E-book
4.78
drukowana A5
76.76
Ołtarze Pozorów

Bezpłatny fragment - Ołtarze Pozorów


Objętość:
666 str.
ISBN:
978-83-8189-879-9
E-book
za 4.78
drukowana A5
za 76.76

Część Pierwsza — Terra Incognita

1 Anioł Stróż

Mój anioł stróż ukazał mi się po raz pierwszy we wrześniu dwutysięcznego roku. Miał zdrowy pociąg do alkoholu i szafę nabitą karabinami. Uraczył mnie opowieścią o wietnamskiej przygodzie i o tym jak zmieniła go z mechanika w przemytnika. Oprowadził mnie po slumsach Filadelfii, jakby wszystkie kruszejące, obdarte z tynku kamienice należały do niego, a zakapturzeni ciemnoskórzy chłopcy na chodnikach byli jego nieślubnymi dziećmi.

Prezentował mi patologię czarnych dzielnic jak kustosz oprowadzający po ulubionym skrzydle muzeum. Najpierw dał mi do zrozumienia, że żeruje na obłędnym kręgu ubóstwa i przemocy, po czym, niby bezinteresownie, w geście sąsiedzkiej pomocy, podzielił się informacjami, dzięki którym zamknąłem kolejny rozdział książki.

Gdy wyprowadził się, pozostawił po sobie więcej pytań niż odpowiedzi. Byłem zły, że zniknął bez wyjaśnienia, a jednocześnie miałem nadzieję, że nasze drogi już nigdy się nie skrzyżują. Podejrzewałem, że jeśli to nastąpi, nie będzie to dziełem przypadku.

Dziś jestem pewien, że większość z tego, co zaserwował mi mój poczciwy, opiekuńczy sąsiad było stekiem bzdur i manipulacji. Ów dobry samarytanin był nie tyle pilotem i przemytnikiem, co żołnierzem i najemnikiem, oferującym swoje usługi każdemu, kto na rachunku bankowym ma wystarczającą ilość zer po przecinku.

Moment, który Rory wybrał by powrócić niczym widmo nie był przypadkowy. To była środa, dwudziestego ósmego lutego dwutysięcznego pierwszego roku, dzień po spektakularnej klęsce jaką ponieśliśmy pomimo udanego przejęcia kontroli nad studiem stacji Fox News. Główne ogólnokrajowe gazety i stacje telewizyjne dawały wyraz oburzenia, szczując się nawzajem przeciwko nieznanej dotąd organizacji terrorystycznej, a my siedzieliśmy przed telewizorem wciąż zdezorientowani, zastanawiając się, co poszło nie tak.

Z wypowiedzi komentatorów w kolejnych wydaniach wiadomości można było wywnioskować, że głównym przewinieniem grupy było nie morderstwo Bogu ducha winnego pracownika ochrony, lecz bezprecedensowy i haniebny cios wymierzony w instytucję mediów. Fakt transmisji naszego filmu został zupełnie zignorowany, a przekaz całego przemysłu rozrywkowo-informacyjnego był spójny i zgodny: Amerykanie mieli zapamiętać tylko jedno — zamach na czwartą władzę ucieleśnioną przez Fox News i świętą wolność słowa, choć to właśnie w imię tej wolności przejęliśmy kontrolę nad studiem.

To nie był dobry okres dla grupy Nicka. Pozwolili facetowi z zewnątrz zaburzyć delikatną równowagę charakterów, która utrzymywała ich na powierzchni własnych wyobrażeń. Nie mogli już oddzielić dyskusji na temat tego kim są od złudzeń tego co mogą, potrafią i są wstanie z siebie wykrzesać. Dzięki mnie przekroczyli granicę, zza której nie było odwrotu. Moja irracjonalna potrzeba zrehabilitowania się za wszystkie lata bezczynności, kilkukrotnie zwiększyła ich szanse na spędzenie reszty życia w lokalnej placówce o złagodzonym rygorze. Siedząc przed telewizorem, przyglądaliśmy się z niepokojem, jak wściekła nagonka stacji telewizyjnych nabiera rozmachu, jak pomiędzy kolejnymi skrótami wiadomości i komentarzami „specjalistów” zaczynały pęcznieć i ożywać na nowo zapomniane i zawieruszone gdzieś słowa. Skąpane w polityczno-medialnej chrzcielnicy strachu: zamach, terror i terroryści wyłaniały się raz po raz ku przestrodze niepokornym.

Ostatnie określenie, niczym inkantacja, pojawiało się we wszystkich wydaniach wiadomości, przed każdą serią ujęć z wykadrowanym budynkiem stacji, będącej ofiarą tego „bezsensownego” ataku. Z zażenowaniem rejestrowaliśmy, jak przypisują nasz wyczyn grupie anarchistów, których jedynym celem był chaos i terror.

Z pilotem w dłoni i głową pełną pytań, przeskakiwałem po kanałach, próbując dowiedzieć się co zdołała ustalić policja. Marcus, Ralph i Julia również zamyśleni, ożywali tylko chwilami, próbując wyłowić z migawek jakiś spójny przekaz dotyczący naszej akcji. Niestety wszystkie stacje nadające wiadomości emitowały wciąż uparcie te same, powtarzające się ujęcia: oblężony budynek, opuszczone metalowe rolety przeciwwłamaniowe, tłum ludzi skąpany w blasku ulicznych lamp i zgiełk przejeżdżających samochodów, a potem błysk i huk wystrzału. Żadna ze stacji nie podała ani jednego zweryfikowanego faktu. Wszystkie postawiły na spektakl.

Mój telefon zadzwonił.

Spojrzałem na wyświetlacz. Zastrzeżony numer. Mogłem się tylko domyślać, kto zechce pastwić się nade mną jako pierwszy. Podniosłem się z trudem i ruszyłem w kierunku schodów. Nie odebrałem, ale rozmówca nie dawał za wygraną. Telefon wył melancholijnym Riders of the Storm, gdy wspinałem się po stopniach. Zakładałem, że to Leon, Liz albo Pat. Stanąłem przed drzwiami mojego pokoju, wszedłem, usiadłem na łóżku, odczekałem jeszcze chwilę, wsłuchując się w głos Morrisona i odebrałem.

— Mają twoje zdjęcie — powiedział szorstki zniekształcony cyfrowo głos.

Niski metaliczny dźwięk słów przywodził na myśl tylko jedną osobę. Głos musiał należeć do Reda Toksa, informatora, który zainspirował mnie do zbadania sprawy kaukaskiego rurociągu biegnącego przez Afganistan. Pamiętałem doskonale zapis rozmowy z tekstu Imperium. Tylko Red używał urządzenia modulującego głos.

Wziąłem głęboki wdech, ale nie odezwałem się.

— Słyszałeś co powiedziałem? — zapytał zniecierpliwiony. — Mają twoje zdjęcie.

— Tak. Słyszałem. Kto mówi?

— Kto mówi? — zaśmiał się kpiąco.

— Kto mówi? — powtórzyłem. — Kim jesteś?

— Dobrą, kurwa, wróżką jestem. Przestań pieprzyć i zacznij się pakować.

Wiązanka zadziałała jak kubeł zimnej wody. To nie był Toks. To nie mógł być on. Toks nie był ordynarny ani agresywny. Poza tym, Red ostrożniej dobierał słowa.

— Z kim rozmawiam? — zapytałem.

— Z przyjacielem.

— Nie mam przyjaciół. Kto mówi?

Zamiast odpowiedzieć rozłączył się.

Opadłem plecami na łóżko i wlepiłem wzrok w sufit. Po kilkunastu sekundach telefon znów zadzwonil. Odebrałem.

— Kto ma moje zdjęcie? — zapytałem.

— Policja. Wydział zabójstw.

— Nie wiem o czym mówisz — powiedziałem.

— Jak przyjdą i zakują cię za zabójstwo tamtego ochroniarza, też im to powiesz? — zapytał.

— Skąd wiesz, że mają moje zdjęcie?

— Po prostu wiem. Założę się, że już pracują nad nakazem przeszukania twojego mieszkania. Jutro, najpóźniej pojutrze znajdą cię. Nie podałeś chyba Brasherowi tego adresu?

— Wie o detektywie — pomyślałem. Tylko Carl i Leon wiedzieli o detektywie. — Nie. Nie mówiłem mu, gdzie mieszkam — odparłem.

— To i tak bez znaczenia. Masz tylko kilka godzin zanim cię zgarną.

— O czym ty mówisz? I dlaczego używasz modulatora?

— Ten pajac rozmawia w tej chwili z twoją córką. Naprawdę myślisz, że Pat będzie trzymać język za zębami?

— O czym ty mówisz? — próbowałem udawać zdziwienie, ale słyszałem doskonale jak mój głos drży.

Dźwięk imienia córki zawibrował mi w głowie. Wyglądało na to, że odcięcie jej od siebie nie będzie tak proste jak sądziłem.

— O czym mówię? — zaśmiał się. — Brasher właśnie próbuje wyciągnąć od niej ten adres, a ty się pytasz o czym ja mówię?

— Ufam jej.

— A żonusi ufasz?

— Skąd pewność, że Brasher rozmawia z obiema? — zapytałem.

— Bo siedzą naprzeciwko niego. Pat pokazuje jak głęboko w poważaniu ma władzę, a Liz kręci głową z niedowierzaniem, zupełnie jakby cię nie znała.

— Jesteś przed moim domem?

— Daj spokój Jerry. Za kogo ty mnie masz?

Zerwałem się na nogi i ruszyłem w stronę drzwi.

— Gdzie się wybierasz? — zapytał spokojnym głosem.

Zamarłem. Dopiero teraz zrozumiałem. On nie obserwował mojej córki i byłej żony z ukrycia. Nie musiał. Miał podgląd na oba domy.

— Czego ode mnie chcesz?

— Muszę mieć cię na oku. Inaczej wpieprzyłbyś się w jakieś gówno. Zaraz, chwileczkę, przecież ty już dawno siedzisz po uszy w szambie — prychnął.

— Czego chcesz? — warknąłem.

— Mam dla ciebie propozycję.

Odczekałem chwilę. Bez względu na to co chciał mi zaproponować, nie mogło to być nic dobrego.

— Czy to ma coś wspólnego z Agencją Rozwoju i Handlu? — zapytałem. Wiedziałem, że jeśli pracuje dla Toksa, zareaguje.

— Możliwe — odparł lekko zdziwiony.

— W takim razie słucham, mów, o co chodzi.

— Jesteś poszukiwany — podjął. — To jedno można stwierdzić z całą pewnością. Nie masz pieniędzy, pracy, rodziny ani przyjaciół. Masz za to masę problemów i jedną rzecz, która nas interesuje.

Wszystko, co powiedział było prawdą. W dodatku, gdyby policja rzeczywiście się pojawiła, automatycznie stałbym się głównym podejrzanym.

— Was? — powtórzyłem. — Was, to znaczy kogo? Dla kogo pracujesz?

— To, za chwilę. Najpierw posłuchaj, co mam ci do zaproponowania.

Pomyślałem o Pat i Elizabeth. Czy je również zamierzał uwzględnić w swojej propozycji? Co się z nimi stanie, jeśli wejdę z nim w układ? Co zrobi, jeśli mu odmówię?

— Słucham — rzuciłem bez entuzjazmu.

— Jesteśmy w stanie zapewnić ci azyl. Warunki i czas do skończenia twojej książki — powiedział. — W zamian, będziemy oczekiwali od ciebie wykonania pewnego zadania.

— Nie potrzebuję azylu — przerwałem. — Potrzebuję dopaść drania, który zabił tamtego faceta. Albo jeszcze lepiej, tego, kto próbował mnie wrobić i pociąga za sznurki.

— Spokojnie — powiedział. — Wszystko w swoim czasie.

— Czyli wiesz coś o tych sukinsynach? Wiesz kto próbuje mnie wrobić?

— Jerry — powiedział opanowanym głosem — przecież ty się sam w to wszystko wpakowałeś. Nie myślałeś chyba, że im głębiej będziesz brnął tym będzie łatwiej, co?

Miał rację. W pewnym sensie to była moja wina. Być może nawet w większym stopniu niż chciałem przyznać. Wziąłem głęboki wdech i powoli wypuściłem powietrze.

— Nie wiem kim jesteś i nie chcę wiedzieć. Powiedz tylko jak zamierzasz mi pomóc.

— Dysponujemy różnymi informacjami. Również tą, która jest ci potrzebna. Także, sam widzisz, sporo zależy od ciebie. Ty pomożesz nam, my pomożemy tobie. Proste.

— Czego właściwie ode mnie chcecie?

— Dowiesz się we właściwym czasie.

Zapadła chwila ciszy. Musiałem się zastanowić. Ktoś tasował moje priorytety jak talię kart, a ja nie wiedziałem nawet kim on jest. Przez ułamek sekundy pomyślałem, że może lepiej będzie uciąć rozmowę, wyłączyć telefon, zniknąć i liczyć na to, że zawierucha sama ucichnie, omijając jakimś cudem Liz i Pat. Na szczęście to była tylko chwila i rozsądek powrócił. Wiedziałem, że muszę wziąć się w garść i znaleźć sposób na potwierdzenie swojej niewinności. Dopiero wtedy mógłbym zacząć układać na nowo mój rozbebeszony życiorys.

— Załóżmy, że się zgodzę — powiedziałem w końcu. — Jaką mam pewność, że nie wydacie mnie policji? Albo że nie skończę w bagażniku porzuconego samochodu?

— Wyjrzyj przez okno — powiedział.

Podszedłem do okna i odsłoniłem zasłonę.

— Nie, nie to — powiedział. — To drugie. Wychodzące na ulicę.

— Więc jednak kamera — pomyślałem i przebiegłem wzrokiem po pokoju.

— Czego szukasz? — zapytał zniecierpliwiony. — Wyjrzyj przez to cholerne okno!

Wyszedłem na korytarz i stanąłem przed oknem dachowym. Odsłoniłem roletę i spojrzałem na ulicę poniżej. Na poboczu, tuż przy podjeździe, stał zaparkowany samochód terenowy, a przed nim niski, barczysty mężczyzna w czarnym wełnianym płaszczu, nasuniętej na czoło zimowej czapce i przyciemnianych prostokątnych okularach. Palił papierosa i przyglądał mi się jakbym był ostatnim spóźnionym pasażerem kursu, na który czekał. Spojrzał na zegarek, potem na kogoś w samochodzie. Pokręcił głową i znów w wsunął dłoń do kieszeni.

— Poznajesz? — rozbrzmiał głos w słuchawce. Nie należał do mężczyzny na podjeździe. Gość w czapce stał jak kamień.

— Nie, nie poznaję — odparłem, badając wzrokiem postać w płaszczu.

Wyglądał znajomo, ale przez zaszronione szyby nie widziałem dokładnie jego twarzy. Moją uwagę przykuł samochód. Po rysach rozpoznałem, że to Lexus. Miał przyciemniane szyby. Znałem tylko jednego człowieka, który jeździł takim wozem.

— Rory — pomyślałem.

— Wyłaź z samochodu — rzuciłem.

— Żartujesz? Jest cholerne dziesięć pod kreską.

— Więc dlatego każesz stać swojemu człowiekowi na mrozie? — zapytałem. — Nie dość, że kłamca to jeszcze ignorant?

Próbowałem przypomnieć sobie skąd znam faceta na podjeździe. Głos w słuchawce zaśmiał się. Urządzenie do modulacji przestało działać i po raz pierwszy usłyszałem Rorego.

— Hej, on myśli, że dla mnie pracujesz — Scott krzyknął do faceta na podjeździe.

Tamten odwrócił się do niego, potem z powrotem w stronę okna, w którym stałem, podniósł głowę zaciągnął się papierosem i zdjął okulary. Dopiero teraz go poznałem. To był Leon.

— Więc jak Jerry? — podjął Rory. — Wchodzisz w to czy nie?

— Daj mi chwilę. Muszę się zastanowić.

— W porządku. Masz dziesięć minut. Potem albo schodzisz, albo odjeżdżamy i będziesz musiał sam sobie poradzić z tym gównem.

Odczekałem chwilę, spojrzałem na komórkę i wykręciłem numer do Pat. Bez rezultatu. Potem zrobiłem to samo z numerem Liz. Ona również nie odebrała. Zajrzałem na zewnątrz. Leon stał na podjeździe jak posąg, który miał zaraz zniknąć na zawsze z mojego życia.

Zszedłem na dół, znalazłem w kuchni długopis i notes, a potem usiadłem w salonie przy wejściu do przedpokoju. Julia i Kamal zniknęli. Marcus i Ralph siedzieli na swoich stałych miejscach w salonie wpatrzeni w wiadomości. Otworzyłem notes i zapisałem na pierwszej stronie: „Jesteśmy na podsłuchu, zachowujcie się normalnie.”

Pokazałem to obojgu. Ralph nie zareagował. Zmrużył odrobinę oczy jakby potwierdziły się jego prywatne podejrzenia, ale nie odezwał się. Marcus przyjął to jeszcze spokojniej. Przytaknął metodycznie i dalej skręcał. „Za pięć minut wyjdę i prawdopodobnie nie wrócę — napisałem. — Przeszukajcie mieszkanie. W moim pokoju jest podsłuch i kamera. Musicie je znaleźć. I jeszcze jedno. Zapamiętajcie nazwiska Leon Pierce i Rory Scott. To z nimi jadę.”

Podałem notes Ralphowi, on przeczytał i już bez emocji pokazał reszcie. Stary hippis pokręcił głową, odłożył notes na stół i rozejrzał się po pokoju. Ja sam podźwignąłem się niechętnie i ruszyłem na górę spakować najpotrzebniejsze rzeczy.

Opróżniając szafę z ubrań i dokumentów, nie mogłem pozbyć się uczucia, że popełniam błąd. Z jednej strony chciałem ufać Leonowi. Z drugiej, wszystko wskazywało na to, że to zaufanie opierało się na kłamstwie. Co prawda pomógł mi z Laurie, ale na dobrą sprawę mógł też mieć coś wspólnego z jej śmiercią. Wszystko, co wiedziałem o nim, wiedziałem od niego. Nie zdziwiłbym się, gdyby kłamał dokładnie tak samo jak wcześniej okłamywał mnie Rory.

Zastanawiałem się, co by się stało, gdybym im odmówił. Czy pracodawca Rorego po prostu odpuściłby? Czy wydałby mnie policji lub FBI? A może sprzedałby mnie temu, kto wrabiał mnie w morderstwo? Pomyślałem też o współlokatorach. Nie wiedziałem, czy odchodząc, zdradzam ich, czy może wyświadczam przysługę. Chciałem wierzyć, że uwalniam ich od siebie i moich kłopotów. Powtarzałem sobie, że wszystkie niejasne konsekwencje mojej przeszłości podążą za mną, ale jak często bywa w takich sytuacjach, i tym razem sam siebie oszukiwałem.

Zszedłem na dół. Marcus, Ralph i Julia czekali na mnie w salonie. Kamala nie było. Wyszedł bez słowa kilka minut wcześniej.

— Chciałbym, aby to pozostało między nami — powiedziałem.

— Co takiego? — Ralph się uśmiechnął.

— Nic — odparłem.

Haker wstał, podszedł i uściskał mnie.

— Uważaj na siebie stary — powiedział.

— Trzymaj się — rzucił Marcus.

Julia stała przy kanapie, z rękoma skrzyżowanymi na piersi. W jej oczach widziałem złość zaprawioną smutkiem i odrobiną rozczarowania. Do końca nie potrafiłem jej rozgryźć. Była w stanie gardzić mną i lubić jednocześnie.

— Niech pan na siebie uważa, panie Dawson — powiedziała i tylko skinęła.

— Odezwij się od czasu do czasu — dodał Marcus. Zdawał się być zmartwiony. Podszedł do mnie, poklepał po ramieniu i uściskał. Jego włosy pachniały dymem ze skręta.


Na zewnątrz czekał na mnie Leon. Jego zimne, obojętne oczy zmierzyły mnie i torbę, w prawej w ręce.

— To wszystko? — zapytał.

— Tylko tyle masz mi do powiedzenia? — odparłem.

Leon uniósł teatralnie lewą brew. Wyglądało na to, że nie powinienem zadawać głupich pytań. Pokręcił głową, skinął na mnie, obszedł samochód i usiadł za kierownica.

Odwróciłem się, żeby jeszcze raz spojrzeć na dom, w którym jak sądziłem, znalazłem azyl. Jego okablowane ściany, drzwi i okna czuwały nade mną uważniej niż przypuszczałem. Zastanawiałem się, jak wiele z naszych naiwnych rozmów trafiło na dysk czyjegoś komputera. Leon nacisnął klakson. Odwróciłem się, podszedłem do Lexusa, otworzyłem drzwi i wrzuciłem torbę na podłogę. W środku, na tylnym siedzeniu leżał otwarty laptop. Przesunąłem go i usiadłem.

— Cześć — powiedział mężczyzna siedzący na przednim siedzeniu. Szare oczy, krótkie, ostrzyżone na milimetr siwe włosy, przyjemny choć surowy wyraz twarzy. Uśmiechał się.

— Dobrze cię widzieć — dodał.

Leon nie odezwał się. Uruchomił silnik, wrzucił kierunkowskaz i ruszył w stronę centrum.

— To się dopiero okaże — odparłem.

— W rzeczy samej — potwierdził i uśmiechnął się. Jego odstające uszy i kwadratowa szczęka wyłaniały się z mroku w świetle mijanych latarni.

Mój wzrok mimowolnie przesunął się na ekran laptopa. Był włączony. Na wyświetlaczu, w niewielkim, podzielonym na cztery fragmenty oknie, widać było mój pokój, korytarz na piętrze, kuchnię i salon.

— Jak długo mnie obserwujecie? — zapytałem.

— Od naszego pierwszego spotkania — powiedział Rory.

— Pierwszego?

— Tak, od samego początku.

Zamilkłem. Dopiero teraz zaczęła do mnie docierać świadomość istnienia podsłuchu i kamer w kamienicy. Rory dał mi chwilę na oswojenie się z tą myślą.

— Po co to wszystko? Te podsłuchy i monitoring? — zapytałem.

— Dla twojego bezpieczeństwa — odparł. — Musiałem sprawdzić kim są ci ludzie.

— I co? Sprawdziłeś?

— Tak. To banda świrów i nieudaczników. Ale wiesz co jest najgorsze?

— Co?

Leon zatrzymał wóz przed światłami i spojrzał na Rorego. Jego wzrok mówił, że wolałby być gdzie indziej.

— Najgorsze jest to — ciągnął beztrosko Rory — że spodobało ci się to wszystko. Chciałeś zostać pieprzonym nieudacznikiem.

Powiedział to tonem ojca, który drwi z fantasmagorii syna, a ja, chociaż nie było mi do śmiechu, nie mogłem odmówić mu racji. Akcja w studiu okazała się sromotną porażką, a w zestawieniu z moimi pozostałymi „osiągnięciami”, przedłużała już i tak wystarczająco długi łańcuch klęsk minionego roku. Siedząc w opancerzonym SUVie, z dwoma uzbrojonymi typami, jechałem w niewiadomym kierunku i wcale mi to nie przeszkadzało. Jakby tego było mało, byłem w pełni świadomy, że przez ostatnie kilka miesięcy ukrywałem się przed światem nie tyle z konieczności ukończenia książki czy filmu, ale z czystej, niezmąconej altruizmem wygody. Zasłaniając się amnezją, zrobiłem sobie urlop od konsekwencji. Uznałem, że mam prawo do odpoczynku od odpowiedzialności za własną przeszłość i trzymałem się tej argumentacji jak cząstki własnego dekalogu. Sądziłem, że mam święte prawo odsunąć od siebie cały ten bajzel, wstrzymać go jak nieudaną stopklatkę, w kiepskiej scenie, ale myliłem się. Dopiero w bezpiecznym sarkofagu pancernego lexusa uświadomiłem sobie, jak bardzo się pogrążyłem. Moje problemy piętrzyły się w gówniany lodowiec, który sunął powoli za szybą na zewnątrz, trzeszczał i pękał, gotów runąć, zmieniając się w mokrą miazgę. Być może dlatego właśnie odjechałem z Leonem. Być może instynktownie czułem, że przekroczyłem jakiś krytyczny punkt, po którym nie byłem już w stanie ogarnąć tego szaleństwa w pojedynkę. Potrzebowałem pomocy kogoś spoza równania, kogoś, kto dostrzega cały obraz, a mnie w jego centrum.

Leon wbił bieg i ruszył czarną bryłą. Z początku myślałem, że wiozą mnie do centrum, być może nawet do Pyramid Club, gdzie mocodawca na najwyższym piętrze szklanej wieży czeka, żeby ostatecznie rozwiać tajemnicę, ale kierujący minął właściwy zjazd i zostawiliśmy blade światła biurowców daleko na linii horyzontu po prawej.

— Dokąd jedziemy? — zapytałem.

— Musimy wywieźć cię z kraju — mruknął Rory.

— Z kraju? Po cholerę? Leon? On chyba nie mówi na poważnie?

Spojrzałem na detektywa. Pierce przechwycił mój wzrok we wstecznym lusterku. Tak patrzył tylko skorumpowany glina. Takim spojrzeniem musiał żegnać dilerów zanim strzelał im w plecy i odbierał gotówkę.

— Tutaj jesteś dla nas bezużyteczny — powiedział.

— Bezużyteczny, ale bezpieczny — odparłem. — Nigdzie się nie wybieram.

— To się jeszcze okaże — prychnął. — Zresztą, możesz zostać tutaj. Jeśli chcesz ułatwimy ci życie. Wysadzimy cię tam — wskazał palcem na zmieniającą się architekturę miasta. — W tej przyjemnej dzielnicy. Pod komisariatem.

— Tak — dodał Scott. — Przyznasz się do wszystkiego i po problemie. Skrócisz sobie wyrok o kilka lat. Ile tam było ostatnio za morderstwo Leo?

— W Pensylwanii? Zdaje się, że dożywocie.

— Oj nie — pokiwał głową rozczarowany. — Przecież, to nie było morderstwo z zimną krwią. Bo chyba nie było Jerry, prawda?

Spojrzał na mnie wyraźnie rozbawiony.

— Chcę gwarancji — powiedziałem.

— Słyszysz Leo? On chce gwarancji — zaśmiał się.

— Chcę się zobaczyć z waszym szefem. Jeśli mam opuścić kraj, muszę usłyszeć od niego, że pomożecie mi udowodnić, że jestem niewinny. Muszę mieć jego słowo.

Leon spojrzał jeszcze raz w lusterko i powiedział poważnym głosem.

— Jeśli tylko będzie to możliwe.

Wjechaliśmy na międzystanową prowadzącą w kierunku południowej części miasta. Po kilku minutach Leon odbił w prawo i wjechał na międzynarodowe Lotnisko ciągnące się wzdłuż rzeki Hudson.

— Zatrzymaj się — powiedziałem. — Albo spotkam się z nim, albo wracam.

— Za późno — odparł Leon. — Policja jest już na miejscu. Właśnie wywracają do góry nogami twoje mieszkanie.

— Blefujesz — rzuciłem.

— Zadzwoń i zobacz — zaproponował Rory.

Wyjąłem telefon i wykręciłem numer Ralpha. Odrzucił połączenie. Wykręciłem jeszcze raz. Zrobił to samo.

— I co? — Rory uśmiechnął się.

— Nic. Pewnie jest zajęty — rzuciłem bez namysłu. — Moja komórka zadrżała. Odczytałem smsa. Był od Ralpha.

— „Ktoś dał im cynk. Wiedzą, że tu byłeś. Dwóch tajniaków. Wypytują o ciebie.”

— Sprzedaliście mnie! — syknąłem przez zęby.

— I tak deptali ci po piętach — rzucił Rory. — Pamiętaj, że dopóki mamy umowę, jesteś bezpieczny. Potem możesz liczyć już tylko na siebie.

— Co to ma kurwa znaczyć? — warknąłem.

— To, co słyszysz — Rory spojrzał na mnie, sięgnął do schowka przy drzwiach i podał mi szarą kopertę. W środku znajdował się plik banknotów po dwadzieścia i pięćdziesiąt Euro, mniej więcej dwa tysiące w gotówce i paszport. Otworzyłem dokument i spojrzałem na dane.

— Po co mi fałszywe dokumenty? — zapytałem. — Policja nie działa tak szybko.

— Nie Jerry. Policja nie — potwierdził Leon.

Przejechaliśmy przez ostatni odcinek parkingu i Pierce zatrzymał samochód. Byliśmy przed wejściem na terminal.

Spojrzałem na podrobioną, nieco wymiętą książeczkę. Wykorzystali moje zdjęcie z dyplomu. Byłem na nim młody, na tyle, żeby stan dokumentu się zgadzał i nie wzbudzał podejrzeń. Odpowiednio wytarty i zużyty, wypełniony pieczątkami, potwierdzał, że odbywałem podróże do Rosji i Europy Wschodniej. Według danych nazywałem się Dimitri Turner.

— Toście się popisali — powiedziałem. — Przecież ja nie znam słowa po rosyjsku.

— Urodziłeś się w Stanach. Wizę studencką masz z Anglii.

Przyjrzałem się jeszcze raz wpisom. Rzeczywiście. W zasadzie nie musiałem znać innego języka poza własnym.

— Gdzie lecimy? — zapytałem.

— Lecicie — poprawił mnie Pierce — tam, gdzie wylądujecie.

— W bezpieczne miejsce — zapewnił Rory.

— Chcę spotkać się z waszym szefem.

— Na miejscu — odparł Rory, po czym podał mi bilet.

— Do Holandii? — odczytałem z wydruku.

— Zgadza się. Musimy zrobić krótki postój w Middleburg.

— Postój?

— Mamy tam filię. Szef powinien pojawić się tam za dwa dni. Będziesz mógł zapytać go o wszystko.

Leon chrząknął i pokręcił głową. Wyglądało na to, że Rory wyjawił o jeden szczegół za dużo.

— Leo — powiedział Rory — jak zawsze, praca z tobą to prawdziwa przyjemność.

Leon powoli przechylił głowę. Jego twarz na moment zmieniła wyraz. To co pojawiło się w kąciku ust musiało być uśmiechem.

Były glina uścisnął dłoń Rorego, potem odwrócił się do mnie i powiedział:

— Nie spierdol tego.

— Tobie też życzę powodzenia — odparłem, chwyciłem za torbę i wyszedłem.

Odprawa i lot minęły bez niespodzianek. Rory uparcie odmawiał odpowiedzi na moje pytania, a ja bezskutecznie próbowałem nakłonić go do zdradzenia choćby ogólnych ram naszej współpracy. O ile przy Leonie był dość swobodny, tak teraz przybrał tryb emocjonalnej oszczędności i ograniczał się do podstawowych czynności fizjologicznych, sprowadzających go do roli maszyny zaprogramowanej na wykonanie powierzonego zadania. Wyglądało na to, że wraz z przekroczeniem bramki, pozostawił w tyle nie tylko Stany, ale i swoją amerykańską osobowość.

2 Cyrograf

Byłem skonany. Lot trwał już prawie osiem godzin, a ja przez cały czas nie mogłem zmrużyć oka. Spoglądałem na stewardesy skąpane w półmroku, sunące niczym manekiny po szynie między rzędami siedzeń. Ich opalizujące, pokryte makijażem twarze przemykały w niebieskawym widmie nad zagłówkami. Kusiły mnie i irytowały za każdym razem, gdy unosiły tacę z alkoholem.

Myślami wracałem do Filadelfii i do wszystkiego co tam zostawiłem. Metodycznie tasowałem fakty, dobierałem je w pary, łączyłem z obrazami ostatnich tygodni.

Decyzja o wyjeździe przyszła mi zbyt łatwo. Wiedziałem, że powinienem był się zastanowić, rozważyć inne opcje, ale dotarli do mnie zbyt szybko. Pojawili się, gdy moja czujność spadła do minimum. Nie tylko doskonale wykorzystali sytuację, ale prawdopodobnie doprowadzili do niej.

Próbowałem sam przed sobą uzasadnić własną naiwność, uwiarygodnić obietnice Rorego, przebić się przez nawarstwienie jego kłamstw, ale gdy tylko znajdowałem jakieś wytłumaczenie, przed oczami pojawiała się twarz Leona. Ten emerytowany detektyw, przyjaciel rodziny, był krętaczem tej samej klasy co Scott. Każda rozmowa z nim, tak jak każda opowieść Rorego, musiała być dokładnie wyreżyserowana, by prowadzić mnie do tego właśnie momentu i tego miejsca.

Gdy wylądowaliśmy zmęczenie zdążyło już rozlać się po mnie jak trucizna. Zalegało w żyłach, zmuszając mięśnie i ścięgna do nieposłuszeństwa. Znów przestałem myśleć logicznie. Z Filadelfii wylecieliśmy o szesnastej, więc założyłem, że dolecimy koło pierwszej w nocy. Tymczasem dystans ze wschodniego wybrzeża do Europy plus różnica stref czasowych ukradły nam tych kilka godzin nocy, na które liczyłem po przylocie. Gdy wylądowaliśmy, na miejscu była siódma rano. O odespaniu podróży mogłem tylko pomarzyć.

Wyszliśmy z samolotu, wprost do rękawa łączącego pokład z terminalem. Rory wyjął komórkę i wybrał numer.

— Siergiej Stiepanowicz — powiedział i odczekał chwilę. — W porządku. Będę czekał przed wejściem — dodał i rozłączył się.

Szedłem tuż obok, a właściwie wlokłem się. Nie zapytałem kim był Siergiej Stiepanowicz. Mogło to być nazwisko, którym się posługiwał albo imię człowieka, który miał po nas wyjechać. Było mi wszystko jedno. Pragnąłem tylko kawałka łóżka, pościeli i zamkniętych na klucz dźwiękoszczelnych drzwi.

Kiedy odebraliśmy mój bagaż i wyszliśmy przez główne wejście, przywitał nas zimny kontynentalny poranek. Ołowiane niebo uginało się pod naporem chmur i wyglądało jakby miało lada chwilę lunąć. Na poboczu, w miejscu wyznaczonym dla taksówek stało srebrne BMW. Obok samochodu, na chodniku czekał kilkunastoletni chłopak — chudy, blady, przestępujący z nogi na nogę. Smagany wiatrem i przeszywającym chłodem, dygotał, wpychając dłonie głęboko w kieszenie. Miał na sobie tylko cienką, czarną kurtkę z nazwą parkingu, z którego przywiózł samochód.

Rory podszedł do niego, odebrał kluczyki i oddał bilet z danymi pojazdu. Chłopak nie spojrzał nawet na kwitek. Liczył na napiwek, którego Scott najwidoczniej nie zwykł dawać. Dał mi znak, żebym wsiadał, a sam podszedł do bagażnika i wrzucił do środka swoją torbę. Minąłem wściekłego chłopaka i wsiadłem na miejscu pasażera. Rory spojrzał zaciekawiony na marznącego pracownika GreenMotion. Przyglądał się przez chwilę jak tamten zaciska w pięści kartkę papieru, po czym zlitował się, podszedł do niego, wyjął z portfela banknot, wepchnął mu go do przedniej kieszeni i poklepał po policzku.

Gdy ruszyliśmy, spojrzałem w boczne lusterko. Chłopak stał jeszcze przez chwilę, gapiąc się wściekle w naszą stronę. Jeżeli liczył na podwiezienie, pomylił klientów. Odwrócił się i ruszył w przeciwnym kierunku. W tym samym momencie lunęło. Rory poprawił wsteczne lusterko, spojrzał na uciekającego przed ścianą deszczu, uśmiechnął się rozbawiony i przyspieszył.


Jechał jakby znał dobrze trasę. Przebiliśmy się płynnie przez miasto, zostawiając za sobą szarość betonu i czerwień ceglanych zabudowań. Przecięliśmy futurystyczny, stalowy most nad kanałem, jedyny na naszej drodze obiekt wart uwagi, po czym wjechaliśmy na autostradę, zostawiając Rotterdam z całym dobrodziejstwem jego sterylnej architektury.

Jezdnia przecinała rozległą przestrzeń bladozielonych pól i pastwisk. Krajobraz wydał się przygnębiająco płaski. Konie, krowy i owce stały w podmokłej trawie. Pojawiające się gdzieniegdzie drzewa sprawiały wrażenie ostatnich na tej ziemi.

Po mniej więcej godzinie dotarliśmy do Zanfort, niewielkiego skupiska domków jednorodzinnych stłoczonych wzdłuż kilku wąskich ulic. Tuż przed granicą miasta, kątem oka, po lewej stronie, przez wyrwę w ścianie zieleni dostrzegłem szary ogon samolotu. Wyglądał na wojskowy, chociaż nie mogłem mieć pewności. Pas startowy osłaniała gęsta linia drzew.

Posesja, przed którą się zatrzymaliśmy nie była fortecą szefa narkotykowej mafii. Nie była nawet willą. Budynek w niczym nie odróżniał się od pozostałych minimalistycznych domków w okolicy. Wyglądał bardziej na dom pary staruszków niż własność szefa zorganizowanej grupy przestępczej. Czerwona cegła, stara brązowa obrośnięta soczystym mchem dachówka, dwa identyczne kominy, jeden na przedniej ścianie, jeden z tyłu, okna o czarnych drewnianych ramach i białe wiejskie drzwi tworzyły bajkowo sielankowy klimat. Posesję otaczał niski żywopłot zwieńczony z przodu metalowym ogrodzeniem. Gdy podjechaliśmy, Rory otworzył pilotem bramę i wtoczyliśmy się na niewielki podjazd. Kończył się przed szopą stojącą na prawo domu.

— To twój dom? — zapytałem. — Rozumiem, że teraz poznam panią Scott?

— Może następnym razem — odparł. — Chodź, pokażę ci twój pokój.

Weszliśmy do środka. Na lewo od drzwi roztaczał się salon, po prawej jadalnia z niewielkim aneksem kuchennym, a na wprost schody prowadzące na poddasze. Weszliśmy na górę. Rory pokazał mi mój pokój.

— Wyglądasz jak śmierć, wyśpij się.

— Dzięki za komplement. Powiedz lepiej co teraz? Jakie atrakcje zaplanowałeś na nasz pierwszy dzień?

— Masz kilka godzin dla siebie — powiedział i chwycił za klamkę — Radziłbym ci odpocząć.

— A ty? — zapytałem.

— Muszę coś załatwić. Jeśli chcesz możesz rozejrzeć się po okolicy, ale nie oddalaj się za bardzo. Nie chciałbym musieć cię szukać. Poza tym, nie zabawimy tu zbyt długo.

Zamyślił się, jakby nie wiedział czy czegoś nie zapomniał albo powiedział coś, czego nie powinien był powiedzieć, po czym odwrócił się bez słowa i wyszedł.

Spojrzałem tęsknym wzrokiem na łóżko, zostawiłem torbę i ruszyłem za Rorym schodami na parter.

Złapałem go w salonie, zanim zdążył wyjść.

— Kiedy zobaczę twojego szefa? — zapytałem.

— Tak szybko jak to możliwe — otworzył drzwi i wyszedł.

Przez moment zastanawiałem się czy nie pobiec za nim, ale szybko zrezygnowałem. Kolejne dwie, trzy godziny bez snu i zacząłbym bredzić.

Rozejrzałem się po moim nowym lokum. Nie znalazłem na ścianach żadnych zdjęć ani dokumentów mówiących o tożsamości właściciela. Większość książek w salonie była po holendersku, co sugerowało, że dom nie należał do Rorego. Mógł wynająć go na kilka dni jako punkt tranzytowy albo jako ustronne miejsce na spotkanie z szefem. Wróciłem na poddasze w poszukiwaniu innych wskazówek. W miarę jak przeszukiwałem pokój docierało do mnie, że opuściłem własną strefę komfortu, a moja sytuacja nie przedstawiała się wiele lepiej niż przed wylotem. Byłem uciekinierem z lewym paszportem w obcym kraju. Nie wiedziałem czego ode mnie chcą, dlaczego chcą mi pomóc ani czy w ogóle są w stanie coś dla mnie zrobić. Przewieźć przez granicę i ukryć to jedno, a oczyścić mnie z zarzutów to coś zupełnie innego.

Zajrzałem do torby. Oprócz dwóch kompletów ubrań niewiele w niej znalazłem. Wyciągnąłem kopertę, którą dał mi Rory i przeliczyłem zawartość. Dwa tysiące Euro wyglądało na zaliczkę, a jednak patrząc na cienki plik banknotów, odczuwałem raczej rosnący niepokój niż satysfakcję. Łatwość z jaką otrzymałem swoje pierwsze wynagrodzenie znaczyła, że mocodawca Rorego nie liczył się z wydatkami i zakładał, że z łatwością przekona mnie lub może nawet kupi.

Wyjrzałem przez okno na zastygłą w czasie ulicę. Żaden samochód nie zakłócał złowrogiej ciszy. Miałem wrażenie, że miasteczko opustoszyła jakaś niewidzialna epidemia. Postanowiłem wyjść, przejść się po okolicy i sprawdzić możliwości ewentualnego odwrotu.

Przełożyłem pieniądze do portfela, ubrałem swoją jedyną, zbyt cienką jak na tę porę roku kurtkę i ruszyłem w stronę, z której przyjechaliśmy.

Po ponad półgodzinnym spacerze dotarłem do czegoś, co miejscowi nazwaliby centrum, gdybym kogokolwiek z nich po drodze spotkał. Kamienne popiersie na środku ronda otoczone było sklepami i butikami. Wszedłem do jednego z nich, kupiłem nową torbę podróżną, trochę ciepłych ubrań i coś do zjedzenia. Na próżno szukałem przystanku autobusowego. Według właścicielki sklepu do miasta mogłem dostać się tylko swoim samochodem lub taksówką zamówioną z Rotterdamu. Z powodu remontu mostu najbliższa linia autobusowa znajdująca się kilkaset metrów w górę ulicy była nieczynna. Tyle jeśli chodzi o kwestię sprawnej ucieczki. Wstąpiłem do samoobsługowego, kupiłem dwie butelki szkockiej i wróciłem do domu by poddać się coraz bardziej obezwładniającemu zmęczeniu.

