E-book
13.65
drukowana A5
30.66
Piekarz z Dachau

Bezpłatny fragment - Piekarz z Dachau


Objętość:
102 str.
ISBN:
978-83-8189-267-4
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 30.66

Korekta

Agata Cyrawska

Projekt okładki

Marta Kosztalska

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

Dedykacja

Książkę dedykuję wszystkim ludziom pokrzywdzonym przez złe duchy błąkające się po tej ziemi.

Przedmowa

W swoim życiu napisałem ponad 100 książek. „Piekarz z Dachau” jest pierwszą oficjalnie wydaną moją pracą. Głownie dlatego, że mam tendencję do komplikowania swoich pomysłów, celów, założeń.

Piszę głównie krótkie opowiadania, które wzajemnie się uzupełniają. Pisanie sprawia mi przyjemność, oraz daje możliwość walki z chorobą, jaką jest depresja.

Kilka miesięcy temu nie planowałem wydania żadnego swojego „dzieła”. Dlatego bardzo dziękuję wszystkim osobom, które były zaangażowane w ten pomysł.

Jako autor nie potrafiłem obiektywnie ocenić swoich prac, co więcej mocno obawiałem się negatywnego odbioru. Tym bardziej jestem bardzo szczęśliwy i wdzięczny wszystkim osobom, które zdecydowały się na zakup mojej książki.

Jeszcze przed jej premierą otrzymałem ponad 1000 zamówień, co motywuje mnie do dalszej pracy.

Walka z chorobą nauczyła mnie, że muszę walczyć z negatywnymi emocjami, starając przekuć przykre doświadczenia w rozwój własnej osoby. Świadomy możliwości popełniania błędów pisarskich, kieruję do Państwa prośbę o pomoc w doskonaleniu swojego warsztatu.

Wszelkie uwagi, propozycje, zastrzeżenia lub pytania dotyczące „Piekarza z Dachau” proszę kierować na adres mailowy "goldszmittomasz@gmail.com”.

Czytając moją książkę proszę pamiętać, że ważne jest docenianie chwili obecnej, oraz tego co posiadamy. Wielu ludzi cierpiało w swoim życiu okropne katusze, na które nie zasłużyło. Nie osądzajmy, starajmy się zrozumieć i pomóc.

P.S.


Jeszcze w tym roku ukaże się książka „Uciekając przed SS”, która będzie opisywać dalsze losy głównego bohatera „Piekarza z Dachau”.

Część I 
Piekło w Dachau

Droga do obozu

Wprowadzenie

Starszy człowiek leżał na łóżku w sali szpitalnej. Ubrany był w białą pidżamę w kolorowe kropki. Jego wyraz twarzy był smutny. W oczach nie było widać radości z życia. Co chwilę przeglądał się w podręcznym lusterku obserwując swoją łysą głowę. Strzyżenie było jednym z elementów przygotowujących do leczenia metodą chemioterapii. Mężczyzna g westchnął głęboko i powiedział

— Boże, nie chcę jeszcze umierać.

Następnie wyjrzał przez okno. Ze swojego łóżka miał doskonały widok na parking. Znajdowało się na nim blisko sto samochodów, ale tylko jeden miał dla niego znaczenie. Czerwony Volkswagen Dublo zaparkował właśnie obok znajdującej się w centralnej części placu fontanny. Z pojazdu wysiadły cztery osoby, dwoje dorosłych i dwoje dzieci, które od razu rzuciły się w stronę fontanny z wodą. Zaczęły się wzajemnie oblewać. Koniec niewinnych psot oznajmiła ich mama, wołając dzieci do siebie. Cała czwóra udała się w kierunku głównego wejścia, znikając z widoku.

„Przyjechali” pomyślał starszy człowiek, zasłonił okna i schował lusterko do szafki obok łóżka.

Chwilę później do sali weszła pielęgniarka ubrana w biały fartuch wraz z jego rodziną. Uśmiechnął się na ich widok. Była to jego córka wraz z mężem i dziećmi.

— Witajcie, proszę usiądźcie — powiedział wskazując na drewniany okrągły stolik znajdujący się przy ścianie.

— Cześć tato, jak się czujesz? — zapytała niska, szczupła blondynka o lekko piegowatej cerze.

— Jak widać nie najlepiej Haniu, a jak u was? Co nowego w pracy? Czy dzieciaki radzą sobie w szkole?

— Wszystko w porządku, u nas po staremu. No wiesz, masa klientów, papierkowej roboty, nic ciekawego. Zosia i Franek radzą sobie bardzo dobrze. To dopiero pierwsza klasa, ale nie mamy z nimi problemów — powiedział wyraźnie wysoki czarnoskóry mężczyzna — zostawimy Cię na godzinę z dzieciakami, musimy jeszcze załatwić kilka spraw na mieście, ale na pewno wrócimy.

