E-book
6.83
drukowana A5
47.96
Opowieść o dwóch miastach

Bezpłatny fragment - Opowieść o dwóch miastach


Objętość:
327 str.
ISBN:
978-83-8245-464-2
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 47.96

Księga pierwsza — Przywołay do życia

Rozdział I. Okres

Były to najlepsze czasy, to były czasy najgorsze, to był wiek mądrości, to był wiek głupoty, to była epoka wiary, to była epoka niedowierzania, to była pora Światłości, to była epoka pora Ciemności, to była wiosna nadziei, to była zima rozpaczy, wszystko mieliśmy przed sobą, nie mieliśmy nic przed sobą, wszyscy szliśmy prosto do Nieba, wszyscy szliśmy prosto w drugą stronę — krótko mówiąc okres był do tej pory podobny do obecnego, że niektóre z jego najbardziej hałaśliwych autorytetów nalegały na to, by został przyjęty, na dobre lub na złe, tylko w najwyższym stopniu porównania. Na tronie Anglii zasiadał król z wielką szczęką i królowa o gładkiej twarzy; na tronie francuskim zasiadał król z wielką szczęką i królowa o jasnej twarzy. W obu krajach było dla panów stanu bochenki i ryby jaśniejsze niż kryształ, że w ogóle sprawy zostały ustalone na zawsze. Był to rok naszego Pana tysiąc siedemset siedemdziesiąt pięć. Duchowe objawienia zostały udzielone Anglii w tym uprzywilejowanym okresie, tak jak w tym. Pani Southcott niedawno osiągnęła swoje pięć i dwudzieste błogosławione urodziny, o których proroczy szeregowiec ze Straży Życia zwiastował wzniosłe pojawienie się, ogłaszając, że poczyniono przygotowania do połknięcia Londynu i Westminsteru. Nawet duch z alei koguta został ułożony tylko przez okrągły tuzin lat, po rapowaniu jego wiadomości, gdy duchy tego samego roku ubiegłego (nadnaturalnie pozbawione oryginalności) zgrzytnęły ich.


Do angielskiej Korony i Ludu dotarły ostatnio same wiadomości w ziemskim porządku wydarzeń z kongresu poddanych brytyjskich w Ameryce: które, co dziwne, okazały się ważniejsze dla rasy ludzkiej niż jakiekolwiek wiadomości otrzymane dotychczas za pośrednictwem któregokolwiek z Brytyjczyków. kurcząt z wylęgu Cock-lane. Francja, ogólnie mniej uprzywilejowana w sprawach duchowych niż jej siostra tarczy i trójzębu, toczyła się z niezwykłą gładkością w dół zbocza, zarabiając papierowe pieniądze i wydając je. Pod kierunkiem swoich chrześcijańskich pastorów zabawiła się ponadto takimi ludzkimi osiągnięciami, jak skazanie młodzieńca na odcięcie rąk, wyrwanie mu języka obcęgami i spalenie żywcem ciała, ponieważ nie klęczał w deszcz, aby oddać cześć brudnej procesji mnichów, która przeszła w jego zasięgu w odległości około pięćdziesięciu lub sześćdziesięciu metrów. Jest dość prawdopodobne, że zakorzenione w lasach Francji i Norwegii rosły drzewa, gdy tego cierpiącego skazano na śmierć, już naznaczone przez Leśniczego, Los, aby zejść i zostać pociętym na deski, aby zrobić pewną ruchomą szkielet z workiem i nożem w środku, straszny w historii. Jest prawdopodobne, że w prowizorycznych przybudówkach niektórych rolników na ciężkich ziemiach sąsiadujących z Paryżem tego dnia były osłonięte przed pogodą prymitywne wozy, obrzucane wiejskim błotem, węszone przez świnie i grzebane w grzędach przez drób, który Farmer, Śmierć, już oddzielił się od siebie, by stać się jego zgubą Rewolucji. Ale ten Woodman i ten Farmer, chociaż pracują nieustannie, pracują cicho i nikt ich nie słyszał, gdy szli z przytłumionym krokiem: raczej, aby wzbudzić jakiekolwiek podejrzenie, że nie śpią, mieli być ateistyczni i zdrajcy.


W Anglii nie było prawie porządku i ochrony, które uzasadniałyby wiele narodowych przechwałek. Śmiałe włamania przez uzbrojonych mężczyzn i napady na autostradę miały miejsce w samej stolicy każdej nocy; rodziny były publicznie ostrzegane, aby nie wyjeżdżały z miasta bez przenoszenia mebli do magazynów tapicerów ze względów bezpieczeństwa; rozbójnik w ciemności był kupcem miasta w świetle i, rozpoznany i wyzwany przez swojego kolegę-kupca, którego zatrzymał jako „Kapitan”, dzielnie strzelił mu w głowę i odjechał; poczta została napadnięta przez siedmiu złodziei i strażnik zastrzelił trzy martwe, a następnie został zastrzelony przez siebie pozostałych czterech „w wyniku awarii jego amunicji:” Po której poczta został okradziony w pokoju; ten wspaniały potentat, burmistrz Londynu, został zmuszony do stanięcia na Turnham Green przez jednego rozbójnika, który splądrował wspaniałą istotę na oczach całej jego świty; więźniowie londyńskich więzień toczyli bitwy pod kluczami, a majestat prawa strzelał między nich garłaczami, załadowanymi kulami strzałów i piłek; złodzieje odcinali diamentowe krzyże z szyj szlachciców w salonach dworskich; Muszkieterowie udali się do St. Giles’s w poszukiwaniu towarów przemytu, a tłum strzelał do muszkieterów, a muszkieterowie strzelali do tłumu i nikt nie myślał o żadnym z tych zdarzeń zbyt często.


Pośród nich kat, zawsze zajęty i coraz gorszy niż bezużyteczny, był w ciągłej rekwizycji; teraz ustawiając długie rzędy różnych przestępców; teraz powieszenie w sobotę włamywacza, którego zabrano we wtorek; teraz palenie dziesiątkami ludzi na rękach w Newgate, a teraz palenie broszur u drzwi Westminster Hall; dziś, odbierając życie okrutnemu mordercy, a jutro nieszczęsnemu złodziejowi, który okradł chłopca rolnika z sześciu pensów. To wszystko i tysiąc podobnych do nich nadeszło i zakończyło się w ciągu drogiego starego roku tysiąc siedmiuset siedemdziesięciu pięciu. Otoczeni przez nich, podczas gdy Leśniczy i Rolnik pracowali niezauważeni, ci dwaj z wielkimi szczękami i dwaj pozostali z równiny i o pięknych twarzach kroczyli z wystarczającym poruszeniem i niosli swoje boskie prawa z wysoką ręką. W ten sposób tysiąc siedemset siedemdziesiąt pięć lat prowadziło swe Wielkości i miriady małych stworzeń — wśród pozostałych stworzeń z tej kroniki — wzdłuż dróg, które przed nimi znajdowały się.

Rozdział II. Poczta

To była droga do Dover, która w piątkowy wieczór pod koniec listopada znajdowała się przed pierwszą z osób, z którymi ta historia ma interesy. Droga do Dover leżała, jak dla niego, za pocztą z Dover, gdy szła w górę Shooter’s Hill. Wszedł na wzgórze po błocie obok poczty, podobnie jak pozostali pasażerowie; nie dlatego, że w tych okolicznościach nie lubili chodzić, ale dlatego, że wzgórze, uprząż, błoto i kolczuga były tak ciężkie, że konie zatrzymały się już trzy razy, poza tym pewnego razu przeciągnął powóz przez ulicę z buntowniczym zamiarem zabrania go z powrotem do Blackheath. Jednak lejce i bicz, woźnica i strażnik razem przeczytali ten artykuł wojenny, który zabrania innego celu zdecydowanie na korzyść argumentu, że niektóre brutalne zwierzęta są obdarzone Rozumem; a zespół skapitulował i wrócił do swoich obowiązków. Z opadającymi głowami i drżącymi ogonami przedzierali się przez gęste błoto, trzepocząc i potykając się między chwilami, jakby rozpadali się na kawałki na większych stawach. Tak często, jak kierowca odpoczywał i stawał na postoju, z ostrożnym „Wo-ho! więc-ho-wtedy!” blisko lider gwałtownie pokręcił głową i wszystko, co na niej — jak niezwykle dobitny konia, zaprzeczając, że trener może być wstałem na wzgórze. Ilekroć przywódca tak grzechotał, pasażer podskakiwał, jak zdenerwowany pasażer, i był zaniepokojony.


We wszystkich zagłębieniach unosiła się parująca mgła, która w swej rozpaczy wędrowała po wzgórzu jak zły duch, szukając odpoczynku i nie znajdując żadnego. Wilgotna i intensywnie zimna mgła, powoli przedzierała się przez powietrze w zmarszczkach, które widocznie podążały za sobą i rozchodziły się po sobie, tak jak mogą to zrobić fale niezdrowego morza. Było wystarczająco gęste, aby odciąć wszystko od światła lamp w wagonie, ale to było jego własne działanie i kilka metrów drogi; i unosił się w nim odór pracujących koni, jak gdyby to oni zrobili wszystko. Dwóch innych pasażerów, oprócz jednego, brnęło pod górę obok poczty. Wszyscy trzej byli owinięci do kości policzkowych i na uszach i nosili oficerki. Żaden z nich nie byłby w stanie powiedzieć na podstawie czegokolwiek, co widział, jaki był którykolwiek z pozostałych dwóch; a każdy był ukryty pod niemal taką samą ilością opakowań przed oczami umysłu, jak przed oczami ciała jego dwóch towarzyszy. W tamtych czasach podróżni bardzo obawiali się zachowania poufności w krótkim czasie, ponieważ każdy na drodze mógł być rabusiem lub sprzymierzyć się ze złodziejami. Co się tyczy tego ostatniego, kiedy każdy dom pocztowy i piwiarnia mógł wyprodukować kogoś z pensji „kapitana”, od właściciela do najniższego stabilnego nieopisu, to była to najbardziej prawdopodobna rzecz na kartach. Tak więc strażnik poczty z Dover pomyślał sobie, że tamtej piątkowej nocy w listopadzie tysiąc siedemset siedemdziesiąt pięć lat, wjeżdżając na Wzgórze Strzelców, stał na swoim własnym grzędu za kolczugą, bijąc się w stopy i trzymając oko i dłoń na klatce piersiowej przed nim, gdzie załadowany garłacz leżał na szczycie sześciu lub ośmiu załadowanych pistoletów konnych, ułożonych na podłożu z kordelasu. Dover poczta była w swoim zwykłym położeniu genialnego że strażnik podejrzewa pasażerów, pasażerowie podejrzanych siebie i strażnika, oni wszyscy podejrzewali u każdego innego, a woźnica był pewny, ale nic koni; co do tego, które bydło mógł z czystym sumieniem złożyć przysięgę na dwa Testamenty, że nie nadają się do podróży. „Wo-ho!” — powiedział woźnica.


„I wtedy! Jeszcze jedno pociągnięcie i jesteś na szczycie i niech cię diabli, bo miałem wystarczająco dużo kłopotów, aby cię do tego zabrać! — Joe!” „Halloa!” — odpowiedział strażnik. „O której godzinie to robisz, Joe?” „Dziesięć minut, dobrze, po jedenastej”. „Moja krew!” wytrysnął zirytowany woźnica „i jeszcze nie na szczycie Shooter! Tst! Tak! Ruszaj z tobą!” Koń z zdecydowaniem, ucięty biczem w najbardziej zdecydowanym negatywnie, zdecydował się walczyć o to, a trzy inne konie poszły w jego ślady. Po raz kolejny poczta z Dover szarpała się naprzód, z butami pasażerów ściskającymi ją u jej boku. Zatrzymali się, gdy autokar się zatrzymał i trzymali z nim bliskie towarzystwo. Gdyby którykolwiek z tych trzech miał dość twardości, by zaproponować drugiemu pójście trochę naprzód w mgłę i ciemność, postawiłby się na uczciwej drodze do natychmiastowego zastrzelenia jako rozbójnik. Ostatnia seria zaniosła pocztę na szczyt wzgórza. Konie zatrzymały się, by znów odetchnąć, a strażnik zszedł, żeby poślizgnąć się na kierownicy przed zjazdem, i otworzył drzwi wozu, by wpuścić pasażerów. „Tst! Joe!” — zawołał woźnica ostrzegawczym głosem, spoglądając w dół ze swojej loży. „Co powiesz, Tom?” Oboje słuchali. — Mówię, że zbliża się koń w galopie, Joe. — Mówię, że koń galopuje, Tom — odpowiedział strażnik, opuszczając uchwyt drzwi i szybko wspiął się na swoje miejsce. „Panowie! W imię króla wszyscy!” Z tym pospiesznym odroczeniem napiął swój garłacz i stanął do ofensywy. Pasażer, którego rezerwowała ta historia, stał na stopniu wagonu i wsiadał; dwaj pozostali pasażerowie byli tuż za nim i mieli iść za nim. On pozostał na pół kroku, w autokarze, a połowę poza; pozostali na drodze pod nim. Wszyscy spojrzeli od woźnicy do strażnika, od strażnika do woźnicy i nasłuchiwali. Stangret obejrzał się, a strażnik obejrzał się, a nawet zdecydowany przywódca nadstawił uszu i obejrzał się, nie zaprzeczając. Bezruch wynikający z ustania dudnienia i pracy powozu, połączony z ciszą nocy, sprawił, że było naprawdę bardzo cicho. Dyszenie koni wywołało u powozu drżenie, jakby był w stanie pobudzenia. Serca pasażerów biły na tyle głośno, że można było je usłyszeć; ale w każdym razie cicha pauza wyraźnie wyrażała brak tchu, wstrzymywanie oddechu i przyspieszanie tętna przez oczekiwanie. Odgłos konia w galopie dobiegł szybko i wściekle pod górę. „So-ho!” — zaśpiewał strażnik tak głośno, jak tylko mógł ryknąć. „Hej! Stoisko! Wypalę!” Tempo zostało nagle zatrzymane, a z mgły zawołał męski głos, rozbrzmiewający i trzepoczący: — Czy to poczta z Dover? „Nieważne, co to jest!” — odparł strażnik. „Czym jesteś?” „_Czy_ to poczta z Dover?” „Dlaczego chcesz wiedzieć?” „Potrzebuję pasażera, jeśli tak jest”. „Jaki pasażer?” „Pan. Jarvis Lorry”. Nasz zarezerwowany pasażer za chwilę pokazał, że to jego nazwisko. Strażnik, woźnica i dwaj inni pasażerowie spojrzeli na niego nieufnie.


„Trzymaj się tam, gdzie jesteś” — zawołał strażnik do głosu we mgle — „ponieważ gdybym popełnił błąd, nigdy nie można go było naprawić za życia. Pan o imieniu Lorry odpowiada wprost”. „W czym problem?” — zapytał wtedy pasażer lekko drżącą mową. „Kto mnie chce? Czy to Jerry? („Nie podoba mi się głos Jerry’ego, jeśli to Jerry” — warknął do siebie strażnik. „Jest bardziej chrapliwy, niż mi odpowiada, to Jerry.”) „Tak, panie Lorry”. „W czym problem?” — Przesyłka wysłana za tobą z tamtego miejsca. T. and Co.” — Znam tego posłańca, strażnika — powiedział pan Lorry, schodząc na jezdnię — w asyście z tyłu szybciej niż grzecznie dwaj pozostali pasażerowie, którzy natychmiast wdrapali się do wagonu, zamknęli drzwi i podnieśli okno. „Może podejść blisko; nie ma nic złego.” — Mam nadzieję, że tak nie jest, ale nie mogę sprawić, żeby Naród był tego pewien — powiedział strażnik szorstkim monologiem. „Cześć!” „Dobrze! Cześć wam!” — powiedział Jerry ochryple niż wcześniej. „Chodź na piechotę! czy myślisz o mnie? A jeśli masz kabury na tym siodle, nie pozwól mi patrzeć, jak zbliżasz się do nich. Bo jestem diabłem w szybkim błędzie, a kiedy go popełniam, przybiera formę Ołowiu. Spójrzmy więc teraz na siebie”. Postacie konia i jeźdźca przeszły powoli przez wirującą mgłę i dotarły do tej strony poczty, na której stał pasażer. Jeździec pochylił się i spojrzawszy na strażnika, wręczył pasażerowi mały złożony papier. Koń jeźdźca został zdmuchnięty, a zarówno koń, jak i jeździec byli ubłoceni, od kopyt konia po kapelusz mężczyzny. „Strzec!” — powiedział pasażer tonem cichej biznesowej pewności siebie. Uważny strażnik, z prawą ręką na kolbie uniesionego garłacza, lewą przy lufie i okiem na jeźdźca, odpowiedział krótko: „Sir”. „Nie ma nic do zatrzymania. Należę do Tellson’s Bank. Musisz znać Tellson’s Bank w Londynie. Lecę do Paryża w interesach. Korona do picia. Mogę to przeczytać?” — Jeśli tak, niech pan jest szybki, sir. Otworzył ją w świetle lampy powozu po tej stronie i przeczytał — najpierw sobie, a potem na głos: „Poczekaj w Dover na Mam’selle”. Widzisz, to nie trwa długo, strażniku. Jerry, powiedz, że moja odpowiedź brzmiała: PRZYWRÓCONA DO ŻYCIA”. Jerry drgnął w siodle. — To też bardzo dziwna odpowiedź — powiedział najchrypiej. „Weź tę wiadomość z powrotem, a dowiedzą się, że ją otrzymałem, tak samo jak gdybym napisał. Wykorzystaj jak najlepiej swój sposób. Dobranoc.” Tymi słowami pasażer otworzył drzwi wagonu i wsiadł; w ogóle nie towarzyszyli mu współpasażerowie, którzy szybko schowali zegarki i torebki do butów, a teraz ogólnie udawali, że śpią. Nie ma bardziej określonego celu niż uniknięcie niebezpieczeństwa spowodowania jakiegokolwiek innego rodzaju działania. Powóz ruszył dalej, a cięższe wianki mgły zamknęły się wokół niego, gdy zaczął zjeżdżać.


Strażnik wkrótce umieścił swój garłacz w klatce piersiowej, a po obejrzeniu reszty zawartości i spojrzeniu na dodatkowe pistolety, które nosił za pasem, spojrzał na mniejszą skrzynię pod siedzeniem, w której znajdowały się danego narzędzia kilkuminutowego Smitha, kilka pochodni i krzesiwo. Został bowiem wyposażony w tę kompletność, że gdyby lampy w wagonie zostały zdmuchnięte i zgaszone, co czasami się zdarzało, musiał tylko zamknąć się w środku, trzymać krzemień i stalowe iskry z dala od słomy i zapalić światło za pomocą znośne bezpieczeństwo i łatwość (gdyby miał szczęście) w pięć minut. „Tomek!” cicho nad dachem autokaru. „Witaj, Joe”. „Słyszałeś wiadomość?” — Tak, Joe. — Co o tym sądzisz, Tom? — Zupełnie nic, Joe. „To też zbieg okoliczności” — zadumał się strażnik — „bo sam to zrobiłem”. Jerry, pozostawiony sam sobie we mgle i ciemności, zsiadł tymczasem z konia, nie tylko po to, by uspokoić swojego wyczerpanego konia, ale także po to, by zetrzeć muł z twarzy i otrząsnąć z ronda kapelusza wilgoć, która mogłaby pomieścić około pół galon. Stojąc z uzdą na mocno spryskanym ramieniu, aż koła kolczugi nie były już w zasięgu słuchu, a noc znów była spokojna, odwrócił się, by zejść ze wzgórza. — Potem galop z Temple Bar, staruszko, nie ufam twoim przednim nogom, dopóki nie doprowadzę cię do poziomu — powiedział ten ochrypły posłaniec, spoglądając na swoją klacz. „Przywrócono do życia”. To bardzo dziwna wiadomość. Wiele z tego by ci się nie przydało, Jerry! Mówię, Jerry! Byłbyś w bardzo złym stanie, gdyby przypominanie życia stało się modne, Jerry!”

Rozdział III. Nocne cienie

Cudowny fakt do refleksji, że każda ludzka istota jest dla każdego tak głęboką tajemnicą i tajemnicą. Uroczysta uwagę, kiedy wprowadzić wielkie miasto w nocy, że każda z tych ponuro skupionych domów zamyka swój sekret; że każdy pokój w każdym z nich zawiera swój sekret; że każde bijące serce w setkach tysięcy tamtejszych piersi jest w niektórych wyobrażeniach tajemnicą dla najbliższego serca! Można do tego nawiązać coś z okropności, nawet samej śmierci. Nie mogę już więcej przewracać kartek tej drogiej książki, którą kochałem, i próżno mieć nadzieję, że zdążę ją przeczytać. Nie mogę już więcej patrzeć w głębiny tej niezgłębionej wody, w której, gdy przez chwilę rzucały się w nią światła, miałem przebłyski zakopanych skarbów i innych rzeczy zanurzonych. Postanowiono, że książka zamknie się sprężyną na zawsze i na zawsze, skoro przeczytałem tylko jedną stronę. Ustalono, że woda powinna być zamknięta w wiecznym mrozie, gdy światło grało na jej powierzchni, a ja stałem w niewiedzy na brzegu. Mój przyjaciel nie żyje, mój sąsiad nie żyje, moja miłość, ukochana mej duszy, nie żyje; jest to nieubłagane utrwalenie i utrwalenie tajemnicy, która zawsze była w tej indywidualności i którą będę nosił w swoim do końca życia. Czy w którymkolwiek z miejsc pochówku tego miasta, przez które przechodzę, jest ktoś śpiący bardziej nieodgadniony niż jego zapracowani mieszkańcy, w ich najgłębszej osobowości, dla mnie, czy też ja jestem dla nich? Co do tego, jego naturalnego i nie do wyobcowania spadku, posłaniec na koniu miał dokładnie to samo, co król, pierwszy minister stanu czy najbogatszy kupiec w Londynie.


Tak więc z trzema pasażerami zamkniętymi w wąskim kompasie starego, ociężałego powozu pocztowego; były dla siebie tajemnicą, tak kompletne, jakby każdy siedział we własnym powozie i sześciu lub we własnym powozie i sześćdziesięciu, z rozległością hrabstwa między nim a następnym. Posłaniec jechał z powrotem łatwym kłusem, przy okazji zatrzymując się dość często w piwiarniach, żeby napić się, ale przejawiał tendencję do dotrzymywania własnej rady i do trzymania kapelusza zakrytego na oczach. Miał oczy, które bardzo dobrze komponowały się z tą dekoracją, były powierzchniowo czarne, bez głębi koloru ani formy i zbyt blisko siebie — jakby bały się, że zostaną w czymś odkryte, pojedynczo, jeśli trzymają zbyt daleko od siebie. Mieli złowieszczy wyraz twarzy, pod starym przekrzywionym kapeluszem, podobnym do spluwaczki z trzema rogami, i nad wielkim szalikiem na brodzie i gardle, który sięgał prawie do kolan noszącego. Kiedy zatrzymywał się na drinka, lewą ręką przesuwał ten szalik, a prawą nalewał trunek; gdy tylko to było zrobione, znowu się przytłumił. „Nie, Jerry, nie!” — powiedział posłaniec, gdy jechał, powtarzając jeden temat. — To by się nie udało, Jerry. Jerry, ty uczciwy handlarzu, to nie pasowałoby do Twojej _Twojej_ branży! Przypomnijmy -! Wywal mnie, jeśli nie sądzę, że pił!” Jego wiadomość zdziwiła jego umysł do tego stopnia, że kilkakrotnie miał ochotę zdjąć kapelusz i podrapać się w głowę. Z wyjątkiem korony, która była potargana łysiną, miał sztywne, czarne włosy, sterczące nierówno na całej powierzchni i opadające ze wzgórza prawie do szerokiego, tępego nosa. Było to tak podobne do pracy Smitha, o wiele bardziej przypominające szczyt silnie kolczastej ściany niż czubek włosów, że najlepsi gracze w skaczącej żabie mogliby go odrzucić, jako najniebezpieczniejszego człowieka na świecie, którego trzeba było pokonać. Kiedy wracał z wiadomością, którą miał dostarczyć stróżowi nocnemu w swojej loży przy drzwiach Tellson’s Bank, przy Temple Bar, która miała dostarczyć ją większym władzom wewnątrz, cienie nocy przybierały dla niego takie kształty, jak: wyłoniły się z przesłania i przybrały dla klaczy takie kształty, jakie wynikały z jej prywatnych wątków niepokoju. Wydawało się, że jest ich dużo, bo unikała każdego cienia na drodze.


O której godzinie wagon pocztowy szarpał się, szarpał, grzechotał i wpadał na nużący sposób, z trzema nieodgadnionymi towarzyszami w środku. Komu, podobnie, ujawniły się cienie nocy, w formach, które sugerowały ich drzemiące oczy i wędrujące myśli. Tellson’s Bank sprawdził to pocztą. Gdy pasażer z banku — z ręką przeciągniętą przez skórzany pasek, który robił to, co leżało na nim, aby nie uderzał w następnego pasażera i nie wpędzał go w swój róg, ilekroć autokar dostał szczególnego szarpnięcia — skinął głową w swoim Miejsce, z przymkniętymi oczami, małymi oknami wagonów i słabo świecącą przez nie lampą karety, a także obszerny pakunek pasażera naprzeciwko, stał się bankiem i wykonał niezły interes. Brzęk uprzęży był brzękiem pieniędzy, a w ciągu pięciu minut nagrodzono więcej pobrań niż nawet Tellsona, z całym jego połączeniem z zagranicą i domem, opłaconym trzykrotnie. Następnie podziemne skarbce w Tellson’s, z ich cennymi zapasami i tajemnicami, które były znane pasażerowi (i niewiele o nich wiedział), otworzyły się przed nim i wszedł między nie z wielkie klucze i słabo płonącą świecę i stwierdził, że są bezpieczne, mocne, zdrowe i nieruchome, tak jak ostatnio je widział. Ale chociaż bank był prawie zawsze przy nim i chociaż trener (w zagmatwany sposób, jak obecność bólu pod opiatem) był zawsze przy nim, był jeszcze jeden strumień wrażeń, który nigdy nie przestał płynąć, przez całą drogę. noc. Był w drodze, aby wykopać kogoś z grobu. Otóż, która z wielu twarzy, które mu się ukazały, była prawdziwą twarzą pogrzebanego, cienie nocy nie wskazywały; ale były to wszystkie twarze czterdziestoletniego mężczyzny w wieku pięciu lat i różniły się przede wszystkim namiętnościami, które wyrażały, oraz upiornością ich wytartego i wyniszczonego stanu. Duma, pogarda, bunt, upór, uległość, lamentacja następowały po sobie; podobnie było z różnymi zapadniętymi policzkami, trupim umaszczeniem, wychudzonymi rękami i postaciami.


