E-book
15.02
Róże potrzebują czasu, by rozkwitnąć

Bezpłatny fragment - Róże potrzebują czasu, by rozkwitnąć


Objętość:
75 str.
ISBN:
978-83-8155-670-5

Urodziłam się na wiosnę. Może dlatego mam taki sentyment do tej pory roku i za każdym razem jak zima odchodzi wmawiam sobie, że tej wiosny się odrodzę. Wstanę, wyjdę z domu, wyjdę do ludzi. Zacznę rozmawiać. I wierzcie mi — próbowałam. Nagle tej wiosny, wiosny 2019 roku postanowiłam zadać kres moim próbom i w końcu tego dokonać. I właśnie to, co trzymacie teraz w ręce, ma mi pomóc. Ma być pewnego rodzaju spowiedzią, rozliczeniem i dowodem, że potrafię się w sobie zebrać i spełnić swoje marzenia. Bo jak wiadomo, rób albo nie rób, nie ma próbowania (dziękuję ci Tato za pokazanie mi świata Gwiezdnych Wojen, teraz mogę sypać z rękawa mądrościami i przy okazji zaskarbić sobie sympatię statystycznie co piątej osoby).


Po dwudziestu latach w końcu rozkwitam. Jak róża. A róże potrzebują czasu by rozkwitnąć. Gdy już tego dokonają są na tyle silne, by przetrwać zimno, bez okrycia, wystawione na chłód. Chciałabym przetrwać wszystkie mrozy w swoim życiu. Prawdopodobnie milion razy moje płatki opadną. I może ktoś celowo, albo i nie, naruszy ich delikatną strukturę. Nawet się z tym liczę. Jestem z tym pogodzona. Ale jeśli róże to silne kwiaty to może mnie też się uda pokonać trudności?


Pewnie chcielibyście wiedzieć — czemu? Czemu postanowiłam się otworzyć przed Wami właśnie w ten sposób? Założę się, że w Waszych głowach pojawia się też pytanie: czy ty się nie boisz? Słowami jednego z moich autorytetów i inspiracji — najtrudniej jest znaleźć w sobie odwagę. Tysiąc razy łatwiej jest tłumić w sobie wszystkie emocje, wszystkie myśli, wszystko co nas boli. Powoli gnić, od środka. Wyniszczać się. Jałowieć. W tym momencie, będąc bliska autodestrukcji stwierdziłam, że dłużej tak nie potrafię. Potrzebowałam długich, szczerych rozmów. Potrzebowałam wsparcia. Papier zniesie o wiele więcej niż najbardziej odporne ludzkie uszy, więc wybrałam go na swojego powiernika i przelałam słowa niedające mi zasnąć, opisałam uczucia, które dręczyły moje serce i umysł. I teraz przekazuję je Wam.

***

Od najmłodszych lat

kazano nam bliźnich kochać

„pamiętaj, że to świadczy o wychowaniu”

kazano nam ludzi szanować

„nawet jeśli ktoś cię skrzywdzi, nadstaw drugi policzek”

kazano nam życie kochać

„nawet jeśli życie staje się za ciężkie — uznaj to za lekcję”

kazano nam odmienność akceptować

„nie wskazuj na obcych palcem”

kazano nam smutek ukrywać

„nie pokazuj innym, co cię do płaczu zmusza”

kazano nam trwać w miłości

„pamiętaj, żeby każdego kochać tak samo”


Dziś pytamy:

dlaczego samych siebie nam kochać nie kazano?

Dlaczego o samoakceptacji ani razu nie wspomniano?

Dlaczego, będąc na progu dorosłości,

patrzymy w lustro z obrzydzeniem,

ukrywamy się przed drugim człowiekiem,

szlochamy co noc w poduszki,

otwarcie mówimy o nienawiści

i odrazie, którą do siebie czujemy,

wymyślając coraz to nowsze kompleksy,

wpadamy w toksyczne relacje,

uzależniamy się od osób,

które poświęcają nam uwagę

(i często zadają ból)

myślimy, że światu byłoby lepiej bez nas,

dlaczego więc nikt nas nie nauczył,

jak samych siebie pokochać?


***

Byłeś mi przystanią

podczas sztormu mojej duszy,

z którym się zmagałam,

uciszyłeś mój niepokój,

pozwoliłeś odpocząć

i jak Posejdon zaopiekowałeś się przypływem

fal smutku,

gdy pochłaniała mnie ciemność


Byłeś mi schronieniem,

gdy w deszczowy poranek,

zabłądziłam w obcym mieście,

nie mając gdzie się ukryć,

zaoferowałeś dom i filiżankę kawy

jak Hestia opiekunką domowego ogniska

przygarnąłeś zbłąkaną

miejsce obok i ciepło twojej skóry

i swoje serce i duszę


Byłeś mi nadzieją,

gdy myślałam, że umarła we mnie

i szukała miejsca na łąkach Asfodelowych,

bo ktoś taki jak ja mógł jedynie

żywić nadzieję na dostrzeżenie,

rozpaliłeś we mnie żądze

i chęć zyskania czegoś więcej

niż tylko bliskości człowieka


Byłeś mi światłem

i rozjaśniłeś mroki świata,

w którym błądziłam,

ciągle się potykając

o niedostrzegalne kamienie,

stałeś się nicią Ariadny, a ja Tezeuszem,

który wydostał się z labiryntu,

który zrobił to co, niemożliwe


Byłeś mi światem

i chciałam poświęcić wiele dla Ciebie,

lecz nas los to historia wprost z Waterloo

miałeś być skrzydłami Ikara

miałeś być powodem do wzlotów

a przyczyniłeś się do upadku


(To nie ja byłam Pandorą)


***

(A) pamiętasz jak cesarzem byłeś?

