E-book
4.78
drukowana A5
71.31
Ołtarze Pozorów

Bezpłatny fragment - Ołtarze Pozorów


Objętość:
666 str.
ISBN:
978-83-8189-879-9
E-book
za 4.78
drukowana A5
za 71.31

Część Pierwsza — Terra Incognita

1 Anioł Stróż

Mój anioł stróż ukazał mi się po raz pierwszy we wrześniu dwutysięcznego roku. Miał zdrowy pociąg do alkoholu i szafę nabitą karabinami. Uraczył mnie opowieścią o wietnamskiej przygodzie i o tym jak zmieniła go z mechanika w przemytnika. Oprowadził mnie po slumsach Filadelfii, jakby wszystkie kruszejące, obdarte z tynku kamienice należały do niego, a zakapturzeni ciemnoskórzy chłopcy na chodnikach byli jego nieślubnymi dziećmi.

Prezentował mi patologię czarnych dzielnic jak kustosz oprowadzający po ulubionym skrzydle muzeum. Najpierw dał mi do zrozumienia, że żeruje na obłędnym kręgu ubóstwa i przemocy, po czym, niby bezinteresownie, w geście sąsiedzkiej pomocy, podzielił się informacjami, dzięki którym zamknąłem kolejny rozdział książki.

Gdy wyprowadził się, pozostawił po sobie więcej pytań niż odpowiedzi. Byłem zły, że zniknął bez wyjaśnienia, a jednocześnie miałem nadzieję, że nasze drogi już nigdy się nie skrzyżują. Podejrzewałem, że jeśli to nastąpi, nie będzie to dziełem przypadku.

Dziś jestem pewien, że większość z tego, co zaserwował mi mój poczciwy, opiekuńczy sąsiad było stekiem bzdur i manipulacji. Ów dobry samarytanin był nie tyle pilotem i przemytnikiem, co żołnierzem i najemnikiem, oferującym swoje usługi każdemu, kto na rachunku bankowym ma wystarczającą ilość zer po przecinku.

Moment, który Rory wybrał by powrócić niczym widmo nie był przypadkowy. To była środa, dwudziestego ósmego lutego dwutysięcznego pierwszego roku, dzień po spektakularnej klęsce jaką ponieśliśmy pomimo udanego przejęcia kontroli nad studiem stacji Fox News. Główne ogólnokrajowe gazety i stacje telewizyjne dawały wyraz oburzenia, szczując się nawzajem przeciwko nieznanej dotąd organizacji terrorystycznej, a my siedzieliśmy przed telewizorem wciąż zdezorientowani, zastanawiając się, co poszło nie tak.

Z wypowiedzi komentatorów w kolejnych wydaniach wiadomości można było wywnioskować, że głównym przewinieniem grupy było nie morderstwo Bogu ducha winnego pracownika ochrony, lecz bezprecedensowy i haniebny cios wymierzony w instytucję mediów. Fakt transmisji naszego filmu został zupełnie zignorowany, a przekaz całego przemysłu rozrywkowo-informacyjnego był spójny i zgodny: Amerykanie mieli zapamiętać tylko jedno — zamach na czwartą władzę ucieleśnioną przez Fox News i świętą wolność słowa, choć to właśnie w imię tej wolności przejęliśmy kontrolę nad studiem.

To nie był dobry okres dla grupy Nicka. Pozwolili facetowi z zewnątrz zaburzyć delikatną równowagę charakterów, która utrzymywała ich na powierzchni własnych wyobrażeń. Nie mogli już oddzielić dyskusji na temat tego kim są od złudzeń tego co mogą, potrafią i są wstanie z siebie wykrzesać. Dzięki mnie przekroczyli granicę, zza której nie było odwrotu. Moja irracjonalna potrzeba zrehabilitowania się za wszystkie lata bezczynności, kilkukrotnie zwiększyła ich szanse na spędzenie reszty życia w lokalnej placówce o złagodzonym rygorze. Siedząc przed telewizorem, przyglądaliśmy się z niepokojem, jak wściekła nagonka stacji telewizyjnych nabiera rozmachu, jak pomiędzy kolejnymi skrótami wiadomości i komentarzami „specjalistów” zaczynały pęcznieć i ożywać na nowo zapomniane i zawieruszone gdzieś słowa. Skąpane w polityczno-medialnej chrzcielnicy strachu: zamach, terror i terroryści wyłaniały się raz po raz ku przestrodze niepokornym.

Ostatnie określenie, niczym inkantacja, pojawiało się we wszystkich wydaniach wiadomości, przed każdą serią ujęć z wykadrowanym budynkiem stacji, będącej ofiarą tego „bezsensownego” ataku. Z zażenowaniem rejestrowaliśmy, jak przypisują nasz wyczyn grupie anarchistów, których jedynym celem był chaos i terror.

