E-book
5.46
drukowana A5
22.67
Radca Prawny przeszedł na emeryturę. Opowiadania+

Bezpłatny fragment - Radca Prawny przeszedł na emeryturę. Opowiadania+


Objętość:
152 str.
ISBN:
978-83-8221-987-6
E-book
za 5.46
drukowana A5
za 22.67

Halince,

(która czasem bywa Zofią…)

Spotkanie

Zacznę tak:


Aldonę Suwaczek znałem jedynie powierzchownie ale kto raz napotkał to jej nazwisko (wraz z imieniem) to go raczej nie zapomni. I jej samej przy okazji. Znaliśmy się z Aldoną będąc w pełni młodymi, młodzieńczość była już poza nami i chyba nie za bardzo się lubiliśmy.

Należała chyba do tych dziewczyn, na których wywierałem wrażenie cokolwiek podejrzanego. Tak ogólnie biorąc. Jest sprawą dyskusyjną czy ta przezorność więcej przynosiła owym młodym damom straconych szans niż pożytku, zależy co kto sobie ceni.. A tak nawiasem mówiąc też bym sobie w owym czasie nie ufał nadmiernie. Nie to co dziś…

Aldona nie cieszyła się wybitną urodą ale była przyjaciółką M., mieszaniny Małgorzaty Braunek i Poli Raksy, której to mieszaninie dawno już przestałem życzyć, oględnie mówiąc, nie najlepiej. Dziś na stare lata przemyśliwuję czasem o niej całkiem życzliwie. Dobrotliwie. Można by powiedzieć, że straciłem czujność ale spokojnie, spokojnie. Nie do końca…

Aż tu nastał czas pandemii. Ludzi tymczasem umierało niewielu ale władze zaleciły siedzenie w domu, siedziałem więc i ja, pogodzony ze światem. Nie miałem z tym problemu. Mam na myśli nie tyle pogodzenie ze światem ile „utrzymywanie dystansu społecznego”. To w istocie taka moja przypadłość. A poza tym lubię nosić długie włosy…

Siedziałem więc przed komputerem, rzecz jasna przeglądając strony mniej lub bardziej interesujące jak to się mówi „uzupełniając wiedzę”. Takie tam ciekawostki z kręgu sztuki i nauki nie pomijając tekstów rozrywkowych. Mógłbym zatem przy tej okazji cokolwiek przyszpanować nadmieniając a to o Giotto i jego koncepcji przestrzeni a to o Caravaggio z jego światłem i cieniami po czym z wdziękiem przejść do Normana Rockwella i jego „ujmujących i uroczych obrazów małych dziewczynek, które radzą sobie z dojrzewaniem”

Lecz od czasu do czasu dobrze też jest rozejrzeć się po ludziach.

Więc w tym czasie wyludnionych ulic i zamaskowanych twarzy włóczyłem się po internecie niczym bezpański pies rozglądając się za kimś, do kogo mógłbym się przyłączyć na trochę.

Zaglądałem do różnych portali tak jak się zerka w okna zza ogrodzeń mijanych posesji, z rzadka gapiąc się nieco dłużej. Ktoś tam rozbierał się przed snem albo i z innych powodów, ktoś biesiadował w rozśpiewanym gronie na kanale you tube, że nadmienię też o Kitajskich diewoczkach na padradie pod piesniu „Katiusza”, cztery miliony dziewięćset czterdzieści dwa tysiące siedemset trzy wyświetlenia. Fajnie śpiewają.

I inne takie…

I zajrzałem też na strony Krajowego Rejestru Sądowego bo przyszło mi na myśl by sprawdzić niewielką firmą wydawniczą, mająca siedzibę w jakiejś wiosce, sądząc po numerze kodu pocztowego w jakiejś mazowieckiej gminie. Informowała o tym dowcipna książeczka nieznanego autora, którą przeczytałem ostatnio z rekomendacji znajomka. „Spodoba ci się” powiedział i zgadł.. Doprawdy nie często przypada mi tak do gustu lektura proponowana mi pod tak zwany „mój gust”. Wolę błądzić po swojemu..

Ale nieznany autor, najpewniej schowany pod pseudonimem tak pisał jakby z księżyca spadł i obijał się o tutejszą rzeczywistość niczym świeżo wyświęcony ksiądz na dyskotece. Przez chwilę miałem wrażenie, że mieliśmy coś wspólnego. To znaczy, że mógłbym napisać coś w tym rodzaju, w tej formule światopoglądowej. Rzecz jasna nie wzorując się, tak „od siebie” Ale nie miałem wówczas w głowie pomysłu na swoje nowe opowiadanie. Rad bym już odstąpić od pisania w pierwszej osobie. Dosyć już tych zwierzeń gdzie prawdy jest aż 76 %.. No, może 71. Czas wziąć się za jakąś prozę „imaginacyjną”. Może jakiś kryminał? Ale okazuje się, że nie pora jeszcze choć owa książeczka ożywiła mnie inspirująco. I oto napotkałem Aldonę Suwaczek. Wszystkiego mógłbym się spodziewać lecz nie tego, że Aldona Suwaczek stanie się „muzą”. No kto jak kto, ale nie Suwaczek..

