E-book
2.73
drukowana A5
45.02
Rozważna i romantyczna

Bezpłatny fragment - Rozważna i romantyczna


Objętość:
341 str.
ISBN:
978-83-8245-442-0
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 45.02

Tom I

Rozdział I

Rodzina Dashwood od dawna osiadła w Sussex. Ich posiadłość była duża, a ich rezydencja znajdowała się w Norland Park, w centrum ich posiadłości, gdzie przez wiele pokoleń żyli w sposób tak poważny, że cieszyli się dobrą opinią o otaczającym ich znajomym. Nieżyjący już właściciel tej posiadłości był samotnym mężczyzną, który dożył bardzo zaawansowanego wieku i który przez wiele lat swojego życia miał w swojej siostrze stałego towarzysza i gospodynię. Ale jej śmierć, która wydarzyła się dziesięć lat przed jego śmiercią, spowodowała wielką zmianę w jego domu; zaprosił i przyjął, aby zaspokoić jej stratę do jego domu rodzina jego siostrzeńca, pana Henry’ego Dashwooda, prawnego spadkobiercy majątku Norland, oraz osoba, której zamierzał go przekazać. W towarzystwie jego siostrzeńca i siostrzenicy oraz ich dzieci dni starego dżentelmena upływały wygodnie. Jego przywiązanie do nich wszystkich wzrosło. Nieustanna uwaga pana i pani Henry Dashwood na jego życzenia, która wynikała nie tylko z zainteresowania, ale z dobroci serca, dawała mu wszelki stopień solidnego pocieszenia, jaki mógł otrzymać w jego wieku; a radość dzieci dodawała radości jego egzystencji. Z poprzedniego małżeństwa pan Henry Dashwood miał jednego syna: ze swojej obecnej pani, trzy córki. Syn, stabilny, szanowany młody człowiek, był obficie zabezpieczony przez majątek jego matki, który był duży i którego połowa spadła na niego po osiągnięciu pełnoletności. Również przez własne małżeństwo, które nastąpiło wkrótce potem, powiększył swój majątek. Dlatego dla niego sukcesja majątku Norland nie była tak naprawdę ważna, jak dla jego sióstr; ponieważ ich majątek, niezależnie od tego, co może wyniknąć z odziedziczenia majątku przez ojca, może być niewielki. Ich matka nie miała nic, a ojciec miał do dyspozycji tylko siedem tysięcy funtów; ponieważ pozostała część fortuny jego pierwszej żony była również zabezpieczona dla jej dziecka, a on miał w tym tylko interes życiowy. Stary pan umarł: jego testament został odczytany i jak prawie każdy inny, sprawił tyle samo rozczarowania, co przyjemności. Nie był on ani na tyle niesprawiedliwy, ani tak niewdzięczny, aby zostawić swój majątek siostrzeńcowi, ale zostawił go mu na warunkach, które doprowadziły do zniszczenia połowy wartości zapisu. Pan Dashwood życzył sobie tego bardziej ze względu na swoją żonę i córki niż dla siebie lub syna; — ale jego synowi i synowi jego syna, czteroletniemu dziecku, został zabezpieczony w taki sposób: nie pozostawić sobie żadnej władzy, by zapewnić sobie utrzymanie tych, którzy byli mu najdrożsi i którzy najbardziej potrzebowali zaopatrzenia w postaci jakichkolwiek opłat na majątku lub jakiejkolwiek sprzedaży cennych lasów. Całość związała na korzyść tego dziecka, które przy okazjonalnych wizytach z ojcem i matką w Norland do tej pory zyskiwał na uczuciach wuja takimi atrakcjami, jakie bynajmniej nie są niezwykłe u dzieci dwójki lub dwójki dzieci. trzy lata; niedoskonała artykulacja, szczere pragnienie, by podążać własną drogą, wiele przebiegłych sztuczek i dużo hałasu, które przewyższały całą wartość uwagi, jaką przez lata otrzymywał od swojej siostrzenicy i jej córek. Miał jednak zamiar nie być niemiły i na znak swego przywiązania do trzech dziewcząt zostawił im tysiąc funtów za sztukę. Początkowo rozczarowanie pana Dashwooda było poważne; ale jego temperament był wesoły i optymistyczny; i mógł mieć rozsądną nadzieję, że będzie żył wiele lat, a żyjąc oszczędnie, pochłonąć znaczną sumę z plonów majątku już dużego i zdolnego do niemal natychmiastowej poprawy. Ale fortuna, która tak późno się zbliżała, była jego jedynym dwunastoma miesiącami. Nie przeżył już swojego wuja; a dziesięć tysięcy funtów, łącznie ze spóźnionymi zapisami, było wszystkim, co pozostało dla jego wdowy i córek. Jego syna wezwano, gdy tylko dowiedziano się o niebezpieczeństwie, i pan Dashwood zalecał mu, z całą siłą i pilnością, jaką choroba mogła wywołać, zainteresowanie teściowej i sióstr. Pan John Dashwood nie miał tak silnych uczuć jak reszta rodziny; ale w tamtym czasie poruszyło go tego rodzaju zalecenie i obiecał zrobić wszystko, co w jego mocy, aby zapewnić im wygodę. Takie zapewnienie ułatwiło jego ojcu, a pan John Dashwood miał wtedy czas, by zastanowić się, jak wiele może przezornie dla nich zrobić. Nie był źle usposobionym młodym człowiekiem, chyba że raczej zimnym sercem i raczej samolubnym jest złym usposobieniem: ale ogólnie cieszył się dużym szacunkiem; bo postępował właściwie w wykonywaniu swoich zwykłych obowiązków. Gdyby ożenił się z bardziej sympatyczną kobietą, mógłby być jeszcze bardziej szanowany niż był: — mógłby nawet stać się sympatycznym; bo był bardzo młody, gdy się ożenił i bardzo lubił swoją żonę. Ale pani John Dashwood była silną karykaturą samego siebie — bardziej ograniczoną i egoistyczną. Kiedy obiecał ojcu, medytował w sobie, aby zwiększyć majątek swoich sióstr o tysiąc funtów za sztukę. Wtedy naprawdę myślał, że jest mu równy. Perspektywa czterech tysięcy w roku, w uzupełnieniu do jego obecnego dochodu, oprócz pozostałą połowę fortuny jego własnej matki, ogrzano jego serce, i czuł się zdolny do hojności. „Tak, dałby im trzy tysiące funtów: byłoby liberalne i przystojne! To wystarczy, aby uczynić je całkowicie proste. Trzy tysiące funtów! mógł zaoszczędzić tak dużą sumę przy niewielkich niedogodnościach”. Myślał o tym przez cały dzień i przez wiele kolejnych dni i nie okazał skruchy. Gdy pogrzeb ojca dobiegł końca, pani John Dashwood, bez wysyłania informacji o zamiarze do teściowej, przybyła z dzieckiem i ich opiekunami. Nikt nie mógł kwestionować jej prawa do przyjazdu; dom należał do jej męża od chwili śmierci ojca; ale jej nieelastyczne zachowanie było o wiele większe, a dla kobiety w sytuacji pani Dashwood, mającej tylko wspólne uczucia, musiało być wysoce nieprzyjemne; — ale w jej umyśle było tak silne poczucie honoru, tak wielkoduszna romantyczne, że każde tego rodzaju przestępstwo, przez kogokolwiek zadane lub otrzymane, było dla niej źródłem niewzruszonej obrzydzenia. Pani John Dashwood nigdy nie była ulubieńcem żadnego z członków rodziny męża; ale do tej pory nie miała okazji pokazać im, z jak małą uwagą na wygodę innych ludzi mogła działać, kiedy okazja tego wymagała. Pani Dashwood tak dotkliwie odczuwała to niemiłe zachowanie i tak szczerze gardziła za to swoją synową, że po przybyciu tej ostatniej opuściłaby dom na zawsze, gdyby nie jej błaganie. Najstarsza dziewczyna skłoniła ją najpierw do zastanowienia się nad stosownością wyjazdu, a jej własna czuła miłość do wszystkich jej trojga dzieci zdecydowała, że później zostanie i ze względu na nich uniknie zerwania z ich bratem. Elinor, najstarsza córka, której rady były tak skuteczne, posiadała siłę zrozumienia i chłodnego osądu, co kwalifikowało ją, choć miała zaledwie dziewiętnaście lat, do roli doradczyni matki i pozwalała jej często przeciwdziałać, z korzyścią dla wszystkich, ta gorliwość umysłu pani Dashwood, która musiała generalnie prowadzić do nieostrożności. Miała wspaniałe serce — jej usposobienie było czułe, a jej uczucia były silne; ale wiedziała, jak nimi rządzić: była to wiedza, której jej matka jeszcze się nie nauczyła; i która z jej sióstr postanowiła nigdy się jej nie uczyć. Zdolności Marianne były pod wieloma względami równe Elinor. Była rozsądna i sprytna; ale gorliwa we wszystkim: jej smutki, jej radości nie mogły mieć umiaru. Była hojna, miła, interesująca: była wszystkim, ale nie była rozważna. Podobieństwo między nią a jej matką było uderzająco duże. Elinor z niepokojem dostrzegła nadmiar wrażliwości siostry; ale przez panią Dashwood był ceniony i ceniony. Zachęcali się teraz nawzajem w gwałtowności swojego nieszczęścia. Męka żalu, która ich z początku ogarnęła, była dobrowolnie odnawiana, poszukiwana, tworzona wciąż na nowo. Oddali się całkowicie swojemu smutkowi, szukając wzrostu nieszczęścia w każdej refleksji, na którą mogli sobie pozwolić, i zdecydowali się nie przyznać kiedykolwiek pociechy w przyszłości. Elinor również była głęboko dotknięta; ale mimo to mogła walczyć, mogła się wysilić. Mogłaby skonsultować się z bratem, przyjąć szwagierkę w dniu jej przyjazdu i traktować ją z należytą uwagą; i mogłaby starać się pobudzić matkę do podobnego wysiłku i zachęcić ją do podobnej wyrozumiałości. Margaret, druga siostra, była pogodną i pogodną dziewczyną; ale ponieważ wchłonęła już sporą część romansu Marianne, nie mając zbytniego rozumu, w wieku trzynastu lat nie starała się równać z siostrami w bardziej zaawansowanym okresie życia.

Rozdział II

Pani John Dashwood została teraz kochanką Norland; a jej matka i szwagierki zostały zdegradowane do stanu gości. Jako tacy byli jednak przez nią traktowani z cichą grzecznością; i przez jej męża z taką życzliwością, jaką mógł okazywać każdemu poza nim samym, jego żonie i ich dziecku. Naprawdę naciskał na nich, z pewną powagą, aby uważali Norland za swój dom; a ponieważ żaden plan nie wydawał się tak odpowiedni dla pani Dashwood, jak pozostanie tam, dopóki nie będzie w stanie pomieścić się w domu w sąsiedztwie, jego zaproszenie zostało przyjęte. Kontynuacja w miejscu, w którym wszystko przypominało jej dawną radość, była dokładnie tym, co odpowiadało jej umysłowi. W okresach pogodnych żaden temperament nie może być bardziej radosny od jej, ani posiadać w większym stopniu tego optymistycznego oczekiwania szczęścia, które samo w sobie jest szczęściem. Ale w smutku musiała być równie uniesiona przez jej fantazję i tak daleko poza pociechą, jak z przyjemności była poza stopem. Pani John Dashwood wcale nie pochwalała tego, co jej mąż zamierzał zrobić dla swoich sióstr. Zabranie trzech tysięcy funtów z fortuny ich drogiego małego chłopca zubożyłoby go w najstraszniejszym stopniu. Błagała go, aby ponownie przemyślał ten temat. Jak mógł sobie odpowiedzieć na to, że okradł swoje dziecko, a także jego jedyne dziecko, z tak dużej sumy? I jakież ewentualne roszczenia mogą mieć panna Dashwood, która była z nim spokrewniona tylko półkrwi, co uważała za brak związku, na jego tak wielką hojność. Powszechnie wiadomo było, że nigdy nie przypuszczano, by między dziećmi żadnego mężczyzny z różnych małżeństw nie istniało żadne uczucie; i dlaczego miałby zrujnować siebie i ich biednego małego Harry’ego, oddając wszystkie pieniądze swoim przyrodnim siostrom? „To była ostatnia prośba mojego ojca skierowana do mnie”, odpowiedział jej mąż, „abym pomagał jego wdowie i córkom”. „Nie wiedział, o czym mówi, śmiem twierdzić; dziesięć do jednego, ale wtedy miał zawroty głowy. Gdyby był przy zdrowych zmysłach, nie pomyślałby o czymś takim, jak błaganie cię, byś oddał połowę swojej fortuny własnemu dziecku. „Nie przewidział żadnej konkretnej kwoty, moja droga Fanny; poprosił mnie tylko, ogólnie rzecz biorąc, żebym im pomógł i uczynił ich sytuację bardziej komfortową, niż to było w jego mocy. Być może byłoby tak dobrze, gdyby zostawił to całkowicie sobie. Nie mógł przypuszczać, żebym ich zaniedbał. Ale ponieważ zażądał obietnicy, nie mogłem zrobić mniej niż jej dać; przynajmniej tak myślałem w tamtym czasie. Dlatego obietnica została dana i musi zostać spełniona. Za każdym razem, gdy opuszczają Norland i osiedlają się w nowym domu, trzeba coś dla nich zrobić”. — Cóż, więc _ niech_ coś dla nich zostanie zrobione; ale to coś nie musi wynosić trzy tysiące funtów. Weź pod uwagę — dodała — że pieniądze, które raz się rozstają, nigdy nie mogą wrócić. Wasze siostry wyjdą za mąż i to zniknie na zawsze. Gdyby rzeczywiście udało się go przywrócić naszemu biednemu synkowi… — Oczywiście — powiedział jej mąż z wielką powagą — to byłaby wielka różnica. Może nadejść czas, kiedy Harry pożałuje, że rozstał się z tak dużą sumą. Gdyby na przykład miał liczną rodzinę, byłby to bardzo wygodny dodatek”. — Aby mieć pewność, że tak. — Może więc byłoby lepiej dla wszystkich stron, gdyby suma zmniejszyła się o połowę. — Pięćset funtów byłoby ogromnym wzrostem ich majątku! „O! poza wszystkim wielkim! Jaki brat na ziemi zrobiłby połowę tego dla swoich sióstr, nawet jeśli — naprawdę — to jego siostry! I tak jest — tylko półkrwi! — Ale masz takiego hojnego ducha!” „Nie chciałbym robić nic złego” — odpowiedział. „W takich przypadkach należało raczej zrobić za dużo niż za mało. Przynajmniej nikt nie może pomyśleć, że nie zrobiłem dla nich wystarczająco dużo: nawet oni sami nie mogą oczekiwać więcej”. „Nie wiadomo, czego _ oni_ mogą się spodziewać”, powiedziała pani, „ale nie mamy myśleć o ich oczekiwaniach: pytanie brzmi, na co cię stać”. — Oczywiście… i myślę, że stać mnie na danie im pięćset funtów za sztukę. W obecnej sytuacji bez mojego dodatku każdy z nich będzie miał około trzech tysięcy funtów po śmierci matki — bardzo wygodna fortuna dla każdej młodej kobiety”. „Aby mieć pewność, że tak jest; i rzeczywiście wydaje mi się, że w ogóle nie chcą żadnego dodatku. Podzielą między siebie dziesięć tysięcy funtów. Jeśli się ożenią, na pewno będzie im się dobrze powodziło, a jeśli tego nie zrobią, wszyscy będą mogli żyć razem bardzo wygodnie za dziesięć tysięcy funtów”. — To bardzo prawda i dlatego nie wiem, czy ogólnie rzecz biorąc, nie byłoby bardziej wskazane, aby zrobić coś dla ich matki, kiedy ona żyje, niż dla nich — coś w rodzaju renty, mam na myśli. Moje siostry, podobnie jak ona, poczułyby dobre skutki tego. Sto rocznie zapewni im doskonały komfort”. Jego żona wahała się jednak trochę, wyrażając zgodę na ten plan. — Oczywiście — powiedziała — to lepsze niż rozstanie się z piętnastoma kilogramami na raz. Ale w takim razie, jeśli pani Dashwood będzie żyła piętnaście lat, zostaniemy całkowicie wciągnięci. „Piętnaście lat! moja droga Fanny; jej życie nie może być warte połowy tego zakupu”. „Zdecydowanie nie; ale jeśli obserwujesz, ludzie zawsze żyją wiecznie, kiedy trzeba im zapłacić rentę; a ona jest bardzo tęga i zdrowa, ma dopiero czterdzieści lat. Renta dożywotnia to bardzo poważna sprawa; pojawia się w kółko każdego roku i nie można się go pozbyć. Nie jesteś świadomy tego, co robisz. Poznałem wiele problemów związanych z rentami; moja matka była bowiem z woli mojego ojca zablokowana wypłatą trzech dawnych sług starych, i zdumiewające, jak nieprzyjemne było jej to dla niej. Dożywotnie te renty miały być wypłacane dwa razy w roku; a potem pojawił się problem z dostarczeniem go do nich; a potem powiedziano, że jeden z nich umarł, a potem okazało się, że to nic takiego. Moja mama miała tego dość. Powiedziała, że jej dochód nie jest jej własnym dochodem, z takimi wieczystymi roszczeniami; i było to tym bardziej niemiłe w przypadku mojego ojca, ponieważ w przeciwnym razie pieniądze byłyby całkowicie do dyspozycji mojej matki, bez żadnych ograniczeń. To dało mi taką odrazę rent, że jestem pewien, że to nie przypiąć sobie do wypłaty jeden na cały świat.” „Z pewnością jest to nieprzyjemna rzecz”, odpowiedział pan Dashwood, „mieć takie coroczne odpływy z dochodów. Majątek człowieka, jak słusznie mówi twoja matka, nie jest jego własnością. Przywiązanie się do regularnego płacenia takiej sumy w każdym dniu czynszu nie jest bynajmniej pożądane: odbiera niezależność”. „Niewątpliwie; a przecież nie masz za to wdzięczności. Myślą, że są bezpieczni, nie robisz więcej, niż się spodziewasz, i nie budzi to w ogóle wdzięczności. Na twoim miejscu cokolwiek zrobiłem, powinno być zrobione całkowicie według własnego uznania. Nie zobowiązywałbym się do zezwalania im na cokolwiek co roku. W niektórych latach oszczędzenie stu, a nawet pięćdziesięciu funtów z naszych własnych wydatków może być bardzo niewygodne”. „Wierzę, że masz rację, kochanie; lepiej, żeby w tej sprawie nie było renty; cokolwiek im od czasu do czasu dam, będzie o wiele większą pomocą niż roczny zasiłek, ponieważ poszerzyliby swój styl życia tylko wtedy, gdyby byli pewni większego dochodu i nie byliby za to sześć pensów bogatszy pod koniec roku. Z pewnością będzie to najlepszy sposób. Prezent w wysokości pięćdziesięciu funtów od czasu do czasu zapobiegnie ich zmartwieniu z powodu pieniędzy i, jak sądzę, w pełni wypełni moją obietnicę złożoną mojemu ojcu”. — Aby mieć pewność, że tak się stanie. Rzeczywiście, prawdę mówiąc, jestem w sobie przekonany, że twój ojciec nie miał pojęcia, że w ogóle dajesz im pieniądze. Śmiem twierdzić, że pomoc, o której myślał, była tylko taka, jakiej można by się od ciebie rozsądnie spodziewać; na przykład szukanie wygodnego małego domku dla nich, pomaganie im w przenoszeniu ich rzeczy, wysyłanie im prezentów z rybami i zwierzyną łowną, i tak dalej, kiedy tylko są w porze roku. Położę swoje życie, że już nic nie znaczył; rzeczywiście, byłoby to bardzo dziwne i nierozsądne, gdyby to zrobił. Zastanów się tylko, mój drogi panie Dashwood, jak bardzo wygodnie może żyć twoja teściowa i jej córki za siedem tysięcy funtów, oprócz tysiąca funtów należących do każdej z dziewcząt, co daje im pięćdziesiąt funtów na jedną dziewczynę. rok za sztukę i oczywiście zapłacą z tego matce za wyżywienie. Razem będą mieć wśród nich pięćset rocznie, a czego u licha cztery kobiety mogą chcieć więcej niż to? — Będą żyć tak tanio! Ich sprzątanie będzie niczym. Nie będą mieli powozu, koni i prawie żadnej służby; nie będą dotrzymywać towarzystwa i nie będą mieć żadnych wydatków! Pomyśl tylko, jakie będą wygodne! Pięćset rocznie! Jestem pewien, że nie mogę sobie wyobrazić, jak spędzą połowę tego; a jeśli chodzi o to, że dajesz im więcej, myślenie o tym jest absurdalne. Będą o wiele bardziej w stanie coś ci dać”. „Na słowo”, powiedział pan Dashwood, „Uważam, że masz całkowitą rację. Mój ojciec z pewnością nie mógł znaczyć nic więcej w swojej prośbie, niż to, co mówisz. Teraz dobrze to rozumiem i będę ściśle wypełniał swoje zobowiązanie poprzez takie akty pomocy i życzliwości dla nich, jak Pan opisał. Kiedy moja matka przeprowadzi się do innego domu, moje usługi będą chętnie udzielane, aby pomieścić ją tak daleko, jak to tylko możliwe. Wtedy też trochę mebli może być do przyjęcia”. „Oczywiście” — odpowiedziała pani John Dashwood. „Ale należy jednak rozważyć jedną rzecz. Kiedy twój ojciec i matka przeprowadzili się do Norlandu, mimo że meble Stanhill zostały sprzedane, cała porcelana, talerz i pościel zostały uratowane i teraz zostały pozostawione twojej matce. Jej dom będzie więc prawie całkowicie wyposażony, gdy tylko go weźmie”. „Jest to niewątpliwie kwestia materialna. Rzeczywiście cenne dziedzictwo! A jednak część talerza byłaby bardzo przyjemnym dodatkiem do naszych własnych zapasów”. „Tak; a zestaw porcelany śniadaniowej jest dwa razy piękniejszy niż ten, który należy do tego domu. Moim zdaniem o wiele za przystojny jak na jakiekolwiek miejsce, w którym mogą sobie pozwolić na życie. Ale tak jest. Twój ojciec myślał tylko o nich. I muszę powiedzieć, że nie jesteś mu winien żadnej szczególnej wdzięczności ani uwagi na jego życzenia; bo bardzo dobrze wiemy, że gdyby mógł, zostawiłby im prawie wszystko na świecie”. Ten argument był nie do odparcia. Dało to jego zamiarom wszystko, czego wcześniej brakowało decyzji; iw końcu zdecydował, że byłoby absolutnie niepotrzebne, jeśli nie wysoce nieprzyzwoite, robić więcej dla wdowy i dzieci jego ojca, niż takie sąsiedzkie czyny, jak wskazała jego własna żona.

