E-book
1.37
drukowana A5
18.64
Pieśń samotnych lalek

Bezpłatny fragment - Pieśń samotnych lalek

Objętość:
61 str.
ISBN:
978-83-8126-719-9
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 18.64

1

Pewnego słonecznego dnia chłopiec i dziewczynka wędrowali po tej samej leśnej drodze. Przemierzali ją dla przyjemności płynącej z wędrówki, a nie, aby dojść do jakiegoś konkretnego celu. Szli w przeciwnych kierunkach. Ich spojrzenia spotkały się, gdy przechodzili obok siebie. Dziewczynka, której towarzyszyła mniejsza dziewczynka, przystanęła.

— Wiesz może, jak dojść na zaporę?

— Tak — odpowiedział chłopiec.

Stali bez ruchu przez sześć uderzeń serca.

— Zaprowadzisz nas?

— Nie ma sprawy — zgodził się. — Na drugą stronę jednak nie przejdziesz, jeśli o to ci chodzi.

— Dlaczego? Zresztą nieważne i tak nie chcę nigdzie przechodzić. Chciałam tylko spojrzeć z niej na jezioro.

Chłopak poprowadził je drogą, ale zaraz skręcił w boczną ścieżkę.

— Nazywam się Emiliana, a to jest moja młodsza siostra Melania.

— Krzysiek. — Chłopiec także się przedstawił.

— Wczoraj przyjechałyśmy w odwiedziny do cioci. Pierwszy raz u niej jestem, więc kompletnie nie znam tej okolicy. Ty jesteś stąd?

— Nie. Bywam tutaj przez kilka miesięcy w roku.

Zatrzymali się.

— Żeby dojść na zaporę, musimy udać się tam. — Wskazał ręką drzewa, pomiędzy którymi można było dostrzec fragmenty zapory.

— Tam?

— Tak, trzeba pójść na przełaj.

— Nie ma żadnej ścieżki?

— Nie ma. Nie wiem, czy twoja siostra sobie poradzi.

— Poradzi sobie — zapewniła go Emiliana.

— Mam już dziewięć lat — dodała młodsza dziewczynka.

Krzysiek pomógł im zejść. Posuwali się bardzo powoli, ale w końcu dotarli na miejsce. Przed nimi rozciągał się widok na jezioro. Wieczór był prawie bezchmurny. Tafla wody wydawała się nieruchoma.

— Pójdziemy na tamte skały?

— Możemy — przystał na pomysł dziewczyny.

Podróż wzdłuż brzegu jeziora — po ścieżce wydeptanej przez leśne zwierzęta — okazała się trudniejsza niż wcześniejsza wędrówka. Wynikało to z tego, że brzeg był stromy i znajdował się wysoko nad ziemią, a co jakiś czas ostro opadał aż do poziomu wody, by znów wspiąć się na poprzednią wysokość.

Melania poczuła ogarniające ją zmęczenie. Zaczęła marudzić.

— Chcę wracać — oznajmiła, nagle się zatrzymując.

— Za chwilę dojdziemy. Wytrzymaj jeszcze trochę… — Emiliana spróbowała przekonać siostrę.

— Nie. Bolą mnie nogi. Chcę wracać do domu.

Melania tupała, wypowiadając te słowa, aby podkreślić swoje zdeterminowanie. Wtedy niespodziewanie Emiliana popchnęła ją z całej siły. Dziewczynka upadła na plecy. Zaczęła się szybko zsuwać w stronę zakończonego urwiskiem brzegu. Krzysiek stał metr niżej. Skoczył w kierunku rosnącego na krawędzi drzewa. Lewą ręką objął jego pień, a prawą chwycił Melanię. Zdążył w ostatniej chwili, bo już niemal połowa ciała dziewczynki przekroczyła krawędź. Z wysiłkiem przyciągnął ją do siebie. Popatrzył na Emilianę. W oczach dziewczyny dostrzegł zaskoczenie, jakby nie do końca rozumiała, co się właśnie stało. Podszedł do niej, trzymając za rękę jej siostrę. Melania dopiero teraz ochłonęła na tyle, aby wybuchnąć płaczem. Emiliana wyciągnęła dłoń, ale dziewczynka cofnęła się i przytuliła do chłopca.

