E-book
6.83
drukowana A5
33.79
Powstanie Ludzkości

Bezpłatny fragment - Powstanie Ludzkości


1
Objętość:
212 str.
ISBN:
978-83-8126-706-9
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 33.79

Rozdział 0

Leżałem na swoim łóżku, rozmyślając nad tym co mogłoby czekać na mnie na innej planecie. Innym układzie. Właściwie to czemu używamy takich nazw? Mark mówi że wymyślają je ludzie mądrzejsi od nas. Ale kto dokładnie je wymyśla? Nawet on nie wie. Mark jest strażnikiem, w jak on to mówi „statku więziennym znajdującym się na orbicie Emirry”. Ja wolę prostsze „kosmiczne więzienie”. Ale nie ważne. Jest on strażnikiem, co znaczy że musi pilnować mnie i przebywać ze mną w mojej celi. To on uczył mnie wszystkiego, dzięki niemu mogę mówić i rozumiem co inni mówią do mnie. Wiele razy pytałem go dlaczego muszę tu przebywać, ale on nie potrafił znaleźć sensownej odpowiedzi. Po prostu władza uznała że stanowię zagrożenie, więc muszę tu tkwić. Nie widzę tu sensu, gdyż jakie zagrożenie może stanowić dwunastoletni chłopiec? Nie dożywiony, słaby, niedouczony… Widocznie moi rodzice, których nigdy nie poznałem zrobili coś co zmusiło władzę do umieszczenia mnie tutaj. Cokolwiek zrobili, nie mam im tego za złe. Wiele razy pytałem się Marka, czy kiedykolwiek stąd wyjdziemy. Mark albo nie odpowiadał, albo odpowiadał wymijająco. Pewnie nie wiedział, lub zdawał sobie sprawę że prawda może zaboleć. Rozumiem to.

Tego dnia czułem się okropnie. Nie mogłem usiedzieć na miejscu i byłem rozdrażniony. Widocznie siedzenie w celi nie za bardzo mi służy…

— Mark? — spytałem go pewnego dnia zaraz po wstaniu z łóżka.

— Tak?

— Czy moglibyśmy stąd uciec?

— Co!? — spytał zaskoczony.

— Po prostu, czy moglibyśmy stąd uciec?

— Teoretycznie… A co?

— Nie chciałbyś się stąd wyrwać? Bo ja bardzo chętnie…

— Ja również… Właściwie to można by spróbować!

— Czego? — spytałem zdziwiony.

— Ucieczki. Nawet mam już plan… W nocy wykradniesz się z celi. Pomogę ci z tym. Potem pobiegniemy do sali z statkami ratunkowymi. Wsiądziemy do jednego z nich i polecimy na najbliższą planetę. Ziemię. Co ty na to? — kiedy mówił świeciły mu się oczy.

— Tak. Zróbmy to!

— Świetnie. Idź spać, obudzę cię kiedy będziemy zaczynać.

— Ok. — zgodziłem się, i położyłem się na moim łóżku. Przez jakiś czas nie mogłem zasnąć, ale w końcu po przewracaniu się na bok, zapadłem w sen.

— Tom! Już czas! — szepnął Mark potrząsając mną.

— Na co? — spytałem zaspany.

— Na naszą ucieczkę. Wstawaj! Już! — powiedział po czym wyciągnął mnie z łóżka. W końcu wstałem, i stanąłem obok Marka.

— Chodź, musimy iść do pomieszczenia ze statkami — poinformował mnie. — Idź za mną.

Mark zaprowadził mnie do ściany z dużymi, metalowymi drzwiami. Obok nich zamocowany był czerwony przycisk. Mark wcisnął go, po czym rozległ się głośny alarm, a pomieszczenie pokryło się czerwonym światłem. Mark kopnął w drzwi, które nie stawiając żadnego oporu, otworzyły się. Mark chwycił mnie za ramię, i zaciągnął do środka. Znaleźliśmy się w dużym pomieszczeniu w którym znajdowały się cztery niewielkie statki kosmiczne. Mark podbieg do najbliższego z nich, otworzył klapę i wszedł do środka.

— Wsiadaj! — krzyknął ze środka.

Otworzyłem drzwi z tyłu statku i wszedłem do środka. Zamknąłem je, po czym usłyszałem dźwięk przypominający pracujący silnik, ale też odgłosy kroków. Usiadłem na wysuniętym krześle i zapiąłem coś przypominającego pasy. — Trzymaj się! Startujemy!

Poczułem wstrząsy, więc mocniej chwyciłem się krzesła.

Rozdział 1

Po chwili trzęsienia ustało ono ale jednocześnie poczułem okropny ucisk na brzuch ale jednocześnie lekkie poczucie nieważkości. Zaczynało mi się robić niedobrze ale jakoś udało mi się nie zwymiotować.

— Trzymasz się jakoś?

