Przemyśleniem

Bezpłatny fragment - Przemyśleniem

Sługa

Książka usunięta z publikacji
Objętość:
119 str.
ISBN:
978-83-8104-390-8

Tym, którzy we mnie wierzyli;

Tym, którzy nadal nie wierzą.

Tym, którzy nie rozumieją po co;

Tym, którzy nie rozumieją tych wierszy.

Tym, którzy może wspomną na „te” moje słowa i zobaczą, że mają one jakąś wartość.

Filip Bukowski, grudzień 2016

Aborygenizacja ciała

Jestem głupim mędrcem

Czajnikiem bez herbaty

Płaszczem źle leżącym na kobiecie

Śmierdzącym starym serem

Wypisanym długopisem

Jestem idiotą w świecie


Promieniem światła falującym

Płynem w lustrze odbitym

Jestem aborygenem

Idiomem znakomitym


Kruchą płytką z lodu

Kocicą o czterech łapach

Czarną tabliczką głodu

Człowiekiem w tarapatach


Nic mi już nie zostało

Wszystko przepadło z wiekiem

Zegarek, lampka, masło


Już nie jestem człowiekiem

Bar na Luk St.27

Jest taki bar, gdzie przychodzą punki

Przepełniony do bólu subkulturą

Nowoczesne życie

Wielka masa różnorodności


To już nowe czasy

Na plecach cybernetyczne wszczepy

Zamiast nóg — protezy skokowe


Przychodzę tu z czystej chęci

Nie jestem taki jak oni

Bawię się tą innością

Pozwala mi oddychać


Na wojnie była wojna

Skrajna nędza

Wymieniali co się da

I jak najprościej się da


Zabili mi syna

Żonę pogrzebali żywcem

Chcę się zemścić

Za życie

Za przelaną krew

Betonowe państwo

Sza, sza!

Powiedziałem do cholery!

Stój tam w kącie jak mówię.

Słowem nie mrugnij.

Nie taka twoja rola.


Cicho, cicho!

Bo sąsiad usłyszy.

I do niego też podjedzie

Pięć dywizji

Jak u ciebie


Biela! Muruj!


Poszły w ruch pompy, wyrzutnie

Lało się

Szara krew nasza.

Umrzemy, zatopieni tam

I nikt o nas nie będzie pamiętał.

Czas płacze

Czas płacze

Płaczmy razem z nim…

Żarłacze


Białe

Życie jest do bani…

I jest małe


Sreberko po kanapce

Srebrne, jak nigdy dotąd…

Trzymam w łapce

Dysk świata

Blada solida, gdzieś nad horyzontem

Mglisty byt, matka siedmiu planet

Olbrzym na glinianych nogach

Nie porusza się, nie walczy


Jak tysiąc gwoździ wbitych w trumnę

Stalowo-rdzawy pakt od dwóch demonów

Czara goryczy w piekielnym raju

Gdzie cukier nie ma już słodyczy


Kakofonia, odbity blask

Mirabelka duża i soczysta

Zaćmiona ćma

I dysku krawędź krwista

Hematytowe Serce

To ja jestem Hematytowe Serce

Rozcinam ludziom policzki

I kaleczę ręce


Ja jestem deszczem na szybach samochodów

Zimnem poranka

Uderzeniem gitary, która się popsuła i skrzypi


Chcę umrzeć, zanim odejdziesz

Bo mam tylko 10 minut na pokazanie

Wszystkiego co mam

Ale nie boję się żyć


To ja jestem Hematytowe Serce

Nie będę jak inni

Mogę ci się nie spodobać

Ale będziesz to musiała zaakceptować


To ja jestem Hematytowe Serce

Więcej we mnie jest żelaza niż człowieka

Ale żelazo da się stopić

A człowieka nie

Jak się to nazywa…

Jak to się Panie nazywa?

Bo ja nie pamiętam.

Duże

I małe zarazem

Drewniane

A jednak czarne w środku

Z otworem

I szczeliną w ścionie

Śmierdzi

A z zywnątrz

Tego się tyknąć nie idzie

Wicie Panie jak to się nazywa?


Stodoła?


Yy.


To co?


No nie wiem, przeca pytam.


Latryna?


O! Sroc.