— Jasne, nie śpieszcie się Will.

Pielęgniarka w towarzystwie Hanny i Willa opuściła salę, skręciła w lewo w korytarz i zatrzymała się po kilku metrach.

— Muszę Państwa poinformować, że rokowania nie są dobre. Został przywieziony do szpitala, po tym jak zemdlał w sklepie. Ze badań wynika, że rak opanował prawie całe jego ciało. Dajemy mu 10% szans na przeżycie operacji.

Will objął swoją żonę ramieniem, gdy ta zbierała się, aby coś powiedzieć. Ostatecznie wyjąkała tylko:

— Ile czasu mu zostało?

— Za dwa tygodnie odbędzie się operacja. Jeżeli się powiedzie będziemy wiedzieć więcej. Może miesiąc, może rok, a może dziesięć lat. Nie możemy jej jednak przekładać na później.

— Rozumiemy, dziękujemy — dodała jeszcze już ze łzami w oczach Hanna.

Pielęgniarka tylko skinęła głową i ruszyła dalej korytarzem.

Tymczasem dzieci świetnie się bawiły ze swoim dziadkiem. Ten właśnie kończył im czytać bajkę o czerwonym kapturku, którą przywieźli ze sobą.

— Dziadku, a opowiesz nam jakąś historię? — zapytała Zosia z nadzieją w głosie.

— Oczywiście, ale co byście chcieli usłyszeć?

— Coś strasznego dziadku — powiedział Franek — i ze szczęśliwym zakończeniem — dodała Zosia.

— Myślę, że mam coś idealnego. Usiądźcie obok mnie na łóżku i słuchajcie.

Pewnych rzeczy nie da się zapomnieć. Nie ważne jakbyśmy się starali, one zawsze będą do nas wracać. Dokładnie tak samo jak obrazy z wojny wracają do mnie. Moja historia zaczyna się kiedy byłem bardzo młody. O kilka lat młodszy niż wasi rodzice.

Mieszkałem wtedy w Berlinie. Byłem już rok po ślubie z waszą babcią. Mimo trudnych czasów byliśmy szczęśliwi. Cieszyliśmy się, że mamy się wzajemnie. Wojna wybuchła kilka miesięcy wcześniej, jednak nie miało to wpływu na wygląd Berlina. Ludzie chodzili ubrani jak zwykle. Zazwyczaj nosili długie płaszcze, na głowach mieli kapelusze. Jeździli na rowerach, śmiali się, dzieci biegały beztrosko po ulicach. Najważniejszą zmianą były niemieckie symbole wywieszane na ścianach budynków. Czarna swastyka w białym kole, które zajmowało centralną część czerwonego materiału. Zazwyczaj długiego na kilka metrów. Symbole te znajdowały się praktycznie na każdym budynku. Czasami zasłaniały nawet okna. Pamiętam jak dziś, że pewnego dnia siedziałem z babcią w kawiarni przy jednej z ulic starego miasta. Obok nas znajdował się samochód z odpoczywającymi żołnierzami. Ludzie co chwila przechodzili obok nas, a słodkie zapachy dolatywały z pobliskiej piekarni. Nic nie zapowiadało rychłej zmiany nastrojów. Zmiany całego mojego życia. Po zjedzeniu kawałka ciasta i wypiciu kawy babcia udała się do domu, a ja postanowiłem odwiedzić znajomego oficera niemieckiego Hansa Wolfa.

Mieszkał w pewnego rodzaju pałacu. Nie widziałem w swoim życiu ładniejszej posiadłości. Piękne duże lustra, ozdobne lampy, ogromne puszyste dywany, a ściany obwieszone wspaniałymi obrazami. W środku personel składający się z dziesięciu osób. Pracowały tam sprzątaczki, kucharz, a nawet muzyk. Na dolnym poziomie okna wypełnione były widowiskowymi witrażami przedstawiającymi przyrodę.

Hans był na co dzień uśmiechniętym, pełnym życia człowiekiem. Nawet wojna nie zabierała mu pozytywnej energii. Tym razem było jednak inaczej. Gdy pojawiłem się w progu jego domu spojrzał na mnie i powiedział:

— Przepraszam, ale nic nie mogę z tym zrobić. Będą wywozić całe miasto. Was Żydów. Opór jest daremny. Idź szybko się spakować, weź tylko najpotrzebniejsze rzeczy.

Były to ciężkie, nawet bardzo ciężkie czasy dla Żydów. Z jakiegoś powodu ludzie uznali, że jesteśmy niepotrzebni, że trzeba się nas pozbyć. Codziennie napływały coraz gorsze wiadomości ze świata odnośnie naszej sytuacji.