Rozdział III

Pani Dashwood pozostała w Norland przez kilka miesięcy; nie z niechęci do poruszania się, gdy widok każdego dobrze znanego miejsca przestał budzić gwałtowne emocje, które wywoływały na chwilę; bo kiedy jej duch zaczął się ożywiać, a jej umysł stał się zdolny do innego wysiłku niż ten, by spotęgować swoje cierpienie przez melancholijne wspomnienia, niecierpliwiła się i niestrudzona w swoich poszukiwaniach odpowiedniego mieszkania w sąsiedztwie Norland; bo oddalenie się daleko od tego ukochanego miejsca było niemożliwe. Ale nie słyszała o żadnej sytuacji, która od razu odpowiadałaby jej wyobrażeniom o wygodzie i wygodzie i odpowiadała roztropności jej najstarszej córki, której bardziej zrównoważony osąd odrzucił kilka domów jako zbyt dużych w stosunku do ich dochodów, co zaakceptowałaby jej matka. Pani Dashwood została poinformowana przez męża o uroczystej obietnicy złożonej przez jego syna na ich korzyść, co dodało otuchy jego ostatnim ziemskim refleksjom. Wątpiła w szczerość tego zapewnienia, nie bardziej niż on sam w to wątpił, iz satysfakcją pomyślała o tym dla dobra córek, choć sama była przekonana, że zaopatrzenie znacznie mniejsze niż 7000 litrów zapewni jej dostatek. Radowała się także ze względu na ich brata, ze względu na jego własne serce; i wyrzucała sobie, że wcześniej była niesprawiedliwa w stosunku do jego zasług, wierząc, że nie jest on zdolny do szczodrości. Jego uważne zachowanie wobec siebie i sióstr przekonało ją, że ich dobro jest mu drogie, i przez długi czas mocno polegała na szczerości jego intencji. Pogarda, jaką odczuwała od bardzo wczesnego ich znajomości dla swojej synowej, została znacznie zwiększona przez dalsze poznanie jej charakteru, które dawało jej półroczny pobyt w rodzinie; i być może pomimo wszelkich rozważań na temat grzeczności lub macierzyńskiego uczucia ze strony tej pierwszej, obie panie mogłyby uznać, że niemożliwe byłoby mieszkać razem tak długo, gdyby nie wystąpiła żadna szczególna okoliczność, która dawałaby jeszcze większą kwalifikację, zgodnie z opiniami pani Dashwood, do kontynuacji jej córek w Norland. Ta okoliczność była rosnącym przywiązaniem między jej najstarszą dziewczyną a bratem pani John Dashwood, podobnym do dżentelmena i miłym młodym mężczyzną, który został przedstawiony ich znajomemu wkrótce po ustanowieniu jego siostry w Norland i który od tego czasu spędził największą część od jego czasu. Niektóre matki mogły zachęcać do intymności motywami zainteresowania, ponieważ Edward Ferrars był najstarszym synem człowieka, który zmarł bardzo bogato; a niektórzy mogliby to stłumić z pobudek roztropności, gdyż poza drobną sumą cały jego majątek zależał od woli jego matki. Ale pani Dashwood nie uległa wpływowi żadnego z tych rozważań. Wystarczyło jej, że wydawał się sympatyczny, że kochał jej córkę, a Elinor odwzajemniła tę stronniczość. Było sprzeczne z każdą jej doktryną, że różnica losu powinna rozdzielać każdą parę, której pociągało podobieństwo usposobienia; i że zasługi Elinor nie powinny być doceniane przez każdego, kto ją znał, było dla niej niemożliwe. Edwardowi Ferrarsowi nie polecono ich dobrej opinii żadnymi szczególnymi cechami osobowości lub adresu. Nie był przystojny, a jego maniery wymagały intymności, aby uczynić ich przyjemnymi. Był zbyt nieśmiały, by oddać sobie sprawiedliwość; ale kiedy jego naturalna nieśmiałość została przezwyciężona, jego zachowanie wskazywało na otwarte, czułe serce. Jego zrozumienie było dobre, a jego edukacja dała mu znaczną poprawę. Ale ani zdolności, ani skłonność nie pasowały do niego, by odpowiadać na życzenia matki i siostry, które pragnęły zobaczyć go wyróżniającego się — bo prawie nie wiedziały co. Chcieli, żeby w taki czy inny sposób zrobił na świecie wspaniałą figurę. Jego matka chciała zainteresować go sprawami politycznymi, wprowadzić go do parlamentu lub połączyć go z niektórymi z wielkich ludzi tamtych czasów. Pani John Dashwood życzyła tego; ale w międzyczasie, dopóki jedno z tych wyższych błogosławieństw nie zostało osiągnięte, uspokoiłoby jej ambicję zobaczenia go prowadzącego barouche. Ale Edward nie miał zamiaru szukać wielkich ludzi ani baruszy. Wszystkie jego życzenia koncentrowały się na komforcie domowym i spokoju życia prywatnego. Na szczęście miał młodszego brata, który był bardziej obiecujący. Edward spędził w domu kilka tygodni, zanim zwrócił na siebie uwagę pani Dashwood; ponieważ była w tym czasie w takim utrapieniu, że sprawiało, że nie zwracała uwagi na otaczające ją przedmioty. Widziała tylko, że był cichy i dyskretny, i lubiła go za to. On nie zakłócają nędzę swojego umysłu poprzez niewłaściwym czasie rozmowy. Najpierw wezwano ją, by dalej go obserwować i aprobować, przez refleksję, którą pewnego dnia Elinor zaryzykowała, by uczynić różnicę między nim a jego siostrą. Był to kontrast, który najbardziej gorąco polecał go jej matce. „Wystarczy”, powiedziała; „Wystarczy powiedzieć, że jest inny niż Fanny. To implikuje wszystko sympatyczny. Już go kocham”. „Myślę, że polubisz go”, powiedziała Elinor, „kiedy dowiesz się o nim więcej”. „Lubić go!” odpowiedziała jej matka z uśmiechem. „Nie czuję gorszego uczucia aprobaty niż miłość”. — Możesz go szanować. „Nigdy jeszcze nie wiedziałem, co to znaczy oddzielić szacunek od miłości”. Pani Dashwood starała się teraz go poznać. Jej maniery się przywiązywały i wkrótce pozbawiły go rezerwy. Szybko zrozumiała wszystkie jego zasługi; przekonanie o jego szacunku dla Elinor być może pomogło jej w penetracji; ale naprawdę czuła się pewna jego wartości i nawet ten spokój zachowania, który sprzeciwiał się wszystkim jej ugruntowanym wyobrażeniom o tym, jaki powinien być adres młodego mężczyzny, nie był już nieinteresujący, kiedy wiedziała, że jego serce jest ciepłe, a jego usposobienie czule. Gdy tylko dostrzegła w jego zachowaniu do Elinor jakiś przejaw miłości, uznała ich poważne przywiązanie za pewne i nie mogła się doczekać, by ich małżeństwo szybko się zbliżało. „Za kilka miesięcy, moja droga Marianne”. — powiedziała — Elinor najprawdopodobniej zadowoli się życiem. Będziemy za nią tęsknić; ale ona będzie szczęśliwa”. „O! Mamo, jak poradzimy sobie bez niej? „Kochanie, to ledwie rozłąka. Będziemy mieszkać w odległości kilku mil od siebie i będziemy się spotykać każdego dnia naszego życia. Będziesz zdobyć brata, prawdziwy, kochający brat. Mam najwyższą opinię w świecie serca Edwarda. Ale wyglądasz poważnie, Marianne; czy nie zgadzasz się z wyborem swojej siostry?” — Być może — rzekła Marianne — rozważę to z pewnym zaskoczeniem. Edward jest bardzo miły i czule go kocham. Ale jednak — nie jest typem młodego człowieka — czegoś brakuje — jego postać nie jest uderzająca; nie ma w sobie tej łaski, jakiej powinienem oczekiwać od mężczyzny, który mógłby poważnie przywiązać moją siostrę. Jego oczy pragną całego tego ducha, tego ognia, który jednocześnie zwiastuje cnotę i inteligencję. A poza tym obawiam się, mamo, że on nie ma prawdziwego gustu. Wydaje się, że muzyka go nie pociąga i choć bardzo podziwia rysunki Elinor, nie jest to podziw osoby, która potrafi zrozumieć ich wartość. Jest oczywiste, pomimo jego częstego zwracania na nią uwagi, kiedy rysuje, że w rzeczywistości nic o tym nie wie. Podziwia jako kochanek, a nie koneser. Aby mnie usatysfakcjonować, te postacie muszą być zjednoczone. Nie mógłbym być zadowolony z mężczyzny, którego gust nie w każdym punkcie pokrywa się z moim. Musi wejść we wszystkie moje uczucia; te same książki, ta sama muzyka musi nas oczarować. O! mamo, jak bezduszne, jak łagodny był sposób Edwarda czytającego nam zeszłej nocy! Najbardziej współczułem siostrze. A jednak znosiła to z takim spokojem, że prawie tego nie zauważyła. Ledwo mogłem usiąść na swoim miejscu. Słyszeć te piękne linie, które często prawie doprowadzały mnie do szaleństwa, wymawiane z tak nieprzeniknionym spokojem, z taką okropną obojętnością!” „Z pewnością oddałby więcej sprawiedliwości prostej i eleganckiej prozie. Tak myślałem w tamtym czasie; ale ty dałbyś mu Cowpera”. — Nie, mamo, jeśli Cowper nie ma go ożywiać! — ale musimy dopuścić do różnicy gustów. Elinor nie ma moich uczuć i dlatego może to przeoczyć i być z nim szczęśliwa. Ale złamałoby mi serce, gdybym go kochał, słysząc, jak czyta z tak małą wrażliwością. Mamo, im więcej wiem o świecie, tym bardziej jestem przekonana, że nigdy nie zobaczę mężczyzny, którego mogłabym naprawdę pokochać. Tak wiele potrzebuję! On musi mieć cnoty wszystko Edward, a jego osoba i maniery musi ozdoba jego dobroć z każdej możliwej uroku.” „Pamiętaj, kochanie, że nie masz siedemnastu lat. Jest jeszcze za wcześnie, aby rozpaczać przed takim szczęściem. Dlaczego miałbyś mieć mniej szczęścia niż twoja matka? Tylko w jednej sytuacji, moja Marianne, niech twoje przeznaczenie będzie inne niż jej!”

Rozdział IV

— Jaka szkoda, Elinor — powiedziała Marianne — że Edward nie powinien lubić rysowania. „Nie ma ochoty na rysowanie!” — odpowiedziała Elinor — dlaczego tak myślisz? On nie wyciąga się, rzeczywiście, ale ma wielką przyjemność w obejrzeniu spektakli innych ludzi, i zapewniam was, że to bynajmniej nie z niedoborem naturalnego smaku, choć nie miał możliwości jej poprawy. Gdyby kiedykolwiek przeszkadzał w nauce, myślę, że rysowałby bardzo dobrze. Tak bardzo nie ufa własnemu osądowi w takich sprawach, że zawsze niechętnie wypowiada się na temat jakiegokolwiek obrazu; ale ma wrodzoną przyzwoitość i prostotę smaku, które generalnie kierują nim doskonale”. Marianne bała się urazić i nie mówiła nic więcej na ten temat; ale ten rodzaj aprobaty, który Elinor opisała jako podekscytowany w nim rysunkami innych ludzi, był bardzo daleki od tej zachwycającej zachwytu, którą jej zdaniem można było nazwać smakiem. Jednak, chociaż uśmiechała się w sobie z powodu błędu, zaszczyciła swoją siostrę za ślepą stronniczość wobec Edwarda, która go stworzyła. — Mam nadzieję, Marianne — ciągnęła Elinor — że nie uważasz go za niedomagającego w ogólnym guście. W istocie, myślę, że mogę powiedzieć, że nie możesz, gdyż twoje zachowanie wobec niego jest całkowicie serdeczne, a gdyby to była twoja opinia, jestem pewien, że nigdy nie byłbyś wobec niego uprzejmy. „Marianne prawie nie wiedziała, co powiedzieć. Pod żadnym pozorem nie zraniłaby uczuć swojej siostry, a jednocześnie nie powiedziałaby tego, w co nie wierzyła, że jest niemożliwe. W końcu odpowiedziała: „Nie obrażaj się, Elinor, jeśli moje pochwały dla niego nie są pod każdym względem równe twojemu poczuciu jego zasług. Nie miałem tylu okazji do oszacowania drobnych skłonności jego umysłu, jego skłonności i upodobań, jak ty; ale mam najwyższe na świecie zdanie o jego dobroci i rozsądku. Myślę, że to wszystko, co jest godne i miłe”. — Jestem pewien — odpowiedziała Elinor z uśmiechem — że jego najdrożsi przyjaciele nie mogli być niezadowoleni z takiej pochwały. Nie wyobrażam sobie, jak możesz cieplej wyrazić siebie”. Marianne była uradowana, że jej siostra tak łatwo się ucieszyła. — Co do jego rozsądku i dobroci — ciągnęła Elinor — nikt, jak sądzę, nie może mieć wątpliwości, kto widział go na tyle często, by zaangażować go w swobodną rozmowę. Doskonałość jego zrozumienia i jego zasad może być ukryta tylko przez tę nieśmiałość, która zbyt często sprawia, że milczy. Wiesz o nim wystarczająco dużo, by oddać sprawiedliwość jego solidnej wartości. Ale o jego drobniejszych skłonnościach, jak je nazywasz, z osobliwych okoliczności trzymano w ignorancji bardziej niż ja. On i ja czasami byliśmy razem, podczas gdy ty byłaś całkowicie pochłonięta najbardziej czułą zasadą przez moją matkę. Często go widywałem, studiowałem jego uczucia i słyszałem jego opinie na tematy literackie i smakowe; i ogólnie ośmielam się stwierdzić, że jego umysł jest dobrze poinformowany, ogromna przyjemność z książek, jego wyobraźnia żywa, jego obserwacje sprawiedliwe i poprawne, a jego smak delikatny i czysty. Jego umiejętności w każdym szacunek poprawia się w równym stopniu na znajomości, jak i jego manierach i osobie. Na pierwszy rzut oka jego adres z pewnością nie jest uderzający; a jego osobę trudno nazwać przystojną, dopóki nie dostrzeże się wyrazu jego oczu, które są niezwykle dobre, i ogólnej słodyczy jego twarzy. Obecnie znam go tak dobrze, że uważam go za naprawdę przystojnego; a przynajmniej prawie tak. Co powiesz, Marianne? — Wkrótce uznam go za przystojnego, Elinor, jeśli nie teraz. Kiedy powiesz mi, żebym go kochał jak brata, nie zobaczę już niedoskonałości na jego twarzy, jak teraz w jego sercu”. Elinor zaczęła od tej deklaracji i była przykro z powodu ciepła, któremu została zdradzona, mówiąc o nim. Czuła, że Edward stał jej zdaniem bardzo wysoko. Uważała, że ten szacunek jest wzajemny; ale potrzebowała większej pewności, aby przekonanie Marianne o ich przywiązaniu było dla niej przyjemne. Wiedziała, że to, co Marianne i jej matka domyślały się w jednej chwili, w następnej uwierzyły — że wraz z nimi pragnienie oznacza nadzieję, a nadzieja oznacza oczekiwanie. Próbowała wyjaśnić siostrze prawdziwy stan sprawy. „Nie próbuję zaprzeczyć”, powiedziała, „że bardzo go cenię — że bardzo go cenię, że go lubię”. Marianne wybuchnęła tu oburzeniem: — Szanuj go! Lubić go! Elinor o zimnym sercu! O! gorzej niż beztroski! Wstydził się być inaczej. Użyj ponownie tych słów, a w tej chwili opuszczę pokój”. Elinor nie mogła powstrzymać śmiechu. — Przepraszam — powiedziała; „I bądźcie pewni, że nie chciałam was urazić, mówiąc tak cicho o moich własnych uczuciach. Wierzcie, że są silniejsi, niż powiedziałem; Krótko mówiąc, wierzcie im, że są tacy jak jego zasługa i podejrzliwość — nadzieja jego uczucia do mnie może uzasadniać, bez nieroztropności i głupoty. Ale dalej niż to nie wolno ci wierzyć. W żadnym wypadku nie jestem pewien, że darzy mnie szacunkiem. Są chwile, kiedy zakres wydaje się wątpliwy; i dopóki jego uczucia nie zostaną w pełni poznane, nie możesz się dziwić, że chcę uniknąć jakiejkolwiek zachęty do mojej własnej stronniczości, wierząc lub nazywając to bardziej niż jest. W moim sercu niewiele czuję — prawie żadnych wątpliwości co do jego preferencji. Ale są jeszcze inne punkty, które należy wziąć pod uwagę, poza jego skłonnościami. Daleko mu do niezależności. Nie wiemy, kim naprawdę jest jego matka; ale, od czasu do czasu wspominając Fanny o jej postępowaniu i opiniach, nigdy nie byliśmy skłonni sądzić, że jest miła; i bardzo się mylę, jeśli Edward sam nie jest świadomy, że na jego drodze będzie wiele trudności, jeśli chciał poślubić kobietę, która nie miała ani wielkiego majątku, ani wysokiego stopnia. Marianne ze zdumieniem odkryła, jak bardzo wyobraźnia jej matki i jej samej przerosła prawdę. „I naprawdę nie jesteś z nim zaręczona!” powiedziała ona. „Jednak z pewnością wkrótce to nastąpi. Ale z tego opóźnienia wynikną dwie korzyści. _I_ nie powinna stracić tak szybko, i Edward będą miały większą możliwość poprawy tego naturalny smak swojego ulubionego pościg, który musi być tak nieodzownie konieczne do przyszłego szczęścia. O! gdyby twój geniusz go tak pobudził, że nauczył się rysować, jakie to by było wspaniałe! „Elinor przekazała siostrze swoją prawdziwą opinię. Nie mogła myśleć o swojej sympatii do Edwarda w tak zamożnym stanie, jak sądziła Marianne. Czasami brakowało w nim duchów, które, jeśli nie oznaczały obojętności, mówiły o czymś prawie tak mało obiecującym. Wątpliwość co do jej wzroku, zakładając, że to poczuje, nie powinna dać mu nic więcej niż dociekliwość. Nie byłoby prawdopodobne, aby spowodowałoby to przygnębienie, które często mu towarzyszyło. Bardziej rozsądną przyczynę można znaleźć w sytuacji zależnej, która zabraniała pobłażaniu jego uczuciu. Wiedziała, że jego matka nie zachowywała się wobec niego tak, aby w chwili obecnej uczynić jego dom wygodnym, ani też dać mu żadnej pewności, że mógłby stworzyć sobie dom, bez ścisłego zwracania uwagi na jej poglądy w celu wywyższenia. Mając taką wiedzę jak ta, Elinor nie mogła sobie na to pozwolić. Daleko jej było do tego, by polegać na tym wyniku jego upodobań wobec niej, co jej matka i siostra nadal uważały za pewne. Nie, im dłużej byli razem, tym bardziej wątpliwe wydawało się jego spojrzenie; a czasami, przez kilka bolesnych minut, wierzyła, że to tylko przyjaźń. Ale bez względu na to, jakie naprawdę były jego granice, wystarczyło, gdy dostrzegła je jego siostra, aby ją zaniepokoić, a jednocześnie (co było jeszcze bardziej powszechne), aby uczynić ją nieuprzejmą. Skorzystała przy pierwszej okazji, by przy tej okazji urazić swoją teściową, mówiąc z nią tak wyraźnie o wielkich oczekiwaniach jej brata, o postanowieniu pani Ferrars, że obaj jej synowie powinni się dobrze ożenić, a także o niebezpieczeństwie towarzyszącym każdej młodej kobiecie, która usiłowałem go wciągnąć; że pani Dashwood nie może ani udawać nieprzytomności, ani starać się zachować spokoju. Udzieliła jej odpowiedzi, która wyrażała jej pogardę, i natychmiast wyszła z pokoju, postanawiając, że niezależnie od niedogodności lub kosztów tak nagłego usunięcia, jej ukochana Elinor nie powinna być wystawiana przez kolejny tydzień na takie insynuacje. W takim stanie ducha dostarczono jej list z poczty, który zawierał propozycję szczególnie trafną w czasie. Była to oferta małego domu, na bardzo łatwych warunkach, należącego do jej krewnego, dżentelmena poważnego i posiadającego majątek w Devonshire. List był z tym panem samego siebie, a napisane w prawdziwym duchu przyjaznej zakwaterowania. Zrozumiał, że potrzebuje mieszkania; i chociaż dom, który jej teraz zaoferował, był tylko chatą, zapewnił ją, że należy z nim zrobić wszystko, co uzna za konieczne, jeśli sytuacja jej się spodoba. Gorąco naciskał na nią, podając szczegóły domu i ogrodu, aby przyjechała z córkami do Barton Park, miejsca jego własnego zamieszkania, skąd mogłaby ocenić siebie, czy Barton Cottage, bo domy były w tym samym miejscu. parafia mogłaby, poprzez jakąkolwiek zmianę, być dla niej wygodna. Wydawało się, że naprawdę zależy mu na ich dostosowaniu, a cały jego list był napisany w tak przyjaznym stylu, że nie mógł nie sprawić przyjemności kuzynowi; zwłaszcza w chwili, gdy cierpiała z powodu zimna i nieczułego zachowania jej bliższych znajomości. Nie potrzebowała czasu na naradę czy dociekanie. Jej postanowienie ukształtowało się w miarę czytania. Sytuacja Bartona, w hrabstwie tak odległym od Sussex, jak Devonshire, która jeszcze kilka godzin wcześniej byłaby wystarczającym sprzeciwem, aby przeważyć nad wszelkimi możliwymi korzyściami wynikającymi z tego miejsca, była teraz jego pierwszą rekomendacją. Opuszczenie sąsiedztwa Norland nie było już złem; był przedmiotem pożądania; było to błogosławieństwem w porównaniu z nieszczęściem ciągłego gościa jej synowej; a wyprowadzenie się na zawsze z tego ukochanego miejsca byłoby mniej bolesne niż zamieszkanie w nim lub odwiedzanie go, gdy taka kobieta była jego kochanką. Natychmiast napisała do sir Johna Middletona z podziękowaniem za jego dobroć i przyjęciem jego propozycji; a potem pośpieszyła, by pokazać córkom oba listy, aby była pewna ich aprobaty, zanim jej odpowiedź zostanie wysłana. Elinor zawsze uważała, że rozsądniej byłoby osiedlić się w pewnej odległości od Norland, niż od razu wśród ich obecnych znajomych. Dlatego też nie do niej należało sprzeciwiać się zamiarom jej matki przeniesienia się do Devonshire. Również dom, jak opisał sir John, miał tak prostą skalę, a czynsz tak niezwykle niski, że nie pozostawiał jej żadnego prawa do sprzeciwu w żadnym z tych punktów; dlatego też, chociaż nie był to plan, który dodawał jej uroku, chociaż było to usunięcie z okolic Norland poza jej życzeniem, nie próbowała odwieść matki od wysłania listu wyrażającego zgodę.

