E-book
6.83
drukowana A5
34.29
Prawdy Mitomana

Bezpłatny fragment - Prawdy Mitomana

Tom 1


Objętość:
203 str.
ISBN:
978-83-8126-604-8
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 34.29

Chciałbym bardzo podziękować moim rodzicom oraz bratu, którzy zawsze wspierali mnie w chwilach gdy nie wierzyłem, że mi się uda. Moim przyjaciołom, Sebastianowi oraz Łukaszowi, bez których moje życie nie byłoby tak radosne i pełne uśmiechu. Osobom, które zrzuciły mnie na dno mojej psychiki, dzięki wam mogłem odnaleźć w sobie siłę. To była cudowna lekcja życia.

Słowo od autora

Każdy z nas chyba ma w życiu taki moment w którym myśli wydają się nie mieć końca. Są jak las, po którym chodzimy szukając wyjścia. Rozglądając się wokoło i uważając na poszczególne rzeczy znajdujące się w nim. Każda nasza myśl jest jak jedno takie drzewo w tym lesie. Im dalej idziemy, tym coraz więcej ich widzimy. Im częściej zaglądamy w głąb naszego umysłu, tym więcej tworzymy myśli, a ich korzenie sięgają tak głęboko, że nie łatwo jest się tego pozbyć.

Często zamykam oczy i wyobrażam sobie, że siedzę na pnie drzewa, które kiedyś rosło w tym miejscu, w tym lesie. Czarnym, wielkim i cichym. Nasłuchuje tego, co mi chce przekazać. Rozglądając się wokoło, nie widzę słońca, nie widzę chmur. Widzę drzewa, widzę liście, słyszę ptaki, jakiś szelest i połamane patyki. Nie widzę nikogo, nie czuję nikogo. Jestem tylko ja i moje drzewa, moje myśli.

Często pozwalam się porwać moim myślom w inny świat. W świat, który przez długie lata omijałem szerokim łukiem. Bałem się tego, co mnie otaczało i obawiałem tego, co może mnie spotkać w przyszłości. Odkąd tylko pamiętam, zawsze odbiegałem od rówieśników. Nie ciekawiły mnie te same rzeczy, nie lubiłem nigdy uprawiać sportów ani też nie miałem smykałki do przedmiotów ścisłych. Bywały momenty, że czułem się przez to gorszy, niechciany. Z biegiem czasu poznałem wielu cudownych ludzi, którzy pokazywali mi świat w różnorodnych barwach. Nauczyłem się na nowo kochać i cieszyć tym, co dawał mi los. To była niesamowita podróż.

Pisząc tę książkę i tworząc tę postać, borykałem się z problemami natury osobistej. Bywały dni w których nie potrafiłem sobie znaleźć miejsca i bywały też takie, gdzie nie miałem ochoty oddychać. Właśnie wtedy zmuszałem się aby wstać z łóżka i przelać na papier to, co leżało mi na sercu. Jestem szczęśliwy, że dzisiaj mogę odetchnąć z ulgą i powiedzieć — udało mi się.


Zdaje sobie sprawę z tego, że historia ta, może wywołać u wielu osób różnorakie emocje. W moim życiu wiele razy spotykałem się z kłamstwem i zawsze próbowałem znaleźć sposób aby z nim wygrać. Raz mi się udawało, a raz nie. Nie zawsze było kolorowo. Mimo młodego wieku, chciałbym aby ta książka dała państwu do myślenia. Pozwoliła uwolnić emocje czy myśli, które od zawsze w sobie skrywamy. Każdy z nas szuka w życiu tego samego. I gdy wydaje się nam, że mamy już wszystko, to uświadamiamy sobie, że wciąż brakuje nam tego jedynego, prawdziwego szczęścia.

Cena jego zaś, czasem jest zbyt wysoka.

Prolog

Pamiętam twoje słowa tak jakbym je słyszał przed chwilą. Nie było w nich ani krzty emocji. Opadały ciężko w mojej głowie, nie pozwalając mi złapać oddechu. Spoglądałem na ciebie wiedząc, że nigdy więcej już cię nie ujrzę. Wiatr delikatnie muskał nasze ciała, a włosy delikatnie opadały mi na czoło. Słychać było w oddali czyjeś kroki, ciężkie kroki. Ktoś wracał z pracy, mimo że była już późna godzina. To była chyba kobieta. Niebo było ciemne, a na nim kątem oka widziałem gwiazdy. W powietrzu unosił się zapach twoich cudownych perfum, które czułem każdego dnia o poranku. W ręku trzymałeś torbę, a z kieszeni od kurtki wystawał ci kawałek jakiegoś papierka.

— Wyjeżdżasz gdzieś?

Ledwo z siebie wykrzesałem jakiekolwiek zdanie, starając się je zlepić w jakąś sensowną całość. Mówiłeś coś, ale nie byłem w stanie nic zrozumieć. Jedyne co byłem w stanie teraz doświadczyć, to spływające łzy po moich policzkach.