— Ttak… — odpowiedziałem niemrawo.

— Musisz wytrzymać jeszcze trochę… mamy szczęście, jak na razie nikt nas nie goni.

Po kilku minutach ucisk wreszcie ustał wraz z mdłościami. Poczułem się jeszcze bardziej lekko ale pas zaczął mnie uciskać.

— Możesz już rozpiąć pas — ale uważaj aby nie uderzyć głową w sufit…

Kiedy już go rozpiąłem zacząłem unosić się w powietrzu. Zacząłem dryfować ale na szczęście zdążyłem złapać się czegoś i nie uderzyć w tył statku.

— Statek jest ustawiony na autopilota, będziemy lecieć jakieś 76 lat… Na szczęście jest tutaj komora stazyjna w której możesz spędzić ten cały czas.

— Chodzi o to? — pokazałem na coś wyglądającą na wydrążoną w środku metalową kolumną wyłożoną czerwonym materiałem.

— Tak, musisz się tylko w niej położyć. Chodź pomogę ci… Przytrzymał mnie za ramię a następnie skierował w stronę wejścia do komory. Chwyciłem się małego uchwytu i zacząłem wchodzić do środka. Kiedy byłem już w środku Mark powiedział:

— Nie musisz się martwić, podczas podróży będziesz się czuł jak w śnie. Baaardzo długim śnie. Kiedy ty będziesz leżał, twój organizm przestawi się na tryb bardzo oszczędny, a obecne w komorze systemy powstrzymywania życia zadbają o to aby nic ci się nie stało. Rozumiesz?

— Tak.

— Świetnie. Ok, włączam! — powiedział i nacisnął jakiś przycisk obok komory.

Pokrywa zaczęła powoli się opuszczać aż po chwili zrobiło się całkowicie ciemno. Poczułem lekkie ukłucie w prawej ręce oraz zacząłem powoli robić się senny. W końcu zamknąłem oczy i zasnąłem…

Rozdział 2

Nagle otworzyłem oczy. Widziałem tylko ciemność… Czułem też wstrząsy przez które zacząłem uderzać w twardą powierzchnię. Po chwili byłem już cały obolały. Po jakimś czasie przypomniałem sobie wszystko. Poczułem ukłucie w prawej ręce, a następnie zobaczyłem że pokrywa kopuły zaczyna się powoli podnosić. Wstrząsy ustały, a po kilkunastu sekundach pokrywa kopuły podniosła się całkowicie. Na początek nie widziałem zbyt wiele, przyzwyczajając się do światła dziennego. Kiedy jednak do końca już przywykłem zobaczyłem nasz statek kosmiczny, tylko z bałaganem w środku oraz kilkoma dziurami. Zobaczyłem też Marka idącego w moją stronę.

— Jednak żyjesz… Mieliśmy sporo szczęścia, komputer pokładowy źle obliczył odległość oraz prędkość opadania przez co wylądowaliśmy, a raczej rozbiliśmy się koło wzgórza. Myślałem że zginąłeś, ale myliłem się. A z resztą, jak się czujesz?

— Nie jest najgorzej… Ale nadal jest mi trochę niedobrze i boli mnie głowa…

— Powinno ci to za chwilę minąć. Posiedź jeszcze trochę, muszę tutaj posprzątać — powiedział. Zaczął zbierać różne rzeczy z podłogi i wsadzać je do szafek. — Podczas lotu przejrzałem wszystkie nasze zapasy — mamy trochę wody pitnej oraz jedzenia, koce, kilka noży, naczyń itp. — Kiedy skończył podszedł do mnie i powiedział:

— Już lepiej?

— Jeszcze trochę mi nie dobrze, ale jakoś wytrzymam.

— Świetnie. Według moich informacji powietrze na planecie nadaje się do oddychania. Może nie jest tak idealne i czyste jak powietrze w więzieniu ale to i tak dobrze. Zaraz musimy sprawdzić jak mocno nasz statek został poturbowany. Dla bezpieczeństwa dostaniesz nóż, jednak musisz posługiwać się nim ostrożnie i nie bawić się z nim. Rozumiesz.

— Tak.

— No dobrze. — wręczył mi wyglądający na bardzo solidny i mocny nóż oraz pas na niego. Kiedy go chwyciłem poczułem że nie jest to zwykły nóż, ale prawdziwa, potężna broń. Założyłem pas i włożyłem do niego broń.

— Ok. Ponieważ powietrze jest trochę odmienne od tego do którego się przyzwyczaiłeś więc aby uniknąć nieprzyjemności lepiej załóż też to — powiedział i wręczył mi małą maskę.

Założyłem ją, i po chwili mogłem oddychać trochę bardziej swobodnie.

— Lepiej?

— Tak. Dzięki…

— Jeśli coś cię zaniepokoi to natychmiast mnie o tym poinformować — ok?