Ale twarz znajdowała się na głównej twarzy, a każda głowa była przedwcześnie biała. Drzemiący pasażer pytał sto razy widmo: „Jak długo pochowany?” Odpowiedź była zawsze taka sama: „Prawie osiemnaście lat”. „Porzuciłeś wszelką nadzieję, że zostaniesz wykopany?” „Dawno temu.” „Wiesz, że zostałeś wezwany do życia?” „Mówią mi o tym”. „Mam nadzieję, że chcesz żyć?” „Nie mogę powiedzieć”. „Czy mam ci ją pokazać? Przyjdziesz i ją zobaczysz?” Odpowiedzi na to pytanie były różne i sprzeczne. Czasami przerywana odpowiedź brzmiała: „Czekaj! Zabiłoby mnie, gdybym ją zobaczył zbyt wcześnie. Czasami podawano go w delikatnym deszczu łez, a potem brzmiało: „Zabierz mnie do niej”. Czasami się gapił i był oszołomiony, a potem mówił: „Nie znam jej. Nie rozumiem.” Po takiej wyimaginowanej rozmowie pasażer w swojej wyobraźni kopał, kopał, kopał — teraz łopatą, teraz wielkim kluczem, teraz rękami — aby wykopać to nieszczęsne stworzenie. W końcu wyszedł, z ziemią wiszącą wokół jego twarzy i włosów, nagle rozpalił się w pył. Następnie pasażer zaczynał sam sobie i opuszczał okno, aby uzyskać wrażenie mgły i deszczu na policzku. Jednak nawet gdy jego oczy były otwarte na mgłę i deszcz, na ruchomą plamę światła z lamp i żywopłot przy drodze cofający się pod wpływem szarpnięć, nocne cienie na zewnątrz powozu wpadały w pociąg nocnych cieni wewnątrz. Prawdziwy dom bankowy Temple Bar, prawdziwy biznes minionego dnia, prawdziwe mocne pokoje, prawdziwy ekspres wysłany za nim i prawdziwa wiadomość zwrócona, wszystko tam będzie. Spośród nich widmowa twarz wyłaniała się, a on znowu ją zaczepiał. „Pochowany jak długo?” „Prawie osiemnaście lat”. „Mam nadzieję, że chcesz żyć?” „Nie mogę powiedzieć”. Kop — kop — kop — dopóki niecierpliwy ruch jednego z dwóch pasażerów nie upomni go, by podniósł okno, bezpiecznie przeciągnął ramię przez skórzany pasek i spekulował na temat dwóch drzemiących postaci, aż jego umysł stracił rozum. chwycić ich i znowu wślizgnęli się na brzeg i do grobu. „Pochowany jak długo?” „Prawie osiemnaście lat”. „Porzuciłeś wszelką nadzieję, że zostaniesz wykopany?”


„Dawno temu.” Słowa wciąż słyszał, tak jak właśnie wypowiedziane — wyraźnie w jego słuchu, jak zawsze wypowiadane słowa w jego życiu — kiedy zmęczony pasażer odzyskał świadomość światła dziennego i stwierdził, że cienie nocy zniknęły. Opuścił okno i spojrzał na wschodzące słońce. Był tam grzbiet zaoranej ziemi z pługiem w miejscu, w którym zostawiono go zeszłej nocy, kiedy nie spuszczano koni; za nim cichy lasek zagajnika, w którym na drzewach wciąż pozostawało wiele płonących czerwono-złocistożółtych liści. Chociaż ziemia była zimna i mokra, niebo było czyste, a słońce wzeszło jasne, spokojne i piękne. „Osiemnaście lat!” — powiedział pasażer, patrząc na słońce. „Łaskawy Stwórco dnia! Zostać pochowanym żywcem przez osiemnaście lat!”

Rozdział IV. Przygotowanie

Kiedy poczta dostał powodzeniem do Dover, w trakcie przedpołudnie, szuflada głowy na Królewskim George Hotel otworzył drzwi autokarem jak jego zwyczaju. Zrobił to z pewnym rozmachem ceremonialnym, ponieważ podróż pocztą z Londynu zimą była osiągnięciem, z którego można było pogratulować żądnemu przygód podróżnikowi. W tamtym czasie gratulowano mu tylko jednego żądnego przygód podróżnika: dwaj inni zostali wysadzeni w swoich przydrożnych miejscach. Zapleśniałe wnętrze powozu, z wilgotną i brudną słomą, nieprzyjemnym zapachem i mrokiem przypominało raczej większą budę dla psów. Pan Lorry, pasażer, otrząsając się z niego w łańcuchach ze słomy, plątaninie kudłatej chusty, trzepoczącej czapki i zabłoconych nogach, przypominał raczej większy rodzaj psa. — Szuflada, jutro będzie paczka do Calais? — Tak, proszę pana, jeśli pogoda się utrzyma, a wiatr będzie znośny, dobry. Fala posłuży dość ładnie około drugiej po południu, sir. Łóżko, proszę pana? „Nie pójdę spać aż do nocy; ale ja chcę sypialnię i fryzjera”. — A potem śniadanie, sir? Tak jest. W ten sposób, proszę pana. Pokaż Concord! Walizka dżentelmena i ciepła woda do Concord. Zdejmij męskie buty w Concord. (Znajdziesz świetny ogień z morskiego węgla, sir.) Zanieś fryzjera do Concord. Poruszaj się teraz w poszukiwaniu Concord!” Concord bed-komora jest zawsze przypisany do pasażera przez mail i pasażerów poczty jest zawsze mocno zawinięta od stóp do głów, pokój miał dziwne zainteresowanie ustanowienia Royal George, że chociaż tylko jeden rodzaj widać było, jak człowiek w to wchodzi, wyszły z niego wszelkiego rodzaju i różnorodności ludzi.


W rezultacie kolejna szuflada i dwóch tragarzy, kilka pokojówek i gospodyni kręcili się przypadkowo w różnych punktach drogi między Concord a kawiarnią, kiedy mężczyzna po sześćdziesiątce, formalnie ubrany w brązowy garnitur., dość noszony, ale bardzo dobrze utrzymany, z dużymi kwadratowymi mankietami i dużymi klapami do kieszeni, przekazywany w drodze na śniadanie. Tego przedpołudnia w kawiarni nie było nikogo poza dżentelmenem w brązowym ubraniu. Jego stół śniadaniowy został zastawiony przed kominkiem, a kiedy siedział, oświetlony nim światłem, czekając na posiłek, siedział tak nieruchomo, że mógł siedzieć nad swoim portretem. Wyglądał bardzo porządnie i metodycznie, z dłońmi na każdym kolanie i głośnym zegarkiem wygłaszającym dźwięczne kazanie pod jego klapką w talii, jakby przeciwstawiał jego powagę i długowieczność w porównaniu z lekkością i ulotnością energicznego ognia. Miał dobrą nogę i był z tego trochę próżny, ponieważ jego brązowe pończochy pasowały gładko i ściśle delikatna konsystencja; jego buty i sprzączki, choć proste, również były przystrojone. On nosił dziwne Malutki elegancki ostry lniane peruka, ustawienie bardzo blisko jego głowy: który peruka, to należy domniemywać, został wykonany z włosami, ale który wyglądał znacznie bardziej jakby zostały wydzielone z włókien jedwabiu lub szkła. Jego płótno, choć nie było tak delikatne jak pończochy, było tak białe jak wierzchołki fal, które rozbijały się o sąsiednią plażę, lub plamki żagli błyszczące w słońcu daleko na morzu.


Twarz zwykle tłumione i spokój, wciąż oświetlane pod peruką osobliwy przez parę wilgotnych oczy jasne, że musi mieć koszt ich właściciela, w minionych latach, niektóre bóle wiercić do złożonej i zarezerwowanym ekspresji Tellson w Banku. Miał zdrowy kolor na policzkach, a jego twarz, choć pomarszczona, nosiła niewiele śladów niepokoju. Ale być może poufni kawalerowie w Tellson’s Bank zajmowali się głównie sprawami innych ludzi; a może rzeczy z drugiej ręki, takie jak ubrania z drugiej ręki, łatwo się zdejmują i zakładają. Uzupełniając swoje podobieństwo do mężczyzny, który siedział do swojego portretu, Pan Lorry zasnął. Zbudził go widok śniadania i powiedział do szuflady, przesuwając do niej krzesło: „Życzę przygotowanego zakwaterowania dla młodej damy, która może tu przyjść o każdej porze dnia. Może poprosić o pana Jarvisa Lorry’ego lub tylko o dżentelmena z Tellson’s Bank. Proszę, daj mi znać.” „Tak jest. Tellson’s Bank w Londynie? „Tak.” „Tak jest. Często mamy zaszczyt zabawiać pańskich dżentelmenów w ich podróżach wstecz i naprzód między Londynem a Paryżem, sir. Wiele podróży, sir, w Tellson and Company House. „Tak. Jesteśmy domem francuskim, a także angielskim”. „Tak jest. Wydaje mi się, że nie masz w zwyczaju takiego podróżowania samemu, sir? „Nie od późnych lat. Minęło piętnaście lat, odkąd — odkąd przyjechałem ostatni raz z Francji”. — Rzeczywiście, sir? To było przed moim pobytem tutaj, sir.


Zanim nadejdzie czas naszego ludu, sir. George był wtedy w innych rękach, sir. „Tak mi się wydaje.” — Ale mógłbym się założyć, sir, że Dom taki jak Tellson and Company rozkwitał, kwestia pięćdziesięciu, nie mówiąc już o piętnastu latach temu? „Możesz to potroić i powiedzieć sto pięćdziesiąt, ale nie oddalaj się od prawdy”. „Rzeczywiście, proszę pana!” Otaczając usta i oczy, cofając się od stołu, kelner przesunął serwetkę z prawego ramienia do lewej, przyjął wygodną postawę i stał obserwując gościa, gdy jadł i pił, jak z obserwatorium. lub wieża strażnicza. Zgodnie z odwiecznym zwyczajem kelnerów w każdym wieku. Kiedy pan Lorry skończył śniadanie, wyszedł na spacer po plaży. Małe wąskie, kręte miasteczko Dover ukryło się z dala od plaży i jak struś morski wbiegł głową w kredowe klify. Plaża była pustynią z hałd morza i dziko walących się kamieni, a morze robiło, co chciało, i co lubiło, to niszczenie. Zagrzmiało w mieście, grzmiało w klify i szaleńczo zburzyło wybrzeże. Powietrze między domami miało tak ostry zapach ryb, że można by przypuszczać, że chora ryba leciała w górę, aby się w niej zanurzyć, gdy chorzy schodzili na dół, aby zanurzyć się w morzu. Trochę łowiono ryby w porcie, trochę spacerowano nocą i patrzyłem w stronę morza: szczególnie wtedy, gdy był przypływ i był bliski powodzi. Drobni handlarze, którzy nie robili żadnego interesu, czasami z niewyjaśnionych przyczyn zbierali wielkie fortuny i było niezwykłe, że nikt w okolicy nie mógł znieść latarni. Kiedy dzień przechodził w popołudnie, a powietrze, które było dostatecznie przejrzyste, aby można było zobaczyć francuskie wybrzeże, znów zostało naładowane mgłą i oparami, myśli pana Lorry’ego również zdawały się zachmurzyć. Kiedy było ciemno, a on siedział przed kominkiem w kawiarni, czekając na obiad, tak jak czekał na śniadanie, jego umysł pracowicie kopał, kopał, kopał w żywych czerwonych węglach. Butelka dobrego bordo po obiedzie nie szkodzi kopaczowi w czerwonych węglach, poza tym, że ma tendencję do wyrzucania go z pracy.


Pan Lorry był bezczynny przez długi czas i właśnie nalał swój ostatni kieliszek wina z tak pełną satysfakcją, jak kiedykolwiek można było znaleźć u starszego pana o świeżej cerze, który doszedł do końca butelki. kiedy brzęczenie kół dobiegło wąską uliczką i z hukiem wtargnęło na podwórze zajazdu. Odstawił nietknięty kieliszek. „To jest Mam’selle!” he Said — On powiedział. Po kilku minutach przyszedł kelner, by oznajmić, że panna Manette przyjechała z Londynu i byłaby szczęśliwa, widząc dżentelmena z Tellson’s. „Tak wcześnie?” Panna Manette wzięła trochę orzeźwienia w drodze i nie potrzebowała wtedy żadnego, i była bardzo niecierpliwa, aby natychmiast zobaczyć dżentelmena z Tellson’s, jeśli to odpowiadało jego przyjemności i wygodzie. Dżentelmen z Tellson’s nie miał już nic innego, jak tylko opróżnić szklankę powiewem powściągliwej desperacji, założyć swoją dziwaczną lnianą perukę za uszy i podążyć za kelnerem do mieszkania panny Manette. Był to duży, ciemny pokój, urządzony w pogrzebowy sposób czarnym włosiem końskim i wypełniony ciężkimi, ciemnymi stołami. Zostały one naoliwione i naoliwione, aż dwie wysokie świece na stole pośrodku pokoju odbijały się ponuro na każdym liściu; jakby ich pochowano w głębokich grobach z czarnego mahoniu i nie można było od nich oczekiwać żadnego światła, o którym można by mówić, dopóki nie zostaną wykopani. Ciemność była tak trudna do penetracji, że pan Lorry, przedzierając się po wysłużonym dywanie z Turcji, przypuszczał, że panna Manette przebywa na razie w jakimś sąsiednim pokoju, dopóki nie minąwszy dwóch wysokich świec, zobaczył. Stała, by przyjąć go przy stole między nimi a ogniem, młoda dama w wieku nie więcej niż siedemnastu lat, w płaszczu do jazdy konnej, wciąż trzymając w dłoni słomkowy kapelusz podróżny za wstążkę.


Kiedy jego oczy spoczęły na krótkiej, drobnej, ładnej figurze, mnóstwie złotych włosów, parze niebieskich oczu, które spotkały się z jego własnymi z pytającym spojrzeniem, i czole o wyjątkowej pojemności (pamiętając, jakie było młode i gładkie ), rozdzierania się i wplatania w wyraz, który nie był do końca zdumieniem, zdumieniem, niepokojem, ani tylko jasną, stałą uwagą, chociaż obejmował wszystkie cztery wyrażenia — gdy jego oczy spoczęły na tych rzeczach, nagły, żywy minęło przed nim podobieństwo dziecka, które trzymał w ramionach na przejściu przez ten sam kanał, pewnego zimnego czasu, kiedy grad ciężko dryfował, a morze płynęło wysoko. Podobieństwo przeminęło jak oddech na powierzchni wychudzonego mola za nią, na ramie którego szpitalna procesja murzyńskich kupidynów, kilku bezgłowych i wszystkich kalek, oferowała czarne kosze owoców z Morza Martwego czarnym bóstwom. z żeńskiego — a on złożył formalny ukłon pannie Manette. — Proszę, siadaj, sir. Bardzo czystym i miłym młodym głosem; trochę obcy w jego akcent, ale to bardzo niewiele w istocie. — Całuję twoją rękę, panienko — powiedział pan Lorry z manierami jak z wcześniejszej randki, ponownie wykonując swój oficjalny ukłon i usiadł. „Otrzymałem wczoraj list z banku, proszę pana, informujący mnie, że jakieś informacje — albo odkrycie…” „To słowo nie jest materialne, panienko; każde słowo wystarczy”. „… Szanując mały majątek mojego biednego ojca, którego nigdy nie widziałem — tak dawno nieżyjącego…”

Pan Lorry poruszył się na krześle i rzucił zaniepokojone spojrzenie na szpitalną procesję murzynów amorek. Jakby mieli komuś pomoc w absurdalnych koszykach! „- uznał za konieczne, żebym jechał do Paryża, aby tam porozumieć się z dżentelmenem z Banku, tak dobrym, żebym został wysłany w tym celu do Paryża”. „Siebie.” — Jak byłem gotów usłyszeć, sir. Dała mu ukłon (młode damy w tamtych czasach dygały), z wielką chęcią pokazania mu, że czuje, o ile starszy i mądrzejszy był od niej. Zrobił jej kolejny ukłon. „Odpowiedziałem Bankowi, proszę pana, że uznano to za konieczne przez tych, którzy wiedzą i są tak dobrzy, aby mi doradzić, żebym pojechał do Francji, a ponieważ jestem sierotą i nie mam przyjaciela, Mógłbym jechać ze mną, wysoko bym to cenił, gdybym mógł podczas tej podróży oddać się pod opiekę tego godnego dżentelmena. Pan opuścił Londyn, ale myślę, że posłaniec został wysłany po niego błagać przychylność swego czeka na mnie tutaj.” „Byłem szczęśliwy — powiedział Lorry — że powierzono mi zadanie. Z przyjemnością go wykonam”. „Proszę pana, naprawdę dziękuję. Dziękuję bardzo serdecznie. Bank powiedział mi, że dżentelmen wyjaśni mi szczegóły interesu i że muszę się przygotować, aby znaleźć je w zaskakujący sposób. Zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, aby się przygotować i naturalnie jestem bardzo zainteresowany, aby wiedzieć, czym one są”. — Oczywiście — powiedział pan Lorry. — Tak — ja … — Po chwili dodał, ponownie układając chrupiącą lnianą perukę na uszach. — Bardzo trudno jest zacząć. Nie zaczął, ale w swoim niezdecydowaniu napotkał jej spojrzenie. Młode czoło uniosło się do tego szczególnego wyrazu — ale było to ładne i charakterystyczne, poza tym, że było wyjątkowe — i uniosła rękę, jakby mimowolnym ruchem, na który złapała lub została jakimś przelotnym cieniem. — Czy jest pan dla mnie zupełnie obcy, proszę pana? „Nie jestem?”


Pan Lorry rozłożył ręce i wyciągnął je na zewnątrz, uśmiechając się kłótliwie. Pomiędzy brwiami i tuż nad małym kobiecym noskiem, którego linia była tak delikatna i delikatna, jak to tylko było możliwe, wyraz twarzy pogłębił się, gdy w zamyśleniu usiadła na krześle, przy którym dotychczas stała. Patrzył na nią, gdy się zastanawiała, a w chwili, gdy ponownie podniosła oczy, ciągnął dalej: — Przypuszczam, że w twoim przybranym kraju nie mogę zrobić nic lepszego, niż zwracać się do ciebie jako do młodej Angielki, panno Manette? „Jeśli pan życzy, proszę pana.” „Panno Manette, jestem biznesmenem. Muszę się uniewinnić. Odbierając to, nie zwracaj na mnie uwagi, tak jak gdybym był mówcą — naprawdę, nie jestem kimś innym. Za pańskim pozwoleniem opowiem pani, panienko, historię jednego z naszych klientów.” „Fabuła!” Wydawał się celowo pomylić słowo, które powtórzyła, kiedy dodał w pośpiechu: „Tak, klienci; w branży bankowej nasze połączenie zwykle nazywamy naszymi klientami. Był francuskim dżentelmenem; dżentelmen naukowy; człowiek o wielkich osiągnięciach — lekarz”. — Nie z Beauvais? — Dlaczego, tak, z Beauvais. Podobnie jak monsieur Manette, twój ojciec, ten dżentelmen pochodził z Beauvais. Podobnie jak monsieur Manette, twój ojciec, ten dżentelmen cieszył się w Paryżu poważaniem. Miałem zaszczyt go tam poznać. Nasze relacje były stosunkami biznesowymi, ale poufne. Byłem wtedy w naszym francuskim domu i byłem — och! dwadzieścia lat.” „W tym czasie — mogę zapytać, o której godzinie, proszę pana?” — Mówię, panienko, o dwudziestu latach temu. Ożenił się — angielska dama — a ja byłem jednym z powierników. Jego sprawy, podobnie jak sprawy wielu innych francuskich dżentelmenów i rodzin francuskich, były całkowicie w rękach Tellsona. W podobny sposób jestem lub byłem powiernikiem różnego rodzaju dla dziesiątek naszych klientów. To są zwykłe relacje biznesowe, panienko; nie ma w nich przyjaźni, żadnego szczególnego zainteresowania, nic takiego jak sentyment. Przechodziłem od jednego do drugiego w trakcie mojego życia biznesowego, tak jak przechodzę od jednego z naszych klientów do drugiego w ciągu dnia roboczego; krótko mówiąc, nie mam uczuć; Jestem zwykłą maszyną. Aby kontynuować… — Ale to jest historia mojego ojca, sir; i zaczynam myśleć” — dziwnie chropowate czoło było mu bardzo pochłonięte -„ że kiedy zostałem sierotą przez to, że moja matka przeżyła ojca tylko przez dwa lata, to ty przywiozłeś mnie do Anglii. Jestem prawie pewien, że to ty”.


Pan Lorry wziął wahającą się małą rączkę, która z ufnością podeszła do jego, i przyłożył ją z pewną ceremonią do ust. Następnie od razu poprowadził młodą damę do jej krzesła, a lewą ręką trzymając oparcie krzesła i prawą na zmianę pocierał brodę, naciągał perukę za uszy lub wskazywał na to, co powiedział, i patrzył. w dół w jej twarz, podczas gdy ona siedziała, patrząc w jego. — Panno Manette, to było… ja. I zobaczysz, jak szczerze przed chwilą mówiłem o sobie, mówiąc, że nie mam uczuć, i że wszystkie stosunki, jakie utrzymuję z moimi bliźnimi, są tylko stosunkami biznesowymi, kiedy pomyślisz, że ja nigdy cię od tamtej pory nie widziałem. Nie; od tego czasu byłeś wychowankiem Tellson’s House i od tego czasu zajmuję się innymi sprawami Tellson’s House. Uczucia! Nie mam dla nich czasu, żadnej szansy. Spędzam całe swoje życie, panienko, obracając ogromnego pieniężnego Mangle. Po tym dziwnym opisie jego codziennej rutyny pracy, pan Lorry obiema rękami rozpłaszczył lnianą perukę na głowie (co było najbardziej niepotrzebne, ponieważ nic nie mogło być bardziej płaskie niż jej lśniąca powierzchnia przedtem) i wrócił do swojej poprzedniej postawy. „Jak dotąd, panienko (jak zauważyłaś), to jest historia twojego żałobnego ojca. Teraz pojawia się różnica. Gdyby twój ojciec nie umarł, kiedy umarł — nie bój się! Jak zaczynasz!” Rzeczywiście, zaczęła. I złapała go za nadgarstek obiema rękami. „Módlcie się”, powiedział pan Lorry kojącym tonem, podnosząc lewą rękę z oparcia krzesła i kładąc ją na błagalnych palcach, które ściskały go w tak gwałtownym drżeniu: „módlcie się, kontrolujcie swoje wzburzenie — kwestia biznes.


Jak już mówiłem… Jej spojrzenie tak go zszokowało, że zatrzymał się, wędrował i zaczął od nowa: „Jak mówiłem; gdyby Monsieur Manette nie umarł; gdyby nagle i po cichu zniknął; gdyby został uprowadzony; gdyby nie było trudno odgadnąć, w jakim strasznym miejscu, chociaż żadna sztuka nie mogła go wytropić; gdyby miał wroga w jakimś rodaku, który mógłby skorzystać z przywileju, o którym ja w swoim czasie znałem najodważniejszych ludzi, którzy boją się mówić szeptem, po tamtejszej wodzie; na przykład przywilej wypełniania pustych formularzy w celu wysłania kogokolwiek do zapomnienia więzienia na dowolny okres; gdyby jego żona błagała króla, królową, dwór, duchowieństwo o jakiekolwiek wieści o nim i wszystko to na próżno; — wtedy historia twojego ojca byłaby historią tego nieszczęsnego pana, doktora Beauvais.” — Błagam, abyś powiedział mi więcej, sir. „Będę. Zamierzam. Możesz to znieść?” „Mogę znieść wszystko oprócz niepewności, w której mnie w tej chwili zostawiasz”. „Mówisz zbiorowo, a ty — _ jesteś_ zebrany. Dobre!” (Chociaż jego zachowanie było mniej usatysfakcjonowane niż jego słowa). „Sprawa biznesowa. Potraktuj to jako kwestię biznesową — biznes, który należy zrobić.


Otóż, gdyby żona tego lekarza, chociaż była kobietą o wielkiej odwadze i duchu, tak bardzo cierpiała z tego powodu, zanim urodziło się jej małe dziecko … — To małe dziecko było córką, proszę pana. „Córka. Sprawa biznesowa — nie martw się. Panienko, jeśli biedna pani cierpiała tak intensywnie, zanim urodziło się jej małe dziecko, postanowiła oszczędzić biednemu dziecku dziedzictwa jakiejkolwiek części agonii, której doświadczyła, wychowując ją w przekonaniu, że jej ojciec nie żył — Nie, nie klękaj! W imię nieba, dlaczego miałbyś uklęknąć przy mnie!” „Za prawdę. O drogi, dobry, współczujący panie, za prawdę!” „A — sprawa biznesowa. Mylisz mnie i jak mogę prowadzić interesy, jeśli jestem zdezorientowany? Miejmy trzeźwość. Gdybyś mógł teraz uprzejmie wspomnieć, na przykład, ile to jest dziewięć razy dziewięć pensów lub ile szylingów na dwadzieścia gwinei, byłoby to bardzo zachęcające. Powinienem być o wiele bardziej swobodny, jeśli chodzi o twój stan umysłu”. Nie odpowiadając bezpośrednio na to wezwanie, siedziała tak spokojnie, kiedy bardzo delikatnie ją podniósł, a ręce, które nie przestały ściskać jego nadgarstków, były o wiele bardziej stabilne niż wcześniej, że przekazała pewne uspokojenie panu Jarvisowi Lorry’emu.. „Zgadza się, zgadza się. Odwaga! Biznes! Masz sprawy przed sobą; przydatny biznes. Panno Manette, twoja matka poszła z tobą na ten kurs. A kiedy umarła — jak sądzę ze złamanym sercem — nie zwalniając nigdy nieskutecznych poszukiwań twojego ojca, zostawiła cię w wieku dwóch lat, abyś wyrósł, byś kwitł, był piękny i szczęśliwy, bez ciemnej chmury nad tobą. żyjąc w niepewności, czy twój ojciec wkrótce wytraci swoje serce w więzieniu, czy też zmarnuje się tam przez wiele długich lat”. Wypowiadając te słowa, spojrzał w dół z pełną podziwu litością na rozwiane złote włosy; jakby wyobrażał sobie, że mógł być już zabarwiony na szaro. „Wiesz, że twoi rodzice nie mieli wielkiej własności, a to, co mieli, było zabezpieczone dla twojej matki i dla ciebie. Nie było żadnego nowego odkrycia pieniędzy ani żadnej innej własności; ale… — Poczuł, że jego nadgarstek jest bliżej i zatrzymał się. Wyraz na czole, który szczególnie przyciągnął jego uwagę i który był teraz nieruchomy, stał się wyrazem bólu i przerażenia. — Ale został — został znaleziony. On żyje. Bardzo się zmieniło, jest to zbyt prawdopodobne; prawie wrak, jest to możliwe; choć będziemy mieć nadzieję, że wszystko będzie najlepsze.


Wciąż żywy. Twój ojciec został zabrany do domu starego sługi w Paryżu i tam jedziemy: ja, aby go zidentyfikować, jeśli mogę: ty, aby przywrócić mu życie, miłość, obowiązek, odpoczynek, wygodę”. Dreszcz przebiegł przez jej ciało, a potem przez jego. Powiedziała niskim, wyraźnym, pełnym podziwu głosem, jakby mówiła to we śnie: „Idę zobaczyć jego Ducha! To będzie jego Duch — nie on!” Pan Lorry cicho otarł ręce trzymające jego ramię. „Tam, tam, tam! Zobacz teraz, zobacz teraz! Najlepsze i najgorsze są wam teraz znane. Jesteś na dobrej drodze do biednego, pokrzywdzonego dżentelmena, a dzięki uczciwej podróży morskiej i dobrej podróży lądowej wkrótce znajdziesz się u jego ukochanego boku. Powtórzyła tym samym tonem, zatonęła do szeptu: „Byłam wolna, byłam szczęśliwa, ale jego Duch nigdy mnie nie prześladował!” „Jeszcze tylko jedno”, powiedział Lorry, podkreślając to jako zdrowy sposób na zwrócenie jej uwagi: „znaleziono go pod innym nazwiskiem; własne, dawno zapomniane lub dawno ukrywane.