Spałem jak zabity do późnych godzin wieczornych. Obudziłem się około dziesiątej wieczorem. Oszołomiony zaburzeniem czasu i resztkami alkoholu w krwiobiegu zszedłem na dół z silnym postanowieniem konfrontacji. Scott siedział w salonie z laptopem rozłożonym na drewnianej ławie. Obok komputera stała butelka.

— Dobrze, że jesteś — powiedziałem. — Musimy porozmawiać.

Rory spojrzał na podwieszony nad kominkiem czterdziestocalowy telewizor. Na ekranie majaczyły wiadomości BBC.

— Porozmawiać powiadasz? — mruknął, odkładając szklankę obok komputera. Rozłożył szeroko ręce, założył za szyję, odchylił głowę do tyłu i głęboko westchnął.

— Ciężki dzień? — rzuciłem.

— Daruj sobie sarkazm — odparł.

— Pytam serio — skłamałem.

— Nie, nie pytasz serio, ale i tak ci odpowiem. Tak, to prawda, bywały lepsze dni.

Odwróciłem się, ruszyłem do kuchni i przyniosłem drugą szklankę. Usiadłem naprzeciwko niego, ustawiłem obie obok siebie i rozlałem to, co zostało w butelce.

— Rory — powiedziałem, unosząc szkło — co my tutaj właściwie robimy? Przecież to jakieś zadupie.

— Czasami sam się zastanawiam — parsknął i sięgnął po alkohol.

Nie odezwałem się. Ciekawiło mnie, ile zdecyduje się powiedzieć bez dopytywania.

— Mamy tu siedzibę — powiedział, przyglądając się szklance. — Musiałem dzisiaj załatwić kilka spraw w biurze.

— I tu nasuwa się pytanie.

— Doprawdy? — uśmiechnął się. — Pytanie? Od ciebie? To niemożliwe.

— Czym właściwie zajmuje się twój szef?

Scott zatopił wzrok na dnie szklanki i wymieszał zawartość kilkoma okrężnymi ruchami dłoni.

— Jest biznesmenem — powiedział po chwili. — Jak my wszyscy.

— Chyba niezupełnie jak wszyscy.

— No niezupełnie — potwierdził.

— Nie wszyscy mamy takie kontakty, żeby załatwić sobie lewy paszport.

— Zdziwiłbyś się, jak proste są z pozoru trudne rzeczy.

— Uwierzę ci na słowo — uniosłem szkło do toastu i wypiłem trochę. — Co nie zmienia faktu, że wciąż nie odpowiedziałeś na moje pytanie. W czym się specjalizujecie?

— W transporcie.

— Narkotyków — pomyślałem, a Rory najwidoczniej zauważył uśmiech na mojej twarzy.

— Jeśli chcesz coś powiedzieć mów śmiało — rzucił.

— Czy dobrze rozumiem, że nie chodzi jedynie o transport holenderskich produktów?

— Nie. Nie chodzi o holenderskie produkty — powiedział, kładąc nacisk na ostatnie słowo. — Ani holenderskie, ani żadne inne. To nie Kolumbia.

— No nie wiem, w końcu to ty jesteś specjalistą od lotów między narkolandami.

— Nie. Tutaj mamy tylko siedzibę. Jeśli jakaś część floty wymaga modernizacji albo naprawy, a operuje akurat w tej części Europy, samoloty te zatrzymują się tutaj.

— Więc to transport lotniczy. To wiele wyjaśnia.

— Nie wyglądasz na przekonanego — powiedział.

— Nie? Dlaczego nie? Przecież to logiczne. Tylko zastanawiam się, dlaczego z wszystkich krajów akurat tutaj?

— Ulgi podatkowe. Czysta kalkulacja. Zresztą popatrz dookoła. Widziałeś tutaj gdzieś przemysł? Lokalne władze zapewniają niskie podatki, a stacjonując tutaj, mamy łatwy dostęp do podzespołów ze wschodu.

Pokiwałem głową udając, że wiem o czym mówi.

— Czy on jest Holendrem?

— On? Holendrem? Nie. Skąd ten pomysł?

— Tylko pytam.

— No tak — Rory westchnął — zapomniałem, że ty potrafisz tylko pytać.

Podźwignął się i stanął przede mną jakby czekał na zasłużoną ripostę.

— Masz rację. Nie handluję prochami i nie zabijam na zlecenie. Jestem właściwie bezużyteczny.

— Wiesz, że nie o to mi chodziło — odparł niemal pojednawczo. Odwrócił się i ruszył w stronę schodów. Wyglądał na zmęczonego. Cokolwiek załatwiał tego dnia musiało go to sporo kosztować. Odprowadziłem go wzrokiem, dopiłem drinka i wyłączyłem telewizor. Musiałem się skupić. Przez szum alkoholu dostrzegłem kontury faktów i nie podobało mi się to, co zobaczyłem.

Przede wszystkim wciąż nie miałem pojęcia czego ode mnie oczekują. Jeśli szef Rorego rzeczywiście prowadził firmę transportową, mógł zajmować handlem najróżniejszych towarów. Mógł być handlarzem narkotyków albo przemytnikiem broni. Mógł pracować dla którejś z rządowych agencji, naszych lub obcych. Tak jak Air America była zaledwie jedną z wielu firm powiązanych z CIA, sam wywiad mógł być jedną z wielu agencji rządowych wykorzystujących prywatne firmy transportowe do realizacji swoich celów. Mogło więc niebawem okazać się, że trafiłem do drużyny szpiegowskiej własnego lub wrogiego kraju.

Prześledziłem w pamięci wszystkie fakty. Red Toks twierdził, że posiada informacje o rurociągu w Afganistanie. Musiałem założyć, że jeśli zarabia na transporcie lotniczym, to albo zna kogoś, kto prowadzi tam interesy, albo sam rozkręcił biznes w tamtej części świata. Jeśli rzeczywiście zajmował się handlem międzynarodowym, tak jak to zasugerował Rory, jego partnerami muszą być Afgańczycy. A jeśli jest coś, czego Afganistan ma pod dostatkiem, co eksportuje z zyskiem, również dla pośredników, to jest to opium i heroina.

Rory zszedł do salonu i wszedł do kuchni.

— Czy twój szef handluje prochami? — zapytałem.

Odwrócił się powoli i spojrzał na mnie.

— Czy możesz powtórzyć?

— Zapytałem, czy handluje…

— Nie — przerwał. — Nie handluje. — Burknął i zabrał się do przekopywania zamrażalnika.

— Ale lata do Afganistanu?

Tym razem nie odpowiedział od razu. Zamarł na moment, wyjął z dolnej półki oszronione pudełko, rozpieczętował je, stuknął o blat kilka razy, jakby chciał zyskać na czasie, a potem włączył mikrofalówkę. Zastanawiał się nad czymś przez chwilę, podszedł do kanapy i usiadł naprzeciw mnie.

— Skąd ten pomysł? — zapytał.

— Z wiarygodnego źródła — skłamałem.

Przejechał dłonią po zmęczonej twarzy. Jego oczy zdradzały coś więcej niż zniecierpliwienie. Nie spodziewał się pytań o Afganistan. Pod maską znużenia ukrywał rosnące niedowierzanie.

Minęło kilka długich sekund zanim znów się odezwał. Byłem pewien, że nie miał pojęcia skąd wiedziałem o Afganistanie. A jeśli to nie on był informatorem, Redem Toksem o metalicznym głosie, który podsunął mi temat rurociągu przez Afganistan, to musiał być nim…

— Kto ci to powiedział? — zapytał.

— Nie wiem. Myślałem, że to byłeś ty.

— Ja? — jego spojrzenie mówiło „po cholerę miałbym ci o tym mówić?”

— Tak ty — powiedziałem. — Co prawda gość podał inne imię, ale używał takiego samego modulatora głosu.

— Jedno jest pewne, to nie byłem ja.

— Jeśli nie ty, to kto?

Zastanawiał się przez chwilę, a potem zapytał:

— Co dokładnie powiedział ten gość?

— Poradził mi, żebym sprawdził pewien trop.

— Jaki trop?

— Prowadzący do Afganistanu. Właśnie dlatego pytam. Założyłem, że to był twój szef. Miał przecież dojścia, którymi nie każdy może się pochwalić.

— I dlatego powiązałeś go ze mną?

— To jedyna odpowiedź, która sama się nasuwa. Oczywiście nie skojarzyłem was od razu. Ale nie dawało mi to spokoju, więc kiedy dowiedziałem się, że jesteś…

— Że jestem kim? — przerwał.

— Tego właśnie chciałem się dowiedzieć.

Spojrzał na mnie, jakby poważnie zastanawiał się czy nie powiedzieć całej prawdy.

— Jedno trzeba ci przyznać Dawson — uśmiechnął się. — Masz fantazję.

— Rozumiem, czyli twój szef nie transportuje narkotyków? — nie dawałem za wygraną.

— Nie, nie transportuje. W tej kwestii możesz mi zaufać.

— Nie transportuje i nie handluje, a ty nigdy mnie nie okłamałeś — pomyślałem.

— Zaufaj mi — dodał.

— Żartujesz? — parsknąłem śmiechem. — Powiedz, że żartujesz?

— W porządku Jerry — odparł. — Jak tam sobie chcesz — machnął ręką.

— Kiedy dowiem się czegoś więcej? — zapytałem.

— Powinien pojawić się jutro do południa. Porozmawiasz z nim i sam zdecydujesz co dalej.

— W porządku — zgodziłem się. — Nie wierzę ci, ale w porządku.

Zastanawiałem się czy to dobra wiadomość. Bez względu na to kim był jego szef, pośrednikiem, handlarzem czy producentem heroiny, z pewnością miał pieniądze i kontakty. Posiadanie czegoś, co Rory nazwał flotą sugerowało, że stał za nim spory kapitał, z którym wiązały się duże możliwości i szansa na realną pomoc.

— Powiedz. Długo go znasz?

Sięgnąłem po butelkę i nalałem mu.

— Dlaczego pytasz? — Wziął do ręki szkło i zaczął ogrzewać je otwartymi dłońmi. Czekał na odpowiedź.

— Pytam, bo mówiłeś, że latałeś w Wietnamie, a potem jako prywatny kontrahent w Ameryce Środkowej. Chcę wiedzieć: czy to właśnie tam się poznaliście?

— Nie. Poznałem go już na emeryturze. Jest kilka lat młodszy ode mnie. Mniej więcej w twoim wieku. Ale znamy się wystarczająco dobrze. Ufa mi, jeśli o to ci chodzi.

— Jak się poznaliście? — zapytałem.

— Jak zawsze w tego rodzaju robocie — przechylił szkło, przełknął i zamilkł na moment. — Jeden z kumpli latał wtedy dla niego. Powiedział, że dobrze płaci i że potrzebuje pilotów z jajami. To było na początku lat dziewięćdziesiątych.

Nie wierzyłem mu, ale i tak przytaknąłem. Chciałem wiedzieć co tym razem wymyśli.

— To były piękne czasy — powiedział. — Dostawałem zlecenie, robiłem swoje i wszyscy byli zadowoleni.

— A teraz nie są?

— Teraz jest teraz — uciął.

Mikrofalówka wydała z siebie przeciągły pisk. Rory posłusznie wychylił szklankę do dna i wstał.

— Dzięki za drinka, lazania jest dla ciebie.

— Dzięki — odparłem, ale on nie słuchał. Ruszył w stronę schodów i wszedł na górę. Do końca dnia nie wyszedł z pokoju.


Nazajutrz rano, około dziesiątej, przez nieszczelne drewniane okna przebił się pomruk diesla. Odchyliłem firankę i wyjrzałem na zewnątrz. Na podjazd przed domem wtoczył się Mercedes, wielkie grafitowe bydle z przyciemnianymi szybami. Usłyszałem telefon, a potem odgłos stóp Rorego, który schodził w pośpiechu, a właściwie zbiegał. Wyglądało na to, że szef zmienił plany i pojawił się szybciej, niż zapowiedział. Drzwi limuzyny uchyliły się. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to że Toks nie siedział z tyłu tylko prowadził. Ochroniarz, który wysiadł z lewej, obszedł samochód z przodu i rozejrzał się czujnie wokół. Był wysoki i barczysty. Miał rude, krótko ostrzyżone włosy i ostre rysy twarzy. Już na pierwszy rzut oka było widać, że to wojskowy.

Toks wygramolił się z samochodu. Był średniego wzrostu i krępej budowy. Miał jasno brązowe włosy, gęsty wąs i grube kości policzkowe. Szeroki w ramionach, pewny siebie, wyglądał jak rosyjski gangster z hollywoodzkich produkcji z początku lat dziewięćdziesiątych.

Odczekałem chwilę, aż któryś z nich spojrzy w górę. Rudy zobaczył mnie od razu, ale nie wydawał się zainteresowany. Skanował wzrokiem teren w poszukiwaniu realnego zagrożenia. Wąsaty uchwycił moje spojrzenie, uśmiechnął się i skinął głową, jakby witał się z kimś, kogo znał z widzenia. Odwzajemniłem gest i poczekałem aż oboje wejdą do środka. Odsunąłem się od okna, dałem Roremu kilka minut, a potem zszedłem na dół.

Ochroniarz kręcił się w kuchni po lewej, szukając czegoś w szafkach. Na blacie stały już cztery kubki, słoik z kawą i butelka wódki. Na mój widok zamarł, przebiegł wzrokiem po mojej twarzy i spojrzał na szefa. Wąsaty dał znak, że może kontynuować, po czym Rudy wrócił do przeszukiwania szafek.

Rory i gość z wąsem siedzieli w salonie po prawej. Szef rozparł się na kanapie naprzeciwko okna. Po drugiej stronie ławy tkwił Scott. Przeglądał jakieś dokumenty. Rzuciłem okiem na ochroniarza. Znalazł już cztery kieliszki, ustawił je na tacy, a obok butelkę i kubki. Stał oparty o blat z rękami skrzyżowanymi na piersi i przyglądał mi się obojętnie. Bulgotanie wody w czajniku nie przeszkadzało mu w obserwacji. Rory chrząknął i podszedłem do nich.

Usiadłem na fotelu ustawionym przy regale, tak żeby mieć widok na kuchnię. Toks z mojej lewej, Rory z prawej.

Scott spojrzał na szefa jakby pytał, czy podoba mu się przywieziony towar, a tamten, nie spoglądając na mnie, pokiwał głową z aprobatą.

— Rory mówił, że macie dla mnie propozycję — powiedziałem.

— Doprawdy? — zdziwił się wąsaty.

Nie odpowiedziałem. To oni chcieli czegoś ode mnie. Inaczej nie ściągaliby mnie tam.

— W porządku — powiedział Toks. — To prawda, mam dla ciebie propozycję.

— I jeśli dobrze rozumiem, chcesz czegoś w zamian? — zapytałem.

— Tak — powiedział. — Chcę czegoś w zamian. — Jego ostatnie słowa nie brzmiały zbyt przekonująco. Wyglądał jakby próbował wymyślić coś, na poczekaniu.

— Będę szczery — powiedziałem. — Nie wierzę, że jest to coś, czego nie mógłby zrobić ktoś inny. A skoro pofatygowałeś się tak bardzo, żeby mnie w to zaangażować, to albo chodzi ci o coś, czego nikt inny się nie podejmie, albo o coś, co będzie mnie kosztować o więcej niż jestem gotów poświęcić.

Toks nie odpowiedział. Splótł palce dłoni na brzuchu i przyglądał mi się z zaciekawieniem.

— Może skupmy się lepiej na tym czego ty ode mnie oczekujesz. Potem powiem ci co chcę w zamian.

— Wiesz doskonale czego potrzebuję. Zgodziłem się na przyjazd tutaj, bo uznałem, że skoro wynająłeś ludzi i zdecydowałeś się sprowadzić mnie tu to na pewno nie po to, żeby dać mi zgnić za kratami. Przede wszystkim chcę wiedzieć, kto usiłuje mnie wrobić w to morderstwo. Z tego, co Rory zdążył mi wyjaśnić, wiecie kto za tym stoi. Po drugie… — zamilkłem.

— Tak? Ależ słucham. Mów, mów — zachęcał.

— Po drugie… — chciałem mówić dalej, ale słowa utknęły mi w gardle. W głowie zaświtała nowa myśl. Fałszywy paszport, dwa tysiące Euro kieszonkowego, bilet lotniczy i wynajęty dom, dobrze zorganizowana operacja, profesjonalna koordynacja. Mogłem wykorzystać to wszystko w jeszcze jeden sposób. Zdecydowałem. To mogło się udać. Jeśli byli w stanie mnie ściągnąć, jeśli wąsaty latał do Afganistanu, mógł równie dobrze zdobyć dla mnie nowe informacje na temat rurociągu TAPI.

— Wciąż Słucham — ponaglał. Moje wahanie go rozbawiło. — Mów śmiało.

— Po drugie — kontynuowałem — liczę na to, że masz informacje, dzięki którym skończę moją książkę.

— A o jakie informacje konkretnie chodzi?

— Jakiś czas temu otrzymałem telefon w sprawie interesów naszych firm w rejonie Morza Kaspijskiego. Czy dobrze zakładam, że to ty go autoryzowałeś?

— Być może — odparł. — Być może.

Spojrzałem na Rorego. Ani drgnął.

— W takim razie tego właśnie oczekuję. A teraz twoja kolej. Słucham.

I właśnie wtedy podszedł Rudy. Rozłożył na stole cztery kawy, butelkę wódki i kieliszki. Usiadł, po prawej, obok Rorego.

— Po pierwsze panie Dawson. Jest pan poszukiwanym zbiegiem i kryminalistą — podjął szef. — W zasadzie jest pan całkowicie zależny od nas — spojrzał na Rorego — Paszport — zażądał i wyciągnął dłoń.

Scott bez słowa podał mu mój fałszywy paszport. Wiedziałem, że w którymś momencie może do tego dojść, ale nie spodziewałem się, że stanie się to tak szybko. Scott musiał wyjąć go z mojej torby, gdy spałem.

Toks otworzył dokument na stronie ze zdjęciem, podumał chwilę i oddał mi go.

— Proszę. To chyba pana panie Turner. Dimitri Turner.

Otworzyłem dokument na stronie ze zdjęciem. Moje nowe nazwisko nie brzmiało już głupio. Tylko dzięki niemu mogłem przedostać się przez granicę. Bez paszportu byłbym praktycznie więźniem.

— Wracając do pańskiego pytania — ciągnął dalej. — Po pierwsze. Wiem, kto zabił tamtego ochroniarza.

Zrobił krótką, zamierzoną przerwę.

— Ale informacja ta ma oczywiście swoją cenę — ciągnął dalej. — Będzie pan musiał na nią zapracować. To pierwsza rzecz. Po drugie, faktycznie jestem w posiadaniu dokładnych i bieżących danych na temat interesów wielu firm na terenach obejmujących kraje Morza Kaspijskiego. W moim fachu dobry wywiad to podstawa sukcesu. Po trzecie, dobrze pan mniema, że to ja udzieliłem panu tamtych informacji. Rozmawialiśmy osobiście. Chciałem sprawdzić z kim mam do czynienia zanim…

— Zanim?

— Zanim nawiążemy współpracę — uśmiechnął się.

— Rozumiem, że to wszystko ma swoją cenę? — zapytałem.

— Nic na tym świecie nie jest za darmo. Oczywiście czasem pojawi się ktoś, kto zechce zainwestować — przesunął plastikową teczkę z dokumentami w moim kierunku.

— Co to jest? — zapytałem.

— Powiedzmy, że to gest dobrej woli — odparł. — Znajdzie pan tutaj kilka rzeczy, które mogą okazać się przydatne przy kompletowaniu danych do tekstu.

Wyjąłem papiery i zacząłem przeglądać. Miałem przed sobą wydruki, kopie transakcji bankowych, kontraktów, map, zdjęć i innych dokumentów. Przekartkowałem tłusty plik i wsadziłem go z powrotem do teczki. Zapach papieru i ilość dokumentów wzbudziły we mnie falę ekscytacji.

— No dobrze — powiedziałem. — W takim razie przejdźmy do sedna. Czego oczekujecie ode mnie?

Wąsaty podrapał się po policzku, pokiwał głową i przejechał dłonią po brodzie. Zastanawiał się nad czymś. Czułem, że nie spodoba mi się to co za chwilę usłyszę. Nie myliłem się.

— Rory zapewne powiedział panu czym się zajmuję.

— Próbowałem to od niego wyciągnąć, ale bez skutku.

Boss pokiwał głową z aprobatą. Najwidoczniej Rory zrobił to, czego od niego oczekiwano.

— Widzisz Dimitri, jestem biznesmenem — powiedział w końcu. — Prowadzę kilka firm, które swoim zasięgiem obejmują Europę, Afrykę i Bliski Wschód. Świadczę usługi transportowe zarówno głowom państw, jak i organizacjom pozarządowym.

— Narkotyki albo broń — pomyślałem.

— I jak sądzę, biznes kwitnie? — zapytałem.

— Można tak powiedzieć — przyznał.

— W dalszym ciągu nie rozumiem, co ja miałbym dla was robić?

— Widzisz Dimitri, problem w tym, że ludzie bywają zawistni. Wielu z moich konkurentów zazdrości mi sukcesu i fabrykuje fałszywe historie na mój temat.

— Wciąż nie widzę, co to ma wspólnego ze mną — powiedziałem.

— Chcę abyś napisał moją prawdziwą historię. Chcę, abyś napisał prawdę.

— Prawdę? — powtórzyłem tępo. Nie byłem pewien, czy się nie przesłyszałem.

— Tak, moją biografię — powiedział.

Nie przesłyszałem się. Wąsaty próbował wmówić mi, że wydał kilka, kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy dolarów, w zależności od stawki godzinowej Rorego i Leona, na obserwowanie mnie, wspieranie, niańczenie i manipulowanie, tylko po to, żebym niczym bohater kiepskiej powieści wagonowej zakasał rękawy i oczyścił z gówna jego dobre imię. Poczułem się jakby ktoś mnie spoliczkował.

— W porządku — pomyślałem. — Zagram w twoją grę.

— Chcesz, żebym napisał twoją biografię — powiedziałem — a ja nawet nie znam twojego imienia.

— Wybacz — odparł wyraźnie zadowolony z przebiegu rozmowy. — Ostrożność to nawyk, który dławi maniery. — Wyciągnął dłoń do uścisku. — Orlov, Aleksiej Orlov.

Na dźwięk jego imienia w mojej głowie zabłysła czerwona lampka. Wiedziałem doskonale kim był. Uścisnąłem jego dłoń. Tylko raz natknąłem się na artykuł o rosyjskim magnacie transportowym, którego media oskarżają o podsycanie konfliktów zbrojnych w krajach trzeciego świata. Ten jeden raz wystarczył. Według dostępnych informacji Aleks Orlov był nie tylko pnącym się na szczyt oligarchą, ale przede wszystkim handlarzem bronią. Jednym z największych na świecie.

— Biografię? — zapytałem, próbując pozbierać myśli. Wciąż trudno mi było uwierzyć, że to on.

— Tak, biografię — odparł.

Nie ponaglał mnie. Czekał aż przetrawię to, co usłyszałem i sam zadecyduję. Był pewien, że kupiłem jego historyjkę o niezbędnej pomocy przy biografii. Ja tymczasem zastanawiałem się co odpowiedzieć. Wyobraźnia podpowiadała mi czym groziła odmowa i tylko gdzieś na końcu serii scenariuszy tlił się wielki migający neon z napisem: „Dlaczego ja? Dlaczego do cholery ja?”

Nagle uświadomiłem sobie niedorzeczność całej sytuacji. Ściągnął mnie tam, przyznał się kim był, a mimo to nie chciał podać prawdziwego powodu, dla którego byłem mu potrzebny. Książkę mógł napisać pierwszy lepszy, o wiele bardziej doświadczony ode mnie ghost writer, a za odpowiednie pieniądze i z odrobiną perswazji każdy pokusiłby się o spisanie jego historii. Po za tym nie wierzyłem, że chodziło tylko o biografię. Powodem musiało być coś innego.

— Muszę się zastanowić — powiedziałem, na co Aleks zmrużył oczy, jakby niespodziewany zwrot akcji oślepił jego przyzwyczajony do mroku wzrok.

Orlov był handlarzem śmierci, bestią, która jak każde stworzenie nocy szukała ofiar po zmroku i nie znosiła rozbłysków sprzeciwu.

Dopiero teraz zacząłem dostrzegać logiczną całość. Aleks był Rosjaninem, stąd dostawy części ze wschodu i moje fałszywe nazwisko. Jeśli rzeczywiście handlował bronią, musiał dostarczać ją komuś w Afganistanie. Stąd kontakty i fakty, stąd teczka w moich rękach. Przez chwilę próbowałem przypomnieć sobie, co wiem o Afganistanie. Moja wiedza ograniczała się do scen z filmu Rambo III, dwóch artykułów i jednego filmu dokumentalnego o handlu opium w tamtym rejonie, handlu, w którym prym wiedli afgańscy Talibowie. Rachunki i wydruki Orlova mogły być prawdziwe. Jeśli miałem przed sobą handlarza bronią z krwi i kości, człowieka, który potrafił dostarczyć każdemu dowolny towar, miałem jedyną w swoim rodzaju szansę, aby wykorzystać jego kontakty i wiedzę, zdobyć informacje, do których nie miał dostępu nikt poza Orlovem, nikt przede mną. Poczułem dreszcz ekscytacji. Nie ważne, po co ściągnął mnie do siebie. Tego z pewnością dowiedziałbym się później. Jeśli faktycznie był tym, za kogo się podawał, mógł mieć informacje, które mogłyby mi pomóc. Dowiedziałbym się kto mnie wrobił, oczyściłbym się z zarzutów i na dodatek, poznałbym człowieka legendę, o którym wszyscy piszą z daleka, bez cienia szansy na rozmowę w cztery oczy. Z tą myślą i butelką wódki między nami spojrzałem diabłu prosto w oczy i uśmiechnąłem się szelmowskim uśmiechem. W jednej krótkiej, wypełnionej szaleństwem chwili poczułem, że mogę się zgodzić. On również się uśmiechnął. Nie zakładał innej reakcji.

— Chcę, żebyś zobaczył, jak pracuję — powiedział. — Obejrzysz moje firmy, odbędziesz kilka kursów z załogą, porozmawiasz z klientami. Opiszesz jak naprawdę stworzyłem moją flotę, jak działa handel międzynarodowy, jaką hipokryzją są sankcje i ONZ-owskie polowania na czarownice.

— Tylko tyle? — zapytałem.

— Mam dość oczerniania przez media.

— Masz też wystarczający kapitał, żeby zatrudnić całą armię dziennikarzy. Dlaczego zwracasz się z tym akurat do mnie?

Orlov uśmiechnął się.

— Po pierwsze, jesteś bezrobotny. Po drugie, zdesperowany. Po trzecie, dziennikarz o ugruntowanej pozycji nie odważy się napisać prawdy, która odbiega od kursu obranego przez resztę medialnej mafii. Wiesz dobrze, że kiedy oni wezmą kogoś na celownik, nie potrafią się wycofać, nawet jeśli to, co piszą okazuje się kretyństwem i kłamstwem.

— Ale po co ryzykować, zlecając to komuś, kto jest w konflikcie z prawem? — nie ustępowałem.

Orlov zaśmiał się. Rory dołączył. Pokój wypełnił pobłażliwy chichot. Tylko ochroniarz zachował kamienną twarz.

— Ależ, przecież ty jesteś niewinny, prawda? — powiedział.

— Zgadza się.

— No właśnie. Oboje to wiemy, a jeśli jesteś niewinny i z moją pomocą to udowodnisz, to chyba sam rozumiesz, że tak naprawdę niczego nie ryzykuję.

— Zdesperowany i bez wyboru — pomyślałem, mimowolnie przyznając mu rację. I wtedy dotarło do mnie. Skoro Orlov zadał sobie tyle trudu, żeby mnie tam sprowadzić, mógł równie dobrze pójść krok dalej. Mógł przecież sam zlecić zabicie tamtego ochroniarza, żeby zmusić mnie do współpracy. Po co miałby obserwować moje mieszkanie? Po co nasyłać na mnie Rorego i Leona? Znał termin zaplanowanej akcji i dokładny plan działania.

Orlov dostrzegł, że się waham. Sięgnął po kawę, posłodził ją i wymieszał. Rory i Rudy zrobili to samo.

— Coś nie tak? — Aleksiej upił kawy i odłożył kubek.

— Nie nic — odparłem. Musiałem zachować dla siebie to, co cisnęło mi się na usta, ostateczną prawdę wyłaniającą zza progu przepaści. Bez względu na to czy tak jak zakładali opisałbym ich wersję prawdy, czy zdecydowałbym się napisać więcej, z pewnością odkryłbym coś czego nie powinienem.

— Zastanawia mnie jedno — powiedziałem.

— Co takiego? — zapytał.

— Kto będzie oficjalnym autorem tej książki?

Orlov uśmiechnął się. Pytałem, jakbym wierzył w ich dobre intencje.

— To zależy, jak ją napiszesz. Jeśli rękopis nie spodoba mi się, zatrudnimy kogoś innego by się tym zajął.

— A mnie zabijecie — pomyślałem.

— Jeśli coś robię, robię to rzetelnie.

— O tak — odezwał się Rory. — Widzieliśmy to już w studiu — uśmiechnął się.

Zignorowałem go. Spojrzałem na Orlova.

— Możesz być spokojny Dmitrij — powiedział. — Jestem biznesmenem. Nic ci nie grozi z mojej strony.

— A jeśli odmówię? — zapytałem.

— Jeśli odmówisz? — zdziwił się. Nie zakładał takiej ewentualności. Sięgnął po teczkę i przysunął ją wymownie do siebie. — Nasz przyjaciel wysadzi cię na lotnisku, wręczy ci twój paszport i pieniądze na bilet do Stanów. Wrócisz do domu, a tam zgarną cię na lotnisku. Możesz też spróbować oczyścić się na własną rękę lub zacząć nowe życie tutaj, w Europie. Na pewno nie zdążyłeś wydać dużo. To, co ci zostało powinno wystarczyć na początek. Paszport jest dobrze podrobiony, nikt nie będzie utrudniał ci życia. Jeśli jesteś rzeczywiście tak zaradny jak ci się wydaje, dasz sobie radę.

Zaskoczył mnie. Albo był świetnym aktorem, albo autentycznie wierzył w to co mówi. Jego argumenty były logiczne. Wiedziałem, że powrót do Stanów to ruletka, a mnie nie pociągała perspektywa hazardu, zwłaszcza że stawką była moja wolność. Przez moment pomyślałem, że mógłbym zacząć wszystko od nowa. Wiedziałem, że z odrobiną samozaparcia dałbym sobie radę.

Pozostawał jeden mały szczegół.

— Jeśli mam się zgodzić — powiedziałem — musisz wyjaśnić, po co ci ta książka.

— Mówiłem już przecież, a ja nie lubię się powtarzać.

— Więc nie powtarzaj się.

Nastała krótka chwila ciszy. Orlov przyglądał mi się badawczo.

— Nie próbuj wmówić mi, że według ciebie ta książka coś zmieni — powiedziałem.

— Czy to nie jest właśnie to, co próbujesz zrobić? Napisać książkę, żeby coś zmienić? Po co zbierasz te wszystkie materiały?

— To zupełnie inna sytuacja. Mówimy teraz o tobie. Jesteś poważnym graczem w tej grze. Co w twojej sytuacji może zmienić biografia?

— Ty mi to powiedz.

— Zadałem pytanie — nie odpuszczałem.

Aleks wziął głęboki wdech, jakby zastanawiał się co ze mną zrobić. Spojrzał na Rorego wyraźnie rozczarowany i pokręcił głową.

— W porządku — odparł. — Powiem ci. Tak naprawdę nie chodzi tu o książkę. Z tekstu, który napiszesz można, rzecz jasna, zrobić scenariusz, wysłać komuś, zorganizować producenta i nakręcić dokument. To pomogłoby bardziej niż dziesięć książek. Ale my planujemy znacznie więcej. Potrzebujemy tej historii, żeby cały projekt się powiódł.

— Jaki plan?

— Rory, wyjaśnij mu, bo nie mam cierpliwości.

— Książka to tylko jeden z kilku frontów działań — podjął Rory. — Zamierzamy rozwinąć działalność humanitarną i nakręcić dokument, ale potrzebujemy solidnej podstawy, czegoś, od czego można rozpocząć nowy rodzaj narracji w mediach. W tym momencie mamy tylko jednostronny punkt widzenia. Żeby zmienić negatywny wizerunek, potrzebujemy dobrze udokumentowany fragment historii. I w tym miejscu do gry wchodzisz ty, Jerry.

— Tylko po co? Dlaczego zależy ci na poprawie wizerunku?

— Jestem biznesmenem. Nie można prowadzić interesów kiedy połowa oficjalnych kanałów staje się niedostępna tylko dlatego, że mają wyrobione zdanie na twój temat.

— Do tej pory ci to nie przeszkadzało.

— Nie jestem człowiekiem, który stoi w miejscu i biernie przygląda się nadciągającej katastrofie. Poza tym, na świecie jest zbyt wielu chętnych klientów, którzy ze strachu przed posądzeniem o powiązania ze mną nigdy nie odważą się na skorzystanie z moich usług. Pomyśl ile kontraktów rządowych mnie omija, z iloma firmami nie mogę dojść do porozumienia przez to, że inni robią kariery na oczernianiu mnie.

— W dalszym cięgu nie wiem, dlaczego uparłeś się na książkę.

— Film dokumentalny bez wspierających go publikacji wzbudziłby tylko nowe fale oskarżeń — powiedział Rory. — Pytania o to, kto wyłożył pieniądze na budżet, kto napisał scenariusz i skąd pochodzą materiały zagłuszyłyby to, co moglibyśmy osiągnąć.

— Planuję zwiększyć liczbę lotów z pomocą humanitarną — powiedział Aleks. — Rozszerzę zasięg połączeń między Europą i Arfyką, zwłaszcza w tych rejonach gdzie taka aktywność może być szybko nagłośniona. Problem w tym, że budowanie wizerunku przez bezpośrednią działalność trwa zbyt długo, a ja nie mam na to czasu. Musimy przygotować grunt pod tę kampanię. Twoim zadaniem będzie oswojenie opinii publicznej. Jeśli napiszesz porządny tekst i podpiszesz się pod nim, powinno to dać nam dobry punkt wyjściowy do dalszych działań.

— Dlaczego od razu nie założysz fundacji? — zapytałem.

Aleks spojrzał na Rorego jakby już nie raz rozpatrywał tę ewentualność, ale zawsze ktoś go od tego odwodził.

— Czy masz jeszcze jakieś pytania? — zapytał Orlov.

— I to wszystko po to, żeby rozszerzyć działalność?

— W tej branży nie ma miejsca dla słabych — odparł. — Jeśli nie jesteś na czele, zostaniesz zdeptany, a ja nie zamierzam zostać stratowany. Jeżeli nie zrobię czegoś teraz, za kilka lat nikt nie będzie chciał robić ze mną interesów.

— Legalnych interesów — dodałem.

— A tego byśmy nie chcieli, prawda? — zapytał.

— Nikt by tego nie chciał — odparłem.

Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że naprawdę zależy mi na poznaniu Orlova. Myśl o napisaniu jego biografii rozbudziła moją wyobraźnię. Zakładałem, że byłem jedyną osobą z zewnątrz, której pozwolił naprawdę zbliżyć się do siebie. Czułem, jak po raz pierwszy od wielu tygodni, po niekończącej się stagnacji i rosnącej frustracji moje ego na nowo rozpalało ambicję a ciekawość dodatkowo podsycała ten ogień.

— Czas na wyjaśnienia dobiegł końca — powiedział Orlov. — Jaka jest twoja decyzja?

— W porządku. Zgadzam się.

— Świetnie — powiedział i podał mi dłoń. — Jurij, polej — rzucił do Rudego, który rozlał wódkę szybko i sprawnie. Podnieśliśmy kieliszki i Aleks wzniósł toast.

— Za współpracę i powodzenie — powiedział.

— Za powodzenie — powtórzyłem i przechyliłem szkło, spłukując wódką niepokój i odpowiedzialność.

— Na razie zatrzymam te dokumenty — powiedział. — Otrzymasz je w zamian za pierwszą część tekstu.

— W porządku — rzuciłem.

— Wieczorem odlatujemy do Szardży — Orlov dodał, podnosząc się. — Jeśli potrzebujesz czegoś do pracy nad książką, daj znać Roremu. Laptopa, dyktafon, drukarkę czy cokolwiek innego. Ktoś z moich ludzi załatwi ci wszystko, co potrzebne, na miejscu.

Wstałem i z rosnącą pewnością siebie uścisnąłem mu dłoń. Ochroniarz stał już przy drzwiach. Gdy Aleks się ubierał, próbowałem przypomnieć sobie, gdzie słyszałem o wspomnianym miejscu. Na próżno.

— Dlaczego akurat do Szardży? — zapytałem go zanim wyszedł.

— Bo tam można robić rzeczy, o których tutaj można tylko pomarzyć — odparł i zniknął, zamykając za sobą drzwi.


Nazwa Szardża brzmiała intrygująco. Musiałem jak najszybciej dowiedzieć się czegoś o tym miejscu. Nie miałem dostępu do Internetu więc mogłem tylko zgadywać, że chodzi o miasto lub wioskę poza Ameryką północną i Europą. Szardża leżała najprawdopodobniej w regionie Półwyspu Arabskiego.

Rozejrzałem się po pokoju, w którym nie było nawet podpiętego telefonu. Jedynym źródłem kontaktu ze światem był telewizor. Rory przyglądał mi się rozbawiony.

— Coś nie gra? — zapytał.

— To się dopiero okaże, prawda? — odparłem i ruszyłem w stronę regału z książkami. Na dolnej półce, w prawym rogu znalazłem pięciotomową serię grubych woluminów. Na grzbiecie każdego z nich widniały litery. Porzucone i zapomniane źródło wiedzy: Encyklopedia.

Wyszukałem odpowiedni tom i otworzyłem na stronie z mapą Afryki. Szardża widniała w prawym górnym rogu. Wyjąłem Kolejny tom, otworzyłem na właściwej stronie i w labiryncie niderlandzkich słów będących zlepkiem angielskiego i chyba niemieckiego odnalazłem międzynarodowy Zjednoczone Emiraty Arabskie, a z nimi ukryty w hieroglifach opis Szardży.

Ze strzępów informacji i rycin rozkodowałem, że Szardża to niewielki, bogaty Emirat w zachodniej części Półwyspu Arabskiego, graniczący na północy z Iranem i na zachodzie z Arabią Saudyjską. Szardża oznaczało „Wschodzące Słońce” i uznałem, że to dobry omen, że to nowe słońce wschodziło dla mnie.

3 Wschodzące Słońce

Minęły dwa dni od wylotu z Filadelfii, a ja znów stałem na terminalu, czekając na skok w nieznane. Był wieczór. Niebo przechodziło z szarości w grafit, na którym rysował się profil samolotu. Stał w odległości kilkuset metrów, jeden z siedmiu stojących w równym rzędzie maszyn. Jak poinformował mnie Rory, były to stare Iljuszyny 18D, wysłużone transportowce pamiętające jeszcze czasy świetności radzieckiego lotnictwa. Przyglądałem się temu, który miał zabrać nas do krainy słońca, piasku i ropy, i jakoś nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że to jeden z jego ostatnich lotów. Chociaż wszystkie Iły wyglądały na brutalnie wyeksploatowane, nasz prezentował się wyjątkowo tragicznie.

— Widzisz tę szarą farbę na skrzydłach i silniku? — Rory wskazał na pierwszego z brzegu Iła. — To wojskowy patent. Dzięki niemu, w czasie zimnej wojny nie zestrzelono ich ani w Afryce, ani w Azji. Przestarzałe radary tamtejszych krajów zawsze miały problem z wychwyceniem tak odmalowanych ptaszyn.

— Rozumiem, że wciąż mają ten sam problem? — zapytałem.

— O to musiałbyś zapytać kogoś, kto nimi lata — odparł, uśmiechając się dość dwuznacznie.

— Czyli ty nimi nie latasz?

— Ja? — Pokręcił głową — Miałbym latać tym złomem? Przecież ja jestem na emeryturze — puścił oko. — Po co miałbym ryzykować?

Spojrzałem jeszcze raz na ten obraz nędzy i rozpaczy. Ostatnia maszyna po prawej, Ił, na którego czekaliśmy, któremu miałem powierzyć swoje życie, nie przypominał nowoczesnych, solidnych boeingów z reklam linii lotniczych, a bardziej eksponaty w narodowym muzeum lotnictwa na Florydzie. Miał około trzydzieści metrów długości, tyle samo rozpiętości skrzydeł i cztery silniki turbośmigłowe, nadające mu wygląd dokładnie tego, czym był w rzeczywistości, reliktu minionej epoki. Stał nieruchomo w najdalszej części pasu, czekając aż zaparkowana przy nim cysterna zakończy tankowanie. Dolna część kadłuba była szara, podobnie jak skrzydła, które odmalowano tajemniczą, antyradarową farbą. Górę kadłuba pokrywała brudna biel, dziób i śmigła wyblakły błękit.