Odpowiedziałem więc Hansowi jakby bez emocji:

— Rozumiem. Obiecaj tylko, że zaopiekujesz się Helgą.

Helga, czyli wasza babcia była pochodzenia niemieckiego, więc nic jej nie groziło.

— Przyślę ją do ciebie — mówiłem dalej — wiesz dokąd nas zabierają?

— Do Dachau, do obozu pracy. Musisz już iść.

Zrozumiałem, że moja obecność może sprowadzić problemy na Hansa. Uścisnęliśmy sobie dłonie, po czym obróciłem się na pięcie i ruszyłem w kierunku wyjścia. Dopiero po przekroczeniu progu domu zrozumiałem dlaczego Hans miał tak poważną minę, gdy ze mną rozmawiał.

Nagle na ulicach zaczęły pojawiać się dziesiątki uzbrojonych żołnierzy, samochodów i setki wystraszonych ludzi. Wielkie groźne psy towarzyszące żołnierzom szczerzyły zęby dając do zrozumienia, że lepiej słuchać rozkazów.

Droga do domu zajęła mi dobre 15 minut. W tym czasie zaobserwowałem, że ludzie są wyprowadzani zgodnie z listami. Nie było możliwości oszukania przeznaczenia. Niemcy przybyli po konkretną liczbę osób. Dom po domu Żydzi byli wyciągani wraz ze swoimi walizkami i ładowani do furgonetek.

Gdy stanąłem już przed furtką własnego domu, moje serce zabiło mocniej. Furtka była otwarta. Z niepokojem ruszyłem przez ogród. Następnie pokonałem kilka murowanych schodów i w ten sposób znalazłem się na wprost drzwi wejściowych.

Szybkim, zdecydowanym ruchem pchnąłem je do środka. Moim oczom ukazało się kilka osób przenoszących meble i walizki.

— Helga! — zawołałem -:

Co się dzieje?

Chwilę potem Helga pojawiła się na schodach prowadzących na piętro. Powolnym krokiem zbliżyła się do mnie. — Hans już do mnie dzwonił, dostał właśnie nowy przydział. Wyjeżdżam razem z nim.

— Jaki przydział?

— Nie wiem, z resztą on sam też nie. Przyszły jakieś rozkazy. Nie mógł odmówić, sam rozumiesz. Wspominał coś o Krakowie. — Zawiesiła na chwilę głos — Chciałabym porozmawiać z tobą o nas.

— Myślę, że oboje wiemy, że nie ma o czym. Zabierają mnie do Dachau, kilometry stąd. Musisz być dzielna i trzymaj się blisko Hansa. Już nigdzie nie jest bezpiecznie.

— Chciałabym jechać z tobą, ale…

— … ale wiesz, że nie możesz się narażać — wtrąciłem się jej w słowo — uważaj tylko kogo poznajesz i z kim rozmawiasz. Nie mów z kim utrzymujesz kontakt, zwłaszcza o Żydach.

Ostatni raz spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy, po czym Helga ze łzami rzuciła się w moje ramiona. W tej samej chwili usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Niemcy przybyli po mnie.

Podróż

Niemcy zabrali nas samochodami na dworzec kolejowy, który znajdował się pod Berlinem. Było to miejsce całkowicie pozbawione cywilizacji. Ze wszystkich stron otaczali nas żołnierze z karabinami. Kazali nam wsiadać do otwartych wagonów. Przez kilka sekund nikt nie ruszył się z miejsca, co wywołało zniecierpliwienie u żołnierzy. Zaczęli nas szarpać, bić i wpychać do wagonów na siłę.

Kilka osób, które nie podporządkowały się rozkazom i zaczęły uciekać, zostało rozstrzelanych.

Upychali nas po sto osób do jednego wagonu. W środku znajdowały się dwa metalowe wiadra napełnione wodą, które — jak się potem okazało -miały nam wystarczyć na całą podróż do Dachau.

Zostaliśmy zaryglowani od zewnątrz, usłyszeliśmy świst gwizdka i poczuliśmy jak maszyna powoli rusza ze stacji.

Nie minęło nawet dziesięć minut, gdy ludzie zaczęli się rozbierać z powodu duszności. W środku było okropnie gorąco, a na dodatek nie było gdzie usiąść. Większość z nas jechała na stojąco, zwalniając tylko trochę miejsca dla osób starszych i matek z dziećmi.

Jedynym źródłem chłodnego, świeżego powietrza było mało okienko w narożniku zabezpieczone metalowymi kratami.