Byłoby teraz gorsze niż bezużyteczne pytanie, które; Gorzej niż bezużytecznym, aby dowiedzieć się, czy był przez lata przeoczany, czy też zawsze był celowo przetrzymywany jako więzień. Prowadzenie jakichkolwiek dochodzeń byłoby teraz gorsze niż bezużyteczne, ponieważ byłoby to niebezpieczne. Lepiej nie wspominać o temacie, gdziekolwiek lub w jakikolwiek sposób, i usunąć go — w każdym razie na jakiś czas — z Francji. Nawet ja, bezpieczny jako Anglik, a nawet Tellson, mimo że są ważni dla Francji, unikam wszelkiego nazewnictwa w tej sprawie. Noszę przy sobie, a nie skrawek pisma, który otwarcie się do tego odnosi. To w sumie tajna służba. Moje listy uwierzytelniające, wpisy i memoranda są zawarte w jednym wierszu „Recalled to Life”; co może znaczyć wszystko. Ale o co chodzi! Nie zauważa ani słowa! Panno Manette!”


Całkowicie nieruchoma i cicha, nawet nie opadła na krzesło, siedziała pod jego ręką, całkowicie nieczuła; z oczami otwartymi i utkwionymi w niego, a ten ostatni wyraz wyglądał, jakby był wyryty lub wypalony na jej czole. Tak blisko trzymała go za ramię, że bał się odłączyć, żeby jej nie skrzywdzić; dlatego głośno wołał o pomoc, nie ruszając się. Dziki wyglądająca kobieta, którą pan Lorry nawet w swoim wzburzeniu zauważył, że ma cały czerwony kolor i rude włosy, jest ubrana w niezwykły, obcisły sposób, a na głowie ma jak najwięcej. wspaniały czepek podobny do drewnianej miarki grenadierów, a także miara dobra, lub wielki ser Stilton, wbiegł do pokoju przed służbą gospody i wkrótce rozstrzygnął kwestię jego oderwania się od biednej młodej damy, kładąc krzepką rękę na jego piersi i posyłając go z powrotem do najbliższej ściany. („Naprawdę myślę, że to musi być mężczyzna!” — brzmiało zdyszane odbicie pana Lorry’ego, równocześnie z jego zbliżaniem się do ściany.) „No cóż, spójrzcie na was wszystkich!” — wrzasnęła ta postać, zwracając się do służących w gospodzie. „Dlaczego nie pójdziesz i nie przyniesiesz rzeczy, zamiast stać i gapić się na mnie? Nie jestem aż tak bardzo do oglądania, prawda? Dlaczego nie pójdziesz i nie przyniesiesz rzeczy? Dam ci znać, jeśli nie przyniesiesz soli zapachowych, zimnej wody i octu, to szybko. Nastąpiło natychmiastowe rozproszenie tych środków, więc delikatnie położyła pacjentkę na sofie i opiekowała się nią z wielką wprawą i delikatnością: nazywając ją „moją skarbem!” i „mój ptak!” i rozpostarł swoje złote włosy na ramionach z wielką dumą i troską. „A ty w brązowym!” — powiedziała, z oburzeniem zwracając się do pana Lorry’ego; „Czy nie mógłbyś jej powiedzieć, co miałeś jej powiedzieć, bez straszenia jej na śmierć? Spójrz na nią, z jej ładną bladą twarzą i zimnymi dłońmi. Czy nazywasz to byciem bankierem?”


Pan Lorry był tak niezmiernie zbity z tropu pytaniem tak trudnym do odpowiedzi, że mógł tylko patrzeć z daleka, z dużo słabszym współczuciem i pokorą, podczas gdy silna kobieta wypędziła służących karczmy pod tajemniczą karą „wynajmowania oni wiedzą ”coś, o czym nie wspominano, jeśli pozostawali tam, wpatrując się, odzyskiwali swoją szarżę poprzez regularną serię stopni i namawiali ją, by położyła opadłą głowę na jej ramieniu. „Mam nadzieję, że teraz poradzi sobie dobrze” — powiedział Lorry. — Nie, dzięki tobie w brązowym kolorze, jeśli tak. Kochana ślicznotko!” — Mam nadzieję — powiedział pan Lorry po kolejnej przerwie słabej sympatii i pokory — że towarzyszysz pannie Manette we Francji? „To też prawdopodobne!” odpowiedziała silna kobieta. — Gdyby kiedykolwiek zamierzano przejść przez słoną wodę, czy myślisz, że Opatrzność rzuciłaby mój los na wyspę? Ponieważ jest to kolejne pytanie, na które trudno odpowiedzieć, pan Jarvis Lorry wycofał się, aby to rozważyć.

Rozdział V Sklep z winami

Na ulicy upuszczono i rozbito dużą beczkę wina. Wypadków zdarzyło się w coraz to z wózkiem; beczka wypadła z biegiem, obręcze pękły i leżała na kamieniach tuż za drzwiami winiarni, roztrzaskana jak łupina orzecha włoskiego. Wszyscy ludzie w zasięgu zawiesili swoje interesy lub lenistwo, by pobiec na miejsce i napić się wina. Chropowate, nieregularne kamienie ulicy, skierowane w każdą stronę i zaprojektowane, jak można by pomyśleć, wyraźnie do okaleczenia wszystkich żywych stworzeń, które się do nich zbliżyły, zatopiły ją w małe sadzawki; te były otoczone, każdy przez własną, przepychającą się grupę lub tłum, w zależności od jego wielkości.


Niektórzy mężczyźni uklękli, złożyli obie ręce i popijali lub próbowali pomóc w popijaniu kobietom, które pochyliły się na ramionach, zanim całe wino wypłynęło im między palcami. Inni, mężczyźni i kobiety, zanurzali się w kałużach małymi kubkami okaleczonej gliny, a nawet chusteczkami z głów kobiet, które były wyciskane do sucha w ustach niemowląt; inni robili małe nasypy z błota, aby powstrzymać płynące wino; inni, kierowani przez obserwatorów z góry w wysokie okna, rzucali się tu i tam, aby odciąć małe strumienie wina, które zaczęły płynąć w nowych kierunkach; inni oddawali się przemoczonym i zabarwionym na sucho kawałkom beczki, lizali, a nawet opiekowali się wilgotnymi, zgniłymi winem fragmentami z niecierpliwością. Nie było drenażu, żeby zabrać wino, i nie tylko wszystko zostało zebrane, ale razem z nim zebrano tyle błota, że na ulicy mógł być padlinożerca, gdyby ktokolwiek, kto go zna, mógł uwierzyć. w tak cudownej obecności. Przeraźliwy śmiech i rozbawione głosy — głosy mężczyzn, kobiet i dzieci — rozbrzmiewały na ulicy, gdy trwała ta gra o wino. W tym sporcie było mało szorstkości, a dużo zabawy. Było w nim szczególne towarzystwo, zauważalna skłonność każdego do przyłączania się do kogoś innego, co prowadziło, zwłaszcza wśród szczęśliwszych lub o lżejszym sercu, do figlarnych uścisków, picia zdrowia, uścisku dłoni, a nawet do przyłączania się. rąk i tańca, kilkanaście razem. Kiedy wino zniknęło, a miejsca, w których było go najbardziej obficie, zostały wygniecione palcami w kratkę, demonstracje ustały równie nagle, jak wybuchły. Mężczyzna, który zostawił piłę tkwiącą w ściętym drewnie, wprawił ją ponownie w ruch; kobiety, które zostawiły na progu mały garnek z gorącym popiołem, przy którym próbowała złagodzić ból własnych wygłodniałych palców u rąk i nóg lub u jej dziecka, wróciły do niego; mężczyźni z gołymi ramionami, splątanymi lokami i trupimi twarzami, którzy wyłonili się z piwnic w zimowym świetle, oddalili się, by znowu zejść; a na scenie zebrał się mrok, który wydawał się jej bardziej naturalny niż słońce.


Wino było czerwonym winem i zabrudziło ziemię wąskiej uliczki na przedmieściach Saint Antoine w Paryżu, gdzie zostało rozlane. To było poplamione wiele rąk, także i wiele twarzy i wiele nagich stóp, i wiele drewniane buty. Ręce mężczyzny, który piłował drewno, zostawiły czerwone ślady na polanach; a czoło kobiety, która karmiła swoje dziecko, było poplamione plamą starej szmatki, którą ponownie owinęła wokół głowy. Ci, którzy byli chciwi z kijami z beczki, otrzymywali tygrysią plamę na ustach; i jeden wysoki żartowniś tak zbrukany, z głową bardziej z długiej, zaniedbanej torby szlafmycy niż z niej, nabazgrany na ścianie palcem zanurzonym w błotnistym osadzie z wina — KREW. Miał nadejść czas, kiedy to wino również zostanie rozlane na kamieniach ulicznych i kiedy jego plama będzie czerwona na wielu tamtejszych.


A teraz, gdy chmura osiadła na świętym Antoinie, który chwilowy blask wypędził z jego świętego oblicza, ciemność jej była ciężka — zimno, brud, choroba, ignorancja i niedostatek, byli panami czekającymi na świętą obecność … -noble wielkiej mocy wszystkie; ale przede wszystkim ostatni. Próbki ludzi, którzy przeszli straszne mielenie i ponowne szlifowanie w młynie, a już na pewno nie w bajecznym młynie, w którym młodzi starcy mielili, drżeli na każdym rogu, wchodzili i wychodzili przy każdych drzwiach, patrzyli z każdego okna, trzepotali w każdym pozostałość po szacie, którą potrząsał wiatr. Młyn, który ich zmiażdżył, był młynem mielącym młodych ludzi w starszym wieku; te dzieci miały dawne twarze i poważne głosy; a na nich i na dorosłe twarze, wbijane w każdą bruzdę wieku i wznoszące się na nowo, było westchnienie: Głód. To było powszechne wszędzie. Głód został wypchnięty z wysokich domów w nędznych ubraniach wiszących na słupach i sznurach; Głód był zasypywany słomą, szmatą, drewnem i papierem; Głód powtarzał się w każdym fragmencie małego kawałka drewna opałowego, który mężczyzna odpiłował; Głód spoglądał w dół z bezdymnych kominów i ruszył z brudnej ulicy, na której wśród śmieci nie było żadnych resztek jedzenia. Głód był napisem na półkach piekarza, wypisanym na każdym małym bochenku jego skąpego zapasu złego chleba; w sklepie z kiełbasami, w każdym produkcie z martwego psa, który był wystawiony na sprzedaż. Głód zagrzechotał jego suchymi kośćmi wśród pieczonych kasztanów w toczonym cylindrze;


Głód został rozdrobniony w atomie w każdym groszku chrupkich chipsów ziemniaczanych, smażonych z niechętnymi kroplami oleju. Jego miejsce zamieszkania znajdowało się we wszystkim, co do niego pasowało. Wąska, kręta ulica, pełna obrazy i smrodu, z innymi wąskimi, krętymi uliczkami rozchodzącymi się, wszystkie zaludnione szmatami i nocnymi czapkami, i wszystkimi pachnącymi szmatami i nocnymi czapkami oraz wszystkimi widocznymi rzeczami z ponurym spojrzeniem na te, które wyglądały na chore. W powietrzu, na którym polowano, była jeszcze jakaś bestia, która pomyślała o możliwości odwrócenia się od niej. Chociaż byli przygnębieni i skuleni, nie brakowało wśród nich ognistych oczu; ani zaciśniętych warg, białych od tego, co stłumili; ani czołów wplecionych w sznurek, który rozmyślali o wytrwaniu lub zadawaniu. Znaki handlowe (a było ich prawie tyle samo, co sklepów) były w sumie ponurymi ilustracjami pragnienia. Rzeźnik i świniarz pomalowali tylko najcieńsze skrawki mięsa; piekarz, najgrubszy z mizernych bochenków. Ludzie niegrzecznie przedstawiani jako pijący w sklepach z winami, rechotali nad skąpymi ilościami rzadkiego wina i piwa i byli razem żałośnie poufni. Nic nie było przedstawione w kwitnącym stanie, poza narzędziami i bronią; ale noże i siekiery były ostre i jasne, młoty kowala były ciężkie, a kolba strzelca była mordercza. Okaleczające kamienie chodnika, z licznymi zbiornikami błota i wody, nie miały ścieżek dla pieszych, ale nagle odłamały się przy drzwiach. Buda, żeby to naprawić, biegła środkiem ulicy — kiedy w ogóle biegła: co było dopiero po ulewnych deszczach, a potem wbiegała wieloma ekscentrycznymi atakami do domów. Po drugiej stronie ulic, w szerokich odstępach, jedna niezdarna lampa wisiała na linie i bloczku; W nocy, kiedy latarnik spuścił je, zapalił i ponownie podniósł, słaby zagajnik słabo oświetlonych knurów kołysał się chorowicie nad ich głowami, jakby byli na morzu. Rzeczywiście byli na morzu, a okrętowi i załodze groziła burza. Miał bowiem nadejść czas, kiedy wychudzone strachy na wróble z tego regionu powinny były patrzeć na latarnika, w jego lenistwie i głodzie, tak długo, aby wyobrazić sobie ideę ulepszenia jego metody i ciągnięcia ludzi za te liny i koła pasowe., by rozbłysnąć w ciemności ich stanu. Ale czas jeszcze nie nadszedł; a każdy wiatr, który wiał nad Francją, potrząsał łachmanami strachów na wróble na próżno, gdyż ptaki, piękne pieśni i pieśni, nie znosiły żadnego ostrzeżenia. Winiarnia była sklepem narożnym, lepszym niż większość innych pod względem wyglądu i stopnia, a właściciel sklepu z winami stał przed nim, w żółtej kamizelce i zielonych spodniach, patrząc na walkę o utracone wino. — To nie moja sprawa — powiedział, po raz ostatni wzruszając ramionami.


„Zrobili to ludzie z rynku. Niech przyniosą następną”. Tam, jego oczy przypadkowo przyłapały wysokiego żartownisia na pisaniu swojego żartu, zawołał do niego po drugiej stronie ulicy: „Powiedz więc, mój Gaspardzie, co tam robisz?” Facet wskazał na swój żart z ogromną doniosłością, jak to często bywa z jego plemieniem. Chybił celu i całkowicie zawiódł, jak to często bywa z jego plemieniem. „Co teraz? Czy jesteś przedmiotem dla szalonego szpitala? — powiedział właściciel winiarni, przechodząc przez jezdnię i zmiatając żart garścią błota, zebranego w tym celu i posmarowanego nim. „Dlaczego piszesz na ulicach? Czy jest — powiedz mi — czy nie ma innego miejsca, w którym można by pisać takie słowa?” W swoim przemówieniu upuścił czystszą rękę (być może przypadkowo, może nie) na serce żartownisia. Żartowniś zastukał w to swoim własnym, zwinnie podniósł się i opadł w fantastycznej tanecznej postawie, z jednym z poplamionych butów wyrwał mu stopę do ręki i wyciągnął. W takich okolicznościach wyglądał na żartownisia o niezwykle, żeby nie powiedzieć wilczasto- praktycznym charakterze. — Załóż to, włóż — powiedział drugi. „Wezwij wino, wino; i tam skończ”. Kierując się tą radą, wytarł poplamioną dłoń w sukienkę żartownisia, tak jak to było — całkiem celowo, jakby zabrudził rękę swoim kontem; a potem ponownie przeszedł przez ulicę i wszedł do sklepu z winami. Ten właściciel winiarni był trzydziestoletnim mężczyzną o wyglądzie wojownika z byczą szyją i powinien był mieć gorący temperament, bo chociaż był to gorzki dzień, nie nosił płaszcza, ale nosił jeden przerzucony przez ramię. Rękawy koszuli też miał podwinięte, a brązowe ramiona były odsłonięte do łokci.


Nie nosił też nic więcej na głowie niż własne, kręcone, krótkie, ciemne włosy. Był całkowicie ciemnym mężczyzną, z dobrymi oczami i sporą, śmiałą odległością między nimi. Całość wyglądała dobrze, ale też wyglądała nieubłaganie; najwyraźniej człowiek o mocnym postanowieniu i określonym celu; człowiek, którego nie można spotkać, pędzący wąskim przejściem z przepaścią po obu stronach, bo nic go nie zmieniło. Madame Defarge, jego żona, siedziała w sklepie za ladą, kiedy wszedł. Madame Defarge była tęgą kobietą mniej więcej w jego wieku, z czujnym okiem, które rzadko na cokolwiek patrzyło, dużą ręką mocno obwiązaną, stabilną twarz, mocne rysy i wspaniały opanowanie. W Madame Defarge była postać, z której można by wywnioskować, że nie popełniała często błędów przeciwko sobie w żadnym z rozrachunków, którym przewodniczyła. Madame Defarge była wrażliwa na zimno, była owinięta futrem i miała na głowie pewną ilość jasnego szalika, choć nie dla zakrycia jej dużych kolczyków. Robiła na drutach przed nią, ale odłożyła ją, żeby dłubać wykałaczką w zębach. Tak zajęta, z prawym łokciem wspartym na lewej dłoni, Madame Defarge nic nie powiedziała, kiedy wszedł jej pan, ale kaszlnęła tylko jednym ziarenkiem kaszlu. To, w połączeniu z uniesieniem jej ciemno zaznaczonych brwi nad wykałaczką na szerokość kreski, zasugerowało jej mężowi, że dobrze by było, gdyby rozejrzał się po sklepie wśród klientów, na każdego nowego klienta, który wpadł, gdy on przeszedł na drugą stronę. Właściciel winiarni odpowiednio przewrócił oczami, aż spoczęli na starszym panu i młodej damie, którzy siedzieli w kącie. Byli tam inni ludzie: dwie karty do gry, dwie gry w domino, trzy stojące przy ladzie przedłużając brakujący zapas wina. Przechodząc za ladą, zauważył, że starszy pan powiedział, patrząc na młodą damę: „To jest nasz człowiek”. „Co, u diabła, robisz _ ty_ w tej kuchni?” powiedział do siebie Monsieur Defarge; „Nie znam cię”. Ale udawał, że nie zauważa dwóch nieznajomych, i wdał się w rozmowę z triumwiratem klientów, którzy piją przy ladzie. „Jak leci, Jacques?” — powiedział jeden z tych trzech do Monsieur Defarge. „Czy całe rozlane wino zostało połknięte?” — Każda kropla, Jacques — odpowiedział Monsieur Defarge.


Kiedy dokonano tej zamiany chrześcijańskich imion, Madame Defarge, dłubiąc w zębach wykałaczką, zakaszlała kolejne ziarno kaszlu i uniosła brwi na szerokość kolejnej kreski. — Nieczęsto — powiedział drugi z trzech, zwracając się do monsieur Defarge — że wiele z tych nieszczęsnych bestii zna smak wina lub czegokolwiek innego oprócz czarnego chleba i śmierci. Czy tak nie jest, Jacques? — Tak jest, Jacques — odparł Monsieur Defarge. Podczas tej drugiej zamiany chrześcijańskiego imienia, Madame Defarge, wciąż używająca wykałaczki z głębokim opanowaniem, zakaszlała kolejnym ziarnem kaszlu i uniosła brwi na szerokość kolejnej kreski. Ostatni z trzech powiedział teraz swoje zdanie, odstawiając puste naczynie do picia i cmokając wargami. „Ach! Tym gorzej! Gorzki smak jest taki, że takie biedne bydło zawsze ma w ustach i żyje ciężkim życiem, Jacques. Mam rację, Jacques? „Masz rację, Jacques” — brzmiała odpowiedź Monsieur Defarge. Ta trzecia zamiana chrześcijańskiego imienia została zakończona w momencie, gdy Madame Defarge odłożyła wykałaczkę, uniosła brwi i lekko zaszeleściła na siedzeniu. „Trzymaj się więc! Prawdziwe!” mruknął jej mąż. „Panowie — moja żona!” Trzej klienci zdjęli czapki przed Madame Defarge z trzema zawijasami. Potwierdziła ich hołd, pochylając głowę i rzucając im szybkie spojrzenie. Potem rozejrzała się swobodnie po sklepie z winami, podjęła robienie na drutach z pozornym spokojem i spokojem ducha i pochłonęła się tym. „Panowie”, powiedział jej mąż, który bacznie obserwował ją, „miłego dnia. Komnata, umeblowana w stylu kawalerskim, którą chciałeś zobaczyć i o którą pytałeś, kiedy wyszedłem, znajduje się na piątym piętrze. Drzwi klatki schodowej wychodzą na mały dziedziniec po lewej stronie, wskazując ręką, w pobliżu okna mojego lokalu. Ale teraz, kiedy sobie przypominam, jeden z was już tam był i może wskazać drogę. Panowie, adieu!”


Zapłacili za wino i opuścili to miejsce. Oczy Monsieur Defarge przyglądały się żonie przy robieniu na drutach, kiedy starszy pan wyszedł ze swojego kąta i błagał o jedno słowo. — Chętnie, sir — powiedział Monsieur Defarge i cicho podszedł z nim do drzwi. Ich konferencja była bardzo krótka, ale bardzo zdecydowana. Niemal przy pierwszym słowie Monsieur Defarge zaczął i stał się bardzo uważny. Nie trwało to ani minuty, kiedy skinął głową i wyszedł. Następnie dżentelmen skinął na młodą damę i oni też wyszli. Madame Defarge zrobiła na drutach zwinne palce i stabilne brwi, ale nic nie widziała. Pan Jarvis Lorry i panna Manette, wychodząc w ten sposób ze sklepu z winami, dołączyli do Monsieur Defarge w drzwiach, do których przed chwilą skierował własną firmę. Otwierało się od śmierdzącego małego czarnego dziedzińca i stanowiło ogólnodostępne wejście do wielkiego stosu domów, zamieszkałych przez wielką liczbę ludzi. W ponurym, wyłożonym płytkami wejściu do ponurych schodów wyłożonych płytkami, Monsieur Defarge ukląkł na jednym kolanie do dziecka swego starego pana i przyłożył dłoń do ust. To była delikatna akcja, ale wcale nie wykonana delikatnie; w ciągu kilku sekund zaszła w nim bardzo niezwykła przemiana. Nie miał dobrego humoru na twarzy ani żadnej otwartości, ale stał się tajemniczym, wściekłym, niebezpiecznym człowiekiem.


„Jest bardzo wysoki; to jest trochę trudne. Lepiej zacząć powoli”. Tak więc, Monsieur Defarge, surowym głosem, do pana Lorry’ego, kiedy zaczęli wchodzić po schodach. „Czy on jest sam?” — szepnął ten ostatni. „Sam! Boże pomóż mu, kto powinien być z nim!” — powiedział drugi tym samym niskim głosem. — Czy jest więc zawsze sam? „Tak.” „Z własnego pragnienia?” „Z własnej konieczności. Tak jak był, kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy po tym, jak mnie znaleźli i zażądałem, aby wiedzieć, czy go wezmę, i na własne ryzyko zachowaj dyskrecję — tak jak wtedy, tak jest teraz”. „On bardzo się zmienił?” „Zmieniony!” Właściciel winiarni zatrzymał się, by uderzyć ręką w ścianę i wymamrotał straszliwą klątwę. Żadna bezpośrednia odpowiedź nie mogłaby być w połowie tak wymowna. Duch pana Lorry’ego stawał się coraz cięższy, gdy on i jego dwaj towarzysze wspinali się coraz wyżej. Taka klatka schodowa z akcesoriami w starszych i bardziej zatłoczonych częściach Paryża byłaby teraz wystarczająco zła; ale w tamtym czasie było to rzeczywiście podłe dla nieprzyzwyczajonych i nieutwardzonych zmysłów.


Każde małe mieszkanie w wielkim plugawym gnieździe jednego wysokiego budynku — to znaczy pokój lub pokoje w każdych drzwiach, które otwierały się na głównej klatce schodowej — pozostawiało własny stos śmieci na swoim własnym podeście, oprócz wyrzucania innych śmieci. własne okna. Niekontrolowana i beznadziejna masa rozkładu, tak wywołana, zanieczyściłaby powietrze, nawet gdyby bieda i niedostatek nie obciążały go swoimi nieuchwytnymi nieczystościami; połączenie dwóch złych źródeł sprawiło, że było to prawie nie do zniesienia. W takiej atmosferze, pod stromym, ciemnym pasmem brudu i trucizny, wiodła droga. Poddając się własnemu zaburzeniu umysłu i niepokojowi młodego towarzysza, który narastał z każdą chwilą, pan Jarvis Lorry dwukrotnie zatrzymał się, by odpocząć. Każde z tych przestojów powodowało żałosną kratę, przez którą wydawało się, że wszelkie słabe dobre powietrze, które pozostało nieuszkodzone, ucieka, a wszystkie zepsute i chore opary zdawały się pełzać. Przez zardzewiałe pręty wychwycono raczej smaki niż przebłyski. zagmatwanej okolicy; i nic w zasięgu, bliższym lub niższym niż szczyty dwóch wielkich wież Notre-Dame, nie mogło obiecać zdrowego życia ani pełnych korzyści aspiracji. W końcu zdobyto szczyt schodów i zatrzymali się po raz trzeci. Było jeszcze górne schody, o bardziej stromym nachyleniu i zmniejszonych wymiarach, do pokonania, zanim osiągnięto piętro strychu. Właściciel winiarni, zawsze idąc trochę naprzód i zawsze na stronę, którą szedł pan Lorry, jakby bał się, że młoda dama go o coś pyta, obrócił się tutaj i czując ostrożnie w kieszeniach płaszcza, który niósł przez ramię, wyjął klucz. — A więc drzwi są zamknięte, przyjacielu? — powiedział zdziwiony pan Lorry. „Tak. Tak — brzmiała ponura odpowiedź Monsieur Defarge. — Uważasz, że konieczne jest, aby nieszczęsny dżentelmen był na emeryturze? „Myślę, że trzeba przekręcić klucz”. Monsieur Defarge szepnął mu to bliżej do ucha i zmarszczył brwi. „Dlaczego?” „Dlaczego! Ponieważ żył tak długo w zamknięciu, że byłby przestraszony — rave — rozszarpał się na kawałki — umarł — doszedł do tego, że nie wiem, jaką krzywdę — gdyby jego drzwi pozostały otwarte”. „Czy to możliwe!” — zawołał pan Lorry. „Czy to możliwe!” — powtórzył z goryczą Defarge. „Tak. I piękny świat, w którym żyjemy, kiedy jest to możliwe i kiedy wiele innych takich rzeczy jest możliwych i nie tylko możliwych, ale już zrobionych — do zobaczenia! — tam, pod tym niebem, każdego dnia. Niech żyje diabeł. Chodźmy dalej”. Ten dialog był tak cichy, że szeptem nie dotarło ani jedno słowo, które nie dotarło do uszu młodej damy. Ale w tym czasie zadrżała z tak silnego wzruszenia, a jej twarz wyrażała tak głęboki niepokój, a przede wszystkim taki strach i przerażenie, że pan Lorry poczuł, że ciąży na nim obowiązek wypowiedzenia jednego lub dwóch słów otuchy. „Odwaga, droga panienko! Odwaga! Biznes!


