E-book
24.97
drukowana A5
34.95
drukowana A5
Kolorowa
55.22
Pradawne działalności

Bezpłatny fragment - Pradawne działalności


Objętość:
73 str.
ISBN:
978-83-8245-074-3
E-book
za 24.97
drukowana A5
za 34.95
drukowana A5
Kolorowa
za 55.22

Goryl

ODZYSKAĆ DZIEJE! TO ZYSKAĆ COŚ DOBREGO.

Moja podróż rozpoczna się od tego cudownego miejsca, w jednej z krain, o puszczach, górach, lasach, dolinach, jezior i rzek. To miejsce, nazwałem Goplaną, co niegdyś została utracona, prawdopodobnie już w epoce kamienia, a z tej epoki pozostały nam wyciągnięte do teraźniejszości kamienie, a również zwierzęta które żyją również dzisiaj, w epoce zwanej modernizmem albo współczesnością, charakteryzującą się odszukiwaniem prawd dawniejszych epok i adpraktycjonowaniem tego co było kiedyś, w teraźniejszości, oczom wierze że wyselekcjonowane czynności od dobra i zła, to same dobro. Będąc w Goplanie, na jednej z dolin, trawiastych ścieżek, obserwowałem gromady, a może wieloróżnicowo dobraną gromadę zwierząt człekokształtnych z kangurem chodzących z tymi zwierzętami, takimi jak orangutany, małpy, goryle. Obserwując, zauważyłem że, gromadzie czegoś brakowało, ponieważ każdy z tejże grupy, tęsknie był wpatrzony w górki, zwierzęta też wypatrywały siebie i szukały czegoś albo kogoś, a jako inteligentne istoty, małpy postanowiły odzyskać siebie i utworzyć większą liczbową grupę stanowiąc jedność, w tym celu mniejsza ilość goryli rozrysowała na tablicach znaki i poustawiała kamienie, w znakach informacyjnych strzałek, mających prowadzić wszystkich gromadników do jednego wybranego celu. Jako podróżnik, odwiedzające kraje opuszczone i zapomniane, byłem z nimi i czekałem dokąd pójdą, nie zapomniałem zjeść czegoś porządnego i pamiętałem że, gromada człekokształtnych potrafi być interesująca. Obserwując gromadkę mniejszą, zauważyłem że, potrafią odpoczywać, bo goryle i małpy usiadły na zielonej trawie, pośród różnych wysokich kęp trawy, jezior i roślin pałkowatych i czekali na coś co mogłoby się przydarzyć, czujnie obserwowali wszystko dookoła, ale nie były zdolne mnie zobaczyć, mnie podróżującego, po wydeptanych dolinach, drzewach, skałach, górach kamiennych, ponieważ nie chciałem tego aby mnie zobaczyły musiałem się ukrywać, we wskazanych wcześniej miejscach, przed czym, sam nie wiem, być może przed samym bestialstwem tych zwierząt, a jeśli są w oddali lub w zamknięciu, przychodzi, to bezpieczeństwo, nieoswojone zwierzęta, potrafią być dzikie i trudno znaleźć te słabe cechy, aby rozbroić nieoswojone stado, nie po to aby zabić, ale potocznie znawczo wychować. Zwierzętom czegoś brakowało, ponieważ tęsknie wypatrywały górki, wypatrywały siebie, nagle wstały na nogi, a jako inteligentne istoty, postanowiły chyba utworzyć większą liczbową grupę stanowiącą jedność, w tym celu mniejsza ilość goryli rozrysowała