E-book
6.83
Phenomen

Bezpłatny fragment - Phenomen


4.6
Objętość:
685 str.
ISBN:
978-83-8221-639-4

Dedykacja:

Książkę dedykuję wszystkim ludziom, którzy pomogli mi w jej ukończeniu. Jednocześnie chcę im tutaj podziękować za to co dla mnie zrobili.

 Anna Tkaczyk — Za przeczytanie książki, wszystkie sugestie jakie mi podsunęłaś i skontaktowanie mnie z recenzentami. Przy okazji, pozdrów Kaję ;)

 Aleksandra Zdenicka — Za ciepłe słowa, motywację i podtrzymywanie na duchu.

 Dominika i Andrzej Gołąb oraz cała ich rodzina — Za wspieranie mnie zarówno podczas pisania jak i w życiu codziennym.

 Gwiazdka — Podziękowania za pomoc w stworzeniu fabuły i postaci, a także przeprosiny.

 Ireneusz Janus — Za wykonanie zdjęć na fanpage oraz przeczytanie pierwszych wersji książki.

 Kacper Beda — Za przeczytanie moich wypocin i wytykanie błędów. Dług spłacony ;)

 Mateusz Kocaj — Za wspólne granie i nieświadome podsuwanie mi pomysłów.

 Nikola Haręża — Za dogłębną recenzję, oraz spędzenie kilku dobrych tygodni na komentowaniu tekstu, oraz pokazanie i wspólne poprawienie błędów.

 Paweł Kuś — Za ilustracje oraz mapy, dzięki którym łatwiej będzie się odnaleźć w Nowym Świecie.

 Sławomir Franc — Za pomoc radą i doświadczeniem. Poświęcenie mi swojego czasu oraz danie mi na tacy tego co niezbędne do wydania książki.

 Szczepan Wawro — Za wspaniałą okładkę, jeszcze się do ciebie zgłoszę w tej sprawie ;)

 Zastępowi recenzentów, czyli: Izabeli Bazyk, Izabeli Elżbiecie, Joannie Dziekiewicz, Klaudii Szmyt, Aleksandrze Adamskiej, Renacie Matuszak, Sandrze Nowak.

Ponadto podziękowania należą się wszystkim tym których spotkałem na swojej drodze i którzy nawet nieświadomie podsunęli mi pomysły na postacie, charaktery i różnego rodzaju wydarzenia. Są to osoby mi bliższe lub dalsze, a nawet takie które kiedyś zwyczajnie minąłem na ulicy. Wliczają się tu również twórcy muzyki, zwłaszcza tej z gatunku nightcore, dzięki której przyjemniej spędzało się czas przed laptopem.

Dziękuję za wszystko ;))

Rozdział 1
Nowy Świat

— Jak to wygląda? — spytał Blady.


Jedyną odpowiedzią, jaką otrzymał, było pokręcenie głową przez kukłę, który stał na drugiej grobli, kawałek dalej. Nieco dziwne zachowanie, zwłaszcza dla kogoś tak wygadanego jak on. Pewnie był już znudzony, a może nie chciało mu się wrzeszczeć na całe gardło?


Ale przecież nie musiał. Głos świetnie niósł się po powierzchni wody. Nawet teraz, kiedy jej kolor zmienił się na stalowoszary, bardziej przypominający płynny metal niż ciecz dającą życie na Ziemi.


— Cholera, znów to samo — powiedział tym razem już do siebie.


— Spokojnie. — Diabeł poklepał go po ramieniu.


Blady poczuł na sobie jego dotyk pomimo grubej warstwy pancerza.


— Może powinniśmy pójść dalej? — dodał po chwili.


Dowódca zatrzymał się i obrócił, patrząc na swego kompana.

Tak jak każdy z nich Diabeł miał na sobie ten sam, stalowoszary hełm, którego zapięcie boleśnie wbijało się w brodę. Ponadto, twarz chronioną przez ściśle przylegające, gumowe oblicze maski, z możliwością doczepienia filtropochłaniacza. Szyję zakrywał wysoki, gruby kołnierz czarnej koszuli, natomiast na klatce piersiowej spoczywała kamizelka z drucianym szkieletem. Taki pancerz bronił swojego właściciela przed wszystkim, na co ten mógł natrafić w dziczy. Dobrze się w tym sprawdzał, jednak obce mu było pojęcie komfortu. Jego taśmy wrzynały się w ciało, sprawiając, że nie dało się go nazwać wygodnym, ale przynajmniej od razu przypominał użytkownikowi o tym, co czeka go na wypadzie. Przeciwieństwem pijącej kamizelki były grube bojówki o ciemnej barwie, których kieszenie potrafiły pomieścić wiele przydatnych gadżetów, mających ułatwić ich użytkownikowi przetrwanie poza cywilizacją. Prawdziwym majstersztykiem były natomiast buty. Wykonane z prawdziwego rarytasu w Nowym Świecie, czyli skóry. Sprawiały, że gdy człowiek je wkładał, od razu chciał przejść kilka kilometrów. Były wygodne i trwałe do tego stopnia, że niestraszne im było nic, co dzicz była w stanie przeciw nim rzucić.