Najgorsze minie za chwilę; to tylko przejście przez drzwi pokoju i najgorsze minęło. Wtedy zaczyna się całe dobro, które mu przynosisz, cała ulga, całe szczęście, które mu przynosisz. Niech nasz dobry przyjaciel pomoże ci po tej stronie. To dobrze, przyjacielu Defarge. Chodź teraz. Biznes Biznes!” Weszli powoli i cicho. Schody były krótkie i wkrótce znaleźli się na szczycie. Tam, ponieważ nastąpił gwałtowny obrót, wszyscy natychmiast natrafili na trzech mężczyzn, których głowy były pochylone blisko siebie od strony drzwi i którzy uważnie zaglądali do pokoju, do którego należały drzwi, przez szczeliny lub dziury w ścianie. Słysząc zbliżające się kroki, ci trzej odwrócili się, wstali i okazali się trzema o tym samym nazwisku, którzy pili w sklepie z winami. „Zaskoczona pańską wizytą zapomniałem o nich” — wyjaśnił Monsieur Defarge. „Zostawcie nas, dobrzy chłopcy; mamy tu interes”. Trójka przemknęła obok i cicho zeszła na dół. Wyglądało na to, że na tym piętrze nie ma innych drzwi, a właściciel sklepu z winami, który poszedł prosto do tego, kiedy zostali sami, pan Lorry zapytał go szeptem, z lekką złością: „Czy robisz przedstawienie? Monsieur Manette?” „Pokazuję go tak, jak widzieliście, kilku wybranym.” „Czy to dobrze?” „Myślę, że to dobrze”. „Kim są nieliczni? Jak je wybierasz?” „Wybieram ich jako prawdziwych mężczyzn, nazywam się — Jacques to moje imię — którym ten widok prawdopodobnie zrobi dobrze. Wystarczająco; jesteś Anglikiem; to inna sprawa. Zostań tam, jeśli chcesz, chwilę. Z upominającym gestem, aby ich powstrzymać, pochylił się i zajrzał do środka przez szczelinę w ścianie. Wkrótce znów podniósł głowę i dwukrotnie lub trzykrotnie uderzył w drzwi — najwyraźniej nie mając innego celu, jak tylko zrobić tam hałas. Z tym samym zamiarem przeciągnął po nim klucz trzy lub cztery razy, po czym niezgrabnie włożył go do zamka i obrócił tak mocno, jak tylko potrafił. Drzwi powoli otworzyły się do wewnątrz pod jego ręką, a on zajrzał do pokoju i coś powiedział. Słaby głos coś odpowiedział. Po obu stronach można było wypowiedzieć niewiele więcej niż jedną sylabę. Obejrzał się przez ramię i skinął na nich, żeby weszli. Pan Lorry mocno objął córkę ramieniem w talii i objął ją; bo czuł, że tonie. „Aaa-biznes, biznes!” — nalegał, czując na jego policzku wilgoć, która nie była interesem. „Wejdź, wejdź!” „Boję się tego” — odpowiedziała drżąc. „Z tego? Co?” — Mam na myśli go. Mojego ojca”. Zdesperowany przez jej stan i skinienie ich przewodnika, naciągnął na szyję ramię, które trzęsło się na jego ramieniu, podniósł ją trochę i poprowadził do pokoju. Posadził ją tuż przy drzwiach i przytulił do niego. Defarge wyciągnął klucz, zamknął drzwi, zamknął je od wewnątrz, wyjął klucz ponownie i trzymał go w dłoni. Robił to wszystko metodycznie iz tak głośnym i ostrym akompaniamentem, jak tylko mógł. W końcu przeszedł przez pokój odmierzonym stopniem do miejsca, w którym znajdowało się okno.


Zatrzymał się w tym miejscu i odwrócił się. Strych, zbudowana być depozytariuszem na opał i tym podobne, było słabe i ciemne: za, okna mansardowe kształt, był w prawdzie drzwi w dachu, z małym dźwigu nad nim do podnoszenia się sklepów z ulica: nieszkliwiona, z zamknięciem środkowym na dwie części, jak każde inne drzwi konstrukcji francuskiej. Aby wykluczyć zimno, jedna połowa tych drzwi została szybko zamknięta, a druga otwarta, ale na bardzo małą odległość. Tak skąpe światło zostało wpuszczone za pomocą tych środków, że przy pierwszym wejściu trudno było cokolwiek zobaczyć; a sam długi nawyk mógł się powoli u każdego ukształtować, zdolność do wykonywania każdej pracy wymagającej subtelności w takim zapomnieniu. Jednak tego rodzaju prace wykonywano na strychu; bo odwrócony plecami do drzwi, a twarzą skierowaną w stronę okna, gdzie stał sprzedawca winiarni, patrzył na niego, na niskiej ławce siedział białowłosy mężczyzna, pochylony do przodu i bardzo zajęty, robiąc buty.

Rozdział VI. Szewc

„Dzień dobry!” — powiedział Monsieur Defarge, spoglądając na białą głowę pochyloną nisko nad szewcem. Podniósł się na chwilę, a na powitanie odpowiedział bardzo słaby głos, jakby znajdował się w oddali: „Dzień dobry!” „Wciąż ciężko pracujesz, rozumiem?” Po długiej ciszy głowa została uniesiona na kolejną chwilę, a głos odpowiedział: „Tak — pracuję”. Tym razem para wymizerowanych oczu spojrzała na pytającego, zanim twarz znów opadła. Słabość głosu była godna pożałowania i straszna. Nie była to słabość fizyczna, chociaż niewątpliwie uwięzienie i ciężki posiłek miały w tym swój udział. Jego godną ubolewania osobliwością było to, że była to słabość samotności i nieużywania. Było to jak ostatnie słabe echo dźwięku wydanego dawno i dawno temu. Tak całkowicie stracił życie i rezonans ludzkiego głosu, że działał na zmysły jak niegdyś piękny kolor, który zniknął w słabą, słabą plamę. Był tak zatopiony i stłumiony, że był jak głos pod ziemią. Było to tak ekspresyjne, że beznadziejne i zagubione stworzenie, że wygłodniały podróżnik, zmęczony samotną wędrówką po pustyni, przypomniałby sobie dom i przyjaciół w takim tonie, zanim położyłby się na śmierć. Minęło kilka minut cichej pracy, a wynędzniałe oczy ponownie podniosły wzrok: nie z żadnym zaciekawieniem, ale z tępym mechanicznym spostrzeżeniem, że miejsce, w którym stał jedyny gość, którego znali, jeszcze nie było. pusty. — Chcę — powiedział Defarge, nie odrywając wzroku od szewca — żeby wpuścić tu trochę więcej światła. Potrafisz znieść trochę więcej?” Szewc przerwał pracę; spojrzał z pustą miną nasłuchiwania na podłogę po jednej stronie; potem podobnie, na podłodze po drugiej stronie; następnie w górę na głośnik. „Co powiedziałeś?” „Potrafisz znieść trochę więcej światła?” „Muszę to znieść, jeśli to wpuścisz.” (Nakładanie najmniejszego cienia podkreślenia na drugie słowo). Otwarte półdrzwiczki zostały otwarte nieco dalej i zabezpieczone pod tym kątem na czas. Szeroki promień światła wpadł na strych i ukazał robotnika z niedokończonym butem na kolanach, zatrzymującego się w pracy. Kilka zwykłych narzędzi i różne skrawki skóry leżały u jego stóp i na ławce. Miał białą brodę, postrzępioną, ale niezbyt długą, zapadniętą twarz i niezwykle jasne oczy. Pustka i szczupłość jego twarzy sprawiłaby, że wyglądaliby na dużych, pod jego jeszcze ciemnymi brwiami i pomieszanymi siwymi włosami, chociaż tak naprawdę było inaczej; ale były naturalnie duże i wyglądały nienaturalnie.


Jego żółte łachmany koszuli leżały rozpięte pod szyją i pokazywały, że jego ciało jest uschnięte i zniszczone. On i jego stara płócienna sukienka, luźne pończochy i wszystkie jego biedne strzępy ubrań, w długim odosobnieniu od bezpośredniego światła i powietrza, zbladły do tak tępej jednorodności pergaminowo-żółtego koloru, że trudno powiedzieć, który był który. Włożył rękę między oczy a światło, a same jego kości wydawały się przezroczyste. Więc usiadł, z niewzruszonym spojrzeniem, przerywając pracę. Nigdy nie patrzył na postać przed sobą, nie spoglądając najpierw z góry na siebie, a potem na tę stronę, jakby stracił nawyk kojarzenia miejsca z dźwiękiem; nigdy się nie odezwał, nie błądząc najpierw w ten sposób i zapominając o mówieniu. „Czy zamierzasz dziś skończyć tę parę butów?” — zapytał Defarge, dając znak Panu Lorry’emu, aby wystąpił. „Co powiedziałeś?” „Czy chcesz dzisiaj skończyć tę parę butów?” „Nie mogę powiedzieć, że mam to na myśli. Tak przypuszczam. Nie wiem.” Ale pytanie przypomniało mu o jego pracy i znowu się nad nią pochylił. Pan Lorry podszedł cicho do przodu, zostawiając córkę przy drzwiach. Kiedy stał minutę lub dwie obok Defarge, szewc podniósł głowę. Nie okazał zdziwienia, widząc inną postać, ale niepewne palce jednej z jego dłoni przesunęły się do jego ust, gdy na nią spojrzał (jego usta i paznokcie miały ten sam blady ołowiany kolor), a potem ręka opadła na jego usta. pracy i ponownie pochylił się nad butem. Wygląd i działanie było zajęte, ale na chwilę. — Widzisz, masz gościa — powiedział Monsieur Defarge. „Co powiedziałeś?” „Oto gość”. Szewc podniósł głowę jak poprzednio, ale bez odrywania ręki od swojej pracy. „Chodź!” — powiedział Defarge. „Oto monsieur, który rozpoznaje dobrze wykonany but, kiedy go widzi. Pokaż mu but, nad którym pracujesz. Weź to, monsieur. Pan Lorry wziął go do ręki. „Proszę powiedzieć monsieur, jaki to rodzaj buta i nazwisko producenta”. Nastąpiła dłuższa przerwa niż zwykle, zanim szewc odpowiedział: „Zapomniałem, o co mnie zapytałeś. Co powiedziałeś?” „Powiedziałem, czy nie mógłbyś opisać rodzaju buta, dla informacji monsieur?” „To damski but. To but do chodzenia młodej damy. To jest w obecnym trybie. Nigdy nie widziałem trybu. Mam w ręku wzór”. On spojrzał na bucie z jakimś małym kontakcie mijania dumy. „A nazwisko twórcy?” — powiedział Defarge.


Teraz, kiedy nie miał już nic do roboty, położył kostki prawej dłoni w zagłębieniu lewej, a następnie kostki lewej ręki w zagłębienie prawej, a potem przesunął dłonią po brodatej brodzie i tak dalej w regularnych zmianach, bez chwili przerwy. Zadanie przywołania go z włóczęgostwa, w jakim zawsze pogrążał się, gdy mówił, było jak przywoływanie jakiejś bardzo słabej osoby z omdlenia lub usiłowanie, w nadziei na jakieś ujawnienie, pozostania w duchu szybko umierającego człowieka. „Czy zapytałeś mnie o moje imię?” „Oczywiście, że tak.” „Sto pięć, Wieża Północna”. „Czy to wszystko?” „Sto pięć, Wieża Północna”. Ze znużonym dźwiękiem, który nie był westchnieniem ani jękiem, pochylił się, by znowu pracować, aż cisza znów została przerwana. „Nie jesteś szewcem z zawodu?” — powiedział pan Lorry, patrząc na niego niewzruszenie. Jego wymizerowane oczy zwróciły się na Defarge, jakby chciał przekazać mu pytanie; ale ponieważ z tej strony nie przyszła żadna pomoc, zwrócili się z powrotem do pytającego, gdy szukali ziemi. „Z zawodu nie jestem szewcem? Nie, nie byłem szewcem z zawodu. II nauczył się go tutaj. Nauczyłem się. Poprosiłem o pozwolenie… — Odchodził, nawet na kilka minut, przez cały czas dzwoniąc na dłonie o tych zmierzonych zmianach. W końcu jego oczy powróciły powoli do twarzy, z której się oddalili; kiedy na nim spoczęli, ruszył i wznowił, jak śpiący w tej chwili, gdy się obudził, wracając do tematu ostatniej nocy. „Poprosiłem o pozwolenie na naukę i po dłuższej chwili dostałem to z dużym trudem i od tamtej pory robię buty”. Wyciągając rękę po zabrany mu but, Lorry powiedział, wciąż patrząc mu w twarz: „Monsieur Manette, czy nie pamiętasz nic o mnie?” But spadł na ziemię, a on siedział, wpatrując się w pytającego. „Monsieur Manette”; Pan Lorry położył dłoń na ramieniu Defarge; „Czy nie pamiętasz nic o tym człowieku? Popatrz na niego. Spójrz na mnie. Czy nie ma starego bankiera, starego interesu, starego sługi, starego czasu, który pojawia się w twoim umyśle, monsieur Manette? Kiedy więzień przez wiele lat siedział nieruchomo, spoglądając na zmianę na pana Lorry’ego i Defarge, niektóre długo zatarte ślady aktywnej inteligencji pośrodku czoła, stopniowo przedarły się przez czarną mgłę, która na niego spadła.


Znów byli zachmurzeni, byli słabsi, zniknęli; ale oni tam byli. I tak dokładnie powtarzał się wyraz jej jasnej, młodej twarzy, która pełzła wzdłuż ściany do punktu, z którego mogła go zobaczyć, i gdzie teraz stała, patrząc na niego, z rękami, które z początku były uniesione tylko w przestraszonym współczuciu. jeśli nawet nie po to, by go powstrzymać i zasłonić go przed wzrokiem, ale które teraz rozciągały się ku niemu, drżąc z pragnienia, by położyć widmową twarz na jej ciepłej młodej piersi i pokochać ją z powrotem do życia i nadziei — tak dokładnie powtarzał się wyraz (choć silniejszymi postaciami) na jej pięknej młodej twarzy, że wyglądała, jakby przeszła od niego do niej jak poruszające się światło. W jego miejsce zapadła ciemność. Patrzył na nich coraz mniej uważnie, a jego oczy z posępną abstrakcją szukały ziemi i rozglądały się wokół niego po staremu. Wreszcie, z głębokim westchnieniem, podniósł but i wznowił pracę. — Czy rozpoznałeś go, monsieur? — zapytał szeptem Defarge. „Tak; na chwilę. Początkowo wydawało mi się to beznadziejne, ale niewątpliwie przez jedną chwilę widziałem twarz, którą kiedyś tak dobrze znałem. Cicho! Cofnijmy się dalej. Cicho!” Odeszła od ściany poddasza, bardzo blisko ławki, na której siedział. W jego nieświadomości tej postaci było coś okropnego, co mogło wyciągnąć rękę i dotknąć go, gdy pochylił się nad swoją pracą. Nie padło ani słowo, nie wydano żadnego dźwięku. Stała obok niego jak duch, a on pochylił się nad swoją pracą. W końcu zdarzyło się, że miał okazję wymienić trzymany w ręku instrument na nóż szewski. Leżał po tej stronie niego, która nie była tą, po której stała. Podniósł go i znów pochylał się do pracy, gdy jego wzrok padł na spódnicę jej sukienki. On je podniesione, i zobaczyłem jej twarz. Dwóch widzów ruszyło do przodu, ale powstrzymała ich ruchem ręki. Nie bała się, że uderzy ją w nią nożem, chociaż tak było. Spojrzał na nią z przerażeniem, a po chwili jego usta zaczęły układać kilka słów, choć nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. Stopniowo, w przerwach w szybkim i ciężkim oddechu, słyszał: „Co to jest?” Ze łzami spływającymi po twarzy, przyłożyła obie ręce do ust i pocałowała go; potem przycisnęła je do swojej piersi, jakby położyła tam jego zniszczoną głowę. — Nie jesteś córką strażnika? Westchnęła „Nie”. „Kim jesteś?”


Nie ufając jeszcze tonowi swojego głosu, usiadła na ławce obok niego. Cofnął się, ale położyła dłoń na jego ramieniu. Kiedy to zrobiła, poczuł dziwny dreszcz i wyraźnie przeszedł przez jego sylwetkę; On położył nóż cicho, gdy siedział wpatrując się w nią. Jej złote włosy, które nosiła w długich lokach, zostały pospiesznie odgarnięte na bok i opadły na szyję. Powoli i powoli przesuwał rękę, podniósł ją i spojrzał na nią. W środku akcji zbłądził i z kolejnym głębokim westchnieniem rzucił się do pracy przy szewstwie. Ale nie na długo. Puszczając jego ramię, położyła dłoń na jego ramieniu. Po obejrzeniu go z powątpiewaniem dwa lub trzy razy, jakby chciał się upewnić, że naprawdę tam jest, położył swoją pracę, położył rękę na szyi i zdjął poczerniały sznurek z przyczepionym do niego kawałkiem złożonej szmatki.. Otworzył go ostrożnie na kolanie i zawierał on bardzo małą ilość włosów: nie więcej niż jeden lub dwa długie złote włosy, które kiedyś założył sobie na palec. Ponownie wziął jej włosy w dłoń i przyjrzał się im uważnie. „To jest to samo. Jak to możliwe! Kiedy to było! Jak było!« Kiedy skoncentrowany wyraz powrócił na jego czoło, zdawał się zdawać sobie sprawę, że był on również w jej czole. Odwrócił ją do światła i spojrzał na nią. „Położyła głowę na moim ramieniu, tej nocy, kiedy mnie wezwano — bała się, że odejdę, chociaż ja nie miałem — a kiedy przywieziono mnie do Wieży Północnej, znaleźli to na moim rękawie. — Zostawisz mi je? Nigdy nie pomogą mi wydostać się z ciała, chociaż mogą w duchu”. To były słowa, które powiedziałem. Pamiętam ich bardzo dobrze”. Ułożył tę mowę ustami wiele razy, zanim mógł ją wypowiedzieć. Ale kiedy znalazł na to wypowiedziane słowa, przyszły do niego spójnie, choć powoli. „Jak to było? — _ Czy to ty_?” Raz jeszcze dwaj widzowie drgnęli, gdy odwrócił się do niej z przerażającą nagłością. Ale siedziała zupełnie nieruchomo w jego uścisku i powiedziała tylko cichym głosem: „Błagam was, dobrzy panowie, nie zbliżajcie się do nas, nie mówcie, nie ruszajcie się!” »Słuchać uważnie!« wykrzyknął. „Czyj to był głos?” Jego ręce puściły ją, gdy wypowiedział ten okrzyk, i podeszły do jego siwych włosów, które rozdarły w szale. Ucichło, bo wymarło z niego wszystko oprócz szewstwa, więc ponownie złożył swoją paczuszkę i usiłował ją zabezpieczyć w piersi; ale on nadal patrzył na nią i ponuro pokręcił głową. »Nie nie nie; jesteś za młody, zbyt kwitnący. To niemożliwe.


Zobacz, kim jest więzień. To nie są ręce, które znała, to nie jest twarz, którą znała, to nie jest głos, który kiedykolwiek słyszała. Nie? Nie. Była — a On był — przed powolnymi latami Wieży Północnej — wieki temu. Jak masz na imię, mój delikatny aniołku?” Chwaląc jego łagodny ton i zachowanie, jego córka upadła przed nim na kolana, z pociągającymi dłońmi na jego piersi. „O, proszę pana, kiedy indziej poznacie moje imię i nazwisko, kto była moją matką, kim był mój ojciec i jak nigdy nie poznałam ich ciężkiej, ciężkiej historii. Ale nie mogę wam powiedzieć w tej chwili i nie mogę wam powiedzieć tutaj. Wszystko, co mogę wam powiedzieć, tu i teraz, to to, że proszę was, abyście mnie dotknęli i pobłogosławili. Pocałuj mnie, pocałuj! O moja droga, moja droga!” Jego zimna, biała głowa mieszała się z jej promiennymi włosami, które ogrzewały je i oświetlały, jak gdyby świeciło na niego światło Wolności. „Jeśli słyszysz w moim głosie — nie wiem, że tak jest, ale mam nadzieję, że tak jest — jeśli słyszysz w moim głosie jakiekolwiek podobieństwo do głosu, który kiedyś był słodką muzyką w twoich uszach, opłakuj go, płaczcie za to! Jeśli dotkniesz, dotykając moich włosów, czegokolwiek, co przypomina ukochaną głowę, która leżała na twojej piersi, kiedy byłaś młoda i wolna, opłakuj to, opłakuj! Jeśli, kiedy napomnę wam o Domu, który jest przed nami, gdzie będę wam wierny ze wszystkimi moimi obowiązkami i całą moją wierną służbą, przywołam wspomnienie Domu od dawna opuszczonego, podczas gdy wasze biedne serce przygnębiło, płakać za nim płakać za to!” Objęła go mocniej za szyję i kołysała na piersi jak dziecko. „Jeśli powiem ci, najdroższa, że twoja agonia się skończyła i że przyszedłem tu, aby cię z niej zabrać, i że jedziemy do Anglii, aby zaznać pokoju i odpoczynku, sprawię, że pomyślisz o swoim życie użyteczne zostało zniszczone, a naszej rodzimej Francji, tak niegodziwej dla was, opłakujcie go, płaczcie nad nim! A jeśli powiem wam o moim imieniu, o moim żyjącym ojcu io mojej zmarłej matce, dowiecie się, że muszę uklęknąć przed moim czcigodnym ojcem i błagać go o przebaczenie za to, że nigdy nie zrobił tego ze względu na niego Walczył cały dzień, czuwał i płakał całą noc, bo miłość mojej biednej matki ukrywała przede mną jego mękę, płacz nad nią, płacz nad nią! Płacz więc nad nią i za mną! Dobrzy panowie, dzięki Bogu!


Czuję jego święte łzy na twarzy, a jego szloch uderza w moje serce. O, zobacz! Dzięki Bogu za nas, dzięki Bogu!” Zatopił się w jej ramionach, a jego twarz opadła na jej pierś: widok tak wzruszający, a jednocześnie tak straszny w ogromnym złu i cierpieniu, które miało miejsce wcześniej, że dwaj patrzący zakryli twarze. Kiedy cisza na poddaszu długo pozostawała niezakłócona, a jego falująca pierś i drżąca postać dawno ustąpiły miejsca ciszy, która musi nastąpić po wszystkich burzach — symbol dla ludzkości, odpoczynku i ciszy, w którą burza zwana życiem musi wreszcie ucichnąć — wyszli naprzód, aby podnieść ojca i córkę z ziemi. Stopniowo opadł na podłogę i leżał w letargu, wyczerpany. Przysunęła się do niego, żeby jego głowa spoczęła na jej ramieniu; a jej włosy opadające na niego zasłaniały go od światła. — Jeśli, nie przeszkadzając mu — powiedziała, podnosząc rękę do pana Lorry’ego, który pochylał się nad nimi, po wielokrotnym wydmuchiwaniu go w nos, — wszystko można by załatwić na natychmiastowe opuszczenie Paryża, tak że od samych drzwi, mógłby zostać zabrany… — Ale zastanów się. Czy nadaje się do podróży?” — zapytał pan Lorry. — Myślę, że lepiej do tego nadaje się niż do pozostania w tym strasznym dla niego mieście. — To prawda — powiedział Defarge, który klęczał, żeby patrzeć i słyszeć. „Więcej niż to; Monsieur Manette jest pod każdym względem najlepszy z Francji. Powiedz, czy mam wynająć powóz i konie pocztowe?” — To sprawa — powiedział pan Lorry, wznawiając w jak najkrótszym czasie swoje metodyczne maniery; „A jeśli biznes ma być załatwiony, lepiej to zrobić”. „W takim razie bądź tak miła”, nalegała panna Manette, „i zostaw nas tutaj. Widzisz, jaki stał się opanowany, i nie możesz się bać, że zostawisz go teraz ze mną. Dlaczego miałbyś być? Jeśli zamkniesz drzwi, żeby nas nie wtrącać, nie wątpię, że znajdziesz go, kiedy wrócisz, tak cichego, jak go zostawisz. W każdym razie zaopiekuję się nim, dopóki nie wrócisz, a potem natychmiast go zabierzemy”. Zarówno Pan Lorry, jak i Defarge byli raczej niechętni temu kursowi i na korzyść jednego z nich pozostał.


Ale ponieważ trzeba było obejrzeć nie tylko powóz i konie, ale także dokumenty podróżne; W miarę upływu czasu, bo dzień dobiegał końca, w końcu doszło do pośpiesznego podzielenia spraw, które należało załatwić, i pośpiesznie odeszli, aby to zrobić. Potem, gdy zapadła ciemność, córka położyła głowę na twardej ziemi tuż obok ojca i obserwowała go. Ciemność pogłębiła się i pogłębiła i oboje leżeli cicho, aż przez szczeliny w ścianie zabłysło światło. Pan Lorry i Monsieur Defarge przygotowali wszystko do podróży i przywieźli ze sobą, oprócz podróżnych płaszczy i opakowań, chleb i mięso, wino i gorącą kawę. Monsieur Defarge położył ten prowiant i lampę, którą niósł, na ławce szewca (na poddaszu nie było nic poza łóżkiem z pryczy), a on i pan Lorry obudzili jeńca i pomogli mu wstać. Żadna ludzka inteligencja nie byłaby w stanie odczytać tajemnic jego umysłu, z przestraszonego, pustego zdumienia jego twarzy. Czy wiedział, co się stało, czy przypomniał sobie, co mu powiedzieli, czy wiedział, że jest wolny, były to pytania, na które żadna bystrość nie była w stanie rozwiązać. Oni próbowali z nim rozmawiać; ale był tak zdezorientowany i tak bardzo powolny w odpowiedzi, że przestraszyli się jego zdumienia i zgodzili się na czas, aby już więcej przy nim nie majstrować. Miał dziki, zagubiony sposób od czasu do czasu obejmujący głowę dłońmi, czego wcześniej u niego nie widziano; jednak miał pewną przyjemność z samego dźwięku głosu swojej córki i niezmiennie zwracał się do niego, kiedy mówiła. W pokorny sposób kogoś, kto od dawna był przyzwyczajony do posłuszeństwa pod przymusem, jadł i pił to, co mu dali do jedzenia i picia, i włożył płaszcz i inne okrycia, które mu dali do noszenia. Chętnie zareagował na to, że jego córka pociągnęła ją za ramię i wziął — i trzymał — jej dłonie w swoich. Zaczęli schodzić; Monsieur Defarge idzie pierwszy z lampą, pan Lorry zamyka małą procesję.


Nie pokonali wielu stopni długich głównych schodów, kiedy zatrzymał się i spojrzał na dach i dookoła ściany. „Pamiętasz to miejsce, mój ojcze? Pamiętasz, jak tu przyszedłeś? „Co powiedziałeś?” Ale zanim zdążyła powtórzyć pytanie, wyszeptał odpowiedź, jakby ją powtórzyła. „Zapamiętaj? Nie, nie pamiętam. To było bardzo dawno temu”. Było dla nich oczywiste, że nie pamięta niczego o tym, że został przywieziony z więzienia do tego domu. Słyszeli, jak mamrocze: „Sto pięć, Wieża Północna”; a kiedy się rozejrzał, najwyraźniej chodziło o mocne mury fortecy, które od dawna go otaczały. Gdy dotarli na dziedziniec, instynktownie zmienił kroki, jakby spodziewając się mostu zwodzonego; a kiedy nie było już mostu zwodzonego i zobaczył powóz czekający na otwartej ulicy, puścił rękę córki i ponownie złożył głowę. Wokół drzwi nie było tłumu; w żadnym z wielu okien nie było widać żadnych ludzi; na ulicy nie było nawet przypadkowego przechodnia. Zapanowała tam nienaturalna cisza i dezercja. Widać było tylko jedną duszę, a była to Madame Defarge — która opierała się o framugę, robiąc na drutach i nic nie widziała. Więzień wsiadł do powozu, a jego córka podążyła za nim, gdy stopy pana Lorry’ego zostały zatrzymane na schodach przez nieszczęśliwe prośby o narzędzia szewskie i niedokończone buty. Madame Defarge natychmiast zawołała męża, że je weźmie, i wyszła z latarni na drutach przez dziedziniec. Szybko zniosła je i wręczyła; — i zaraz potem oparła się o słupek, robiąc na drutach, i nic nie widziała. Defarge dotarł do pudełka i dał słowo „Do Bariery!” Postilion pęknięty batem, i stukały dala pod słabymi lampami ponad-kołysanie. Pod wiszącymi lampami — kołyszącymi się coraz jaśniej na lepszych ulicach i coraz słabszym w gorszych — i przy oświetlonych sklepach, gejowskich tłumach, oświetlonych kawiarniach i drzwiach teatru do jednej z bram miasta. Żołnierze z latarniami na wartowni. „Wasze papiery, podróżnicy!” — A więc spójrz tutaj, monsieur oficerze — powiedział Defarge, schodząc na dół i rozebierając go na części — to są papiery pana w środku, z białą głową.