Zacząłem powtarzać jak mantrę, że na pewno jest sprawny, że odchodząca miejscami farba nie ma nic wspólnego z jego stanem technicznym, że Orlov nie musi się reklamować, że dla niego nie ma znaczenia wygląd maszyny, że im bardziej zaniedbana na zewnątrz, tym lepiej musi być utrzymana w środku, że ważne dla Orlova było tylko to, by jego maszyny były sprawne i dolatywały z towarem do wyznaczonego miejsca.

— Jak daleko właściwie jest Szardża? — zapytałem.

— Dlaczego pytasz?

— Chcę wiedzieć, gdzie lądujemy. Musimy przecież zatankować.

— Nie będzie międzylądowania. To kurs bezpośredni. Zatrzymamy się tylko na moment w Amsterdamie, tam sprawdzą nam papiery, a potem ciśniemy na południe.

— Do Emiratów? To będzie kilka tysięcy kilometrów. Dolecimy?

— To się okaże — odparł, odczekał chwilę, a potem parsknął śmiechem. Kiedy już skończył delektować się widokiem strachu w moich oczach, wyjął z kieszeni komórkę i podał mi ją.

— Jeśli jest ktoś, kto może się o ciebie martwić, lepiej zadzwoń do niego teraz.

— Zadzwonię na miejscu — odparłem.

— Dobrze ci radzę — przycisnął telefon do mojej piersi. — Zadzwoń teraz.

Rory spoważniał. Dostrzegłem zmianę w wyrazie jego twarzy, jakby do głosu doszedł jakiś zimnokrwisty najemnik ukryty w tylnych uliczkach jego myśli. Wziąłem do ręki komórkę.

— Wiesz — powiedział, spoglądając pas startowy — całkiem możliwe, że przez dłuższy czas nie będziesz mógł się z nikim kontaktować.

— Dlaczego? — zapytałem, chociaż czułem, że znam odpowiedź. Rory obrzucił mnie przelotnym spojrzeniem, ale nie odpowiedział. Przebiegł wzrokiem po samolotach i zatrzymał go na tankującej cysternie. Serwisant odłączył wężownicę i wsiadł do szoferki. Cysterna ruszyła, odcinając się od szarej plamy wypełnionego paliwem złomu.

Widok latającej trumny przywołał z pamięci Pat. Nawet ona po odpowiednio długim czasie, mogła zacząć się martwić. Była jedyną osobą, do której mogłem wrócić. Ostatnią, dla której chciałem to zrobić. Wybrałem jej numer, ale nie zatwierdziłem. Powstrzymałem się w ostatnim momencie. Pomyślałem o Orlovie, o Leonie i kamerach w moim mieszkaniu; o detektywach zadających jej wciąż te same pytania, o agentach FBI, którzy nie trzymali się prawa. Było jasne, że im mniej będzie wiedziała o mnie, tym lepiej dla niej. Nie miałem prawa jej w to mieszać, a jednak chciałem, żeby wiedziała, chciałem, żeby nie martwiła się o mnie. Gdyby zaczęła, mogłaby zrobić coś głupiego. Musiałem więc dotrzeć do niej przez kogoś innego, najlepiej kogoś, kogo mogłem wystawić na kontakt z organami FBI i policją.

Wykręciłem nowy numer i odczekałem chwilę.

— Cześć, mówi Dawson — rzuciłem sucho. Właściciel głosu po drugiej stronie zawahał się.

— Zniknąłeś — powiedział w końcu z lekkim wyrzutem.

— Nie da się ukryć — odparłem obojętnie.

— Dlaczego? Co się stało?

— Mam swoje powody — powiedziałem.

— Wiem, wiem — odparł nagle poirytowany — Twoje powody leżą w miejskiej kostnicy. Jeśli chcesz przyznać się do tego zabójstwa, nie mogłeś wybrać lepszego sposobu.

Chwila ciszy.

— Jerry — powiedział w końcu. — Jak mogłeś zniknąć w takim momencie? Co ty wyprawiasz?

— Wiesz dobrze, że nikogo nie zabiłem — odparłem.

— Po co dzwonisz? — zapytał.

— Chcę, żebyś miał oko na Pat.

— Tylko po to dzwonisz?

— Tak. Jeśli będzie pytać o mnie, powiedz jej, że wyjechałem na jakiś czas. Nie chcę, żeby się martwiła. A już na pewno, żeby mnie szukała.

— Gdzie jesteś?

— Nick, obiecaj mi! — powiedziałem.

Nie odpowiedział. A przynajmniej nie od razu. Krótka chwila ciszy przeciągała się w nieskończoność.

— No dobrze — odparł w końcu.

— Obiecaj!

— W porządku. Obiecuję — rzucił.

— Muszę zniknąć z radaru — spojrzałem mimowolnie w stronę Rorego. Wydawał się być zadowolony z przebiegu rozmowy. Przytaknął.

— Czy mam jej coś przekazać?

— Nie. Lepiej, żeby nie wiedziała.

— W porządku.

— I jeszcze jedno.

— Co?

— Pamiętaj, co obiecałeś mi ostatnim razem.

Nie odpowiedział od razu. Znów zastanawiał się, czy powinien. Po kilku irytujących sekundach potwierdził:

— W porządku. Zaopiekuję się nią. A teraz powiedz, co zamierzasz? Zostawiłeś za sobą niezły bajzel.

Miał rację. Odruchowo podrapałem się po głowie. Właściwie sam nie wiedziałem co zamierzam.

— Chcę skończyć książkę — powiedziałem po chwili. — Wydaje mi się, że jestem na tropie czegoś wielkiego.

— Jak zawsze.

— Nie. Tym razem to poważna sprawa. Mam informatora. Pewne źródło. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, może nawet powstrzymamy wojnę. Możemy uratować tysiące ludzi.

— My? To znaczy kto? — obruszył się. — Jaki kraj? Jaką wojnę? Co ty bredzisz?

— To jeszcze nic pewnego. Na razie pracuję nad tym. Jak będę miał więcej informacji odezwę się. Będziemy w kontakcie — skłamałem.

— Jak sobie życzysz — odparł.

— Dzięki — rzuciłem i rozłączyłem się.


— Na twoim miejscu nie liczyłbym na to — Scott stał wyprostowany i spoglądał w przestrzeń przed sobą. Miał napiętą twarz. Znów coś przede mną ukrywał. Byłem tego pewien.

— Nie liczyłbyś na co?

— Na kontakt. Możliwe, że to twój ostatni telefon w przeciągu kilku tygodni.

Oddałem mu komórkę i ruszyliśmy przez zmoczony deszczem beton. Spodziewałem się, że Orlov będzie próbował się zabezpieczyć. Nie wiedziałem tylko, jak daleko będzie chciał się posunąć.

Z bliska złomolot wyglądał jeszcze gorzej, jakby skręcono go z kilku rozerwanych maszyn. W oczy rzucały się wgniecione blachy, różnych rozmiarów nity i nieregularne odcienie farby, co sugerowało, że kadłub był już nie raz rozpruty i łatany. Opony pamiętały chyba czasy Reagana, bo z ich czarnego, przetartego bieżnika, wystawały fragmenty odrutowania. Kiedy wchodziłem po schodkach na pokład, mój wzrok przykuły boczne numery w okolicy ogona. Brudna biel górnej części kadłuba odmalowana była świeżą plamą śnieżnobiałej farby, na której czarnymi literami odróżniał się napis 3D-ZBS. Numery zmieniono najpóźniej dwa dni wcześniej. W powietrzu wciąż unosił się zapach rozpuszczalnika. Przez myśl przeszło mi, że samoloty Orlova lądowały w Zanfort właśnie w tym celu; po to, żeby wymienić części, dać się przemalować i przerejestrować. Pytanie nasuwało się samo: po co rejestrować samolot w Holandii, jeśli można zrobić to taniej i szybciej w jakiejś zatęchłej dziurze w Afryce? I kto przy zdrowych zmysłach pozwala zarejestrować taki wrak w Holandii?

Gdy wszedłem na pokład, moje myśli rozpierzchły się. Zapomniałem o zapachu farby i o numerach. Mój wzrok przykuł widok wypatroszonego kadłubu: tony surowego żelastwa, uległe sile grawitacji, czekające na nieuniknione zgniecenie, skręcenie i rozdarcie w zderzeniu z ziemią. Krocząc w górę kadłuba, wzdłuż otworów po wymontowanych siedzeniach, słyszałem echo naszych kroków. Niosło się po skąpanym w ciemności luku potęgując poczucie martwej ciszy. Na pokładzie nie było nikogo poza mną i Scottem. Czułem się jak w prywatnym odrzutowcu, w którym zapomniano zamontować wyposażenie. W przedniej części pokładu pozostawiono tylko osiem starych foteli. Ich brązowe flauszowe oparcia i stare poszarzałe firanki na oknach potwierdzały muzealny wiek maszyny.

Gdy doszliśmy do drzwi kokpitu, Rory zapukał i przywitał się z jednym z pilotów. Wymienili kilka zdań po rosyjsku, w czasie których stary Rosjanin zmierzył mnie dyskretnym spojrzeniem. Rory wręczył mu nasze paszporty i zajęliśmy miejsca. To był ostatni raz, gdy widziałem mój paszport.

Obejrzałem się jeszcze raz, żeby sprawdzić, czy luk jest na pewno pusty. Oprócz nas i pilotów nie było tam nikogo. Jakby na potwierdzenie moich podejrzeń, drzwi kokpitu otworzyły się i zza progu wyłonił się drugi, młodszy pilot. Minął nas szybkim krokiem, zamknął właz, którym weszliśmy i wrócił do kabiny.

Zapiąłem pasy. Potrzebowałem iluzji bezpieczeństwa. Nie miałem przy sobie ani kropli, a o drinkach serwowanym przez stewardesy mogłem tylko pomarzyć.

— Czy ten złom naprawdę należy do niego? — zapytałem.

— Tak — odparł Scott.

— Dużo ma tych trumien?

— W tym biznesie nie liczy się, ile masz maszyn, ale co potrafisz z nimi zrobić.

— Skoro tak mówisz… W takim razie ile? Pięć? Dziesięć? Pięćdziesiąt?

— Nie wiem. Dużo. Chociaż, bardziej opłaca się wyczarterować niż kupić.

Spojrzałem na asfalt ciągnący się za oknem po prawej. Silnik zamruczał. Śmigła poruszyły się. Po chwili zmieniły się w jasnoniebieskie półprzezroczyste koła. Cały kadłub wszedł w lekkie drganie jakby dostrajał się, próbując złapać rezonans z silnikiem. Po kilku sekundach, warkot turbin wypełnił pusty pokład.

Rory krzyknął, próbując przebić się przez hałas:

— Czasami czarter wychodzi dużo taniej niż utrzymanie.

— Więc do tego się to sprowadza? — krzyknąłem.

Wzruszył ramionami.

— Jak wszystko — odparł.

Silniki weszły na wyższe obroty. Zaczynałem rozumieć, dlaczego to właśnie Orlov kupił ten samolot. Warkot turbin przebił się przez niewygłuszone poszycie i zawładnął nami. Maszyna zakręciła i ruszyła do przodu.

— Powiedz, że po starcie przycichną trochę — wskazałem na śmigła i przesuwający się za oknem krajobraz.

Rory tylko uśmiechnął się i pokręcił głową.

Lot do Amsterdamu trwał niecałe pół godziny. Samolot zdążył wznieść się na ustaloną wysokość, przeciąć kilkanaście kilometrów i znów obniżyć wysokość. Po wylądowaniu odetchnąłem z ulgą. Mimo że hałas zagłuszył skrzypienie i zgrzyty, zmęczył mnie jak dzień na torze NASCAR.

Na miejscu samolot dotoczył na boczny pas, gdzie czekała na nas ciężarówka z wielkim symbolem tulipanów na boku.

Rory wyjaśnił, że to część biznesu Orlova i to jeden z bardziej dochodowych jego obszarów. Chociaż holenderskie rośliny nie należą do najtańszych to i tak można zrobić na nich niezły interes. W Dubaju, a ostatnio również w Szardży, nie brakuje klientów na dobrze wypielęgnowane, wysokiej jakości rzadkie gatunki.

— Poza tym — dodał — samoloty Orlova nie lubią pustych przebiegów. Zawsze znajdzie się coś do przewiezienia. Nawet jeśli ma to pokryć tylko koszty paliwa.

— I to cały sekret? — zapytałem.

— Sekret? — powtórzył Rory.

— Sekret jego sukcesu — dodałem. — Nigdy nie latać pusto.

Rory zaśmiał się.

— Niezupełnie — powiedział.

— Więc? Co odróżnia go od konkurencji?

Scott szukał przez dłuższą chwilę odpowiednich słów, a potem powiedział:

— Tak naprawdę tylko dwie rzeczy: Aleks może przewieźć wszystko i nikomu nigdy nie odmawia.

Celnicy weszli na pokład, sprawdzili nasze papiery, rzucili okiem na torby i dyskretnie wycofali się na płytę lotniska. Pilot ponownie zatrzasnął właz, śmigła znów zmieniły się w błękitne tarcze, a dźwięk bestii po raz kolejny wgryzł się w uszy. Przez następne dziesięć godzin Rory na zmianę drzemał, wstawał, przechadzał się po pustym luku, zaglądał do kabiny pilotów i wracał, by uciąć sobie krótką drzemkę. W dudniącym, akustycznym kanale Iljuszyna odchodziła mi ochota na jakiekolwiek rozmowy. Po godzinie wsłuchiwania się we własne myśli poddałem się. Na zewnątrz, poniżej odległej linii chmur lśniły światła któregoś z południowo europejskich miast. Zasnąłem.


Po ciągnącym się w nieskończoność, wypełnionym hukiem locie krótki pisk opon o betonowy pas zabrzmiał jak melodia. Pomimo zmęczenia byłem podekscytowany. Bez względu na to jakim emiratem była Szardża sąsiadowała ze słynnym Dubajem, co dawało możliwość zobaczenia czegoś więcej niż tylko stada wielbłądów albo kilku rozsypujących się meczetów.

Samolot kołował podejrzanie długo, mijając połacie pustej przestrzeni, kolejne hangary i budynki terminali. Po kilkunastu minutach od lądowania pustynny krajobraz za okrągłym okienkiem zwolnił i zamarł. Przez brudną porysowaną szybę dostrzegłem wąska, dwupasmową drogę ciągnącą się wzdłuż lotniska. Odcinała definitywną granicą szarą, ciągnącą się aż po horyzont przestrzeń, ulaną z niskich, parterowych domów poprzetykanych palmami. Ich bryły rozmywały się pod naporem słońca zawieszonego nisko nad dachami. Przestawiłem wskazówki zegarka na szóstą. Silniki męczyły się jeszcze przez chwilę po czym zamilkły. Zapadła cisza.

Młodszy pilot otworzył drzwi kabiny, przeszedł w dół pokładu i otworzył zardzewiały właz w połowie kadłuba. Kilkumetrowe schodki rozwarły się ze zgrzytem jak zardzewiałe nożyce. Do środka wdarła się fala porannego powietrza. Zamiast rozpalonego słońcem pyłu owiał nas rześki zapach morza i wilgotnego piasku.

Wyszliśmy na zewnątrz i rozejrzałem się wkoło. Po prawej, w słońcu lśnił biały hangar, a pod jego dachem nieco większa wersja naszego Iła. Po lewej widniał kompleks białych budynków międzynarodowego portu lotniczego Szardża. Nieco dalej, w głębi lotniska, wznosiła się wieża kontrolna naszpikowana antenami. Port wyglądał na nowoczesny. Ściany terminali od strony pasa startowego były półokrągłe i przeszklone. Trzy długie korytarze wysysały pasażerów z zaparkowanych samolotów Arabian Airways. Taras widokowy o ścianach zwieńczonych łukami rozciągał się na całą długość portu. Nad wszystkim górowały trzy białe kopuły w centralnej części dachu budynku.

Rozejrzałem się wokół, szukając autobusu lub samochodu. Tuż przy Iljuszynie, w cieniu prawego skrzydła czekał na nas szary mercedes. Ze środka wyszedł wysoki, szczupły mężczyzna około czterdziestki owinięty w białe prześcieradło. Kandura sięgała mu do kostek i powiewała na wietrze, jak w reklamie perfum dających poczucie niezależności. Jego głowę okrywała biała chusta przytrzymywana od góry ciemnym sznurem, trzepocząca z tyłu jak biała flaga. Na stopach miał tylko szare sandały.

— Ammar Azam — powiedział. — Pan Dawson i Pan Scott?

Spojrzałem na Rorego. Arab użył mojego nazwiska. Scott skinął głową, na potwierdzenie.

— Zgadza się — odparłem i uścisnęliśmy sobie dłonie.

— Będę waszym kierowcą i przewodnikiem. Pan Orlov polecił mi asystować wam, jeśli zajdzie potrzeba.

Mówił z ciężkim, londyńskim akcentem. Jeśli studiował, musiała to być jedna z tamtejszych uczelni. Rory uścisnął mu dłoń, wziął nasze torby i wrzucił do bagażnika. Ammar zajął miejsce za kierownicą, my na tylnej kanapie. Piloci zostali na płycie lotniska, czekając na ludzi odpowiedzialnych za rozładunek towaru.

— Dokumenty — powiedział Scott, gdy tylko ruszyliśmy.

— A tak, oczywiście — Ammar poprawił lusterko. — Wszystko jest już załatwione. Wasze wizy turystyczne zostały potwierdzone wczoraj po południu. Na pewno spodoba się wam w Szardży. To wspaniałe miejsce, żeby rozwinąć żagle. Biznes kwitnie tu jak oaza pośród pustyni — zatoczył dłonią krąg, demonstrując roztaczającą się za oknem oazę. W zasięgu wzroku rozciągał się jedynie beton, szkło i kurz.

Rory podał mi nasze dokumenty. Otworzyłem paszport. Było w nim moje nazwisko i filadelfijski adres. Gdy podjechaliśmy do punktu kontroli celnej. Rory znów skinął w milczeniu, żeby potwierdzić moje obawy. Celnik podszedł od jego strony.

— Cel podróży? — zapytał młody mężczyzna w mundurze.

— Interesy — powiedział Scott.

— Interesy i turystyka — odparłem.

Mundurowy zmrużył oczy, jakby usłyszał to kłamstwo o jeden raz za dużo.

— Ci panowie są gośćmi szejka — odezwał się Ammar.

Urzędnik jakby ocknął się, przebiegł wzrokiem po naszych twarzach i zaczął na nowo wertować dokumenty. Stał tak przez chwilę, walcząc z jakąś pokusą, po czym oddał nam paszporty i zasalutował.

— Witam w Emiratach Arabskich panowie. Życzę owocnego pobytu.

Dzień 1

Wyjechaliśmy na czteropasmową obwodnicę przecinającą zaorane budynkami pustkowie. Pierwsze co rzucało się w oczy, to kontrast między wszechobecnym piaskiem, szarością sięgającą po horyzont i pasem zieleni ciągnącym się wzdłuż rozpalonej słońcem autostrady. Uwięziony między krawężnikami trawnik był rozdzielany na setki równych odcinków odmierzanych przez zasadzone w regularnych odstępach palmy. Ich identyczne, wymuszone kształty separowały kierowców od niepokojącego widoku pustki tuż za szerokością jezdni.

Pas ten był bardziej złudzeniem niż granicą. Niczym pola golfowe w Palm Springs, był oszustwem trwającym tak długo jak pracowały pompy doprowadzające wodę. Cała Szardża działała jak trup podpięty do wodnego respiratora.

Tuż za podtrzymywaną przy życiu zielenią, rozciągała się surowa rzeczywistość Emiratów. Rozległe połacie ubitego piasku, gliny i pyłu usiane były drobnymi krzewami. Niczym preria otaczająca opuszczone miasto płaska przestrzeń przechodziła niepostrzeżenie w zamazany horyzont z rozsianymi szeroko niewielkimi pustynnymi wydmami. Ich widok był niepokojący. Przypominał mi, że dzicz jest blisko — bezlitosna przestrzeń i miejsca, w których nie mieszkańcy miast nie przeżyliby kilku dni.

Po kilkunastu minutach w zasięgu wzroku pojawiły się pierwsze surowe bryły odgrodzonych parterowych domów o ścianach pokrytych gładką bielą lub chropowatą szarością. Otoczone wysokimi murami, całkowicie niedostępne, strzegły swoich tajemnic przed ciekawskim wzrokiem kierowców. Im bardziej oddalaliśmy się od lotniska tym częściej pojawiały się między nimi podłużne, piętrowe zlepki budynków z wysuniętymi na chodnik drewnianymi reklamami sklepów i stolikami kawiarni. Szyldy nad szybami raziły mój anglosaski umysł kardiogramem arabskich liter i znaków. Świadomość, że byłem w krainie ropy, zaczynała dopiero przedzierać się przez warstwy moich wyobrażeń.

— Po prawej znajduje się strefa wolnocłowa — powiedział Ammar. Mijaliśmy właśnie rząd industrialnych budynków. — To dzięki niej handel kwitnie, a przemysł się rozpędza.

Pokiwałem głową, udając zainteresowanie. Rory rzucił okiem na magazyny i przytaknął.

— Jutro tam zajrzymy — powiedział Scott.

— A tutaj zaczyna się przedmieście Mughaidir — dodał przewodnik.

Minęliśmy strefę wolnocłową i wjechaliśmy w pas pustyni. Spojrzałem na drugą stronę jezdni. Po mojej lewej, tuż za profilem Scotta, w miarę jak posuwaliśmy się w stronę centrum zadbane osiedle rozkwitało, a architektura nabierała rozmachu. Spojrzałem na prawo. Kontrast był przygnębiający. Granica z palm wzdłuż której sunęliśmy była ostateczną linią oddzielającą nadzieję od nieuchronnego końca, iluzję od prawdy, życie od śmierci. Po lewej oaza, po prawej jedynie kurz i pył.

Minęliśmy rozjazd, potem drugi, dużo większy, przypominający sieć spirali rozlanych na polu golfowym. Za nim zieleń zaczęła pojawiać się nieśmiało również po drugiej stronie szosy. Po kolejnych kilkuset metrach pustynia w końcu ustąpiła wzniesionym z misternym kunsztem zabudowaniom. Nieco dalej dotarliśmy do rozległego, niepoważnie długiego ronda z fontanną o błękitnej fasadzie. W centralnej części okrąg asfaltu mierzył przynajmniej sto metrów średnicy.

— Z prawej widzimy Pałac Kultury — powiedział Ammar, gdy sunęliśmy po wirażu.

Surowa, pusta ściana zwieńczona była u góry pozłacanymi arabskimi zdobieniami, natomiast dach pokrywała ogromna biała kopuła, przez co prostokątna bryła budynku przypominała trochę Bazylikę Świętego Piotra, trochę sułtańskie więzienie z baśni tysiąca i jednej nocy.

Za gmachem zjechaliśmy z ronda w czteropasmowy bulwar prowadzący w głąb miasta. Przypominał jedną z alei na naszym zachodnim wybrzeżu: na środku pas zieleni, podwójny rząd palm rzucających poszarpane cienie, a po zewnętrznych stronach po dwa pasy jezdni zwieńczone kolejnym, szerszym pociągnięciem sterylnej zieleni.

Po kilku minutach zza ujarzmionego rajskiego ogrodu stopniowo, zaczęły wyłaniać się kilkupiętrowe budynki z oszklonymi ścianami, witryny sklepowe i restauracje czterogwiazdkowych hoteli. Zbliżaliśmy się do centrum. W oddali przed nami pojawiło się kolejne rondo i kikudziesięciometrowe bryły otaczających je szerokim łukiem budynków. Jadąc po łuku, minęliśmy majestatyczny meczet z dwoma wąskimi minaretami górującymi nad linią horyzontu.

— A to jest Emma Ahmed Bin Hanbal — powiedział Ammar. — Jeden z wielu meczetów, z których słynie nasz emirat. Szardża to miasto kultury i nauki.

— I najbardziej konserwatywny z wszystkich Emiratów — wtrącił Rory. — Będziesz musiał pozbyć się kilku nawyków.

— A to rondo Kuwejtu — oznajmił Azam. — Zbudowane by upamiętnić to, co Kuwejt zrobił dla naszego Emiratu.

Przechyliłem się, żeby przyjrzeć się kolejnej atrakcji po lewej. W centralnej części ronda, oddzielonej od jezdni gęstą, nisko przystrzyżoną murawą, znajdował się okrągły basen, a nad nim dwupoziomowa fontanna zwieńczona kilkumetrową repliką arabskiego żaglowca.

— Tutaj jest biblioteka narodowa. Tutaj ministerstwo kultury. Tutaj klinika dentystyczna — wskazywał, gdy mijaliśmy kolejne gmachy rozmiarów wielkich domów handlowych. Po kilku minutach wjechaliśmy na skrzyżowanie z wielką bryłą pozłacanej rzeźby na środku. Przedstawiała otwartą grubą księgę, najpewniej Koran.

Kierowca odbił w prawo, w nową dzielnicę biurowców. Rodzące się w bólu drapacze chmur dominowały nad nielicznymi pozostałymi parterowymi lokalami wokół. Całe dzielnice przypominały rozkopany plac budowy, obstawiony żurawiami i barakami, rozrastający się jak infekcja pod czujnym okiem inżynierów. Podmuchy wiatru porywały tumany kurzu, szorując karoserię. Tutaj miraż miał dopiero powstać więc pustynia wciąż uparcie dopominała się swej własności.

Po obu stronach jezdni przewijały się dziesiątki pracowników budowy w białych kaskach i żółtych kamizelkach. Na próżno próbowałem dostrzec kogoś z miejscowych. Gdyby nie ekipy budowlane można było odnieść wrażenie, że ta część miasta była całkowicie wyludniona, zupełnie jakby Szardża pożarła wszystkich swoich tubylców, by móc rozrosnąć się i piąć się w górę.

Przebiliśmy się przez plac budowy i starszą część miasta ciągnącą się przez mniej więcej dwa kilometry. Gdy podjechaliśmy pod niewielki, obskurny budynek, Ammar odwrócił się.

— Macie rezerwacje w Hotelu Plaza — oznajmił.

— Żartujesz? — Scott nie krył rozczarowania.

— Takie instrukcje otrzymałem od pańskiego mocodawcy — odparł Ammar.

Rory pokręcił głową zdegustowany i otworzył drzwi. Wysiedliśmy na chodnik przed hotelem.

— Proszę — powiedział kierowca — to moja wizytówka. Jeśli będzie wam potrzebny przewodnik, dzwońcie śmiało.

Skinąłem i schowałem papierowy kartonik. Rory zgniótł swój i rzucił na chodnik, po czym odwrócił się i ruszył w kierunku starych okutych mosiądzem, przeszklonych drzwi.

Ammar odjechał. Przebiegłem wzrokiem po placu budowy. Po drugiej stronie ulicy, rusztowania i siatki skrywały uwijających się pośród metalowej konstrukcji robotników. Dźwięk szlifierek, wiertarek i młotów pneumatycznych przedzierał się przez szum ruchu ulicznego poniżej. Po lewej, w odległości kilkuset metrów stał kilkupiętrowy dom handlowy. Zamierzałem zajrzeć tam, po zainkasowaniu pierwszej zaliczki od Orlova.

Spojrzałem na Rorego znikającego w głębi lobby. Był jedyną osobą, którą znałem w tym dziwnym mieście. Odruchowo dotknąłem paszportu w kieszeni. Bez niego nie miałem szans na opuszczenie kraju, chyba, że przez deportację, o ile Szardża miała umowę ekstradycyjną ze Stanami. Nie czułem się jak turysta ani jak uciekinier. Przez moment wydawało mi się, że naprawdę wynajęto mnie do wykonania bardzo konkretnego zadania.

Idąc korytarzem, otoczony europejskim wystrojem wnętrza, byłem w stanie szybko podsumować kilka faktów. Po pierwsze: byłem w obcym kraju. Po drugie: nie znałem miejscowych zwyczajów ani kultury. Po trzecie, nie miałem pieniędzy, a przynajmniej nie tyle, żeby nie martwić się o wydatki. Pesymista i realista uznałby, że jestem zależny od Rorego, a poprzez niego, również od Orlova. Musiałem znaleźć sposób, żeby się od nich uniezależnić albo jak najszybciej ustalić czy w Emiratach było to możliwe.

Wchodząc do lobby, doznałem dziwnego rozczarowania. Jeśli Emiraty, faktycznie tryskały bogactwem, niewiele z tego przepychu dotarło lub pozostało w tym budynku. Teoretycznie czterogwiazdkowy hotel, wyglądał na dwie, góra trzy z hakiem. W lobby wypełnionym skórzanymi fotelami, kanapą i porysowaną szklaną ławą, oprócz nas nie było prawie nikogo. Gruby wąsaty recepcjonista za biurkiem zaśmiewał się co chwilę z wzrokiem utkwionym w ekran ustawiony poniżej kontuaru.

— Zawsze tu tak pusto? — zapytałem.

Wąsaty podniósł wzrok, spoważniał i wyprostował się.

— O tej porze uczciwi ludzie pracują — odparł, zmierzył nas drwiącym spojrzeniem, wziął nasze paszporty i zaczął je wnikliwie przeglądać.

Nagle, zza szklanych drzwi po prawej wyłoniło się kilku mężczyzn: dwóch Hindusów, Azjata i blondyn o trupio białej karnacji. Cała trójka w okularach, z inteligentnym wyrazem twarzy, zmęczeni, ale dość weseli.

— Coś nie tak? — zapytałem.

Recepcjonista podniósł wzrok znad klawiatury obrzucił mnie obojętnym spojrzeniem i zabrał się za wklepywanie naszych danych do komputera.

Miałem chwilę, żeby przyjrzeć się lobby. W rogu, na fotelu siedział ochroniarz. Obserwował nas w ciszy znudzonym wzrokiem. Podobnie jak recepcjonista był ciemnoskóry. Dokoła nie dostrzegłem ani jednego Araba. Orlov wiedział dobrze, gdzie nas ukryć. W kraju, w którym ropa gwarantowała luksus tylko obywatelom, przyjezdni kontrahenci podtrzymywali przy życiu zapuszczone hotele. Przypomniał mi się celnik z lotniska. Zastanawiałem się, czy uwierzyłby w bajkę o zaproszeniu od szejka, gdyby wiedział, w jakiej norze nocujemy.

— Pokój 112, czternaste piętro, winda po lewej — wskazał, podając nam klucz.

— Jeden pokój? — zapytałem.

— Jeden apartament — odparł. — Dwie sypialnie. Za pół godziny możecie odebrać paszporty.

Wsiedliśmy do obdrapanej, chyboczącej się windy. Wybrałem numer piętra i klatka ruszyła ze zgrzytem. Sunęła mozolnie w górę, drżąc co jakiś czas i trzeszcząc. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że odpowiada na brzęki z głębi szybu, prowadząc dialog z resztą rozpadającego się budynku. Gdy dotarliśmy na nasze piętro, byłem już pewien, że Orlov wybrał je celowo. Podróż w górę zawieszoną na linie trumną skutecznie zniechęcała do częstego opuszczania pokoju.

Apartament znajdował się tuż przy windzie i oferował takie luksusy jak łazienkę, czterokanałowy telewizor, biurko, szafę i łóżko w każdym pokoju. W mojej zatęchłej sypialni, dodatkowe wyposażenie stanowił drewniany stolik i stare wiklinowe krzesło. Gdy rozsunąłem zasłony i otworzyłem drzwi wychodzące na rozległy sześciometrowy balkon łączący oba pokoje, do środka wdarła się seria metalicznych dźwięków. Czternaste piętro, na które trafiliśmy gwarantowało dobry punkt akustyczny, w którym mogliśmy uchwycić zarówno echo młotów z dolnych pięter, jak i szlifierek w połowie dwa razy wyższego budynku wznoszonego naprzeciwko. Nad nami, rozległ się dźwięk syreny, sygnał, że dźwig przenosił materiał na najwyższą kondygnację.

Stanąłem na wyłożonej kaflami posadzce, zastanawiając się, czy nie zapadnie się pod moim ciężarem. Balkon otaczała stara metalowa balustrada wczepiona desperacko w ścianę w czterech miejscach. Tynk odpadał grubymi płatami, pozostawiając niepokojąco nagą elewację.

Widok na miasto był przyzwoity. Gdyby nie stalowy szkielet przede mną mógłbym cieszyć się kolorami wybrzeża i reszty wznoszonych wzdłuż piaszczystej plaży kolosów. Przebiegłem wzrokiem po niezasłoniętej części horyzontu. Sterczące na każdym kroku nierówne ramiona dźwigów przypominały koślawe krzyże wbite w szkielety wieżowców. Naliczyłem ich ponad dziesięć, po jednym lub dwa przy każdym wznoszonym budynku. Miasto nie przypominało placu budowy. Ono było placem budowy — wielkim, żywym, rodzącym się w bólu mechanizmem.


Wróciłem do pokoju i rozpakowałem się. Rory poradził mi zajrzeć do centrum handlowego, żeby uzupełnić garderobę, najlepiej czymś, co zakryje kolana i ramiona. Niestosowny strój przyciągał spojrzenia miejscowych, a ja wolałem nie ściągać na siebie niczyjej uwagi. Gdy pół godziny później wykąpani i wciąż zmęczeni szliśmy w kierunku windy dodał kolejną złą nowinę:

— Szardża to suchy emirat. Nie kupisz tu nigdzie nawet kropli whisky.

— Nigdzie? — spytałem, zaglądając na zacinającą się wskazówkę nad drzwiami.

— Jak narozrabiasz, wyrzucą cię stąd przy pierwszej okazji, a wtedy będziesz mógł kupić sobie flaszkę w wolnocłowej, zamknąć się w kiblu i pić do woli.

— Prędzej mnie deportują — powiedziałem.

— To też możliwe. Póki co, w Szardży jest tylko jedno miejsce, gdzie można się napić. To Klub Odkrywcy, do którego i tak nie mamy wstępu.

— Niech zgadnę. Tylko dla odkrywców?

— Dla obcokrajowców z grubymi portfelami.

Nie skomentowałem. Wiedziałem, że prędzej czy później będę potrzebował drinka, a wspólne zakwaterowanie będzie wystarczająco dobrym pretekstem do sięgnięcia po butelkę.

Wyszliśmy na ulicę. Dochodziła dziesiąta. Słońce wisiało wysoko nad horyzontem, ale ulice wciąż owiewał przyjemny prąd znad zatoki. Byłby zapewne o wiele przyjemniejszy, gdyby nie kurz z placu budowy wypełniający i zatykający nozdrza. Ponagliłem Rorego i ruszyliśmy w stronę klimatyzowanego centrum handlowego.

Gdy weszliśmy do środka odetchnąłem z ulgą. Aseptyczne wnętrze pozwalało odetchnąć płucom, ale miało w sobie też coś znajomego. Stojąc przy wejściu do rozległego lobby, poczułem, że mam w zasięgu ręki namiastkę domu, konsumpcję, kulturę i kult pieniądza, usłużną uprzejmość sprzedawców i ich uśmiech, gdy podajemy im złotą kartę kredytową. To miejsce mogło się wkrótce stać moim azylem, miejscem, do którego mógłbym wrócić, gdy arabskie realia wydadzą się zbyt uciążliwe. Pod szklanym dachem świątyni dolara mógłbym oddać się kontemplacji produktów i usług, odbyć sesję terapeutyczną z ekspedientką, sprzedawcą lub kelnerem. Nawet lobby Mega Mall, miało w zamyśle działanie terapeutyczne. Na środku otwartej przestrzeni wzniesiono makietę tropikalnej wyspy, z żywą roślinnością i sztucznymi skałami, w centrum której, na wzniesieniu prężył się duch T-Rexa, rekonstrukcja szkieletu spoglądającego pustymi oczodołami na ignorujący go tłum. Niegdyś drapieżny władca, siejący strach i śmierć, teraz zastygły w czasie totem wyznawców konsumpcji. Wszystko po to, by umocnić się w wierze.

Naprzeciw wejścia znajdowały się sklepy klasy S dla superbogatych, biuro ochrony ViP-ów i dwa przeszklone szyby wind obsługujących trzy piętra nad nami. Rory sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej białą kopertę.

— To od szefa — powiedział.

— Zaliczka? — spytałem, zaglądając do środka. — Zupełnie niepotrzebnie.

W środku znalazłem srebrną kartę kredytową. Była wystawiona na moje nazwisko.

— To zaliczka na poczet książki — powiedział. — Masz tu mniej więcej czterdzieści tysięcy dirhem, równowartość dziesięciu tysięcy dolarów.

Przyglądałem się karcie. Przejechałem palcem po wypukłych literach i cyfrach. Była wystawiona na moje nazwisko. Na moje prawdziwe nazwisko.

Spojrzałem na rewers. Data wydania karty to styczeń 2001. Rzuciłem okiem na zegarek. Był czwarty marca. Wyrobienie karty kredytowej trwa zazwyczaj tydzień do dwóch tygodni, a ta którą trzymałem w ręce została otwarta co najmniej miesiąc wcześniej. Jakby tego było mało, karta mogła być zamówiona na długo przed 18 stycznia, gdy straciłem pamięć. Jedno było pewne. Albo spodziewali się, że zgodzę się na ich propozycję, albo byli pewni, że nie będę mógł im odmówić.

— Kto wyrobił tę kartę? — zastanawiałem się. — Alex i Rory czy może ja?

— Coś nie tak? — Scott od razu wyczuł moje wahanie. — Masz tu wystarczający kredyt, żeby pokryć najpilniejsze wydatki. Przez jakiś czas zostaniemy w hotelu. Póki co, jest opłacony. Potem będziemy musieli poszukać tańszego noclegu, więc nie wydaj wszystkiego od razu.

— Kto wyrobił tę kartę? — zapytałem.

Rory uśmiechnął się jakbym zaskoczył go właściwym tokiem myślenia po czym wzruszył ramionami.

— Nie mam pojęcia — powiedział. — Ja nie zajmuję się takimi sprawami. Sam zapytasz szefa, kiedy przyjedzie.

Skinąłem głową i schowałem plastik do portfela. Zastanawiałem się, czy opłacono mnie czy okradziono.

— Spotkamy się w hotelu — powiedział. — Spróbuję załatwić nam jakiś transport. Muszę się przespać. A wieczorem możemy przejechać się po okolicy. Pokażę ci kilka miejsc.

— Przecież mamy kierowcę — zaprotestowałem.

— Nie znam go i nie ufam mu. Dlatego pojedziemy sami.

Wykonał niedbały gest imitujący salut, odwrócił się i ruszył w kierunku wyjścia. Wyciągnąłem z portfela moją Visę i obejrzałem dokładnie, szukając wskazówek. Była to srebrna karta City wydana w Waszyngtonie. Mogła zostać wysłana do mnie pocztą, mógł ją też odebrać w Filadelfii ktoś z ekipy Orlova. Musiałem dowiedzieć się kto składał dyspozycję na kartę i pod czyj rachunek jest podpięta.

Wybiegłem przez obrotowe drzwi na chodnik, żeby sprawdzić, gdzie jest Rory. Nie było go nigdzie w zasięgu wzroku. Mogłem mieć tylko nadzieję, że nie obserwuje mnie z ukrycia. Wszedłem do środka, znalazłem sklep z komórkami i zapytałem, czy mogę zadzwonić do mojego banku. Sprzedawca opierał się przez chwilę, próbując wcisnąć mi abonament z telefonem, ale gdy powiedziałem mu, że chodzi o moją kartę kredytową, przemyślał sprawę i uległ.

Podałem mu kartę i poprosiłem o wybranie infolinii banku. Połączył mnie natychmiast. W centrum obsługi klienta poinformowali mnie, że nie mogą podać mi informacji na temat karty, jeśli nie należy do mnie, a mnie mogą zidentyfikować tylko jeśli odpowiem na cztery standardowe pytania. Podałem datę urodzenia, ale pozostałych trzech odpowiedzi nie znałem. Musiałem wyglądać jak ktoś kto ukradł kartę, bo sprzedawca przede mną przysłuchiwał się podejrzliwie, a gdy skończyłem rozmowę zastanawiał się czy powinien mi ją oddać. Po tym krótkim incydencie wiedziałem już, że muszę być bardziej ostrożny.

Postanowiłem nie przedłużać bardziej zakupów, znaleźć co trzeba i wracać do hotelu. Zaopatrzony w kilka bawełnianych koszul, dwie pary białych, przewiewnych spodni, ciemne okulary o srebrnych oprawkach i słomianą panamę dla ukrycia blond włosów, wyszedłem na chodnik zapylonej, ruchliwej ulicy. Idąc powoli w stronę Hotelu Plaza zauważyłem, że potrzebuję czegoś więcej niż tylko letniego stroju by wtopić się w tłum. Prawie nikt z przechodniów nie miał na stopach butów. Miejscowi przyodziani w długie białe sukna, sunęli dystyngowanie wzdłuż witryn sklepowych, a ich gołe palce stóp wyłaniające się spod białych Kandur przyodziane były w tradycyjne skórzane sandały.

Mimo wszystko byłem gotów na zwiedzanie Szardży. Nie zamierzałem jednak pozwolić Roremu by po raz kolejny wodził mnie za nos i decydował co powinienem zobaczyć. Znalazłem budkę telefoniczną, wybrałem numer do naszego kierowcy i umówiłem się na wieczór.

Gdy zmierzch wepchnął zmęczone słońce za horyzont, temperatura spadła do przyjemnych dwudziestu stopni. Wyszedłem na balkon zaczerpnąć powietrza. Miałem za sobą kilka godzin snu i czułem nowy przypływ optymizmu.

— Nie wynająłem samochodu — powiedział Rory.

Wszedł na balkon i oparł się o barierkę obok mnie. Miał na sobie czarne spodnie i koszulę i skórzane lśniące półbuty.