Z pilotem w dłoni i głową pełną pytań, przeskakiwałem po kanałach, próbując dowiedzieć się co zdołała ustalić policja. Marcus, Ralph i Julia również zamyśleni, ożywali tylko chwilami, próbując wyłowić z migawek jakiś spójny przekaz dotyczący naszej akcji. Niestety wszystkie stacje nadające wiadomości emitowały wciąż uparcie te same, powtarzające się ujęcia: oblężony budynek, opuszczone metalowe rolety przeciwwłamaniowe, tłum ludzi skąpany w blasku ulicznych lamp i zgiełk przejeżdżających samochodów, a potem błysk i huk wystrzału. Żadna ze stacji nie podała ani jednego zweryfikowanego faktu. Wszystkie postawiły na spektakl.

Mój telefon zadzwonił.

Spojrzałem na wyświetlacz. Zastrzeżony numer. Mogłem się tylko domyślać, kto zechce pastwić się nade mną jako pierwszy. Podniosłem się z trudem i ruszyłem w kierunku schodów. Nie odebrałem, ale rozmówca nie dawał za wygraną. Telefon wył melancholijnym Riders of the Storm, gdy wspinałem się po stopniach. Zakładałem, że to Leon, Liz albo Pat. Stanąłem przed drzwiami mojego pokoju, wszedłem, usiadłem na łóżku, odczekałem jeszcze chwilę, wsłuchując się w głos Morrisona i odebrałem.

— Mają twoje zdjęcie — powiedział szorstki zniekształcony cyfrowo głos.

Niski metaliczny dźwięk słów przywodził na myśl tylko jedną osobę. Głos musiał należeć do Reda Toksa, informatora, który zainspirował mnie do zbadania sprawy kaukaskiego rurociągu biegnącego przez Afganistan. Pamiętałem doskonale zapis rozmowy z tekstu Imperium. Tylko Red używał urządzenia modulującego głos.

Wziąłem głęboki wdech, ale nie odezwałem się.

— Słyszałeś co powiedziałem? — zapytał zniecierpliwiony. — Mają twoje zdjęcie.

— Tak. Słyszałem. Kto mówi?

— Kto mówi? — zaśmiał się kpiąco.

— Kto mówi? — powtórzyłem. — Kim jesteś?

— Dobrą, kurwa, wróżką jestem. Przestań pieprzyć i zacznij się pakować.

Wiązanka zadziałała jak kubeł zimnej wody. To nie był Toks. To nie mógł być on. Toks nie był ordynarny ani agresywny. Poza tym, Red ostrożniej dobierał słowa.

— Z kim rozmawiam? — zapytałem.

— Z przyjacielem.

— Nie mam przyjaciół. Kto mówi?

Zamiast odpowiedzieć rozłączył się.

Opadłem plecami na łóżko i wlepiłem wzrok w sufit. Po kilkunastu sekundach telefon znów zadzwonil. Odebrałem.

— Kto ma moje zdjęcie? — zapytałem.

— Policja. Wydział zabójstw.

— Nie wiem o czym mówisz — powiedziałem.

— Jak przyjdą i zakują cię za zabójstwo tamtego ochroniarza, też im to powiesz? — zapytał.

— Skąd wiesz, że mają moje zdjęcie?

— Po prostu wiem. Założę się, że już pracują nad nakazem przeszukania twojego mieszkania. Jutro, najpóźniej pojutrze znajdą cię. Nie podałeś chyba Brasherowi tego adresu?

— Wie o detektywie — pomyślałem. Tylko Carl i Leon wiedzieli o detektywie. — Nie. Nie mówiłem mu, gdzie mieszkam — odparłem.

— To i tak bez znaczenia. Masz tylko kilka godzin zanim cię zgarną.

— O czym ty mówisz? I dlaczego używasz modulatora?

— Ten pajac rozmawia w tej chwili z twoją córką. Naprawdę myślisz, że Pat będzie trzymać język za zębami?

— O czym ty mówisz? — próbowałem udawać zdziwienie, ale słyszałem doskonale jak mój głos drży.

Dźwięk imienia córki zawibrował mi w głowie. Wyglądało na to, że odcięcie jej od siebie nie będzie tak proste jak sądziłem.

— O czym mówię? — zaśmiał się. — Brasher właśnie próbuje wyciągnąć od niej ten adres, a ty się pytasz o czym ja mówię?

— Ufam jej.

— A żonusi ufasz?

— Skąd pewność, że Brasher rozmawia z obiema? — zapytałem.

— Bo siedzą naprzeciwko niego. Pat pokazuje jak głęboko w poważaniu ma władzę, a Liz kręci głową z niedowierzaniem, zupełnie jakby cię nie znała.

— Jesteś przed moim domem?

— Daj spokój Jerry. Za kogo ty mnie masz?

Zerwałem się na nogi i ruszyłem w stronę drzwi.

— Gdzie się wybierasz? — zapytał spokojnym głosem.

Zamarłem. Dopiero teraz zrozumiałem. On nie obserwował mojej córki i byłej żony z ukrycia. Nie musiał. Miał podgląd na oba domy.