Krajowy Rejestr Sądowy otóż informował, że w składzie zarządu wydawniczej spółki umiejscowiła się Suwaczek Aldona lecz pod wzbogaconym już nazwiskiem. O człon drugi z pewnością jakiegoś męża. I nazywała się teraz Aldoną Suwaczek — Gonzales!

Nie mogłem się powstrzymać by nie podążyć za tak unikatowym zestawem. Wpisałem ją google i jasna sprawa tkwiła na fejsbuku. Wyładniała nawet na stare lata o co mniejsza. Ale odnotować warto, że.. Pośród licznych jej znajomych tkwiła M! Bo bywają przyjaźnie niezniszczalne. Studencka a nawet sięgająca szkoły przyjaźń ocalała.! M. nosiła także już inne nazwisko ale oczy, oczy były wciąż te same! Oczy, które z czarnej dziury siłą „załatwiały” mnie kiedyś, można wpaść i nawet tego nie zauważyć… No i jakoś nie trafił jej szlak.. W pewnym sensie mi ulżyło. Pamiętałem ją dobrze. Ilekroć słyszałem przebój zespołu Papa Dance o treści :

„Kamikadze tak mówili

Kamikadze — nie było mocnych

Bez litości zabiłaś

Moje ja…”

albo przebój zespołu Video o treści:

„.. kradniesz mój najlepszy czas

to twoja wina…

tylekroć, trzeba trafu przychodziła mi namyśl Małgośka. Co prawda schyłkowych lat okresu Gierka nie nazwałbym swoim „najlepszym czasem” ale w pewnym sensie… Z drugiej strony nie uważam młodości za „najlepszy czas”. Zbyt łatwo pobłądzić. Najlepszy czas to ja mam chyba obecnie. Wszystko mi się zgadza, obijam się, łażę z kąta w kąt. Nie nudzę się. Coś przeczytam, coś obejrzę, gdzieś zajrzę, wyszukam w zakamarkach.. Życie mam ku własnemu zaskoczeniu uporządkowane, pracować nie muszę, emeryturę mam. („Pochwała pracy — jak pisał Hagiwara Sakutaro — jest jednym z najgorszych bzików współczesności”. Naszukałem się tej sentencji nie bez trudu bo na ogół odmiennej są treści, mniej, powiedziałbym przyjaznej.. ).

A i w niedostatku nie jestem. Chwałą bogu żadne niespełnienia też mnie nie dręczą. W tej czy innej szufladzie zgromadziłem nijaki nadmiar, powiedziałbym nieco wstydliwy.. No, trudno, stało się..

I teraz patrzę sobie na świat jak leciwy rolnik ze stuletniego malowidła, siedzący na ławeczce pod płotem, opierający sękate dłonie o zakrzywioną laskę, patrzący niby to w zamyśleniu na drogę. Może ktoś nadejdzie, ktoś zagadnie, nadjedzie z obcych stron..? Jest spokojnie. Myśl moja żegluje, nie obijając się o uciążliwe przeszkody. W ten sposób „dochodzę do siebie”. Po co? „Wspominamy po to, żeby zapomnieć” (Annetter Becker). Otrzepię się z kurzu i powiem sobie „dzień dobry!”. Mam nadzieję zdążyć przed porą pożegnania….

Co innego w tym „najlepszym czasie”. Nie całkiem fajnie. Życie nie uporządkowane, nakaz pracy, dostatek daleko za mgłą… No i te smutne finały..

Ten się zaczął od pewnej imprezki. M. zaprowadziła mnie na prywatkę, „domówkę” jak mawia się obecnie, do swoich przyjaciół z uczelni. Miejscem akcji było trzypokojowe mieszkanie w wielopiętrowym bloku jak na owe czasy przestronne., wyposażone jak to w owych czasach raczej zgrzebnie. Żenić się miał jeden jej kolega, on był gospodarzem tego przyjęcia, poniekąd pożegnalnego. Towarzystwo dopiero co uzyskało tytuły magistra filologii, szykowało się do rozstań. Kończył się „najlepszy czas”. Jego dziewczyna, owa narzeczona, osoba miła, lekko pulchna a niebrzydka, narzeczonego nie odstępowała na krok i była w tym naturalna. Wyglądali sympatycznie choć nieco infantylnie. Ja miałem wtedy już blisko dwadzieścia dziewięć lat a M. młodsza była o trzy lata. Tyle też zadawaliśmy się ze sobą. Mówiąc szczerze ładniejsze określenie naszej relacji, miałem takie wrażenie, doznało jakiegoś uszczerbku. I nie czułem się winny…

Więc ta jej przyjaciółka Suwaczek Aldona podeszła do nas tanecznym krokiem, gdyśmy sobie gawędzili od niechcenia nieco dalej od kolumny głośnikowej, z kieliszkiem wina w dłoni, i pokazując ruchem głowy na narzeczoną powiada do mnie:

— Też chciałbyś mieć taką ciepłą żoneczkę, co?