— Ok. Idziemy?

— No. Chodź — powiedział i wyszedł z wraku statku. Ostrożnie poszedłem za nim, uważając aby nie zahaczyć o jakieś ostre fragmenty. Kiedy udało mi się wyjść zamarłem z wrażenia. Właściwie to nie pamiętam aby kiedykolwiek przebywał gdziekolwiek poza więzieniem.

Trawa na Ziemi miała piękny, zielony kolor, podobnie jak liście drzew. Słońce ładnie wszystko oświetlało, kamienie leżące na ziemi odbijało światło, a trawa bujała się na wietrze. Odsunąłem się kilka kroków aby zobaczyć skalę zniszczeń statku. Okazało się że jego dziób wbił się w większy, potężniejszy kamień. Otarcia i mniejsze dziury były normą, lecz na szczęście oprócz nich większych dziur nie było.

— Pięknie tu… Jak myślisz, co kryje ten las? — spytałem zachwycony i zadowolony że ze statkiem nie jest aż tak źle.

— Faktycznie piękni… A ten las… Wygląda bardzo tajemniczo. Na razie nie wiemy co tam się kryje, i myślę że nie chcemy wiedzieć — odpowiedział mi trochę pesymistycznie.

— Nie marudź… Co ci się tu nie podoba? Jest świetnie!

— Możesz być trochę ciszej? Dopiero co tu przylecieliśmy, kto wie czy coś już nie ostrzy sobie na nas zęby… Lub pazury…

— Jak tam chcesz — powiedziałem trochę niezadowolony. Ale w końcu taki zrzęda jak on nie popsuje mi humoru. Wyciągnąłem swój nóż i postanowiłem trochę po przechadzać się po okolicy. Zauważyłem że znajdujemy się w dość dużej dolince otoczonej lasem. Po krótkim spacerze odkryłem że niedaleko znajduje się dojść duża i rwąca rzeka. Podszedłem do niej aby sprawdzić czy woda nadaje się do picia. Kiedy kucnąłem i włożyłem rękę do wody, nagle stojący za mną Mark krzyknął wyraźnie zły:

— CO ty robisz? Wstawaj. Nie rozumiesz że nie możesz się oddalać bez pytania?

— Przepraszam… Ale chciałem zobaczyć co tu się znajduje.

— No dobrze… Ale masz nie robić tego ponownie. Chodź, musimy zebrać trochę drewna na opał. Kto wie jaka będzie noc…

Rozdział 3

— Na początek musimy sprawdzić czy to drewno w ogóle jest palne. Możesz przynieść mi jakiś patyk?

— Jasne — odpowiedziałem i odszedłem aby odłamać kawałek gałęzi stojącego blisko mnie drzewa. Kiedy już to zrobiłem przyniosłem go do Marka i dałem mu go.

— Świetnie. Teraz spróbuje go podpalić — przyłożył do niego zapalniczkę i nacisnął przycisk. Drewno natychmiast zajęło się ogniem, ale jednocześnie nawet nie pociemniało. Ogień przenosił się z kawałka na kawałem bardzo powoli, bez żadnych iskier czy odpadających odłamków.

— Będzie idealne — powiedział po czym dłonią zgasił ogień. — Chodź, pozbieramy jeszcze trochę.

Weszliśmy trochę głębiej w las zbierając patyki leżące na ziemi oraz od czasu do czasu odcinając rosnące nisko gałęzie. Po około trzech godzinach mieliśmy zebraną niezłą kupkę. Zmęczony wolno wróciłem do statku i usiadłem na ziemi. W tym czasie Mark rozłożył koc z tyłu statku i w rogu położył zebrane drewno. Podpalił je i zaczął rozpalać ognisko. Usiadł obok niego i zaczął w nie dmuchać. Na zewnątrz zaczęło się ściemniać. Zaczęło robić mi się bardziej zimno, pomimo płonącego obok ognia. Sięgnąłem po kolejne koce i opatuliłem się mocno. W końcu udało mi się zasnąć.

— Wstawaj! No pośpiesz się! — zaczął krzyczeć do mnie Mark stojąc nade mną.

Byłem zaspany, ale po chwili udało mi się do końca rozbudzić i wstać. Ognisko w ciągu nocy przygasło, ale też zrobiło się cieplej. Najwyraźniej był już ranek. Chociaż dobrze się wyspałem, to byłem trochę zmęczony oraz głodny.

— Chce ci się pić? — spytał Mark sięgając do szafki i wyciągając z niej coś.

— Tak, dzięki. Jestem też trochę głodny. — odpowiedziałem.

— Proszę. Możesz to zjeść, chociaż nie jest zbytnio dobre. — podał mi butelkę z wodą oraz saszetkę z jakimś beżowym proszkiem. Faktycznie, nie było to jakoś specjalnie smaczne, ale nie mogłem narzekać. Kiedy byłem gotowy spytałem:

— Co dziś zrobimy?

