiedział mi wówczas ciekawą historię ze swojego dzieciństwa:

 Miałem 6 lat, kiedy rodzicie zabrali mnie pierwszy raz do muzeum archeologicznego w moim rodzinnym mieście, Atenach. Widziałem wówczas różne eksponaty, jednak największe wrażenie zrobiły na mnie amfory, a ściślej — szczątki z tego, co z nich zostało. Powiedziałem wówczas: mamo, jak dorosnę, to chcę być lekarzem dla tych amfor.

I tak, z dziecięcego marzenia stał się światowej sławy archeologiem, a przy okazji — moim Przyjacielem i Przewodnikiem po Samos.

No i znalazłam!

2 czerwca

Mały, z niebieskimi okiennicami, z niewielkim ogródkiem. Niczym domek dla lalek, po prostu „doll house”, w bardzo bliskiej okolicy do Vathy, stolicy wyspy.

Jest to maleństwo, potrzebuje całkowitego remontu, zbudowania ogrodu i legendy, choć tę, pewnie jako stary dom — posiada. Właściciele wyjechali do Stanów i tam już zostaną, a swojej siostrze dali plenipotencję na sprzedaż.

Tuż obok znajduje się niewielka kapliczka, a dwieście metrów dalej monastyr z prawdziwego zdarzenia — jak dotąd — wiecznie zamknięty. Za domem jest wielki platan okalający skwer wiejski, a w pobliżu restauracja — podobno bardzo dobra, sprawdzę, gdy już tam zamieszkam. Zamieszkam na Samos. Jak to brzmi! Prawda, że cudownie?

Teraz czekają mnie formalności związane z zakupem domu, co nie jest łatwe. Wiem, że muszę iść do urzędu skarbowego i wyrobić sobie grecki numer podatkowy, potem założyć konto w banku.

W poniedziałek też pójdę do tutejszego notariusza z prośbą o wyjaśnienie, jak wygląda procedura zakupu nieruchomości przeze mnie, co prawda obywatelkę Unii Europejskiej, ale zawsze — cudzoziemkę.

PS. znalezienie domu wcale nie było łatwe. Jest tutaj mnóstwo nieruchomości porzuconych przez właścicieli, którzy wyjechali w różne części świata, a domy — zwyczajnie porzucili. Albo — nie ma z nimi kontaktu, albo — ze względów sentymentalnych — nie chcą ich sprzedać. Jest jeszcze taka opcja, że właściciele nawet chcą sprzedać, ale jeden mieszka w Australii, drugi w Stanach, a trzeci zmarł i toczy się postępowanie spadkowe.

Zakup domu

21 czerwca

Czekanie jest trudne, zwłaszcza dla osoby tak bardzo niecierpliwej, jak ja. Na co czekam? Na kupno mojego Doll house, który będzie będzie moim greckim gniazdkiem.

Aby członek Unii Europejskiej mógł kupić nieruchomość w Grecji, musi spełnić dwa podstawowe warunki:

1. uzyskać grecki numer podatkowy

2. założyć konto w greckim banku, z którego sfinansuje zakup nieruchomości.

Uzyskanie numeru podatkowego wcale nie jest proste, muszę mieć bowiem „sponsora podatkowego”, czyli osobę, która będzie za mnie ręczyć, że będę płacić wszystkie podatki. Znów z pomocą przyszedł mi mój przyjaciel Pana, który za mnie poręczył — jestem teraz podłączona pod jego numer podatkowy. Jak sobie radzą ludzie, którzy nie mają znajomych Greków — zwyczajnie nie mam pojęcia.

W Urzędzie Skarbowym powiedziano mi, że można poprosić o udostępnienie numeru:

— osobę, która sprzedaje nieruchomość

— biuro pośrednictwa nieruchomości

— księgową/księgowego, którego każdy w Grecji MUSI mieć.

Jak już kupię dom, to wówczas poszukam księgowości i odłączę się od mojego przyjaciela profesora i „doczepię” do księgowości.

W banku wcale nie było dużo prościej: aby założyć konto, potrzebny jest numer podatkowy, paszport — i … własny telefon komórkowy z greckim numerem, ale — dla chcącego, nic trudnego. Konto zostało założone, musiałam napisać specjalne oświadczenie, że jestem właścicielem numeru telefonu — sic! — założyłam nawet konto internetowe — ale niestety, nikt nie chciał mi pomóc je uruchomić. No cóż, zajmę się tym później.

Kolejnym krokiem jest wizyta u notariusza, który przygotowuje kontrakt. Przekazałam mu swój numer podatkowy i kopię paszportu i … czekam.

Na dokumenty. Potrzebna jest aktualna mapka z miejscowego wydziału geodezji, lecz osoba, która może ją podpisać, jest nieobecna teraz w pracy. Kiedy wróci? Nikt nie wie. A bez tego nie można dać jednego nawet pół kroku na przód.

Pozostaje mi tylko czekać.

P.S. W końcu — po tygodniu się doczekałam, notariusz był nieziemski, a w trakcie odczytywania aktu bezustannie rozmawiał przez telefon. Teraz już tylko czekam na wpis do księgi wieczystej — i gotowe!

Pucz

Po kupnie domu wróciłam do siebie, do Kuşadası i umówiłam się z Panajotisem, że przypłynę na Samos 25 lipca, kiedy to wróci ze Stanów Lambros, mój potencjalny kierownik budowy — wg rekomendacji, super świetny fachowiec, remontował muzeum na wyspie.

Czas dłużył mi się nieubłaganie, patrzyłam z utęsknieniem z okien swojego mieszkania w Turcji na nieodległe Samos, marząc o tym, żeby tam być. Pod koniec czerwca przyleciał mój małżonek i zrobiliśmy sobie „skok w bok” na na naszą wyspę, wtedy też on pierwszy raz zobaczył nasz domek dla lalek, dolinę Vlamari i przecudną plażę Mourtia, zaledwie 5 minut autem od przyszłego naszego domu.

Nie spieszyliśmy się z remontem, chcieliśmy go zacząć zimą, zgromadzić nieco funduszy, w końcu przecież nic nas nie goniło, prawda?

Chodziliśmy sobie na plaże w Kuşadası, na pyszne kolacyjki w różnych knajpkach, często sowicie zakrapiane winem, które ja tylko kosztowałam, gdyż zawsze jeździliśmy tam autem. I właśnie podczas jednej z nich, mój mąż rzekł pamiętne słowa:

— Wiesz co? Sprzedaj ten samochód, wszędzie mamy blisko, a w razie co, to można przecież wziąć taksówkę.

I po jego wyjeździe sprzedałam auto. Było to w czwartek, 14 lipca 2016 roku. W piątek poszłam z tej okazji ze znajomymi na kolację. Był 15 lipca, późno wieczorem.

Nic nie zapowiadało nieszczęścia, żaden kot nie przebiegł drogi, nie wisiała w powietrzu burza, wieczór był ciepły, bardzo przyjemny.

Kolacja przebiegała w całkiem normalny sposób, a ponieważ dzisiaj każdy gapi się bez przerwy w swoją komórkę, jeden ze znajomych mówi w pewnym momencie tak:

— Most zablokowali — chodzi o most na cieśninie Bosfor, w Stambule, najważniejszy punkt komunikacyjny w całej Turcji.

Patrzymy po sobie i nie bardzo rozumiemy, o co chodzi. Już wszyscy razem gapimy się w tę komórkę, tam wojsko, blokady etc.

— Pewnie było ostrzeżenie o zamachu — wspólnie dochodzimy do takiej konkluzji, po czym wracamy do przerwanej kolacji.

Wracam do domu, a tu już się telefony urywają od rodziny i przyjaciół w Polsce: PUCZ W TURCJI.

Włączam telewizję, większość stacji zablokowana, niektóre pokazują na żywo wystąpienie prezydenta kraju Recepa Tayyipa Erdoğana transmitowane przez smartfona. Zaczyna się horror.

Chyba nikt tej nocy nie spał, granice zamknięto, z bankomatów wybrano całą gotówkę, wykupiono cały zapas wody we wszystkich marketach, zatankowano wszystkie samochody do pełna. Turcja, łącznie z Kuşadası, szykowała się do wojny domowej.

Zaczęły przychodzić smsy wysłane globalnie przez prezydenta, nawołujące do wyjścia na ulice i okazania wsparcia demokratycznie wybranej głowie państwa. Tym samym na ulicach byli i zwolennicy Erdoğana, i jego przeciwnicy. Zaczęła się jatka, polała się krew.

W sobotę, 16 lipca odebrałam telefon od Panajotisa:

— Jak się czujesz? Jak koty? — taki zastosował szyfr, inteligenty człowiek wiedział, że telefony są na podsłuchu.

Od tego dnia dzwonił codziennie. W poniedziałek poszłam do banku i wybrałam niemal wszystkie pieniądze. Nie wiem jak, ale udało mi się być pierwszą przy okienku. Miałam wielkie szczęście.

W środę otwarto granicę morską w Kuşadası. W czwartek wsiadłam na prom z płaczem żegnając miejsce, gdzie spędziłam 6 lat swojego życia. Panajotis czekał na mnie w porcie, ocierał mi łzy i przygarnął do siebie na czas remontu.

Życie po puczu

Moje życie się zmieniło, wyjechałam z Kuşadası nagle, bez pożegnania. Uciekłam.

Nikomu nie powiedziałam, że wyjeżdżam do Grecji, zostawiłam tam kota, którego doglądała codziennie moja koleżanka. Sytuacja po puczu stała się nie do zniesienia, wystarczył krótki donos na policję, że ktoś sympatyzował z puczystami, a trafiał za kratki — bez sprawdzenia. W przypadku obcokrajowców dochodziła do tego konfiskata majątku i często paszportu. Taki los spotkał mojego przyjaciela Petera — Brytyjczyka — ograniczono mu dostęp do własnego konta w banku i odebrano paszport. Aresztowano i deportowano z całą rodziną księdza protestanckiego z Izmiru. Naprawdę było nieciekawie.

Przyglądałam się temu z oddali śledząc wydarzenia i układając sobie życie w Grecji.

Zaczął się także remont domu, w sposób typowo grecki, to znaczy — panowie pracowali kiedy chcieli, a kiedy nie — nie pracowali wcale. Zaczęliśmy też starania o pozwolenie na rozbudowę domu — chcieliśmy wybudować łazienkę w formie przybudówki, sprawą zajął się kierownik budowy Lambros wraz z architektem, przesympatycznym Vangelisem.

Zakupy — niby proste…

Jestem malarką, a ileż można siedzieć bezczynnie? W mojej duszy wszystko się gotuje i woła: namaluj mnie! Nowe wrażenia, krajobrazy, przeżycia, etc, to wszystko sprawia, że łapiemy za pędzel i malujemy.

No tak, malować można, a nawet trzeba, ale trzeba kupić wszystko począwszy od sztalugi, a skończywszy na pędzelkach. Samos nie jest największą wyspą, sklepów tu tyle co, na lekarstwo, ale dzielnie chwyciłam byka za rogi poszłam na poszukiwania moich farbek.

Zaczęłam od sklepu — jedynego, który znałam — ze swojsko brzmiącą nazwą „Painting is my hobby”. Sklep był zamknięty na cztery spusty, po odpytaniu sąsiadów dostałam 3 numery telefonów i próbowałam się dodzwonić. Bez rezultatu.

Stanęłam bezradnie na środku ulicy tuż obok stołka barowego zresztą, który się właśnie tam pojawił — okazuje się, że w ten sposób ulica została czasowo zamknięta. Dżentelmen, który pilnował tegoż stołka zapytał, jak mi może pomóc?

— Nie martw się, znajdziemy rozwiązanie i kupisz to, co ci potrzeba — powiedział. Po czym wykonał kilka telefonów i mówi do mnie tak:

— Widzisz tę piekarnię tam dalej, z zielonymi oknami? Idź tam, tam ci pomogą.

No więc poszłam. Po farbki. Do piekarni.

Na miejscu, pośród zapachu świeżego chleba wyłuszczyłam, w czym rzecz.

— Tak, nie ma żadnego problemu, tylko poczekaj 15 minut, aż mój ojciec wróci.

Trochę już mieszkam w tym kraju i wiem, że nie należy się wszystkiemu dziwić, więc poszłam na mały spacer i wróciłam.

Ojciec rodziny już przyjechał na motorku i powiedział, że nie ma żadnego problemu, on ma sklep z farbkami, co prawda zawsze jest zamknięty, ale go bez problemu otworzy.

Był zatem jakiś sklep…

Przeszliśmy uliczkami przez pół miasta i otworzyliśmy malutki sklepik ze wszystkimi moimi skarbami. Było tam niemal wszystko, co chciałam — także jestem BARDZO zadowolona!

Pan właściciel był tak miły, że nawet przywiózł mi sztalugę do domu.

I tak zaczynam malowanie na Samos.

Urządzanie domu

Taka czynność jest zawsze najprzyjemniejsza ze wszystkich etapów budowy/remontu domu. Wchodzisz do sklepu, podpatrujesz rozwiązania, kupujesz, zamawiasz towar — i gotowe.

Ale nie na Samos. Ale nie, jeśli masz stary dom i chcesz utrzymać konwencję i styl istniejącego budynku. No i wreszcie, jeśli rozmiar domku jest rozmiarem dla lalek.

Czyli kolejne wyzwanie.

Postanowiłam, że skoro dom jest grecki i stary, to także takie powinny tam się znaleźć meble. Stąd też np. zrezygnowałam z typowych, nowych doniczek i wzorem miejscowych ludzi kupiłam wiadra i pomalowałam je na kolory tęczy — to znaczy każde wiaderko będzie innego koloru, by później stojąc stanowiły swoistą tęczę. Różnica jest tylko taka, że lokalni mają stare wiadra z odzysku, a ja, z braku rzeczonych — nowe. Mam nadzieję, że kwiatki przykryją tę niedoskonałość.

Tak przy okazji, kiedy malowałam wiaderka, miałam przy tym wielką skuchę — otóż dwa z nich pomalowałam na kolor śliwkowy, wydawało mi się, że ładnie. Panajotis wrócił z pracy, popatrzył, nieco się skrzywił i…

No właśnie. Okazało się, że wszelkie odmiany fioletu w Grecji są zarezerwowane na … pogrzeb.

Ups… No cóż, przemalowałam, nie był to wielki problem.

Przejdźmy do mebli…

W kupionym przez nas domu jest piękne, bardzo stare łóżko metalowe z niklowanym zwieńczeniem. Odmalować, położyć nowy materac — i gotowe. To łóżko nas tak bardzo zainspirowało, że postanowiliśmy w miarę możliwości oczywiście, kupić stare meble, odremontować je i — mieć dom z duszą. Po odpytaniu znajomych pojechaliśmy do jedynego na wyspie komisu ze starymi, używanymi rzeczami. Tam niestety spotkało nas wielkie rozczarowanie, gdyż były to po prostu graty, niczym na pchlim targu — stara kuchenka elektryczna, jakieś tandetne lustra etc. Słowem, oprócz jednej rzeczy — zbiornika na oliwę, który może posłużyć za doniczkę — nic a nic nie wzbudziło naszego zainteresowania.

Zaczęliśmy szukać dalej. Sąsiedzi powiedzieli nam, że takie rzeczy można kupić na „megalo market” — spojrzeliśmy po sobie, trochę tutaj już mieszkamy, ale żadnego dużego marketu nie znaleźliśmy.

— Och, wy myślicie, jak obcokrajowcy, megalo market — dosłownie wielki sklep — to nic innego, jak wysypisko śmieci.

Zamarłam. Ale, słowo się rzekło, kobyłka u płota, jak mawiają starzy Polacy. Ambitnie pojechałam na … wysypisko śmieci. Wyobraźcie sobie taką rzecz, jedzie starsza blondynka malutkim autem, już z daleka widać, że to cudzoziemka i zmierza w kierunku wysypiska śmieci — w okolicy nie ma oczywiście niczego oprócz niego. Trzy razy miejscowi zatrzymali mnie z zapytaniem, czy aby się nie zgubiłam. Na wysypisko dotarłam, wysiadłam z auta — i w tym momencie zadzwonił mój mąż:

— Kochanie, gdzie jesteś? W domu cię nie ma, na budowie nie ma, czy wszystko w porządku? — zapytał nieco zaniepokojony. Faktycznie, poruszona wizją mebli z wysypiska pojechałam nie informując o tym nikogo.