— Gdzie dalej? — warknął podenerwowany. — Gdzie dalej?! — powtórzył jeszcze głośniej. — Na zachód? Na północ? Da się w ogóle dojść jeszcze dalej?


Diabeł wzruszył jedynie ramionami, dając jednocześnie znak, że wycofuje się z rozmowy. Blady to zrozumiał i kontynuował marsz. Postanowił przejść jeszcze parę kroków, w końcu nie na darmo szli tutaj te kilka dni, nadstawiając karku i żegnając się z towarzyszami. Kilka metrów na pewno im nie zaszkodzi, a kto wie? Może po drugiej stronie grobli znajdą to, po co przemierzyli tę drogę?


No właśnie, drogę. Była długa, męcząca i nie obyło się bez ofiar. Z całego oddziału została tylko ich trójka. Amunicja również się kończyła. Co prawda mięśnie mówiły im, że mają jej aż w nadmiarze, lecz w rzeczywistości, starczyłoby jej jedynie na jedno większe starcie, a przecież trzeba jeszcze wrócić. Wszystko to sprawiało, że żaden z nich nie tryskał entuzjazmem. Morale leciało na łeb na szyję po każdym kroku. Wszyscy byli zmęczeni i mocno zastanawiali się nad tym, czy lepiej już by nie było strzelić sobie kulki w łeb, niż wracać tam, skąd przybyli.


Dlatego właśnie Blady martwił się o Diabła. Tak, pod tą gumową maską na pewno wciąż skrywał się szeroki uśmiech, a sam głos jego przyjaciela bynajmniej nie sprawiał wrażenia, jakby humor nie dopisywał jego właścicielowi, ale on go znał. Wiedział, że ten uśmieszek i wtrącane do rozmów żarty, które mu się chyba nigdy nie kończyły, były jedynie przykrywką do tego, co w nim siedzi. Miał depresję. Już nieraz całował się z lufą pistoletu. Nieraz, Blady musiał wyciągać go z pijackiego szału w kantynie. Chujowy towarzysz broni podczas wypadów? Może i tak, ale dowódca wiedział, że w ich szeregach zdarzali się gorsi. Poza tym, był jego przyjacielem od lat. Wolał już od czasu do czasu użerać się z nim niż z którymś z idiotów, których nigdy przecież nie brakuje.


Kukła, widząc, że jego kompani ruszają dalej, zdjął rozpylacz z ramienia i pewnym krokiem szedł groblą, wciąż lustrując najbliższą okolicę. Diabeł i Blady ubezpieczali się nawzajem, wodząc naokoło lufami swoich tarków, czyli czegoś, co dawniej można by było nazwać pistoletami maszynowymi. Razem deptali sprężotrawę, roślinę o grubych, spiralnych łodygach. Miażdżyli jej zardzewiałe źdźbła podeszwami ciężkich buciorów i brnęli dalej przed siebie, zostawiając za swoimi plecami ruiny jakichś drewnianych zabudowań.


Każdy postawiony krok przybliżał ich do ściany drzew na drugim brzegu. Widzieli ich chude pnie, owinięte błyszczącą, aluminiową folią, a także głośniki, które nieudolnie próbowały udawać sęki. Nieco wyżej, wśród gałęzi porośniętych papierem ściernym, wiły się miedziane kable, zaizolowane gumą i przypominające potężną porcję spaghetti.


Gdy podeszli nieco bliżej, mogli już dojrzeć żarówki wystające spod całej tej masy przewodów. Te szklane bulwy zwyczajnie wyrastały z aluminiowej kory, myśląc, że są owocami tego drzewa i że zamiast zwykłego żarnika mają w sobie nasionko, które w przyszłości ma dać początek nowej roślinie.


Blady szybko się opamiętał i oderwał od nich wzrok, rugając się w myślach za to, że zamiast skupić się na otoczeniu, podziwia florę Nowego Świata.