Skierowano je do mnie, razem z nim, na … — Zniżył głos, między latarniami wojskowymi rozległo się trzepotanie, a jeden z nich został podany do powozu za ramię w mundurze, oczy połączone z ramieniem spojrzały, a nie codzienne czy wieczorne spojrzenie na pana z białą głową. „To jest dobre. Naprzód!” z munduru. „Adieu!” z Defarge. I tak, pod krótkim zagajnikiem słabszych i słabszych wiszących lamp, pod wielkim gajem gwiazd. Pod tym łukiem niewzruszonych i wiecznych świateł; niektórzy, tak daleko od tej małej ziemi, że uczeni twierdzą, że wątpliwe jest, czy ich promienie jeszcze ją odkryły, jako punkt w przestrzeni, w którym cokolwiek cierpi lub czyni się: cienie nocy były szerokie i czarne. Przez całą zimną i niespokojną przerwę, aż do świtu, raz jeszcze szeptali do uszu pana Jarvisa Lorry’ego — siedzącego naprzeciwko pogrzebanego mężczyzny, który został wykopany, i zastanawiając się, jakie subtelne moce zostały mu na zawsze utracone i co były zdolne do przywrócenia — stare pytanie: „Mam nadzieję, że zależy ci na przywróceniu do życia?” I stara odpowiedź: „Nie mogę powiedzieć”.

Koniec pierwszej książki.

Księga druga — złota nić

Rozdział I. Pięć lat później

Tellson’s Bank przy Temple Bar było staroświeckim miejscem, nawet w roku tysiąc siedemset osiemdziesiątym. Był bardzo mały, bardzo ciemny, bardzo brzydki, bardzo niekomfortowy. Było to miejsce staroświeckie, zresztą w moralnym atrybucie, że wspólnicy Domu byli dumni z jego małości, dumni z jego ciemności, dumni z jego brzydoty, dumni z jego nieporadności. Chwalili się nawet jego wybitnością w tych szczegółach i zostali zwolnieni przez wyraźne przekonanie, że gdyby było mniej budzące zastrzeżenia, byłoby mniej godne szacunku. To nie była bierna wiara, ale aktywna broń, którą błysnęli w wygodniejszych miejscach prowadzenia działalności. Tellson (powiedzieli) nie chciał mieć miejsca na łokcie, Tellson nie chciał światła, Tellson nie chciał ozdób. Potęga Noakes and Co. lub Snooks Brothers; ale Tellson’s, dzięki Heaven -! Każdy z tych partnerów wydziedziczyłby swojego syna w kwestii odbudowy Tellsona. Pod tym względem Izba była na równi z krajem; który bardzo często wydziedziczał swoich synów za sugestie ulepszeń w prawie i zwyczajach, które od dawna budziły sprzeciw, ale były tylko bardziej godne szacunku. W ten sposób stało się, że Tellson był triumfalnym osiągnięciem niedogodności.


Po wyważeniu drzwi idiotycznego uporu z słabym grzechotaniem w gardle, wpadłeś do Tellsona na dwa stopnie i doszedłeś do zmysłów w żałosnym małym sklepiku z dwoma małymi ladami, gdzie najstarszy z mężczyzn potrząsnął twoim czekiem, jak gdyby szeleścił w nim wiatr, kiedy badali podpis przy najbardziej obskurnych oknach, które zawsze znajdowały się pod kąpielą błota z Fleet-Street i które były bardziej obskurne dzięki ich własnym żelaznym prętom i ciężkiemu cieniu Temple Bar. Jeśli twoja sprawa wymagała zobaczenia „Domu”, zostałeś umieszczony z tyłu w gatunku Potępionej Twierdzy, gdzie medytowałeś nad marnym życiem, dopóki Dom nie przyszedł z rękami w kieszeniach i ledwo mogłeś na niego mrugnąć w ponurym zmierzchu. Twoje pieniądze wyszły lub trafiły do robaczywych starych drewnianych szuflad, których cząsteczki latały ci do nosa i do gardła, gdy były otwierane i zamykane. Twoje banknoty pachniały stęchlizną, jakby znowu szybko rozkładały się na szmaty. Twój talerz został schowany między sąsiednimi szambo, a zła komunikacja zepsuła jego dobry połysk w ciągu jednego lub dwóch dni. Twoje czyny dostały się do zaimprowizowanych skarbców zbudowanych z kuchni i zmywarek i wyrzuciły cały tłuszcz z ich pergaminów w powietrze domu bankowego. Wasze lżejsze pudełka z dokumentami rodzinnymi weszły na górę do pokoju Barmecide, w którym zawsze znajdował się wielki stół jadalny i nigdy nie jadano kolacji, i gdzie nawet w roku tysiąc siedemset osiemdziesiątym pisano pierwsze listy do wy, przez swoją dawną miłość lub przez swoje małe dzieci, dopiero co uwolniliście się od horroru patrzenia przez okna, przez głowy odsłonięte na Temple Bar z bezduszną brutalnością i zaciekłością godną Abisynii lub Aszantee.


Ale rzeczywiście, w tamtych czasach zabijanie było przepisem bardzo modnym we wszystkich zawodach i zawodach, a przede wszystkim u Tellsona. Śmierć jest lekarstwem natury na wszystko, a dlaczego nie Ustawodawstwem? W związku z tym fałszerz został skazany na śmierć; osoba wypowiadająca złą nutę została skazana na śmierć; bezprawny otwieracz listu został skazany na śmierć; purloiner od szylingów i sześć pensów czterdziestu został skazany na śmierć; posiadacz konia u drzwi Tellsona, który uciekł z nim, został skazany na śmierć; ubijacz złego szylinga został skazany na śmierć; sygnalizatory z trzech czwartych notatki w całej gamie przestępstwa, zostały wprowadzone do śmierci. Nie żeby zrobiło to co najmniej dobrego w zapobieganiu — mogłoby być prawie warte odnotowania, że fakt był dokładnie odwrotny — ale usunął (co do tego świata) kłopoty każdego konkretnego przypadku i opuścił nic innego nie jest z tym związane. Tak więc Tellson, w jego czasach, podobnie jak większe miejsca biznesowe, jego współcześni, pochłonęli tak wiele istnień, że gdyby głowy pochyliły się, zanim zostały postawione na Temple Bar, zamiast zostać prywatnie wyrzucone, prawdopodobnie wykluczyliby jak mało światła miał parter, w dość znaczący sposób. Stłoczony w wszelkiego rodzaju ciemnych szafkach i szałasach w Tellson’s, najstarszy z mężczyzn prowadzących interesy z powagą.


Kiedy zabrali młodego mężczyznę do londyńskiego domu Tellsona, ukrywali go gdzieś, aż był stary. Trzymali go w ciemnym miejscu, jak ser, aż uzyskał pełny smak Tellsona i niebieską pleśń. Dopiero wtedy pozwolono mu być widzianym, spektakularnie przeglądając duże księgi i rzucając swoje spodnie i getry na ogólny ciężar establishmentu. Przed Tellson’s — w żadnym wypadku, chyba że wezwano — był pracownik dorywczy, okazjonalny tragarz i posłaniec, który służył jako żywa oznaka domu. Nigdy nie był nieobecny w godzinach pracy, chyba że na posyłki, a potem był reprezentowany przez syna: przerażającego dwunastoletniego urwisa, który był jego wyrazistym obrazem. Ludzie rozumieli, że Tellson w dostojny sposób tolerował dorywczych ludzi. Dom zawsze tolerował jakąś osobę w tym charakterze, a czas i przypływ sprawiły, że ta osoba trafiła na posterunek.


Nazywał się Cruncher i przy okazji młodzieńczego wyrzeczenia się przez pełnomocnika dzieł ciemności we wschodnim kościele parafialnym w Hounsditch otrzymał dodatkowe imię Jerry. Scena była prywatnym zakwaterowaniem pana Crunchera w Zaułku Wiszących Mieczy w Whitefriars: godzina wpół do ósmej w wietrzny marcowy poranek, Anno Domini siedemnasta sto osiemdziesiąt. (Sam pan Cruncher zawsze mówił o roku naszego Pana jako Anna Dominoes: najwyraźniej pod wrażeniem, że era chrześcijańska datuje się od wynalezienia popularnej gry przez kobietę, która nadała jej swoje imię.) Apartamenty pana Crunchera nie znajdowały się w pikantnym sąsiedztwie, a było ich tylko dwóch, nawet jeśli szafa z pojedynczą taflą szkła mogłaby być liczona jako jedna. Ale były bardzo przyzwoicie utrzymane. Choć było wcześnie, w wietrzny marcowy poranek, pokój, w którym leżał, był już wyszorowany; a między filiżankami i spodkami ustawionymi na śniadanie, a ciężkim stołem rozdawano bardzo czystą białą tkaninę. Pan Cruncher spoczywał pod kołdrą z patchworku, jak arlekin w domu. Początkowo spał ciężko, ale stopniowo zaczął się tarzać i podskakiwać w łóżku, aż wzniósł się nad powierzchnię, a jego sterczące włosy wyglądały, jakby musiały rozerwać prześcieradło na wstążki. W tym momencie wykrzyknął głosem potwornej irytacji: „Rozwal mnie, jeśli nie chce tego ponownie!”


Kobieta o uporządkowanym i pracowitym wyglądzie podniosła się z kolan w kącie, z wystarczającym pośpiechem i lękiem, by pokazać, że jest osobą, o której mowa. „Co!” — powiedział pan Cruncher, wyglądając z łóżka w poszukiwaniu buta. — Znowu to robisz, prawda? Powitawszy poranek drugim pozdrowieniem, jako trzeci rzucił butem w kobietę. Był to bardzo zabłocony but i może wprowadzić dziwną okoliczność związaną z krajową gospodarką pana Crunchera, że chociaż często wracał do domu po godzinach pracy w czystych butach, często wstawał następnego ranka, aby znaleźć te same buty pokryte gliną. „Co”, powiedział pan Cruncher, zmieniając swój apostrof po tym, jak nie trafił w jego znak — „co porabiasz, Aggerawayter?” „Tylko odmawiałem modlitwy”. „Odmawiajcie wasze modlitwy! Jesteś miłą kobietą! Co masz na myśli mówiąc, że padasz na ziemię i modlisz się za mną?” „Nie modliłem się przeciwko tobie; Modliłem się za Ciebie”. „Nie byłeś. A gdybyś był, nie pozwolę sobie na to. Tutaj! twoja matka jest miłą kobietą, młody Jerry, modląc się o pomyślność twojego ojca. Masz posłuszną matkę, mój synu. Masz religijną matkę, mój chłopcze: idzie i klapie się i modli się, aby chleb z masłem został wyrwany z ust jej jedynego dziecka. Mistrz Cruncher (który miał na sobie koszulę) bardzo źle się poczuł i zwracając się do matki, zdecydowanie potępił wszelkie modlitwy z jego osobistej tablicy. — A jak myślisz, zarozumiała kobieto — powiedział pan Cruncher z nieświadomą niekonsekwencją — że twoje modlitwy mogą być warte? Wymień cenę, za jaką kładziesz swoje modlitwy!” — Pochodzą tylko z serca, Jerry. Nie są warte więcej niż to”. — Nic więcej niż to — powtórzył pan Cruncher. — W takim razie nie są wiele warte.


Mówię wam, czy nie będę się więcej modlił. Nie stać mnie na to. Nie będę miał pecha, skradając się. Jeśli musisz iść na flopie, flop na korzyść męża i dziecka, a nie w opozycji do nich. Gdybym miał jakąkolwiek żonę poza nie urodzoną żoną, a ten biedny chłopiec miał jakąkolwiek inną matkę niż nienaturalną matkę, mógłbym zarobić trochę pieniędzy w zeszłym tygodniu, zamiast być przeciwstawnym, przeciwstawianym i religijnie okrążanym w najgorsze szczęście.. Buu-ust me!” — powiedział pan Cruncher, który przez cały ten czas ubierał się w swoje ubranie, „jeśli nie, to co z pobożnością i jedną wypaloną rzeczą i drugą, w zeszłym tygodniu wpadł w pecha jak zawsze biednego diabła uczciwego handlowiec spotkał się! Młody Jerry, ubierz się, mój chłopcze, i kiedy czyściłem buty, miej oko na twoją matkę od czasu do czasu, a jeśli zauważysz jakiekolwiek oznaki flopowania, zadzwoń do mnie. Bo powiadam wam — zwrócił się tu jeszcze raz do żony — „Nie odejdę ponownie w ten sposób. Jestem chwiejny jak trener, jestem senny jak laudanum, moje kwestie są napięte do tego stopnia, że nie powinienem wiedzieć, gdyby nie ból w nich, to byłam ja i ktoś jeszcze, ale nie jestem lepszy, jeśli chodzi o to w kieszeni; i podejrzewam, że robisz to od rana do wieczora, aby nie dać mi rady to w kieszeni i nie zniosę tego, Aggerawayter, i co teraz powiesz!” Warczenie na dodatek takie zwroty jak „Ach! tak! Ty też jesteś religijny. Nie postawiłbyś się w opozycji do interesów męża i dziecka, prawda? Nie ty!” Wyrzucając inne sarkastyczne iskry z wirującego kamienia szlifierskiego swego oburzenia, pan Cruncher zabrał się do czyszczenia butów i ogólnych przygotowań do interesów. W międzyczasie jego syn, którego głowa była przystrojona delikatnymi kolcami i którego młode oczy stały blisko siebie, podobnie jak jego ojciec, pilnie pilnował matki. Ogromnie przeszkadzał tej biednej kobiecie co jakiś czas, wyskakując ze swojej szafy sypialnej, w której robił toaletę, z tłumionym okrzykiem: „Będziesz klapać, mamo. — Halloa, ojcze!” a po podniesieniu tego fikcyjnego alarmu, wskakuje ponownie z przesadnym uśmiechem. Pan Cruncher wcale się nie poprawił, kiedy przyszedł na śniadanie.


Nie podobała mu się wdzięczność pani Cruncher ze szczególną wrogością. „Teraz Aggerawayter! Co ty kombinujesz? Znowu na to? Jego żona wyjaśniła, że po prostu „poprosiła o błogosławieństwo”. „Nie rób tego!” — powiedział pan Crunches, rozglądając się, jakby raczej spodziewał się, że bochenek zniknie pod wpływem próśb jego żony. „Nie będę szczęśliwy poza domem i poza domem. Nie pozwolę, by moje wittles blest spadły ze stołu. Nie ruszaj się!” Jerry Cruncher, niezwykle zaczerwieniony i ponury, jakby całą noc spędził na przyjęciu, które nie przybierało charakteru towarzyskiego, raczej martwił się śniadaniem niż je jadł, warcząc nad nim jak czworonożny więzień z menażerii. Około dziewiątej wygładził swój potargany wygląd i, prezentując tak szanowaną i biznesową powierzchowność, na jaką mógł przyłożyć swoją naturalną osobowość, skierował się do codziennego zajęcia. Trudno było nazwać to handlem, pomimo jego ulubionego określenia siebie jako „uczciwego kupca”. Jego zapasy składały się z drewnianego stołka, zrobionego z wyciętego krzesła z połamanym oparciem, który to stołek, młody Jerry, idący u boku ojca, wnosił każdego ranka pod okno domu bankowego, który znajdował się najbliżej Temple Bar: gdzie, z Dodanie pierwszej garści słomy, którą można było zebrać z każdego przejeżdżającego pojazdu, aby chronić stopy przed zimnem i wilgocią, utworzyło obozowisko na cały dzień. Na tym stanowisku pan Cruncher był równie dobrze znany Fleet-Street i Świątyni, jak sam Bar — i był prawie tak samo przystojny. Rozbity kwadrans przed dziewiątą, w odpowiednim czasie, by dotknąć swym trójramiennym kapeluszem najstarszego z mężczyzn, gdy przechodzili do Tellson’s, Jerry objął swoją stację w ten wietrzny marcowy poranek, a młody Jerry stał obok niego, gdy nie był zaręczony. podczas wypraw przez Bar, zadawania obrażeń cielesnych i psychicznych, o czym świadczy ostry opis, przechodzącym chłopcom, którzy byli wystarczająco mali, by sprostać jego przyjemnemu celowi. Ojciec i syn, niezwykle podobni do siebie, patrząc w milczeniu na poranny ruch uliczny na Fleet-Street, z dwiema głowami tak blisko siebie, jak dwoje oczu każdego z nich, byli bardzo podobni do pary małp.


Podobieństwa nie zmniejszyła przypadkowa okoliczność, że dojrzały Jerry ugryzł i wypluł słomę, podczas gdy błyszczące oczy młodego Jerry’ego obserwowały go równie niespokojnie, jak wszystkiego innego na Fleet-Street. Szef jednego ze zwykłych posłańców wewnętrznych w lokalu Tellson został wpuszczony przez drzwi i dano mu słowo: „Poszukiwany Porter!” „Brawo, ojcze! Oto wczesna praca!” Dając w ten sposób prędkość swojemu rodzicowi, Bogu, młody Jerry usiadł na stołku, zaczął ponownie interesować się słomą, którą żuł jego ojciec, i rozmyślał. „Zawsze zardzewiały! Jego palce są zawsze zardzewiałe!” mruknął młody Jerry. „Skąd mój ojciec bierze całą tę żelazną rdzę? Nie ma tu żelaznej rdzy!”

Rozdział II. Widok

„Bez wątpienia dobrze znasz Old Bailey?” — powiedział jeden z najstarszych urzędników do posłańca Jerry’ego. — Tak, sir — odparł Jerry z zawziętym tonem. „Znam Bailey”. „Tak więc. Znasz pana Lorry. — Znam pana Lorry’ego, sir, znacznie lepiej niż Bailey. O wiele lepiej”, powiedział Jerry, podobnie jak niechętny świadek w zakładzie, o którym mowa,„ niż ja, jako uczciwy handlowiec, chciałbym poznać Bailey”. „Bardzo dobrze. Znajdź drzwi, przez które wchodzą świadkowie, i pokaż stróżowi tę notatkę dla pana Lorry’ego. Wtedy cię wpuści”. — Na sąd, sir? „Na sąd”. Oczy pana Crunchera zdawały się zbliżyć do siebie i zamienić pytanie: „Co o tym myślisz?” — Czy mam czekać w sądzie, sir? — zapytał w wyniku tej konferencji. „Powiem ci. Odźwierny przekaże notatkę Panu Lorry’emu i czy zrobisz jakiś gest, który przyciągnie uwagę pana Lorry’ego, i pokażesz mu, gdzie stoisz. W takim razie musisz pozostać tam, dopóki on cię nie zechce”. „Czy to wszystko, sir?” „To wszystko. Chce mieć pod ręką posłańca. Ma to na celu poinformowanie go, że tam jesteś. Kiedy starożytny urzędnik celowo złożył i przepisał notatkę, pan Cruncher, przyglądając mu się w milczeniu, aż doszedł do etapu bibuły, zauważył: „Przypuszczam, że dziś rano będą próbować fałszerstw?” „Zdrada!” — To ćwiartowanie — powiedział Jerry. „Barbarzyński!” „Takie jest prawo” — zauważył starożytny urzędnik, kierując na niego zdziwione okulary. „Takie jest prawo”. — Myślę, że trudno jest zranić człowieka. Trudno go zabić, ale bardzo trudno go rozbić, sir. „Wcale nie” — odezwał się starożytny urzędnik. „Mów dobrze o prawie. Uważaj na swoją klatkę piersiową i głos, mój dobry przyjacielu, i zostaw prawo samo sobie. Daję ci tę radę”. — To wilgoć, sir, osiada na mojej piersi i głosie — powiedział Jerry. „Zostawiam wam ocenę, jak wilgotny sposób zarabiania na moje życie jest”. — No cóż — powiedział stary urzędnik; „Wszyscy mamy różne sposoby zarabiania na życie. Niektórzy z nas mają drogi wilgotne, a niektórzy z nas suche. Oto list. Przejść wzdłuż.” Jerry wziął list i, zwracając się do siebie z mniejszym wewnętrznym szacunkiem, niż robił na zewnątrz: „Ty też jesteś chudy, stary”, ukłonił się, poinformował syna mimochodem o miejscu przeznaczenia i poszedł jego droga. W tamtych czasach powieszono je w Tyburn, więc ulica pod Newgate nie zyskała ani jednej niesławnej opinii, która od tamtej pory się z nią łączy.


Ale więzienie było podłym miejscem, w którym praktykowano większość rozpusty i nikczemności i gdzie hodowano straszne choroby, które przychodziły do sądu razem z więźniami, a czasami rzucały się prosto z przystani na samego mojego Lorda Najwyższego Sędziego, i ściągnął go z ławki. To miał więcej niż jeden raz zdarzyło, że sędzia w czarnej czapce wymawiane własną zgubę, jak na pewno jako więzień, a nawet umarł przed nim. Zresztą Stare Bailey słynęło z rodzaju śmiercionośnego podwórka, z którego wyblakli podróżnicy nieustannie wyruszali furmankami i autokarami w podróż do innego świata, przemierzając około półtorej mili publicznej ulicy. i drogi, i zawstydzanie kilku dobrych obywateli, jeśli w ogóle. Użytkowanie jest tak potężne i pożądane, aby być dobrym użytkiem na początku. To był znany również do pręgierza, mądry stary zakład, że zadane karę którego nikt nie mógł przewidzieć, w jakim stopniu; także dla słupa bicza, innej kochanej starej instytucji, bardzo humanizującej i zmiękczającej, aby zobaczyć w akcji; także, w przypadku rozległych transakcji krwawymi pieniędzmi, kolejny fragment mądrości przodków, systematycznie prowadzący do najbardziej przerażających zbrodni najemników, jakie można było popełnić w Niebie. Podsumowując, Old Bailey w tamtym czasie stanowił doskonałą ilustrację wskazania, że „cokolwiek jest słuszne”; aforyzm, który byłby równie ostateczny, co leniwy, gdyby nie kłopotliwa konsekwencja, że nic, co kiedykolwiek było, nie było złe. Przedzierając się przez skażony tłum, rozpraszając się w górę iw dół tej ohydnej sceny akcji, z wprawą człowieka przyzwyczajonego do cichego poruszania się, posłaniec znalazł drzwi, których szukał, i podał swój list przez pułapkę w nich.. Bo wtedy ludzie płacili za oglądanie sztuki w Old Bailey, tak jak płacili za oglądanie sztuki w Bedlam — tylko dawna rozrywka była znacznie droższa. Dlatego wszystkie drzwi Old Bailey były dobrze strzeżone — z wyjątkiem, w istocie, drzwi socjalnych, przez które dostali się tam przestępcy, a te zawsze były szeroko otwarte. Po pewnym opóźnieniu i wahaniu drzwi niechętnie przekręciły się na zawiasach i pozwoliły panu Jerry’emu Cruncherowi wcisnąć się na dwór. „Co się dzieje?” — zapytał szeptem człowieka, obok którego się znalazł. „Jeszcze nic.” „Co się dzieje?” „Sprawa zdrady”. — Ten ćwiartujący, co? „Ach!” zwrócił mężczyznę z zachwytem; „Zostanie wciągnięty na płotku, który będzie w połowie powieszony, a potem zostanie zdjęty i pokrojony przed własną twarzą, a potem jego wnętrze zostanie wyciągnięte i spalone, gdy będzie patrzył, a potem jego głowa zostanie odcięty, a on zostanie pokrojony na ćwiartki. To jest zdanie”. „Jeśli uznano go za winnego, chcesz powiedzieć?”


Jerry dodał na zasadzie zastrzeżenia. „O! uznają go za winnego — powiedział drugi. „Nie bój się tego”. Uwaga pana Crunchera skierowana była tutaj na stróża drzwi, którego zobaczył idącego do pana Lorry’ego z notatką w dłoni. Pan Lorry siedział przy stole wśród dżentelmenów w perukach: niedaleko dżentelmena w perukach, doradcy więźnia, który miał przed sobą wielki plik papierów, i prawie naprzeciw innego dżentelmena w perukach z rękami w kieszeniach, uwaga, kiedy pan Cruncher patrzył na niego wtedy lub później, wydawała się skoncentrowana na suficie dziedzińca. Po pewnym szorstkim kaszlu i potarciu brody oraz złożeniu podpisu ręką, Jerry zwrócił na siebie uwagę pana Lorry’ego, który wstał, by go poszukać, a który cicho skinął głową i ponownie usiadł. „Co on ma wspólnego ze sprawą?” — zapytał mężczyzna, z którym rozmawiał. — Najlepiej, jeśli wiem — powiedział Jerry. „A co masz z tym wspólnego, jeśli ktoś może zapytać?” — Najlepiej, jeśli ja też to wiem — powiedział Jerry. Wejście Sędziego, a co za tym idzie wielkie poruszenie i osiedlenie się na dworze, przerwało dialog. Obecnie głównym punktem zainteresowania stała się przystań. Dwóch strażników, którzy tam stali, wyszło, a więźnia wprowadzono i postawiono przy barze. Wszyscy obecni, z wyjątkiem jednego dżentelmena z peruką, który patrzył w sufit, patrzyli na niego.


Cały ludzki oddech w tym miejscu toczył się na niego jak morze, wiatr lub ogień. Chętne twarze napinały okrągłe kolumny i rogi, by go zobaczyć; widzowie w tylnych rzędach wstali, żeby nie przegapić jego włosa; ludzie na podłodze dziedzińca, kładli ręce na ramionach ludzi stojących przed nimi, aby za wszelką cenę pomóc sobie, aby go zobaczyć — stali na palcach, wchodzili na gzymsy, stali na prawie nic, widzieć go w każdym calu. Wśród tych ostatnich rzucający się w oczy, jak ożywiony fragment kolczastej ściany Newgate, Jerry stał: wycelował w więźnia piwny powiew ostrego napoju, który wziął, gdy się pojawił, i wypuścił go, aby zmieszał się z falami innego piwa, i dżin, herbata i kawa, i co jeszcze, to spłynęło na niego i już rozbiło się na wielkie okna za nim w nieczystej mgle i deszczu. Obiektem tego całego gapienia się i ryczenia był młody mężczyzna w wieku około dwudziestu pięciu lat, dobrze dorosły i dobrze wyglądający, z opalonym policzkiem i ciemnym okiem. Jego stan był młodym dżentelmenem.