— Tak kochanie — odpowiedziałam — jestem na wysypisku śmieci i szukam dla nas mebli.

Mąż zamarł. Choć brzmi to nieco nieprawdopodobnie, ta historia wydarzyła się naprawdę. Mój małżonek potrzebował dłuższej chwili na przetrawienie i zrozumienie. Odpowiedź przyszła w nieco poważnym tonie:

— Skarbie, wiem, że mówiłem ci, że musimy oszczędzać, ale chyba nie aż tak, żeby szukać umeblowania na wysypisku?

Mówiąc szczerze, to on niepotrzebnie się stresował, gdyż nie znalazłam tam ani łóżek, ani stołu metalowego, ani też metalowych krzeseł — zarówno krzesła, jak i stół miały po pomalowaniu iść do ogrodu, czyli cała wyprawa i stres małżonka na nic.

Następną rzeczą, którą sobie umyśliłam — to oryginalne naczynia z Samos. Wyspa słynie z kamionkowych wyrobów, ma nawet swój specjalny wzór, a w kilku wioskach jest z dziesięciu garncarzy po dziś dzień trudniących się, tym zapomnianym przez już wielu rzemiosłem. Pojechaliśmy tam wczoraj raz z Panajotisem.

Najpierw odwiedziliśmy serce garncarskiego przemysłu — czyli wioskę Koumaradei. Przywitał nas tam wielki sklep, trochę robiony pod turystów, pełen absolutnie wszystkiego dobra, jakie sobie wymarzyłam. Przeszliśmy przez wszystkie półki i regały w poszukaniu czegoś naturalnego, niekoniecznie komercyjnego, a jednocześnie bardzo samoskiego. Nasza wycieczka odbyła się pod czujnym okiem sprzedawczyni. Mój towarzysz podróży Panajotis znacznie szybciej niż ja zauważył jej badawczy wzrok, nieco spokrewniony ze spojrzeniem bazyliszka — i nakazał mi przewiesić torebkę przez ramię tak, żeby nikt nie pomyślał, że chcę coś ukraść. Pomyślałam sobie, że jest przewrażliwiony, ale posłusznie wykonałam, co mi nakazał.

Po około 20 minutach oglądania — sklep jest naprawdę duży, wybraliśmy jeden wzór, który mi odpowiada, trzyma się w wiejskiej i jednocześnie typowo samoskiej konwencji i podeszliśmy do pani sprzedawczyni. Dla ścisłości — chciałam kupić pełny zestaw na 4 osoby — talerze głębokie, płytkie, małe, duże, miseczki, kubeczki — etc. Wśród proponowanych przez sklep rzeczy dostrzegliśmy wszystko, ale brakowało nam talerzy płaskich — zarówno tych małych, jak i dużych.

Podeszliśmy do pani z zapytaniem, czy mają taki serwis, żeby zamówić takie talerze, ile czasu potrwa produkcja, że nam się nie spieszy etc. Powinnam podkreślić słówko czy, gdyż pani chyba tego nie zrozumiała, a może i nie chciała zrozumieć?

Otóż sprzedawczyni okazała się Niemką — prawdziwy typ nadzorcy. Jej angielski był — użyję czasu przeszłego tutaj, gdyż mam nadzieję, że się kiedyś podszkoli — nieco podstawowy, do tego stopnia, że momentami trudno nam było ją zrozumieć, a grecki nie istniał wcale.

Pani spytała z jakiego zestawu, ja pokazałam, a ona kazała nam je kupić… Taki rozkaz — ordnung muss sein.

Powtórzyliśmy, że my się chcemy tylko dowiedzieć, czy świadczą takie usługi, że teraz nie chcemy kupować, że myślimy o tym we wrześniu, czyli za około cztery tygodnie.

Nasza Hilda czy inna Gertruda powiedziała, że my teraz musimy kupić te miski, miseczki etc, gdyż ona nie wie, czy we wrześniu jeszcze będą.

My na to, jak ta katarynka:

— Ale my chcemy się tylko zapytać, czy istnieje możliwość dorobienia, tak na przyszłość chcemy wiedzieć.

Pani w końcu zrozumiała — przynajmniej tak nam się wydawało — i mówi, że trzeba zapytać garncarza, ale to po grecku i ona nie wie, jak.

Panajotis, będąc rdzennym Grekiem zwrócił się zatem do siedzącego na zapleczu mężczyzny i panowie ucięli sobie miłą pogawędkę, po czym garncarz wrócił do siebie, zapewniając nas przy tym, że oczywiście nie ma żadnego problemu, żeby zrobił jakie chcemy talerze, należy mu tylko dać znać nieco wcześniej.

Kiedy garncarz znikł już w czeluściach warsztatu, nasza Brunhilda — nie wiem, jak ma na imię, ale to chyba brzmi najokropniej w języku niemieckim dla mojego ucha — wyciągnęła bloczek zamówień i pisze:

— 4 talerze duże

— 4 talerze małe

— podaj swoje imię i nazwisko i swój numer telefonu.

Zrobiłam oczy, jak spodki od herbaty i pytam jej, po co? Tak przy okazji, mój przyjaciel Grek nie wytrzymał w tym momencie i wyszedł ze sklepu ze słowami: to ty chciałaś talerze, męcz się z nią sama.

A pani na to, że muszę się określić co chcę i ona MUSI mieć moje dane, gdyż inaczej nie przyjmie zamówienia. Od słowa do słowa myślałam, że mi palnie w łeb — gdyby jeszcze wiedziała, że jestem Polką, to już w ogóle nie wiem, co by zrobiła. Mój zdecydowany opór wyraźnie się jej nie spodobał i jeszcze wychodząc krzyczała za nami, że jeśli wrócimy jesienią to ona nic nam nie może zagwarantować.

Pożegnaliśmy to miejsce niezbyt czule i bez większych sentymentów, znajdując jeszcze 3 inne warsztaty na naszej drodze, gdzie wszyscy zgodnie powiedzieli, że mogą zrobić nam nie tylko talerze, ale nawet nanieść na nie wzór wg naszego pomysłu. I nikt nie żądał zamówienia od razu. Tutaj się takich rzeczy po prostu nie praktykuje.

Także sami widzicie, że nawet tak prosta czynność, jak urządzanie domu nie jest tutaj zwykłą codziennością.

Talerze już wstępnie są wybrane w ostatnim warsztacie, także przynajmniej ten problem został już rozwiązany.

To tyle w temacie urządzania domu.

Wspomnienie Ewangelii

Pani Ewangelia

Jedziemy na wycieczkę, tym razem za cel wybraliśmy wioskę na szczycie góry o nazwie Kosmadaioi. Wspinamy się powolutku, a i tak w naszym Atosiku trochę naderwałam tłumik — im wyżej — tym chłodniej. Widoki wokół zapierają dech w piersiach, mijamy spalone kilka lat temu lasy na szczytach wzgórz, przejeżdżamy przez miejscowość Kastania, gdzie 30 sierpnia 1943 roku Niemcy wraz z Włochami rozstrzelali osiemnastu partyzantów i pniemy się dalej w górę.

Wreszcie jesteśmy, wita nas tablica Kosmadaioi z wetkniętą sztuczną różą …

Na szczycie góry jest jedna kawiarnia, wąska uliczka prowadząca do cerkwi, kilka domków i … na tym koniec. Jesteśmy jedynymi przyjezdnymi, wokół — piękny widok, ma się wrażenie, że jest to samoski Olimp, to tutaj ziemia styka się z niebem, a wokół nas w oddali morze, kilkaset metrów w dół. Raj, czy piekło? Jeszcze za wcześnie, żeby decydować i wyciągać wnioski. Bez wątpienia czas się tutaj zatrzymał, który to może być rok? Wygląda nam na lata siedemdziesiąte, no może wczesne osiemdziesiąte.

Z kawiarenki wychodzi do nas nie znana nam wcześniej starowinka i zaprasza na kawę. To Kiriya Evangeliya — czyli pani Ewangelia — ta, która niesie dobrą nowinę.

 Jak się cieszę, że przyjechaliście — wita nas dokładnie tak, jak swoich bardzo bliskich znajomych — cały sens mojego życia, to przywitać gości i poczęstować kawą. Siadajcie proszę.

Siadamy i zamawiamy kawę.

— Och, pedakimu (moje małe dziecko dop. autorki), jaką kawę pijesz? słodką, czy gorzką? Bo wiesz, mój syn zawsze pił słodką.

I znika w malutkim pomieszczeniu, gdzie parzy dla nas kawę po grecku. My w tym czasie podziwiamy widoki, świetnie zachowane stare okna i drzwi, kwiaty …

— Proszę pedakimu, to dla was — podaje dwie pyszne kawy i do tego kiść dojrzałych, słodkich winogron.

— Winogrona przynoszą nam z Karlovassi, bo u nas to jeszcze najmarniej miesiąc zanim dojrzeją. Kiedyś to sama chodziłam tam po zakupy, ale teraz ani nogi nie te, ani wzrok, no i w końcu — dla kogo? Chociaż może wreszcie mój syn wróci. Wyszedł z domu w 1973 roku i do tej pory go nie ma. Jak długo może być po za domem, no powiedz pedakimu?

Nie wiemy, co odpowiedzieć, w latach 1967 — 1974 w Grecji panowała junta czarnych pułkowników, wiele osób wówczas znikało bez śladu. Syna Ewangelii na pewno także spotkał ten los.

 Zostawił czwórkę dzieci, wychowałam je, nawet do szkoły wysłałam, co nie było proste. Czy wiesz, że szkołę to mamy w Marathokampos? Za moich czasów to trzeba było tam chodzić piechotą w obie strony, a i butów nie mieliśmy, więc do szkoły nie poszłam. Trochę mnie ksiądz poduczył czytać i pisać, także mogę się sama podpisać. Pamiętam dużo z tamtego okresu, ale co działo się wczoraj, to już trudniej.

Bije od niej czysta energia. Prawdopodobnie ta kobieta nigdy nie skłamała, nigdy nie ukradła. Sto procent niewinności.

— Doskonale pamiętam wojnę, w Kastanii Włosi na rozkaz Niemców rozstrzelali 18 partyzantów. Ośmioro było z naszej wioski. Potem przyszli tutaj Niemcy i spalili doszczętnie wszystkie domy, kościół… Uciekliśmy do jaskini półtorej godziny marszem stąd — do Megalo Seitani. Tam mieszkaliśmy do końca wojny. Czy wiesz pedakimu, że Włosi przynosili nam ryby i chleb, żebyśmy nie pomarli z głodu? Oni byli dobrzy dla nas, nie to, co Niemcy.

Pamiątkowa tablica w Kastanii głosi, że Greków zabili Włosi, jednak wieść wśród ludności lokalnej jest jedna: to Niemcy ich zabili.

— Bo to było tak, Niemcy złapali partyzantów i powiedzieli do Włochów: jak ich nie zastrzelicie, to my was zastrzelimy. — uzupełnia swoją wypowiedź Ewangelia.

— Tak, to były trudne lata, potem przyszła wojna domowa, ale myśmy tutaj we wsi nie za bardzo o wszystkim wiedzieli. Nie mieliśmy prądu, to i radia nie było. W ogóle na wyspie nikt się nie angażował w te sprawy. Co innego na Ikarii, tam zsyłali przeciwników systemu. Pedakimu, czy znacie Ikarię? (jedna z wysp w prowincji Samos) Musicie tam pojechać, tam jest pięknie, ludzie żyją ponad 100 lat, mam tam koleżanki.

— Zanim pójdziecie dalej, zjedzcie coś. Ja już jestem zmęczona, odwiedźcie mnie kiedyś jeszcze.

Wracamy w milczeniu obiecując sobie, że gdy tylko nastanie jesień wrócimy do pani Ewangelii. Mamy nadzieję, że i tutaj, podobnie, jak na Ikarii ludzie żyją bardzo długo i jesienią będzie też na nas czekać kawa po grecku.

Patera Teofanis czyli klasztor Panagia Vrodiani

Panagia Vrodiani, zwany też Vronta to piękny obiekt klasztorny, który niestety kilkanaście lat temu spłonął, ale dzięki staraniom mnichów w nim mieszkających, został już w dużej części odbudowany — o szerzej o tym w rozdziale o monastyrach.

Mnichów jest raptem dwóch — nieco starszy — Ojciec Teofanis i jego młodszy pomocnik Fotis.

Tak się jakoś dziwnie złożyło, że mój pierwszy osobisty kontakt z popem — czyli księdzem prawosławnym odbył się właśnie tutaj, z Ojcem Teofanisem. Kiedy kilka miesięcy temu się poznaliśmy, popełniałam błąd za błędem — na przykład weszłam do miejsca w kościele zarezerwowanego wyłącznie dla księży, a nawet — zrobiłam mu zdjęcia — co jest absolutnie nie akceptowalne. Jakaż to inna kultura!

Pop wraz ze swoim pomocnikiem pracują od rana do wieczora przy swoich winnicach, gajach oliwnych i przy obrządku zwierząt domowych. Mają kilkanaście kóz, jedną krowę i kilkanaście kotów wszędobylskich. Muszą przecież w jakiś sposób utrzymać klasztor i siebie, gdyż pensji jako takiej — nie mają.

Pop ma teraz problem, gdyż urodziła im się mała jałówka, ma już trzy miesiące. Jałówka o wdzięcznym imieniu Kwiatek, przywiązała się do niego niczym najwierniejszy kundelek, chodzi za nim — dosłownie krok w krok. Jeśli pop nie napije się pierwszy wody ze strumienia, to ona też nie — to się nazywa miłość i zaufanie zwierząt! Kiedy natomiast odprawia mszę, „maleństwo” musi zamykać na tyłach klasztoru, inaczej kto wie, czy nie weszłaby do kościoła — to nie żart, zdarzyło się już to jej, na szczęście w porę to zauważono. Pop się zastanawia, co zrobi, jak dziecina urośnie.

Teraz nasz zaprzyjaźniony pop opowiadał, że ma ze swoją jałówką problem następujący…

Otóż bydło rogate — a do takich zalicza się przecież młoda krówka — musi być w Unii Europejskiej zaobrączkowane. A pop się nie zgadza, gdyż … będzie to ją boleć. Czy to nie śliczne? Wspominał przy tym świętego Franciszka z Asyżu…

Po opowieściach o zwierzątkach, zabraniu nas swoim rozklekotanym piętnastoletnim jeepem w góry, by pokazać nam ruiny XI wiecznego klasztoru, zostaliśmy zaproszeni na obiad.

Ojciec Teofanis powiedział:

— Dzisiaj jest niedziela, święto, jedzenie będzie przepyszne, przygotowali je nasi goście.

I wprowadził nas do jadalni, posadził po swojej lewicy — honorowe miejsce. Przed posiłkiem była modlitwa i błogosławieństwo posiłku.

Usiedliśmy wraz z gośćmi klasztornymi, którymi — okazali się ni mniej, ni więcej tylko uchodźcy z Syrii i z Libanu — dwie chrześcijańskie rodziny z czwórką nastoletnich synów. Chrześcijanie z tamtych rejonów są w okrutny sposób prześladowani, zaś ci, którzy tam zostali — zginą.

Po skończonym, skromnym zresztą posiłku, który pewnie dla nich był bardzo wytworny, gdyż to niedzielny, świąteczny obiad, znów była modlitwa. I nikomu nie przeszkadzało, że przeżegnałam się w innych, od wszystkich sposób, nikt nic nie powiedział, gdyż po prostu wszyscy modliliśmy się do jednego Boga.

Na koniec podziękowałam mu za wszystko, a najbardziej za tę niesamowitą wrażliwość i przyjęcie pod swój dach uchodźców. Oto, co mi odpowiedział:

— Naprawdę bardzo chciałbym ich wszystkich zaprosić do siebie, niestety nie dam rady ich wykarmić. Oni są przecież wszyscy dzień Bożymi, pierwszym uchodźcą był Jezus z Nazaretu. Niech Bóg ma ich w swojej opiece.