na tablicach znaki kierunkowe, rysunki i malunki. Drudzy znaleźli odłamki drzewne i kamienie, poustawiała rzeczy, na wydeptanej trawiastej dróżce. Znaki miały prawdopodobnie prowadzić wszystkich gromadników do jednego wybranego celu, w pewnym momencie, goryle i małpy usiadły na trawie, pośród jezior i roślin pałkowatych. Czekali na coś co mogłoby zostać przydarzone. Zauważyłem że, czujnie obserwowali wszystko dookoła, ale nie były zdolne mnie zobaczyć, mnie podróżującego, po wydeptanych dolinach, drzewach, skałach, górach kamiennych, ponieważ nie chciałem tego aby mnie zobaczyły, musiałem się ukrywać, we wskazanych wcześniej miejscach, przed czym, sam nie wiem, być może przed samym bestialstwem tych zwierząt, ponieważ nie wychowane potrafią być groźne, potrafią zrobić krzywdę, więc pomyślałem że, potrzebny jest dobry dowódca stada aby wytresować tę zwierzynę. W oddali, usłyszałem jakieś charkoty, dzikie pomruki, dźwięki zwierząt były coraz bliżej. Musiałem uciekać, a gdy już uciekłem siedziałem na dużej i stabilnej gałązce drzewa, w koronie drzew ukoronowanej liśćmi, obserwowałem coś co mogłoby mnie zaskoczyć, domyśliłem się że wskok dzikiej zwierzyny nie wiadomego pochodzenia, byłby porażką, dla mnie i dla wszystkich na moim miejscu. Znalazłem pośród drzew następne drzewo i mimo wszystko czekałem aż dzikusy przebiegną, stado dzikich bestii przebiegło doliną górską jak najdalej od miejsca schronu. Oddychałem szczęśliwie, bo uniknąłem utarczki, z lwami i tygrysami. Gdzieś nagle usłyszałem głośne dźwięki charkotu, spojrzałem w to miejsce, zauważyłem wielkie i wściekłe goryle, czterech z goryli 🦍 pobiegło za równie groźnymi zwierzętami i rozwświeszczone zadały liczne ciosy zębami tygrysom i lwom, ale co też nie było konieczne pozwolili uciec bestią biegnących na czterech łapach. Zmęczeni całą tą sytuacją, gromadki różnowielościowych zwierząt, sprawdzili znaki, też zauważyłem że pewne z znaków, pokazywały losowe kierunki, a pewne pozostały na swoim miejscu, tam gdzie miała prowadzić droga. Goryle niechętnie zmieniły kierunek i poszły za losowym wskazanym drogą losową kierunkiem. Poszli gdzieś dalej w nieznane. Po jakimś czasie zszedłem na niższe gałęzie drzew, będąc niżej zeskoczyłem z niskiej i stabilnej gałęzi drzewa. Ostrożnie poszedłem za zwierzętami człekokształtnymi. Szli oni długo i wytrwale, byli przy tym bardzo pobudliwi i szybcy, bardzo szybko wszedli na rozrosłą wysoką trawą górkę, góra powiodła gromady, w dół. Zniknęły mi z oczu, a ja nie wiedziałem gdzie, wszedłem na górę sprawdzić, za gromadkami wielorodzajnikowych stworzeń. Spojrzałem w dół i jak się domyśliłem zwierzęta zjechały, w dół i siedziały poobijane, w dolnej dolinie. Zszedłem z górki i poszedłem inną bezpieczną drogą, w kierunku goryli i małp, orangutanów, zauważyłem skocznego kangura, skocznie