E-book
19.11
drukowana A5
46.54
drukowana A5
kolorowa
75.34
Reder 44

Bezpłatny fragment - Reder 44


Objętość:
314 str.
ISBN:
978-83-8189-817-1
E-book
za 19.11
drukowana A5
za 46.54
drukowana A5
kolorowa
za 75.34

Dedykuję

mojej niezastąpionej mamie Krystynie

i bratu Michałowi


ROZDZIAŁ I

Skok

Była czerwcowa noc 1944 roku. Na wysokości siedmiu tysięcy metrów wielki lancaster przeszywał powietrze. Wydawał się płynąć w gęstej mgle ponad poduszką z ciemnych kłębiastych chmur. Ten sielski obraz kontrastował z tym, co działo się daleko pod nim, gdzie niemiecka pożoga wojenna trawiła całą Europę. W tylnej kabinie samolotu panował półmrok, co chwilę rozjaśniany z lekka przez zepsutą mrugającą lampę nad wejściem do kabiny.

W tylnej części samolotu siedziało obok siebie siedmiu żołnierzy w mundurach strzelców alpejskich. W półmroku trwali w dziwnym sennym letargu niczym terakotowa armia, czekając na bój. Przed nimi, tyłem do kabiny pilotów, siedział oficer w mundurze SS-Unterscharführera. Na prawym rękawie miał widoczny znak oddziałów górskich — „szarotkę”, Edelweiss Abzeichen der Waffen SS, której przyglądał się od czasu do czasu.

Pod czapką widoczna była opalona twarz z ciemnymi włosami i kilkoma bliznami. Ten wysoki barczysty mężczyzna o zimnym beznamiętnym spojrzeniu zdawał się nad czymś intensywnie myśleć. Wzrok miał zapatrzony przed siebie, ale niewątpliwie myślami był w innym miejscu. Nagle dwa wielkie silniki lancastera zawyły głośniej niż zwykle, przerywając monotonny olbrzymi hałas wypełniający kabinę. Samolot wpadł w turbulencję, podskoczył, po czym wyraźnie opadł, tym samym zaburzając spokój dziwnej zbieraniny pasażerów.

Oficer przeciągnął się i wstał, kierując się w stronę kabiny pilotów. Wtedy z tylnej części samolotu odezwał się po polsku młody chłopak o szczupłej twarzy i zawadiackich oczach, wyraźnie ożywiony przerwaną monotonią:

— Panie poruczniku, daleko jeszcze? Lecimy i lecimy. Mógł pan zorganizować jakąś fajną radiooperatorkę zamiast brzydala Wiktora, to czas by płynął milej. — Powiedziawszy to, obejrzał się wielce ucieszony na żołnierza siedzącego za nim. Porucznik Reder znieruchomiał i w odpowiedzi rzucił przez ramię:

— Jak jeszcze raz usłyszę słowo po polsku, to zostaniesz w samolocie i wrócisz do Anglii!

Chłopak się zmieszał. Przypomniał sobie, że właśnie złamał rozkaz.

— Przepraszam, panie poruczniku. To się więcej nie powtórzy — odpowiedział już po niemiecku, wyraźnie zmartwiony.

Reder ruszył w stronę kabiny pilotów, ale zwolnił i dodał jeszcze dla rozładowania atmosfery:

— A jak będziesz marudził, to przeniosę cię do francuskich jednostek pomocniczych. — Jego usta wykrzywiły się w niby-uśmiechu, co wskazywało na to, że rozbawił go własny żart.

— Wszędzie, tylko nie do żabojadów! Ciężko coś robić z rękami w górze — odpowiedział chłopak zadowolony, że jego przewinienie poszło w niepamięć.

Po chwili porucznik zniknął w kabinie pilotów.

— Andrzej, ty to nie wiesz, kiedy być cicho — powiedział siedzący obok zbesztanego chłopaka jego brat bliźniak Mikołaj, jednocześnie wymierzając mu potężnego szturchańca w ramię. Brat nie omieszkał mu oddać ciosu. Zaowocowało to krótką szamotaniną, zakończoną po chwili remisem.