Miłość… Miłość… Miłość…

Kłamstwo powtórzone nieskończenie wiele razy

Staje się prawdą

Na której oparty jest świat


Ludzie nie potrafią akceptować

Niszczą, wydzielają

Przywłaszczają sobie coś

Dla samych siebie

Zabraniają czegoś

Co publiczne


Miłości

Miłości


Nie można utożsamić z tym

Czym była kiedyś

Z tym czym jest teraz


Tym czym jest teraz

Zależy od nas samych

Pamiętasz… Lasy

Byliśmy tam kiedyś

Pamiętasz

Wydawałaś mi się promienna

Nie taka zmęczona


Zieleń dookoła

Blizny wichur

Kalectwo powodowane deszczem


Nie obchodziło mnie wtedy nic

Martwiłem się, że nie będę tak dobry

Jak chcę być


Teraz mam nadzieję, że Starzy Kumple

Docenią moją pracę

Że zapłaczesz kiedy umrę


Że zapamiętasz lasy

W których się zgubiliśmy

Więcej razy

Niż mi się wydawało


Potrzebuję sam zrobić

Zdjęcia tamtego dnia

Żeby utrwalić


Ale poradzę sobie

Przetrwam

Do rana

Przejrzysty obywatel

I w szklanych głowach

Kruchych jak lód mglisty nocą

Tli się resztka wosku

Co świecą bezwietrzną się staje


Każda postać trzyma się w ukryciu

I nie drgnie nawet z daleka

Uśpiona — w upiciu

I błogim omdleniu

Życia — nieżycia

Przemijania w niewiedzy


Precyzyjny mechanizm

W którym każdego można kontrolować

W którym każdy każdego kontroluje

I szkłem w szkle odbija

Bez granic, okowów


Więksi

I kolorowym woskiem napełnieni

Cieszą się uznaniem

Obiecują reszcie

Wolność

Odlot

Nie mówią tylko,

Że w jedną stronę.

Strzały

Dawidowe strzały dosięgają raz po raz

Dościgane przez słońce

Rozgrzane, kojące

Miały uśpić nas


Wiatr na wzgórzu — biały dym

Znak od boga

Znak od wodza

Szelest — rym


We’ladin dor bleth

Iram ireweth

Maer reer de boms

Gylat l’aer felomme


Wrzask — brzask — woda

Cierpki owoc smoka

Dzban z kryształu w szafie

Indygo Jagoda


Fner faehr, leoda

Irsza hryrhy dor bleth

Meda smaer doms

Leonte iorweth

Światło jest światłem, czy jednak jest cieniem?

Kryształowa sieć oplata się brzemieniem

Szafir w półmroku barwą jasną drga

Gdzie posiadanie serca stało się pragnieniem

A stos ludzkich ciał osłania mleczna mgła


Błękitna szybka krucha w swej istocie

Ćwierkanie wróbla w pochmurny poranek

Gdzie pamięć jasna wyryta jest w złocie

A duszę niesie kwarcowy baranek


I w takim miejscu

I w takim kolorze

Pytamy siebie o przedziwne czary

Lecz jedynym naszym człowieczym marzeniem

Jest usłyszeć z sennej jak duch mary

Czy światło jest światłem, czy jednak jest cieniem?