— Czego ode mnie chcesz?

— Muszę mieć cię na oku. Inaczej wpieprzyłbyś się w jakieś gówno. Zaraz, chwileczkę, przecież ty już dawno siedzisz po uszy w szambie — prychnął.

— Czego chcesz? — warknąłem.

— Mam dla ciebie propozycję.

Odczekałem chwilę. Bez względu na to co chciał mi zaproponować, nie mogło to być nic dobrego.

— Czy to ma coś wspólnego z Agencją Rozwoju i Handlu? — zapytałem. Wiedziałem, że jeśli pracuje dla Toksa, zareaguje.

— Możliwe — odparł lekko zdziwiony.

— W takim razie słucham, mów, o co chodzi.

— Jesteś poszukiwany — podjął. — To jedno można stwierdzić z całą pewnością. Nie masz pieniędzy, pracy, rodziny ani przyjaciół. Masz za to masę problemów i jedną rzecz, która nas interesuje.

Wszystko, co powiedział było prawdą. W dodatku, gdyby policja rzeczywiście się pojawiła, automatycznie stałbym się głównym podejrzanym.

— Was? — powtórzyłem. — Was, to znaczy kogo? Dla kogo pracujesz?

— To, za chwilę. Najpierw posłuchaj, co mam ci do zaproponowania.

Pomyślałem o Pat i Elizabeth. Czy je również zamierzał uwzględnić w swojej propozycji? Co się z nimi stanie, jeśli wejdę z nim w układ? Co zrobi, jeśli mu odmówię?

— Słucham — rzuciłem bez entuzjazmu.

— Jesteśmy w stanie zapewnić ci azyl. Warunki i czas do skończenia twojej książki — powiedział. — W zamian, będziemy oczekiwali od ciebie wykonania pewnego zadania.

— Nie potrzebuję azylu — przerwałem. — Potrzebuję dopaść drania, który zabił tamtego faceta. Albo jeszcze lepiej, tego, kto próbował mnie wrobić i pociąga za sznurki.

— Spokojnie — powiedział. — Wszystko w swoim czasie.

— Czyli wiesz coś o tych sukinsynach? Wiesz kto próbuje mnie wrobić?

— Jerry — powiedział opanowanym głosem — przecież ty się sam w to wszystko wpakowałeś. Nie myślałeś chyba, że im głębiej będziesz brnął tym będzie łatwiej, co?

Miał rację. W pewnym sensie to była moja wina. Być może nawet w większym stopniu niż chciałem przyznać. Wziąłem głęboki wdech i powoli wypuściłem powietrze.

— Nie wiem kim jesteś i nie chcę wiedzieć. Powiedz tylko jak zamierzasz mi pomóc.

— Dysponujemy różnymi informacjami. Również tą, która jest ci potrzebna. Także, sam widzisz, sporo zależy od ciebie. Ty pomożesz nam, my pomożemy tobie. Proste.

— Czego właściwie ode mnie chcecie?

— Dowiesz się we właściwym czasie.

Zapadła chwila ciszy. Musiałem się zastanowić. Ktoś tasował moje priorytety jak talię kart, a ja nie wiedziałem nawet kim on jest. Przez ułamek sekundy pomyślałem, że może lepiej będzie uciąć rozmowę, wyłączyć telefon, zniknąć i liczyć na to, że zawierucha sama ucichnie, omijając jakimś cudem Liz i Pat. Na szczęście to była tylko chwila i rozsądek powrócił. Wiedziałem, że muszę wziąć się w garść i znaleźć sposób na potwierdzenie swojej niewinności. Dopiero wtedy mógłbym zacząć układać na nowo mój rozbebeszony życiorys.

— Załóżmy, że się zgodzę — powiedziałem w końcu. — Jaką mam pewność, że nie wydacie mnie policji? Albo że nie skończę w bagażniku porzuconego samochodu?

— Wyjrzyj przez okno — powiedział.

Podszedłem do okna i odsłoniłem zasłonę.

— Nie, nie to — powiedział. — To drugie. Wychodzące na ulicę.

— Więc jednak kamera — pomyślałem i przebiegłem wzrokiem po pokoju.

— Czego szukasz? — zapytał zniecierpliwiony. — Wyjrzyj przez to cholerne okno!

Wyszedłem na korytarz i stanąłem przed oknem dachowym. Odsłoniłem roletę i spojrzałem na ulicę poniżej. Na poboczu, tuż przy podjeździe, stał zaparkowany samochód terenowy, a przed nim niski, barczysty mężczyzna w czarnym wełnianym płaszczu, nasuniętej na czoło zimowej czapce i przyciemnianych prostokątnych okularach. Palił papierosa i przyglądał mi się jakbym był ostatnim spóźnionym pasażerem kursu, na który czekał. Spojrzał na zegarek, potem na kogoś w samochodzie. Pokręcił głową i znów w wsunął dłoń do kieszeni.