W przeciwieństwie do reszty oddziału dla nich była to pierwsza tak poważna akcja. Zdenerwowanie maskowali żartami, jednak byli wyraźnie przejęci tym, co ma się wydarzyć. Bliźniacy pochodzili z Bydgoszczy, gdzie większość Polaków od dziecka równie dobrze jak po polsku, mówiła po niemiecku. Dzięki temu zostali wybrani do tej misji. Jako dzieciaki ganiali się z Hitlerjugend po uliczkach Bydgoszczy, a we wrześniu 1939 roku zaciągnęli się do wojska, by walczyć z Niemcami. Potem, jak większość oddziału, nie chcieli złożyć broni i przez Węgry oraz Francję dotarli do Anglii. W Polsce i we Francji wiele nie powalczyli, więc gdy tylko pojawiła się możliwość walki z Niemcami w 10 Commando złożonym z Polaków, od razu dołączyli do „polskich komandosów”. Po miesiącach szkolenia znaleźli się w lancasterze lecącym do serca III Rzeszy.

Chwilę po wyjściu porucznika w kabinie znów zapanował spokój i słychać było jedynie hałas silników bombowca.

Tymczasem porucznik Reder wszedł do kabiny pilotów i skierował wzrok na przednią szybę, próbując dojrzeć coś w czarnej otchłani przed samolotem.

— Gdzie jesteśmy? — zapytał.

— Minęliśmy Monachium i powinniśmy być gdzieś za Rosenheim. Przynajmniej tak twierdzi nawigator. — Porucznik spojrzał w prawo na skuloną nad mapami i radarem sylwetkę majora Jonesa. — Niedługo zaczniemy schodzenie do tego pańskiego jeziora. To będzie trudne, bo według map i danych wywiadu, które otrzymaliśmy, nie ma żadnych punktów orientacyjnych poza szczytem Hochkönig. Żadnych świateł z miasteczek czy fabryk. Że też musiał pan wybrać na cel lotu miejsce, gdzie diabeł mówi „dobranoc” — z typową angielską flegmą zwrócił się do porucznika kapitan Wilson.

Wąsaty pilot zdawał się być znudzony długim lotem. Był jednym z najbardziej doświadczonych dowódców załóg bombowych w Royal Air Force. Dowodził eskadrami w nalotach na Berlin, Hamburg i Drezno. Przywykł do ataków meserszmitów i eksplozji artylerii przeciwlotniczej wokół bombowca. Gdy otrzymał rozkazy lotu z grupą spadochroniarzy, trochę się zdziwił, że zamiast kolejnej misji bombowej ma niańczyć kilku komandosów. Jednak rozkaz to rozkaz. Uznał, że musi to być coś ważnego i przeszedł nad tym do porządku dziennego.

— Mało tego! Powiem panu, poruczniku, że jeszcze mniej podoba mi się druga część pana planu. Jest mi pan winien butelkę szkockiej za tę diabelską eskapadę — dodał.

Reder uśmiechnął się i odparł:

— Proszę mi wierzyć, że jeżeli wrócimy cało z tej misji, to chętnie kupię panu dwie butelki szkockiej. Co więcej, osobiście poproszę generała Gubbinsa, żeby zmienił panu przydział na Sycylię, gdzie będzie pan mógł wygrzać tyłek na tamtejszych plażach.

— Słyszałeś, Will? — zwrócił się kapitan Wilson do siedzącego obok za sterami drugiego pilota, porucznika Williama Cunninghama. — Porucznik Cunningham będzie świadkiem pana obietnicy — rzucił do porucznika.

Następnie nastała cisza, podczas której każdy z rozmówców zajął się czymś innym. Kapitan mocował się z szybą w bocznym okienku, które nie chciało się otworzyć. Cunningham pilnował kompasu i wysokościomierza, nawigator Scott wlepiał wzrok w ekran radaru. Reder zaś wrócił wspomnieniami do słonecznej Italii, gdzie spędził kilka miesięcy skąpanych zarówno w słońcu, jak i we krwi. Z tych wspomnień wyrwał go głos kapitana.

— Niech pan idzie do swoich, jak będziemy mijać tę przeklętą górę, dam panu znać.

W odpowiedzi Reder klepnął kapitana w ramię i przeszedł do tylnej części samolotu.