Był wyraźnie ubrany na czarno lub bardzo ciemnoszary, a jego długie i ciemne włosy były związane wstążką na karku; bardziej zejść mu z drogi niż dla ozdoby. Tak jak emocja umysłu będzie wyrażać się poprzez jakąkolwiek powłokę ciała, tak bladość, jaką wywołała jego sytuacja, przeszła przez brąz na jego policzku, pokazując, że dusza jest silniejsza niż słońce. Poza tym był opanowany, skłonił się przed Sędzią i stał cicho. Zainteresowanie, z jakim ten człowiek się gapił i którym oddychał, nie było rodzajem zainteresowania, które podnosiło ludzkość. Gdyby znalazł się w niebezpieczeństwie mniej okropnego wyroku — gdyby istniała szansa, że któryś z jego dzikich szczegółów zostałby oszczędzony — tak bardzo straciłby swoją fascynację. Formą, która miała być skazana na tak haniebne zniekształcenie, był widok; nieśmiertelna istota, która miała zostać tak zarżnięta i rozerwana na strzępy, wywołała to uczucie. Bez względu na to, jakim połyskiem różnym widzom nadawali zainteresowanie, zgodnie z ich kilkoma sztukami i zdolnościami do samooszukiwania się, u podstaw tego zainteresowania był Ogreish. Cisza na korcie! Charles Darnay wczoraj przyznał się niewinnemu do oskarżenia go (z nieskończonym brzękiem i brzękiem) za to, że był fałszywym zdrajcą naszego spokojnego, znakomitego, doskonałego i tak dalej, księcia, naszego Pana, Króla, z powodu jego posiadania przy różnych okazjach, na różne sposoby i na różne sposoby, pomagał królowi francuskiemu Lewisowi w jego wojnach przeciwko naszym wspomnianym pogodnym, znakomitym, znakomitym i tak dalej; to znaczy przychodząc i odchodząc, między królestwami naszego rzekomego pogodnego, znakomitego, doskonałego i tak dalej, a władzami wspomnianego francuskiego Lewisa, i niegodziwie, fałszywie, zdradziecko i inaczej zło-przysłówkowo, ujawniając — powiedział francuski Lewis, co zmusza naszego rzekomego pogodnego, znakomitego, doskonałego i tak dalej, w przygotowaniu do wysłania do Kanady i Ameryki Północnej.


Tyle, Jerry, z głową, która stawała się coraz bardziej kolczasta, w miarę jak najeżyły się warunki prawa, wydawało się to z ogromną satysfakcją, więc doszedłem do wniosku, że wyżej wspomniany i wciąż na nowo wspomniany Charles Darnay stał tam wcześniej. go na jego próbie; że ława przysięgłych przysięgała; i że Pan Prokurator Generalny przygotowywał się do zabrania głosu. Oskarżony, który był (i który wiedział, że jest) był przez wszystkich w myślach wieszany, ścinany i ćwiartowany, nie wzdrygnął się ani nie przejął żadnej teatralnej atmosfery. Był cichy i uważny; z wielkim zainteresowaniem przyglądał się otwarciu; i stanął z rękami spoczywającymi przed nim na drewnianej desce, tak spokojnie, że nie przesunęli liścia ziół, którymi był posypany. Cały dwór został obsypany ziołami i skropiony octem, jako zabezpieczenie przed więziennym powietrzem i więzienną gorączką. Nad głową więźnia znajdowało się lustro, które rzucało na niego światło. Tłumy niegodziwców i nieszczęśników odbiły się w nim i odeszły z jego powierzchni i razem z tą ziemią. Nawiedzone w najbardziej upiorny sposób to ohydne miejsce byłoby, gdyby szkło mogło kiedykolwiek odtworzyć swoje odbicia, ponieważ ocean ma pewnego dnia porzucić swoich zmarłych. Pewna przelotna myśl o hańbie i hańbie, dla której został zarezerwowany, mogła uderzyć więźnia w umysł. Tak czy inaczej, zmiana jego pozycji sprawiła, że poczuł na twarzy promień światła, więc spojrzał w górę; a kiedy zobaczył kieliszek, jego twarz się zarumieniła, a prawa ręka odsunęła zioła. Zdarzyło się, że akcja zwróciła jego twarz w stronę tej strony boiska, która była po jego lewej stronie. Mniej więcej na poziomie jego oczu, w tym rogu ławki sędziowskiej, siedziały dwie osoby, na których natychmiast spoczął jego wzrok; tak natychmiast i tak bardzo do zmiany jego wyglądu, że wszystkie oczy, które były zwrócone na niego, zwróciły się ku nim.


Widzowie widzieli w tych dwóch postaciach młodą kobietę w wieku niewiele ponad dwudziestu lat i dżentelmena, który najwyraźniej był jej ojcem; człowiek o bardzo niezwykłym wyglądzie pod względem absolutnej bieli włosów i pewnej nieopisanej intensywności twarzy: nie o aktywnym charakterze, ale o zadumie i obcowaniu z sobą. Kiedy pojawił się ten wyraz twarzy, wyglądał, jakby był stary; ale kiedy został poruszony i rozbity — jak to było teraz, za chwilę, gdy mówił do swojej córki — stał się przystojnym mężczyzną, który nie przekroczył sile wieku. Jego córka miała jedną rękę przeciągniętą przez jego ramię, gdy siedziała obok niego, a drugą przyciskała do niego. Zbliżyła się do niego, przerażona tą sceną i litością dla więźnia. Jej czoło było uderzająco wyrażające przerażające przerażenie i współczucie, które nie widziały nic poza niebezpieczeństwem oskarżonego. Było to tak bardzo zauważalne, tak bardzo silnie i naturalnie pokazane, że osoby gapiące się, które nie miały dla niego litości, były przez nią poruszane; i szeptał wokół: „Kim oni są?” Jerry, posłaniec, który poczynił własne obserwacje na swój własny sposób i który wchłonął rdzę z palców, wyciągnął szyję, żeby usłyszeć, kim są. Tłum wokół niego naciskał i przekazał zapytanie najbliższemu obsługującemu, a od niego było ono wolniej naciskane i przekazywane z powrotem; w końcu dotarło do Jerry’ego: „Świadkowie”. „Po której stronie?” „Przeciwko.” „Po której stronie?” „Więźniowie.” Sędzia, którego oczy zwróciły się w ogólnym kierunku, przypomniał im się o nich, odchylił się do tyłu i patrzył na człowieka, którego życie było w jego dłoni, gdy pan prokurator generalny wstał, by kręcić liną, szlifować topór, i wbij gwoździe w rusztowanie.

Rozdział III. Rozczarowanie

Pan Prokurator Generalny musiał poinformować ławę przysięgłych, że więzień, który był przed nimi, choć młody od lat, był stary w zdradzieckich praktykach, które doprowadziły do utraty życia. Że ta korespondencja z wrogiem publicznym nie była korespondencją z dnia dzisiejszego ani z wczoraj, ani nawet z zeszłego roku, ani z poprzedniego roku. To było pewne, że więzień od dłuższego czasu miał zwyczaj przechodzenia i ponownego przemieszczania się między Francją a Anglią w tajnych sprawach, z których nie mógł uczciwie rozliczać się. Że gdyby istniały zdradzieckie sposoby prosperowania (co na szczęście nigdy nie istniało ), prawdziwa niegodziwość i wina jego działalności mogłyby pozostać nieodkryte. Ta Opatrzność jednak włożyła w serce osoby, której nie można było się obawiać ani wyrzutów, wytropić naturę planów więźnia i, z przerażeniem, ujawnić je Głównemu Sekretarzowi Stanu Jego Królewskiej Mości i większości Szanowna Tajna Rada. Żeby ten patriota został wystawiony przed nimi.


Że jego pozycja i postawa były ogólnie wzniosłe. To, że był przyjacielem więźnia, ale od razu w pomyślnej i złej godzinie, gdy wykrył jego hańbę, postanowił złożyć zdrajcę, którego nie mógł już dłużej pielęgnować na swoim łonie, na świętym ołtarzu swojego kraju. Że gdyby w Wielkiej Brytanii, tak jak w starożytnej Grecji i Rzymie, wydano posągi dobroczyńcom publicznym, ten świecący obywatel z pewnością by go posiadał. Że ponieważ nie zostały one tak postanowione, prawdopodobnie nie miałby takiego. To, cnota, jak zauważyli poeci (w wielu fragmentach, o których dobrze wiedział, ława przysięgłych będzie miała, słowo w słowo, na czubkach ich języków; gdzie twarze ławy przysięgłych wykazywały winną świadomość, że nic nie wiedzą o fragmentach ) był w pewien sposób zaraźliwy; a zwłaszcza jasna cnota znana jako patriotyzm lub miłość do ojczyzny. To, wzniosły przykład tego niepokalanego i nienagannego świadka Korony, do którego nawiązał, choćby niegodny zaszczyt, przekazał się słudze więźnia i zrodził w nim świętą determinację, by zbadać szuflady i kieszenie swego pana., i wydzielają swoje papiery. Że on (pan prokurator generalny) był przygotowany na wysłuchanie jakiejś próby zniesławienia tego wspaniałego sługi; ale to, ogólnie rzecz biorąc, wolał go od braci i sióstr (pana prokuratora generalnego) i szanował go bardziej niż ojca i matkę (pana prokuratora generalnego). Dlatego z przekonaniem wezwał ławę przysięgłych, aby przyszli i zrobili to samo. Że dowody tych dwóch świadków, w połączeniu z dokumentami ich odkrycia, które miały zostać przedstawione, wskazywałyby, że więzień został wyposażony w listy sił Jego Królewskiej Mości oraz ich rozmieszczenia i przygotowania, zarówno na morzu, jak i na lądzie, oraz nie pozostawia wątpliwości, że zwykle przekazywał takie informacje wrogiemu mocarstwu. Że nie można było udowodnić, że listy te były sporządzone odręcznie przez więźnia; ale to wszystko było takie samo; że rzeczywiście, było to raczej lepsze dla oskarżenia, ponieważ pokazało więźniowi, że był przebiegły w swoich środkach ostrożności.


Dowód sięgałby pięciu lat wstecz i pokazywałby więźnia zaangażowanego już w te zgubne misje, na kilka tygodni przed datą pierwszej akcji stoczonej między wojskami brytyjskimi a Amerykanami. Że z tych powodów ława przysięgłych, będąc lojalną ławą przysięgłych (tak jak wiedział, że są) i będąc odpowiedzialną ławą przysięgłych (jak wiedzieli, że byli), musi pozytywnie uznać więźnia za winnego i skończyć z nim, niezależnie od tego, czy oni czy to się podobało, czy nie. Że nigdy nie mogli położyć głowy na poduszkach; że nigdy nie mogli znieść myśli, że ich żony kładą głowy na poduszkach; że nigdy nie mogli znieść myśli, że ich dzieci kładą głowy na poduszkach; w skrócie, że nigdy więcej dla nich lub dla nich nie będzie w ogóle możliwe ułożenie głowy na poduszkach, chyba że więźniowi zostanie zdjęta głowa. Ten szef, pan prokurator generalny, zakończył, żądając od nich, w imię wszystkiego, o czym mógł pomyśleć, z okrągłym zwrotem w tym i na wierze swego uroczystego stwierdzenia, że już uważał więźnia za zmarłego i nieobecnego. Kiedy prokurator generalny przestał działać, w sądzie podniosło się brzęczenie, jakby wokół więźnia roiła się chmura wielkich błękitnych much w oczekiwaniu na to, kim wkrótce się stanie. Kiedy znów stonowano, w przybytku świadka pojawił się nieskazitelny patriota.


Pan Prokurator Generalny, idąc za swoim przywódcą, zbadał patriotę: Johna Barsada, dżentelmena, z nazwiska. Historia jego czystej duszy była dokładnie taka, jak opisał ją pan prokurator generalny — być może, gdyby miała jakąś wadę, trochę zbyt dokładnie. Uwolniwszy swe szlachetne łono od ciężaru, skromnie by się wycofał, ale pan w peruce z papierami przed sobą, siedzący niedaleko pana Lorry’ego, błagał go o kilka pytań. Dżentelmen w perukach siedzący naprzeciwko, wciąż patrząc w sufit kortu. Czy on sam był kiedyś szpiegiem? Nie, gardził insynuacją bazy. Z czego on żył? Jego własność. Gdzie była jego własność? Nie pamiętał dokładnie, gdzie to było. Co to było? Nie ma niczyich interesów. Czy on to odziedziczył? Tak, miał. Od kogo? Odległe relacje. Bardzo daleko? Raczej. Czy byłeś kiedyś w więzieniu? Zdecydowanie nie. Nigdy w więzieniu dla dłużników? Nie widziałem, co to ma z tym wspólnego. Nigdy w więzieniu dla dłużników? — Przyjdź jeszcze raz. Nigdy? Tak. Ile razy? Dwa lub trzy razy. Nie pięć czy sześć? Być może. Jakiego zawodu? Pan. Czy kiedykolwiek zostałeś wyrzucony? Mogło być. Często? Nie. Czy kiedykolwiek kopnąłeś na dół? Zdecydowanie nie; pewnego razu został kopnięty w szczyt klatki schodowej i sam spadł na dół. Kopnąłeś przy tej okazji za oszukiwanie w kości? Coś na ten temat powiedział nietrzeźwy kłamca, który dokonał napaści, ale nie było to prawdą. Przysięgam, że to nieprawda? Pozytywnie.


Czy kiedykolwiek żyłeś oszukując w grze? Nigdy. Czy kiedykolwiek żyłeś grą? Nie bardziej niż inni dżentelmeni. Pożyczyłeś kiedyś pieniądze od więźnia? Tak. Zapłaciłeś mu kiedyś? Nie. Czy ta zażyłość z więźniem nie była w rzeczywistości bardzo słaba, narzucona więźniowi w wagonach, gospodach i pakunkach? Nie. Pewnie, że widział więźnia z tymi listami? Pewny. Nie wiedziałeś więcej o listach? Nie. Nie zdobył ich na przykład sam? Nie. Spodziewasz się, że zdobędziesz cokolwiek przez te dowody? Nie. Nie masz regularnych rządowych pensji i zatrudnienia, żeby zastawiać pułapki? O nie, nie. Albo coś zrobić? O nie, nie. Przysięgam? W kółko. Żadnych motywów, ale motywy czystego patriotyzmu? Nieważne. Cnotliwy sługa, Roger Cly, przysięgał, że przejdzie przez tę sprawę w wielkim tempie. Podjął służbę u więźnia w dobrej wierze i prostocie cztery lata temu.


Zapytał więźnia na pokładzie paczki Calais, czy potrzebuje pomocnego towarzysza, a więzień go zaangażował. Nie prosił więźnia, aby wziął tego podręcznego faceta w ramach miłosierdzia — nigdy o czymś takim nie myślał. Zaczął mieć podejrzenia co do więźnia i wkrótce potem mieć go na oku. Układając swoje ubrania, podczas podróży, wielokrotnie widział w kieszeniach więźnia podobne listy. Wyjął te listy z szuflady biurka więźnia. Nie umieścił ich tam jako pierwszy. On widział więzień pokazać te same list do francuskich panów w Calais i podobnych list do francuskich panów, zarówno w Calais i Boulogne. Kochał swój kraj i nie mógł tego znieść i udzielał informacji. Nigdy nie podejrzewano go o kradzież srebrnego imbryka; był oczerniany w odniesieniu do garnka musztardowego, ale okazało się, że był to tylko garnek na talerzu. Znał ostatniego świadka siedem lub osiem lat; to był tylko zbieg okoliczności. Nie nazwał tego szczególnie ciekawym zbiegiem okoliczności; większość zbiegów okoliczności była ciekawa. Nie nazwał też tego dziwnym zbiegiem okoliczności, że prawdziwy patriotyzm był także jego jedynym motywem. Był prawdziwym Brytyjczykiem i miał nadzieję, że jest wielu takich jak on. Niebieskie muchy znowu bzyczały, a prokurator generalny wezwał pana Jarvisa Lorry’ego. „Pan. Jarvis Lorry, czy jesteś urzędnikiem w banku Tellson? „Jestem.” — Czy w pewną piątkową noc w listopadzie tysiąc siedemset siedemdziesiąt pięć lat czy w interesach podróżowałeś pocztą między Londynem a Dover? „Tak”. „Czy w poczcie byli jacyś inni pasażerowie?” „Dwa.” „Czy wysiedli na drodze w nocy?” „Oni zrobili.” „Pan. Ciężarówka, spójrz na więźnia. Czy był jednym z tych dwóch pasażerów? „Nie mogę powiedzieć, że był”. „Czy przypomina któregoś z tych dwóch pasażerów?” „Oboje byli tak pochłonięci, a noc była tak ciemna, a wszyscy byliśmy tak powściągliwi, że nie mogę się zobowiązać do powiedzenia nawet tego”. „Pan. Ciężarówka, spójrz jeszcze raz na więźnia.


Przypuśćmy, że był zawinięty tak, jak ci dwaj pasażerowie, czy jest coś w jego masie i posturze, co mogłoby sprawić, że jest mało prawdopodobne, aby był jednym z nich? „Nie.” — Nie może pan przysiąc, panie Lorry, że nie był jednym z nich? „Nie.” — Więc przynajmniej mówisz, że mógł być jednym z nich? „Tak. Tyle że pamiętam, że obaj byli — tak jak ja — bojaźliwi wobec rozbójników, a więzień nie jest bojaźliwy. — Czy widział pan kiedyś udawaną nieśmiałość, panie Lorry? „Z pewnością to widziałem”. „Pan. Ciężarówka, spójrz jeszcze raz na więźnia. Widziałeś go, do pewnej wiedzy, wcześniej?” „Mam.” „Kiedy?” „Kilka dni później wracałem z Francji, aw Calais więzień wszedł na pokład statku transportowego, którym wróciłem, i udał się w podróż ze mną”. „O której godzinie wszedł na pokład?” „Krótko po północy”. „W środku nocy. Czy był jedynym pasażerem, który wszedł na pokład o tej przedwczesnej godzinie? „Tak się złożyło, że był jedyny”. — Nieważne, że „coś się dzieje”, panie Lorry. Był jedynym pasażerem, który wszedł na pokład w środku nocy? „On był.” — Czy podróżował pan sam, panie Lorry, czy z jakimkolwiek towarzyszem? „Z dwoma towarzyszami. Dżentelmen i dama. Oni są tutaj.” „Oni są tutaj. Czy rozmawiałeś z więźniem? „Prawie żadnych. Pogoda była burzowa, a korytarz długi i szorstki, więc leżałem na sofie, prawie od brzegu do brzegu”. „Panno Manette!” Młoda dama, na którą wszystkie oczy były wcześniej zwrócone, a teraz znów były zwrócone, wstała na miejscu. Jej ojciec wstał razem z nią i trzymał jej rękę zaciśniętą na jego ramieniu. „Panno Manette, spójrz na więźnia”. Skonfrontowanie się z taką litością, taką szczerą młodością i pięknem było dla oskarżonych o wiele trudniejsze niż stanięcie twarzą w twarz z całym tłumem. Stojąc niejako obok niej na skraju grobu, nie cała gapiąca się ciekawość, na którą patrzył, mogła w tej chwili zmusić go do pozostania w bezruchu. Jego pośpieszna prawa ręka rozłożyła przed sobą zioła na wyimaginowane grządki kwiatów w ogrodzie; a jego wysiłki, by kontrolować i uspokoić oddech, wstrząsnęły ustami, z których kolor napłynął do jego serca. Brzęczenie wielkich much znów było głośne. — Panno Manette, czy widziałaś już więźnia? „Tak jest.” „Gdzie?” — Na pokładzie statku transportowego, o którym właśnie się wspomniałem, sir, i przy tej samej okazji. „Jesteś młodą damą, o której właśnie mowa?” „O! najbardziej nieszczęśliwie!” Żałosny ton jej współczucia połączył się z mniej melodyjnym głosem Sędziego, który powiedział coś zaciekle: „Odpowiedz na zadane ci pytania i nie rób na nie żadnych uwag”. — Panno Manette, czy rozmawiałaś z więźniem podczas tego przejścia przez Kanał? „Tak jest.” „Przypomnij sobie”. Pośród głębokiej ciszy zaczęła słabo: „Kiedy dżentelmen wszedł na pokład…” „Masz na myśli więźnia?” — zapytał Sędzia marszcząc brwi. „Tak, mój panie.” — W takim razie powiedz więźnia. „Kiedy więzień wszedł na pokład, zauważył, że mój ojciec”, zwracając do niego czule oczy, gdy stał obok niej, „był bardzo zmęczony i bardzo słaby. Mój ojciec był tak osłabiony, że bałem się unieść go z powietrza, więc przygotowałem dla niego łóżko na pokładzie w pobliżu schodów do kabiny i usiadłem na pokładzie u jego boku, aby się nim zaopiekować.


Tej nocy nie było innych pasażerów, oprócz nas czterech. Więzień był tak dobry, że błagał o pozwolenie, by doradzić mi, jak lepiej niż wcześniej ochronić ojca przed wiatrem i pogodą. Nie wiedziałem, jak to zrobić dobrze, nie rozumiejąc, jak wiatr ustanie, gdy wychodzimy z portu. Zrobił to dla mnie. Wyraził wielką delikatność i życzliwość dla stanu mojego ojca i jestem pewien, że to poczuł. To był sposób, w jaki zaczęliśmy razem rozmawiać”. — Pozwól, że ci na chwilę przeszkodzę. Czy wszedł na pokład sam? „Nie.” „Ilu było z nim?” „Dwóch francuskich dżentelmenów”. „Czy naradzili się razem?” „Naradzali się razem aż do ostatniej chwili, kiedy trzeba było wylądować francuskich dżentelmenów na ich łodzi”. „Czy rozdano wśród nich jakieś papiery podobne do tych list?” „Wśród nich rozdano kilka papierów, ale nie wiem, jakie”. „Jak te pod względem kształtu i rozmiaru?” — Możliwe, ale rzeczywiście nie wiem, chociaż stali szeptem bardzo blisko mnie: ponieważ stali na szczycie schodów kabiny, aby zapalić światło wiszącej tam lampy; była to tępa lampa, a oni mówili bardzo cicho, a ja nie słyszałem, co mówili, a widziałem tylko, że patrzyli na papiery”. — A teraz przejdźmy do rozmowy więźnia, panno Manette. „Więzień był wobec mnie tak samo szczery w zaufaniu — które wynikało z mojej bezradnej sytuacji — jak był miły, dobry i pożyteczny dla mojego ojca. Mam nadzieję, ”wybuchając płaczem,„ nie odpłacę mu krzywdząc go dzisiaj”. Brzęczenie błękitnych much. „Panno Manette, jeśli więzień nie rozumie doskonale, że składa pani zeznania, które macie obowiązek złożyć — które musi pani złożyć — i od których nie może pani uciec — z wielką niechęcią, jest jedyną obecną osobą w tym stanie. Proszę, kontynuuj”. „Powiedział mi, że podróżuje w interesach o delikatnym i trudnym charakterze, co może przysporzyć ludziom kłopotów, i dlatego podróżuje pod przybranym nazwiskiem. Powiedział, że ta sprawa w ciągu kilku dni zaprowadziła go do Francji i może, w pewnych odstępach, zabierać go tam iz powrotem między Francją a Anglią na długi czas”. — Czy mówił coś o Ameryce, panno Manette? Bądź konkretny”.


„Próbował mi wytłumaczyć, jak doszło do tej kłótni, i powiedział, że na ile mógł to ocenić, była to niewłaściwa i głupia ze strony Anglii. Dodał w żartobliwy sposób, że być może George Washington mógłby zyskać niemal tak wielkie imię w historii, jak Jerzy Trzeci. Ale nie było nic złego w tym, jak to powiedział: zostało to powiedziane ze śmiechem i dla zmylenia czasu”. Każdy mocno zaznaczony wyraz twarzy głównego aktora w cieszącej się dużym zainteresowaniem scenie, na który skierowane jest wiele oczu, zostanie nieświadomie naśladowany przez widzów. Jej czoło było boleśnie niespokojne i zdeterminowane, kiedy przedstawiała te dowody, a podczas przerw, kiedy zatrzymywała się, by Sędzia je zapisał, obserwowała ich wpływ na radę za i przeciw. Wśród obserwujących był ten sam wyraz twarzy we wszystkich kwaterach; do tego stopnia, że ogromna większość czoła mogła być lustrem odbijającym świadka, kiedy Sędzia podniósł głowę znad swoich notatek, by spojrzeć na tę ogromną herezję o Jerzym Waszyngtonie. Pan Prokurator Generalny zasygnalizował teraz mojemu Panu, że uważa za konieczne, ze względów ostrożności i formy, wezwać ojca młodej damy, doktora Manette. Kto został odpowiednio wezwany. „Doktorze Manette, spójrz na więźnia. Czy kiedykolwiek go widziałeś?” „Pewnego razu. Kiedy zadzwonił do mojego mieszkania w Londynie. Jakieś trzy lub trzy i pół roku temu”. „Czy możesz go zidentyfikować jako współpasażera na pokładzie pakietu lub porozmawiać z jego córką?” „Proszę pana, nie mogę tego zrobić”. „Czy jest jakiś szczególny i szczególny powód, dla którego nie możesz tego zrobić?” Odpowiedział cichym głosem: „Jest”. — Czy to twoje nieszczęście, że przez długi czas przebywałeś w więzieniu, bez procesu czy nawet oskarżenia, w swoim rodzinnym kraju, doktorze Manette?

Odpowiedział tonem, który trafił do każdego serca: „Długie więzienie”. „Czy zostałeś niedawno zwolniony z tej okazji?” „Mówią mi o tym”. „Czy nie pamiętasz tej okazji?” „Żaden. W głowie mam pustkę, od jakiegoś czasu — nawet nie potrafię powiedzieć, kiedy — kiedy w niewoli zatrudniłem się przy robieniu butów, do czasu, gdy znalazłem się w Londynie z moją ukochaną córką tutaj. Stała się znajoma, kiedy łaskawy Bóg przywrócił mi zdolności; ale nie jestem nawet w stanie powiedzieć, w jaki sposób się zaznajomiła. Nie pamiętam tego procesu”. Pan Prokurator Generalny usiadł, a ojciec i córka usiedli razem. W tej sprawie zaistniała wtedy szczególna okoliczność.


Celem w ręku było pokazanie, że więzień upadł, z jakimś współplemperem nie śledzonym, pocztą z Dover owej piątkowej nocy w listopadzie pięć lat temu i wyszedł z poczty w nocy, jako ślepy, na miejsce, w którym nie przebywał, ale z którego podróżował kilkadziesiąt mil lub więcej, do garnizonu i stoczni i tam zbierał informacje; wezwano świadka, aby zidentyfikował go jako osobę, która przebywała dokładnie w wymaganym czasie w kawiarni hotelu w tym garnizonowo-stoczniowym miasteczku, czekając na kolejną osobę. Adwokat więźnia był cross-zbadaniu tego świadka bez związku z tym, że nigdy nie widział więźnia na każdej innej okazji, kiedy wigged pan, który miał cały ten czas zostały patrząc w sufit sądu, napisał słowo lub dwa na mały kawałek papieru, przykręcić ją i wrzucił go do niego. Otwierając tę kartkę w kolejnej pauzie, adwokat z wielką uwagą i zaciekawieniem spojrzał na więźnia. — Znowu mówisz, że jesteś całkiem pewien, że to był więzień? Świadek był całkiem pewien. „Czy kiedykolwiek widziałeś kogoś bardzo podobnego do więźnia?” Nie tak (powiedział świadek), że mógł się mylić. „Spójrz dobrze na tego dżentelmena, mój uczony przyjacielu”, wskazując na tego, który rzucił kartkę, „a potem spójrz dobrze na więźnia. Jak mówisz? Czy są do siebie bardzo podobni?”


