E-book
13.65
drukowana A5
34.63
Pamiętam jak

Bezpłatny fragment - Pamiętam jak

Krótka historia dnia


Objętość:
138 str.
ISBN:
978-83-8126-511-9
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 34.63

Ta książka jest dla wszystkich, których znam od dziecka.

Wstęp

Zebrało się bratu memu na wspominki… Super!!! Świetny pomysł, nasz genialny mózg gromadzi informacje, wspomnienia, ale też wyrzuca, co uważa. Tyle sytuacji przypomniało się dzięki wspominkom brata. Ciepło robi się na duszy i w sercu, ale też żal, że tyle życia już za nami…

Anna Lewińska Borsuk

Jeśli mnie pamięć nie myli, to moje dzieciństwo zaczęło się prawie trzydzieści dziewięć lat temu. Choć nie. Raczej trzydzieści siedem lat temu, ponieważ okres niemowlęcy to raczej nie dzieciństwo. Jedynie od rodziców można by było dowiedzieć się kilku szczegółów, choć i oni raczej zbyt wiele nie pamiętają, a czasami nawet to w ogóle nic nie pamiętają. Dzieciństwo. Jak to pięknie brzmi. Dlaczego akurat w tym czasie zbiera się na napisanie wspomnień? Może jakiś kryzys? Może kryzys wieku średniego? (Tak mówią, że kryzys). Jednak akurat teraz nie odczuwam kryzysu, tylko przychodzi mi do głowy, aby temu to przypisać. Moja nauczycielka języka polskiego byłaby w szoku, gdyby dowiedziała się, że stworzyłem projekt, który w końcowym stadium będzie nosił nazwę „książka”. Oceny me raczej nie skłaniały ani mnie, ani nauczycieli, aby kierować się w tę stronę twórczą. Na moje szczęście dziś każdy może tworzyć, tylko nie każdy się na to decyduje. Możliwości są dziś ogromne — niech żyje internet!!!


Ileż to rozmów z wieloma osobami. W tematach przewijają się wydarzenia, które miały miejsce kilkadziesiąt lat temu. I opowieści, jak to kiedyś było zajefajnie — gdy było się dzieckiem i ganiało się w brudnych gaciach i z mlekiem pod nosem całymi dniami lub popołudniami (jeśli po szkole) po podwórku. Całe dzieciństwo na wsi. Rzecz jasna, nie żałuję tego ani niczego. Choć zdaję sobie sprawę, że w przypadku dzieciństwa w mieście pewnie też bym teraz siedział i pisał, mając kryzys wieku średniego. Tak wyszło i już. Nie ma co dywagować. I jak by się nie rozejrzeć i nie pogadać, tak wszędzie się słyszy o pozytywnych aspektach udanego dzieciństwa. Ale pewnie i wyjątki się znajdą. Jednak otoczenie o takich wyjątkach mało mówi, bo pewnie nie ma się czym chwalić.

Każdy opowiada, że dziś to już nie jest to. Kiedyś było lepiej. Kiedyś dzieci nie miały dostępu do tylu elektronicznych urządzeń co dziś. To prawda. Jednak śmiem twierdzić, że każdy, kto będzie już w takim wieku jak ja (lub w innym — kryzys pewnie można przeżywać w różnym wieku), zabierze się do wspomnień i stwierdzi, że jest co przekazać i komu zadedykować. Dzieciństwo zawsze należy wspominać pięknie. Nie ma co zaśmiecać głowy przykrymi zdarzeniami. Na pewno do niczego dobrego to nie doprowadzi.