I znowu o zakupach

Zakupy w Grecji, a ściślej na Samos, nie przestają mnie zadziwiać. Niby to Unia Europejska, ale jakaś inna, nie taka nasza, polska czy belgijska (od Brukseli, stolicy EU).

Kiedy wchodzę do sklepu z meblami, artykułami budowlanymi czy wyposażenia wnętrz — próżno tam szukać cen. Ich zwyczajnie nie ma — trzeba każdorazowo pytać sprzedawcy, jest też wielce prawdopodobne, że tenże podaje inną cenę mi, inną koledze z piaskownicy. I nic na to nie mogę poradzić.

Czasami pytam o folder z cenami, ale się dowiaduję, że nie ma, albo, że będzie, że się skończył etc. Mój kierownik budowy wprost mi powiedział, kiedy wybieraliśmy kafelki do kuchni:

— Musimy pojechać do sklepu, jak będzie syn właściciela, bo jego ojciec się zachowuje, jak na tureckim bazarze.

I tak trwamy w tych dziwnym okolicznościach przyrody. Dzisiaj postanowiłam kupić sobie dżinsy — idzie jesień i poranki są już chłodniejsze.

W poszukiwaniu dżinsów weszłam do znanej mi skądinąd marki Triumph, gdyż tam na wystawie widziałam całkiem fajne spodnie. Przymierzyłam, kupuję. Cena — 79 euro za sztukę. Pytam o rozmiar mniejszy — nie ma, ale portki mi się podobają, więc biorę takie, jakie są.

Pan sprzedawca ogląda mnie uważnie i mówi tak:

 Ty nie jesteś turystką — stwierdza — mówię, że nie, mieszkam tutaj i podaję nawet nazwę miejscowości.

 A, no tak. To zmienia postać rzeczy — mówi, a ja nie wiem, o czym on mówi — w takim razie cena za dżinsy to 25 euro, bo to ostatnia para.

Zbaraniałam.

Zapłaciłam ile chciał, dokupiłam jeszcze koszulkę i drugie letnie portki i za całość zapłaciłam 56 euro. Bo zniżka dla mieszkańców. W markowym sklepie Triumph. Grecja to jednak dziwny kraj.

Wyprawa po kota

Peri przyjechała do nas w takim kontenerku

No i nadszedł ten dzień, kiedy na stałe przeprowadziłam się na Samos. Z kotem. Z mężem. Ze swoimi farbkami, pędzelkami, ulubionymi naczyniami i stertą nikomu niepotrzebnych ciuchów.

Dzień ten nastał zupełnie niepostrzeżenie, ot zwyczajnie remont domu dobiegł do końca — a co za tym idzie wyprowadzka od Panajotisa — i postanowiliśmy pojechać po kota, który jeszcze w Turcji urzędował — doglądali go nasi przyjaciele.

Bez sentymentu przyjechaliśmy do Kuşadası, spakowaliśmy trochę rzeczy, pożegnaliśmy się z naszym mieszkaniem, by powrócić na Samos, gdyż to tam był teraz nasz dom. Z Turcją nie łączyło nas już NIC.

Kot miał kocią książeczkę zdrowia od wielu lat, od kilku lat także paszport, specjalne zezwolenie od tureckich władz — taka procedura — szczepienia i generalnie był OK. Wszystkie papiery mieliśmy ze sobą.

A w porcie… Niespodzianka. Raczej przykra rzekłabym. Niestety.

Problem pojawił się w postaci nawet nie służb granicznych, a celnika. Celnik bowiem zobaczył kontener z kotem, no i się zaczęło…

Zaczął na nas okropnie krzyczeć, że ten kot jest turecki, że zabronione, że chce zobaczyć … gps kota (sic!) — chodziło mu zapewne o chipa. I że nie widzi TEGO DŻI-PI-ESA!

Celnik znał kilka słów po angielsku, nasz grecki nadal kulał, więc komunikacja była niezwykle trudna.

Kazał nam czekać — na co i na kogo, nie wiedzieliśmy. Zadzwoniliśmy do Panajotisa z prośbą o interwencję, nie wiedząc kompletnie, co się dzieje. Ten porozmawiał z celnikiem, po czym oddał nam słuchawkę i już wiedzieliśmy. Musimy czekać na weterynarza, żeby ten obejrzał kota — czy zdrowy, czy nie ma pcheł i cholera wie, co jeszcze. No, bo on turecki jest, to może mieć wszystko, prawda? A weterynarza w pobliżu nie było.

Kotek, jak wspomniałam, miał wszystkie papiery ze sobą, całkowicie legalnie, tylko mu się trochę nudziło w tej puszce do transportu.

Mija pierwsze pół godziny. Weterynarza nie ma.

Mija kolejna godzina.

Weterynarza nie ma.

Mija kolejna godzina.

Weterynarza nadal nie ma.

Celnik postanowił sprawdzić nasze 7 toreb. Zaczął od mojej pomarańczowej walizeczki — i łup! Nasz porcelanowy talerz wyjechał z mojej walizki na podłogę. Celnik pierwsze co robił, to złapał skorupy i wyrzucił do kosza. Denerwował się przy tym bardzo, krzyczał:

— You open! you!

Otworzyłam następną walizkę stojąc przy takim długim stole metalowym, obok mnie zdenerwowany celnik. Staliśmy blisko siebie i widziałam, jak mu się ręce trzęsły — pewnie mogłam go oskarżyć o ten stłuczony talerz. To nie koniec pecha celnika. Sprawdzając kolejną walizkę … stanał mi na stopę.

— Signomi (przepraszam) jęknęłam cichutko pokazując mu na swoją stopę. Celnik już się gotował. Sprawdził komputer stacjonarny, pytał o jego wartość?

— Nie wiemy — odpowiedzieliśmy zgodnie. Nie było to po jego myśli.

Po trzech godzinach od przypłynięcia zabrał nas do swojego gabineciku, wziął kartkę papieru i zapytał mocno podniesionym głosem — czyj jest kot? — jesteśmy małżeństwem, rodziną, kot jest NASZ, ale już nie chciałam mieszać naszemu celnikowi w głowie i mówię, że mój. Zapisał moje dane i … pozwolił nam iść.

Udało się!

Wyszliśmy, byliśmy w Grecji, w naszym nowym miejscu do życia. Całą rodziną. Naprawdę zaczynamy tu żyć i mieszkać. Turcja to już rozdział zamknięty dla nas.

Z portu pojechaliśmy prosto do naszego malutkiego domku, który właśnie, po 6 tygodniach skończyli remontować.

Już w domu

Pierwszy tydzień w domu

No i stało się, mieszkam na Samos. W moim domku dla lalek, który ciągle wygląda, jak … właściwie, jak co? No właśnie? Już nie ruina, bo ma okna, drzwi — co prawda bez klamek — ściany, dach. Czyli zdecydowanie nie jest ruiną. Nie jest też domem, gdyż dom to media takie, jak prąd, woda, kanalizacja, dom to łazienka, to ciepły prysznic, ogród, a w nim kwiatki. Tego wszystkiego tutaj nie ma.

Nie ma też mebli, choć łóżko na górze stoi i jest bardzo wygodne. Jest też domek dla kotka, moja sztaluga i prąd użyczony od sąsiadów.

Sytuacja wygląda następująco: woda powinna być już dawno, ale miasto nie chciało mi podłączyć, dopóki poprzedni właściciele nie zapłacą swojego zadłużenia — 377 euro, a oni mieszkają gdzieś w Stanach Zjednoczonych, także kontakt z nimi jest raczej utrudniony. Jest tutaj ich pełnomocnik, pani Stavrula, ale ona nie zamierzała tego zapłacić nawet przez najkrótszy ułamek sekundy. Mój kierownik budowy krzyczał, piszczał, płakał, groził — ale kobieta się w żaden sposób nie ugięła kłamiąc w żywe oczy, że oni tam nigdy nie mieli ani prądu, ani wody. Kierownik był fantastyczny, stojąc murem za mną, ale — koniec końców, dług pozostał.

Dlaczego urząd miasta każe zapłacić nowym właścicielom, zamiast ścigać dłużników? Nie mam zielonego pojęcia. A ja zwyczajnie chcę mieć wodę. Poszłam więc i zapłaciłam ten nieszczęsny rachunek i sprawy ruszyły. Przyjechał nawet samochód z człowiekiem na pokładzie, który miał tę wodę podłączyć. Był piątek. Facet wyszedł, popatrzył, ponarzekał, że rura nie taka, że studzienka nie taka, pokiwał głową i — odjechał mówiąc — deftera — czyli w poniedziałek. Deftera i awrio (jutro) to jedne z pierwszych greckich słów, które na dobre zagościły w mojej głowie. Tu jest Grecja, nikt się nie spieszy.

Nieco inaczej sprawa przedstawia się z prądem. Prąd jest, umowa z elektrownią podpisana, czekamy tylko na … licznik. Tak, dokładnie na licznik. Nie ma nowych liczników na całej wyspie i jak będą, to mi prąd podłączą. Kiedy? Tego nie wie nikt. Deftera, awrio, albo za tydzień.

Także żyjemy bez wody bieżącej — 50 metrów od domu mamy fontannę miejską, którą się ratujemy, a prąd mamy od sąsiadów. Dopóki oni będą — wracają do Aten w następny czwartek, tutaj mają tylko dom na wakacje — to jesteśmy uratowani. A potem, cóż, albo woda i prąd, albo po prostu życie w zgodzie z naturą.

Ogólnie jest całkiem ok, sąsiedzi zapraszają nas na obiady i kolacje, jak wczoraj się wymówiliśmy pracą, to przynieśli nam pełnowymiarowy obiadek do ogródka. Życie towarzyskie kwitnie, jesteśmy wielką atrakcją dla lokalnych mieszkańców, każdy do nas zagląda — osobiście czuję się, jak maskotka na pokazie samochodów. Wieczorem jesteśmy zaproszeni na królika, a w przyszłym tygodniu mam być przedstawiona fryzjerce w mieście. Słowem — wkraczamy w pełne życie greckie.

Drugi tydzień w domku dla lalek

Właśnie mija drugi tydzień mojego mieszkania w moim malutkim domku, przez przyjaciół nazywanym „doll house”. Sytuacja jest … dynamiczna… tak, jak pogodna w Polsce. Zgodnie z obietnicą, fachowcy przyjechali w poniedziałek i podłączyli wodę. tzn, było ich trzech, jeden ciągle coś jadł, drugi wydawał rozkazy, a trzeci miał łopatę, którą dokopał się do przyłącza i w pięć minut podłączył mi wodę.

Miałam już wodę w ogródku i byłam cała w skowronkach. Skończyło się noszenie wiadrami, jak za króla Ćwieczka, można było umyć sobie ręce pod bieżącą wodą. A to, że zimna? Wierzcie mi, po tygodniu mycia rąk w wiadrze, nawet zimna woda jest prawdziwym all inclusive.

Pozostało jeszcze doprowadzenie wody do kuchni, co też okazało się na Samos niejakim wyzwaniem. Hydraulik pojawił się w środę, obejrzał wszystko, powiedział ile skasuje i … tyle go widziałam. Minął czwartek — hydraulika ani widu, ani słychu, ale ja i tak byłam szczęśliwa, że mam bieżącą wodę u siebie. Pojawił się dopiero w piątek na pięć minut, by powiedzieć, że … przyjdzie w sobotę. W sobotę rzeczywiście przyszedł, zapytał, gdzie jest ciepła woda, ja na to, że jeszcze nie ma, będzie zainstalowany podgrzewacz, kiedy skończymy łazienkę.

— A, to w takim razie podłączę tylko zimną.

I jak powiedział — tak zrobił. Pod zlewem w kuchni podłączył tylko zimną wodę, wężyk od ciepłej nadal samotnie zwisa czekając na lepsze czasy — a może i lepszego hydraulika. Ale wodę bieżącą w kuchni już mam!

Mam nawet kuchnię — nadal bez prądu (tenże w dalszym ciągu od sąsiadów), nad którą dzielnie pracuje mój stolarz Periklis. Facet jest obłędny, nie mówi ani słowa po angielsku, więc chcąc nie chcąc, musimy porozumiewać się w języku Hellenów, który nadal brzmi dla mnie nieco, jak chiński…

Na czym polega wyjątkowość Periklisa? JEST i PRACUJE, co chyba jest rzadkością na tej małej wyspie i nawet zna się na stolarce. Robi szybko i dobrze, aczkolwiek każde odstępstwo od utartego schematu wydaje się być dla niego dużym wyzwaniem. Tutaj bowiem od wieków robiło się tak samo, a przyjechała taka Polka i chce nieco inaczej — na przykład mam kuchenkę i piekarnik osobno, w różnych miejscach. TAK PRZECIEŻ NIE MOŻE BYĆ!

Periklis pracuje trochę tak, jak najlepszy stolarz w polskie gminie w czasach komunistycznych — stara jestem, to pamiętam. Wszystkich zna, wszystko potrafi załatwić. Szafka nie mieści się w wejściu do kuchni? Nie ma problemu, odkręcimy nóżki i wejdzie. Niby proste, ale zapewniam was, że tutaj myśli się nieco inaczej. W każdym razie, Bóg pod postacią mojej sąsiadki mi go zesłał.

Co do prądu natomiast…

Podobno liczniki na wyspę przypłyną w poniedziałek, miały być w piątek, ale był dwudniowy strajk promów. Jest więc promyk nadziei, że światełko zaświeci w moim domku dla lalek pod koniec nadchodzącego tygodnia.

Mamy prąd!

No i stała się światłość! Po skończonym dwudniowym strajku, liczniki dojechały na wyspę, a panowie dzięki interwencji naszego kierownika budowy przyjechali i w godzinę podłączyli nasz dom do sieci energetycznej.

Prąd już był, pozostało czekać na elektryka, by wszystko posprawdzał i podłączył kuchenkę i piekarnik. Panowie bowiem, jak budowali dom, to niby zrobili gniazdko tam, gdzie był zaplanowany piekarnik, ale je potem … zatynkowali, więc stolarz montując kuchnię zwyczajnie to pominął. Ot, taka grecka technika.

Nie ma takiej rzeczy, której nie da się naprawić, więc pan elektryk — o wdzięcznym imieniu Kostas — zabrał się do dzieła.

Przede wszystkim zdumiał się bardzo, że mamy OSOBNO piekarnik i kuchenkę. No, i że kuchenka potrzebuje aż 7000 Watów! No, bo niby jak? Aż tyle? I na co mi cztery palniki dla dwóch osób? I bezpiecznik musi być większy, i trzy fazy, słowem — narobiliśmy im dużo problemów.

Padła nawet hipoteza, że podłączy mi kuchenkę o mniejszej mocy, tak, że będę używać dwa palniki. Pomysł przedni, nieprawdaż?

Przy mojej nieustępliwości — małżonek czujnie dał nogę pod byle pretekstem — panowie polegli. Wyciągnęli z szafki piekarnik i przy pomocy jakiegoś magicznego urządzenia wyrżnęli mi plecy szafki, po czym odkuli kawał tynku — o święta Madonno, dlaczego oni to ZATYNKOWALI? — i dostali się do gniazdka. Brawo panowie!

Kierownik budowy po całej tej operacji zawołał:

— Elate ligho — po polsku to znaczy „chodź na chwilę”. I pokazał mi ranę na paluszku i poprosił o bandaż, plasterek i Bóg wie, co jeszcze. Nie miałam, powiedzmy szczerze, że apteczki jeszcze nie dokupiłam. A kierownik płakał, bo ranę miał taką, że nie mogłam jej bez okularów dojrzeć. Swoją drogą, współczuję jego żonie, pewnie kiedy facet ma 37 stopni temperatury i katar to musi pogotowie wzywać. W zaistniałej sytuacji przemyłam mu paluszek perfumami — jedyny mocniejszy od wina alkohol w domu — owinęłam paluszek kawałkiem ręcznika papierowego i zakleiłam taśmą izolacyjną — od elektryka. Chyba nie o to dokładnie mu chodziło, no ale cóż. Tak krawiec kraje, jak mu materii staje — jak mówi stare polskie przysłowie.

