Autor udostępnia do przeczytania 25% swojej książki

Kup książkę

Ucieczka

Autorka: Ada Niemczyk

Deszcz tłukł w szyby coraz mocniej. Za oknem słychać było krzyki dzieci i dorosłych. Księżyc, górujący nad namiotami rozbitymi przy Black River, schował się za chmurami.

Agatha spoglądała przez małe okienko w tylnej części niewielkiego pokoju. Smugi spływającego deszczu sprawiały, że obóz wyglądał całkiem inaczej. Zniekształcone postaci poruszały się szybko na północ w stronę niewielkiego lasu.

— Szybciej, Agatho! Na co czekasz? Pośpiesz się — mówiła szczupła kobieta o kruczoczarnych włosach.

— Nie chcę uciekać! Mamo, chcę zostać tutaj — płakała dziewczyna.

— Rozumiem cię, ale musimy uciekać. Nie mamy już czasu.

Agatha ubrała szary płaszczyk i czarne buty. Dziewczyna wzięła świece i kilka monet, a następnie wraz z mamą wybiegły na szeroki plac pełen palących się namiotów. Kierowały się w stronę lasu, chcąc dołączyć do grupy. Z każdej strony słyszane były krzyki przeplatane z płaczem. Gdy dziewczyna i jej mama znalazły się u podnóża lasu, Agatha ostatni raz ujrzała swój dom. Płomienie szybko trawiły kolejne części namiotu. Żółto-zielone mieszkanie stało się teraz stertą zwęglonych płócien i drutów.

rys. Ada Niemczyk

— Dokąd idziemy? Boję się — mówiła przez łzy Agatha, ale zanim uzyskała odpowiedź, została wprowadzona do tunelu, w głąb którego prowadziła drewniana drabinka.

Schron był niewielki, lecz wystarczający dla liczącego sześćdziesiąt siedem osób obozu Nefilów.

— Wiem, że to, co się stało, może być dla ciebie trudne, Agatho, ale na nasz obóz napadli ludzie pragnący zemsty. Chcieli nas zmusić do oddania naszego dobytku i do ucieczki z okolic Black River. Ach… Jesteś młoda, wielu rzeczy jeszcze nie rozumiesz, ale zapewne wiesz, że historia naszej rasy była bardzo trudna. Nigdy nie byliśmy mile widziani wśród ludzi — powiedział starzec, którego Agatha dobrze nie znała, po czym odszedł.

Zapadła cisza, wszyscy usłyszeli tupot biegnących ludzi. Kroki stawały się coraz głośniejsze. Nagle… Jeden z ubranych na czarno mężczyzn znalazł się wśród Nefilów. Wymachiwał srebrnym ostrzem z dziwnymi zdobieniami. Sztylet odbijający światła latarni nie był zwykły. Nie był to nóż zrobiony przez rasę ludzką. Silniejsi od ludzi potomkowie upadłych aniołów byli przerażeni. Po chwili tłum rozstąpił się, a człowiek szedł powolnym krokiem w stronę Agathy. Miał on krótkie, brązowe włosy niedbale ułożone za pomocą pomady. Dziewczyna nie potrafiła oderwać wzroku od niebieskich oczu. Mężczyzna miał nietypowe znamię — zaczynająca się w połowie czoła blizna, przecinała łuk brwiowy i kończyła się na prawym policzku. Niebieskooki mamrotał coś pod nosem, wymierzył sztyletem w stronę Agathy i…

W namiocie rozległ się przeraźliwy krzyk. Wystraszona i zdezorientowana Agatha zobaczyła, że znajduje się w swoim łóżku. Zielona skrzynka na ubrania stała obok niewielkiego stoliczka, na którym leżały książki. Wszystko było na swoim miejscu. Do pokoju wbiegła zaniepokojona mama i zaczęła uspokajać córkę.

— Miałam straszny sen — mówiła przez łzy Agatha. — Nigdy nie chcę opuścić tego miejsca. Ten niepozorny namiot to mój dom i nie pozwolę, aby jakiekolwiek wydarzenia odebrały mi go.

Zdziwiona przemówieniem córki mama pocałowała ją w czoło i ułożyła do spania.

rys. Ada Niemczyk

Sekretny pokój

Autorka: Zuzanna Sawicka

Pewnego czerwcowego dnia młode małżeństwo wprowadziło się do dużego domu. Caroline już jako mała dziewczynka planowała ten wielki dzień. Musiała mieć wszystko pod kontrolą w każdej sytuacji. Jej mąż, Stefan, był rozważnym i uczuciowym mężczyzną.

Nastał ten czas, gdy wprowadzili się do wspólnego domu w Nowym Orleanie. Podekscytowana Caroline chciała jak najszybciej znaleźć się w środku. Wybiegła szybko z samochodu, a Stefan spoglądał na nią z uśmiechem. Po chwili małżeństwo znalazło się wewnątrz swojego przytulnego domu. Czekając na ciężarówkę z ich rzeczami, para przechadzała się po swoim salonie. Uśmiechy nie znikały z ich twarzy. Oboje tryskali radością. Stefan przytulił swoją wybrankę i powiedział:

— W końcu jesteśmy na swoim.

— Tak się cieszę, jest idealny. Już widzę, jak nasze dzieci będą biegać po wszystkich pokojach — złapała się za swój brzuch, a jej mąż położył swoje duże dłonie na jej. Po chwili usłyszeli dzwonek do drzwi. Stefan poszedł w ich kierunku i nacisnął klamkę. Ku jego zdziwieniu nie był to mężczyzna, który miał przywieźć ich rzeczy. Ujrzał wysokiego bruneta z lekkim zarostem i niebieskimi oczami.

— Witaj! Jestem Klaus Mikaelson — uśmiechnął się.

— Stefan Salvatore, miło mi poznać kogoś nowego w tej okolicy, właśnie się wprowadzamy — podali sobie dłonie i nim zdążyli się obejrzeć, stała już przy nich Caroline.

— Pani jeszcze nie miałem okazji poznać. Dzień dobry, Klaus Mikaelson, wasz nowy sąsiad — ucałował rękę kobiety.

