E-book
12.99
drukowana A5
25.99
drukowana A5
Kolorowa
53.97
Przygody oneironautów

Bezpłatny fragment - Przygody oneironautów

i inne teksty z bloga Aplana


Objętość:
174 str.
ISBN:
978-83-8189-342-8
E-book
za 12.99
drukowana A5
za 25.99
drukowana A5
Kolorowa
za 53.97

Przygody oneironautów

I. Turniej LD Master

MORFEUSZ — maszyna, której nazwa pochodzi od imienia bożka snu z greckiej mitologii. Jest to narzędzie do obrazowania snu, udoskonalone przez opcję dwubiegunowości (można nie tylko widzieć przebieg snu na monitorze, ale również wpływać na jego treść w czasie rzeczywistym). Dzięki temu wizje projektowane są wedle własnych pragnień. Jakiekolwiek obrazy czy symbole można dosłownie wgrać do systemu, a maszyna wygeneruje odpowiednie impulsy w trakcie snu.

Przez kilkadziesiąt lat ta przyjemność ograniczona była dla wąskiego grona naukowców i wybranych ochotników.

W roku 2087, po wielu badaniach, uznano za bezpieczne korzystanie z urządzenia przez obywateli. Kilku miliarderów zdecydowało się pójść o krok dalej i stworzyć maszynę, pod którą można podpiąć jednocześnie nawet dwadzieścia osób. To pozwoliło na tworzenie scenografii snów, dostarczając — wedle opinii użytkowników — przyjemność korzystania z tak bogatej w realne bodźce „wirtualnej rzeczywistości”.


— Ministerstwo zasięgnęło rady lekarzy. Na chwilę obecną nie możemy stwierdzić, że tego rodzaju używka, jak to niektórzy nazywają, może mieć negatywny wpływ na zdrowie psychiczne użytkowników.

Artek, Mateusz i Paweł — trzej dobrzy koledzy, których znajomość rozpoczęła się podczas kursu świadomego śnienia — oglądali w barze wiadomości. Jedna z reporterek naciskała ministra zdrowia, Sebastiana Robackiego, by dowiedzieć się, jakie działania planuje w temacie rozszerzającej się mody na świadome śnienie.

Morfeusz znajdował się w rękach ludzi, którzy w błyskawicznym tempie doprowadzili do jego ewolucji i podali już przybliżoną datę pierwszego turnieju. Szacują, że już za rok udoskonalą urządzenie tak, by można było zorganizować oficjalne rozgrywki oneironautów (choć wielu z nich twierdziło, że to zwykła reklama i nic nie zastąpi naturalnego stanu świadomości we śnie).

Podano nawet roboczą nazwę: „Turniej LD Master”. Skrót LD oczywiście odnosi się do słynnego Lucid dream (co po polsku oznacza „jasny sen”), czyli stanu, gdy śpiący uświadamia to sobie i zaczyna snem sterować i zmieniać wedle własnych upodobań (co sceptycy uważają za stan niemożliwy do uzyskania).

Testy do wersji beta planowano rozpocząć za dwa tygodnie. Choć wszystko miało przebiegać tak, jak w planowanym Turnieju, to trzeba było uwzględnić wciąż pojawiający się problem. Nie można w stu procentach zagwarantować, że indywidualne wizje poszczególnych umysłów nie będą wpływać na bieg wydarzeń i obraz rzeczywistości. Jeszcze w pierwszej fazie testów urządzenia dochodziło czasem do czegoś, co można było nazwać buntem umysłu. Osoba śniła dalej, ale obraz był mieszaniną tego co narzucił program i tego, co „zaplanował” mózg uczestnika.

Naukowcy uspakajali jednak, że użytkownicy doświadczali już takich przeżyć nawet w warunkach domowych. Odgłosy syreny z zewnątrz, budzik czy głosy za ścianą często były modyfikowane przez mózg i dołączane do scenerii we śnie. Nikt nie robił z tego problemu. Wielu praktyków śnienia zgadzało się z tą całkiem logiczną odpowiedzią.

Mimo tego powstało mnóstwo teorii, przede wszystkim na temat samych snów i prób wpływania na niego. Niektórzy zaczęli węszyć spisek. Śnienie gwarantuje pewien wgląd w siebie. Można pracować nad sobą, swoim charakterem czy też spojrzeniem na świat. Oczywiście przy założeniu, że osoba pragnąca zmiany ma trzeźwe spojrzenie na naturę snów (i nie popada zbyt łatwo w magiczne myślenie).

Świadome sny dają znacznie więcej możliwości: można odwiedzić wszystkie egzotyczne miejsca na Ziemi, można siedzieć za kierownicą najdroższych samochodów świata, można uprawiać seks z aktorkami lub aktorami Hollywood. Wszystko to w sposób dyskretny i bezpieczny.

Niektórzy właśnie to uważają za poważny problem. Byli przekonani, że nie trzeba zatrudniać specjalistów, by ocenić wpływ na światową gospodarkę, gdyby ta moda opanowała cały świat. Kwestią czasu jest, gdy potomek Morfeusza, nazywany przez inwestorów już mniej symbolicznie: DreamingCore, będzie sprzedawany zwykłym obywatelom za przystępną cenę i wszelkiego rodzaju rozrywkę będzie można zagwarantować sobie w domu.

Chłopaki, również sympatycy świadomych snów, byli żywo zainteresowani tymi wiadomościami. Patrzyli w skupieniu — wszyscy w jednej pozie, z zadartymi głowami.

Ktoś kiedyś powiedział, że wyglądają jak trzy pory roku.

Artek — gorące lato. Miał nienaturalnie szkliste oczy, pełne pragnienia życia i przygody. Chodził nienaturalnie wyprostowany. Solidna postura oraz pewny, szybki krok mogły być błędnie odczytywane jako cechy „kozaka”, który chce pokazać innym, gdzie jest ich miejsce w stadzie. Nie, on po prostu cenił swoją egzystencję i czasy, w jakich przyszło mu żyć.

Paweł — sroga zima. Był o wiele starszy od pozostałych. Jego siwe już włosy, gdzieniegdzie jeszcze poprzecinane czarnymi nitkami, z daleka sprawiały wrażenie grafitowych.

Mateusz — deszczowa jesień. Właściciel włosów w kolorze brunatniejącego listowia lubił ubrania w odcieniach brązu i głębokiej pomarańczy. Podobnie jak Artek miał dwadzieścia pięć lat, ale w przeciwieństwie do kolegi wolał spędzać czas samotnie, często robiąc długie spacery.

W tym momencie był również nieco zaniepokojony wiadomościami, bowiem chciał być jednym z betatesterów Turnieju. Nie sądził, by politycy mogli zabronić tego niecodziennego wydarzenia, ale wiedział, że jeśli zaczęli się temu przyglądać, mogą węszyć w tym zyski. Sam fakt powołania specjalistów i debatowania był skuteczną zasłoną dymną, by odwrócić oczy społeczeństwa od prawdziwych problemów, jak nepotyzm, rozdawanie pieniędzy, niewydolna biurokracja i tym podobne.

— Nie do końca rozumiem, czemu nie skierować spojrzeń na oneironautów — odezwał się Artek. — Przecież gdyby to była prawda, to działo by się z nimi coś złego.

— Tym bardziej, że niektórzy przy pomocy LD poradzili sobie z fobiami czy nałogami, a jeszcze inni pozbyli się nawracających koszmarów — dodał Paweł.

Ze względu na wspomniane plusy świadomego śnienia pojawiły się też tezy, że DreamingCore zadziałałoby na odwrót, nie czyniąc z ludzi wiecznych domatorów tylko czekających na sen. Mogliby lepiej rozwiązywać swoje problemy i pokonywać ograniczenia. Mieliby więcej pomysłów, energii do życia, chęci zwiedzenia egzotycznych zakątków. I to nie tylko w tym czasie, gdy śnią.

Gdzie leży prawda? To zależy, czego szuka człowiek. Jeśli obiektywnych informacji, to jest jednym z nielicznych, ale ma szczęście. Sny bowiem– nie tylko świadome — mogą być pewną formą pomocy. Wiele z nich potrafi np. pokazać — na swój oniryczny sposób –gdzie leży problem niepożądanych nałogów czy zachowań. Można czerpać korzyści też z samego bycia świadomym we śnie, jak i pozwolić wykorzystać czas jeszcze efektywniej.

Oczywiście nietrudno popaść w pusty zachwyt i nieświadome sny traktować tylko jako ciekawe formy filmów (odrzucając te, które posiadają — wedle przeżywającego — nudną fabułę, jak i oczywiście koszmary), świadome natomiast jako formę przyjemnych rozrywek i ciekawych przeżyć (jak orgie, lewitowanie, stany narkotyczne czy widzenie całego obrazu wokół siebie).

Jak zwykle więc, prawda leży pośrodku, a Internet gwarantuje wszystko dla wszystkich: spiskowcy uważają świadome sny i ciche przyzwolenie rządów na rozprzestrzenianie się tej mody za model „Orwell 2.0”. Ci od pozytywnego myślenia sądzą, że w ten sposób będzie można uwolnić się od własnych blokad i wykorzystywać lepiej prawo przyciągania. Są też tacy, którzy marzą o prostym życiu bez martwienia się o opinię innych i liczą, że dosłownie wgrają sobie nowe przekonania, które im na to pozwolą.

Gdy informacje o świadomym śnieniu skończyły się i pojawiły się kolejne, tym razem dotyczące kiełkujących relacji między Koreą Północną i Południową, panowie rozpoczęli dyskusję.

— Sądzę, że rząd chce się wpakować — zaczął Artek. — Zbliża się turniej LD. Wiecie, ile to narobi zamieszania. Jeśli ludziom po tym nie odwali, a wszyscy wiemy, że nie, to oni chcieliby wiedzieć, co obywatele tam robią. Poza tym, panowie, wszyscy wiemy, że można wpływać na siebie podczas snów. Mi wystarczy zwykły sen z konkretnymi osobami, bym potem w realu zwracał na nie uwagę, jeśli mijam je na ulicy.

Mateusz się skrzywił. Spojrzał na półki z alkoholem, jakby tam mógł znaleźć najlepszą odpowiedź, która przy okazji nie będzie drażnić Artka, zwolennika siły sugestii.