— Powinniśmy wracać — zaproponował chłopak, orientując się w zaistniałej sytuacji. — Chodźcie do mnie.

— Do ciebie?

— Tak, póki twoja siostra się nie uspokoi.

— Dobrze — odparła obojętnie starsza z sióstr.

Melania pochlipywała całą powrotną drogę. Szła wyłącznie dlatego, że Krzysiek ciągnął ją za sobą. Emiliana zachowywała od nich dystans kilkunastu kroków. Słońce zachodziło na horyzoncie, gdy przekraczali próg domu.

— Już późno — zauważył chłopiec. — Zostańcie na noc.

— Dobrze. Zostaniemy — wyraziła zgodę niewiele mniej obojętnie niż poprzednio. — Idź ją połóż, a ja zawiadomię ciocię.

Krzysiek przygotował dwa łóżka. Melania bez sprzeciwu położyła się i przykryła kołdrą, jednakże nie chciała zostać sama, więc chłopak zaproponował, że opowie jej bajkę.


Dawno temu, gdzieś na północy świata, rósł tajemniczy las. Nikt do niego nie wchodził, bo krążyły straszne historie o tym, co można spotkać w jego mrokach.

Któregoś dnia mieszkająca w jego pobliżu kobieta porzuciła w nim trójkę swoich dzieci. Niedawno straciła męża i nie miała środków, żeby je dalej utrzymywać. Dzieci długo błądziły, chcąc odnaleźć drogę do domu. Zapadł zmrok. Rodzeństwo było wyczerpane i przestraszone, dlatego położyło się tuż przy sobie, aby się ogrzać oraz dodać sobie otuchy. Ze snu wyrwało je wycie wilków. Wilki zbliżały się prędko i już po chwili wyłoniły się zza drzew. Dzieci próbowały uciec na rosnącą w pobliżu wierzbę. Udało się to dwójce z nich. Najmłodsza dziewczynka nie mogła dosięgnąć gałęzi. Została pożarta przez dzikie zwierzęta.

Rankiem rodzeństwo ruszyło dalej. Nie wiedziało, dokąd mogłoby pójść. Dzieci były głodne, a policzki miały mokre od łez. Pamiętając o wilkach, jeszcze przed zmrokiem schowały się w dość dużej, choć trochę śmierdzącej jaskini. Wydawała się ona bezpieczna. Zbudził je mieszkający w niej niedźwiedź. Chłopiec zginął uderzony wielką łapą. Jego siostra rzuciła się do ucieczki. Dziewczynka słyszała huk powalanych drzew oraz przeraźliwe ryki leśnych zwierząt. Nagle ziemia osunęła się spod jej stóp. Wpadła do płynącej przez las rzeki. Niedźwiedź zatrzymał się przed urwiskiem. Stał jakiś czas i wpatrywał w wartki nurt wody. Następnie wrócił do swojej jaskini, gdzie zjadł martwego chłopca.

Rzeka nie przyjęła dziewczynki. Wyrzuciła ją na brzeg. Dziewczynka bardzo długo błąkała się po mrocznym lesie. Tuż przed kolejnym zmrokiem trafiła do małej, drewnianej chatki. Zapukała cicho. Drzwi otworzyła stara wiedźma. Była brzydka, miała na sobie szary, zniszczony strój. Zaprosiła dziewczynkę do środka. Dała jej suche ubranie oraz ją nakarmiła.

Osiem zim spędziła dziewczynka u starej wiedźmy. Młoda panna pokochała swoją wybawicielkę, dlatego zmartwiła się, słysząc, że musi opuścić leśną chatkę i wrócić do ludzi. Usiadła obok wiedźmy, pytając:

— Czy mogłabym zostać tutaj jeszcze rok?

— Świat nie jest taki straszny, jak ci się zdaje. Przekonasz się. Nie martw się na zapas. Los cię poprowadzi — tak odpowiedziała jej stara opiekunka.

Kiedy panna opuszczała chatkę, otrzymała od wiedźmy wspaniałą suknię koloru szmaragdowego, którą utkano z magicznej nici. Panienka opuściła las, idąc gościńcem przed siebie. W każdej wiosce witano ją ukłonami i zapraszano do domów. Blask czarodziejskiej sukni sprawiał, że ludzie myśleli, iż zawitała do nich księżniczka albo królewna. Wieść o tej niezwykłej panience rozeszła się po całym królestwie. Usłyszał o niej także młody król, który właśnie szukał żony. Postanowił sprawdzić, czy pogłoski o wielkiej urodzie owej panny nie są przesadzone. Spotkał ją na gościńcu. Oniemiał na widok pięknej dziewczyny. Razem przybyli na zamek, a tam się pobrali. Poddani oddawali im cześć, szczerze ich kochając.