— Caroline Salvatore, miło mi — uraczyła mężczyznę miłym uśmiechem, a on się odwzajemnił.

— Wejdź — powiedział Klaus. Gość po chwili przekroczył próg drzwi.

— Może napije się pan kawy lub herbaty? — zapytała kobieta.

— Nie, dziękuję, przyszedłem się tylko przywitać, a teraz muszę wrócić na spotkanie rodzinne. Jeszcze nadarzy się okazja na rozmowę, do zobaczenia — odparł, a małżeństwo również się z nim pożegnało.

Po kilku dniach mieszkania w nowym miejscu Stefan zaczął budzić się co noc, ale nie mówił o tym swojej żonie. Myślał, że bezsenność minie z czasem, jednak tak się nie stało. Kobieta nadal o niczym nie wiedziała. Jednak pewnej nocy sama obudziła się i zobaczyła, że jej mąż nie leżał obok niej tylko stał przed szafą.

— Stefan? Coś się stało? — zapytała.

— Nie wiem, co się dzieje… — powiedział zmartwionym tonem, a jego ukochana w tym samym czasie zapaliła światło. Po chwili stała obok mężczyzny.

— Co masz na myśli? — zaciekawiona spojrzała mu w oczy.

— Budzę się każdej nocy odkąd się tu wprowadziliśmy — zamknął oczy na chwilę. Potem spojrzał na Caroline, która była zaniepokojona.

— Kochanie… Cały czas śni mi się nasz sąsiad. Tak naprawdę nie wiem, dlaczego, ale… — kiwał głową tak, jakby chciał wyrzucić tę myśl z głowy, jednak Caroline ujęła jego twarz w swoje małe dłonie.

— Spokojnie. Powiedz dokładnie, co się dzieje w tych snach albo co Klaus próbuje Ci w nich przekazać — próbowała uspokoić męża. Stefan wziął głęboki oddech.

— Powiedział, że coś jest za tą szafą, ale nie sprawdziłem tego, bo nie mogłem jej odsunąć.

Caroline otworzyła ją, weszła do jej wnętrza i zaczęła się jej przyglądać od środka. Zapukała w tylną ścianę mebla. Usłyszeli pusty dźwięk. Za ścianą było pomieszczenie. Spojrzała na ukochanego. Był zaciekawiony. Gestem pokazał swojej żonie, że ma się odsunąć. Zrobiła to, a on zajął jej miejsce. Mocno uderzył w ścianę i nagle osunęła się deska. Wyrwał ją i wyważył resztę drewnianej powłoki, za którą był niewielki pokój. Oboje weszli do środka, a wewnątrz znaleźli stare księgi, drewniane kołki, kuszę i innego rodzaju broń. Na półce Caroline zauważyła małe pudełeczko, na którym widniał napis:,,WERBENA”. Otworzyła je, a wewnątrz znalazła suszone listki rośliny, której raczej nie znała.

rys. Magdalena Trzos

— Stefanie, jutro musimy się zapytać Klausa, kto tu wcześniej mieszkał.

On tylko przytaknął i wyszli z małego pomieszczenia.

— Możecie się mnie zapytać już dzisiaj.

Ich serca zaczęły nagle bić szybciej i z przerażeniem spojrzeli na swoje drzwi od sypialni, w których stał sąsiad. Klaus ugryzł się w nadgarstek. Podbiegł do Stefana i przyłożył mu krwawiącą rękę do ust. Trzymał go tak, by ofiara nie mogła uciec. Klaus spojrzał na kobietę, która przerażona osłaniała swój brzuch. Domyślił się, że była w ciąży. Po chwili stanął naprzeciwko Caroline, spojrzał jej w oczy.

— Stój spokojnie, nie krzycz, nic mu się nie stanie — powiedział, a blondynka posłuchała. Następnie Klaus znalazł się znowu obok Stefana, po czym skręcił mu kark. Kobieta znieruchomiała, lecz nie mogła krzyknąć czy też się ruszyć.

— Wszystko będzie dobrze. Obudzi się jako wampir. Natomiast na tobie zastosowałem tylko perswazję. Wiedz jednak, że miałem w planach przemienić również ciebie — mówił, podchodząc do kobiety. — Jednak zorientowałem się, że jesteś w ciąży. Gdybym podjął próbę twojej przemiany… zabiłbym to dziecko.

— Jak to: „Będzie wampirem”? O co chodzi? — powiedziała zdziwiona. W tym samym czasie Stefan podniósł się z podłogi.

— O, proszę, zaraz wam wszystko wytłumaczę. Teraz sam musisz napić się krwi — rzucił w stronę Klausa butelkę z ciemnoczerwoną cieczą. — Inaczej umrzesz w ciągu doby.

Mężczyzna posłusznie odkręcił korek i wziął kilka łyków.

— Dobrze, więc przejdę do sedna. Potrzebuję armii wampirów, aby odegrać się na czarownicach, które chcą przejąć moje rodzinne miasto, by objąć w nim władzę, do czego oczywiście nie dopuszczę… — tłumaczył.

— Skąd wiesz, że chcę Ci pomóc i dlaczego mi się śniłeś? — zapytał Stefan.

— Ponieważ jeżeli tego nie zrobisz, to cię zabiję. Widziałeś mnie w snach, bo przychodziłem tu co noc i wnikałem do twojego umysłu — powiedział i uśmiechnął się.

— Ale jak to zrobiłeś? — zapytała przerażona kobieta.

— Zacznijmy od podstaw. Aby wampir mógł wejść do jakiegoś domu, który ma właściciela, musi być zaproszony. Wy pozwoliliście mi wstąpić do waszego, dlatego się tu znalazłem. Jesteśmy nieśmiertelni, jednak zabić nas może coś drewnianego wbitego w serce, najczęściej są to kołki, albo jeżeli ktoś nam oderwie głowę, ale są to rzadsze przypadki.

— Czyli można nas zabić, chociaż jesteśmy nieśmiertelni? — zapytał Stefan.

— Przecież już nie żyjesz. Mnie nie da się zabić — mówił. — No chyba, że masz kołek z białego dębu, a tak się składa, że tylko ja taki mam.