Kilka słów, które od razu przychodzą do głowy, kiedy wspomina się dzieciństwo — ty też możesz spróbować:

PODWÓRKO,

BIEGANIE,

CZEREŚNIE PROSTO Z DRZEWA,

RABARBAR,

TRUSKAWKI,

DZIKIE JABŁKA,

DRZEWO,

ZABAWA,

SŁOŃCE,

PIŁKA PLASTIKOWA,

JEZIORO,

SANKI,

KULIG,

PODCHODY,

DWA OGNIE,

PALANT,

GUMA DONALD,

CHLEB Z CUKREM,

MLEKO POD NOSEM,

DOMEK NA PODWÓRKU,

PORWANE SPODNIE,

CZARNA PORZECZKA,

AGREST PROSTO Z KRZAKA,

SKOBELKI NA WRÓBELKI.


Dzieciństwo — jak to pięknie brzmi, prawda?

Wracamy powoli pamięcią i zaczynamy sobie przypominać… Jedno wspomnienie goni kolejne. I tak może powstać solidny ciąg wspaniałych wydarzeń. Nie zapisując, a opowiadając, utrwalamy sobie. Jednak zapisywanie od razu pozwala na uwiarygodnienie szczegółów. Jednak nawet tylko opowiadanie i spisanie, choćby po kilkudziesięciu latach, daje niezły owoc.


Żadne wspomnienie nie jest w ogóle powiązane z jakąkolwiek elektroniką. Wszystkie wspomnienia to natura. Koledzy i koleżanki, łąki, lasy, boiska, jeziora, podwórka i świeże powietrze. I to jest właśnie to. Wtedy to wydawało się, że dorosłość jest nieosiągalna. Nie zastanawialiśmy się nad tym. Jeśli mnie pamięć nie myli, to nawet nikt z nas, dzieci, o tym nie rozmawiał. Dla nas inne historie były ważne. Więzi tak ścisłe, że do dziś pamięta się spotkania i zabawy. Byliśmy tak zgrani, że nawet kłótnie i bijatyki (a czasami i kamienie szły w ruch) — po zawarciu rozejmu — tworzyły jeszcze solidniejsze podwaliny przyjaźni.


Na koniec początku należy zadać sobie kilka tak zwanych dobrych pytań:

Kiedy dzieciństwo się skończyło?

Czy w ogóle się skończyło?

Może trwa nadal?

Wiele osób pewnie stwierdzi, że skończyło się, kiedy zaczęło się uczęszczać do którejś tam klasy. Inni stwierdzą, że jak skończyli podstawówkę, inni jeszcze coś innego. Co osoba — to pewnie jeszcze wiele innych „kiedy się skończyło”.

Śmiem twierdzić, że nie skończyło się nigdy i nigdy nie skończy. Dzieckiem się jest od urodzenia do śmierci. Krótkie przykłady? Proszę bardzo — żona do męża pięćdziesięcioletniego (lub trochę starszego, lub trochę młodszego): „Zachowujesz się jak dziecko”, „Po co to kupujesz, to przecież dla dzieci”. Można przytoczyć wiele przykładów z życia, które potwierdzają moją (i nie tylko moją) tezę.

Cieszmy się z tego, że mamy wspomnienia — opowiadajmy je i twórzmy książki.

TRZEBIEŃ 1980 — 1986

Kilkadziesiąt lat temu

Przeprowadzka

Czereśnie prosto z drzewa

Dziś zaoferuję ci wiele ciekawych historii związanych z moim dzieciństwem. A ściślej to wspomnienia z czasu, kiedy zaczynałem dwa lata i kończyłem osiem. Jak zapewne się domyślasz, są to wspomnienia i opowiadania z lat 1980 — 1986. Wtedy to mieszkałem we wsi Trzebień.

Po Chociminie nastał czas Trzebienia. Wtedy to miejscowość ta wydawała się bardzo duża i słonecznie-piękna. Zaskoczę cię, ale teraz to miejsce w tamtym czasie (w mojej głowie) jest tylko wspaniałe, miłe, sentymentalne, pogodne, rześkie… i łezka w oku się kręci, jak wspominam historie z tamtego okresu. Jak zwykłe wydarzenia są dziś bardzo niezwykłe i otoczone tylko pozytywnymi akcentami.