— Cóż, przydałoby się znaleźć jakieś jedzenie oraz źródło wody. Prawdopodobnie w okolicy nic nie znajdziemy ale musimy spróbować. — wyszedł na zewnątrz.

Poszedłem za nim.

— Gdzie idziemy najpierw?

— Byliśmy już na wschodzie więc można by pójść na zachód. Rozglądaj się i szukaj wody lub czegokolwiek wyglądającego na dobre do jedzenia. — niespiesznie zaczęliśmy iść na zachód. Po kilku metrach znalazłem krzaczek z małymi, fioletowymi owocami. Schyliłem się po nie i zerwałem jedno. Dokładnie mu się przyjrzałem i stwierdziłem że jest podobne do winogrona.

— Myślisz że nadaje się do jedzenia? — pokazałem Markowi.

— Chyba tak. Cóż, nie mamy tutaj innego sposobu na sprawdzenie niż spróbowanie. Jeśli będzie gorzkie, bardzo kwaśne czy po prostu niedobre to po prostu to wypluj. Ok?

— No dobra… — odpowiedziałem lekko zaniepokojony. Wziąłem owoc do ust i nadgryzłem. Sok, jaki z tego czegoś wycieknął wydawał się palić w gardło. Był okropnie ohydny więc natychmiast wyplułem go z kaszlem.

— Wszystko dobrze? — spytał Mark.

— Takk… Mogę wody?

— Proszę.

Napiłem się wypluwając z ust resztki okropnego soku.

— To coś nie zupełnie nie nadaje się do jedzenia… — oznajmiłem i kopnąłem w krzak.

— Uważaj… To że my, czyli zupełnie obca rasa nie może jeść tego czegoś, to nie znaczy że jakaś inna forma życia na tej planecie nie może tego potrzebować. Jesteśmy tu tylko gośćmi, musimy szanować panujące tu zasady. Rozumiesz?

— Rozumiem…

Poszliśmy dalej. Po kilku metrach znaleźliśmy niezbyt duże, owocowe drzewko. Znajdowały się na nim małe, żółte kulki. Oderwałem jedną i nadgryzłem. Sok oraz miąższ były lekko słodkie ale też i kwaśne. Połknąłem całe gdyż nawet mi smakowało.

— I jak?

— Nie jest złe. Trochę kwaśne ale da się zjeść.

— Świetnie. Możemy zebrać trochę i jeśli w ciągu 24 godzin nic ci się nie stanie możemy traktować to jako jedzenie gdyż jest tego tu pełno. Chodź, pomożesz mi zebrać owoce — powiedział i wyciągnął jakiś worek. Zaczęliśmy zrywać owoce i pakować je do tego worka. Po chwili worek był już pełny owoców. Zawiązał go i zarzucił na ramię. Poszliśmy dalej aż po kilkunastu metrach doszliśmy do małej lecz szybko płynącej rzeczki. Zrzuciłem wody aby trochę popluskać się w wodzie. Ponieważ był ciepły dzień a wiatr praktycznie nie wiał, więc nie mogłem się powstrzymać. Wszedłem do lekko matowej, nieprzeźroczystej wody. To mogło skłonić mnie do niewchodzenia do niej jednak musiałem nie myśleć wtedy zbyt sensownie. Dodatkowo Mark został gdzieś z tyłu kiedy wchodziłem do owej rzeki. Na początek nie czułem nic specjalnego. Woda była chłodna, a na dole leżał piasek i muł. Na początek nie czułem nic specjalnego ale po chwili coś śliskiego mnie musnęło. Szybko wyciągnąłem nogę i odsunąłem się. Mark podszedł do mnie i powiedział:

— Chodź Tom. — zaprowadził mnie do statku — Możesz się położyć, ja pójdę pozbierać te owoce.

Ułożyłem się wygodnie na łóżku i postanowiłem uciąć sobie drzemkę.

— Wstawaj! Już ranek — obudził mnie Mark. Przez dziury w ścianach do środka wlewało się światło. — Chodź, musimy sprawdzić kolejną część tej polany. Może znajdziemy coś bardziej pożytecznego niż te żółte owoce. A tak w ogóle, jesteś głodny?

— Trochę. Mogę wody?

— Oczywiście. — podał mi butelkę. — Dobrze się czujesz?

— Tak. Chyba te owoce nie są trujące.

— Na szczęście. Chcesz trochę?

— Tak, dzięki — wziąłem kilka i zacząłem jeść. Kiedy skończyłem powiedziałem:

— Możemy iść.

Wyszliśmy ze statku i tym razem udaliśmy się na południe. Tam las robił się coraz gęstszy, przez co słońce nie mogło tu dotrzeć.