Przecież nie po to tu przybyli. Mieli szukać ocaleńców. Innych ludzi, którzy przeżyli Phenomen — katastrofę winną tego, jak wygląda współczesny świat. Niestety, wyprawy ich oraz innych zwiadowców, choć z początku bardzo owocne, od kilku lat nie przynosiły żadnego efektu. Grupy rozpoznania zapuszczały się już coraz dalej na niezbadane tereny, pełne dzikiej fauny i niebezpiecznej flory Nowego Świata, stworzonej przez kataklizm. Owszem, znajdowano ciekawe miejsca, takie jak dawne garaże, sklepy, hurtownie i magazyny, zwane monumentami Dawnego Świata, którego wspomnienia zatarły się już w głowach ocalałych. Takie budynki zawsze pełne były przydatnych materiałów i surowców niezbędnych do dalszego przeżycia. Na ich nieszczęście, nie natrafiano na nic innego. Żadnych ludzi. Żywych czy też martwych, a to bardzo negatywnie wpływało na morale wszystkich grup oraz reszty ocaleńców.


Jakby tego było mało, żadna z dotychczasowych prób dopasowania okolicznych terenów do znalezionych map nie powiodła się. Nikt nie miał więc pojęcia, gdzie konkretnie się znajdują i czy w ogóle wciąż przebywają na tej samej planecie. Zupełnie tak, jakby katastrofa przeniosła ich w inne miejsce albo przemaglowała cały świat z góry na dół.


Jednak pomimo tego wszystkiego nie poddawano się. Wysyłano i tworzono kolejne grupy zwiadowcze, opracowywano nowe technologie, pilnowano, aby gatunek ludzki przetrwał, rozmnażał się i rozwijał. I przez pewien czas wszystko szło gładko. Dopiero potem Nowy Świat zaczął się bronić przed ekspansją dawnych lokatorów.


Rzeczy, o których opowiadali zwiadowcy… Wciąż mutujące zwierzęta, jakie spłodził Phenomen, a ziemia nosiła na swojej powierzchni. Dziwne rośliny i zjawiska, o których nikt wcześniej nie słyszał, jasno dawały do zrozumienia, że jeśli gatunek ludzki szybko nie wymyśli czegoś, aby znów stanąć na nogi i ponownie zostać tym królującym w przyrodzie, to w oczach Nowego Świata będzie tym, czym dinozaury dla Dawnego. Zwykłą pamiątką, zagrzebaną w warstwach ziemi. Kolejną epoką, która tylko czeka, aby ktoś odkopał ją z fundamentów czasu i wyeksponował w muzeum.


— Zaczekaj — odezwał się Diabeł.


Blady momentalnie stanął w miejscu, zupełnie jakby dostał paraliżu. Pewniej ścisnął tarka i wytężył wzrok w poszukiwaniu niebezpieczeństwa.


— Co jest? — spytał po chwili, gdy zobaczył, że jego kolega nie robi tego co on, lecz patrzy tępo na groblę z Kukłą.


— On chyba coś widzi.


— Co? Ludzi? — nadzieja wręcz wylewała się z jego ust.


Wtedy też do jego uszu doszedł powolny odgłos odciągania zamka rozpylacza i szuranie metalowych szczudeł Kukły.


— Nie — odparł szybko Diabeł i momentalnie przystawił tarka do ramienia, celując gdzieś między ich kompanem na drugiej grobli a żyletkokrzewem na brzegu.


Blady dopiero teraz zdał sobie sprawę, że przez dłuższy czas zmierzali do istnej ściany tych pełnych ostrych brzytew zarośli i jak niedoświadczone żółtodzióby nawet nie pomyśleli o zachowaniu ostrożności. Zanim zdążył się skarcić w myślach i nawrzucać sobie od najgorszych, zaryczał rozpylacz. Kanonada ołowianych pocisków z ciężkiego karabinu maszynowego ruszyła w stronę zagrożenia skrytego za krzakami. Wszystkie te metalowe pociski poleciały przed Kukłę, ryjąc ziemię jak miniaturowe krety z ADHD po kawie.


Cokolwiek tam było, doświadczyło olbrzymiej mocy rozpylacza. Niestety, wcale nie rozwiązało to problemu. Cała trójka usłyszała charakterystyczny dźwięk, coś jak chrupanie połączone z pękaniem metalu.


— Kurwa — podsumował Blady.


Potem zryty przez rozpylacz kawałek grobli dosłownie eksplodował lawiną rdzy, rur oraz betonowych kawałków. Po chwili z powstałej w ten sposób chmury pyłu wyskoczyły brązowe, obrośnięte miedzianym pancerzem stwory.


— Mrowiki! — krzyknął Diabeł, ale nie odpowiedział ogniem.

Czekał.


