Powiedz, że mnie kochasz

Bezpłatny fragment - Powiedz, że mnie kochasz

Bol tu Mainu pyar karni hai


5
Objętość:
106 str.
ISBN:
978-83-8104-456-1
Seria: IndiaEuroStory

Z podziękowaniami dla moich serdecznych przyjaciółek Pomimo wszelkich różnic, sporów i nieporozumień, kocham Was niezmiennie i zawsze będę.


***

Serdeczne podziękowania dla M.K.

Bez jego pomocy nie mogłabym zamieścić w książce najpiękniejszych słów jakie mężczyzna może powiedzieć kobiecie w pendżabskim.

Dziękuję M.


Many thanks to M. K.

Without his help I couldn’t have put in the book the most beautiful words which man can tell a woman in Punjabi.

Thank you M.

Rozdział 1

W niedużej restauracji, ku radości Harshita nareszcie dziś zaczęło przybywać klientów. Była połowa października i unosząca się w powietrzu zimowa aura nie sprzyjała teraz interesom. Z tym większym zapałem zaczął przyjmować zamówienia na przeróżne wersje kurczaka z ryżem i rozpoczął przygotowywanie potraw. W kuchni pomagał mu jego przyjaciel, Gajendra, a w sali restauracyjnej obsługiwał jego kuzyn, Gopal. Wszyscy trzej pochodzili z niedużego miasteczka w Pendżabie.

Gopal od zawsze miał wielkoświatowe marzenia i za wszelką cenę chciał wydostać się z małej, indyjskiej miejscowości, skąd wszyscy trzej pochodzili. Namówił on przed trzema laty Harshita i Gajendrę na biznes w Europie. Zebrali wówczas wszystkie swoje oszczędności i wyjechali w nieznane.

Jak się na miejscu okazało, na kulturę i jedzenie Indyjskie był bardzo duży popyt. W Europie spotkali również kilka innych rodzin, prowadzących restauracje w wielu sąsiednich miastach. Hindusi żyjący na europejskiej emigracji, żyli zgodnie w swojej zamkniętej społeczności i pomimo, iż wszyscy działali w tej samej branży, żaden sobie nie przeszkadzał w interesach i nie stanowił dla siebie konkurencji.


HarshitZnaczenie imienia: radosny Singh zawsze miał „dryg” do kuchni, jak mawiali jego przyjaciele. Ten niespełna trzydziestosześcioletni letni mężczyzna miał ogromny talent do gotowania, dlatego też od początku wszyscy wiedzieli, jakiego rodzaju biznes otworzą. Od trzech lat Harshit, z pomocą kuzyna i przyjaciela prowadził restaurację indyjską w środku Europy, z mniejszymi lub większymi sukcesami.

Teraz, skupiony na gotowaniu, z irytacją zanotował głośne śmiechy dochodzące z sali.

Kiedy podniósł głowę, przez zasłonę ze szklanych koralików oddzielającą salę restauracyjną od kuchni, zauważył trzy kobiety wchodzące do jego restauracji. Prym dowodziła niska blondynka na niebotycznie wysokich obcasach w wyzywającym ubraniu. Typ kobiety, której Harshit zdecydowanie nie znosił. Widok na pierwszą zasłoniła inna, okrąglejsza i wyższa. Harshit odwrócił głowę i zajął się krojeniem cebuli i imbiru na blacie mieszczącym się obok pieca gazowego. Zerknął też, jak radzi sobie po przeciwległej stronie kuchni Gajendra. Wszystko szło doskonale. Kiedy Harshit skończył krojenie, powrócił nad patelnię, wrzucił wcześniej pokrojoną cebulę do gorącego oleju, a jego głowa automatycznie zwróciła się w stronę sali restauracyjnej. Zawsze lubił podglądać swoich gości. Na podstawie ich wyglądu starał się odgadnąć, w jaki sposób przyprawić zamówioną potrawę, a potem z zadowoleniem obserwował jak te znikały z talerzy. Największą nagrodą było, kiedy każdy z gości wychodził z uśmiechem i zapewniał ich, że wróci.