— Chyba nie ma tu czego szukać — żadne owoce by tutaj nie przetrwały. Chodź, wracamy. –powiedział.

Zanim jednak odeszliśmy obaczyłem smugę światła przebijającą się przez gęste korony drzew.

— A to co? — mruknął Mark. — Chodź, sprawdzimy to.

Przeszliśmy kilkanaście metrów, aż dotarliśmy do dużej dziury wypełnionej od środka betonem oświetlonej światłem. Dziura nie była zbyt głęboka i wyglądała jak bardzo płytki basen bez wody.

— Zostań tu — powiedział stanowczo Mark samemu ostrożnie wchodząc do środka. — Szkielety… To chyba coś jak masowy grób… Lepiej się stąd wynośmy… — wyszedł, otrzepał się z czegoś, chwycił mnie za rękę i zaczął iść w kierunku wyjścia z lasu. Odszedł już kilka metrów, ale po mimo tego ja dalej tam stałem. Robiłem to gdyż zauważyłem mały biały punkt. Punkt ten cały czas się powiększał, aż w końcu był tak duży że mogłem określić iż to idący w stronę dziury człowiek. Udało mi się także zauważyć że trzymał coś w rękach.

— Idziesz? Co się dzieje? — spytał Mark podchodząc do mnie.

— Patrz… Tam… — pokazałem palcem na idącego w naszą stronę człowieka.

Rozdział 4

Wcześniej tego nie widziałem, ale człowiek ten miał na sobie dziwną, białą maskę. Wyglądał przerażająco, więc postanowiłem schować się za krzakiem i dalej obserwować akcję. Zobaczyłem też że trzyma coś na rękach. Kiedy się przyjrzałem, zrozumiałem że jest to ciało martwego małego człowieka. Prawdopodobnie dziewczynki. Miała ona brązowe warkocze, bladą skórę i ubrana była w czerwoną sukienkę. Jednak było w niej coś dziwnego, nie normalnego. Kiedy ten człowiek podszedł bliżej, mogłem zobaczyć że na skórze ma czarne, duże krosty i bąble. Wyglądało to okropnie ale i przerażająco. Biały człowiek wszedł do masowego grobu i ułożył ostrożnie ciało dziewczynki mamrocząc coś w niezrozumiałym przeze mnie języku. Po chwili wstał i jakby nigdy nic odszedł. Kiedy to zrobił od razu do ciała zleciały się okropne, czarne kruki które zaczęły jeść martwą dziewczynkę. Zanim jednak na dobre zaczęły, przybiegły duże, szare zwierzęta podobne do wilków. Jeden zaczął obgryzać ciało, a drugi został lekko z tyłu węsząc i rozglądając się do o koła. Zacząłem wolno się cofać, kiedy drugi wilk zaczął węsząc iść w stronę krzaka za którym się chowałem. Przeskoczył przez niego, a kiedy mnie zauważył zaczął warczeć. Wstałem i zacząłem uciekać. Odwróciłem się, i zobaczyłem że wilk zaczyna mnie gonić. Przez chwilę nie wiedziałem co stało się z Markiem ale po chwili usłyszałem jego krzyk. Uciekając, starałem się wybierać jak najgorszą trasę co niestety było dla mnie bardzo męczące. Kiedy po kilku minutach biegu byłem już mocno zmęczony, mój przeciwnik nieprzerwanie biegł tuż za mną. Kiedy zauważyłem już promienie światła — a co za tym idzie — wyjścia z lasu, potknąłem się o jakiś kamień lub patyk. A właściwie chciałbym aby to był kamień lub patyk. Przewróciłem się na brzuch i uderzyłem podbródkiem w na szczęście miękki mech. Kiedy odwróciłem się na plecy, zauważyłem lecącego na mnie wilka. Kiedy na mnie wylądował prawie przegryzł mi tętnicę. Ruszając głową starałem się wyciągnąć mój nóż. Kiedy mi się to udało wbiłem go w brzuch wilka. Moje nogi oraz brzuch zalała ciepła krew. Próbując wyciągnąć nóż wbiłem go jeszcze mocniej. Wilk znacznie osłabł, co jeszcze spotęgowało to, że przez rozcięcie w brzuchu zaczęły wypływać jego wnętrzności. Po chwili nieruchomiał. Zrzuciłem go z siebie, wstałem i zacząłem uciekać w kierunku naszego statku. Obejrzałem się i zobaczyłem Marka walczącego z drugim, widocznie silniejszym wilkiem. Nie mogłem mu jakoś sensownie pomóc, więc postanowiłem uciec. Po krótkim biegu udało mi się wyjść z lasu. Usiadłem pod drzewem aby trochę odpocząć. Kiedy już miałem wstać, od tyłu usłyszałem kroki. Obejrzałem się i zauważyłem tego samego dziwnego mężczyznę w białej masce który przyniósł ową małą dziewczynkę do masowego grobu. Mówił w nieznanym mi języku. Gestami próbowałem pokazać mu że nie rozumiem co do mnie mówi, jednak widocznie nie zrozumiał. Usiadł pod drzewem machając głową. Nie potrafiłem odczytać jego emocji gdyż maska zasłaniała mu twarz. Po chwili nadbiegł Mark. W ręku trzymał brudny od krwi nóż, z resztą cały był z niej brudny. Gdzieniegdzie widać było ślady nadgryzień ostrych zębów wilka, jednak wyglądało na to że nic poważnego mu się nie stało.

