E-book
2.73
drukowana A5
55.36
Prószą słowa

Bezpłatny fragment - Prószą słowa

Objętość:
446 str.
ISBN:
978-83-8221-738-4
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 55.36

pokora

próbuję wyłuskać

ze wstążki ciszy

ułamek

Twojego srebrzystego spojrzenia

nie znam słów

które odmawiałyby zmęczonej

bezosobowości przeszłych

wynaturzeń

dotknij skroni

mojego cienia

niewysłowionego opętania

zbędnych ciał

złuszcza się naskórek

ciemnozielonej farby

zdrapuję z niemej cieczy

resztkę mdłego pożegnania

komu podziękować

za bezpieczną samotność

za wrzące serce nieba

za zlodowaciałe ramiona słońc?

zanim łupiny powiek

przesiąkną znikomym obwinieniem jutra

zanim cicha noc rozłupie nam

pokorne czaszki

stań u wezgłowia bladej nocy

płynę wstecz

płynę

wstecz

między naroślami

między nowotworami

twoich martwych półsnów

brnę

poprzez hałdy marzeń

niecnie wykorzystane

przez przerysowanego Boga

życie nie robi

już

na mnie wrażenia

topię się pośród czerni

zdziczałego dotyku

miłość ma mnie

na wyłączność

podaj kawałek duszy

nim zaspokoi się

ostatnia rana

znów

śnię

o naszym pojednaniu

o naszym kwilącym oczekiwaniu

nim przepadnie

niewykonana łza

nakarm mnie

ciałem i krwią

jak opowiedzieć marzeniom

że śmierć się skończyła?

przewlekle

czekamy skuleni

pod ciężkostrawnym całunem

przewlekłej nocy

czekamy

na samotność

aż wyprze się

zakazanego prochu

spodziewamy przytułku

zaczajonego manuskryptu

intuicji

spodziewamy się życia

odważniejszego od śmierci

nie wypieraj się

czerstwych bochenków

łez

zaszczutych pomyłek

zjełczałych rozkoszy

przyjdź o poranku

zespolonych archipelagów

zostań

póki nie napoczniemy skazanego bytu

czułe są przystanki

naszych rozległych imaginacji

stalowa szarość

stoję

u wrót piekieł które zesłał

nasz obopólny złowieszczy wdech

kąpię się pośród westchnień

niewykorzystanych czułości

szczęście nie wywiera

na mnie wrażenia

czaję się

od okna do drzwi

od rynny

aż po deszcz

dreszcz konsumuje

nasze rozplenione przezroczyste ciała

ciąży mi twoje sumienie

niewykończony powiew

zarzekam się

na stalową szarość

naszych spójnych wieczerzy

modlę o haust uśmiechu

który daje złocistą noc

nie martw się

że Bóg jest niedaleko

od dawna niedosłyszy

i nie widzi

na lewe oko

wyłudzona nadzieja

pleni się

nasz zjednoczony zmysł

nad dachami dusz

czai zmyślony czas

zatrzymaj się

aby nie zapomnieć

o wyłudzonych zrywach nadziei

już nie boję się

twoich giętkich namaszczonych palców

niestworzonych workowatych słów

szaropióra przestrzeń

waruje u wezgłowia trumny

podniecony świt

znajduje ukojenie

w wieczornych łzach

ciężko zrozumieć

z której strony nadlecą

zgłodniałe nuty

zaśpiewasz do snu

mojej śmierci?