Metrowe potworki z kilkudziesięcioma, metalowymi odnóżami ruszyły w stronę Kukły, wyciągając do niego ręce z gwoźdźmi zamiast szponów i otwierając paszcze pełne szpilek. Jego towarzysze na drugiej grobli doskonale widzieli, jak mrowiki wlepiają łakome spojrzenia swoich ogromnych, szklanych oczu w ich kolegę, jednak wstrzymywali się z użyciem tarków, pozwalając dać rozpylaczowi solowy koncert. Kukła, z uśmiechem na ustach, nacisnął spust, a jego karabin ryknął na całe gardło, zagłuszając śmiech swojego operatora i pokrywając ołowiem jeszcze większy obszar grobli, dziurawiąc ją i wzbijając obłoki kurzu. To jednak nie wystarczyło, aby powstrzymać nadciągającą, miedzianą śmierć. Fala monstrów Nowego Świata się nie kończyła. Coraz więcej wychodziło ich spod ziemi pomimo deszczu rozgrzanego metalu i z wściekłością szarżowało na agresora, który śmiał zakłócić ich spokój.


— Już? — spytał Diabeł.


— Chwila — odparł Blady, mocując na grobli śrubnik.


— Teraz? — w jego głosie dało się słyszeć niepokój.


— Jeszcze drugi. — sięgnął do plecaka.


— Zaraz go zeżrą! — krzyknął, pogrążony w panice.


Słysząc to, Blady zerwał się jak oparzony, trzymając w ręku żeliwny dysk, aby następnie pędem rzucić się do brzegu, z którego przybyli. Gdy tylko przebiegł pod lufą kolegi, schylając się przy tym jak najniżej, dał mu znak, że może zaczynać. Nie trzeba było długo czekać na reakcję. Diabeł odciągnął zamek. Teraz nie było już odwrotu. Pistolet zaczął wypluwać z siebie ołowiane pszczoły, przerabiając owady na durszlaki. Zwiadowca nie stał jednak w jednym miejscu, prując do mrowików. Biegł za Bladym, wciąż celując w chmarę i jednocześnie starając się ubić jak najwięcej z nich.


Nie oznaczało to jednak końca ich kłopotów.


Wraz z oddaniem pierwszego strzału przez Diabła ich grobla również stała się celem inwazji monstrów. Wyskoczyły one spod ziemi, wyrywając przy tym kable oraz żyletkokrzewy i pędząc ku drużynie na złamanie karku.


Właśnie na taką ewentualność potrzebny był im śrubnik. Zanim owady zdołały się do niego zbliżyć, uzbrojony ładunek zareagował na mocniejsze drgania i wybuchł, rozsiewając dookoła jeszcze większą fontannę ziemi oraz żelaznej wody, która wystrzeliła na jakieś dziesięć metrów w górę, przy okazji całkowicie niszcząc jedną groblę i odcinając mrowikom dostęp do dwójki ludzi.


Problem nadal miał jednak Kukła. Pomimo tego, że zaczął się wycofywać, wciąż obsypując przeciwnika metalem, monstra Nowego Świata ani myślały przestać.


Wręcz przeciwnie.


Im więcej miedzianych ciałek posiekał rozpylacz, tym zacieklej pędziły ku swej ofierze, zupełnie tak, jakby to chęć mordu i pomszczenia braci pchała je do przodu.


— Rzucam! — krzyknął Blady i szarpnął za linkę wystającą ze śrubnika.


Urządzenie momentalnie wydało z siebie zgrzyt, po czym jego spód, zrobiony z ostrza piły tarczowej, zaczął się obracać, wyrzucając z siebie kłęby brunatnego dymu. Kiedy dźwięk maszyny dotarł do uszu Kukły, ten momentalnie padł na ziemię i przygotował się na eksplozję. Po kilku zgrzytnięciach ładunek, wyglądający jak freezbee na sterydach, doleciał na miejsce i wgryzł się w grunt zębami piły. Potem zawarczał, zatrząsnął się i pożegnał część mrowików oraz kawałek brzegu przy pomocy zrobionego z nich konfetti. Niedobitki potworów zostały jeszcze poczęstowane ołowiem z rozpylacza i po chwili zapadła głucha cisza.


Korzystając z okazji, cała trójka pobiegła tam, skąd rozpoczęła swój marsz, czyli do drewnianych ruin na brzegu, gdzie zdyszani po morderczym biegu i z drżącymi rękoma zebrali się w zwartą grupę.


— Myślisz, że mrowiki zajęły się tutejszymi? — Blady spytał o to Kukłę, wskazując na miejsce, gdzie przed chwilą znajdowała się jeszcze chmara owadów.


— Nie mam pojęcia. — pokręcił głową, nabierając powietrza w płuca i wydychając je z rozkoszą. — Ale posiekało się ich, jak trza było. Już się bałem, że nudno będzie.


Na dowód swej satysfakcji pogładził rozpylacz po osłonie wciąż dymiącej lufy.


— Co się stało ze wszystkimi ludźmi? — powtórzył dowódca, rozglądając się dookoła. — Gdzie się podziali?!


— Może horda się nimi zajęła? — spytał operator rozpylacza, zapalając skręta od rozgrzanej do czerwoności lufy.