— Ogłuchłem?

Słyszę jednak kroki, których echo powoli się oddalało. Spoglądam w twoje oczy, a w nich jest tylko ciemność. Nie było tego blasku, który dostrzegałem każdego dnia. Nie było już niczego, co mogłoby sprawić abyś pozostał ze mną.

Stoję tutaj pośrodku drogi, a ty odchodzisz puszczając moją rękę. Widzę tył twojej kurtki, którą tak uwielbiałem ubierać w te chłodne dni. Powoli do mnie dociera to, co się stało. Delikatnie ocieram łzy płynące po policzku. Odchodzisz i to bezpowrotnie. Ostatni raz cicho szepczę abyś został tutaj ze mną. Przechodząc pod wiaduktem, zniknąłeś w zakrywającej cię ciemności. W tym samym momencie, zrodziła się spowiedź złamanego serca.

Rozdział pierwszy

Nie ma nic gorszego niż poranny smutek. Zastanawiam się, czy kiedykolwiek mi to minie, bo ileż można siedzieć w domu między czterema ścianami i z nikim się nie spotykać. Taki stan wydaje się być czasem jedyną deską ratunku dla mnie. Nie muszę wtedy znosić wszystkich tych chamskich uwag rzucanych w moją stronę i spotykać się z ludźmi na których nie mam najmniejszej ochoty patrzeć. Nie mówię tutaj oczywiście o moich przyjaciołach, których sobie bardzo cenię. Jednak spójrzmy prawdzie w oczy. Jestem sam od dłuższego czasu, a od niedawna zrozumiałem, że jestem kim jestem. Ciężka sprawa — pomyślałby sobie człowiek, ale ja jakoś od dawna to przeczuwałem.

W samej podstawówce podobał mi się ktoś z klasy. Dla mnie wydawało się to być dosyć normalnym zjawiskiem, ale dla moich znajomych było to czymś zaskakującym. Piękny młody człowiek, blondyn, wysportowany i zawsze uśmiechnięty, a przede wszystkim dusza towarzystwa — idealny partner dla każdego. Kiedy na niego patrzysz, czujesz takie ciepło w środku, którego nikt inny nie jest w stanie ci dać. Często zdarzały mi się sytuacje w których uśmiechałem się sam do siebie, a znajomi pytali co mnie tak bawi. Nie bawiło mnie nic, poza jednym dosyć fajnym faktem. Wyobrażałem sobie jak mnie przytula i mówi, że mnie kocha. Normalny człowiek pomyślałby, że całkiem mi odbiło, ale wcale tak nie jest. To była pewnego rodzaju więź. Więź, której za cholerę nie potrafię wytłumaczyć. To się czuło. W mojej głowie potrafiłem odtworzyć każde jego słowo, które wypowiedział w moją stronę. A sam ten moment, kiedy stawał ze mną twarzą w twarz był czymś niesamowitym i niepowtarzalnym. Nie liczyło się wtedy nic ani nikt. Tylko ja i on. Na samo wspomnienie jego uśmiechu dostaję gęsiej skórki. Uważałem go za chodzący ideał tamtych młodzieńczych lat. Żyłem w przekonaniu, że byłby to ktoś, kto miałby na mnie wielki pozytywny wpływ. Nie pomyślałem wtedy o jednym, że to może oznaczać tylko problemy. I nie jest to coś, czym człowiek powinien się dzielić ze wszystkimi. Wtedy jednak nie myślałem o tym w takich kategoriach. Prawda jest chyba taka, że w ogóle nad tym nie myślałem. Dla mnie to było coś normalnego i naturalnego. Tak powinno się dziać w życiu. Tak powinno być w życiu. Powiem ci szczerze, że robiłem wszystko by na mnie spojrzał. Śmiałem się bardzo głośno, wydurniałem, dokuczałem mu, a nawet pyskowałem do niego. Codziennie rano wstawałem i dbałem o siebie jak przystało na chłopaka. Zawsze umyte włosy i ładnie ułożone, zawsze pachnący i zawsze dobrze ubrany by zrobić jak najlepsze wrażenie.