Młoda królowa opowiedziała mężowi swoją historię. Król nakazał przyprowadzić przed swoje oblicze jej matkę. Gdy ta stanęła przed tronem i usłyszała o co jest oskarżona, padła na kolona, błagając o łaskę.

— Król nie może okazać łaski — rzekła królowa. — Gdyby to zrobił, to źli i niegodziwi ludzie mogliby się poczuć bezkarni.

Władca wydał sprawiedliwy wyrok. Nazajutrz kobieta została zgładzona. Królewska para żyła długo, pozostawiając po sobie liczne potomstwo. Wiedźma tymczasem odzyskała dawną postać. Wieki temu rzucono na nią urok, który zdjęło uratowanie, wychowanie oraz obdarzenie cennym darem ludzkiego dziecka.


Przerwał opowieść. Dziewczynka spała. Wyszedł z pokoju i poszedł do Emiliany.

— Dziękuję. Uratowałeś moją siostrę — powiedziała.

— Uratowałem ją, lecz było to głupstwo. Gdybym rozważył prawdopodobieństwo śmierci, jakie ze sobą niosło, nie skoczyłbym za nią i nie wyciągnął po nią ręki.

— Skoczyłeś i wyciągnąłeś rękę. Nie wiem, czemu się tłumaczysz, jakbyś zrobił coś złego.

— Nie, to nie to. Chciałem po prostu, żebyś zrozumiała, co się stało. Jestem najbardziej samolubnym człowiekiem, jaki stanął na twojej drodze. Świadomie nie poświęciłbym swojego życia dla nikogo. Nieważne, co bym do tej osoby czuł. Choćbym miał pożyć tylko kilka sekund dłużej, a rezygnując z nich, ocalić wszystkich. Nie oddałbym ani sekundy. Może pod wpływem chwili, niepowstrzymanego uczucia, ale wiem, że to by była głupota, której nie zrobiłbym, znając zakończenie.

— Mówisz i czynisz zupełnie inaczej. Ja za to mogę próbować mówić o sobie pięknie, pozostaję jednak kimś, kto prawie zabił siostrę.

— Nie skrywam się za maską słów, jeśli o to ci chodziło, raczej jestem za słaby, by w zgodzie z nimi działać. Ty natomiast wydajesz się mieć wystarczająco dużo sił, żeby wcielać w czyny swoje myśli. Oboje na swój sposób jesteśmy potworami, ale otaczający nas ludzie są częściami większego i straszniejszego potwora, choć sieci społecznych powiązań pozwoliły im ukryć ostre zęby za łagodnymi uśmieszkami.

— Uważasz, że to oni są straszniejsi? Zmieniłbyś zdanie, poznając mnie lepiej. Widziałeś dzisiaj wybuch mojej złości, ale nie oglądałeś obłędu i niepohamowanej agresji, jaka mnie kiedyś napadła.

— Co masz na myśli, mówiąc o obłędzie?

— Nie lubię do tego wracać. Chodziłam wtedy do ostatniej klasy gimnazjum. Nawet nie pamiętam, od czego się to zaczęło. To śmieszne, że nie mogę sobie przypomnieć. Doskonale pamiętam natomiast skutek oraz uczucie, które mu towarzyszyło. Wszystko wydarzyło się w ułamku sekundy. Nagle poczułam przerażenie. Wydawało mi się, że pochłania mnie ciemność. Zapadałam się w niej. Patrzyłam na to, co robię, niczym bezwolny golem, jak gdyby to ktoś inny mną kierował. Nie wiem, czy ją znałam. Teraz myślę, że nigdy ze sobą nie rozmawiałyśmy. Uderzyłam ją w twarz. Uderzyłam wiele razy, aż upadła na ziemię. Dopiero głos i dotyk ludzi, którzy się zbiegli, rozwiał otaczające mnie ciemności. Ta dziewczyna leżała na ziemi ze zmasakrowaną twarzą, a ja czułam jedynie ulgę.