pobiegł tą samą drogą co ja. Ja poszedłem wolniej, a w pewnym czasie, natrafiłem na wysoką trawę i myślałem cóż tu zrobić. Znalazłem coś wydeptanego i poszedłem przed siebie, szybko jak tylko mogłem. Po pewnym czasie zmęczony zwolniłem i wyciągnąłem z tornistra sok pomarańczowy. Wypiłem i schowałem butelkę na swoje miejsce, w plecaku. Idąc nuciłem melodycznie z ptakami, przygotowany na różnego rodzaju niespodziewane wydarzenia wyciągnąłem garście żywności dla ptaków, rozrzuciłem jedzenie dookoła siebie. Idąc dalej śpiewnie nuciłem, aż znalazłem słowa piosenki.,, Słońce śpiewa, słońce świeci i oświetla polany, wszystkie rośliny, to też dzięki słońcu zawdzięczamy rosnące rośliny, trawy, drzewa, sasanki i wszystkie dzieci. Strudzony spojrzałem na przewyższającą mnie trawę, obejrzałem się za siebie, podłużna górka, wyglądem przypominająca długi wał przeciwpowodziowy, miała drugą powrotną dróżkę, dolnej doliny, oczywiście ta górka którą szedłem nie była niebezpieczna. Poszedłem dalej i powiedziałem: — Gdzie znikłaś moja Goplano, chociaż to też ty która mnie otaczasz, bez ciebie w nas mało rodzajnych rozróżnień. Zerwałem źdźbło trawy, przystawiłem do żołądka i do krtani, przyssałem nagle mleczną trawę, wyciągając źdźbło z ust, zaśpiewałem. — Wróć goplano wróć, nuć jak zdobyć klucz, nuć jak sprawić aby włosy nadały barw białości, bez szarej niedoskonałości, a kto chce mieś buraczane włosy, zje maliny, zje buraków i przyssa z żołądka do głowy do nasady włosów i w naturalny kolor włosy barwę zmienią i nie zniszczą włosów, bo te w moc się zamienią. — Zaśmiałem się wesoło, chwyciłem dwa źdźbła i urwałem, niosąc je w górze poszedłem przed siebie. Nagle po krótkiej wędrówce zatrzymałem się i cicho zaobserwowałem zwierzęta człekokształtne i kangura, gdzieś w oddali, ujrzałem las i tygrysa powoli wkraczającego do gromad, przed lasem gromady, będące koło drzew owocowych, takie jak kakaowce, kokosy, ananasy, czereśnie, będąc w oddali obserwowałem uważnie wszystko, małpy obserwowały kangura, zwierzę skakało wokoło drzewa. Kangur zatrzymał się wyciągnął małpkę i podał dorosłym małpą małpeczkę. Zbliżający się tygrys wskoczył na drzewo, pod wpływem ciężaru potrząsnął drzewiastymi gałęziami. Z drzewa zaczęły spadać owoce kokosów. Goryle nie pewnie podeszły do drzewa, ale nie zauważyły nikogo, nie pewnie zebrali owoce z ziemi i podali rozłupane owoce małpą i orangutanom a też kangurowi. Jedna z małp spoglądneła na białe oplotłe białym babim latem rośliny, później nieznacznie spojrzała na owłosienie o kokosa bez skorupy, zjadła wdzięcznie podane owoce. W oddali usłyszałem warki tygrysa, przestraszony spojrzałem w dal, spojrzałem na potrząsane drzewo kokosowe, przeczucie mi mówiło że, goryle pomogą mi w obronie, ponieważ nie zadrżały na widok dzikszego zwierzęcia. Tygrys ustąpił i uciekł