Niestety nigdy nie zostało to zauważone. Zawsze gdzieś odstawałem w tej grupie. Czasem czułem się gorszy, choć nie miałem powodu by tak myśleć. Miałem u swego boku osoby, które mnie lubiły i szanowały. Potrafiliśmy wspólnie się bawić i spędzać czas. Obgadywaliśmy każdego, a wszelkie klasowe kłótnie były czymś niesamowitym i wielkim wydarzeniem o którym zawsze mówiło się głośno. Pamiętam sytuację z moją przyjaciółką, której w pierwszej klasie złamałem kredkę, a ona pełna żalu i ochoty by wybuchnąć płaczem, przyjęła moją propozycję aby w zamian złamać moją. Patrząc na przestrzeni czasu dochodzę do wniosku, że nigdy chyba nie szanowałem cudzej własności. I pomyślisz, że to zabawne bo chodzi o głupią kredkę, ale przecież to była jej kredka, jej własność, którą ja zniszczyłem, a w obawie przed konsekwencjami pomogłem jej złamać moją. Powszechna jak na tamte czasy zasada „coś za coś” odegrała swoją rolę w należyty sposób. Dzisiaj, będąc już o wiele starszy, mogę śmiało powiedzieć, że oddałbym wszystko by móc zmienić tamte chwile, cofnąć wypowiedziane słowa, zmienić bieg wydarzeń. Czas jednak jest nieubłaganym mordercą, przed jego ostrzem nie uchowa się nikt.

Pomyślałem sobie nawet pewnego razu, że z tym wszystkim skończę. Poszukam sobie kogoś, kogoś kto mnie pokocha. Razem stworzymy szczęśliwy związek, a ja zobaczę jak to jest być tym „prawdziwym facetem”, o którym tak wszyscy rozpowiadają. Okazało się to nie być takie proste jakby się wydawało. Każdy widzi we mnie geja i człowieka, który nie jest zbyt wielu rzeczy wart. Widzą kogoś, kto nie mógłby być z dziewczyną. Z jednej strony było to całkiem zrozumiałe, bo każda dziewczyna bała się reakcji otoczenia, a do tego dochodzi porażka — nie można być z kimś, kto jest aż tak beznadziejny i nie wykazuję z siebie ani krzty mężczyzny.

Zadaję sobie pytanie — po co ja to piszę? — sam dla siebie to bezsensu. Magia pisania traci sens, kiedy wiesz, że nie zmienisz nic. Może tak miało być? — zapewne taki los został mi zapisany gdzieś w księgach życia. Nie znam odpowiedzi na wiele pytań, ale śmiało mogę powiedzieć, że są rzeczy, których jestem pewien i które muszę sobie wyjaśnić.

— To jest miejsce od którego muszę zacząć.

Muszę zacząć od prawdy, której nikt, nigdy nie chciał powiedzieć głośno. Nikt nie chciał wypowiedzieć tych strasznych słów, które wnosiły światło na ten okrutny mrok. Bali się tego wszystkiego. Bali się samych siebie. Bali się… mnie. Wszystko się pomieszało, pogmatwało odkąd coś zaczęło się układać. Zaczynało być normalnie. Wierzyłem mocno, że jest to piękne i kolorowe. Stanowczo za kolorowe. Czasami jednak tak musi być. Nie zastanawiamy się wtedy czy jesteśmy oszukiwani, czy zdradzani. Nie zastanawiamy się czy nasze życie właśnie tak miało się potoczyć, czy mieliśmy wejść do czyjegoś życia aby stać się lasem, który będzie podpalany wiele razy. Cieszymy się chwilą i tym, co daje nam powody do radości. Żyjemy jego pełnią, aż do momentu gdy nastanie zaćmienie i zapadnie ta okropna ciemność. Gdy jednak widzimy zbliżające się zaćmienie czujemy fascynację, a po chwili zakrywa nas wieczna ciemność. Jesteśmy wtedy tylko my, pozostawieni samym sobie. Nie ma wtedy przyjaciół z którymi tak hucznie staramy się spędzać każdą możliwą chwilę i nie ma wtedy tej ukochanej osoby, która trzymałaby nas za rękę. Nie ma nikogo, kto by poprowadził nas przez ten najmroczniejszy czas. A moment w którym ciemność staje się jasnością, jest momentem gdzie wreszcie zaczynamy dostrzegać co jest prawdą, a co kłamstwem. Nadchodzi nasze katharsis. I choć wiele razy mówiłem sobie, że przez coś takiego przechodziłem, to z biegiem czasu zrozumiałem, że tylko się oszukiwałem.

Czasami kłamstwa wydają taki cudowny zapach za którym pragniemy iść, mimo że znamy konsekwencje tego czynu. Nie potrafimy się jednak oprzeć. Czasami jest to silniejsze od nas, czasami nie potrafimy nad tym zapanować. I zastanawiasz się wtedy, czemu właśnie jest tak, a nie inaczej. Rozmyślasz o tym dnie i noce, ale nie potrafisz znaleźć żadnej sensownej odpowiedzi na swoje pytanie. Poddajesz się, ale w kłamstwach odnajdujesz jakiś sens, który dają ci promyk nadziei na to, że może być dobrze. Ludzie zawsze powtarzają, że prawda jest lepsza od kłamstwa w każdym calu, ale do momentu kiedy nie musisz im jej mówić. Miałam wiele takich przypadków w których prawdę się uważało za coś bardzo ważnego, ale gdy już wyszła ona z ust, nie było szczęśliwego zakończenia, nie było okrzyków radości, a jedynie żal, obraza i gniew. To ma ogromny wpływ na człowieka, który często bywa szczery wobec ludzi. Zmienia go to, sprawia, że sam zadaje sobie pytanie.