— Myślę, że z tym jest jak z siłą hipnozy. I tu, i w temacie LD możliwości nie są mrzonką, ale przez wielu są przeceniane do granic absurdu. Tym bardziej, że jeśli ludzie są inteligentni, to rządowi nie uda się nimi manipulować. To tak nie działa. A jeśli ludzie są głupi, to rząd tym bardziej nie potrzebuje zaglądać im do umysłów. Wystarczy stara, dobra, medialna propaganda.

Paweł — który odzywał się najrzadziej — westchnął. On już wiedział, że rozpoczyna się niekończąca dyskusja o psychice, zdolnościach umysłu, sile sugestii czy placebo. I oni sami to zauważyli, dlatego się zamknęli. Byli świadomi, że poruszanie takich tematów na obu towarzyszy działa jak płachta na byka. Mieli inne światopoglądy, ale mimo wszystko się lubili, no i lubili świadomie śnić, a także czasem sobie o tym opowiadać.

Nagle ktoś rzucił się na nich obu i czule objął, głośno witając:

— Witam Czerń i Biel! — Tak ich nazywał, bo zauważył, że w dyskusjach często stoją po przeciwnych stronach. — O czym dziś dyskutujemy?

— Akurat skończyliśmy, ale tym razem nie szliśmy na noże, więc nie przegapiłeś bogatej w emocje debaty. A coś ty taki szczęśliwy? — zapytał Artek.

— Bo sprzedałem wiele fantazji — odparł, po czym odszedł roztańczonym krokiem, by zamówić butelkę ginu.

Fantazje to pigułki zwiększające ludzkie możliwości podczas snów, więc siłą rzeczy mogły wpływać na zachowanie, a nawet wygląd na jawie… przynajmniej według reklam. Głównie miały powodować zmianę wyglądu — przyciemnienie skóry, zmianę koloru tęczówek. Oczywiście najlepiej sprzedające się pigułki to te wspomagające powiększanie muskulatury, penisa i biustu. W praktyce działało to podobno najczęściej tylko na tych, którzy chcieli powiększyć muskulaturę, ale chodzili już na siłownię.

Fantazja — tak nazywano też człowieka, który handlował pigułkami. Nie robił sobie wiele z tego, że ma opinię naciągacza. I tak był tylko dystrybutorem, który chwycił kontakt z indyjską firmą farmaceutyczną. A gdy zauważył, że rozpoczyna się boom na świadome sny, zaczął kręcić całkiem dobry biznes.

Ponadto uważał, co bardzo pasowało Artkowi, że w niektórych drzemie ukryty potencjał. Łykanie pigułek rzeczywiście pomagało, tyle że nie wszystkim i nie zawsze. On uważał, że przez swoją działalność jedynie popycha ludzi do uwolnienia potencjału, by w końcu wyglądali tak, jak pragną; by byli, kim chcą. Nawet gdyby tabletki okazały się zwykłym placebo, on powiedziałby: nieważne, jaka technika — ważne, że skuteczna.

Właśnie wracał z ginem.

— Panowie, mam nowe tabletki do przygotowań pod Turniej. Skusicie się?

Artek od razu sięgnął po portfel.

Przed Turniejem — choć cały czas chodziło o jego wersję testową, dlatego też zamiennie używano określenia „Beta” — testerzy są podłączani do DreamingCore, jednak sny nie będą skrępowane żadnymi regułami. Właśnie wtedy muszą pokazać swoje umiejętności, by móc z nich korzystać podczas spotkania w Ensenii — krainie już wygenerowanej przez system.

Czasy, w jakich będzie się dziać przygoda w Ensenii, mają odpowiadać okresowi średniowiecza, w szczególności późnych Wikingów. W finałowym starciu ma dojść do walk między grupami uczestników, którzy poznają się i połączą w te grupy wcześniej, już podczas wędrówek. Chyba, że ktoś chce zaryzykować samotną wędrówkę, samotną walkę i ostatecznie samotną próbę przejęcia Loco Torre.

Nazwa sugerowała, że chodzi o szaloną wieżę. Jednak jak ona będzie wyglądała, jakiego poświęcenia od uczestników wymagała, by ją przejąć — tego nie wiedział nikt.


Mateusz wybudził się nad ranem. Wielu oneironautów tak czyniło, bowiem zwiększało to potem szanse na utrzymanie świadomości po ponownym zaśnięciu. Niestety w jego wypadku, mimo szczerych starań i chęci, świadome sny miewał rzadko. Odnalazł za to radość z nieświadomego śnienia. Próbował też zrozumieć swoje sny, bo zdarzało się, że sugerowały całkiem sporo.

Nadal nie tracił zapału i starał się robić to, co sympatycy LD robić powinni.

Pochodził trochę po pokoju, poczytał o snach i znów położył się spać.

początki często wyglądały podobnie — miał hipnagogi (najczęściej krótkotrwałe, wzrokowe — choć nie tylko — halucynacje podczas zasypiania). Dziś zapamiętał jeden.

Widział siebie. Przed nim stała grupa facetów. Wiedział, że są groźni i będą chcieli go pobić, ale wiedział też, że nie ma odwrotu. Mimo lęku ruszył na tego, który wyglądał jak ich lider. Zaczął z nim walczyć i choć tamten raczej nie oddawał, to zadawane ciosy niespecjalnie go ruszały. Mateusz pomyślał, że jest naprawdę bezradny, a jego ciosy są jak podmuch wiatru. Ale wtedy zwrócił uwagę na resztę grupy i zauważył, że za każdym razem, gdy zadawał cios liderowi, upadał ktoś inny. Sam lider natomiast stał wciąż niewzruszony.

Innych snów nie pamiętał, ale i tak nie spał długo. Musiał być trochę niewyspany, bowiem wieczorem miał się pojawić na testach do Turnieju. Gdy sobie to uświadomił, poczuł się ożywiony. Oczywiście denerwował się — było sporo osób, które starały się tam dostać. Chociaż nie będzie to jeszcze oficjalne wydarzenie, to wizja uczestnictwa i tak była niezwykle pociągająca. Oczywiście ich zmagania mogą okazać się na tyle ciekawe, że zainteresują producentów pod kątem wysokiej oglądalności.

Gdy dotarł do Instytutu Oneironautyki w Krakowie, polecono mu wypić ziołowy napar, po którym już dość szybko poczuł senność.

Kobieta w kitlu poprowadziła go przez korytarz z paroma drzwiami po jednej stronie. Wiedział, że za nimi są pokoje, do których niedługo będą przychodzić wybrańcy. W końcu się zatrzymali i weszli do pomieszczenia, gdzie miał przeżyć swój pierwszy świadomy i nagrany sen. Zobaczył leżankę, a na niej hełm z całkiem sporą ilością kabli. Położył się, założył urządzenie i już powoli zaczął zasypiać.

Pojawił się w czymś, co przypominało ogromną kamienną halę. W środku nie było żadnych pomieszczeń czy korytarzy. Wszędzie widział tylko zewnętrzne ściany i otwory na okna, choć te były ułożone chaotycznie. Przy każdej z naprawdę wysokich ścian, w trzech rzędach ułożone były kamienne kładki które gdzieniegdzie przecinały otwory okien. Pod kładkami i wokół okien, choć też w wielu innych miejscach, znajdowały się niewielkie symbole z narysowanymi twarzami.

Budynek nie miał podłogi, Mateusz stał na ubitej ziemi, która tylko miejscami była rozkopana. Wszędzie leżały mniejsze lub większe stosy kamieni i skrzynie zbite z wysłużonych desek. Te skrzynie były bardzo wąskie, choć wysokie i większość wyglądała dziwnie: jedne wygięte w łuk, inne odznaczały się rysami i bruzdami. Jeszcze inne najwyraźniej prowizorycznie załatano. Były też takie, na których nie było rys i obić, dało się natomiast zauważyć wzór.

Zaczął się rozglądać. Zobaczył lidera z poprzedniego snu. Mężczyzna zachowywał się dziwnie. Chodził wokół, wyglądał jakby się zastanawiał, skąd się tu wziął. W końcu odszedł w kierunku grupki ludzi, którzy stali i gawędzili przy suto zastawionych stołach. Coś do nich mówił, ale kompletnie go ignorowali.

Wedle oficjalnych informacji to właśnie był problem, który mógł się pojawiać, a który –między innymi będzie zadaniem dla programistów. Otóż nie da się całkiem kontrolować mózgu. Każdy może nieco zmodyfikować obraz i choćby była to naprawdę subtelna zmiana, to wciąż wmiesza się w scenografię. Jeśli wszystkim uczestnikom będzie się przydarzać coś takiego, może to zniszczyć cały scenariusz rozgrywki.

Nie przejmował się tym za bardzo. Chciał podejść do skrzyń, ale gdy mijał rozkopane poletko, zauważył małe, fioletowe kulki. Podniósł kilka. Nie wiedział czemu, był jednak pewien, że są one istotne. Nagle pojawiła się kobieta z instytutu, choć ubrana była jak mieszczanka z wczesnego średniowiecza. Nie owijając w bawełnę, powiedziała:

— Te kulki są wygenerowane przez system jako forma twojego talentu. Pomyśl szybko, w czym mogą ci pomóc.

Pierwsze co przyszło mu na myśl to umiejętność, którą zapewne każdy chciał zdobyć. Odczytywanie ukrytych emocji, a szczególnie rozpoznawanie kłamstw (miał pecha do ludzi, którzy potrafili go omamić słodkimi słówkami i w rezultacie oszukać). Chciał kreować się na faceta z silnym charakterem, by ludzie się z nim liczyli.

Zbliżył się do biesiadujących — teraz nie widział nigdzie lidera — by wrzucić im kulki do naczyń. Potem przyglądał się jedzącym. Czuł, że to pomoże mu dowiedzieć się, kto jest kłamcą. Podchodził do ludzi, przyglądał im się i po zadaniu kilku pytań widział, jak z ich ust wydobywa się fioletowa para.

No dobrze, tylko skąd mam wiedzieć, czy mówicie prawdę, czy kłamiecie?