Jak chciałoby się choć na chwilę powrócić, spotkać się, pobiegać, powłazić na płoty, zjeść czereśnie prosto z drzewa, pograć plastikową piłką, pokłócić się i pogodzić… Oraz ukochane podchody i zabawa w chowanego. Ileż energii wtedy miałem…

Trzebień jest położony niedaleko Bobolic, do których bardzo często jeździłem z rodzicami na zakupy i na lody z automatu — śmietankowe przede wszystkim. Nie pamiętam innego smaku lodów akurat z tego miejsca. Na zbieranie wspomnień zebrało mi się już dość dawno, bo w roku 2010 (powstaje „Saga rodu Kuklisów), ale dopiero teraz postanowiłem opowiedzieć, jak pomieszkiwało się w Trzebieniu oraz jak wyglądało moje (najlepsze) dzieciństwo.

Z Trzebienia mam wiele wspomnień. Co jakiś czas wracam do wioski z dzieciństwa nie tylko myślą, ale i fizycznie. W roku 2010 — wspólnie z Karolem, bratem, i Anią, siostrą moją — oraz ostatnio w sierpniu 2016 roku, jadąc przez Biały Bór i błądząc jednocześnie.

Dziś Trzebień jest zaniedbaną wioską, w której nic szczególnego się nie dzieje. Jedynie pojedyncze domy są remontowane i utrzymywane tak, by należycie wyglądać.

W latach osiemdziesiątych prężnie działało Państwowe Gospodarstwo Rolne oraz było czynne więzienie. Dziś stoi zaniedbane i gotowe do sprzedaży.

Praca szukała pracownika, a nie potencjalny pracownik roboty. I tak w myśl tej ideologii cała rodzina przeniosła się do wsi Trzebień, która jest położona niedaleko Bobolic. Myślę, że lepiej płacili, stąd przeprowadzka.

Na początku zamieszkaliśmy w jednym z domów, które były akurat wolne. Wtedy jeszcze można było zajmować mieszkania, jak to można zobaczyć w filmie „Sami swoi”.

Pierwsze mieszkanie było zniszczone i bardzo nieszczelne — co można było odczuć podczas zimy.

Po krótkim mieszkaniu przenieśliśmy się do domu naprzeciwko. Pewnie dlatego, że był większy, a nawet być może w lepszym stanie technicznym i akurat się zwolnił.

Osobiście przenosiłem swój nocnik koloru niebieskiego — sam, prawie jako trzylatek. A furtka od bramy była metalowa i koloru raczej zielonego.

I tak się zaczęło pomieszkiwanie w Trzebieniu, gdzie do dziś się pamięta kilkadziesiąt szczegółów z tak zwanego udanego i najlepszego dzieciństwa.

Wieś wydawała się bardzo duża (aż do momentu, gdy w 2010 roku postanowiłem odwiedzić ziemię, po której się stąpało jako dziecko), na pewno mieszkało w niej bardzo dużo rodzin wielodzietnych. Wieś tętniła życiem, działo się. Była praca dla wszystkich. Gospodarstwo państwowe działało pełną parą. Funkcjonowało więziennictwo. Nie nudziliśmy się. Z obecnej perspektywy lepiej działało życie towarzyskie. Ludzie bardzo często i chętnie się spotykali oraz wspólnie jeździli na zakupy do pobliskich Bobolic. Jeździliśmy do szkoły podstawowej w Drzewianach.

To wszystko było bardziej naturalne — więcej zielonego na wiosnę, lato cieplejsze, zima bardziej sroga, liście jesienią miały więcej kolorów niż dziś.

Kamienie i dolne części drzew malowane wapnem. Ogrodzenia metalowe z podstawą betonowaną. Drzewa owocowe na podwórkach lub obok nich. Wtedy owoce na niby to dzikich drzewach były bardziej dorodne niż teraz na niby to hodowanych. Nie myliśmy owoców. Jadło się prosto z drzewa i na drzewie bez żadnych zabezpieczeń. Uprawiało się w ogródku smaczny rabarbar, śliniło się go i moczyło w cukrze.

