E-book
8.19
drukowana A5
25.7
drukowana A5
kolorowa
48.92
Pomylona

Bezpłatny fragment - Pomylona


Objętość:
98 str.
ISBN:
978-83-8189-030-4
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 25.7
drukowana A5
kolorowa
za 48.92

Larwa, ohydna larwa

Zjada mój mózg…

Wije się

Kotłuje

Kręci i kuli…

Pełza zawzięcie przez moje skronie

I czuję okropny ból

Nieustannie

Rodzi się we mnie gniew i zgnilizna.

A żółć mnie zalewa i gorycz mnie zżera…


I wtedy twe dłonie, bezpieczne, troskliwe

Dotykiem kojącym leczą me rany…

I larwy już nie ma, jest motyl dorodny

Co mnie owija namiętnie, gorliwie

I skrzydła rozkłada

Oplata me ciało…

I jest mi tak błogo i doskonale…


Część I

NASZ ODZIAŁ

Nasz oddział

„Tak naprawdę wszyscy jesteśmy szaleńcami, tymi bardziej i mniej barwnymi” Adrianna Meisnerowicz

Rozdzielam leki. Dla jednych uspokajające, dla innych psychotropowe, przeciwbiegunkowe, nasercowe. Ogromna liczba tabletek różnego koloru i różnych kształtów.

Za oknem pada deszcz, głowa mi pęka, czuję, jak ciśnienie rozsadza mi czaszkę, żyły pulsują mi na głowie.

W sali siedzi Helena wielkości niedźwiedzia, huśta się, kołysze… Przód, tył, przód, tył… Chichocze nerwowo. Wicia siedzi w kącie i pali papierosa, jeden za drugim. Mania biega po sali i krzyczy:

— Wypuśćcie mnie, bo ruchać mi się chce!

Pochyliłam się nad Halinką, by podać jej dawkę leków, usłyszałam:

— Uważaj, siostro, uważaj!

Odwróciłam się i w ciągu sekundy nade mną znalazła się wielka Mira z metalowym stołkiem, z ogromną siłą uderzyła w moje ręce, którymi w ostatniej chwili zdążyłam się zasłonić przed nadchodzącym ciosem. Uderzyła jeszcze dwa razy, nim udało mi się przechwycić stołek. Na ratunek przybiegła Mietka, unieruchomiłyśmy pacjentkę pasami.

Dzień zakończył się dobrze, uszłam z życiem.

Zaparzyłyśmy sobie herbatę. Usiadłyśmy w pokoju pielęgniarskim, by rozładować emocje, śmiałyśmy się z tego do rozpuku, chociaż wewnątrz czułam strach połączony z adrenaliną, która powoli schodziła ze mnie jak alkohol, który przechodzi przez żyły, filtruje się i opuszcza organizm.

Następny dzień zaczęłam jak zwykle — od raportów, sprawdzając te nocne, układając plan dnia pracy.

Dzisiaj jest dosyć spokojnie, ułożyłam leki na swoim wózku i zbierałam się właśnie do mycia pacjentów, gdy zerwało mnie z miejsca wołanie:

— Siostry, na pomoc!

Ruszyłyśmy z Miecią w kierunku pomieszczenia, z którego dochodziły głosy. Miecia jako pierwsza wbiegła do pokoju i od razu wybiegła, a potem zwymiotowała, następnie ja wbiegłam i tak samo szybko opuściłam pokój, ledwo co hamując wymioty.

Dwunastometrowe pomieszczenie ubrudzone było fekaliami, w których pacjentka już się ślizgała, po czym wywróciła się na ziemię i nie mogła podnieść z własnych odchodów. Obłożyłyśmy cały pokój ligniną, by dojść do pacjentki. Przystawiłam nogę do jej nogi, Miecia z drugiej strony przystawiła swoją, podniosłyśmy ją, co było trudne przy jej stukilowej masie, doszłyśmy do łazienki i wsadziłyśmy ją pod prysznic. Nie wiem, jak znalazłam w sobie siłę, by ją udźwignąć — ja ważąca pięćdziesiąt kilogramów, o wzroście sto pięćdziesiąt osiem centymetrów, a ona dwa razy większa.

Przeszłyśmy do dalszych obowiązków.

Nie miałam dużego stażu w pielęgniarstwie psychiatrycznym, więc większość sytuacji mnie szokowała, moje starsze koleżanki były już do tego całkowicie przyzwyczajone.