— Dzieci pomogą ci znaleźć odpowiedź. -Nagle usłyszał zza pleców.Mateusz nie widział tutaj żadnego dziecka, tylko dorosłych. Popatrzył na stoły, pamiętając o ludziach, którzy zjedli kulki i w końcu zauważył wzorzec. Były osoby, które nie dotykały kielichów z alkoholem. Były też takie, które robiły to co chwilę.

Mateusz powtórzył test z kulkami. Niestety wszystkim dalej leciała para z ust. Albo coś nie grało, albo kulki nie działały.

Mam! — krzyknął w myślach. Rzucił kulkę Badaczce.

— Nie jestem uczestnikiem testu — powiedziała nieco zdezorientowana.

— Ale jesteś tutaj. Wskaż mi zapis w regulaminie, że nie mogę cię wciągnąć do rozgrywki.

Kiwnęła z uznaniem głową i połknęła kulkę.

— Kim jesteś tutaj dla mnie?

Uśmiechnęła się.

— Mam cię monitorować w trakcie odnajdywania swoich talentów, a w razie komplikacji lub braku pomysłów zasugerować coś, co pomoże ci popchnąć proces do przodu.

Niestety gdy mówiła, z jej ust wydobywała się para. Rozzłościł się. Połknął jedną z kulek i zaczął mówić, dlaczego chce wystartować w turnieju. By przeżyć niecodzienną przygodę, by dołączyć do grona pionierów turnieju… I para leciała również z jego ust.

— Wiem, że inaczej to sobie wyobrażałeś — powiedziała smutnym głosem. –To, co tu się pojawiło, będzie na turnieju. W razie gdybyś się dostał będzie lepiej, jeśli dowiesz się, czemu kładki idą przez światło okien, czym są skrzynie i twarze na symbolach pod kładkami oraz — skinęła głową w stronę kulek — czemu one nie działają.

Podszedł pod kulki leżące na ziemi, znów się im przyglądnął. Choć czuł, że sen dobiega końca, obracał je w rękach, po czym rzucił nimi w ścianę. Rozprysnęły się dość efektownie — niektóre jak fajerwerki, z innych wyleciały kłęby fioletowej chmury. Spojrzał jeszcze raz na twarze. Wyglądały, jakby się poruszały i przedstawiały różne emocje (choć każda przedstawiała tylko jedną emocję, potrafił dojrzeć, że większość przedstawiała strach lub wrogość).

Po chwili obraz się rozmazał, a Mateusz znów leżał w pokoju z hełmem na głowie. Ktoś zapukał. Zrobił test (sympatycy LD nieraz mieli takie dziwne fałszywe przebudzenia). Zatkał nos i spróbował zrobić wydech. Nie udało się.

Wstał i otworzył drzwi.


— I nie mogłeś polecieć do góry?! — naciskał Artek po usłyszeniu relacji. Siedzieli na bulwarach wiślanych i robili grilla. — Przecież wiesz, że z lotu ptaka możesz zobaczyć i ocenić o wiele więcej!

— Tak, wiem. O ile nie chodzi o sen erotyczny, to ty zawsze tak załatwiałbyś sprawy — odparł nieco rozzłoszczony. Nie lubił takiego mędrkowania, szczególnie że w teście oglądanie sytuacji z lotu ptaka mogłoby rozmyć rozwiązania.

Z ciężkim westchnieniem położył się na trawie. Musiał teraz czekać niecały tydzień na wyniki. Choć miał obawy, że poszło kiepsko, starał się nie rozpoczynać maratonu pretensji do samego siebie.

Paweł właśnie podchodził do nich z gotowymi szaszłykami z grilla.

I on, i Artek zdecydowali, że nie będą podchodzić do wersji Beta. Może i mogli przyczynić się do rozwoju tej technologii, ale możliwe że przygoda z Turniejem skończy się na gratyfikacji pieniężnej dla zwycięzcy. Oni chcieli show, które będzie jeszcze transmitowane w telewizji.

Niedługo później przyszedł Fantazja. Jego biznes nabierał tempa, dlatego zaproponował, by wraz z nim wybrali się pooglądać magazyny do wynajęcia.

Był późny wieczór, gdy Mateusz wszedł do mieszkania. Siadł przed komputerem, poczytał trochę wiadomości o tym, czy rząd planuje coś wobec mody na LD i Turnieju. Potem sprawdził skrzynkę. Oczy mu się rozszerzyły — dostał mail z Centrum!

Zawierał między innymi informacje o fuzji z zagranicznymi instytutami zajmującymi się badaniami nad śnieniem — wszyscy zainteresowani słyszeli te doniesienia już wcześniej. Oficjalna nazwa została zmieniona na Międzynarodowy Instytut Snu. Nadeszły też wyniki testu. Niestety nie dostał się.


Jeszcze tego samego wieczoru wyszedł do baru. Czuł się beznadziejnie i chciał alkoholowego znieczulenia.

Był w tej samej knajpce, gdzie lubili przesiadywać z kolegami. Nazywała się „Reset”. Zobaczył Pawła z Fantazją. Gdy im wszystko opowiedział, został obdarowany standardowymi tekstami: „Nie przejmuj się, jakoś to będzie” i „Tylko się tym za bardzo nie przejmuj, przecież to nie koniec świata”.

— Przesłali ci nagranie ze snu? To się kiedyś umówimy, siądziemy i przyglądniemy temu. Może przynajmniej znajdziemy jakąś odpowiedź — powiedział Fantazja.

— I zawsze możesz to później wykorzystać — dodał Paweł. — Tym razem pod oficjalną wersję Turnieju.

Kiwnął głową bez przekonania. W sumie to liczył raczej na to, że będzie tu sam, zatopi się w smutnych analizach i wróci do domu, być może o własnych siłach.


Mimo wszystko nie stracił zainteresowania zbliżającym się wydarzeniem. Nawet w serwisach informacyjnych poruszano często te tematy. Udostępniono też kilka snów aspirujących do udziału w turnieju. Dla tych, którzy lubią śnić, oczywiście były okropnie zwyczajne, choć mnóstwo internautów uznało je za fantastyczne, pełne niezwykłej symboliki, a także ciekawie zmontowanego kolażu różnych epok.

Mateusz oglądał dalej, aż trafił na film, który go zaciekawił. Bohaterem był chłopak około dwudziestki, ubrany w lniane ubrania — podczas testu w dżungli jego sen miał obfitować w… cierpliwość.

W dżungli była rzeka. W pewnym momencie zatrzymywała się i tworzyła małe jeziorko, które potem wylewało i budowało kolejne koryto. Bohater chciał utworzyć ujście, bowiem koryto czasem zakręcało w niewłaściwą — wedle jego opinii — stronę. Zdarzało się, że podchodziło w gąszcz drzew i część z nich topiło, choć omijało zawsze te najmniej przyjemne, między innymi drzewa pełne uli.

Chłopak, który podpisał się jako Latarnik, próbował wykopać koryto w stronę tych właśnie drzew. I choć szło mu to niezwykle szybko, rzeka zdawała się mieć własną inteligencję i ostatecznie wylewała w tę stronę, w którą to ona chciała. Rzadko, ale zdarzało się, że wpadała w wykopane przez Latarnika koryto.

W końcu chłopak się poddał. Zrozumiał, że musi podejść do tego inaczej. Obserwować, w którą stronę zaczyna wylewać rzeka. Zaczął jej pomagać i w ten sposób przyspieszał jej ruch w konkretnym kierunku. Wtedy też zauważył, że chociaż znajduje się coraz dalej od punktu początkowego, drzewa z osami wciąż są w pobliżu.

Ponadto w paru miejscach rzeka się rozdwoiła, tworząc niemal idealny okrąg, by następnie połączyć się i płynąć dalej. Gdy Mateusz przyjrzał się temu bliżej, zauważył, że rzeka obrysowała coś, co wyglądało jak wciśnięty w ziemię stalowy pierścień, którego wierzch podobny był do zębatego koła.

Nagle obraz zaczął się zamazywać. Wkrótce zapadła ciemność i dało się słyszeć jedynie głos Latarnika.

— Początkowo spodziewałem się, że doprowadzę rzekę do ujścia, do morza, a nawet do oceanu! Okazało się jednak, że pole tej krainy było ograniczone. Cały czas chodziłem po szlakach, na których byłem już wcześniej, lecz zafrapowany wykonaniem zadania, cierpliwie wykopywałem koryto. Dopiero gdy dostałem nagranie, mogłem zobaczyć, że teren snu to ogromna połać, a rzeka miała swój koniec, ale była za długa bym mógł to dojrzeć. Koryta, które opuszczała, zaczynały się zasypywać, a na ich miejscu szybko wyrastały inne rośliny i drzewa. Jednak te, na których były osy, pozostawały nietknięte.

Zapiski Kaptura

Zdecydowałem, że będę spisywał moje senne przygody, bowiem finalnie okazało się, że dostałem się do turnieju, do wersji Beta. Ten piękny dzień zaczął się od inauguracji, na którą zaproszeni zostali wszyscy kandydaci– również ci, którzy się nie dostali.

Znajdowaliśmy się w ładnie urządzonej sali, zaaranżowanej na styl średniowieczny. Wokół chodziło sporo osób odpowiednio na takie okazje ubranych. Miejsce stworzone było przez Dreaming Core.

Wszystkie filie MIS miały pokoje do indukowania LD (dokładnie takie, w jakim byłem podczas testu). Ci, którzy odpadli, otrzymali nagrodę pocieszenia. I choć w sali podczas inauguracji znajdowało się około stu osób, to większość była wygenerowana przez system. Uczestników zakwalifikowanych do Bety miało być ośmiu. Reszta — trzydzieści dwie osoby to takie, które nie przeszły.

Na podwyższenie wyszedł mężczyzna. Twarz i sylwetkę miał dość pociągłe. Czekając, aż wszyscy zwrócą na niego uwagę, zawijał wokół palca swoją kozią bródkę.

— Witam was wszystkich. — Jego głos niósł się po całej Sali. — Jak może niektórzy z was wiedzą, nazywam się Jakub Dmolewski. Jestem jednym z twórców oprogramowania urządzenia, które nadal nazywa się Morfeuszem. DreamingCore. Jest mi niezwykle…

Dalsza wypowiedź składała się głównie z opowieści o powstawaniu technologii, uspokajania, że taka rozrywka jest bezpieczna, a także podziękowań dla tych, którzy pomagali — wiedzą lub finansami — rozwijać tę gałąź nauki. Dodał, że grono sympatyków świadomego śnienia staje się oficjalnie Zakonem Oneironautów i ma swój herb, którego obraz pojawił się na ścianie, za plecami Jakuba.