Rozdział V

Jak tylko otrzymała odpowiedź, pani Dashwood pofolgowała sobie z przyjemności obwieszczenia zięciowi i jego żonie, że otrzymała dom i powinna im zajmować nie dłużej niż do czasu, aż wszystko będzie gotowe. gotowa, żeby w nim zamieszkała. Słyszeli ją ze zdziwieniem. Pani John Dashwood nic nie powiedziała; ale jej mąż miał nadzieję, że nie osiedli się daleko od Norlandu. Miała wielką satysfakcję, gdy odpowiedziała, że jedzie do Devonshire. — Edward, słysząc to, pospiesznie odwrócił się w jej stronę i głosem zaskoczenia i zatroskania, który nie wymagał jej wyjaśnień, powtórzył: „Devonshire! Czy rzeczywiście się tam wybierasz? Tak daleko stąd! I do jakiej części?” Wyjaśniła sytuację. Znajdował się w odległości czterech mil na północ od Exeter. „To tylko domek” — kontynuowała — „ale mam nadzieję, że zobaczę w nim wielu moich przyjaciół. Można łatwo dodać pokój lub dwa; a jeśli moi przyjaciele nie będą mieli trudności z podróżowaniem tak daleko, aby mnie zobaczyć, jestem pewien, że nie znajdę nikogo w ich zakwaterowaniu”. Zakończyła bardzo uprzejmym zaproszeniem państwa Johna Dashwoodów do odwiedzenia jej w Barton; a Edwardowi dała jednego z jeszcze większym uczuciem. Chociaż jej późna rozmowa z synową zdecydowała, że pozostanie w Norland nie dłużej, niż było to nieuniknione, nie wywarło to na niej najmniejszego wpływu w tym punkcie, do którego zasadniczo dążyła. Oddzielenie Edwarda i Elinor nie było jej celem jak zawsze; i chciała pokazać pani Johnowi Dashwood, poprzez to wyraźne zaproszenie skierowane do jej brata, jak całkowicie zlekceważyła swoją dezaprobatę dla meczu. Pan John Dashwood raz po raz powtarzał matce, jak bardzo mu przykro, że zabrała dom w takiej odległości od Norlandu, że nie mógł jej przysłużyć się przy usuwaniu jej mebli. Przy tej okazji naprawdę czuł się sumiennie zirytowany; bo sam wysiłek, do którego ograniczył spełnienie obietnicy złożonej ojcu, przez to rozwiązanie stało się niewykonalne. Wszystkie meble zostały rozesłane wodą. Składał się głównie z bielizny domowej, talerzy, porcelany i książek, z pięknym fortepianem Marianne. Pani John Dashwood z westchnieniem widziała, jak paczki odjeżdżają: nie mogła oprzeć się wrażeniu, że skoro dochody pani Dashwood byłyby tak niewielkie w porównaniu z ich własnymi, powinna mieć jakikolwiek piękny mebel. Pani Dashwood zajęła ten dom na dwanaście miesięcy; było gotowe i mogła mieć natychmiastowe posiadanie. Po żadnej ze stron porozumienie nie napotkało żadnych trudności; czekała tylko na pozbycie się swoich rzeczy w Norland i określenie jej przyszłego domu, zanim wyruszyła na zachód; a to, ponieważ była niezwykle szybka w wykonywaniu wszystkiego, co ją interesowało, stało się wkrótce. — Konie, które zostawił jej mąż, zostały sprzedane wkrótce po jego śmierci i teraz okazja do pozbycia się jej powozu, zgodziła się to również sprzedać za szczerą radą swojej najstarszej córki. Dla wygody swoich dzieci, gdyby uwzględniła tylko własne życzenia, dotrzymałaby tego; ale roztropność Elinor zwyciężyła. Jej mądrość również ograniczyła liczbę ich sług do trzech; dwie pokojówki i mężczyzna, z którymi zostali szybko zaopatrzeni spośród tych, którzy założyli swój zakład w Norland. Mężczyzna i jedna z pokojówek zostali natychmiast wysłani do Devonshire, aby przygotować dom na przybycie ich kochanki; ponieważ lady Middleton była całkowicie nieznana pani Dashwood, wolała iść bezpośrednio do domku niż być gościem w Barton Park; i tak niewątpliwie polegała na opisie domu przez sir Johna, że nie odczuwała zaciekawienia, by zbadać go osobiście, dopóki nie weszła do niego jako własny. Jej chęć wyjazdu z Norland została zachowana przed osłabieniem dzięki wyraźnemu zadowoleniu jej synowej w perspektywie jej usunięcia; satysfakcję, którą słabo usiłowano ukryć pod chłodnym zaproszeniem do niej, by odroczyła swój wyjazd. Teraz był czas, kiedy obietnica jej zięcia złożona ojcu mogła się spełnić w sposób szczególny. Ponieważ zaniedbał tego przy pierwszym przybyciu do posiadłości, ich opuszczenie domu można było uznać za najodpowiedniejszy okres do jego ukończenia. Ale pani Dashwood wkrótce zaczęła tracić wszelkie tego rodzaju nadzieje i na podstawie ogólnego nurtu jego dyskursu była przekonana, że jego pomoc nie wykracza poza ich utrzymanie przez sześć miesięcy w Norland. Tak często mówił o rosnących wydatkach na gospodarstwo domowe i o nieustannych wymaganiach, jakie nakłada na jego portfel, na które człowiek o jakimkolwiek znaczeniu na świecie nie może się liczyć, że wydawał się raczej sam potrzebować więcej pieniędzy niż mieć. jakikolwiek projekt rozdawania pieniędzy. W ciągu zaledwie kilku tygodni od dnia, w którym pierwszy list sir Johna Middletona do Norlandu, wszystko zostało tak zadomowione w ich przyszłej siedzibie, że umożliwiło pani Dashwood i jej córkom rozpoczęcie podróży. Wiele było łez przelanych przez nich podczas ich ostatniego spotkania z tak ukochanym miejscem. „Drogi, drogi Norland!” — powiedziała Marianne, wędrując samotnie przed domem ostatniego wieczoru ich pobytu; „Kiedy przestanę cię żałować! — Kąd nauczę się czuć jak w domu gdzie indziej! — O! szczęśliwy dom, czy mógłbyś wiedzieć, co cierpię teraz, kiedy patrzę na ciebie z tego miejsca, skąd być może już cię nie zobaczę! — I wy, wy, dobrze znane drzewa! — Ale będziecie kontynuować to samo. — Żaden liść nie zgnije ponieważ zostaliśmy usunięci, ani żadna gałąź nie stała się nieruchoma, chociaż nie możemy Cię już dłużej obserwować! będziesz kontynuować to samo; nieświadomy przyjemności lub żalu, którego doświadczasz, i niewrażliwy na jakiekolwiek zmiany w tych, którzy chodzą pod twoim cieniem! — Ale kto pozostanie, by cię cieszyć?”

Rozdział VI

Pierwsza część ich podróży przebiegała w zbyt melancholijnym usposobieniu, by nie być nudnym i nieprzyjemnym. Ale gdy zbliżali się do końca, ich zainteresowanie wyglądem kraju, w którym mieli mieszkać, przezwyciężyło ich przygnębienie, a widok Barton Valley, gdy do niej wjeżdżali, dodawał im radości. Było to przyjemne żyzne miejsce, dobrze zalesione i obfite w pastwiska. Po przejechaniu ponad półtora kilometra dotarli do własnego domu. Cała posiadłość znajdowała się z przodu na małym zielonym dziedzińcu; i schludna furtka wpuszczała ich do środka. Jako dom Barton Cottage, choć mały, był wygodny i kompaktowy; ale jako chałupa była wadliwa, bo budynek był normalny, dach był wyłożony dachówką, okiennice nie były pomalowane na zielono, a ściany nie były pokryte wiciokrzewem. Wąskie przejście prowadziło bezpośrednio przez dom do znajdującego się za nim ogrodu. Po każdej stronie wejścia znajdował się salon o powierzchni około szesnastu stóp kwadratowych; a za nimi były biura i schody. Resztę domu stanowiły cztery sypialnie i dwa strychy. Nie budowano go od wielu lat i był w dobrym stanie. W porównaniu z Norlandem był on rzeczywiście biedny i mały! — ale łzy, które wywołały wspomnienia, gdy weszli do domu, szybko wyschły. Powitała ich radość sługi po przybyciu i każdy ze względu na innych postanowił wyglądać na szczęśliwego. To był bardzo wczesny wrzesień; pora roku była piękna i od pierwszego ujrzenia tego miejsca, w którym panowała dobra pogoda, odnieśli wrażenie na jej korzyść, co było materialną przysługą, polecając je do trwałej aprobaty. Sytuacja domu była dobra. Tuż za nim wyrastały wysokie wzgórza, niezbyt odległe z każdej strony; niektóre z nich były otwarte, inne uprawne i zdrewniałe. Wioska Barton znajdowała się głównie na jednym z tych wzgórz i tworzyła przyjemny widok z okien chaty. Perspektywa z przodu była szersza; rządził całą doliną i sięgał dalej w głąb kraju. Wzgórza otaczające chatę kończyły dolinę w tym kierunku; pod inną nazwą, a z innej strony ponownie rozgałęził się między dwoma najbardziej stromymi z nich. Z wielkości i umeblowania domu pani Dashwood była ogólnie bardzo zadowolona; bo chociaż jej poprzedni styl życia czynił wiele dodatków do tego ostatniego nieodzownych, to jednak dodawanie i ulepszanie było dla niej rozkoszą; W tamtym czasie miała dość gotowych pieniędzy, by dostarczyć mieszkańcom wszystkiego, czego potrzebowano, większej elegancji. „Jeśli chodzi o sam dom” — powiedziała — „jest za mały dla naszej rodziny, ale na chwilę obecną zapewnimy sobie znośny komfort, bo na ulepszenia jest już za późno. Może wiosną, jeśli będę miał dużo pieniędzy, jak śmiem twierdzić, że będę, pomyślimy o budowaniu. Te salony są za małe na takie przyjęcia naszych przyjaciół, jakie mam nadzieję często tu gromadzą; i mam pewne myśli, aby wrzucić przejście do jednego z nich, być może z częścią drugiego, i zostawić resztę drugiego na wejście; To, z nowym salonem, który można łatwo dodać, oraz sypialnią i poddaszem powyżej, uczyni z niego bardzo przytulny mały domek. Chciałbym, żeby schody były ładne. Ale nie można oczekiwać wszystkiego; chociaż przypuszczam, że poszerzenie ich nie byłoby trudne. Zobaczę, jak bardzo zajmuję się światem na wiosnę i odpowiednio zaplanujemy nasze ulepszenia”. W międzyczasie, dopóki wszystkie te zmiany nie zostały dokonane z oszczędności dochodu pięciuset rocznie przez kobietę, która nigdy nie uratowała swojego życia, byli wystarczająco mądrzy, aby zadowolić się domem takim, jaki był; a każdy z nich był zajęty organizowaniem swoich szczególnych spraw i starał się, umieszczając wokół siebie książki i inne rzeczy, stworzyć sobie dom. Fortepian Marianne został rozpakowany i należycie zutylizowany; a rysunki Elinor zostały przymocowane do ścian ich salonu. W takich zajęciach jak te, zaraz po śniadaniu, następnego dnia przerwano im wejście ich gospodarza, który wezwał ich do Bartona i zaoferował im każde mieszkanie z jego własnego domu i ogrodu, w którym ich obecnie może brakować. Sir John Middleton był przystojnym mężczyzną około czterdziestki. Wcześniej odwiedził Stanhill, ale jego młodzi kuzyni nie mogli go zapamiętać. Jego twarz była bardzo pogodna; a jego maniery były tak przyjazne, jak styl jego listu. Wydawało się, że ich przybycie sprawiło mu prawdziwą satysfakcję, a ich wygoda była przedmiotem prawdziwej troski o niego. Powiedział wiele o swoim szczerym pragnieniu życia w najbardziej towarzyskich stosunkach z jego rodziną i tak serdecznie nalegał, aby codziennie jadali obiad w Barton Park, dopóki nie będą lepiej zadomowieni w domu, że chociaż jego błagania zostały doprowadzone do punktu wytrwałość poza grzecznością, nie mogli obrażać. Jego dobroć nie ograniczała się do słów; w ciągu godziny po tym, jak ich opuścił, z parku przybył duży kosz pełen rzeczy ogrodowych i owoców, a przed końcem dnia podarowano mu zwierzynę łowną. Ponadto nalegał na przekazywanie im wszystkich listów na pocztę i z powrotem, i nie odmawiałby mu satysfakcji z wysyłania im codziennie swojej gazety. Lady Middleton przesłała mu bardzo uprzejmą wiadomość, wyrażającą zamiar czekania na panią Dashwood, gdy tylko będzie mogła być pewna, że jej wizyta nie będzie dla niej niedogodna; a ponieważ na tę wiadomość odpowiedziano równie uprzejmym zaproszeniem, następnego dnia przedstawiono im jej panienkę. Oczywiście bardzo chcieli zobaczyć osobę, od której musi zależeć ich wygoda w Barton; a elegancja jej wyglądu sprzyjała ich życzeniom. Lady Middleton miała nie więcej niż sześć, siedem i dwadzieścia lat; twarz miała przystojną, figurę wysoką i uderzającą, a adres wdzięczny. Jej maniery miały całą elegancję, której pragnął jej mąż. Ale polepszyliby się dzięki pewnej części jego szczerości i ciepła; a jej wizyta była wystarczająco długa, by zniweczyć coś z ich pierwszego podziwu, pokazując, że chociaż doskonale wychowana, była powściągliwa, zimna i nie miała nic do powiedzenia poza najczęstszymi pytaniami lub uwagami. Jednak rozmowa nie była pożądana, ponieważ sir John był bardzo rozmowny, a lady Middleton podjęła mądrą ostrożność, zabierając ze sobą swoje najstarsze dziecko, pięknego małego chłopca w wieku około sześciu lat, co oznacza, że zawsze był jeden temat, do którego należało powrócić. przez panie w przypadku skrajności, bo musiały zapytać o jego imię i wiek, podziwiać jego urodę i zadawać mu pytania, na które odpowiadała za niego matka, gdy wisiał wokół niej i trzymał głowę, ku jej wielkiemu zdziwieniu panienko, która zastanawiała się, czy jest taki nieśmiały w towarzystwie, bo w domu może wystarczająco hałasować. Podczas każdej wizyty formalnej dziecko powinno być członkiem partii, na zasadzie dyskursu. W omawianym przypadku ustalenie, czy chłopiec był najbardziej podobny do ojca, czy do matki, a także w jakim szczególnym stopniu był podobny, zajęło mu dziesięć minut, bo oczywiście każde ciało było inne i każde ciało było zdumione opinią innych. Wkrótce Dashwoodowie mieli okazję debatować nad resztą dzieci, ponieważ sir John nie wyjdzie z domu bez zapewnienia im obietnicy kolacji w parku następnego dnia.

Rozdział VII

Barton Park znajdował się około pół mili od domku. Damy przeszły obok niego na swojej drodze wzdłuż doliny, ale w domu był on zasłonięty projekcją wzgórza. Dom był duży i przystojny; a Middletonowie żyli w stylu jednakowej gościnności i elegancji. Pierwsza była dla sir Johna, a druga dla jego pani. Rzadko kiedy w domu mieszkali z nimi przyjaciele, a towarzystwa każdego rodzaju były większe niż jakakolwiek inna rodzina w sąsiedztwie. Było to konieczne dla szczęścia obojga; ponieważ jakkolwiek różniły się temperamentem i zachowaniem na zewnątrz, byli do siebie bardzo podobni w tym całkowitym braku talentu i gustu, który ograniczał ich pracę, niezwiązaną z takimi, jakie wytwarza społeczeństwo, w bardzo wąskim zakresie. Sir John był sportowcem, Lady Middleton matką. Polował i strzelał, a ona rozpieszczała swoje dzieci; i to były ich jedyne zasoby. Lady Middleton miała tę przewagę, że mogła rozpieszczać swoje dzieci przez cały rok, podczas gdy niezależne zatrudnienie Sir Johna istniało tylko przez połowę czasu. Jednak ciągłe zaangażowanie w kraju i za granicą uzupełniło wszystkie braki natury i edukacji; wspierał dobre duchy sir Johna i ćwiczył dobre wychowanie jego żony. Lady Middleton upajała się elegancją swojego stołu i wszystkich swoich domowych aranżacji; iz tego rodzaju próżności czerpała największą przyjemność z każdej z ich imprez. Ale satysfakcja Sir Johna w społeczeństwie była znacznie bardziej realna; Lubił gromadzić wokół siebie więcej młodych ludzi, niż pomieści jego dom, a im byli głośniejsi, tym bardziej był zadowolony. Był błogosławieństwem dla wszystkich nieletnich części sąsiedztwa, bo latem wiecznie tworzył przyjęcia, aby jeść na dworze zimną szynkę i kurczaka, a zimą jego prywatne bale były wystarczająco liczne dla każdej młodej damy, która nie cierpiała z powodu unsatiable apetyt piętnastu. Przybycie nowej rodziny na wieś zawsze było dla niego sprawą radości i pod każdym względem był oczarowany mieszkańcami, których sprowadził teraz do swojego domku w Barton. Panny Dashwood były młode, ładne i niewzruszone. To wystarczyło, by zyskać jego dobrą opinię; bo nieporuszona była wszystkim, czego piękna dziewczyna mogła chcieć sprawić, by jej umysł był tak urzekający, jak jej osoba. Życzliwość jego usposobienia sprawiała, że cieszył się, gdy przyjmował tych, których sytuację można by uznać w porównaniu z przeszłością za niefortunną. W pokazując dobroć kuzynów więc miał prawdziwą satysfakcję z dobrego serca; osiedlając rodzinę kobiet tylko w swoim domku, miał satysfakcję sportowca; bo sportowiec, choć ceni tylko sportowców tej samej płci, często nie pragnie pobudzać ich gustu, wpuszczając ich do rezydencji we własnym majątku. Pani Dashwood i jej córki zostały powitane w drzwiach domu przez Sir Johna, który przywitał je w Barton Park z nienaruszoną szczerością; a kiedy prowadził ich w salonie, powtarzał młodym damom troskę, którą ten sam temat wyciągnął z niego poprzedniego dnia, że nie jest w stanie nakłonić żadnego mądrego młodzieńca do ich spotkania. Powiedział, że zobaczą tylko jednego dżentelmena poza nim; szczególności przyjaciel, który przebywał w parku, ale który nie był ani bardzo młoda, ani bardzo gejem. Miał nadzieję, że wszyscy wybaczą skromność przyjęcia i zapewnił ich, że to się nigdy więcej nie powtórzy. Był tego ranka w kilku rodzinach w nadziei, że uda mu się uzupełnić ich liczbę, ale był blask księżyca i każde ciało było pełne zaręczyn. Na szczęście matka lady Middleton przybyła do Barton w ciągu ostatniej godziny, a ponieważ była bardzo wesołą i miłą kobietą, miał nadzieję, że młode panie nie uznają tego za tak nudne, jak mogą sobie wyobrazić. Młode damy, podobnie jak ich matka, były bardzo zadowolone z posiadania dwóch nieznajomych na przyjęciu i niczego więcej nie pragnęły. Pani Jennings, matka lady Middleton, była pogodną, wesołą, grubą, starszą kobietą, która dużo mówiła, wydawała się bardzo radosna i raczej wulgarna. Była pełna żartów i śmiechu, a przed końcem obiadu powiedziała wiele dowcipnych rzeczy na temat kochanków i mężów; mieli nadzieję, że w Sussex nie zostawili swoich serc za sobą i udawali, że się rumienią, czy to robią, czy nie. Marianne była tym zirytowana ze względu na swoją siostrę i zwróciła oczy w stronę Elinor, aby zobaczyć, jak znosi te ataki, z powagą, która sprawiła Elinor o wiele więcej bólu, niż mogłoby wyniknąć z tak powszechnych szyderstw jak pani Jennings. Pułkownik Brandon, przyjaciel sir Johna, nie wydawał się już do tego przystosowany podobieństwo bycia jego przyjaciółką, niż lady Middleton była jego żoną, a pani Jennings matką lady Middleton. Był cichy i poważny. Jego wygląd nie był jednak nieprzyjemny, mimo że w opinii Marianne i Margaret był absolutnie starym kawalerem, ponieważ był po złej stronie pięć i trzydzieści lat; ale chociaż jego twarz nie była przystojna, jego oblicze było rozsądne, a jego adres był szczególnie dżentelmeński. W żadnej grupie nie było nic, co mogłoby ich polecić jako towarzyszy Dashwoods; ale zimna mdłość lady Middleton była tak odrażająca, że w porównaniu z nią powaga pułkownika Brandona, a nawet hałaśliwa wesołość sir Johna i jego teściowej była interesująca. Lady Middleton wydawała się być podniecona radością dopiero po wejściu czwórki jej hałaśliwych dzieci po obiedzie, które ciągnęły ją, rozdarły jej ubranie i położyły kres wszelkim dyskursom z wyjątkiem tego, co dotyczyło ich samych. Wieczorem, kiedy odkryto, że Marianne jest muzykalna, została zaproszona do gry. Instrument był odblokowany, każde ciało było przygotowane na oczarowanie, a Marianne, która bardzo dobrze śpiewała, na ich prośbę przeszła przez szefową pieśni, które Lady Middleton wprowadziła do rodziny na jej małżeństwo i które być może leżały od tamtego czasu ta sama pozycja na fortepianie, bo jej panna ucztowała to wydarzenie, rezygnując z muzyki, chociaż według relacji matki grała bardzo dobrze i sama bardzo ją lubiła. Występ Marianne został wysoko oceniony. Sir John głośno podziwiał każdą piosenkę pod koniec każdej piosenki i równie głośno w rozmowie z innymi, podczas gdy każda piosenka trwała. Lady Middleton często przywoływała go na zamówienie, zastanawiała się, jak można na chwilę odwrócić uwagę od muzyki i prosiła Marianne, by zaśpiewała konkretną piosenkę, którą Marianne właśnie skończyła. Tylko pułkownik Brandon z całej grupy słyszał ją bez zachwytu. Poświęcił jej tylko komplement uwagi; i przy okazji poczuła do niego szacunek, który pozostali, słusznie, stracili przez bezwstydny brak smaku. Jego przyjemność w muzyce, choć nie była to ekstatyczna radość, która jako jedyna mogła współczuć jej własnej, była godna szacunku w zestawieniu z okropną nieczułością innych; i była na tyle rozsądna, by pozwolić, by mężczyzna w wieku pięciu i trzydziestu lat mógł przeżyć wszelką bystrość uczuć i każdą niezwykłą moc przyjemności. Była doskonale usposobiona do uwzględnienia zaawansowanego stanu życia pułkownika, jakiego wymagała ludzkość.