Wzrok Harshita padł na stolik zajmowany przez trzy kobiety. Trzecią z nich dostrzegł dopiero teraz. Rude włosy miała upięte w luźny kok na czubku głowy. Dostrzegł, mimo dzielącej ich odległości kuszący zarys pełnych ust i intensywny, jasnoniebieski kolor oczu. Musiał przed sobą przyznać, że nie widział jak dotąd piękniejszego koloru oczu. Intensywnie niebieskie, oprawione długimi rzęsami. „W takich oczach można by zobaczyć niebo”, pomyślał lecz natychmiast powrócił do rzeczywistości. Chwila nieuwagi i jego cebula mogła się przypalić.

Gotując kątem oka patrzył jak kobiety składają do Gopala zamówienie. Gopal wszedł do kuchni i przekazał.

— Jeden Mutton Vindaloo, ostry, jeden chicken Jhal fry łagodny, raz bombay mixed tandoori, a na przekąskę naan. Na początek przystawka: warzywa w stylu bengali.

Po przekazaniu zamówienia Gopal chwycił tacę z przed chwilą przygotowanymi przez Harshit’a i Gajendrę daniami i wyszedł na salę. Harshit zanotował w głowie zamówienie i zaczął je przyrządzać. Śmiech kobiet, dobiegający z sali ściągał bez przerwy jego uwagę. Z ciekawością co chwilę zerkał na nie. Dwie z nich były roześmiane i zrelaksowane, ale ruda-błękitnooka, ubrana w doskonale dopasowany garnitur, wydawała się dużo poważniejsza. Rozumiał coraz lepiej język kraju, w którym mieszkali, dosłyszał też po jakimś czasie, że kobiety przyszły świętować urodziny rudej-niebieskookiej. Pomyślał, że z tej okazji mógłby przyrządzić im jeszcze mango lassi. Zadowolony ze swojego pomysłu z jeszcze większym zaangażowaniem przygotowywał zamówione potrawy.

Kiedy gotowe potrawy dotarły do stolika kobiet, chciał wyjść na chwilę, aby odetchnąć świeżym powietrzem. Zatrzymał go jednak Gopal, który wniósł z powrotem talerz z Mutton Vindaloo.

— Masz jeden zwrot. To tej rudej. Mówi, że nie jest przyprawione.

Zaskoczony Harshit wychylił się nieco za Gopala, odsunął dźwięczącą teraz pod jego dotykiem zasłonę z koralików i spojrzał wprost na dziewczynę z rudymi włosami.

— Przecież przyprawiłem, jest średnio ostre. Europejczycy nie umieją jeść naszych potraw oryginalnie przyprawionych. — zżymał się Harshit. Gopal wzruszył ramionami.

— Ja cię rozumiem, ale ugotuj jej to jeszcze raz i dopraw bardziej.

Rozeźlony teraz na dobre Harshit odebrał tacę z potrawą z rąk Gopala i odrzekł na głos.

— Już ja jej doprawię.

Był zły, że nie może skorzystać ze swojej przerwy, ale też przede wszystkim dlatego, że jego najlepszy Mutton Vindaloo powrócił do kuchni z reklamacją. Sięgnął na powrót po patelnię i ustawił ją na ogniu. Potem przygotował baraninę i chwycił za nóż. Zaczął kroić mięso w równiutkie, dwu i pół centymetrowe kostki, mrucząc pod nosem groźby na przemian w hindi i w pendżabskim.

— Poczekaj tylko, tak ci przyprawię, że przez następny tydzień będziesz mnie wspominać i żałować, że oddałaś ten talerz.

Przyprawiając potrawę po kilkunastu minutach pokrojoną, dużą papryczką chili, zawahał się przez sekundę, czując wyrzuty sumienia z powodu swoich zamiarów. Chwilę potem potrząsnął głową i powiedział do siebie na głos:

— Sama chciała ostre. — po czym przechylił nad patelnią deskę i przesypał całą jej zawartość do potrawy, mieszając ją w sekundę po tym z uśmiechem zadowolenia na twarzy.

Kiedy Gopal wziął parujący talerz ze sobą, Harshit wciąż z uśmiechem triumfu na twarzy oparł się o kuchenny blat i założył ręce na siebie. Za nic w świecie nie chciał przegapić tego widowiska. Patrzył jak kobieta bierze widelec w dłoń i żartując z koleżankami, nabiera na niego kawałek mięsa, sowicie umoczonego w sosie a potem widelec wylądował w jej ustach. Nie stało się jednak nic nadzwyczajnego. Kiedy zobaczył, jak dziewczyna z zadowoleniem przymyka oczy i zaraz potem z apetytem pochłania swoje jedzenie, uniósł jedną brew ze zdziwienia do góry. Gwizdnął cicho z podziwem a na głos zaraz dodał:

— Spicy Ladki.