— Jaki jest sens mówienia prawdy, skoro nikt nie potrafi się z nią pogodzić?

Wtedy chwytamy się kłamstw, ludzie je uwielbiają bo kłamstwa sprawiają, że wszystko jest w porządku. W porządku, do momentu, kiedy nie wyjdą na jaw.

Rozdział drugi

— Nigdy nie narzekałem jakoś strasznie na podstawówkę, choć bywały momenty, że się ze mnie naśmiewano. Wmawiano mi wtedy, że nie ma się czym przejmować. To normalne przecież, że zawsze się kogoś przezywa i jest się tym gorszym, tak po prostu.

Niewielu ludzi zdaje sobie sprawę z tego jak ogromną moc mają słowa. Słowa same w sobie nie są niczym strasznym oczywiście, ale te, które padają z ust drugiego człowieka mają w sobie destrukcyjną moc. Potrafią zmienić człowieka diametralnie i zniszczyć w nim tą pielęgnowaną przez rodziców niewinność. Sprawiają, że człowiek się psuję, a wraz z nim cała psychika i jego osobowość. Stajesz się wtedy spaczony. Nie z własnej winy ani z własnego wyboru, a przez kaprys ludzi, których istnienie powinno być kwestionowane. Nie przezywano mnie w jakiś wulgarny sposób, choć zdarzało się, że i takie słowa padały. Nadano mi pewien zamiennik zamiast imienia, a był on wtedy dla mnie destrukcyjny. Słowo tak proste a tak okrutne, „baba”. Z biegiem czasu, słysząc to słowo dosyć często, zdążyłem się przyzwyczaić. Często ukrywałem w sobie to, jak bardzo mnie to słowo boli. Jak bardzo mnie ono rani. Jednak im bardziej okazywałem swoją niemoc, tym bardziej ataki się nasilały. Tym bardziej i mocniej to słowo stawało się dla mnie czymś, czego nienawidziłem. Wmawiałem wtedy wszystkim, że takie przezwisko mnie wcale nie obraża, a bawi. Do dziś podziwiam się za taką postawę w której potrafiłem skryć swoje emocje i pokazać, że ich słowa nie są w stanie mnie ugiąć.

Lata mijały, a wraz z nimi rósł mój strach przed tym, co mnie może spotkać w przyszłym życiu. Strach potęgował się we mnie na tyle, że moja samoocena zaczęła się budować poprzez innych ludzi. W nich widziałem siłę, której pragnąłem i w nich widziałem ostrze, które za każdym razem raniło moje serce. Mieli wszystko to, czego ja pragnąłem mieć jako młody chłopak i nie posiadali tego, co miałem ja.

Nie byłem nigdy święty. Z wielu sytuacji zawsze wychodziłem obronną ręką, ale również zdarzały się momenty w których ponosiłem konsekwencję swoich czynów. Nie tylko swoich.

Pamiętam ten moment jak dziś. Siedziałem wtedy w ławce z Wojtkiem. Najbardziej wkurzająca osoba na świecie jaka mogła się tylko pojawić w moim życiu. Nie było wtedy naszej nauczycielki w klasie, ale kiedy do niej wróciła, poinformowała nas, że dziś my jesteśmy dyżurnymi, a naszym obowiązkiem będzie utrzymanie sali w należytym porządku. Wydurniałem się, co u mnie było czymś na porządku dziennym. Nie chciałem dzisiaj tego robić, nie miałem najmniejszej ochoty mazać tej głupiej tablicy i chodzić po sali zbierając za wszystkich papierki. Zawsze odkąd pamiętam, na mnie spadał obowiązek opiekowania się salą. Na Wojtka nie miałem co liczyć, on tylko ładnie wyglądał i do tego się tak naprawdę nadawał. Jednak gdyby mnie poprosił abym coś zrobił, to bez zastanowienia bym to zrobił. Nie interesowałoby mnie, czy jest to słuszne czy też nie, po prostu bym to zrobił. Zbuntowałem się. To była druga klasa podstawówki więc ciężko mówić o buncie. Nie podobało mi się to, że robię wszystko, a on tego nie dostrzega. Ten który mi się podobał. Nagle, całkowicie znienacka wparowała wychowawczyni do sali i zobaczyła tablicę jak i pomieszczenie w zapłakanym stanie. Wstawiła nam obu wtedy dwóję za nie wykonywanie swoich obowiązków. Wtedy była to najgorsza z możliwych ocen jakie można było dostać. Ten, który skradł mi serce wpadł w szał i zaczął na mnie krzyczeć, że zachowuje się jak idiota i baba.

— Jak kto?!