Najwyraźniej była już lekko wstawiona ale dziwnie zmroziła mnie tą zaczepką. I tak nie czułem się zbyt dobrze na tej imprezie bo z towarzystwem nie byłem związany, powierzchownie znałem jedynie niektórych a i sami narzeczeni nie wzbudzali we mnie żadnych poruszeń. W pewnym sensie, jak zazwyczaj zresztą czułem się obco. Chociaż przecież a nawet pomimo tego że byłem w towarzystwie M!

— Nie myślałem o tym… — odpowiedziałem.

— No to pomyśl, pomyśl! — rzuciła Suwaczek Aldona i oddaliła się z tym swoim kieliszkiem kołysząc się tanecznie.

- Pomyśl, pomyśl bo ja taka nie jestem — dopowiedziała M. I wtedy odczułem smutek. Bo wiedziałem jak była.. Może nawet bardziej jak nie była. „Wpędziłaś mnie w lata!” przemknął mi przez myśl z sardonicznym rozżaleniem i poczuciem porażki slogan nieco archaiczny. Powiedziałem jednak:

— Jak to mówią: myślenie ma przyszłość

— Jesteś świetny — roześmiała się niezbyt szczerze ale z wdziękiem. Zrozumiałem, że słowo „przyszłość” w tej mojej odzywce zyskało nie zamierzoną rangę.

— Może zatańczymy? — zapytała jeszcze przyjaźnie.

— Chyba wolę się napić.

Dygnęła, wyrażając tym gestem coś w rodzaju aprobaty, tak jakby powiedziała „no, jak chcesz…” i oddaliła się w kierunku pokoju, z którego rozbrzmiewały dźwięki gitary Santany.

W prześwicie pootwieranych drzwi pokojów przesuwały się pląsające pary i soliści płci obojga. Sięgnąłem po szklaneczkę czerwonego wina „Gelela” i oparłem się samotnie o parapet okienny. Na szczęście nikt się o mnie nie troszczył. Ktoś tam się zakręcił, zajrzał, udał że mnie nie dostrzega. Czułem jak obniża mi się nastrój. Czułem się spacyfikowany, wydrążony niczym pustostan przeznaczony do rozbiórki. Nie byłem nawet w punkcie zero bo idąc tak z nią, że tak powiem „pod rękę” pomyliłem szlak. Szedłem ścieżką dość prostą, nie trudną i minąłem tę czy inną krzyżówkę, minąłem drogowskazy prowadzące pod górkę bardziej stromą, którą powinienem przejść by wyjść na tak zwane „swoje”. Tak sobie poetycko wydziwiałem w duchu.

Nie dopiłem jeszcze tej szklanki z winem czerwonym jak róża („czerwona róża biały kwiat, wędruj harcerzu ze mną w świat”) gdy pojawiła się M.

— I co tak stoisz? Smutno ci? Coś ci powiem… Nie powinnam pewnie tego ci mówić ale pogadałam z twoją matką… — kontynuowała. — Jesteśmy podobne. — dodała poufale nie wyczuwając, że raczej kiepskie są to „referencje”. Parę godzin później, już rano wyszła z łazienki i patrząc na mnie, śpiącego jeszcze w jej różanej pościeli skierowała ku mnie myśl taką: „masz się ze mną ożenić…” Nie pytajcie mnie skąd o tym wiem. Wiem swoje..


I te właśnie sytuacje przypomniałem sobie w czas covid 19 z podejrzaną jak na upływ tych paru dziesięcioleci, precyzją. Bo choć sprawy potoczyły się, rzecz jasna, całkiem inaczej, nader ciekawie to i tamte „ciekawostki” przechowałem w pamięci naprawdę w doskonałym stanie, kto wie czy nie na wypadek tego na przykład opowiadania…?

Więc teraz, trzeciego dnia po dokonaniu najnowszych odkryć zaszedłem na jej stronę w FB. Prezentowała się oszczędnie. Fotografię jakie zamieściła na swojej stronie były jakby kamuflażem. Jakieś plenery, oddalona szczupła sylwetka, jakieś muzealne wnętrze i postać wpatrzona w rzeźbę niemal tyłem do obiektywu. Niewiele tego i nieco już oddalone w czasie.