Był przekonany, że dziewczyna musi czuć spore palenie w gardle. Reakcja organizmu na bardzo ostro przyprawioną potrawę była tylko kwestią czasu. Pomyślał nawet, że mógłby jej zanieść Cobrę. Alkohol wbrew pozorom był bardzo pomocny podczas jedzenia ostrych przypraw.

Obserwacja kobiet zaczęła bawić Harshita. Kiedy zobaczył, że policzki rudej-niebieskookiej przybrały szkarłatny odcień, chwycił po wcześniej przygotowaną tacę z piwem i wyszedł osobiście na salę. Podszedł do ich stolika i zaczął ustawiać butelki przed kobietami. Zdziwione uniosły głowy i popatrzyły na niego. Blondynka jako pierwsza się odezwała:

— My niczego nie zamawiałyśmy.

Harshit zignorował ją. Pochylił się bliżej „Spicy ladki” i powiedział cichym lecz ironicznym tonem w języku angielskim. Coś mu mówiło, że zrozumie go doskonale.

— Okno już otworzyłem. Tu jeszcze coś do popicia.

Harshit wskazał na piwo.

— Mały prezent urodzinowy od kucharza. — dodał jeszcze z kpiącym uśmiechem po czym wyprostował się, i odwrócił z zamiarem powrotu do kuchni. Kobieta, pomimo zaskoczenia, szybko odzyskała rezon i zaoponowała.

— Kto powiedział, że potrzebne mi jest coś do picia? Harshit spojrzał na nią jeszcze raz jednocześnie ze zdziwienia przechylając głowę na bok.

— A nie jest? — patrzące na niego teraz błękitne oczy gromiły go pod swoim spojrzeniem.

— Oczywiście, że nie. Jeśli będzie, sama zamówię. Harshitowi coraz bardziej podobała się ta sytuacja. Kompletnie rozbawiony, z poczuciem zwycięstwa, stojąc tuż przy wejściu do kuchni odparł krótko

— Ale będzie. — a zaraz potem zaczął z zadowoleniem podśpiewywać „Singh is King, Singh is King”. Z kuchni słyszał, jak ta tłumaczy ich rozmowę swoim towarzyszkom. Usłyszawszy słowo „impertynent” sięgnął po smartfona i odnalazł tłumacza internetowego.

„Ja może i jestem impertynentem, ale ty upartą kozą. A kiedy kozy skaczą…” — zaśmiewał się w myślach.

Do restauracji weszli między czasie inni goście i Harshit musiał zająć się na powrót gotowaniem.

Ze swojego stanowiska pracy co jakiś czas podpatrywał jeszcze kobiety, później z lekkim rozczarowaniem zarejestrował, że poprosiły o rachunek, zapłaciły go, dzieląc między siebie koszty, i wyszły.

Przez chwilę żałował, że nie dowiedział się o tej kobiecie niczego. Wydawało mu się, że nazywa się Ivonne. Tak ją nazywały dwie, głośne harpie, które jej towarzyszyły. Jednak po całym dniu spędzonym w kuchni niczego nie był już pewien. Gopal, który posprzątał stolik po nich, odniósł nietknięte trzy cobry i ułożył na powrót w lodówce. Widząc to, Harshit roześmiał się cicho. „Sama chciałaś”. Zaśmiewał się jeszcze w myślach.


Ivonne przeklinała w myślach kucharza. Specjalnie przyprawił jej bardziej, niż było trzeba. Pierwsze kęsy potrawy smakowały naprawdę wybornie, lecz po kilku minutach miała wrażenie, że spłonie natychmiast żywym ogniem. Duma nie pozwoliła jej wypić przyniesionego przez kucharza piwa, dlatego poprosiła swoje przyjaciółki, Agnes i Rene, by szybciej wyszły z restauracji. Natychmiast poszła do najbliższego sklepu, by kupić wodę. Jeszcze w sklepie duszkiem opróżniła niemal całą butelkę. Gdy wyszła ze sklepu do czekających na nią przyjaciółek, na głos wymyślała kucharza.