Dorosłość to niechciana cecha dziecka

Ucieczka

Dzieci nie są fajne, dzieci są fantastyczne

Szczególnie w wieku przed dziesiątymi urodzinami, kiedy to mało się wie, mało się przeżyło i doświadczyło. Wiele rzeczy było nieistotnych. Tylko zabawa się liczyła — ganianie i rozrabianie. Pyskowanie — jak nazywali to dorośli — kiedy to dzieci chciały wyrażać swoje zdanie, a dorośli nie dopuszczali do słowa, było na porządku dziennym. Nie chciano nas słuchać, stąd pyskowanie, ponieważ chcieliśmy się wygadać, to gadaliśmy już podniesionym głosem.

Znany byłem z tego, że pyskowanie miałem we krwi, i to od najmłodszych lat. Nie odpuszczałem, bo skoro miałem zawsze rację, to dlaczego miałem odpuszczać. Wtedy to cały czas wszystko nazywaliśmy zabawą. Dorośli nie zawsze tak to odbierali, jak byśmy tego chcieli lub jak byśmy się tego spodziewali. Co nie było zabronione i zakazane, było dozwolone. W tym wieku bieganie było najlepszym zajęciem. Energii nigdy nie brakowało. Od skowronka do żaby biegaliśmy ile fabryka dała. A wtedy wieś wydawała się olbrzymia jak dorodne, europejskie miasto z wieloma zabudowaniami i wieloma ulicami.

No i cóż. Gdy coś przeskrobałem, oczywiście, nie zdając sobie sprawy z tego, jaka szkoda została wyrządzona, ojcu mojemu do śmiechu nie było, ale ja — cały czas w zabawie i cały czas w pełnym biegu — dawałem dyla z miejsca popełnienia wykroczenia. To se myślę, pobiegamy trochę. Trochę pouciekam, ale pewnie po parudziesięciu metrach zostanę schwytany — i po zabawie. Jednak uciekałem z uśmiechem na gębie, aż mi podeszwy trampek rwały się i paliły. Kurz na drodze niesamowity — oślepił ścigającego, co dało mi przewagę w postaci dobiegnięcia jako pierwszemu do mety, którą była mamusia moja. Z ostatniej prostej skręt w prawo, w stronę metalowej furtki, mały poślizg, szybkie otwarcie drzwi i jestem na miejscu! Wbiegłem do domu, złapałem za rękę mamusię i krzyknąłem: „Domek!”. Jaki ja byłem uradowany… Wygrałem wyścig z dorosłym. Krótsze nóżki pokonały długie nogi. Zasapany, spocony, umorusany, ale w pełni zadowolony. Wtedy nie trzeba było więcej niż zabawa, bieganie i psocenie na złość dorosłym. Nie wiedziałem, uciekając, że to nie jest zabawa. Dowiedziałem się dopiero, kiedy byłem w domku. A skąd ja mogłem wiedzieć, że dorosły niezadowolony? Co niezabronione, to dozwolone. Jest wielce prawdopodobne, że wtedy byłem po prostu lepiej dysponowany i miałem lepszą kondycję. Po rozmowach w domu, już pomiędzy rodzicami, okazało się, że ta gonitwa to nie były żarty i naprawdę miałem dostać lanie. Lecz mamuśka moja — z dużą dozą sympatii do swojego synusia — mnie ochroniła. Kiedy emocje opadły i wszyscy już odetchnęli po niezwykłym wydarzeniu, tato wyznał: „Za cholerę nie mogłem go dogonić”. Byłem dumny ze swoich umiejętności sportowych. Warto było narozrabiać, aby się o tym przekonać.