— Poznajesz? — rozbrzmiał głos w słuchawce. Nie należał do mężczyzny na podjeździe. Gość w czapce stał jak kamień.

— Nie, nie poznaję — odparłem, badając wzrokiem postać w płaszczu.

Wyglądał znajomo, ale przez zaszronione szyby nie widziałem dokładnie jego twarzy. Moją uwagę przykuł samochód. Po rysach rozpoznałem, że to Lexus. Miał przyciemniane szyby. Znałem tylko jednego człowieka, który jeździł takim wozem.

— Rory — pomyślałem.

— Wyłaź z samochodu — rzuciłem.

— Żartujesz? Jest cholerne dziesięć pod kreską.

— Więc dlatego każesz stać swojemu człowiekowi na mrozie? — zapytałem. — Nie dość, że kłamca to jeszcze ignorant?

Próbowałem przypomnieć sobie skąd znam faceta na podjeździe. Głos w słuchawce zaśmiał się. Urządzenie do modulacji przestało działać i po raz pierwszy usłyszałem Rorego.

— Hej, on myśli, że dla mnie pracujesz — Scott krzyknął do faceta na podjeździe.

Tamten odwrócił się do niego, potem z powrotem w stronę okna, w którym stałem, podniósł głowę zaciągnął się papierosem i zdjął okulary. Dopiero teraz go poznałem. To był Leon.

— Więc jak Jerry? — podjął Rory. — Wchodzisz w to czy nie?

— Daj mi chwilę. Muszę się zastanowić.

— W porządku. Masz dziesięć minut. Potem albo schodzisz, albo odjeżdżamy i będziesz musiał sam sobie poradzić z tym gównem.

Odczekałem chwilę, spojrzałem na komórkę i wykręciłem numer do Pat. Bez rezultatu. Potem zrobiłem to samo z numerem Liz. Ona również nie odebrała. Zajrzałem na zewnątrz. Leon stał na podjeździe jak posąg, który miał zaraz zniknąć na zawsze z mojego życia.

Zszedłem na dół, znalazłem w kuchni długopis i notes, a potem usiadłem w salonie przy wejściu do przedpokoju. Julia i Kamal zniknęli. Marcus i Ralph siedzieli na swoich stałych miejscach w salonie wpatrzeni w wiadomości. Otworzyłem notes i zapisałem na pierwszej stronie: „Jesteśmy na podsłuchu, zachowujcie się normalnie.”

Pokazałem to obojgu. Ralph nie zareagował. Zmrużył odrobinę oczy jakby potwierdziły się jego prywatne podejrzenia, ale nie odezwał się. Marcus przyjął to jeszcze spokojniej. Przytaknął metodycznie i dalej skręcał. „Za pięć minut wyjdę i prawdopodobnie nie wrócę — napisałem. — Przeszukajcie mieszkanie. W moim pokoju jest podsłuch i kamera. Musicie je znaleźć. I jeszcze jedno. Zapamiętajcie nazwiska Leon Pierce i Rory Scott. To z nimi jadę.”

Podałem notes Ralphowi, on przeczytał i już bez emocji pokazał reszcie. Stary hippis pokręcił głową, odłożył notes na stół i rozejrzał się po pokoju. Ja sam podźwignąłem się niechętnie i ruszyłem na górę spakować najpotrzebniejsze rzeczy.

Opróżniając szafę z ubrań i dokumentów, nie mogłem pozbyć się uczucia, że popełniam błąd. Z jednej strony chciałem ufać Leonowi. Z drugiej, wszystko wskazywało na to, że to zaufanie opierało się na kłamstwie. Co prawda pomógł mi z Laurie, ale na dobrą sprawę mógł też mieć coś wspólnego z jej śmiercią. Wszystko, co wiedziałem o nim, wiedziałem od niego. Nie zdziwiłbym się, gdyby kłamał dokładnie tak samo jak wcześniej okłamywał mnie Rory.

Zastanawiałem się, co by się stało, gdybym im odmówił. Czy pracodawca Rorego po prostu odpuściłby? Czy wydałby mnie policji lub FBI? A może sprzedałby mnie temu, kto wrabiał mnie w morderstwo? Pomyślałem też o współlokatorach. Nie wiedziałem, czy odchodząc, zdradzam ich, czy może wyświadczam przysługę. Chciałem wierzyć, że uwalniam ich od siebie i moich kłopotów. Powtarzałem sobie, że wszystkie niejasne konsekwencje mojej przeszłości podążą za mną, ale jak często bywa w takich sytuacjach, i tym razem sam siebie oszukiwałem.

Zszedłem na dół. Marcus, Ralph i Julia czekali na mnie w salonie. Kamala nie było. Wyszedł bez słowa kilka minut wcześniej.

— Chciałbym, aby to pozostało między nami — powiedziałem.

— Co takiego? — Ralph się uśmiechnął.