Kuchnia wyglądała, jak plac budowy… Moja śliczna, nowa kuchnia. No dobrze, piekarnik już był podłączony, teraz przyszła kolej na kuchenkę… I to już nie było takie proste. Wykuli następny kawał ściany stwierdzając beztrosko, że … i tak będę tam mieć kafle.

Potem przyszło podłączanie kuchenki, co jak wspomniałam — niezbyt się obu panom widziało. Koniec końców, kierownik budowy dał nogę zostawiając na polu walki elektryka. Przy mojej nieustępliwości — nadal chciałam używać cztery palniki — zrezygnowany elektryk zaczął wszystko podłączać. Najpierw rozkuł gniazdko nad kuchenką. Potem podłączył tam jakiś kabel. Następnie stwierdził, że i tak dzisiaj tego nie zrobi, bo musi zrobić przedłużenie i coś tam jeszcze. I że będzie awrio — jutro. Awrio zawsze jest lepsze od deftera — poniedziałek.

Następnego dnia zjawił się z zaledwie dwugodzinnym opóźnieniem i — po dosłownie — 3 godzinach pracy udało mu się połączyć wszystkie kabelki, wymienił przy tym jakieś bezpieczniki etc.

Nadszedł czas na test kuchenki. Okazało się, że płyta grzewcza, którą kupiliśmy w Grecji, ma instrukcję obsługi we wszystkich możliwych językach, ale nie w greckim… Był nawet polski! Elektryk stał ciemny, jak tabaka w rogu nie wiedząc, jak to ugryźć. Ja — dusza artystyczna, na elektronice to się znam, jak nie wiem co, mąż znowu czujnie dał nogę, ale i on by niewiele pomógł, bo też artystyczny umysł i dusza.

Najpierw włączyliśmy takim przyciskiem on/off. Zamigało i zgasło.

Potem wzięliśmy się na sposób i postawiliśmy garnek z wodą — tyle doczytałam w instrukcji, że musi być garnek żeby się zagrzało.

Zaświeciło się, zamigotało, ZAPISZCZAŁO — i zgasło.

No niech to szlag!

Elektryk wił się, jak piskorz, wściekły na siebie i na instrukcję, ale nic nie mógł zrobić. No, a ja… I tak staliśmy przy tej kuchence jakąś godzinę. W końcu wrócił pan małżonek — na całe szczęście — i ze stoickim spokojem … przeczytał instrukcję. A tam było, jak w pysk, że garnki muszą mieć wielkość minimum 20 cm i muszą cały czas stać na kuchence, inaczej się nie włączy. Podobno tak działa ta cała „indukcja”.

I wreszcie mieliśmy wszystko podłączone i działające, a wczoraj jako pierwsze danie w nowej kuchni … zrobiłam boczniaki w śmietanie. Świat jest piękny! Po trzech tygodniach od złożenia wniosku mamy prąd!

Trzy tygodnie w domku dla lalek

Mijają zaledwie 3 tygodnie, odkąd zamieszkałam w swoim domku dla lalek, a tak wiele się dzieje, że aż nie wiem, od czego zacząć.

Wszystko jest tutaj inne: inny czas, inny styl życia, inna kuchnia, inaczej jeździmy i zupełnie inaczej parkujemy nasze samochody. Grecja widziana okiem mieszkańca jest zupełnie inna, od tej znanej z wakacji, pięknych folderów czy plaż z turkusowym morzem.

Tutaj, jeśli chcesz naprawdę mieszkać, tu po pierwsze musisz uzbroić się w CIERPLIWOŚĆ. Jeśli brak ci tej cechy, to zapomnij o swoim marzeniu, jakim jest przeniesienie się na wyspę.

Czas — pojęcie tutaj, jak najbardziej względne.

— Proszę pana, o której pan jutro będzie? — pytam fachowca w nadziei uzyskania jakiejś odpowiedzi, zaplanowania sobie dnia, etc. W jego oczach widzę bezkresne zdumienie i … cisza. Ponawiam wiec pytanie, ciągle mając nadzieję na odpowiedź.

— Ojej, oczywiście, że będę o dziewiątej — odpowiada po dłuższym namyśle. Ja szczęśliwa, że nie mam rozbitego dnia, wierzę głęboko w jego słowo. I tu następuje spotkanie z rzeczywistością. Przychodzi dzień następny, mija dziewiąta, dziesiąta, jedenasta … Wreszcie przed dwunastą zjawia się nasz fachowiec i mówi, że obiecał nam przyjechać rano, więc tak bardzo się spieszył, nawet kawy nie wypił. Zatem, po spytaniu kilkukrotnym wielu osób, kiedy ktoś będzie — już nie pytam. Po prostu — jak będzie — to będzie.

Język

Język grecki jest nie tylko obcym dla nas językiem, ale nie zapominajmy proszę, że jest tutaj też inny alfabet. Nawet znak zapytania wyraża się za pomocą średnika. Nie jest to język łatwy i przyjemny, ale — jeśli chcesz tutaj mieszkać MUSISZ mówić po grecku, inaczej zwyczajnie się nie dogadasz. Na całe szczęście — cyfry mają nasze, przyzwoite, arabskie.


Kuchnia

Inna, zdrowsza, z mnóstwem warzyw i oliwy z oliwek. Do tego oczywiście różne sery z królową fetą na czele, kilogramy jogurtu i wino. No i słodycze z baklawą na samym początku, ale mamy też ekmek kadaify, czy inne smakołyki.

Parkowanie

Ten punkt w zasadzie nie istnieje. Samochody i motocykle „porzuca się” w wygodnym dla kierowcy miejscu. Może to być np. środek ulicy — wówczas inni muszą zwyczajnie zrobić objazd. Nikt z tego tutaj nie robi problemu, nikt na nikogo nie trąbi, wszystko jest w najlepszym porządku.

Ludzie

Też są inni, niby należą do gatunku homo sapiens, ale jakby byli z innym DNA. Przede wszystkim są bardzo życzliwi, uśmiechają się, zawsze cię pozdrowią. I nie jest prawdą, że są leniwi, oni po prostu mają swój styl życia, nigdzie się nie spieszą, robota przecież to nie zając, nie ucieknie, a pogadać ze znajomym trzeba. Na wyspie wszyscy się znają, chodzą do siebie na obiady, kawki etc. Chcesz kupić oliwę? Nie ma sprawy, zapytaj sąsiada gdzie kupuje swoją, na pewno ci podpowie. Potrzebujesz dobrego mechanika? Zapytaj w knajpie. Na pewno kogoś polecą. Ot, wszystko tu działa na zasadzie poczty pantoflowej.


Urzędy

Te są chyba zmorą każdego narodu, załatwienie czegokolwiek w takowym jest absolutnie nie na moje skołatane nerwy, wszystko za mnie załatwia kierownik budowy — po pierwszej wizycie w zakładzie energetycznym z największą przyjemnością dałam mu pełnomocnictwo. Niestety nie omijają nas wizyty w banku, średnio załatwienie jednej sprawy zajmuje nam tam około godziny.

I na koniec… zakupy.

Kupowanie czegokolwiek na wyspie przyprawia mnie o palpitacje serca. Największym sklepem jest LIDL, także kwestię produktów do jedzenia mamy rozwiązaną, gorzej, jak się urządza dom albo chce się kupić coś nietypowego. Tutaj nie ma Castoramy, czy innego marketu, nie ma nawet centrum handlowego. Rzeczy do domu zwyczajnie się „zdobywa”. Do dzisiaj nie mamy np. otwieracza do puszek, gdyż jeszcze takowego na wyspie nie znalazłam.

Reasumując, trzeba się do wyspy przyzwyczaić, zrozumieć, pokochać. Inaczej — nigdy nie będziecie w nowym miejscu szczęśliwi. Przeprowadzasz się? Zapomnij o tym, jak było, naucz się tego JAK TERAZ JEST. I wówczas można już zacząć cieszyć się tym, dlaczego tutaj przyjechaliśmy: cudną pogodną, wspaniałą historią, zabytkami, plażami i turkusem morza.

Co Grecja może zrobić z kota

Miałam kota. Miłego, przytulnego kanapowca. Futrzasty stwór nie miał wielkich potrzeb, tylko aby jego ukochana właścicielka była blisko niego.

A było to tak:

Koty lubimy „od zawsze”, mieliśmy ich kilka w naszym życiu, przychodzą te „sierście” z wielkim miauknięciem i odchodzą, by później zostawić nas w smutku. Po kilku miesiącach tęsknoty pustkę wypełnialiśmy nowym „miau”, zazwyczaj jakąś znajdą z ulicy. Tak było też w tym przypadku. U sąsiadów w piwnicy (jeszcze w Turcji) pojawiły się malutkie kociaki, dwie dziewczynki pośledniej urody i przecudny kocur z żółtymi pręgami, po prostu cudo! Dokładnie z żółtymi, nie pomarańczowymi czy rudymi, taki piękniś, że na pewno ktoś go od razu zdecyduje się go wziąć.

My zdecydowaliśmy się na kotkę, małe, sześciotygodniowe brzydactwo dotykiem i wyglądem przypominające szczotkę ryżową. Nazwaliśmy ją Peri, co po turecku znaczy wróżka.

Kotka z nami rosła, wpatrzona we mnie, jak w obrazek — gdzie ja — tam ona. Jak mąż trzymał mnie za rękę w łóżku, to przychodziła nas … rozdzielić. Ot, taka futrzana zazdrośnica.

Cały jej ruch fizyczny ograniczał się do skoku na kanapę, na łóżko, fotel, etc.

Kot kochał mnie miłością nieograniczoną, niemal na wyłączność, nie uznawał nikogo innego z domowników, nadszedł jednak czas na pierwsze zostanie samotne zostanie w domu. Kotek płakał trochę, ale zapewniliśmy mu towarzystwo — przychodziła do niego moja koleżanka Wielka Kociara, głaskała ją, rozmawiała, ba! Nawet śpiewała jej piosenki! A jak wyjechaliśmy następnym razem, to włączała kotkowi filmiki o innych kotach na youtubie i razem sobie oglądały.

Kotek rósł razem z nami, najpierw wzdłuż i wzwyż, potem już tylko wszerz. Dostał paszport taki, by móc wszędzie z nami podróżować po świecie, miał swoje zabaweczki, jednym słowem — koci raj! Trwało to cztery lata.

Aż tu nagle jej porządek dnia i życia został zakłócony. Jakaś Grecja? Jakaś Samos? Jakiś nowy dom? CO TO W OGÓLE MA BYĆ?

Tak czy owak, ósmego września 2016 roku kotka wylądowała na Samos. Podróż, pomimo upału zniosła bardzo dzielnie, ale stres był wręcz niewyobrażalnie wielki. Kiedy ją rozpakowaliśmy w domku to kotka wypełzała z boksu, nie wychodziła. To pełzanie zajęło jej ponad dwie godziny, tak była zestresowana, nasze biedactwo. Po wypełznięciu była nawet miła dla mojego męża — co się wcześniej nie zdarzało, w końcu to jest osobnik, który śpi w JEJ łóżku z JEJ panią, ale na obczyźnie, nawet on był OK, w końcu jego znała.

Jakoś sytuację opanowaliśmy i po kilku dniach kot zaczął dochodzić do siebie. Sypialnię mamy na górze, tam też umieszczony został kotek, któremu zresztą kupiliśmy specjalny stojak — drapak, z różnymi półeczkami, by nasze biedne maleństwo, nasz kanapowiec, mógł sobie wyglądać za okno i oglądać świat — jak to drzewiej bywało.

A my poszliśmy do ogródka usiąść na kawę. No i się zaczęło…

Początkowo w ogóle nie wiedzieliśmy, o co chodzi, co się dzieje? Jeden wielki łomot na górze, jakby się człowiek dobijał od środka i próbował wyjść przez zamknięte drzwi. Do tego, nasza ZAWSZE cicha kotka zaczęła wydawać niezwykłe i przeraźliwe dźwięki. Było jedno wielkie MIAU!!!!!!!!!! No tak, Peri nie pomogły nasze wizyty na górze, głaskanie, tłumaczenie, etc. Kot chciał WYJŚĆ do nas.

Koniec końców, założyliśmy jej smyczo-szelki i mała zeszła na dół. I… spodobało się jej to. Zdecydowanie, nawet bym powiedziała.

W kocie w trakcie trzech pierwszych tygodni w Grecji zaszła niewyobrażalna wręcz przemiana — z potulnego kanapowca stał się myśliwym, polującym na wszystko, co się rusza, ze szczególnym uwzględnieniem niewinnych motyli latających sobie z kwiatka na kwiatek. Ścigała po prostu wszystko.

Kot był bardzo niezadowolony, że ciągle miał smycz, ale cóż, takie jest życie, nie zawsze kot ma wszystko na co ma ochotę. Smycz miała 6 metrów długości, a dopóki nie skończyła się budowa nie mogła chodzić wolno, gdyż istniało ryzyko, że wlezie w jakiś cement albo farbę.

Peri była bardzo dzielna, swoimi bystrymi oczkami ogarniała wszystko co się wokół działo, żadna mucha nie przeleciała niezauważona, żaden kot bezpiecznie nie przeszedł ulicą — wszystko widziała i słyszała.

No, ale to, co zrobiła dzisiaj o godzinie piątej nad ranem, przeszło nasze największe nawet wyobrażenia. Spaliśmy sobie grzecznie, kotek w nogach. Aż tu nagle… Kot zwyczajnie zaczął skakać na klamkę domagając się natychmiastowego wręcz wyjścia, a przynajmniej otwarcia drzwi, gdyż… kotek się nudził.

Nie było rady, po 5.30 w trosce o nasze nowe drzwi wstaliśmy, by wyjść razem z kotkiem do ogródka. Hmm… kotkiem. To coś co kiedyś było moim kotkiem chyba, teraz to mamy jakiegoś lwa!

Ach… co ta Grecja robi z kotów!

Pierwsi goście w domu

Wykończeniówka kuchni i pokoju gościnnego (jadalnego) jest niemal zakończona — brakuje jeszcze dwóch półek w pokoju i płytek nad szafkami w kuchni, postanowiliśmy zatem zaprosić naszych najbliższych przyjaciół na wyspie na kolację.

Słowo się rzekło, goście zaproszeni, umówieni, trzeba zastanowić się co przyrządzić dla Greków, których podniebienie jest bardzo wymagające, a jednocześnie nie chcieliśmy szokować potrawami, których mogą nie znać, nie lubić lub zwyczajnie nie jadać. Chciałam, żeby to było coś polskiego, ale jednocześnie takie nie bardzo szokujące. Odpadł w przedbiegach barszcz, odpadła grzybowa — po namyśle w ogóle zupa odpadła, odpadła kapustka z grzybami — a szkoda, bo bardzo lubię, tatar i inne.

Po burzliwych rozmowach zostało ustalone następujące menu:

— sałatka z buraków

— naleśniki ze szpinakiem zapiekane w serze

— pieczone nadziewane pieczarki

— ziemniaki zapiekane w folii

— kurczak na ostro zapiekany w ananasie

— na deser — jabłka w cieście

Goście przyszli — o dziwo nawet w miarę punktualnie — nie zapominajmy, że w Grecji zegarek to element dekoracyjny — przynieśli słodkości z najlepszej cukierni na wyspie, obejrzeli dom i zasiedliśmy do kolacji. Tak przy okazji — byłam już na paru kolacjach w greckich domach — i zauważyłam ze zdziwieniem, że goście przynoszą właśnie słodycze, a nie jak pozostała część świata — butelkę wina.

Zaczęliśmy od sałatki, spojrzeli trochę bykiem na nią mówiąc, że znają, ale z grzeczności skosztowali. NO i pękła pierwsza bariera.

— Boże, jakie to dobre! jak ty to zrobiłaś? — Maria i Stavros dokładnie mnie odpytali o przepis. Byłam dumna! Greczynka, która uczyła mnie robić musakę zapytała o przepis samoskiej sałatki Polkę! Moja próżność została mile połechtana.

Potem były gorące przystawki, czyli naleśniki ze szpinakiem zapiekane z serem oraz nadziewane pieczarki.

O mój Panie! Goście nie mogli się nadziwić obu tym potrawom i z półmisków na stole wymietli wszystko! Ja ich nawet powstrzymywałam, mówiąc, że jeszcze będzie danie główne, deser, ale nie.