Zajął swoje miejsce i spojrzał na podchorążego Konarskiego siedzącego przed nim. Rozumieli się bez słów. Znali się jeszcze ze szkoły oficerskiej. Razem walczyli w kampanii wrześniowej, przebywali w obozie dla internowanych na Węgrzech, a potem przez Francję dotarli na Wyspy, gdzie dołączyli do batalionu strzelców. W Szkockim Achnacarry Commando Depot przeszli szkolenie z technik walki, znajomości broni, sapersko-minowe i inne. Poznał tam też resztę obecnych, czyli sierżanta Jana Paszkowskiego, strzelca wyborowego Jakuba Pieniążka i radiooperatora Wiktora Sawickiego, który stał się obiektem żartów Andrzeja. Bliźniacy dołączyli we Włoszech, a siedzący obok Janka plutonowy Kudera, nazywany ze względu na swoją posturę Mamutem, uzupełnił oddział stosunkowo niedawno. Konarski siedział przed nim w milczeniu, trzymając w ustach papierosa, a w prawej ręce zapalniczkę, którą dla zabawy raz po raz krzesał ogień. Reder pamiętał, jak z Konarskim zgłosili się na ochotnika jesienią 1942 roku do 1 Samodzielnej Kompanii Commando. Na szkoleniu w Achnacarry i później w Algierii obaj byli prymusami, ale Konarski miał to coś, czego brakowało innym: nerwy ze stali i niesamowity instynkt do walki. Przekonał się o tym już w Pescopennataro, gdzie przeszli swój chrzest bojowy. W obliczu niebezpieczeństwa Konarski zamieniał się w prawdziwą maszynę do zabijania. W Pescopennataro odparli natarcie ponad 200 niemieckich strzelców alpejskich, posyłając do piachu jedną czwartą z nich. Z ich oddziału tylko trzech żołnierzy odniosło lekkie rany. Wtedy po raz pierwszy zobaczył, na co stać Konarskiego w ogniu walki. Jego odwaga i zdolności bojowe tak zaimponowały alianckiemu dowództwu, że otrzymał awans na podchorążego. Reszta chłopaków też pokazała, że w obliczu niebezpieczeństwa zrobią, co do nich należy. Szczególnie w piekle Monte Cassino, gdzie na stokach Colle Sant’Angelo przyszło im się zmierzyć z oddziałami 1 Dywizji Strzelców Spadochronowych, elitą wojsk niemieckich. Reder zmarszczył czoło, co było oznaką tego, że coś go trapi. Czuł się odpowiedzialny za to, żeby odstawić ich do domu w jednym kawałku. Jednak bał się, że tym razem może być inaczej. Ta misja była różna od wcześniejszych. Tyle rzeczy mogło pójść nie tak, jak zaplanował, że czuł niepokój. Głęboko na terenie wroga, bez wsparcia. To nie dawało mu spokoju.

Widząc charakterystyczną bruzdę na czole dowódcy, Konarski przestał bawić się zapalniczką i powiedział:

— Panie poruczniku, proszę się tak nie stresować. Daliśmy radę w tym pubie, to damy i tutaj.

Słysząc to, wszyscy nagle się ucieszyli i na chwilę napięcie ustąpiło miejsca żartom na temat angielskiego pedantyzmu. Tylko Kudera nie znał tej historii, więc mu opowiedzieli, jak w jednym ze szkockich pubów doszło do bójki z angielskimi artylerzystami mającymi znaczną przewagę liczebną. Bójka miała ciekawe zakończenie. Kiedy opadł kurz, interweniowali wezwani policjanci, jednak będąc pod wrażeniem profesjonalizmu Polaków, zamiast ich aresztować, kazali im tylko układać pokonanych artylerzystów wzdłuż, a nie w poprzek chodnika, żeby nie blokowali przejścia.

Krążyła plotka, że awantura w pubie potwierdziła ich profesjonalny trening i tym samym przyspieszyła wylot do Algierii. Druga teoria była taka, że dowództwo miało już dość ich burd, bijatyk w miejscowych knajpach i chciało się ich jak najszybciej pozbyć.

Z kabiny pilotów wychyliła się głowa Cunninghama, który zakomunikował:

— Nawigator ma Hochkönig na radarze. Przygotujcie się do skoku.

Zniknął tak samo szybko, jak się pojawił. Po chwili lewy silnik samolotu zawył głośniej, a samolot przechylił się, zmieniając kurs.