— Cholerny kucharzyna! — miała zamiar jeszcze pomstować go na głos, gdy Agnes rozmarzonym głosem jej przerwała.

— Ale jaki przystojny kucharzyna. — Ivonne zagryzła wargi na wspomnienie mężczyzny. Faktycznie, gdy popatrzył na nią tymi swoimi przenikliwymi, dużymi, brązowymi oczyma, można było poczuć dreszcze tu i ówdzie. Za chwilę zripostowała jednak na głos:

— Przystojny czy nie, był złośliwy i bezczelny. — Rene roześmiała się na to serdecznie:

— No, no koleżanko, ktoś tu się komuś spodobał. Nareszcie. Od dawna twierdziłam, że potrzeba ci faceta. — Ivonne wolała już nic więcej nie mówić, by nie prowokować rozbawionych teraz jej kosztem przyjaciółek. Kiedy doszły do centrum miasta, rozstały się, gdyż każda zmierzała w innym kierunku.

Ivonne Preis obchodziła tego dnia swoje trzydzieste czwarte urodziny. Zawsze zapracowana asystentka w dużej firmie doradczej, zwykle nie miała czasu na rozrywki. Cieszyła się, że przynajmniej dziś udało jej się znaleźć chwilę wolnego czasu, żeby spotkać się ze swoimi przyjaciółkami.

Znały się niemal od wieku przedszkolnego. Rene, atrakcyjna rozwódka była typem twardo stąpającej po ziemi kobiety z ogromnym poczuciem własnej wartości. Świadoma swej fizycznej atrakcyjności, chętnie ją eksponowała. Ivonne zawsze podziwiała Rene za to, że wystarczył tylko jeden gest jej dłoni lub zatrzepotanie rzęsami i natychmiast znajdował się wokół niej wianuszek adoratorów.

Agnes natomiast, była szczęśliwą mężatką i matką, która chętnie szukała w towarzystwie przyjaciółek chwili wytchnienia oraz odrobiny rozrywki. Wszystkie trzy stanowiły niezwykłe trio, bowiem każda z nich różniła się od siebie diametralnie. Ale też od wielu lat wzajemnie się szanowały i ceniły te różnice. Ivonne nie lubiła tylko tego, kiedy obydwie chciały ją swatać lub żartowały, że co roku będą dokupywać jej po jednym kocie, by przynajmniej na starość miała jakieś towarzystwo.

Tego wieczoru, przez fizyczne dolegliwości, Ivonne nie mogła skupić się na pracy. Była zła z tego powodu, ponieważ planowała przygotować jeszcze trzy symulacje inwestycji dla swojego aktualnego klienta.

„Przeklęty kuchcik od siedmiu boleści”. — przeklinała jeszcze długo na przemian to w myślach to na głos.

Rozdział 2

Listopad zbliżał się wielkimi krokami. Harshit korzystając z okazji, że akurat tego wieczoru nie było wielu klientów, postanowił iść na zakupu do najbliższego centrum handlowego. Musiał zamówić do restauracji świeże kwiaty i kupić sztuczne ognie. Za trzy dni mieli świętować diwali.

Wszyscy jego znajomi, włącznie z nim, niecierpliwie wyczekiwali tego dnia. Święto to oznaczało nie tylko większy ruch w interesie, ale i odrobinę wytchnienia od Europy i jej chłodnego klimatu. Społeczność hinduska uwielbiała się spotykać ze sobą i świętować. Tym bardziej, że diwali było w zasadzie jednym z najważniejszym hinduistycznych świąt i okazją do wspólnego przebywania z przyjaciółmi. Mężczyzna z przyjemnością zauważył teraz, że centrum miasta zaczęto ozdabiać już światłami i dekoracjami bożonarodzeniowymi. Nadawało to niezwykłego klimatu całemu miejscu, które jeszcze dwa dni temu wydawało mu się zimne, szare i nijakie.

Swobodnym krokiem wszedł teraz do jasnego centrum handlowego i przemierzał pasaż w poszukiwaniu kwiaciarni. Wtem wydało mu się, że kątem oka dostrzegł w jednym ze sklepów znajomą sylwetkę o płomiennych włosach. Natychmiast się cofnął i przyjrzał się przed chwilą mijanej kobiecie.