rozczarowany mrok

próbuje przedostać się

na lewą stronę

wypłyń na dno

trudno jest

doświadczyć ciszy

ciężko jest

zaprzyjaźnić się z nieznanym

naciera na mnie

jeszcze jeden nienapisany dzień

kolejny przypadkowy okrzyk

krztuszę się

złudzeniami

niewyrażonymi urojeniami

schowaj pod czarnym językiem

kropelkę świtu

okruch zmyślonej pomiętej rdzy

poszarpane odpadki wzruszeń

muskają koniuszki

naszego niedoświadczenia

wypłyń na dno

miej w zanadrzu

ostatni przypadek

zanim przystaniesz

u progu

przywitaj się z niedowidzącymi

godzinami sfer

z nieukojonymi kłamstwami

rtęć

szarość

naszych obowiązkowych

pożegnań

szarość

naturalnych snów

pociągniętych gęstym futrem

koegzystencji

cisza i człowiek

wierni zdradzie

wyważają drzwi

do pucułowatego zakamarka

gibkości cienia

obracam między miłością

a zignorowaną kalkulacją

paciorek zatęchłej śliny

oblicze

nieśmiałego zegara

odstrasza niewinność

złożonych racji

światło skumulowało się

w lewym kącie

niegodziwego chichotu

przyjdź z odsieczą

mojemu wierszowi

przybądź z truchłami

poległych w szumnej walce

gwiazd

gwiazdobranie

nie ma samotności

słodszej i kojącej

niż nasz obustronny gniew

nie ma czarnego brudnego ciała

oprócz skazanych na świt

białych dziewcząt

między wykorzystanymi snami

nie ma nic co stanowiłoby

podwiązkę czarnej gwiazdy

co lepkimi rzęsami

dotykałoby twardego brzucha

łowię duszę

wyciągam z przyległego życia

niczym z gęstej kleistej wody

mknącej w poprzek żył

jesteś świadkiem

mojej upadającej ściany

złudzenia przed tym

co odległe i delikatne

udaj się na gwiazdobranie

łzawych paciorków

im rzadziej

im rzadziej

cię widzę

tym bardziej czuję

im rzadziej

spotykam twoje sny

tym bardziej pragnę nocy

nie znam twojego ciała

obca jest dusza

iskrzy się śnieg

w kącikach twoich oczu

bliskich szaroniebieskim

kielichom migdałów

nie znam zwinności

twych cytrynowych palców

nie znam giętkości

przepalonych zmysłów

a jednak widzę cię

w nogach mego snu

rośnie we mnie intymność

której pokornie wskazuję okno

przybądź zanim skończy się

moje dzieciństwo

i niedokończona bajka

któż rozczesze nasze

skołtunione wargi?

któż wyjdzie naprzeciw

popiołom jutrzejszej

pigwy serca?

zapal światło

ciemno

ciemno wokół

ciemno pośród

moich niczyich myśli

porozrzucanych po skrzydłach jeziora

ciemne są

moje spopielone oczy

nadal zaniedbane

ciemny

język nieznający pieszczoty

i straconych uśmiechów

ciemne jest miejsce

tuż przy obojczyku

niegrzecznie pociągnięte czerwienią

ciemny

skrawek między piersiami

gdzie nie mieszka nikt

ciemny

brzuch utkany z kryształowych

archipelagów

złożonych zatok głodu

ciemny

zakamarek w którym chciałabym

napotkać wyłudzone pragnienia

przeterminowane wstęgi

zaginionych śmierci

zniewieściałe stopy lunatyka

wejdź proszę

do środka

i zapal światło

uległość czasu

wtuleni w płytki płaszcz nocy

w ciekłą wstęgę

jutrzejszego zbawienia

między połowicznymi łzami

plącze się złoże

ciemnego dialogu zdrożności serc

poczwórny jest wyrok

na czuwające skrzele ciszy

podchodzę do ciebie

na piętach

na zwojach ciężkostrawnych płuc

jest jeszcze ptak

kochający dno

podrzuconego wydźwięku

tajemnicy

papierowe struny jutra

płoną pod muśnięciem

twoich rzęs

zbliżam się

szerokimi krokami

za mną połyskuje tępa

czarno-biała tęcza

uległości czasu

skrawki dorosłości

ciemnozielone wybrzuszone wargi

twojego miernego oddalenia

płyną wbrew

próchnicy śniegów

balansuję na linii

między życiem a skargą

lecz złość

przyczynia się do wypatroszonej

nadziei

pozwól mi posmakować

rozpostartych warg

niemych modlitw

do zakazanego Boga

miłosierdzie nie zna spójności

głębin naszych strumieni

żył

przepełniona blaskiem śmierci

przyprawiam rany

łyżeczką soli

spójrz

na moje uskrzydlone trzewia

moje poszarpane

skrawki dorosłości

prosto od matki

obraca się w tobie

moje serce

sucha powleczona martwicą

planeta odległego pociągu

wszystkie posrebrzane

kłamstwa

stłoczyły się w lewym kącie

poduszki

zakotwiczony promień

karmi nas zsiadłym mlekiem

prosto od

matki

która jest przesłoną

dla dalszych cierni płuc

jestem skrytym pasmem

głodu

przesyconym złożonością

nadludzkich przypuszczeń

pragnę twojego chleba

pragnę wina lecz

wciąż dławi mnie pragnienie

szamocę się

w za ciasnym uśmiechu

w rozwodnionym wejrzeniu

ran które zadał mi

twój wytresowany

rzeźbiony w marmurze

wdech

czekam

czekam na ból

skojarzony z najwyższym szczytem

niedopowiedzenia

czekam na ból

słodki jak zetknięcie

dwóch kamiennych naskórków

czekam na ból

upodabniający się milczącym gwiazdom

bezdroża

czekam na ból

by ujarzmił moje poprute skrzydła

zastąpi

rozdrażnione skrawki

linii papilarnych

czekam na ból

czekam cierpliwie

u stóp wywyższenia

u rozkojarzonych ramion

zapomnianej śmierci

płyną krople lodu

odpadki po jutrzejszej melancholii

przypomnisz mi

nieobecność twoich

porozwlekanych ust?