Reder wstał i zaczął sprawdzać po kolei haki linek spadochronów zaczepionych do żelaznej liny biegnącej wzdłuż sufitu samolotu. Reszta bez słowa zaczęła przygotowywać się do skoku. Zdrętwieli i zmarzli podczas długiego lotu, przez co ich ruchy stały się lekko niezdarne. W ciasnej przestrzeni samolotu z trudem dopinali i poprawiali kurtki, broń, sprzęt. Reder zaczepił hak spadochronu do pojemnika z ładunkami wybuchowymi i dodatkowym sprzętem na linie obok innych haków. Ustawili się w kolejności do skoku. Najpierw porucznik Reder, za nim Konarski i Kudera. Następnie stanęli bliźniacy, którzy uściskali i przeżegnali się, jak to mieli w zwyczaju. Wreszcie za nimi stali Pieniążek i Sawicki z przenośną radiostacją przytwierdzoną na piersiach.

Przez chwilę prawie stracili równowagę podczas jednego z kolejnych wyczuwalnych manewrów pilota. Samolot przechylał się i zmieniał wysokość kilkukrotnie, po czym znieruchomiał. Nagle zapaliła się zielona lampa oznaczająca strefę zrzutu.

Reder powiedział głośno:

— Panowie, powodzenia.

Chciał chyba dodać coś jeszcze, ale w tym momencie sierżant, strzelec pokładowy Henry, otrzymał na słuchawki rozkaz otwarcia drzwi. Przesunął je najpierw tylko trochę. Przez uchylone drzwi wpadło do środka mroźne powietrze i ryk silników, zagłuszając porucznika. Reder stojący najbliżej otworu zmrużył oczy i instynktownie zasłonił twarz. Sierżant Jones otworzył szeroko drzwi, ukazując czarną otchłań, w której za chwilę mieli zniknąć, jednocześnie dając ręką znak, żeby zaczęli skakać. Reder bez wahania podszedł do drzwi i chwycił się krawędzi otworu. Zrobił to w ostatniej chwili, gdyż pęd powietrza z otwartych drzwi niczym lodowy bokser wymierzył mu cios i pchnął do tyłu na stojącego za nim Konarskiego. Niewiele brakowało, a wywróciłby się, niechybnie powodując efekt domina na stojących blisko jeden za drugim skoczkach. Druga ręka szybko chwyciła symetrycznie otwór. Zrobił jeszcze pół kroku do drzwi i energicznym ruchem ramion wyrzucił się z samolotu. Pęd powietrza szarpnął jego ciałem i zaczął gwałtownie opadać, pogrążając się w ciemności. Za chwilę poczuł szarpnięcie, spojrzał do góry i zobaczył nad sobą czaszę spadochronu.

Jak zawsze w tej fazie skoku, poczuł ulgę. Wiatr rozkołysał go na wszystkie strony. Nie lubił tego. Zawsze chciał mieć nad wszystkim kontrolę, a teraz był zdany na los. Patrzył w dół na ciemnoszare zarysy płaskowyżu, na który mają opaść. Wyobraźnia podsuwała mu czarne obrazy, jak będzie miał pecha i połamie się na jakimś drzewie. Kolejny podmuch zimnego wiatru smagnął go po twarzy. To mu pomogło. Powiedział sobie, że trzeba myśleć trzeźwo, po co ten strach, przecież robił to już tyle razy. Spojrzał do góry i rozejrzał się na boki, zobaczył parasole spadochronów i sylwetki podwładnych. Chciał ich policzyć, czy wszyscy otworzyli spadochrony, ale gdy zaczął liczenie, kolejny podmuch wiatru obrócił go i stracił rachubę. Przeniósł wzrok na dół. Ciemnoszare kształty ziemi były coraz bliżej. W oddali widział wyraźne zarysy zboczy góry Hochkönig i ukształtowanie terenu. Na szczęście nigdzie nie widział drzew, tylko gdzieniegdzie kępy gęstych krzaków i wysokogórskiej surowej roślinności. Szybko zbliżał się do ziemi. Złączył nogi i ugiął je lekko w kolanach. Pociągnął linki spadochronu i przygotował się na uderzenie. Nogi z impetem dotknęły podłoża, udało mu się nie przewrócić. Wiatr szarpał spadochronem, ciągnąc go lekko za sobą. Zmarzniętą dłonią udało mu się szybko odpiąć spadochron. Zwinął go pośpiesznie i niedbale, po czym schował w pobliskiej kępie krzaków i karłowatych drzew. Ciężko dysząc, podparł się na kolanach i zaczął łapać powietrze, co na tej wysokości wcale nie było łatwe. Kiedy wyrównał oddech, wyprostował się i wyjął małą latarkę. Zaczął rozglądać się za resztą oddziału i nawoływać.