Odkrzyknąłem z niedowierzaniem w głosie.

— Jak baba! Mam ci to powtórzyć?! Nie słyszysz wyraźnie?!

Krzyczał przepełniony złością.

Nagle coś we mnie pękło. Nie wierzyłem własnym uszom, nie wierzyłem własnym oczom. To sen? — nie, to nie był sen. To się działo naprawdę. To było realne i mało tego, to był on. Ten, którego tak bardzo kochałem i którego traktowałem jak chodzący ideał. Mógł to powiedzieć każdy inny, tylko nie on. On tak nie może mnie nazwać bo nigdy mnie tak nie nazywał. Śni mi się to — powtarzałem bez końca w głowie. Niestety prawda była inna, a jej smak był bardzo gorzki. Znienawidziłem go za to. Znienawidziłem go za to, że ośmielił się mnie tak nazwać. Życzyłem mu wszystkiego, co najgorsze. Chciałem aby zniknął z tego świata, złamał nogę w czterech miejscach, zakrztusił się, a najlepiej nie istniał. W jednej chwili zawalił się cały mój świat, który tworzyłem dla nas obojgu. Zniszczył wszystko to, co tworzyłem i wszystko to, co w sobie nosiłem i chciałem mu ofiarować. Medal jednak miał też drugą stronę, pozwolił mi zabłysnąć. Swoją nienawiścią mogłem go upokarzać, a przy tej jakże soczystej okazji zdobywać więcej znajomych. Wspólnie mogliśmy go nienawidzić i wspólnie mieliśmy coś, co nas łączyło. Nie cierpiałem go po tym, co do mnie powiedział. Nienawidziłem go z całego serca. Nie mogłem na niego patrzeć, brzydziłem się samym jego widokiem. Brzydziłem się samym jego głosem. Miałem ogromny żal do niego przez kolejne cztery lata nauki z nim. Widząc go na korytarzu traktowałem go jak powietrze, a przy każdej możliwej okazji, pokazywałem jak nic nie wartym dla mnie jest człowiekiem.

Nie pamiętam przedostatniego roku z podstawówki. Nie mam pojęcia jak to się potoczyło potem. Pamiętam jedynie momenty w których godziłem się z nim. Zawsze wtedy krzyżowałem palce za plecami. Nie chciałem się z nim pogodzić, nie miałem takiego zamiaru. Przepraszał mnie wiele razy i nigdy nie wiedział, o co tak naprawdę, tak bardzo go znienawidziłem. Wydawało mi się to oczywiste. Z mojego punktu widzenia było to bardzo oczywiste, ale z jego, nie było powodu dla którego mógłbym go nienawidzić. Wystarczyło się raz zastanowić. Raz porządnie się zastanowić i zrozumieć dlaczego tak bardzo nie chcę mieć z tobą nic do czynienia. Tak bardzo chciałem abyś przestał istnieć, a twoja osoba stała się dla mnie tylko zbędnym wspomnieniem, które z dnia na dzień usunąłbym ze swojej głowy. Nie miałeś prawa mnie tak nazwać. Nie miałeś prawa prosić o wybaczenie, nie wiedząc nawet co takiego uczyniłeś. Jestem takim samym chłopakiem jak ty. On jednak wtedy uznał, że jest inaczej. Miałem takie piękne marzenia względem ciebie. Chciałem mieć z tobą dzieci. Chciałem żebyśmy zostali małżeństwem.

— Czy nie wymagałeś od niego za wiele?

— Nie. Chciałem tylko aby zrozumiał co zrobił.

 Czy to była twoja pierwsza miłość?

 Nie. Głupie dziecinne zauroczenie.

Nie mogę powiedzieć, że go kochałem na tyle aby nazwać to miłością. Dlaczego? — bo zauroczenie to nie miłość. Większość ludzi mówi jednak, że to pierwszy krok do miłości. Osobiście w to nie wierzę. Przynajmniej nie wierzyłem do czasu bo w tej pamiętnej chwili, wszystko się zmieniło.

Lata podstawówki mijały żmudnie. Każdy kolejny rok był rokiem mojego triumfu nad nim. W czwartej klasie powoli mój żal zaczął zamierać. Przestało mi sprawiać to przyjemność. Traktowanie go jak śmiecia było czymś, co weszło mi w krew. Jednak coś się miało zmienić w niedalekim czasie. Pod koniec piątej klasy krążyła plotka po klasie, że ktoś ma się wyprowadzić, a wraz z tym zmienić też szkołę. Nie interesowałem się tym zbytnio. Ktoś odchodzi, a na jego miejsce przyjdzie ktoś inny. Wydawało się to dosyć oczywistym faktem. Plotki z czasem się nasilały, a znajomi, którzy próbowali mi powiedzieć o kim tak głośno jest, byli odsyłani z kwitkiem. Pewnego dnia, gdy zająłem już sobie ławkę w klasie, dotarł do mnie liścik.