Rozdział VIII

Pani Jennings była wdową z obfitym odzieniem. Miała tylko dwie córki, z których obie doczekała się poważnego małżeństwa, a zatem nie miała teraz nic do roboty, jak tylko poślubić całą resztę świata. W promowaniu tego przedmiotu była gorliwie aktywna, o ile osiągnęła swoje zdolności; i nie przegapiła żadnej okazji do projekcji ślubów wśród wszystkich młodych ludzi jej znajomych. Była zadziwiająco szybka w odkrywaniu przywiązań i czerpała radość z podniesienia rumieńców i próżności wielu młodych dam przez insynuacje o jej władzy nad takim młodym mężczyzną; i ten rodzaj rozeznania pozwolił jej wkrótce po przybyciu do Bartona zdecydowanie stwierdzić, że pułkownik Brandon był bardzo zakochany w Marianne Dashwood. Podejrzewała raczej, że tak było już pierwszego wieczoru ich bycia razem, po tym, jak uważnie słuchał, kiedy im śpiewała; a kiedy wizyta powróciła po posiłku Middletonów w chacie, fakt ten został potwierdzony przez ponowne jej wysłuchanie. Tak musi być. Była o tym doskonale przekonana. To byłby doskonały mecz, ponieważ był bogaty i przystojny. Pani Jennings nie mogła się doczekać, aby pułkownik Brandon był dobrze żonaty, odkąd jej związek z sir Johnem po raz pierwszy go poznał; i zawsze chciała mieć dobrego męża dla każdej ładnej dziewczyny. Bezpośrednia korzyść dla niej nie była bynajmniej bez znaczenia, ponieważ dostarczała jej niekończących się żartów przeciwko nim obojgu. W parku śmiała się z pułkownika, aw chacie u Marianne. Dla tego pierwszego jej szyderstwo było zapewne, o ile dotyczyło tylko jego samego, zupełnie obojętne; ale dla tego ostatniego było to z początku niezrozumiałe; a kiedy zrozumiano jej cel, prawie nie wiedziała, czy większość śmiać się z jego absurdu, czy też potępiać jego impertynencję, ponieważ uważała to za nieczułą refleksję nad zaawansowanymi latami pułkownika i jego opłakanym stanem jako starego kawalera. Pani Dashwood, która nie mogła pomyśleć o człowieku o pięć lat młodszym od siebie, tak bardzo starym, jak się wydawał młodzieńczej fantazji jej córki, odważyła się uwolnić panią Jennings od prawdopodobieństwa, że zechce ośmieszać jego wiek. — Ale przynajmniej, mamo, nie możesz zaprzeczyć absurdalności tego oskarżenia, chociaż możesz uważać, że nie jest to celowo nieczyste. Pułkownik Brandon jest z pewnością młodszy od pani Jennings, ale jest na tyle dorosły, że może być moim ojcem; a jeśli kiedykolwiek był wystarczająco ożywiony, by być zakochanym, musiał już dawno przeżyć wszelkie tego rodzaju doznania. To zbyt śmieszne! Kiedy człowiek ma się uchronić przed takim dowcipem, skoro nie ochroni go wiek i niemoc?” „Niemoc!” — powiedziała Elinor. — Czy nazywasz pułkownika Brandona chorym? Mogę łatwo przypuszczać, że jego wiek może się wam wydawać znacznie większy niż mojej matce; ale trudno się oszukać co do tego, że używa swoich kończyn!” „Czy nie słyszałeś, jak narzekał na reumatyzm? i czy nie jest to najpowszechniejsza niemoc podupadającego życia?” „Moje najdroższe dziecko”, powiedziała jej matka, śmiejąc się, „w tym tempie musisz nieustannie bać się mojego upadku; i musi ci się wydawać cudem, że moje życie zostało przedłużone do zaawansowanego wieku czterdziestu lat”. „Mamo, nie oddajesz mi sprawiedliwości. Wiem bardzo dobrze, że pułkownik Brandon nie jest na tyle dorosły, aby jego przyjaciele obawiali się utraty go w toku natury. Może żyć dwadzieścia lat dłużej. Ale trzydzieści pięć lat nie ma nic wspólnego z małżeństwem”. — Być może — powiedziała Elinor — lepiej, żeby trzydzieści pięć i siedemnaście lat nie miały nic wspólnego ze wspólnym małżeństwem. Ale jeśli przypadkiem zdarzy się, że kobieta jest samotna w wieku siedmiu i dwudziestu lat, nie sądzę, by pułkownik Brandon miał trzydzieści pięć lat, nie sprzeciwiłbym się jego małżeństwu z nią. — Dwudziestoletnia siedmioletnia kobieta — powiedziała Marianne po krótkiej przerwie — nie może już nigdy mieć nadziei, że znów poczuje lub wzbudzi uczucie, a jeśli jej dom będzie niewygodny lub jej majątek niewielki, przypuszczam, że może zmusić się do poddania się do gabinetów pielęgniarki w celu zapewnienia i bezpieczeństwa żony. Dlatego poślubiając taką kobietę, nie byłoby nic niewłaściwego. Byłaby to wygodna umowa, a świat byłby usatysfakcjonowany. W moich oczach nie byłoby to w ogóle małżeństwo, ale to byłoby nic. Wydawałoby mi się to tylko wymianą handlową, w której każdy chciałby czerpać korzyści kosztem drugiego”. — Wiem, że niemożliwe byłoby — odpowiedziała Elinor — przekonanie cię, że dwudziestopięcioletnia kobieta mogłaby poczuć dla trzydziestopięcioletniego mężczyzny wszystko, co jest na tyle bliskie, że mógłby kochać, by uczynić z niego pożądanego towarzysza. Muszę jednak sprzeciwić się skazaniu pana pułkownika Brandona i jego żony na ciągłe zamknięcie w izbie chorych, tylko dlatego, że zdarzyło mu się wczoraj (bardzo zimny i wilgotny dzień) skarżyć się na lekkie uczucie reumatyzmu w jednym z ramion. „Ale on mówił o flanelowych kamizelkach” — powiedziała Marianne; „A ze mną flanelowa kamizelka nieodmiennie kojarzy się z bólami, skurczami, reumatyzmem i wszelkimi rodzajami dolegliwości, które mogą dotknąć starszych i słabych”. „Gdyby miał tylko gwałtowną gorączkę, nie pogardziłbyś nim w połowie tak bardzo. Wyznaj, Marianne, czy nie ma dla ciebie czegoś interesującego w zarumienionym policzku, zapadniętym oku i szybkim pulsie gorączki? Niedługo potem, gdy Elinor wychodziła z pokoju, „Mamo”, powiedziała Marianne, „Mam alarm na temat choroby, której nie mogę przed tobą ukryć. Jestem pewien, że Edward Ferrars nie czuje się dobrze. Jesteśmy tu już prawie dwa tygodnie, a on jednak nie przychodzi. Nic poza prawdziwą niedyspozycją nie mogło spowodować tego niezwykłego opóźnienia. Co jeszcze może go zatrzymać w Norland?” — Czy wyobrażałeś sobie, że przyjdzie tak szybko? — powiedziała pani Dashwood. „Nie miałem żadnego. Wręcz przeciwnie, jeśli czułem jakikolwiek niepokój w tej sprawie, to przypominając sobie, że czasami okazywał brak przyjemności i gotowości przy przyjęciu mojego zaproszenia, kiedy mówiłem o jego przybyciu do Bartona. Czy Elinor już się go spodziewa? — Nigdy jej o tym nie wspominałem, ale oczywiście musi. — Raczej myślę, że się mylisz, bo kiedy wczoraj rozmawiałem z nią o zakupie nowej kraty do zapasowej sypialni, zauważyła, że nie ma pośpiechu, ponieważ nie było prawdopodobne, że pokój będzie potrzebny dla kogoś. czas.” „Jakie to dziwne! jakie to ma znaczenie! Ale całe ich zachowanie było nie do wyjaśnienia! Jakże zimni, jak opanowani byli ich ostatni adieus! Jak leniwa ich rozmowa ostatniego wieczoru ich bycia razem! W pożegnaniu Edwarda nie było różnicy między Elinor a mną: były to dobre życzenia kochającego brata dla obu. Dwa razy zostawiłem ich celowo razem w ciągu ostatniego ranka i za każdym razem, z niezrozumiałego powodu, wyszedł za mną z pokoju. A Elinor, opuszczając Norland i Edward, nie płakała tak, jak ja. Nawet teraz jej samokontrola jest niezmienna. Kiedy jest przygnębiona lub melancholijna? Kiedy stara się unikać społeczeństwa lub wydaje się niespokojna i niezadowolona?”

Rozdział IX

Dashwoodowie osiedlili się teraz w Barton, dając sobie znośny komfort. Dom i ogród, ze wszystkimi otaczającymi je przedmiotami, stały się teraz znajome, a zwykłe zajęcia, które dały Norlandowi połowę jego uroku, znów były zajęte o wiele większą radością, niż Norland mógł sobie pozwolić, od czasu utraty ich ojciec. Sir John Middleton, który odwiedzał ich codziennie przez pierwsze dwa tygodnie i nie miał w zwyczaju widzieć w domu zbyt wielu zajęć, nie mógł ukryć zdziwienia, że znalazł ich zawsze zatrudnionych. Ich gości, z wyjątkiem tych z Barton Park, nie było wielu; bo pomimo pilnych próśb sir Johna, by bardziej mieszali się w sąsiedztwie, i powtarzających się zapewnień, że jego powóz jest zawsze do ich dyspozycji, niezależność ducha pani Dashwood przezwyciężyła pragnienia społeczeństwa dotyczące jej dzieci; i była zdecydowana odmawiać odwiedzania jakiejkolwiek rodziny znajdującej się poza zasięgiem spaceru. Niewielu mogło być tak sklasyfikowanych; i nie wszystkie z nich były osiągalne. Około półtorej mili od chaty, wzdłuż wąskiej, krętej doliny Allenham, która wypływała z doliny Barton, jak poprzednio opisano, dziewczęta podczas jednego ze swoich pierwszych spacerów odkryły starożytną, szanowaną rezydencję, która przypominając trochę z Norlandu, zainteresowali ich wyobraźnię i sprawili, że chcieli się z nią lepiej zapoznać. Ale dowiedzieli się, po zapytaniu, że jego właścicielka, starsza pani o bardzo dobrym charakterze, była niestety zbyt słaba, aby mieszać się ze światem i nigdy nie poruszała się w domu. Cały kraj wokół nich obfitował w piękne spacery. Wysokie upadki który zaprosił ich z niemal każdego okna domku do poszukiwania przyjemności wykwintne powietrza na ich szczytach, był szczęśliwy alternatywa gdy brud dolin pod zamknij się ich wyjątkowego piękna; a Marianne i Margaret pewnego pamiętnego poranka skierowały swoje kroki w stronę jednego z tych wzgórz, zwabione częściowym słońcem widowiskowego nieba i nie mogąc dłużej znieść ograniczenia, jakie spowodował opadający deszcz z dwóch poprzednich dni. Pogoda nie była na tyle kusząca, by wyciągnąć dwójkę z ołówka i książki, mimo deklaracji Marianne, że dzień będzie trwały i piękny, a każda groźna chmura zostanie odciągnięta od ich wzgórz; i obie dziewczyny razem wyruszyły. Wesoło wspinali się w dół, radując się własną penetracją w każdym przebłysku błękitnego nieba; a kiedy ujrzeli w twarz ożywczą wichurę silnego południowo-zachodniego wiatru, współczuli lękom, które uniemożliwiły ich matce i Elinor dzielenie się tak rozkosznymi wrażeniami. „Czy na świecie jest szczęście”, powiedziała Marianne, „przewyższające to? — Margaret, będziemy tu spacerować co najmniej dwie godziny.” Margaret zgodziła się i ruszyli pod wiatr, stawiając mu opór ze śmiechem jeszcze przez jakieś dwadzieścia minut, kiedy nagle chmury zjednoczyły się nad ich głowami, a ulewny deszcz zasypał ich twarze. Zmartwieni i zaskoczeni byli zmuszeni, choć niechętnie, zawrócić, gdyż żadne schronienie nie znajdowało się bliżej niż ich własny dom. Pozostała jednak dla nich jedna pociecha, do której powaga chwili dawała więcej niż zwykle przyzwoitość — polegała na zbiegnięciu z całą możliwą prędkością po stromym zboczu wzgórza, które prowadziło bezpośrednio do ich bramy ogrodowej. Ruszyli. Marianne początkowo miała przewagę, ale fałszywy krok sprowadził ją nagle na ziemię; Margaret, nie mogąc się powstrzymać, by jej pomóc, mimowolnie pospieszyła dalej i bezpiecznie dotarła na dno. Dżentelmen niosący broń, z dwoma wskazówkami bawiącymi się wokół niego, przejeżdżał przez wzgórze w odległości kilku metrów od Marianne, kiedy wydarzył się jej wypadek. Odłożył broń i pobiegł jej z pomocą. Ona podniosła się z ziemi, ale jej noga została skręcona w jej upadku, a ona była ledwie w stanie znieść. Dżentelmen zaoferował swoje usługi; i spostrzegając, że jej skromność nie pozwala na to, co jej sytuacja sprawia, że jest to konieczne, bez dalszej zwłoki wziął ją w ramiona i zaniósł w dół wzgórza. Następnie przechodząc przez ogród, którego brama została otwarta przez Margaret, zaniósł ją bezpośrednio do domu, do którego Margaret właśnie przybyła, i nie opuścił swojego uścisku, dopóki nie posadził jej na krześle w salonie. Elinor i jej matka podniosły się ze zdumienia na ich wejście i podczas gdy oczy obojga były skierowane na niego z wyraźnym zdziwieniem i tajemnym podziwem, który równie dobrze wypłynął z jego wyglądu, przeprosił za swoje wtargnięcie, opowiadając o jego przyczynie, w sposób tak szczera i tak pełna wdzięku, że jego osoba, która była niezwykle przystojna, zyskała dodatkowe uroki z jego głosu i wyrazu. Gdyby był nawet stary, brzydki i wulgarny, wdzięczność i dobroć pani Dashwood byłaby zapewniona przez każdy akt uwagi na jej dziecko; ale wpływ młodości, piękna i elegancji wzbudził zainteresowanie czynem, który wywołał jej uczucia. Wielokrotnie mu dziękowała; i ze słodyczą, która zawsze jej towarzyszyła, zaprosiła go, aby usiadł. Ale odmówił, ponieważ był brudny i mokry. Pani Dashwood błagała wtedy, aby wiedzieć, komu jest zobowiązana. Odpowiedział, że nazywa się Willoughby, a jego obecny dom znajduje się w Allenham, skąd miał nadzieję, że pozwoli mu zaszczycić wizytę jutro, aby zapytać o pannę Dashwood. Zaszczyt ten został szybko przyznany, a następnie odszedł, aby stać się jeszcze bardziej interesującym, w środku ulewnego deszczu. Jego męskie piękno i więcej niż zwykły wdzięk stały się od razu tematem ogólnego podziwu, a śmiech, jaki jego waleczność wzbudził przeciwko Marianne, nabrał szczególnego ducha dzięki jego zewnętrznym atrakcjom. Sama Marianne widywała go rzadziej niż reszta, ponieważ zmieszanie, które szkarłatne na jej twarzy, gdy ją podnosił, pozbawiło ją siły patrzenia na niego po wejściu do domu. Ale widziała go wystarczająco dużo, by przyłączyć się do całego podziwu innych, z energią, która zawsze zdobiła jej pochwałę. Jego osoba i atmosfera były równe temu, co jej wyobraźnia kiedykolwiek przyciągnęła bohatera ulubionej opowieści; a gdy wnosił ją do domu z tak niewielkimi wcześniejszymi formalnościami, był pośpiech myśli, który szczególnie zalecał jej to działanie. Każda okoliczność, która do niego należała, była interesująca. Miał dobre imię, jego rezydencja znajdowała się w ich ulubionej wiosce i wkrótce dowiedziała się, że ze wszystkich męskich strojów najbardziej modna jest kurtka strzelecka. Jej wyobraźnia była zajęta, jej refleksje były przyjemne, a ból skręconej kostki nie był brany pod uwagę. Sir John wezwał ich, gdy tylko kolejny okres dobrej pogody tego ranka pozwolił mu wydostać się na zewnątrz; a gdy był z nim związany wypadek Marianne, z niecierpliwością pytano go, czy zna jakiegoś dżentelmena o nazwisku Willoughby z Allenham. „Willoughby!” zawołał sir John; „Co, czy on jest w kraju? To jednak dobra wiadomość; Jutro pojadę i zaprosię go na obiad w czwartek”. — W takim razie go znasz — powiedziała pani Dashwood. „Znać go! aby mieć pewność, że tak. Przecież jest tu co roku. — A co to za młody człowiek? — Zapewniam cię, że to taki dobry człowiek, jak nigdy dotąd. Bardzo przyzwoity strzał, aw Anglii nie ma odważniejszego jeźdźca”. „I czy to wszystko, co możesz o nim powiedzieć?” — zawołała Marianne z oburzeniem. „Ale jakie są jego maniery przy bliższej znajomości? Jakie są jego dążenia, talenty i geniusz?” Sir John był raczej zdziwiony. „Na moją duszę” — powiedział — „nie wiem o nim zbyt wiele, jeśli chodzi o to wszystko. Ale to miły, pełen humoru człowiek i ma najmilszą czarną suczkę wyższą, jaką kiedykolwiek widziałem. Czy wyszła z nim dzisiaj? Ale Marianne nie mogła go bardziej usatysfakcjonować kolorem wskaźnika pana Willoughby’ego, niż mógł opisać jej cienie swojego umysłu. „Ale kim on jest?” — powiedziała Elinor. „Skąd on pochodzi? Czy on ma dom w Allenham?” W tej kwestii sir John mógłby dać więcej pewności; i powiedział im, że pan Willoughby nie ma własnego majątku na wsi; że przebywał tam tylko wtedy, gdy odwiedzał starszą panią w Allenham Court, z którą był spokrewniony i której majątek miał odziedziczyć; dodając: „Tak, tak, bardzo warto go złapać. Mogę pani powiedzieć, panno Dashwood; poza tym ma własną ładną posiadłość w Somersetshire; a gdybym był tobą, nie oddałbym go mojej młodszej siostrze, pomimo tego całego zawalania się wzgórz. Panna Marianne nie może oczekiwać, że będzie miała wszystkich mężczyzn tylko dla siebie. Brandon będzie zazdrosny, jeśli się nie zajmie. — Nie wierzę — powiedziała pani Dashwood z dobrym, wesołym uśmiechem — że pan Willoughby zostanie powstrzymany przez próby złapania go przez którąś z moich córek. Nie jest to zawód, do którego zostali wychowani. Mężczyźni są u nas bardzo bezpieczni, niech będą zawsze tak bogaci. Jednak cieszę się, że z tego, co mówisz, stwierdzam, że jest to szanowany młody człowiek, którego znajomość nie będzie nieważna. " „Sądzę, że jest tak dobrym człowiekiem, jak nigdy dotąd” — powtórzył sir John. „Pamiętam ostatnie święta Bożego Narodzenia podczas małego skoku w parku, tańczył od ósmej do czwartej, ani razu nie siadając”. „Czy rzeczywiście?” zawołała Marianna błyszczącymi oczami, „iz elegancją, z duchem?” „Tak; i znowu wstał o ósmej, żeby pojechać w ukryciu”. „To jest to, co lubię; taki powinien być młody człowiek. Niezależnie od jego dążeń, jego zapał w nich nie powinien znaczyć umiaru i pozostawić go bez poczucia zmęczenia”. „Tak, tak, widzę, jak to będzie” — powiedział sir John — „widzę, jak to będzie. Będziesz się teraz na niego czepiać i nigdy nie myśl o biednym Brandonie. — To jest wyrażenie, sir Johnie — powiedziała ciepło Marianne — że szczególnie mi się to nie podoba. Brzydzę się każdym potocznym wyrażeniem, w którym zamierzony jest dowcip; a „rzucanie czapki na człowieka” lub „dokonywanie podbojów” są najbardziej odrażające ze wszystkich. Ich tendencja jest gruba i nieliberalna; i jeśli ich konstrukcja mogłaby kiedykolwiek zostać uznana za sprytną, czas dawno temu zniszczył całą jego pomysłowość”. Sir John nie bardzo rozumiał tę naganę; ale on roześmiał się tak serdecznie, jakby to zrobił, a potem odpowiedział: „Tak, wystarczająco dużo zdobędziesz, ośmielę się powiedzieć, w ten czy inny sposób. Biedny Brandon! jest już całkiem zauroczony i bardzo warto go założyć, mogę ci powiedzieć, pomimo tego całego przewracania się i skręcania kostek.