— Nic — odparłem.

Haker wstał, podszedł i uściskał mnie.

— Uważaj na siebie stary — powiedział.

— Trzymaj się — rzucił Marcus.

Julia stała przy kanapie, z rękoma skrzyżowanymi na piersi. W jej oczach widziałem złość zaprawioną smutkiem i odrobiną rozczarowania. Do końca nie potrafiłem jej rozgryźć. Była w stanie gardzić mną i lubić jednocześnie.

— Niech pan na siebie uważa, panie Dawson — powiedziała i tylko skinęła.

— Odezwij się od czasu do czasu — dodał Marcus. Zdawał się być zmartwiony. Podszedł do mnie, poklepał po ramieniu i uściskał. Jego włosy pachniały dymem ze skręta.


Na zewnątrz czekał na mnie Leon. Jego zimne, obojętne oczy zmierzyły mnie i torbę, w prawej w ręce.

— To wszystko? — zapytał.

— Tylko tyle masz mi do powiedzenia? — odparłem.

Leon uniósł teatralnie lewą brew. Wyglądało na to, że nie powinienem zadawać głupich pytań. Pokręcił głową, skinął na mnie, obszedł samochód i usiadł za kierownica.

Odwróciłem się, żeby jeszcze raz spojrzeć na dom, w którym jak sądziłem, znalazłem azyl. Jego okablowane ściany, drzwi i okna czuwały nade mną uważniej niż przypuszczałem. Zastanawiałem się, jak wiele z naszych naiwnych rozmów trafiło na dysk czyjegoś komputera. Leon nacisnął klakson. Odwróciłem się, podszedłem do Lexusa, otworzyłem drzwi i wrzuciłem torbę na podłogę. W środku, na tylnym siedzeniu leżał otwarty laptop. Przesunąłem go i usiadłem.

— Cześć — powiedział mężczyzna siedzący na przednim siedzeniu. Szare oczy, krótkie, ostrzyżone na milimetr siwe włosy, przyjemny choć surowy wyraz twarzy. Uśmiechał się.

— Dobrze cię widzieć — dodał.

Leon nie odezwał się. Uruchomił silnik, wrzucił kierunkowskaz i ruszył w stronę centrum.

— To się dopiero okaże — odparłem.

— W rzeczy samej — potwierdził i uśmiechnął się. Jego odstające uszy i kwadratowa szczęka wyłaniały się z mroku w świetle mijanych latarni.

Mój wzrok mimowolnie przesunął się na ekran laptopa. Był włączony. Na wyświetlaczu, w niewielkim, podzielonym na cztery fragmenty oknie, widać było mój pokój, korytarz na piętrze, kuchnię i salon.

— Jak długo mnie obserwujecie? — zapytałem.

— Od naszego pierwszego spotkania — powiedział Rory.

— Pierwszego?

— Tak, od samego początku.

Zamilkłem. Dopiero teraz zaczęła do mnie docierać świadomość istnienia podsłuchu i kamer w kamienicy. Rory dał mi chwilę na oswojenie się z tą myślą.

— Po co to wszystko? Te podsłuchy i monitoring? — zapytałem.

— Dla twojego bezpieczeństwa — odparł. — Musiałem sprawdzić kim są ci ludzie.

— I co? Sprawdziłeś?

— Tak. To banda świrów i nieudaczników. Ale wiesz co jest najgorsze?

— Co?

Leon zatrzymał wóz przed światłami i spojrzał na Rorego. Jego wzrok mówił, że wolałby być gdzie indziej.

— Najgorsze jest to — ciągnął beztrosko Rory — że spodobało ci się to wszystko. Chciałeś zostać pieprzonym nieudacznikiem.

Powiedział to tonem ojca, który drwi z fantasmagorii syna, a ja, chociaż nie było mi do śmiechu, nie mogłem odmówić mu racji. Akcja w studiu okazała się sromotną porażką, a w zestawieniu z moimi pozostałymi „osiągnięciami”, przedłużała już i tak wystarczająco długi łańcuch klęsk minionego roku. Siedząc w opancerzonym SUVie, z dwoma uzbrojonymi typami, jechałem w niewiadomym kierunku i wcale mi to nie przeszkadzało. Jakby tego było mało, byłem w pełni świadomy, że przez ostatnie kilka miesięcy ukrywałem się przed światem nie tyle z konieczności ukończenia książki czy filmu, ale z czystej, niezmąconej altruizmem wygody. Zasłaniając się amnezją, zrobiłem sobie urlop od konsekwencji. Uznałem, że mam prawo do odpoczynku od odpowiedzialności za własną przeszłość i trzymałem się tej argumentacji jak cząstki własnego dekalogu. Sądziłem, że mam święte prawo odsunąć od siebie cały ten bajzel, wstrzymać go jak nieudaną stopklatkę, w kiepskiej scenie, ale myliłem się. Dopiero w bezpiecznym sarkofagu pancernego lexusa uświadomiłem sobie, jak bardzo się pogrążyłem. Moje problemy piętrzyły się w gówniany lodowiec, który sunął powoli za szybą na zewnątrz, trzeszczał i pękał, gotów runąć, zmieniając się w mokrą miazgę. Być może dlatego właśnie odjechałem z Leonem. Być może instynktownie czułem, że przekroczyłem jakiś krytyczny punkt, po którym nie byłem już w stanie ogarnąć tego szaleństwa w pojedynkę. Potrzebowałem pomocy kogoś spoza równania, kogoś, kto dostrzega cały obraz, a mnie w jego centrum.