Ostatnie zdjęcie zrobione zostało w hali odlotów jakiegoś lotniska. Na pierwszym planie walizka...Najwyraźniej postanowiła pozostawić na tych stronach jedynie swój ślad, mignąć tak tylko.. Trochę to oryginalne, trochę nieciekawe.. Ustaliwszy to wszystko odstąpiłem od dalszych poczynań, wystrzegając się pochopności. Zastanawiałem się: poniechać? zagadnąć?

A niby w jakiej sprawie? Pozostawiłem komputer w spokoju i zwróciłem się ku półkom z ulubionymi lekturami. Po namyśle przeniosłem wzrok z beletrystyki na półkę najwyższą, z treściami innej jakości. Nie interesowały mnie akurat cudze opowieści.- oto w głowie układała mi się własna. Moje never ending story.. Ale należało zmienić klimat, kierunek myślenia. Tak więc szedłem wzrokiem po tej górnej półce: „Islam”, „Teoria względności dla dociekliwych”, „Międzynarodowe prawo konfliktów zbrojnych. Zbiór dokumentów”, „Ludowe skrzynie malowane”, „Słownik wyrazów bliskoznaczych”… Ale sięgnąłem po „Pisma wybrane” Marcina Kasprzaka. To podświadomość narzuciła ten wybór w czas epidemii. Tamże w podrozdziale pt. „Znachorzy” można przeczytać: „Najpierw leczą wszyscy ludzie dobrej woli a więc księża i siostry zakonne, leczą obywatele ziemscy albo członkowie ich rodzin i oficjaliści dworscy, leczą nauczyciele i wszystkie kategorie inteligencji wiejskiej… w przeciwieństwie do znachora nie mając najczęściej chęci zysku na względzie… Wreszcie zamawiacze, szeptuny, kostropawy, Cyganie, pastuchy, zupełni analfabeci, czasem umiejący czytać i pisać…”. Tak sobie poczytałem, odrywając się od myśli byle jakich. Czwartego dnia okazało się, że byłem już usposobiony na niespodzianki. A diabli wiedzą, co tam zrobił z niej czas? Tyle lat! Gdzie „pożeglowała”, jak wysoko?

Nie za bardzo lgnę do internetowych cudów. Zainstalowałem się na fejsbuku z ciekawości jak to działa, poniekąd by nadążać za wyzwaniami czasu nieco późno bo fejsbuk zdążył się już stać miejscem spotkań emerytów..Więc bez zamiaru towarzyskiej ekspansji. Więc propozycja zadzierzgnięcia znajomości, jaką skierowałem do M. należała do incydentów w tym przypadku nieco stresującego a zarazem cokolwiek figlarnego Nie takie to rzadkie gdy czas unieważnia, nie respektuje dalece silniejszych zażyłości. Czy przejdziemy ( ha, ha) na per pan, pani?

Minął tydzień bez efektu. Aż wreszcie fejsbuk poinformował mnie, że zaproszenie moje do zawarcia znajomości „zostało odrzucone”. No i git, pomyślałem sobie, jest spokój. Żona się ucieszy gdy się w chwili słabości zwierzę bo w końcu jest tak jak być powinno. Bądź co bądź na moje stronie można znaleźć zdjęcie Mojej Małżonki. W sympatycznej harmonii ze mną. Ale czy w życiu zawsze bywa tak jak być powinno? M. opowiedziała mi później:

„jakieś dwa tygodnie po tym twoim zaproszeniu do zawarcia znajomości na fejsbuku, przyznasz że to trochę zabawne w naszym przypadku, wznowiły działalność zakłady fryzjerskie no i umówiłam się na wizytę u swojego pana Mirka. Poszłam. Pewnie się domyślasz, że nie czytam czasopism w rodzaju „Jak to w życiu” ale jak się siedzi u fryzjera w oczekiwaniu na zajęcie fotela przed lustrem to się czyta co pod ręką. Nawet „Jak to w życiu”. Jak to w życiu…

A nawet zwłaszcza takie tytuły. I tam natrafiłam na taki artykulik pod tytułem „Czego najbardziej w życiu żałuje?”. Zwierzały się kobitki. Jedna najbardziej żałowała tego, że mając trzynaście lat nie ścięła sobie, będąc posłuszną mamie, włosów na upatrzoną fryzurkę i długo była w następstwie nieszczęśliwa. Inna, że nigdy nie widziała na własne oczy żadnej greckiej wyspy, które tak pięknie wyglądają na fotografiach. Zaś ostania w tym gronie, mając męża nieciekawego poznała w sanatorium pana z dalekiego miasta i w platoniczny wdała się romansik. A potem pan ten ją niespodziewanie odnalazł i zatelefonował, spotkać się pragnął a ona odłożyła słuchawkę. No i pozostał żal…”

Tym sposobem M. dowiedziała się u tego fryzjera czego to można w życiu żałować. Nie miała traumatycznych wspomnień z okresu dojrzewania, szczególnie gdy mowa o fryzurach, wyspami greckimi i kanaryjskimi zdążyła się już nacieszyć no i z tego zestawu niespełnień pozostałem ja, z tą swoją fejsbukową propozycją. Gdy fryzjer o sylwetce baletmistrza, w maseczce którą należałoby określić jako szykowną szarmanckim gestem zaprosił ją do zajęcia fotela przed lustrem, miała już w głowie postanowienie. I już wiedziała, że zajrzy na tę moją stronę na FB raz jeszcze.