— Dlaczego? — zapytałem.

— Za dużo zawołali

— To dobrze — odparłem. — Nasz kierowca będzie za piętnaście minut.

— Podejrzewałem, że do niego zadzwonisz — odparł.

— To dobrze.

— Co dobrze?

— Skoro wiesz, nie musisz się irytować, a ja nie muszę znosić twojej irytacji — odparłem.

Scott spojrzał na zegarek i wszedł do pokoju. Po dziesięciu minutach zjechaliśmy na dół.

Wsiadając do szarego mercedesa Ammara, nie wiedziałem jeszcze co właściwie chcę zobaczyć. Interesowało mnie wszystko, co zechce nam pokazać, a jeszcze bardziej to, czego będzie unikał. Nie spodziewałem się zbyt wiele po tej wycieczce, ale wiedziałem, że jeśli mam dowiedzieć się czegoś o Szardży, wypadało zacząć od oficjalnej, turystycznej wersji.

— Piękny wieczór na zwiedzanie, nieprawdaż? — Azam zdawał się być w dobrym nastroju. Uśmiechnął się, a potem spojrzał na Rorego. Scott jak zwykle nie pałał entuzjazmem. Obrzucił kierowcę sceptycznym spojrzeniem i tylko przytaknął jakby przytakiwał idiocie.

— Tak jak uzgodniliśmy? — zapytałem. — Krótka trasa po najciekawszych miejscach?

— Zgadza się.

Scott spojrzał na mnie jakby próbował przetrawić coś więcej niż kwestię programu.

— Coś nie tak? — zapytałem.

Samochód ruszył i zanim Scott zdążył odpowiedzieć, Ammar rozpoczął swój monolog.

— Nie wiem, czy wiecie, ale trzy lata temu Szardża otrzymała od UNESCO tytuł Kulturalnej Stolicy Świata Arabskiego — powiedział z dumą. — Dzielnica Al Shuwaiheen, przez którą przejedziemy, jest uważana za kulturalne centrum regionu.

— Pamiętam, że przejeżdżaliśmy obok kilku ciekawych miejsc — wtrąciłem. — Czy to właśnie tamta części miasta?

— Tak. Tereny na południe od waszego hotelu to strefa przemysłowa. Północno-wschodnia część emiratu to przedmieścia z dzielnicami mieszkalnymi, a jadąc dalej na południowy wschód, dotrzecie do miasteczka uniwersyteckiego.

— Chciałbym zobaczyć miejscową architekturę — powiedziałem. — Tutejsze meczety są imponujące.

— O tak — Azam uśmiechnął się. W lusterku widziałem, jak jego oczy rozbłysły. — W całym emiracie jest ich ponad sześćset, średnio po dwa lub trzy na każą dzielnicę miasta.

— To dość dużo.

— Allah jest wielki i ma wielu wyznawców.

— A propos, ilu ludzi tutaj mieszka?

— Cały emirat ma ponad pięćset tysięcy mieszkańców, z czego większość mieszka w centrum miasta. To na prawdę cudowne miejsce…

Ammar mówił dalej, a ja podziwiałem arabską wersję Dolnego Manhattanu. Wszystkie budynki lśniły światłem ekspozycji sklepowych oświetlających chodniki i sal restauracji pękających od tłumów. Jechaliśmy tą samą drogą, którą dotarliśmy do hotelu z tym, że teraz gra świateł wyłoniła z mroku prawdziwe piękno miasta. Ledwo widoczne szkielety ponurych, oświetlonych zimnym światłem konstrukcji zostały daleko w tyle. Czasami tylko przewijały się w tle spowite aurą blasku tętniących życiem ulic.

Po kilku minutach, spomiędzy coraz niższych szklanych budynków zaczęły wyłaniać się tradycyjne kamienne gmachy. Kilkaset metrów dalej dotarliśmy do dzielnicy z reklamowych folderów. Bajecznie oświetlone, skąpane w odcieniach czerwieni, żółci, pomarańczy i błękitu, kolorowe meczety, muzea i inne perełki południowej architektury olśniewały rozmiarem i wyreżyserowaną magią. Gdy ostatnie budynki przed nami rozstąpiły się, wjechaliśmy na otwarty teren otoczony równiną wystrzyżonych trawników. Był to rozległy skwer z wplątaną w niego siecią rond i dróg prowadzących w kierunku kolejnego meczetu. Światła sunących po zakrętach samochodów wydawały się naruszać spokój tego obsadzonego drzewami placu. Po chwili zza wysepki na środku ronda, wyłoniła się rozświetlona tęczowymi barwami pulsująca kolumna fontanny. Górowała nad koronami drzew palmowych w centralnej części parku. Nieco dalej, kilkaset metrów przed nami, zauważyłem kamienną bryłę świątyni.

— Oto meczet Króla Faisala — powiedział Ammar.

Minęliśmy tył białego budynku i jego prawą ścianę. Robił niesamowite wrażenie. Trzy kondygnacje zwieńczonych łukami, wspieranych kolumnami balkonów przypominały Pałac Dożów weneckich. Dwa pięćdziesięciometrowe minarety wznosiły się po obu stronach meczetu. Z otworów okiennych na szczycie biło ciepłe, żółte światło, nadające im wygląd bajkowych latarń morskich pośrodku pustyni.

— Piękny prawda? — Ammar uśmiechnął się.

— Trudno się nie zgodzić — odparłem. Rory tylko rzucił okiem, a potem wlepił wzrok w drogę przed nami.

Przemknęliśmy płynnie slalomem przez mozaikę skrzyżowań, po czym odbiliśmy w prawo w kierunku komercyjnego centrum miasta. Po kilkuset metrach Ammar wjechał na jezdnię ciągnącą się wzdłuż kanału. Czarne lustro wody zaczynało się zatoką po prawej i kończyło wąskim kanałem po lewej. Poprosiłem go, żeby się zatrzymał. Chciałem zobaczyć wszystko z bliska, poczuć i zrozumieć. Gdy zwolnił, jego telefon zadzwonił. Odczekałem kilkanaście sekund, skinąłem na Rorego i wyszliśmy na długi prowadzący w stronę kanału deptak. Ruszyliśmy w stronę promenady. Po prawej rozciągał się zielony skwer naznaczony rzędami rozsadzonych co kilka metrów niskich palm. Wyglądały jak groby na cmentarzu wojskowym. Po lewej parking łączył się z w bulwarem, który ciągnął się wzdłuż kanału w kierunku kolejnego rozświetlonego meczetu.

— Nie podoba ci się? — spytałem Rorego.

— Wyobrażałem sobie ten wieczór nieco inaczej.

— Ubrałeś się jak na dancing. Jeśli coś planowałeś, mogłeś mnie uprzedzić.

Nie odpowiedział. Nie musiał się tłumaczyć.

Doszliśmy do barierki. Przed nami rozciągał się widok na jaskrawo oświetlone drapacze chmur na przeciwnym brzegu. Mieniły się i skrzyły na tle nocy, tworząc niemal bajkowy krajobraz. Po prawej, bliżej wybrzeża olbrzymie diabelskie koło obracało się powoli, dodając kolorytu całemu pejzażowi. Kilkaset metrów na prawo od nas, pośrodku zatoki usypano trzy sztuczne wyspy z piasku, przez które przechodził nieukończony jeszcze most.

— Kto by pomyślał, że to wszystko dzięki ropie? — rzuciłem.

Rory wzruszył ramionami. Nie zamierzał odpowiadać. Wyglądało na to, że nie wyduszę z niego wiele tego wieczoru.

— Powiedz to jemu — odparł po chwili, wskazując palcem na zbliżającego się przewodnika.

— Tu jesteście — powiedział. — Piękny widok, prawda?

— Zastanawia mnie, skąd ten cały przepych — powiedziałem.

Azam spojrzał na mnie jakby nie zrozumiał pytania.

— Jak dużo ropy mają Emiraty? — zapytałem.

— Szardża nie ma Ropy — odparł.

— Więc skąd te inwestycje?

— Szardża to przemysł i kultura. Mamy tutaj ogromną strefę przemysłową i komercyjną — powiedział, po czym odczekał chwilę, a kiedy zobaczył, że nie jestem do końca przekonany, dodał:

— Jesteśmy przede wszystkim centrum przeładunkowym na szlaku morskim między Azją, Afryką i Europą.

— I to wystarczy? — zapytałem.

— Mamy porty po obu stronach Półwyspu Arabskiego, czym nie może pochwalić się żaden z Emiratów. Poza tym, ciągle rozbudowujemy nasz port lotniczy, a nasza strefa wolnocłowa jest największa w regionie. Sama Szarża, mówię o mieście, dostarcza ponad pięć procent PKB Emiratów, co stanowi czterdzieści procent PKB pochodzącego z przemysłu wszystkich Emiratów łącznie. Tak więc sam widzisz, że nie potrzeba ropy.

Rory parsknął.

— Cóż… — powiedziałem. — Rzeczywiście, trudno w to uwierzyć.

— A mimo to, wszystko co mówię, to prawda — odparł. — Zresztą, nie jesteśmy wyjątkiem. Dubaj też nie ma dużych złóż ropy, a to, co im jeszcze pozostało to resztki.

— Ale mimo to jest o wiele bogatszy niż Szardża? — zapytałem.

— Zgadza się, ale staramy się…

— Dogonić ich? — wtrącił Rory. — Powodzenia.

— Wiem, to nie łatwe zadanie. Ale my mamy swój własny przepis na rozwój. A Szejk Al Quasimi to światły człowiek i wie co robi.

— W takim razie Dubaj musi mieć… — Rory zawahał się. — Monarchę podobnego formatu, prawda? — uśmiechnął się.

Azam ledwo spojrzał na niego. W jego oczach dostrzegłem niechęć, może nawet pogardę. Nie odpowiedział. Zamiast tego zwrócił się do mnie.

— Nasza strefa wolnocłowa napędza handel, a stabilny klimat inwestycyjny przyciąga inwestycje. Mamy stabilny rząd i konserwatywne wartości. W przeciwieństwie do Dubaju, nie przyciągamy wszystkich, którzy mają gotówkę. Szardża to miejsce dla ludzi uczciwych i pracowitych.

Rory uśmiechnął się.

— Dlaczego się śmiejesz? — zapytałem.

— Bez życia nocnego daleko nie pociągniecie — odparł.

— Wręcz przeciwnie — odparł.

— A propos — powiedziałem, chcąc zmienić temat — Jak daleko jest stąd do Dubaju?

— O tej porze? Jakieś piętnaście minut autostradą. Dlaczego pan pyta?

— Chcemy zobaczyć Dubaj nocą — odparł Rory.

Ammar wykrzywił się.

— O co chodzi? — rzucił Rory. — Masz coś innego do Roboty?

Ammar nie odpowiedział.

— Odnoszę wrażenie, — zwróciłem się do Azama — że nie przepadasz za tamtym miastem?

— Próżność i rozpusta — powiedział, kręcąc głową. — Dekadencki konsumpcjonizm i erozja podstawowych wartości. Czy na pewno właśnie to chcecie oglądać?

— Dokładnie to — uśmiechnął się Scott. — Jedziemy?

Azam pokręcił głową zawiedziony.

— Jeśli nie chcesz, możemy wracać do hotelu — powiedziałem. — Jutro wynajmiemy samochód i sami zwiedzimy Dubaj.

— Nie — przerwał mi. Widziałem, jak walczy ze sobą i zbiera determinację — Zobowiązałem się oprowadzić was po Emiracie — powiedział. — I zamierzam dotrzymać słowa.

— Świetnie. Idziemy? — Rory ruszył przodem.

— Dziękuję — powiedziałem, zaniepokojony entuzjazmem Scotta.

— Gdzie chcecie jechać najpierw? — zapytał, gdy doszliśmy do Rorego.

— Broadway Hotel, adres podam ci w samochodzie — powiedział.

— Hotel? — zapytałem.

Azam znów pokręcił głową.

— Nie chcesz zobaczyć nocnego klubu w Dubaju?

— Po co? — zapytałem.

— Uwierz mi, czegoś takiego nie powinieneś przepuścić — uśmiechnął się.

Coś w jego głosie zaintrygowało mnie. Przytaknąłem.

— Azam sobie poradzi — powiedział. — Nie przejmuj się. Jeśli trzeba będzie, z powrotem złapiemy taksówkę.

Nasz kierowca wsiadł do samochodu, obniżył szyby i odpalił silnik.

— Dobrze. Jedźmy już — powiedział. — Chcę jeszcze dziś zobaczyć się z rodziną.


Ruszyliśmy trzypasmowym bulwarem oddzielającym kanał od apartamentowców po lewej. Zostawiliśmy zatokę z jej Meczetami w tyle i wskoczyliśmy na pięciopasmową obwodnicę. Po piętnastu minutach milczącej jazdy w oddali pojawiły się wyłaniające zza linii palm odległe oświetlone drapacze chmur. Minęliśmy pierwszą dzielnicę mieszkalną Dubaju, wypełnioną willami ogrodzonymi kamiennymi murami. Po prawej, wzdłuż wybrzeża pojawiły się pierwsze wieżowce. Na wprost przed nami wznosiły się i obniżały migające światła startujących i lądujących samolotów. Minęliśmy początek pasa startowego, międzynarodowego lotniska po lewej i dojechaliśmy do kanału rozcinającego na pół śródmieście Dubaju. Ammar zwolnił i odbił przed mostem w prawo w kierunku mrocznych wód Zatoki Perskiej.

Jechaliśmy wzdłuż oświetlonego brzegu. Minęliśmy długą przystań ekskluzywnych jachtów i motorówek. Podobnie jak w Szardży, tam też rozpościerał się gigantyczny plac budowy. Różnił się jednak znacząco rozmiarem. Czegoś takiego nie widziałem nigdy w życiu. Im głębiej zapuszczaliśmy się wzdłuż kanału tym wyższe i bardziej zmyślne były to konstrukcje, a dziesiątki dźwigów sterczących nieruchomo, sprawiały, że tamte z Szardży wyglądały przy nich jak zabawki.

— To nie tędy! — Rory ocknął się nagle. — Miałeś skręcić tutaj.

— Chcę pokazać coś panu Dawsonowi — odparł.

Rory westchnął i pokiwał głową.

— To chyba największy plac budowy na świecie — przyznałem.

— Zgadza się — rzucił kierowca — ale zaraz zobaczysz coś naprawdę niezwykłego.

Wjechaliśmy na stację benzynową pośrodku pustej, ubitej parceli. Tuż za jej skrajem, w odległości mniej więcej stu metrów znajdował się piaszczysty brzeg.

— Nie widzę tu nic ciekawego — powiedziałem.

— Za pół roku rozpocznie się tu budowa największej stworzonej przez człowieka wyspy. W planie jest sześć mega projektów, które przyciągną tu masę inwestycji. Spójrz tam — wskazał coś po lewej.

Daleko, mniej więcej w połowie oświetlonej linii horyzontu na powierzchni wody dostrzegłem zarys czegoś co wyglądało jak wyspa.

— Co to takiego?

— To wyspa Palm Jumeraih — pierwsza tego rodzaju na świecie.

Faktycznie, gdy przyjrzałem się jej dokładniej, dostrzegłem, że to co z początku wyglądało jak wyspa było usypanym z piasku półwyspem. Azzam kucnął, rozgarnął dłonią piasek i palcem nakreślił kształt konstrukcji. Z linii brzegowej w kierunku zatoki wyrastał prostopadle rdzeń, od którego rozchodziło się osiem par rozgałęzień nadających całości kształt palmy. Nad jej koroną Ammar zaznaczył półksiężyc, będący barierą przed uderzeniami fal z zatoki.

— To wygląda dość ryzykownie — powiedziałem.

— Dlaczego? — zdziwił się.

— Nie martwią się, że poziom wody się podniesie?

— Myślisz, że ci, którzy inwestują w te wyspy myślą długoterminowo? — wtrącił Rory.

— Tak czy inaczej, to imponujące — odparłem. Kierowca starał się i byłem mu za to wdzięczny.

— Tak. To imponujące — powiedział Ammar. — A to zaledwie początek. Szejk Mohammed planuje dziesiątki inwestycji. W zeszłym roku otwarto Burj Al-Arab, pierwszy na świecie siedmiogwiazdkowy hotel. W planach jest też budowa największego na świecie parku rozrywki, stoku narciarskiego, podwodnego hotelu, kilku galerii handlowych i nawet portu kosmicznego.

— Skąd wezmą na to wszystko pieniądze? Te inwestycje muszą być liczone w miliardach dolarów?

— Szejk planuje otworzyć tu w przyszłym roku Międzynarodowe Centrum Finansowe. Już teraz zerowe podatki ściągają ogromne ilości kapitału z całego świata.

Spojrzałem na Rorego. Nie był zainteresowany tym, co mówił Azam.

— Jedziemy? — zapytał zniecierpliwiony.

— Za chwilę — odparł przewodnik, odwrócił się w stronę brzegu i zastygł, wpatrując się w coś ukryte w ciemnościach przed nim. Stał tak kilkanaście sekund, jakby nawiązywał kontakt z ukrytym poza zasięgiem wzroku bóstwem, a gdy w końcu się odwrócił, w jego spojrzeniu dostrzegłem nostalgię i smutek. Wyglądał jakby uwierzył, że stał tam po raz ostatni. Jakby wkrótce miało się stać coś, co odbierze mu ten widok, to morze, tę ziemię. Próbował utrwalić w pamięci drżącą lekko, wciąż dziewiczą powierzchnię zatoki, jakby woda i ziemia jego przodków miały wkrótce zostać ostatecznie podbite przez parkingi samochodowe, galerie handlowe, sztuczne wyspy i podwodne hotele. W pewnym sensie tak właśnie było. Za kilka lat miały tu powstać świecące się, skrzące elektrycznością konstrukcje, a nieskrępowany żywioł wody odsunięty od ludzi przez gigantyczne przedmieścia wrastające w morze pod naporem koparek wydobywających piach z dna zatoki.

— Coś nie tak? — zapytałem.

— Postęp — odparł i ruszył w kierunku taksówki.


Kilka minut później sunęliśmy z powrotem pustą aleją na południe wzdłuż kanału. Odbiliśmy w prawo, na most rozwieszony nad nieruchomym, czarnym lustrem wody i wjechaliśmy w dzielnicę przemysłowo handlową. Po prawej, od strony Zatoki majaczyły finezyjne bryły szklanych drapaczy chmur i niższe od nich, dolne piętra wciąż wznoszonych molochów. Budynek, przed którym się zatrzymaliśmy nie wyróżniał się niczym szczególnym. Był to pięciopiętrowy gmach o ścianach z jasnego kamienia i przyciemnianych szybach w każdym z kilkumetrowych okien.

— Tutaj się pożegnamy — powiedział Azam. — Mam nadzieję, że ten wieczór będzie dla was łaskawy. — Na jego twarzy malował się niesmak, zupełnie jakby Rory zabierał mnie w miejsce, do którego nikt nie powinien zaglądać.

— Do zobaczenia — Rory machnął ręką na pożegnanie.

Podziękowałem mu i podałem dłoń. Ammar skinął i uścisnął ją z wymuszonym uśmiechem. Na jego twarzy rysował się smutek, jak u człowiek pozbawionego złudzeń. Gdy tylko odjechał, Rory rozpoczął oprowadzanie.

— No dobrze — powiedział. — Teraz pokażę ci typowy klub w Dubaju.

— Nie wiem, czy powinienem się cieszyć. Nasz kierowca nie wyglądał na zadowolonego.

— To Arab. Muzułmanin. Co on wie o dobrej zabawie? Zresztą, nie będziesz chyba słuchał jakiegoś miejscowego pastucha?

— Wciąż nie przestajesz mnie zaskakiwać.

— A noc jeszcze młoda — odparł i po raz pierwszy tego wieczoru uśmiechnął się.

Drzwi przed nami otworzyły się z cichym mlaśnięciem. Ze środka wytoczył się dwudziestokilkuletni rudzielec. Robił wrażenie zadowolonego, jakby w tym właśnie klubie znalazł coś, czego było mu potrzeba. Miał na sobie kolorową, kwiecistą koszulę z krótkim rękawem, jasne spodnie z nogawkami poniżej kolana i sandały. Alkohol we krwi zakrzywił nieco jego chód, a aroganckie ruchy ramion sugerowały próbę ukrycia nadpobudliwych, pijanych dłoni w kieszeniach. Jego widok przypomniał mi, jak bardzo potrzebowałem się napić.

— Swoją drogą, jeden drink nikomu jeszcze nie zaszkodził — powiedziałem.

— To prawda — odparł Rory. — Dobry drink nigdy nie jest zły — dodał, uśmiechnął się i ruszył przodem.

Przeszliśmy krótkim korytarzem do lobby, skąd odbiliśmy w prawo i weszliśmy do huczącego muzyką klubu. Był pełen pijanych dwudziestolatków. Po kolorze skóry wywnioskowałem, że większość z nich była przyjezdna. Rory zatrzymał się przy prostym, podświetlanym błękitnym neonem barze i zamówił kolejkę.

— Widzisz, to jest właśnie jeden z klubów w Dubaju. Tutaj możesz odpocząć i dać upust swoim wyrafinowanym potrzebom. — Podniósł szklankę i opróżnił ją. Zrobiłem to samo.

— Masz tu wszystko, czego dusza pragnie — powiedział — alkohol, narkotyki, głośną muzykę i mieszane towarzystwo gotowe cieszyć się życiem za wszelką cenę. Bez względu na to, jak wygórowana jest ta cena — wskazał na nastolatkę uczepioną szyi jakiegoś czterdziestolatka w kącie, na prawo od drzwi.

— Za pieniądze rodziców i sponsorów — powiedziałem.

— Zdarza się — odparł. — Ale głównie za wypłaty. Wielu przyjechało tutaj zrealizować swój arabski sen.

— Ile kosztuje ta kolejka? — podniosłem kieliszek wypełniony tequilą, przyglądając się dziewczynie po drugiej stronie baru.

— Więcej niż przewiduje twój dzienny budżet — odparł. — Ale nie martw się, ja stawiam — podniósł swój, stuknął i wypiliśmy do dna.

Nagle, za plecami pojawiły się dwie kobiety.

— Cześć — powiedziały z wyraźnym wschodnim akcentem. — Chcecie się zabawić?

Brunetka była prawie ładna. Długie, naturalne czarne rzęsy, kręcone, rozpuszczone włosy. Tylko nadmiar makijażu wzbudzał podejrzenia. Blondynka z kolei uśmiechała się do mnie nienaturalnie białym uzębieniem. Miała ordynarnie utlenione włosy, zapadnięte policzki i niezdrową cerę.

— Dzięki dziewczyny. Nie chcemy — odparł Scott. — Spadajcie stąd — rzucił zanim zdążyłem zareagować.

Blondynka wzruszyła ramionami, brunetka uśmiechnęła się niezniechęcona i puściła mi oko.

— Nawet o tym nie myśl — rzucił Rory. Też wzruszyłem ramionami. Czułem, że tequila zaczęła działać. Brunetka wydawała się odrobinę piękniejsza i ona sama chyba też to wyczuła, bo gdy jej koleżanka odwróciła się i ruszyła szukać frajerów, ciemnowłosa powiedziała:

— Wiesz co? Lubię Amerykanów, więc dam ci zniżkę.

— Przykro mi — odparłem. — Nie stać mnie — dodałem, uśmiechając się głupio.

Gdy odwróciła się i oddaliła zajrzałem do kieliszka.

— Więc nie zabrałeś mnie tu na dziwki? — zapytałem.

— Rozczarowany? — odparł.

— Nie, cieszę się. Ciągle wmawiam sobie, że jeszcze nie muszę za to płacić.

— Gdyby było cię stać, nie zawracałbyś sobie głowy takimi drobiazgami — zaśmiał się.

Rozejrzałem się po sali, przyglądając się klienteli. Większość z nich stanowili młodzi mężczyźni. Siedzieli w lożach, po trzech, czterech lub pięciu samców. Próbowałem znaleźć jakąś parę na parkiecie, ale na próżno. Szóstka kobiet, które tańczyły w narkotycznym transie na środku mogła mieć między dwadzieścia a trzydzieści wiosen. Nie wyglądały na pracujące, zbyt dobrze się bawiły, a były przy tym tak skąpo ubrane, że blondynka, którą spławił Scott wyglądała przy nich jak zakonnica.

— Zastanawiałeś się, dlaczego pieniądze z całego świata wędrują do Dubaju?

— Nie. Nie zastanawiałem się. A powinienem?

Rory pokręcił głową, jakby spodziewał się takiej właśnie odpowiedzi. Wskazał dłonią na parkiet i stadko blondynek na środku, następnie zatoczył palcem łuk, wskazując kolejno na wszystkich niezaspokojonych mężczyzn przy stolikach. Potem skinął na jednego z nich. W rozległej półokrągłej loży na lewo od wejścia siedziało czterech mniej więcej trzydziestolatków i piątka nieco młodszych kobiet. Dwie z nich, blondynki o kręconych i prostych włosach siedziały na kolanach dwóch śniadych brunetów, prawdopodobnie Włochów lub Hiszpanów. Obok nich siedziała piękna brunetka, o wielkich pełnych piersiach i pociągłej twarzy. Jej latynoskie usta otwierały się i zamykały, produkując bezustanny potok słów w kierunku bladego blondyna siedzącego obok. Niczym meksykańska prezenterka porannego programu z uśmiechem na ustach atakowała go nudnymi plotkami z życia gwiazd i prowokującymi spojrzeniami. Na prawo od blondyna siedziało dwóch hindusów, średniej budowy, o kręconych kruczo czarnych włosach. Z pożądaniem na twarzy flirtowali z szatynką i brunetką siedzącymi bliżej wejścia.

— Spotkanie integracyjne — skwitowałem i odwróciłem się obojętnie.

— Prawdopodobnie — odparł.

— To po to tutaj mnie zabrałeś? Żeby pokazać mi to co widziałem już setki razy u siebie? Czy może sam chcesz się tu z kimś integrować?

— Nie obrażaj mnie — rzucił, po czym skinął na barmana by nam dolał.

— Więc o co chodzi? Napić się możemy w hotelu. Co to za miejsce?

— Nie odpowiedziałeś na moje pytanie — powiedział.

— Jakie?

— Dubaj. Pieniądze.

— Skąd mam wiedzieć? Dlaczego kasa płynie akurat tutaj? Może przez zerowe podatki? To, co mówił Ammar wydaje się logiczne.

Rory uśmiechnął się. Przykuł moją uwagę i to mu wystarczyło. Wypił drugą kolejkę, rzucił banknot na bar i wstał.

— Chodź — powiedział.

— Gdzie?

— Zobaczysz — dodał i ruszył w kierunku wyjścia.

Wypiłem swoją i ruszyłem za nim. Budynek, w którym znajdował się klub był czterogwiazdkowym hotelem. Przeszliśmy do lobby, potem obok recepcji i dalej korytarzem prowadzącym w głąb hotelu. Na końcu, po mniej więcej piętnastu metrach skręciliśmy w prawo i zatrzymaliśmy się przed podwójnymi, szerokimi drzwiami. Bramkarz przed wejściem był dwa razy szerszy ode mnie. Miał ogoloną głowę, opaloną na brąz twarz i złoty kolczyk lewym uchu. Jego klatka piersiowa i ramiona były nieproporcjonalnie wielkie. Żeby spojrzeć mu w oczy musiałem podnieść wzrok.

— Karta członkowska — powiedział, przeciągając „rrrr” jakby chciał przepiłować mnie na pół. Po akcencie stwierdziłem, że pochodzi z którejś z post-radzieckich republik.

Rory wyjął z kieszeni studolarowy banknot i wsunął go w przednią kieszeń na piersi mężczyzny. Ochroniarz skinął, otworzył drzwi i wpuścił nas do środka.

W środku, przeszliśmy przez ciemny, wymalowany na purpurowo korytarz, a potem schodami w dół do ukrytego pomieszczenia. Otwarta sala z barem na środku, podobnie jak w pierwszym klubie, otoczona była lożami. Tutaj jednak, nie dostrzegłem żadnych drzwi czy kątów. Wszystkie ściany łączyły się owalnym pasem brązu otaczającym salę i kończącym się na schodach. W dwóch miejscach ścianę znaczyła wnęka, za którą ciągnął się korytarz o sklepieniu łukowym. Rory wszedł pierwszy i zajął drugą wolną lożę na prawo od schodów. Kanapa obita była skórą w kolorze kości słoniowej. Pasowała idealnie do białego marmurowego blatu przed nią. Zanim zdołałem usiąść, kelnerka stała przy naszym stoliku.

— Czego panowie sobie życzą? — zapytała z równie ciężkim akcentem co ochroniarz.

— Dwie szkockie — rzucił Rory.

Kobieta skinęła głową i odeszła.

— Widzisz tu coś ciekawego? — zapytał Rory.

— Poza tym, że jesteśmy w burdelu? Po co mnie tu przyprowadziłeś?

— To drugi rodzaj klubu w Dubaju. Może tym razem odpowiesz mi na pytanie.

— Jakie pytanie? — udałem, że nie pamiętam.

— Pytanie o to, dlaczego pieniądze płyną do Dubaju?

— Nie mam pojęcia — rzuciłem.

— Spójrz — wskazał na bar. — Co widzisz?

Przy barze, na stołkach siedziało kilka kobiet. Po prawej, mniej więcej do połowy długości siedziały blondynki, brunetki i jedna ruda. Dalej za nimi, w lożach w głębi sali, dostrzegłem również blondynki i szatynki. Ani jednej śniadej, Azjatki czy ciemnoskórej. Z kolei z lewej, oddzielone przerwą dwóch pustych barmańskich stołków na barze spierały łokcie tylko Azjatki, najprawdopodobniej Chinki.

— Po co mnie tu przyprowadziłeś? — zapytałem. — Po co te głupie pytania?

— To, co mówił Ammar to bzdura — powiedział spokojnym głosem.

— Co takiego?

— Gotówka spływa tutaj nie z powodu handlu czy niskich podatków.

— Niech zgadnę, wszyscy ciągną tu z powodu burdeli?

— Coś w tym rodzaju. Rozejrzyj się dokoła, kogo widzisz? Ilu arabów? Ilu miejscowych?

Rzeczywiście, miał rację. W lożach otaczających bar w centrum sali siedzieli głównie młodzi faceci. Żaden z nich nie zaliczał się do miejscowych, a przynajmniej to sugerowały ich nieortodoksyjne stroje i kolor skóry.

— Myślisz, że ci wszyscy inżynierowie, tłumacze, prawnicy i menadżerowie, ściągają tutaj swoje rodziny? To są młode chłopaki z mnóstwem pieniędzy na przyjemności. Nie wolno im wiązać się z miejscowymi kobietami, więc zanurzają się w to bagno kilka razy w tygodniu.

— I to dlatego burdele są tolerowane? — zapytałem.

— Po to zostały zorganizowane. Specjalnie dla nich — odparł.

— To nie znaczy jeszcze, że prostytucja ściąga tu wszystkie inwestycje. Dubaj nie ma wyłączności na burdele.

— A tobie się wydaje, że kto ściąga tutaj te kobiety? Specjalny ONZ-owski projekt turystyczny? — zaśmiał się.

— Mafia?

— A kto inny? Dubaj przyciąga głównie tych, którzy czują się tu najlepiej: bogatych, operatywnych, z nieograniczonym źródłem nielegalnego dochodu. Od lat jest miejscem docelowym zorganizowanych grup przestępczych z Indii, Rosji, Ukrainy, Chin, w zasadzie z każdej części świata. Popatrz tylko — wskazał na puste stołki między kobietami przy barze. — Mógłbyś narysować tam białą linię między nimi. Podzieliły tę knajpę równo między siebie. Z lewej, Ruscy, z prawej Triada.

— I to oni inwestują w te projekty? — zapytałem, ale Rory nie odpowiedział. Kelnerka podeszła i ustawiła dwie szklanki na stole. Dopiero gdy odeszła Rory zapytał:

— Wiesz z czego oprócz ropy słyną Emiraty?

— Ze swoich burdeli? — spytałem.

— Żartujesz? — pokręcił głową. — Prostytucja jest jak turystyka. Usługa, którą bandziory świadczą miejscowym klientom. Ta część ich działalności jest bardzo dochodowa, ale w porównaniu z przemytem, to tylko rekreacja.

— Narkotyki? — zapytałem.

— Też, ale nie tylko.

— To co jeszcze? Broń? Kobiety? Ludzie?

— W zasadzie to wszystko, ale tak naprawdę, nie ważne co przemycasz. Liczy się tylko sposób w jaki to robisz.

— To znaczy?

— Widzisz, tutaj nikt nawet nie nazywa tego przemytem. Oficjalnie działalność ta nosi nazwę handlu indywidualnego. Zresztą, tak samo sprawy się mają w przypadku prania brudnych pieniędzy. Tutaj nikt nie zapyta cię skąd wziąłeś swoje pół miliarda. Jeśli zechcesz zainwestować je w jedną z tych wysp z piasku, stoków narciarskich albo w podwodny hotel, nikt nie będzie zadawał ci niewygodnych pytań. Wyobrażasz sobie arabskiego szejka pytającego: „Czy pańska firma zajmuje się przemytem kobiet do Emiratów?” — Rory zaśmiał się jeszcze głośniej. — Nie. Nigdy w życiu. Tutaj kobiety kupuje się jak meble. Ustawia się je w salonie i zaprasza znajomych, żeby skorzystali.

— Chodźmy stąd — powiedziałem. Miałem dość tego miejsca. Zaczynałem rozumieć po co Rory mnie tam przyprowadził.

— To samo jest z tymi projektami — podniósł kciuk, wskazując coś na powierzchni nad nami. — Tutaj nikt nie zadaje pytań. W momencie, gdy kupujesz nieruchomość twoje brudne pieniądze automatycznie stają się czyste. Z przestępcy stajesz się inwestorem, biznesmenem, szanowanym gościem emiratów. W tutejszym prawie nie istnieje coś takiego jak pranie pieniędzy. Pranie pieniędzy to inne określenie na inwestycję.

W lokalu pojawił się kolejny klient. Rozejrzał się dokoła, dostrzegł nas i podszedł.

— Cześć — rzucił wesoło. — Amerykanie? — zapytał i zanim zdążyliśmy odpowiedzi zajął taboret przysunięty do naszego stolika.

— Spieprzaj — rzucił Rory.

— Spokojnie kolego — odparł z ciężkim australijskim akcentem. — Chcę tylko przysiąść się na moment.

— Po co? — burknął Rory.

— Popatrzeć — odparł.

— Daj mu spokój — powiedziałem. — Chłopak chce tylko popatrzeć.

— Dzięki stary — rzucił, pochylił się do przodu i podał mi dłoń nad stołem. — Jestem Noah.

— Jerry — odparłem. — Powiedz, Noah często tu bywasz?

— Jasne, ale pierwszy raz o tej porze. Zazwyczaj wpadam tu zaraz po pracy. Przed trzecią możesz zabawić się za pięćdziesiąt Dirhem. Te dziewczyny są szalone. Rzucają się na ciebie jak piranie — zaśmiał się. W jego głosie było coś z dziecięcej ekscytacji. Mówił o nich, jak o dziwnych zabawkach, grach, w które grał, choć wciąż nie wiedział na czym polegały.

— Pięćdziesiąt Dirhem — powtórzyłem — to jakieś piętnaście dolarów.

— Dokładnie stary — uśmiechnął się szeroko, uderzając otwartą dłonią w stół. — Czyż to nie cudowne? Z taką stawką, możesz dać im stuprocentowy napiwek, a twój portfel tego nawet nie poczuje. Możesz sprawić, że będą szczęśliwe — zaśmiał się.

Wstałem. Rory dopiął swego. Wiedziałem co chciał mi pokazać.

— Idziecie już? — Noah był rozczarowany.

Skinąłem na Scotta. Podniósł się usatysfakcjonowany, rzucił na stół jakiś banknot i ruszyliśmy w kierunku schodów. Z całego zamieszania zapomniałem o zamówionej whisky.

Nie zapomniały o nas jednak zignorowane Chinki, a jedna z nich zatrzymała nas przy wyjściu, zagradzając nam drogę do schodów.

— Wychodzicie? — zapytała łamanym angielskim. — Ty nie chcieć seks? Ja bardzo dobra w seksie. Tanio. Naprawdę tanio — powiedziała.

Była nieletnia. Mogła mieć czternaście, góra piętnaście lat, nie więcej. Była drobna, zbyt drobna. Nawet gruba warstwa makijażu nie była w stanie ukryć dziecinnych rysów jej twarzy. Jej oczy były pełne nadziei, jakby wyczuwała litość, którą gdzieś w głębi chowałem przed nimi wszystkimi. Próbowałem uśmiechnąć się, ale nie potrafiłem. Przerażało mnie, jak młoda była. Już nie raz widziałem dziewczyny zarabiające na ulicach, ale widok stadka kilkunastoletnich maszyn do robienia pieniędzy, sprzedających iluzję niewinności za piętnaście dolarów w centrum ociekającego dolarami Emiratu poruszył we mnie jakąś zapadkę. Jeśli szejkowie więzili w swoich apartamentach młode, piękne blondynki, to Chinki zapędzone stadem do tego lochu musiały być trzymane w barakach. Nie były piękne, ani nawet specjalnie ładne. Były za to młode i tanie. Jak jednorazowe zapalniczki, nabijane tylko raz. Na miejsce każdej z nich w Państwie Środka czekały tysiące nowych, młodszych, niczego niepodejrzewających dziewcząt.1 Gdybym mógł, zabrałbym ją stamtąd i dał lepsze życie. Na szczęście nie mogłem. Gdybym to zrobił, nawet Rory nie uchroniłby mnie przed rachunkiem wystawionym przez Triadę.

Pokręciłem przecząco głową, minęliśmy dziewczynę i wspięliśmy się na piętro, w kierunku korytarza z apartamentami rozkoszy. Mijając je, wzdrygnąłem się na myśl o wszystkich porankach, gdy w ramach zniżki dziewczęta z rolniczych wiosek ronią łzy w poduszki pod naciskiem skuszonych promocją klientów.

W lobby, Rory podszedł do recepcji i poprosił o taksówkę. Gdy wyszliśmy, biała toyota z pomarańczowym dachem czekała na nas. Kiedy wsiedliśmy do niej, ponury hindus zapytał.

— Dobrze się bawiliście?

— Doskonale — odparłem.

— Dokąd?

— W kierunku Wschodzącego Słońca — odparłem.

— Gdzie?

— Szardża — rzucił obojętnie Rory. — Szardża znaczy Wschodzące Słońce. Czego was uczyli na studiach w Bombaju? — zapytał.

— Skąd pan wiedział?

— Hotel Plaza — odparł Rory. — Ten najtańszy, w Al Nud.

Kierowca poprawił lusterko, przyjrzał się nam, włączył licznik i ruszyliśmy w rozświetloną, skrzącą się refleksami świateł noc.

Dzień 2

Około południa obudziła mnie kakofonia mechanicznych dźwięków. Wdarły się przez otwarte na oścież drzwi, wprawiając w drżenie cały pokój. Płynęły wprost z wieżowca po drugiej stronie ulicy. Rory stał na balkonie i palił papierosa jakby delektował się ciszą.

Wstałem i podszedłem do niego. Ekipa w żółtych kaskach krzątała się, montując okna na kondygnacji naprzeciwko. Podniosłem wzrok na niebo pokryte szarymi chmurami. Pogoda była tego dnia łaskawa. Termometr przymocowany do okna wskazywał przyjemne dwadzieścia stopni. Pomyślałem, że z wszystkich krajów Afryki i Bliskiego Wschodu ten musiał być ulubioną miejscówką robotników. I wtedy właśnie dotarło do mnie. Emiraty oferowały o wiele więcej niż tylko prostytutki i szeroki wachlarz towarów z przemytu. Szardża zapewniała idealny klimat, błękitne wody Zatoki Perskiej i piaszczyste plaże w cieniu drapaczy chmur ciągnących się w prostej linii wzdłuż wybrzeża. Podobnie jak pozostałe emiraty nie stanowiła jedynie kryjówki dla brudnych pieniędzy i ich właścicieli. Z pewnością była dyskretnym punktem docelowym na turystycznej mapie ViP-ów z całego świata.

Tutejsze kurorty i hotele mogły śmiało konkurować z najbardziej luksusowymi ośrodkami, tym bardziej że jako dodatkowy atut zapewniały bliskowschodni koloryt, zero biurokracji i całkowitą anonimowość swojej klienteli.

Las Vegas miało hazard, Hawaje wysokie fale, natomiast Dubaj i Szardża tę nieuchwytną aurę niebezpieczeństwa, namacalne szaleństwo nowych możliwości jakie dać może jedynie przesycona gotówką arabska mentalność z zamaskowanymi, przebijającymi się przez powierzchnię sielanki mrocznymi gniazdami przestępczości zorganizowanej.

Jeśli chodzi o mnie, Emiraty miały do zaoferowania coś zupełnie innego: obywatela Orlova, handlarza bronią, pana życia i śmierci, jak nazwała go prasa.

Wszystko, co o nim wiedziałem pochodziło z kilku mizernych artykułów w amerykańskiej i europejskiej prasie. Wiedziałem, jak działali ci, którzy o nim pisali, przeciętni złaknieni sensacji reporterzy, spragnieni westchnień i oburzenia czytelników, gotowi nagiąć prawdy, żeby ubarwić fakty, sprawić by stały się bardziej medialne. Wiedziałem, że nie mogę brać za pewnik wszystkiego, co pisali o nim w New York Timesie i Washington Post. Musiałem zobaczyć wszystko na własne oczy i przekonać się na własnej skórze, jak działa Alex Orlov i dopiero wtedy spróbować wyrobić sobie opinię na jego temat. Jeśli faktycznie handlował bronią, jak wszyscy twierdzili, musiałem znaleźć na to dowody lub poznać ludzi, którzy to potwierdzą.