„A niech mnie, ależ mam szczęście.” pomyślał uradowany, podszedł do szyby wystawowej i ustawił się w nonszalanckiej pozie tuż przy wejściu do sklepu. Odczekał, aż będzie wychodzić i zagadnął.

— Hej Spicy ladki! Dlaczego nie przyjęłaś prezentu od kucharza?

Dziewczyna odwróciła się i spojrzała na niego zaskoczona.

On zmierzył ją całą pogodnym, roześmianym wzrokiem i pomyślał, że dziewczyna natychmiast potrzebuje pomocy, aby się wyswobodzić z urzędowego i poważnego wizerunku.


Gdy Ivonne odwróciła głowę w kierunku usłyszanej zaczepki w języku angielskim z domieszką hindi, zobaczyła najpierw roześmianą, przystojną twarz z lekkim zarostem. Potem dostrzegła, że stał oparty plecami i jedną nogą o szybę wystawową z założonymi na siebie rękoma. Patrzył wprost na nią dużymi, czekoladowymi oczami, i jak jej się też wydawało, kpił z niej w żywe oczy.

— Ty?! — zdziwiła się i postanowiła od razu wykorzystać sytuację, by powiedzieć mu, co o nim myśli.

— Ty, ty kucharzyno od siedmiu boleści. Jesteś zakałą swojego zawodu. Nigdy więcej nie przyjdę do twojej restauracji. Jak mogłeś?!

Harshit roześmiał się i w geście obrony uniósł obie ręce w górę, opuścił też nogę z szyby, stanął pewnie na obu nogach i odparł:

— Ja nic nie zrobiłem, sama przecież chciałaś? — po chwili jednak odpuścił i przyznał na głos:

— Przepraszam. Moje potrawy do mnie nigdy dotąd nie wracały. — zauważył, że gdy usłyszała jego szczere wyznanie, zmienił się wyraz jej twarzy. Nie złościła się już.

— Jestem Harshit Singh. — wyciągnął do niej swoją dłoń. Uśmiech wciąż nie znikał z jego chłopięcej, przystojnej twarzy. Wobec takiej postawy Ivonne nie potrafiła się już dłużej bronić. Jej twarz również rozjaśnił na chwilę uśmiech. Podała mu swoją dłoń i przedstawiła się.

— Ivonne Preis. — Uścisnął jej dłoń a na głos powiedział ciepłym tonem.

— Ive, miło mi cię poznać. — Ivonne szybko cofnęła swoją dłoń i poprawiła go chłodnym tonem:

— Ivonne. — Harshit nie przejmując się tym co usłyszał, zaproponował.

— Wyglądasz jakbyś od wieków nie jadła. Chodź Ive, zapraszam cię na obiad w ramach rekompensaty. I nie możesz mi odmówić. Temu, kto szczerze przeprasza, nie odmawia się. — spojrzał wymownie na nią w oczekiwaniu na jej odpowiedź. Ona roześmiała się i z niedowierzaniem potrząsnęła głową.

— No dobrze, dam ci szansę na rekompensatę. Nie zdążyłam dziś jeszcze zjeść lunchu. — zgodziła się ku jego radości.

Kiedy szli w stronę restauracji, upomniała go.

— Mówiłam już, nazywam się Ivonne. Nikt do mnie nie mówi „Ive”. — Harshit na te słowa roześmiał się i z godną pozazdroszczenia pewnością siebie odrzekł.

— Wiem, bo tylko ja tak do ciebie mówię.

Ivonne przystanęła na chwilę z wrażenia. Miała zamiar odpowiedzieć mu na jego zuchwalstwo jakąś ciętą ripostą ale w chwili, gdy spojrzała w jego głębokie, ciemne oczy, natychmiast w nich utonęła. Zrezygnowała i postanowiła milczeć. I tak w tym momencie nie przyszła jej żadna sensowna odpowiedź do głowy.

Zaraz potem dotarli do restauracji mieszczącej się na pierwszym piętrze centrum handlowego. Harshit odsunął jej krzesło i poprosił, by usiadła. Sam usiadł na przeciw niej i ujął kartę w dłonie, żeby zapoznać się z menu. Mimo, iż zachowywał teraz powagę z twarzy i z całej jego postury biła swoboda z domieszką szelmostwa. Ivonne wpatrywała się z nieustającym zdumieniem w siedzącego przed nią mężczyznę. „Jak to możliwe” zastanawiała się, „że dorosły mężczyzna potrafi być tak beztroski i jednocześnie pewny siebie.” Tymczasem Harshit wiedział już co zamówi.