Blady obdarzył go jedynie zimnym spojrzeniem, jednak nic nie odpowiedział, co dało Kukle pole do popisu.


— Ale może nie jest aż tak źle. Może po prostu pamiętają czas Rokoszu i się przed nami chowają? — trzymając papierosa w zębach, zwinął dłonie w tubę i zaczął krzyczeć: — Hop, hop! Słyszycie nas?! Jesteśmy tymi dobrymi! Nie chcemy was wyrżnąć!


— Chłopaki… — Diabeł odwrócił się w stronę grobli.


Dowódca go jednak zignorował. Zbyt mocno skupiał się na Kukle. Doskonale wiedział, że ten gigant z metalowymi szczudłami zamiast kończyn tylko czeka, aby rozpocząć z nim kłótnię. Uwielbiał się droczyć i denerwować innych. Wolał więc zmierzyć go wzrokiem i ze zniecierpliwioną miną poczekać, aż olbrzym skończy tę dziecinadę.


— Szefie…


— Nic. — kolos wzruszył ramionami. — Być może ich tu nie ma — zachichotał i umilkł. Najwyraźniej znudziła go ta zabawa.


— Przecież muszą…


— Kurwasz mać! — wrzasnął Diabeł, jednocześnie przeładowując tarka i przyciskając go do ramienia.


Tego już nie mogli zignorować.


Swoje oczy, skryte za celownikami broni, momentalnie skierowali w miejsce, które wskazywał ich kompan, a to, co ujrzeli, sprawiło, że nogi się pod nimi ugięły. Po drugiej stronie zbiornika z metalem, tam, gdzie znajdowało się gniazdo mrowików, coś się ruszało. Na początku było to tylko zwykłe drżenie żyletkokrzewów, lecz potem zatrzęsła się cała ziemia, a drzewa zaczęły się przewracać we wszystkie strony niczym ogromne domino. Później w górę wzbiła się chmura szarej ziemi, przyozdobiona kurzem, rurami, a nawet wrakami aut i betonowych głazów, które do tej pory spoczywały pod grubą warstwą gleby. Gdy pył już opadł, oczom oddziału ukazał się ogromny mrowik, większy niż wszystkie, które do tej pory widzieli i zupełnie inny.


Był wielkości domu, miał cztery pajęcze nogi, wystające z miedzianego, lśniącego tułowia i szyję długą jak u żyrafy, którą zdobiła głowa niepokojąco podobna do ludzkiej, tylko że pokrywał ją mosiężny pancerz, a z paszczy sterczały krzywe, szpilkowe zęby.


— Co to jest?! — ryknął Kukła, a wraz z nim rozpylacz.

Seria pocisków powędrowała w stronę monstrum, lecz jedynie zarysowała miedziane płyty na tułowiu i szyi giganta.


— Wstrzymaj ogień! — krzyknął Blady, nawet nie spoglądając w stronę swojego towarzysza.


O dziwo, zdołał przekrzyczeć kanonadę rozpylacza, który już po chwili umilkł, pozwalając mu kontynuować wydawanie rozkazów.


— Do ruin.


Nikt jednak nie zareagował na wymamrotane polecenie. Obaj jego towarzysze stali jak kołki, wpatrując się w nadciągającą na nich falę śmierci z żuwaczkami.


— Powiedziałem, do ruin! — warknął, jednocześnie popychając ich bliżej opuszczonego miasta.


Salwując się ucieczką, spoglądał co chwila za siebie. Wiedział, że to go tylko spowalnia, jednak wątpił, aby którykolwiek z nich był na tyle szybki, aby uciec olbrzymiej bestii. Teraz musieli coś wymyślić, zaszyć się w lesie, znaleźć kryjówkę wśród rozpadających się ruder, obmyślić plan. Nie wiadomo kiedy na dachach otaczających ich budowli zaczęły siadać kolejne stwory. Na szczęście dużo mniejsze, podobne do poprzednich owadów, jednak dysponujące szklanymi skrzydłami. Machały nimi z niesamowitą prędkością, wydając przy tym charakterystyczny dźwięk, który bynajmniej nie pocieszał biegnących zwiadowców. Jakby tego było mało, kiedy tylko potwory zamknęły wokół nich swój pierścień, zaczęły pluć w ich stronę czymś, co śmierdziało, bulgotało i wyglądało na kwas. Kilka takich pocisków upadło niebezpiecznie blisko stóp oddziału, tworząc w ten sposób niewielkie, dymiące kałuże, w które lepiej było nie wdepnąć.


— Giń, paskudo! — krzyczał Diabeł, strzelając z mizera, półautomatycznego pistoletu, równie kanciastego, jak i niezawodnego.