Herb był naprawdę imponujący, miał sporo ciekawych symboli… I póki co oczywiście nic z tego nie rozumiałem.

— Jak widzimy, jest to herb zakonny. Ma on, co prawda, niereligijny charakter, jednak luźno nawiązuje do herbów zakonów rycerskich, przez użycie na przykład symbolu miecza za tarczą czy płótna spiętego jak płaszcze heraldyczne w tak zwanych herbach wielkich. I są też użyte symbole heraldyki kościelnej, takie jak purpura i dewiza, z okresu późnego średniowiecza i nowożytności. Oczywiście zakony rycerskie najpierw posługiwały się wizerunkiem samego godła, umieszczając je na swych pieczęciach, płaszczach czy tarczach. Dopiero z czasem te godła przechodziły w pełne wizerunki herbowe, nawiązujące do świeckiej heraldyki rycerskiej i monarszej.

Jakub zaznaczył, że po jego wystąpieniu każdy będzie mógł się temu przyjrzeć bliżej. Szczególnie, że w herbie kryły się nawet trzy zestawy symboli. Oczywiście łatwy, średni i… nie do odgadnięcia. I jedynie uczestnicy rozgrywki dostaną wskazówki, które pomogą im w pewnym stopniu te symbole rozszyfrować.

— Oczywiście szczerzę pragnę, byście sami doszli do tego, co on przedstawia. Zaznaczam, że nie wpłynie to w żaden sposób na wynik turnieju. Gratyfikacją będzie satysfakcja i oficjalna informacja w mediach. Chcę dodać, że trzeci zestaw symboli nie dotyczy konkretnie snów, w przeciwieństwie do dwóch pozostałych.

Może była to jakaś wskazówka, ale niewiele dawała.

— Ale dlaczego ten zestaw pojawia się w herbie? — zapytał ktoś z sali.

— Bowiem baczenie na ten aspekt cennym jest i w snach, ale o wiele ważniejsza jest mentalność jednostki. Dlatego stwierdziłem, że warto utworzyć wizję herbu, który posiadać będzie właśnie ten aspekt.

I wtedy się zaczęło… W sali rozbrzmiały sugestie, czego może dotyczyć symbol. Czy chodzi o bycie zdrowym egoistą? Pozytywne nastawienie? Picie ayahuaski? Amulety? I tak dalej, i tak dalej.

— Proszę państwa! — Machaniem rąk próbował uspokoić wrzawę, a na jego ustach pojawił się litościwy uśmiech. — Spójrzcie na herb, odnajdźcie znaki i przedstawcie je. Zachęcam, by popatrzyć na to chłodno.

Zacząłem szukać — przynajmniej według mnie — najłatwiejszego i w sumie całkiem oczywistego zestawu.

Wskazówki pomocnicze w odczytaniu symboli mają się pojawić w turnieju, ale sądzę, że zrozumiałem większość pierwszego zestawu. Odpuściłem dalsze analizowanie, bowiem przy okazji ukradkowo wymieniałem się uwagami z nowo poznanym facetem, Dawidem.

Był nieco korpulentny, wyższy ode mnie. Rozmawialiśmy o zasłyszanych wcześniej teoriach, że DreamingCore ma być nowym opium dla mas.

— Są też tacy, którzy twierdzą, że oni nam szykują nowy Truman Show — mówił Dawid. — I jak…

Przerwał, bo Jakub zaczął mówić coś interesującego:

— Niestety trzech uczestników musiało zrezygnować z rozgrywki. Dlatego też troje spośród was otrzymają teraz zaproszenie.

Zapadła cisza. Wszyscy zaczęli się rozglądać.

— Te trzy osoby, które uzyskały najlepsze wyniki spośród odrzuconych kandydatów, w odpowiednim czasie zostaną poproszone na bok… I na koniec: osoba, która zwycięży w turnieju, będzie Mistrzem Zakonu Oneironautów w Ensenii. Kolejną zachętą jest to, że zwycięzca zagości w oficjalnej rozgrywce, jednak od niego zależeć będzie, w jaki sposób poprowadzi politykę Zakonu. Czy będzie bardziej widzem, zarządcą czy zdobywcą. — Zrobił pauzę i rozejrzał się po zgromadzonych. Wziął głęboki oddech i kontynuował: — A teraz, nie przedłużając… Bawcie się, poznawajcie, kosztujcie jedzenia i — mrugnął — nie obawiajcie się boczków.


Zaczęliśmy więc bawić się w tym wygenerowanym miejscu — albo przynajmniej udawać, że się bawimy. Teraz uczestnicy byli zdecydowanie bardziej rozpoznawalni. Rozglądaliśmy się — niektórzy dość gorączkowo. Chcieliśmy, by inni nas zaczepiali. W końcu jakaś kobieta podeszła do Dawida. Po minucie ruszył za nią, żegnając mnie szerokim uśmiechem.

Wziąłem łyk wina, przymrużając oczy niczym filmowy bohater, który musi uznać, że jest ktoś lepszy od niego. Ale oczywiście trafiał mnie szlag i czułem zazdrość, że to nie mnie wybrała.

Parę minut później ktoś chwycił mnie za ramię. Gasnące poczucie porażki natychmiast zmieniło się w euforię. Odwróciłem się i zobaczyłem kobietę w masce o dość artystycznych wzorach. Gestem pokazała mi, bym szedł za nią. Podążałem jak zaczarowany, bo marzyłem o tej chwili. Choć miałem również obawy, że coś nie wyjdzie, że to żart lub nawet zwyczajny sen.

Gdy stanęliśmy przed komnatą, kobieta powiedziała:

— Wejdziesz tam i dostaniesz to, z czego będziesz korzystać podczas Bety. Wszystko, co uzyskasz, to wynik testu, który wygenerował odpowiednie talenty i pomoce na czas rozgrywki. Zaznaczam, że nie przeszedłeś testu tak, jakbyś sobie pewnie tego życzył, więc nie licz na to, że znajdziesz coś… potężnego. Nie wejdziesz do rozgrywki, jeśli nie zaakceptujesz tego, co tam zastaniesz. Takie są reguły.

Pocieszaj mnie tak dalej — pomyślałem.

Wszedłem do środka. Było nawet kameralnie. Na stole zobaczyłem coś, co przypominało stalową tarczę lub godło. Gdy to odwróciłem, zobaczyłem, że dwie linie dzieliły powierzchnię na cztery części. Na trzech polach widniały wzory twarzy, podobne do tych na ścianach zamku.

Na lewej, górnej części znajdowała się smutna i zawiedziona, mało ruchliwa twarz. Spojrzenie miała wbite w dół, jedynie chwilami delikatnie spoglądała na różne strony. W końcu zaczęła mówić: To jest kryzys, nie ma sensu niczego próbować. Wszystko, co czynisz, jest bez sensu.

Prawa, górna ćwiartka — sprawiająca wrażenie, jakby chciała wyjść na zewnątrz tarczy, była wściekła. Tubalnym tonem, patrząc na mnie jak tyran na swego sługę, krzyczała: Jak śmiesz w ogóle się tu patrzeć, niczego nie osiągniesz! Zrobię wszystko, co należy, byś dostał srogą nauczkę, nieudaczniku!

Na lewej, dolnej była twarz przerażona, poruszająca się po polu z wystraszonym wzrokiem. Skrzeczała wręcz, z przerażenia: Nie bierz stąd niczego! Uciekaj! Nie wracaj, tu jest zbyt niebezpiecznie!

Oczywiście tyle wystarczyło, bym się domyślił, o co z tymi twarzami chodzi. Tylko dlaczego oprócz nich nie widzę i nie czuję nic więcej?

Wziąłem tarczę — albo godło, sam nie wiedziałem jak to określić (jeśli tym drugim, to prędzej bym je nazwał Podło). W skrzyżowaniu linii było miejsce, by włożyć rękę.

Na stole leżało jeszcze coś. Znajome, fioletowe kulki — tu wyglądały jak kiść winogron. Gdy je chwyciłem, usłyszałem lament z tarczy:

— No i po co ci to? Przecież niczego w tych kulkach nie odkryłeś! Nic co robisz, nie daje efektów. Nie masz po co się wysilać! — wyjęczała zrezygnowana twarz.

Potem usłyszałem tę przestraszoną:

— Zostaw to i uciekaj! W niczym ci to nie pomogło! A jeśli cię zniszczy?! A jeśli masz tego użyć, ale nie wiedząc jak, tylko się ośmieszysz?! Widzę już, jak pali cię płomień wstydu. Nie chcę, boję się! Uciekaj!

Tak jak myślałem. Na jawie dość często mi się to zdarza. Czasem uporczywe myśli zwątpienia i paniki potrafią męczyć mnie i ograniczać pół dnia… No cóż, i tak nie miałem innego wyjścia, jak zaakceptować te talenty… Czy może bardziej antytalenty.

Wtedy z boku zamajaczyła mi jakaś postać. Facet w sędziwym wieku, ubrany był, jakby przerzucił przez siebie prześcieradło z dziurą pośrodku.

— Domyślam się — zaczął — że możesz mieć parę pytań odnośnie twoich talentów.

Patrząc na to, co dostałem, odparłem:

— Chyba trochę przesadziłeś.

— Wiem. Jak wielu, chciałbyś znaleźć tu błyszczącą zbroję albo umiejętność latania. Ale brak tych rzeczy nie skazuje cię na porażkę.

Coś dopowiedział, ale na tyle cicho, że nie dosłyszałem. Wciąż zastanawiałem się kim jest, dlatego też zapytałem.

— Jestem twoim doradcą. A raczej efektem twego pragnienia znalezienia odpowiedzi. Chcesz znajdować odpowiedzi, dlatego jestem. By doradzać, przypuszczać i dyskutować. Czasem, przy odpowiedniej ilości wiedzy, pomagać konstruować słuszne wnioski.

No dobra, czyli jednak nie będzie tak tragicznie.

Talenty miały zostać w komnacie. Gdy rozgrywka się rozpocznie, zostaną wygenerowane przy graczu.