Ledwo fryzurka na jej główce rozsypała się niczym bukiet polnych kwiatów w wazonie otrzymałem wiadomość mesenderze: „Ta pani na zdjęciu to z pewnością Twoja żona?” Tak brzmiała jej odzywka po kilku dziesiątkach lata, jakie upłynęły od czasu gdyśmy zamienili pożegnalne słowa.

— Miło, że nie pytasz czy ten facet obok tej pani to ja… — odpisałem.

— Dobrze się trzymasz…

Zamilkłem.. Zapanowała „cisza w eterze”. Kalkulowałem jak się znaleźć w nawiązaniu, bez uszczerbku dla statusu Małżonka, w którym zajmuję nieustannie pozycję podejrzanego. Mijały dni i wypadało się znaleźć. Zagadnąć jakoś nie natrętnie, z dystansem, z respektem..

— A tak nawiasem to gdzie cię można spotkać? — zagadnąłem.

Odpowiedź nadeszła dość szybko.

— Siedzę w kniei. Czekam aż się z wirusem wyjaśni. Możemy pogadać przez internet. Może później jakaś kawa?

Nie przepadam za internetowymi pogaduszkami. Szczególnie za skypem. A na kawę trzeba będzie przeczekać lockdown. i bóg wie co jeszcze. Odpisałem więc:

— Poczekajmy aż będzie gdzie wypić tę kawę..


Miała włosy przycięte w taki sposób, że wyglądały jakby przycięte nie były a rosły tylko tak sobie, trochę dziko, nie koniecznie ku ozdobie. Przez minione tygodnie ta ciekawska fryzurka najpewniej „znaturalniała”. Miała też okulary w oprawce z cienkiego czarnego druciku a ubrana byłą w ciemną spódnicę i w coś w rodzaju marynarki.. Byłą szczupła, jak zawsze.. W pantofelkach na niewysokim obcasie, nie za wysoka, powiedziałbym: w sam raz… W sumie wyglądała skromnie, powściągliwie raczej, żadnych tam wisiorków i malunków, zadbana osoba, rzec można niebrzydka z dodatkiem — nadal…, Bo było nie było nieco leciwa ale która mogła sobie pozwolić na makijaż ledwo, ledwo dostrzegalny. Wyglądała inteligentnie. Feministycznie, tak jakby...Gdy zaś o mnie idzie.. Kto wie czy nie wyglądałem na faceta, który przecenił w młodości jakiś swój artystyczny talent i zatrzymał się w niewłaściwym punkcie. Ale nie wyglądałem na obwiesia. Choć na prawnika nie wyglądałem też. Ale od jednego i drugiego wyglądałem cokolwiek korzystniej. Jak na mój gust…

— Fajny lokal, prawda? Lubię takie klimaty. Ty chyba też?. — powiedziała gdyśmy podali sobie dłonie na przywitanie. To ona zaproponowała dzień i miejsce spotkania. Do mnie należała godzina. (podałem cztery co pół godziny, zaznaczając, że kwadranse też wchodzą w grę. Wybrała tę najpóźniejszą ale był to wczesny wieczór. Poniedziałek. ).

Rozejrzałem się raz jeszcze. Wnęki okienne zdobione jakąś grafiką, wyglądającą tak jakby była dziełem bywalców tej kawiarni, jakieś instalacje plastyczne, fotele i krzesła pomysłu różnych najpewniej projektantów, rozmaitości zgromadzone zapewne z entuzjazmem. Półki wypełnione w połowie książkami, tytuły także obcojęzyczne pokrywały części stykających się ze sobą ścian. Dwie dziewczyny gadając z cicha popijały z wysokich szklanek coś chłodzącego, jakiś facet działał coś w laptopie. Cztery niewielkie stoliki pozostawały wolne. Pod oknami tkwiły pufy.