Trzebień to najlepsze wspomnienia z dzieciństwa

Szacunek i wychowanie

Takie były czasy…

Dorośli rządzili i choć nie zawsze mieli rację, to ciężko było im się do tego przyznać. Zawsze trzeba było być górą. Bo jakże przyznać się do błędu? Ustąpić dziecku? Oj, nie! Jak mnie odbiorą rówieśnicy (dorośli w rzeczy samej), co powiedzą? Pewnie, że źle wychowuję, za dużo pozwalam i inne rzeczy, które w głowie się rodzą, i to nie wiadomo skąd. Nasz szacunek do dorosłych nie zawsze był naturalny. Przeważnie wymuszony. Aby kary nie było lub aby nagroda była.

Nasze podwórko w drugim zamieszkiwanym domku — ogrodzone płotem, siatką, z bramą wjazdową i furtką metalową, zamykaną na klucz (choć nigdy klucza nie widziałem, to zamek w furtce był). Brama metalowa i furtka metalowa. Co jakiś czas odmalowywana, aby jakość pokazać na trzebieńskich ziemiach. Nie dość, że pyskaty ja był, to i strasznie nerwowy. A dużo nie było trzeba, abym się zezłościł… Gdy się ze mną nie zgadzano, to nie mogło być inaczej.

W tym konkretnym przypadku to zezłościłem się na ojca swego. Pewnie niepierwszy i raczej nieostatni raz. Nie chciano mnie słuchać, bo mówili, że się nie znam i mało wiem. Wtedy jakoś mi się to nie układało w głowie — zakładałem, że spiskowano przeciwko mnie. Dziś raczej, choć ciężko mi to przychodzi, muszę przyznać, że dorośli mieli rację. Ale pewnie mogli to inaczej rozegrać. Jakaż to musiała być sytuacja, która doprowadziła, abym swego ojca rodzonego nazwał „niedźwiedziem”. Cóż za obraza.

Choć dziś mówią na mnie Niedźwiedź — nie wiem dlaczego. Nie mogłem wtedy użyć bardziej obraźliwego wyzwiska, gdyż szacunek do dorosłych był od zawsze. Niedźwiedź — to mi przyszło do głowy. Zapewne chciałem użyć bardziej niecenzuralnego wyzwiska, lecz nie pozwalało mi na to moje wychowanie. Nie zauważyłem zdenerwowania, lecz chyba dumę, że nie pozwoliłem sobie na odrobinę nieakceptowalnego zachowania wobec osoby starszej. Pamiętam, że miałem świadomość, iż przesadziłem, ale konsekwencje mnie nie spotkały. Jak zwykle znalazłem schronienie u boku mamusi mojej. Bo jak wiadomo, byłem synusiem mamusi. Zawsze mogłem uciekać do „domku”.

Być przez chwilę dorosłym

Do tych pól malowanych…

Jak długa wieś, jak szeroka wieś

Miejsca do zabaw wiele. Pełno drzew i krzaków, murków i płotów. Właziliśmy tam, gdzie nikt wcześniej nie właził. Kryjówki takie, że później sami nie mogliśmy z nich wyjść. Sam nie wiem, jak ta kreatywność wtedy działała. Na pewno była nie tylko na sto procent, ale i na dwieście procent. Główka pracowała, nie to co dziś… Energii i zapału było ponad stan oczekiwany.