Przy naszym pierwszym postoju, to właśnie przez okno błagaliśmy ludzi znajdujących się na peronie o odrobinę wody i jedzenia. Ci jednak na nasz widok odwracali głowy, jakby nas tam zupełnie nie było, dodatkowo niewielka grupka młodych osób śmiała się patrząc na nas jak na nic nie warte istoty.

Po kilku minutach krzyków wydawało nam się, że osiągnęliśmy sukces, w naszą stronę zmierzali żołnierze z wiadrami napełnionymi wodą. Jakże ogromne było nasze zdziwienie pomieszane ze złością i smutkiem zarazem, gdy po otwarciu wagonów zostaliśmy tą wodą oblani.

Po raz kolejny zostaliśmy w brutalny sposób poinformowani o naszym aktualnym statusie, który wielu porównywało do zwierzęcego. Jak dla mnie byliśmy traktowani gorzej niż zwierzęta, jak niepotrzebny w przyrodzie element. Byliśmy obiektem drwin i żartów ze strony zupełnie obcych nam ludzi.

Wieczorem zatrzymaliśmy się po środku niczego. Słońce już całkowicie zaszło, a jedyne co dostrzegliśmy to okoliczne pola i lasy. Myśleliśmy, że zostaniemy tu do rana, więc wszyscy w miarę możliwości staraliśmy się zająć najwygodniejsze pozycje do spania.

Nagle usłyszeliśmy straszne dźwięki, huki, łoskoty, wystrzały karabinów. Wybuchła panika. Przerażeni w oczekiwaniu na najgorsze zaczęliśmy się jeszcze bardziej ściskać. Hałasy zbliżały się do nas, a pełne przerażenia okrzyki ludzi stawały się coraz głośniejsze, aż w końcu dotarły do naszego wagonu. Niemcy bez powodu zaczęli do nas strzelać. Pociski zabiły osiem osób stojących najbliżej ściany wagonu. Ludzie zasłaniali oczy dzieciom, część z nas płakała, część krzyczała z przerażenia, część zemdlała.

Gdy wszyscy powoli godziliśmy się ze śmiercią pociąg nagle ruszył. Zapadła głucha cisza, a my powoli zaczęliśmy przesuwać martwe ciała i układać jedno na drugim.

Razem z nami do obozu był przewożony ksiądz. Postanowiliśmy przy jego pomocy udzielić tym ludziom pogrzebu, o ile można tak nazwać modlitwy w ich imieniu bez pochówku.

Po drodze mieliśmy jeszcze jeden postój. Zatrzymaliśmy się również w całkowitych ciemnościach. Słońce nie zdążyło jeszcze wzejść. Większość wojska opuściło pociąg i pomaszerowało za dowódcą. Zaledwie kilku żołnierzy, którzy zostali nas pilnować rozsiadło się na trawie rosnącej przy torach. Wyjęli jedzenie i picie ze swoich zapasów i na naszych oczach świętowali chwilę przerwy głośno się śmiejąc i śpiewając.

Po długim czasie jeden z nich podszedł do naszego wagonu i powiedział, że jeżeli chcemy dostać trochę wody i jedzenia musimy oddać wszystkie kosztowności. Dokładnie te same słowa usłyszeli ludzie z pozostałych wagonów, tyle że wypowiedziane przez innych żołnierzy.

Musieli dobrze wiedzieć, że w tym miejscu odbędzie się postój i nie pierwszy raz w ten sposób się bogacić. My jednak nie mieliśmy wyboru, więc zaczęliśmy zbierać zegarki, naszyjniki, bransoletki, kolczyki i wszystko co ktoś miał wartościowego do worka podanego nam przez żołnierza. Uzbieraliśmy tego sporo, a w zamian otrzymaliśmy marne dwa bochenki czerstwego chleba i wiadro wody.

Wszystko co otrzymaliśmy podzieliliśmy po równo. Były to śmieszne ilości, ale niczego więcej nie mogliśmy się spodziewać, musiało nam to wystarczyć do końca drogi.

Przybycie do obozu

Wprowadzenie

Pukanie do drzwi przerwało opowieść starszego mężczyzny. U progu pojawiło się dziecko wraz z pielęgniarką.

— Przepraszam, że Pana niepokoję, ale czy mogłabym zostawić u Pana Szymona? Aktualnie nie mamy innych dzieci na oddziale, a Szymek boi się zostać sam w pokoju.

— Oczywiście, o ile on sam chce. Nie będziemy w końcu go do niczego zmuszać prawda? — zapytał dziadek spoglądając na gościa w swoim pokoju.

Chłopieć kiwnął wesoło głową, wziął krzesło i usiadł obok łóżka.

— Dziękuje bardzo, jakby co będę za rogiem — dodała pielęgniarka i wyszła z sali.

— Opowiadałem właśnie moim wnukom najstraszniejszą historię z mojego życia, chcesz posłuchać?