Minęło kilka minut, gdy zaczęli schodzić się ze wszystkich możliwych kierunków. Schodzili się powoli, w milczeniu, czekając na kolejnych. Po 30 minutach byli już prawie wszyscy.

— Brakuje Sawickiego, panie poruczniku — powiedział Konarski.

Reder rozejrzał się jeszcze raz wokoło, czy na ciemnym górzystym horyzoncie nie pojawiła się sylwetka zaginionego komandosa.

— Kto skakał przed nim? Ty, Kuba? — zapytał porucznik.

Strzelec Pieniążek wskazał ręką na pobliski pagórek.

— Ostatni raz widziałem go, jak opadał za tamto wzniesienie — odrzekł.

— Pochowajcie spadochrony w pobliskich krzakach i pójdziemy go szukać — rzucił stanowczo Reder.

W międzyczasie znaleźli pojemnik z zaopatrzeniem, granatami i materiałami wybuchowymi. Przepakowali zawartość do dwóch plecaków i ruszyli w kierunku wzniesienia, za którym zniknął Sawicki. Odbezpieczyli broń, przygotowani na każdą ewentualność. Nie było wiadomo, co stało się Sawickiemu. Zakładali, że miał wypadek przy lądowaniu i jest ranny. Nie można było jednak wykluczyć, że natknął się na wrogi patrol, który dziwnym trafem znalazł się teraz na tym pustkowiu. Weszli na wzgórze i spojrzeli w dół. Kilkadziesiąt metrów od nich, na czymś w rodzaju półki skalnej, między wysokimi krzakami zobaczyli światełko. Zbliżając się w jego kierunku, dostrzegli białe kształty spadochronu oplatającego krzaki i nieśmiało połyskujące światło latarki. Kiedy podeszli zupełnie blisko, ujrzeli rękę Sawickiego wystającą spod płótna spadochronu i miarowo poruszającą trzymaną w dłoni latarką.

Donośnym, lecz pełnym obaw głosem Konarski zapytał:

— Wiktor, żyjesz tam? Jesteś ranny?

— Żyję, nic mi nie jest, tylko nie mogę się ruszyć — usłyszeli stłumiony głos spod spadochronu.

Wszystkim kamień spadł z serca i ruszyli koledze z pomocą. Okazało się, że Sawicki spadł w gęstych krzakach i przewrócił się na wznak, zaplątany się w linki spadochronu. W dodatku upadł tak nieszczęśliwie, że przygnieciony radiostacją na piersiach, gałęziami i płótnem spadochronu, nie mógł się podnieść. Przypomniał sobie jednak o latarce i wyswobodziwszy jedną rękę, zapalił światełko wskazujące jego pozycję. Potem pozostawało tylko czekać, aż pozostali go odnajdą. Minuty dłużyły mu się niemiłosiernie, a perspektywa zakończenia żywota w tak żałosnej sytuacji zaczynała nabierać realnych kształtów. Dlatego głos Konarskiego ucieszył go jak nigdy przedtem. Pomyślał tylko, że jeszcze dziś nie umrze i bardzo był tym faktem uszczęśliwiony. Kubera z Mikołajem wtargnęli w gęstwinę i zaczęli uwalniać nieszczęśliwego skoczka z plątaniny linek, płótna i gałęzi. Cała sprawa zaczęła się przeciągać, co zirytowało porucznika.

— Mamut, przestańcie się bawić i wyciągnijcie go z tych krzaków. Już i tak za dużo czasu straciliśmy.

Mamut posłusznie postanowił działać po swojemu. Odsunął Mikołaja, dał krok do przodu i pochylił się, zanurzając się niemal cały w zaroślach. Następnie złapał Sawickiego pod pachami i podniósł do góry razem z przytwierdzoną radiostacją, plątaniną spadochronu i gałęzi, tak jak wyciąga się dziecko z kąpieli. Cofnąwszy się o dwa kroki, postawił na ziemi wyswobodzonego radiooperatora.