Obowiązkowym punktem programu podczas mojej pierwszej wizyty w Emiratach miał być obchód strefy wolnocłowej i wizyta w biurze Air-Shar, firmy transportowej Orlova. Scott otrzymał wyraźne instrukcje jeszcze zanim wylecieliśmy z Zanfort. Miał być moim ochroniarzem, strażnikiem i przewodnikiem. Teoretycznie jego zadaniem było ułatwić mi pracę, ale w praktyce chodziło raczej o to bym nie zrobił czegoś czego nie powinienem. Ilekroć pytałem go o coś naprawdę istotnego, mój anioł stróż ignorował mnie lub bezceremonialnie zmieniał temat.


Była pierwsza, gdy wjechaliśmy do strefy wolnocłowej. Siedziba Air-Shar znajdowała się w jednym z kilkunastu magazynów, identycznych prostokątnych blaszanych brył wzniesionych na północ od głównego budynku administracyjnego strefy. Był to obszar towarowy strefy, ulokowany z dala od terminali pasażerskich lotniska i zaciekawionych spojrzeń turystów. Od wschodu otaczały go silosy, a od północy i zachodu kontenery ciągnące się równolegle jak kostki domina, ułożone od zewnętrznego ogrodzenia strefy aż do pasów startowych lotniska. Budynki wokół były wykorzystywane jako przestrzeń produkcyjna, magazynowa i biura, często wszystko to jednocześnie. W przypadku siedziby Air-Shar, magazyn zajmował największą część powierzchni. Niewielkie wciśnięte w róg hali dwupoziomowe biuro znajdowało się na lewo od wejścia. Między sięgającymi sufitu regałami, sunęły dwa wózki widłowe. Ściągały z górnych półek skrzynie, które potem wiozły w głąb magazynu. Mężczyźni operowali nimi płynnie, bez pośpiechu i precyzyjnie, nie tracąc czasu na zbędne, nieprzemyślane ruchy. Na drugim końcu hali, od strony pasa startowego, znajdowały się dwie szerokie bramy załadunkowe, przez które widlaki wsuwały palety na ciężarówki.

— Ładują transport dla dystrybutora — oświadczył Rory.

Podeszliśmy do metalowego regału. Rory obszedł go, odnalazł zawieszoną na bocznej ścianie breszkę, stanął przed ustawioną na najniższym poziomie skrzynią i podważył pokrywę. Nie była przybita ani skręcona. Drewniane wieko opadło z hukiem na podłogę. Rory wyjął z kieszeni nóż, wysunął ostrze i rozciął jeden z zapieczętowanych, wysokich kartonów. W środku znajdowało się dziewięć doniczek, z których wyrastały podłużne, zielone łodygi zakończone pąkami kwiatów.

— To mieczyki — powiedział.

— Widzę. Rozumiem, że jest powód, dla którego mi je pokazujesz?

— Wiesz, ile kosztuje jeden w RPA? — zapytał.

— Pewnie grosze.

— Szef kupuje je w RPA za trzy dolary.

— To rzeczywiście niedrogo. Musi mieć niezłą przebitkę.

— Można tak powiedzieć — uśmiechnął się. — Tutaj dystrybutor płaci za nie po dwieście za sztukę.

— Dolarów?

— Jasne, że dolarów. Przecież nie rubli — zaśmiał się.

Nie byłem pewny czy się nie przesłyszałem. Rory powiedział dwieście dolarów. Obraz stojących przy barze, zapędzonych tam jak bydło dziewczyn zamajaczył mi przed oczami. Młode Chinki, które zachwalał Australijczyk oddawały się za piętnaście dolarów. Doniczka, na którą patrzyłem była warta dziesięć razy więcej niż ich stracona młodość każdej z nich.

— Nie wierzę — odparłem.

— Byłeś wczoraj w galerii? Widziałeś ceny?

Musiałem się zastanowić, przypomnieć sobie. Świadomość dziesięciu tysięcy dolarów na koncie za pracę, której jeszcze nie wykonałem przyćmiła nieco mój kontakt z rzeczywistością, ale pamiętałem, że przechodząc obok niektórych sklepów, spoglądając na ceny, wydawały mi się idiotycznie wysokie.

— No więc? Powiedz? — Rory nie ustępował. — Wchodziłeś do kwiaciarni? Do tych naprawdę drogich kwiaciarni?

— Nie — rzuciłem. — Jakoś nie miałem potrzeby.

— Więc następnym razem wejdź i sprawdź cenę.

— Przecież to nie jest handel, to drukowanie pieniędzy.

— Dokładnie — wyszczerzył zęby w uśmiechu.

— Czym jeszcze handluje twój szef? — zapytałem.

— W zasadzie wszystkim, co się opłaca — powiedział. — Kurczaki z Nigerii, storczyki z Holandii, elektronika z Azji. Tutejszy konsument nie należy do szczególnie wybrednych.

— Sądziłem, że bogacze są wybredni.

— Nie o to chodzi. Chodzi o to, że tutaj można sprzedać wszystkiego o wiele więcej niż gdziekolwiek indziej. Przy tych cenach nieruchomości, to normalne, że towary kosztują kilka lub kilkanaście razy więcej niż gdziekolwiek indziej na świecie.

Nagle drzwi po naszej lewej się otworzyły. Z biura oddalonego od nas jakieś dziesięć metrów wyłonił się niski, grubawy arab. Krzyknął coś, wskazując na nas palcem.

— Myślałem, że jesteśmy tu oficjalnie — powiedziałem.

— Spokojnie — powiedział. — Zaraz to załatwię.

Podszedł do faceta i powiedział mu coś. Tamten przeszedł płynnie z gniewnego arabskiego na neutralny angielski.

— Dlaczego nikt mnie tutaj o niczym nie uprzedza? — oburzył się.

— To jest mój przyjaciel, Jeremy Dawson — odparł Rory.

Podałem dłoń lustrującemu mnie mężczyźnie.

— Ahmed Mansur — rzucił. — Kierownik dystrybucji i sprzedaży.

— Jeśli przeszkodziłem w czymś ważnym, proszę mi wybaczyć.

— Ależ nie — Ahmed pokręcił energicznie głową, spoglądając pytającym wzrokiem na Rorego. — Proszę wejść. To standardowy załadunek — dodał.

Kusiło mnie, żeby zapytać jaki ładunek nie jest standardowy, ale powstrzymałem się. Wiedziałem, że na wszystko przyjdzie czas. Po krótkiej wymianie uprzejmości Ahmed wprowadził nas do swojego biura. Było schludne, utrzymane w porządku i tylko na dwóch biurkach ustawionych wzdłuż szerokiej, oszklonej ściany z oknem wychodzącym na magazyn piętrzyły się sterty papierów. Po prawej, przy ścianie, tuż obok drzwi, stał regał wypełniony segregatorami pod sam sufit. Na etykietach przytwierdzonych do półek widniały nazwy działów: sprzedaż hurtowa, dystrybucja, dostawcy, magazyn, dłużnicy i tym podobne.

Przy drugiej, przeciwległej ścianie, na wprost drzwi, stały ustawione obok siebie cztery metalowe i dwie drewniane szafki, z alfabetycznym indeksem na każdej z szuflad.

Najciekawsza jednak była ogromna mapa na pustej ścianie po lewej. Była zawieszona vis-à-vis okna, tak że widać ją było dokładnie z magazynu.

— Imponujące prawda? — powiedział kierownik.

— Voilà — rzucił Rory. — Pan Mansur opowie ci o wszystkim. Ja skoczę zobaczyć co z dostawą.

Wzruszyłem ramionami i przytaknąłem. Rory wyszedł, a ja wróciłem do lustrowania mapy.

— Mamy doskonałą sieć dystrybucyjną — powiedział Ahmed. Wskazał na kontynent europejski, gdzie zielona pineska wbita w Holandię uginała się od nawiniętej na nią nitki przymocowanej na drugim końcu do znacznika wbitego w Emiraty.

— To rzeczywiście imponujące — przyznałem. — A te nitki? — wskazałem na prymitywną wizualizację sieć transportowej Orlova.

— A to taki pomysł kolegi ze zmiany. Dobrze czuć się częścią czegoś wielkiego — powiedział. — Zaznaczamy w ten sposób trasy przelotu samolotów.

— W dwudziestym pierwszym wieku? Nie słyszeliście o komputerach?

— Oprogramowanie kosztuje. Dobry biznes działa bez zbędnych kosztów — oznajmił. — Zresztą, tak lepiej widać. Wszystko jest jak na dłoni.

— Tak czy inaczej, to robi wrażenie — przyznałem.

— A to tutaj — powiedział, podszedł do mapy, odpiął jeden ze znaczników i przepiął go z Malezji na Indonezję. — To już nieaktualne.

— Chciałbym zobaczyć co dokładnie przewozicie — powiedziałem. — Chciałbym wiedzieć, kiedy to robicie, w jakich ilościach i dla kogo.

Ahmed spojrzał na mnie jakbym poprosił o jego córkę. Wziął głęboki wdech, przemyślał coś, po czym podszedł bez słowa do biurka i podniósł słuchawkę. — Chwileczkę, muszę to skonsultować.

Wybrał numer i z pomieszczenia nad nami dobiegła melodia. To była komórka. Dzwoniła przez chwilę, ale nikt nie odebrał. Ahmed spojrzał na sufit zaniepokojony, rozłączył się i wybrał inny numer. Po chwili rozmówca po drugiej stronie odebrał. Nastąpiła krótka wymiana zdań z moim nazwiskiem między słowami. Pojawiło się też nazwisko z Amsterdamu. Gdy usłyszałem „Stiepanowicz”, wiedziałem, że Ahmed mówi o Rorym.


Dziwne, ale świadomość odkrycia kolejnego kłamstwa Rorego nie wzruszyła mnie. Była wręcz kojąca znajoma. Jak rozpoznawalny element w obcej rzeczywistości. Pomyślałem, że to jak się nazywał było tak naprawdę bez znaczenia. To, co było istotne, to że Rory, a raczej Siergiej, po raz kolejny dowiódł, że nie mogę mu ufać. Dzięki Ahmedowi przypomniałem sobie o tym zanim Siergiej zdążył wciągnąć mnie w swoją kolejną manipulację.

— W porządku — Ahmed odłożył słuchawkę. — Ma pan wgląd do wszystkich dokumentów. Tylko proszę nie robić zdjęć. Tajemnica handlowa wciąż nas obowiązuje. Nie chcemy robić prezentów konkurencji.

— Rozumiem — odparłem i odwróciłem się w stronę mapy. Musiałem się skoncentrować. Jeśli było coś co mogłem odczytać z oficjalnej dokumentacji Orlova, z jego Map, faktur, a nawet z twarzy pracowników, musiałem to wykorzystać. Spojrzałem na mapę działalności Air-Shar. Była imponująca. Obejmowała Europę, Azję, Afrykę i Australię.

Zastanawiałem się czy pominięcie obu Ameryk było celowe. Rozmiar pomieszczenia pozwalał na zawieszenie mapy obu półkul o podobnej skali, a jednak nic nie wskazywało na to, że Orlov handluje w amerykańskiej strefie wpływów. Przy takim zasięgu własnej floty Orlov musiał przynajmniej interesować się Brazylią czy Wenezuelą. W końcu, Rory wciąż twierdził, że latał tam przez kilka lat, co oznaczało, że Orlov miał przynajmniej jednego pilota znającego tamtą część świata.

Tak czy inaczej, mapa rzuciła nieco światła na mroczny fenomen firmy transportowej Aleksa. W jej centralnym punkcie leżał Dubaj i Szardża. Z Emiratów, niczym z centrum pajęczej sieci, nitki określające trasy lotów rozciągały się na północ przez Iran, Azerbejdżan i Gruzję do samej Moskwy. Przez Irak, Turcję, Syrię i Bułgarię do Holandii, a północny wschód do Turkmenistanu i Afganistanu. Na Wschód w kierunku Indie — Pekin i na południowy wschód do Indonezji. Trasy na południe uwzględniały RPA, skąd nić zahaczała na północnym zachodzie o Nigerię i wracała z powrotem do Emiratów, tuż nad Arabią Saudyjską. Założyłem, że to jedna z lukratywnych tras, odyseja południowoafrykańskich kurczaków i kwiatów doniczkowych.

Zasięg działań Orlova działał na wyobraźnię. Nie sposób było oprzeć się wrażeniu, że biznes, który prowadził był nie tylko rentowny, ale i legalny. Jeśli flota Orlova miała tak duży zasięg, a on potrafił sprowadzić wszystko z drugiego krańca Ziemi, ogromne ilości drobiazgów, elektronikę z Chin, przyprawy z Indonezji, kwiaty z RPA, i wszystko to upłynniać w Emiratach, po co miałby ryzykować i pchać się w handel bronią? Musiałem poznać prawdę, zobaczyć na własne oczy, jak funkcjonuje model biznesowy Orlova. Nie spodziewałem się, że znajdę dokumenty wskazujące na handel bronią, ale mogłem sprawdzić to czego w biurze było pod dostatkiem — faktury, zamówienia i dokumenty przewozowe.

Rory zniknął na kilkanaście minut. Gdy wrócił, zajrzał tylko do środka, wymienił spojrzenia z kierownikiem biura i znów wyszedł bez słowa. Nie było go ponad godzinę. Mogłem spokojnie przejrzeć dowody zakupu, sprzedaży i wynajmu samolotów, listy klientów, a nawet cotygodniowy raport ze stanu magazynu.

Wszystko było dokładnie udokumentowane. Każda transakcja miała uzasadnienie biznesowe i prawie każdy kurs przynosił spore zyski. Całość wyglądała na prężny, dochodowy i co najważniejsze legalny interes.

— Dobrze się bawisz? — zapytał Scott. Stał przy drzwiach. Wszedł bezszelestnie.

— Robię tylko to, za co mi płacicie — odparłem. — Zadziwiające, że wszystkie dokumenty są po angielsku. Zupełnie, jakby zostały przetłumaczone specjalnie dla mnie.

— Tak, a cały świat kręci się wokół ciebie — parsknął.

— To wymóg lokalny — wtrącił Ahmed. — Jeden z niewielu formalnych wymogów dotyczących handlu w obrębie strefy.

— Kilka dokumentów nie jest po angielsku — stwierdziłem.

— Nie? — kierownik zdziwił się.

— Nie. Na przykład tutaj — podniosłem fakturę zadrukowaną chińskimi znakami — To chyba po chińsku. — Albo to — podniosłem tabelę z nazwami, ilością i ceną produktów.

— To pewnie część korespondencji klientów. Czasami zatrzymujemy je, do późniejszego przetłumaczenia, na wypadek, gdyby kontakt z dostawcą się urwał. Oczywiście nigdy nie ma czasu, żeby do nich wrócić.

Schowałem kartki z powrotem do teczki. Przeszło mi nawet przez myśl, że mógłbym zrobić kilka zdjęć, ale na szczęście nie miałem komórki. Scott uśmiechnął się lekko i pokręcił głową, jakby rozbawiony moim pomysłem. Usiadł na jednym z krzeseł pod ścianą i spojrzał nerwowo na zegarek. Odczekał jeszcze kilka minut jakby liczył na to, że zaspokoję ciekawość. Wiedział, że niczego nie znajdę i chyba tylko to utrzymywało go w miejscu. Po chwili stracił cierpliwość.

— Widziałeś już wystarczająco dużo. Muszę ci kogoś przedstawić.

— Widziałem tylko to, co chcieliście mi pokazać — odparłem. — Czy macie tu jeszcze inne biura?

— Nie.

— Czy mogę potwierdzić gdzieś tę informację?

— Zarzucasz mi kłamstwo? — zapytał rozbawiony.

Wziąłem głęboki oddech, próbując zdławić irytację.

— Nie — powiedziałem. — Proszę cię tylko o źródło informacji. Potrzebuję go do napisania tekstu, tak jak mi to zlecono.

— W głównym budynku administracyjnym strefy potwierdzą ci wszystko, co tylko zechcesz.

— Wszystko?

— Co tylko zechcesz — uśmiechnął się. — Jeśli jesteś ich klientem podadzą ci nawet numer stanika twojej żony. Jak będziesz chciał, zahaczymy o ich kwaterę po drodze na lotnisko.

— Jedziemy na lotnisko? — zapytałem.

— Zgadza się. Chcę ci przedstawić kogoś. Starego kumpla. Jest tutaj przejazdem, więc to jedyna okazja, żeby zamienić z nim kilka słów.

— Ten twój kolega, zna Orlova?

— Dość dobrze. Albo raczej znał. Teraz pracuje dla kogoś innego, ale jakiś czas temu latał dla Aleksa.

Ostatnie słowo wyostrzyło moją uwagę.

— Dla kogoś innego? Jest pilotem czy może tak jak ty, wszystkim po trochu?

— Pogadasz z nim i sam się przekonasz.

Zostawiliśmy Ahmeda z jego papierami i ruszyliśmy w stronę wyjścia. Rory poprowadził mnie przez magazyn, po czym wyszliśmy na zewnątrz przez jedną z głównych bram załadunkowych. Dwóch kilkunastoletnich operatorów wózków widłowych kończyło właśnie załadunek ostatniej ciężarówki. Kierowca w pośpiechu opuścił plandekę, zamocował zaczepy, linki i zabezpieczenia, wsiadł do kabiny i odjechał. Przed nami rozciągał się widok na pusty plac, drogę, kilka podobnych magazynów i pas startowy. Obeszliśmy budynek, wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w ślad za ciężarówką. Wjeżdżając na pusty plac, zauważyłem, że magazyn Orlova znajdował się na końcu strefy. Zastanawiałem się, czy wybrał to miejsce celowo, czy może po prostu przydzielono mu je losowo. Odseparowany od pozostałych magazynów, budynek Orlova zapewniał dyskrecję, cenną zwłaszcza podczas transportu kontrabandy.

Sunąc w kierunku wyjazdu ze strefy, minęliśmy kilkanaście hangarów i stojących przy nich samolotów. Większość z nich stanowiły wielkie transportowe bestie lub małe czarterowe odrzutowce. Te pierwsze były w większości stare i wyeksploatowane. Odrzutowce wyglądały przy nich jak małe lśniące cacka.

— Jak dużo z nich należy do Air-Shar? — zapytałem.

— Tylko kilka — odparł Rory.

— A ile obecnie jest w trasie?

— Nie doliczyłeś się? — zaśmiał się. — Tak długo siedziałeś w papierach. Myślałem, że ty mi to powiesz?

— Nie chciałem wypaść źle przed Ahmedem. Niech wie, że nie biorę pieniędzy za darmo.

— Gówno prawda — prychnął. — Nie sprawdziłeś nawet ile samolotów mamy.

— Odpowiedz — nie odpuszczałem. — Jaka część floty Orlova zarabia teraz na jego kawior?

— Dość spora. Ale tutaj też mamy kilkanaście maszyn.

— Mówiłeś, że tylko kilka.

— Nie. Potwierdziłem, kiedy zapytałeś o maszyny Air-Shar. Te samoloty tutaj — wskazał na ogromne śmigłowe monstra. — Też należą do niego.

— Jak to?

— Myślisz, że przy pomocy jednej firmy można prowadzić taką operację? — zaśmiał się.

— W takim razie… Powiedz, ile firm ma Aleksiej.

— Tego nie wie nawet jego żona — odparł. — A tak na poważnie, to nie mam pojęcia. Większość z nich jest zarejestrowana za granicą. Sam rozumiesz, tanie bandery, tańsze opłaty mniejsze kontrole.

— I większe oszczędności — dokończyłem.

Rory tylko przytaknął. Skręcił w prawo w kierunku centralnego ronda, z którego odbił w prawo, w kierunku bramy wjazdowej.

Przez moment kusiło mnie, żeby zapytać o zamalowane numery na ogonie Iła, którym przylecieliśmy, ale powstrzymałem się. Pomyślałem, że to jedna z tych rzeczy, które będę musiał sprawdzić sam.

— Jak długo działa strefa? — zapytałem. Mijaliśmy kontrolę paszportową.

— Od dziewięćdziesiątego piątego. Na początku było tylko pięćdziesiąt pięć firm. Teraz jest ich ponad sześćset.

— To całkiem niezły wynik — powiedziałem.

Rory przytaknął. Nie musiał nic dodawać. Jeśli to co mówił było prawdą, przynajmniej połowa samolotów stojących przy hangarach należała do Orlova, a skoro spośród sześciuset firm tylko jedna kontrolowała większość linii przewozowych, a jeden człowiek większość firm czarterujących loty z transportem, to wkraczaliśmy w zupełnie nowy obszar działania. Zamiast o flotę, powinienem pytać o imperium. Wyglądało na to, że Orlov był liderem na rynku.

— Wiesz, jedno mnie zastanawia — dojeżdżaliśmy do lotniska.

— Co takiego?

— Jeśli Orlov faktycznie zarabia krocie, musi je gdzieś inwestować.

— Jak każdy, kto chce zarobić — odparł.

— Zastanawia mnie, w który z tamtych projektów wpompowuje swoje łatwo zarobione dolary?

— Nie rozumiem.

— Wyspy z piasku na morzu? Podwodny hotel? A może stok narciarski pośrodku pustyni?

— Czy ja wyglądam na księgowego? Skąd mam wiedzieć w co inwestuje?

— Niech zgadnę. Nigdy cię to nie zastanawiało — dokończyłem.

— Naprawdę. Zresztą, to są mega projekty, w które inwestują ludzie, którzy nie mają co zrobić z gotówką i przede wszystkim chcą ją wyprać. Orlov do takich ludzi nie należy.

Rory zwolnił i zaparkował samochód.

— Aleksiej nie jest spekulantem. Jest wizjonerem, on zarabia tam, gdzie nikt inny zysku nie widzi. Podejmuje ryzyko, ale tylko to, które procentuje. Poza tym, wątpię, żeby inwestował w cokolwiek innego niż sprzęt i samoloty. To jego pasja. On po prostu kocha latać.

— Tak, to ciekawe — odparłem nieprzekonany.

— Jasne cholera, że ciekawe.

Z jakiegoś powodu Orlov wizjoner wzbudzał w nim szacunek, zupełnie jakby jego zdolność do wyczuwania zysku była darem, którego Rory nie pojmował i co ważniejsze nie posiadał.

Weszliśmy do głównej hali międzynarodowego portu lotniczego w Szardży, tej samej, którą jakimś cudem ominąłem, gdy doleciałem tu dzień wcześniej. Setki podróżnych, wielu z nich w długich białych kandurach z niewielkimi, eleganckimi walizkami w dłoniach. Przewijali się pod główną kopułą portu, sunąc z gracją, jakby nie używali stóp, a unosili się nad kamienną posadzką niczym zjawy. Było tam również mnóstwo opalonych i wesołych par z Europy, Australii lub Stanów. Uwięzieni w korytarzach z metalowych słupków i taśm, obładowani torbami zdawali się być zadowoleni z pobytu w Emiratach pomimo długiej, zastygłej kolejki kończącej się na okienku celnika. Byli tam też wracający z kontraktu Hindusi. Ustawieni gęsiego, niczym rodzinna ekspedycja pięciu braci przybyłych z wioski u źródeł Gangesu, stali cierpliwie i dumnie, wioząc do domu ciężko zarobione dirhemy i dolary. Były tam też owinięte czarnymi suknami kobiety, zapieczętowane siłą religii, kultury i autorytetu własnych mężów sunących dostojnie tuż przed nimi. Ci ostatni stanowili elitę Emiratów: pełnoprawni obywatele ciągnący za sobą swój dobytek w postaci walizek, żon i ich pokory.

Patrząc na te kobiety kroczące z gracją nocnych widm, zastanawiałem się na ile ich los różnił się od losu niewolnic w domach bogaczy. Czy liczba mężczyzn, którym się oddawały czyniła różnicę w ich ograniczonej egzystencji? Czy może miłość do męża i rodziny zmieniała wszystko? A może to tylko moja amerykańska mentalność przysłaniała mi stereotypem prawdę, która wcale nie była tak mroczna i okrutna.

— Nawet o tym nie myśl — rzucił Rory. Widział, jak spoglądam zaintrygowany w stronę jednej z kobiet. Miała piękne ciemne oczy i tajemnicę skrytą pod czarnym suknem.

— Za myśli nikogo jeszcze nie stracono — odparłem.

— W Stanach i w Rosji nie, ale to nie są Stany ani Rosja. Nie rozmawiaj z kobietami Jerry. Nigdy nie rozmawiaj z miejscowymi kobietami.

— W porządku — odparłem rozbawiony jego nagłą troską. Wiedziałem, że bardziej dba o własny tyłek i tylko pilnuje żebym nie narobił nam obojgu kłopotów.

— Z czego się śmiejesz? — zapytał.

Nie odpowiedziałem.

— Juda będzie w części restauracyjnej — wskazał na długi balkon na prawo od ruchomych schodów.

— Juda? — powtórzyłem. — Jest Żydem?

— A co? Nagle stałeś się ksenofobem?

— Nie wiem. Nie zastanawiałem się nad tym.

— Juda nie jest Żydem. To przezwisko.

Ruszyliśmy w kierunku ruchomych schodów. Prowadziły na pierwsze piętro do części jadalnej sieci Chinese House. Wszystkie stoliki były zajęte. Kilka przez pary emerytów, reszta przez grupki emigrantów podzielonych według rasy lub narodowości. Hindusi przy jednym, Pakistańczycy przy drugim, czarni jak noc Afrykańczycy przy trzecim, jakby wszyscy przybyli tu z najdalszych, wrogich sobie krain i poprzysięgli, że nie odezwą się do nikogo spoza ich świata. Tylko przy jednym stoliku siedział samotny mężczyzna. Zakamuflowany liśćmi palmowców wyrastającymi z donicy za nim wmuszał w siebie coś z okrągłej plastikowej miski. Podeszliśmy do niego, ale nie zauważył nas lub postanowił nie zauważać. Wlewał w siebie wodnisty Ramen z brązowymi grzybami i coś mi mówiło, że lepiej mu nie przeszkadzać. Obok, w półmisku czekały na niego kurczak i krewetki z ryżem.

— Jak będziesz się tak obżerał, nie będą cię chciały nawet Tajlandzkie dziwki — rzucił Rory.

Mężczyzna tylko prychnął. Nie oderwał wzroku od stołu.

— Poczują moje dolary — powiedział powoli, nie przerywając sobie.

Zastanawiałem się, jak długo potrwa ich ceremonia przywitalna. Minęła chwila, sztucznie przedłużanej ciszy, po której Juda podniósł wzrok i wykrzywił usta w czymś co mogło być uśmiechem.

— Siergiej Stiepanowicz… — powiedział powoli, otarł usta chusteczką i rzucił ją na stół. Podniósł się.

— Dobrze cię widzieć w jednym kawałku — powiedział Rory. — Tym bardziej że to coraz większy kawałek — zaśmiał się, podszedł do niego, podał mu dłoń i uścisnęli się jak dwa rosyjskie niedźwiedzie.

— To jest właśnie facet, o którym ci mówiłem — powiedział Siergiej.

Juda przyglądał mi się przez chwilę. Podaliśmy sobie dłonie. Jego żelazny uścisk i chłodne spojrzenie próbowały wyceniać moją wartość. Kiedy uwolniłem dłoń, zacisnął lekko wargi, pokiwał głową i przeniósł wzrok na Rorego. Potrzebował kilku sekund, żeby wyrobić sobie zdanie na mój temat. Usiadłem.

— Więc Aleks zatrudnił cię przy kursie dla Afgańczyków? — zapytał, zatapiając zęby w kurczaku.

— Coś w tym rodzaju — odparłem udając, że wiem o co chodzi. Spojrzałem na Rorego. Miałem ochotę zapytać go: Siergiej? Serio? Jaki kurs dla Afgańczyków?

Juda spojrzał na mnie rozbawiony.

— Tak. Tak się właśnie nazywa ten facet — powiedział. — Siergiej, nie przedstawiłeś się naszemu koledze? Przecież tak nie wypada. Gdzie twoje maniery?

Siergiej milczał. Po jego minie widziałem, że nigdy nie zamierzał tego robić.

Juda zawiesił zamyślony wzrok na pustce w oddali.

— To niesamowite — powiedział po chwili. — Muszą ostro deptać mu po piętach, skoro dopuścił do siebie kogoś… — zawahał się, próbując dobrać odpowiednie słowo.

— Takiego jak ja? — dokończyłem.

— Nie — odparł. — Kogoś z zewnątrz.

Rory uśmiechnął się. Jego kumpel odstawił kurczaka i zabrał się za krewetki.

— Jerry jest dziennikarzem — powiedział Siergiej. Jego głos był neutralny, skupiony, jakby chciał coś osiągnąć, wywołać we mnie lub nim reakcję.

Podziałało. Juda zamarł na ułamek sekundy, odłożył widelec i połknął w całości to, co miał w ustach. Potem bardzo, bardzo powoli podniósł wzrok i spojrzał mi prosto w oczy.

— Co ty nie powiesz? — syknął. — W takim razie cofam to, co powiedziałem.

— Spokojnie — Rory odchylił się nonszalancko do tyłu i splótł dłonie za głową. — Jerry nie jest tutaj służbowo. Ma do wykonania pewną robotę dla Aleksa. To wszystko.

— Robotę? — prychnął Juda. — Uwierzę, jak zobaczę!

— Orlov zlecił mi napisanie swojej biografii — powiedziałem.

Juda uderzył otwartą dłonią w blat.

— To do niego podobne — burknął.

— Co takiego? — spytałem.

— Nic. Zupełnie nic — westchnął i wrócił do oczyszczania talerza.

Spojrzałem na Rorego z wyrzutem. Juda mógł znać Aleksa, mógł też mieć z nim rachunki do wyrównania, ale jego dziwne zachowanie zaczynało być niepokojące.

— Powiedziałeś, że to do niego podobne. Co chciałeś przez to powiedzieć? — zapytałem.

— Jerry chce poznać Orlova — wtrącił Siergiej. — Możesz powiedzieć o nim co ci się żywnie podoba.

Juda uśmiechnął się, nie wytrzymał i parsknął śmiechem.

— Zamiast udzielić wywiadu, ten dupek wolał zapłacić komuś, żeby wymyślił całą historię? Nawet kłamać mu się nie chce i płaci innym, żeby robili to za niego.

— Nie zdecydowałem jeszcze co napiszę — odparłem.

— Nie ważne — powiedział. — On już zdecydował. Zresztą, co mógłbyś napisać?

Juda wyszczerzył zęby w uśmiechu i zanim zdążyłem coś powiedzieć sam sobie odpowiedział:

— Napiszesz tylko prawdę!

— Taki mam zamiar.

— A tak zupełnie serio — Juda wytarł usta i odsunął od siebie talerz — Aleks musi być w głębokiej dupie, skoro zatrudnia ludzi do kampanii PRowej.

— Tak — potwierdziłem — myślę, że czuje na plecach czyjś oddech.

Juda zmrużył oczy, próbując przebić się przez maskę obojętności na mojej twarzy, potem rzucił okiem na Rorego, który tylko wzruszył ramionami. W końcu, mężczyzna westchnął i powiedział:

— Aleks to dobry chłopak, ale za wysoko mierzy. Ma talent do robienia sobie wrogów z każdego podwórka.

— A ty wiesz coś o tym? — zapytałem.

— Ja mu źle nie życzę, ale on dobrze nie skończy. Większość z tych dupków, mówi o rzeczach, o których nie ma pojęcia.

— Kto mówi? O jakich rzeczach?

— A na przykład o Afryce. Tym pieprzonym biurokratom z ONZ nie chce się nawet podnieść tłustych tyłków zza biurek, a piszą o Afryce jakby jadali tam śniadania. W dupie byli, gówno widzieli i tyle samo wiedzą.

— Mnie w zasadzie interesuje jedna sprawa — zacząłem.

— Tak? A jaka? Zawsze chciałem wiedzieć, co tak naprawdę może interesować medialną hienę?

— To proste — powiedziałem. — Chcę wiedzieć, czy sprzedaje broń. A jeśli tak, to ile i komu.

— Orlov nie handluje bronią — rzucił obojętnie. Tak obojętnie, że prawie mu uwierzyłem.

— Jesteś pewien?

— Nie, nie handluje — odparł, a potem zaśmiał się. — A ja nie latam Antonowami. Wsiadam w pasażerskie, wypindrzone 727 i wożę dupę do Liberii na zakupy. Wiesz, ja lubię jak do mnie od czasu do czasu postrzelają ci mali czarni skurwysyni.

— Czyli jednak przewozi… — mruknąłem sam do siebie.

— Ty naprawdę nic nie rozumiesz? — tracił cierpliwość. — Nie masz zielonego pojęcia o tym biznesie?

Pokręciłem głową. Nie było sensu udawać. Zresztą nie był kimś, komu można było zaimponować kłamstwem. Przyglądał mi się chłodnym wzrokiem. Jego szare oczy i kamienna twarz mówiły, że osiągnął jakąś granicę.

— Może zjemy coś? — wtrącił Siergiej. Sięgnął po kartę leżącą pod lewą dłonią pilota i pociągnął mocno — Pokaż no, co tu mają? Mój żołądek zasłużył na nagrodę. Słucham waszego pieprzenia tak długo a jeszcze się nie wyrzygałem.

— Spróbuj krewetek — burknął Juda. — Po nich na pewno ci się uda.

Mówił do Rorego, ale nie odrywał ode mnie wzroku.

— Wcale nie mówiłem, że wiem coś o tym interesie — powiedziałem. — Jak ci się nie podoba, nie musisz ze mną gadać. To był jego pomysł, nie mój — wskazałem na Rorego.

Napięta twarz Judy rozluźniła się. Popatrzył na Siergieja i pokręcił głową. Minęło kilka sekund zanim się uspokoił.

— No dobrze — powiedział. — Co chcesz wiedzieć o Aleksieju? Postaram się pomóc. Przynajmniej tyle mogę dla niego zrobić.

Spojrzałem na Scotta. Potwierdził skinieniem.

— Zbyt łatwo — pomyślałem. — Poszło zbyt łatwo.

— Wszystko — odparłem. — Chcę wiedzieć wszystko.

— Nie chcesz wiedzieć wszystkiego. Wierz mi.

— W takim razie tylko prawdę. Ostatnie, czego potrzebuję to wyssanych z palca historii.

Juda spojrzał na mnie, jakby zobaczył mnie po raz pierwszy.

— No dobrze — odparł i zastanowił się chwilę. — Rozumiem, że Siergiej opowiedział ci już kilka rzeczy?

Pokręciłem głową.

Juda uniósł brwi. Spojrzał na Rorego.

— Poważnie Siergiej? Przyprowadzasz do mnie kolegę na pogawędkę, ale sam nie podzielisz się doświadczeniami? No dalej, na pewno masz nie jedno do opowiedzenia.

— To by było zbyt proste — Rory uśmiechnął się.

— No więc? — rzucił Juda. — Co chcesz wiedzieć.

— Cokolwiek. Na przykład jaki był, kiedy dla niego pracowałeś.

— Nie pracowałem dla niego. Pracowałem z nim.

— Byliście wspólnikami? — zapytałem.

— Wspólnikami? Żartujesz? Aleks to samotny wilk, chociaż, trzeba przyznać, że nigdy nie traktował nas jak podwładnych.

— Opowiedz mi o nim.

— Z boku to może wyglądało inaczej, ale on nigdy nie dał nam poznać, że trzyma nas za jaja. Potrafił rozmawiać z ludźmi. Pewnie dalej potrafi. On lubi ludzi.

— Powiedziałeś, że pracowaliście razem, ale nie przyjaźniliście się?

— To nie tak. No dobrze. Pracowałem dla niego. Ale on nigdy nie dał nam odczuć, że jest lepszy. Za każdym razem starał się być jednym z nas. Kiedy lądowaliśmy gdzieś, zawsze nocował z nami. Nigdy nie woził się po pięciogwiazdkowych hotelach. Jedliśmy to samo gówniane żarcie, spaliśmy w tych samych dziurach, piliśmy te same popłuczyny.

— Gdzie lataliście?

— Trochę tu i tam. Ale o tym ci nie powiem, o to zapytaj Aleksieja.

— A wcześniej, zanim pracowaliście razem, to znaczy zanim robiliście to, o czym nie chcesz powiedzieć?

Juda zmrużył oczy, szukając jakiegoś punktu w pamięci. Wskazałem Roremu pozycję z menu.

— Gazety piszą, że jest inteligentny, że jest diabelnie inteligentny, ale to nie prawda. Orlov nie jest geniuszem. Zna kilka języków, ale nie jest geniuszem. Nie wierz w to, co piszą o nim w gazetach. Oni kłamią.

Przytaknąłem. Chciałem, żeby mówił dalej.

— Aleksiej to człowiek z wizją — powiedział, starając się dobrać właściwe słowa. — Pamiętam, jak zakładał pierwszą firmę w Szardży. Miał śmieszny budżet, grosze, ledwo starczało na paliwo, a wiesz, jak to jest, sam pomysł nie wystarczy. Trzeba gotówki, twardej, grubej, wytłuszczonej paluchami gotówki. I on wtedy znalazł sposób. Zawsze znajduje.

— Sposób na co?

— Na to, żeby biznes nie zdechł. Potrzebowaliśmy reklamy. Reklamy cholernie drogiej, na którą nie mieliśmy złamanego centa. Wiesz co zrobił?

— Nie — odparłem.

— Był taki pilot, Jewgienij Szałatow, szalony sukinkot i prawdziwy twardziel. Orlov miał na stanie Starego Radzieckiego Iła, który ledwo trzymał się kupy. Miał też dwa kawałki i dał je Jewgieniemu, żeby posadził ten złom na piasku przy autostradzie.

— Jakiej?

— Z Abu Zabi do Dubaju.

— Po co?

— Zanim samolot wystartował, kazał go odmalować na błysk, wiesz, logo firmy i takie tam. Ale co ważniejsze, na kadłubie wysmarował napis: „Dla was wylądujemy wszędzie!”.

— Sprytne — przyznałem.

— Sprytne? — parsknął. — To było kurwa genialne! Za jednym razem pozbył się złomu i zamontował bezpłatną reklamę przy najbardziej uczęszczanej trasie w Emiratach.

— A co z władzami? Nikt go za to nie ścigał?

— A skąd ja mam to wiedzieć? — rozłożył dłonie w teatralnym geście. — To są Emiraty, a nie Miami Vice. Tu się takie sprawy załatwia dyskretnie.

— Co jeszcze możesz mi powiedzieć?

— Jedno, co na pewno można o nim powiedzieć, to że drań jest cwany jak mało kto.

— Byłem dzisiaj w biurze, widać to po zasięgu lotów.

— O tak — powiedział jakby sam do siebie. — Tego nie można mu odmówić, drań jest cwany.

Na moment zamilkł. Mógłbym przysiąc, że odpłynął myślami do jednej z wspólnych wypraw z Orlovem. Siedział przez chwilę nieruchomo, potem ocknął się i ciągnął dalej.

— O czym to ja mówiłem? A, tak. Zasięg lotów. Faktycznie, jego maszyny latają wszędzie, ale to jeszcze nic nie znaczy. Lufthansa też lata wszędzie, a nie może się pochwalić tym, czym Orlov.

— To znaczy?

— Pamiętam, jak pewnego pięknego dnia Szałatow wszedł do kantyny z wielkim uśmiechem na gębie. Przyleciał właśnie nowym Iljuszynem prosto z Moskwy.

— I?

— Widzisz, chodziło o to, że ten Iljuszyn nie był nowy. Był już mocno wysłużony. Chcieli z niego zrobić pomnik przed Moskiewskim Muzeum Lotnictwa. W ostatniej chwili, Orlov przekonał kogo trzeba i z dnia na dzień Ił nadawał się nie na pomnik, a na złom. I zgadnij, kto odkupił go za bezcen? — uśmiechnął się. — Jeszcze tego samego dnia Jewgienij odleciał nim, w miejsce złomowania.

— I od tego wszystko się zaczęło? — zapytałem. — Od nieograniczonych zapasów radzieckiego złomu?

Rory podniósł się i spojrzał na nas wymownie. Było w tym spojrzeniu coś dziwnego, wręcz komicznego. Patrzył na nas jak ojciec zostawiający otwarty barek nastoletnim synom. Brakowało tylko dyskretnego mrugnięcia okiem.

— Weź mi kawę — powiedziałem.

— I nie śpiesz się — dodał Juda.

Rory parsknął i ruszył w stronę bufetu. Juda spoglądał za nim przez chwilę, a kiedy oddalił się, odwrócił się do mnie, oparł łokcie na stole, przechylił lekko do przodu i szepnął:

— A tak na serio? O co tutaj kurwa chodzi? — Jego cichy głos stwardniał, a resztki sympatii wyparowały.

— Nie mam pojęcia — wzruszyłem ramionami. — Naprawdę. Wiem, tylko, że mam z nim układ.

— Jaki kurwa układ? Słyszałeś o kimś kto kiedykolwiek wszedł w układ z diabłem i dobrze na tym wyszedł?

— Nie. Nie znam. Ty jesteś pierwszy.

— Co ty chrzanisz?

— Żyjesz prawda?

— To nie jest kwestia przeżycia — powiedział jeszcze bardziej posępnym głosem.

— Wiem tylko, że muszę o nim napisać — zrobiłem przerwę — Muszę pokazać prawdę lub jego wersje prawdy.

— Za co? — rzucił. — Co ty masz z tego?

— W zamian za tekst, on wyświadczy mi przysługę.