Rozdział X

Konserwator Marianne, jako Margaret, z większą elegancją niż precyzją, stylizowany na Willoughby, zadzwonił do domku wczesnym rankiem, aby zasięgnąć osobistych informacji. Został przyjęty przez panią Dashwood z więcej niż grzecznością; z życzliwością, do której skłoniła go relacja sir Johna i jej własna wdzięczność; a wszystko, co wydarzyło się podczas wizyty, zapewniało go o rozsądku, elegancji, wzajemnej sympatii i domowej komforcie rodziny, do której wprowadził go wypadek. O ich urokach osobistych nie potrzebował drugiej rozmowy, aby się przekonać. Panna Dashwood miała delikatną cerę, regularne rysy i niezwykle ładną figurę. Marianne nadal była ładniejsza. Jej forma, choć nie tak poprawna jak jej siostry, mając przewagę wzrostu, była bardziej uderzająca; a jej twarz była tak urocza, że kiedy w powszechnym przechwałce nazywano ją piękną dziewczyną, prawda była mniej gwałtowna niż zwykle. Jej skóra była bardzo brązowa, ale z powodu jej przezroczystości jej cera była niezwykle błyszcząca; wszystkie jej rysy były dobre; jej uśmiech był słodki i atrakcyjny; aw jej bardzo ciemnych oczach było życie, duch, zapał, którego nie można było zobaczyć bez zachwytu. Willoughby z początku powstrzymywał ich wyraz twarzy z powodu zażenowania, jakie wywołało wspomnienie jego pomocy. Ale kiedy to minęło, kiedy jej duch się zebrał, kiedy zobaczyła, że z doskonałym wychowaniem dżentelmena połączył szczerość i żywotność, a przede wszystkim, kiedy usłyszała, jak oświadcza, że muzyki i tańca był namiętny. czuła, rzuciła mu takie aprobujące spojrzenie, że zapewniła sobie większą część jego dyskursu na resztę jego pobytu. Trzeba było tylko wspomnieć o ulubionej zabawie, żeby skłonić ją do rozmowy. Nie mogła milczeć, kiedy takie kwestie były przedstawiane, a podczas ich dyskusji nie miała ani nieśmiałości, ani rezerwy. Szybko odkryli, że radość z tańca i muzyki była obopólna i że wynikała z ogólnego osądu we wszystkim, co dotyczyło jednego z nich. Zachęcona tym do dalszej analizy jego opinii, przystąpiła do wypytywania go na temat książek; Jej ulubieni autorzy zostali przedstawieni i rozwodzili się nad nimi z tak zachwycającą radością, że każdy dwudziestopięcioletni młodzieniec musiał być rzeczywiście nieczuły, aby nie zostać natychmiastowym nawróceniem na doskonałość takich dzieł, jakkolwiek wcześniej lekceważonych. Ich smak był uderzająco podobny. Te same książki, te same fragmenty były przez każdą z nich ubóstwione — a jeśli pojawiła się jakakolwiek różnica, jakikolwiek sprzeciw, nie trwało to dłużej niż do momentu, gdy można było ukazać siłę jej argumentów i blask jej oczu. Zgodził się na wszystkie jej decyzje, złapał cały jej entuzjazm; i na długo przed zakończeniem jego wizyty rozmawiali ze znajomością dawnego znajomego. — No cóż, Marianne — powiedziała Elinor, gdy tylko ich zostawił — - myślę, że na _jeden_ poranek radzisz sobie całkiem nieźle. Już ustalić opinię pana Willoughby w niemal każdej sprawie znaczenia. Wiesz, co myśli o Cowperze i Scottie; jesteście pewni, że oszacuje ich piękno tak, jak powinien, a nie otrzymaliście od jego podziwiającego Papieża wszystkich zapewnień nie więcej, niż jest to właściwe. Ale w jaki sposób twoja znajomość może być długo wspierana, pod tak niezwykłą wysyłką każdego tematu do dyskursu? Wkrótce wyczerpiesz każdy ulubiony temat. Jeszcze jedno spotkanie wystarczy, by wyjaśnić jego sentyment do malowniczego piękna i drugich małżeństw, a wtedy nie będziesz miał już o co pytać. — Elinor — zawołała Marianne — czy to sprawiedliwe? czy to jest sprawiedliwe? czy moje pomysły są tak skąpe? Ale rozumiem, co masz na myśli. Byłem zbyt swobodny, zbyt szczęśliwy, zbyt szczery. Błądziłem przeciwko każdemu powszechnemu pojęciu przyzwoitości; Byłem otwarty i szczery tam, gdzie powinienem być powściągliwy, bezduszny, tępy i kłamliwy — gdybym mówił tylko o pogodzie i drogach, a gdybym mówił tylko raz na dziesięć minut, oszczędziłbym temu wyrzutowi”. „Kochanie”, powiedziała jej matka, „nie możesz się obrazić na Elinor — była tylko żartem. Sam powinienem ją skarcić, gdyby była w stanie sprawdzić radość z twojej rozmowy z naszym nowym przyjacielem. Marianne w jednej chwili zmiękła. Willoughby, ze swojej strony, dał wszelkie dowody swojej przyjemności z ich znajomości, co może dać ewidentne pragnienie polepszenia tej znajomości. On przyszedł do nich codziennie. Zapytanie o Marianne było z początku jego wymówką; ale zachęta z jego przyjęcia, do której każdego dnia okazywał większą życzliwość, sprawiła, że taka wymówka stała się niepotrzebna, zanim przestała być możliwa, dzięki doskonałemu wyzdrowieniu Marianne. Przez kilka dni była zamknięta w domu; ale nigdy żadne zamknięcie nie było mniej uciążliwe. Willoughby był młodym mężczyzną o dobrych zdolnościach, bujnej wyobraźni, żywym duchu i otwartych, serdecznych manierach. Został uformowany właśnie po to, by zaangażować serce Marianne, bo z tym wszystkim połączył nie tylko urzekającą osobę, ale także naturalny zapał umysłu, który teraz budził i wzmagał jej własny przykład i który polecał go jej uczucia ponad wszelką cenę. rzecz inna. Jego towarzystwo stopniowo stawało się jej najwspanialszą przyjemnością. Czytali, rozmawiali, razem śpiewali; jego talenty muzyczne były znaczne; i czytał z całą wrażliwością i duchem, których Edward niestety pragnął. W ocenie pani Dashwood był równie bezbłędny, jak w ocenie Marianne; i Elinor widział nic do nieufności w nim jednak skłonności, w której mocno przypominał a szczególnie upodobał siostrę, mówić zbyt wiele, co sądzi na każdą okazję, bez uwagi na osoby lub okoliczności. W pośpiesznym kształtowaniu i opiniowaniu innych ludzi, poświęcając ogólną uprzejmość dla radości z niepodzielnej uwagi tam, gdzie było zaangażowane jego serce, i lekceważąc zbyt łatwo formy przyzwoitości tego świata, okazywał brak ostrożności, której Elinor nie mogła pochwalić, pomimo wszystkiego, co on i Marianne mogli powiedz na jego poparcie. Marianne zaczęła teraz dostrzegać, że desperacja, która ogarnęła ją w wieku szesnastu i pół roku życia, że kiedykolwiek zobaczyła mężczyznę, który byłby w stanie zaspokoić jej idee doskonałości, była pochopna i nieuzasadniona. Willoughby był wszystkim, co jej wyobrażenie nakreśliło w tej nieszczęśliwej godzinie i w każdym jaśniejszym okresie, jako zdolne do jej przywiązania; a jego zachowanie wskazywało na to, że pragnie być pod tym względem równie żarliwe, jak jego zdolności były silne. Również jej matka, w której umyśle nie pojawiła się ani jedna spekulatywna myśl o ich małżeństwie, przez jego perspektywę bogactwa, została skłoniona przed końcem tygodnia, aby mieć taką nadzieję i spodziewać się tego; i potajemnie pogratulować sobie zdobycia dwóch takich zięciów jak Edward i Willoughby. Skłonność pułkownika Brandona do Marianne, którą tak wcześnie odkryli jego przyjaciele, teraz po raz pierwszy stała się zauważalna dla Elinor, kiedy przestała być przez nich zauważana. Ich uwagę i dowcip przyciągnął jego bardziej szczęśliwego rywala; a szyderstwo, które ten drugi wywołał, zanim pojawiła się jakakolwiek stronniczość, zostało usunięte, gdy jego uczucia zaczęły naprawdę wzywać do kpin tak słusznie dołączonych do wrażliwości. Elinor była zmuszona, choć niechętnie, uwierzyć, że uczucia, które pani Jennings wyznaczyła mu dla własnej satysfakcji, są teraz rzeczywiście podekscytowane przez jej siostrę; i że jakkolwiek ogólne podobieństwo usposobienia między stronami mogłoby wzmocnić uczucia pana Willoughby’ego, równie uderzająca opozycja charakteru nie była przeszkodą dla punktu widzenia pułkownika Brandona. Widziała to z niepokojem; bo cóż mógłby mieć milczący człowiek w wieku pięciu i trzydziestu lat, w przeciwieństwie do bardzo żywego człowieka w wieku pięciu i dwudziestu lat? a ponieważ nie mogła nawet życzyć mu sukcesu, serdecznie życzyła mu obojętności. Lubiła go — pomimo jego powagi i rezerwy, widziała w nim obiekt zainteresowania. Jego maniery, choć poważne, były łagodne; a jego powściągliwość wydawała się raczej wynikiem jakiegoś ucisku duchów niż jakiegokolwiek naturalnego ponurego temperamentu. Sir John odrzucił ślady przeszłych urazów i rozczarowań, co uzasadniało jej przekonanie, że jest on nieszczęśliwym człowiekiem, i traktowała go z szacunkiem i współczuciem. Być może współczuła mu i szanowała go tym bardziej, że był lekceważony przez Willoughby’ego i Marianne, którzy, uprzedzeni, że nie był ani żywy, ani młody, wydawał się zdecydowany nie doceniać jego zasług. „Brandon jest właśnie takim typem człowieka” — powiedział pewnego dnia Willoughby, kiedy rozmawiali o nim razem — „o którym dobrze mówi każdy organizm i nikogo to nie obchodzi; których wszyscy są zachwyceni i nikt nie pamięta, żeby z nimi rozmawiać”. „Dokładnie tak o nim myślę” — zawołała Marianne. — Jednak nie przechwalaj się tym — powiedziała Elinor — ponieważ jest to niesprawiedliwość w was obojgu. Jest bardzo szanowany przez całą rodzinę w parku i nigdy nie widzę go osobiście, nie starając się z nim porozmawiać”. „To, że jest on traktowany przez ciebie protekcjonalnie”, odpowiedział Willoughby, „jest z pewnością na jego korzyść; ale jeśli chodzi o szacunek innych, jest sam w sobie hańbą. Kto poddałby się poniżeniu aprobaty takiej kobiety jak Lady Middleton i pani Jennings, która mogłaby wzbudzić obojętność innego ciała? — Ale być może znęcanie się nad takimi ludźmi jak ty i Marianne naprawi szacunek dla lady Middleton i jej matki. Jeśli ich pochwała jest potępieniem, twoja potępienie może być pochwałą, ponieważ nie są one bardziej nieroztropne, niż ty jesteś uprzedzony i niesprawiedliwy”. „W obronie swojego _protégé_ możesz być nawet zuchwały”. „Mój obrońca”, jak go nazywasz, jest rozsądnym człowiekiem; a sens zawsze będzie miał dla mnie atrakcje. Tak, Marianne, nawet u mężczyzny między trzydziestką a czterdziestką. Wiele widział na świecie; był za granicą, czytał i ma myślący umysł. Znalazłem go w stanie udzielić mi wielu informacji na różne tematy; i zawsze odpowiadał na moje pytania z gotowością do rozmnażania i dobrej natury”. — To znaczy — zawołała Marianne z pogardą — powiedział ci, że w Indiach Wschodnich klimat jest gorący, a komary są uciążliwe. „Powiedziałby mi to, wątpię, że gdybym zadawał takie pytania, ale były to punkty, o których zostałem wcześniej poinformowany”. — Być może — powiedział Willoughby — jego obserwacje mogły rozszerzyć się na istnienie nabobów, złotych mohrów i palankinów. „Mogę zaryzykować stwierdzenie, że jego obserwacje sięgają znacznie dalej niż wasza_ szczerość. Ale dlaczego miałbyś go nie lubić?” „Nie lubię go. Wręcz przeciwnie, uważam go za człowieka bardzo szanowanego, który zna dobre słowo każdego ciała i nie zwraca na niego uwagi; który ma więcej pieniędzy, niż może wydać, więcej czasu niż potrafi zatrudnić i dwa nowe płaszcze każdego roku”. — Do tego — zawołała Marianne — że nie ma ani geniuszu, ani smaku, ani ducha. Że jego zrozumienie nie jest błyskotliwe, jego uczucia nie mają żaru, a jego głos nie ma wyrazu”. „Ty decydujesz o jego niedoskonałościach tak bardzo w masie”, odpowiedziała Elinor, „i tak bardzo na mocy własnej wyobraźni, że pochwała _ ja_ jestem w stanie mu dać jest stosunkowo zimna i mdła. Mogę go tylko nazwać rozsądnym człowiekiem, dobrze wychowanym, dobrze poinformowanym, o łagodnym adresie i, jak sądzę, o miłym sercu”. — Panno Dashwood — zawołał Willoughby — teraz nieżyczliwie mnie wykorzystujesz. Ci starają się rozbroić mnie rozumu i przekonać mnie wbrew mojej woli. Ale to nie wystarczy. Znajdziesz mnie tak upartego, jak tylko potrafisz. Mam trzy nieodparte powody, by nie lubić pułkownika Brandona; groził mi deszczem, kiedy chciałem, żeby było dobrze; On znalazł usterkę z wieszania moim kariolki, a ja nie mogę go przekonać do zakupu mojego brązowy klacz. Jeśli jednak z satysfakcją dowiesz się, że uważam jego charakter za nienaganny pod innymi względami, jestem gotów to wyznać. W zamian za uznanie, które musi sprawić mi trochę bólu, nie możesz odmówić mi przywileju nielubienia go tak bardzo, jak zawsze”.

Rozdział XI

Pani Dashwood i jej córki nie wyobrażały sobie, kiedy po raz pierwszy przyjechały do Devonshire, że powstanie tak wiele zaręczyn, aby zająć ich czas, tak jak się wkrótce przedstawili, lub że powinny mieć tak częste zaproszenia i tak stałych gości, że zostawią im niewiele wolnego czasu na poważne zatrudnienie. A jednak tak było. Kiedy Marianne doszła do siebie, plany rozrywki w kraju i za granicą, które wcześniej formułował sir John, zostały wprowadzone w życie. Potem zaczęły się prywatne bale w parku; a imprezy na wodzie odbywały się i odbywały się tak często, jak na to pozwalał spektakularny październik. W każdym spotkaniu tego rodzaju był Willoughby; a łatwość i zażyłość, które naturalnie towarzyszyły tym przyjęciom, były dokładnie obliczone, aby nadać coraz większą intymność jego znajomości z Dashwoodami, dać mu możliwość zobaczenia doskonałości Marianne, okazania jej ożywionego podziwu dla niej i przyjęcia w jej zachowaniu do siebie, najbardziej wyraziste zapewnienie jej uczucia. Elinor nie mogła być zaskoczona ich przywiązaniem. Chciała tylko, żeby było to mniej otwarcie pokazane; i raz czy dwa ośmielił się zasugerować Marianne stosowność jakiegoś samokontroli. Ale Marianne brzydziła się wszelkim ukryciem, w którym żadna prawdziwa hańba nie mogłaby towarzyszyć bez rezerw; a dążenie do powściągliwości uczuć, które same w sobie nie były niesłuszne, wydawało jej się nie tylko niepotrzebnym wysiłkiem, ale haniebnym poddaniem rozumu potocznym i błędnym pojęciom. Willoughby pomyślał to samo; a ich zachowanie przez cały czas było ilustracją ich opinii. Kiedy był obecny, nie widziała nikogo innego. Wszystko, co zrobił, było słuszne. Wszystko, co powiedział, było sprytne. Jeśli ich wieczory w parku kończyły się kartami, oszukiwał siebie i całą resztę drużyny, aby zdobyć dla niej dobrą rękę. Jeśli taniec stanowił rozrywkę wieczoru, przez połowę czasu byli partnerami; a kiedy byli zmuszeni rozdzielić się na kilka tańców, uważali, aby stać razem i prawie nie wypowiedzieli słowa do nikogo innego. Takie postępowanie sprawiło, że byli oczywiście niezmiernie wyśmiewani; ale kpiny nie mogły zawstydzić i nie wydawały się ich prowokować. Pani Dashwood weszła we wszystkie ich uczucia z ciepłem, które nie pozostawiło jej ochoty na sprawdzanie tego przesadnego ich okazywania. Dla niej była to tylko naturalna konsekwencja silnego uczucia w młodym i żarliwym umyśle. To był okres szczęścia Marianne. Jej serce było oddane Willoughby’emu, a czułe przywiązanie do Norlandu, które przywiozła ze sobą z Sussex, było bardziej prawdopodobne, że zostanie złagodzone, niż myślała, że to możliwe wcześniej, przez uroki, które jego społeczeństwo obdarzyło jej obecny dom. Szczęście Elinor nie było takie wielkie. Jej serce nie było tak spokojne, a zadowolenie z ich zabaw nie było tak czyste. Nie dali jej żadnego towarzysza, który mógłby zadośćuczynić za to, co zostawiła, ani który mógłby nauczyć ją myśleć o Norlandzie z mniejszym żalem niż kiedykolwiek. Ani lady Middleton, ani pani Jennings nie mogli przekazać jej rozmowy, której przegapiła; chociaż ten ostatni był wiecznym mówcą i od początku traktował ją z życzliwością, która zapewniała jej duży udział w jej dyskursie. Już trzy lub cztery razy powtórzyła swoją historię Elinor; a gdyby pamięć Elinor dorównywała sposobom poprawy, mogłaby bardzo wcześnie poznać szczegóły ostatniej choroby pana Jenningsa i to, co powiedział swojej żonie na kilka minut przed śmiercią. Lady Middleton była milsza niż jej matka, tylko milcząc. Elinor nie potrzebowała wiele obserwacji, by dostrzec, że jej rezerwa jest zwykłym spokojem, z którym zmysł nie ma nic wspólnego. W stosunku do męża i matki była taka sama jak dla nich; dlatego intymność nie była ani poszukiwana, ani pożądana. Pewnego dnia nie miała nic do powiedzenia, czego nie powiedziała poprzedniego dnia. Jej tępota była niezmienna, bo nawet jej duch był zawsze taki sam; i chociaż nie sprzeciwiała się przyjęciom urządzanym przez jej męża, pod warunkiem, że wszystko odbywało się w dobrym stylu, a dwoje jej najstarszych dzieci uczęszczało do niej, nigdy nie wydawało się, że czerpała z nich więcej przyjemności niż siedząc w domu; Jej obecność w niewielkim stopniu nie dodawała przyjemności innym, przez jakikolwiek udział w ich rozmowie, że czasami przypominała im o jej obecności wśród nich przez jej troskę o kłopotliwych chłopców. Tylko w pułkowniku Brandonie, ze wszystkich swoich nowych znajomych, Elinor znalazła osobę, która w jakimkolwiek stopniu mogłaby domagać się szacunku dla umiejętności, wzbudzić zainteresowanie przyjaźni lub sprawiać przyjemność jako towarzysz. Willoughby był wykluczony. Jej podziw i szacunek, nawet siostrzany, należały wyłącznie do niego; ale był kochankiem; jego uwaga należała całkowicie do Marianne, a znacznie mniej sympatyczny mężczyzna mógłby być bardziej ogólnie przyjemny. Pułkownik Brandon, niestety dla siebie, nie miał takiej zachęty, by myśleć tylko o Marianne, a rozmawiając z Elinor, znalazł największą pociechę z powodu obojętności jej siostry. Współczucie Elinor dla niego wzrosło, ponieważ miała powody podejrzewać, że nędza rozczarowanej miłości była już mu znana. Podejrzenie to wzbudziły pewne słowa, które przypadkowo wypadły z niego pewnego wieczoru w parku, kiedy siedzieli razem za obopólną zgodą, podczas gdy inni tańczyli. Jego oczy utkwione były w Marianne i po kilku minutach milczenia powiedział z lekkim uśmiechem: — Rozumiem, że twoja siostra nie akceptuje drugich przywiązań. „Nie”, odpowiedziała Elinor, „wszystkie jej opinie są romantyczne”. „Albo raczej, jak sądzę, uważa, że są one niemożliwe do istnienia”. „Myślę, że tak. Ale jak ona to wymyśla, nie zastanawiając się nad charakterem własnego ojca, który miał dwie żony, tego nie wiem. Jednak kilka lat ustali jej opinie na rozsądnej podstawie zdrowego rozsądku i obserwacji; a wtedy mogą być łatwiejsze do zdefiniowania i usprawiedliwienia niż teraz, przez inne ciało niż ona sama”. „Prawdopodobnie tak się stanie” — odpowiedział; „A jednak jest coś tak miłego w uprzedzeniach młodego umysłu, że przykro nam, że ustępują miejsca przyjmowaniu bardziej ogólnych opinii”. — Nie mogę się z tobą zgodzić — powiedziała Elinor. „Są niedogodności związane z uczuciami takimi jak Marianne, za które nie mogą odpokutować żadne uroki entuzjazmu i ignorancji świata. Jej systemy mają wszystkie niefortunne tendencje do uznawania przyzwoitości za nic; a lepsze poznanie świata jest tym, czego oczekuję, jako jej największej możliwej korzyści”. Po krótkiej przerwie wznowił rozmowę, mówiąc: „Czy twoja siostra nie czyni różnicy w swoich zastrzeżeniach wobec drugiego przywiązania? czy też jest to jednakowo przestępcze w każdym ciele? Czy ci, którzy zawiedli się pierwszym wyborem, czy to z powodu niestałości jego przedmiotu, czy też przewrotności okoliczności, mają być równie obojętni przez resztę swojego życia?” „Na słowo, nie znam szczegółów jej zasad. Wiem tylko, że nigdy jeszcze nie słyszałem, żeby przyznała się do jakiegokolwiek przypadku, że drugie przywiązanie jest wybaczalne”. „To” — powiedział — „nie może wytrzymać; ale zmiana, całkowita zmiana uczuć — Nie, nie, nie pragnij tego; bo kiedy romantyczne wytworności młodego umysłu są zmuszone ustąpić, jakże często zastępują je takie opinie, które są zbyt powszechne i zbyt niebezpieczne! Ja mówię z doświadczenia. Znałem kiedyś kobietę, która w usposobieniu i umyśle bardzo przypominała twoją siostrę, która myślała i oceniała jak ona, ale która z wymuszonej zmiany… z serii niefortunnych okoliczności…” Tutaj nagle się zatrzymał; zdawał się myśleć, że powiedział za dużo, a jego twarz budziła przypuszczenia, które w innym przypadku nie przyszłyby Elinor do głowy. Pani prawdopodobnie przeszłaby bez podejrzeń, gdyby nie przekonał panny Dashwood, że to, co ją niepokoi, nie powinno umknąć jego ustom. W rzeczywistości wymagało to niewielkiego wysiłku fantazji, aby połączyć jego emocje z czułym wspomnieniem dawnego szacunku. Elinor nie próbowała więcej. Ale Marianne na swoim miejscu nie zrobiłaby tak mało. Cała historia szybko uformowałaby się pod wpływem jej aktywnej wyobraźni; i wszystko, co zostało ustanowione w najbardziej melancholijnym porządku zgubnej miłości.

Rozdział XII

Następnego ranka, gdy Elinor i Marianne szły razem, ta ostatnia przekazała siostrze wiadomość, która pomimo wszystkiego, co wiedziała o nieroztropności Marianne i jej braku myśli, zaskoczyła ją ekstrawaganckim świadectwem obu. Marianne powiedziała jej z największą radością, że Willoughby dał jej konia, takiego, którego sam wyhodował w swojej posiadłości w Somersetshire i który był dokładnie obliczony na nieść kobietę. Nie biorąc pod uwagę, że jej matka nie planowała zatrzymać żadnego konia, że jeśli miałaby zmienić postanowienie na korzyść tego prezentu, musi kupić innego dla sługi i zatrzymać sługę, aby na nim jeździł, a ostatecznie zbudować stajnia, która miała je przyjąć, bez wahania przyjęła prezent i opowiedziała o tym siostrze w zachwycie. „Ma zamiar natychmiast wysłać po to swojego pana młodego do Somersetshire” — dodała — „a kiedy nadejdzie, będziemy jeździć codziennie. Podzielisz się ze mną jego użyciem. Wyobraź sobie, moja droga Elinor, radość z galopu podczas niektórych z tych upadków. Najbardziej niechętnie obudziła się z takiego snu o szczęściu, aby pojąć wszystkie nieszczęśliwe prawdy, które towarzyszyły tej sprawie; i przez jakiś czas nie chciała się im podporządkować. Jeśli chodzi o dodatkowego sługę, wydatek byłby drobiazgiem; Mamo, na pewno nigdy by się temu nie sprzeciwiała; a każdy koń zrobiłby to dla niego; zawsze mógł go dostać w parku; jeśli chodzi o stajnię, wystarczyłaby najmniejsza szopa. Elinor odważyła się wtedy wątpić w stosowność otrzymania takiego prezentu od mężczyzny tak mało, a przynajmniej tak niedawno jej znanego. Tego było za wiele. — Mylisz się, Elinor — powiedziała ciepło — przypuszczając, że niewiele wiem o Willoughbym. Rzeczywiście nie znam go długo, ale znam go znacznie lepiej niż jakiekolwiek inne stworzenie na świecie, z wyjątkiem ciebie i mamy. To nie czas ani okazja decydują o intymności — jest to samo usposobienie. Siedem lat to za mało, aby niektórzy ludzie się poznali, a siedem dni to więcej niż potrzeba dla innych. Powinienem uważać się za winnego większej niestosowności w przyjęciu konia od mojego brata niż od Willoughby’ego. O Johnie wiem bardzo mało, chociaż mieszkamy razem od lat; ale o Willoughby już dawno ukształtował się mój osąd. „Elinor uznała, że najrozsądniej będzie przestać dotykać tego punktu. Znała temperament swojej siostry. Sprzeciw wobec tak delikatnego tematu tylko bardziej przywiązałby ją do jej własnej opinii. Ale przez odwołanie się do jej uczucia do matki, przedstawiając niedogodności, które ta pobłażliwa matka musiałaby pociągać za sobą, gdyby (jak by się prawdopodobnie stało) zgodziła się na ten wzrost władzy, Marianne została wkrótce poddana; i obiecała, że nie będzie kusić swojej matki do takiej nieroztropnej życzliwości, wspominając o ofercie, i że powie Willoughby’emu, kiedy zobaczy go następnym razem, że należy ją odrzucić. Była wierna swojemu słowu; a kiedy Willoughby zadzwonił do chaty, tego samego dnia, Elinor usłyszała, jak cicho mówi mu o swoim rozczarowaniu, ponieważ jest zmuszona zrezygnować z przyjęcia jego prezentu. Powody tej zmiany były jednocześnie powiązane i uniemożliwiały dalsze błaganie z jego strony. Jednak jego troska była bardzo widoczna; Wyraziwszy to z powagą, dodał tym samym cichym głosem: — Ale Marianne, koń jest nadal twój, chociaż nie możesz go teraz używać. Zatrzymam to tylko do czasu, gdy będziesz mógł go odebrać. Kiedy opuścisz Barton, by założyć własną siedzibę w trwalszym domu, przyjmie cię królowa Mab”. Wszystko to usłyszała panna Dashwood; aw całym zdaniu, w sposobie, w jaki je wymawiał, iw zwracaniu się do jej siostry wyłącznie jej chrześcijańskim imieniem, natychmiast dostrzegła tak zdecydowaną intymność, znaczenie tak bezpośrednie, że oznaczało doskonałą zgodność między nimi. Od tej chwili nie wątpiła, że są ze sobą zaręczeni; a wiara w to nie stanowiła innego zaskoczenia, jak tylko to, że ona lub którykolwiek z jej przyjaciół pozostawił tak szczery temperament, aby odkryć to przypadkowo. Margaret opowiedziała jej coś następnego dnia, co postawiło sprawę w jeszcze jaśniejszym świetle. Willoughby spędził z nimi poprzedni wieczór, a Margaret, zostawiając jakiś czas w salonie tylko z nim i Marianne, miała okazję do obserwacji, które z najważniejszą twarzą przekazała swojej najstarszej siostrze, kiedy byli następnie sami. „Och, Elinor!” zawołała: „Mam taki sekret, żeby ci opowiedzieć o Marianne. Jestem pewien, że wkrótce wyjdzie za pana Willoughby’ego”. — Mówiłeś tak — odpowiedziała Elinor — prawie każdego dnia, odkąd spotkali się po raz pierwszy w High-church Down; i zdaje się, że nie znali się od tygodnia, zanim się upewniłaś, że Marianne nosiła jego zdjęcie na szyi; ale okazało się, że to tylko miniatura naszego stryja”. „Ale rzeczywiście to zupełnie inna sprawa. Jestem pewien, że wkrótce się pobiorą, bo ma kosmyk jej włosów. — Uważaj, Margaret. Mogą to być tylko włosy jakiegoś wielkiego wujka jego.” — Ale rzeczywiście, Elinor, należy do Marianne. Jestem prawie pewien, że tak, bo widziałem, jak to przerwał. Ostatniej nocy po herbacie, kiedy ty i mama wyszliście z pokoju, szeptali i rozmawiali tak szybko, jak tylko mogli, a on wydawał się błagać o coś od niej, a wkrótce chwycił jej nożyczki i odciął długi zamek. jej włosów, bo to wszystko spadło jej na plecy; pocałował go i zwinął w kawałek białego papieru; i włożył to do swojej kieszeni”. W przypadku takich informacji, podanych na podstawie takiego upoważnienia, Elinor nie mogła odmówić kredytu; nie była też do tego skłonna, gdyż okoliczności były w doskonałej harmonii z tym, co sama słyszała i widziała. Roztropność Margaret nie zawsze była okazywana w sposób tak satysfakcjonujący dla jej siostry. Kiedy pani Jennings zaatakowała ją pewnego wieczoru w parku, aby podać imię młodego mężczyzny, który był ulubieńcem Elinor, co od dawna było dla niej bardzo zaciekawione, Margaret odpowiedziała, patrząc na siostrę i mówiąc: „Nie mogę powiedzieć, prawda, Elinor? To oczywiście rozśmieszyło każde ciało; Elinor też próbowała się roześmiać. Ale wysiłek był bolesny. Była przekonana, że Margaret skupiła się na osobie, której imienia nie mogła znieść ze spokojem, by stać się żartem na stojąco z panią Jennings. Marianne współczuła jej szczerze; ale ona wyrządziła sprawie więcej szkody niż pożytku, czerwieniejąc bardzo i mówiąc ze złością do Margaret: „Pamiętaj, że jakiekolwiek są twoje przypuszczenia, nie masz prawa ich powtarzać”. „Nigdy nie miałam na ten temat żadnych przypuszczeń” — odpowiedziała Margaret; „To ty mi o tym powiedziałeś”. Zwiększyło to wesołość towarzystwa, a Margaret była niecierpliwie naciskana, aby powiedzieć coś więcej. „O! módl się, panno Margaret, powiedz nam o tym wszystkim” — powiedziała pani Jennings. „Jak ma na imię ten dżentelmen?” — Nie mogę powiedzieć, proszę pani. Ale wiem bardzo dobrze, co to jest; i wiem, gdzie on też jest”. „Tak, tak, możemy zgadnąć, gdzie on jest; we własnym domu w Norland, oczywiście. Ośmielę się powiedzieć, że jest wikariuszem parafii”. „Nie, nie jest. Nie ma żadnego zawodu”. — Margaret — powiedziała Marianne z wielką serdecznością — wiesz, że to wszystko jest twoim własnym wynalazkiem i że nie ma takiej osoby. — No cóż, on ostatnio nie żyje, Marianne, bo jestem pewien, że kiedyś był taki człowiek, a jego imię zaczyna się na literę F. Elinor była bardzo wdzięczna lady Middleton za to, że w tej chwili zauważyła, że „padało bardzo mocno”, chociaż wierzyła, że przerwa nie wynika z uwagi na nią, ale z wielkiej niechęci jej panny do wszystkich tak nieeleganckich tematów szyderstwa. tak zachwycony mężem i matką. Pomysł, jakkolwiek zapoczątkowany przez nią, był natychmiast realizowany przez pułkownika Brandona, który za każdym razem pamiętał o uczuciach innych; i oboje powiedzieli wiele na temat deszczu. Willoughby otworzył piano-forte i poprosił Marianne, żeby do niej usiadła; i tak pośród różnych wysiłków różnych ludzi, aby rzucić ten temat, upadł na ziemię. Ale Elinor nie tak łatwo otrząsnęła się z alarmu, w który ją rzucił. Tego wieczoru zorganizowano przyjęcie, aby następnego dnia udać się do bardzo pięknego miejsca około dwunastu mil od Bartona, należącego do szwagra pułkownika Brandona, bez którego zainteresowania nie można go było postrzegać jako właściciela, który był wtedy za granicą, zostawił na tej głowie surowe rozkazy. Tereny te uznano za bardzo piękne, a sir Johnowi, który był szczególnie ciepły w ich pochwałach, można było pozwolić na to, by być znośnym sędzią, ponieważ przez ostatnie dziesięć lat organizował imprezy, aby je odwiedzać co najmniej dwa razy każdego lata.. Zawierały szlachetny kawałek wody; żagiel, na którym miał stanowić wielką część porannej rozrywki; Miano zabrać zimne zapasy, otwarte powozy tylko po to, by pracować, a wszystko odbywało się w zwykłym stylu pełnego przyjemności. Niektórym osobom z towarzystwa wydawało się to dość śmiałym przedsięwzięciem, biorąc pod uwagę porę roku, i że przez ostatnie dwa tygodnie codziennie padało; a pani Dashwood, która już była przeziębiona, została namówiona przez Elinor do pozostania na Dom.