 Gdzie ty kupiłaś to ciasto? Jakie to dobre! — pytanie o naleśniki nie zostało w pełni przeze mnie zrozumiane, ale po dłuższej chwili dotarło do mnie, że oni pytają o naleśniki! W sumie to jest tak, że Grecy takich ciast rzeczywiście nie robią, kupują ciasta gotowe — filo cienkie, filo grube, jakieś pity etc. Musiałam im pokazać, jak to wygląda „na surowo” — miałam w lodówce jeszcze 3 „puste” naleśniki — nawet pytali o polską nazwę.

— A farsz? jak robiłaś ten szpinak? Dzielnie podałam przepis ze wszystkimi szczegółami jeszcze bardziej puchnąc z dumy — małżonek to z tej dumy już latał, jak balon pod sufitem — chwalą jego żonę!

Pieczarki wg przepisu Jolanty z wyspy Skiatos też wzbudziły zachwyt — jaki ser tam jest? co jeszcze dałaś? — goście nie potrafili ukryć zdziwienia, że Polka jest w stanie coś ugotować. Grecy bowiem — podobnie, jak Włosi uważają, że tylko oni znają się na kuchni, tak się przejawia ich nacjonalizm.

Potem już było łatwo, ziemniaki pieczone w folii i kurczak na ostro w ananasie załatwił wszystko do końca. ZDAŁAM EGZAMIN! I bardzo się z tego cieszę, ale stres był duży. Gdyby bowiem im nie smakowało, moja pozycja na wyspie byłaby zachwiana, a tak — już jestem swoja, w pełni zaakceptowana przez ludzi na wyspie — moich przyjaciół.

PS. Na Samos, kiedy goście wychodzą, muszą ZAWSZE coś dostać od gospodarzy, wyposażyliśmy zatem naszych cudownych Przyjaciół w naleśniki, farsz szpinakowy i sałatkę buraczaną — zrobiłam ilość, jak dla plutonu.

Saga o malowaniu

Malowanie dla malarza to nic nowego, no chyba, że nieoczekiwanie maluje się drzwiczki do szafek kuchennych. A było to tak:

Zachciało mi się mieć kuchnię. Taką fajną, grecką, z drewnianymi białymi szafkami. Ot, baba ma marzenia. Stolarz przyszedł, wymierzył, poszedł. Wrócił po kilku dniach, by przywieźć same „środki”. Po upływie kolejnych paru dni, znalazły się też drzwiczki do szafek — cudne, pasujące do wszystkiego tyle, że… surowe drewno. A mówiłam przecież wyraźnie „lefko” — białe. Potupałam trochę nóżką, pomachałam rączkami — małżonek, wietrząc awanturę oddalił się na bezpieczną odległość do Aten — cóż, faceci tak mają — i zawołałam ponownie stolarza.

Tenże przyszedł i spokojnie powiedział, że oczywiście, że wie, że meble mają być białe, że pamięta, że … trzeba je pomalować. No dobrze, pomalować…

— No tak, po prostu, jak będzie słoneczny dzień, to przyjadę WYJMĘ wszystkie elementy drewniane, pomalujemy (jeszcze wówczas nie miałam bladego pojęcia, o czym on mówi), wszystko pójdzie sprawnie, ja bardzo dobrze maluję pistoletem.

Myślę sobie, że ok, niech robi po swojemu, jeśli tynkarz zatynkował gniazdko do kuchenki, to może tutaj meble najpierw się wkręca, by do malowania wykręcać? Inny świat, inna kultura, ostatecznie — to ja miałam fanaberię, żeby mieć białe, drewniane szafki zamiast, jak większość społeczeństwa kupić gotowe z laminatu.

Ładny dzień przyszedł bardzo szybko — to był poniedziałek — kiedy stolarz zdecydował, że zaczynamy malowanie. Rankiem powykręcał wszystkie drzwi, nadstawki, dostawki, szuflady etc. — przyznam, że nawet całkiem sprawnie mu to poszło — rozstawił jakieś dwa kozły w ogrodzie, wyciągnął łóżko letnie, rozłożył tam wielkie cztery dechy i się zaczęło.

Wziął pierwsze drzwiczki, rozłożył je na tychże kozłach, pomieszał bejcę, poszukał wśród śmieci czegoś, co będzie służyć za pojemnik — znalazł puszkę po brzoskwiniach — i mówi tak:

 Popatrz: maluje się tak, tutaj pędzelkiem, potem paluszkiem pod spodem zebrać nadmiar bejcy, potem jak to skończymy, to trzeba zakitować ubytki, potem przeszlifować, a resztę to później wytłumaczę, a teraz ja muszę iść.

I poszedł.

Minęła pierwsza godzina, stolarza nie ma. Minęła druga godzina, stolarza nie ma. A bejca schnie.

Po dwóch godzinach wzięłam ten pędzel do ręki sama zaczęłam malować — ostrożnie, z jednej strony, potem paluszkiem wokół, by nie zostawiać zacieków. Malowałam portakia (drzwi) i kładłam na łóżku by schły w słoneczku. Nagle — ups! Drzazga! Na szczęście kilka dni temu robiłam porządek w swojej torebce i znalazłam tam plaster na odciski, to go sobie nakleiłam.

W końcu pomalowałam wszystkie drzwi — przody dwa razy, tył raz — bo farba się skończyła. Drzwi były lekko zabielone, taka kijowa ta bejca. Drzazg naliczyłam w sumie trzy.

Stolarz przyszedł … wieczorem. Obejrzał pracę, powiedział, że ładnie, kazał dokupić farbę i malować dalej. I tyle go widziałam.

We wtorek poszłam dokupić farbę — kolejne 3 litry — i zaczęłam malować. Zeszło mi na to całe przedpołudnie — do sjesty, ale wszystko nabrało pięknego, białego koloru. W sumie fronty były malowane 5 razy, tyły zaś trzy.

A stolarza nie ma. Na wieczór byłam umówiona z koleżanką, więc wyszykowałam się do wyjścia i kogo ja widzę? Mój stolarz przyjechał! Nawet nie wyłączył silnika samochodu, tylko sprawdził i …

— Co malarka, to malarka — stwierdził, pięknie to zrobiłaś. Teraz wymieszasz jedną porcję tego, jedną porcję tego drugiego, i trochę dodasz tego trzeciego, tym maluj dwa razy — to uodporni drewno na wodę. Nie zapomnij o szlifowaniu! I odjechał. Rozkaz wydany, robotnik do roboty.

Dodam jeszcze, że każdego dnia wszystkie elementy były wnoszone i wynoszone z domu.

W środę rano zabrałam się do malowania miksturą o paskudnym zapachu i niewiele lepszym wyglądzie. To paskudztwo nie dość, że cuchnęło, to jeszcze miało lekko słomkowy kolor — nie bez wpływu na moje idealnie białe szafki, ale … cóż było robić!

Malowałam dzielnie — jedna warstwa — jedno szlifowanie. Mąż czujnie nadal przebywał w Atenach, powiedział, że żadną siłą go nie zmuszę do powrotu przed końcem tego wariactwa — to tak przy okazji, facet zawsze wie, jak się ustawić, ale i tak go kocham.

W środę stolarz się nie pojawił.

Znowu meble do środka.

Przyszedł w czwartek. Wypił kawę, obejrzał drzwiczki, kazał jeszcze raz malować tym cuchnącym świństwem i jeszcze raz przeszlifować. Tak swoją drogą, słownictwo budowlane i stolarskie mam już całkowicie opanowane.

Cóż było robić? W piątek od nowa malowanie i szlifowanie. Może w sobotę skończymy? Tak sobie w duchu marzyłam. Małżonek widząc, że moja cierpliwość i tolerancja zmierza do granicy oraz, że jakby nie patrzeć prace zmierzają ku końcowi — w sobotę zawitał do domu. Przynajmniej nie byłam już z tym sama.

W sobotę — stolarza ani śladu. A ma przecież pomalować jeszcze jedną warstwę pistoletem. To się chyba nigdy nie skończy…

Przyszedł w niedzielę, bladym świtem. Przywiózł kompresor, kazał wszystko wynieść i poinstruował nas, co mamy robić.

 Ja prysnę, a wy odkładajcie pomalowane elementy na łóżko, żeby schło.

Jak powiedział, tak zrobił. Zajęło mu to z naszą pomocą może 25 minut, po czym — wsiadł w samochód i odjechał. Powiedział, że ma pracę, a to musi przeschnąć przed malowaniem z drugiej strony.

Wrócił po godzinie, z naszym stołem — zamówiliśmy dwa tygodnie temu piękny, wymarzony, drewniany stół o wymiarach dokładnie dla naszego domku dla lalek — 60 cm x 70 cm. Ot, taki idealny na dwie osoby.

Stół był śliczny, tyle, że … o dwadzieścia centymetrów dłuższy.

 Zrobiłem wam większy, bo talerz z sałatą by się nie zmieścił — taki był komentarz stolarza. O losie…

I stolarz znowu zniknął…

Po prostu, zostawił wszystko i rozpłynął się w nicości.

A my siedzieliśmy, jak te piczki grochowe nie wiedząc, co dalej robić. Ani wyjść, ani się położyć — obowiązkowa sjesta — słowem — byliśmy uziemieni.

Kiedy było już ciemno, przyjechał. Dokończył pracę „malarską” i zaczął wkręcać z powrotem szafki. Jezusie Nazareński! Powinniście to zobaczyć! Jest taka bajka czeska pt. „Sąsiedzi”, gdzie dwóch panów, żeby coś naprawić zawsze coś przy okazji niszczy, jestem przekonana, że jej twórcy wzorowali się na greckich fachowcach. Kiedy zobaczyłam, jak stolarz staje na moim ślicznym zlewie wyszłam. Nie było to na moje nerwy.

Koniec końców, facet w końcu wsadził te drzwiczki z powrotem i kuchnia zaczęła wyglądać, jak u ludzi. Co prawda brakuje jeszcze uchwytów do szafek i szuflad, ale kiedyś przecież będą, prawda? Wystarczą nam przecież wkręty które w ich miejsce zostawił. Gałki leżą grzecznie w szufladzie i czekają na stolarza, który wróci. Wiem to. Tylko nie wiem kiedy.

Jak sobie pomyślę, że mamy malować jeszcze szafę na górze… to chyba teraz ja polecę na kilka dni do Aten i zostawię z tym męża.

Strajk

Kiedyś przeglądając jakąś witrynę internetową dotyczącą Grecji, zobaczyłam kilka podstawowych słów w tym języku: kalimera, kalispera, jasas, hierete — to powitania — oraz απεργία — czytaj apergija — czyli strajk — jako jedno z najważniejszych słów, które musimy znać odwiedzając ten piękny kraj.

Strajk jest przywilejem demokracji, która przecież została stworzona na terenach starożytnej Grecji, prawdopodobnie w X wieku przed naszą erą powstała Loża Licyjska — będąca pierwowzorem obecnej demokracji, by później przekształcić się w demokrację ateńską — VI — IV wiek przed naszą erą. Demokracja jako system polityczny, pozostała do dzisiaj w formie niemal niezmienionej.

Wszyscy szanujemy demokrację, która jest niczym innym, jak wolą narodu, jego głosem, odezwą, prawem. Prawem do wolności słowa, a także prawem do strajku. A ten ostatni, jakże często gości w mojej nowej ojczyźnie.

Pierwszy raz zdziwiłam się jego formą w 2007 roku, podczas strajku dziennikarzy greckich, nie mieściło mi się to po prostu w głowie, że dziennikarze mogą nie wydać gazety, zamknąć studia i tak zwyczajnie ZASTRAJKOWAĆ. Ten zawód to przecież misja dzielenia się wiadomościami z innymi, jak u diabła oni mają się dzielić wiadomościami, skoro strajkują? Są przecież inne formy protestu, ale greccy reporterzy wybrali strajk. No cóż. Inna kultura mówię sobie.

Kolejnym dużym zaskoczeniem był dla mnie strajk w grudniu 2015 roku, kiedy będąc na Rodos chciałam odwiedzić antyczne miasto Lindos, a nie mogłam, ponieważ był ogólnonarodowy strajk archeologów.

Już nawet nie wspomnę o tym, że prąd podłączyli mi później, gdyż był dwudniowy strajk promów i liczniki na wyspę dopłynęły z kilkudniowym poślizgiem. Uwierzcie mi, że cieżko jest tutaj coś zaplanować, zawsze bowiem może być — apergija.

O dzisiejszym strajku na wyspie wiedziałam, ogłoszenia o nim były przez kilka dni, około godziny 13 ma się odbyć także protest przeciwko podwyżce VATu na wyspach z 17% do 24%. A swoją drogą, dziwi mnie, że na lądzie, w obrębie tego samego kraju, VAT już dawno wynosi 24%, zaś na wyspach zaledwie 17%. Czasami mam wrażenie, że słowo ekonomia znaczy zupełnie coś innego w języku greckim, niż to, do czego ja przywykłam.

Koniec końców — strajk. Wszystko, ale to absolutnie wszystko jest zamknięte na cztery spusty — prywatne sklepy, piekarnie, kioski, kioseczki, ba! Nawet straganiarze na lokalnym ryneczku dzisiaj też się nie pojawili ze swoimi produktami.

A ja zadaję sobie takie pytanie: komu oni wyrządzają krzywdę: rządowi, który usiłuje posklejać budżet, czy sobie? Czy rzeczywiście premier Aleksis Tsipras odczuje boleśnie fakt, że dzisiaj nie mogłam kupić cytryn na rynku? Czy może bardziej odczuje to jednak tenże sprzedawca? Bo ja, bez tych cytryn, przeżyję, pójdę do sąsiadów i nazrywam sobie w ich ogródku.

Za darmo.

Ogródek nie strajkuje.

Imieniny w Grecji

Grecja, obok Macedonii i Rumunii, jest jednym z nielicznych krajów, gdzie obchodzi się imieniny — dokładnie tak, jak w Polsce.

Imieniny to obyczaj niezwykle chrześcijański i wiąże się bezpośrednio z chrztem dziecka. Wierzono, że jeżeli dziecko będzie nazwane tak, jak jego święty patron, posiądzie te same przymioty charakteru.

Imieniny to zarówno dla Polaków, jak i Greków bardzo ważna uroczystość. Możesz zapomnieć o urodzinach, ale jeśli nie złożysz życzeń imieninowych, to biada ci, biada! Z przyjaciela stajesz się znajomym, ze znajomego kimś obojętnym, słowem — wylatujesz z bliskiego grona przyjaciół. A dla Greków przyjaźń i lojalność jest najważniejsza. Człowiek, który wypadnie z kręgu znajomych jest po prostu samotny, nieszczęśliwy, nikt zatem nie zaryzykuje tego i każdy stara się o tym święcie pamiętać.

Greckie imieniny w zasadzie nie różnią się od naszych. Podobnie, jak w Polsce, nie potrzebujesz zaproszenia, tylko po prostu przychodzisz do solenizanta. Gospodarz zazwyczaj nie wie, ile osób przyjdzie, musi być jednak przygotowany na każdą ewentualność — nie może zabraknąć krzeseł, picia, a już na pewno nie jedzenia. W Grecji bowiem jest istny kult jedzenia, o nim się mówi, podczas spotkań towarzyskich wymienia się przepisami, dyskutuje się, gdzie jest najlepsza wieprzowina na wyspie, kto wytwarza najlepszą oliwę, a także — u kogo rosną najlepsze pomarańcze.

Czytałam w książce „Błękitne niebo i czarne oliwki” autorstwa Johna Humphrys i Christophera Humphrys, że gospodynie strzegą swoich przepisów i z nikim się nimi nie dzielą — nie zgodzę się z tym. Właśnie podczas takich imienin poznaję nowe przepisy, wiele z nich już wypróbowałam i na pewno nie są „oszukane”.