— Czy są w ogóle jakieś zalety bycia wampirem? — zapytała Caroline.

— O tak, jest ich kilka — zaczął wyliczać na palcach. — Jesteśmy silniejsi, szybsi, potrafimy wnikać do czyichś umysłów oraz nasze rany się szybciej goją, bo nasza krew ulecza.

— W jaki sposób?

— Po prostu… Podajesz ją poszkodowanej osobie i ona zdrowieje. Jednak nie działa w przypadku poważnych chorób, chodzi bardziej o zadrapania i innego rodzaju okaleczenia. Przejdźmy do wad. Werbena to roślina, która może nas poparzyć lub osłabić, zapobiega też perswazji.

Caroline przypomniała sobie o małym pudełeczku i spojrzała na swojego męża, a Klaus kontynuował.

— Cały czas łakniemy też krwi. Żeby zapobiec nieprzyjemnej sytuacji, zostawiłem wam kilka butelek w lodówce, a ty, Stefanie, lepiej śpij dziś na kanapie — zażartował. — Bym zapomniał, nasze uczucia, zmysły są silniejsze, zwłaszcza mamy lepszy słuch.

Małżeństwo słuchało cały czas sąsiada z uwagą. Klaus podszedł do Stefana i dał mu pierścień z niebieskim kamieniem.

— To pierścień światła, pozwala wampirom przebywać na dworze w dzień — powiedział Stefanowi, a ten przytaknął i założył biżuterię. — Cały mój plan opowiem wam jutro, a teraz idźcie spać. Dobranoc.

Drugi dom

Autorka: Oliwia Kwasigroch

Każde ze słów ma kilka znaczeń. Zabawne, że jedno można odebrać na „x” sposobów. Słowo to coś więcej niż tylko zlepek liter. Nie możemy być pewni, czy ktoś, mówiąc:,,Kocham cię’’, wyznaje nam uczucia, czy po prostu z nas drwi. Wszystko zależne jest od tonu jego głosu, od mimiki twarzy. Dla niektórych słowa nie mają większego znaczenia, a inni zaś nie potrafią złamać obietnicy.

Dlatego właśnie sądzę, że dzisiejsze zadanie, które dał nam nauczyciel, to cios poniżej pasa.

— Napiszcie mi, co dla was oznacza dom — powiedział, przechadzając się po klasie i patrząc to na jednego niezadowolonego ucznia, to na drugiego, którego wyraz twarzy wyrażał coś więcej niż czystą niechęć. To była nienawiść, a w ich oczach błysnęłą chęć zemsty. Bo jak można zadać coś takiego?! Trzeba nie mieć serca!

— Ale proszę pana! — jeden z odważniejszych uczniów postanowił powiedzieć coś, co tkwiło wtedy w głowach nas wszystkich.

— Każdy zinterpretuje to inaczej! — zauważył Staś, który wstał z krzesełka tak energicznie, że omal nie wywrócił ławki siedzącej za nim Julki. — Ja mogę uważać, że dom to zabite dechami więzienie, w którym rządzą starsi od nas ludzie, uważający się za mądrzejszych. Nie pozwalają nam jeść tego, na co mamy ochotę, wyciągają nam z rąk batoniki, a wciskają jakieś bezsmakowe warzywa! — zauważył szczerze, a reszta klasy poparła go, wykrzykując zgodne:,,O właśnie!’’ albo,,Zgadzam się!’’. — A ktoś inny zaś, że dom to miejsce, w którym można robić, co się zechce i nikt nam w tym nie przeszkodzi! — dodał chłopiec, który z każdym wypowiedzianym słowem stawał się guru naszej klasy.

Nauczyciel uciszył nas, unosząc dłoń. Okrzyki ucichły dopiero po chwili.

— Uspokój się, Stasiu — rzekł spokojnie. — Właśnie dlatego zaznaczyłem:,,Co dla was oznacza dom’’. Każde z was żyje w innych warunkach, każde z was otacza się innymi ludźmi, więc także każde z was inaczej będzie odbierało niemal wszystkie ze słów — zauważył. — A teraz usiądź i przestań straszyć koleżankę — poprosił po tym, jak siedząca za Stasiem Julka zrobiła oczy niczym pięciozłotówki, gdy chłopiec omal nie wywrócił jej ławki.

Stasiu, mamrocząc coś pod nosem, usiadł na swoim miejscu i z uczuciem poniesionej porażki skrzyżował ramiona na piersi.

— Jak zawsze sądzicie, że robię wam na złość — wybąkał nauczyciel, siadając za swoim biurkiem i mierząc nas spojrzeniem. — Ale z tej pracy, którą mi przyniesiecie, będzie można wiele wywnioskować.

— Jak bardzo ubogie słownictwo posiadam? — zauważył ironicznie Staś, ale nauczyciel postanowił zignorować uwagę chłopca.

Staś, choć o rok młodszy od nas wszystkich, potrafił się sprzeciwić nauczycielom i wyrazić swoją opinię nawet wtedy, gdy wiedział, że może się ona nie spodobać 3/4 części klasy, w tym także nauczycielowi. Chłopiec miał kędzierzawe blond włosy, a różnica wieku sprawiała, że był niemal najniższy w klasie. Ale kto zwracałby uwagę na kilka centymetrów mniej lub więcej, gdy pierwszym, co rzucało się w oczy, były jego nieziemsko niebieskie tęczówki? Takiego koloru nie widział jeszcze żaden z nas, a Staś ostatnimi czasy bardzo lubił się tym szczycić. Nie to, żeby nie miał czym, po prostu mógłby być troszkę bardziej skromny. Za każdym razem był przekonany, że może mieć każdą dziewczynę w klasie, bo każdej z nich podoba się jego kolor oczu. Co z tego, skoro większości z nich sięga do nosa, więc najpierw musiałyby się schylić, aby lepiej przyjrzeć się jego tęczówkom. Zapewniał, że jeszcze wszystkich nas przerośnie, ale ja szczerze wątpię, aby to była prawda.