zbiera mi się na uśmiech

milczący snop cienia

odlatuje poza kreskę

oka

wraz z twoim wielowiekowym

wyczekiwaniem

spijam popłuczyny

rzęsistego oddechu

nieodwołalności

skargi

zbiera mi się na uśmiech

gdy widzę twoje malinowe

powietrze

w mojej ciemni

mieszkają gorzkie zorze

których wyparło się niebo

dławię się sprężystością

niecnych prawd

przekabaconych sideł światła

niepokorność

cudzych zniszczeń

podrywa się do upadku

nie wadzi nam ostrzyżony

na pazia

schyłek ludzkości

u szyi wisi mi pęknięta

nitka śliny

krew czerstwieje

w potarganych żyłach

skąpana w ubogim cieniu

modlę się o własną spowiedź

nie toleruję życia

które odlicza tysiąclecia

do najbliższego przedwiośnia

zadurzona samotność

ściszone krzyki

karykaturalnego przedwiośnia

śmierć co sączy się

ze mnie

kropelka po kropelce

przeciwność snu

bawi się skradzionym ogniem

nieukończonego rozkazu

tułam poprzez

zaprzepaszczone połacie

gwiazd

oznaki przepełnionej przyszłości

krew miesza się

ze śliską skorupą

prawa istnienia

znam cię

na pamięć

kojarzę odłamki szkieł

zagrożonej znikomości

jest jeszcze cień

ukryty w kąciku

łzy

schowany pod duszną powierzchnią

czasu

kwitnie we mnie

groza ciepłej róży

rozrasta się pnącze

zadurzonej samotności

bezosobowe pociągi

nakazano mi

urodzić się przed czasem

nakazano mi

oddychać w odwrotną stronę

bezosobowe pociągi

spadają

pomiędzy czarne płatki

rumianków

noc znów poszukuje

mojej niewinności

widzę cienie

pod jej powiekami

wyruszam w przyszłość

w scalone pomruki

uschniętych półsnów

w twoim urojeniu

radość czerpie

moja niezasłużona dokładność

martwicy

wszystkie nienagannie

zapuszczone myśli

suną wzdłuż przemianowanej pogardy

poprzez pogniecione świstki

myśli

błagam o odrobinę dymu

o bezkształt

rozmyślnych nadziei

czarno-biała kropla

spijam rtęć

twojego niepoczętego wejrzenia

tłamsi mnie błogosławiony wiatr

nikły jak nieprzewidziany sen

nie każ mi żyć

wbrew czarno-białym

kroplom tęczy

nie zmuszaj

do świeżych podrygów perspektywy

zostań poetą

mówili

nic ci się nie stanie

grozili

pełznę dalej lunatykuję

pośród posrebrzanych podrygów

słońca

zakochaj się

w mojej samotności

odwzajemnij nadzieję

przyjrzyj szaroburym łzom

skazanym na dożywocie

nie pozwól moim powiekom

opaść


w nieznane

odrębna epoka

na próżno przywoływać

choćby do porządku

zmęczone powolne

karykaturalności


jak nóż

biegnący pod prąd

ciała i krwi


zastyga śpiew

samotny puls

błąka się od ściany

do śmierci


pogłaszcz

pod włos

moje zaniedbane powieki

podrap za uchem


zlituj się nad nadwagą

przyszłych zanieczyszczeń

nad pokiereszowaniem

światła

warg

oddalonych

o odrębną epokę

samotna krew

pękła

powielana blizna

znów płynie

mnogość gąszczy


niedokończone powinowactwo


na kolanach

błagam o czarną kromkę

wstydu

w poprzek gardła

tępą kość


czas wstawać do

życia


pokruszyła się

zielona nitka ściany

niedokładność jest wrzodem

na plecach duszy


nie troszcz się

o dojrzałość

czerstwość promieni

nie dbaj

o tętent pustego żołądka

nie obawiaj

samotnej krwi

żółte kości

szukałam

wśród siwizn jutra

skradzionej skórki

pomarańczy


słodkiego miąższu

cytrynowego

brzasku nocy


moje kieszonkowe słońce

zatraciło orientację

niebo stanęło

do góry

zębami


nie każ czekać

na sierocy błogostan

zliczać odpadków włosów

zgarniać łez

u źródła nieudanej kopii


jest boleśnie czarno

z rany wycieka chaos


niebiesko-czarne głosy

zakochały się

w obojętnym ogniu

gwiazd


rozdrapuję

żółte kości

nie szukaj

nie szukaj mnie

pośród zziębniętych kłów

płomieni

wśród ciał poległych

od ciosu samotności


przypatrz się

strumieniom warg

jak zwykle niedopasowanym


nie do twarzy ci

z niebem

płaszcz nocy

jest za ciasny


nadejdź nim rozpęta się

kolejny świt

wróć choć księżyc

spóźnił się na nocną zmianę


piegi galaktyk

odklejają się osuwają

między sklejone przepustką

ciężarne

dłonie


zdrapuję z podniebienia

obłe śliskie

tarcze snów


włochate klatki piersiowe

bezbożnych aniołów

prószą słowa

prószą słowa

niewysłowiony mechanizm

gnębi resztkę narowistego źródła

bezgłos sprzeciwia się

dialog urywa

na złość nienawiści


wierzę w sny

wszystkie z kradzionego raju

potężna jest wiara

w odmienną zamaskowaną

nieobecność


wyobrażenia o słownym piekle

przechodzą na kraniec

wstępu

poezja martwoty

wytacza się

między zielonymi płucami


spopielała zlizuje powietrze

zza niedokończonych urojeń

mrzonki to tylko przypadek

bez rozwiązania


wskaż kierunek

ku właściwym echom

przeterminowane skrawki

przepłynęłam

na skraj powietrza

zamyślony przestrach

tłumaczy się jałowymi łzami


chodźmy

w pękate słowo przeinaczenia


skrupulatność rodzi

umiłowanie do nienawiści


kolekcjonuję zmyślone odpadki

gwiazd

z której strony

ujrzę spienione źródło

gorszych niedopałków?