— Dzięki, Mamut — skwitował całe zajście szczęśliwy, lecz zakłopotany swoją nieporadnością Sawicki.

Następnie poodcinali z niego linki i resztę spadochronu. Wymienili kilka przyjaznych klepnięć i w milczeniu ruszyli za porucznikiem w dół zbocza zgodnie z planem akcji.

Przemarsz po górzystym terenie nie należał do łatwych. Cały czas schodząc w dół, co chwilę potykali się o kamienie i inne niespodzianki, na których nietrudno było skręcić stopę. Po dwóch godzinach zeszli w dolinę i skierowali się w stronę lasu, którego wierzchołki drzew majestatycznie kołysały się na tle jaśniejącego nieba. Gdy doszli do lasu, zaczynało świtać. Reder przystanął, wyjął kompas i świecąc latarką na mapę, szybko sprawdzał ich położenie. Wszystko musiało iść po jego myśli, bo energicznym ruchem schował kompas i mapę.

Rzucił zdawkowe w stronę oddziału „Już niedaleko” i wszedł do lasu.

Pozostali ruszyli za nim. Przejście przez ciemny, gęsty iglasty las nie należało do najprzyjemniejszych. Gałęzie z tysiącami igieł raz po raz uderzały w zmarzniętą twarz i dłonie, zadając ból. Osłaniając twarz rękoma, pochylony do przodu porucznik parł z determinacją naprzód, uważając przy tym, by nie przewrócić się o grube wystające korzenie drzew. Słyszał, że reszta podąża za nim. Co jakiś czas było słychać, jak Paszkowski z cicha klnie pod nosem. Najwyraźniej miał już dość uroków bawarskiej przyrody. W końcu dotarli do skraju lasu. Zatrzymali się przed zasłoną z ostatnich drzew. Reder wyjął lornetkę i uważnie obserwował coś w oddali.

Podał lornetkę stojącemu obok Konarskiemu, mówiąc:

— Chyba jesteśmy na miejscu.

Konarski wziął lornetkę. Przez minutę patrzył w miejsce, które wcześniej obserwował Reder, i odpowiedział:

— Tak, to musi być tutaj.

W jego głosie dało się wyczuć napięcie. Odwrócił się do pozostałych.

— Zdaje się, że dotarliśmy. Na wszelki wypadek przygotujcie papiery. Mordy w kubeł i bez potrzeby się nie odzywać. A ty wiesz, co — powiedział w stronę Pieniążka.

Pieniążek jako jedyny w oddziale nie znał niemieckiego. Miał jednak inne zdolności, które dowództwo postanowiło wykorzystać w tej misji. Złapali oddech, sprawdzili papiery i wolnym krokiem wyszli z lasu w kierunku budynków obserwowanych przez lornetkę.

Po kilku minutach marszu dotarli na brzeg jeziora i znajdującej się tam przeprawy promowej. Na brzegu znajdowało się kilka małych drewnianych domków i pusta zagroda dla bydła. Przy samej przystani widoczna była mała wartownia strażników, za nią na jeziorze stał przycumowany prom. Była to długa na 20 metrów barka przymocowana do małego kutra rybackiego. Jednostka lata świetności miała za sobą. Można to było zauważyć po grubym zielonym nalocie na burtach i zdartej w wielu miejscach farbie ukazującej deski dobrze już nadgryzione zębem czasu. Kiedyś służyła głównie do przewozu bydła na pastwiska, jednak od kilku lat ruch przez jezioro znacznie wzrósł. Pomimo dość wczesnej pory przy brzegu była już spora grupka ludzi. Bauer prowadzący dwie krowy, mężczyzna na wozie, który ciągnęły dwa konie, trzech żołnierzy Wehrmachtu, którzy wyglądali na wracających z przepustek. Było jeszcze kilka osób krzątających się przy budynku z prawej strony przystani, pełniącym rolę sklepu, jadłodajni i piwiarni w jednym. Oddział Redera podszedł bliżej i zatrzymał się przy ogrodzeniu zagrody bydła, trzymając się z dala od innych.

Porucznik stanął, oparł się placami o ogrodzenie, zapalił papierosa i powiedział do Paszkowskiego:

— Idź i zapytaj, o której odpływa.