Wydawałoby się, że miejsc do zabaw wiele. Lecz nasze dziecięce głowy chciały więcej przestrzeni — i więcej kryjówek — do rzeczy raczej niedozwolonych. Przykład, jak to mówią, idzie z góry. Nikt wtedy nie mówił, że palenie papierosów było szkodliwe. Palili wszyscy i wszystko. Papieros był nieodłącznym dodatkiem do spotkań towarzyskich. Nie paliłeś, to kablowałeś. No i niektóre dzieci nie chciały być po tej drugiej stronie — czyli po ciemnej stronie mocy. No to też zapalimy. Mieliśmy cel — znaleźć inne, od ludzi wolne miejsce, gdzie można byłoby zaczaić się i swobodnie zapalić upragnionego papieroska. Wtedy tylko bez filtra, ale jakie atrakcje! Dym gęsty jak smoła. Aż dziw, że palacze dają radę. Przecież to zostaje w płucach!!! Nie mieliśmy wtedy żadnego strachu. Jednak w tym wydarzeniu byłem tylko obserwatorem, a nie aktywnym uczestnikiem. Uczyłem się od rodzeństwa starszego i takichże znajomych z wioski. Chociaż oryginalnych papierosów było brak, jednak — jak to wówczas bywało — dzieci miały bardzo duży potencjał zdobywania substytutów. A więc jeśli pali się papieros, to może się zapali i słomka od żyta. Centrum wioski nie było dobrym miejscem do testów. Musieliśmy przejść kilkaset metrów w stronę Jeziora Cmentarnego, aby znaleźć dogodne miejsce. Prawie wszystkie pola były zagospodarowane. Te, na którym odbywały się testy, było zasiane już wyrośniętym żytem. Przejście na bezpieczny teren trwało kilkadziesiąt minut, jednak droga minęła szybko, bo w dziecięcym nastroju. Znaleźliśmy miejsce w środku pola, tam gdzie dziki urządziły sobie legowisko. Kilka metrów żyta, wgniecione na kształt koła, pozwoliło solidnie się ukryć. Można było się swobodnie rozgościć i spokojnie przygotować do rytuału. Tak więc dziewczyny — siostra moja i jej ówczesna koleżanka — zerwały kilka źdźbeł dość suchego żyta. Przygotowały tak, by rozmiarem podobne były do papieroska, i odpaliły zapałkami zakoszonymi z kuchni rodziców. Pogoda wtedy była słoneczna i zarazem było ciepło, tak więc żyto było bardzo suche i całkiem niedobrze mogłoby się to skończyć. Dziewczyny jednak zachowały szczególną ostrożność i nie doszło do dramatu w postaci pożaru. Raczej nie udałoby się ugasić tak wysuszonego żyta… No i cóż. Zaczęło się popalanie. Bez tak zwanego zaciągania, ponieważ dziewczyny jeszcze doświadczenia nie miały. Ale paliły źdźbła i widać było dym unoszący się ponad wysokość poszczególnych roślin, jeszcze niezerwanych na papieroski.

Atrakcja dla uczestniczek wykroczenia była iście szlachecka. Zadowolone były, że mogą tak jak dorośli trzymać w ręku coś, co przypominało papierosa, dyskutować i plotkować. Po latach okazało się, że większość dzieci wpadało na taki pomysł. W tamtych czasach palenie papierosów było dość rozpowszechnione i bardziej dozwolone w miejscach publicznych. Nikt nie zwracał uwagi, gdzie i przy kim pali papierosy. Dziś palenie jest już bardzo niemodne, większość dorosłych nie pali i nasze dzieci nie mają z kogo brać przykładu. Z korzyścią w rzeczy samej.

Czy ktoś zna zduna?

Wspólny pokój i piec kaflowy

Drzwi oklejone plakatem Prince’a

W tamtych czasach, o dziwo, budowano takie mieszkania, że pokoi było bardzo mało. A dzieci rodziło się więcej niż dziś. A dziś mamy o wiele więcej pomieszczeń niż dawniej.

Przeważnie nasza rodzinka miała w domu dwa pokoje. Były to zabudowania domowe dwurodzinne. Centralnego ogrzewania nie było, ale za to wstawiano wyśmienite piece kaflowe, dające ciepło, które aż do dziś wszyscy pamiętają. Ciepło potrafiło utrzymać się całą noc i kołderka przed położeniem się spać mogła być nagrzana.

Jeden pokój zajmowali rodzice. I niestety, tylko oni mieli bezpośredni dostęp do telewizora, leżąc sobie w łóżeczku. Drugi pokój zajmowany był przez potomstwo, czyli siostrę, brata i mnie.