— Przyzwyczaisz się, rutyna, mała, rutyna.

Podziwiałam je za odporność psychiczną, którą miały, opanowanie, spokój wewnętrzny, aczkolwiek czułam, że ta praca jest wyniszczająca.

Czasem zdarzały się zabawne sytuacje. Pewnego razu pacjentka popycha stołek do przodu, chciałam jej pomóc — pomyślałam, że może ma jakiś problem — i zapytałam:

— Pomóc?

Na co ona odpowiedziała mi:

— Dziękuję, auto prowadzę sama.

Szczęka mi opadła.

Na oddziale trzymaliśmy się jako jedna ekipa, byliśmy dosyć zgrani. Co parę dni na przykład przyjeżdżał do nas kierowca karetki, który przywoził nowych pacjentów — Zbyszek, nazywaliśmy go Zibi. Wyglądał całkiem przeciętnie, wesoły, pełny życia, pomocny, bezkonfliktowy… Nikt z nas by nie przypuszczał, że rok później wyląduje u nas na oddziale z ciężką depresją.

Szczególną sympatią darzyłam salowego Mańka. Postawny, przystojny, błyskotliwy chłopak. Przez pracę w szpitalu zbierał punkty na studia medyczne. Maniek był naszą maskotką, rozładowywał napięcie dzięki swojej wesołej naturze, był też pomocny, bystry, szybko reagował na nagłe zagrożenia.

W środę rano przywieziony został młody chłopak — narkoman. Na pierwszy rzut oka wydawał się spokojny. Gdy minął czas działania leków i wystąpił tak zwany głód, okazało się, że nie jest taki spokojny… Chłopak przybiegł do dyżurki, rzucając się do szafki z lekami, która była otwarta, gdyż właśnie wydawane były lekarstwa. Wyrzucił wszystkie leki na ziemię i z szaleństwem w oczach zaczął otwierać każdą paczkę, która wpadła mu w ręce. Rozsypane leki jadł garściami z ziemi. To był okropny widok — bezsilny młody człowiek, który za wszelką cenę musi przyjąć jakikolwiek środek odurzający. Salowy Maniek, który zareagował na nasze krzyki, wbiegł do sali i unieruchomił młodego chłopaka.

Była jeszcze sala-izolatka, głównie dla pacjentów z rakiem. Była pełna cierpienia — ci pacjenci powinni się znajdować na innych oddziałach, nie u nas. Prawdopodobnie rodziny chciały się ich pozbyć, nie mogły już z nimi wytrzymać.

Rak spowodował u nich zmiany w mózgu. Pacjenci byli na przemian agresywni, na przemian przygnębieni. Zawsze, gdy zbliżała się pora ich umierania, wybierali moją zmianę, jakby wyczuwali, że przy mnie mogą godnie odejść, że wszystko będzie jak należy. To ja odczytywałam to w ten sposób. Może to było tylko moje wrażenie. Teraz, gdy sobie to wspominam, przechodzą mnie dreszcze.

Bywały też różne próby ucieczki z oddziału, jedne były udane, inne nie.

Czasami ta praca nas wszystkich przytłaczała, ale mieliśmy parę odskoczni. Raz lądowaliśmy w barach, innym razem u kogoś na kwadracie, by ochłodzić nasze gorące umysły, przesiąknięte domem wariatów…

W ciemnej uliczce

Najgorszy w tym wszystkim jest zapach. Ten duszący smród zostaje w nozdrzach do końca życia. W powietrzu unosił się zapach lizolu i kawy. To nie do wytrzymania, chociaż człowiek jest w stanie przyzwyczaić się do wszystkiego. Większość pacjentów też wydziela swój odór. Zażywane przez nich środki psychotropowe wydzielają się wraz z potem.

Pacjentów przewijało się mnóstwo — różne osobowości: uzależnieni, histerycy, depresyjni, opóźnieni, ze skłonnościami samobójczymi. Najwięcej jest tych agresywnych.

Zawsze po powrocie do domu ojciec z uśmiechem na twarzy pytał:

— I jak tam ci twoi wariaci?