— Na twoim miejscu uważałbym na te jego przysługi kolego. Aleksiej nie słynie z dotrzymywania słowa. Jest bezwzględny i jeśli będzie miał w tym interes, pogrąży cię przy pierwszej okazji.

— Póki co, nie mam wyboru.

Juda pokiwał głową zamyślony. Rozumiem.

— Dobra, a teraz mów, co chcesz wiedzieć? — spytał, spoglądając dyskretnie w stronę kas. Rory stał w kolejce za jakąś parą niemogącą dogadać się z kasjerką.

— Skąd wziął kasę na rozkręcenie biznesu?

— Od Rosjan.

— Od mafii?

— Nie — pokręcił głową — to znaczy, od mafii pewnie też.

— Możesz jaśniej?

— Mogę, jasne że mogę, tylko od czego by tu zacząć?

— Od początku.

— Nie mamy tyle czasu — spojrzał jeszcze raz w kierunku kas.

— Zadałem proste pytanie. Nie możesz udzielić prostej odpowiedzi?

— Kiedy to wcale nie takie proste. W Rosji nic nie jest proste. To znaczy jest, ale tylko na początku.

— W porządku, więc poproszę pełną wersję, słucham i nie zaglądaj już za nim, bo tracimy czas.

— No dobra. — Odsunął talerz, przesunął się do przodu i wsparł się łokciami na blacie. Zastanawiał się przez chwilę, a potem mówił dalej.

— Po tym, jak matula Rosja padła, wszyscy zaczęli brać, to znaczy kraść co popadnie. Nie żeby wcześniej nie kradli, ale początek lat dziewięćdziesiątych to był prawdziwy raj dla złodziei. Mówię ci, Moskwa nie widziała takiego nowobogactwa w całej swojej parszywej historii. KGB kradło, urzędnicy kradli, mafia kradła, wojsko kradło, wszyscy kradli. Sprzedawali co się dało i jak się dało. Tak samo zresztą też kupowali. Zaraz po rozpieprzeniu muru, a nawet jeszcze przed tym, nowi bogacze, ci sami, którzy dzień wcześniej modlili się do Lenina, nagle przechrzcili się na kapitalizm i zaczęli masowo wypełniać mieszkania, wille i dacze zachodnim sprzętem, ubraniami i meblami. Wtedy nawet wódka, była deficytowa. Wyobrażasz to sobie? W Rosji? Wódka?

— Nie wiem. Nigdy nie byłem w Rosji. Mów dalej.

— Co tu mówić? Orlov dostarczał im to wszystko. Sprawnie, szybko i niezawodnie. Na początku miał jednego Iła z demobilu, potem kupił drugiego, trzeciego. A wtedy, z dnia na dzień wypieprzyli na bruk tysiące pilotów. To samo zrobili z policją, typami z KGB i z całą mundurówką. Orlov przygarnął kilku bystrzejszych, reszta powyjeżdżała albo zapiła się na śmierć.

— I to wystarczyło, żeby zbudować siatkę o takim zasięgu?

— Aleksiej to facet, który jeśli trzeba będzie, oszczędzi na paliwie. Dopóki ma pewność, że samolot wystartuje, nie obchodzi go nic więcej. Pamiętam, jak kiedyś kazał przemalować mi opony na czarno, żeby druty nie świeciły spod warstw zdartej gumy. Tak robi się dzisiaj biznes. Maksymalna wydajność i amerykańska pomysłowość w rosyjskim stylu.

— A tutaj? Jak ten system ma się do Emiratów? Rory mówił, że…

Juda parsknął śmiechem.

— Rory? Tak teraz każe siebie nazywać?

— Tak mi się przedstawił. Siergiej Stiepanowicz pojawił się dopiero wczoraj.

— Więc jednak używa tego nazwiska. Ciekawe…

— Wracając do mojego pytania. Rory mówił wcześniej, że tutaj można wszystko. Co miał na myśli?

— Nie wiem. Ale na pewno nie chodziło ani o wódkę, ani o baby. W zasadzie, jakby się tak dobrze zastanowić, to niewiele tu można…

— Nie tutaj. Mówię o lotnisku, o strefie wolnocłowej.

— A no tak. Jeśli o to chodzi, to prawda. Święta prawda. Strefa wolnocłowa to taka kurewsko czerwona plama na czarnym suknie Szardży. Mamy tu prawdziwą, że się tak wyrażę, wolną amerykankę. Całkowity brak kontroli nad towarem. Zero regulacji i egzekwowania przepisów lotniczych. Znasz kraje taniej bandery?

Potwierdziłem.

— No to wyobraź sobie, że nie ma różnicy między na przykład… — zastanowił się — Liberią, gdzie możesz zarejestrować legalnie statek idący właśnie na dno, a Szardżą, gdzie nikt nie sprawdzi stanu silników twojego muzealnego eksponatu podrywającego się do lotu. Emiraty to raj dla ekonomicznych przewoźników, jeśli mają odpowiednie kontakty ma się rozumieć, a Aleksiej, trzeba przyznać, te kontakty ma. Tacy jak on mogą utrzymywać w powietrzu każdy złom tak długo jak im się podoba, byle nie runął w dół z przeciążenia.

— A przemyt? — zapytałem, ale nie zdążył odpowiedzieć. Rory stał już nade mną i skupiał się na tym co powie Juda. Na tacy miał dwa półmiski wypełnione chińskim fast foodem.

— Dzięki — rzuciłem, spoglądając ukradkiem na Judasza. Nie zareagował.

— Dobra panowie, muszę jeszcze coś załatwić zanim wylecę — powiedział Juda.

Nie czekając na mój sprzeciw, podniósł się i skinął w ramach pożegnania. Uścisnęliśmy sobie dłonie.

— Trzymaj się — powiedział Siergiej.

— Ty też. A ty dziennikarzu, lepiej uważaj na siebie.

— Taki mam zamiar — odparłem.

Juda ruszył w stronę ruchomych schodów.

Patrząc jak odchodzi, nie myślałem o Aleksie ani o tym, jak dobry był w tym, czym się zajmował. Byłem pewny, że to dopiero początek długiego potoku informacji jakim zamierzają mnie zalać. To co było bardziej interesujące to sposób w jaki postanowili mnie indoktrynować. Wysyłanie sprzecznych sygnałów, podstawianie byłych współpracowników, wrogów i przyjaciół, którzy mieli być rzekomo wiarygodnym źródłem informacji dowodziło, że zależy im na tym bym otrzymał ściśle określoną i z góry zaprojektowaną wersję historii Orlova. To z kolei oznaczało, że jeśli mam odkryć prawdę, będę musiał być czujny i czytać między wierszami.

Oficjalna wersja miała więc wyglądać tak: Orlov był tak dobry w swoim fachu, że nie musiał pracować poza prawem, a jednocześnie tak ambitny, że ciężko było mu oprzeć się pokusie. Operował w regionie, w którym tylko głupiec nie skorzysta z nagiętego prawa. Szardża swoim brakiem regulacji wręcz prosiła się o niekontrolowany przepływ najróżniejszych towarów. Niezadawanie pytań było motorem napędowym ogromnej ilości transakcji i siłą, która nieustannie rozszerzała strefę, w obrębie której Aleks był kluczowym graczem. Postanowiłem zagrać inną kartą i zapytać wprost:

— Co przemyca twój szef? — zapytałem, przyciągając do siebie swoją porcję.

Rory otworzył ostrożnie opakowanie z przyprawami, rozsypał część po swoim półmisku i wytarł widelec w papierową chusteczkę.

— Nie powinieneś wierzyć we wszystko co ci powiedział — jego głos był spokojny i wywarzony.

— Powiedz lepiej, co oprócz lodówek i storczyków przewozicie do Rosji i Europy? Narkotyki? Broń? Nie, broń pewnie płynie ze wschodu na południe?

Rory nie odpowiedział. Zjadł kilka krewetek, odłożył widelec i spojrzał na mnie.

— W porządku — rzucił. — Powiem ci wszystko.

— Wszystko, to znaczy co?

— Całą prawdę.

— Prawdę? Ty? Nie żartuj sobie.

— Mówię poważnie — odparł.

Przez moment zawahałem się. Jego głos był stanowczy. Gdyby nie to, że już nie raz udowodnił, jak świetnym jest aktorem, uwierzyłbym mu.

— Tylko dlaczego właśnie teraz? — zapytałem. — Co się zmieniło? Nie powiesz chyba, że nasz kolega natchnął cię do zwierzeń?

— Coś w tym rodzaju.

— No dobrze — westchnąłem zrezygnowany. Odłożyłem sztućce, pochyliłem się do przodu i oparłem łokcie na stole. — Słucham. Co masz mi do powiedzenia?

Rory splótł palce na wysokości ust i zamilkł na moment. Wyglądał jakby zbierał się do wypowiedzenia kluczowej kwestii.

— Wiesz… Prawda jest taka, że mam dość tego interesu — powiedział. — Zaczyna robić się niebezpiecznie.

— Do rzeczy.

— Nie mogę mu już ufać. On myśli tylko o kasie. Wiem, że jeśli zrobi się naprawdę gorąco Aleks nie będzie się pieprzył i wykorzysta każdego, kto nawinie mu się pod rękę. Wytrze sobie mną gębę i rzuci sępom na pożarcie.

— Skąd ta pewność?

— Znam go. Taki już jest.

Znów zamilkł. Obrzucił mnie badawczym pojrzeniem, jakby naprawdę nie był pewien, czy chce powierzyć mi jakąś wielką tajemnicę.

— I dlatego chcę się wycofać — powiedział.

Coś w jego głosie mnie urzekło. Jakiś refleks prawdziwych uczuć, może gniewu, rozczarowania, a może po prostu zmęczenia, które wykorzystał jako wykończenie swojego kłamstwa. Cichy sygnał alarmowy zawył w mojej głowie. Pod próg niepostrzeżenie podpełzło zaufanie. Nie mogłem na to pozwolić, a przynajmniej nie tak łatwo.

— No dobrze — powiedziałem w końcu — ale jaka jest moja rola w tym wszystkim?

— Opowiem ci o nim wszystko, jeśli tylko obiecasz opublikować to i wykorzystać przeciwko niemu.

— Oto moja odpowiedź — pomyślałem. — Prosta i śmiertelna zarazem.

Zbyt szybko odkrył karty, żebym dał się nabrać. Najgorsze jednak było, że stawka niebezpiecznie wrosła. Rory chciał, żebym otwarcie przyznał się do zamiaru zdrady Orlova. Chciał żebym podpisał na siebie wyrok śmierci.

Sięgnąłem po widelec i wbiłem go w kurczaka. Musiałem się zastanowić. Oczyścić umysł. Wiedziałem doskonale, co stres robi z człowiekiem, a ze mną w szczególności. Mój odruch obronny rzadko prowadził do wyjścia z sytuacji. Częściej zapędzał mnie w kozi róg skąd mogłem jedynie przypuścić szarżę na przeciwnika.

Przeżuwałem kurczaka powoli i dokładnie. Skupiałem się na smaku, unikając wzroku Siergieja. Po niecałej minucie, gdy ciśnienie opadło, a umysł zaczął znów normalnie funkcjonować doznałem olśnienia: Orlov nie mógł być aż tak głupi, zadawać sobie cały ten trud, ściągać mnie do Holandii, potem do Emiratów, opłacać, kwaterować, oprowadzać po swoich niespenetrowanych dziuplach, tylko po to, żeby teraz wciskać mi kit o swojej niewinności, dać się zdemaskować, a potem zabić mnie, bo zrobiłem to o co w gruncie rzeczy mnie prosił. Jeśli zatrudnił mnie przez wzgląd na moje umiejętności, jeśli wie, że jestem dziennikarzem z krwi i kości, z pewnością spodziewa się, że dziennikarska dociekliwość we mnie w końcu weźmie górę i odkryję, a potem opiszę wszystko czym się tak naprawdę zajmuje. Nie może być aż tak naiwny, żeby wierzyć, że postąpię inaczej. Tak więc, nawet jeśli Rory kłamał, nawet jeśli to wszystko było testem, miałem spore szanse na przeżycie, chyba, że Orlov nie miał o mnie zbyt dobrego zdania i nie zatrudnił mnie przez wzgląd na mój „talent”, a z innego powodu.

— Wiesz co sobie myślę? — powiedziałem w końcu.

— Czekam — powiedział. — Cały czas czekam.

— Myślę, że grasz, a twój szef kazał ci sprawdzić, co wiem i co zechcę wiedzieć. Możesz mu powiedzieć, że chcę wiedzieć wszystko, co zechce żebym widział. Możesz mu powiedzieć, że już wiem, że jest przemytnikiem, chociaż nie wiem jeszcze co przemyca.

Rory uśmiechnął się jak szelma i z tym uśmiechem porzucił rolę.

— Orlov dobrze zgadł. Mówił, że szybko się połapiesz. Myślę, że nadajesz się do tej roboty.

Pomimo wszystko, zaskoczył mnie. Świadomość, że byłem o krok od klęski przebiegła mi dreszczem po plecach. Teraz to ja musiałem grać i wiedziałem, że będę musiał grać do końca.

— Roboty? Jakiej roboty?

— Przecież wiesz — odparł. — Do napisania książki o nim.

— A co z przemytem? Jak mam ukryć, że dorabia się na przemycie? Co przemyca? Narkotyki? Złoto? Diamenty? Broń?

Rory wrócił do swoich krewetek. Zjadł jedną, popił mrożoną herbatą i nie przerywając sobie, powiedział:

— Szef przylatuje jutro. Polecicie tym samym kursem. Sam będziesz mógł go o to zapytać.

— Dokąd lecimy? — zapytałem.

— Cierpliwości. Już jutro zobaczysz.

4 Lew Pandższiru

Dzień 4

Budzik zawył około czwartej nad ranem. Metalowy kolos za oknem nie zdążył się jeszcze zbudzić. Trwał posępnie w milczeniu, pozbawiony roju elektryków i monterów, skąpany w ciemności, owiewany zachodnim wiatrem robił wrażenie zastygłego w czasie, opuszczonego od setek lat szkieletu. Na dole słychać było pierwszych dojeżdżających do pracy robotników, inżynierów, bankowców, brokerów i innych uwiązanych jarzmem ambicji karierowiczów, tych których przygnała tu chęć przygody, wysoka pensja lub tanie prostytutki. Przemykające poniżej samochody zmieniały powoli nocną ciszę w poranny rozleniwiony szum, który wkrótce miał zamknąć ludzi w bańce całodniowej gorączki.

Wyszedłem na balkon, żeby poczuć wiatr znad zatoki. Nie wiedziałem, w co się ubrać. Gdy pytałem Siergieja, dokąd lecimy, odburkiwał poirytowany, nie podając żadnych konkretów, zupełnie jakby to mnie obwiniał za tak wczesny przymusowy lot.

— Powiedz przynajmniej, w którym kierunku lecimy? — nalegałem.

Rory ubierał się za zamkniętymi drzwiami.

— Jeśli szef uzna, że musisz wiedzieć, dowiesz się — rzucił i wyszedł z pokoju.

Nie musiał mówić nic więcej. Po jego stroju widziałem, że nie jestem przygotowany. Miał na sobie nowy, szary mundur, ciężkie buty wojskowe, a do plecaka wpychał właśnie grubą kamizelkę. Nie był to ekwipunek na upały południowej Afryki, a ja wystroiłem się jakbym wybierał się na safari. Siergiej rzucił mi plecak.

Zajrzałem do środka, były w nim batony energetyczne, woda w litrowych butelkach i kilka fiolek z tabletkami.

— Po co to? — spytałem.

— Na wypadek gdybyś się zgubił — burknął.

Plecak miał wciąż nieoderwane metki. Rory kupił go, zaopatrując się w mundur. Cena była podana w Dirhemach.

— Jak miło z twojej strony, że pomyślałeś o mnie — powiedziałem.

Zatrzymał na mnie wzrok tylko na moment.

— Mogłeś mnie uprzedzić — dodałem.

— O czym?

— O tym, że jedziemy na pieprzoną wojnę. Włożyłbym coś bardziej odpowiedniego.

— Uwierz mi. I tak byś się wyróżniał — rzucił obojętnie. — Zresztą, pamiętaj, że jesteś tylko dziennikarzem. Trzymaj się roli, to nic ci się nie stanie.

— Dokąd lecimy? — zapytałem.

— Dowiesz się, jak dotrzemy na miejsce — odparł, rzucił mi klucz i wyszedł.

Gdybym tylko miał wybór, gdybym nie musiał iść z nim i wsiadać do jednego z tych rozlatujących się wraków Orlova, gdybym mógł zostać w pokoju, położyć się i wlepić wzrok w sufit być może udałoby mi się z tego jakoś wyplątać. Ale nie zostałem w pokoju, nie uciekłem z hotelu i nie szukałem pracy na czarno w Emiracie, żeby zarobić na drogę powrotną do domu. Nie miałem takiego wyboru. Moja wyobraźnia nie potrafiła stworzyć w tamtym momencie innego scenariusza niż taki, który kończył się tragicznie. Gdybym został w pokoju najpierw dręczyłaby mnie ciekawość i myśl o tym, co mnie ominęło. Potem zastanawiałbym się, jak niebezpieczny jest Orlov i jak może zareagować na moją odmowę. Na koniec czekałbym na telefon od Rorego, od Orlova lub od któregoś z jego ludzi, zapowiadający podstawiony pod hotel samochód, który wywiózłby mnie w jakieś ustronne, oddalone od świadków miejsce. Strach jest potężną motywacją, zwłaszcza, jeśli trwa wystarczająco długo.

Nie musiałem się długo zastanawiać. Chwyciłem plecak i wybiegłem za Rorym. Czekał na mnie w lobby na dole. W tym samym momencie taksówka podjechała przed hotel.


Im bardziej zbliżaliśmy się do rozświetlonego lotniska, tym bardziej klarowały się moje myśli. Gdy zatrzymaliśmy się przed szlabanem, nie myślałem już o układzie z Orlovem, nie szukałem sposobu na uniezależnienie się od niego, nie martwiłem się o jego reakcję. Wzmagała się we mnie, zupełnie inna, nowa i nieoczekiwana ekscytacja na myśl, że oto ruszam w nieznane, że stawiam pierwsze kroki w ukryty świat przemytnika, człowieka, którego prasa okrzyknęła handlarzem śmierci. Uświadomiłem sobie, że tak naprawdę czekałem na to od wielu lat. To był moment, w którym mogłem znów stać się dziennikarzem, świadkiem i autorem. Miałem szansę zobaczyć czym Orlov handluje i kim są jego klienci.

Kierowca nie mógł albo nie chciał wjechać do strefy. Wysadził nas przy głównym wejściu i odjechał. Do hangaru musieliśmy dojść piechotą.

Rory nie odzywał się przez całą drogę. Idąc obok, widziałem, jak jego poranny grymas znika wraz z topniejącym dystansem do samolotu, zupełnie jakby bliskość starych rosyjskich kadłubów, silników i skrzydeł wygładzała jego myśli, wprowadzając w stan zupełnego zobojętnienia i wyuczonej rutyny.

Zaczynało świtać. Brzeg pomarańczowej tarczy słońca wychylił się zza czerwonych wydm, a horyzont rozpłynął się w ciepłych barwach pustyni. Czerwień i czerń nagromadzone nad linią piasku zbledły, rozdarte przez pierwsze ostre promienie. Trwało to może kilkanaście sekund, ale i tak wywarło na mnie dziwne wrażenie. Ciemny profil Orlova pojaśniał otoczony aurą porannego blasku, nadając mu wygląd jednego z tych świętych, co to nigdy świętymi nie byli. Gdybym miał aparat, uwieczniłbym go w ten sam sposób, w jaki średniowieczni malarze dodawali aureole swym monarchom. Zdjęcie pasowałoby idealnie na okładkę jego biografii: mroczne wnętrze z niewinną poświatą bożej łaski wokół, lśniący puchar przedsiębiorczości wypełniony krwią.

Orlov stał na płycie lotniska. Po jego prawej, nieco z tyłu dostrzegłem zarys schodków prowadzących do włazu jednego z dwóch ustawionych w odległości kilkudziestu metrów samolotów. Rozmawiał z trzema mężczyznami. Zastanawiałem się, czy to standardowa odprawa przed lotem i czy powinniśmy do nich podejść. Spojrzałem na Rorego. Stał oparty o ścianę hangaru. Odpalił papierosa. Czekaliśmy.

Aleks przeglądał jakieś papiery. Piloci rozmawiali ze sobą, patrząc w naszą stronę. Nie podobało im się, że lecę albo nie lubili Siergieja. Wymienili kilka zdań, ten po lewej pokręcił głową, ten po prawej splunął na beton. Po chwili Orlov zakończył inspekcję, oddał dokumenty, wsunął ręce do kieszeni i odwrócił się w stronę hangaru po naszej lewej. Czekał na kogoś. Wyglądał na zniecierpliwionego, może nawet rozdrażnionego. Trudno powiedzieć. Spojrzał nerwowo na zegarek i pokręcił głową. Potem zapiął kurtkę pod samą szyję i znów zatopił dłonie w kieszeniach.

Pomyślałem, że czas podejść do niego i zadać kilka pytań. Miał sporo do wyjaśnienia, a ja jeszcze więcej do przemyślenia.

— Na co czekamy? — zapytałem.

— Lepiej nie wchodzić mu teraz w drogę — odparł Rory. Żarnik papierosa wędrował w górę i w dół, kreśląc w powietrzu elipsy, za każdym razem gdy się zaciągał.

— Dlaczego?

— Bywa nerwowy, kiedy nawalają.

— Kto nawala? — spytałem, przyglądając się mu uważnie.

— Kto to może wiedzieć? — odparł Rory.

Słońce wznosiło się coraz wyżej, rozpraszając resztki nocy nad pasem startowym. Mogłem w końcu przyjrzeć się dokładniej Aleksowi. Miał na sobie lekkie skórzane półbuty, szare dżinsy i krótką wiatrówkę. Pomyślałem, że wcale nie był lepiej przygotowany ode mnie. Zastanawiałem nawet, czy w ogóle wybiera się z nami.

— Czy on aby na pewno leci tam, gdzie my? — zapytałem.

— Tak. Tyle że tym drugim — wskazał na maszynę stojącą w głębi placu. — Ty lecisz ze mną.

— Ale po co drugim? — zapytałem. — Dlaczego nie z nami?

— W czym problem?

— Nie wydaje ci się, że wypadałoby żebym go poznał? W końcu mam napisać o nim kilka tysięcy słów.

— Poznasz go. To nieuniknione.

— W takim razie, może zdradzisz mi, jak mam to zrobić, skoro nie mogę zamienić z nim nawet dwóch zdań?

— Oczywiście, że możesz, ale jeszcze nie teraz.

— Rozumiem, że jest jakiś specjalny powód, dla którego lecimy osobno? — zapytałem.

— Tak — przytaknął i wskazał na samolot po prawej stronie Orlova. — Muszę go pilotować. Poza tym szef zawsze lata pierwszym kursem.

— Dlaczego pierwszym?

— Minimalizacja ryzyka.

— Jakiego?

— Pierwsza maszyna ma większe szanse na lądowanie bez ostrzału.

— Jakiego ostrzału?

— Jakiegokolwiek. Na świecie jest mnóstwo szaleńców z bronią.

— A my? Kto zminimalizuje nasze ryzyko?

— Ja — rzucił chłodnym głosem. — Ja zminimalizuje twoje ryzyko.

Wróciłem myślami do Orlova. Widziałem, jak wyciąga telefon, wykręca numer i stoi bez ruchu, wpatrując się w coś daleko ponad głowami pilotów. Słuchał sygnału tylko chwilę, potem rozłączył się, odwrócił i pochylił, żeby wypatrywać czegoś pod kadłubem maszyny.

Szukał wzrokiem czegoś w pobliżu biura. Czekał na kogoś. Kiedy się wyprostował, spojrzał na zegarek i znów pokręcił głową. Ktokolwiek nawalał akurat tego poranka musiał liczyć się z konsekwencjami. Po chwili, po prawej, zza budynku oddalonego od nas o kilkadziesiąt metrów wyłonił się szary sedan. Nieoznakowana toyota podjechała powoli, ominęła od dziobu maszynę Orlova i zatrzymała się tuż obok czekających na nią postaci. Z pojazdu wysiadło dwóch mężczyzn. Jeden z nich, Hindus w białej koszuli, turbanie i popielatych spodniach, miał przypięty do piersi firmowy identyfikator. Wyglądał jak jeden z pracowników Air-Shar, którego widziałem dzień wcześniej w magazynie. Drugi, w mundurze służb celnych, zdjął kapelusz i podszedł nieśpiesznym krokiem do czekających. Nie zasalutował, nie wylegitymował się ani nie zażądał dokumentów. Podał każdemu dłoń, uśmiechając się przy tym od ucha do ucha. Hindus dyskretnie obszedł samochód, otworzył drzwi od strony pasażera i wyjął ze środka czarną aktówkę. Kiedy Aleksiej i celnik skończyli rozmawiać, podał szefowi teczkę. Orlov skinął, dając znak pilotowi, a ten przekazał papiery celnikowi. Mundurowy przejrzał je jakby od niechcenia, skinął głową i oddał Aleksowi.

— I to wszystko? — szepnąłem. — To cała kontrola? Nie wejdzie nawet na pokład?

— Po co? Przecież wie, co jest w środku.

— Oczywiście, że wie — powtórzyłem.

— Tak. Musiał tylko sprawdzić dokumenty przewozu.

— W porządku. W takim razie, pozwól, że zadam ci jedno pytanie.

Wskazałem samolot stojący przed nami, nieco po prawej. Po opuszczonej rampie prowadzącej do ładowni wjeżdżał właśnie wózek widłowy. Wiózł na palecie dwie zielone skrzynie.

— Co przewozicie? — zapytałem.

— Pytasz poważnie czy żartujesz?

— To proste pytanie.

Scott wziął głęboki oddech i pokręcił głową. Przeciągnął dłonią po czole i twarzy, jakby chciał zetrzeć warstwę irytacji.

— Nie wiem Dawson, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale napisanie tej pieprzonej książki to nie moja działka. Nie jestem twoim zakichanym przewodnikiem — syknął. — Zapłacili mi za pilnowanie twojego tyłka. Za nic więcej. — Zaciągnął się głęboko i wypuścił chmurę dymu. Potem, nie odrywając wzroku od czwórki, dokończył: — Uwierz mi, jeśli masz się czegoś dowiedzieć, dowiesz się. A jeśli będziesz chciał dowiedzieć się czegoś więcej, będziesz musiał się trochę bardziej postarać. Chyba stać cię na coś więcej niż tylko zadawanie głupich pytań? — Spojrzał na mnie, znów pokręcił głową i machnął ręką jakby znał już odpowiedź. — Zresztą, nie odpowiadaj — dodał. — Nie chcę wiedzieć.

— Skończyłeś? — zapytałem.

— Nie — burknął. — Czy ty naprawdę myślisz, że on potrzebuje stenotypisty? Gdyby chciał kronikarza, wziąłby pierwszego lepszego pismaka z ulicy. Każdy taki zrobiłby to z pocałowaniem ręki i za połowę kasy, jaką w ciebie wpakowaliśmy.

Dopalił papierosa, rzucił na beton i zgasił podeszwą. Widziałem, że próbuje się kontrolować, ale kiepsko mu to wychodziło.

— Słuchaj Dawson, z tego co już wiem, mogę założyć, że znasz się na rzeczy.

— To znaczy? — wtrąciłem.

— To znaczy, że cię sprawdziłem. Myślisz, że co robiłem przez cały ten czas w Filadelfii?

— No właśnie nie wiem. Może mi powiesz?

— Twój szef, Fisher, mówił, że pracujesz w pojedynkę, że nie czekasz na ochłapy z konferencji prasowych. Stara szkoła, dziennikarstwo śledcze i takie tam bzdury. Podobno docierasz do faktów zanim one dotrą do ciebie i robisz swoją robotę. I o to nam właśnie chodzi. Dlatego cię wybrałem. Ludzie, którzy czytają twoje teksty spodziewają się jakości, za którą zapłacili. Tej samej jakości oczekuje Orlov. Dlatego zrób nam obojgu przysługę i weź się do roboty, dobrze?

Odwrócił się w stronę samolotu po prawej i zamilkł. Z jego ładowni wyjeżdżał właśnie pusty wózek. Metalowa klapa powoli podniosła się i zaczęła zamykać. Skończyli załadunek.

— W porządku — odparłem. — Tylko, nie miej pretensji, jeśli wyciągnę na wierzch coś, co mu się nie spodoba.

Rory skinął na grupkę przed nami. Celnik podał dłoń Orlovowi, wsiadł do szarej toyoty i odjechał wraz z pracownikiem Air-Shar. Kierowali się w stronę głównego budynku administracyjnego strefy. Gdy minęli nas Rory dał znak i ruszyliśmy w kierunku maszyn.

— To Antonow — rzucił tonem nauczyciela opisującego dziecku pierwszy na świecie pojazd.

— A mówisz mi to, dlatego że…?

— Nie chcę żebyś srał po gaciach. Wiem, że nie wyglądają solidnie, ale…

— Solidnie? To wraki!

— Nie dramatyzuj. Już nie raz lądowałem tymi ślicznotkami. To cholernie mocne maszyny.

Spojrzałem na obraz nędzy i rozpaczy przede mną. Nie wyglądały na mocne. Z miejsca, w którym staliśmy, przypominały przerośnięte awionetki, zbyt ciężkie, żeby wzbić się w powietrze, zbyt wielkie, żeby przewieźć je na złomowisko. Ił, którym przylecieliśmy do Szardży prezentował się przy nich zupełnie przyzwoicie. W razie awarii jednego z czterech silników, wciąż dysponował pozostałymi trzema, w przeciwieństwie do Antonowa dysponującego jedynie parą wielkich turbin śmigłowych.

W zasadzie nie wiem, dlaczego liczyłem na coś więcej. Samolot, który miałem przed sobą idealnie pasował do wizerunku Orlova, który przedstawił mi Juda: Handlarz RTV zrodzony z postsocjalistycznego głodu zachodem nie mógł trwonić ciężko zarobionych dolarów i zmieniać samoloty jak rękawiczki. Zamiast topić pieniądze w nowe maszyny przywracał do życia muzealne eksponaty i wypełniał je po brzegi rzędami lodówek, kartonami magnetowidów i kuchenek mikrofalowych. Oczyma wyobraźni widziałem ustawione w rzędzie kartony i kroczącego między nimi, młodszego o kilkanaście lat Orlova, siadającego za sterownicą, wznoszącego maszynę w powietrze, gotowego przebić się przez największą nawałnicę tylko po to by dostarczyć towar klientom.

Oczywiście to, co miałem przed oczami, nie miało nic wspólnego ze sprzętem RTV dla nowobogackich. Rzędy zgniłozielonych skrzyń w miejscach zarezerwowanych niegdyś dla lodówek aż prosiły się, żeby je otworzyć i sprawdzić ich zawartość. Ich kolor i podłużny kształt sugerowały transport sprzętu wojskowego. Jeśli do tego dodać celnika, który nie raczył nawet sprawdzić ich zawartości, godzinę, o której zabrali się za załadunek i tempo w jakim wypełniano ładownię, można było łatwo domyślić się, że nie chodziło o zwyczajny kurs handlowy.

Orlov wsiadł do pierwszego Antonowa, własnoręcznie podniósł schodki i zamknął właz. Minęło kilka sekund i śmigła maszyny poruszyły się, kończąc dyskretną ciszę w naszej części lotniska.

Gdy doszliśmy do naszego Antonowa, dotarło do mnie, że wciąż nie wiem, gdzie lecimy. Jakby tego było mało piloci też nie zamierzali ułatwiać nam życia. Widząc, że zbliżamy się w stronę schodków ostentacyjnie zamknęli właz przy kokpicie, zmuszając nas do wejścia na pokład od tyłu po opuszczonej rampie.

Przeszliśmy na tył, gdzie ciemnoskóry operator wózka opuszczał właśnie ostatnią paletę. Zjechał tyłem na płytę lotniska i nawrócił w kierunku hangaru. Czekały tam na niego dwie ciężarówki. Mężczyzna zaparkował wózek wsiadł do jednej z nich i obie wyjechały.

Właz luku ładunkowego zamknął się z trzaskiem. Ruszyłem ostrożnie między paletami w kierunku przedniej części ładowni. Przedzierając się bokiem wzdłuż wąskiej szczeliny między ułożonymi jedna na drugiej skrzyniami, mogłem przyjrzeć się dokładniej całemu ładunkowi. Drewniane skrzynie miały około półtora metra długości, pół metra szerokości i tyle samo wysokości. Na ich zielonych bokach widniał czarny napis: CZĘŚĆI ZAMIENNE — sarkastyczny eufemizm dla narzędzi rozszarpujących mięśnie, stawy i kości.

Rory czekał cierpliwie aż skończę swoją małą inspekcję. Gdy dotarłem do znajdującej się tuż za kokpitem części dla pasażerów, zająłem jedno dwóch z pustych miejsc i wyjrzałem na zewnątrz. Przez moment wydawało mi się, że ktoś nas zatrzyma, że to niemożliwe, żeby tak wielki transport broni przeszedł celnikom pod nosem. A jednak nikt się nie pojawił. Pomimo rozlewającego się świtu, pas startowy był wciąż pusty.

Oprócz naszej dwójki w ładowni i pilotów za ścianą kokpitu na pokładzie nie było nikogo. Rory zdjął swój plecak, rzucił go na siedzenie i to samo zrobił z kamizelką. Potem przebiegł wzrokiem po skrzyniach z tyłu i bez słowa wszedł do kabiny pilotów. Nie wyjaśnił niczego i nie ostrzegł przed niczym. Zupełnie jakby chciał mnie ukarać za to, że musiał tam być i mnie znosić.

Wyjrzałem przez okno. Śmigła poruszyły się i wykręciły pierwsze koło. Samolot wszedł w drgania wraz z nierównym warkotem silników. Ogarnęło mnie znów to nieprzyjemne uczucie, świadomość kruchości własnego ciała, gdy drżenie ogromnego mechanicznego cielska szarpie mną jak workiem trocin. Ruszyliśmy do przodu. Wpatrując się w pejzaż za szybą, pomyślałem, że to dobra okazja, żeby przyjrzeć się dokładnie całemu lotnisku. Jeśli Orlov miał coś do ukrycia, a miałem choćby cień szansy, żeby dostrzec to w którymś z kontenerów, hangarów lub na którejś z płyt postojowych, musiałem ją wykorzystać.

Powoli, jakby ostrożnie, samolot przetoczył się obok dwóch hangarów. Były szczelnie zamknięte i nieoznakowane. Potem odbiliśmy ostro w lewo w kierunku głównego pasa startowego i przez pół minuty widziałem tylko boczne nitki asfaltu i białe kostki kontenerów na ich końcu. Połacie piasku z prawej oddzielały lądowisko od reszty strefy. Gdy skręciliśmy w prawo, na boczny pas startowy prowadzący na południe, mogłem przyjrzeć się całej strefie począwszy od znikającego z tyłu biura Al-Shar aż po główny terminal, który był wciąż przed nami.

Na bocznych odnogach tej rozległej sieci widziałem dziesiątki zastygłych w porannym chłodzie samolotów. Nie różniły się niczym od samolotów Orlova, a część z nich mogła należeć do Air Shar. Między olbrzymimi placami parkingowymi rzędy skrzyń i palet czekały na załadunek. Pierwsze ciężarówki zaczęły ożywiać martwą przestrzeń strefy. Im dalej posuwaliśmy się w stronę głównego portu tym mniej towaru zalegało przed magazynami. Hangary ustępowały biurom i terminalom z ich nieustającym ruchem pasażerskim i meleksami wypełnionymi po dach bagażami. Białe boeingi i airbusy Lufthansy, Air Africa i innych, głównie południowych linii lotniczych czekały cierpliwie przy ramionach terminali doprowadzających podpiętymi fartuchami życiodajny tłum. Nikogo nie interesowało, co dzieje się w drugiej części lotniska i nikt nie miał pojęcia, że pewien dyskretny transport części zamiennych z Europy Wschodniej przyczyni się wkrótce do uśmiercenia kilkuset lub kilku tysięcy ludzi.

Gdy minęliśmy port, silniki zawyły, samolot przyśpieszył i poderwał dziób do góry. Pomyślałem o Pat, Liz i Jasmine. Zupełnie jakby uczucia walczyły z grawitacją i tak jak Antonow podrywały się do lotu. Wyobrażałem sobie, co mogłyby mi powiedzieć, gdyby wiedziały, gdzie jestem i dokąd zmierzam. Oczyma wyobraźni widziałem ich karcące spojrzenia, twarze pełne zdziwienia i rozczarowania. Zastanawiałem się czy mam jeszcze do kogo wracać, czy któraś z nich da mi powód by po wszystkim pojawić się w Filadelfii. A gdy przyciąganie wcisnęło mnie w fotel, poczułem, że potrzebuję ich, nawet jeśli one nie chcą o mnie pamiętać.

Moje wyobrażenie o Jass, iluzja utkana z jej zalet, zdążyły już zapuścić korzenie w moim osamotnieniu. Musiałbym zdobyć się na wielki wysiłek, żeby odpędzić myśli o niej. Między sekundami przemykał też obraz Liz. Pozbawiony wyraźnych wspomnień, czysto instrumentalny kontakt duchem przeszłości, bez cienia emocji i uczuć, pusty i niepodważalny zarazem, a wraz z nim świadomość zerwanej więźi, podskórna czułość, która na wysokości kilkuset metrów kazała mi tęsknić za sobą. Zupełnie jakby spoza mgły nawoływał do mnie głos kobiety, którą kiedyś kochałem. Po Elizabeth wyłoniła się Pat, niczym szczęśliwy totem, dowód na to, że nie wszystko w życiu zniszczyłem. Jedynie ona dawała nadzieję. Była jak światło bijące przez wąskie okno wycięte w czarnej ścianie mojej przyszłości. Tylko spoglądając przez nie, widziałem przyszłość bez Orlova, Rorego i książki, która mnie opętała.

W miarę jak samolot wzbijał się coraz wyżej, a port oddalał się pozostawiony daleko w tyle, z tkanki ulic zaczęło wyłaniać się cmentarzysko Szardży, metalowe konstrukcje kilkusetpiętrowych szkieletów wznoszonych w szaleńczym wyścigu technologii i złudzeń. Patrząc na ten budowlany chaos, nasunął mi się obraz sprinterów na sterydach, którzy za wszelką cenę chcą zdążyć przed wyznaczonym czasem. Szardża i Dubaj zdawały się dusić z moralnego niedotlenienia, zbyt wysokiego poziomu dolarów wpompowywanych do obiegu, zbyt daleko idących planów i założeń. Ich przesycone marzeniami ciała zbierały się do ostatniego skoku, jakby od niego zależało czy przed wyczerpaniem ropy zwyciężą czy może padną na twarz, wypluwając płuca.

Choć oba emiraty tętniły życiem, lśniły jedynie dzięki elektryczności. Któregoś dnia gaz i ropa się skończą, a wraz z nimi odejdzie w zapomnienie człowiek miejski. Beduini rozbijający namioty pośród ruin Burj Dubai będą opowiadać legendy o tajemniczym ludzie naftowych szejków zamieszkującym niegdyś przysypane wydmami szklane wieże.

Po osiągnięciu odpowiedniego pułapu, samolot przechylił się ostro w lewo i przed oczami mignęła mi panorama odległego Dubaju. Jego Budynki lśniły w blasku porannego słońca, jakby chciały udowodnić, że nie potrzebują ropy, że czeka je inny los niż ten nieunikniony. Było ich o wiele więcej niż tych w Szardży. Były też o wiele wyższe i piękniejsze. Błękitne refleksy stalowo szklanych ścian, kształty żaglowców, kopuł i półksiężyca — wszystko to mówiło o nieporównywalnym kapitale, jakim dysponował ten bogatszy emirat. Nawet piaskowe zarysy wciąż nagich usypanych wysp palmowych wyglądały niesamowicie na granatowej tafli wody. Szardża miała jeszcze wiele do nadrobienia, jeśli chciała dorównać swojemu młodszemu bratu. Choć wkraczała na tę samą drogę, jej wyścig z czasem zdawał się być skazany na porażkę. A pustynia jest bardzo cierpliwa. Z czasem, zażąda zwrotu tego, co jej należne. Odzyska i wchłonie swoje ciche przestrzenie pokryte przez krótką chwilę aroganckimi trawnikami i rozpustną zielenią ogrodów.

Antonow zostawił w tyle Dubaj i wszedł w odpowiedni korytarz powietrzny. Kierowaliśmy się na północ. Za oknem rozciągała się pustynna panorama, monotonna, płaska, zaburzona punktowo niewielkimi miejscowościami z chropowatością zabudowań wzdłuż głównej drogi. Znudzony widokiem przeszedłem na lewą stronę. Chciałem zobaczyć, jak wygląda wybrzeże. Samolot wciąż wzbijał się na coraz większy pułap, więc mogłem dostrzec jeszcze wyraźną linię brzegową wzdłuż Zatoki Perskiej. Zbita masa budowli Szardży rzedła, w miarę jak przesuwaliśmy się ku północy. Pozostałe Emiraty, graniczące z Szardżą, sprawiały wrażenie, zastygłych w czasie. Adżman, bezpośredni sąsiad na północy, został niemal całkowicie wchłonięty. Tylko brak szklanych konstrukcji pozwalał domyślić się, że przekraczaliśmy granicę dwóch emiratów. Im dalej na północ, tym rzadziej pojawiały się nawet pojedyncze zabudowania. Po kilkunastu kilometrach od centrum, pod skrzydłami mieliśmy tylko piasek. Pustynia łączyła się z wybrzeżem, które tylko w kilku miejscach wydało z siebie niewielki rybacki port przypominający plamkę przyssaną do zatoki.