— Tak fajnie tu — powiedziałem — ale to już nie jest mój świat.. Powiedziałbym, że nie aspiruję już do takich klimatów…

— Co chcesz przez to powiedzieć? — zapytała, prześlizgując się wzrokiem po moim niewyszukanym, jakby niestosownie pospolitym wystroju. Tymczasem takie lokale, oglądane przeze mnie przez szybę na niedzielnych spacerkach z Małżonką wyzwalały we mnie niekiedy nijaką tęsknotkę ale też i pewną tremę w przekonaniu, że panowie w moim wieku spodziewani tam raczej nie są. Elektryczne hulajnogi też wyzwalają we mnie podobną tęsknotkę…

Wkomponowałem się w bardziej konwencjonalne tło…

Dopiero co przejrzałem książeczkę pt. „. Opowieści dziewczęce”, tamże opowieść pt. „Podlotek wśród poetów i oficerów (1829)” z takim oto zdaniem: „Zaledwie przeszłam korytarz i dwa pomniejsze pokoje, już byłam w pięknym jasno oświeconym salonie, pełnym gości, przeważnie wojskowych”. Nieco dalej: „Nazajutrz w przepysznym umajonym i oświeconym pałacu, po szerokich schodach w szpalerze kwiatów, wśród dubeltowego rzędu bogato galowanych lokajów, wchodziliśmy do imponujących salonów, zapełniających się gośćmi..”. Spodobało mi się ta rozkoszna stylizacja, zapamiętałem numery stron z tymi akapitami.. Więc powiedziałem jakby w nawiązani::

— Wkomponowałem się w bardziej konwencjonalne tło…

Uśmiechnęła się jakby wyrozumiale. Czyżby zobaczyła oto we mnie kogoś w rodzaju Dulskiego? I czy przypadkiem nie bez podstaw? Akuratność, będąca niewątpliwie moim udziałem ( ach, wyrzucam śmieci, pozmywam czasem..) trochę martwi mnie ale, szczerze mówiąc nie bardzo już wiem jakie wykroczenie mogłoby mnie we własnych oczach dowartościować. Jak to się mówi — nie wchodzi się dwa razy do tej samej wody a szczególnie jako emeryt …

Siedliśmy przy stoliku przy oknie. Krzesło z przezroczystego plastiku było całkiem wygodne.

— Co zamawiamy? — zapytała.

— Jak uzgodniliśmy już.. — uśmiechnąłem się — Kawę!.

Chłopak, który podszedł do naszego stolika nie wyglądał na kelnera. Wyglądał na członka jakiegoś kluby czy fundacji, prowadzącej ten interes a któremu akurat tego dnia wypadł dyżur przy bufecie. Przyjął zamówienie i poszedł syczeć ekspresem do kawy. Patrzyliśmy z M. na siebie przez chwilę w milczeniu. Nieco sentymentalnie zabarwionym.

— Ładnie wyglądasz. Cieszę się. — powiedziałem. Uśmiechnęła się, kiwnięciem głowy podziękowała.

— Też się nieźle trzymasz, już o tym wspomniałam..

Ja też kiwnąłem głową z uśmiechem. Słyszałem kiedyś, w jakimś programie telewizyjnym, wywiadzie ze znanym aktorem czy pisarzem, starszym już dobrze facetem, taką jego wypowiedź że mianowicie choć jest pokusa aby spotkać się gdy nadarza się okazja z tak zwaną „miłością młodzieńczą” to lepiej pokusie tej nie ulegać bo można doznać szoku. Czy to ze względu na odmianę w urodzie oblubienicy czy też ze względy na nie przewidywane a wręcz niebezpieczne wypaczenia charakteru. W tym przypadku zdawało się być całkiem, całkiem… Chyba nawet lepiej niż można by przypuszczać mając na uwadze te nieco dziwne zdjęcia na FB.

— To jak ci się wiedzie? — zapytała.

— Nieźle. Nie nudzę się…

Zdawała się lekko zaskoczoną moją odpowiedzią. Ciekawe czego się spodziewała? Czyżbym miał utyskiwać, machnąć ręką i oznajmić że „lepiej nie mówić..”? Albo powiedzieć z podejrzaną swadą:: „jest świetnie!” i odbić tandetnie tę piłeczkę pytaniem „a co u ciebie?”. Mniejsza z tym, szedłem dalej:

— …w zasadzie nie miałem okazji się nudzić. Życie było powiedziałbym… dość dynamiczne. Moc niespodzianek! Wyobraź sobie, że w końcu zostałem radcą prawnym i jakoś tam mi się nienajgorzej wiodło, podróże …

— No, pamiętam jak bardzo nie chciałeś być prawnikiem. — uśmiechnęła się bardziej do siebie niż do mnie. Rzeczywiście to wówczas uciekłem z zespołu radców prawnych, gdzie zatrudniony byłem na stanowisku referenta, którego szef chciał skierować mnie na aplikację radcowska.