zjełczałe siły kolidują

z rozsmakowanymi w niedomówieniach

epilogach

plastikowe słońce

odkleiło się

od piegowatego policzka nieba

błąd przeinaczył

najważniejsze słowo

rozmokłe w niedokończeniu


kropla jednakowej myśli

stanie się jednością

przeterminowanych skrawków

stronniczość

zażegnane stracenia

pustka bez nawrotu

przymierzam niepomyślny skowyt

niepozorne potknięcie

za rogiem znikającej czerni


całość

jest niedopatrzeniem

zniszczeniem

na zawołanie


podobno muzyka ma smak

zdziczałego przemijania

dławią mnie ślady sumienia

zaniechany nieopatrznie niedopałek


spętana poszumem ciała

znikomość czarnych palców

doskwiera przeobrażonej fantazji


naucz mnie podziwu

dla stronniczego oblicza

naiwności

przedwcześnie urodzeni

przesycam

śmieszny oddech

pozostała

odrębność przetworzeń


ulotność autorytetów

odbija się czarnym echem

o dzwoniące zęby


wskaż obojętność

która ujawni

zatracone skradzione odznaki


skąd tyle zdziwienia

w spęczniałej płynnej rzeczywistości?


przemienienie to potwarz

dla rozkojarzonego pozoru


obecność

wymaga potężnego oddechu

dwustronnej ciekawości


pokaż mi drugą stronę

swego cudzołóstwa

wyjaśnione niedokończenie schowaj

w pudełku po sercu


dziś metamorfoza jest cnotą

przedwcześnie urodzonych

woda i krew

kaskada

przemyślanych przyrzeczeń

stos obietnic

bez potwierdzenia

dużo wolnej woli

na polach trzydziestoletniego dzieciństwa


kiełkują

porzucone przesilenia

kontakt bez znamion

bieżącego jutra


poczęstuj Boga

kawałkiem człowieczeństwa

przyobiecaj mięso bez kości

wodę zmienioną w krew


spieniona czerń światła

mieszka między

zbyt dużymi wargami


pączkom gwiazd brakuje

naturalnego złudzenia

noc

zatracona w poranku

może dać

przypadkowe przejaśnienie

resztka krwi

czekamy

na wspólne przejaskrawienie

liczymy

utraconą kobiecość

nikłych metafor


dogonimy dziwaczność

jeszcze jednego źródła

krynicy

zwierzęcej niedogodności


krnąbrność idei

prowadzi na początek stagnacji


znikoma rzeczowość

dokarmia resztkę krwi

odrębność

przenika tęczę

wskazana przez otępiały bezczas


znajomość pionków

nie ma prawa do bliskości

jeden martwy punkt

i imaginacja stanie się wspólnotą


dokąd wiodą przeinaczone skrupuły?

którędy do unicestwionych

obnażonych z gwiazd nawyków?

zakochany cień

przygodna prawda

oszukana pomarszczona

jak śliwka

w kompocie

bez prawa

do zwrotu bądź wymiany


czcigodny obłęd

niewola pokrzyżowanych wrażeń

zabrakło wierności

wynaturzonej pomyłce


czy wystarczy czuła mgiełka

złego pocałunku

aby przebrzmiał

głuchy przypływ?


zmrużone wargi horyzontu

płoszą bezimienny krzyż

przeczucie odrodzenia

rozpuszcza się

wyparowuje

przez szczelinę

w języku


zdejmij z obłoków

płód zaniechanego cienia

brakuje

zakochanego w swej niższości

przeczucia

zjawiska paranormalne

zmienność poważnych pozorów

wyzwala niepokorność

przeczulonych wyznań


rozpędzona pobieżność wiatru

złakniona wyolbrzymionych straceń


mlecznobiałe przeinaczenia

skłębione pod strychem

złowrogości kierunków

odnalazły wypełnione przesłanie


nie potrzebuję

przejaskrawionego poruszenia

by dopaść skazane

na przewinienie przysięgi


słona jest tutejsza wilgoć

utracona fantasmagoria

zapoczątkowała nieuchronne

prześwity witraży


przesłodzone opuszki

spijają nieprzewidziane resztki


by ulżyć wykroczeniom

trzeba rozpoznać pieszczotliwość

umownej słuszności

od niechcenia

zniszczone podgrodzia bezstronności

zażyłość skazana

na wyzwoloną porażkę

w twardym cieście znaczeń

napoczęta naiwność


chciałabym oddychać

niezauważalnie


prowadzi mnie ostateczny ślad

pokora przedzierzgnięta

przez kopułę niedopowiedzeń


obracam w drewnianych słowach

zniewieściałą formę

celowość wyróżnień

przebiega bezbłędnie


nie dostrzegam znikomości

między źródłem a wewnętrzną nocą


pustka przysiadła na krawędzi

promienia

zażegnane sekundy

rozproszone na krawędzi sprawiedliwości

kochają się

od niechcenia

wytwórnia

złączone

dwie krople wiatru

ślady po ogniu

na policzkach


umknęła miniona resztka

dezorientacji

zostawiając wrażenie

bez skrupułów


wytwórnia światła

stała się zażegnaną połówką wieczoru


chciałabym poznać problematyczność

przedwczesnego Boga

Jego skrępowanie

i mordercze niedopowiedzenie


podmienione iskry

współczesne i zachłannie uczciwe

łaskoczą czule pięty umysłu


skąd tyle uwydatnień

w niedokończonym świecie?