— Tak proszę Pana, a czy są w niej duchy? Ja się bardzo boję duchów.

— Proszę mów mi Tomasz — powiedział z uśmiechem starszy pan — różnica między tobą a mną jest tylko taka, że wcześniej się urodziłem. Jeżeli natomiast chodzi o duchy, to nie, nie ma ich w mojej opowieści. Jest o wojnie.

— A co to jest wojna Tomaszu? — zapytał ciekawy Szymon.

— Zosiu, Franku, a może wy znacie odpowiedź na to pytanie?

— Wojna jest wtedy, gdy źli ludzie zabijają dobrych — powiedziała dumna z siebie Zosia.

— A według Ciebie? — spytał dziadek Franka.

— Wojna to znęcanie się nad Żydami.

— Widać, że jeszcze nie wszystko zrozumieliście z mojej opowieści… Ale tak, Zosiu, na wojnie są zabijani ludzie. Mimo wszystko nie powinniśmy nikogo oceniać. Czasami robią złe rzeczy ze strachu o własne dobro lub o dobro swojej rodziny, nie oznacza to od razu, że są źli. Powiedziałbym raczej, że nie mają odwagi czynić dobra. Natomiast jeżeli chodzi o twoją odpowiedź — spojrzał na wnuka — w wojnie bierze udział o wiele więcej krajów i nacji niż Niemcy i Żydzi. To prawda, że byliśmy pokrzywdzeni, jednak nie możemy zapominać o wielu innych, którzy z byciem Żydem nie mieli nic wspólnego.

— W takim razie czym jest wojna? — zapytał Szymon — nic nie rozumiem.

— Otóż drogi Szymonie nikt do końca nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie. Wojna jest czasem, gdy cierpi wiele osób. Czasem gdy słowa nienawiści zmieniają się w zabijanie. Wojna to czas w który biorą udział miliony ludzi, chociaż tylko garstka z nich ma na to ochotę. Tak na prawdę dzieci, to sam nie potrafię odpowiedzieć dobrze na to pytanie. Dlatego pozwólcie mi, że opowiem wam chociaż jak wyglądała z mojej perspektywy.

Opis obozu i okolicy

Kilkaset metrów od obozu znajdowały się domy niemieckich żołnierzy. Oczywiście odznaczonych wyższymi stopniami. Na początku wydawało mi się dziwne, że wszyscy mieszkali w domach otoczonych wysokimi murami lub ogrodzeniami. Wokół nich ciągle pojawiały się patrole z owczarkami niemieckimi. To wszystko miało ich strzec przed nami, a przecież nikt z nas nie chciał tam trafić. W ogrodach było można zauważyć bawiące się dzieci i kobiety śmiejące się przy stołach pod parasolami. Zaledwie kilkaset metrów od obozu pracy ludzie wiedli normalne szczęśliwe życie, jakby nieświadomi, a raczej obojętni na ludzką tragedię.

„Obieracze” mieli nawet okazję spędzać kilka godzin dziennie w tych posiadłościach. Obieraczami byli losowo wybrani więźniowie, którzy pomagali Niemcom w obowiązkach domowych. Niemcy mieli swoją służbę, ale ta zajmowała się tylko sprzątaniem i gotowaniem. Obieracze — jak łatwo się domyślić — zajmowali się przygotowaniem warzyw i owoców, dodatkowo podlewaniem ogrodów, rąbaniem drewna, czasami drobnymi naprawami. Co ważne, każdy oficer sam wskazywał kogo chce u siebie widzieć danego dnia. Czasem wzywali konkretną osobę, bo woleli sprawdzonego pracownika, innym razem ktoś trafiał tu za karę i zlecano mu ciężkie roboty, jak przenoszenie kamieni, czy czyszczenie dachu w ogromnym upale, bez dostępu do wody. Nie wolno nam było się odzywać, ani nawet patrzeć w stronę tych ludzi. Za takie zuchwalstwo groziły kary cielesne. Potrafili bić wszystkim, karabinami, patelniami, krzesłami. Bili nas wszystkim, co tylko było pod ręką.

Sam obóz otoczony był wysokim na pięć metrów ogrodzeniem. Nie dość, że było ono zabezpieczone drutem kolczastym oraz podłączone do prądu, to jeszcze została stworzona strefa śmierci. Miała ona osiem metrów szerokości i biegła wzdłuż całego obozu. Znalezienie się w niej oznaczało śmierć przez postrzał w głowę. Żołnierze znajdujący się na wieżach strażniczych nigdy nie potrzebowali więcej niż jednej próby, aby spełnić swoje zadanie. Za ogrodzeniem widać było bujną przyrodę, coś co dodawało nam otuchy, a jednocześnie wpędzało w depresję. Normalność, wolność, to wszystko było na wyciągnięcie ręki, a jednak niedostępne. Zabrano nam nawet to.