Z naszego pokoju wychodziło się do kuchni, z której od razu podążało sie na ganek i podwórko. Pokój z oknem na tylną część posesji — z widokiem na niezły ogródeczek oraz chlewik czy pomieszczenie gospodarcze. Przesiadywałem w pokoju bardzo dużo czasu. Szczególnie jesienią i zimą, kiedy pogoda nie sprzyjała choćby wychyleniu nosa poza drzwi mieszkania. Często wpadaliśmy z Karolem na bardzo ciekawe pomysły. Jednym z nich było rozkręcenie dopiero co otrzymanego, nowego autka. Plastikowe, małe autko, koloru zielono-białego (tak zwany wzór retro). Piękny model, który na naszej półeczce prezentował się wyśmienicie. Ciekawi byliśmy, ileż to czasu nam zajmie rozkręcenie oraz ileż to śrubek znajduje się w tej zabawce. Tak więc rozkręciliśmy w tajemnicy przed rodzicami, bo był to prezent. Aby incydent nie był zauważony, podczas projektu chowaliśmy części pod poduszki. Jednak po rozkręceniu okazało się, że nie jesteśmy w stanie doprowadzić autka do takiego stanu, by się nim bawić. Pozostał żal i rozczarowanie.

Jak każde dziecko szukałem możliwości rozwoju swoich talentów oraz sprawdzałem, czy ów talent istnieje — a mianowicie korzystając z okazji, że przy oknach były firanki, mogłem swobodnie malować i rysować na ścianie, następnie zaś zakryć dzieło firanką bądź zasłoną, tak aby nikt nie zauważył. Jaka musiała być wtedy wyobraźnia, kiedy ściana była pokrywana freskami i innymi malowidłami.

Zdun. Dziś fach ten można zaliczyć do ginących zawodów. Nie słyszy się i nie widzi. Jednak w latach osiemdziesiątych taka umiejętność była na wagę złota. Solidny piec kaflowy stał i w naszym pokoju. Zawsze ciepły, a przy nim zawsze drewno. Przytulnie i przyjemnie. Łóżko me (nazywane również wersalką) było zlokalizowane bardzo blisko kaflowego pieca w ciemnobrązowym kolorze. Przy samym rogu pokoju i zaraz przy wejściowych drzwiach do kuchni. Byłem wtedy zmarzluchem i jestem nim do dzisiaj. Mamusia ma wiedziała o tym i zawsze wieczorem przykładała kołderkę do pieca kaflowego, aby ogrzać ją solidnie i zaraz po tym szybko położyć na łóżeczko, gdzie już leżałem, czekając na ten rytuał. Wtedy spokojnie i bez płaczu oraz szlochania mogłem zasnąć i śnić o niebieskich migdałach.

Kolejnym bardzo popularnym i ciekawym hobby było oklejanie pokoju różnymi plakatami znanych i lubianych w tych czasach celebrytów. Jednym z wykorzystanych przeze mnie miejsc były drzwi. Ogromny plakat Prince’a, który zapewne otrzymałem od rodziców, znalazł swoje miejsce w naszym pokoju. Prezentował się bardzo okazale, widać go było z podwórka szczególnie wyraźnie, kiedy mamusia zabierała firanki do prania. W czasie przeprowadzki nie udało mi się go zabrać ze sobą… Został na drzwiach dla kolejnych lokatorów. Ostatni raz widziałem go przez okno z podwórka, kiedy to żegnałem się ze swoim pokojem w dniu przeprowadzki. Nara, plakat. Nara, pokój. Trzydzieści jeden lat temu. Tak, tak, pamiętam to. Mam przed oczami ten obraz.