— Albo że nie potrafię zinterpretować nawet najprostszego słowa? — dodała Izabela, która język polski miała w paluszku. Ale niestety nie w małym.

— Dzieci, to nie chemia kwantowa, proszę was tylko o zinterpretowanie jednego słowa — powiedział błagalnie pan Tymoteusz. Miał może 45 lat, jak obliczyliśmy na podstawie informacji, które pozwolił nam z siebie wyciągnąć, lecz zawsze unikał tematu swojego wieku, więc może był dużo starszy? Nie zauważyliśmy jednak u niego siwych włosów i był wobec nas bardzo cierpliwy, a ponoć cierpliwość nauczyciela maleje wraz ze stażem pracy. Ale może po prostu regularnie farbował swoje włosy i medytował? Szkoda, że nie powiedzieliśmy mu, iż jego starania przynoszą efekty.

— Ile mamy czasu? — odezwał się siedzący za mną Adaś, który niemal całe lekcje siedział cicho. Miejsce obok niego zajmował jego plecak. To było jakby głuche wygnanie każdego, kto choćby pomyślał, by się przysiąść. Nigdy nie rozumiałem, dlaczego zachowywał się w ten sposób. Nie był wobec nikogo niegrzeczny, ale też widziałem, że był do nas sceptycznie nastawiony. Nieraz próbowałem podejść i zapytać, czy nie potrzebuje pomocy w ćwiczeniach, ale gdy tylko chciałem wykonać krok w jego stronę, miałem wrażenie, że moje stopy przykleiły się do podłoża. Adaś czasami potrafił przesiedzieć całą lekcję, gapiąc się tępo w jeden punkt przed sobą. Niekiedy także lustrował spojrzeniem każdego z nas, a gdy tylko ktoś go na tym przyłapał, natychmiast uciekał spojrzeniem w inne kierunki. Był cichy, ale zdarzały się także chwile, w których widocznie coś go trapiło i zdawał się być zły. Po korytarzu także przechadzał się sam. Zawsze nosił ze sobą jakiś gruby notes, ale gdy przechodząc obok, spojrzałem na niego, okazało się, że były to komiksy Marvela. Udało mi się wywnioskować, że najbardziej lubił Kapitana Amerykę. Zawsze nosił ze sobą ten sam komiks i założyłbym się, że zna go już na pamięć. Za to mój Hulk leżał nietknięty, odkąd dostałem go na urodziny od Zośki. Nie chciałem sprawiać jej przykrości, więc przyjąłem go, udając, że bardzo się z niego cieszę. Ale ja nie lubiłem komiksów. Nie miałem na nie także czasu. Ostatnio pochłaniała mnie budowa szałasu w lesie wraz z chłopakami. Nadal próbujemy wykombinować, gdzie go postawić i jak ułożyć gałęzie, aby wiecznie się nie rozpadał. Inaczej nie ma mowy o tym, że do niego wejdę.

— Na to zadanie macie całe trzy, maksymalnie cztery dni — poinformował pan Tymoteusz. — Oczywiście jeżeli ktoś z was skończy szybciej, ale na to się chyba nie zapowiada, może oddać mi pracę — dodał, a my całą klasą fuknęliśmy na jego słowa: „Na to się nie zapowiada”.

Lekcja zakończyła się, jednakże nie wszyscy mogli wyjść z klasy. Nauczyciel zawołał mnie do siebie gestem dłoni, a ja wpakowałem wszystko do torby jak leci i pognałem do niego. Za chwilę mieliśmy iść z chłopakami dokończyć nasz szałas, więc jeżeli zatrzymałby mnie dłużej, chłopaki kazaliby robić mi wszystko samemu w nagrodę za spóźnianie się.

— Michasiu, mam do ciebie wielką prośbę — rzekł nauczyciel, splatając swoje palce i spojrzał na mnie tak błagalnie, że niemal od razu poczułem wielką odpowiedzialność, choć nawet jeszcze nie wiedziałem, o co poprosi. A może jednak coś przeskrobałem? Mimowolnie zaczęły pojawiać się we mnie wyrzuty sumienia. — Adaś zawsze siedzi taki samotny — zaczął, a ja odetchnąłem głęboko z małą ulgą, choć nadal byłem nieco zmartwiony tym, co dla mnie przygotował. — Byłbym bardzo wdzięczny, on z pewnością także, gdybyś pomógł mu w nauce. Ma też do poprawienia parę jedynek, a ty miałeś z tych sprawdzianów dobre oceny, więc wiem, że z łatwością byś go nauczył. To dobry chłopak, potrzebuje tylko kogoś, kto go naprowadzi — dodał, patrząc na mnie niemal maślanymi oczyma, a ja opuściłem spojrzenie na podłogę.

— Nie ma problemu, nie jestem dzisiaj zajęty — skłamałem. Miałem przecież budować szałas, a zapowiadało się pomaganie w nauce koledze, który nie odezwał się do mnie nigdy nawet słowem.

— Dobry z ciebie kolega! — odparł widocznie uradowany pan Tymoteusz i podniósł się z krzesła z uśmiechem. — Jestem pewien, że dacie sobie radę. Do widzenia, Michasiu.

Odetchnąłem głęboko i zacisnąłem dłoń na ramiączku od plecaka, przygotowując w myślach usprawiedliwienie, które będę musiał wygłosić przed chłopakami. Szkoda, że nigdy nie potrafię odmówić. Zdenerwowany na brak choć najmniejszej apatii, wymamrotałem krótkie:,,Do widzenia’’, wychodząc z klasy.

— Chłopaki, chłopaki! — krzyknąłem, omal nie przewracając się na schodach, gdy próbowałem zatrzymać opuszczających bramę szkoły Grzesia, Ernesta i Karolka. Dziewczyna, którą mijałem, wcisnęła mi w dłoń ulotkę z dużym, czerwonym napisem Halloween napisanym czcionką, która zawsze występowała w filmach z wampirami w rolach głównych. Nie to, że je lubiłem, po prostu chłopaki zawsze zmuszali mnie do ich oglądania, gdy przychodziło Halloween. Nie chcę się do tego przyznawać, ale to ja zawsze mam największego pietra z nas wszystkich. Nie to, że nie jestem odważny! Potrafię, gdy sytuacja tego wymaga i po prostu jestem najrozsądniejszym w całej naszej grupie. I dlatego to mnie zawsze wysyłają na przeniesienie sprawdzianów do pana Tymoteusza. A do tego trzeba mieć naprawdę dużo odwagi…

Zgniotłem ulotkę jak najszybciej się dało i ukradkiem wrzuciłem ją do stojącego nieopodal kosza. Byle tylko chłopaki jej nie zauważyli.