Po kilkunastu minutach wlecieliśmy nad cieśninę Ormuz, gardło Zatoki Perskiej i piętę achillesową naszej dominacji w tej części globu, punkt, w którym Iran mógł zdławić gospodarkę światową, blokując dostawy ropy z krajów Półwyspu Arabskiego.

Spoglądałem na ten zakrzywiony pas wody, granicę Emiratów z Iranem i nie miałem już wątpliwości, dokąd lecimy. Myślałem jedynie o tym, że chcę jeszcze kiedyś zobaczyć tę linię brzegową i pustynię poniżej, że chcę wrócić w jednym kawałku.

Przeszedłem znów na prawą stronę, żeby upewnić się co do kierunku lotu. Słońce przesunęło się nieco do przodu, bliżej dziobu. Lecieliśmy na północny wschód, w okolice Afganistanu, Pakistanu lub dalej na północ, co było mniej prawdopodobne, chyba, że któraś z postsowieckich republik albo sama Rosja potrzebowała dostawy broni.

Pamiętałem doskonale to co Rory powiedział o minimalizowaniu ryzyka. Jeśli Orlov poleciał pierwszy, żeby zmniejszyć szanse zestrzelenia, lecieliśmy do kraju, w którym szanse na ostrzał z lądu są największe.

Afganistan oferował tego rodzaju wrażeń pod dostatkiem. Wojna domowa, która trwała tam bezustannie od czasu wycofania się Rosjan, czyniła ten kraj idealnym klientem dla handlarzy każdego towaru, którego nie można było przewieźć bezpiecznie drogą lądową. Rzuciłem jeszcze raz okiem na zawartość plecaka, a potem otworzyłem ten, który miał ze sobą Rory. W jego torbie oprócz prowiantu i wody znalazłem apteczkę i dwa grube płaszcze przeciwdeszczowe. Obecność apteczki potwierdzała moje przypuszczenia, a płaszcze sugerowały, że zostaniemy tam dłużej niż kilka godzin.

Minęliśmy cieśninę Ormuz, wkraczając w przestrzeń powietrzną Iranu. Samolot wzbił się wystarczająco wysoko bym mógł ogarnąć wzrokiem krajobraz. Bezmiar pustkowia tego spieczonego słońcem giganta był niewiarygodny. Płaskie, puste przestrzenie poniżej atakowały moją wyobraźnię. Widziałem siebie samego pośród tej przytłaczającej ciszy, zdanego na ślepy los, siłę własnych mięśni i pulsujący instynkt przetrwania. Wobec tej wizji hucząca klatka samolotu wydawała się być niemal bezpiecznym azylem.

Surowe nagie stepy rozciągały się po sam horyzont, a tam przechodziły płynnie w pasma łagodnych wzniesień. Po kilkunastu minutach huczącego lotu dotarliśmy do ciemnych grafitowych zboczy. Z ich szczytów spływały białe żyły wyschniętych strumieni, gubiące się w szarości dolin poniżej. Po drugiej stronie pasma gór niziny przechodziły w płaskowyże, tym razem obsiane piaskiem i sporadycznymi wydmami. Jeśli istniały tam jakieś osady, były zbyt małe, żebym mógł je dostrzec. Spojrzałem znów w kierunku dziobu, na tyle, na ile pozwalały mi słońce i ograniczony kąt widzenia. Iran był ogromny. Wszędzie jak okiem sięgnąć widziałem tylko brunatno-szare pustkowie. Wyglądało na to, że czekał mnie kilkugodzinny lot nad monotonną szarością, a to dawało wystarczająco dużo czasu, żeby dowiedzieć się czegoś o ładunku.

Wstałem i podszedłem do drzwi kokpitu. Ryk silników zagłuszał dźwięki dochodzące z drugiej strony. Musiałem zaryzykować i założyć, że nikt nie wyjdzie w przeciągu najbliższych kilkunastu minut. Przeszedłem w stronę skrzyń ustawionych tuż za siedzeniami. Wszystkie były identyczne, ustawione na paletach po dwie sztuki. Były przypięte do podłogi pasami i zabezpieczone na końcach blokadami, które miały rzekomo powstrzymać je przed przesunięciem do przodu. Przyjrzałem się jednej z blokad. Był to metalowy próg z pionową ramą i dwoma lichymi wspornikami wykonanymi z calowych rurek. Gdyby samolot przechylił dziób w dół, nie musiałbym martwić się o nadchodzącą katastrofę. Palety za moją głową zostałyby w miejscu, a skrzynie zsunęłyby się, wprasowując mnie razem z barierą w ścianę kokpitu.

Skrzyń było łącznie piętnaście. Przyjrzałem się im. Pokrywa każdej z nich była przybita w czterech miejscach. Rozejrzałem się po ładowni. Nie miałem pod ręką niczego, czym mógłbym je podważyć. Za siedzeniami po lewej dostrzegłem prostokątną metalową skrzynkę. Była zamknięta starą zardzewiałą kłódką. Druga, większa skrzynia leżała w głębi ładowni przy ścianie. Podszedłem do niej i otworzyłem. W środku znalazłem pięć spadochronów i skrzynkę z narzędziami, a w niej, między tulejkami, imbusami i innym żelastwem, długi śrubokręt. Spojrzałem jeszcze raz w stronę kokpitu. Nie było nikogo w zasięgu wzroku.

Przeszedłem między skrzynie tak aby te ustawione bliżej dziobu zasłoniły mnie. Kucnąłem, wsunąłem śrubokręt pod pokrywę i podważyłem ją, napierając ramieniem. Skrzynia się przesunęła, gwóźdź zatrzeszczał, śrubokręt się wygiął, ale wieko uniosło się zaledwie o centymetr. Spróbowałem jeszcze raz, ale wieko nawet nie drgnęło. Śrubokręt wygiął się jeszcze bardziej i pękł.

Siedziałem przez kilka sekund oparty o ładunek, a potem zajrzałem do szpary pod pokrywą. Nie miałem latarki, a szczelina była zbyt wąska, żeby coś zobaczyć, ale ze środka dochodził wilgotny zapach rdzy i smaru. Cokolwiek było w środku składało się z naoliwionych metalowych części. Byłem przekonany, że w skrzyniach jest broń. Potrzebowałem tylko dowodu.

Upewniłem się, że nie mam widowni, wspiąłem się na skrzynię i docisnąłem wieko, stając na jego krawędzi. Lekko wystające główki gwoździ były jedynym śladem jaki zostawiłem. Schowałem zniszczony śrubokręt pod spadochrony i przeszedłem na tył ładowni. W części ogonowej na każdej z czterech palet znajdowała się tylko jedna skrzynia. Wyglądało na to, że różnią się od pozostałych zawartością albo miejscem przeznaczenia. Podszedłem do jednej z nich i pchnąłem. Nie byłem w stanie jej przesunąć. Naparłem z całych sił, ale nawet nie drgnęła. Podszedłem do innej i spróbowałem jeszcze raz. Bez powodzenia. Musiały ważyć ponad sto kilogramów. Powtórzyłem próbę na palecie z dwiema skrzyniami. Poddała się bez większego oporu. W górnej skrzyni coś zaklekotało. Metaliczny odgłos ciężkiego żelastwa. Ustawiłem ją na miejsce i oparłem się plecami o skrzynie.

Nagle przez huk samolotu przedarł się głos.

— To nie promenada — krzyknął jeden z pilotów. Stał między siedzeniami kilka metrów za mną.

— Wiem, wiem — powiedziałem. — Rozprostowuję kości.

Przyglądał mi się z pogardą jakby liczył na to, że będę się wił w wyjaśnieniach.

Nie dałem mu satysfakcji. Ruszyłem w jego kierunku. Gdy doszedłem do foteli, z kokpitu wyłonił się Rory. W prawej dłoni trzymał piersiówkę i zdawało mi się, że się uśmiechał, nieświadomie, jakby od wewnątrz, bo jego rysy pozbawione nieodłącznej surowości nadały jego twarzy wyraz beztroski i upojenia.

— Myślałem, że siedzisz za sterem — powiedziałem. Flaszka w jego dłoni przypomniała mi o drugim pilocie. Zastanawiałem, się jak dużo wypili.

— Autopilot — rzucił beztrosko. — Widzę, że się rozgościłeś? — Wskazał piersiówką w kierunku rozstawionych skrzyń.

— Byłem ciekaw, co to za lodówki przewozicie.

Rory zmarszczył brwi nie rozumiejąc, o co mi chodzi.

— Napijesz się? — zapytał.

— Jasne. — Sięgnąłem po flaszkę i zrobiłem kilka łyków.

— Spokojnie kolego, bo jeszcze ci zaszkodzi.

Mylił się. Na tym etapie nic już nie mogło mi zaszkodzić. Żar rozlał się we mnie powoli, stopniowo, jak zawsze znajdując właściwą drogę do każdego zakamarka, spiętego ścięgna i wypalonego nerwu. Ożywił na nowo lęki i wyobrażenia, zupełnie jak wtedy, gdy wmawiałem sobie, że tylko udaję alkoholizm. Zatrzymałem wzrok na pilocie. Zdążył przejść za siedzenia i otworzyć metalową skrzynię z narzędziami. Szperał w niej przez dłuższą chwilę, szukając czegoś, po czym wyjął jakieś papiery i ruszył w stronę kokpitu.

— On nie pije? — zapytałem.

— Jak każdy, ale nie za sterami.

— To pewnie bardzo poszukiwana cecha u pilotów.

— To prawda. Zwłaszcza w tym biznesie. Ale nie oszukujmy się. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie pił, lecąc tam, dokąd lecimy — uniósł piersiówkę, łyknął i otarł usta kantem dłoni.

Dźwignąłem się z fotela, wstałem i zajrzałem do kokpitu. W środku siedziało dwóch pilotów.

— Powiedz mi jedną rzecz…

— Co takiego? — spytał.

— Dlaczego mówiłeś, że siądziesz za sterami? Masz tam w środku dwóch trzeźwych pilotów.

— Powiedzmy, że musiałem trochę od ciebie odpocząć.

— Kolejne kłamstwo — pomyślałem, ale nie powiedziałem nic.

— A tak naprawdę, dawno się z chłopakami nie widziałem i chciałem wyjaśnić im kilka rzeczy.

— W porządku — powiedziałem i sięgnąłem po flaszkę.

Chciałem zalać wszystkie kłamstwa alkoholem. Rozmazane i niewyraźne były mniej irytujące. Rory uśmiechnął się jakby widział to, odwrócił się i wszedł do kabiny pilotów.

Usiadłem. Spojrzałem jeszcze raz przez okrągłą, wzmocnioną szybę. Widok za oknem uspokajał. Alkohol zresztą też. Wziąłem jeszcze jeden łyk. Czułem, że zaczynał działać. Ostry zapach smaru sprzed kilku minut rozmywał się. Dotyk drewnianych skrzyń pod palcami zanikał. Stłumione myśli o broni i amunicji, wyobrażenia o egzekucjach i wojsku pacyfikującym rolników, aktywistów, robotników, mieszkańców miast i wsi słabły, oddalały się, przesuwając za granice świadomości.

Wkraczaliśmy coraz głębiej nad terytorium Iranu. Trudno było powiedzieć, kiedy wlecimy nad Afganistan. Przed nami rozpościerał się górzysty pejzaż. Za oknem, jak okiem sięgnąć dominowały kamienie i skały. Natura w najprostszym, surowym wydaniu. Przeznaczenie tysięcy młodych Rosjan wciągniętych w afgańską pułapkę przez Brzezińskiego. Niekończące się szczyty, przełęcze i kotliny były jak labirynt, rozciągający się poza granice wzroku. Z lotu ptaka napawał strachem, na dole, na szlaku musiał przepełniać beznadzieją. Oczyma wyobraźni widziałem tych wszystkich straceńców, głodnych, spragnionych i przemarzniętych chłopaków uwięzionych tu przez machinę rosyjskiej propagandy. Gdy zimą tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego dziewiątego pierwszy sekretarz chwalił swych nastoletnich bohaterów, mężnie broniących wschodnich rubieży ojczyzny, pozbawieni człowieczeństwa i nadziei ginęli tu dziesiątkowani przez afgański śnieg, mróz i mudżahedinów. Patrząc na to uginające się pod ciężarem nieba pustkowie, nie miałem już wątpliwości, dlaczego CIA sprowokowała Rosjan, dlaczego wojna domowa w Afganistanie trwała bezustannie od przeszło dziesięciu lat i dlaczego nie miała szans na rychły koniec.

Otaczająca szarość trwała ze spokojnym uporem. Wokół widać było jedynie wzgórza, postrzępione grzbiety skał i jałową ziemię. Wzdłuż nielicznych koryt wyschniętych rzek pojawiały się ślady porzuconych pól uprawnych i zabudowań, ale poza nimi trudno było o inne oznaki życia. Zastanawiałem się z czego żyją ludzie, którym przyjdzie się tu urodzić. Czy tak jak Beduini wędrują z miejsca na miejsce, ze swoimi stadami, poddając się rytmowi natury, czy może porzucili dawny model egzystencji i jak państwo poddają się przewidywalnym porom roku wyznaczającym regularny rytm przemocy, tętno płynności finansowej i transfuzje dolarów za sezonowe zbiory nadcinanych główek maku. Niedostępna i rozległa dzicz, której nie sposób okiełznać ani kontrolować, wymyka się spod kontroli państwa, stając się areną dla plemiennych waśni, polem bitew lokalnych watażków i bojowników, chaosem trwającym w oderwaniu od sił z zewnątrz, hamowanym jedynie przez siły natury.

Po mniej więcej półtorej godziny od startu, wlecieliśmy nad otwartą przestrzeń równin. Na horyzoncie pojawił się rozlany po zboczu dywan mikroskopijnych zabudowań. Przypominał rozciągniętą we wszystkich kierunkach pajęczynę, strukturę zbyt słabą by nazwać miastem, zbyt rozległą by tworzyć nawet serię połączonych ze sobą wsi. Niczym rozwinięte mega aglomeracje łączące metropolie amerykańskich snów, twór poniżej stanowił pozbawione granic niespełnione marzenie o dobrobycie. Ledwo widoczne, mikroskopijne kostki parterowych budynków wspinały się kaskadowo po szarych grzbietach wzgórz. Obrastały równiny od zachodu i opadały łagodnie na wschód łukiem nieregularnych schodków w kierunku słabo zarysowanego centrum. Rozlewały się szeroko na wszystkie strony, nieregularne, zastygłe w czasie, jak klastry w ulu, ściśnięte, zwarte, niepozostawiające wolnej przestrzeni wewnątrz. Kilkanaście kilometrów na północ dostrzegłem pas lotniska, a za nim zieloną anomalię kilku pól uprawnych, dowód na to, że miasto wciąż żyło. Pasy nieśmiałej zieleni kontrastowały z przytłaczającą szarością wokół, ale i tak nie zamazywały ogólnie przygnębiającego wrażenia. Nigdzie w obrębie całej sieci nie dostrzegłem ani jednego bloku ani choćby kilkupiętrowego budynku, a mijaliśmy przecież jedno z większych miast Afganistanu.

Kabul, ukryta przed światem stolica Afganistanu. Mnie jednak najbardziej interesowało lotnisko. Spodziewałem się, że lada moment samolot przechyli się, zatoczy krąg i podejdzie do lądowania. Tymczasem pas startowy poniżej przesuwał się w prawo i oddalał od nas. Kabul, nie był naszym celem.

Jakby na potwierdzenie, znajomy, niewyraźny dźwięk przebił się przez ryk silników. Wyjrzałem przez okno. W powietrzu, kilkadziesiąt metrów od nas błękit wypełniła jasnopomarańczowa kula ognia. Po chwili kolejna eksplozja wstrząsnęła samolotem. Nie zmieniliśmy kursu. Chmura dymu przesunęła się szybko do tyłu i zniknęła za granicą wzroku. Pojedyncze, przedzierające się przez hałas dźwięki nasiliły się i skrystalizowały. Rozpoznałem je. To był świst kul. Byliśmy pod ostrzałem.

Rory wyskoczył z kabiny, rzucił się w kierunku spadochronów, otworzył skrzynię, chwycił dwa wielkie plecaki i podbiegł do mnie. Na jego twarzy malował się łajdacki uśmiech.

— Tak na wszelki wypadek — powiedział i rzucił mi spadochron. Wrócił po kolejne dwa rzucił na siedzenia i wpadł z powrotem do kabiny.

Trzask zamykanych drzwi wyrwał mnie z odrętwienia. Poderwałem się, przesiadłem na siedzenie bliżej środka i zapiąłem pasy. Żołądek podszedł mi prawie pod gardło. Wiedziałem, że wlatujemy nad terytorium frontu, ale dla mnie wojna była wciąż jedynie abstrakcją. Nic, co do tej pory widziałem nie przygotowało mnie na świadomość, że maszyna, która z trudem utrzymywała się w powietrzu, sunęła po niebie między zbłąkanymi pociskami. Spojrzałem na okrągły szklany otwór po prawej. Horyzont zniknął. Widziałem jedynie bezchmurny zimny błękit marcowego nieba. Byłem przerażony. Seria pocisków zabębniła o kadłub. Zacisnąłem dłonie na oparciach. Samolot wykonał łagodny skręt w prawo, unosząc linię horyzontu. Musieliśmy uciekać. Nie mogliśmy zostać znów trafieni. Awaryjne lądowanie na zboczu góry nie wchodziło w grę.

Po chwili charczenie silników osłabło, a po kilku minutach zamilkły wystrzały. Nie ruszyłem się z miejsca. Nasłuchiwałem. Czekałem. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że zaraz nastąpi bezpośrednie trafienie. Dopiero gdy samolot wykonał znów łagodny skręt w lewo uspokoiłem się trochę.

Odwróciłem się i spojrzałem na rozstawione z tyłu skrzynie. Stały zaraz za moimi plecami. Były jak prasa hydrauliczna czekająca na uruchomienie. Sięgnąłem po klamrę, chcąc uwolnić się z pasów. Szarpnąłem, wyrwałem się i stanąłem w przejściu między fotelami. Rozejrzałem się po pokładzie szukając dziur w kadłubie. Stałem przez chwilę, patrząc na nieudolnie zamocowany ładunek, po czym wróciłem na miejsce przy oknie po prawej. Byłem ciekawy, jak skrzydła zniosły ostrzał i czy któryś z silników ucierpiał. Wyjrzałem przez okno i spojrzałem w dół. Znajomy widok znów wypełnił horyzont. Łańcuchy górskie zaczęły osaczać nas od wschodniej strony. Miasto pozostało daleko w tyle i wyglądało na to, że najgorsze mieliśmy za sobą. Zastanawiałem się, czy to jedyna bateria, którą skierowano w naszą stronę. Rory wyszedł z kokpitu i stanął w przejściu.

— Fałszywy alarm — rzucił.

Stał oparty o siedzenie. Czekał aż dojdę do siebie. Wydawał się zadowolony. Jego twarz wibrowała z ekscytacji. W jego oczach skrzyły się wspomnienia. Szaleństwo, o którym mi jeszcze nie opowiedział.

— Co to kurwa było?! — wrzasnąłem.

Nie wiedziałem co irytuje mnie bardziej, jego dobry humor czy fakt, że o mało nie zszedłem na atak serca.

— To był kolego ostrzał z broni lekkiej i szczęśliwe chybienie z ręcznej wyrzutni ziemia-powietrze.

— Tyle zdążyłem się sam domyślić. Dlaczego do nas strzelali? I kto to był do cholery?

— Naprawdę nie wiesz? To nie takie trudne. No dalej. Spróbuj zgadnąć — uśmiechnął się.

— Na pewno nie byli to fani Orlova.

— To byli Talibowie Jerry. Talibowie z Kabulu — spojrzał na mnie, próbując odgadnąć, czy wiem, o kim mówi.

— A teraz radziłbym ci nie zadawać zbyt wielu pytań. Nie tylko mi działasz na nerwy — spojrzał wymownie w stronę kokpitu. — Zaraz lądujemy, a skoro wiedzą, że tu lecimy, nie będzie za dużo czasu na zwiedzanie.

— Gdzie lądujemy?

— W bazie lotniczej Bagram. Kilkadziesiąt kilometrów na północ od stolicy. Tam, na miejscu nasi klienci odbiorą przesyłkę, a my przejmiemy ich towar.

Poczułem, jak siła odśrodkowa odpycha mnie w stronę Rorego. Samolot odbił lekko w prawo, wyraźnie zmieniając kurs. Spojrzałem za okno. Mówił prawdę. Weszliśmy w inny korytarz powietrzny i podchodziliśmy do lądowania.

— Czy jest jeszcze coś, co powinienem wiedzieć? Na przykład, dlaczego sprzedajecie tu broń?

Rory rzucił spadochrony na podłogę, zajął miejsce i zapiął pas.

— Niczego nie sprzedajemy — powiedział. — Tylko transportujemy. Zresztą, to są siły rządowe. Naprawdę równe chłopaki — uśmiechnął się.

— Rozumiem, czyli tych z drugiego końca strzelnicy nie obsługujecie?

— Oczywiście, że nie — odparł — Przecież to byłoby nie fair. Ale dość o pierdołach. Słuchaj teraz.

— Co znowu?

— Z tego co wiem, nasi zajmują większą część bazy, może nawet całą, więc powinniśmy wylądować bez problemu, ale jeśli…

— Boże… — westchnąłem.

— Skup się! — przerwał. — Zaraz lądujemy. Słuchaj.

— Słucham. Mów.

— Jeśli tamci zdecydują się przysłać z Kabulu większy oddział, może zrobić się niebezpiecznie. Dlatego radzę ci trzymać się blisko pasa startowego. Chyba, nie chcesz utknąć w tej dziurze?

— Skończyłeś?

— Dopiero zaczynam — odparł, przechylił się do przodu i spojrzał na unoszący się horyzont. Obniżaliśmy pułap.

Ciśnienie w kabinie rosło, a z nim mój strach przed tym, co czekało nas za kilka minut. Najpierw musieliśmy wylądować. Najlepiej bez eskorty kul i pocisków. Potem musieliśmy wyjść na zewnątrz i liczyć na brak snajperów w pobliżu. Nie wiedziałem, jak długo potrwa załadunek i czy nie będziemy musieli czekać na kogoś czekać. W zależności od tego, kiedy pojawią się Talibowie, mogliśmy zostać zestrzeleni, pojmani albo zarżnięci na miejscu jak bydlęta. Jeśli z jakiegoś powodu nie wyjechali jeszcze z Kabulu, mieliśmy szanse na wyładowanie skrzyń i powrót w jednym kawałku. W przeciwnym razie pakowali się właśnie do samochodów lub jechali w naszym kierunku. Zastanawiałem się, jak długo zajmie im dotarcie do nas, ile kilometrów dzieli Bagram od Kabulu, czy na miejscu jest ktoś, kto ich powstrzyma, co zrobimy, jeśli klient się nie pojawi i przede wszystkim, co w tej sytuacji zrobi Orlov.

— Jak długo potrwa załadunek? — zapytałem. — Towar, który mamy zabrać jest już na miejscu czy musimy na niego czekać?

— To raczej nie twoje zmartwienie, prawda? — odparł. Wskazał nonszalancko na ścianę oddzielającą nas od kokpitu: — My dopilnujemy, żeby załadowali towar, a ty po prostu odpręż się i podziwiaj widoki.

— A Talibowie?

— Powiedziałem już, a Talibów zostaw mi.

Po chwili, koła dotknęły lądowiska, zapiszczały i maszyna odbiła się od betonu. Przez ułamek sekundy byłem pewny, że kadłub zaraz pęknie. Ogłuszający trzask przebił się przez warkot silników. Chwyciłem siedzenie przede mną i zaparłem się z całej siły. Dwie sekundy później samolot znów dotknął pasa i znów się odbił, jakby beton był przeorany przez pług. Potem siadł ciężko z piskiem opon i potoczył się, wprawiając wszystko w drżenie.

Czułem się jak kukła do crash testów. Gdyby nie pasy połamałbym kości o twarde drewniane oparcia między siedzeniami. Mógłbym przysiąc, że zrywaliśmy beton odziedziczony po ZSRR-owskiej potędze lotniczej.

Popatrzyłem na siedzącego spokojnie Rorego. On wiedział, że właśnie do takich lotów stworzone były sowieckie wraki: do lądowania na kruszejących, dziurawych pasach startowych w krajach trzeciego świata. I wtedy, po raz kolejny olśniło mnie. Lądowanie nie stanowiło dla nich problemu. Wszystko, co działo się wokół mnie było zupełnie naturalne i wliczone w ryzyko. Siergiej wiedział dokładnie, czego się spodziewać. Znał wszystkie ewentualne zagrożenia, a mimo to siedział spokojnie ze wzrokiem wbitym w ścianę kokpitu.

Geniusz Orlova nie polegał tylko na wydajności. On zarabiał tam, gdzie inni nie chcieli ryzykować.

Gdy samolot zwolnił, przesiadłem się bliżej okna, za którym pejzaż przesuwał się jak sceneria wojennego filmu. Budynki, a raczej to, co z nich zostało, były zbite w długi pofragmentowany mur zabudowań. Rory tylko w połowie rozminął się z prawdą. Kiedyś mogła tu być baza lotnicza. Teraz jednak wyglądała jak poligon dla artylerii. Większość baraków i wieże strażnicze przypominały szkielety pod falistym ebonitem. Prawie wszystkie były częściowo zawalone, a te, których zszarzałe, wypalone słońcem ściany wciąż stały, podziurawiono bronią maszynową większego kalibru. W futrynach nie było drzwi, a puste oczodoły okien nadawały budynkom wygląd rozbitych czaszek. Piach wokół parcel usiany był niewielkimi lejami po granatach lub pociskach. Czułem, że hamujemy. Zbliżaliśmy się do końca bazy. Samolot zwolnił, pilot obrócił go o sto osiemdziesiąt stopni i ustawił w pozycji startowej, gotów po raz kolejny wyżłobić koleiny w betonie. Gdy wyłączył silniki wiedziałem już, że samolot Orlova wylądował. Stał kilkanaście metrów za nami, również w pozycji gotowej do startu.

Na widok drugiej maszyny przeszedł mnie dreszcz. Zaparkowany pośród kupy gruzu stanowił niezaprzeczalny dowód na to, że czas teoretyzowania dobiegł końca. To było prawdziwe cierpienie, krew i łzy wypalone jak znamię na murach i ziemi. Broń, która unicestwia i obraca w ruinę była wszędzie, a wraz z nią panowały strach i śmierć. To była chwila prawdy. Musiałem to przyznać: bałem się.

Nie mogłem dłużej się oszukiwać. Do tej pory, spoglądając w przeszłość, nieznaną i nieciekawą, ukrytą za łaskawą mgłą amnezji, bez skrupułów krytykowałem swoje dawne ja — dziennikarza trzymającego się kurczowo posady, przeciętnego wyrobnika bez wygórowanych potrzeb i ambicji. Z wyższością, kpiłem z pracy miejskiego reportera jako prostej i niewymagającej poświęceń, pozbawionej wyzwań, uwłaczającej godności mężczyzny. A jednak sam nigdy nie podjąłbym się roli korespondenta wojennego, tej jedynej profesji w sprofanowanym ciele medialnej machiny, którą uświęcały odwaga, głupota i codzienne strumień przelewanej krwi. Ani razu nie dopuściłem do siebie możliwości wyruszenia w teren, poza własną strefę komfortu.

Wstałem i ruszyłem w kierunku wyjścia. Rory otworzył właz. Piloci wciąż siedzieli w kabinie. Spojrzałem jeszcze raz na zatrzaśnięte drzwi kokpitu. Miałem nadzieję, że wyjdą razem z nami, ale nie zrobili tego. Do środka wdarła się fala zimnego powietrza.

Siergiej ruszył po stopniach w dół. Nad jego głową roztaczał się widok na szare wzgórza usiane w kilku miejscach klastrami zabudowań. Za nimi, dużo wyżej rozciągały się spowite w chmurach szczyty gór. Po wyjściu na zewnątrz poczułem brak tlenu i niższe niż w Szardży ciśnienie. Baza lotnicza musiała być na sporej wysokości. Gdy zszedłem na płytę czułem, jak mój organizm się buntuje.

— W porządku? — Rory zapytał niemal troskliwym głosem.

— Tak — odparłem po chwili, starając się wypełnić płuca tlenem.

Zastanawiałem się, jak można walczyć w takich warunkach. Temperatura musiała sięgać zera. Chłód osaczał mnie, wślizgując się po plecach pod cienką warstwę ubrań.

Przebiegłem wzrokiem wokół, żeby ocenić sytuację. Przy pierwszym Antonowie, zastygłym na końcu pasa, stała ciężarówka, a obok niej zakurzony samochód terenowy nieokreślonego koloru. Grupka dziwnie ubranych mężczyzn uwijających się z towarem. Mieli na sobie szare bufiaste spodnie, stare, znoszone swetry i kamizelki. Przypominali bandę miejscowych sklepikarzy chcących dorobić sobie na boku. Czterech z nich znosiło skrzynie po rampie, a dwaj stali na pace i układali je.

W niczym nie przypominali typowych żołnierzy, chociaż Rory mówił, że to transport dla sił rządowych. Nie zauważyłem nigdzie broni, ani mundurów, a jedyne, co ich łączyło to obszarpane stroje i dziwaczne berety nasunięte na głowy.

Uwijali się sprawnie, ale bez pośpiechu. Zastanawiałem się, jak przerzucą na pakę skrzynie wypełnione amunicją. Jeden z nich podszedł do podziurawionego kulami pickupa, odpalił silnik i podjechał na tyły samolotu. Krzyknął coś do czekających na zewnątrz, wycofał i ustawił się tyłem do palet. Jeden z mężczyzn, wskoczył na bagażnik rozwinął nawiniętą na wysięgnik linę holowniczą, zeskoczył na beton i przeciągnął hak do ładowni. Pozostali odsunęli się na bok. Po chwili chmura kurzu wzbiła się w powietrze. Terenówka wyrwała do przodu. Zgrzyt i dźwięk tarcia przetoczyły się po betonie, pozostawiając ścianę pyłu w miejscu, gdzie zaczynał się piasek. Kiedy kurz opadł, zielona skrzynia z roztrzaskaną paletą leżały kilkanaście metrów od samolotu.

— Co teraz? — spytałem, przypatrując się, jak kierowca cofa, a lina znów wędruje do wnętrza samolotu.

— Teraz czekamy — odparł.

— Na co?

— Na wywiad — wskazał na wzgórze na lewo od nas.

Wytężyłem wzrok, próbując dojrzeć o co mogło mu chodzić. Pomiędzy drobnymi budynkami wzniesionymi na pierwszej półce zbocza, dostrzegłem dwie idące w naszym kierunku postacie. Wojskowy mundur po lewej i długi szary płaszcz z turbanem po prawej.

— Gdzie Orlov? — zapytałem.

— Gdybym wiedział nie musiałbym czekać aż mi powiedzą, prawda?

— Zaraz, chwileczkę. Czyli powinien tu być, ale go nie ma?

Siergiej nie odpowiedział.

— Więc co teraz? Mamy tu sterczeć i czekać aż się pojawi? Czy może przyjmiemy delegację z Kabulu?

— Możesz czekać w środku, jeśli wolisz.

Rozejrzałem się dokoła. Teren nie dawał nam specjalnej przewagi. Z północy, gdzie stał drugi Antonow i z północnego zachodu, nieco na lewo, w odległości dwudziestu, trzydziestu kilometrów zaczynały się góry schodzące we wzgórza otaczające nas jak ramiona z obu stron. Te najbliżej nas, po lewej podchodziły pod samą bazę, dając dość dobrą pozycję obronną w razie ataku. Najpewniej tam właśnie przebywał Orlov. Stamtąd też szli dwaj nieznajomi.

Odwróciłem się i spojrzałem na wschód, gdzie pod linią kadłuba dostrzegłem ogrodzenie. Kilkunastometrowa wyrwa otoczona gruzem sugerowała przebieg ostatniej bitwy. Za zburzonym murem rozciągała się otwarta przestrzeń — równina sięgająca do odległych wzniesień na wschodzie. Oczyma wyobraźni widziałem wjeżdżające tędy dżipy i wbiegających Talibów, a nie był to jedyny punkt, z którego mogli zaatakować. Po lewej stała wieża strażnicza i resztki spalonego szlabanu. Jasna nitka drogi prowadzącej do bazy wiła się na północny wschód, znikając w głębi wąwozu otoczonego z dwóch stron górami. Wędrując wzrokiem wzdłuż kadłuba, na północ i dalej na zachód roztaczał się widok na rozległą nizinę podbiegającą nieśmiało pod wzgórza i skały za nimi. Tam również dostrzegłem pokrytą piaskiem drogę wślizgującą się pomiędzy dwa pasma szczytów. Na południe prowadziła jeszcze jedna i ta wydawała się najbardziej niebezpieczna.

— Czy to jedyna droga do Kabulu? — spytałem, wskazując pas betonu biegnący na południe. Ciągnął się wzdłuż lądowiska, na którym staliśmy, oddzielając je od ruin budynków u podnóża wzniesień. Droga prowadziła przez całą długość bazy, znikając gdzieś w zlewającej się masie budynków.

— Jest jeszcze jedna, o tam — wskazał na równinę za wysadzonym murem. — Ale jeśli zdecydują się na atak, pojawią się z tej strony. — Jego dłoń znów przesunęła się powoli na prawo, w miejsce, gdzie droga biegnąca wzdłuż lądowiska skręcała i znikała.

Zapiąłem kurtkę i podciągnąłem sweter pod samą szyję.

— Widzę, że dobrze znasz to miejsce — powiedziałem.

— Tyle o ile.

— Byłeś tu wcześniej?

— Tylko raz.

— I?

— I co?

— Nic.

Skupiłem wzrok na Afgańczykach. Ładowali właśnie naboje do mniejszych pojemników i podawali je pozostałym dwóm na ciężarówce.

— Jaką broń im dostarczacie? — zapytałem.

— Taką, jakiej potrzebują — odparł. — Niezawodną. Głównie kałasznikowy i naboje.

Zaskoczył mnie. Powiedział to bez wahania. Nie musiałem już zakładać, że Orlov prowadził interes w strefie wojny. Wiedziałem to z całą pewnością.

Media w kraju miały rację, oskarżając go o handel bronią, ale czy to dawało im prawo, żeby go demonizować? Przyznanie się Rorego zbiło mnie z tropu. Stałem na pasie startowym postradzieckiej bazy lotniczej w rozdartym wojną kraju, czekając na sfinalizowanie cichej transakcji, a jednocześnie nie mogłem pozbyć się wrażenia, że coś w tym wszystkim jest podejrzane.

Spodziewałem się, że chcieli, żebym zobaczył wszystko na własne oczy i wyrobił sobie zdanie. Oszukanemu najłatwiej uwierzyć w swoją wersję prawdy. Udział Aleksa w afgańskim konflikcie nie ułatwiał mi napisania tej biografii, a przynajmniej nie takiej, jakiej by sobie życzył. Jedynym sposobem na wyjście z sytuacji było potwierdzenie lub zaprzeczenie wszystkiemu co wypisywali o nim, a mogłem to zrobić tylko zdobywając informacje z pierwszej ręki.

Z drugiej strony, jeśli zatrudnili mnie do rzetelnej pracy po co pokazywali mi zorganizowaną przez siebie akcję? Czy tylko po to, żeby sprawdzić co zrobię w obliczu prawdy?

Decyzja Orlova o zabraniu mnie ze sobą mogła mieć zupełnie kuriozalny powód. Jeśli Aleks wątpił w moje kompetencje, mógł celowo odsłonić przede mną fragment prawdy, tylko po to, żeby sprawdzić, czego uda mi się dowiedzieć. Mogło to też znaczyć, że nie wierzył, że zdołam cokolwiek napisać, a swoją mroczną stronę pokazał mi tak jak morderca pokazuje ofierze swoje poprzednie zbrodnie zanim zada ostateczny cios. Mógł też uznać, że łatwo mną manipulować i tak ustawił całą scenę, by potwierdzić własną wersję prawdy.

Tak czy inaczej, przyznając, że to broń, Rory wysyłał mi jasny komunikat: sytuacja uległa zmianie, a ja musiałem wziąć sprawy we własne ręce.

I wtedy właśnie naszła mnie inna myśl. Być może Aleks wiedział dobrze co robi, ściągając mnie tam. Jeśli mężczyźni przy ciężarówce faktycznie walczyli dla legalnie wybranego rządu, transport ten mógł być z punktu widzenia prawa zasadny. Musiałem więc dowiedzieć się czy byli afgańskimi bojownikami w słusznej sprawie, czy może bandą morderców i najemników. Sprawa o tyle trudna, że nawet gdybym podszedł do nich i dowiedział się, że walczą dla rządu, nie mogłem mieć pewności, że mówią prawdę, ani że są regularnie wspierani przez Orlova. Nasz transport mógł być przecież ustawionym spektaklem, wyselekcjonowaną przesyłką dla sił dobra, dzięki której Aleks chciał przekonać mnie i utrwalić wizerunek uczciwego biznesmena.

Mój barometr podejrzliwości wskoczył na kolejną przedziałkę. Nie wierzyłem w historyjki o demokratycznie wybranym rządzie wspomaganym przez szlachetnego, przedsiębiorczego Rosjanina.

Zastanawiając się nad tym, uzmysłowiłem sobie, że tak naprawdę wcale nie chciałem, aby to, co przed chwilą powiedział Rory było prawdą. Chciałem, aby klienci Orlova byli niczym innym jak nikczemnymi typami. Sama możliwość słuszności ich walki wprowadzała zamęt w ustalonym porządku rzeczy. Moje myśli i moja utrwalona do tej pory wersja zdarzeń nie zakładały przecież żadnej innej możliwości. Od momentu, kiedy dowiedziałem się, że to Orlov sterował Rorym i Leonem, nastawiłem się na zdemaskowanie mrocznej postaci, archetypu zbrodni i zła wcielonego. Spodziewałem się i oczekiwałem, że zobaczę tu coś do głębi haniebnego. Moja rządza krwi i chore wyobrażenie sprawiedliwości oczekiwały od Orlova czegoś na miarę ludobójstwa w Ruandzie. Wychodząc z samolotu, wydałem już wyrok. Nie potrzebowałem procesu, a jedynie dowodu winy. Nie interesowały mnie wątpliwości tylko dowody zbrodni. Nie liczyło się to, co miałem przed oczami. Ważne było to, co chciałem zobaczyć, opisać i pokazać innym. Moja własna, ustalona, utarta wersja prawdy.

— Kim oni są? — zapytałem po dłuższej chwili.

— To sojusznicy — powiedział. — Ludzie walczący po stronie legalnie wybranych władz.

Pokiwałem głową. Każdy drobiazg jaki kiedykolwiek słyszałem, widziałem lub przeczytałem na temat Afganistanu, był jedynie częścią mglistej mozaiki, elementem fałszywego obrazu, którego naiwnie nadużywałem, żeby wpleść fakty w historię handlarza bronią. Tak naprawdę nie wiedziałem nic o tym zapomnianym przez Boga kraju. Nie znałem jego stolicy. Nie wiedziałem jakim językiem mówią. Jeśli kiedykolwiek interesowałem się polityką, to z pewnością nie tą tkaną pośród pustkowi Kaukazu.

— Wiem, o czym myślisz — rzucił Rory.

— Wiesz? — zapytałem nieco roztargniony.

— Tak. Zastanawiasz się, czy ich prezydent należy do obozu prawych i sprawiedliwych — uśmiechnął się.

— Gdybyś załatwił mi komputer, jak obiecywał Orlov, nie musiałbym zadawać sobie teraz takich pytań — rzuciłem bez przekonania.

Rory wiedział, że to tylko wymówka, w dodatku dość kiepska. Uśmiech zniknął z jego twarzy, ustępując drwinie. Brak wiedzy zawdzięczałem tylko i wyłącznie sobie i oboje wiedzieliśmy o tym doskonale.

— Wszystko w swoim czasie — odparł po chwili. — Nie chcemy przecież, żebyś uprzedził się do nas, prawda? To, czym się zajmujemy widać najlepiej w terenie, tu, na miejscu.

— Nie wątpię. — Wskazałem na stojących przy ładunku. — Mówią po angielsku?

— Wątpię. To prości ludzie. Część z nich może znać rosyjski, ale na to też bym nie liczył.

— Więc gdzie jest Orlov?

— Mówiłem ci już — odparł — dopełnia formalności.

Przez moment zdawało mi się, że dostrzegłem zniecierpliwienie na jego twarzy. Odwrócił się w stronę wzgórz, wsunął dłonie w kieszenie i zaczął powoli przeczesywać wzrokiem linię horyzontu. Coś w jego spojrzeniu nie spodobało mi się. Był zbyt skupiony.

— Chwileczkę — powiedziałem. — Czy ty w ogóle wiesz, gdzie on jest?

Nie odpowiedział.

— Nie wiesz, prawda? — rzuciłem. — Nie masz zielonego pojęcia.

Patrząc na niego, nie miałem wątpliwości. Orlov znów poddawał go próbie. Po raz kolejny został pominięty w procesie przepływu informacji. Spoglądał uparcie w stronę brunatnych wzniesień jakby podziwianie krajobrazu miało moc uciszania.

— Więc mam rację? — drążyłem.

Nie odezwał się. Pokręcił przecząco głową, wpatrując się w coś, czego nie było. Siergiej nie miał pojęcia z której strony nadjedzie szef.

— Powinien być już z powrotem — powiedział w końcu. — Nigdy nie oddala się od samolotu na tak długo.

— Rozumiem. W takim razie co teraz? Czy powinienem zacząć się martwić?