— Rozumiem — odezwał się Krzysiek, gdy Emiliana skończyła. — Dziś czułaś się podobnie?

— Nie. Zwyczajnie się zdenerwowałam. Od dziecka byłam wybuchowa. Zniszczyć jakąś rzecz, krzyknąć, czy nawet uderzyć kogoś w złości, to coś zupełnie innego od pobicia do nieprzytomności przypadkowej osoby, i to bez najmniejszego powodu. Ta dziewczyna miała wybite dwa zęby, złamany nos oraz wstrząs mózgu. — Spojrzała mu w oczy. — Ten dzień zakończył moje życie. Trafiłam na pół roku do zakładu zamkniętego. Kiedy z niego wyszłam, nie posiadałam już znajomych, przyjaciół, nikogo. Nikt nie chciał się zadawać z wariatką. Odwrócili się ode mnie wszyscy. Bali się. W nowej szkole nie wiedzą o tym. Nie powiedziałam nikomu. — Odwróciła wzrok i dodała. — Dopiero od kilku tygodni nie biorę leków, a ten cały wyjazd z siostrą jest testem. Nie powiedzieli mi tego wprost, ale ja wiem. Chcą się przekonać, czy nauczyłam się kontrolować, czy zostałam wyleczona. I co, nadal sądzisz, że to oni są tacy straszni?

— Zauważ, że ty w swym gniewie jesteś uczciwsza, bo powodują tobą emocje. Społeczeństwo stworzyło instytucje, za pomocą których reaguje beznamiętnie i bezdusznie. Każda zemsta, choćby nie wiem, jak brutalna, jest mniej straszna od ich zimnej, wypranej z uczuć sprawiedliwości. Twój obłęd jest niczym przy racjonalności tego potwora o wielu ludzkich członkach.

— Co ty w ogóle rozumiesz przez słowo „potwór”?

— Potworem lub bestią nazywam to, co jawi się najbardziej przerażającym dla ludzi, a więc coś niepowstrzymującego swojej natury. Nienarzucającego sobie ograniczeń. Nieposiadającego wartości. Wszyscy ludzie kryją w swoim wnętrzu bestię, ale zdecydowana większość wypuszcza ją okazjonalnie albo wcale. Nadzwyczajna, zagrażająca życiu sytuacja staje się dla nich bodźcem wyzwalającym ich naturę z ograniczeń narzucanych od najmłodszych lat pod wpływem oddziaływania społeczeństwa. Owe ograniczenia mają zapewnić im brak bólu i przeżycie, ta bestia bowiem bezwzględnie karze za jej niewspółtworzenie. Im potężniejszy jest potwór trzymający w swych szponach człowieka, tym mocniej powstrzymuje jego prawdziwą naturę. Potwór jest bowiem czymś pierwotnym, a człowiek czymś, co dopiero zostaje stworzone przez ludzi.

— Nie uważasz, że to byłoby złe, gdyby każdy robił, co tylko chce, nie patrząc na nic ani na nikogo?

— Dobro oraz zło są właśnie tymi ograniczeniami, o których mówiłem. Potwór nie przejmuje się dobrem i złem, gdyż nie dotyczą go one.

— Czyli w moim zachowaniu nie było niczego złego? Ciekawe, czy tak samo byś twierdził, gdybym to ciebie pobiła.

— Wówczas zapewne nie przepadałbym za tobą, ale nie uczyniłoby to tego pobicia złym. Nazwanie go tak ma być karą wymierzoną ci za twoją niezależność, która godzi w niezależność społeczeństwa. Sprawiłaś ból tej dziewczynie, więc społeczeństwo w zamian sprawiło ból tobie, zamykając cię oraz poddając przymusowej terapii. Oba te zachowania są pozbawione wartości. Jest to wyłącznie starcie dwóch bestii. Ty je skończyłaś w brzuchu społeczeństwa. Okazałaś się słabsza, więc zostałaś pożarta. Od ciebie zależy to, czy pozwolisz się strawić i staniesz się jego częścią, czy spróbujesz rozerwać mu wnętrzności i opuścisz jego trzewia.

2

Śpiącego chłopca obudziło skrzypienie otwieranych drzwi. Do pokoju zajrzała Melania, odsłaniając ząbki w uśmiechu. Krzysiek wstał i spostrzegł, że Emiliana też już nie śpi. Siedziała w kuchni przy stole, na którym leżało przygotowane przez nią jedzenie.