— A ty? — zapytał ją.

— Jeszcze nie wiem. — dopiero teraz wyrwały ją jego słowa z zadumy i sięgnęła po kartę. Kiedy złożyli już zamówienie, ona spojrzała na niego i zapytała:

— Usiłuję pojąć, jak można być takim lekkoduchem jak ty. — Harshit zaśmiał się na jej słowa i odparował niedbale.

— Mojego ducha nic nie przygniata, dlatego jest roześmiany i lekki. Co ciebie przygniata, Ive?

Ivonne uniosła z zaskoczenia brwi i zapytała.

— Skąd u ciebie takie przypuszczenie, że coś mnie przygniata? — Harshit spoważniał ale jego oczy wciąż były roześmiane.

— Ive, spójrz na siebie. Nie ma w tobie koloru, nie ma uśmiechu. Płomienne zostały tylko włosy. Wszystko inne głęboko ukryłaś. Mam wrażenie, że siedzi przede mną delikatna mimoza a nie kobieta o płomiennych włosach i oczach koloru nieba.

Ivonne słysząc jego bezceremonialną odpowiedź przecząco pokręciła głową i roześmiała się. Starała się jednocześnie nie słyszeć powiedzianych przed chwilą na głos komplementów.

— Myślałam, że jesteś kucharzem a nie psychoanalitykiem. — Na twarzy Harshita na nowo rozkwitł uśmiech.

— Jednym z najlepszych, madame. — Ivonne, nie mogła nadążyć za jego nieokrzesanym zachowaniem. Znów pokręciła głową i stwierdziła na głos.

— Zuchwały i do tego samochwał. — Harshit na to upomniał ją:

— Gdybyś się ostatnio nie upierała, tylko spróbowała tego, co ugotowałem za pierwszym razem, wiedziałabyś. Ale nie szkodzi, kiedyś udowodnię ci.

W tym momencie przyniesiono ich zamówienie. W trakcie posiłku nie przerwali swojej wymiany zdań.

— A jaką niewdzięczną pracę za karę wykonujesz, że tak się musisz ubierać? — Ivonne na te słowa serdecznie się roześmiała ale zaraz też pośpieszyła z odpowiedzią.

— Jestem asystentką w firmie doradztwa finansowego. Ugryzła się w język, by nie dodać, że na takie ubranie, jakie ona nosi, jego długo jeszcze nie będzie stać. Tymczasem Harshit zaraz zapytał ją poważnie.

— I co masz z tej pracy? — Ivonne bez zastanowienia odparła.

— Pieniądze po pierwsze. — On natychmiast jej przerwał:

— Pieniądze masz i wydajesz, a potem? — Patrzyła na niego nic nie rozumiejąc.

— A ty? Co masz z gotowania, bo raczej nie pieniądze. Harshit spojrzał rozmarzonym wzrokiem w dal i rzekł:

— Jedni budują świat, inni go malują a jeszcze inni o nim piszą albo śpiewają. Ja dla niego gotuję.

— Kucharz, psychoanalityk i poeta. — podsumowała na głos z przekąsem zaśmiewając się przy tym. On na to skłonił w geście zapewnienia głowę, uniósł prawą brew do góry i tylko odrzekł z przeświadczeniem.

— Jeszcze się przekonasz.

Cały posiłek upłynął im w niezwykłej atmosferze. Rozmawiali i przekomarzali się lecz Ivonne zaczęła odnosić wrażenie, że Harshit podczas tej kolacji obalił jej wszystkie przekonania. Tak po prostu, z nonszalanckim uśmiechem taranował wszystko to, w co dotąd wierzyła.