Leon wbił bieg i ruszył czarną bryłą. Z początku myślałem, że wiozą mnie do centrum, być może nawet do Pyramid Club, gdzie mocodawca na najwyższym piętrze szklanej wieży czeka, żeby ostatecznie rozwiać tajemnicę, ale kierujący minął właściwy zjazd i zostawiliśmy blade światła biurowców daleko na linii horyzontu po prawej.

— Dokąd jedziemy? — zapytałem.

— Musimy wywieźć cię z kraju — mruknął Rory.

— Z kraju? Po cholerę? Leon? On chyba nie mówi na poważnie?

Spojrzałem na detektywa. Pierce przechwycił mój wzrok we wstecznym lusterku. Tak patrzył tylko skorumpowany glina. Takim spojrzeniem musiał żegnać dilerów zanim strzelał im w plecy i odbierał gotówkę.

— Tutaj jesteś dla nas bezużyteczny — powiedział.

— Bezużyteczny, ale bezpieczny — odparłem. — Nigdzie się nie wybieram.

— To się jeszcze okaże — prychnął. — Zresztą, możesz zostać tutaj. Jeśli chcesz ułatwimy ci życie. Wysadzimy cię tam — wskazał palcem na zmieniającą się architekturę miasta. — W tej przyjemnej dzielnicy. Pod komisariatem.

— Tak — dodał Scott. — Przyznasz się do wszystkiego i po problemie. Skrócisz sobie wyrok o kilka lat. Ile tam było ostatnio za morderstwo Leo?

— W Pensylwanii? Zdaje się, że dożywocie.

— Oj nie — pokiwał głową rozczarowany. — Przecież, to nie było morderstwo z zimną krwią. Bo chyba nie było Jerry, prawda?

Spojrzał na mnie wyraźnie rozbawiony.

— Chcę gwarancji — powiedziałem.

— Słyszysz Leo? On chce gwarancji — zaśmiał się.

— Chcę się zobaczyć z waszym szefem. Jeśli mam opuścić kraj, muszę usłyszeć od niego, że pomożecie mi udowodnić, że jestem niewinny. Muszę mieć jego słowo.

Leon spojrzał jeszcze raz w lusterko i powiedział poważnym głosem.

— Jeśli tylko będzie to możliwe.

Wjechaliśmy na międzystanową prowadzącą w kierunku południowej części miasta. Po kilku minutach Leon odbił w prawo i wjechał na międzynarodowe Lotnisko ciągnące się wzdłuż rzeki Hudson.

— Zatrzymaj się — powiedziałem. — Albo spotkam się z nim, albo wracam.

— Za późno — odparł Leon. — Policja jest już na miejscu. Właśnie wywracają do góry nogami twoje mieszkanie.

— Blefujesz — rzuciłem.

— Zadzwoń i zobacz — zaproponował Rory.

Wyjąłem telefon i wykręciłem numer Ralpha. Odrzucił połączenie. Wykręciłem jeszcze raz. Zrobił to samo.

— I co? — Rory uśmiechnął się.

— Nic. Pewnie jest zajęty — rzuciłem bez namysłu. — Moja komórka zadrżała. Odczytałem smsa. Był od Ralpha.

— „Ktoś dał im cynk. Wiedzą, że tu byłeś. Dwóch tajniaków. Wypytują o ciebie.”

— Sprzedaliście mnie! — syknąłem przez zęby.

— I tak deptali ci po piętach — rzucił Rory. — Pamiętaj, że dopóki mamy umowę, jesteś bezpieczny. Potem możesz liczyć już tylko na siebie.

— Co to ma kurwa znaczyć? — warknąłem.

— To, co słyszysz — Rory spojrzał na mnie, sięgnął do schowka przy drzwiach i podał mi szarą kopertę. W środku znajdował się plik banknotów po dwadzieścia i pięćdziesiąt Euro, mniej więcej dwa tysiące w gotówce i paszport. Otworzyłem dokument i spojrzałem na dane.

— Po co mi fałszywe dokumenty? — zapytałem. — Policja nie działa tak szybko.

— Nie Jerry. Policja nie — potwierdził Leon.

Przejechaliśmy przez ostatni odcinek parkingu i Pierce zatrzymał samochód. Byliśmy przed wejściem na terminal.