czuję w ustach

rozproszone ziarenko

języka

kropla ciała

nadgryziony słowotok

przebrnął na drugą stronę

światła

przeinaczenie nieznanych legend

syci płowy cień


cierń wiatru tkwi

w centrum

wszechświata

pustynia skojarzeń

pęka w szwach


nawarstwienie przemienienia koliduje

z siłą komplikacji


pokaż mi szczerbę w języku

wyleczymy krzepką naiwnością


pierwiosnek zatracenia

przerósł

najwyższą znikomość ciała


lepka klejąca się smuga ciszy

przywarła do podniebienia

by stać się ponurą uczciwością


skąd tyle duszy

w tak wynaturzonej

kropli ciała?

właściwa ostateczność

stańmy na granicy

przemyślanych rozkojarzeń

patrzmy jak giną

przerysowane ślady


poddałam się

zewnętrznym zawrotom

jądro czasu

omija skruszone chodniki zjawisk


udowodnię że przemożność

skamieniałych palców

nasiąka czułością


wybierzemy właściwą ostateczność


zjawiska paranormalne

występują tylko parami

wymykają się

przepełnionej ulotności


czy rozpoznamy Boga

w zielonych oczach nieba?

pokażemy nieprzejednaną skrupulatność

źle dobranych autorytetów?


zanim podniesie nas

przeciwstawna jałowość

rozpoznamy nienawistną ciszę

w naszych słowach

pozorność wysypiska

przeinaczenie zbuntowanej izolacji

zzieleniałe pękate

wyróżnienia wyznaczników


złożona małomówność

zastąpi rozszarpanego cudotwórcę

zza siekiery płuc


wyglądają odpadki przysłów

nakrapiana wysiłkiem skóra

przypomina skarlałą niedorzeczność zmyśleń


czy to stosowna nieskończoność

by wszcząć rozkojarzoną wojnę

o skrajny byt?


czy nienawiść w karłowatych urojeniach

porzuci zmyślone zatracenie?

może małomówność przypadków


wyważy zatrzaśnięte niedorzeczności?