— On nie ryzykuje, jeśli nie musi. A tutaj ryzykujemy sporo — wskazał na odległy koniec bazy, tam, gdzie kończył się pas startowy. — Nie wiem, dlaczego do nich pojechał.

— Myślisz, że Talibowie spróbują przechwycić nasz ładunek? — odwróciłem się i spojrzałem w kierunku ciężarówek. Bojownicy stali w milczeniu.

— Wszystko zależy od tego, czy zamierzali znów odbić bazę. A tego niestety nie wiemy.

— Rozumiem — odparłem, spoglądając w stronę, z której mogły nadjechać oddziały Talibów. Dopiero teraz dostrzegłem coś przy drodze. W odległości dziewięćdziesięciu, może stu metrów, tuż przy betonowej jezdni prowadzącej na południe znajdowały się dwa usypane z gruzów umocnienia. Stanowiły przedłużenie budynków stojących po obu stronach drogi.

— Punkt kontrolny? — zapytałem, wskazując na poruszający się szary kształt na tle gruzowiska.

Rory przytaknął.

Było ich dwóch. Dopiero teraz zauważyłem. Nieruchomi i zakamuflowani byli niemal niewidoczni. Jeden z nich wstał, wyszedł zza muru i podszedł do krawędzi jezdni.

— Jak myślisz, strzelą do mnie, jeśli tam podejdę? — zapytałem.

— Nie wychodź poza barykadę to zostawią cię w spokoju — odparł, podniósł dłoń do czoła, znów wypatrując czegoś na wzgórzu, a potem dodał: — Aha. I jeszcze jedno. Nie drażnij ich.

— Teraz albo nigdy — pomyślałem i ruszyłem przed siebie.


Ich pozycje były dość dobrze osłonięte. Pozostałości po dwóch parterowych budynkach świetnie nadawały się do roli umocnień. Miały zawalone dachy i częściowo zburzone, podziurawione kulami ściany, ale dawały solidną osłonę przed ostrzałem od strony południowej. Po kilkunastu metrach dostrzegłem setki łusek leżących wokół murów. Niektóre przysypane piachem i kurzem inne wyglądające na nowe, po nabojach wystrzelonych być może nawet wczoraj. Blokada po lewej stronie drogi wyglądała podobnie. Składała się z dwóch ścian osłaniających przed atakiem z południa i południowego wschodu. Stanowisko po prawej było lepiej ufortyfikowane. Tworzyły je trzy grube mury zbombardowanego budynku. Gruz i pozostałości dachu zostały zepchnięte w miejsce, gdzie stała północna ściana. Południowa część osłaniająca obrońców od strony Kabulu miał ponad dwa metry wysokości, a otwór okienny, pozwalał na odpowiadanie ogniem w razie ataku. Wschodnia ściana, od strony jezdni, była solidnie podziurawiona z wyrwami, wystarczająco dużymi, żeby zmieścić w nich karabin i celować. Za zachodnią ścianą, niemal nietkniętą piętrzyły się szare kamieniste zbocza. Między ostrymi skałami sterczącymi w kilku miejscach dostrzegłem ruchomy punkt, wyróżniający się na tle szarej przestrzeni. Tam również znajdowały się pozycje bojowników. Gdy zbliżyłem się do umocnienia zza moich pleców rozległ się gwizd. Odwróciłem się w stronę Antonowa. Z miejsca, w którym stałem dostrzegłem kryjącą się za samolotem do połowy zburzoną wieżę kontroli lotów. Na metalowym balkonie osłoniętym barierką z przerdzewiałej blachy przykucnął chłopak z wycelowanym we mnie karabinem. Drugi gwizd odpowiedział mu od strony barykady. Odwróciłem się i zobaczyłem wyłaniającego się zza umocnienia mężczyznę. Chłopak na wieży opuścił lufę i wrócił do obserwacji drogi z Kabulu. Metalowe barierki osłaniały go od strony miasta i równiny na wschodzie. Zanim się odwróciłem, spojrzał na mnie jeszcze raz i skinął jakby dając do rozumienia, że niewiele brakowało, a nie doszedłbym dalej. Mężczyzna, który go powstrzymał, wrócił na stanowisko.

Gdy podszedłem do fortyfikacji, Mudżahedini czekali na mnie. Ich uważne, ciemne spojrzenia mierzyły we mnie zza dogasającego ognia. Siedzieli na drewnianych skrzynkach. Starszy miał długą, białą brodę i pociągłą, zoraną zmarszczkami twarz. Młodszy, około trzydziestoletni, ukrywał swoją za czarnym zarostem. Oparci plecami o ścianę i ogrzewali kolana przy niewielkim ogniu tlącym się wewnątrz ułożonego z kamieni okręgu. W rogu stanowiska, po lewej, pod najwyższym fragmentem ściany, spoczywały trzy opony ułożone jedna na drugiej. Ze środka wystawał sztorcem ręczny granatnik przeciwpancerny z charakterystycznym zielonym grotem o profilu rombu i dwa wytarte kałasznikowy.

— Salam alejkum — rzuciłem niepewnie.

— Wa alejkum salam — odpowiedzieli. Młodszy wstał i podszedł do mnie. Był masywnej budowy i prawie o głowę wyższy ode mnie, więc gdy podał mi dłoń, musiałem unieść wzrok. W jego spojrzeniu nie było ciekawości. Dojrzałem w nim spokój i pewność siebie.

— Pokój przyjacielu — powiedział.

— Pokój — odparłem.

Starszy jedynie skinął głową, a jego gest był wart więcej niż moc uścisku.

— Nazywam się Jerry Dawson. Jestem dziennikarzem. Chciałbym napisać o was i o tej wojnie. O tym za co walczycie — powiedziałem.

Starszy bez pośpiechu przeniósł wzrok na towarzysza, ale tamten tylko pokręcił głową i wzruszył ramionami.

— Sorry — rzucił zakłopotany. Wyglądał jakby żałował, że nie ma nic do zaoferowania.

— Nie rozumiecie? — spytałem.

Siwy skinął, potwierdzając coś, czego nie zrozumiał, a młodszy tylko ściągnął brwi, próbując rozszyfrować pytanie.

— Nie rozumiecie — powtórzył, spoglądając na mnie z góry. Pokręcił głową poirytowany i wrócił na swoje miejsce przy ogniu. Starszy siedział w milczeniu, wpatrując się w płomienie omiatające trzeszczące, skąpane w iskrach deski.

— Pokój bracie — powtórzył, nie podnosząc wzroku.

Zamiast porywczości i podejrzliwości zobaczyłem w ich oczach spokój, może nawet obojętność. Uśmiechnąłem się najbardziej dyplomatycznym uśmiechem na jaki było mnie stać, skinąłem głową i ruszyłem z powrotem w stronę samolotu.

Mężczyźni, którzy chwilę wcześniej schodzili w dół wzgórza zdążyli dojść do Antonowa i rozmawiali właśnie z Rorym. Byli to dwaj piloci Orlova, ci sami, którzy wylądowali tu przed nami. Gdy podszedłem, rzucili Roremu pospiesznie kilka słów i ruszyli w stronę swojej maszyny.

— Coś nie tak? — zapytałem, chociaż znałem odpowiedź. Z jego twarzy dało się odczytać, że nie była to przyjemna rozmowa.

— Tak! — burknął. — Coś jest zdecydowanie nie tak.

— Co się stało?

— Orlov pojechał do głównego obozu.

— Po co?

— Skąd mam wiedzieć? Nie jestem jego sekretarką.

A jednak musiał coś wiedzieć. Sposób w jaki spoglądał na horyzont, jego poirytowanie i opryskliwość sugerowały nieoczekiwaną zmianę sytuacji. Albo piloci ukrywali coś przed nim i właśnie się o tym dowiedział, albo znów coś przede mną ukrywał.

Odczekałem chwilę, żeby dać mu ochłonąć.

— Co się dzieje? — zapytałem.

— Niewielka zmiana planów — odparł i splunął.

— Jak niewielka?

— Musimy zostać tu dłużej niż zakładaliśmy.

— O ile dłużej?

— Nasi koledzy czekają na towar.

— A my nie?

— Czekamy na szefa i wracamy — wskazał na stojącego na końcu pasa Antonowa. — Powiedzieli, że powinien być za kilkanaście minut.

— To pewne?

Nie odpowiedział. Wpatrywał się w horyzont jakby badał wzrokiem każdy jego fragment.

— Co to za towar? — spytałem.

Znów cisza. Nie chciał albo nie mógł odpowiedzieć.

— Czyli nie wiemy, kiedy Aleks wróci. A wiemy może po co tam pojechał?

— Żeby wystawić rachunek — odparł.

— Bez obstawy?

— Zabrał ze sobą dwóch naszych.

— Czyli jednak potrzebował obstawy.

Rory wziął głęboki oddech. Starał się panować nad sobą. Ja z kolei starałem się wywiązywać z umowy, więc drążyłem.

— Po drodze mogą wpaść w zasadzkę, a wtedy — przerwał na moment, jakby właśnie coś sobie uświadomił — wtedy każdy dodatkowy spust jest na wagę złota.

— Rozumiem. Czyli nie wiemy, kiedy wróci ani czy w ogóle wróci?

Rory zwlekał chwilę z odpowiedzią jakby oceniał prawdopodobieństwo zasadzki, po czym przytaknął.

— W porządku — rzuciłem, przyglądając się pilotom, którzy wyszli samolotu i kroczyli w kierunku naszego Antonowa. — A co z nimi? Na co oni czekają? — zapytałem.

— Na pistacje.

— Na pistacje!? — parsknąłem. — Nie rób ze mnie idioty.

Rory spojrzał na mnie zdziwiony.

— Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że Orlov odleci pustym kursem, zostawiając w tyle samolot i załogę dla ładunku orzechów?

— Zbyt mało o nim wiesz — odparł.

Nie wierzyłem mu. Pistacje nie były najcenniejszym towarem jaki eksportował Afganistan. Nie mogły być powodem, dla którego Orlov zapuszczałby się w głąb kraju.

— Wiesz co myślę? — ciągnąłem dalej. — Myślę, że nikt nie czeka na żadną dostawę. Oni czekają aż się ulotnię. Tak bardzo chcą się mnie pozbyć, że poświęcą pusty kurs i załadują wszystko do jednego samolotu. A kiedy zniknę wypchają tamten złom po brzegi opium i polecą upłynnić go gdzieś w Azji albo w południowej Europie.

— Mylisz się — na jego twarzy pojawił się drwiący uśmiech. — Oni naprawdę czekają na transport pistacji. Jedna partia jedzie z magazynu z Kabulu. Druga od rolników z północy. Zresztą, jest początek marca. Do sezonu zostało jeszcze trochę czasu. Nawet na południu pola makowe są praktycznie puste. A tutaj? Popatrz dokoła. — wskazał na chłodne, jałowe pustkowie w zasięgu wzroku. — Tutaj w górach dopiero zaczynają siać. Jak cokolwiek ma tu wyrosnąć o tej porze roku?

Nie odpowiedziałem.

— Poza tym — wskazał na Afgańczyków — gdy tylko wypatrzyli nasz samolot, ich dowódca wysłał ludzi z wiadomością do stolicy. Ciężarówka powinna być tutaj lada moment.

— O ile nie wpadną w zasadzkę — odparłem.

— W mieście Talibów nikt nie urządza na nikogo zasadzek. Oni robią tam co chcą.

— I nie mają tu żadnej łączności? — zapytałem.

— W Kabulu linii naziemnych praktycznie nie ma. Wszystko pozrywane. A operatorzy bezprzewodowi też specjalnie nie palą się do inwestycji. Jeśli chodzi o siły rządowe, to na północy mają kilka telefonów satelitarnych. Ci tutaj muszą radzić sobie bez takich luksusów.

— Jak za czasów radzieckiej ofensywy — powiedziałem.

— Dla nich tamta wojna nigdy się nie skończyła. Tutaj, wojna nigdy tak naprawdę się nie kończy.

— Ale nie tracimy wiary, prawda? — zapytałem.

— Zgadza się — przytaknął. Znów badał wzrokiem horyzont. Próbował odgadnąć, z której strony nadjedzie Orlov.

Nagle, za plecami usłyszałem gwizd. Mężczyźni przy barykadzie poderwali się, chwycili za karabiny i wybiegli na ulicę. Na samym końcu pustego pasa startowego, w miejscu, gdzie zdawał się łączyć z drogą z Kabulu, pojawił się niewielki szary punkt. Pojazd zbliżał się w naszym kierunku, wzbijając w powietrze chmurę pyłu. Po kilku sekundach zniknął za zabudowaniami. Mężczyźni wbiegli z powrotem za barykadę i zajęli stanowiska. Starszy poprawił magazynek. Spojrzał za siebie w kierunku wieży wartowniczej. Stał przez chwilę zwrócony twarzą do chłopca, po czym dał mu sygnał i wrócił na pozycję. Młodszy z wartowników odłożył karabin, podniósł wetknięty w opony granatnik, wsparł go na krawędzi lewej ściany i wycelował go w tumany kurzu.

— Jesteś pewien, że to nasz transport? Nie wyglądają na zrelaksowanych.

— Zaraz się przekonamy — Rory wzruszył ramionami. — Teraz i tak już się nie schowamy.

Miał rację. Najbliższy budynek od strony wzgórz oddalony był od nas o jakieś sto metrów. Moglibyśmy dobiec do obrońców przy blokadzie, ale Rory najwidoczniej uznał, że w tej sytuacji lepiej ich nie rozpraszać.

— Schowajmy się tam — rzuciłem, wskazując na budynek najbliżej samolotu.

— Nie zdążymy — odparł. — Stój tutaj spokojnie.

Spojrzałem nerwowo w stronę barykady. Pojazd wydawał się wciąż niewinnie mały, ale wiedziałem, że jest niebezpiecznie blisko. Na wojnie czas i przestrzeń sprowadzają się do zasięgu strzału i do tego, kto trzyma kolbę karabinu. Nigdy nie czułem się bardziej niepewnie niż w przeciągu tych kilkunastu długich sekund.

Rory przyglądał mi się zaciekawiony.

— Wejdź do środka, jeśli chcesz — wskazał otwarty właz obok kokpitu.

— Nie, dzięki — powiedziałem. — Poczekam tutaj z tobą.

Siwy bojownik spojrzał na chłopaka wieży. Wyprostował się, dał mu znak, a potem powiedział coś do tego z granatnikiem na ramieniu. Oboje opuścili broń. Z Kabulu nadjeżdżała ciężarówka i nie był to transport żołnierzy.

— Na cholerę mu te pistacje? — warknąłem.

Rory schował do kabury pistolet, którego wcześniej nie zauważyłem, uśmiechnął się i odparł:

— Te lepsze sprzedaje bezpośrednio w Emiratach. Te gorsze wywozi do Indii, gdzie kontrahent pakuje je za półdarmo, a potem gotowe przewozimy do Moskwy.

— I to mu się opłaca? Zupełnie legalnie?

— Zupełnie legalnie — odparł. — Dopóki samolot jest zapełniony w obie strony, cały interes kręci się jak dobrze naoliwiona karuzela. Nie musi być zysków, ważne, żeby nie było strat.

Z trudem łapałem oddech. Próbowałem się uspokoić.

— I to wszystko? Broń za pistacje? Prosiłem cię, żebyś nie próbował robić ze mnie idioty.

— Nie tylko pistacje — odparł. — Transport z północy ma przywieść kamienie i minerały, granaty, lapisy i tym podobne gówno.

— Ile mogą być warte?

— Pojedyncze sztuki niewiele, ale Orlov nie bawi się w detal, on robi w ilościach hurtowych.

— To po to pojechał tam osobiście? Ważyć kamienie?

Rory spojrzał na mnie jakbym przypomniał mu, że wciąż nie wie, po co Orlov pojechał tam osobiście.

— Szmaragdy, rubiny, szafiry i złoto — rzucił sucho. — To najtwardsza waluta w tym regionie. Myślę, że po to pojechał.

Patrzyliśmy, jak ciężarówka miga między budynkami, staje się coraz większa, zbliża się i zatrzymuje przy punkcie z kontrolnym. Po wymianie kilku zdań z wartownikami, przekazaniu siwemu niewielkiej szmacianej torby, kierowca ruszył dalej, minął nas i zatrzymał się przy rampie naszego Antonowa. Ruszyliśmy w kierunku ciężarówki. Rory podszedł do pilota, a ja zajrzałem na ładunek. Na pace stało kilkanaście płóciennych, wypchanych do pełna worków. Podszedłem do szoferki i stanąłem obok Rorego.

— Chcę je zobaczyć — powiedziałem.

— Załadujcie je tutaj — Rory wskazał na nasz samolot.

Mężczyzna skinął, wspiął się za kierownicę, wbił bieg i podjechał pod opuszczoną klapę Antonowa. Tymczasem Mudżahedini skończyli załadunek broni i wsiadali do ciężarówek. Zastanawiałem się kto rozładuje nasz samolot. Sądziłem, że zrobią to ludzie, którzy przywiozą kamienie, ale teraz nie byłem już tego pewien. Afgańczycy odjechali.

— Będziesz mógł sprawdzać te worki do woli podczas lotu — rzucił Scott. — A teraz lepiej im nie przeszkadzaj.

Ruszyliśmy w kierunku rampy na tyłach Antonowa. Z szoferki wyskoczyło dwóch nastoletnich chłopców. Mogli mieć między trzynaście a piętnaście lat. Jeden z nich wspiął się na pakę, przyciągnął z trudem worek do krawędzi, zeskoczył, a potem razem z drugim, zrzucili go na ziemię.

Kierowca krzyknął coś po afgańsku, podszedł, zdzielił jednego z nich po głowie, jakby to była dalsza część wypowiedzi, potem wskazał na worki i pokazał im jak powoli i ostrożnie spuszczać je na klepisko.

Kiedy upewnił się, że wiedzą, jak obchodzić się z towarem, podszedł do nas, uśmiechnął się wyuczonym uśmiechem sprzedawcy i rozłożył dłonie w pokojowym geście.

— Piękny dzień na handel, nieprawdaż? — zapytał. Uścisnął mi dłoń, a potem Roremu.

— Gdzie człowiek Rahimiego? — Rory spytał ściszonym głosem.

Mężczyzna zastygł na moment, spochmurniał i odparł:

— Złapali go przy magazynie — pokręcił głową jakby karcił w myślach pojmanego za nieostrożność. — Rozpoznał go ktoś z miejscowych.

— Ale ty dojechałeś? — Rory nie odpuszczał. — I to bez problemów?

Krzaczaste brwi kierowcy zeszły się. Mężczyzna zmrużył oczy, wpatrując się w twarz Rorego.

— My — rzucił spojrzeniem w kierunku chłopców — skorzystaliśmy z zamieszania. Miałem już ładunek na pace, więc gdy zajęli się nim, wyjechaliśmy. Nikt nas nie widział.

— Co się z nim stało? — zapytałem.

Oboje spojrzeli na mnie jakbym miał dziesięć lat.

— Wasze samoloty, jak by to powiedzieć, zainspirowały ich. Chłopak miał po prostu pecha.

— Myślisz, że zaatakują? — zapytał Rory.

— Z nimi nigdy nic nie wiadomo — odparł, wzruszając ramionami.

— To twoi synowie? — zapytałem.

— Tak — uśmiechnął się, wsadzając kciuki za sznur przewiązany pod walcem brzucha — kiedyś przejmą po mnie interes.

W jego uśmiechu było coś dziwnego. Poza wyuczona na użytek sztuki handlowej.

— Nie chodzą do szkoły? — zapytałem głupio.

Wąsacz spojrzał na mnie jakby nie do końca rozumiał.

— Chodziliby — odparł po chwili — Ale szkoły są za duże.

— Za duże? — spytałem zbity z tropu.

— Wystarczająco duże — poprawił się. — Zbyt łatwy cel. Wszyscy celują w szkoły. Zresztą, nie ma już żadnej w pobliżu.

Dopiero wtedy dotarło do mnie. Kierowca rozumiał wszystko, co do niego mówimy. Mówił z ciężkim wschodnim akcentem, ale zdawał się nie mieć problemu z wysławianiem się.

— Po rosyjsku mówisz równie dobrze? — zapytałem.

— Odrobinę rozumiem — uśmiechnął się. — Chcieli mnie nauczyć, ale sam rozumiesz, nie zdążyli.

Spojrzał na chłopców wciągających worek po rampie. Nie uwijali się zbyt szybko, ale sam nie ruszył się, żeby im pomóc. Zamiast tego krzyknął coś i odwrócił się do nas, uznając, że sprawa została załatwiona.

— Czyli nie mówicie tutaj po rosyjsku? — brnąłem dalej.

— To nie Rosja przyjacielu. To Afganistan.

Na wszelki wypadek wolałem się nie odzywać. Wąsacz spojrzał na mnie i jakby w pojednawczym geście dodał.

— Może i Najibullah jadł z dłoni Sowietom, ale my nie.

— Był szefem tutejszego KGB i prezydentem do dziewięćdziesiątego pierwszego — wyjaśnił Rory.

— Sam pan widzi — powiedziałem. — Nie miałem nic złego na myśli. — Po prostu zbyt mało wiem o waszym kraju. Wszyscy wiemy o nim stanowczo za mało.

Wąsacz zmrużył oczy jakby wyczuwał podstęp, Wyglądał jakby czekał na dalszą cześć.

— Myślę, że niewielu z moich rodaków zna waszą historię — kontynuowałem. — Ale jestem pewien, że możemy to zmienić.

Wąsaty uniósł krzaczastą brew, ale nie odezwał się. Zaczynał się wahać.

— Nazywam się Jerry Dawson — powiedziałem, podając mu dłoń. Uścisnął ją bez przekonania. — Pracuję dla jednej z gazet w Stanach. Nazywa się Filadelfia Journal. To wpływowy tygodnik, która ma wielu odbiorców. Wiem, że moi czytelnicy na pewno chcieliby wiedzieć co się tu dzieje.

— Dziennikarz tak? — rzucił głosem sugerującym, że mój zawód nie należy bynajmniej do najbardziej respektowanych profesji.

— Zgadza się — odparłem.

— A co chciałbyś wiedzieć przyjacielu? — zapytał niemal drwiącym głosem. — Z tego co widzę, jesteś tu z dobrze poinformowanymi ludźmi.

— Chciałbym usłyszeć twoją wersję, kogoś, kto jest na miejscu i wie, co dokładnie się tu dzieje.

Mężczyzna odwrócił wzrok w stronę chłopców. Oddychali ciężko, przyciśnięci ciężarem kolejnego worka.

— Przyleciałeś tu zobaczyć krew i łzy? — Uśmiechnął się ni to posępnie ni drwiąco. — Znam takich jak ty. Wejdziesz w kieszeń każdego, kto pokaże ci mózg na ścianie i krew na ulicy.

— Opisuję tylko to co widzę. To co pokażą mi inni.

Przyjrzał mi się uważnie, jakby dopiero teraz mnie zauważył. Westchnął, pokręcił głową zniecierpliwiony i w końcu poddał się.

— W porządku — powiedział — ale nie mamy dużo czasu. Co chcecie wiedzieć?

— Mnie w to nie mieszaj — burknął Rory. — Nie przyjechałem tu na pogawędki.

Wyjąłem z plecaka ołówek i notes. Przewertowałem go i otworzyłem mniej więcej w połowie.

— Przede wszystkim powiedz, jak się nazywasz i skąd pochodzisz?

— To niemożliwe — pokręcił głową.

— Dlaczego?

— Jeśli dowiedzą się, że z tobą rozmawiałem — wskazał chłopców znikających za ścianą ładowni — ci dwoje nie załadują już ani jednego worka towaru.

Przez chwilę nie byłem pewien czy dobrze zrozumiałem, ale on szybko wyjaśnił.

— Nie rozumiesz. No tak. Ale to proste — powiedział spokojnym głosem. — Zabiją mnie i całą moją rodzinę.

— Kto? Talibowie?

— Tak.

Odczekałem chwilę, starając się dobrać odpowiedni stopień wrażliwości dla jego sytuacji.

— Więc jak mam się do ciebie zwracać? — spytałem.

— Jestem Wadaan.

— Dobrze Wadaan. Rozumiem, że obawiasz się o życie swoich bliskich, ale uwierz mi, nie muszę w tym artykule podawać prawdziwych imion i nazwisk. Chciałbym tylko znać twoją historię, wiedzieć skąd się wywodzisz, żeby opisać co dotyka tutaj przyzwoitych ludzi takich jak ty.

Bałem się, że przesadziłem z tą przyzwoitością, ale chyba nie zrozumiał tego i wziął to za komplement, bo znów spuścił z tonu i jego głos zabrzmiał mniej defensywnie.

— Co chcesz wiedzieć? — zapytał.

— Podstawowe rzeczy. Kim jesteś? Skąd pochodzisz? Czy twoi rodzice byli bogaci? Czy jesteś wykształcony? Czy popierasz Talibów czy może ich wrogów?

Wadaan zastanowił się przez chwilę, przeciągnął dłonią po brodzie i powiedział:

— Mój ojciec był wykładowcą na uniwersytecie. Dobrym wykładowcą. To on nauczył mnie angielskiego.

— Dobrze się spisał — wtrąciłem.

— Zabili go w osiemdziesiątym piątym. Był za dobry. Myślał samodzielnie. Komuniści tego nie lubią.

— Przykro to słyszeć — palnąłem.

Wadaan zrobił krótką przerwę, zupełnie mnie ignorując. Przekopywał gruzowisko pamięci w poszukiwaniu jakiejś informacji, po czym ocknął się i pociągnął dalej.

— To wtedy rzuciłem szkołę. Nie widziałem sensu dłużej się uczyć. Dlatego teraz pracuję w magazynie, a nie w urzędzie czy w ministerstwie.

— Więc dobrze wybrałeś — wtrącił Rory, nie patrząc nawet na nas. Spoglądał na coś w oddali, ponad głową Wadaana. Z jego twarzy mogłem odczytać, jak bardzo czujny był i świadomy każdego naszego słowa. Zupełnie jakby wiedział, że Wadaan może powiedzieć coś, czego nie powinien.

— Nie jestem głupi i mam dobrą pracę. Sprzedaję wszystko, co mamy w magazynie i pilnuję towaru.

Zanotowałem. Pisałem powoli, tak, żeby wszystko widział.

— Jak duża jest twoja rodzina? — zapytałem.

— Mieszkam w północno wschodnim Kabulu, w domu rodziców z matką i siostrą. Moja żona i dzieci… — zamilkł na moment. — My zajmujemy parter.

Ta ostatnia myśl wybiła go z rytmu. Musiał przerwać na chwilę i przemyśleć coś. Rory oderwał wzrok od horyzontu i obrzucił mnie sceptycznym spojrzeniem. Odniosłem wrażenie, że w przeciągu tych kilku sekund Wadaan zgarbił się i zapadł w sobie, zupełnie jakby przypomniał sobie o dawno zapomnianym stalowym łańcuchu u szyi.

Odniosłem wrażenie, że zaczynał się otwierać, ale nie jak skrzynia tajemnic, odsłaniająca obite aksamitem wnętrze pełne bogactw i wiedzy. Przypominało to raczej kapitulację, zapadające się wieko zmurszałego kartonowego pudła, wystawiające na światło dzienne mrok i rozpacz. Widziałem to w jego ciemnych oczach, pozornie spokojnych, a potem spłoszonych nagle, poszukujących punktu zaczepienia, jakby zapadał się i próbował wczepić się w jakiś fragment rzeczywistości, żeby nie ugrzęznąć we własnych myślach.

Zdążyłem przyjrzeć mu się dokładniej. Coś mi mówiło, że powinienem. I jakbym sam również dopiero teraz go zauważył zakodowałem w pamięci każdy szczegół jego owalnej twarzy; krótki, szczeciniasty zarost na szerokim podbródku, czarne gęste, wystające spod turbanu kudłate włosy, bulwiasty nos spoczywający między krzaczastymi brwiami, dołeczki w policzkach widoczne pomimo widocznej nadwagi.

— Czy to Talibowie zburzyli wszystkie szkoły? — zapytałem.

— Nie — odparł. — Oni pojawili się później i tylko dokończyli to, co my sami zaczęliśmy.

— Wy? To znaczy kto?

— To było gdzieś w połowie marca — mówił. — Pamiętam, bo w magazynie kończyły się nam zapasy. Trzy lata po tym, jak wynieśli się Rosjanie, Najibullah ustąpił. Nie wiem, dlaczego, może dlatego, że Sowieci przestali go finansować, a może bał się, że ktoś go dopadnie. Nie wiem. Tak czy inaczej, kraj był… — musiał zastanowić się chwilę. — Rozdarty. Tak, to chyba to słowo. Kraj był rozdarty. Z jednej strony on, z drugiej my i oni.

— Oni?

— Dowódcy, którzy walczyli z nim i ze sobą nawzajem.

— Watażkowie — wtrącił Rory. — Chodzi mu o hersztów lokalnych grup bojowników. Walczyli z reżimem, sowietami i między sobą jednocześnie.

— Tak. O to mi chodzi — potwierdził Wadaan. — No więc Najibullah ustąpił i trzeba było wybrać nowy rząd.

— Który to był rok?

— Dziewięćdziesiąty drugi — uzupełnił Rory.

— Zgadza się. Pamiętam, bo wtedy trzy armie — Jamiat, Junbish i Wahdat — połączyły się w sojusz — ciągnął Wadaan. — Zdecydowali, że zwołają Szurę, wiesz co to Szura przyjacielu?

— Nie, nie wiem.

— To tradycyjna rada, która podejmuje decyzje — odparł. — Reszta bojowników też miała wejść do Szury, ale ci z Hezb-e Islami chcieli większą część władzy dla siebie.

— Kto?

— Największa grupa. Hezb-e Islami. Nie byli w sojuszu. Walczyli z Sowietami ze wsparciem Amerykanów. Kiedy podczas rady wybrano przejściowy rząd, odmówili współpracy i zgromadzili swoje siły wzdłuż południowych granic miasta. W tym czasie Massoud, dowódca Jamiat zajął to wszystko — wykonał gest dłoni, demonstrując pas startowy. — No i właśnie wtedy się zaczęło.

— Co? — spytałem, chociaż nie musiałem. Wadaan chciał opowiedzieć tę historię. Z jakiegoś powodu było to dla niego ważne.

— Ludzie z rządu i armii prezydenta zaczęli opuszczać Kabul — mówił dalej. — Przechodzili do jednej z dwóch opcji, Jamiat, JunbishWahdat na północy lub Hezb-e Islami na południu. Dla nas nie było w tym nic dziwnego, ale powinniśmy byli już wtedy wiedzieć, co to oznacza.

— Wojnę? — zapytałem.

— Tak. Ale my wciąż liczyliśmy na pokój. Przecież to był pierwszy raz, kiedy udało im się porozumieć. Massoud z Jamiat, Pasztun i Sunnita siedział przy jednym stole z Dostumem z Junbish, Tadżykiem Sunnitą i z Abdulem Hazari, dowódcą Wahdat, Wazarem i Szyitą.

— Nie rozumiem.

— Myślisz, że oni walczyli tylko z Sowietami? Hazarowie są potomkami Mongołów, w dodatku są Szyitami, heretykami, jeśli zapytasz jakiegokolwiek Sunitę. A to był pierwszy raz, kiedy przestaliśmy walczyć między sobą i siedliśmy przy jednym stole. Myślę, że wielu z nas naprawdę liczyło na pokojowe przejęcie władzy i wybory.

Rory parsknął: — Liczyć na porozumienie Mudżahedinów? To jak tankować z papierosem w ręku.

— Masz rację — zaśmiał się smutno. — Byliśmy naiwni.

— I co się stało potem? — zapytałem.

— Resztę znam tylko z radia. Przynajmniej do momentu, kiedy nie odcięli prądu. Siły Hezb-e Islami zaczęły wkraczać do miasta.

— A ci na północy?

— Ci na północy pozostali poza granicami Kabulu. Czekali na koniec rozmów w Pakistanie. Czekali na porozumienie. ONZ starała się pomóc.

— Porozumienie podpisywane z udziałem ONZ? — zapytałem.

— Tak.

— Do którego nie doszło?

— Pod koniec kwietnia Hezb-e Islami wkroczyły do miasta. Weszli głęboko. Massoud i Dostum zaatakowali ich i odepchnęli na południe. I wtedy zaczęło się piekło.

— Więc ci dwoje, Massoud i Dostum, zaatakowali miasto? — zapytałem.

— Nie. To nie tak — Wadaan pokręcił głową. — Chciałbyś, żeby wszystko było proste, prawda? Ale to nie jest proste. Wojna nigdy nie jest prosta. Zresztą, Hezb-e Islami chciało przejąć władzę, kiedy reszta przywódców wciąż negocjowała, więc w zasadzie można powiedzieć, że Massoud nie miał wyjścia.

— W zasadzie — parsknął Rory.

— Tak — odparł Wadaan. — Teoretycznie mogli wstrzymać się i nie atakować, ale wiedzieli, że Hezb-e Islami nie zatrzymają się w mieście.

— Czyli według ciebie wojna i tak była nieunikniona? — zapytałem.

— Zawsze jest — odparł. — Chociaż wtedy wszystko już ustalono. Mujaddidi miał rządzić przez dwa miesiące. Potem miał go zastąpić Rabbani, przywódca polityczny Jamiat. Po nim miała być Szura i wybory do przejściowego rządu na następne dwadzieścia cztery miesiące. Większość się zgodziła. To był dobry układ. Była szansa na pokój.

— A ci z południa?

— Hezb-e Islami odmówili udziału w negocjacjach. Dumni głupcy.

— Rozumiem — zapewniłem, ale tak naprawdę przyglądałem się chłopcom. Zdążyli ściągnąć co najwyżej trzy worki. Na pace było kilkanaście kolejnych i sam złapałem się na tym, że nie martwiło mnie to zbytnio. Słuchałem o wojnie zapominając, że wylądowałem w jej sercu i zupełnie przestałem myśleć o zagrożeniu ze strony Kabulu. Oceniłem czas jaki został nam na rozmowę. Wyszło jakieś trzynaście sztuk. Chciałem wiedzieć więcej o tej wojnie.

— Jerry? — Rory wskazał na czekającego Wadaana.

— Czyli nie uwzględniono ich przy wyborze władz przejściowych, tak? — zapytałem.

— To chyba normalne. Nie chcieli się porozumieć — odparł.

— A potem?

— A potem, pod koniec lipca, gdy siły północne wypierały Hezb-e Islami na południe, po raz pierwszy zobaczyliśmy walki i ostrzał w centrum miasta. W tym samym czasie siły koalicji zajęły różne części Kabulu: Ittihad, Wahdat i Harakat północny zachód, Jamiat centrum, a Junbish północny wschód.

— Jak dużo było ofiar?

— Nie wiem. Ale wtedy jeszcze miasto było prawie nietknięte. W przeciągu miesiąca udało się nam pozbyć się marionetkowego rządu Sowietów i ustanowiliśmy nowe władze.

— Tylko jakim kosztem? — wtrącił Scott.

— Tak. To było złudzenie — przyznał Wadaan.

— Dlaczego?

— Powiem ci, dlaczego. Dlatego, że wojownicy i watażkowie nigdy się nie zmienią. Żyją dumą, gniewem i nienawiścią. Hekmatyar, dowódca Hezb-e Islami chciał władzy. Myślał, że ona mu się należy, bo tak dzielnie walczył z Rosjanami. Ale nie tylko on wtedy walczył. Praktycznie każdy w którymś momencie stracił brata, syna lub ojca. I przez pamięć tej krwi chcieliśmy się zjednoczyć. Massoud prowadził rozmowy pokojowe z Hekmatyarem. Był gotów ustąpić. Rząd zgodził się nawet wziąć go na premiera, ale ktoś ostrzelał samolot z prezydentem na pokładzie i rozmowy się po prostu załamały. Do końca maja Jamiat i Junbish prowadziło już walki z siłami Hezb-e Islami na południu miasta. Massoud ostrzelał ich pozycje na południe od Kabulu, a Hezb-e Islami odpowiedziało ostrzałem rakietowym stolicy. W międzyczasie w zachodniej części miasta rozpętała się inna wojna. Sunnici z Ittihad i Szyici z Wahdat zaczęli walczyć między sobą. Nie mogliśmy w to uwierzyć i nie chcieliśmy w to uwierzyć.

— Widziałeś to wszystko? — zapytałem.

Wadaan odwrócił się na moment, spojrzał na chłopców i krzyknął coś do nich.

Nie wiem, czy chciał zyskać na czasie czy oszczędzić im relacji, którą chciał się ze mną podzielić, ale chłopcy zrozumieli, bo wsiedli do ciężarówki na siedzenie pasażera, zatrzaskując za sobą drzwi.

Waadan odczekał chwilę i ściszonym głosem mówił dalej.

— Kilka dni przed rozpoczęciem walk między Ittihad i Wahdat, podszedł do mnie jeden z moich kolegów z magazynu. Nazywał się Waham Dil. Był Hazarem. Mieszkał w dzielnicy zajmowanej przez swoich, obrońców, dzielnych bojowników z Wahdat. Zapytał, czy jestem jego przyjacielem. Co miałem powiedzieć? Że nie jestem? Powiedziałem, że tak, jestem. — Zrobił krótką przerwę, jakby nie chciał pominąć czegoś ważnego. — Więc ucieszył się. Pamiętam ulgę na jego twarzy. Waham powiedział, że boi się o rodzinę i że chciał zapytać mnie już dużo wcześniej, ale żona namawiała go, żeby tego nie robił. Tylko, że teraz, nawet ona była przerażona. Robiło się niebezpiecznie. Zbyt niebezpiecznie. Czegoś takiego nie było za komunistów. Zapytał, czy nie pomógłbym mu znaleźć jakiegoś miejsca dla nich w mojej dzielnicy. Powiedział, że Sunnici i Szyici stacjonujący w ich okolicy są o krok od podrzynania sobie gardeł, a to przecież był dobry chłopak. Naprawdę chciałem mu pomóc.

— Pomogłeś? — zapytałem.

— Następnego dnia Waham Dil przyszedł do pracy roztrzęsiony. Mówił, że Mudżahedini walczą na ulicach, że ostrzeliwują punkty kontrolne, zajmują pozycje w dzielnicach mieszkalnych i odbijają je sobie. Mówił, że bombardują granatnikami ulice i domy, że nie zwracają uwagi na cywili, że ludzie giną w krzyżowy ogniu. Musiał widzieć to na własne oczy, bo był przerażony. A to był dobry chłopak.

— Znalazłeś im coś?

— Nie. Nie zdążyłem. To był jeden dzień, ale zaproponowałem, żeby zamieszkał z nami, przynajmniej do czasu, aż znajdziemy dla nich coś na północ od centrum. Ucieszył się. Widziałem, jak bardzo był wdzięczny. Wiedziałem, że życie w tamtej części miasta jest ciężkie, ale nie miałem pojęcia, o czym mówi. Wydawało mi się, że wiem, ale nie miałem pojęcia. W tamtym czasie Hezb-e Islami nie bombardowały jeszcze całego Kabulu. Atakowali głównie pozycje Jamiat na południu więc czułem się w miarę bezpieczny. Byłem naiwny. Wszyscy byliśmy.

Zapytałem, czy mam mu pomóc z przeprowadzką, chociaż miałem nadzieję, że nie będzie potrzebował pomocy. Nie chciałem zapuszczać się w rejon walk. Już wtedy słyszałem pogłoski, że ludzie giną tam na ulicach, a to, co mówił Dil wystarczyło, żeby trzymać się stamtąd z daleka. Poza tym, ciągle powtarzałem sobie, że jeśli coś mi się stanie, moi synowie, żona i matka zostaną sami. Nie mam w Kabulu żadnej innej rodziny. Nie mogłem ryzykować.

— Pojechałeś tam?

— Nie, na szczęście odmówił. Powiedział, że nazajutrz, najpóźniej za dwa dni przyjedzie z rodziną. Minęły dwa dni, ale nie pojawili się. Waham nie przyszedł też do pracy. Wracając z magazynu, zaczepiłem znajomego na ulicy. Wiedziałem, że ma siostrę w zachodniej części miasta. Zapytałem, czy wie, co się tam dzieje. Powiedział, że był tam. Martwił się o siostrę i pojechał po nią. Chciał ją przywieść do siebie. Walki zaczęły się, kiedy tam dotarł. Autobus, którym jechał został zatrzymany kilkaset metrów po tym, jak wysiadł. To był ostatni autobus jaki pojawił się tam tego dnia. Powrotną drogę musieli pokonać na jej starym rowerze. Po drodze z Quargha do Afshar, na tej samej trasie, którą jechał kilka godzin wcześniej, widzieli kilkanaście ciał na jezdni. To nie byli bojownicy. To byli przechodnie, zwykli ludzie dojeżdżający do pracy, niektórzy na rowerach, tak jak oni. Nigdy w życiu nie bał się tak jak wtedy. Po drodze mijali przywiązanych do drzew Hazarskich bojowników. Wszyscy zastrzeleni, niektórzy bardzo podziurawieni kulami. Wszędzie kałuże krwi. Nigdzie ani śladu karetki, policji, kogokolwiek kto mógłby pomóc, kto chciałby pomóc. Gdyby wybrał wcześniejszy autobus, gdyby nie zdążył na ten, który zatrzymano…

Wadaan zamilkł. Relacjonował cudzą opowieść, a mimo to wyglądał, jakby to on sam był na tamtej ulicy, szedł przez kałuże krwi i omijał ciała. Jego oczy przygasły, twarz straciła siłę, jakby wyobrażenie przywiązanych do drzew żołnierzy przypomniało mu o czymś o wiele gorszym.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.78
drukowana A5
za 76.76