II. Na ziemiach origen

Tak rozpoczęła się wędrówka po planie oneironautycznego lądu. Byłem właśnie na ziemiach zwanych Origen i szedłem z Dawidem po portowym miasteczku. Kierowaliśmy się do baru. W budynku, lub w jego sąsiedztwie, mieliśmy znaleźć mapę, lub wskazówki.

Dawid wyglądał jak wiking i tak go już nazywałem. Jedynie hełm nie pasował do całości: miał rogi. O ile artystyczne wizje ukazywały wojowników z Północy w ten sposób, to tak faktycznie nie mieli żadnych tego typu dodatków.

Ja natomiast wyglądałem jak duchowny sprzed setek lat. Domyślałem się, że dzięki moim „talentom” nie będę wyglądał jak rycerz, ale nie podejrzewałem, że system dobierze mi mnisi habit. Oficjalnie ubiory miały być dobierane losowo, by rozróżnić poszczególnych oneironautów.

Nazwa baru nie była słowem, lecz raczej mało zrozumiałym symbolem.

Przed budynkiem stał młody chłopak. Miał sporą torbę przewieszoną przez ramię. Patrzył na okna. Po sygnetach, których nie dało się w żaden sposób ściągnąć, rozpoznaliśmy, że to uczestnik. Komputerowe osobowości ich nie posiadały.

Przywitaliśmy się z nim — chciał dołączyć do grup, które już się pojawiły, ale nikt go nie chciał. Okazał się być trzecim z ostatnich.

— Czyli pewnie czekałeś na nas — powiedziałem. On kazał się nazywać Magikiem. Jego „talent” polegał na tym, że potrafił robić sztuczki. Nie były jednak specjalnie efektywne i prawie do każdej potrzebował rekwizytów (niektóre miał w torbie). Opowiedziałem mu dość ogólnie o swoim „talencie”, który pomaga ujawniać kłamstwo (oczywiście pomijając szczegół że w sumie to bardziej pozory, lub póki co nie umiem właściwie z niego korzystać).

Popatrzył na kiść przy moim pasie. Chyba chciał to skomentować, ale wtedy ktoś wyskoczył z baru. A raczej został z niego wypchnięty. W środku był taki ścisk, że wszyscy stali w miejscu. Od razu skojarzyłem wypchniętego — był to Latarnik.

— Witaj, nie liczyłem…

— No! — przerwał mi ze złością. Na filmie wyglądał na bardziej opanowanego.

Nie przejąłem się jego reakcją. Przyglądając się budynkowi, zacząłem analizować na głos:

— Ciekawe, jak znaleźć tu wskazówkę. Masz jakiś pomysł, Latarniku?

Popatrzył na mnie ze zdziwieniem. Magik za jego plecami kręcił głową.

— Przecież to wy, ci ostatni — odparł. I dodał: — Przede wszystkim, ja się z nikim nie łączę. Nie potrzebuję tego. A już na pewno nie tych, którzy dostali się tu czystym przypadkiem.

Ok, ego zabolało. A jak wszyscy wiemy, ból ego czasem jest cięższy do zniesienia, niż otwarte złamanie.

Dawid zareagował błyskawicznie. Zaczęli się kłócić, mimo że próbowaliśmy ich uspokoić. To ich tylko jeszcze bardziej rozjuszyło, bo dopadli do siebie i zaczęli się szarpać. Musieliśmy z Magikiem ich rozdzielić. Potem Latarnik odszedł i zaczął krążyć wokół baru. Wzrokiem odprowadzałem Wikinga, który ruszył od drugiej strony.

— Nie jesteś pierwszym, który mu to zaproponował. Nie przejmuj się, on kpił ze wszystkich, którzy tu byli.

— Było wiele osób? — zapytałem odwracając wzrok w jego stronę.

— Cztery, może pięć. Nie liczyłem, ale chyba doszli do słusznych rozwiązań. Próbowałem się przyglądać, przysłuchiwać, ale dbali, by się nie wygadać.

I znów usłyszeliśmy kłótnię Wikinga i Latarnika. Gdy do nich dobiegliśmy, już się bili. W pewnym momencie, gdy Latarnik wziął zamach, w jego dłoni pojawiła się laska. Wyrzucił ją przed siebie, uderzając Dawida w hełm. Uderzenie, choć niemal niezauważalne, dało tragiczny efekt… Bowiem ona się przyspawała i ewidentnie sprawiała chłopakowi cierpienie. Hełm zaczynał się jarzyć i pękać, a jeden z rogów — kruszyć. Musiałem jakoś zareagować, więc zamachnąłem się podłem, które oczywiście w locie rzuciło we mnie wiązką przekleństw. Choć uderzenie nie mogło być silne, to Latarnika odrzuciło. Wstał zamroczony, a ja z Magikiem pomogliśmy się podnieść Wikingowi. Hełm był popękany po lewej stronie, jeden róg całkiem odpadł.

Latarnik popatrzył na niego z politowaniem.

— No i proszę, pewnie chciałbyś nazywać się tu Wikingiem, ale jak patrzę teraz na ciebie, to pasujesz mi bardziej na Żądło — powiedział, po czym odszedł. Ewidentnie wyczuwaliśmy jego ignorancję. Dziwiło mnie to, że na filmie sprawiał wrażenie uprzejmego, a na pewno spokojnego.

Poklepałem kolegę, który wychodził z zamroczenia, po plecach.

— Nie przejmuj się. Jeśli chcesz, będę nazywał cię Wikingiem.

— Ja jestem W… Wik… — zaczął się jąkać. — Żądłem. Nie! Jestem Wi… Żą…

Walczył sam ze sobą. Najwyraźniej Latarnik mocno pokiereszował jego samoocenę.

Magik patrzył na niego z obawą.

— Latarnik wyuczył się upiornej umiejętności. — Spojrzeliśmy na siebie i razem wypowiedzieliśmy: — Sąnd.

Na balu można było dowiedzieć się wiele na temat rzeczy, które czekały na Wybrańców w Ensenii, jak choćby umiejętność rzucania na innych klątw. Jedną z nich był właśnie Sąnd.

Działało to w niezwykle okrutny sposób. Wystarczyło usłyszeć dźwięk, który łączył się w umyśle z nieprzyjemnymi sądami o sobie samym i nadawał im głośnego, paraliżującego brzmienia. Uczestnik, który posiadł tę agresywną i mroczną umiejętność, nie musiał wiedzieć nic o osobie, na którą chciał rzucić klątwę. Dźwiękowa energia po prostu sunęła przed siebie — lub, jak w przypadku Wikinga, była wystrzelona z laski — i wyciągała z umysłu słowa, pod wpływem których ofiarę paraliżowało. Z takim nieszczęśnikiem można zrobić, co się chciało.

Zrobiło mi się szkoda chłopaka. Wiedziałem, że wiązki Sąndu wciąż szaleją po jego umyśle. Nie mieliśmy pojęcia, ile to będzie trwać i jakie przyniesie konsekwencje. Jego spojrzenie, na początku radosne, teraz zmieniło wyraz. Wyglądał jak pies pobity przez swojego pana. Z boku zaczęła mi majaczyć postać doradcy. Kręcił głową, jakby wyczytał moje myśli.

— Zostaw go. Uwierz mi, że próbując pomóc, zrobisz mu wielką szkodę. On sam musi nauczyć się wygrywać z Sąndem. A ty nie masz lżej — kiwnął głową na Podło — niedługo pewnie zacznie ci to doskwierać. Zbieraj informacje, szukaj rozwiązań domyślaj się czym jest, poddawaj i wkurzaj. Tylko wtedy będę działać sprawniej i szybciej, by pomóc ci rozwiązać ten problem… O ile to jest problem.

Chciałem coś powiedzieć, ale Wiking mnie ubiegł:

— Chodźmy — rzucił szybko, gdy doradca się rozpłynął. Wstał i ruszył przed siebie. — Oddalmy się od baru. Ciężko do niego wejść, wokół nic nie można znaleźć, trzeba więc popatrzeć z dystansu. Może to pozwoli nam zdobyć informacje, bez których byśmy się tylko niezdarnie siłowali lub krążyli w kółko… Dosłownie i w przenośni.

Gdy odeszliśmy, zauważyliśmy, że im dalej znajdowaliśmy się od baru, tym bardziej budynek się rozmywał, tracił kolory, kształty i detale. Pozostały z niego jedynie napis, czarna, owalna przestrzeń — która z bliska była barem — i świecące resztki hełmu Wikinga, leżące na ziemi.

Oczywiście rozwiązanie nie okazało się trudne, ale niezbędna była chłodna głowa i cierpliwość, a ścisk w barze to jedynie wskazówka. Z miejsca, przy którym — jak zgadywaliśmy — odnajdziemy dalsze instrukcje, zabraliśmy mały zwój. Widniała na nim dość ogólna informacja, by iść przed siebie i pamiętać, żeby bar znajdował się za naszymi plecami.

Powinniśmy ponadto wsiąść do pierwszej łodzi, którą zobaczymy i płynąć nią w dół rzeki. Oprócz tego dostaliśmy dwa worki — póki co puste — które miały się napełnić niezbędnymi narzędziami.

Ważna zasada — nie można liczyć na worki. Im mocniej oneironauta będzie pragnął pomocy z worka, tym rzadziej się ona pojawi. I im bardziej będzie polegać na sobie lub przynajmniej nie skupiać się na źródle pomocy, tym częściej może otrzymać pomocne narzędzie.

Żąd… to znaczy Wiking, szedł — czy raczej wlókł się — w takim tempie, że spowalniał marsz. Wkrótce zdecydował, że musi odejść. Nie wiedziałem czemu, ale czułem, że powinienem dać mu jeden worek, co też uczyniłem.

— Ale poczekaj. Jaki ty masz talent? Może on pomógłby ci z tego wyjść?

— Umiem latać — odrzekł smutno, odwrócił się i zaczął iść przed siebie — ale tylko wtedy, gdy grozi mi śmierć.

Piękny talent, ale jeśli to rzeczywiście działa tylko w chwili zagrożenia, to średnio przydatny w czasie podróży.