— Chodźcie coś zjeść — zaproponowała lekko zaspana.

— Zrobiłaś śniadanie? Jak długo tu siedzisz?

— Niezbyt długo. Nie chciałam was budzić.

Po śniadaniu wyszli na zewnątrz. Słońce nie przekroczyło jeszcze linii drzew, dlatego trawę wciąż pokrywała rosa. Dzień zapowiadał się upalnie. Chłopak oprowadził siostry po okolicy, pokazując różne miejsca. Emiliana wydawała się być zainteresowana wszystkim, co mówił, Melania natomiast chodziła za nimi niczym cień. Dwie godziny nie robili nic szczególnego. Włóczyli się bez celu, rozmawiając o błahostkach, które zaraz wylatywały im z głowy. Potem na prośbę Melanii bawili się w chowanego, ale upał szybko pozbawił ich chęci na jakąkolwiek aktywność. Położyli się więc na kocach i odpoczywali pod lasem, korzystając z cienia, jaki o tej porze zapewniały drzewa.

Świat w tamtej chwili stał się dla całej trójki wyraźniejszy, choć zarazem odleglejszy niż zazwyczaj. Liście poruszały się na lekkim wietrze, usypiając swoim melodyjnym, cichym szelestem. Nie wiedzieli, ile czasu spędzili w tym stanie, upajając się ciepłem bijącym ze słońca oraz zapachem traw, kwiatów i lasu. Młodsza dziewczynka spytała chłopca, czy opowie jej bajkę, a ten się zgodził.


Dawno temu, gdzieś na północy świata, żył człowiek, który ruszył w niebezpieczną podróż do tajemniczej puszczy. Ludzie zagłębiający się w cień tych wiekowych drzew przeważnie nie wracali, a ci, którzy powrócili, byli odmienieni.

Młodzieniec śmiało szedł naprzód. Starał się trzymać starego gościńca, szybko jednak stracił pewność, czy podąża dobrą ścieżką. Pod wieczór poczuł zmęczenie. Położył się na grubych gałęziach sędziwego drzewa, które rozrosło się na boki zamiast wyrosnąć wysoko nad ziemią. Zbudzili go krzepcy mężczyźni. Było ich pięciu. Mieli na sobie szare płaszcze, sięgające ziemi, i hełmy tej samej barwy. Bez słowa odebrano mu miecz, związano ręce i zasłonięto oczy czarną przepaską. Następnie poprowadzono go w głąb puszczy. Po kilkugodzinnym marszu ściągnięto mu przepaskę z oczu. Człowiek znajdował się na niewielkiej polance. Podeszła do niego pani ubrana w czarną jak noc suknię, z księżycem w kształcie sierpa na czole. Miała świetliste oczy i srebrzyste włosy. Mężczyźni w hełmach stanęli w kręgu, otaczając ich.

— Co sprowadziło śmiertelnika do naszej krainy? — spytała w języku ludu Północy.

— Pragnę chwały.

— Chwały? Odwaga i śmiałe czyny, to przynosi chwałę.

— Wykazałem i jedno, i drugie, wkraczając do twojego królestwa.

— Serce masz czyste i mężne — rzekła.

Młodzieniec milczał, patrząc w jej jaśniejącą światłem bijącym z oczu twarz.

— Spełnię twą prośbę, śmiertelniku, ale pamiętaj, że nie będziesz miał odwrotu z raz obranej drogi.

Pani zwróciła wzrok w stronę jednego ze stojących obok mężczyzn. Wydała mu rozkaz, a on pośpiesznie się oddalił. Zapanowała cisza. Trwała ona, dopóki nie wrócił ten, którego wcześniej posłała Pani Srebrnego Księżyca. Trzymał w dłoniach puchar wypełniony gęstą cieczą. Podał go swojej pani, a ta przekazała naczynie człowiekowi.

— Wypij to — nakazała.

Posłusznie wypił. Padł na kolana, a potem przewrócił się na bok. Kiedy się obudził, słońce świeciło wysoko na niebie. Tuż przy nim ktoś zostawił wbity w ziemię miecz, na którym widniały wyryte starodawne runy. Zabrał broń i ruszył przed siebie.