Jan zdjął plecak, oparł go o deski ogrodzenia i poszedł wolnym krokiem w kierunku promu. Zatrzymał się przy konnym wozie i chwilę rozmawiał z woźnicą. Wrócił, ospale szurając nogami po ziemi.

— Za jakieś pół godziny — poinformował.

W nagrodę dostał od dowódcy fajkę i zaciągnął się z nieukrywaną przyjemnością.

— Odpocznijcie i zjedzcie coś — zakomenderował Reder, sam wyciągając puszkę z racji żywnościowych zabranych na wyprawę. Wziął wielki nóż, który miał przytwierdzony do pasa, i wprawnym ruchem otworzył puszkę. Inni poszli za jego przykładem i wkrótce cała ósemka zaczęła pałaszować śniadanie, popijając zawartością manierek. Reder, jedząc, spoglądał na konie. Jego twarz pojaśniała, najwyraźniej widok tych zwierząt działał na niego kojąco. Pomyślał, że gdyby nie konie, jego życie potoczyłoby się inaczej. Gdyby nie to, że kilku oficerom spodobało się, jak w zawodach skoków w Gdyni pokonał oficera SS, nie awansowałby tak szybko i nie stałby teraz w sercu Alp.

Paweł Reder pochodził z majątku pod Gdańskiem. Został wychowany na inteligentnego, wykształconego, szarmanckiego młodzieńca, przed którym świat stał otworem. Od dziecka miał wpajane takie wartości, jak uczciwość, sprawiedliwość i patriotyzm. Rodzice chcieli, by został prawnikiem, jednak młody Paweł Reder postanowił ukończyć szkołę kadetów i zostać żołnierzem. Trochę na złość ojcu, ale głównie dlatego że kochał konie i chciał być ułanem. Nie bez znaczenia było też to, jak oficerski mundur działał na kobiety, może nawet było to wtedy dla niego najważniejsze. Ukończył szkołę kadetów oraz oficerską. Otrzymał przydział do 1 Pułku Strzelców Konnych. Ze względu na osiągnięcia w jeździectwie sportowym został przeniesiony do Centrum Wyszkolenia Kawalerii jako instruktor. Przed wybuchem wojny wybrano go do kadry olimpijskiej i przygotowywał się do igrzysk w 1940 roku. Jednak zamiast na olimpiadzie, znalazł się tutaj, nad jeziorem Königssee, w niemieckim mundurze i ze straceńczą misją.

Jego rozmyślania przerwał warkot szybko zbliżającego się do przystani silnika. Po chwili między budynki wjechał z impetem wielki czarny mercedes, prawie potrącając jedną z idących tamtędy osób. Jego wielkie reflektory rzucały złowrogie światło na całą przystań. Wartownicy, widząc pojazd, podeszli do kierowcy i po krótkiej rozmowie oraz okazaniu dokumentów pośpiesznie podnieśli szlaban, a limuzyna wtoczyła się na skrzypiące deski promu.

— Przeczuwam kłopoty — powiedział Konarski do dowódcy, patrząc na mercedesa.

Obaj przestali jeść i przyglądali się sytuacji na promie. Drzwi pasażera otworzyły się i wysiadł oficer w czarnym płaszczu i mundurze SS. Szybkim krokiem podszedł do rufy kutra, gdzie stał jego kapitan. Ten nieogolony wilk morski w podeszłym wieku i zużytym grubym swetrze z golfem od dłuższego czasu leniwie popijał kawę z wielkiego kubka, do którego ukradkiem dolewał jakiś alkohol z piersiówki trzymanej w kieszeni. Na przedzie kutra krzątał się jego pomocnik. Młody chłopak odwalał za kapitana całą robotę, sprawdzając liny mocujące prom, czyszcząc pokład, a nawet majstrując przy silniku. Widząc podchodzącego oficera, przezornie schował się w sterówce.

Oficer zbliżył się do kapitana i głośno zarządził:

— Odpływaj!

Kapitan zareagował spokojnie, spoglądając na zegarek.

— Jeszcze pół godziny, na pewno przyjdzie jeszcze kilka osób — odpowiedział.

— Mam to w dupie, śpieszę się. Odpływaj! — ponownie rozkazał esesman. Wyraźnie zirytowała go postawa kapitana, dlatego nachylił się i ciszej dodał: — Płyń, albo znajdę ci lepsze zajęcie.