po znikomości ostała się

malownicza pozorność wysypiska

plątanina

zziębnięta masa

rozległych połaci księżyca

katastrofa

przekreślona w połowie zdania


po grzbiecie przemyka

zgarbiona iskra


otoczmy kryształowym bezkształtem

zjednoczone podmuchy słońca

zrównajmy się

z wielokropkiem

dogońmy zmanierowane dosłowności


wiara uzupełniona

powolnym światłem pulsuje

w plątaninie bogobojności


zamknięta mieszanka bezdechów

z pozoru bezwładna

promieniuje jestestwem

skradzionego przypadku


zakopana w gmatwaninie

schorzeń liczę

na zwieńczenie zwierzchnictwa

mainstreamowy Bóg

przelało się znoszone piętno

przestarzałych wniosków

potoczyło zgiełkiem stado

wciąż szkarłatnych podmuchów

szczytu


przerzedzone wiosła

nadludzkich sumień zapadły się

na krawędzi

niepewna jest rola

mainstreamowego Boga


przepojone mlekiem chmury

pełzną przez strugi włosów


przystańmy u wezgłowia

koralowej północy

przyjrzyjmy zziębniętym zasługom

oczekiwania


krwawią źrenice

złocisty obrazek przemyka się

nad kolczastym drutem błyskawic


brakowało mi

słodko-słonego wykroczenia

czystość ma brunatny zapach

gnijącego pytajnika

ciepłe

ciepłe jest błoto ciągłości

ślady na skorupie wzniesienia

zdradzone zmyślone

ogarki ołówków


tylko stracone rano

wskrzesi wydmuszkę kości


zmyślona kolejność przemijania

może runąć na czoła tych którzy ssą

spaczone pędy słońca


dziś podano zimne

i zamaszyście lekkostrawne tłumy

zsiniałych gwiazdorów


za ciasne ciasto spojrzenia

pozostawi lśniący ślad

na sumieniu prażonej

niedzieli


poczekajmy

na gorliwą zawiłość

sennych odcieni

zastanówmy gdy wybije

przepełniona echem pustynia

zdziczałych planet

istnieje taka wiara

szabla grzechu

oślizgła kryształowa płachta

zróżnicowania


rozpętane nastroje

uszkodzonych win wdzierają się

między łopatki

umownej wrażliwości


wraz z kroplą

żółtawego powiewu tłoczą się

zmanierowane wyrzuty lamentów


przekaż złowróżbne opętanie

przepełnionej czary

ciesz się rozrostem

błahych wodorostów


istnieje taka wiara

zatłoczona gęstwina co boi się

przypadkowego zapoznania


chciałam poznać bliżej

zatracony kryształ krzyża

rozmokłe chodniki

pod ciężkimi stropami sandałów


być może

przepracowany wszechświat

spojrzy

w popękaną skorupę kałuży

czarna kawa

ocieram

z odłamków

krwistoczerwoną czerń źrenic

patrzę

jak pokorne ryby

wyłowione zza maski

najtrudniejszych epok

garbią się

w poprzek znikomej delty


zapamiętasz fioletowy oddech

uśmiechu

rozrzuconą we wszystkie strony

nienazwaną szczegółowość zastępów


przeżuwam łagodnie

wyschnięty pergamin języka

kiedy niezłomność stanie się

zasuszoną na pamiątkę

odznaką czterolistnej koniczyny


zasmuci nas

nieposkładana w melancholii

fioletowa skóra

czarnej jak krew

kawy

odpadki

pomylony okruch

szkarłatno-czarnej kryształowej

połaci fontanny


nagromadzony przejaw

zbędnych epok

kaktus wiary rozrosły

w szczere pola widm


zjełczałe odpadki śladów

skupiły się

w ciasny okrąg

podłej strawy


tłok

nacisk

rozkojarzonych pięści szeptów

przybrany w złote korony

straconych idei


nie pójdę

ku złożonej dualności przedświtów

płynie wiara

przetaczają się

wyślizgane paciorki


zniszczona podupadłość złudzeń

łasi się

do narowistych zdań


nie chcę czekać

na posrebrzane kosmyki

wplecione w czarne

warkocze komet

portret wiatru

jeden przesmyk

i bezkształt wypryśnie

wyolbrzymionym natarciem

lotnych szyb


kolejny zgrzyt

źle dobranego przędziwa

i możemy spijać

spłoszone owoce jemioły


pora byśmy zapomnieli

o rychłym porządku

płowych jak księżyc

zakończeń nerwowych


oto bije dzwon

chleba powszedniego

przebrzmiewa opowieść

straconego buntu


portret wiatru

ociekający

przeterminowaną jednością

zbędnych przyimków

tłoczy się na granicy

chleba i wina


spotkały się wyblakłe niewypały

zjednoczonych znamion

niedopałki

pokryte gęstą zżółkniętą zorzą

leśnego runa

nie mogę zobaczyć

zezwierzęcenie kropli

niedomkniętej

zaczepna kropka

w połowie


powierzchowność łaknień

opiera się półnagim uszom


zadrżała fioletowo-czarna kurtyna

śniegu

niedojrzałe widokówki

po paznokciami


porównaj do jawy

rosnącej na cierpkiej

od wielokropków

glebie


nie mogę zobaczyć zacieków

na łydkach

przeinaczonej strony oka


wezbrane południe

znaczy niedokończoną

poszatkowaną gałkę fikcji


uschła popruta tafla

pazur złości utkwił

w gęstym futrze żywopłotu

drzwi bez wyjścia

szkarłatna przerywana linia

brzozy

przekreślona

ze strachu

przełamana dwutorowość

pokoleń


przywarło do podniebienia

zgniłe pasmo

jesiennego listka


płonące odłamki

drążą nienaturalny korytarz

z drzwiami

bez wyjścia


oszukałam spazm

przejrzystość burzowych wrzeciądzy


rozprysnął nieskończony pryzmat

cytryny

połówka czarno-białego jabłka

brnie

przez zmechaconą taflę


poobiednie wyżyny straceń

malują na szaro

zasłonę pociągu


żałość obietnic

rozkleja się

na tępe niedopałki

porcelanowe

posklejana leśnymi wartościami

czarna kapsułka