— Nic ci się nie stało? — spytał z niepokojem kiedy mnie ujrzał.

— Nie nic. A tobie?

— Jestem trochę poharatany, ale po za tym nic mi nie jest. A to kto? — spytał i pokazał na człowieka w masce.

— Podszedł do mnie i coś do mnie mówił. Nie rozumiałem, więc tu usiadł. Co robimy?

— Poczekajmy jeszcze chwilę.

Wtedy owy dziwny człowiek wstał i znowu zaczął coś mówić.

— Kojarzę te język… Nigdy go nie używałem, ale został mi zaprogramowany… Mówi coś o tym że mu zaimponowaliśmy, i że chce nam coś pokazać… Spróbuje poprosić go aby powtórzył — powiedział coś przypominającego język którym posługiwał się ten dziwny człowiek w masce. Wydawało się że zrozumiał, bo po tym jak Mark skończył mówić, zaczął mówienie, żywo gestykulując. Mark od czasu do czasu kiwał głową, również pokazując różne gesty rękoma. Kiedy skończyli Mark zaczął opowiadać:

— Tak jak myślałem, mówi że zaimponowaliśmy mu tym jak zabiliśmy wilki. Mówi, że musimy pomóc jemu, jak i jego wiosce. Nie powiedział jak ma na imię, ale mówi że wszyscy mówią na niego „Królu”. Mówił że musimy za nim pójść. Odpowiedziałem, że muszę się z tobą porozumieć. Według niego, mieszka w kilkutysięcznej wiosce obecnie niszczonej przez zabójczą chorobę. Obiecał, że resztę opowie nam po drodze.. Co o tym myślisz?

— Pójdźmy za nim. — Nie wiedziałem. do końca czemu podjąłem taką decyzję. Ale miałem przeczucie, że jest to dobra decyzja.

— Jak chcesz… — powiedział coś do mężczyzny. Ten odpowiedział coś, po czym Mike odwrócił się do mnie i powiedział:

— Ucieszył się że się zgodziliśmy. A tak w ogóle, to mam tu coś dla ciebie — wyciągnął rękę w której trzymał coś przypominającego słuchawkę. — Włóż to do ucha. Znalazłem ten automatyczny tłumacz w mojej torbie… Ale nie ważne. Jeśli usłyszysz coś w obcym języku, automatycznie przetłumaczy on to na nasz język.

Włożyłem to więc do ucha, i już po chwili zacząłem słyszeć trochę inaczej. Wszystko było słychać bardziej wyraźnie, głośniej i lepiej. Usłyszałem też głos mężczyzny w masce, ale tym razem zrozumiałem że powiedział:

— Idziecie?

— Tak, już.

— Świetnie. Chodźcie tutaj — zaczął iść w kierunku mrocznego lasu, przedzierając się między gałęziami i drzewami.

— Wierzę że nikomu tego nie powtórzycie… Otóż wszystko zaczęło się kilka wieków temu… Wtedy pojawiło się pierwsze ognisko wirusa przez który większość ludzi na ziemi umarło. Niewielu udało się przetrwać, ale to właśnie im zawdzięczamy to że żyjemy. Odkryli oni substancję pozwalającą częściowo zwalczyć działanie wirusa, zmniejszając jego zaraźliwość. Odseparowywali też chore osoby, nie pozwalając na kolejne zarażenia. Po długim czasie wirus zabił wszystkich swoich nosicieli, przez co został prawie całkowicie zniszczony. Mieszkamy w kilkutysięcznej wiosce położonej w pobliżu lasu. Żyjemy na ruinach starych budowli. Nie brakuje nam niczego: mamy jedzenie, wodę, dach nad głową, jednak ciągle jesteśmy narażeni na ataki ze strony drapieżnych wilków. Wszystko byłoby łatwiejsze, gdyby druga wioska rządzona przez innego prezydenta pomagała… Właściwie to od zawsze byliśmy wobec siebie wrodzy. Oczywiście nie dochodziło do większych konfliktów, ale nigdy nie pomagaliśmy sobie nawzajem. Próbowaliśmy ich namówić do współpracy, ale nic to nie dało. Ostatnio, kiedy władzę przejął syn poprzedniego prezydenta, Kevin, przestali przychodzić na pokojowe spotkania, a nawet jeden z naszych myśliwych dostał strzałą od ich łucznika broniącego wejścia.