Wszystko w obozie można opisać słowami: smutne, ciemne, straszne, ponure. Baraki, ścieżki, kamienie, pasiaki. Żadnego elementu, który napawałby optymizmem. Blade, trupie twarze współwięźniów tylko utwierdzały nas w tej beznadziejnej sytuacji.

Obóz tak był zbudowany, że łatwo można było się schować. Najgorsze jednak, że nie chowaliśmy się przed strażnikami. Nie, my chowaliśmy się przed sobą! Ludzie mieli różne sposoby na zdobywanie jedzenia, mniej lub bardziej ryzykowne, a im lepsze jedzenie udało się komuś przemycić, tym bardziej musiał uważać, żeby go nie okradziono. W obozach praktycznie nie istniała współpraca, pomoc, empatia. Każdy martwił się o siebie, o to jaki przetrwać najbliższy dzień. Jak szczury w pośpiechu i skryciu przed innymi zjadaliśmy kawałki kiełbasy, sera, czy innych potraw, które były w codziennym posiadaniu Niemców. My natomiast najczęściej dostawaliśmy kromkę często suchego chleba i zupę, która była czymś niewiele więcej niż wodą. Nie była to nawet połowa normalnej dziennej racji żywieniowej. A należy pamiętać, że duża część osób trafiała do obozu w stanie skrajnego wycieńczenia. Wiele godzin podróży bez jedzenia i picia. Byliśmy bardzo poupychani. Ludzie, którzy mdleli, nie mieli miejsca żeby upaść.

Do Dachau wraz z kilkoma setkami innych więźniów trafiłem w środku nocy. Wszędzie było ciemno, mrocznie i bardzo głośno. Ogromna ilość psów i strażników. Ostre światło lamp skierowane w naszą stronę sprawiało, że nic nie widzieliśmy.

Wyciągali nas na siłę i ustawiali w rzędach. Ludzie upadali na ziemię, byli szarpani, bici. Rozpoczęły się przeraźliwe krzyki, które zakłócały nawet własne myśli, zostały jednak szybko przerwane za pomocą wystrzałów. Najprawdopodobniej żołnierze strzelali w powietrze, ponieważ nikt nie był ranny.

Setki wygłodzonych, spragnionych i wystraszonych ludzi trzęsło się w ciemnościach. Usłyszeliśmy przez megafon, że trafiliśmy do obozu pracy w Dachau, że będziemy tu ciężko pracować, ale będziemy również za tę pracę sowicie wynagradzani. Praca jest wyzwoleniem dla ciała i umysłu, a kto będzie żył zgodnie z tą zasadą będzie czuł się dobrze w obozie. Już wtedy wiedziałem, że to kłamstwo, świadczyła o tym sama forma podróży do tego miejsca. Co dziwne, na wielu twarzach malowała się nadzieja, że to jednak prawda, że czeka nas tu normalne życie.

Kobietom i dzieciom kazali przejść na prawą stronę, podczas gdy mężczyznom, w tym mnie, na lewą.

— Z uwagi na epidemię panującą w wielu obozach, zostaniecie wysłani do łaźni. Tam będziecie musieli się dokładnie umyć, wszystkim zostaną obcięte włosy, a na koniec czeka na was ciepły posiłek — tymi słowami komendant obozu sprawił, że dużo część grupy się uspokoiła.

Zaczęliśmy iść zgodnie z kierunkiem wskazanym przez żołnierzy. Po kilkudziesięciu metrach grupy zostały rozdzielone.

Pierwsze słowa które usłyszeliśmy po przekroczeniu bramy obozu brzmiały:

— Wy śmierdzące zwierzęta, ustawić się w dwuszeregu, bo zacznę strzelać.

Moją przewagą było to, perfekcyjnie że znałem język niemiecki. W końcu na co dzień mieszkałem w Berlinie. Większość przybywających więźniów nie miała tyle szczęścia. Bez znajomości nawet najprostszych zwrotów musieli obserwować i naśladować to, co robią inni. W końcu, gdy udało nam się ustawić zgodnie z rozkazem, Niemcy zaczęli nas traktować jak psy, albo i gorzej. Kilka serii przysiadów, czy podskoków, które miały tylko pokazać nasze miejsce. Jeżeli ktoś nie wykonywał ćwiczeń lub wykonywał je źle kończyło to się uderzeniem karabinem w brzuch lub głowę.

Wystąpienie „powitalne” zakończono słowami:

— Nie macie żadnych praw, zależy od was tylko to, kiedy zginiecie. A śmierć będzie wybawieniem.