z drzewa, pobiegnął do lasu. Goryle zebrali owoce, a że były całe znaleźli duży kamień i rozmachami rzucili owocami o kamienie. Roześmiany tym zjawiskiem, wyciągnąłem z plecaka grzebień i poprawiłem białe włosy, nie nie dlatego że byłem stary, ale dlatego że jako ssak umiejętnie zacząłem przyssawać z żołądka żywność wprost do organizmu, zdrowo. Znów spojrzałem na gromady, tym razem każde z gromad, drapało o drzewo pazurami, szczęściem coś wydrapały, bo wykorzystali rozłupane na pół zjedzone owoce kokosów i przystawiły do drzew miseczki, niektóre spróbowały substancji cieknącej i chyba im posmakowała ta słodka substancja, rozradowani pobiegli przed siebie do lasu, a ja miałem możliwość wyjścia z ukrycia trawy. Ostrożnie wyszedłem, poszedłem szybko przed siebie, bo nie mogłem zgubić gromad, mój szybki chód został zmieniony w szybki bieg. Wbiegłem do lasu i wziąłem głębokie oddechy, spojrzałem na wysokie drzewa z rozrosłymi wysoko gałęziami, nielicznymi dziuplami, na nielicznych drzewach zostały poustawiane wiaty myśliwskie, wyglądem przypominające domy, wokoło mnie zobaczyłem przebiśniegi i grzyby. Znalazłem gromady. Stały przed kałużą i coś rozmieszały kijami, z oddali zobaczyłem piasek. Wziąłem wiszący na szyi aparat i zrobiłem fotografie dla niezapomnienia. Obserwowałem nadal cicho z ukrycia i uważnie śledziłem ruchy tych zwierząt. Gdzieś w oddali usłyszałem szmer, goryle i małpy i orangutany również spojrzały, w kierunku szmeru, ujrzałem szczęśliwie że, z dziupli wyszły wiewiórki, pobiegły sprytnie na górę drzew i wróciły do dziupl, później znów wyszły i przestraszone gromadami wszedły do środka i nie wyszły. Uspokoiłem się bo ucieczka przed tygrysami na wysokie drzewa nie jest możliwa, więc pomyślałem że, myśliwi muszą mieć drabiny, byłem wściekły, ale silniejszy, skłonny do obrony, zrezygnowałem dla bezpieczeństwa, gdzieś w oddali ujrzałem cienie i promienie słoneczne, na tą pogodę stwierdziłem że, mogę być pogodny, nabrałem siły i czekałem na wyczyny gromad, one co rusz odganiały od siebie pszczoły, chcąc sprawdzić czy są dzikie, rozglądnąłem się po bliższej przestrzeni, w oddali ujrzałem ule i się trochę uspokoiłem, na dodatek sprawdziłem strzelbę myśliwską i bardziej się uspokoiłem, w takim stanie spojrzałem na gromady, niedowierzałem goryle zaczęły formować z masy kule i cegiełki, a następnie układać je, w poszczególnych wyznaczonych miejscach. Pogratulowałem pomysłu, bo wcześniej gromady były bezdomne. Zaczekałem. Czekałem długo i nudząco, od czasu do czasu, małpy przynosiły miski z kleistą substancją, a goryle znajdowały kałuże i znów mieszali konsystencje i znów formowali cegły, aż do samego wieczora. Wieczorem zobaczyłem, podłużne i półdługie legowiska, goryle opuściły miejsce i poszły do pobliskich jaskiń, a małpy i orangutany weszły do legowisk spać.