Spojrzałem na podrobioną, nieco wymiętą książeczkę. Wykorzystali moje zdjęcie z dyplomu. Byłem na nim młody, na tyle, żeby stan dokumentu się zgadzał i nie wzbudzał podejrzeń. Odpowiednio wytarty i zużyty, wypełniony pieczątkami, potwierdzał, że odbywałem podróże do Rosji i Europy Wschodniej. Według danych nazywałem się Dimitri Turner.

— Toście się popisali — powiedziałem. — Przecież ja nie znam słowa po rosyjsku.

— Urodziłeś się w Stanach. Wizę studencką masz z Anglii.

Przyjrzałem się jeszcze raz wpisom. Rzeczywiście. W zasadzie nie musiałem znać innego języka poza własnym.

— Gdzie lecimy? — zapytałem.

— Lecicie — poprawił mnie Pierce — tam, gdzie wylądujecie.

— W bezpieczne miejsce — zapewnił Rory.

— Chcę spotkać się z waszym szefem.

— Na miejscu — odparł Rory, po czym podał mi bilet.

— Do Holandii? — odczytałem z wydruku.

— Zgadza się. Musimy zrobić krótki postój w Middleburg.

— Postój?

— Mamy tam filię. Szef powinien pojawić się tam za dwa dni. Będziesz mógł zapytać go o wszystko.

Leon chrząknął i pokręcił głową. Wyglądało na to, że Rory wyjawił o jeden szczegół za dużo.

— Leo — powiedział Rory — jak zawsze, praca z tobą to prawdziwa przyjemność.

Leon powoli przechylił głowę. Jego twarz na moment zmieniła wyraz. To co pojawiło się w kąciku ust musiało być uśmiechem.

Były glina uścisnął dłoń Rorego, potem odwrócił się do mnie i powiedział:

— Nie spierdol tego.

— Tobie też życzę powodzenia — odparłem, chwyciłem za torbę i wyszedłem.

Odprawa i lot minęły bez niespodzianek. Rory uparcie odmawiał odpowiedzi na moje pytania, a ja bezskutecznie próbowałem nakłonić go do zdradzenia choćby ogólnych ram naszej współpracy. O ile przy Leonie był dość swobodny, tak teraz przybrał tryb emocjonalnej oszczędności i ograniczał się do podstawowych czynności fizjologicznych, sprowadzających go do roli maszyny zaprogramowanej na wykonanie powierzonego zadania. Wyglądało na to, że wraz z przekroczeniem bramki, pozostawił w tyle nie tylko Stany, ale i swoją amerykańską osobowość.

2 Cyrograf

Byłem skonany. Lot trwał już prawie osiem godzin, a ja przez cały czas nie mogłem zmrużyć oka. Spoglądałem na stewardesy skąpane w półmroku, sunące niczym manekiny po szynie między rzędami siedzeń. Ich opalizujące, pokryte makijażem twarze przemykały w niebieskawym widmie nad zagłówkami. Kusiły mnie i irytowały za każdym razem, gdy unosiły tacę z alkoholem.

Myślami wracałem do Filadelfii i do wszystkiego co tam zostawiłem. Metodycznie tasowałem fakty, dobierałem je w pary, łączyłem z obrazami ostatnich tygodni.

Decyzja o wyjeździe przyszła mi zbyt łatwo. Wiedziałem, że powinienem był się zastanowić, rozważyć inne opcje, ale dotarli do mnie zbyt szybko. Pojawili się, gdy moja czujność spadła do minimum. Nie tylko doskonale wykorzystali sytuację, ale prawdopodobnie doprowadzili do niej.

Próbowałem sam przed sobą uzasadnić własną naiwność, uwiarygodnić obietnice Rorego, przebić się przez nawarstwienie jego kłamstw, ale gdy tylko znajdowałem jakieś wytłumaczenie, przed oczami pojawiała się twarz Leona. Ten emerytowany detektyw, przyjaciel rodziny, był krętaczem tej samej klasy co Scott. Każda rozmowa z nim, tak jak każda opowieść Rorego, musiała być dokładnie wyreżyserowana, by prowadzić mnie do tego właśnie momentu i tego miejsca.

Gdy wylądowaliśmy zmęczenie zdążyło już rozlać się po mnie jak trucizna. Zalegało w żyłach, zmuszając mięśnie i ścięgna do nieposłuszeństwa. Znów przestałem myśleć logicznie. Z Filadelfii wylecieliśmy o szesnastej, więc założyłem, że dolecimy koło pierwszej w nocy. Tymczasem dystans ze wschodniego wybrzeża do Europy plus różnica stref czasowych ukradły nam tych kilka godzin nocy, na które liczyłem po przylocie. Gdy wylądowaliśmy, na miejscu była siódma rano. O odespaniu podróży mogłem tylko pomarzyć.

Wyszliśmy z samolotu, wprost do rękawa łączącego pokład z terminalem. Rory wyjął komórkę i wybrał numer.