Wczoraj byłam na imieninach u Emanuela — czyli po grecku Manolis. Było to niezapomniane wrażenie. Impreza zaczynała się o dwudziestej wieczorem, a ja jako Polka, przyszłam oczywiście punktualnie. Byli gospodarze, ich syn i suto zastawiony stół z trunkami tak, jakby spodziewali się, że pół wyspy do nich przyjdzie — na stole było około 15 litrów wina, butelki ouzo i metaxa. Gospodyni pokazała też mi przygotowane jedzenie w garnkach — i szczęka mi nieco opadła, gdyż nie wiedziałam, że ludzie w normalnych domach używają kociołków do gotowania. Jedzenia było dla pułku wojska, albo nawet dla całej armii.

Zastrzegła przy tym, że nie wie, czy przyjdzie ktokolwiek, czy pamiętają i nich i tak dalej. Oczywiście była to lekka prowokacja, oczywiście, że pamiętali!

Po godzinie przyszedł drugi gość, o wdzięcznym imieniu Agamemnon — greckie imiona nie przestają mnie zadziwiać. Porozmawialiśmy, na stół wjechały pierwsze przystawki — sery, papryka na ostro o konsystencji dżemu — odpowiednik naszej żurawiny do mięs, orzeszki. Po kolejnej godzinie zaczęli pojawiać się inni goście. Każdy coś przyniósł — zazwyczaj butelkę, jakie to polskie, prawda? — każdy się obcałował z każdym, zapytał, jak się czujesz, jak twoja rodzina, jak zdrowie — po uzyskaniu odpowiedzi następują pytania zwrotne, także proces witania się TRWA.

Około 22.30 gospodyni zarządziła, że JEMY. Każdy dostał talerz, widelec z nożem, serwetkę — i podchodził do tych wielkich garów i nakładał sobie porcje. Zdecydowanie w menu królowała wieprzowina podana na różne sposoby. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, jak przede mną wylądowały… nóżki w galarecie.

Słowem — zaczęła się prawdziwa impreza. I dyskusje, których tematem przewodnim było oczywiście jedzenie: jak to zostało przyrządzone, ile czasu i w czym peklowali nóżki cielęce, jakich ziół użyli do kokorecza, kto zrobił baklawę etc… Dyskusjom i poradom nie było końca, niczym nasze polskie dysputy polityczne — atmosfera chwilami była równie gorąca.

Jeszcze kilka słów o tym, jak byliśmy ubrani… Otóż — bardzo dowolnie. Gospodarze co prawda byli ubrani skromnie, ale bardzo elegancko, natomiast goście — wolna amerykanka! Od rozlazłych swetrów do dwóch kreacji sylwestrowych. Słowem — pełen luz.

Imieniny, jak w dobrej polskiej rodzinie, skończyły się późno po północy i znowu były całuski na do widzenia, uściski, etc…

PS. ogółem przyszło jakieś 25 osób, jak to dobrze, że moje imieniny wypadają centralnie w środku lata, ogródek pomieści…

Dobrej zimy, czyli kalo chimona!

Zaczęła się zima, może jeszcze nie ta kalendarzowa, ale nastały pierwsze chłodne dni, zewsząd słychać życzenia καλό χειμώνα- czyli dobrej zimy — czytaj kalo chimona.

Zima przyszła z przytupem, zresztą całkiem niespodziewanie. Jeszcze w piątek, 28 października chodziłam w krótkim rękawku, by dzisiaj założyć kurtkę późno jesienną. Oczywiście nie ja jedna, wszyscy chodzą opatuleni, jak na prawdziwej Syberii, ale nie ma co się dziwić. Tu jest po prostu inny klimat, jesteśmy wszyscy przyzwyczajeni do gorąca, w październiku w krótkich spodenkach zobaczymy tylko turystów. Tak, jak do chłodnych temperatur można się przyzwyczaić, tak samo i do ciepłych. Wiem, że może to się wydać fanaberią, ale przy dwudziestu stopniach to ja już wkładam długi rękaw, a jak jest 15 stopni, to zwyczajnie szczękam zębami. I Grecy mają tak samo. Znaczy — zgreczyłam się.

Mój przyjaciel Greko-Polak Michał — jego ojciec wyemigrował do Polski podczas wojny domowej — mieszkał w różnych częściach świata, w tym w Norwegii, ale studiował i zaraz po studiach pracował w rodzinnym domu w Atenach. Powiedział mi, że NIGDY w życiu nie wymarzł tak, jak podczas zim w Atenach.

No więc zima… Temperatura spadła do 19 stopni w ciągu dnia — najwyższy punkt, a nad ranem 11 stopni. Nawet w Polsce wówczas włącza się ogrzewanie. Czyli trzeba włączyć świeżo zakupiony piecyk elektryczny. Piecyk stał na górze, dzielnie go zniosłam, na dół, gdyż coś robiłam przy komputerze. Włączyłam.

Zaświecił się i zaczął grzać. Siedziałam tuż obok niego, po około pięciu minutach zaczął lekko śmierdzieć — pomyślałam sobie — w instrukcji piekarnika napisali, że przez pierwszą godzinę unosi się nieprzyjemny zapach — pomyślałam więc sobie, że tutaj jest tak samo.

Nagle… zaczął się z niego unosić lekki dym, zaś chwilę później pojawił się malutki płomień. Czym prędzej wyłączyłam go z gniazdka i tym sposobem uniknęłam pożaru. Cóż, była to wigilia Halloween i widocznie piecyk był zaprogramowany na święta anglosaskie.

W poniedziałek było jeszcze zimniej i pojechaliśmy kupić piecyk do innego sklepu. Mąż powiedział:

— Kupujemy najlepszy, energooszczędny, żeby nam chałupy nie spalił.

Kupiliśmy. Kiedy go podłączyłam w domu, okazało się, że mamy… 14 stopni w środku! Na dworze chyba było cieplej, ale nie ma co się dziwić, mokre tynki — fachowcy skończyli przecież pod koniec września — to wszystko nie miało za bardzo kiedy wyschnąć.

No, ale piecyk już był.

No i przyszła kolejna noc. Z 1 listopada na 2 listopada, jaka była temperatura w tym czasie na Samos, to nie mogłam uwierzyć, akurat wieczorem było zebranie całej wsi, więc po nocy wracałam i przemarzłam do kości. Temperatura na dworze oscylowała wokół zera…

Tak, to nie żart, temperatura iście listopadowa, ale — jak na północ Europy, a nie Grecję. Normalnie wieczorem to miałam wrażenie, że mróz szczypie mnie w policzki. Było LODOWATO!

Piecyk chodził non stop, a temperatura była naprawdę trudna do zniesienia. Rano przyszedł do nas sąsiad i zaprosił nas na kawę — nigdy wcześniej u niego nie byliśmy.

— Chodźcie na kawę, mam piec — powiedział

— No przecież my też mamy piec — odparliśmy zgodnie

— Nie — odparł Janis — wy macie elektryczny grzejnik, ja mam porządny piec na drewno.

Poszliśmy. Z wielkim zdziwieniem zobaczyliśmy, a raczej odczuliśmy, że u niego jest autentycznie gorąco, no i zobaczyliśmy jego piec. Wcale niezbyt duży, wyglądający trochę, jak kominek, z szybką i ogrzewający calutki jego dom. Wcześniej u innych znajomych widzieliśmy takie zwykłe kozy metalowe, z rurą kominową idącą przez całe mieszkanie, łatwo się o to oparzyć, a jak się ma jeszcze kota w mieszkaniu — to nieszczęście gotowe.

Siedzieliśmy zatem przy tym cudzie w cieple i piliśmy kawę, gospodarze wypuścili nas dopiero, jak się upewnili, że się naprawdę rozgrzaliśmy, dostaliśmy nawet śniadanie! Ot, tacy są ludzie na naszej wyspie.

Wróciliśmy do domu patrząc na siebie nieco z ukosa…

— Myślisz to co ja? — pyta mąż

 O piecu? A pamiętasz, co pisała Jolanta na temat kosztów ogrzewania? — odpowiadam — Jolanta mieszkała na jednej z wysp nieco na północ od nas i płaciła ogromne rachunki właśnie za ogrzewanie.

Nie było większej dyskusji, pojechaliśmy na poszukiwanie pieca na wyspie… Wiedzieliśmy, że na nasz domek to musi być piec małej mocy, a takich na wyspie może nie być… Jeden sklep — nic, drugi sklep — nic, mogą zamówić, ale kiedy przyjdzie i CZY przyjdzie — to nie wiedzą.

W końcu znaleźliśmy — moje słownictwo greckie wzbogaciło się tego dnia o wszystkie wątki grzewcze, to tak przy okazji.

Piec okazał się dla nas idealny, ani za duży, ani za mały, po prostu w sam raz! Zapłaciliśmy, wytłumaczyliśmy, gdzie mieszkamy i umówiliśmy się na montaż już następnego dnia, byliśmy uratowani.

Następnego dnia, około 10 rano zadzwonili i powiedzieli, że za 20 minut przyjadą i będą montować. Małżonek — przeczuwając nadchodzące problemy powiedział krótko i rzeczowo:

— Kochanie, właśnie Stavros napisał mi smsa — no jasne, telefon, bym usłyszała! — i prosi, żebym mu pomógł na jego farmie, pójdę, przy okazji zapytam go o drewno do pieca.

I tyle go widziałam. Zaczynam się do tego powoli przyzwyczajać…

Panowie przyjechali, zwieźli wszystko, co mieli w magazynie i zabrali się do montażu…

Piec jest zainstalowany przy ścianie, która będzie wkrótce rozebrana — jak dostaniemy pozwolenie na rozbudowę domu, ściana jest raptem z jednej cegły, nic wielkiego — przekuć na wylot, by rura weszła — to chyba nawet ja bym dała radę.

— Mamy problem — podchodzą, myślę sobie, zaczyna się — bo ta ściana jest za cienka na przekucie młotem pneumatycznym. No, brawo panowie fachowcy! — Musimy wiercić, a to zajmie nam dużo dłużej!

O Santa Madonno!

Nic to, zabrałam się do malowania, by ich od razu nie zabić. Po godzinie — jeden z nich pojechał do magazynu, gdyż „czegoś tam zapomniał”. Podczas, kiedy tenże był w „gdzieś tam” pierwszy rozmawiał ciągle przez telefon. Po godzinie wrócili do pracy.

Wiercili i coś robili w sumie przez 4 godziny, ciągle przy tym narzekając, że a to ta ściana nie taka, a to druga ściana — gdzie mocowali komin — też nie taka, a że coś tam śmoś-tam. W końcu — skończyli i przyszli domagając się zapłaty, bez nawet próby kominkowej. Jakie było ich zdziwienie, kiedy powiedziałam, że nie zapłacę, dopóki nie sprawdzą. Musielibyście zobaczyć ich miny, prawdziwy szok na tych twarzach się zarysował…

— No, ale nie ma pani drewna… — nieśmiało powiedzieli.

— Nie szkodzi, jest karton po piecu, podrzyjcie i zobaczymy, gdzie dym idzie — powiedziałam to dosyć ostro, gdyż wściekłam się, że prawdopodobnie pomyśleli, że skoro cudzoziemka, kobieta — to nie będzie chciała takich rzeczy.

Podarli karton. Wsadzili do pieca. I mówią:

— Czy ma pani zapałki albo zapalniczkę? Bo my nie mamy czym podpalić.

O mój Boże… fachowcy, jak za czasów naszych spółek polonijnych we wczesnych latach dziewięćdziesiątych, niby nowoczesne, ale mentalność nadal w PRL-u… Dałam im zapalniczkę.

Podpalili, wszystko było w porządku, zapłaciłam, pojechali a ja odetchnęłam z prawdziwą ulgą. W ślad za nimi — jestem pewna, że obserwował z oddali, choć się do tego nie przyznaje — pojawił się Pan Małżonek, z trzema wiaderkami chrustu z lasu, by móc napalić w naszym domowym ognisku zanim dostaniemy normalne drewno.

Strajk promów

Dzisiaj zawieszono dziewięciodniowy strajk promów w Grecji, ale po kolei…

Po jednodniowym 30 listopada, kiedy to kompletnie wszystko było zamknięte, pojechaliśmy największego sklepu na wyspie na normalne zakupy. To był piątek, 2 grudnia, strajk promów w całej Grecji już trwał w najlepsze — o czym nie miałam zielonego pojęcia. Dziwiliśmy się bardzo z małżonkiem, że Grecy już na początku grudnia robią zakupy świąteczne — wózki były tak bardzo obładowane, że aż się wszystko przesypywało.

Wróciliśmy do domu, cały weekend byliśmy mocno zajęci — ja robiłam dżemy z pomarańczy, małżonek czytał. Już wiedzieliśmy, że jest strajk promów, ale — przyznam szczerze — strajk miał się zakończyć w niedzielę wieczorem, więc specjalnie nas to nie obeszło… Przyczyna strajku także niespecjalnie do nas przemówiła — marynarze w całym kraju protestują przeciwko zwiększeniu podatku dochodowego od transportu.

We wtorek szliśmy do znajomych na podwieczorek, więc aby nie iść z pustymi rękami, postanowiłam upiec mój strudel jabłkowy, a do tego potrzebne było ciasto filo i jabłka. Pojechałam więc do Lidla…

Na miejscu — zamarłam.

Pustki, połowa sklepu wygaszona, na stoisku z warzywami były dwie dynie. Nawet ziemniaków i cebuli brakło. Nabiał i mięsne wyje pustkami.

Przyczyna? Strajk promów został przedłużony o kolejne 48 godzin. A my jesteśmy na wyspie, czyli można się do nas dostać tylko promem lub samolotem.

Mijały kolejne dni, w kolejnych sklepach zabrakło nawet makaronu — mi udało się kupić makaron ryżowy, a to tylko dlatego, że Grecy nie jedzą takich wynalazków. Po kilku dniach zaczęło mi nawet brakować jedzenia dla kotów — jedzą takie specjalne, dla sterylizowanych kociąt — ale, jakimś cudem boskim kupiłam w sąsiedniej miejscowości. czyli — zdobyłam.

Sytuacja w sklepach była dla nas wypisz wymaluj wspomnieniem naszej peerelowskiej młodości, kiedy w polskich sklepach można było kupić tylko sól i ocet.

W czwartek miał się u nas rozpocząć kolejny etap budowy — czyli mieliśmy mieć łazienkę, a tu — fachowców — ani widu, ani słychu. Dzwonię więc do nich i pytam, czy zapomnieli? Czy może też strajkują???

— Nie nie, my pamiętamy! ale utknęliśmy w Atenach i nie mamy czym wrócić, samoloty pełne, a promy nie kursują. Jak tylko się dostaniemy na Samos, to zaraz u was będziemy.

No tak, samo życie, życie w Grecji.

Przez cały okres strajku nie dochodziła do nas poczta.

W piątek zaczęło brakować benzyny na stacjach i niektórych leków w aptekach.

Gotówka w bankomatach nawet nie wiem, kiedy się skończyła.

Cierpieli wszyscy.

W końcu po 8 dniach Kreteńczykom puściły nerwy i wzięli sprawy w swoje ręce. W ruch poszły butelki, kamienie i wszystko, czym można było rzucać w siedzibę strajkujących marynarzy.

Protestowali głównie rolnicy, którzy przez strajk marynarzy tracili ogromne pieniądze, nie mogli przecież nic wyeksportować z wyspy. Nie ma co się im dziwić, wino czy oliwa może poczekać, ale zebrane pomarańcze już niekoniecznie. Kreteńczycy w swoim akcie desperacji podpalili siedzibę firmy przewozowej. Była to normalna, regularna bitwa.

Koniec końców, strajk po dziewięciu dniach został zawieszony, a nam pozostaje żyć w nadziei, że ten koszmar szybko nie wróci.

Święto όχι — NIE!

28 października 1940 grecki generał Joanis Metaksas odrzucił ultimatum, w którym Włochy zażądały zgody na przejście swoich wojsk przez teren Grecji. Kraj miał do wyboru — udostępnić swoje tereny faszystom lub też przystąpić do wojny. Włosi domagali się także udostępnienia baz wojskowych na Korfu, Krecie oraz w Epirze i portu w Pireusie.

Dumni Grecy, świadomi swojej przynależności europejskiej nie poddali się presji i powiedzieli agresorom stanowcze NIE — όχι.

Od tego dnia, dzień ten jest świętem państwowym podczas którego celebruje się odwagę, męstwo, patriotyzm, a nade wszystko — HONOR Greków.