Politykowanie

Nie ma dwóch dobrych polityków

Z których można by wybrać jednego

Stajemy w świecie stopą

Czując, że ziemia się osuwa


Chcą dobrze i mają podobne osiągi

Ale w pewnym momencie stawka staje się

Zbyt wysoka

Nie umieją zejść z chmurnych piedestałów

I oni stają się potworami

Walczącymi nie o przyszłość

Ale o teraźniejszość


Posuwają się do użycia

Czarnego pierścienia

Zaciskają swoje myśli

Zacieśniają swoje poglądy


A ludzie chcą tej rzezi

Chcą krwi

Bo tak zostali stworzeni


I nie chcą już patrzyć dalej

Głębiej

Bo z przodu rozgrywa się

Przegrany bój


Dlatego sam nie chcę nazywać się

Człowiekiem

Bo to hańba,

Nie zaszczyt w tych czasach


Chłodniejsze noce

I nawet

Chciałbyś

Wiedzieć

Gdyby istniał

To bym ci nawet

Nie powiedział


Chłodniejsze noce

Zwiedzaj


I nawet gdyby

Istniał od wczoraj

To bym ci nie

Powiedział

Boli mnie

Boli mnie

Boli mnie serce

Bo ludzie się nienawidzą

Nie potrafią przeprosić

Za zło

Nie potrafią wybaczyć

Za zło

Nie potrafią być ludźmi


Stajemy się bezdennym głosem

W przestworzach osobistych

Wynalazków

Które ni to nam nie pomagają

Ni to zmieniają coś w naszym życiu

Do głębi


Boli mnie,

Że kiedyś było dobrze jak było

A dziś ludzie

Nienawidzą się


Nie wszyscy

Na szczęście

Cienie

Goni mnie

Ktoś

Śledzi mnie

I nie mogę go złapać

I nie mogę

Dogonić


A czasem

To on włóczy się

Marny

Posępny

Czarny


A czasem

Zupełnie znika


Węszy

Czekam

Czekam na miłość

Przez wieki wciąż czekam

Nie dopytuję

Skąd ona ma przyjść


I mam nadzieję,

Że ona też czeka

By wreszcie z cienia

Wyjść


Na czas skowronków

I motyli w brzuchu

Na czas dobroci,

Spełnienia


Na czas uścisków

I względnej miłości

Czekam

Bez zapomnienia

Człowiek

Gdy widzę ludzi, którzy idą,

Lecz którzy wrócić już nie mogą

Gdy widzę ludzi, którzy wyjść chcą

Lecz dane iść im zamknięta drogą


Gdy widzę ludzi, którzy mówią

Że będą kochać osobę drugą

Życzę im wtedy lepszego życia

Niżby spotkali u kresu bycia


Refleksję taką, snuję ja wtedy

Gdy miną sądy, trwogi, pogrzeby,

Że trwanie nasze, jest bez powodu,

I że trwa od wschodu — do zachodu

Daleko

Daleko?

Po co mam latać?

Za górą, za rzeką

Po co otwierać?

Skrzyń wieko


Na co nam błądzić?

Kobieto?


Jam jest jedynie

Obieżyświatem

Twej duszy

Pustyni nie ujrzę

Głębina nie wzruszy

Kocham bez względu

Na czas i pogodę

I kochać będę

Dopóki mogę

Miłość a modlitwa

Miłość jest jak modlitwa

I jak wiara


Z początku żarliwa

Wzniosła, zaskakująca

Kiedy mówimy jej pierwsze słowa

Kiedy całujemy po raz pierwszy


Potem zaczyna nużyć

Kiedy musimy powtarzać

Te same frazy

Kochać nostalgicznie


Wreszcie zaczyna przeszkadzać

Zabiera nam wolny czas

Zabiera nam chęci

Nie chcemy z nią żyć

To, co sobą przedstawia,

Staje się przeciw nam


Ale gdzieś tam na końcu

Jest zbawienie

Miłość doskonała

Która płonie tak mocno

Że dwoje ludzi

Trzymających się za ręce

Odchodzi do Boga


Dzięki modlitwie,

Która jest jak miłość

Długość

Poszukuję słów

Które nie mają

Znaczenia

Które nie mają

Wybrzmienia

Których nie ma

Tu już


Szukam ludzi

Których nie kocha

Nikt

Nikt nie rozumie

Ich

Nikt nie patrzy

Na życie


Szukam życia

Które umarło

Które leży gdzieś

W rogu?


Szukam celu

Szukam bez celu

Bez ostrożnosci

Bez pomyślenia

Bez założenia

Że mi się uda


Znaleźć

Słowa

Które nie mają

Znaczenia?


Gazeta

Leży mała

Nieporadna

Biało — czarna

Z informacją

Pełna

Ciemna


I nikt jej nie czyta

I nikt jej do ręki

Nie bierze

Jak karmin motyla


A Ona jest

Pełna tajemnic

Świata

Zamyka wrota

Niewiedzy


Informa

Informale

Kocham

Kocham

Kocham cię

Mocno

Patrząc

Przez okno

Myślę o tobie

Kocham

Kocham cię

Głośno

W wiosenny dzień

Kocham

Kocham cię

Prosto

Gdy drzewa rosną

Ja widzę cię

Kocham

Kocham cię

Zawsze

Idealnie

Metralnie

Literalnie

Teatralnie

W tchnieniu zim

Bez celu

Zatrzymujemy się bez celu

Krok za krokiem, krok za krokiem

Twój wrzask rozdziera błogą ciszę

Owianą mrokiem, owianą mrokiem

Trzy dni już suszy przeminęły

I trzy dni deszczu

A my pomrzemy bez powodu

Marznąc z dreszczów


Zapomnij o mnie wreszcie

Zapomnij o dniu co trwa jeszcze

Bo twoje serce zbyt skostniało

By kochać chciało, by kochać chciało


Zapomnij o człowieku

Zapomnij, że pobiegł daleko

Bo pamięć twa jest zbyt ulotna

Ta chwila była dla mnie zwrotna

Koniec

Koniec to jest brama

Którą wielu przekroczyło

Jest zupełnie mi nieznana

Jak nieznana jest też miłość


Koniec to są wrota

Prowadzace do pałacu

Ja nie umiem ich otworzyć

Czekam więc dobrego czasu


Koniec to jest droga

Która toczy sobą kręgi

Koniec to przestroga

By zobaczyć swoje błędy


Koniec — końcem

Ale czy napewno?

Nie wiem

Wiem, że koniec

To każdej sprawy sedno

Kłamstwa

Za dużo kłamstw już powiedziałem

Zbyt wiele osób okłamałem

Więc składam ręce

Klękam dzień w dzien

Przed pierwszym i drugim mieszkaniem

I mówię dostojnie

I niezbyt przelotnie

Na wieczne przebłaganie


Nie odwróć się proszę

Nie odwróć od świata

Zbyt wiele łez upłynęło

Zbyt mało zakwitło róż

Czymże

Czymże jest życie

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.