Rozdział XIII

Ich planowana wycieczka do Whitwell okazała się bardzo różna od tego, czego spodziewała się Elinor. Była przygotowana na przemoknięcie, zmęczenie i przerażenie; ale zdarzenie było jeszcze bardziej niefortunne, ponieważ w ogóle nie poszli. O dziesiątej cała grupa zebrała się w parku, gdzie mieli zjeść śniadanie. Poranek był raczej sprzyjający, chociaż padał deszcz przez całą noc, ponieważ wtedy chmury rozpraszały się po niebie, a słońce często pojawiało się. Wszyscy byli w dobrym nastroju i dobrym humorze, chętni do szczęścia i zdeterminowani, by raczej poddać się największym niedogodnościom i trudnościom, niż być inaczej. Kiedy jedli śniadanie, przyniesiono listy. Wśród pozostałych był jeszcze jeden dla pułkownika Brandona — wziął go, spojrzał w kierunku, zmienił kolor i natychmiast wyszedł z pokoju. „O co chodzi z Brandonem?” powiedział sir John. Nikt nie mógł powiedzieć. „Mam nadzieję, że nie miał złych wieści” — powiedziała lady Middleton. — To musi być coś niezwykłego, co mogłoby sprawić, że pułkownik Brandon tak nagle opuścił mój stół śniadaniowy. Wrócił po około pięciu minutach. — Mam nadzieję, że nie ma złych wieści, pułkowniku; — powiedziała pani Jennings, gdy tylko wszedł do pokoju. „W ogóle nie ma, proszę pani, dziękuję”. „Czy to było z Awinionu? Mam nadzieję, że nie oznacza to, że twoja siostra jest gorsza”. „Nie, proszę pani. Przyszedł z miasta i jest tylko listem biznesowym”. — Ale jak doszło do tego, że dłoń tak bardzo zepsuła cię, skoro był to tylko list biznesowy? Chodź, chodź, to nie wystarczy, pułkowniku; więc posłuchajmy prawdy”. — Moja droga pani — powiedziała lady Middleton — przypomnij sobie, co mówisz. — Może po to, żeby ci powiedzieć, że twoja kuzynka Fanny jest mężatką? — powiedziała pani Jennings, nie zważając na naganę córki. „Nie, rzeczywiście, nie jest”. — W takim razie wiem, od kogo to jest, pułkowniku. I mam nadzieję, że czuje się dobrze”. „Kogo masz na myśli, proszę pani?” — powiedział, trochę ubarwiając. „O! wiesz, kogo mam na myśli”. — Jest mi szczególnie przykro, proszę pani — powiedział, zwracając się do lady Middleton, „Żebym otrzymał ten list dzisiaj, ponieważ jest on w interesach, który wymaga mojej natychmiastowej obecności w mieście”. „W mieście!” — zawołała pani Jennings. „Co możesz robić w mieście o tej porze roku?” „Moja własna strata jest wielka” — kontynuował — „ponieważ jestem zmuszony opuścić tak miłą imprezę; ale jestem bardziej zaniepokojony, ponieważ obawiam się, że moja obecność jest konieczna, aby dostać się do twojego przyjęcia w Whitwell. „Cóż to za cios dla nich wszystkich! — Ale jeśli napiszesz list do gospodyni, panie Brandon — powiedziała Marianne z zapałem — czy to nie wystarczy? Potrząsnął głową. „Musimy iść” — powiedział sir John. — „Nie będzie to odkładane, kiedy będziemy tak blisko niego. Nie możesz jechać do miasta przed jutrem, Brandon, to wszystko. „Chciałbym, żeby to można było tak łatwo załatwić. Ale nie jestem w stanie opóźnić mojej podróży o jeden dzień!” „Gdybyś tylko poinformował nas o swojej działalności” — powiedziała pani Jennings — „moglibyśmy zobaczyć, czy można to odłożyć, czy nie”. — Nie byłbyś sześć godzin później — powiedział Willoughby — gdybyś odłożył podróż do naszego powrotu. „Nie mogę stracić _jednej_ godziny”. Następnie Elinor usłyszała, jak Willoughby mówi cicho do Marianne: „Są ludzie, którzy nie mogą znieść przyjęcia przyjemności. Brandon jest jednym z nich. Ośmielę się powiedzieć, że bał się przeziębienia i wymyślił tę sztuczkę, aby się z tego wydostać. Postawiłbym pięćdziesiąt gwinei, gdyby list był jego własnym pismem. „Nie wątpię” — odpowiedziała Marianne. — Nie da się cię przekonać, żebyś zmienił zdanie, Brandon, wiem, że od dawna — powiedział sir John — jeśli raz jesteś zdeterminowany. Ale jednak mam nadzieję, że lepiej o tym myśleć. Rozważmy, oto dwie panny Carey przyjechały z Newton, trzy panny Dashwood wyszły z domku, a pan Willoughby wstał dwie godziny przed swoją zwykłą porą, aby udać się do Whitwell. Pułkownik Brandon ponownie powtórzył swój smutek, że był przyczyną rozczarowania partii; ale jednocześnie oświadczył, że jest to nieuniknione. „No to kiedy wrócisz?” „Mam nadzieję, że zobaczymy się w Barton” — dodała jej dama — „gdy tylko będziesz mogła wygodnie opuścić miasto; i musimy odłożyć przyjęcie do Whitwell, aż wrócisz. „Jesteś bardzo uczynny. Ale to jest tak niepewne, kiedy mogę mieć możliwość powrotu, że nie śmiem się w ogóle angażować”. „O! musi i wróci — zawołał sir John. „Jeśli nie będzie go tu do końca tygodnia, pójdę za nim”. — Tak, sir Johnie — zawołała pani Jennings — a może wtedy dowiesz się, o co mu chodzi. „Nie chcę wtrącać się w obawy innych mężczyzn. Przypuszczam, że jest to coś, czego się wstydzi”. Ogłoszono konie pułkownika Brandona. — Nie jeździsz konno do miasta, prawda? — dodał Sir John. „Nie. Tylko Honiton. W takim razie wyślę pocztę”. „Cóż, skoro jesteś zdecydowany jechać, życzę udanej podróży. Ale lepiej zmień zdanie”. „Zapewniam cię, że nie leży to w mojej mocy”. Potem pożegnał się z całą imprezą. — Czy nie ma szans, żebym tej zimy zobaczyła się z tobą i twoimi siostrami w mieście, panno Dashwood? „Obawiam się, że żadnego”. „W takim razie muszę się z tobą pożegnać na dłużej, niż bym chciał”. Marianne po prostu się ukłonił i nic nie powiedział. „Chodź pułkowniku”, powiedziała pani Jennings, „zanim wyjdziesz, powiedz nam, o co ci chodzi”. Życzył jej dobrego dnia i opuścił pokój w obecności sir Johna. Narzekania i lamenty, które dotychczas grzeczność powstrzymywała, teraz wybuchają powszechnie; i wszyscy raz po raz zgadzali się z tym, jak prowokujące było bycie tak rozczarowanym. „Mogę się jednak domyślać, o co mu chodzi” — powiedziała radośnie pani Jennings. — Czy potrafisz, proszę pani? powiedział prawie każdy organ. „Tak; jestem pewien, że chodzi o pannę Williams. „A kim jest panna Williams?” — zapytała Marianne. „Co! nie wiesz, kim jest panna Williams? Jestem pewien, że wcześniej o niej słyszałeś. Ona jest krewną pułkownika, moja droga; bardzo blisko relacja. Nie powiemy, jak blisko, z obawy, że nie zaszokujemy młodych kobiet”. Potem nieco ściszając głos, powiedziała do Elinor: — Jest jego naturalną córką. „W rzeczy samej!” „O tak; i tak jak on, jak tylko może się gapić. Ośmielam się powiedzieć, że pułkownik zostawi jej całą swoją fortunę. Kiedy sir John wrócił, bardzo serdecznie przyłączył się do ogólnego żalu z powodu tak niefortunnego wydarzenia; konkludując jednak obserwując, że skoro wszyscy byli razem, muszą coś zrobić, aby być szczęśliwymi; i po konsultacjach ustalono, że chociaż szczęściem można się cieszyć tylko w Whitwell, mogą oni uzyskać znośny spokój umysłu, jeżdżąc po kraju. Następnie zamówiono wagony; Willoughby był pierwszy, a Marianne nigdy nie wyglądała na szczęśliwszą niż wtedy, gdy się w to wciągnęła. Przejechał przez park bardzo szybko i wkrótce zniknęli z pola widzenia; i nic więcej z nich nie było widziane aż do ich powrotu, co nastąpiło dopiero po powrocie wszystkich pozostałych. Oboje wydawali się być zachwyceni ich popędem; ale powiedzieli tylko ogólnie, że trzymali się zaułków, podczas gdy inni poszli na dół. Postanowiono, że wieczorem powinien odbyć się taniec, a każde ciało powinno być niezwykle wesołe przez cały dzień. Kilku kolejnych Careyów przyszło na kolację i mieli przyjemność zasiąść do stołu prawie dwudziestu osób, co sir John obserwował z wielkim zadowoleniem. Willoughby zajął swoje zwykłe miejsce między dwiema starszymi pannami Dashwoods. Pani Jennings siedziała po prawej ręce Elinor; i nie siedzieli długo, zanim pochyliła się za nią i Willoughbym, i powiedziała do Marianne na tyle głośno, że oboje mogli usłyszeć: „Znalazłem cię pomimo wszystkich twoich sztuczek. Wiem, gdzie spędziłeś poranek”. Marianne zaczerwieniła się i odpowiedziała bardzo pospiesznie: „Gdzie, módlcie się?” — Czy nie wiedziałeś — powiedział Willoughby — że byliśmy poza moim programem nauczania? — Tak, tak, panie zuchwalstwo, wiem o tym bardzo dobrze i byłem zdecydowany dowiedzieć się, gdzie był pan. Mam nadzieję, że lubisz swój dom, panno Marianne. Wiem, że jest bardzo duży; a kiedy przyjdę do ciebie, mam nadzieję, że będziesz miał go na nowo umeblowany, ponieważ bardzo go chciał, kiedy byłem tam sześć lat temu. Marianne odwróciła się w wielkim zmieszaniu. Pani Jennings zaśmiała się serdecznie; a Elinor stwierdziła, że postanawiając dowiedzieć się, gdzie byli, w rzeczywistości skłoniła własną kobietę do wypytania narzeczonego pana Willoughby’ego; i że w ten sposób została poinformowana, że pojechali do Allenham i spędzili tam sporo czasu, spacerując po ogrodzie i po całym domu. Elinor z trudem mogła uwierzyć, że to prawda, ponieważ wydawało się bardzo mało prawdopodobne, by Willoughby zaproponował lub zgodziła się Marianne, aby wejść do domu, gdy przebywała w nim pani Smith, z którą Marianne nie miała najmniejszej znajomości. Gdy tylko wyszli z jadalni, Elinor zapytała ją o to; i wielkie było jej zdziwienie, gdy odkryła, że każda okoliczność, o której opowiadała pani Jennings, jest całkowicie prawdą. Marianne była na nią zła, że w to wątpiła. „Dlaczego miałabyś sobie wyobrazić, Elinor, że nie poszliśmy tam lub nie widzieliśmy domu? Czy nie jest to to, co często chciałeś zrobić samemu?” — Tak, Marianne, ale nie poszedłbym, gdy była tam pani Smith i bez innego towarzysza niż pan Willoughby. „Pan. Willoughby jest jednak jedyną osobą, która może mieć prawo do pokazania tego domu; a kiedy jechał otwartym powozem, nie mógł mieć innego towarzysza. Nigdy w życiu nie spędziłem przyjemniejszego poranka”. „Obawiam się”, odpowiedziała Elinor, „że przyjemność pracy nie zawsze świadczy o jej przyzwoitości”. — Wręcz przeciwnie, nic nie może być na to silniejszym dowodem, Elinor; bo gdyby w tym, co zrobiłem, było coś naprawdę niewłaściwego, byłbym tego świadomy w tamtym czasie, bo zawsze wiemy, kiedy postępujemy źle, iz takim przekonaniem nie mógłbym mieć przyjemności”. — Ale, moja droga Marianne, skoro już naraziło cię to na pewne bardzo zuchwałe uwagi, czy nie zaczynasz teraz wątpić w dyskrecję własnego postępowania? „Jeśli bezczelne uwagi pani Jennings mają być dowodem niewłaściwego postępowania, wszyscy obrażamy każdą chwilę naszego życia. Nie cenię jej krytyki, tak samo jak nie powinienem wyrażać jej pochwały. Nie wydaje mi się, żebym zrobił coś złego, chodząc po terenie pani Smith lub oglądając jej dom. Pewnego dnia będą należeć do pana Willoughby’ego i… — Gdyby pewnego dnia mieli być twoimi własnymi, Marianne, nie byłabyś usprawiedliwiona w tym, co zrobiłaś. Zarumieniła się na tę aluzję; ale było to nawet dla niej wyraźnie satysfakcjonujące; a po dziesięciu minutach poważnych namysłów podeszła ponownie do swojej siostry i powiedziała z wielkim humorem: „Być może Elinor, to było raczej nierozsądne we mnie, żebym jechał do Allenham; ale pan Willoughby szczególnie chciał mi pokazać to miejsce; i zapewniam cię, że jest to uroczy dom. — Na górze jest jeden niezwykle ładny salon; z ładnym wygodny dla ciągłej eksploatacji i nowoczesne meble to byłoby wspaniałe. Jest to pokój narożny, z oknami z dwóch stron. Z jednej strony spoglądasz przez trawę do gry w kręgle, za domem, na piękny wiszący las, az drugiej masz widok na kościół i wioskę, a za nimi te piękne, śmiałe wzgórza, które tak często mamy podziwiany. Nie uważałem tego za korzystne, ponieważ nic nie mogło być bardziej opłakane niż meble, ale gdyby były nowo umeblowane, kilkaset funtów, mówi Willoughby, uczyniłoby go jednym z najprzyjemniejszych letnich pokoi w Anglii. Gdyby Elinor mogła jej słuchać bez przeszkadzania innym, opisałaby każdy pokój w domu z równą radością.