Długo spacerowałem po cichu, w blasku Księżyca dającego bladą poświatę, tak jak świecące gwiazdy, po długiej wędrówce, w środku nocy wróciłem na miejsce legowisk gromad, zdarzenie chciało obudzić zwierzęta, bo ptaki przyleciały blisko do legowisk i rozćwierkane sprawiły że, gromady wyszły z jaskiń i legowisk i niepewnie spoglądały, w niebo. Długo myślałem dlaczego nie przywykły do głośnych ćwierków, chociaż ja też zrezygnowałbym i zrezygnowałem, w tej sytuacji z snu. W oddali zobaczyłem pełzającego węża, była to żmija zygzakowata, kolorowa i nęcącą kolorami, cóż każdy ma je w domu, są używane również, na drogach, być może dlatego większość jeździło wystraszonych? — Zadałem pytanie i widząc żmije zrobiłem dwa kroki w tył, przemyślałem odpowiedź i domyśliłem się iż nie ma potrzeby się bać, uważać jest potrzeba i zapełniona po brzegi potrzeba odróżnień podobieństw rzeczy, również tych samych, a będących przydatnych do innych czynności, informacji, wskaźników, ideologii. Żmija zasyczała cicho, uważnie spojrzałem na żmije i ptaki nadlatujące nad żmiją i zdziobały żmije, zabiły. — Latające Anioły. — Powiedziałem uradowany i przycichłem, sprawdziłem broń, w bezpiecznym miejscu, przemyślałem głupotę jaka mnie dławiła, głupotą ta była brak ostrożności, w czasie kiedy jakakolwiek broń, w postaci strzelby się pojawiała i stwierdziłem że, nie zrobie drugiego błędu. Spojrzałem, z dala na żmije ułożonej, w kształcie litery S i serdecznie się uśmiechnąłem. Po wszystkim wyciągnąłem kompas i znalazłem wyjście z lasu. Wróciłem do drzewek owocowych, nazrywałem trochę i poszedłem do domku letniskowego, niedaleko drzew owocowych i otworzyłem drzwi, wszedłem do środka i zamknąłem przed rozumnymi stworzeniami, nie byłem w stanie ich jeszcze rozpoznać. Następnego dnia jednej z licznych dni kalendarzowych tutaj stwierdziłem że, do gromad nie dołączyły inne zwierzęta, prawdopodobnie może tylko one znały swoje przekazowe informacje, a humaniści mogli tylko się domyślać co to może znaczyć, być może zgubili drogę, nie dotarli na miejsce. Mimo wszystko wyszedłem z domu letniskowego na taras. Wypiłem sok kakaowca i poszedłem do legowiska zwierząt, jakież było moje rozczarowanie kiedy ujrzałem iż, nie ma gromad w swoich miejscach. Pomyślałem że, być może poszli polować. Usiadłem na pieńku drzewa i zwyczajnie poczekałem, nie sprawiało mi to problemu, czekanie to chyba nie najgorsza metoda uczenia cierpliwości, a po długim czekaniu gromady przyszły, z łapami dużych kamieni, rozsypały je koło legowisk. Pomyślałem iż, nie jest to koniec roboty. Jedna z małp pokazała palcem ścianki legowisk i zaczęła liczyć ścianki, obliczenia pokazywała palcami, później odliczyła kamienie, wszystkich ścianek, obliczenia pozwoliły gorylą ustawienie płaskich kamieni, wokoło legowisk, prawdopodobnie umocniły podłoże. Po jakimś czasie umacniania lepionek podobnych do niskich jaskiń, goryle poszły po banany i przyniosły owoce niewiadomo z jakiego miejsca i podzieliły owoce pomiędzy wszystkimi gromadami. Po zjedzeniu owoców goryle wyrzuciły w jedno miejsce skórki bananów i chwyciły kokosowe połówki, w miejscach gdzie został wlany sok klonowy, po ostygłej substancji został zrobiony bursztyn o świetlistej mocy, nadawaniu połysku i blasku. Zaskoczeni wszyscy z każdych gromad poobserwowali to zjawisko cienia i spojrzeli nieostrożnie, w świecące bursztyny, szczęściem nic złego się nie wydarzyło, a wieczorem goryle złapały mnóstwo świetlików i przyniosły gromadą do legowisk, a część zabrały do jaskiń. Świetliki nadawały na krótkie chwile jasne światełko, zupełnie jak białe przebiśniegi wieczorami, ale potrafiły być niebezpiecznie, bo wykorzystując swą broń parzyły skórę, dziś przyniosły ogień, ponieważ rozhajcowały suche gałęzie drzew. -Pożar. — Powiedziałem. Zauważyłem drzewiaste krzewy płonęły. Wstałem z bezpiecznego miejsca na nogi, rozejrzałem się w poszukiwaniu czegoś i rzuciłem podłużny kamień na ogień, schowałem się za drzewami i czekałem. Gromady widząc ugaszone płomienie, nie czekając długo biegną po kamienie, wracają i układają okrąg, część ognia zgasili i czekali prawdopodobnie na jakiś akt, czyn, z jasnych pobudek poszły w głąb prawdopodobnego gospodarstwa i przyniosły bez upierzone kury, kury nabiły na kije i kije wzniosły wysoko ku górze cieplejszego powietrza. Świetliki odleciały daleko, część z nich spłonęła od samego gorąca, ale nie za bardzo przejąłem się szkodnikami, potrafiącymi być pomocni tylko czasami.