(N)ie moim światem rządziłeś?

(A) pamiętasz chłód korony?

(R)ankiem na Twą skroń wkładaną

(C)hciałeś przepędzić bezprawie i

(H)ałas

(I) moralności upadek

(A) pamiętasz od czego zacząłeś?


***

Patrzę w gwiazdy, wspominając Twój zachwyt,

obydwoje wierzyliśmy w moc spełniania marzeń

chciałabym wiedzieć, czy myślałeś wtedy o mnie,

gdy spadająca gwiazda pojawiła się na naszym horyzoncie


I wtedy, ramię w ramię, przytulone półnagie ciała

było lato, lecz chłód nas atakował,

dziś wiem, że bił od twojego serca,

spletliśmy dłonie, bojąc się zrobić krok naprzód,

nagle wyszeptałeś wprost w usta moje

chcę tę chwilę utrwalić w pamięci

i powtarzać ją aż do skończenia świata


Dzisiaj siedzę tutaj sama

noc gwiaździstą, patrzę, szukając tej,

którą moim imieniem nazwałeś

oddycham, czując ciężar wspomnień,

lecz obiecałam — nigdy więcej nad Tobą nie zapłaczę

i tylko jedna myśl kołacze w mojej głowie


Skoro nie jesteś obok, czy już nastąpił świata koniec?

***

Smucą mnie zwiędłe kwiaty, na których zebrał się kurz,

wdarł się pomiędzy płatki

(zarówno one, jak i ja pamiętamy lepsze czasy)

i ten zapach wyblakły

tęsknota za słodką wonią wymieszaną z Twoimi perfumami

najbardziej lubiłam róże


Smuci mnie filiżanka

z niedopitą kawą

niezmielone ziarna na brzegach

pozostawione razem ze śladem Twoich ust

najbardziej lubiłeś czarną


Smuci mnie dawno otwarte wino,

którego nie da się zamknąć,

kolekcjonowałeś korki jakby to były trofea,

ten który mi zabrałeś,

pewnie dawno już spróchniał

najbardziej lubiliśmy wytrawne


Smuci mnie pożółkły papier,

zapisałeś na nim historię naszej miłości

i list mówiący o bezmiarze Twoich uczuć

tyle razy czytany, że „kocham Cię” wyblakło

najbardziej lubiliśmy pisać


Smuci mnie pióro

podarowane na ***dzieste urodziny

wygrawerowane: dla miłości

zostawiłeś na nim odciski palców

nieużywane od lat zdążyło wyschnąć

najbardziej lubiłeś czarny atrament


Smuci mnie to,

czego choć raz dotknąłeś

biurko, przy którym siedziałeś

książka, której nie przeczytałeś

(włożyłeś między jej strony paragon)

film, zatrzymany w chwili,

w której wybiegłeś z mojego domu

(i życia)

na kanapie nadal kształt Twojego ciała


A najbardziej smuci mnie moja dusza,

to w niej największe piętno odcisnąłeś,

kradnąc noce

i pocałunki

i myśli

i czas

i życie


***

palę ostatniego papierosa

ukradzionego z kieszeni twojej marynarki,

która leży zmięta na podłodze

chyba w ferworze walki zrzuciłam ją z ciebie

uciszając demony targające umysłem


zasnąłeś nagi, przytulony do mojego ciała

chyba wystarczająco

rozpaliły cię twoje żądze,

lecz zanim dostrzeżesz chłód

bijący z mojego serca

okryję cię kocem


podziwiam zakamarki twojej sylwetki

miejsca, do których chciałabym dotrzeć,

dostrzegam niedoskonałości

dla mnie będące ideału dopełnieniem

och, kochany, ile bym dała

by odwzajemnić uczucia Twoje,

a nie tylko koić duszę zranioną

raz po raz zanurzając się w Tobie

***

zrobiliśmy z miłości grę

zakład, które z nas zakocha się prędzej

co do zasady, postawiłam na Ciebie,

chociaż już wtedy czułam coś więcej

mieszaliśmy w głowach pięknymi słowami

okazały się puste jak kieszenie po pokerze

chyba ustrzeliłeś moje serce

nie podejrzewałam nas o rosyjską ruletkę


zamieniliśmy uczucia w walkę o przetrwanie

kusiliśmy nawzajem, pięknymi obietnicami

budząc wyobraźnię

graliśmy niedostępnych,

w głębi umierając z pożądania

łaknąłeś mojego ciała jak człowiek zagubiony

pragnie wyjścia z labiryntu

potrzebowałam Twojego dotyku

tak jak istota żywa po stu dniach suszy

marzy o kropli wody na języku


uznaliśmy naszą miłość za zabawę

coraz lepiej przychodziło nam udawanie,

że nie czujemy w sercach bólu, gdy

pół-żartem i całkiem nie serio

wybieraliśmy imiona dzieci

i umowną datę ślubu


bawiliśmy się naszą przyszłością,

lecz szybko się przekonaliśmy

sercem bawić się nie wolno

oddałam Ci je,

a Ty spisałeś nas na straty


***

Poszłam do lasu

i spotkałam wilka,

o futrze jak stal pozłacana

„nikomu nie mów”

wyszeptał,

uciekłam naprędce


Poszłam nad jezioro

i spotkałam kaczątko,

które w łabędzia się zmieniało

„nie zdradź mojej tajemnicy”

wyszeptało,

uciekłam naprędce


Poszłam na jarmark

i spotkałam człowieka

o oczach jak błękit nieba

„pokochaj mnie”

wyszeptał,

czemu wtedy nie uciekłam?


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.