— A gdyby zapozorować? — powiedział Magik. — Moglibyśmy udawać, że ci grozimy, do momentu, gdy…

— Nie, tego nie da się oszukać. Jedynie losowy wypadek wpłynie na uruchomienie tego talentu.

W sumie racja. Sam mógłby próbować się zabić na różne sposoby.

— Poza tym… co by to dało? Niestety, przyjaciele, nasze talenty na nic się tu nie zdadzą. Latarnik i inni zdobędą Loco.

Smutne, choć prawdziwe. Latarnik ewidentnie był zmotywowany, a ze znajomością Sąndu mógł tu być naprawdę nie do pokonania. Mimo to ruszyliśmy dalej.

Spoglądaliśmy na naszego kolegę co jakiś czas. Wrócił pod bar. Obawialiśmy się, że niedługo skończy turniej. Mimo, że wszystkie części Ensenii, w których pojawią się uczestnicy — niewykluczone, że nawet nie zobaczą się do czasu finalnej potyczki pod Loco Torre — będą „żyć swoim życiem”, oneironauci którzy zbyt długo tkwili w miejscu, będą zmuszeni do zrezygnowania z rozgrywki.


Weszliśmy w las. Choć wyglądał zwyczajnie, drzew i krzewów nie było wiele, dając nam swobodę poruszania się, czułem że coś tu nie gra. Było jasno, mogłem widzieć drapieżniki z daleka, a mimo to, coś mi mówiło, że jestem w niebezpieczeństwie.

Jego przemierzenie zajęło nam sporo czasu, lecz gdy w końcu wyszliśmy po drugiej stronie, ujrzeliśmy wielką, prawie pustą fosę. Za nią, skryta za wysokimi murami, znajdowała się duża osada.

Nigdzie nie widzieliśmy bramy, zauważyliśmy natomiast niewielki statek — pomieściłby pewnie jakieś dziesięć osób — oparty o stelaż czegoś, co służyło za kładkę portową, gdy fosa była pełna. Zaczęliśmy schodzić po jej ścianie, ale było dość błotnisto i ciężko się szło.

Gdy zawołaliśmy, paru ludzi spojrzało na nas zza muru i zaczęło krzyczeć.

— Nie! Zabiją was! Szybko, uciekajcie!

Spojrzeliśmy za siebie i ujrzeliśmy bestie biegnące prosto na nas. Nie miałem wiele czasu na analizy, ale wyglądały jak niedźwiedzie z długimi kłami, wystającymi z zaślinionych pysków. Na rozwścieczone bestie rzucili się wojownicy przywiązani do lin. Jednocześnie zza murów rzucono dla nas dwie inne liny. Chwyciliśmy je i z pomocą mieszkańców szybko znaleźliśmy się na górze.

Powitano nas tam raczej niecodziennie.

— Jak przeszliście las?! Przecież tam żyją Kreomary! Potrafią się kamuflować i rozrywają na strzępy wszystko, co dostaną w swoje łapy!

Właśnie tak nazywano te bestie. Dość celna nazwa, szczególnie w świetle tego, jak się rodzą. Ale o tym miałem dowiedzieć się dopiero później.

Zanim odpowiedzieliśmy, podeszliśmy do krawędzi muru tak, by zobaczyć walkę.

I zrozumieliśmy, o co chodziło z kamuflażem. Gdy wojownicy już prawie dosięgali mieczami potworów, te… zmieniały się w krzaki. Wtedy ucinano im tylko gałęzie, ale gdy znów stawały się zwierzętami, nie były nawet draśnięte. Wojownicy oczywiście nie ustępowali i w końcu Kreomary zostały pokonane.

— No właśnie — zacząłem — my ich po prostu nie widzieliśmy.

— I nie mieliśmy pojęcia, że chaszcze przemieniają się w bestie — dodał Magik.

Organizatorzy Bety zaznaczali, że będzie tu wiele odniesień do naszych umysłów i sposobu funkcjonowania jego poszczególnych części. To był pewnie pierwszy pokaz.

Gdy Atmosfera trochę zelżała, przedstawiliśmy się i powiedzieliśmy dokąd zmierzamy, lecz nikt nie wiedział, gdzie jest Loco Torre. Ta osada natomiast nazywała się Ahogario, a władał nią człowiek zwany Atauronem. Gdy mi się przyglądał, zwrócił szczególną uwagę na sygnet.

— No proszę, oneironauci. wasz zakon urósł w siłę. Słyszałem też, że w najważniejszym mieście Ensenii, w Azar, już kończą budować dla was świątynię.

O tym też wiedzieliśmy — zakon rozrastał się w całej krainie. Jego początkom towarzyszyła głęboka wiara, iż akt śnienia to proces o charakterze religijnym. Jednak wkrótce zauważono, że właściwe postrzeganie śnienia ma wymiar o wiele bardziej praktyczny (choć wielu oneironautów dalej wierzyło, iż w śnieniu i jego radach jest jakaś cząstka boskiego działania). Wiele osób dołączało swoje ziemie, zwiększając tereny i wpływy bractwa. Najważniejszą bowiem zasadą było dzielenie się wiedzą i pomoc słabiej rozwijającym się członkom. W tym ostatnim niezwykle pomocni byli posłańcy.

To właśnie posłańcy nieśli wiedzę o nowych odkryciach, technologiach wytapiania stali, zasiewu i tym podobnych. Kustoszowie — zarządcy majątków — decydowali o chwili przekazania i realizacji nowatorskich pomysłów.

Zakon jednak najbardziej stawiał na higienę umysłu. Dlatego też w filiach dobrze rozwinięta była instytucja tak zwanej Głowy Zakonu.

Skrybowie spisujący sny i pomagający w ich segregacji.

Było to również jednym z zadań tuzów (cechujący się wysoką inteligencją, śmiałością myślenia, bystrością i szybkim kojarzeniem faktów), choć głównie mieli oni analizować sny, a za dnia obserwować tych, do których należały. Musieli wiedzieć, czym się śniący realnie zajmują, jakie mają charaktery, co ich trapi. Jak pomóc rozwiązać problematykę zagubienia lub przyspieszyć rozwój. Gdy jednak nie byli w stanie zaradzić sprawie, oddawali to członkom, którymi stawali się niektórzy z tuzów. Byli to Eremianie. Stroniący od życia w społeczeństwie, zajmowali się najcięższymi przypadkami i najtrudniejszymi pytaniami.

Niejednokrotnie do swoich siedzib zapraszali zagubionych i pracowali z nimi. Czasem prosili Kapitułę Zakonu — na którą składali się przeorowie, tuzowie, najlepsi kustosze i niektórzy posłańcy — o zezwolenie na odejście takich osób od życia codziennego na odpowiedni okres.

To właśnie Eremianie uznawani byli przez niektórych za ludzi, którzy dzięki długiej praktyce dostąpili głębszego wglądu w naturę snu i odkryli powód, dlaczego w ogóle je posiadamy i jaki to ma związek z ziemią, na której żyją. Wielu bowiem traktowało Ensenię jako pewnego rodzaju absolut, który wpływa na wybory i zachowania wszystkich, wedle swojego planu. Natomiast sny były nazywane szeptami Ensenii i istniały po to, by doradzać, jakie podejmować działania dla najlepszego rozwoju osobistego, by to współgrało z Wielkim Planem krainy.

W rezultacie Eremianie byli bardzo szanowaną grupą w Zakonie, jednak stało się to zalążkiem niejednego konfliktu z zarządem zakonu, któremu nie podobało się, iż finalnie mogą stracić pełnię władzy. Tym bardziej, że Eremianie nie uczestniczyli aktywnie w życiu Zakonu i utworzyli coś na styl małego bractwa, które w sposób naturalny mogło zdobyć większą autonomię, gdyby nie odpowiednie działanie Kapituły.

Ona właśnie była najwyższym urzędem decyzyjnym do czasu wybrania najsprawniejszego spośród kandydatów. Oczywiście dochodziło do prób głosowania nad wyborem mistrza Zakonu, jednak zdania były zbyt podzielone. Rodziło to niezadowolenie zwykłych członków, którzy również chcieli mieć prawo głosu. Dlatego też zdecydowano, że ten, kto najsprawniej zaradzi problemowi Loco Torre, będzie godnym piastowania tego urzędu.

Właśnie o tym mówił teraz Atauron:

— Ach, to dlatego chcecie dotrzeć do osławionej wieży.

Poprosiłem, by wytłumaczył.

— Wieża zsyła przeróżne mroczne myśli, tak zwane Devilla, które krępują wszystkie codzienne czynności. Odważniejszym, którzy chcą położyć temu kres, potrafi plątać drogi, zachwaszczać ścieżki i wysuszać stawy, by w końcu ginęli w męczarniach.

— A smoków tam nie było?

Choć zapytałem z ironią, odpowiedział poważnie:

— Nie, ale ponoć ci, którym odwagi nic odebrać nie może, wieża zsyła widziadła, które mieszają im w głowach. Mieszkańcy Ensenii są już zbyt zmęczeni. Biorą różne mikstury, przez które czują się lepiej. Tyle, że to działa tylko jakiś czas, a potem problemy wracają — westchnął. — I temat cały czas jest spychany na bok, bo nikt nie chce rozwiązać problemu nieszczęsnej Torre.

— Nieszczęsnej? Jeśli mamy jej nadać cech ludzkich, to z tego co mówisz, raczej niespecjalnie przepada za naszym gatunkiem.

— No tak — pokiwał głową — ale pomyśl, jak kiedyś musiała być traktowana, skoro teraz robi tak wiele, by do niej nie dojść. A jakiż cud by nastał, gdyby dała do siebie podejść i pozwoliła zmienić antyludzkie, odpychające czary.

— Pewnie, że byłoby lepiej. I może nam się to uda, o ile ruszymy dalej. Wiesz chociaż, jak się dostać do Azar?

— To bardzo daleko, u podnóża gór Calma Muerte. Można płynąć rzeką…

— Gdzie ona jest? — przerwałem mu gwałtownie.

— Córka Ikara, tak się nazywa. Jej część tworzy naszą fosę… I tak, jej już nie ma.

Spojrzeliśmy na wyschnięte koryto. Nagle zauważyliśmy w gaju ruch, a gdy przyjrzeliśmy się gęstwinie… wreszcie to dostrzegliśmy. Niektóre gałęzie zaczęły się wić i łączyć, tworząc wzór niedźwiedzia, który w końcu się zmaterializował i spadł na ziemię.