Po czym odwrócił się i odszedł w stronę samochodu.

Zmotywowany w ten brutalny sposób kapitan odwrócił się w stronę brzegu i tubalnym głosem zawołał:

— Wsiadać, odpływamy!

Strażnik podniósł szlaban i gromadka pasażerów zaczęła pakować się na prom.

— No, koniec jedzenia, zbieramy się — powiedział Reder, obserwując sytuację na promie.

Zamknął puszkę z napoczętą mielonką i oddał ją Mamutowi, który dźwigał jeden z dwóch plecaków.

— Nawet zjeść w spokoju nie można. Przeklęty esesman. Ciekawe, gdzie mu się tak śpieszy — zamarudził, jak to miał w zwyczaju, Janek Paszkowski.

Konarski podszedł do porucznika.

— Mam złe przeczucia — powiedział, patrząc na esesmana opartego o mercedesa i palącego papierosa. — Może poczekamy na następny prom?

— Też mi się to nie podoba, ale prom wraca za ponad sześć godzin. Musimy płynąć teraz — odparł Reder.

Powoli ruszyli w stronę promu. Dość nietęgą minę miał też Mamut, który nie umiał pływać. Nikomu się nie przyznał. W końcu lecieli w góry, nie nad morze. Teraz ogrom wody, który zobaczył, oraz niebudząca zaufania kupa zbitych desek, na których mieli płynąć, przyprawiły go o dziwne ściskanie w żołądku. Nie należał do ludzi strachliwych, ale teraz czuł niemały dyskomfort. Na Śląsku tyle wody naraz nie widział. Małe, ciasne chodniki kopalni, w których pracował przed wojną, wydawały mu się teraz komfortowe w porównaniu z perspektywą znalezienia się na środku tego jeziora. Przed nimi weszli na prom młodzi żołnierze Wehrmachtu, dwóch miejscowych rolników, kobieta pracująca w miasteczku po drugiej stronie jeziora, bauer z krowami, a na końcu wtarabanił się woźnica z wozem. Reder wprowadził oddział blisko kutra, tak by nie rzucać się w oczy oficerowi SS.

Po chwili kapitan kutra uruchomił silniki. Najpierw dało się słyszeć stłumione terkotanie, a potem plusk za rufą. Śruba zaczęła się mocniej obracać, popychając prom do przodu, ku ogólnemu zadowoleniu pasażerów. Oprócz, rzecz jasna, Mamuta, którego widok oddalającego się brzegu nie cieszył. Mimo sędziwego wieku kuter dobrze sobie radził z wodami jeziora, coraz szybciej ciągnąc barkę i jej zawartość. Minęło kilka minut, a przystań ze swymi małymi domkami była już ledwie widoczna. Jezioro Königssee wtulone w uroczą dolinę, ze swą szmaragdową taflą wody, roztoczyło przed nimi swój bajkowy krajobraz.

Każdy na promie czymś się zajął. Kapitan rozsiadł się wygodnie w swojej kabinie. Jedną ręką trzymał koło sterowe, a drugą przytykał do ust fajkę z dużym cybuchem, puszczając co chwilę kłąb dymu. Jego pomocnik położył się spać na wytartym materacu i stercie szmat znajdujących się w sterówce. Woźnica zszedł z wozu i zaczął wieszać worki z owsem dla koni, a reszta pasażerów rozmawiała, oglądała w milczeniu widoki lub usiadłszy na deskach barki, pogrążyła się w drzemce. Podobnie uczynili strzelcy górscy, którzy zmęczeni długim marszem usiedli oparci tyłem do kutra i wrócili do jedzenia, które niedawno musieli przerwać. Konarski zagłębił się w lekturze książki Thomasa Manna „Der Zauberberg”, którą zabrał ze sobą na wyprawę jako kamuflaż, a bracia rozprawiali o łowieniu ryb i tym, jakie sztuki można by złowić w tym jeziorze. Paszkowski podziwiał kościół z pięknymi czerwonymi kopułami, który stał na lewym brzegu jeziora. Miał podłużny kształt i z oddali przypominał okręt płynący w malowniczej scenerii wysokich szczytów i bujnej zieleni.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 19.11
drukowana A5
za 46.54
drukowana A5
kolorowa
za 75.34