Ivonne, która wywodziła się z ubogiej rodziny, postawiła sobie już we wczesnej młodości za cel posiadać wszystko to, czego nie miała w dzieciństwie. Kiedy w liceum i na studiach jej koleżanki imprezowały i umawiały się na randki, ona całą swoją energię wkładała w naukę i pracę. Dzięki temu dziś zajmowała asystenckie stanowisko w dużej firmie doradztwa finansowego. Mogła się też poszczycić ukończonymi studiami wyższymi z ekonomii i posiadaniem mieszkania, które mogłoby służyć za wzór na okładkę najpoczytniejszego czasopisma o aranżacji wnętrz. Tymczasem Harshit w ciągu jednej tylko godziny swoją postawą i głoszonymi przez siebie teoriami zatrząsł jej celami i osiągnięciami. W pewnej chwili Harshit śmiało patrząc jej w oczy, zapytał:

— Ive, czy to co robisz, daje ci szczęście? — Już przyzwyczaiła się, że zwracał się do niej wymyślonym przez siebie zdrobnieniem. Ivonne choć nie chciała, zamyśliła się. Ku własnemu przerażeniu nie znała odpowiedzi na postawione przez niego pytanie. W odpowiedzi na jej milczenie Harshit sam jej odpowiedział:

— Ja kocham moją pracę, nawet jeśli nie daje mi ona wielkich profitów. Moją zapłatę odbieram, kiedy widzę, że ktoś, kto raz jadł u mnie, przyszedł do mnie po raz kolejny. Owszem, moi goście mi płacą za potrawy, ale ja daję im znacznie więcej niż jedzenie. Co ty dajesz swoim klientom? Tabele z kwotami, według których mają wpłacać waszej firmie pieniądze? — Miała ochotę upomnieć go, że zagalopował się w swoich osądach. On tymczasem wyciągnął dłoń, dotknął jej policzka i jednocześnie patrząc jej głęboko w oczy dodał miękkim głosem:

— To nie w twoim stylu i zasługujesz na wiele więcej, Ive. — Ivonne nie potrafiła wykrztusić ani jednego słowa. Odwróciła głowę tak, by wyzwolić się z jego dotyku oraz poszukać sposobu na szybką zmianę tematu rozmowy. Nie czuła się gotowa, by zmierzyć się z jego teoriami.


Gdy skończyli jeść, wstali i skierowali się do wyjścia. Zanim wyszli, Harshit poprosił Ive, żeby mu towarzyszyła w drodze do kwiaciarni mieszczącej się w pasażu centrum handlowego. Chciał koniecznie zamówić kwiaty do restauracji. Ivonne nie czekając na niego, pierwsza skierowała się do wyjścia. On w pośpiechu kupił jeszcze jedną czerwoną różę, poprosił o skrócenie pędu, tak by kwiat nie miał kolców i popędził za nią. Dogonił ją przy głównym wyjściu z centrum handlowego. Nie zwrócili uwagi na to, że zaczął padać pierwszy tego roku, drobny śnieg.

Harshit stanął przed nią i wyciągnął do niej dłoń z różą. Ive zaskoczona zatrzymała się i przyjęła z nieśmiałym uśmiechem kwiat, po czym znów zaczęła iść przed siebie. Nagle, Harshit wciąż za nią podążając, zaczął śpiewać cicho w hindi, czym wprawił ją w zaskoczenie i zażenowanie.

— Harshit, przestań proszę. — upomniała go wstydząc się zdziwionych i zaciekawionych spojrzeń przechodniów. Tymczasem upomnienie zostało nie tylko przez niego zignorowane. Ono go zachęciło do głośniejszego śpiewania i tym razem już było zupełnie jasne, że śpiewa dla niej a nie do siebie pod nosem. Ku jej największej irytacji, stojący nieopodal uliczni muzycy podchwycili melodię śpiewaną przez Harshita i zaczęli grać ją spontanicznie, dodając całkiem niezłej aranżacji muzycznej jego piosence. Absolutnie zawstydzona Ivonne zakryła twarz torebką i chciała przyśpieszyć kroku ale Harshit złapał ją za rękę i przyciągnął ku sobie.

— Nie uciekaj ode mnie, bo ci nie przetłumaczę, co dla ciebie zaśpiewałem. — Muzycy odeszli nieco dalej, lecz wciąż grali zasłyszaną przed chwilą melodię.

— Dobrze, nie będę uciekać ale już nie śpiewaj, proszę. — jęknęła prosząco w zakłopotaniu Ivonne.

Harshit trzymał teraz Ive w ramionach. W oddali wiąż słychać było grających muzyków. Zbliżył swoje usta do jej ucha i zaczął szeptać słowa przeznaczone tylko dla niej.