— Nie patrzcie tam! Spojrzenia w dół!

Zszokowani tak uczyniliśmy, kątem oka odnotowując jedynie, że kolejni wojownicy przewiązują się w pasie, by dołączyć do walki.

— Nie można tam patrzeć! One to wyczuwają i zaczynają się mnożyć.

— Znam lepsze sposoby — dodał żartobliwie Magik, ale natychmiast został skarcony laską Ataurona. — Skoro wiedzą, że wystarczy, by było ich więcej niż obrońców — ciągnął dalej, masując bolące miejsce — czemu same z siebie…

— Musimy patrzeć. Wystarczy tego nie czynić.

— Dobrze, to jest jakieś rozwiązanie, ale…

— Wystarczy! — znów ryknął. — Kimże jesteście, by nas pouczać! Mamy mieć tu święty spokój! Wolę to, niż psucie schematu. Nawet jeśli nie jest doskonały — dodał zawstydzony.

— A mi się wydaje, że w tym wypadku zepsucie byłoby całkiem wskazane — tym razem ja się odezwałem. — Na co wy sobie pozwalacie i… — oniemiałem, spoglądając w głąb osady.

Zobaczyłem ogromny teren w kształcie okręgu. Był podzielony i niemal dwie trzecie jego powierzchni stanowiły pola uprawne i chałupy, których najwięcej było przy murach, tworząc trzy piętra budowli, zazwyczaj porozrzucanych chaotycznie. Jedynie na ziemi nie było żadnej przerwy między zabudowaniami.

Pozostałą część, mniej więcej pośrodku miasta, zajmowała ogromna studnia. Jej ściany były niemal tak wysokie jak mury.

— Co to ma być?

— Źródło, które napełniało fosę. Początkowo był to potok wybijający z głębi ziemi. Dla zwierząt była to też okazja. Niektóre Kreomary potrafiły płynąć pod prąd. Dostawały się tutaj, zabijały naszych. Zatkaliśmy odpływ, rozbudowaliśmy studnię… W ten sposób zlikwidowaliśmy zwierzętom wodopój i zamknęliśmy drogę do środka.

— Chyba nie pomogło.

— Mimo wszystko potwory stały się słabsze. Poza tym, gdy fosa była pełna, łatwiej im było ukryć się w rzece, w szczególności nocami. W obecnym momencie już nie mają tak łatwo.

— Tak, były pewne zalety takiego rozwiązania. Tyle, że to wciąż nie załatwia sprawy. Ugrzęźliście w pułapce, która paradoksalnie została wybudowana przez was samych. Wasze domostwa są pobudowane na murach, które zapewne dlatego są wysokie, by nie patrzeć w zakazane miejsca.

— Są również po to, by móc stawiać nowe domostwa.

— Cóż za kreatywność — rzuciłem ironicznie. — A ogromną studnię nazywacie może jeszcze Źródełkiem Miłości?

— Kpisz z naszego nieszczęścia? — zapytał zmęczonym głosem.

— Nie. Rozumiem, że nie jest wam łatwo… — przerwałem i zacząłem się zastanawiać.

Wtedy też poczułem, że worek przypięty przy pasie czymś się napełnił. Otworzyłem go i zobaczyłem coś, co przypominało tetsu-hau, starożytny granat. Choć wiedziałem, co z nim zrobić, nie byłem przekonany do idei. Szczególnie, że nawet gdyby ściany studni nie były zbyt grube — w co wątpiłem — to i tak siła eksplozji rozejdzie się w przestrzeni.

Zacząłem żałować, że oddałem Żąd… to znaczy Wikingowi (cholera, czy Sąnd działa też na mnie?!), drugi worek.

Miałem mętlik w głowie i nie wiedziałem, jak ugryźć sprawę. Łodzią pod murami osady powinniśmy popłynąć dalej. Jednak, by napełnić fosę, trzeba wysadzić studnię.

— Osada otoczona jest fosą — podjąłem — jednak nie okala jej szczelnie. Rowy, jak się domyślam, łączą się daleko stąd?

— Przypuszczam że tak. Już dawno nie zapuszczaliśmy się poza mury, nie pamiętam dobrze.

— Jak nisko początkowo wybijał potok? — zapytał Magik. — Ilość wody musiała być ogromna, by zapełnić tak dużą fosę.

— I tak było. Bowiem to, co teraz widzicie, to efekt naszej pracy, której celem było zatamowanie obfitego wyrzutu. Najpierw wybudowaliśmy tę ogromną studnię, pozostawiając lukę, by naturalne koryto potoku służyło jak wcześniej. Mur pod ziemią można zobaczyć, pozostawiliśmy bowiem tunel go okalający. Potem rozkopywaliśmy ziemię wewnątrz studni, aż w końcu ciśnienie wody rozerwało naturalną żyłę potoku i ta wypłukała resztę. Wtedy tylko zarzuciliśmy lukę skalnymi blokami, zamykając odpływ. — Właśnie podchodziliśmy do tego miejsca. Było błotniste, co wytłumaczył: — siłą rzeczy ta strona non stop przecieka.

Wskazał ręką na drabinę, sugerując byśmy tam weszli. Po drodze dalej opowiadał:

— Liczyliśmy, że w końcu ciężar wody w studni przyhamuje bijące źródło, jednak nie poszło tak, jak planowaliśmy.

Nagle naszym oczom ukazała się kopuła. Wyglądała jak zbyt mała pokrywka do rondla. Na jej powierzchni, przykrytej kilkoma centymetrami wody, widać było byliny i mech.

— I stworzyliście tę kopułę, by dobić ciśnienie — dokończyłem za niego.

Byliśmy w Ensenii — jakkolwiek mogło to wyglądać w rzeczywistości, rządziły nią inne prawa. Gospodarz był bojaźliwy i w sile wartkiego potoku znalazł coś, co stało się jego słabością. Ciężar wody i kopuły stłumiły życie w źródle.

Mimo wszystko kopuła do pewnego poziomu jest wolno podnoszona, by potem znów opaść. Sporo wody przelewa się na jej powierzchnię, w szczególności gdy kopuła natrafia na spore wyrwy w murze. Gdy jest ponownie podnoszona, wyparta woda przelewa się, wypełniając zbite pod ścianą duże koryto okalające ją, by mieszkańcy mogli czerpać z niego wodę do domostw i nawadniania działek. Jedynie przy pełni księżyca, woda wypycha kopułę o wiele szybciej, a koryto wypełnia całkowicie, czasem zalewając też okoliczne działki. Wtedy tunel jest zalany, a woda przesiąka na zewnątrz obficiej, tworząc stawiki i Kreomary poją się z nich, stając się silniejszymi.

Poprosiliśmy, by pokazano nam tunel pod klepiskiem. Gospodarze uczynili to tym chętniej, gdyż zapytaliśmy o nocleg i zapłaciliśmy wysoką cenę za miękkie łóżka.

W Turnieju każdy uczestnik miał sakwę z pewną kwotą. Sakwa automatycznie napełniała się kolejnymi monetami, jeśli uczestnik dobrze dysponował czasem i nie zachowywał się agresywnie tam, gdzie to nie było wskazane. Monet oczywiście ubywało, gdy robił coś odwrotnego lub po prostu przerywał zadanie.

Zanim weszliśmy do tunelu, po drodze zobaczyłem kilka opartych pierścieni. Skojarzyły mi się z okręgiem, wokół którego płynęła woda w teście Latarnika. Tu mogłem się im przyjrzeć bliżej.

Otóż były to dwa połączone okręgi. Dolny zapewne był szyną, po której mogła kręcić się górna część. Na ten z zębami zapewne dałoby się zamontować jakieś urządzenie. Tylko jakie i po co? Zapytałem, czy wie, czym one są. Atauron odpowiedział, że nie pamięta. Zastanawiałem się, czy nie będą nam potrzebne.

Tunel natomiast biegł po okręgu, a my przemierzaliśmy go z pochodniami. Szliśmy dokładnie pod łukiem koryta, wokół basenu. Doszliśmy w końcu do miejsca tak błotnistego, że nie było jak przejść.

— To właśnie tutaj nie mieliśmy jak zatamować potoku inaczej niż wrzucając blok, ale on cały czas przecieka. I przesącza się na zewnątrz.

— Aha, blok nie jest z litej skały — zacząłem mruczeć pod nosem — i tu mamy miejsce łączenia studni i bloku…

Atauron przyjrzał mi się podejrzliwie. Spytał:

— Czemu tak cię to interesuje?

— Bo planujemy wysadzić tę część — odpowiedziałem bez ogródek.

Magik mnie szturchnął, Podło jęknęło, a Tyran na nim wyryczał, że czeka mnie potępienie. Bardzo często, gdy to się działo, odczuwałem paskudną słabość, a sugestie zasiane przez którąś z twarzy Podła — a nawet przez wszystkie — rozsiewały się po moim umyśle. Kształtowały na różne sposoby przekonania o tym, jak to, co uczyniłem czy powiedziałem jest marne i dowodzi, iż sam lepszy nie jestem.

Doszło do szarpaniny ze strażnikami. W końcu nas skrępowali, a ja musiałem oddać tetsu-hau.

Gdy wróciliśmy na powierzchnię, puścili nas, zostawiając strażników przy wejściu do tunelu. Magikowi nic nie tłumaczyłem — czułem, że mi ufa.

Zdecydowaliśmy się wyjść z grupą osadników po chrust. Oczywiście zostaliśmy spuszczeni na linach, po przeciwnej stronie gaju z Kreomarami. I tu też był las, który zmieniał się tym bardziej, im głębiej wchodziliśmy. W pewnym momencie weszliśmy na teren Lasu Paradoksu.


Las Paradoksu — drzewa posiadające świadomość. Nazwa powstała z powodu niezrozumienie przez nich własnej natury. Gdy jeszcze drzewa tworzyły mały gaik, ludzie je odwiedzali, a zwierzęta budowały legowiska i wiły gniazda. Jednak, gdy drzewa się rozrastały i stawały coraz większe i bujniejsze, ludzie pojawiali się tu coraz rzadziej, fauna za to poczynała sobie coraz śmielej. Dlatego drzewa zaczęły rosnąć prosto w górę lub otaczać gałęziami jedynie swój konar, by nie dawać tyle cienia.