Gromady poszły daleko od legowisk, musiałem wstać i pójść za nimi, bom był ciekaw co będą robić i czy czegoś złego nie narobią, miejsce do którego poprowadziły, były miejscem skoszonej ręcznie trawy, będącej na jednym miejscu, w głębionej ziemi, a w ziemi pozostała zielono-mleczna woda. Gromady wszedły do mieszaniny wody, były z nimi gromady syjamskie. Zrobiłem fotografię tego zdarzenia i poszedłem do domu letniskowego odpocząć po długim dniu obserwacji.

Bursztyn

Ciepłe promienie słoneczne przygrzały ciepłem, mimo iż każdy centymetr, w domu był zasłonięty. Zjadłem śniadanie i wypiłem sok z kakaowca i rozgotowanego ryżu. Po wszystkim zaśpiewałem pełną gammą melodyczną. — Hej hej gromada, czegoś wam nada, bo niby czemu pod wpływem błysków i grzmotów, miałaby się burzyć? — Rozśmieszony po uszy wyszedłem i zamknąłem drzwi i powędrowałem. Gromad nie było na swoim miejscu. Znalazłem gromady człekokształtnych koło jeziora, garściami wyrywały trawę, a goryle wykopywały następne wgłębienie, orangutany przynosiły trawę do wgłębienia, a od czasu do czasu kangur przynosił jagody, w torbie i częstował gromady.

Po zakończonej pracy gromady poszły w inne miejsce, przed lasem, nazbierały tego samego nektaru co wcześniej i wróciły do legowisk, a w miejscach gdzie pozostały szpary zlepiły sokiem pół jaskinie, pół lepionki i odstawiły misy, koło lepionek. Skórki od bananów zniknęły, byłem nieco zaskoczony, że potrafią sprzątać i są rozradowani każdym zajęciem. Słońce zaświeciło wysoko na niebie, a strudzone gromady znalazły inną czynność, wzięły skorupy bursztynowego światła i oświetliły nimi lesistą trawę, ale niestety któryś z goryli poświecił światłem bursztynu wysoko na niebo i odbił światło, one zostało odbite od drzewa i przyświeciło oczy drugiego goryla. Goryl wrzasnął obolały i wtulił głowę do rąk, okolic pachwin, usiadł na ziemie i zapłakał. Gromady podbiegły do goryla i odciągnęły ręce goryla, sprawdzili okrągłą twarz i zamknięte oczy. Samoczynnie otworzył oczy i niewidząco spojrzał na wszystko, przestraszony wrzasnął z całych sił i otworzył szerzej oczy, nagle wstał na nogi i przetarł całą twarz i opuchnięte oczy. Zadrżał, tym razem z niedowierzania. Osłupiały podszedł do gromady i wyrzucił zastygły bursztyn przed siebie, podniósł kamień i rzucił kamieniem za bursztynem. Wymachnął palcem i próbował znaleźć złego czyniącego, ale pośród swoich twarz, które zobaczył jak w lustrzanym odbiciu nie dojrzał nikogo, widział same podobizny. Spojrzał na wszystkich, a w ręku małpy zobaczył ten sam kawałek przepołowionego owocu z oświetlonym bursztynem, wtem podszedł do małpy i szturchnął ją mocno po ramieniu i pogroził palcem. Wściekły goryl zabrał z rąk małpy owoc i rozgniótł owoc w łapach. Z owocu polany został sok, a z białego soku narysował na drzewie wielki kształt iksa. X. Wściekły rozrysował konar drzewa wziął do ręki sok i wytarł sok o trawę. Wściekły goryl poszedł przed siebie, a gromady powróciły do legowisk, po drodze nazbierali jajek, ale niestety ogień zgasł i gromady poszły w poszukiwaniu świetlików, gdy już znaleźli owady poukładały suchego chrustu na ziemi i zmusiły świetliki utworzyć ogień, po wytworzeniu ognia ustawiły małe kamyczki płaskie i rozłupały jaja podłużnych kamyczkach podobnych, albo takich samych, jak cegiełki, odwrócone w pionowej pozycji. Usmażyły wiele jaj i zjadły, a część z jaj pozostawiły w drewnianym konarze dla goryla. Małpy będąc przy lepionkach nieznacznym wzrokiem wpatrywały się w bursztyn. Główkowały jakby tu przekonać goryla do polubienia bursztynu, więc wysłały orangutany po goryla, ale wiedziały że szybko nie wrócą, a w okolicach legowisk poustawiały bursztyny, oświetlające dolną część legowisk, nikłym i jasno żółtym światłem. Po zakończonej czynności i bezczynku oddychając głęboko gromady, znalazły inną czynność bo poszły w inne miejsce nad jezioro, ale tym razem wykopywali podłużne i głębokie ścieżki, więc jezior musiało być więcej. W trakcie pracy, woda z jeziora wpływała do nowych możliwych miejsc, a czasami wypływała, pomogłem stworzeniom, mimo iż beze mnie też by sobie mogły myślowo poradzić, rzuciłem średnich rozmiarów kamieniem i trafiłem w właściwe miejsce, nad brzegiem rzeki, jak zwykle stchórzyłem i się schowałem. Gromady obejrzały głowami za siebie i przed siebie, nie widziały mnie i zostałem za to wdzięczny Bogu.