Nie zawsze było wesoło; zdarzali się pacjenci, którzy byli bardzo trudni. Musiała być dyscyplina! Często nazywali nas Gestapo. Gdyby nie dyscyplina, najzwyczajniej w świecie zrobiliby nam krzywdę. Każdego dnia wracam zmęczona, wyczerpana fizycznie i psychicznie.

Czasy są niebezpieczne i trzeba jakoś przetrwać. Przed oczyma ciągle mam Milkę, która opowiada nam, jak wracając z dyżuru, została napadnięta.

Szła przez park, wracając z nocnej zmiany, napastnik rzucił się na nią, przewrócił ją, napchał jej ziemi do ust, przyłożył jej nóż do gardła i chciał ją zgwałcić. Gdyby nie przechodzień, który wystraszył tego gnoja, to pewnie by ją pochlastał. To nie był nasz pacjent, ale z całą pewnością powinien do nas trafić. Gdybym tylko dopadła tego skurwiela, to sama bym go chętnie nabiła na nóż. O Boże! Jak to nas wszystkich męczyło.

Milka wróciła cała poobijana i od tej pory miała taką traumę, że pracowała szesnastki, byle tylko nie wracać do domu po zmroku.

Duża część pacjentów przychodziła do nas na okres świąteczny. Rodziny pozbywały się ich, bo tak było im wygodniej.

W wigilijną noc miałyśmy zdarzenie: jeden z pacjentów wyleciał z okna i się zabił. Jak on znalazł otwarte okno, z którego można wyskoczyć? Zadawałyśmy sobie to pytanie…

Ktoś musiał za to beknąć, więc nasza oddziałowa została zdegradowana. Od tej pory w szpitalu zapanował chaos. Nie potrafiłyśmy się odnaleźć. Zrobiły się podziały i utworzyły się małe grupki. Ja, Ewka i Maniek trzymaliśmy się razem. Czasem przychodziły nam do głowy głupie pomysły.

Pewnego wieczoru poszliśmy powłóczyć się po mieście. Było cicho, jakby miasto umarło, ani żywej duszy na horyzoncie. Weszliśmy w ciemną uliczkę, dorwaliśmy jakiś mur. Wyciągnęliśmy z torby wzięty z oddziału pantenol, który był już przeterminowany. Zaczęliśmy pisać na murze hasła antykomunistyczne — to był pomysł Mańka.

Zza murów wyłoniła się „suka”, a z niej wyskoczyło trzech milicjantów, którzy zgarnęli nas na komendę. Każdego zabrali w inne miejsce.

Rzucili mnie do celi z dwiema innymi kobietami, bez łóżka. Jedna opowiadała, że ma na swoim koncie morderstwo — była podstawiona, by mnie nastraszyć i zmusić do składania zeznań. Nie odezwałam się słowem, tylko się cicho modliłam całą noc.

Rano zabrali mnie na przesłuchanie. Wypytywali, czy jestem przeciwko obecnej władzy, czemu noszę opornik i czemu jestem ubrana na czarno. W tym okresie umarł mój dziadek, więc mogłam z tego wybrnąć. Opornik był manifestacją niezgody, buntem przeciwko stanowi wojennemu. Byłam śmiała i bezczelna, nie miałam nic do stracenia. Kłóciłam się z milicjantami. Gdyby nie ojciec i jego znajomości wśród lekarzy milicyjnych… nie wypuściliby mnie tak łatwo. To było zuchwalstwo i kolejna głupota. Młodzi bywają gniewni. Walczą dla idei i w imię sprawy.

Po kilku godzinach zawieźli nas na kolegium.

Następnego dnia w prasie ukazała się notatka, że zatrzymano pielęgniarzy, którzy malowali swastyki na murach lekami kradzionymi ze szpitala.

Obłuda i zakłamanie!

Mydlenie oczu ludziom i szerzenie fikcji.

Okropne czasy!

Przez wiele tygodni po zdarzeniu czułam na swych plecach oddech agentów, którzy obserwowali nas przez pewien czas… No to mam już swoje akta. Ojciec jest na mnie wściekły, ma poważną posadę lekarza i nie potrzebuje rozgłosu i afery. Mam tendencję do pakowania się w kłopoty. To było tak idiotyczne i nieodpowiedzialne!

Alicja

Trafiła do nas wiosną młoda dziewczyna, która była w moim wieku. Była piękna, miała długie, ciemne włosy, ciemne, błyszczące oczy. Wyglądała na zdrową i pełną życia, miała duże poczucie humoru i zawsze nas rozbawiała.