— Padnij! — wrzasnął Kukła, ładując nowy magazynek do rozpylacza i odciągając zamek.


Żadnemu z nich nie trzeba było dwa razy powtarzać. Momentalnie położyli się na brzuchach, a następnie przekręcili na plecy, wyciągając z kabur półautomatyczne pistolety. Wtedy kolos na metalowych szczudłach nacisnął na spust, po czym zaczął kręcić się w kółko, obsiewając najbliższy teren ołowianym deszczem i eliminując robactwo. Obaj kompani pomagali mu przy tym, oddając bardziej celne strzały do leżących na ziemi niedobitków lub tych potworów, których jakimś cudem nie dosięgła aria rozpylacza.


— Czysto — powiedział, gdy wszelkie robactwo zostało strącone z nieba.


To jednak nie był koniec.


Ogromny mrowik nadal szedł ku nim, brnąc przez stawy z metalową wodą tak, jakby była to zwykła kałuża; co gorsza, na jego pancerzu zaczęły pojawiać się dziwne, sześciokątne otwory, podobne do tych na plastrach miodu. Niestety, pomimo znajomego wyglądu wcale nie wyciekała z nich ta słodka, złota substancja, lecz kolejne porcje latających owadów z tymi błyszczącymi, szklanymi ślepiami. Widok tej miedzianej chmury i szelest skrzydeł sprawiły, że przez plecy trójki zwiadowców przeszły zimne dreszcze, które następnie wsiąknęły w ich skórę, przegryzły mięśnie i powędrowały do serca, aby wstrzymać na chwilę jego pracę.


Blady rozejrzał się wokoło, szukając… sam nie wiedział czego. Chyba po prostu oczekiwał cudu. Zewsząd otaczały ich tylko próchniejące ruiny i stare rudery, gotowe rozpaść się przy mocniejszym podmuchu wiatru. Próżno było mieć nadzieję, że zdołają powstrzymać nacierający rój.


Nie mieli jednak innego wyjścia.


— Do środka — mruknął dowódca, wskazując najbliższy dom.


Nie różnił się on nadto od wszystkich innych. Przeżarte czasem bale drewna, pordzewiałe gwoździe i przegniły dach. To nie były typowe cechy najlepszego na świecie bunkra, lecz nad resztą okazów tutejszej architektury ten miał pewną przewagę — był nad wodą. Sterczące w bajorze pale utrzymywały go w miejscu, nie pozwalając opaść na dno, a co ważniejsze, dać mrowikom okazji na podkopanie się. Weszli tam, zanadto się nie spiesząc. Chyba powoli zaczęli godzić się z losem.


— Dobra — powiedział Kukła, zamykając za wszystkimi drzwi. — Fajnie było, ja lecę.


Wyciągnął z kabury na pasie mizera i przyłożył go do skroni.


— Nie, Kukła, czekaj! — Blady próbował go powstrzymać. — Może jeszcze da się coś zrobić.


— Powodzenia. — pokiwał głową. — Wolę to, niż być pocięty przez te ich żuwaczki.


Gdy skończył mówić, nacisnął spust, a ściana za nim momentalnie pokryła się czerwoną papką, zmieszaną z gęstą mazią, której koloru nie sposób było opisać.


— I chuj — podsumował Diabeł.


— Jak wyjdziemy stąd cali… to go zabiję — warknął.


— No… to masz jakiś plan? Czy też strzelamy sobie w łeb?


— Masz śrubniki?


— Dwa — potwierdził.


— A granaty?


W ramach odpowiedzi Diabeł wskazał jedynie na trupa Kukły i przewieszony przez jego ramię pas z czarnymi puszkami.


— Wyciągaj śrubniki i ustaw opóźnienie.


To powiedziawszy, podbiegł do truchła z dziurą w głowie, zerwał mu z piersi ładunki i wrócił do towarzysza, który już wyłożył na ziemię dwa zębate dyski.


— Kaseton?


— Masz lepszy pomysł?


Bez dalszego gadania obaj przyklękli i zaczęli wkładać granaty do otworów na wierzchu śrubników.


Kiedy tylko skończyli, dach nad ich głowami zaczął trzeszczeć, pękać i rozpadać się na mniejsze elementy, aż w końcu pomiędzy belkami i dachówkami ukazały im się żuwaczki latających mrowików. Przecinały każdą rzecz, jaka stawała im na przeszkodzie, a sądząc po dochodzących z zewnątrz odgłosach, zrzucały je na ziemię, torując sobie w ten sposób drogę do zdobyczy.


— Zaraz zwalą nam ten budynek na głowę — stwierdził Diabeł.


— Jak tylko zobaczysz otwór, to rzucaj śrubnik — odparł Blady, wskazując na dach.