Wędrował za dnia i w nocy, nie zbaczając z raz obranej drogi. Udał się daleko na kraniec ziem Północy. Zdobył tam sławę, zabijając pradawne bestie. Na widok jego miecza, rozświetlonego blaskiem wyrytych run, umykały w popłochu wszelkie stworzenia. Całą zimę spędził na tych niegościnnych, surowych terenach, lecz z początkiem wiosny je opuścił.

Powrócił do kraju, z którego pochodził. Wszędzie, gdzie się pojawił, witano go z radością oraz uwielbieniem. Młodzieniec przybył na dwór królewski, a tam król wywyższył go ponad innych wojowników. Kiedy władca sąsiedniego kraju najechał ich ziemie, to on poprowadził wojska do zwycięstwa, własnoręcznie zabijając wrogiego wodza. Po tej wojnie nikt na całej Północy nie cieszył się większą sławą od niego. Poddani kłaniali się przed nim niżej niż przed królem. Nastał czas jego największej chwały. Zdobył ją dzięki niezwykłej broni i własnej odwadze.

Tak się stało, że dwa lata po powrocie do kraju młodzieniec przejeżdżał niedaleko usypanego wieki temu kopca. Zsiadł i poprowadził konia ścieżką porośniętą trawą oraz krzakami aż na sam szczyt. Stamtąd dostrzegł wąską smugę dymu unoszącą się nad niewielkim, brzozowym lasem. Dotarłszy w to miejsce, odkrył niewielki dom. Powoli podszedł i zajrzał do środka. Nikogo nie było. Nagle zobaczył wojownika odzianego w pancerz i w hełm, dzierżącego miecz w dłoni. Wojownik błyskawicznie przystąpił do ataku. Młodzieniec nigdy nie rozstawał się z bronią, i to ocaliło mu życie. Walka była krótka, ale bardzo zacięta. Nikt jednak nie mógł się mierzyć z mocą człowieka władającego czarodziejskim mieczem. Żelazny oręż zamaskowanego wojownika pękł na dwoje, a siła zadanego ciosu powaliła go na ziemię. Upadającemu hełm zsunął się z głowy, odsłaniając włosy koloru słomy. Była to kobieta.

— Witaj, synu niezdobytych skał Północy — przemówiła.

— I ty witaj, córko rześkiego poranka.

Zamieszkali razem na tych pustkowiach. Żyli — kochając się, polując na dzikie zwierzęta, kąpiąc się w zimnych strumieniach oraz spacerując po lasach i wzgórzach.

Król tymczasem był coraz bardziej zaniepokojony nieobecnością swojego najmężniejszego sługi. Wysyłał wielu ludzi, ale żadnemu nie udało się go odnaleźć. Na poszukiwania wybrał się również jego przyjaciel. Pewnego dnia zapędził się daleko na wschód. Tknięty przeczuciem postanowił spojrzeć na okolicę z usypanego tutaj kopca. On także, tak jak kiedyś inny człowiek, dostrzegł nikłą smugę dymu. Znalazł dom i zapukał. Otworzyła mu piękna, jasnowłosa kobieta. Opowiedział jej, co go sprowadziło w te strony. Z pasją mówił o bohaterskich czynach człowieka władającego świecącym mieczem. Ona milczała. Gdy wreszcie skończył, zapewniła, że nie spotkała tego, którego szuka.

Młodzieniec wrócił po zachodzie słońca.

— Co się stało? — spytał, widząc twarz i oczy ukochanej, w których malowało się przerażenie.

— Był tutaj twój przyjaciel — odpowiedziała lodowatym głosem.

— Powiedział coś, co cię zmartwiło?

— Zdradził mi, kim jesteś.

— Tak bardzo cię to przeraziło?

— Zabiłeś w bitwie mojego ojca — przemówiła po dłuższej chwili.

Włosy opadły jej na oczy, lecz odrzuciła je gwałtownym ruchem głowy.

— Zabiłem wielu ojców.

Zerwała się na te słowa. Chwyciła rękojeść swojego ułamanego miecza.

— Pamiętaj, że chwała przemija. Nie mogę żyć z tobą i nie chcę żyć dłużej odarta z czci.