Czułam się za nią odpowiedzialna. Szybko się zaprzyjaźniłyśmy. Nikt do końca nie wiedział, co jej jest, tak jak i ona sama tego nie wiedziała. Była bardzo samotna, miała lęki i myśli samobójcze. Przynosiłam jej książki do czytania, słodycze i owoce. Inni pacjenci byli o nią zazdrośni.

Pewnego wieczoru jedna z pacjentek rzuciła się na nią i zaczęła ją dusić. Alicja, bo tak miała na imię, nawet się nie broniła, miała tak dobre serce, że nie potrafiła walczyć.

Alicja była dla nas jedyną postacią, która wnosiła do tego burdelu zapach świeżości. Swoją dobrodusznością, czarem i słodyczą, które miała w sobie, sprawiała, że to miejsce stawało się przyjemne. Nikt nie posiadał takiego uroku jak Alicja, jej uśmiech poruszał wiele serc.

Alicja była z nami kilka miesięcy. Wracała do domu na kilka dni. Po jakimś czasie znów ją przywożono — gdy próbowała sobie odebrać życie.

Wiele razy chciałam z nią porozmawiać. Co ją tak niszczy? Czego nie potrafi się pozbyć ze swojej głowy? Dlaczego tak piękna i roześmiana osoba nie chce żyć? Ona zawsze odpowiadała, że świat to nie jest miejsce dla niej, że ona tu za dużo widzi i za dużo czuje, że ludzie ją przerażają, a ona nie potrafi się bronić. Obiecałam sobie, że dopilnuję, by ona czuła się tu bezpiecznie i czuła, że ma wsparcie. Poradziłam jej, by zaczęła opisywać swoje uczucia, lęki, bo to powinno dać jej małą ulgę.

Rzeczywiście pisała.


Siostro!


Pomóż mi, boję się, tak bardzo się boję, jestem bezradna. Nie mam dokąd pójść, a nie chcę już wracać do domu…

Słyszę głosy i miewam koszmarne sny. Widzę, jak wszystko płonie, jak ludzie próbują się ratować. Potem płynę na starej tratwie przez wodę, a wokół mnie nie ma już żadnych ludzi. Dopływam do wyspy, na której wypatruję mojego brata. Jestem bardzo słaba i przerażona. Wtedy wyłania się postać. To mój ojciec. Podnosi mnie z ziemi, bierze na ręce i czuję się wtedy bezpiecznie. Budzę się oblana zimnym potem.

Innym razem śnię, że jestem ptakiem. Wzbijam się do góry, bardzo wysoko! Jest wspaniale, jestem wolna, czuję się beztrosko, lecę jeszcze wyżej i wyżej i wtedy nabijam się na kolce, i zaczynam mocno krwawić, i nie mogę zatamować krwi…

Te sny mnie przerażają.

Czasem śni mi się, że wychodzi ze mnie demon i pożera mnie w całości, razem z otaczającym mnie światem…

Czy jestem opętana?

Siostro, przecież ja nie skrzywdziłabym nawet muchy.


Nie wiem, co jej poradzić, przecież nie mam wpływu na jej sny…


Alicja jest bardzo zagubiona, chodzi po pokoju i nie uśmiecha się już tak jak kiedyś. Męczy mnie to, bo nie mogę jej pomóc.

— Bierzesz leki? — pytam.

A ona już przestaje ze mną rozmawiać, codziennie tylko płacze. Nie mam tyle czasu, by tylko nią się zajmować, mamy gorsze przypadki, chociaż na niej zależy mi najbardziej. Może widzę w niej swoje odbicie?

Czuję, jak uchodzi z niej życie, minuta po minucie. Jest zima. Okres świąteczny, w tym miejscu najbardziej depresyjny. Szóstego grudnia…

Dzisiaj Ala jest nerwowa. Udaje, że jest wesoła, ale widzę w jej oczach, że chce mi coś powiedzieć.

Dzisiaj przytuliła się do mnie i powiedziała:

— Dziękuję, siostro.

Następnego dnia znalazłyśmy ją martwą na łóżku. Umarła we śnie. Podobno serce jej nie wytrzymało, miała jakąś wadę.

Jestem załamana. Nie podniosę się z tego.

Zbliżyłam się do niej, chociaż nie powinnam, to nieprofesjonalne.