Rozdział XIV

Nagłe zakończenie wizyty pułkownika Brandona w parku, z jego wytrwałością w ukrywaniu przyczyny, wypełniło umysł i wzbudziło zachwyt pani Jennings na dwa lub trzy dni; była wielkim cudem, jak każdy, kto bardzo żywo interesuje się wszystkimi przychodzeniami i odchodzeniami wszystkich ich znajomych. Zastanawiała się, z krótką przerwą, co mogło być tego przyczyną; był pewien, że muszą być jakieś złe wieści, i przemyślał każdy rodzaj udręki, jaki mógł go spotkać, z niezachwianym postanowieniem, że nie powinien od nich wszystkich uciec. — Chyba chodzi o coś bardzo melancholijnego — stwierdziła. „Widziałem to w jego twarzy. Biedny człowiek! Obawiam się, że jego sytuacja może być zła. Posiadłość w Delaford nigdy nie była liczona na więcej niż dwa tysiące rocznie, a jego brat opuścił wszystko ze smutkiem. Myślę, że musiał zostać wysłany po sprawy finansowe, bo cóż innego może to być? Zastanawiam się, czy tak jest. Oddałbym wszystko, żeby poznać prawdę. Może chodzi o pannę Williams i, na razie, śmiem powiedzieć, że tak, ponieważ wyglądał na tak przytomnego, kiedy o niej wspomniałem. Może jest chora w mieście; nic na świecie nie jest bardziej prawdopodobne, bo mam wrażenie, że zawsze jest raczej chorowita. Mogę się założyć, że chodzi o pannę Williams. Jest mało prawdopodobne, aby był teraz zmartwiony swoimi okolicznościami, ponieważ jest bardzo rozważnym człowiekiem i do tego czasu musiał oczyścić posiadłość. Zastanawiam się, co to może być! Może jego siostra jest gorsza w Awinionie i posłała po niego. Jego ustawienie się w takim pośpiechu wydaje się bardzo podoba. Cóż, życzę mu z całego serca wszystkich jego kłopotów i dobrej żony. Tak się zastanawiałem, tak mówiła pani Jennings. Jej opinia zmieniała się z każdym nowym przypuszczeniem i wszystkie wydawały się równie prawdopodobne, jak się pojawiły. Elinor, chociaż naprawdę interesowała się dobrem pułkownika Brandona, nie mogła sprawić, że odszedł tak nagle, a pani Jennings tak bardzo pragnęła uczuć; bo poza tym, że okoliczność nie uzasadniała jej zdaniem takiego trwałego zdziwienia lub różnorodności spekulacji, w inny sposób usunięto jej zdziwienie. Było pochłonięte niezwykłym milczeniem jej siostry i Willoughby’ego na ten temat, o którym musieli wiedzieć, że jest dla nich szczególnie interesujący. W miarę jak ta cisza trwała, z każdym dniem wydawała się dziwniejsza i bardziej niezgodna z usposobieniem obu. Elinor nie mogła sobie wyobrazić, dlaczego nie powinni otwarcie przyznać się jej i jej matce, co ich nieustanne zachowanie w stosunku do siebie deklarowało. Z łatwością mogła sobie wyobrazić, że małżeństwo nie będzie od razu w ich mocy; bo chociaż Willoughby był niezależny, nie było powodu, by uważać go za bogatego. Jego majątek został oceniony przez sir Johna na około sześćset do siedmiuset rocznie; ale żył kosztem, któremu ten dochód nie mógł się równać, i sam często narzekał na swoje ubóstwo. Ale nie mogła wyjaśnić tego dziwnego rodzaju tajemnicy, jaką utrzymywali w związku z ich zaręczynami, a które w rzeczywistości niczego nie ukrywały; i było to tak całkowicie sprzeczne z ich ogólnymi opiniami i praktyką, że czasami pojawiła się w jej umyśle wątpliwość, czy rzeczywiście są zaangażowani, i ta wątpliwość wystarczała, by powstrzymać ją przed skierowaniem jakichkolwiek pytań do Marianne. Nie ma nic bardziej wyrazistego w przywiązaniu do nich wszystkich niż zachowanie Willoughby’ego. Marianne miała całą wyróżniającą czułość, jaką mogło obdarzyć serce kochanka, a reszcie rodziny czułą opiekę syna i brata. Domek wydawał się być uznane i kochane przez niego jako jego domu; spędził tam o wiele więcej godzin niż w Allenham; a jeśli w parku nie zbierały ich żadne ogólne zaręczyny, to ćwiczenie, które przywołało go rano, prawie na pewno się tam zakończy, gdzie resztę dnia spędził sam u boku Marianne, a jego ulubiony celownik na nią stopy. Szczególnie pewnego wieczoru, mniej więcej tydzień po opuszczeniu kraju przez pułkownika Brandona, jego serce wydawało się bardziej niż zwykle otwarte na każde uczucie przywiązania do otaczających go przedmiotów; a kiedy pani Dashwood zdarzyło się wspomnieć o swoim zamiarze ulepszenia wiosną domku, gorąco sprzeciwiał się wszelkim zmianom miejsca, które uczucia ustanowiły z nim jako doskonałe. „Co!” wykrzyknął — „Ulepsz ten drogi domek! Nie. _ Na to_ nigdy się nie zgodzę. Nie wolno dodawać kamienia do jego ścian, ani centymetra do jego rozmiaru, jeśli uwzględni się moje uczucia”. „Nie przejmuj się” — powiedziała panna Dashwood — „nic takiego się nie stanie; ponieważ moja mama nigdy nie będzie miała dość pieniędzy, by spróbować”. „Bardzo się z tego cieszę” — zawołał. „Niech zawsze będzie biedna, jeśli nie może lepiej wykorzystać swoich bogactw”. — Dziękuję, Willoughby. Ale możecie być pewni, że nie poświęciłbym ani jednego uczucia przywiązania lokalnego, waszego, ani nikogo, kogo kochałam, dla wszystkich ulepszeń na świecie. Polegaj na tym, że jakakolwiek pozostanie bezrobotna suma, kiedy będę zliczać swoje rachunki na wiosnę, wolałbym ją nawet położyć na bezużytecznie, niż pozbyć się nią w tak bolesny dla ciebie sposób. Ale czy naprawdę jesteś tak przywiązany do tego miejsca, że nie widzisz w nim żadnej wady?” — Jestem — powiedział. „Dla mnie jest to bez zarzutu. Co więcej, uważam to za jedyną formę budowania, w której szczęście jest osiągalne, a gdybym był wystarczająco bogaty, natychmiast ściągnąłbym Combe i zbudowałbym go ponownie zgodnie z dokładnym planem tego domku. — Przypuszczam, że z ciemnymi, wąskimi schodami i dymiącą kuchnią — stwierdziła Elinor. „Tak”, zawołał tym samym gorliwym tonem, „ze wszystkim i wszystkim, co do niego należało — bez żadnej wygody czy niedogodności z tym związanych, jeśli najmniejsza zmiana nie powinna być dostrzegalna. Wtedy i tylko wtedy, pod takim dachem, być może byłbym tak szczęśliwy w Combe, jak w Barton”. „Pochlebiam sobie”, odpowiedziała Elinor, „że nawet w niekorzystnej sytuacji lepszych pokoi i szerszych schodów, odtąd znajdziesz swój własny dom równie bezbłędny, jak teraz.” „Z pewnością istnieją okoliczności”, powiedział Willoughby, „które mogą mnie bardzo poczuć; ale to miejsce zawsze będzie miało jedno roszczenie do mojego uczucia, którego nikt inny nie może podzielić”. Pani Dashwood z przyjemnością spojrzała na Marianne, której piękne oczy utkwione były tak wyraziście w Willoughby’ego, co wyraźnie świadczyło o tym, jak dobrze go rozumie. „Jak często chciałem” — dodał — „kiedy byłem w Allenham tym razem dwanaście miesięcy, aby domek Bartona był zamieszkany! Nigdy nie przeszedłem przed nim bez podziwiania jego sytuacji i żalu, że nikt nie powinien w nim mieszkać. Jakże mało wtedy pomyślałem, że pierwszą wiadomością, jaką powinienem usłyszeć od pani Smith, kiedy następnym razem przyjechałem do kraju, byłaby to, że domek Bartona został zabrany: i poczułem natychmiastową satysfakcję i zainteresowanie wydarzeniem, które było niczym innym jak może wyjaśnić rodzaj przewidywania, jakiego szczęścia powinienem z tego doświadczyć. Czy nie mogło tak być, Marianne? mówiąc do niej ściszonym głosem. Następnie kontynuując swój poprzedni ton, powiedział: — A jednak ten dom, pani Dashwood, by pani zepsuła? Okradłbyś go z prostoty poprzez wyimaginowane ulepszenia! i ten kochany salon, w którym nasza znajomość się zaczęła, i w którym odtąd spędziliśmy razem tyle szczęśliwych godzin, zniżylibyście się do stanu wspólnego wejścia, a każde ciało chętnie by przeszło przez pokój, w którym dotychczas zawierał w sobie bardziej realne zakwaterowanie i wygodę niż jakiekolwiek inne mieszkanie o najpiękniejszych wymiarach na świecie, na które mogłoby sobie pozwolić”. Pani Dashwood ponownie zapewniła go, że nie należy podejmować żadnych prób zmiany tego rodzaju. „Jesteś dobrą kobietą” — odpowiedział ciepło. „Twoja obietnica czyni mnie łatwym. Rozszerz ją trochę dalej, a sprawi mi to radość. Powiedz mi, że nie tylko twój dom pozostanie taki sam, ale że kiedykolwiek znajdę ciebie i twój tak niezmieniony, jak twoje mieszkanie; i że zawsze będziesz patrzeć na mnie z taką dobrocią, która uczyniła mi tak drogie wszystko, co do Ciebie należy”. Obietnica została szybko złożona, a zachowanie Willoughby’ego przez cały wieczór świadczyło od razu o jego uczuciu i szczęściu. „Czy zobaczymy się jutro na kolacji?” — powiedziała pani Dashwood, kiedy ich zostawiał. — Nie proszę, żebyś przychodził rano, bo musimy iść do parku, żeby wezwać lady Middleton. Zaręczył się, aby być z nimi przed czwartą.

Rozdział XV

Wizyta pani Dashwood u lady Middleton odbyła się następnego dnia, a dwie jej córki poszły z nią; ale Marianne wymówiła się z przynależności do partii pod jakimś błahym pretekstem zatrudnienia; a jej matka, która doszła do wniosku, że Willoughby złożył obietnicę poprzedniego wieczoru, że wezwie ją pod nieobecność, była całkowicie usatysfakcjonowana tym, że pozostała w domu. Po powrocie z parku znaleźli program Willoughby’ego i służącą czekających w domku, a pani Dashwood była przekonana, że jej domysły były słuszne. Jak dotąd wszystko było tak, jak przewidziała; ale kiedy weszła do domu, ujrzała to, czego nie nauczył ją przewidywanie. Ledwie znaleźli się na korytarzu, Marianne wyszła pośpiesznie z salonu, najwyraźniej pogrążona w gwałtownym ucisku, z chusteczką przy oczach; i nie zauważając ich wbiegł po schodach. Zaskoczeni i zaniepokojeni udali się prosto do pokoju, który właśnie opuściła, gdzie znaleźli tylko Willoughby’ego, który opierał się o komin, plecami do nich. Odwrócił się, gdy weszli, a jego twarz wskazywała, że mocno brał udział w emocjach, które ogarnęły Marianne. — Czy coś się z nią dzieje? zawołała pani Dashwood, gdy weszła — „czy ona jest chora?” „Mam nadzieję, że nie” — odpowiedział, starając się wyglądać na radosnego; iz wymuszonym uśmiechem dodał: „To ja mogę raczej spodziewać się choroby — bo teraz cierpię z powodu bardzo silnego rozczarowania!” „Rozczarowanie?” — Tak, bo nie jestem w stanie utrzymać z tobą moich zaręczyn. Pani Smith skorzystała dziś rano z przywileju bogactwa biednego kuzyna, pozostającego na utrzymaniu, wysyłając mnie w interesach do Londynu. Właśnie otrzymałem listy i pożegnałem się z Allenhamem; i dla uniesienia przyszedłem teraz pożegnać się z wami”. „Do Londynu! — i wybierasz się dziś rano?” „Prawie w tej chwili”. „To bardzo niefortunne. Ale pani Smith musi być zobowiązana; — a mam nadzieję, że jej interes nie powstrzyma cię od nas długo.” Zarumienił się, gdy odpowiedział: „Jesteś bardzo miły, ale nie mam pojęcia, żebym natychmiast wracał do Devonshire. Moje wizyty u pani Smith nigdy się nie powtarzają w ciągu dwunastu miesięcy”. — A czy pani Smith jest twoją jedyną przyjaciółką? Czy Allenham to jedyny dom w okolicy, w którym będziesz mile widziany? Szkoda, Willoughby, czy możesz tu zaczekać na zaproszenie? Jego kolor zwiększył się; a ze wzrokiem utkwionym w ziemi odpowiedział tylko: „Jesteś za dobry”. Pani Dashwood spojrzała na Elinor ze zdziwieniem. Elinor była równie zdumiona. Przez kilka chwil wszyscy milczeli. Pani Dashwood pierwsza przemówiła. „Muszę tylko dodać, mój drogi Willoughby, że w domku Barton zawsze będziesz mile widziany; bo nie będę cię naciskać, żebyś tu natychmiast wracał, ponieważ możesz tylko ocenić, jak dalece może to być przyjemne dla pani Smith; iz tego powodu nie będę bardziej skłonny kwestionować twojego osądu, jak wątpić w twoją skłonność. " — Moje obecne zaręczyny — odparł zdezorientowany Willoughby — mają taki charakter — że… nie śmiem sobie schlebiać… — Przerwał. Pani Dashwood była zbyt zdziwiona, by mówić, i nastąpiła kolejna pauza. Zostało to przerwane przez Willoughby’ego, który powiedział ze słabym uśmiechem: „To głupota pozostawać w ten sposób. Nie będę już dłużej dręczyć pozostając wśród przyjaciół, których towarzystwem nie mogę się teraz cieszyć”. Potem pośpiesznie pożegnał ich wszystkich i wyszedł z pokoju. Widzieli, jak wszedł do powozu i po minucie zniknął z pola widzenia. Pani Dashwood wyczuła zbyt wiele, by mówić, i natychmiast opuściła salon, by ustąpić samotnie trosce i niepokoju, jakie wywołał ten nagły wyjazd. Niepokój Elinor był co najmniej równy niepokojowi jej matki. Pomyślała o tym, co właśnie minęło z niepokojem i nieufnością. Zachowanie Willoughby’ego przy rozstaniu się z nimi, jego zakłopotanie i udawanie radości, a przede wszystkim jego niechęć do przyjęcia zaproszenia matki, zacofanie tak niepodobne do kochanka, tak odmiennego od siebie, bardzo ją zaniepokoiły. W jednej chwili obawiała się, że po jego stronie nigdy nie powstał żaden poważny projekt; i następny, że doszło do jakiejś niefortunnej kłótni między nim a jej siostrą; — udręka, w jakiej Marianne opuściła pokój, była tak poważna, jak poważna kłótnia, którą można było najrozsądniej wyjaśnić, chociaż kiedy zastanawiała się, czym jest miłość Marianne do niego, kłótnia wydawała się prawie niemożliwa. Ale niezależnie od szczegółów ich separacji, nieszczęście jej siostry było niewątpliwe; i myślała z najczulszym współczuciem o tym gwałtownym smutku, któremu Marianne najprawdopodobniej ustępowała nie tylko jako ulga, ale karmiąc i dodając otuchy jako obowiązek. Po około pół godzinie wróciła jej matka i chociaż oczy miała zaczerwienione, jej twarz nie była pozbawiona radości. „Nasz drogi Willoughby jest teraz kilka mil od Barton, Elinor”, powiedziała, siadając do pracy, „iz jakim ciężkim sercem podróżuje?” „To wszystko jest bardzo dziwne. Tak nagle zniknęło! Wydaje się, że to praca na chwilę. A ostatniej nocy był z nami taki szczęśliwy, wesoły, tak czuły? A teraz, po zaledwie dziesięciu minutach powiadomienia — też zniknął, nie mając zamiaru wracać! — Musiało się wydarzyć coś więcej niż to, co posiadał dla nas. Nie mówił, nie zachowywał się jak on sam. Musiałeś widzieć różnicę równie dobrze jak ja. Co to może być? Czy mogli się pokłócić? Z jakiego innego powodu miałby okazywać taką niechęć do przyjęcia twojego zaproszenia tutaj?” — Nie chciał tego chęci, Elinor; Mogłem wyraźnie to zobaczyć. Nie miał mocy, by to zaakceptować. Przemyślałem to wszystko, zapewniam cię i potrafię doskonale wyjaśnić każdą rzecz, która z początku wydawała się dziwna zarówno mnie, jak i tobie. „Naprawdę potrafisz!” „Tak. Wyjaśniłem to sobie w najbardziej satysfakcjonujący sposób — ale ty, Elinor, która uwielbiasz wątpić, gdzie możesz — to cię nie zadowoli, wiem; ale nie będziesz mówił do mnie z powodu mojego zaufania do niego. Jestem przekonany, że pani Smith podejrzewa jego szacunek dla Marianne, nie pochwala tego (być może dlatego, że ma do niego inne poglądy) iz tego powodu bardzo chce go uciec; — i że interes, do którego go wysyła transakcja jest wymyślona jako pretekst do zwolnienia go. Jest to, w co wierzę, że stało. Jest ponadto świadomy tego, że ona nie zgadza się z tym związkiem, dlatego nie ośmiela się teraz wyznać jej swojego zaręczyn z Marianne i czuje się zobowiązany, ze względu na swoją zależną sytuację, do poddania się jej planom i nieobecności w Devonshire za chwila. Powiesz mi, wiem, że to mogło się wydarzyć lub nie; ale nie wysłucham żadnego błędu, chyba że możesz wskazać jakąkolwiek inną metodę rozumienia sprawy jako zadowalającą w tym względzie. A teraz, Elinor, co masz do powiedzenia? „Nic, bo przewidziałeś moją odpowiedź”. — W takim razie powiedziałbyś mi, że to mogło się wydarzyć lub nie. Och, Elinor, jak niezrozumiałe są twoje uczucia! Wolałeś raczej wziąć zło na kredyt niż dobro. Wolałeś raczej uważać na nieszczęście Marianne i poczucie winy za biednego Willoughby’ego, niż na przeprosiny za tego ostatniego. Jesteś zdecydowany uważać go za winnego, ponieważ pożegnał się z nami z mniejszą czułością, niż wykazywało jego zwykłe zachowanie. I czy nie należy uwzględniać nieumyślności lub duchów przygnębionych niedawnym rozczarowaniem? Czy nie można zaakceptować żadnych prawdopodobieństw tylko dlatego, że nie są one pewnikami? Czy nic nie należy się człowiekowi, którego wszyscy mamy taki powód, by kochać, i nie ma na świecie powodu, by źle myśleć? Na możliwość istnienia motywów, na które nie ma odpowiedzi same w sobie, choć przez jakiś czas nieuchronnie utajonych? A w końcu o co go podejrzewasz? „Nie mogę sobie tego powiedzieć. Ale podejrzenie czegoś nieprzyjemnego jest nieuniknioną konsekwencją takiej zmiany, której właśnie byliśmy świadkami mu. Jest jednak wielka prawda w tym, o czym teraz nalegaliście, na temat ulg, które powinny zostać mu przyznane, i pragnę szczerze oceniać każdy organ. Willoughby może niewątpliwie mieć wystarczające powody dla swojego postępowania i mam nadzieję, że tak. Ale Willoughby bardziej by ich od razu przyznał. Może być wskazane zachowanie tajemnicy; ale nadal nie mogę przestać się dziwić, że to on jest praktykowany”. „Nie obwiniaj go jednak za odejście od swojego charakteru tam, gdzie odstępstwo jest konieczne. Ale czy naprawdę uznajesz słuszność tego, co powiedziałem w jego obronie? — Jestem szczęśliwy — i został uniewinniony”. „Nie zupełnie. Być może należałoby ukryć swoje zaręczyny (jeśli są zaręczone) przed panią Smith — a jeśli tak jest, to musi być bardzo wskazane, aby Willoughby przebywał obecnie w Devonshire w niewielkim stopniu. Ale to nie usprawiedliwia tego, że ukrywają to przed nami”. „Ukrywanie tego przed nami! moje drogie dziecko, czy oskarżasz Willoughby’ego i Marianne o ukrywanie się? To jest doprawdy dziwne, skoro wasze oczy codziennie wyrzucają im nieostrożność. " „Nie chcę żadnego dowodu ich uczucia” — powiedziała Elinor; „Ale o ich zaręczynach tak”. „Jestem całkowicie zadowolony z obu”. — Jednak żadna z nich nie powiedziała ci na ten temat ani jednej sylaby. „Nie chciałem sylab, w których czyny mówią tak wyraźnie. Czyż jego zachowanie wobec Marianne i nas wszystkich, przynajmniej przez ostatnie dwa tygodnie, nie deklarowało, że kocha i uważa ją za swoją przyszłą żonę, i że czuje do nas przywiązanie do najbliższego krewnego? Czy nie rozumiemy się doskonale? Czyż moja zgoda nie była codziennie pytana przez jego wygląd, jego zachowanie, jego uważny i serdeczny szacunek? Moja Elinor, czy można wątpić w ich zaręczyny? Jak taka myśl mogła ci przyjść do głowy? Jak można przypuszczać, że Willoughby, przekonany, że musi być o miłości twojej siostry, powinien ją opuścić i zostawić ją może na miesiące, nie mówiąc jej o swoim uczuciu, — żeby rozstali się bez wzajemnej wymiany zaufania? " „Wyznaję,” odpowiedziała Elinor, „że każda okoliczność oprócz _jednej_ przemawia za ich zaręczynami; ale to _jeden_ jest całkowitym milczeniem obu na ten temat, a ze mną prawie przewyższa wszystkie inne”. „Jakie to dziwne! Musisz naprawdę żałośnie myśleć o Willoughbym, skoro po tym wszystkim, co jawnie między nimi przeszło, możesz wątpić w naturę warunków, na jakich są razem. Czy przez cały ten czas odgrywał rolę w swoim zachowaniu wobec twojej siostry? Myślisz, że naprawdę jest wobec niej obojętny? „Nie, nie mogę tak myśleć. Jestem pewien, że musi ją kochać i kocha. — Ale z dziwną czułością, jeśli może zostawić ją z taką obojętnością, taką beztroską przyszłości, jaką mu przypisujesz. „Musisz pamiętać, moja droga matko, że nigdy nie uważałem tej sprawy za pewną. Wyznaję, że miałem wątpliwości; ale są słabsze niż były i mogą wkrótce zostać całkowicie zniszczone. Jeśli okaże się, że odpowiadają, wszelki mój strach zostanie usunięty”. „Doprawdy wielkie ustępstwo! Gdybyś zobaczył ich przy ołtarzu, przypuszczałbyś, że zamierzają się pobrać. Niewdzięczna dziewczyna! Ale ja nie potrzebuję takiego dowodu. Moim zdaniem nic nigdy nie usprawiedliwiało wątpliwości; nie podjęto próby zachowania tajemnicy; wszystko było jednakowo otwarte i niezarezerwowane. Nie możesz wątpić w życzenia swojej siostry. Dlatego podejrzewasz, że to Willoughby. Ale dlaczego? Czy nie jest człowiekiem honoru i uczuć? Czy była jakaś niekonsekwencja po jego stronie, aby wywołać alarm? czy on może być kłamliwy?” „Mam nadzieję, że nie, nie wierzę” — zawołała Elinor. „Kocham Willoughby’ego, szczerze go kocham; a podejrzenie o jego nieskazitelność nie może być dla ciebie bardziej bolesne niż dla mnie. To było mimowolne i nie będę do tego zachęcać. Wyznaję, że byłem zaskoczony zmianą jego manier dzisiejszego ranka — nie mówił tak jak on i nie odwzajemnił twej dobroci z żadną serdecznością. Ale wszystko to można wytłumaczyć taką sytuacją jego spraw, jak przypuszczałeś. Właśnie rozstał się z moją siostrą, widział, jak zostawiła go w największym utrapieniu; i jeśli czuł się zobowiązany, ze strachu przed urazą pani Smith, oprzeć się pokusie powrotu tutaj wkrótce, a jednak był świadomy, że odrzucając twoje zaproszenie, mówiąc, że wyjeżdża na jakiś czas, powinien wydawać się, że zachowuje się niegrzeczny, podejrzana część naszej rodziny, mógłby być zawstydzony i zaniepokojony. W takim przypadku jasne i otwarte wyznanie jego trudności byłoby, jak sądzę, bardziej na jego cześć, a także bardziej spójne z jego ogólnym charakterem; — ale nie będę wnosić sprzeciwu wobec czyjegoś postępowania na tak nieliberalnym fundamencie, jako różnica w ocenie mojej osoby lub odstępstwo od tego, co uważam za słuszne i konsekwentne”. „Mówisz bardzo poprawnie. Willoughby z pewnością nie zasługuje na podejrzenia. Chociaż nie znamy go długo, nie jest on obcy w tej części świata; a kto kiedykolwiek przemówił na jego niekorzyść? Gdyby znalazł się w sytuacji, by działać samodzielnie i natychmiast ożenić się, mogłoby być dziwne, że zostawiłby nas, nie mówiąc mi o wszystkim od razu: ale tak nie jest. Pod pewnymi względami jest to zaręczyny, które nie zostały pomyślnie rozpoczęte, ponieważ ich małżeństwo musi być w bardzo niepewnej odległości; a nawet zachowanie tajemnicy, o ile można to zaobserwować, może być teraz bardzo wskazane.” Przerwało im wejście Margaret; Elinor miała wtedy swobodę przemyślenia przedstawień swojej matki, uznania prawdopodobieństwa wielu i nadziei na sprawiedliwość dla wszystkich. Nie widzieli Marianne aż do kolacji, kiedy weszła do pokoju i bez słowa zajęła miejsce przy stole. Jej oczy były czerwone i opuchnięte; i wydawało się, że nawet wtedy jej łzy były z trudem powstrzymywane. Unikała spojrzeń ich wszystkich, nie mogła ani jeść, ani mówić, a po pewnym czasie, na cichy uścisk matki z czułym współczuciem, jej mały stopień hartu ducha został całkowicie pokonany, rozpłakała się i wyszła z pokoju. Ten gwałtowny ucisk duchów trwał przez cały wieczór. Nie miała żadnej władzy, ponieważ nie chciała panować nad sobą. Najmniejsza wzmianka o czymkolwiek związanym z Willoughby obezwładniła ją w jednej chwili; i chociaż jej rodzina z największym niepokojem troszczyła się o jej pociechę, niemożliwe było dla nich, jeśli w ogóle rozmawiali, z dala od wszystkich tematów, które wiązały z nim jej uczucia.