Pozwalając, by wygląd mojego uczonego przyjaciela był nieostrożny i niechlujny, jeśli nie rozpustny, byli na tyle podobni do siebie, by zaskoczyć nie tylko świadka, ale wszystkich obecnych, kiedy w ten sposób zostali porównani. Gdy mój Pan modlił się, aby kazał mojemu uczonemu przyjacielowi odłożyć perukę, i nie okazując żadnej łaskawej zgody, podobieństwo stało się znacznie bardziej niezwykłe. Mój Pan zapytał pana Stryvera (doradcę więźnia ), czy jako następni będą sądzić pana Cartona (imię mojego uczonego przyjaciela) za zdradę? Ale, pan Stryver odpowiedział mojemu Panu, nie; ale prosił świadka, aby mu powiedział, czy to, co zdarzyło się raz, może zdarzyć się dwa razy; czy byłby tak pewny siebie, gdyby wcześniej zobaczył tę ilustrację swojej pochopności, czy byłby tak pewny siebie, widząc ją; i więcej. Rezultatem było rozbicie tego świadka jak naczynia stołowego i zmiażdżenie jego części sprawy na bezużyteczną tarcicę. W tym czasie pan Cruncher zjadł całkiem spory obiad rdzy z palców, śledząc dowody. Musiał teraz uczestniczyć, podczas gdy pan Stryver dopasowywał walizkę więźnia do ławy przysięgłych, jak ubranie o zwartej budowie; pokazując im, jak patriota, Barsad, był wynajętym szpiegiem i zdrajcą, nieskrępowanym handlarzem krwi i jednym z największych łajdaków na ziemi od czasu przeklętego Judasza — na co z pewnością wyglądał raczej. Jak cnotliwy sługa Cly był jego przyjacielem i partnerem i był godny; jak czujne oczy tych fałszerzy i fałszywych łobuzów spoczęły na więźniu jako na ofierze, ponieważ niektóre sprawy rodzinne we Francji, on był pochodzenia francuskiego, wymagały, aby przejść przez Kanał La Manche — chociaż jakie to były sprawy, wzgląd na innych, którzy byli mu bliscy i drodzy, zabronili mu ujawniać, nawet za całe życie.


Jak dowody, które zostały wypaczone i wyrwane młodej damie, której udręka, gdy ją dawali, okazały się bezskuteczne, obejmując zwykłe małe niewinne galanterie i uprzejmość, które prawdopodobnie przejdą między każdym młodym dżentelmenem i młodą damą tak zrzuconymi razem; — -z wyjątkiem tego odniesienia do Jerzego Waszyngtona, które było w sumie zbyt ekstrawaganckie i niemożliwe do potraktowania w innym świetle niż potworny żart. Jakże byłoby słabością rządu, gdyby załamał się w tej próbie praktykowania popularności na najniższych krajowych antypatiach i obawach, i dlatego Pan Prokurator Generalny wykorzystał to najlepiej; Jakże jednak nie opierał się na niczym, z wyjątkiem tego nikczemnego i haniebnego charakteru dowodów zbyt często oszpecających takie przypadki, których Procesy Państwowe w tym kraju były pełne. Ale tam mój Pan wtrącił się (z tak poważną miną, jakby to nie była prawda), mówiąc, że nie może usiąść na tej ławce i znosić tych aluzji. Pan Stryver wezwał następnie kilku swoich świadków, a pan Cruncher miał być następny, podczas gdy pan prokurator generalny przewracał cały strój, który pan Stryver założył na ławę przysięgłych, na lewą stronę; pokazując, jak Barsad i Cly byli nawet sto razy lepsi, niż myślał o nich, a więzień sto razy gorszy.


Wreszcie przyszedł sam mój Pan, zmieniając ubranie, teraz na lewą stronę, teraz na zewnątrz do środka, ale ogólnie rzecz biorąc, zdecydowanie przycinając je i kształtując w grobowe szaty dla więźnia. A teraz ława przysięgłych odwróciła się, by to rozważyć i wielkie muchy znów się roiły. Pan Carton, który tak długo siedział, spoglądając w sufit kortu, nie zmienił ani swojego miejsca, ani postawy, nawet w tym podekscytowaniu. Podczas gdy jego uczony przyjaciel, pan Stryver, gromadząc przed sobą papiery, szeptał do siedzących w pobliżu i od czasu do czasu spoglądał z niepokojem na ławę przysięgłych; podczas gdy wszyscy widzowie poruszali się mniej więcej i od nowa grupowali się; podczas gdy nawet sam mój Pan wstał ze swojego miejsca i powoli przechadzał się w górę iw dół po swojej platformie, nie pozostawiając bez uwagi podejrzenia w umysłach słuchaczy, że jego stan jest gorączkowy; ten jeden mężczyzna siedział odchylony do tyłu, w podartej sukni do połowy zdjętej z niego, z niechlujną peruką założoną tak, jak to się zdarzyło, gdy po jej zdjęciu zaświeciła mu się głowa, z rękami w kieszeniach i oczami wpatrzonymi w sufit, tak jak kiedyś. cały dzień. Coś szczególnie lekkomyślny w swoim zachowaniu, nie tylko dał mu się haniebny wygląd, ale tak zmniejszyło duże podobieństwo on niewątpliwie urodziła więźnia (który jego chwilowe gorliwość, gdy były one w porównaniu ze sobą, przybrał na sile), że wiele lookers-on Zwracając na niego teraz uwagę, mówili sobie nawzajem, że nie pomyśleliby, że są tacy podobni. Pan Cruncher przedstawił obserwację swojemu następnemu sąsiadowi i dodał: „Trzymałbym pół gwinei, której _ on_ nie ma do wykonania żadnej pracy prawniczej. Nie wyglądaj na kogoś, kto by go dostał, prawda?


Jednak ten pan Carton przyjął więcej szczegółów sceny, niż zdawał się pojąć; na razie, kiedy głowa panny Manette opadła na pierś jej ojca, on pierwszy to zobaczył i powiedział głośno: „Oficer! spójrz na tę młodą damę. Pomóż dżentelmenowi ją wyciągnąć. Czy nie widzisz, że upadnie!” Było dla niej wiele współczucia, kiedy została usunięta, i wiele współczucia dla jej ojca. Widocznie było to dla niego wielkim zmartwieniem, gdy przypomniał sobie dni jego uwięzienia. Kiedy był przesłuchiwany, wykazywał silne wewnętrzne poruszenie, a ten zamyślony lub zamyślony wyraz, który go postarzał, towarzyszył mu od tamtej pory jak ciężka chmura. Kiedy stracił przytomność, ława przysięgłych, która odwróciła się i zatrzymała na chwilę, przemówiła przez swojego brygadzistę. Nie zgodzili się i chcieli przejść na emeryturę. Mój Pan (być może mając na myśli George’a Washingtona) okazał pewne zdziwienie, że nie zostały uzgodnione, ale wyraził przyjemność, że powinni przejść na emeryturę pod strażą i pod okiem, a sam przeszedł na emeryturę. Proces trwał cały dzień, a na sądzie zapalano lampy. Pojawiły się plotki, że jury będzie nieobecne przez długi czas. Widzowie wysiedli, żeby się porzeźwić, a więzień wycofał się na tył pomostu i usiadł. Pan Lorry, który wyszedł, gdy młoda dama i jej ojciec wyszli, teraz pojawił się ponownie i skinął na Jerry’ego: który z powodu słabnącego zainteresowania mógł z łatwością zbliżyć się do niego. — Jerry, jeśli chcesz coś zjeść, możesz. Ale nie przeszkadzaj. Na pewno usłyszysz, kiedy wejdzie ława przysięgłych.


Nie stój ani chwili za nimi, bo chcę, żebyś zaniósł werdykt do banku. Jesteś najszybszym posłańcem, jakiego znam, i dotrzesz do Temple Bar na długo, zanim będę mógł. Jerry miał dość czoła, żeby złapać pięści, i klepnął je w kłykcie, potwierdzając tę rozmowę i szylinga. W tej chwili podszedł pan Carton i dotknął ramienia pana Lorry’ego. „Jak się ma młoda dama?” „Jest bardzo zmartwiona; ale jej ojciec pociesza ją i czuje się lepiej, że wyszła poza sąd”. — Powiem to więźniowi. Wiesz, że szanownemu bankowemu dżentelmenowi, takiemu jak ty, nie wystarczy, gdy zobaczysz, jak rozmawia z nim publicznie. Pan Lorry zaczerwienił się, jakby zdawał sobie sprawę, że debatował nad tym w myślach, a pan Carton wyszedł na zewnątrz baru. Wyjście z boiska wiodło w tym kierunku, a Jerry podążył za nim, wszystkie oczy, uszy i kolce. „Pan. Darnay!” Więzień wystąpił bezpośrednio. — Naturalnie będzie pani chciała usłyszeć o świadku, panno Manette. Poradzi sobie bardzo dobrze. Widziałeś najgorsze z jej wzburzenia”. „Jest mi bardzo przykro, że to ja byłem tego przyczyną. Czy możesz jej to powiedzieć ode mnie, z moimi gorącymi podziękowaniami?” „Tak, mógłbym. Zrobię to, jeśli o to poprosisz”. Zachowanie pana Cartona było tak nieostrożne, że niemal bezczelne. Stał, na wpół odwrócony od więźnia, opierając się łokciem o pręt. „Pytam o to. Przyjmij moje serdeczne podziękowania”. — Co — powiedział Carton, wciąż tylko w połowie zwrócony do niego — czy pan oczekuje, panie Darnay? „Najgorsze.” „To najmądrzejsza rzecz, jakiej można się spodziewać i najbardziej prawdopodobna.


Ale myślę, że ich wycofanie się jest na twoją korzyść. „Błądząc po drodze poza boisko, Jerry nie słyszał nic więcej: ale zostawił ich — tak podobnych do siebie, tak odmiennych w sposobie zachowania — stojących obok siebie, obaj odbijający się w szkle nad nimi. Półtorej godziny kuśtykał ciężko w zatłoczonych korytarzach poniżej złodziei i łobuzów, mimo że pomagał im przy ciastach baranich i ale. Ochrypły posłaniec, niewygodnie siedzący na formularzu po odbyciu tej refleksji, zapadł w drzemkę, gdy głośny szmer i gwałtowna fala ludzi wchodzących po schodach prowadzących na dziedziniec niosła go ze sobą. „Nocnik! Nocnik!” Pan Lorry już dzwonił do drzwi, kiedy tam dotarł. „Proszę pana! To walka o powrót. Oto jestem, proszę pana!” Pan Lorry wręczył mu gazetę przez tłum. „Szybki! Masz to?” „Tak jest.” Na papierze napisano pospiesznie słowo „PRZYJĘTY”. — Gdybyś znowu wysłał wiadomość „Przypomnijmy sobie życie” — mruknął Jerry, odwracając się. — Tym razem powinienem był wiedzieć, co masz na myśli. Nie miał okazji powiedzieć, a raczej pomyśleć, czegokolwiek innego, dopóki nie opuścił Starego Bailey; bo tłum wylewał się z gwałtownością, która omal nie zerwała go z nóg, a na ulicę przetoczył się głośny brzęczenie, jakby zdumione muchy rozbiegały się w poszukiwaniu innej padliny.

Rozdział IV. Gratulacje

Od słabo oświetlonych korytarzy sądu, ostatni osad ludzkiego gulaszu, który gotował się tam przez cały dzień, wytężał się, gdy doktor Manette, Lucie Manette, jego córka, pan Lorry, prawnik obrony, a jej doradca, pan Stryver, zebrał się wokół pana Charlesa Darnaya — właśnie wypuszczonego — gratulując mu ucieczki przed śmiercią. Przy o wiele jaśniejszym świetle trudno byłoby rozpoznać u doktora Manette, intelektualisty o twarzy i wyprostowanej postawie, szewca na poddaszu w Paryżu. Jednak nikt nie mógł spojrzeć na niego dwa razy, bez ponownego spojrzenia: chociaż możliwość obserwacji nie obejmowała żałobnej kadencji jego niskiego, poważnego głosu i abstrakcji, która otaczała go niespokojnie, bez wyraźnego powodu. Podczas gdy jedna przyczyna zewnętrzna, i że odniesienie do jego długotrwałej agonii, zawsze — jak na rozprawie — wywoływało ten stan z głębi jego duszy, w jego naturze było również powstanie samo z siebie i pociągnięcie mrok nad nim, tak niezrozumiały dla tych, którzy nie znali jego historii, jakby widzieli cień prawdziwej Bastylii rzucony na niego przez letnie słońce, kiedy substancja znajdowała się trzysta mil stąd. Tylko jego córka miała moc oczarowania tego czarnego rozmyślań. Była złotą nicią, która łączyła go z Przeszłością poza jego nędzą iz Teraźniejszością poza jego nędzą; a dźwięk jej głosu, światło jej twarzy, dotyk jej dłoni wywarły na niego silny, dobroczynny wpływ. zawsze. Nie zawsze, bo pamiętała sytuacje, w których jej moc zawiodła; ale było ich niewielu i drobnych, więc wierzyła, że się skończyły.


Pan Darnay ucałował ją żarliwie i z wdzięcznością i zwrócił się do pana Stryvera, któremu gorąco podziękował. Pan Stryver, mężczyzna niewiele ponad trzydziestoletni, ale wyglądający na dwadzieścia lat starszego od siebie, tęgi, głośny, czerwony, blefujący i wolny od wszelkich wad delikatności, miał skłonność do popychania się (moralnie i fizycznie) do firmy i rozmowy, które przemawiały za jego karierą w życiu. Wciąż miał na sobie perukę i togę i powiedział, spoglądając na swojego zmarłego klienta do tego stopnia, że wypchnął niewinnego pana Lorry’ego z grupy: „Cieszę się, że wyprowadziłem pana z honorem, panie. Darnay. To było oskarżenie niesławne, rażąco niesławne; ale nie mniej prawdopodobne, że odniesie sukces na tym koncie”. „Zobowiązałeś mnie wobec siebie na całe życie — w dwojaki sposób”, powiedział jego zmarły klient, biorąc go za rękę. — Zrobiłem dla pana wszystko, co w mojej mocy, panie Darnay; i wierzę, że wszystko co moje jest tak dobre, jak innego człowieka”. Na kimś najwyraźniej ciąży obowiązek powiedzenia: „O wiele lepiej” — powiedział pan Lorry; może nie całkiem bezinteresownie, ale z zainteresowaniem ponownym wyciśnięciem się. „Tak myślisz?” powiedział pan Stryver. „Dobrze! byłeś obecny przez cały dzień i powinieneś wiedzieć. Ty też jesteś biznesmenem”. „I jako taki” — powiedział pan Lorry, którego adwokat nauczył się w prawie, włożył teraz z powrotem do grupy, tak jak wcześniej go z niej wyciągnął — „jako taki będę apelował do doktora Manette, aby złamał na tę konferencję i skieruj nas wszystkich do naszych domów. Panna Lucie wygląda na chorą, pan Darnay miał okropny dzień, jesteśmy wykończeni”. — Mów za siebie, panie Lorry — powiedział Stryver; „Mam jeszcze jedną noc do zrobienia. Mów za siebie.” „Mówię za siebie” — odpowiedział pan Lorry — „i za pana Darnaya, i za pannę Lucie, i… panno Lucie, czy nie sądzi pani, że mogę mówić za nas wszystkich?” Zadał jej to pytanie z naciskiem i spojrzeniem na jej ojca.


Jego twarz jakby zastygła w bardzo zaciekawionym spojrzeniu na Darnaya: wyrazem skupienia, pogłębiającym się w grymas niechęci i nieufności, nie pomieszany nawet ze strachem. Z tym dziwnym wyrazem twarzy jego myśli odpłynęły. — Mój ojciec — powiedziała Lucie, delikatnie kładąc dłoń na jego. Powoli strząsnął cień i odwrócił się do niej. „Wrócimy do domu, mój ojcze?” Z długim oddechem odpowiedział „Tak”. Przyjaciele uniewinnionego więźnia rozproszyli się pod wrażeniem — które on sam stworzył — że nie wyjdzie tej nocy. Prawie wszystkie światła w korytarzach zgasły, żelazne wrota zamykano dzbanem i grzechotką, a ponure miejsce opustoszało, aż do jutrzejszego ranka zainteresowanie szubienicą, pręgierzem, biczem i żelazem do wypalania powinno być. odepchnij to. Idąc między ojcem a panem Darnayem, Lucie Manette wyszła na świeże powietrze. Wezwano dorożkarza i odjechali nim ojciec z córką. Pan Stryver zostawił ich w korytarzach, by wrócić do szatni. Inna osoba, która nie dołączyła do grupy lub zamieniła się słowem z żadnym z nich, ale która opierała się o ścianę, gdzie jej cień był najciemniejszy, wyszła cicho za resztą i patrzyła, aż powóz odjechał. z dala. Teraz podszedł do miejsca, gdzie na chodniku stali pan Lorry i pan Darnay. — A więc, panie Lorry! Biznesmeni mogą teraz rozmawiać z panem Darnayem? Nikt nie potwierdził udziału pana Cartona w codziennych obradach; nikt o tym nie wiedział.


Był pozbawiony osłony i żaden z nich nie wyglądał lepiej. „Gdybyś wiedział, jaki konflikt dzieje się w umyśle biznesowym, kiedy umysł biznesowy jest podzielony pomiędzy dobroduszny impuls i biznesowe pozory, byłbyś rozbawiony, panie Darnay”. Pan Lorry zaczerwienił się i powiedział ciepło: — Wspomniał pan o tym wcześniej, sir. My, ludzie biznesu, służący domowi, nie jesteśmy naszymi własnymi panami. Musimy myśleć o Domu bardziej niż o sobie.” — Wiem, wiem — odparł beztrosko pan Carton. — Nie daj się złapać, panie Lorry. Nie wątpię, że jesteś tak samo dobry, jak inny. Ośmielę się powiedzieć, że lepiej. — I rzeczywiście, sir — ciągnął pan Lorry, nie zwracając na niego uwagi — naprawdę nie wiem, co pan ma z tym zrobić. Jeśli wybaczycie mi, tak samo jak waszemu starszemu, że tak powiedział, naprawdę nie wiem, czy to twoja sprawa”. „Biznes! Na szczęście, nie mam żadnego interesu — powiedział pan Carton. — Szkoda, że tego nie zrobiłeś, sir. — Ja też tak myślę. — Gdybyś to zrobił — ciągnął pan Lorry — może byś się tym zajął. „Panie, kocham cię, nie! — nie powinienem”, powiedział pan Carton. „Cóż, proszę pana!” — zawołał pan Lorry, mocno rozgrzany swoją obojętnością — biznes to bardzo dobra rzecz i bardzo szanowana rzecz. A jeśli biznes narzuca swoje ograniczenia, milczenie i przeszkody, pan Darnay jako młody dżentelmen wie, jak uwzględnić tę okoliczność.


Panie Darnay, dobranoc, niech Bóg pana błogosławi, sir! Mam nadzieję, że zachowałeś ten dzień dla dostatniego i szczęśliwego życia. — Krzesło tam!” Może trochę zły na siebie, a także na adwokata, p. Ciężarówka wpadła na krzesło i została zabrana do Tellsona. Carton, który pachniał porto i nie wyglądał na całkiem trzeźwego, roześmiał się i zwrócił się do Darnaya: „To dziwna szansa, która łączy ciebie i mnie. To musi być dla ciebie dziwna noc, gdy stoisz tu sam na sam ze swoim odpowiednikiem na tych ulicznych kamieniach? „Nie wydaje mi się jeszcze”, odparł Charles Darnay, „żebym znów należał do tego świata”. „Nie dziwię się temu; nie minęło tak dużo czasu, odkąd byłeś dość zaawansowany w drodze do innego. Mówisz słabo. „Zaczynam myśleć, że mdleję”. „Więc dlaczego, do diabła, nie jesz? Sam jadłem obiad, podczas gdy te tępaki zastanawiały się, do którego świata należy należeć — do tego czy innego. Pokażę ci najbliższą tawernę, w której można dobrze zjeść. Wyciągając rękę we własne, poprowadził go w dół Ludgate-hill do Fleet-Street, a więc zadaszoną drogą w górę do tawerny. Tutaj zaprowadzono ich do pokoiku, w którym Charles Darnay wkrótce zbierał siły dobrym, prostym obiadem i dobrym winem: podczas gdy Carton siedział naprzeciw niego przy tym samym stole, mając przed sobą oddzielną butelkę porto i całą swoją na wpół bezczelny sposób na niego. — Czy czuje pan jeszcze, że należy pan ponownie do tego ziemskiego planu, panie Darnay? „Jestem strasznie zdezorientowany co do czasu i miejsca; ale jestem tak bardzo uzdrowiony, że czuję to. " „To musi być ogromna satysfakcja!” Powiedział to z goryczą i ponownie napełnił swój kieliszek, który był duży. „Jeśli chodzi o mnie, największym pragnieniem, jakie mam, jest zapomnieć, że do niej należę. Nie ma w tym nic dobrego dla mnie — poza takim winem — ani ja dla niego. Więc nie jesteśmy do siebie podobni w tym konkretnym przypadku.

Rzeczywiście, zaczynam myśleć, że w żadnym szczególe nie jesteśmy do siebie podobni, ty i ja”. Zdezorientowany emocjami tamtego dnia i czując, że jest tam z tym sobowtórem szorstkiej postawy, jak sen, Charles Darnay nie potrafił odpowiedzieć; wreszcie nie odpowiedział wcale. — Teraz obiad jest już skończony — powiedział po chwili Carton — może wezwie pan zdrowie, panie Darnay; dlaczego nie wzniesiesz swojego toastu?” „Jakie zdrowie? Jaki toast? — Przecież to jest na końcu twojego języka. Powinno być, musi być, przysięgam, że tam jest. — W takim razie panno Manette! — W takim razie panno Manette! Spojrzawszy swojemu towarzyszowi prosto w twarz, kiedy pił tosta, Carton rzucił szklankę przez ramię o ścianę, która zadrżała; potem zadzwonił dzwonek i zamówił w innym. „To piękna młoda dama do wręczenia trenerowi w ciemności, panie Darnay!” — powiedział, napełniając swój nowy kielich. Odpowiedzią były lekkie zmarszczki i lakoniczne „Tak”. „To piękna młoda dama, nad którą można współczuć i za nią płakać! Jak to jest? Czy warto próbować o życie, być obiektem takiej sympatii i współczucia, panie Darnay? Darnay znowu nie odpowiedział ani słowem. — Była bardzo zadowolona z twojej wiadomości, kiedy jej ją przekazałem.


Nie żeby okazywała, że jest zadowolona, ale przypuszczam, że tak. Aluzja ta w porę przypomniała Darnayowi, że ten nieprzyjemny towarzysz z własnej woli pomagał mu w cieśninie dnia. Skierował dialog do tego punktu i podziękował mu za to. „Nie chcę żadnych podziękowań ani zasług” — brzmiała beztroska odpowiedź. „Przede wszystkim nie było to nic do zrobienia; i nie wiem, dlaczego to zrobiłem, w drugiej. Panie Darnay, pozwól, że zadam ci pytanie. „Chętnie i mały zwrot za wasze dobre usługi”. „Czy myślisz, że szczególnie cię lubię?” „Naprawdę, panie Carton”, odpowiedział drugi, dziwnie zmieszany, „nie zadałem sobie tego pytania”. „Ale zadaj sobie pytanie teraz”. „Zachowałeś się tak, jakbyś to robił; ale myślę, że nie”. — Nie sądzę — powiedział Carton. „Zaczynam mieć bardzo dobrą opinię na temat Twojego zrozumienia”. — Niemniej jednak — ciągnął Darnay, wstając, by zadzwonić — mam nadzieję, że nie ma w tym nic, co mogłoby przeszkodzić mi w rozrachunku i rozstaniu bez złej krwi po obu stronach. Karton powraca: „Nic w życiu!” Zadzwonił Darnay. „Czy nazywasz to rozliczeniem?” powiedział Carton. Po jego odpowiedzi twierdzącej: „Więc przynieś mi kolejny kufel tego samego wina do szuflady i przyjdź i obudź mnie o dziesiątej”. Po zapłaceniu rachunku Charles Darnay wstał i życzył mu dobrej nocy. Nie odpowiadając życzeniu, Carton również wstał, grożąc w jego zachowaniu czymś w rodzaju nieposłuszeństwa, i powiedział: „Ostatnie słowo, panie Darnay: myślisz, że jestem pijany?” — Myślę, że pan pił, panie Carton. „Myśleć? Wiesz, że piłem”. „Ponieważ muszę to powiedzieć, wiem o tym”. — Wtedy również będziesz wiedział, dlaczego. Jestem rozczarowanym harem, sir.


Nie obchodzi mnie żaden człowiek na ziemi i żaden człowiek na ziemi nie dba o mnie”. „Wiele należy żałować. Mogłeś lepiej wykorzystać swoje talenty”. — Być może, panie Darnay; może nie. Nie pozwól jednak, by twoja trzeźwa twarz cię rozweseliła; nie wiesz, do czego może dojść. Dobranoc!” Kiedy został sam, ta dziwna istota wzięła świecę, podeszła do szklanki wiszącej pod ścianą i przyjrzała się sobie w niej drobiazgowo. „Czy szczególnie lubisz tego mężczyznę?” mruknął na swój obraz; „Dlaczego miałbyś szczególnie lubić mężczyznę, który jest do ciebie podobny? Nie ma w tobie nic do polubienia; wiesz to. Ach, niech cię diabli! Jaką zmianę dokonałeś w sobie! To dobry powód, by zabrać mężczyznę, aby pokazał ci, od czego odpadłeś i kim mógłbyś być! Zmieniaj się z nim miejscami, a czy patrzyłyby na ciebie te niebieskie oczy, jakim był, i współczułaby ta wzburzona twarz, tak jak on? Chodź i powiedz to prostymi słowami! Nienawidzisz tego faceta”. Dla pocieszenia sięgnął po kufel wina, wypił wszystko w kilka minut i zasnął na ramionach, z włosami rozrzuconymi na stole i spływającym na niego długim prześcieradłem w świecy.

Rozdział V. Szakal

Były to dni pijące, a większość mężczyzn piła mocno. Tak wielka jest poprawa, jaką czas przyniósł w takich nawykach, że umiarkowane określenie ilości wina i ponczu, które jeden człowiek połknąłby w ciągu nocy, bez szkody dla jego reputacji doskonałego dżentelmena, wydawałoby się, w dzisiejszych czasach śmieszna przesada. Wyuczony zawód prawa z pewnością nie ustępował żadnemu innemu wyuczonemu zawodowi w swoich bachanalskich skłonnościach; Pan Stryver, już teraz szybko przechodzący na dużą i lukratywną praktykę, nie był w tyle za swoimi konkurentami w tym konkretnym przypadku, tak samo jak w suchszych częściach legalnego wyścigu. Pan Stryver, faworyt w Old Bailey i eke na Sesjach, zaczął ostrożnie wycinać dolne drążki drabiny, na której siedział. Sessions i Old Bailey musieli teraz wezwać swojego ulubieńca w swoje tęskne ramiona; i wznosząc się w stronę oblicza Lorda Naczelnego Sędziego na Dworze Królewskiej Ławki, można było codziennie dostrzec rumianą twarz pana Stryvera, wyrywającą się z łoża peruk, jak wielki słonecznik przepychający się do słońca spomiędzy porządny ogród pełen ognistych towarzyszy. Kiedyś w barze zauważono, że chociaż pan Stryver był zuchwałym człowiekiem, pozbawionym skrupułów, gotowym i odważnym, nie miał zdolności wydobywania esencji ze stosu stwierdzeń, które należą do najbardziej uderzające i konieczne z dokonań adwokata. Ale nastąpiła znacząca poprawa w tym zakresie. Im więcej dostawał interesów, tym większa wydawała się wzrastać jego moc, by dotrzeć do jej rdzenia i szpiku; i jakkolwiek późno w nocy siedział hulając z Sydneyem Cartonem, zawsze rano trzymał punkty na końcach palców. Sydney Carton, najbardziej bezczynny i najbardziej obiecujący mężczyzna, był wielkim sojusznikiem Stryvera. To, co pili razem, między Hilary Term i Michaelmasem, mogło unosić się na królewskim statku. Stryver nigdy nie miał walizki w ręku, nigdzie, ale Carton tam był, z rękami w kieszeniach, wpatrując się w sufit kortu; jechali tym samym Okręgiem i nawet tam przedłużali swoje zwykłe orgie do późnych godzin nocnych, a podobno w biały dzień widywano Cartona, jak wraca do domu ukradkiem i niepewnie, jak rozproszony kot.