Jeszcze i ja trafię na oddział… Nie rozmawiam z nikim. Trzeba to jakoś przeżyć.

Umarła we śnie, to piękna śmierć, pocieszają mnie.

Melancholia

Kolejne dni były bardzo ciche, nie potrafiłam się otrząsnąć z tej tragedii. Młoda, zdrowa dziewczyna i nagle jej nie ma. Chodziłam po oddziale nieobecna, myślami byłam gdzie indziej, czysta melancholia. Dręczyło mnie to, że mogłam coś zrobić — tylko co? Przecież miała chore serce — może to serce jej po prostu pękło? Pękło z nadmiaru bólu i rozpaczy. Może ona naprawdę czuła więcej? To jakieś nienormalne!

Zawsze już będę o niej pamiętać, przed oczyma ciągle mam jej zamyślony wyraz twarzy. Słyszę jej śmiech. Ciepły, dziewczęcy, niewinny śmiech. Czasem nerwowy chichot, czasem śmiech rozpaczy, zawsze prawdziwy, tak jak ona była prawdziwa.

Tak mi smutno, czuję, jakby mi coś odebrano. Nie mogę jej już powiedzieć, jak bardzo się do niej zbliżyłam, jaką sympatią ją darzyłam, że miała kogoś, komu swoją osobą sprawiała ogromną radość. Może ona tego potrzebowała? Nigdy sobie nie wybaczę! Życie pokazuje nam wspaniałych ludzi, daje się nimi przez chwilę nacieszyć, a potem nam ich zabiera! To okrutne!

Czas pędzi jak oszalały, dzień po dniu, miesiąc za miesiącem. Dalej nie mogę wrócić do rzeczywistości. Śnią mi się okropne rzeczy…

Widzę Alicję, która płynie w moją stronę, łapie mnie za rękę i ciągnie pod wodę. Płyniemy razem i nie możemy się wynurzyć. Szukamy wyjścia i widzimy tylko głaz, próbujemy go przepchnąć, ale wszystko na marne.

Czasem śni mi się, że jej dusza wchodzi w moje ciało, idę do łazienki i przecinam sobie żyły żyletką.

Nowy dzień

Dziś jest nowy dzień, wstaję niechętnie, za oknem mgła. Znów jest cicho i szaro. Widzę dym unoszący się z kominów, brudne szyby sąsiadów, starą kamienicę, która lada moment ma się zawalić. Wszystko jest takie brudne i brzydkie.

Moje myśli też są czarne.

Trzeba się pozbierać, życie płynie dalej…

Usłyszałam dzwonek do drzwi. Przyszło do mnie dwóch agentów. Wypytywali o różnych ludzi. Położyli mi przed nosem papier, który miałam podpisać. Jeden z nich był postawny, z krótką szyją. Oczy miał brązowe, pełne gniewu. Drugi o nieco łagodniejszym usposobieniu i mniejszej posturze. Rodziców nie było wtedy w mieszkaniu. Niebezpośrednio, ale ogródkami zagrozili, że ojciec będzie miał problemy w pracy, że mogą narobić zamieszania w moim życiu i jeżeli wykażę inicjatywę, to mi pomogą, a nie zaszkodzą. Dali mi czas do namysłu.

Nikomu nie mówiłam o tej sytuacji.

Po jakimś czasie zapomniałam już o tej wizycie i wróciłam do pracy. Po utracie Alicji wszystko było mi obojętne. Stanęłam jakoś na nogi i wróciłam do swoich obowiązków.

W pracy rutyna. Jest cicho i spokojnie, znów wydajemy garściami różne leki. Są nowi pacjenci, są też tacy, którzy prawdopodobnie nigdy stąd nie wyjdą. Do Mańka się nie odzywam. Unikam jego osoby, nie chcę, by ktoś mnie z nim widział… Nie chcę mieć kolejnych problemów. Zaczekam, aż sprawa całkowicie ucichnie. Cały szpital plotkuje o naszej akcji. Doszły już pogłoski do ordynatora, bo wezwał nas na rozmowę. Jakoś się z tego wytłumaczyliśmy i udało nam się wszystko odkręcić.