Następnie wpuścili nas do budynku w którym znajdowało się kilka pomieszczeń z biurkami. Po kolei spisywali dane każdego z nas. Imię, nazwisko, zawód.

Zawsze padało pytanie: Czy rozumiesz czemu tu trafiłeś? Już w tym momencie było można określić, kto długo nie wytrzyma w obozie. Najważniejszą zasadą było nie prowokować strażników. A o taką prowokację było bardzo łatwo. Wystarczyło źle się spojrzeć lub krzywo stanąć. Osoby, które odpowiadały, że znalazły się w tym miejscu przez pomyłkę dostawały srogą lekcję w postaci kilku uderzeń i kopnięć. Znajdowali się również tacy, którzy mieli odwagę, a może byli na tyle głupi, że wykrzykiwali: „Niemcy przegrają te wojnę!” oraz inne podobne hasła. Owi śmiałkowie zazwyczaj już następnego dnia żegnali się z życiem.

Pytanie o zawód miało bardzo duże znaczenie w kontekście dalszych losów w obozie.

Ja miałem to szczęście, że byłem kucharzem. Więc od razu zamiast na ciężkie roboty przenieśli mnie do kuchni. Mogłem odetchnąć z ulgą. Nie była to łatwa praca, ale na pewno lżejsza niż mordercze noszenie kamieni oraz mniej kontrolowana przez strażników. Mieliśmy możliwość rozmawiania, czasem nawet pośmiania się i co najważniejsze — dostęp do jedzenia. Mimo, że było skrupulatnie liczone, zawsze dało się coś na szybko przegryźć, czasem nawet przemycić. Dzięki temu nie byłem skazany na śmierć głodową, z którą codziennie mieliśmy styczność w obozie.

Po wyjściu z budynku czekała nas kolejna porcja ćwiczeń. Następnie wskazali nam bramę przez którą mamy przejść. Na dworze było ciepło, ale wiał silny wiatr. Po przejściu kilkudziesięciu metrów kazali nam zdjąć ubrania.

Po środku placu, gdzie znajdowało się około 10 starych drewnianych krzeseł, na których więźniowie z poprzednich przydziałów obcinali włosy nowo przybyłym. Czekało nas ważenie i mierzenie. Wtedy po raz pierwszy spotkałem Kapo. Jak się potem okazało to także byli więźniowie, ale ubrani inaczej niż reszta — na czarno. Byli pośrednikami między strażnikami, a więźniami. Pomagała im w tym znajomość przynajmniej dwóch języków, w tym obowiązkowo niemieckiego. Byli oni tak samo bezlitośni, a może nawet gorsi niż strażnicy. Ci, którym udało się przetrwać pierwszy etap, co tylko pokazuje z jakim horrorem ludzie mieli okazje się mierzyć, trafiali do łaźni. Spędziliśmy tam dosłownie chwilę. Najpierw będąc zanurzani w śmierdzącym płynie, który miał zapobiec rozprzestrzenianiu się chorób, następnie kilka sekund pod prysznicem z lodowatą wodą. Na końcu każdym z nas otrzymał swój przydział, czyli ubranie, zwane pasiakiem, dziurawe skarpetki, prymitywne buty, czapkę i miskę.

Po ubraniu się otrzymaliśmy miejsce w jednym z 32 drewnianych baraków. Jeden z nich przydzielony był specjalnie dla osób duchownych, nosił nazwę Priesterblock. Na terenie obozu znajdował się również blok więzienny, czyli budynek z długim korytarzem wzdłuż którego mieściły się cele. Trafiali tam głównie więźniowie oskarżeni o konspiracje, plany ucieczki, kradzieże.

W każdym baraku znajdowały się izby, toalety i umywalnie. Miejsca do spania były wyliczone dla 200 osób.

Charakterystycznymi budynkami obozu były także barak szpitalny do którego trafiali chorzy więźniowie oraz bunkier, czyli miejsce przesłuchań. Więźniowie bardziej bali się trafienia do bunkra niż śmierci. Przesłuchanie wiązało się bowiem ze skrajną przemocą fizyczną, spotkaniem z prawdziwym sadystą. Pozostałe budynki to kuchnia, pralnia oraz magazyn odzieży.

Pomimo faktu, że obozowy szpital był bardzo dobrze wyposażony, staraliśmy się go unikać jak ognia. Wejście do niego było jak gra na loterii, nigdy nie wiedziałeś, czy zaczną leczyć, czy prowadzić na tobie okrutne eksperymenty

Jeżeli chory miał szczęście i trafił do grupy wymagającej leczenia, nie mógł niestety liczyć na wykwalifikowany personel. Zgodnie z rozporządzeniem obozowym osoby z wykształceniem medycznym miały zakaz wstępu, a nawet udzielania porad dotyczących leczenia. Tak więc trafiając do łózka szpitalnego byłeś zdany na murarza, piekarza, czy malarza.