Sylwia będziemy z Maryśką w toalecie na drugim piętrze. Mamy do pogadania, bądź tam na długiej przerwie.

Od razu było widać, że nie powinien trafić do moich rąk. Dziewczęce pismo, a do tego narysowane kwiatuszki. Rozejrzałem się po klasie i szukałem osoby do której miał trafić ten liścik. Niestety dziewczyny w klasie były dobre w szyfrowaniu swojej mimiki twarzy. Nigdy nie dało się ich rozgryźć. Trudno — pomyślałem. Nie pozostaje mi nic innego jak udać się tam i dowiedzieć się co takiego ciekawego mają do powiedzenia. Przebić się przez korytarz było cholernie ciężko. Tłumy dzieciaków, które nie pozwalały ci przejść bez choćby jednego małego siniaka. Udało mi się jednak tam dotrzeć i usłyszeć to, czego chyba nie powinienem był usłyszeć. Nie chciałem tego usłyszeć.To był dla mnie szok, kiedy powiedział to na forum. Duch walki odszedł. Straciłem wiarę w siebie. Cząstka mnie zgasła. Umarła, zniknęła.

Dlaczego…? Dlaczego mi to robisz? — przepraszam cię.

Udawałem twardego. Wewnętrzny krzyk nigdy nie został usłyszany. Myślałem, że jestem twardy, silny, ale jestem słaby, za słaby. Chciałeś się ze mną pożegnać, zostawić mnie tutaj samego bez opieki, bez siebie, bez swojego uśmiechu, bez swojego dotyku na lekcjach, bez swojego spojrzenia przy pożyczaniu notatek, długopisu, czy przy zwykłym szturchnięciu. Twój ojciec pracuję w tej firmie od lat. Rozdajesz wszystkim paczki i mi ostatniemu mówisz „będzie mi cię brakować”. Powtarzałem to zdanie w swojej głowie wiele razy, tak jakby był to ten ostatni raz. Ten ostatni raz, kiedy się widzimy. Ten moment miał nigdy nie nastać. Nie mogłeś tak zwyczajnie powiedzieć „będzie mi cię brakować” i odejść. Nie wziąłem tej paczki.

— Dlaczego jej nie wziąłeś?

— To był mój bunt.

Nie chciałem żebyś odchodził. Nie chciałem cię stracić.

— Czy odszedł przez to jak go traktowałeś?

— Nie.

To on zdecydował aby odejść, a dla mnie to był naprawdę koniec. Nie miało sensu już nic co robiłem. Nie miały sensu moje marzenia, plany, chwile w których na mnie patrzyłeś. Będę o tobie myślał na każdym kroku. Na każdym kroku, swojej ścieżki życia.

— Czy dasz sobie radę?

— Oby.

— Czy będzie ci mnie brakować?

— Wątpię.

— Czy jeszcze się spotkamy?

— Nie.

— Jak reszta na to zareagowała? Jak on na to zareagował?

— Nie widzieli mnie, nie widział mnie.

Nigdy nie widziałeś mnie i nie doceniałeś. Nie doceniasz i nie docenisz nigdy. Nie zrozumiesz tego, co chciałem ci dać. Miałem do ofiarowania siebie samego, a ty z tego zrezygnowałeś. Nie zamierzam za tobą płakać, nie zamierzam cierpieć z twojego powodu. Nie zamierzam tańczyć we łzach i nie zamierzam się śmiać z ciebie. Nie chcę cię znać. Przestałeś dla mnie istnieć. Wyjeżdżając, pozostawiłeś moje serce przepełnione nienawiścią do siebie. Nie wybaczę ci tego nigdy bo nie potrafię. Nie chcę tego robić. Żyję mi się tak lepiej. Bardziej bym zrozumiał gdybyś nigdy nie pojawił się w moim życiu. Nic z tego nie miałoby miejsca. Nie zraniłbyś mnie nigdy, a ja nie planowałbym tego wszystkiego. Niestety jesteś tutaj nadal. Patrzę ci w oczy. Te smutne oczy, które mówią mi „do widzenia”. Nie jest mi z tym źle, nie jest mi z tym dobrze. Mam to gdzieś, mam gdzieś ciebie i całe twoje pieprzone życie. Nienawidzę cię i nie raz o tym się przekonałeś. Ukrywałem swoje prawdziwe oblicze. Robiłem z siebie idiotę bo chciałem żyć w świetle reflektorów.

Co mi to do cholery dało? — to, że jestem sam i każdy widzi we mnie tego głupka, który ma wszystko gdzieś i nie potrafi okazać krzty uczucia. Miałem mieć przyjaciół i być szczęśliwym chłopakiem, zostałem sam i stałem się nikim. Nikim ważnym dla tego świata, nikim ważnym dla ciebie.