— Co jest, Michaś? — Grzesiu, który właśnie chował coś do swojego plecaka, spojrzał na mnie spod swoich długich, ciemnych rzęs. — Widziałeś? — zapytał entuzjastycznie, a ja dopiero wtedy zauważyłem, co chowa do plecaka. Ulotkę. — Organizują w szkole Halloween! — dodał, a następnie zaczął dźgać mnie w żebra. — Co, nasz Michaś znowu tchórzy? — uśmiechnął się z rozbawieniem i choć normalnie powinienem się o to obrazić, tym razem zignorowałem kąśliwą uwagę przyjaciela.

— Nie buduję dzisiaj z wami szałasu — powiedziałem prosto z mostu, bo tak ponoć najlepiej. Żadnego owijania w bawełnę, kawa na ławę. — Nie mam czasu, muszę pomóc Adasiowi.

— Komu? — powiedzieli Ernest i Grzesiu niemal jednocześnie.

— No, ten Adaś, który całymi dniami chodzi po szkole sam i nikogo do siebie nie dopuszcza — powiedział Karolek. — No wiecie, ten dziwak, raz był na mnie zły, gdy powiedziałem jakiś żart o rodzinie. Nawet już nie pamiętam jaki, ale on strasznie się o to oburzył — zauważył urażony, spoglądając na nas wszystkich przez kilka sekund, jakby mając nadzieję, że go zrozumiemy lub poprzemy. Co prawda mógłby trzymać język za zębami i czasami zachować te parę groszy dla siebie, ale taki jest już Karolek. Zresztą posiada specyficzne poczucie humoru, a jako przyjaciele zmuszeni jesteśmy akceptować ten fakt.

— Adaś nie jest dziwakiem — rzuciłem nagle, nawet nie zauważając, kiedy te słowa wyleciały z moich ust. — Jest po prostu… nieśmiały i trochę bojaźliwy, a my jesteśmy za to głośni i energiczni, więc może boi się, że nie potrafiłby się dostosować? — zauważyłem, tłumacząc chłopakom coś, co i mnie dopiero teraz przyszło do głowy. Adaś nie jest dziwny, to my zachowujemy się zawsze za głośno, a on za to woli nie zwracać na siebie uwagi i nie ma w tym nic dziwnego. — Poradzicie sobie dzisiaj beze mnie czy nie? Nadrobię zaległości potem.

— Będziesz musiał poprzynosić trochę gałęzi sam i dobudować szałas — uprzedził Ernest. — W trójkę słabo z budowaniem, a ja muszę przecież siedzieć i rozkazywać dwóm osobom naraz. Nie wiesz nawet, jakie to trudne — zauważył, wzdychając głęboko, jakby na samą myśl dostawał zadyszki.

— A myślisz, że noszenie gałęzi to łatwa sprawa? — oburzył się Grześ, co przy jego filigranowej posturze było wręcz nieco zabawne. Grzesiu był chudy, miał duże brązowe oczy i czarne włosy, a także bardzo ciemne, długie rzęsy, których pozazdrościłaby mu niejedna dziewczyna.

— Co ty wiesz o męczących zajęciach… — Ernest machnął na niego ręką, a Grześ rzucił się na niego z pięściami, jednakże nie zdążył nawet dotknąć chłopaka, gdy Karolek pochwycił go w biegu. — To powodzenia w nauczaniu naszego kolegi — rzucił chłopak, spoglądając za siebie, na Karolka obejmującego Grzesia, aby nie zabił Ernesta, i prychnął cicho. — Znowu się bijecie? — usłyszałem te słowa jak przez mgłę, gdy jedynie wyminął ich i udał się do bramy.

— To cześć! — krzyknął Karolek, puszczając Grzesia. — Pozdrów Adasia!

— Na razie! — dodał Grzesiu, podnosząc z ziemi swój plecak i zarzucając go na jedno ramię, a następnie pobiegł za chłopakami, rzucając się na Karolka. Upadłszy na ziemię, zaczęli udawać bijatykę. A ja stanąłem obok szkoły, czekając cierpliwie na Adasia.

Nie miałem pojęcia, gdzie mieszka, nie wiedziałem o nim kompletnie nic, oprócz oczywiście jego imienia nazwiska. Usiadłem na cemencie, opierając głowę o mury szkoły i liczyłem przechodzących uczniów, lecz żadnym z nich nie był Adaś. Nagle ujrzałem go siedzącego na przystanku autobusowym. Pochylał głowę, zapewne po raz setny czytając „Kapitana Amerykę”. Podniosłem się i niczym strzała pomknąłem w jego stronę.

rys. Daria Przybyłka

— Cześć, Adaś! — rzuciłem chyba zbyt głośno, siadając obok niego, ponieważ chłopiec wzdrygnął się delikatnie.

— Cześć — odpowiedział cicho. — Ty jesteś Michaś, prawda? — zapytał, spoglądając na mnie jakby w obawie, że za chwilę go za to skarcę.

Uśmiechnąłem się szeroko i szybko przytaknąłem.

— Tak, i pan Tymoteusz poprosił mnie, abym się z tobą pouczył — powiedziałem uradowany. — Fajnie, że możemy razem spędzić trochę czasu i się poznać. Na lekcjach w ogóle się nie odzywasz i mało o tobie wiem — zauważyłem szczerze, a on westchnął głęboko, nie odrywając wzroku od lektury. Chyba nie spodobała mu się moja uwaga, ponieważ czekając na odpowiedź, usłyszałem jedynie ciszę. — Więc, moglibyśmy pouczyć się u ciebie? — podjąłem kolejną próbę, a moje słowa wywołały w nim pewien strach.