Rozdział XVI

Marianne pomyślałaby, że jest bardzo niewybaczalna, gdyby przez całą pierwszą noc po rozstaniu z Willoughbym mogła spać. Ona byłaby wstydzi się spojrzeć jej rodzina w obliczu następnego ranka, gdyby nie ona wzrosła z łóżka w więcej niż potrzebuje spoczynku, gdy położyła się w niej. Ale uczucia, które uczyniły z takiego opanowania hańbę, nie narażały jej na niebezpieczeństwo. Nie spała przez całą noc i najbardziej płakała. Wstała z bólem głowy, nie mogła mówić i nie chciała jeść; sprawiając ból matce i siostrom w każdej chwili i zabraniając wszelkich prób pocieszenia przez którekolwiek z nich. Jej wrażliwość była wystarczająco silna! Kiedy skończyło się śniadanie, wyszła sama i błąkała się po wiosce Allenham, oddając się wspomnieniom dawnych radości i płacząc nad obecnym rewersem dla wodza poranka. Wieczór minął w równym pobłażaniu uczuciom. Grała każdą ulubioną piosenkę, którą zwykła grać Willoughby’emu, w każdym klimacie, w którym ich głosy były najczęściej łączone, i siedziała przy instrumencie wpatrując się w każdą linijkę muzyki, którą dla niej napisał, aż jej serce było tak ciężki, że nie można było już dłużej odczuwać smutku; i codziennie stosowano ten pokarm żalu. Całe godziny spędziła przy pianoforte, na przemian śpiewając i płacząc; jej głos często był całkowicie zawieszony przez łzy. Również w książkach, jak również w muzyce, zabiegała o nędzę, którą z pewnością da kontrast między przeszłością a teraźniejszością. Nie czytała nic poza tym, co czytali razem. Taka przemoc ucisku w istocie nie mogła być utrzymywana na zawsze; on zatopiony w ciągu kilku dni do melancholii spokojniejsze; ale te zajęcia, do których codziennie powracała, jej samotne spacery i ciche medytacje, nadal wywoływały sporadyczne wylewy smutku, równie żywe jak zawsze. Nie nadszedł żaden list od Willoughby’ego; i Marianne nie wydawała się tego oczekiwać. Jej matka była zaskoczona, a Elinor znów poczuła się nieswojo. Ale pani Dashwood mogła znaleźć wyjaśnienia, kiedy tylko zechciała, co przynajmniej ją usatysfakcjonowało. — Pamiętaj, Elinor — powiedziała — jak bardzo często sir John sam odbiera nasze listy z poczty i przenosi je do niego. Uzgodniliśmy już, że tajemnica może być konieczna i musimy przyznać, że nie można jej utrzymać, gdyby ich korespondencja przeszła przez ręce sir Johna”. Elinor nie mogła zaprzeczyć, że to prawda i starała się znaleźć w tym wystarczający motyw, by milczeć. Ale była jedna metoda tak bezpośrednia, tak prosta i, jej zdaniem, tak odpowiednia do poznania prawdziwego stanu sprawy i natychmiastowego usunięcia wszelkich tajemnic, że nie mogła się powstrzymać od zasugerowania jej matce. — Dlaczego od razu nie zapytasz Marianne — rzekła — czy jest zaręczona z Willoughbym, czy nie? Od ciebie, jej matki, i tak życzliwej, tak pobłażliwej matce, pytanie nie mogło urazić. Byłby to naturalny skutek twojego do niej uczucia. Kiedyś nie miała żadnych rezerw, a szczególnie dla ciebie”. „Nie zadałbym światu takiego pytania. Zakładając, że nie są zaangażowani, jakie cierpienie nie spowodowałoby takie dochodzenie! W każdym razie byłoby to najmniej hojne. Nigdy więcej nie zasługiwałbym na jej zaufanie, po tym, jak zmusiłem ją do wyznania tego, co ma być obecnie nikomu nieznane. Znam serce Marianne: wiem, że bardzo mnie kocha i że nie będę ostatnią, której sprawa zostanie ujawniona, gdy okoliczności pozwolą na jej ujawnienie. Nie próbowałbym nikogo narzucić sobie zaufania; dziecka znacznie mniej; ponieważ poczucie obowiązku zapobiegłoby zaprzeczeniu, do którego mogłoby kierować jej życzenie”. Elinor pomyślała, że ta szczodrość jest nadwyrężona, biorąc pod uwagę młodość jej siostry, i ponaglała sprawę dalej, ale na próżno; zdrowy rozsądek, wspólna troska, ogólna roztropność — wszystko to zostało zatopione w romantycznym delikatności pani Dashwood. Minęło kilka dni, zanim ktokolwiek z jej rodziny wymienił nazwisko Willoughby’ego przed Marianne; Sir John i pani Jennings rzeczywiście nie byli tacy mili; ich dowcipy dodawały bólu wielu bolesnym godzinom — ale pewnego wieczoru pani Dashwood, wziąwszy przypadkowo tom Szekspira, wykrzyknęła: „Nigdy nie skończyliśmy Hamleta, Marianne; nasz drogi Willoughby odszedł, zanim zdążyliśmy przez to przejść. Pomówimy o tym, że kiedy on przyjdzie ponownie … Ale może miną miesiące, zanim _ to się stanie”. „Miesięcy!” — zawołała Marianne z silnym zaskoczeniem. „Nie — ani przez wiele tygodni”. Pani Dashwood żałowała tego, co powiedziała; ale sprawiło to Elinor przyjemność, ponieważ wywołało odpowiedź Marianne tak wyrażającą zaufanie do Willoughby’ego i znajomość jego intencji. Pewnego ranka, mniej więcej tydzień po jego wyjeździe z kraju, Marianne została namówiona, by dołączyła do swoich sióstr w ich zwykłym spacerze, zamiast wędrować sama. Dotąd starannie unikała każdego towarzysza w swoich wędrówkach. Jeśli jej siostry zamierzały iść po upadkach, wymykała się bezpośrednio w stronę alejek; jeśli mówili o dolinie, była równie szybka we wspinaczce po wzgórzach i nigdy nie można jej było znaleźć, gdy inni ruszyli. Ale w końcu została zabezpieczona przez wysiłki Elinor, która bardzo potępiała takie ciągłe odosobnienie. Szli drogą przez dolinę i przeważnie w milczeniu, bo umysłu Marianne nie można było kontrolować, a Elinor, zadowolona zdobyciem jednego punktu, nie próbowała więcej. Za wejściem do doliny, gdzie kraj, choć wciąż bogaty, był mniej dziki i bardziej otwarty, przed nimi znajdował się długi odcinek drogi, którą przebyli, gdy po raz pierwszy przybyli do Barton; a gdy dotarli do tego miejsca, zatrzymali się, aby rozejrzeć się dookoła i zbadać perspektywę, która tworzyła odległość ich widoku od chaty, z miejsca, do którego nigdy wcześniej nie dotarli podczas żadnego z ich spacerów. Wkrótce wśród obiektów na scenie odkryli jeden ożywiony; był to mężczyzna jadący konno w ich kierunku. W ciągu kilku minut mogli odróżnić go jako dżentelmena; a chwilę potem Marianne zawołała z entuzjazmem: „To on; jest rzeczywiście; — Wiem, że tak!” — i spieszył się na spotkanie z nim, gdy Elinor zawołała: „Rzeczywiście, Marianne, myślę, że się mylisz. To nie jest Willoughby. Osoba nie jest wystarczająco wysoka dla niego, i nie ma jego powietrze.” — Owszem, owszem — zawołała Marianne — jestem pewien, że tak. Jego powietrze, jego płaszcz, jego koń. Wiedziałem, jak szybko przybędzie”. Mówiąc to, szła z zapałem; a Elinor, aby odsłonić Marianne od szczególnego charakteru, ponieważ była prawie pewna, że to nie Willoughby, przyspieszyła kroku i dotrzymała jej kroku. Wkrótce znaleźli się w odległości trzydziestu jardów od dżentelmena. Marianne ponownie spojrzała; jej serce zatonęło w niej; i gwałtownie się odwracając, spieszyła się z powrotem, gdy głosy obu jej sióstr zostały podniesione, by ją zatrzymać; trzecia, prawie tak znana jak Willoughby’s, dołączyła do nich, błagając ją, by przestała, a ona odwróciła się ze zdziwieniem, by zobaczyć i powitać Edwarda Ferrarsa. Był jedyną osobą na świecie, której w tym momencie można było wybaczyć, że nie jest Willoughbym; jedyny, który mógł zyskać od niej uśmiech; ale rozproszyła łzy, by uśmiechnąć się do niego, iw szczęściu siostry zapomniała na chwilę o własnym rozczarowaniu. Zsiadł z konia i oddając konia swojemu słudze, wrócił z nimi do Bartona, dokąd celowo przyjeżdżał, aby ich odwiedzić. Został przyjęty przez nich wszystkich z wielką serdecznością, ale szczególnie przez Marianne, która przyjęła go z większym szacunkiem niż nawet sama Elinor. Istotnie, dla Marianne spotkanie Edwarda z siostrą było tylko kontynuacją tego niewytłumaczalnego chłodu, który często obserwowała w Norland w ich wzajemnym zachowaniu. W szczególności ze strony Edwarda brakowało wszystkiego, co kochanek powinien spojrzeć i powiedzieć przy takiej okazji. Był zdezorientowany, wydawał się ledwo odczuwać przyjemność z ich oglądania, nie wyglądał na zachwyconego ani wesołego, mówił niewiele, poza tym, co zmuszały go pytania, i wyróżniał Elinor bez śladu uczucia. Marianne widziała i słuchała z rosnącym zaskoczeniem. Zaczęła prawie odczuwać niechęć do Edwarda; a skończyło się, ponieważ każde uczucie musi się na niej skończyć, przenosząc jej myśli z powrotem do Willoughby’ego, którego maniery stanowiły dostatecznie uderzający kontrast z zachowaniami jego wybranego brata. Po krótkiej ciszy, która nastąpiła po pierwszym zdziwieniu i pytaniach na spotkaniu, Marianne zapytała Edwarda, czy przyjechał bezpośrednio z Londynu. Nie, był w Devonshire od dwóch tygodni. „Dwa tygodnie!” — powtórzyła, zaskoczona, że tak długo przebywał w tym samym hrabstwie z Elinor, nie widząc jej wcześniej. Wyglądał na dość zmartwionego, gdy dodał, że przebywał u znajomych w pobliżu Plymouth. „Czy byłeś ostatnio w Sussex?” — powiedziała Elinor. „Byłem w Norland około miesiąca temu”. „A jak wygląda mój drogi, drogi Norland?” zawołała Marianne. „Drogi, drogi Norlandzie” — powiedziała Elinor — „prawdopodobnie wygląda tak, jak zawsze o tej porze roku. Lasy i ścieżki pokryte gęsto uschniętymi liśćmi”. — Och — zawołała Marianne — z jakim przenoszącym wrażeniem widziałem, jak upadają! Jakże się ucieszyłem, idąc, widząc ich pędzonych przez wiatr wokół mnie w ulewach! Jakie mają uczucia, pora roku, powietrze całkowicie natchnione! Teraz nie ma nikogo, kto by ich przestrzegał. Są postrzegani tylko jako utrapienie, szybko zmiatani i jak najbardziej zepchnięci z pola widzenia”. „Nie każdy”, powiedziała Elinor, „ma twoją pasję do martwych liści”. „Nie; moje uczucia nie są często dzielone, nie często rozumiane. Ale czasami są.” — Mówiąc to, pogrążyła się w zadumie na kilka chwil, ale budząc się ponownie,„ Teraz Edwardzie”, powiedziała, zwracając jego uwagę na perspektywę,„ oto dolina Barton. Spójrz na to i bądź spokojny, jeśli możesz. Spójrz na te wzgórza! Czy kiedykolwiek widziałeś ich równych sobie? Po lewej stronie znajduje się park Barton, wśród tych lasów i plantacji. Możesz zobaczyć koniec domu. A tam, pod tym najdalszym wzgórzem, które wznosi się z taką wspaniałością, jest nasza chata”. „To piękny kraj” — odpowiedział; „Ale te spodnie muszą być brudne zimą”. „Jak możesz myśleć o brudzie, mając przed sobą takie przedmioty?” „Ponieważ”, odpowiedział, uśmiechając się, „wśród pozostałych obiektów przede mną widzę bardzo brudną uliczkę”. „Jak dziwnie!” — powiedziała do siebie Marianne, idąc dalej. „Czy masz tutaj przyjemne sąsiedztwo? Czy Middletonowie są sympatyczni?” „Nie, nie wszyscy” — odpowiedziała Marianne; „Niestety nie mogliśmy być bardziej usytuowani”. „Marianne”, zawołała siostra, „jak możesz tak mówić? Jak możesz być tak niesprawiedliwy? To bardzo szanowana rodzina, panie Ferrars; a wobec nas zachowywali się w najbardziej przyjazny sposób. Czy zapomniałaś, Marianne, ile przyjemnych dni im zawdzięczamy? — Nie — powiedziała cicho Marianne — ani ile bolesnych chwil. Elinor nie zwróciła na to uwagi; i kierując swoją uwagę na gościa, starała się wesprzeć coś w rodzaju rozmowy z nim, mówiąc o ich obecnej rezydencji, jej udogodnieniach itd. wymuszanie od niego sporadycznych pytań i uwag. Jego chłód i rezerwa bardzo ją upokorzyły; była rozdrażniona i na wpół zła; ale postanawiając regulować swoje zachowanie względem niego raczej przeszłością niż teraźniejszością, unikała wszelkich przejawów urazy lub niezadowolenia i traktowała go tak, jak uważała, że powinien być traktowany z powodu więzi rodzinnej.

Rozdział XVII

Pani Dashwood była zaskoczona tylko przez chwilę, widząc go; gdyż jego przybycie do Bartona było, jej zdaniem, najbardziej naturalne ze wszystkich. Radość i wyraz szacunku długo przeżyły jej zachwyt. Przyjął od niej najmilsze powitanie; a nieśmiałość, chłód, rezerwa nie mogły się przeciwstawić takiemu przyjęciu. Zaczęli go zawodzić, zanim wszedł do domu, i byli całkowicie pokonani przez urzekające maniery pani Dashwood. W istocie mężczyzna nie mógł być zakochany w żadnej z jej córek, nie okazując jej pasji; i Elinor miał satysfakcję widząc go wkrótce stać się bardziej jak siebie samego. Wydawało się, że jego uczucia powróciły do nich wszystkich, a jego zainteresowanie ich dobrem znów stało się zauważalne. Nie był jednak w nastroju; chwalił ich dom, podziwiał jego perspektywy, był uważny i uprzejmy; ale nadal nie był w nastroju. Spostrzegła to cała rodzina, a pani Dashwood, przypisując to pewnemu brakowi hojności w jego matce, usiadła do stołu oburzona przeciwko wszystkim samolubnym rodzicom. — Jakie są obecnie poglądy pani Ferrars, Edwardzie? — powiedziała, kiedy obiad się skończył i obrócili ogień dookoła; „Czy pomimo siebie nadal jesteś świetnym mówcą?” „Nie. Mam nadzieję, że moja mama jest teraz przekonana, że nie mam więcej talentów niż chęć do życia publicznego!” „Ale jak ustalić twoją sławę? musisz być sławny, aby zadowolić całą swoją rodzinę; i bez skłonności do wydawania pieniędzy, bez przywiązania do obcych, bez zawodu i bez pewności, może to być trudne. " „Nie będę tego próbował. Nie chcę być wyróżniającym się; i mam wszelkie powody, by mieć nadzieję, że nigdy tego nie zrobię. Dzięki niebiosom! Nie można mnie zmusić do geniuszu i elokwencji”. Dobrze wiem, że nie masz ambicji. Twoje życzenia są umiarkowane”. „Sądzę, że tak umiarkowane jak reszta świata. Chciałbym, jak wszyscy inni, być doskonale szczęśliwi; ale, jak każde inne ciało, musi być na swój sposób. Wielkość mnie takim nie uczyni”. „Dziwne, że tak!” zawołała Marianne. „Co ma wspólnego bogactwo lub wielkość ze szczęściem?” „Grandeur ma niewiele”, powiedziała Elinor, „ale bogactwo ma z tym wiele wspólnego”. „Elinor, szkoda!” — powiedziała Marianne — pieniądze mogą dać szczęście tylko wtedy, gdy nie ma nic innego, co mogłoby je dać. Poza kompetencjami nie może pozwolić sobie na prawdziwą satysfakcję, jeśli chodzi o samego siebie”. — Być może — powiedziała Elinor z uśmiechem — możemy dojść do tego samego punktu. „Wasze_ kompetencje i moje_ bogactwo są bardzo podobne, śmiem twierdzić; a bez nich, w obecnym kształcie świata, zgodzimy się oboje, że musi brakować wszelkiego rodzaju zewnętrznego komfortu. Twoje pomysły są tylko szlachetniejsze od moich. Chodź, jakie są twoje kompetencje?” „Około tysiąc osiemset lub dwa tysiące rocznie; nie więcej niż _ to_.” Elinor się roześmiała. „_ Dwa_ tysiące rocznie! jeden jest moim bogactwem! Domyślałem się, jak to się skończy”. „A przecież dwa tysiące rocznie to bardzo umiarkowany dochód” — powiedziała Marianne. „Rodzina nie może być dobrze utrzymana na mniejszej. Jestem pewien, że moje żądania nie są ekstrawaganckie. Prawidłowy zakład służący, powóz, może dwóch, i myśliwi, nie mogą być utrzymane na mniejszym poziomie”. Elinor znów się uśmiechnęła, słysząc, jak jej siostra tak dokładnie opisuje ich przyszłe wydatki w Combe Magna. „Łowcy!” powtórzył Edward — - ale dlaczego musisz mieć myśliwych? Żadne ciało nie poluje”. Marianne zarumieniła się, odpowiadając: „Ale większość ludzi to robi”. „Chciałabym”, powiedziała Margaret, kreśląc nowatorską myśl, „żeby ktoś dał nam wszystkim dużą fortunę!” „Och, że by to zrobili!” — zawołała Marianne, jej oczy błyszczały ożywieniem, a policzki jaśniały radością takiego wyimaginowanego szczęścia. — Przypuszczam, że wszyscy jesteśmy jednomyślni w tym życzeniu — powiedziała Elinor — pomimo niewystarczającego bogactwa. „O jej!” zawołała Margaret, „Jakże powinnam być szczęśliwa! Zastanawiam się, co powinienem z tym zrobić!” Marianne wyglądała, jakby nie miała co do tego wątpliwości. „Byłbym zdziwiony, gdyby sama wydała tak dużą fortunę” — powiedziała pani Dashwood — „gdyby moje dzieci były bogate bez mojej pomocy”. „Musisz zacząć ulepszać ten dom”, zauważyła Elinor, „a twoje trudności wkrótce znikną”. „Cóż za wspaniałe zamówienia dotarłyby z tej rodziny do Londynu” — powiedział Edward — „w takim przypadku! Cóż za szczęśliwy dzień dla księgarzy, sprzedawców muzyki i drukarni! Pani, panno Dashwood, wydałaby generalną prowizję za każdy nowy druk zasługi, który zostanie pani wysłany — a jeśli chodzi o Marianne, znam jej wielkość, w Londynie nie byłoby wystarczająco muzyki, by ją zadowolić. I książki! — Thomson, Cowper, Scott — kupowała je w kółko: kupowała każdy egzemplarz, jak sądzę, aby nie wpadły w niegodne ręce; i miałaby każdą książkę, która mówi jej, jak podziwiać stare poskręcane drzewo. Nie powinieneś, Marianne? Wybacz mi, jeśli jestem bardzo pyskata. Ale chciałem ci pokazać, że nie zapomniałem o naszych starych sporach”. „Uwielbiam przypominać sobie przeszłość, Edwardzie — czy to melancholijna, czy wesoła, uwielbiam ją sobie przypominać — i nigdy nie urazisz mnie, mówiąc o minionych czasach. Masz rację, przypuszczając, jak zostaną wydane moje pieniądze — przynajmniej część z nich — moje luźne pieniądze z pewnością zostaną wykorzystane na ulepszenie mojej kolekcji muzyki i książek”. „A większość twojego majątku zostanie przeznaczona na rentę autorów lub ich spadkobierców”. — Nie, Edwardzie, powinienem mieć z tym coś innego. „Być może w takim razie obdarzyłbyś to jako nagrodę tej osobie, która spisała najinteligentniejszą obronę Twojej ulubionej maksymy, że nikt nie może być zakochany więcej niż raz w życiu — przypuszczam, że twoja opinia na ten temat pozostaje niezmieniona.?” „Niewątpliwie. W moim życiu opinie są znośnie ustalone. Jest mało prawdopodobne, żebym teraz zobaczył lub usłyszał cokolwiek, co mogłoby je zmienić”. — Widzisz, Marianne jest niezłomna jak zawsze — powiedziała Elinor — wcale się nie zmieniła. „Jest tylko trochę bardziej poważna niż była”. — Nie, Edwardzie — powiedziała Marianne — nie musisz mi robić wyrzutów. Sam nie jesteś zbyt homoseksualny”. „Dlaczego tak myślisz!” odparł z westchnieniem. „Ale wesołość nigdy nie była częścią mojego charakteru”. „Nie uważam też, że należy to do Marianne” — stwierdziła Elinor; „Nie powinnam nazywać jej żywą dziewczyną — jest bardzo poważna, bardzo chętna do wszystkiego, co robi — czasami mówi dużo i zawsze z ożywieniem — ale nie często jest bardzo wesoła.” „Myślę, że masz rację”, odpowiedział, „a jednak zawsze uważałem ją za żywą dziewczynę”. „Często znajdowałem się w tego rodzaju błędach”, powiedziała Elinor, „w całkowitym niezrozumieniu charakteru w jakimś momencie: wyobrażanie sobie ludzi o wiele bardziej wesołych lub poważnych, pomysłowych lub głupich, niż są w rzeczywistości, i mogę trudno powiedzieć, dlaczego lub skąd wzięło się oszustwo. Czasami kierujemy się tym, co mówią o sobie, a bardzo często tym, co mówią o nich inni ludzie, nie dając sobie czasu na przemyślenia i osądzenie”. — Ale pomyślałem, że słuszne, Elinor — powiedziała Marianne — „kierować się całkowicie opinią innych ludzi. Myślałem, że nasze osądy zostały nam przekazane jedynie po to, by podporządkować się osądom sąsiadów. Jestem pewien, że taka była zawsze twoja doktryna”. — Nie, Marianne, nigdy. Moja doktryna nigdy nie miała na celu podporządkowania sobie zrozumienia. Jedyne, na co kiedykolwiek próbowałem wpłynąć, to zachowanie. Nie wolno ci zmylić mojego znaczenia. Przyznaję, że jestem winny, że często życzyłem sobie, abyś traktował ogólnie naszą znajomość z większą uwagą; ale kiedy radziłem ci, abyś przejął ich uczucia lub podporządkował się ich osądowi w poważnych sprawach? " „Nie byłeś w stanie przekonać swojej siostry do planu ogólnej uprzejmości” — powiedział Edward do Elinor. „Czy nie zyskujesz żadnej pozycji?” — Wręcz przeciwnie — odpowiedziała Elinor, patrząc wyraziście na Marianne. „Mój osąd” — odparł — „jest całkowicie po twojej stronie pytania; ale obawiam się, że moja praktyka jest dużo bardziej związana z twoją siostrą. Nigdy nie chciałbym obrażam się, ale jestem tak głupio nieśmiały, że często wydaje mi się niedbały, kiedy powstrzymuje mnie tylko moja naturalna niezręczność. Często myślałem, że z natury musiałem chcieć lubić niskie towarzystwo, tak mało czuję się swobodnie wśród nieznajomych szlachetności!” „Marianne nie ma nieśmiałości, by usprawiedliwić swoją nieuwagę” — stwierdziła Elinor. „Za dobrze zna swoją wartość, by nie mieć fałszywego wstydu” — odpowiedział Edward. „Nieśmiałość jest tylko efektem poczucia niższości w taki czy inny sposób. Gdybym mógł wmówić sobie, że moje maniery są całkowicie łatwe i pełne wdzięku, nie powinienem być nieśmiały”. „Ale nadal byłabyś powściągliwa”, powiedziała Marianne, „a to jest gorsze”. Edward zaczął… — Zarezerwowane! Czy jestem zarezerwowana, Marianne? „Tak, bardzo.” „Nie rozumiem cię” — odpowiedział kolorując. „Zarezerwowane! — Jak, w jaki sposób? Co mam ci powiedzieć? Co możesz przypuszczać?” Elinor wyglądała na zaskoczoną jego emocjami; ale próbując się z tego śmiać, powiedziała do niego: „Czy nie znasz mojej siostry na tyle dobrze, by zrozumieć, o co jej chodzi? Czy nie wiesz, że nazywa każdego, kto nie mówi tak szybko, powściągliwie i podziwia to, co podziwia, równie entuzjastycznie jak ona sama? „Edward nie odpowiedział. Powaga i zamyślenie powróciły do niego w pełnym wymiarze — i przez jakiś czas siedział cicho i tępo.

Rozdział XVIII

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 45.02