W końcu zaczęło się pojawiać, wśród tych, którzy byli zainteresowani tą sprawą, że chociaż Sydney Carton nigdy nie byłby lwem, był zdumiewająco dobrym szakalem i że służył Stryverowi w tak skromnym charakterze. — O dziesiątej, proszę pana — powiedział mężczyzna w tawernie, któremu kazał go obudzić — o dziesiątej, sir. "_O co chodzi?” — O dziesiątej, proszę pana. „Co masz na myśli? Dziesiąta wieczorem? „Tak jest. Wasz honor kazał mi zadzwonić. „O! Pamiętam. Bardzo dobrze, bardzo dobrze”. Po kilku nudnych próbach ponownego zaśnięcia, które mężczyzna zręcznie walczył, mieszając ogień nieprzerwanie przez pięć minut, wstał, narzucił kapelusz i wyszedł. Skręcił w Świątynię i ożywszy się, dwukrotnie chodząc po chodnikach King’s Bench-Walk i Paper-Building, skręcił w komnaty Stryvera. Urzędnik Stryver, który nigdy nie asystował na tych konferencjach, poszedł do domu, a dyrektor Stryver otworzył drzwi. Miał na sobie kapcie i luźną pościel, a jego gardło było odsłonięte dla większej swobody. On miał to raczej dziki, napięte, smażone oznakowanie o oczach, które mogą być obserwowane we wszystkich wolnych wątrobach swojej klasie, z portretem Jeffries spadkowej, a które można prześledzić, w różnych przebraniach od sztuki, poprzez portrety każdego Wiek od którego można pić. — Trochę się spóźniłeś, Memory — powiedział Stryver. „Mniej więcej o zwykłej porze; może być kwadrans później”. Weszli do obskurnego pokoju wypełnionego książkami i zaśmieconego papierami, w którym palił się ogień. Na płycie parował czajnik, a pośród stosu papierów lśnił stół, na którym było mnóstwo wina, brandy, rumu, cukru i cytryn. — Widzę, że wypiłaś swoją butelkę, Sydney. — Chyba dwie dzisiaj. Jadłem obiad z klientem dnia; lub zobaczyć go na kolacji — to wszystko jedno!” „Sydney, to była rzadka kwestia, którą przyniosłaś do identyfikacji. Jak to zrobiłeś? Kiedy cię to uderzyło?”

„Myślałem, że jest raczej przystojnym facetem i pomyślałem, że gdybym miał szczęście, powinienem być takim samym człowiekiem”. Pan Stryver śmiał się, aż potrząsnął swoim przedwcześnie rozwiniętym brzuchem. „Ty i twoje szczęście, Sydney! Bierz się do pracy, bierz się do pracy”. Co dość posępne, szakal rozluźnił sukienkę, wszedł do sąsiedniego pokoju i wrócił z dużym dzbanem zimnej wody, miską i jednym lub dwoma ręcznikami. Zmoczył ręczniki w wodzie i częściowo je wykręcił, złożył je na głowie w okropny sposób, usiadł przy stole i powiedział: „Teraz jestem gotowy!” — Niewiele trzeba dziś wieczorem zrobić, Pamięci — powiedział wesoło pan Stryver, przeglądając swoje papiery. „Ile?” „Tylko dwa zestawy”. „Najpierw daj mi najgorsze”. — Tam są, Sydney. Strzelajcie!” Następnie lew ułożył się na plecach na sofie po jednej stronie stolika do picia, podczas gdy szakal siedział przy swoim własnym, obitym papierem stole, po drugiej stronie, z butelkami i kieliszkami w ręku. Obydwaj bez pośpiechu siadali do stołu, ale każdy w inny sposób; lew przeważnie leżał z rękami w pasie, patrząc w ogień lub od czasu do czasu flirtując z jakimś lżejszym dokumentem; szakal, ze ściągniętymi brwiami i skupioną twarzą, tak głęboko w swoim zadaniu, że jego oczy nawet nie podążyły za ręką, którą wyciągnął po szklankę — która często błąkała się po omacku przez minutę lub dłużej, zanim jego usta.


Dwa lub trzy razy sprawa była tak zawiązana, że szakal uznał za konieczne, aby wstał i ponownie strącił ręczniki. Z tych pielgrzymek do dzbanka i misy wrócił z tak dziwacznymi wilgotnymi nakryciami głowy, których nie potrafią opisać żadne słowa; które były tym bardziej absurdalne przez jego niespokojną powagę. W końcu szakal zebrał zwartą ucztę dla lwa i zaczął mu ją ofiarować. Lew przyjął go ostrożnie i ostrożnie, dokonał wyboru na jego podstawie i swoich uwag na ten temat, a szakal pomagał obojgu. Kiedy w pełni omówiono ucztę, lew ponownie położył ręce za pas i położył się, aby medytować. Następnie szakal ożywił się zderzakiem na przepustnicy i ponownym przyłożeniem do głowy, po czym zajął się zbieraniem drugiego posiłku; to zostało podane lwowi w ten sam sposób i nie zostało usunięte, dopóki zegary nie wybiły trzeciej nad ranem. „A teraz skończyliśmy, Sydney, wypełnij po brzegi poncz”, powiedział pan Stryver. Szakal zdjął ręczniki z głowy, która znów parowała, otrząsnął się, ziewnął, zadrżał i usłuchał. — Byłaś bardzo zdrowa, Sydney, w sprawie tych dzisiejszych świadków koronnych. Każde pytanie zostało powiedziane”. „Zawsze jestem zdrowy; nie jestem?« „Nie sprzeciwiam się temu. Co złagodziło twój temperament? Uderz w to i ponownie wygładź”. Z potępiającym chrząknięciem szakal ponownie usłuchał. „Stary Sydney Carton starej Shrewsbury School”, powiedział Stryver, kiwając głową nad nim, przeglądając go w teraźniejszości i przeszłości, „stary huśtawka Sydney. Jedną minutę w górę i w dół przez następną; teraz w duchu, a teraz w przygnębieniu!” „Ach!” odpowiedział drugi, wzdychając: „tak! Ta sama Sydney, z takim samym szczęściem. Nawet wtedy ćwiczyłem dla innych chłopców i rzadko robiłem własne”. »Czemu nie?« »Bóg wie. Przypuszczam, że to był mój sposób. Siedział z rękami w kieszeniach i wyciągniętymi przed sobą nogami, patrząc na ogień. — Karton — powiedział jego przyjaciel, napierając na niego z przerażającym powietrzem, jakby ruszt był piecem, w którym wykuwano wytrwały wysiłek, i jedyną delikatną rzeczą do zrobienia dla starego Sydney Carton starego Shrewsbury. Szkoła miała go w to wciągnąć: „Twoja droga jest i zawsze była kulawą drogą. Nie przywołujesz energii ani celu. Spójrz na mnie”. „Och, kłopot!” wrócił Sydney, z lżejszym i bardziej wesołym śmiechem, „nie bądź moralny!” „Jak zrobiłem to, co zrobiłem?” powiedział Stryver; „Jak mam robić to, co robię?” — Chyba po części przez zapłacenie mi za pomoc. Ale nie warto poświęcić czasu na apostrofizowanie mnie lub powietrza wokół tego; co chcesz robić, robisz. Zawsze byłeś w pierwszym szeregu, a ja zawsze byłem z tyłu”. „Musiałem dostać się do pierwszego szeregu; Nie urodziłem się tam, prawda? „Nie było mnie na ceremonii; ale moim zdaniem byłeś — powiedział Carton. Na to znowu się roześmiał i oboje się roześmiali. „Przed Shrewsbury, w Shrewsbury i od czasu Shrewsbury” — ścigał Carton — „spadłeś w swoje szeregi, a ja w moje.


Nawet kiedy byliśmy kolegami ze studenckiej dzielnicy Paryża, ucząc się francuskiego i francuskiego prawa i innych francuskich okruchów, z których nie mieliśmy wiele dobrego, zawsze gdzieś byłeś, a mnie zawsze nigdzie nie było. „A czyja to była wina?” „Na moją duszę, nie jestem pewien, czy to nie była twoja. Byłaś zawsze jazdy i rozszczepiający i barki i mijania, do tego stopnia, niespokojny, że nie mam szans na moim życiu, ale w rdzy i odpoczynku. Jednak mówienie o własnej przeszłości, gdy nadchodzi dzień, jest ponurą rzeczą. Zanim pójdę, zawróć mnie w innym kierunku”. „No więc! Daj mi znać, ślicznemu świadkowi — powiedział Stryver, unosząc szklankę. „Czy zwróciłeś się w przyjemnym kierunku?” Najwyraźniej nie, bo znowu stał się ponury. — Niezły świadek — mruknął, spoglądając w swoją szklankę. „Mam dość świadków dziś i w nocy; kto jest twoim ślicznym świadkiem? „Córka malowniczego lekarza, panna Manette”. „_She_ pretty?” „Czy ona nie jest?” „Nie.” „Przecież żywy człowieku, ona była podziwem całego Dworu!” „Zgnić podziw całego Dworu! Kto uczynił Old Bailey sędzią piękna? Była złotowłosą lalką!” — Wiesz, Sydney — powiedział pan Stryver, patrząc na niego bystrym wzrokiem i powoli przeciągając dłonią po jego rumianej twarzy: — czy wiesz, raczej myślałem wtedy, że sympatyzujesz ze złotym … lalkę z włosami i szybko zorientowałeś się, co się stało ze złotowłosą lalką? „Szybko zobaczyć, co się stało! Jeśli dziewczyna, lalka lub żadna lalka, omdlewa w odległości jednego lub dwóch jardów od nosa mężczyzny, może to zobaczyć bez perspektywy-szkła. Przysięgam, ale zaprzeczam pięknu.


A teraz nie będę już więcej pił; Położę się do łóżka”. Kiedy jego gospodarz wyszedł za nim po schodach ze świecą, aby zapalić go ze schodów, dzień był zimny, zaglądając przez brudne okna. Kiedy wyszedł z domu, powietrze było zimne i smutne, niebo zachmurzone, rzeka ciemna i mroczna, cała scena jak bez życia pustynia. A wianki pyłu wirowały w kółko przed porannym wybuchem, jakby piasek pustyni wzniósł się daleko, a pierwsza jego rozprysk w jego natarciu zaczęła zalewać miasto. Pustkowie w nim i pustynia dookoła, ten człowiek stał nieruchomo w drodze przez cichy taras i przez chwilę, leżąc przed nim na pustyni, ujrzał miraż honorowej ambicji, samozaparcia i wytrwałości. W pięknym mieście tej wizji były przestronne galerie, z których spoglądały na niego miłości i łaski, ogrody, w których dojrzewały owoce życia, wody Nadziei, które błyszczały w jego oczach. Chwila i już go nie było. Wspinając się do wysokiej komnaty w studni domów, rzucił się w ubraniu na zaniedbane łóżko, a jego poduszka była mokra od zmarnowanych łez. Niestety, niestety, słońce wzeszło; nie pojawił się smutniejszy widok niż człowiek o dobrych zdolnościach i dobrych uczuciach, niezdolny do ich ukierunkowanego ćwiczenia, niezdolny do własnej pomocy i własnego szczęścia, wrażliwy na zgubę na nim i rezygnujący z tego, by go pożreć.

Rozdział VI. Setki ludzi

Ciche mieszkanie doktora Manette znajdowało się na cichym rogu ulicy, niedaleko Soho-Square. Po południu w pewną piękną niedzielę, kiedy fale czterech miesięcy przetoczyły się przez proces o zdradę i niosły go, co do interesu publicznego i pamięci, daleko w morze, pan Jarvis Lorry spacerował słonecznymi ulicami z Clerkenwell. gdzie mieszkał, jadąc na obiad z Doktorem. Po kilku nawrotach zainteresowania biznesem pan Lorry stał się przyjacielem Doktora, a cichy róg ulicy był słoneczną częścią jego życia. W tę pewną piękną niedzielę pan Lorry udał się do Soho wczesnym popołudniem z trzech powodów. Po pierwsze dlatego, że w piękne niedziele często wychodził przed obiadem z Doktorem i Lucie; po drugie dlatego, że w niesprzyjające niedziele zwykł przebywać z nimi jako przyjaciel rodziny, rozmawiając, czytając, wyglądając przez okno i ogólnie przeżywając dzień; po trzecie, ponieważ przypadkiem miał do rozwiązania swoje małe, sprytne wątpliwości i wiedział, w jaki sposób sposoby życia Doktora wskazywały na ten czas jako prawdopodobny czas na ich rozwiązanie. W Londynie nie można było znaleźć spokojniejszego kąta niż ten, w którym mieszkał Doktor. Nie było przez nią wyjścia, a przednie okna mieszkania Doktora dawały przyjemny, mały widok na ulicę, na której panowała sympatyczna atmosfera emerytu. Na północ od Oxford Road było wtedy niewiele budynków, kwitły drzewa leśne, rosły dzikie kwiaty i kwitł głóg na znikających polach.


W rezultacie wiejskie powietrze krążyło w Soho z energiczną wolnością, zamiast marnieć w parafii jak bezpańscy biedacy bez osady; a niedaleko było wiele dobrych ścian południowych, na których brzoskwinie dojrzewały w swoim czasie. Letnie światło wpadało w róg wspaniale we wcześniejszej części dnia; ale kiedy ulice zrobiły się gorące, róg był w cieniu, chociaż nie w tak odległym cieniu, ale można było zobaczyć poza nim blask jasności. Było to fajne miejsce, stateczne, ale wesołe, wspaniałe miejsce na echo i bardzo przystań z dala od szalejących ulic. W takim zakotwiczeniu powinna być spokojna kora, i była. Doktor zajmował dwa piętra dużego, sztywnego domu, w którym rzekomo wykonywanych było kilka wezwań w ciągu dnia, ale których prawie nie było słychać każdego dnia i którego wszyscy unikali w nocy. W budynku z tyłu, do którego można się dostać przez dziedziniec, gdzie platan szeleścił zielonymi liśćmi, organy kościelne rzekomo wykonane i srebro do ścigania, podobnie jak złoto pobite przez tajemniczego olbrzyma, który miał złote ramię wychodząc ze ściany holu frontowego — jakby pobił się cennym i zagroził podobnemu nawróceniu wszystkich gości. Niewiele z tych zawodów, ani samotnego lokatora, który według plotek mieszka na górze, ani nikczemnego rzemieślnika, który twierdzi, że ma kantor na dole, kiedykolwiek słyszano lub widziano.


Od czasu do czasu jakiś zbłąkany robotnik zakładający płaszcz, przechadzał się po hali, albo rozglądał się tam nieznajomy, albo słychać było odległy brzęk po drugiej stronie dziedzińca lub łomot złotego olbrzyma. Były to jednak tylko wyjątki wymagane do udowodnienia reguły, że wróble na platanie za domem i echa w rogu przed domem miały własną drogę od niedzieli rano do soboty wieczorem. Doktor Manette przyjął tu takich pacjentów, ponieważ przyniosła mu jego dawna reputacja i odrodzenie w płynnych szeptach jego historii. Jego wiedza naukowa oraz czujność i umiejętność przeprowadzania genialnych eksperymentów sprawiły, że w przeciwnym razie stał się umiarkowanym żądaniem i zarabiał tyle, ile chciał. Pan Jarvis Lorry miał o tym wiedzę, myśli i uwagę, kiedy w piękne niedzielne popołudnie zadzwonił dzwonkiem do zacisznego domu w rogu. „Doktor Manette w domu?” Oczekiwany dom. — Panna Lucie w domu? Oczekiwany dom. „Panna Pross w domu?” Prawdopodobnie w domu, ale z pewnością niemożliwą do przewidzenia przez służącą zamiarów panny Pross, co do przyznania się lub zaprzeczenia temu faktowi. „Ponieważ sam jestem w domu”, powiedział pan Lorry, „pójdę na górę”.


Chociaż córka Doktora nie wiedziała nic o kraju swojego urodzenia, wydawało się, że z natury wywiodła z niego zdolność robienia wielu niewielkich środków, co jest jedną z jej najbardziej użytecznych i najprzyjemniejszych cech. Mebel był prosty, ale podkreślał go tak wiele drobnych ozdób, które nie miały żadnej wartości poza ich gustem i fantazyjnością, że efekt był zachwycający. Rozmieszczenie wszystkiego w pokojach, od największego do najmniejszego; układ kolorów, elegancka różnorodność i kontrast uzyskany dzięki oszczędności w drobiazgach, delikatnym dłoniom, czystym oczom i rozsądkowi; były na raz tak przyjemne w siebie, a więc wyrazem ich inicjatora, że jak Pan Ciężarówka stanęła poszukuje o nim same krzesła i stoły wydawało się go zapytać o coś w tym osobliwego wyrazu, który znał tak dobrze przez ten czas, czy zatwierdził? Na piętrze znajdowały się trzy pokoje, a gdy drzwi, przez które się porozumiewali, były otwarte, aby powietrze mogło swobodnie przepływać przez nie wszystkie, pan Lorry, z uśmiechem spostrzegając to dziwaczne podobieństwo, które wykrył wokół siebie, przechodził od jednego do drugiego. inne. Pierwszy był najlepszym pomieszczeniem, w którym znajdowały się ptaki, kwiaty i książki Lucie, biurko, stół roboczy i pudełko akwareli; druga była gabinetem lekarskim, wykorzystywanym również jako jadalnia; trzecia, zmieniająca się w cętki szelestu platana na podwórku, była sypialnią Doktora, a tam, w rogu, stała ławka nieużywanego szewca i taca z narzędziami, podobnie jak na piątym piętrze ponury dom przy winiarni na przedmieściach Saint Antoine w Paryżu. „Zastanawiam się”, powiedział pan Lorry, przerywając rozglądanie się, „że on zachowuje przy sobie to przypomnienie swoich cierpień!” „A dlaczego się nad tym zastanawiasz?” było nagłym dochodzeniem, które sprawiło, że zaczął. Pochodził od panny Pross, dzikiej rudej kobiety o silnej dłoni, którą poznał po raz pierwszy w hotelu Royal George w Dover i od tego czasu się poprawił. — Powinienem był pomyśleć… — zaczął pan Lorry. „Puchatek! Pomyślałeś!” powiedziała panna Pross; a pan Lorry przerwał. »Jak się masz?« — spytała wtedy ta dama — ostro, a jednak jakby chciała wyrazić, że nie znosi mu złośliwości. „Czuję się całkiem dobrze, dziękuję” — odpowiedział cicho pan Lorry; „Jak się masz?” — Nie ma się czym chwalić — stwierdziła panna Pross. »W rzeczy samej?« „Ach! w rzeczy samej!” — powiedziała panna Pross. „Jestem bardzo zdenerwowany moją Biedronką”. „W rzeczy samej?” „Na litość boską, powiedz coś jeszcze poza„ rzeczywiście”, bo w przeciwnym razie oszukasz mnie na śmierć — powiedziała panna Pross: której charakter (oddzielony od wzrostu) był niski. — A więc naprawdę? powiedział pan Lorry, jako poprawkę. „Naprawdę jest wystarczająco zły” — odparła panna Pross — „ale lepiej. Tak, jestem bardzo zdenerwowany”. „Czy mogę zapytać o przyczynę?” „Nie chcę, aby dziesiątki ludzi, którzy w ogóle nie są godni Biedronki, przychodziły tu i opiekowały się nią” — powiedziała panna Pross. „_Czy_ dziesiątki przyjeżdżają w tym celu?” — Setki — powiedziała panna Pross. Charakterystyczne dla tej damy (jak i dla niektórych innych osób przed jej czasem i później) było to, że za każdym razem, gdy kwestionowano jej pierwotną propozycję, przesadzała. „Drogi ja!” — powiedział pan Lorry, jako najbezpieczniejszą uwagę, o jakiej mógł pomyśleć. „Mieszkałem z ukochaną — albo kochanie mieszkało ze mną i zapłacił mi za to; czego z pewnością nigdy nie powinna była uczynić, możesz złożyć oświadczenie pod przysięgą, gdybym mógł sobie pozwolić na zatrzymanie siebie lub jej za darmo — odkąd miała dziesięć lat. I to jest naprawdę bardzo trudne — powiedziała panna Pross. Nie widząc precyzyjnie tego, co było bardzo trudne, pan Lorry potrząsnął głową; używając tej ważnej części siebie jako swego rodzaju czarodziejskiego płaszcza, który pasowałby do wszystkiego. „Wszelkiego rodzaju ludzie, którzy nie są w najmniejszym stopniu godni zwierzaka, zawsze się pojawiają” — powiedziała panna Pross.


— Kiedy to zaczęłaś … — Zacząłem, panno Pross? „Czyż nie? Kto ożywił jej ojca?” „O! Jeśli to się zaczęło… — powiedział pan Lorry. — Przypuszczam, że to nie zakończyło tego? Mówię, że kiedy zacząłeś to było wystarczająco trudne; nie dlatego, że mam jakąkolwiek winę do znalezienia u doktora Manette, z wyjątkiem tego, że nie jest godzien takiej córki, co nie jest mu przypisywane, gdyż nie można było oczekiwać, że ktokolwiek powinien być w żadnych okolicznościach. Ale naprawdę podwójnie i potrójnie trudno jest mieć tłumy i tłumy ludzi, którzy pojawiają się za nim (mogłem mu wybaczyć ), aby odebrać mi uczucia Biedronki”. Pan Lorry wiedział, że panna Pross jest bardzo zazdrosna, ale wiedział też, że w tym czasie jest, w służbie jej ekscentryczności, jednym z tych bezinteresownych stworzeń — występujących tylko wśród kobiet — które to zrobią z czystej miłości i podziwu. przywiązują się chętnych niewolników, do młodości, gdy ją utracili, do piękna, którego nigdy nie mieli, do osiągnięć, których nigdy nie mieli na tyle szczęścia, aby osiągnąć, do jasnych nadziei, które nigdy nie świeciły w ich własnym ponurym życiu. Znał świat na tyle, by wiedzieć, że nie ma w nim nic lepszego niż wierna służba sercu; tak oddany i tak wolny od wszelkich skaz najemników, miał dla niej tak wzniosły szacunek, że w zadaniach odpłatnych dokonywanych przez jego własny umysł — wszyscy robimy mniej więcej takie przygotowania — umieścił pannę Pross znacznie bliżej niższe anioły niż wiele kobiet niezmiernie lepiej wstały zarówno z natury, jak i sztuki, które miały równowagę u Tellsona. „Nigdy nie było i nie będzie, tylko jeden człowiek godny Biedronki” — powiedziała panna Pross; „A to był mój brat Salomon, gdyby nie popełnił w życiu błędu”. I znowu: badania pana Lorry’ego dotyczące osobistej historii panny Pross wykazały, że jej brat Solomon był bezdusznym łajdakiem, który odebrał jej wszystko, co posiadała, jako kołek do spekulacji i porzucił ją w ubóstwie na zawsze, bez cienia skruchy. Wierność wiary panny Pross w Salomona (odejmowanie drobiazgów za ten drobny błąd) była dla pana Lorry dość poważną sprawą i miała swoją wagę w jego dobrej opinii o niej. „Ponieważ na razie jesteśmy sami i oboje jesteśmy ludźmi interesu”, powiedział, kiedy wrócili do salonu i usiedli tam w przyjaznych stosunkach, „pozwól, że zapytam — czy Doktor, rozmawiając z Lucie, nie wspomina jeszcze o czasie szewskim? „Nigdy.” — A mimo to trzyma tę ławkę i te narzędzia obok siebie? „Ach!” wróciła panna Pross, kręcąc głową. „Ale nie mówię, że on nie odnosi się do tego w sobie”. „Czy sądzisz, że on dużo o tym myśli?” — Tak — powiedziała panna Pross. — Czy wyobrażasz sobie… — zaczął pan Lorry, kiedy panna Pross uściśliła go słowami: — Nigdy nie wyobrażaj sobie niczego. W ogóle nie miej wyobraźni”. „Poprawiono mnie; myślisz — czasami posuwasz się nawet do przypuszczenia? — Od czasu do czasu — powiedziała panna Pross.

— Czy myślisz — ciągnął pan Lorry, z błyskiem śmiechu w jasnym oku, gdy spojrzał na nią życzliwie, — że doktor Manette ma jakąś własną teorię, zachowaną przez te wszystkie lata, odnoszącą się do przyczyny jego bycie tak uciskanym; może nawet na imię swojego ciemiężyciela? — Nie sądzę, żeby było to nic innego, jak tylko to, co mówi mi Biedronka. „I to jest — ?” „Ona myśli, że on ma”. „Teraz nie złość się, że zadaję te wszystkie pytania; ponieważ jestem zwykłym tępym biznesmenem, a ty jesteś kobietą biznesu”. „Nudny?” — zapytała spokojnie panna Pross. Raczej życząc sobie rezygnacji ze swojego skromnego przymiotnika, pan Lorry odpowiedział: „Nie, nie, nie. Na pewno nie. Wracając do sprawy: — Czy nie jest niczym niezwykłym, że doktor Manette, niewątpliwie niewinny jakiejkolwiek zbrodni, jak wszyscy jesteśmy pewni, że jest, nie powinien nigdy dotykać tego pytania? Nie powiem ze mną, chociaż miał ze mną stosunki biznesowe wiele lat temu, a teraz jesteśmy intymni; Powiem z piękną córką, do której jest tak oddany i kto jest do niego tak oddany?


Wierz mi, panno Pross, nie podchodzę do tematu z panią z ciekawości, ale z gorliwego zainteresowania. „Dobrze! Jeśli dobrze rozumiem, i najlepiej źle, powiedz mi — powiedziała panna Pross, złagodzona tonem przeprosin — boi się całego tematu. „Przestraszony?” — Myślę, że jest dość oczywiste, dlaczego może nim być. To straszne wspomnienie. Poza tym wyrosła z tego utrata samego siebie. Nie wiedząc, jak się zgubił lub jak doszedł do siebie, może nigdy nie mieć pewności, że już się nie zatraci. Myślę, że samo to nie sprawiłoby, że temat byłby przyjemny. To była głębsza uwaga, niż oczekiwał pan Lorry. „Prawda”, powiedział, „i straszna do refleksji. Jednak w moim umyśle pojawia się wątpliwość, panno Pross, czy dobrze jest, gdy doktor Manette zawsze zamyka w sobie to tłumienie. Rzeczywiście, to właśnie ta wątpliwość i niepokój, jaki czasami wywołuje we mnie, doprowadziły mnie do naszego obecnego zaufania”. — Nic nie można na to poradzić — powiedziała panna Pross, kręcąc głową. „Dotknij tej struny, a on natychmiast zmieni się na gorsze. Lepiej zostaw to w spokoju. Krótko mówiąc, musi zostawić to w spokoju, lubię lub nie lubię. Czasami wstaje w środku nocy i będzie słyszany przez nas tam nad głową, chodząc w górę iw dół, chodząc w górę iw dół w swoim pokoju. Biedronka nauczyła się wtedy wiedzieć, że jego umysł chodzi w górę iw dół, w górę iw dół, w swoim starym więzieniu. Pędzi do niego i idą razem, idą w górę iw dół, w górę iw dół, aż się opanuje. Ale on nigdy nie mówi jej ani słowa o prawdziwej przyczynie swojego niepokoju, a ona uważa, że najlepiej jest mu o tym nie wspominać. W ciszy idą razem w górę iw dół, razem w górę iw dół, aż jej miłość i towarzystwo nie przyniosą go do siebie”.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 47.96