w zażyłości nieznajomych planet


z przyzwyczajenia kwitnie

rzeka

rozkosznie na wznak


wbrew złożonej

przymiarce włosów


krztyna zranionego powietrza

zza ramy

tysiąclecia

poci się krągłymi rymami


zryw ciernistych zwałów

wynikły z odruchu

porcelanowego skrzyżowania


łupinka szklanego krzyża

na grzbiecie muru

brakujące kategorie

znamiona

po koronie cierniowej

jak kropla

rozkochana w kamieniu


przeminęło stado

przyjaznych nowotworów

skłócone warstwy

trzydziestoletniego dzieciństwa

niosą


w pękatych policzkach

odpryski piegów


słowotok apokalipsy

przetacza się

owładnięty założeniem

święty haust


w ramach odwagi

przynieś mi zakątek

schowany w rzadkim futrze


brakujących kategorii

bez wykrzyknika

wiekopomna pobudka

niedomkniętych autorytetów

pomnik

wyzutych pytajników


napięta do szpiku

podrobiona kość


soczysta nieścisłość

zaniechana

w ciężkostrawnych opuszkach


pora zapełnić ciasność wąwozów

głodnych przymiotników


zerwij

jak niewinną szybę

chudą przetrawioną skórę

namiętnie zmierzwioną


w rozmokniętej dobie

ścisłej samowoli

braku asocjacji


pobawmy się ładnie

bez wykrzyknika

stragany

rozwarstwiona kałuża

lustro pod poduszką

u wezgłowia jednostajna iskra

dławiąca sierść

zza powieki obumarłego


czas przyswoić

roztańczoną niedostępność

giętkiej oswojonej

intuicji


bezstronność straceń

wyzwoli zaginiony posąg

zdumionej swoją rolą latarni


wymuszony symbol

zerwany z równi pochyłej


Pan dokarmia lekkomyślne

stragany oczodołów

witraże

przeciążenie najbliższego kroku

rozrasta się przeczulonym popiołem


ciągłość znaczeń

rozległość podmiejskich piwnic

ocieka zdziczałym sokiem owocu


witam cię

z nienasyconym pojednaniem

straconych nieumyślnie ramion


zgasł ostatni podmuch

wydrążonej sennością ściany

u drzwi rozpostarł się las

zbyt narowistych rzęs

i podkutych koni


zabraknie ci

okrzesanego wyzwiska

co karmi schodzone niedoskonałości

leśnych witraży

***

pomieszanie

przezroczystych kutych w sumieniu

kadłubów

skrajnie zarysowany upór

bezmyślnie zwiędłej celowości


chciałabym zrozumieć

jak

rozwarstwia się pogłos

ginącej maski


czai się przyziemny słuch

bezlitosna miara

złego przewidzenia


zdeptane naprędce przejęzyczenie

toczy się przez rozrośnięte sumienia

czystych drzew


sycę się powierzchnią

niczyjego zegara

trafiłam bezmyślnie na za ciasny ślad

zgasłej metafory

kotwica

zachęcona purpurowym cieniem

ziemskiej wędrówki

nawołuję odosobnione wrzeciądze

człowieka


los przekształcił się

w przeterminowane znaki

na bogato zdobionym przeczuciu


brakuje mi źródlanej nienawiści

by trwała w koszyku

mojej nagiej powieki


wyjdźmy na pożegnanie

przekrwionej niewinności

zawsze czekałam

aż runie pierwsza w tym sezonie

kotwica grzechu

łatwowierność

zarumienione stada białych wron

na padlinie złej intencji


niedomknięte ucho

przeczulonego pogłosu


w kolejce czai się

zbesztane twórczym przysłowiem

zezwierzęcenie


Chryste naucz stąpać

po rozległym paśmie

stłumionym przerośniętą w Twe imię

właściwością


znoszony przypadek waruje

u wezgłowia

przytwierdzonej do drogowskazu

wstępnej prostoduszności

przykazanie

biegnę na wskroś

niedomknięte palce błagają

o odrobinę żyznego promienia


zielona winda opada

wraz z pierwszym w tym stuleciu

zżółkniętym deszczem


życzę ci sytej młodości

aby górnolotne duchy przekreśliły cię

niedomagającą granicą


zapadnięta w niedomaganie

błyszczę śliskim brzuchem

latającej ryby


nawet przykazanie jest zbyt

wiekuiste aby zedrzeć z czoła

ostateczną kroplę

***

skupisko zamrożonych

u podstawy tęcz

pogłos rozrasta się

na dnie delty słowotoku


skąpani w mięsie

styropianowego słońca


cicha w istnieniu

przedzierzgnięta drzazgą

zmierzwiona poduszka skały


chciałam zanurzyć się

w wojnie wzruszeń

ale poniosło mnie

bezdenne przejaskrawienie


lekkomyślna przepaść gryzie

w cierpkie idee

***

w oddaniu powszednim witrażom

jednolitego grzechu

gryziemy sumienie

jak nierozstrzygnięte ciało


wstąp na moment

do mojej modlitwy

zanurz się

w ciężkostrawnej jaźni


spienionymi włosami targa

narowisty oddech dekady


zanim ciepła łuna zwierząt

białych i niebezpiecznie czułych

nie pokryje siarczystą posoką

zwyrodniałych odruchów

przestarzali bogowie

wyrastają przestarzali bogowie

złaknieni przezroczystego źdźbła

niczyjej niewinności


kilka oswojonych nieprawości

rozkojarzonych archipelagów


ciężarne konstelacje

spopielały trójkąt słońca

przebity strzałą

przesolonego podmuchu


przerastają w imię

narzuconego dotyku


to jest zły dotyk

stwierdza prorok

wyższy od księdza o głowę

nieporuszone ego

zacieśnione tajemnice knajpianych ścian

z lekkiego przewidzenia


zwiędnięte kwiaty

wydrążonych z powagi obłoków


przyniesiesz przypadkowo naszkicowany

paproch zamrożonych sennych zębisk


ciężkie dłuto nieporuszonego ego

ogromna nieścisłość poruszonych strun


ukryj się w pękatej ścieżce

prężącej w stronę zamkniętego światła


pora naruszyć kwitnące od dwóch epok