— „Kiedy cię po raz pierwszy zobaczyłem,

odnalazłem w twoich oczach twą prawdziwą duszę,

twoje marzenia i pragnienia.

Kiedy ty spojrzysz w moje oczy,

odnajdziesz siebie we mnie

i zamieszkasz w moim sercu.

Nasze oczy się spotkają a dusze zjednoczą.

Teraz już wiem o tobie wszystko,

jesteś moim przeznaczeniem”

Ivonne odchrząknęła teraz jeszcze bardziej zażenowana. Próbowała się też odsunąć od niego. Jego bliskość i szeptane przez niego słowa działały na nią oszałamiająco. Czuła, jakby całe jej życie właśnie wywracało się do góry nogami.

— Bardzo ładna piosenka. — pochwaliła cicho. Harshit puścił ją, spojrzał na nią uśmiechnięty i mrugnął do niej.

— Wiem. Sam ją właśnie ułożyłem. — Ivonne miała wrażenie, że przy tym mężczyźnie traci poczucie rzeczywistości. Wszystko, co z nim przeżywała, łącznie z ich pierwszym spotkaniem, wydawało się jej całkowitym absurdem. Harshit chwycił ją nieoczekiwanie dla niej za rękę i powiedział.

— Chodź, odprowadzę cię. — Szli przez chwilę obok siebie w milczeniu. Harshit ani na chwilę nie puścił jej dłoni. Sama Ivonne musiała przed sobą przyznać, że pragnęła tego dotyku. Śnieg zaczął sypać nieco gęściej a ulice rozświetlało już mnóstwo świątecznych świateł. Przez moment myślała, że znalazła się w jakimś obcym jej dotąd, bajkowym świecie. Podeszli do taksówek czekających na postoju. Harshit otworzył przed nią drzwi pierwszego z samochodów i wpuścił ją pierwszą do środka po czym sam, wprawiając ją tym samym, po raz setny dziś bodaj w zdumienie, zajął miejsce obok niej i na powrót ujął jej dłoń w swoją. Po chwili spojrzał na nią zdziwiony, wskazał głową na kierowcę i upomniał ją.

— Powinnaś chyba teraz coś powiedzieć. — Ivonne dopiero po tych słowach ocknęła się z zaskoczenia i zwróciła się do kierowcy.

— Przepraszam, już podaję adres. — Kiedy to zrobiła, zapytała Harshita nieco rozeźlona.

— Co ty teraz wyprawiasz?

— Jak to co? Powiedziałem, że cię odprowadzę. Muszę wiedzieć, gdzie mieszkasz, kiedy przyjdę po ciebie za trzy dni. Przecież nie chciałabyś przegapić Diwali? — Ivonne westchnęła tylko głęboko a jej umysł podsunął tylko jedną myśl: „Litości, pomocy!” Jednakże nie potrafiła mu się dłużej opierać. Jej oczy padły najpierw na ich wciąż złączone dłonie. Jej biała skóra odznaczała się kontrastem od śniadej barwy skóry jego dłoni. Gdy podniosła oczy, zobaczyła jak on wpatruje się w nią intensywnym, nieprzeniknionym wzrokiem. Widziała teraz każdy detal jego szczupłej, pociągłej twarzy: ciemne, proste włosy ułożone w zawadiacką, rozczochraną fryzurę; duże, ciemne oczy; długi, orli nos oraz pełne i bardzo męskie usta. Siedząc obok niego czuła też w nozdrzach wszystkie aromaty świata jednocześnie. Jego zapach przez to, że wciąż przebywał w kuchni i gotował orientalne potrawy, wydał jej się wyjątkowy. Ich oczy przyciągały się niczym magnes. Niestety taksówka dotarła na miejsce przeznaczania i ta magiczna chwila między nimi została przerwana. Ivonne musiała uwolnić swoją dłoń z jego uścisku żeby zapłacić kierowcy. Powstrzymał ją gestem dłoni, po czym sam wyjął pieniądze z własnej kieszeni i podał kierowcy. Zaraz potem wysiadł i otworzył jej drzwi, by pomóc jej wysiąść. Taksówka odjechała a ona wskazała na czteropiętrowy apartamentowiec.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.