— U mnie? — powtórzył markotnie.

— Tak, no wiesz, moi rodzice wrócą dopiero za jakiś czas, bo dzisiaj zostali dłużej w pracy, ponieważ miałem wrócić do domu o 17.00. Planowałem budować z chłopakami szałas, ale jednak wolałem pomóc tobie w nauce — powiedziałem, mając nadzieję, że zachęcę go tym do udzielenia mi choć małej porcji informacji. — Jak widzisz, pozostaje nam jedynie twój dom.

Odchrząknął, zamykając „Kapitana Amerykę”. Schował go powoli do tornistra, a następnie spojrzał na mnie z ukosa, przytakując powoli.

— To świetnie! — zauważyłem ochoczo.

Autobus pojawił się z pięciominutowym spóźnieniem. Wsiedliśmy do niego, zajęliśmy miejsca na tyle i w ciszy pokonaliśmy drogę do domu Adasia. Stwierdziłem, że nie będę narzucał się rozmową na tematy, które zapewne go nie interesują. Milczenie jest złotem. Adaś zaprowadził mnie do swojego domu, a ja, nie odzywając się ani słowem, szedłem za nim krok w krok, oglądając okolicę. Chłopiec uprzedził mnie jedynie, bym nie przejmował się jego rodzicami. Choć nie do końca wiedziałem, co ma to oznaczać, skinąłem głową na jego prośbę, obiecując, że nie będę zwracał na nich uwagi.

Dom Adasia się rozpadał. Choć mam tu na myśli głównie budynek, to jego rodzinę także. Ze ścian odchodził tynk, schody kruszyły się i gołym okiem było widać, że dom jest bardzo zaniedbany. Jego relacje z rodzicami także. Gdy tylko przekroczyliśmy próg jego domu, uderzył mnie jakiś duszący odór. Nie do końca potrafiłem go wtedy rozpoznać, ale był to alkohol. Milczałem jednak cały ten czas, udając, że nie zauważam nic z tych rzeczy. Przywitałem się grzecznie z tatą Adasia, ale ten nas zbył. Uznałem to po prostu za nieco niegrzeczne z jego strony, ale nadal cierpliwie ignorowałem.

Zajęliśmy miejsce w salonie. Rozłożyliśmy książki na stole, a ja odsunąłem wypełnioną popielniczkę na bok. Dyskretnie. Adaś jednak zauważył to i na jego twarzy pojawiło się skrępowanie. Nie chcąc, żeby dalej się tak czuł, po prostu zacząłem uzupełniać z nim braki w jego wiedzy, zajmując jego myśli czymś innym. W trakcie naszej nauki tata Adasia kilkakrotnie rozkazywał mu, aby wyprowadził psy, przygotował mu obiad, a także dawał mu kilka innych zajęć. Reasumując, z naszej nauki nie wyszło nic pożytecznego. Przestałem się mu dziwić, dlaczego nie potrafi znaleźć wspólnego kontaktu z rówieśnikami. Przestałem się dziwić, że ma złe oceny. Przestałem się dziwić, dlaczego ciągle chodzi przygnębiony. A to wszystko tylko i wyłącznie dlatego, że spędziłem z nim trochę więcej czasu.

Potem wróciła mama Adasia. Sądziłem, że dzięki temu będzie lepiej, że zwróci uwagę swojemu mężowi i pocieszy syna. Ale ona jedynie wszystko zignorowała. Ponadto, nakrzyczała jeszcze na Adasia, że ma zająć się czymś pożyteczniejszym i nie zawracać jej teraz głowy, bo jest zmęczona po pracy.

Dopiero wtedy znalazłem odpowiedź na zadanie podyktowane przez pana Tymoteusza. Dopiero wtedy zrozumiałem, że mam lepiej niż mi się wydaje. Dopiero wtedy dowiedziałem się, czym jest dom. Dom to ciepło, rodzina, bliskość i wsparcie. Dom to miejsce, do którego powracasz po ciężkim dniu i wiesz, że wypoczniesz. Dom to coś więcej niż tylko budynek. To miejsce, do którego z radością wracasz każdego dnia.

Z zadania dostałem piątkę, a mój samotny dotąd i nieprzeczytany „Hulk” znalazł swój dom w rękach Adasia, który cieszył się z niego o wiele bardziej niż ja.

Zegar przeszłości

Autorka: Ida Zalewska

Już od samego rana byłam podekscytowana, ale jednocześnie pełna obaw. Chodziłam po mieszkaniu w tę i z powrotem, nie mogąc usiedzieć w miejscu. W końcu po piętnastu latach miałam odwiedzić swój rodzinny dom, w którym spędziłam całe dzieciństwo. Moi rodzice zmarli, gdy miałam 3 lata, dlatego zaopiekował się mną mój kochany dziadek. Zamieszkałam w jego wiejskim domu, który należał do naszej rodziny od pokoleń. Pamiętam, że był stary i ogromny. Zawsze gdy bawiłam się z dziadkiem w chowanego, odkrywałam coraz to nowe pokoje, stare, zapomniane. Gdy przychodziła burza lub nawałnica, łataliśmy za każdym razem zepsuty dach porośnięty mchem i winobluszczem. Okalający dom zagajnik oraz łąka nadawały mu sielski wygląd, co doceniłam dopiero po latach. Chodzące po podwórku zwierzęta często wchodziły nam do kuchni, a biegające po korytarzach kury i kaczki sprawiały dużo kłopotów. Na szczęście był wtedy ze mną uśmiechnięty dziadek, który ze wszystkim sobie radził. Był, ponieważ nie ma go już wśród nas. Tak właśnie zapamiętałam swój dom.

— Anno, pośpiesz się. Pan Benson już czeka — powiedziała moja ciotka, wchodząc do pokoju i położyła mi zawiniątko na stoliku.

— Kochana ciocia — uśmiechnęłam się do siebie, widząc spakowane i zawinięte ciasto marchewkowe na drogę.