— Przeżył?

— Tak, na szczęście dostał tylko w nogę. Jednak to nie nasze największe zmartwienie: Wirus ostatnio się reaktywował. Chociaż na razie zaatakował tylko jedną, w dodatku wcześniej osłabioną dziewczynkę. Martwimy się jednak że choroba może się rozprzestrzenić. Nie wiemy też czy choroba nie reaktywowała się także w ich wiosce. Jeśli tak, to musimy w jakiś sposób połączyć nasze siły. Substancja potrzebna do ograniczenia rozwoju choroby, jest na naszym terenie na wyczerpaniu. Nie wiemy jak jest u nich, jednak jest szansa że starczy jej do stłumienia jej w zarodku.

— A tak w ogóle czemu nosisz tą dziwną maskę? — spytałem.

— Dzięki niej zmniejsza się szansa na zarażenie się ową chorobą.

— Rozumiem… Kiedy dojdziemy?

— Już prawie jesteśmy… — zaczął przedzierać się przez krzaki i chudsze gałęzie. — To tutaj — pokazał ręką na zbiór niedużych domków poniżej. — A więc, mogę zaproponować wam w miarę bezpieczne miejsce do zamieszkania i jedzenie, a wy w zamian za to będziecie nam pomagać… To jak… Zgadzacie się?

Propozycja wydawała się atrakcyjna, zapasy w naszym statku zaczynały się kończyć, z resztą byliśmy też narażeni na ataki ze strony wilków, prze którymi trudno byłoby się ochronić.

— Daj nam chwilę — powiedziałem — Co o tym myślisz? — spytałem się Marka przyciszonym głosem.

— Myślę, że możemy się zgodzić… Jeśli to wszystko prawda, możemy bardzo im pomóc, a oni nam.

— Też tak myślę…

— Świetnie — odpowiedział. — Dobrze, zgadzamy się na twoją propozycję.

— Gratuluję wyboru… Poczekajcie… — powiedział kiedy lekko zaniepokojonym głosem, kiedy usłyszał krzyki oraz głośne rozmowy dobiegające z wioski na dole. Ostrożnie zszedł po zboczu wzgórza i podszedł do grupki ludzi zgromadzonych wokół jednego człowieka trzymającego coś na rękach. Kiedy się przyjrzałem, zobaczyłem że to małe, wyglądające na chore dziecko. Z wysokości nie było słychać tego co mówili, jednak dało się domyśleć że matka lub ktoś opiekujący się dzieckiem próbuje opowiedzieć prawdopodobnie lekarzowi który trzymał owe dziecko, co się stało. Po krótkiej rozmowie, odszedł gdzieś, po czym cały tłum się rozszedł.

Rozdział 5

Owy człowiek w masce pokazał nam ręką abyśmy od niego przyszli. Schodząc ostrożnie po dojść stronnym zboczu usianym kamieniami i różnymi roślinami, zauważyłem że przywołał on do siebie jakiegoś innego mężczyznę, ubranego podobnie do innych ludzi z miasta. Porozmawiał on z nim krótko, a kiedy byliśmy już na dole pokazał nas ręką i powiedział:

— O to oni… To jest Kevin oprowadzi was po wszystkich najważniejszych tutejszych budynkach, oraz opowie czym musicie się zająć. Ja tymczasem muszę już iść, mam ważne sprawy do załatwienia — powiedział i odszedł szybko w tym samym kierunku w którym oddalił się lekarz z dziewczynką.

— Jak już wiecie, jestem Kevin. Pełnię rolę zastępcy naszego Króla. — Kevin był niezbyt wysokim brunatem, wyglądającym na silnego i zdrowego mężczyznę. — Dobra chodźcie pokaże wam.

— Co się przed chwilą stało?

— Nie wiem czy mogę wyjawić wam tą informację… Ale zdradzę że kolejna osoba padła ofiarą reaktywującego się wirusa… Jesteśmy coraz bardziej zaniepokojeni. Ale nie czas na to, chodźcie za mną.

Udaliśmy się w górę prymitywnie wyglądającej ulicy, mijając po drodze wiele budynków wyglądających na zbudowane z starych i używanych materiałów. Większość nie miała okien ani drzwi, ale za to w środku znajdowało się parę mebli.

— Widzicie ten budynek? — spytał Kevin pokazując na mały domek otoczony dziwnymi taśmami — Jest to dom dziewczynki która jako kolejna padła ofiarą choroby. Jest on otoczony kwarantanną, nikt nie może się do niego zbliżać, podobnie do jej rodziny… Ale dobrze, muszę wam coś pokazać.

Zaczął iść w kierunku zaciemnionego zakątka lasu. Podeszliśmy do niezbyt dużej, drewnianej skrzynki wypełnionej drewnianymi łukami wraz ze strzałami.