Efekty były raczej koszmarne. Gdy drzewa próbowały zahamować rozkrzewianie gałęzi i pokierować je wokół konara, te robiły się koślawe, cienkie i sprawiały wrażenie połamanych, a liście szybko żółkły. Gdy próbowały rozrastać się wąsko w górę, wyglądały jak marne chabiny tzw. wilki. Choć z zewnątrz nie wyglądało to najgorzej, to drzewa coraz częściej atakowane były przez choroby, pleśnie i grzyby.

Gdy próbowały w ogóle wstrzymać swój rozrost, robiły się grube, zaś ich kora pękała, powodując jeszcze szybsze podupadanie drzew na zdrowiu.

Wszystkie te zabiegi wymagały wysiłku. Tym samym, choć niedbale i rzadko poruszały gałęziami, to dodatkowo odstraszało ludzi i zwierzęta.


Jeden z osadników potwierdził tezę, że drzewa najbliżej murów nie czynią niczego, bo cały czas czują blisko siebie ludzi. Gdy mieszkańcy wybierali się do lasu, zawsze szli tą drogą. Jednak mało kto zapuszczał się między drzewa dalej, niż było to konieczne.

— Dlatego — mówił osadnik — jeśli wyglądają tak mrocznie i strasznie tutaj, jak to musi wyglądać głębiej? To oczywiste, że tam z pewnością potrafią pochwycić swoimi gałęziami i uwięzić zagubionych wędrowców.

— Skąd ten wniosek? — zapytałem.

— To przecież logiczne. Im bliżej osady, tym drzewa rosną spokojniej, bardziej naturalnie. Im dalej, sam widzisz. Ponoć w głębi słychać nawet jęki i…

— Ok, domyślam się — przerwałem mu. — Znany schemat opowieści. A czy ktoś wziął pod uwagę, że może one mogą tam po prostu nie żyć? I niektóre martwe drzewa są już wysuszone, co skróci waszą pracę?

Popatrzył w głąb lasu, ale im dłużej wbijał wzrok w drzewa, tym bardziej tracił zainteresowanie pomysłem.

— Nie! Nie pójdziemy. Wy możecie spróbować, ale nie będziemy tu długo na was czekać.

Nie do końca o to mi chodziło, by ich namawiać. Miałem na celu rozpoczęcie rozmowy, skumplowanie się i doczekanie wieczora, kiedy wszyscy pójdą spać.

Wtedy wychodzili Mielinizerzy, czyli konserwatorzy urządzeń, pracujący tylko w nocy. Chcieliśmy z Magikiem przyjrzeć im się, poznać ich pracę. Wiedzieliśmy, że nie ma innej opcji. Habitanów — którzy byli aktywni za dnia i jedyne co robili, to czerpali wodę i podlewali nią pola lub przelewali do przydomowych zbiorników — nie dało się powstrzymać w żaden sposób.

Jeszcze przed powrotem, paru osadników rozcięło kory tych nieszczęsnych — w moim odczuciu — drzew. Zaczęła z nich wypływać żywica, ale nie taka, jakiej się spodziewaliśmy.

— Przez to, że mocno zaburzyły swoją naturę — mówił osadnik, widząc moje zainteresowanie — potrzebują o wiele więcej wartości odżywczych. Dlatego żywica jest jasna i przypomina kisiel. Przed wejściem do osady zabierzemy wiaderka z normalną żywicą.

— Rozumiem, że ta mieszanka ma służyć jako klej?

Potwierdził. Tak też czyniło się w tych czasach, jednak używano mieszanki żywicy i startego na proch węgla drzewnego, bądź wysuszonych odchodów leśnych zwierząt. Sama żywica po wyschnięciu stawała się bardzo krucha.

Wieczorem strażnicy tunelu mieli zmianę warty. Kilku z nich ustawiono też dodatkowo nieopodal bloku z chatkami dla podróżnych. Tak na wszelki wypadek.

Magik wyszedł pierwszy i zagaił mężczyzn. Trochę się rozgadali, zaś Magik zaczął pokazywać sztuczki. Udało mi się przejść niezauważonym. Podszedłem pod koryto, rozglądając się, czy ktoś jeszcze jest na zewnątrz.

Mielinizerzy wyszli. Zauważyli mnie, choć raczej ich nie zainteresowałem. Podobnie jak wojownicy na murach, jedni obwiązywali się linami, drudzy zaś spuszczali ich w dół, by szukali dziur w murze. Gdy je znaleźli, od razu zaklejali żywicą.

Byli też tacy, którzy czyścili wierzch kopuły. Przez to, iż czasem była wypychana lub spadała w dół, nad basenem przerzucona była stalowa tyczka ze sznurami, by robotnicy mogli się po nich wspiąć i przejść po tyczce na brzeg.

Nie obawiałem się wszczęcia alarmu, dlatego wyskoczyłem na brzeg studni. Widziałem, jak z wiaderek wybierają maź i zaklejają wyrwy w murze. Ten musiał być od dawna tynkowany żywicą –przykryty był już naprawdę grubą warstwą.

Zauważyłem jednak miejsca, w których wyrwy były naprawdę spore. Jeden z tynkarzy wytłumaczył mi, że niektórych dziur po prostu nie da się zakleić. Są zbyt wielkie, by klej zdążył wyschnąć przed kolejnym wypchnięciem kopuły ponad jej poziom.

Oczywiście nikt z nich nie był uczony myślenia, tylko wykonywania rozkazów i powtarzania stałej sekwencji działań. Można przecież łatać dziurę fragmentami. Gdy powiedziałem to na głos, nikt nie zareagował. Robili swoje i szukali tych wyrw, które dało się łatwo zakleić. Po pewnym czasie przerwali, wyszli ze studni, zabrali tyczkę i wrócili do swoich chat. Za jakiś czas przyszli znów i powtórzyli czynność.

Gdy wychodzili po raz trzeci, zwróciłem uwagę na tych, którzy wspinają się na przerzuconą tyczkę, a do głowy wpadł mi pomysł. Zacząłem chodzić wokół studni, szukając zbyt dużych wyrw do łatania. Trafiłem w końcu na miejsce, gdzie była część muru dodana pod koniec budowania studni… I wpadłem na pomysł, jak to wykorzystamy.

Gdy oblepili kolejny fragment studni i znów wrócili do chat, poszedłem za nimi. Wtedy dołączył do mnie Magik. Musiałem im odebrać tyczkę. Gdy wróciliśmy, dokładnie na brzegu studni wybiliśmy tyczką wąską szczelinę w łączeniu ostatniego fragmentu muru. Spodziewałem się jednak, że będzie nam szło znacznie szybciej.

— Kopuła zbliża się do jednej z wyrw.– Mój kompan wskazał inne, niemal przeciwległe miejsce — możemy tam szybko przebiec i uda się wcisnąć.

— Uwierz, czasem próby ułatwienia zadania tylko bardziej je utrudniają — odparłem z trudem. — Troszeczkę więcej cierpliwości. — Poziom kopuły zbliżał się do drążonego rowu. — Troszeczkę…

W końcu poziom kopuły zaczął zakrywać wydrążoną szczelinę. Tyczka dalej tkwiła w tym miejscu, gdzie skończyłem. Czułem, jak napiera na nią ciśnienie wody. Zaparłem się bardziej i czekałem.

Wreszcie wypychana kopuła naszła na wbitą tyczkę. Gdy zakryła odpowiednią, według mnie, jej część, dałem znak Magikowi. Skoczył na tyczkę z rozbiegu, po czym wspiął się na jej szczyt. Następnie zaczęliśmy nią bujać, chcąc wygiąć ją jak najdalej na zewnątrz studni. W efekcie sama powoli zaczęła się jeszcze bardziej wyginać, a kopuła z jękiem — bardzo powoli — wywracać. Wtedy też wskoczyłem na nią i czułem, że nasza waga przyśpiesza ten proces.

— Daj mi punkt podparcia — rzucił uśmiechnięty Magik.

A ja poruszę ziemię — dokończyłem w myślach.

Na początku słyszeliśmy syk wody, który był coraz głośniejszy i w końcu brzmiał jak szum wodospadu. Ciśnienie stało się tak wysokie, że woda tryskała przez szczelinę i opadała jako gęsta mgiełka, tyle że wymieszana ze szlamem i gruzem. Czuć było smród, a sam niespodziewany deszcz nie był przyjemny, ale wiedziałem, że wreszcie wszystko zostanie oczyszczone. Poczułem również, że moja sakwa napełnia się monetami, czyli był to dobry ruch. Teraz musieliśmy tylko czekać, aż wszyscy wyjdą.

Ktoś zaczął wrzeszczeć i już niedługo zobaczyliśmy zrozpaczonego Ataurona.

— Co wyście narobili?! Straże! Brać ich!

Tak staruszku, to na pewno wyhamuje potok.

— Atauronie! Możesz nas zamknąć, ale to już niczego nie zmieni. Pozwól sobie pomóc! Oddaj, co moje i zakończę tę wegetację!

— Nigdy!

Wrzask był donośny — dowódcę ogarnęła desperacja i bezradność. Wiedział, co się stanie. Wiedział też, że nie ma innego wyboru.

— Oddaj tetsu-hau! — przekrzykiwałem szum już coraz czystszej wody. — Wiesz, że Kreomary już niedługo zaczną się poić. Odzyskają siły, a ich wściekłości możecie nie wytrzymać. Spójrz — zatoczyłem ręką łuk — wystarczy, by Kreomary przypuściły jeden silny atak i będzie po was. Słyszycie, strażnicy?!

Byli ledwie widoczni, ale ewidentnie ich to wystraszyło. Wiedziałem, że czasem trzeba przeczekać, by druga osoba poukładała sobie informacje w głowie.

Wreszcie, przemoczony Atauron z rezygnacją pokiwał głową.

— Ehh — westchnął. — Pójdę do tunelu… Ja… Ja wysadzę ścianę.

Wrócił z domu z bombą i skierował się do tunelu, ale mi cały czas coś nie pasowało.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 12.99
drukowana A5
za 25.99
drukowana A5
Kolorowa
za 53.97