Ciotka Meredith tak naprawdę nie była moją ciocią. Była przyjaciółka mojej zmarłej mamy, dlatego gdy straciłam też dziadka, zaopiekowała się mną. Miała jedynego syna, który zmarł w wieku dziesięciu lat, dlatego starałam się chociaż trochę zastąpić utracone dziecko. W zamian otrzymałam jej miłość, dach nad głową i co najważniejsze… rodzinę.

— Czeka cię długa droga. Na pewno sobie poradzisz sama? — spytała troskliwie ciocia Meredith.

— Tak, ciociu. Poradzę sobie — powiedziałam i ucałowałam ją na pożegnanie.

Wzięłam z łóżka małą walizkę i wyszłam z mieszkania. Na dole czekał już na mnie w samochodzie pan Benson, przyjaciel ciotki.

— To gdzie panienkę zawieźć? — spytał jak zwykle życzliwie i z uśmiechem na twarzy.

— Do Wiltshire, proszę pana.

Pan Benson odpalił swojego czarnego Bentleya i wyjechał na ruchliwe ulice Londynu. Droga do Wiltshire trwała według mnie w nieskończoność. Od wyjazdu ze stolicy minęło chyba pięć godzin, a my dalej byliśmy daleko od celu naszej podróży. Czas dłużył się i dłużył.

— Chyba do wieczora tam nie dojedziemy — westchnęłam ciężko z lekkim zawodem w głosie.

— Skąd, jesteśmy już na miejscu — zaśmiał się pan Benson i ruchem ręki wskazał tablicę: „Witamy w hrabstwie Wiltshire”.

Teraz czułam się jeszcze bardziej podekscytowana. Kierowca podjechał Bentlayem na pobocze, wysadził mnie na przystanku autobusowym i machając do mnie ręką, ruszył w drogę powrotną do Londynu.

— Do widzenia! — krzyknęłam jeszcze za nim, ale chyba już tego nie usłyszał. Wzięłam głęboki oddech, chwyciłam mocno za rączkę walizki i ruszyłam znaną mi z dzieciństwa drogą. Minęłam znajomy staw, w którym razem z dziadkiem łowiłam ryby i uczyłam się pływać, stary plac zabaw, na którym tak jak piętnaście lat temu nie było żadnych dzieci. W końcu doszłam do wielkiego drzewa. Wydało mi się bardzo znajome. Odłożyłam walizkę i zaczęłam obchodzić pień dookoła.

— Jest — powiedziałam na widok wyrytych w korze inicjałów „A+J”. — Ciekawa jestem, jak się teraz miewa Jace.

rys. Ida Zalewska

Jace był moim przyjacielem, gdy mieszkałam jeszcze z dziadkiem. Często przychodził do nas i pomagał nam wypasać zwierzęta. Był ode mnie starszy, ale nie przeszkadzało nam to. Spędzaliśmy ze sobą bardzo dużo czasu, dopóki dziadek nie zmarł, a ja zostałam odesłana do cioci Meredith. Od tamtej pory go nie widziałam, nawet nie wiem, jak się miewa i gdzie mieszka. Gdy tak stałam, nagle zawiał wiatr na tyle silny, że przewrócił stojącą na poboczu walizkę. Gdy podeszłam i ją podniosłam z ziemi, ujrzałam coś, co zaparło mi dech w piersi. Przede mną, na środku posesji otoczonej zagajnikiem, stał duży, stary dom. Tak, to był właśnie mój ukochany, rodzinny dom. Poznałam go od razu. Niepewnym krokiem ruszyłam ścieżką prowadzącą pod same drzwi posiadłości. Dom wyglądał tak, jak go zapamiętałam. Ogromne, lekko spróchniałe ramy okien przysłaniał bluszcz pnący się aż na sam dach domu. Nawet mech na dachu wyglądał jakby od piętnastu lat się nie zmienił. Weszłam ostrożnie po starych, drewnianych schodach na werandę i odłożyłam walizkę na bok. Podeszłam powoli do drzwi i wyciągnęłam rękę, żeby otworzyć je wielką, mosiężną klamką. W pewnym momencie cofnęłam rękę w obawie, że to, co zobaczę, nie będzie już przypominało tamtego domu. Po dwóch wdechach chwyciłam za klamkę i otworzyłam drzwi. Moim oczom ukazał się znajomy widok. Dom zachował się w bardzo dobrym stanie. Dziadek pozostawił po sobie stare, teraz okurzone meble, parę rupieci i…

— Pamiętam ten zegar — powiedziałam, patrząc na wiszący na ścianie zegar z kukułką. Był to prezent od mojej mamy, który podarowała dziadkowi przed swoją śmiercią. Do oczu napłynęły mi łzy radości i smutku. Wróciły wszystkie wspomnienia z dzieciństwa, te dobre i te złe. Stojąc na środku pokoju, poczułam w sercu dziwne uczucie, którego nie mogłam opisać. Jakbym była przywiązana do tego miejsca w jakiś sposób.

— Tak, to jest mój prawdziwy dom — szepnęłam.

Epilog

Autorka: Daria Przybyłka

Dom. To coś, czego Avalee nigdy nie miała. Odkąd tylko pamiętała, mieszkała w dżungli. Sama. Nie miała rodziny, przyjaciół. Żyła w ciągłym strachu, czy przeżyje kolejną noc. Zazwyczaj spała wysoko na drzewie, tam istniało mniejsze ryzyko, że dzikie zwierzę postanowi zrobić sobie z niej kolację. Ale to, że ryzyko było mniejsze, nie oznacza, że nie istniało wcale. Pantery, gepardy i inne koty umiały bez problemu wspiąć się na drzewo. Żeby utrudnić im znalezienie siebie, co noc zmieniała drzewo na którym spała oraz nacierała się różnymi zapachami mającymi zabić jej naturalną woń. Dlaczego? Otóż nie była ona zwykłym człowiekiem. Była córką czarownicy. Ludzie z rasy magicznej mają inny zapach, bardzo kuszący dla drapieżników. Właściwie dla każdego pachniała inaczej. Każdy czuł to, co najbardziej lubił. Ona na przykład czuła zapach lasu po deszczu.