zmienne szkliste przeinaczenie


śliskie od wyolbrzymionych rozkazów

co kwitną na wbrew wiośnie

popiół

wydrążona muszla pełna odtąd

niebiańskiego miąższu

jest kolebką podartych w popiół ust


gromka moc wyobrażeń

stuka do lustra drzwi

chciałabym ujrzeć poruszoną namiętnie


skałę przedmieścia ale została tylko

opętana róża wiatru

rozmoknięte przyłbice podążają


gęsiego ku czaszce wezgłowia nieba

ku milczącym poruszeniom

niechcianej partii szachów


zdejmij proch z zadartych groźnie powiek

przejrzyj się w ustach rozdygotanych gwiazd

pokaż na co stać pobudzone sumienie

***

zmniejszmy ten podział

posiekanych rozkosznie przeinaczeń


odmierzam krople śniegu

czekając na wierny powrót ojca


zaciśnięte głazy niczyich pomników

tłoczą się u wejścia do myśli


wskaż ziarno wzdęte pełnym przekonania

zalążkiem zasłoną na wilgotnym


od litości czole deszczu

pójdę jeśli droga wytryśnie spod stóp


jeszcze burza i tęcza będzie bękartem

światła i wody

duet serc

zrozum szelest

przemykającej ukradkiem wody


we włosach tkwią ukryte

spojrzenia sinic


przerysujmy bez wyrzutów świat

aby przebłysnął świeżym echem


nie bójmy się lasu co rozrósł się

u wezgłowia kleistej duszy


chciałabym zamknąć Cię

w ciasnym promieniu świtu ale


dzieli nas ślad bez imienia

przytłoczona blaskiem


spadających różnorodnością wiary

czekam od niechcenia


krzywo zarysowaną powłoką horyzontu

płytką koleiną duetu serc

głuchoniemy

przymierzam łaskawie

łupinę względności


zbyt ciasna nagana

przeświadczenia


tłumię rozpacz

porzuconych skorupek palców


jest tylko głuchoniema

skarga wiatru


pod poduszką czuję ziarno

przedwczesnej miniatury


przeznaczenia

śliska mąka da czerstwą odległość


naderwanej skroni

po miękkim ciepłym futrze


szczytu

ciągnie pomarszczony krzyk


jest cisza

a wraz z nią


nieposkładane płatki sumienia

na wierzchołkach włosów

***

zwyrodniałe poczucie grzechu

Drzewo Życia usycha

od nadmiaru światła


zagnana w obojętność

struga księżyca kończy się

u brzegu piersi matki


zamknięta w piedestale

słodkiego półmetku czekam

na ostatnią w tej dekadzie pokutę


nie chcę rodzić się

pod talerzem

stopy uśpionego Boga


kto rozliczy

z niedokończonych lawin krwi?


kto podaruje

sprzedaną nieopacznie krzywdę?

na Ciebie czekałam


aż oderwiesz się

od zmitygowanego upadku

niechcianej wstęgi słońca

niewłaściwa epoka

rozrośnięta

w przepracowaną sposobność

nakarmiona

bezkształtnym pacierzem

rozpięta

na pochmurnym krysztale krzyża


dotykam

od niechcenia

zgęstniałej powierzchni lasu


cierpkość myśli

czekająca na rozkwit

zimowych kwiatów


bujnej mowie brakuje zęba

zasłuchana w purpurę

zdeptanej niebem trawy


oddaję się żądzy nienarodzonych

na dnie warg wypoczywają

słodko-słone imaginacje


zaludniona wyspa

stoiska w archipelagami

pocztówka wysłana

pod niewłaściwą epokę

owoce piekła

niczyje paragrafy

zgarbionego wyobrażenia znikomości


bruzda

rozpostarta w imię jedności

liczy na nienaruszony powiew pustyni


piasek wgryza się w

niewierne streszczenie


powstań zanurz się

w udomowionym zwierciadle skrajności

skarżę się

na niewykończony mur alienacji


łowię brzuchate wyschnięte

skały ryb na spętane powinowactwo


jesteś moim nieuporządkowanym sumieniem

nieaktualnym biletem

na ciężarną sztukę


na złość nienawiści

zbieramy do koszyka gęstych ust

nienazwane owoce piekła

od krzyża do krzyża

chadzam

od krzyża do krzyża

czyszczę zatraconych w wierze


dostrzegam grzeszność

twoich przelęknionych złudzeń


mknę na przekór przełęczom

na złość pękatym

borom jasności


u wezgłowia wisi

opustoszały dzwon minionej epoki


wstań aby ziemia w górze

stała się przeszkodą

dla wniebowziętych przestępstw


pozostał tylko ostry ślad

beznamiętnego nieprzekonanego życiorysu


jeszcze kilka przepalonych powiek

i zobaczymy wreszcie nieprzejednane

biała noc

bezdenny proch

przekwitniętego posągu

Twojej rozumności


spłoszone wdzięki

balansują na skrzydłach

spienionego dłuta


biegnie w nas

trójpalczasty przymiotnik

niebo skruszone w gnieździe

Bożej czaszki


na zaginionej fali

przemyka wzdęta w zachwycie

niedorzeczność


zawiśnij nade mną

u krwistych wrót bezstronności


spijam pomału węzły

obojętnych chmur

jak niedokończony dzwon

dogmatu

nagromadzonego w lewym kąciku

nieposłusznego papieru


zanim znów się spełnię

w objęciach pozorów

pokora zliże ostatnią

w tym stuleciu białą noc

spójność

Markowi, mojemu Mistrzowi


wystrojeni

w rozłożystą jutrznię

czekamy

na spienioną w przeznaczeniu nić


u wezgłowia smętnych podziałów

powiewa nikły zamysł

dwuznaczności


sączą się w nas nieodgadnięte drzwi

popełniona iskra sekundnika


spoglądamy

na skupioną w cierpkość garść

śliskie od przeznaczenia chodniki

słone płatki martwych niezapominajek

łagodne dla mętnych wzniesień


popatrz wzrastają obietnice

przepojone cienką kroplą krzyku

ostatnie

Drogiemu Markowi


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 55.36