— Odmieniło mi się. Wiesz, żony dużo potrafią…

I dalej coś tam gadałem ożyciu, trochę chaotycznie, konwersując. Ale to ona była moderatorem tej rozmowy. Miałem wrażenie, ze się do niej jakoś przygotowała. Tak jakby nieco przebiegle. Jakieś podchwytliwe pytanka, półsłówka zachęcające do podjęcia wątku. Tak jakbym był testowany, jakbym miało się w okazać jaki to ze mnie wyniknąć mógłby pożytek albo i co skrycie kombinuję, jeśli w ogóle… Odnosiłem się powściągliwie. Nie przeszkadzało mi to. Zresztą wiedziałem, że inaczej nie potrafi.. Akurat prostolinijność nie byłą przypadłością Małgorzatki.. Z drugiej strony była też w tym swoim damskim sprycie jakoś atrakcyjna. Jak krzyżówka w weekendowym magazynie gazety z wyższej półki. W końcu zagadnąłem:

— Może powiedz coś o sobie…

Tak jakby lekko się spłoszyła. Jakoś nie zdziwiłem się gdy powiedziała, że „od dawna już nie jest mężatką”. Nie spytałem o przyczynę tego stanu rzeczy a i ona nie dopowiedziała. Odpowiadało mi to przemilczenie. Nie byłem gotów na jakieś wyrazy przyprawionego goryczą zrozumienia czy nie daj boże współczucia a krzywdzić jej swoimi hipotezami nie chciałem. Pokazała za to zdjęcie swego syna, zainstalowane w smartfonie. Jest lekarzem. Spodziewa się potomka. M. czeka na wnuka! A poza tym lubi podróżować. Ubolewa, że akurat nie można ma bowiem we Florencji coś jeszcze do obejrzenia.

— A jaka jest twoja żona? — zapytała tonem wyrażającym zainteresowanie wolne od jakiegoś tendencyjnego nastawienia. Wydawało się,. że nie oczekiwała odzywki w rodzaju: „a nie mówmy…” prędzej czegoś takiego jak: „żona jak to albo żona…” być może innej jakiejś, odpowiedzi, do której miała już gotowy komentarz. Ale powiedziałem:

— Fajna. Ciekawa…

— To co to znaczy? Na czym to polega?

— No, nie da się powiedzieć w trzech zdaniach. Ona zasługuje na powieść, kryminał, melodramat, nic skromniejszego. Skromniejsza forma byłaby ujmą dla niej..

Zofia jednak nie chciała współpracować to znaczy nie zgadzała się na to bym wykorzystał w swoim pisaniu opowieści z jej świata i życiowe przypadki., które niekiedy zawierzała mi jako anegdotę albo historię nie zabawną..

— Wyjątkowa kobieta… — powiedziała Małgosia tonem, zawierającym średnio cienką nutkę ironii. Bez której jej słowa zabrzmiałyby fałszywie.

— No. Już choćby poczynając od tego, że była najstarszym dzieckiem w sześcioosobowej gromadce, w rodzince oględnie mówiąc nie zamożnej.

Wychuchana jedynaczka, siedząca naprzeciwko mnie pokiwała zwolna głową i zrobiła miną mówiącą „aha”. Po czym dodała:

— No to fajnie tak zasiąść przy świątecznym stole w takim kręgu…

Niezupełnie tak było. Krąg zdążył się już zawęzić. Danka, oscylująca bliżej marginesu, przechodząca z rąk, od czasu do czasu pozostawiając dzieci gdzie bądź, mając lat czterdzieści w końcu wyszła za sędziwego emeryta ale i tak nie zdołała go przeżyć. Ta reszta w tym lekarz, sędzia adwokat („uczyliśmy się dla mamusi…). rzecz jasna rozproszyła się, wijąc swoje gniazdka i twierdze tu i tam. Ale rzecz jasna nie podjąłem opowieści o mojej żonie, uśmiechając się tak jak należało. Czyli tak jakbym wiedział lepiej, Co oczywiste.

— Chciałabym ja poznać.

Zaskoczyła mnie kompletnie tą odzywką. Chyba nawet o to jej chodziło. Przemknęło mi przez głowę: „Jeszcze czego?!”

— Nie bardzo to widzę.. Ale zastanowię się — powiedziałem i ku własnemu zaskoczeniu poczułem, że to „zastanowienie” gdzie tam z tyłu głowy zaczęło mi kiełkować. Niemądrych myśli, zdaje się, nigdy dosyć. Ciekawe czym by się to skończyło! I kto by wyszedł z tego na swoje.. Raczej nie ja…

— Wie o naszym spotkaniu? — spytała i znowu mnie zaskoczyła.

— No, nie wie.. — odpowiedziałem ze szczerym zakłopotaniem.

— Powinieneś jej o tym powiedzieć. Bierzesz sobie na sumienie…

Trafiła. Przytłumiony niepokój sumienia nagle odezwał się z nadspodziewaną mocą. Nie powinienem tego ukrywać. Chociaż z drugiej strony… Dezaprobata mojej Małżonki wobec spotkań mojej owdowiałej matki z jakimś żonaty mocno leciwym dżentelmenem, wykraczała dalece poza rutynową niechęć do teściowej. Więc nie zdobyłem się na odwagę. Powiedziałem za to teraz:

— Wiesz… jest cokolwiek zazdrosna.