— Weźcie sobie po jednym, oraz po kilka strzał. Muszę sprawdzić czy umiecie polować… Dobrze. Chodźcie za mną, znajdujemy się w okolicy w której często pojawiają się jelenie i sarny. — poszliśmy za nim — Tutaj musicie być bardzo cicho… Nie chcemy przestraszyć zwierzyny. — kucając, zaczęliśmy iść chowając się w krzakach. W końcu po kilkunastu minutach zobaczyliśmy brązowy punkt kilka metrów od nas. — To jeleń… Najpierw ty Tom, spróbuj naciągnąć łuk i strzelić w tego jelenia… Staraj się strzelić w głowę, aby nigdzie nie uciekł.

Naciągnąłem więc cięciwę, poczekałem aż wystawi głowę i puściłem strzałę. Niestety nie trafiłem w głowę, lecz zahaczyłem o grzbiet zwierzęcia. Jeleń podniósł przednie kończyny i zaczął uciekać.

— No nic… Było blisko. Jeszcze trochę treningu i będziesz mógł polować… Teraz ty Mark.

Ponieważ zwierzę uciekło, musieliśmy trochę poczekać na kolejną ofiarę. Kiedy wreszcie przyszedł kolejny, Mark wycelował i wystrzelił. Trafił idealnie w głowę, przez co zwierzę padło, i bezpiecznie mogliśmy do niego podejść. Kevin wyjął strzałę i podał ją Markowi.

Rozdział 6

Zanieśmy to do miasta — powiedział Kevin i chwycił za tylnie kończyny zwierzęcia — Ty Mark złap za to — pokazał na górne kończyny. — Ty Tom przytrzymaj za środek tułowia… Dobra… Raz, dwa i trzy!

Trzymając za zwierzę i zaczęliśmy iść w kierunku miasta. Po jakimś czasie doszliśmy i zanieśliśmy ją do jakiegoś domu. Kiedy wyszliśmy, podszedł do nas człowiek w masce.

— Nieźle… Widzę że Kevin już was oprowadził… A to co? — spytał i pokazał na niezbyt duży, czarny obiekt na niebie który zdawał się do nas zbliżać. Wyglądał trochę jak statek kosmiczny, a wraz z przybliżaniem się tego do nas, bardziej utwardzałem się w tym stwierdzeniu. — Chodźcie, musimy to sprawdz… — wypowiedź człowieka w masce została przerwana przez huk oraz krzyki. Uderzyły w nas kamienie, błoto i kawałki drewna, jakby po jakimś wybuchu.

— Strzelają! — krzyknął Kevin pokazując na krater powstały prawdopodobnie w wyniku uderzenia jakiegoś większego pocisku w ziemię. Po kilku sekundach kolejny pocisk uderzył obok, a następny gdzieś dalej. — Uciekajcie — krzyknął i zaczął biec w jakimś kierunku. Po chwili jednak kolejny pocisk uderzył przed niego. Siła uderzenia popchnęła go do tyłu. Leżąc nieruchomo został obsypany szczątkami jakiegoś budynku.

Zaczęliśmy biec w stronę wyjścia z lasu. Po niezbyt długim odcinku człowiek w masce się od nas rozłączył i pobiegł gdzieś indziej. Kiedy dobiegliśmy do dużego kamienia, przykucnęliśmy za nim aby uchronić się przed wybuchami.

— Nic ci się nie stało? — spytał zaniepokojony Mark.

— Nie, nic — odpowiedziałem.

Poczekaliśmy dwie minuty po których wszystko w miarę się uspokoiło. Wyszliśmy zza kamienia, i wtedy ujrzeliśmy skalę zniszczeń: większość domów było kompletnie zniszczonych, a w tych które częściowo przetrwały były wielkie dziury zarówno w ścianach jak i w dachach. Okna były powybijane lub z wielkimi dziurami. Drogi nie przypominały już dróg, ale raczej pola budowy. Miasto było teraz pobojowiskiem, co jeszcze pogłębiały krzyki rannych, oraz nawoływania w poszukiwaniu zaginionych.

— Spróbuj komuś pomóc — powiedział Mark i odbiegł pomagać w wyciąganiu mężczyzny spod sterty kamieni.

Podbiegłem aby sprawdzić czy nikt nie potrzebuje mojej pomocy, kiedy nagle z ruin domu obok usłyszałem cichy jęk. Podszedłem do nich i zobaczyłem kilka kamieni poplamionych krwią. Zobaczyłem też małą, wystającą rączkę z kupki kamieni. Szybko przykucnąłem i zacząłem odrzucać mniejsze kamienie.

— Pomocy! Tu jest zakopane jakieś dziecko! — krzyknąłem gdyż wiedziałem że sam raczej nie dam rady.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 33.79