Kolejne dni mijały, a ja nie potrafiłem wciąż uwierzyć, że ciebie nie ma. Spoglądałem zawsze na to puste miejsce przy ławce, które powinieneś teraz zajmować. Moja nienawiść do ciebie gryzła się z tym, co do ciebie czułem. Nie potrafię tego nawet określić, nie potrafię sobie z tym poradzić. Zawsze będę o tobie pamiętał, mimo że ty już mnie opuściłeś. Nie będę mógł się z nikim kłócić, nie będę mógł nikogo upokarzać. Mam nadzieję, że tam gdzie będziesz, będziesz szczęśliwy i poznasz ludzi lepszych niż ja.

Skończyła się podstawówka, skończyło się dzieciństwo. Pożegnaliśmy się wszyscy, obiecując sobie przyjaźń na wieki i to, że nikt o nikim nie zapomni. Będziemy się spotykać tak często jak tylko się nam uda. Sterta kłamstw. Zawsze w nas były. Kłamaliśmy by wszystko wyglądało wyśmienicie różowo. Jak zwykle wyszło jedno wielkie gówno. Ludzie lubią gadać ot tak by tylko gęba im się nie zamykała i nie odbiegali przypadkiem od reszty towarzystwa. Nie mają własnego zdania. Idą za grupą, która wkrótce ich zostawi samych.

I co wtedy zrobią? — nic.

Będą błagać o pomoc? — nie mają kogo.

Prosić się o przyjaźń? — nie warto prosić o to fałszywych ludzi.

Użalać się nad sobą? — nigdy tego nie rób.

To ci nic nie da. Szkoda czasu na ludzi, którzy nie doceniają tego, co mają. Tego, co mogli mieć. Samotność nie jest niczym złym. Nie doceniamy jej. Wmawiamy sobie, że jesteśmy uzależnieni od innych ludzi. Indywidualność wymaga wyrzeczeń. Kiedy nie potrzebujesz nikogo to nie zwracasz uwagi na to, czy wszystkim się powodzi tak jak tobie. Problem pojawia się wtedy, kiedy do pracy potrzebne są dwie pary rąk, a ty masz tylko swoje.

— I co zrobisz?

— Nie myślę o tym.

— Jak sobie poradzisz będąc samemu?

— Nie poradzę sobie.

Nigdy tego nie będę potrafił zrobić.

Ten dzień zostanie zapamiętany raz na zawsze. Dlaczego? — o tym jutro ci opowiem. Nadszedł czas by położyć się do łóżka i obudzić się na nowo dla tego szarego świata. Dla tych szarych ludzi, którzy każdego dnia poszukują w sobie siłę do walki. Nie martw się. Kolejny dzień ci przeminie, a ty uznasz, że i tak uczyniłeś wiele dobrego. Zadaj sobie tylko jedno ważne pytanie.

Kim jesteś by twierdzić, że uczyniłeś coś dobrego?

Dobranoc.

Rozdział trzeci

Już paręnaście minut po drugiej w nocy. Patrząc za okno widzę wszędzie pogaszone światła. Jedynie lampy świecą pełnym blaskiem. Cisza. Jeszcze nigdy tak spokojnie nie było u mnie na podwórku. W tle gra muzyka, a kot śpi beztrosko na łóżku. Powinienem spać, wiem o tym. Nie potrafię jednak. W głowie mam tyle nieposkładanych myśli, tyle mętliku.

Jak sobie z tym wszystkim poradzić? — samemu jest trudno.

Siedzę już w kuchni na tym twardym krześle, którego tak strasznie nie znoszę. Dwa papierosy zostały w paczce. Mam nadzieję, że mama ma jeszcze paczkę w torebce, w innym wypadku będę martwy. Umyłem się. Trudno, umyje ręce jeszcze raz. Odpaliłem tego papierosa, trochę śmierdzi. Wypuszczam dym jak zwykle w lampę, która wisi na środku kuchni. Straszna ta kuchnia, przydałby się tutaj porządny remont.

Kiedy on nastanie? — nie wiem.

I w sumie nie przeszkadza mi to, jak jest. Nic mi nie przeszkadza. To jest dorobek moich rodziców. Chociaż mogłoby być trochę schludniej. A więc jednak coś mi przeszkadza. Połowa papierosa wypalona, a w misce został tylko papierek po tych dobrych cukierkach, które przyniosła matka. Nie, nie zjem tego cukierka z pudełka, wytrzymam jakoś do rana. Muszę.

Czemu to wszystko się tak skończyło? — pustka.

Przecież mógłbym dzisiaj być szczęśliwym chłopakiem, który żyję w trwałym związku. Za dużo wymagam? — nie prawda.

Co takiego zrobiłem, że życie odbiera mi to, co dla mnie najważniejsze? — dziwne pytanie.

Najlepsze? — nie było takie.

Dobre? — destrukcyjne.