Na wspomniany otwór nie trzeba było długo czekać. Dosłownie po chwili żuwaczki mrowików przebiły dachówki na wylot, wpuszczając do środka pomieszczenia nieco bladego światła. Potem w stropie zaczęło pojawiać się coraz więcej takich dziur, aż zaczął on niebezpiecznie głośno skrzypieć.


— Wal w wodę! — krzyknął Blady, rzucając dyskiem i biorąc do ręki przewieszonego przez ramię tarka.


Diabeł zrobił to samo i chociaż przez moment szarpał się z linką od śrubnika, to już po chwili dołączył do swojego dowódcy, strzelając we wszystko, co znajdowało się nad ich głowami. Niestety, dziury wybite przez pociski, chociaż niewielkie, były czymś, czego stary dach nie mógł wytrzymać i bez jakiegokolwiek ostrzeżenia runął na dwóch strzelających zwiadowców. W tym samym czasie dyski wypluwające z siebie brunatny dym leciały już nisko nad taflą metalowej wody, delikatnie ją muskając, aż wreszcie sprężynowy mechanizm powiedział „dość” i kazał wyrzucić załadowane granaty, dając tym samym rozkaz do samozniszczenia. Oba śrubniki eksplodowały jednocześnie, a po nich również i ciemne, walcowate puszki. Efektem tego była wysoka na jakieś dziesięć metrów kolumna szarej cieczy, trafiająca prosto w podbrzusze kroczącego mrowika giganta. Oblepiła je i zastygła, spajając też nogi, które i tak ucierpiały podczas wybuchu. Czymkolwiek była ta substancja, nieosłonięty miedzią brzuch stwora musiał źle na nią zareagować. Doskonale informował o tym ryk bestii i jej bezskuteczne próby miotania się na wszystkie strony. Niestety, nogi nie mogły nawet drgnąć i szybko pociągnęły swojego właściciela ku ziemi, a gdy już to ogromne, owadzie cielsko wpadło do zbiornika, woda, wybita w górę przez nagłą eksplozję, zaczęła wracać na ziemię w postaci deszczu…


Owady najwyraźniej wiedziały, co to oznacza, i nawet nie próbowały już atakować. Po prostu stanęły w miejscu i spojrzały na opadający kapelusz wody. Kiedy pierwsze krople żelaznej cieczy dotykały powierzchni ich miedzianych pancerzy, one zamknęły oczy. W tej chwili Blady dostrzegł w nich małą iskierkę człowieczeństwa. Tę niewielką część, której nie zabrał z nich Phenomen. Zwyczajnie opuściły powieki, zupełnie jakby godziły się ze swoim losem i ze swoją śmiercią. Pod koniec zwiadowca nie był już pewien, czy to wyobraźnia płata mu figle, czy może dzieje się to naprawdę, lecz na twarzy jednego z nich, tego, który chciał już skoczyć do jego gardła, zauważył… smutek.


Potem świat zasnuła ciemność.


To Diabeł wygrzebał skądś duży kawał zawalonego dachu i osłonił ich obu przed tajemniczą substancją. Przez pewien czas panowała zupełna cisza, lecz po chwili do ich uszu doszedł najdziwniejszy głos, jaki mogła wydać z siebie śmierć. Słyszeli już wiele najróżniejszych jej śpiewów: huk eksplozji, terkot karabinu, krzyk rozszarpywanych ludzi czy też ich duszenie. Wszystkie te odgłosy wydawały im się normalne, a przynajmniej pasujące do czegoś takiego jak koniec życia.


Ale to?


Pośród otaczającego ich mroku usłyszeli tylko deszcz. Nie jak podczas burzy, ulewny i intensywny. Raczej zwykłą mżawkę, kapiącą jedynie kilka chwil, aby następnie odejść w zapomnienie. Ten łagodny dźwięk, który kojarzył im się z rozmazanym już wspomnieniem z Dawnego Świata, oznaczał, że w te okolice zawitał szkielet z kosą w dłoni. Rezultat spostrzegli dopiero, gdy zdołali zrzucić z siebie prowizoryczną osłonę z kawałków dachu.


Dookoła nich rozciągał się dziwny widok. Wszystkie mrowiki stały dokładnie tak jak przedtem, z tą różnicą, że teraz pokryte były tą szarą substancją przypominającą cynę. Oblepiała je ona ze wszystkich stron, zamykała w szczelnym kokonie i nie pozwalała choćby drgnąć. Nawet jeśli jeszcze żyły, to już niedługo. Zapewne powoli umierały z braku powietrza w swoich małych więzieniach. Jeżeli natomiast tlen jakimś cudem do nich dochodził, to czekała je śmierć głodowa. Podobnie skończyły również i te latające. Po kontakcie z substancją ich skrzydła straciły zdolność swobodnego ruchu, posyłając swych właścicieli w odmęty stawu bądź wprost na twardą ziemię, gdzie grawitacja zakończyła ich żywot. To wszystko wyglądało jak w muzeum. Jak wytopione z metalu posągi i statuy ustawione w pierścieniu wokół nich.