Po tych słowach zatopiła ostrze w brzuchu. Młodzieniec złapał ją, zanim upadła. Umarła w jego ramionach. Nazajutrz usypał wielki stos. Ułożył na nim ciało, tarczę i szczątki miecza. Podpalił stos w ostatnich promieniach słońca.


W czasie trwania opowieści Emiliana nawet na moment nie oderwała wzroku od błękitu nieba  w przeciwieństwie do swojej siostry, która klęczała na brzegu koca i wyrywała palcami źdźbła trawy. Odrywała się czasami od tego zajęcia, aby spojrzeć na opowiadającego chłopaka. Ostatnie słowa rozwiał wiatr.

Krzysiek pobiegł do domu, informując dziewczyny, że zaraz wróci. Dziewczynki nie usłyszały jego powrotnych kroków. Zimna woda oblała im twarze, rozpryskując się na boki. Emiliana głęboko wciągnęła powietrze, a Melania głośno pisnęła. Chłopiec stał nad nimi z pustym wiadrem. Śmiał się. Wkrótce wszyscy mieli przemoczone ubrania i uśmiechy na ustach. Gonili się z butelkami, wiaderkami oraz garnkami wypełnionymi po brzegi wodą. Mniejsza dziewczynka nagle poślizgnęła się i przewróciła. Krzysiek podniósł ją z ziemi, unosząc wysoko.

— Teraz wrzucę cię do studni pełnej wody. Zobaczymy, czy potrafisz pływać — zażartował.

Melania szarpnęła się i przypadkowo uderzyła go kolanem w podbródek. Chłopak poczuł ból i nadchodzącą z nim zmianę nastroju. Odstawił na ziemię dziewczynkę, która nie spostrzegła, co się stało.

— Koniec zabawy — oznajmił.

Chłopiec bez słowa przeszedł obok Emiliany. Ona również nic nie widziała, bo w trakcie owego incydentu Krzysiek był odwrócony do niej tyłem. Siostry przyjęły jego słowa bez sprzeciwu, choć zaskoczyła je przemiana, jaka w nim zaszła.

Chłopczyk wszedł do domu. Skierował się do łazienki, a tam spojrzał na swoją odbitą w lustrze twarz. Czuł delikatne kłucie w zębach, nic nazbyt uciążliwego. Nie krwawił. Zdawał sobie sprawę, że nie odniósł poważnych obrażeń. To mu jednak wystarczało. Miał ochotę oddać to, co otrzymał, ze zdwojoną siłą. Wiedział, że tylko strach przed konsekwencjami powstrzymał go, by nie uderzyć Melanii po jej niezamierzonym kopniaku. Nie obwiniał dziewczynki za ten nieświadomy atak, nie obwiniałby nawet, gdyby zrobiła to celowo. Nie winił także siebie za lekkomyślne straszenie trzymanego na rękach dziecka. Nie uważał, aby ktokolwiek zawinił, więc nie chciał nikogo karać, lecz i tak, wiedząc to wszystko, pobiłby ją, gdyby nie ten podświadomy lęk. Rozumiał, jaka jest różnica między jego zachowaniem a zachowaniem Emiliany — ona w takich chwilach wyłącza strach, przestając myśleć o konsekwencjach.

— Jesteśmy inni, mamy różne charaktery, ale pragniemy podobnych rzeczy — powiedział na głos.

Skrzywił usta w coś przypominającego uśmiech. Wyszedł z łazienki. Zabrał pewien przedmiot z szafki, po czym ruszył zobaczyć się z dziewczynami.

Siostry siedziały na kocu. Krople wody spływały z włosów Emiliany, płynęły po czole, opływały oczy oraz nos, niektóre przecinały policzki, a niektóre wspinały się na usta, później zaś wszystkie skapywały, opuszczając jej twarz. Ciepło dnia błyskawicznie osuszało drogi, którymi poruszały się te migoczące w słońcu krople.

— O co chodzi? — spytała łagodnym głosem starsza z dziewczyn.

— To nie ma znaczenia — odpowiedział chłopiec, gniew bowiem zdążył go już opuścić.

— Co tam masz? — zapytała raz jeszcze, wskazując na rzecz trzymaną przez chłopaka.

— Chciałem ci dać moją książkę.

— Napisałeś książkę?

— Tak.

— O czym opowiada?

— O tym, czym jest człowiek i jakie jest jego przeznaczenie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 18.64