Taka sama sytuacja panowała przy każdej zleconej pracy. Przy uprawie roślin nie było żadnego rolnika, chociaż w obozie były ich setki, żaden stolarz nie pracował przy drewnie, jedynymi wyjątkami była kuchnia, gdzie pracowali kucharze, oraz zakład krawiecki, gdzie pracowały szwaczki.

Zapewne było to spowodowane faktem, że w obozie zależało na szybkim przygotowaniu i wydaniu posiłków oraz na codziennym recyklingu pasiaków.

Hierarchia obozowa

Najważniejszą osobą w obozie był komendant, oczywiście należący do SS.

Bezpośrednio po nim władze sprawował Lagerfuhrer, w Dachau było ich czterech, zmieniali się co 6 godzin. Do tego był Raportfuhrer, który odpowiadał za sprawdzenie stanu więźniów podczas rannego i wieczornego apelu oraz Arbeitsdienstfuhrer, którego rolą było przydzielanie zadań dla więźniów.

Wszyscy z dokładnością równą perfekcji sprawdzali, czy więzień odnosi się do nich z odpowiednią postawą, oddawanie honorów było rzeczą całkowicie naturalną.

Wiązało się to zarówno z faktem wykonywania każdego polecenia wydanego przez członka SS, ale również na zdejmowaniu czapki za każdym razem, kiedy też przechodził obok, a zdarzało się to bardzo często.

Dodatkowo istniała również odpowiednia drabinka władzy wśród więźniów. Najważniejszą osobą był Lageraeltester, który teoretycznie miał wgląd we wszystkie sprawy obozowe, jednocześnie nie posiadając jasno określonych obowiązków. Przede wszystkim decydował o awansach więźniów na wyższe stanowiska.

Lagercapo decydował o kwestiach wewnętrznych obozu, mógł zwoływać apele, zarządzać dodatkowe prace, stójki, głodówki. Decydował w dużym stopniu o losie ludzi uwięzionych za ogrodzeniem.

Blockaeltester czyli blokowi. Każdy z nich rządził swoim barakiem, dodatkowo wyznaczając sobie czterech pomagierów w kontrolowaniu poszczególnych izb mieszkalnych. Izbowi, czyli Stubeaeltester, byli zazwyczaj najbrutalniejszymi, najgłupszymi osiłkami w obozie. Służyli oni jako posłuszna broń w rękach wyżej postawionych więźniów, praktycznie bez możliwości awansu.

Zwykli więźniowie byli podzieleni na osiem grup, każda oznakowana innym winklem.

Ja jako osoba pochodzenia żydowskiego musiałem sobie naszyć symbol złożony z dwóch trójkątów nałożonych na siebie, żółtego i czerwonego.

Czerwony trójkąt oznaczał więźniów politycznych, partyzantów, Polaków i Rosjan.

Trójkąt zielony skierowany do doły był przeznaczony dla osób po wyrokach odbytych w więzieniach. Skierowany ku górze oznaczał osoby kilkukrotnie skazywane.

Fiolet przeznaczony był dla księży i innych osób duchownych, róż oznaczał homoseksualistów, czarny trójkąt otrzymywali cyganie, a ostatnim symbolem był czerwony prostokąt informujący, że więzień jest zakładnikiem.

Życie w obozie

Wprowadzenie

— Pozwolicie dzieci, że na chwilę przerwę opowiadanie, zaraz wrócę — powiedział Tomasz, po czym wstał i powoli, chwiejnym krokiem podszedł do korytarza. Za drzwiami obrócił się w prawo i spojrzał na stojącą zaledwie kilka kroków od niego kobietę.

— Czy nie łatwiej byłoby wejść do środka? — zapytał Tomasz delikatnie się uśmiechając.

Kobieta zarumieniła się na policzkach po czym szybko odpowiedziała:

— Ja przepraszam, nie chciałam podsłuchiwać, ale Pan tak ciekawie mówi… — spuściła wzrok — moi dziadkowie też byli w obozie, ale nigdy nie chcieli mi nic o tym opowiedzieć.

— To straszna historia młoda damo — odpowiedział Tomasz — nie każdy chce do niej wracać, ale jeżeli jesteś ciekawa to przyłącz się do nas.

Kobieta w szlafroku nieśmiało ruszyła za Tomaszem do jego pokoju.

— Na czym to skończyliśmy dzieci?

— Opowiadałeś o SS i barakach dziadku — przypomniała Zosia

— Ach tak, masz rację moja droga. Czy macie jakieś pytania do tej części?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 30.66