PS. Szacuje się, że podczas II wojny światowej zginęło pomiędzy 500 000 a 800 000 Greków, przy liczbie ludności nieco powyżej siedem milionów.

Nauka greckiego

7 listopada 2016

No tak… Zachciało mi się mieszkać w Grecji, to trzeba — choć trochę — nauczyć się tego języka. Sprowadzając się na Samos potrafiłam powiedzieć tylko kalimera, także moja znajomość języka greckiego była dosłownie żadna.

Zacznijmy od alfabetu, który nota bene jest greckim słowem. Nasz rodzimy polski alfabet jest oparty — podobnie, jak w większości świata — na alfabecie łacińskim. Grecki — jak wszyscy wiemy — nie. Najpierw postanowiłam się z tym „cudem” zapoznać. Na szczęście znalazłam kurs w internecie, gdzie w miarę przystępnie zostały omówione te dziwne 24 litery. Dla ścisłości i dla tych, którzy znają język rosyjski — cyrylica powstała na bazie greckiego dopiero w IX wieku naszej ery i różni się znacząco od greckiego alfabetu.

W tejże lekcji alfabetu wykładowca wymienia i poleca kurs internetowy, znałam go już wcześnie, gdyż z jego pomocą uczyłam się kilka lat wcześniej… tureckiego.

No więc kurs zakupiłam w lipcu, kiedy już miałam swój domek dla lalek i się uczę. A przynajmniej próbuję. Jest to to całkiem OK kurs, uczy zwracać się do ludzi w formie grzecznościowej — czyli w liczbie mnogiej. Powiedzenie bowiem do obcej, lub mało nam znanej, starszej na „ty” — np. jasu — jest uznawane za super niegrzeczne — powinno być jasas.

Oprócz tego moja nauka języka odbywa się w sposób bardzo praktyczny, a wygląda to tak:

Mój stolarz nie mówi ani jednego słowa po angielsku, więc siłą rzeczy musimy się porozumiewać w jego ojczystym języku. Tym sposobem znam perfekcyjnie całe słownictwo związane ze stolarką:

wapsimu — malujemy

trepsimu — szlifujemy

rafakia — półki

portakia — drzwiczki

chroma — farba

sirtaria — szuflady

werniki — lakier.

i tak dalej.

Oczywiście znam też słownictwo związane z elektryką, jak choćby bryza — gniazdko elektryczne czy z hydrauliką.

Olbrzymią trudność sprawiają mi rodzajniki, nigdy nie wiem, czy ma być to kalo, kali, czy może jeszcze coś innego, słowem — odróżnienie rodzaju rzeczownika — czy jest on męski, żeński, czy nijaki — do dziś sprawia mi wiele kłopotów.

Jest to dziwny język, teoretycznie każde słowo wywodzi się z greckiego, ale jak tak ich posłuchasz, to masz zupełnie odmienne wrażenie, a już te kombinacje gramatyczne z sufiksami na końcu słowa określającymi zaimki dzierżawcze i osobowe — o andrazmu — mu określa, że to mój mąż — o andrasas — twój mąż — przyprawiają mnie o istny zawrót głowy połączony z palpitacjami serca. O matko kochana! Za jakie grzechy mam się tego uczyć! No, ale muszę! Na szczęście koniugacja jest w miarę względna — czytaj — do ogarnięcia.

Reasumując, czytam po grecku, nie piszę po grecku — nawet nie próbuję się do tego zabrać — i coś tam dukam. Nawet niektórzy już rozumieją, co im chcę powiedzieć. No cóż. Trzeba chwycić tego byka za rogi, ale to walka Dawida z Goliatem, tylko nie wiem, kto w tym przypadku jest Dawidem.

Podatek za samochód

Byłam dzisiaj w banku zapłacić podatek za samochód — w Grecji płacimy samemu, tzn. nie jest doliczony do ceny paliwa tak, jak w Polsce. Kwitek był wydrukowany, więc wydawało się, że ta sprawa będzie prosta…

A jednak:

Podchodzę do okienka, przedkładam kwitek i pojawia się pierwszy problem… — Proszę pani, a jak pani u nas zakładała konto na początku, to myśmy źle zeskanowali pani numer podatkowy, więc nie może pani zapłacić.

Taaaa. Znaczy — zgubili. Podaję więc z torebki decyzję o nadaniu mi numeru podatkowego. Trochę to pana mnie obsługującego zbiło z tropu, bo pewnie myślał, że ma już mnie z głowy.

Pan czyta. I czyta. — Proszę pani, ale wg tego dokumentu, to pani mieszka w Atenach — tam miałam numer przyznany — czyli nie może tutaj zapłacić tego podatku, a jedynie w Atenach.

Ze stoickim spokojem mówię mu, że mieszkam właśnie tutaj, tutaj kupiłam samochód i zarejestrowałam w tutejszym urzędzie.

— No to musi mi pani dać co najmniej dwa rachunki na pani nazwisko, a najlepiej też umowę z energetyką, potwierdzające, że pani tu mieszka.

Kto nosi ze sobą takie rzeczy? Nikt, dodatkową trudnością jest fakt, że umowę z energetyką podpisywał mój kierownik budowy, a jeszcze mi jej nie oddał — zapomnieliśmy — a on dzisiaj wreszcie wraca z Aten po zakończonym strajku. Czyli nic z tego. Pan w okienku zaciera już ręce, że pozbył się natręta. A tu, jak królik z kapelusza — podaję mu dokument z policji potwierdzający mój adres zamieszkania na wyspie.

Pan bankowiec, zapewne po raz pierwszy widział taki dokument na oczy. Zdębiał.

— To jest dokument z waszego posterunku policji, przyznający mi dożywotnio prawo mieszkania w moim domu — nie wiem po co, ale kiedyś to sobie załatwiłam. Dotychczas nigdy z niego nie korzystałam, ale dzisiaj było, jak znalazł.

— To ja muszę zapytać szefów… Jęknął po czym rozpłynął się w nicości.

Wrócił po 15 minutach, by wreszcie przyjąć ode mnie pieniądze, wydać mi odpowiedni kwitek, a ja, po 40 minutach w banku, wreszcie zapłaciłam podatek za swój samochód.

Życie z kotami na Samos

Dwie kocie królowe, jedna ma paszport grecki, a druga turecki, nic dziwnego, że z trudem się porozumiewają.

Nie miała baba kłopotu, to przygarnęła kota. I to drugiego kota. Biedny, bezdomny zwierzak z ulicy, powinien być wdzięczny, prawda?

Fuksia znalazła się w naszym domu całkiem niedawno. Przypominam tylko, że nasz malutki domek jest rozmiarem dobry dla lalek, z wielkim trudem mieści dwoje dorosłych osób, a co dopiero dwa futrzane, skaczące niczym piłeczki pingpongowe kotki.

Starym zwyczajem Peri — rządzi. To znaczy, że nasze życie jest podporządkowane JEJ. Kociej królowej, teraz zaprowadza porządek „na dzielnicy”.

Fuksia pojawiła się całkiem znienacka, niechciana, nieproszona, wręcz — dość brutalnie przez nas wypraszana. Najpierw przychodziła z wizytą do ogródka, potem zadomowiła się tam na fotelu.

Moje miękkie serce sprawiło, że wyniosłam jej poduszkę i kontener do przenoszenia kotów — aby miała gdzie się schronić przed deszczem.

Spała tam kilka tygodni, na jedzenie już ją zapraszałam do domu.

W tym czasie Peri oczywiście uskuteczniała swoje wędrówki ludów. Jej zwyczajowy rytm wygląda tak: około drugiej nocy wstaje, idzie do drzwi i wali z całej siły stojąc na dwóch tylnych łapach — w klamkę. Nie ma opcji, żeby się nie obudzić.

Około trzeciej — wraca — drapie do drzwi tak, jakby jej życie od tego zależało. I znowu — jeśli udało mi się zasnąć, to muszę wstać, w przeciwnym razie nie zmrużę oka. Około czwartej — albo i wcześniej — kot decyduje się na kolejny spacer — i znowu walenie w klamkę powodujące łomot taki, że prawdopodobnie słyszą go nawet sąsiedzi — ściślej — będą słyszeć, bo teraz są w USA, gdzie spędzają zimę.

O piątej gwiazda znowu wychodzi, by po godzinie wrócić. Można wg niej ustawiać zegarki. Zazwyczaj już wówczas nawet nie próbuję spać, tylko idę sobie zrobić pierwszą kawę… Wówczas zwyczajowo wpuszczałam Fuksię i mała jadła.

Tymczasem którejś nocy, kiedy Peri wyszła wróciłam do łóżka i NAWET udało mi się zasnąć, obudził mnie chrobot do drzwi, więc poszłam wpuścić kota. I co widzę? Na moim łóżku już leży jeden kot! To była Fuksia, która korzystając z mojego nocnego zaspania — nie włączam przecież światła, kiedy ta futrzana, cholera wchodzi i wychodzi — i zwyczajnie prześlizgnęła się do domu moszcząc sobie swoje nowe gniazdko. Wzięłam i wywaliłam z powrotem na dwór.

Na co małżonek mówi tak:

— Kochanie, ale to mały kotek — Fuksia ma kilka miesięcy — i jest jej zimno.

— Kochanie, a czy Fuksia dostała jeść? Bo przecież małe kotki muszą jeść częściej.

I tak to, pewnego wieczoru, zresztą dzięki namowom małżonka, Fuksia wylądowała na pierwszą noc w domu. Razem z Peri. No i zaczęło się dla mnie piekło. Prawdziwe.

Fuksia okazała swoją wdzięczność nie odchodząc ode mnie dosłownie na pół kroku, śpi ze mną, maluje ze mną, pakuje się bezceremonialnie na kolana i wręcz wścieka się, kiedy mam na kolanach komputer i nie może się pod nim zmieścić. Kiedy maluję w kuchni siedząc na krześle — jest pod nim. Ma też nową zabawę — polowanie spod krzesła na Peri. Kiedy tylko moja stateczna kocica znajdzie się w pobliżu — to pac łapą! Pierwszy raz moja stara kotka zdębiała, ale sytuacja się powtarza. Jedna pluje, druga wali łapą.

Peri swoich zwyczajów nie zmieniła i jak drugiej w nocy zaczynała swoje wędrówki, tak to kontynuuje.

Fuksia dzielnie śpi przez całą noc — zazwyczaj na mnie. Wczoraj w nocy miała towarzystwo. Kiedy Peri przylazła o trzeciej nad ranem, stwierdziła, że też chce się położyć na swojej pani. No i tak, jak chciała — zrobiła.

Fuksi się to nie spodobało. Generalnie, kotki dogadują się tak, jak PIS z PO, słowem — mam wesoło. Peri wpakowała się na mój brzuch i opluła Fuksię, ta nie pozostała jej dłużna i zdzieliła ją łapą. Była trzecia nad ranem, bitwa rozgrywała się na moim brzuchu. O spaniu, to mogłam zapomnieć.

Dziewczynki uspokoiły się po godzinie, ale ja już miałam dość. Poranna kawa była tym razem o godzinie czwartej.

A myślałby kto, że będąc na emeryturze, nie pracując „od-do” i mogę się wyspać.

Cóż, takie życie, na Samos z kotami.

Nowy rok po grecku

Vasipoplita

Nastał 2017 rok, pierwszy rok który przywitałam na mojej ukochanej Samos i z wielką przyjemnością pożegnałam ten bardzo burzliwy dla nas wszystkich 2016 rok. Niech chińskie przekleństwo „obyś żył w ciekawych czasach” nie miało racji bytu w tym rozpoczętym już 2017 roku, czego i Wam, i sobie także życzę.

Popularny „Sylwester”, czy też jak kto woli ostatni dzień w odchodzącym roku, jest obchodzony w Grecji nieco inaczej w Polsce czy też w krajach Europy Północnej bądź Ameryki; nie różni się jednak wcale, od znanych mi zakończeń roku w rejonie basenu Morza Śródziemnego. W przeciwieństwie do Polski, nie są urządzane w Grecji bale, a już na pewno nikt nie ma ochoty na spędzanie ostatniego dnia roku w sztywnym garniturze lub kreacji z pawimi piórami — jak to bywa w naszej ojczyźnie nad Wisłą.

W kwestii strojów, to panuje tutaj całkowita dowolność, z naciskiem na casual, czyli taka codzienna elegancja. Szukałam przyczyn tego zjawiska, gdyż fakt, że nie będę mogła założyć żadnej z moich długich kiecek w Grecji nie napawał mnie optymizmem, w przeciwieństwie do mojego małżonka, który jest przeszczęśliwy, że nikt go nie będzie zmuszać do garnituru i nie musi finansować zbędnych — oczywiście jego zdaniem — szmat, które wdziewam na siebie tylko raz w roku. Cóż, kobiety są z Wenus, a mężczyźni z Marsa, choć zwłaszcza na Samos powinnam napisać kobiety są z Afrodyty, a mężczyżni z Aresa, ale niestety, nasz układ planetarny został nazwany na cześć i chwałę mitologii rzymskiej, nie greckiej…

A wracając do tematu…

Wszystkie źródła wskazują, że prawdopodobną przyczyną zamiłowania do tej prostoty ubrań, jest bardzo burzliwa i krwawa historia narodu greckiego w XX wieku — wojna turecko-grecka, okupacja włoska, potem niemiecka i wielki głód, wojna domowa i junta czarnych pułkowników — to wszystko sprawia, że Grecy inaczej patrzą na szeroko rozumianą konsumpcję materialną. Facet idzie do kościoła w zwykłej koszuli, kobieta zazwyczaj jest ubrana na czarno od stóp do głowy. Ot, taki zwyczaj grecki.

Czyli kreacja sylwestrowa odpada. Nie oznacza to jednak, że kobieta musi szyć kieckę z worka do kartofli — tzw. mała czarna całkowicie spełnia kryteria tutejszej sylwestrowej kreacji.

Jeszcze kilka lat temu, Grecy tłumnie witali Nowy Rok w restauracjach i tawernach, nieco mniej na placach w miastach — wydaje się, że obecnie zwyczaj ten przetrwał tylko w Atenach i Salonikach, jednak od czasu wielkiego kryzysu widać i tam znaczącą zmianę. Z uwagi na bardzo niepewną sytuację ekonomiczną kraju, zmniejszone w znacznym stopniu dochody mieszkańców i widmo wielkiej klęski oraz bankructwa nad krajem, Grecy w większości spędzają ostatni dzień roku w swoich domach, ewentualnie — lecz rzadko — w gronie przyjaciół. Prawdopodobnie to kłopoty finansowe — względnie skąpstwo — odpowiadają za nieco mylną opinię, że u Greków ten dzień jest zwyczajnym dniem w roku bez konieczności specjalnej celebry.

Ci, u których sytuacja materialna nadal jest sprzyjająca, kontynuują powitanie Nowego Roku w restauracjach.

Obchody ostatniego dnia w roku na Samos czy Rodos — na tych wyspach spędzałam Nowy Rok — nie różnią się niemal niczym, od tych uroczystości na Cyprze — zarówno greckim, jak i tym pod okupacją Turcji, w Turcji czy na Malcie. Trzeba zarezerwować stolik w restauracji, niekiedy zapłacić za wstęp dostając gotowe menu ułożone wcześniej przez szefa kuchni i gotowe.

Jak wiemy, Grecy nie są zbyt punktualni, więc wcale mnie nie zaskoczyło, kiedy w noc sylwestrową ostatni pusty stolik w restauracji zapełnił się raptem godzinę przed północą. Ogółem, miejsce pękało w szwach, a jeśli gdzieś za rogiem czaił się zapowiadany wcześniej mróz lub śnieg na wyspie — byliśmy na 400 metrach na poziomem morza w Koumaradei, to na pewno ominął naszą knajpę, gdyż atmosfera była gorąca. Słowem — jedzenie, picie, muzyka na żywo — przy okazji, odkryłam nowe, oczywiście samoskie wino — przepyszne! W wolnym tłumaczeniu jego nazwa to nic innego, jak „szósty zmysł”.