— Kurwa — stęknął Diabeł, co momentalnie wyrwało Bladego z zamyślenia.


— Co jest?


— Moja noga. — skinął głową na prawą kostkę.


Mieli problem.


Pech chciał, że fragment dachu, którym osłonili się przed stalową fontanną, nie wystarczył, aby zakryć ich całkowicie. To poskutkowało upadkiem paru kropel metalu na nogę Diabła, które oblepiły jego skórę. Żaden z nich nie wiedział, co powinni teraz zrobić. Nie mieli też pojęcia, jak ta dziwna substancja wpływa na ludzki organizm. Czy pozostawia po sobie tylko tę siwą plamę? Czy może się rozprzestrzenia i powoduje niszczenie organizmu? A może zmienia ludzi w mrowiki? Przecież te tutaj musiały jakoś powstać.


— Kłopotów ciąg dalszy — westchnął Blady, ściągając hełm z głowy.


Oparł się o zbutwiałą ścianę i rozczesał ręką gęste, przystrzyżone na jeża, brązowe włosy. Pomimo grubej, nylonowej rękawicy poczuł pot, który magazynował pod kaskiem już od dobrych kilku dni. Gdyby to była normalna sytuacja, zapewne siedziałby teraz nad swoim kompanem, próbując mu jakoś pomóc, jednak wiedział, że nie ma sensu się spieszyć. Nie miał przecież pojęcia, co robić w tej sytuacji, a do najbliższego szpitala mieli jakieś… no było daleko.


Postanowił więc wykorzystać te kilka chwil spokoju na zasłużony odpoczynek. Wreszcie jego blada skóra mogła odetchnąć, a on mógł poczuć na sobie chłodne powietrze, które ciągnęło od dziwnej wody oraz obryzganych przez nią mrowików. Wziął głęboki wdech, jednocześnie zamykając swoje niebieskie oczy i lekko zadzierając głowę ku górze.


Nie wiedział, ile czasu tak spędził. W Nowym Świecie, a zwłaszcza dla nich w dziczy, coś takiego nie miało najmniejszego znaczenia.


Oczy otworzył dopiero wtedy, gdy miał taką potrzebę, gdy poczuł, że powinien to zrobić. Wpatrywał się w zachmurzone sklepienie, pełne brązowych chmur. Potem spojrzał na Diabła, który robił dokładnie to, co on. Jego klatka piersiowa, skryta za fioletowo-czarnym, odrutowanym kombinezonem, unosiła się i opadała.


Czyli jeszcze żył.


Rude, sięgające skroni włosy, którym to zawdzięczał swoje imię, drgały na wietrze, niemalże całkowicie wtapiając się w bury krajobraz dziczy. Zupełnie tak jak jego zielone oczy, teraz ukryte pod powiekami.


Wystarczyło im tego relaksu.


Jednym, szybkim ruchem Blady zakrył głowę hełmem, naciągnął na siebie maskę i przeładował tarka. Potem szturchnął lekko Diabła i gestem nakazał mu gotowość. Tak jak i wtedy na grobli nie musiał powtarzać dwa razy. Jego towarzysz momentalnie chwycił kask, zapiął go pod brodą, sprawdził boczne i tylne ochraniacze, a na końcu zasłonił twarz taką samą, gumową maską. Już po chwili na dowódcę patrzyła para zielonych oczu, skryta za przyciemnianym okularem.


— Dobra, nic tu po nas — stwierdził Blady, oglądając ranę. — Posiedź chwilę i pilnuj, żeby jakieś inne cholerstwo nas tu nie zaskoczyło. Ja zajmę się sprzętem Kukły.


Gdy to powiedział, podszedł do zwłok. Wiele razy widział już coś takiego lub nawet gorsze rzeczy. Niektórzy ze zwiadowców wymyślali najróżniejsze sposoby, żeby się zabić. Począwszy od szubienicy, aż po skok z urwiska albo drzewa. Raz miał nawet do czynienia z odgryzieniem języka. Z tego, co słyszał, było to bardzo bolesne.


Postanowił o tym nie myśleć i wykonać robotę, jak najszybciej tylko mógł. Pierwszym, co w ogóle przyszło mu do głowy, był rozpylacz. Potężne i ciężkie działo zdolne zatrzymać niejedną bestię swoją siłą ognia wisiało sobie na plecach dwuipółmetrowego olbrzyma z żeliwnymi szczudłami na miejscu odciętych nóg i skomplikowanym mechanizmem zamiast ramion.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.