Zaczynam dochodzić do wniosku, że wcale to nie było takie cudowne, dobre i najlepsze. Trudno mi znaleźć na to pytanie, odpowiedź. Tę odpowiednią odpowiedź. Skończyłem palić. Nie chcę mi się myć rąk znowu. Posmaruje je kremem, to będą ładnie pachnieć. Mam strasznie suche ręce.

Wszyscy mają mnie za ideał szczupłego chłopaka. Nie widzieli naprawdę szczupłych chłopaków. Sam Kuba jest szczupły, i to bardzo. To jednak dodaje mu uroku. Mam co wspominać. Nie oszukujmy się, stosunek z nim był naprawdę cudowny. Myślałem, że mnie kocha, wierzyłem w to. Przecież miał pretensję, że mu nie wierzę. Jak miałem mu wierzyć, kiedy mówił to swoim jakże spokojnym głosem, jak gdyby nigdy nic się nie działo.

„Kocham cię. Nie mogę ci jednak obiecać, że kiedyś będziemy razem.”

W takim momencie nachodzi mnie pytanie a co miałem sobie pomyśleć? — och, Kubusiu nie robi mi to problemu. Przecież to normalne, że każdy tak mówi, kiedy kogoś kocha. To normalne i wręcz jestem ci wdzięczny, że takie słowa padają od ciebie, a nie od kogoś innego. Jasne — nie, to nie jest normalne. To jest chore i absurdalne. Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, zadaję sobie jedno i to samo pytanie.

Czemu się w tobie zakochałem? — nie mam bladego pojęcia.

Okazuje się jednak, że oszukiwałeś mnie. Czułem to, mimo że tak bardzo chciałem ci ufać. Nie, ja chciałem czegoś więcej. Chciałem byś dał mi coś od siebie. Tę jedną najwspanialszą rzecz na świecie. Zgadza się Kuba, doskonale wiesz o czym mówię. Miłość. Chciałem, abyś mnie kochał i był ze mną. Tamtego dnia coś nas połączyło, to był moment. To były sekundy w których nasze spojrzenia się spotkały. Od pierwszego spotkania, patrzyłeś nimi tak cudownie na mnie. Peszyłem się. Nie wiedziałem jak na to reagować. Nie wiedziałem co powiedzieć, byłeś taki męski, taki zadowolony. Nie nudziłem się z tobą ani ty ze mną — tak przynajmniej mówiłeś. Niestety do dziś nie wiem czy to prawda. Teraz nic już nie wiem. Miało być tak cudownie. Sam mówiłeś, że myślisz o naszej przyszłości.

Kłamałeś? — nie wierzę.

Zmieniło się coś, tylko co? — nie powiedziałeś mi. Zawsze padała jedna i ta sama odpowiedź „nie wiem”.

Wiesz jak mnie to bolało? — nie wiesz.

Wiesz ile razy płakałem? — nie zliczę tego.

Wiesz ile razy błagałem Boga o litość? — nie masz pojęcia.

Czy ty cokolwiek wiesz? — nie. Nic nie wiesz i tu jest twój problem.

„To nie ma sensu. Nie widzę naszej wspólnej przyszłości. Nie potrafię sobie jej wyobrazić.” — gdy padły te słowa, nie wierzyłem własnym uszom.

„Nie ma sensu?” — sam sobie zadałem to pytanie głęboko w duchu szukając szybko wytłumaczenia. Nie znalazłem, nie mogłem znaleźć. Nie takiego końca oczekiwałem. Dawałeś mi tyle nadziei. Odmieniłeś moje życie na lepsze, stało się bardziej kolorowe. Nabrało wreszcie sensu.

Zakochałem się w tobie całym sobą, a ty? — zrezygnowałeś ze mnie, ze szczęścia, z daru losu.

Miłości się nie odrzuca, nigdy. Ona nie wraca drugi raz. Nie zatacza koła. Ona odchodzi, po jakimś czasie. Sama, bez niczyjej pomocy. Tak samo było w tym wypadku. Dopiero wczoraj sobie to uświadomiłem. Już cię nie kocham. Kochałem, ale nie kocham już. Straciłeś mnie. Straciłeś raz na zawsze.

Przyjaciele? — wtedy zaoferowałeś mi przyjaźń.

Być z kimś, kogo jeszcze kochasz? — nie potrafię tak.

Wiedziałeś, że tak ci odpowiem. Stąpałeś po bardzo cienkim lodzie. Ostrzegałem cię, ale nie słuchałeś.

A teraz uciekasz? — nie masz dokąd.

Lód pęka, a ty uciekasz? — za późno. Uciekłeś już. Jesteś bezpieczny na brzegu. Lód stopniał. Widzę cię coraz słabiej. Dostrzegam twoją sylwetkę, ale zapominam powoli jak wyglądasz. Sam na tej łodzi czekam na ratunek.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 34.29