Warto dodać, że pamiętamy (ja) zawsze (przeważnie) coś innego niż ktoś, z kim żyliśmy w danym miejscu i czasie…

W drodze na Stadion Narodowy

Piłka jest okrągła, a bramki są dwie

Piłka łączy od zawsze

Bogdan Łazuka śpiewał „Tajemnicę mundialu”, kiedy to polscy piłkarze grali na Mistrzostwach Świata w Hiszpanii — w 1982 roku. Wtedy to nie spodziewałem się, że spotkam samego Zbigniewa Bońka (2013 rok), który na tym mundialu strzelił trzy gole Belgom, oraz Antoniego Piechniczka (2017 rok), który to trenował naszych ówczesnych reprezentantów.

Entliczek — pentliczek

Co zrobi Piechniczek

Tego jeszcze nie wie nikt.

Kto się zmartwi, kto rozerwie

Czy przed przerwą, czy po przerwie

Tego jeszcze nie wie nikt. Uśmiechów, radości,

Kłopotów czy żalu

Czego będzie więcej?

To tajemnica mundialu

Mundialu to tajemnica.

Ja jednak wierzę że nie będzie źle

E viva Espania Ole!

Mecze na ziemiach trzebieńskich były czymś szczególnym. Mieliśmy wszyscy powody do dumy, ponieważ nasza reprezentacja w piłce nożnej grała zjawiskowo. Antoni Piechniczek trenował wtedy naszych zawodników. Nie chcieliśmy być gorsi i bardzo szybko zabraliśmy się za trenowanie. Choć piłek było jak na lekarstwo. A tak ściślej — to trudno było w ogóle o piłkę. Graliśmy, czym popadnie, co w nóżki wpadnie: to butelka, to kawałek „czegoś”. Radziliśmy sobie, ponieważ nasza kreatywność nigdy nas nie zawodziła.

Piękna, słoneczna pogoda. Siedzę w domciu, a tu stuk-puk do drzwi. Któż to może być? A jakże, przyszli koledzy z podwórka — Królik i Piotrek.

— Paweł dawaj na dwór. Idziemy pokopać piłkę.

— Jaką piłkę? Przecież nie mamy.

— Mama Rafała była w Bobolicach i kupiła mu obiecaną piłkę.

No to cóż, że piłka plastikowa była. Biała z czerwonymi paskami. Ależ byliśmy zadowoleni. Jest wymarzona piła, która turla się, i można nawet kopnąć celnie, bo jajowata nie jest.

Szybko wybiegłem z domu, zapominając, jak zwykle, zamknąć za sobą drzwi. Trampki porwane, koszulka ubrudzona, ale wybiegany na maksa — to najważniejsze. Na drodze nie można i niebezpiecznie jest grać. Tak rodzice mówili. Tak więc postanowiliśmy wykorzystać podwórko ogrodzone płotem, a brama wjazdowa została wykorzystana jako bramka jednej z drużyn. Druga bramka uformowana była z dwóch słupów (pozostałość po starym płocie na podwórzu).

Gramy, gramy!!! Piłka rzucona na boisko i wszyscy za nią. Nasza taktyka opierała się na jak najczęstszym posiadaniu piłki, ale indywidualnie. Nie miał nas wtedy kto pokierować.

Królik do Dawida. Dawid do Karola. Karol do Pawła. Paweł do Piotrka. Piotrek do… I stało się. Piotrek tak skiksował, że trafił w okno mieszkania pana Wołłejki. Jest celny strzał. Tylko nie w bramkę. Szyba słaba jakaś chyba była. Stłukła się w drobny mak. Co za kop. Piotrek to miał kopnięcie i cela. Dziś — jako policjant — też strzela celnie. No i po meczu. Zostaliśmy popędzeni z podwórka, gdyż stwarzaliśmy zagrożenie. Dobrze, że wtedy ciepło było… Mieszkanie bez szyby w oknie zimą? Niewskazane.

Byliśmy szczęśliwi. To była premierowa szyba podczas sezonowych rozgrywek na trzebieńskich ziemiach.

Bezcenne jest być dzieckiem pomimo upływu lat

Pobyt na drzewie

Gipsowa figurka

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 34.63