— Po tylu latach małżeństwa?! To ty jesteś szczęśliwy człowiek!

— Och, no… nie śmiałbym zaprzeczać… — i rzeczywiście nie śmiał bym..

Miałem wrażenie, że coś żeśmy sobie właśnie wyjaśnili. Jak to się mówi „o tyle o ile”. W sam raz.. Czyli, że można by pogadać o starych znajomych. Ale najwyraźniej to nie był jeszcze ten moment.

— Możesz powiedzieć, że spotkaliśmy się przypadkiem… — podjęła.

(Czyli, że to opowiadanie mogłoby rozpocząć się zupełnie inaczej. Na przykład tak:

„Wiesz, co? — powiedziałem do Małżonki — spotkałem się z M. Wiesz kogo mam na myśli… Tę z dawnych lat..

Siedzieliśmy sobie z Zofią w pokoju dziennym albo jak kto woli w salonie albo po prostu w „dużym pokoju”. Ona w fotelu popijała zieloną herbatę, ja przysiadłem na kanapie by pogadać. Był wczesny wieczór, byliśmy w dobrych nastrojach i naprawdę były lepsze tematy do pogawędki ale coś mnie podkusiło i odezwałem się właśnie tak.

— Kiedy to było — spojrzała na mnie badawczo i bez sympatii.

— Jakiś czas temu.. to bez znaczenia.

— Nie jest bez znaczenia. Chciałabym wiedzieć gdzieś ją spotkał?

Ojojoj.. — westchnąłem, obdarzając się współczuciem — Było tak… — wziąłem głęboki oddech… Na pewno chcesz tego słuchać? — zapytałem jeszcze przekornie.

— Chcę.

— … więc otóż któregoś dnia szedłem pod górę ulicą Oboźną ku Krakowskiemu Przedmieściu, była piękna pogoda., gorąco. Więc na wysokości bocznej bramy prowadzącej na teren Uniwersytetu postanowiłem skrócić sobie drogę i przejść w poprzek kampusu. Minąłem nowy gmach Wydziału Prawa a następnie Instytut Historii Sztuki po czym ominąłem zachęcający cieniem drzew i koliście ustawionymi ławkami skwer ponieważ zdecydowałem zajść do budynku Dawnej Biblioteki..

— A co ty tam miałeś do roboty?

— Chciałem się odlać. Jest tam na parterze toaleta a ja, jako absolwent uznałem, że mam pełne prawo skorzystać…

— No i co dalej?

— Zgadnij… Niecierpliwa jesteś… Wyobraź sobie, że obecnie potężne drzwi, wrota bez mała jak zapewne pamiętasz. do tego gmachu, otwierają się automatycznie, jak w jakimś supermarkecie. Nie pasuje to automatyzacja do dziewiętnastowiecznej architektury., no ale ja tam w końcu już nie bywam. Tak czy owak minąłem portiernie i znalazłem się w holu, zastawionym okazałymi planszami, ustawionymi na stelażach, na których to planszach widniały zwielokrotnione fotografie o treści historycznej. Odszukałem wzrokiem planszę, na której zamieszczono tekst, wprowadzający w przedmiot ekspozycji. Przeczytałem parę zdań choć i tak wiadomo było na pierwszy rzut oka o co chodzi. Budynki, sale wykładowe, zdjęcia grupowe dostojnych facetów, gronostaje, łańcuchy, birety, brody, wąsiki, garnitury, surduty, białe koszule czyli Uniwersytet retro. Nikogo nie było w tym holu poza mną więc przemieszczałem się swobodnie. Wtem usłyszałem za sobą kobiecy, przyciszony głos, wymawiający moje imię. Czułem się zaskoczony. Reszty się chyba domyślasz?

— Chciałabym usłyszeć tę resztę.

— Może zróbmy krótką przerwę?

— Wolałabym bez przerwy.

— Bardzo proszę:… „Witek?” — nie rozpoznałem tego głosu. Zresztą w tym miejscu nie miałem żadnych skojarzeń, Nie pamiętam kiedy byłem tam ostatni raz. Bez dwóch zdań w minionym stuleciu! Przecież nie wykluczone, że kręciliśmy się tam w tym samym czasie… Odwróciłem się. I poznałem! To był Jej głos…

— Tak to ja. — odpowiedziałem

— A to ja.. — uśmiechnęła się, przy czym bardziej uśmiechały się jej oczy niż usta, które ozdobił oszczędny grymas. Powiedzieć, że się nie zmieniła byłoby grubiańską przesadą ale to była ona. Nigdy bym nie przypuszczał, że w tak niespodziewanym spotkaniu możliwe jest tak szybkie zignorowanie upływu czasu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 5.46
drukowana A5
za 22.67