Teraz nie mogła go już czuć. Kilka dni temu kamień spadł jej na głowę z osypującej się skały przy źródle i zemdlała. Obudziła się w powozie konnym ubrana w stary worek po ziemniakach. Miała spętane ręce. Już kiedyś w takim jechała, gdy miała dziesięć lat. Wyjrzała na zewnątrz przez małe okno z kratami. Wieźli ją do miasta. Gdy po czasie otworzyli drzwi, słońce zaświeciło prosto w jej oczy, oślepiając ją. Jacyś ludzie chwycili ją za włosy i rzucili na bruk. A potem odjechali. Tak po prostu.

rys. Daria Przybyłka

***

Avalee schowała się za rogiem budynku przed strażą. Kradzież była karana ścięciem ręki. Nie zważano na to, co było skradzione. A ona ukradła tylko jabłko. Była taka głodna, nie jadła już kilka dni, a wodę piła z beczek na deszczówki. Mogłaby wyczarować trochę jedzenia, ale za magię zostałaby zamordowana w najgorszy możliwy sposób. Kolejnym ofiarom wymyślano nowe tortury. Widziała egzekucję czarownicy, więc wolała nie ryzykować. Gdy zobaczyła przechodzącego strażnika, uciekła w głąb uliczki. Mimo że był środek słonecznego dnia, w niej było ciemno. Avalee nie bała się ciemności, w dżungli przez liście w najjaśniejszym momencie dnia panował półmrok. Mimo wszystko tu było inaczej. Gdy szła pomiędzy starymi domami, czuła wewnątrz siebie niepokój. Nagle zza rogu wyskoczył jakiś chłopak. Tak bardzo się przestraszyła, że upadła w kałużę na nią.

— Ty idioto! Przez ciebie jestem cała mokra!

— Oj tam, przesadzasz. To tylko żart — zaśmiał się i wyciągnął rękę, aby pomóc jej wstać.

Dziewczyna spojrzała na niego spode łba. Nie przyjęła pomocy i wstała o własnych siłach

— A co niby możesz mi zrobić? Jesteś czarownicą i rzucisz na mnie klątwę? — zaśmiał się i udawał, że czaruje rękoma, rzucając na nią jakiś czar. Mina mu zrzedła, gdy zobaczył, że oczy dziewczyny zaczynają błyszczeć na fioletowo.

— Rzucać klątwy akurat nie potrafię. Jeszcze. Szybko się uczę — powiedziała z grozą w głosie. — A uwierz mi, potrafię też robić gorsze rzeczy. Więc dla własnego spokoju lepiej nikomu o mnie nie mów.

— Jak masz na imię? — zapytał z lekkim przerażeniem, ale nie aż takim, na jakie liczyła.

— Avalee. A ciebie jak zwą? — odpowiedziała.

— Ja jestem Casper. A dla przyjaciół… Też Casper.

Avalee parsknęła śmiechem.

— Ha! Udało mi się cię rozśmieszyć! Punkt dla mnie — powiedział z entuzjazmem, kładąc pięści na biodrach.

— Jesteś żałosny — powiedziała z uśmiechem na ustach i ruszyła w głąb uliczki.

— Ale za to zabawny — ruszył za nią, rozchlapując wodę w kałuży.

— Hej, nie chlap na mnie! — odskoczyła ze śmiechem.

— Zdradzić ci tajemnicę?

— Ledwie mnie znasz, a już chcesz się dzielić tajemnicami? — spytała, unosząc brwi.

— Wiem, że tobie mogę w tym temacie zaufać — przystanął i oparł się o ścianę, a Avalee uczyniła to samo.

— No to dawaj — ugryzła skradzione jabłko. Casper jednak nic nie mówił, tylko patrzył jej w oczy. Dziewczyna zaczęła się niepokoić. Obejrzała się szybko za siebie, ale tam nikogo nie było. Gdy spojrzała na nowego znajomego, zobaczyła, że obok niego lata zapalona lamapa naftowa. Z zaskoczenia upuściła jabłko. Nie mogła wydusić z siebie słowa.

— Tam, gdzie idziemy, jest dość ciemno, potrzebna nam lampa — wytłumaczył ze spokojem, jakby to było coś zupełnie zwyczajnego i ruszył szybkim krokiem. Avalee nie mogła za nim nadążyć.

— Zaczekaj! Mam tyle pytań! — wołała za nim, ale on się nie zatrzymywał.

— Na wszystkie odpowiem, gdy dotrzemy na miejsce, teraz musisz być cicho, inaczej nas złapią — rzucił za ramię.

— Złapią? Kto?

— Pytania później, teraz cicho.

Casper szedł, ale dla Avalee było to zbyt szybkie tempo. Musiała za nim biec. Nie zadawała już pytań. Jeżeli ktokolwiek miał ją złapać, nawet jeśli to nie była straż, wolała nie ryzykować. Miała jeszcze ochotę trochę pożyć, tym bardziej, że znalazła kogoś takiego jak on. Casper zatrzymał się przed prawie niewidocznymi drzwiami. Zamknął oczy i pochylił lekko głowę w stronę drzwi. Po kilku chwilach z drewna zaczął wydobywać się fioletowy dym. Drzwi otworzyła filigranowa dziewczyna z włosami w kolorze platynowy blond. Gdy zobaczyła chłopaka, otworzyła przejście szerzej. Casper zawołał do siebie Avalee. Dziewczyna ujrzała w pokoju za długim korytarzem kilkoro ludzi siedzących w kole.

— Avalee, wszyscy jesteśmy czarodziejami. Będziesz tu bezpieczna. Nazywamy się zakonem czarnego światła. Chcesz do nas dołączyć?

Powoli weszła do środka. Usiadła na poduszce obok dziewczyny z fioletowymi włosami. Miała na sobie kostium z czarną peleryną i dużym kapturem, a jej oczy były wręcz neonowo zielone.

— Tu jesteś już bezpieczna — powiedziała, dotykając jej ramienia. — To twój nowy dom.

— Dom… — powiedziała z westchnieniem tęsknoty za czymś, czego nigdy nie miała.

Przeczytałeś bezpłatne % książki. Kup ją, aby przeczytać do końca!

Kup książkę