— Siergiej Stiepanowicz — powiedział i odczekał chwilę. — W porządku. Będę czekał przed wejściem — dodał i rozłączył się.

Szedłem tuż obok, a właściwie wlokłem się. Nie zapytałem kim był Siergiej Stiepanowicz. Mogło to być nazwisko, którym się posługiwał albo imię człowieka, który miał po nas wyjechać. Było mi wszystko jedno. Pragnąłem tylko kawałka łóżka, pościeli i zamkniętych na klucz dźwiękoszczelnych drzwi.

Kiedy odebraliśmy mój bagaż i wyszliśmy przez główne wejście, przywitał nas zimny kontynentalny poranek. Ołowiane niebo uginało się pod naporem chmur i wyglądało jakby miało lada chwilę lunąć. Na poboczu, w miejscu wyznaczonym dla taksówek stało srebrne BMW. Obok samochodu, na chodniku czekał kilkunastoletni chłopak — chudy, blady, przestępujący z nogi na nogę. Smagany wiatrem i przeszywającym chłodem, dygotał, wpychając dłonie głęboko w kieszenie. Miał na sobie tylko cienką, czarną kurtkę z nazwą parkingu, z którego przywiózł samochód.

Rory podszedł do niego, odebrał kluczyki i oddał bilet z danymi pojazdu. Chłopak nie spojrzał nawet na kwitek. Liczył na napiwek, którego Scott najwidoczniej nie zwykł dawać. Dał mi znak, żebym wsiadał, a sam podszedł do bagażnika i wrzucił do środka swoją torbę. Minąłem wściekłego chłopaka i wsiadłem na miejscu pasażera. Rory spojrzał zaciekawiony na marznącego pracownika GreenMotion. Przyglądał się przez chwilę jak tamten zaciska w pięści kartkę papieru, po czym zlitował się, podszedł do niego, wyjął z portfela banknot, wepchnął mu go do przedniej kieszeni i poklepał po policzku.

Gdy ruszyliśmy, spojrzałem w boczne lusterko. Chłopak stał jeszcze przez chwilę, gapiąc się wściekle w naszą stronę. Jeżeli liczył na podwiezienie, pomylił klientów. Odwrócił się i ruszył w przeciwnym kierunku. W tym samym momencie lunęło. Rory poprawił wsteczne lusterko, spojrzał na uciekającego przed ścianą deszczu, uśmiechnął się rozbawiony i przyspieszył.


Jechał jakby znał dobrze trasę. Przebiliśmy się płynnie przez miasto, zostawiając za sobą szarość betonu i czerwień ceglanych zabudowań. Przecięliśmy futurystyczny, stalowy most nad kanałem, jedyny na naszej drodze obiekt wart uwagi, po czym wjechaliśmy na autostradę, zostawiając Rotterdam z całym dobrodziejstwem jego sterylnej architektury.

Jezdnia przecinała rozległą przestrzeń bladozielonych pól i pastwisk. Krajobraz wydał się przygnębiająco płaski. Konie, krowy i owce stały w podmokłej trawie. Pojawiające się gdzieniegdzie drzewa sprawiały wrażenie ostatnich na tej ziemi.

Po mniej więcej godzinie dotarliśmy do Zanfort, niewielkiego skupiska domków jednorodzinnych stłoczonych wzdłuż kilku wąskich ulic. Tuż przed granicą miasta, kątem oka, po lewej stronie, przez wyrwę w ścianie zieleni dostrzegłem szary ogon samolotu. Wyglądał na wojskowy, chociaż nie mogłem mieć pewności. Pas startowy osłaniała gęsta linia drzew.

Posesja, przed którą się zatrzymaliśmy nie była fortecą szefa narkotykowej mafii. Nie była nawet willą. Budynek w niczym nie odróżniał się od pozostałych minimalistycznych domków w okolicy. Wyglądał bardziej na dom pary staruszków niż własność szefa zorganizowanej grupy przestępczej. Czerwona cegła, stara brązowa obrośnięta soczystym mchem dachówka, dwa identyczne kominy, jeden na przedniej ścianie, jeden z tyłu, okna o czarnych drewnianych ramach i białe wiejskie drzwi tworzyły bajkowo sielankowy klimat. Posesję otaczał niski żywopłot zwieńczony z przodu metalowym ogrodzeniem. Gdy podjechaliśmy, Rory otworzył pilotem bramę i wtoczyliśmy się na niewielki podjazd. Kończył się przed szopą stojącą na prawo domu.

— To twój dom? — zapytałem. — Rozumiem, że teraz poznam panią Scott?

— Może następnym razem — odparł. — Chodź, pokażę ci twój pokój.

Weszliśmy do środka. Na lewo od drzwi roztaczał się salon, po prawej jadalnia z niewielkim aneksem kuchennym, a na wprost schody prowadzące na poddasze. Weszliśmy na górę. Rory pokazał mi mój pokój.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.78
drukowana A5
za 71.31