Kiedy zbliżała się północ, ktoś z gości po prostu zaczął głośno odliczać sekundy do północy, wszyscy zaczęli mu wtórować a zespół muzyczny przestał grać. Wraz z nastaniem nowego roku obecni na sali zaczęli składać sobie życzenia, całować się wzajemnie, dzwonić do najbliższych… A około pół godziny po północy zaczęli wychodzić już pierwsi goście — dokładnie tak, jak w innych, znanych nam krajach śródziemnomorskich, gdzie dane nam było przywitać nowy rok, z tą różnicą, że w Grecji przedłuża się celebrowanie na dzień następny.

Pierwszy stycznia jest szczególny dla każdego domu greckiego, zwłaszcza jeśli są w nim dzieci, w tym dniu obchodzi się dzień Świętego Bazylego, który był biskupem Cezarei Kapadockiej — obecna Turcja — i zmarł właśnie 1 stycznia 379 roku, czyli wówczas, kiedy nie było jeszcze rozłamu na wyznanie katolickie i prawosławne.

Święty ten, nazywany po grecku Wasilij, podczas swojego życia pomagał cierpiącym głód i nędzę starcom i pielgrzymom w metropolii kapadockiej. W zbliżonym czasie, nieco bardziej na południe żył Święty Mikołaj, biskup Myry znany dzisiaj jako pierwowzór naszego Mikołaja — wsławił się tym, że pod przebraniem nędzarza dał pieniądze dziewczętom we wsi z przeznaczeniem na posag. Z jakichś przyczyn jednak, to Bazyli nie Mikołaj jest symbolem tego, który daje prezenty dzieciom w Grecji, choć obaj wspomagali wiernych w równym stopniu, a Mikołaj stał się pierwowzorem dla Santa Claus i fabryki coca coli.

No, ale dość nudzenia na ten temat, dość powiedzieć, że w każdym szanującym się greckim domu, w którym są dzieci musi się znaleźć specjalne ciasto VASILOPITA, z zapieczonym pieniążkiem w środku. Pierwszego stycznia rodzina oficjalnie kroi taki tort-ciasto lub nawet chleb — forma całkowicie dowolna, ważne, by znalazł się na wierzchu napis, który rok witamy — i ta osoba, która znajdzie monetę — jedna na ciasto — będzie mieć szczęście przez następne 365 dni. Teoretycznie vasilopitę kroimy zaraz po północy, w praktyce jednak pierwszego stycznia rano, kiedy dzieci się obudzą, wówczas też dostają wymarzone prezenty.

PS. Kiedy zapytaliśmy kto i kiedy może „zjeść” taką monetę odpowiedź padła całkiem oczywista: no przecież wiadomo, że musi to trafić na któreś z dzieci, prawda?

PS. 2. Na imprezie w restauracji byliśmy z dziećmi przyjaciół. W pewnym momencie wyłowiliśmy swojsko znane nam zdanie: jak się zaraz nie uspokoisz, to nie przyjdzie do ciebie święty Bazyli (Vasilij), prawda, że znajomo brzmi?

Rok 2017

Przywitanie nowego roku przez nurków na Mourtii

Przywitanie 2017 roku w morzu

Mourtia, to zdecydowanie najpiękniejsza plaża na wyspie Samos, jest też mekką dla płetwonurków, nic więc dziwnego, że właśnie tutaj otwarto tegoroczny sezon nurkowania. Pomimo wyjątkowo niesprzyjającej aury — najchłodniejszy dzień tej zimy, zaledwie 4 stopnie — nurkowie z wyspy Samos przyjechali, by w czapkach świętego Mikołaja zanurzyć się w otchłani turkusowej wody.

Przyznam, że od samego patrzenia jak się przebierali, miałam gęsią skórkę, ale okazało się, że w cale nie jest tak źle, a żałować to trzeba było nas na brzegu, a nie nurków, woda ósmego stycznia 2017 roku w Morzu Egejskim na Samos miała bowiem 15 stopni — to niemal normalna temperatura latem dla naszego Bałtyku.

Panowie zanurkowali, zniknęli pod wodą na 20 minut, a na lądzie tymczasem pozostałą część ekipy zadbała o część kulinarną.

Na stole pojawiła się vassilopita, szklaneczki, likier i wino domowej roboty, a także tutejszy bimber nazywany sumaki.

Na wychodzących z morza nurków czekał kieliszek czegoś mocniejszego — nie było osoby, która by pominęła ten punkt programu — oraz ognisko, gdzie mogli się ogrzać.

Kiedy już wszyscy się przebrali i wysuszyli, nastał czas na wzajemne składnie życzeń i dzielenie się vassilopitą — szczęśliwa moneta przypadła jednemu z dzieci uczestniczącemu w uroczystości.

Tym samym sezon został uroczyście rozpoczęty!

Teoria o pustym talerzu

Niby nic takiego, ale bardzo sympatyczny, grecki zwyczaj, który jak najbardziej powinno się naśladować w innych częściach świata.

Sokrates napisał kiedyś „weź tyle, ile potrzebujesz, daj tyle ile możesz”. Maksyma tego greckiego filozofa chyba najtrafniej określa sympatię i szczerość, z jaką Grecy dzielą się między sobą jedzeniem.

Dla Grecji XX wiek był bardzo trudny, wojna turecko-grecka, II wojna światowa i wielki głód w 1941- 42 roku, podczas którego z głodu zmarło pomiędzy 200.000 a 300.000 osób — pamiętajmy, że ludność kraju wynosiła wówczas nieco ponad 7 milionów, potem wojna domowa i junta czarnych pułkowników — to wszystko sprawiło, że w tym kraju dzielimy się jedzeniem. Tak zwyczajnie, naturalnie.

W praktyce wygląda to tak, że jeżeli Greczynka zrobi musakę, pasticio czy inne pracochłonne danie to sama z siebie, nie proszona przez nikogo zanosi do sąsiadów część dania. Być może niekoniecznie kieruje nią wspomniany na wstępie Sokrates, ale na pewno wie, ona co to jest głód i bieda. Ona po prostu wie, że tak trzeba — dzielić się z innymi. Co istotne, nie kierują tą wizytą żadne ceregiele, ot po prostu, przychodzi z gorącym talerzem, puka do drzwi i wraca do swoich zajęć domowych. To nie jest proszona wizyta, kiedy trzeba coś przynieść ze sobą tylko działanie spontaniczne, od serca.

Sąsiedzi nie mogą oddać pustego talerza po zjedzeniu, muszą się zrewanżować swoim, przez siebie przyrządzonym jakimś innym jedzeniem. Dla ścisłości dodam, że nie musi to być od razu, taka wymiana talerza może nastąpić nawet po kilku tygodniach. Ma to bez wątpienia nutkę przygody w sobie, nigdy bowiem nie wiesz do końca, co dzisiaj będziesz jeść na obiad czy kolację. Zdarzyło mi się już w jednym tygodniu nie gotować 5 dni z rzędu, gdyż niemal non stop coś dostawaliśmy.

Każdy ma w domu takie talerze „do wydania”, najczęściej nie dajemy swoich od kompletu, tylko jakieś takie zwykłe, codzienne, zdarzają się nawet plastikowe.

Obecnie po świętach mam aż 5 „obcych” talerzy w domu i sukcesywnie je napełniam i oddaję z powrotem — trochę mi na to zejdzie, bowiem w czasie świąteczno — noworocznym zostaliśmy wręcz zasypani górą jedzenia od sąsiadów i przyjaciół. Tak przy okazji, teraz jestem nieco ostrożniejsza i dzielę się jedzeniem np. tylko w folii aluminiowej, ze strachu, że znów dostanę jakiś talerz i będę się głowić, co tym razem przygotować dla sąsiadów.

Pomimo wszystko, zwyczaj ten jest godny naśladowania w innych częściach świata, prawda? I co ważne, nic się nie marnuje!

Topielica z Samos

Czy myślisz, że wiesz, co zrobisz, jak nadejdzie wielka woda? Że zachowasz się racjonalnie? Że zdążysz ze wszystkim?

Jeśli tak, to jesteś takim samym głupcem, jak ja…

17 stycznia 17 roku

Wszystko zaczęło się dość niewinnie… W nocy był deszcz, ale rano uspokoiło się na tyle, że wyszłam do ogrodu po drewno. Kiedy wróciłam do domu, zaczęło lać. Nic nowego, nie pierwszy deszcz na wyspie i na pewno nie ostatni. Deszcze są tutaj bardzo potrzebne, wszyscy to wiemy, roślinki potrzebują dużo wody, ludzie też chcą pić wodę, nie na darmo ten napój jest nazywany darem życia. Bez wody — nie ma niczego.

Ten deszcz jednak był inny…

Najpierw zaczął przeciekać dach.

Nowy dach, zrobiony kilkanaście tygodni temu.

W tym czasie zrobiłam sobie kawę i patrzyłam wspólnie z kotami na tę nawałnicę. Małżonek poprzedniego dnia wyleciał do Polski, więc miałyśmy z kocurami taki trochę leniwy dzionek. Klnęłam przy tym w żywy kamień na swoich fachowców, jak to oni ten dach budowali?

No, koniec lenistwa — mówię sobie — trzeba wyczyścić piecokominek — ksilosoba — i zacząć normalnie dzień. Założyłam rękawiczki i automatycznie spojrzałam przez okno w kuchni. A tam…. po kamiennej ścieżce prowadzącej wzdłuż domu sąsiadów, zakręcającej i łączącej się z ulicą od południowej strony domu płynął sobie wartki strumień wody, zaś w miejscu, gdzie miał odpływać do ścieków, zaczął się tworzyć basen…

Była godzina 7.40. Od mojego wyjścia do ogrodu minęło jakieś 40 minut.

Deszcz się nasilił.

I padał.

Spadł grad.

A chwilę później…

Woda zaczęła się wlewać do ogrodu z nieco wyżej położonej drogi. Strumieniem, choć w zasadzie można powiedzieć, że wodospadem.

Wszystko stało się w przeciągu kilku minut.

Widziałam, jak się zbiera woda w ogrodzie. Zadzwoniłam do męża. Nie odbierał. Oddzwonił po minucie.

— Kochanie, zalewa nas.

Nie zrozumiał.

— Kochanie, woda podchodzi do domu.

Nadal nie zrozumiał.

W końcu do niego dotarło. Rozmowa trwała może półtorej minuty?

Powiedziałam, że muszę wyjść. Tylko, jak tu wyjść? Wszędzie woda…

Nie wiedziałam, co wziąć z domu. Koty? Jeden był na lodówce, nie miałam szans go ściągnąć.

Drugi siedział na łóżku.

W tym czasie przyszedł po wysokim murze sąsiad — stanął przy sąsiedniej kaplicy, jakiś metr nad ziemią i mnie wołał. Kazał mi wyjść. Wzięłam torebkę, otworzyłam drzwi. Woda wdarła się do domu, usłyszałam jeszcze, jak korki wyskakują. Woda w domu była już na wysokości pół metra. Koty z wielkim zdziwieniem patrzyły na to, co się dzieje.

Wyszłam, a raczej „wypłynęłam”. Szłam po wysokość ud w wodzie.

Tak, jak stałam. Miałam tylko maleńką torebkę z dokumentami.

Chciałam iść do siebie na górę. Stamatis, mój sąsiad, mi nie pozwolił.

— Nie możesz być sama.

Zabrał mnie na siłę do swojego domu, położonego nieco wyżej.

Szlochałam.

Nic mi w życiu nie jest chyba oszczędzone. Śmierć ukochanej osoby w młodym wieku, wypadek samochodowy, pożar na statku… teraz to…

Zostawiłam koty.

Byłam w szoku.

Nie widziałam, co się dzieje.

Mój ogród zniknął pod wodą.

Drzwi do domu były otwarte.

Dom został zalany w ciągu 25 minut.

Tylko tyle.

Wystarczyło.

Woda weszła do domu na wysokość 80 centymetrów.

Nigdy, przenigdy, nawet na filmach nie widziałam takiego kataklizmu. No, może, jak tsunami idzie, to zalewa tak szybko.

Tak to wyglądało…

Stamatis dał mi dresy i kapcie żony na przebranie — byłam cała mokra. Cała się trzęsłam, nie wiedziałam, czy z zimna, czy za sprawą szoku.

Moja ukochana Peri. Zostawiłam ją tam.

Koszmarne uczucie.

Nigdy sobie tego nie daruję…

Kiedy ratujesz swoje życie, nie wiesz, co robić…

Stamatis zadzwonił po straż pożarną, a oni przyjechali błyskawicznie i wypompowali wodę. Na szczęście przestało już padać, choć drogą nadal płynęła woda.

W sumie, woda stała w domu około 90 minut.

Około dziewiątej zadzwoniłam do Lambrosa, kierownika budowy. Straż ciągle pompowała wodę.

Nie powiedziałam mu, co się stało, tylko żeby przyjechał.

Strażacy weszli do domu, po minach widziałam, że tam jest kataklizm.

Spytałam tyko o koty.

Były…

Oba na lodówce.

Odetchnęłam…

Przeżyły.

Po 15 minutach Lambrosa nadal nie było.

Drogą przejeżdżałam Olimpia, koleżanka, mieszka kilka domów dalej. Zatrzymała się, powiedziała, że mam u niej spać dzisiaj.

Nawet przez myśl mi nie przeszło, że nie mam gdzie spać???

Zadzwoniłam kolejny raz do Lambrosa, on swoim pełnym humoru głosem powiedział „two minutes”. I rzeczywiście… Za chwilę był…

Już się nie uśmiechał.

Przytulił mnie i poszedł do domu.

Ja też tam weszłam.

Wszystko pływało.

Nawet lodówka o wysokości 170 cm była przewrócona,

Lambros za chwilę gdzieś zniknął.

Po prostu, wsiadł w samochód i pojechał.

Strażacy spisali protokół…

Wróciłam do Stamatisa do domu. Tam zaczęli się schodzić ludzie, oferując swoją pomoc. Przyjechał Dimitris — ze sklepu ze sprzętem elektrycznym w Vathy, Olimpia tam pracuje, zapewne mu powiedziała. Ucieszyłam się, jak go zobaczyłam, gdyż on zna bardzo dobrze angielski, mój grecki nadal przecież kuleje, a komunikacja była w tym momencie bardzo ważna.

Powiedziałam mu, że mam ubezpieczenie domu.

Dłuższa chwila niedowierzania.

Okazało się, że NIKT w Grecji nie ubezpiecza domów.

A mi dźwięczały w uszach słowa byłego premiera Cimoszewicza z lipca 1997 roku, kiedy to dramat powodzian skwitował jednym zdaniem „powinni się ubezpieczyć”, przyszło mu za to zapłacić stanowiskiem. Ja się ubezpieczyłam, ale, czy to coś da? W Grecji?

Dimitris dopytał, gdzie robiłam ubezpieczenie i zadzwonił do agenta — na wyspie wszyscy się znają. Procedura ruszyła. W ubezpieczeniach zabronili mi ruszać cokolwiek, dopóki nie przyjedzie inspekcja.

Po godzinie wrócił Lambros z żoną, która zna angielski. Było łatwiej, ale tylko troszkę.

Zabrał się od razu do pracy — tzn. kazał pracownikom zlecić wykonanie wielkiego odpływu w ogrodzie — ten był, ale normalnych rozmiarów. Kazał zrobić dziurę o średnicy 40 centymetrów. Teraz spłynie każda woda.

Zabrali mnie do siebie do domu.

Dopiero stamtąd zadzwoniłam do mojego wielkiego przyjaciela Panajotisa. On był akurat chory, ale oczywiście zapewnił o wsparciu, kazał mi spać u siebie, ale ja już zostałam u Lambrosów w domu, tę noc i siedem kolejnych… Aż do powrotu do domu.

Niewiele pamiętam z pierwszego wieczoru. Kiepsko spałam, śniła mi się wielka woda, która mnie zalewa…

Następnego dnia rano przyleciał z Aten rzeczoznawca z firmy ubezpieczeniowej, który obejrzał straty, wszystko sfotografował, powiedział, jak przygotować raport dla firmy ubezpieczeniowej. Tego też dnia dotarł do mnie rozmiar strat — lodówka, pralka, piekarnik, wszystkie szafki na dole, łóżko, kołdra, ubrania, buty…

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 27.04
drukowana A5
za 59.9
drukowana A5
kolorowa
za 84.22