Finalnie pogodziłam się z Mańkiem i uznaliśmy, że zapominamy o całej sprawie. Niestety, z milicją tak łatwo nie poszło. Gdy wracałam do domu z nocnego dyżuru, ci dwaj agenci znów mnie dopadli. Tym razem zrobiło się poważnie. Ten większy przyparł mnie do muru, złapał za szyję i powiedział:

— Radzę się z nami zaprzyjaźnić, bo odechce ci się żyć. Zrobimy ci w pracy taki burdel, że dołączysz do swoich świrów.

Byłam przerażona, ale nie podpisywałam niczego. Przez kolejne dni nie chodziłam do pracy. Bałam się… Przesiedziałam w domu tydzień.


Dziś niedziela, rodzinny obiad, ale ja nie jem, nie mam ochoty. Zadzwonił telefon:

— Wracaj do pracy! Maniek został przeniesiony. Dziwne układy panują na oddziale. Chyba chcą przeprowadzić parę zwolnień, lepiej, żebyś teraz tu była.

— Dobrze i tak już miałam wracać. Dziękuję za telefon.

Wróciłam do szpitala, ale w ogóle już nie obchodziła mnie ta praca. Po prostu wykonywałam swoje obowiązki, bez zaangażowania. Będzie, co będzie! — pomyślałam.

Do dzisiejszego dnia nie mam kontaktu z Mańkiem, nie wiem, co się z nim wtedy stało. Słyszałam pogłoski, że zapił się na śmierć, niektórzy mówili, że gdzieś wyjechał, że nagle zniknął.

Na jego miejsce przyszedł do nas Adam. Wysoki blondyn o zielonych oczach. Między nami od razu zaiskrzyło. Adam był wesoły, energiczny i miał jakiś czar. Opowiadał o swoich wizjach i planach, był bardzo twórczy. Malował obrazy i pisał wiersze. To w nim podobało mi się najbardziej. Fotografował też naturę, motyle, lubił ogrodnictwo, był bardzo wrażliwy.

Zaczęliśmy się spotykać. Kino, kolacja, spacery… Mogłam z nim rozmawiać na każdy temat; był nieprzeciętnie inteligentny, błyskotliwy.

Kotłownia

Dzisiaj jest słonecznie, człowiek od razu ma chęć do życia.

Mamy nową ciekawą postać na oddziale — przywieziono pacjentkę, która zamordowała swojego męża. Jak na razie słowem się nie odezwała. Jej blada twarz jest bez emocji, zimna. Oczy ma wpatrzone w jeden punkt, puste i nieobecne. Czasami widać, jak łzy lecą jej po twarzy, ale nie wydaje z siebie żadnego dźwięku. Na imię ma Anna, kruczoczarne włosy opadają jej na wątłe ramiona.

Żal mi jej w jakiś sposób, ale myślę tylko o Adamie i o naszej dzisiejszej randce. Może za kilka dni wybierzemy się w góry i spędzimy ze sobą całą noc. On jest moją odskocznią od tego syfu. To on daje mi siłę każdego dnia.


Czesia i Laura, dwie alkoholiczki, znów wymknęły się do kotłowni. Tam mają schadzki z robotnikami, palaczami. Za flaszkę zrobią wszystko. Nikt już nie zwraca na to uwagi — co nas to obchodzi, na takie rzeczy można przymknąć oko.

Nowa po kilku dniach zaczęła mówić

Ciekawi nas jej historia. Chciała rozmawiać tylko ze mną. Nie wiem, dlaczego zawsze do mnie ciągną najwięksi psychopaci i ci najbardziej zagubieni.

Opowiedziała mi, jak bardzo kochała swojego męża, był dla niej wszystkim, mieli wspaniałą córkę, szczęśliwe życie. Prowadzili razem sklep i dosyć im się powodziło — duże znajomości i układy. W tym okresie bardzo ciężko było zdobyć jakiekolwiek produkty. On był w nią wpatrzony, a ona w niego, nie rozstawali się ani na minutę.

Jak każde takie „idealne małżeństwo” miało ono swoją ciemną stronę. Klasyka — on oczywiście lubił wypić, często znikał na noc, tłumacząc się, że wychodzi na brydża. Szedł do kolegów jeszcze z czasów szkolnych, z którymi się często spotykał na wódkę. Miał dostęp do produktów, na które był deficyt — jak zresztą na wszystko — więc oczywiste było, że był lubiany w towarzystwie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 25.7
drukowana A5
kolorowa
za 48.92