Po zakończeniu formowań i wykładania kamieni do brzegów rzeki, nastał wieczór, wieczorem jak zwykle rozrechotały ropuchy i żaby, gromady wskoczyły do wody, naśladując żabie skoki, całe szczęście nie rechoty, a czasami przystawały na palcach i unoszeni wodą poczuli się lekko, jak każdy niesportowy pływak, w wodzie, po krótkiej kąpieli poszły znaleźć orangutany i goryla, ukradkiem też przyglądały się gorylom, ale nie zauważali żadnych oznak podobieństwa, same nie wiedziały jak goryla ukarać, za przekroczenie nieostrożnych i groźnych czynów, czasami myślałem żeby im pomóc i gdzieś skrycie szukałem ku temu okazji, ucierpiała nieczyniąca wrogiego czynu małpa. W czasie poszukiwań Goryla z orangutanami gromady przewyższyły swoje oczekiwania powiększenia gromady, ponieważ w czasie poszukiwań przywitały dwie mały, te istoty nie wiedziały nic o istniejących gromadach, będących w grupach, mimo to dołączyli do gromad, idąc dalej smaklejkowali owoce krzewów jagodowych. Idąc nadal za nimi obserwowałem jak małpy sprawdzają wiedze dwóch małp. Większa grupa pokazała im coś na migi, dwie małpy pokazały to samo, domyśliłem się że nie znają jeszcze żadnych odpowiedzi, ale mają dodatkowo inną umiejętność, mianowicie jedna z przybyłych małp urwała z ziemi trawę z korzonkami, podzieliła trawę na trzy części i wsadziła korzonki do ziemi z równoważnikową miarą, następnie wzięła do ręki owoc kokosa i oznaczając miejsce namalowała duże koło, oznaczając mniejsze kępki trawy namalowała fioletowe kółeczka z jagód. Po zakończonej gromady zaczęły klaskać, ja domyśliłem się że, jeszcze wrócą w to miejsce, ponieważ oznaczyły również drogę dużym kamieniem, a później poszły przedemną do jeziora.

Ciżemki

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 24.97
drukowana A5
za 34.95
drukowana A5
Kolorowa
za 55.22