E-book
2.93
drukowana A5
18.52
Oktopus prime

Bezpłatny fragment - Oktopus prime

tli się nadzieja


Objętość:
60 str.
ISBN:
978-83-8126-778-6
E-book
za 2.93
drukowana A5
za 18.52

Jest rok 2712. Ziemia została kompletnie zniszczona przez wojnę nuklearną. Najbogatsi ludzie świata uciekli w przestrzeń kosmiczną przygotowanym w tym celu statkiem.

Oktopus Prime jest potężną bazą, która mieści dwudziestotysięczną populację cywilów i pięć tysięcy żołnierzy. Umieszczono na niej wiele myśliwców bojowych, transportowców i niszczycieli. Życie w mniejszych bądź większych kabinach byłoby nie do wytrzymania, dlatego stworzono infrastrukturę miasta dającą ludziom namiastkę uczucia, iż są w domu. Z czasem ludzie przyzwyczaili się i tylko iluminatory w ich kabinach pokazywały prawdę zza okna. Choć i te można było zaprogramować na widoki znad morza czy ziemskich gór. Przeczesujemy przestrzeń kosmiczną od dwustu Ziemskich lat, ludzie rodzą się na statku i umierają. Nie ma między nami nikogo, kto kiedykolwiek postawił stopę na matce Ziemi.

Wszystkiego, co wiemy o naszej planecie dowiedzieliśmy się z filmów i na lekcjach historii. Od kilkudziesięciu lat prowadzimy program badawczy ″Tląca się nadzieja″ w poszukiwaniu oznak życia na innych planetach. Oktopus Prime może poruszać się z prędkością światła, co pozwala nam na podróże do innych układów słonecznych.

Jestem kapitan Josh Mardok, pilot pierwszej klasy. Świeżo upieczony, kilka tygodni temu skończyłem Akademię Wojsk Kosmicznych, z wyróżnieniem muszę się pochwalić.

Kolejnym wyróżnieniem jest to, iż dziś właśnie ruszam na swoja pierwszą misję poszukiwawczą. Siedzę na mostku swojego nowego statku ″Odkrywca″ klasy tajfun gwiezdny i rozpiera mnie duma.

— Kapitanie Mardok znaleźliśmy się w polu grawitacyjnym Kirjany, czy chce pan przejąć stery? — odezwał się nagle metaliczny głos komputera pokładowego.

— Oczywiście Meliano, dziękuję — wyprostowałem się szybko i usiadłem za pulpitem, nie mogłem sobie odmówić pierwszego lądowania w naturalnych warunkach. Nie dlatego spędziłem tyle godzin w symulatorze, by teraz pozwolić zrobić to komputerowi.

Zacząłem wchodzić w atmosferę i zrobiło się naprawdę gorąco. Statek miał bardzo mocne poszycie zrobione z najnowszych stopów tytanu i wanadu, dlatego o konstrukcje byłem spokojny. Korygowałem jedynie trochę tor lotu, gdy zaczęły się małe turbulencje. Ogólnie wszystko przebiegało w normie, po kilkunastu minutach wszedłem w atmosferę planety.

— Mój Boże — wyszeptałem zauroczony, gdy minąłem warstwę chmur. Niebo było tak cudownie błękitne jak za czasów przed wojną na Ziemi. Wciąż oczarowany zacząłem wyhamowywać statek, by go nie rozbić, wszystko poszło gładko. Statek zawisł dwa metry na ziemią, z podwozia wysunęły się trzy potężne łapy, na których osiadł. Wygasiłem silniki i patrzyłem kolejny raz, zadziwiony, na obraz malujący się przede mną. Ruiny wieżowców, bloków, wraki spalonych samochodów, spękana asfaltowa ulica, którą hulał wiatr roznoszący śmieci i zwinięte kłęby suchej trawy. Ogromna złota kula chowająca się pomiędzy dwoma najwyższymi szklanymi drapaczami chmur oślepiła mnie na moment. Przymknąłem oczy i otworzyłem je ponownie.

— Słońce — szepnąłem patrząc jak jego tarcza przechodzi w pomarańcz i zastyga w miejscu zawisając na dłuższą chwilę.

— To wygląda jak Ziemia — powiedziałem po cichu z niedowierzaniem do siebie.

— Planeta Kirjana. Krajobraz wygląda jak ziemski, atmosfera bardzo zbliżona do ziemskiej, stężenie zanieczyszczeń wskazuje na bezpieczny poziom, zawartość tlenu jak na Ziemi tuż przed wybuchem. Zalecam jednak założyć kombinezon — kolejny raz z zamyślenia wyrwał mnie głos komputera.

— Tak, tak Meliano, wiem procedury bezpieczeństwa — odparłem wstając i kierując się na tył statku.

Wszedłem do kabiny i stanąłem pośrodku koła, rozpoczął się proces ubierania, jak go nazywałem. Zespół robotów nakładał na mnie pancerz ważący kilka ton, pomimo, iż był z tytanu i wanadu, zastosowano tu też stal. Gdyby nie cała masa siłowników hydraulicznych w życiu nie ruszyłbym się z miejsca. Czułem się jak ″transformer″, ale miałem pewność, iż nic nie jest mnie wstanie zabić; a gdyby konstruktorzy się mylili, byłem wyposażony w silniki rakietowe umieszczone na plecach. Zasunąłem antyrefleksyjną przesłonę hełmu i rozpocząłem oddychanie przez aparat tlenowy, czego nie lubiłem szczególnie. Otworzyłem właz i zacząłem schodzić po trapie. Zaraz, gdy tylko stanąłem na asfaltowej drodze wydałem polecenie: Zetok 1, Zetok 2, aktywacja!

Po kilku sekundach na drogę przede mną wytoczyły się dwie stalowe kule, które w jednej chwili otworzyły się stając na trzech pajęczych nogach.

— Roboty bojowe gotowe do akcji — rozległ się metaliczny dźwięk potwierdzenia rozkazu.

— Jeden z przodu, jeden z tyłu, stały monitoring, informować o wszelkich ruchach! Naprzód! — rozkazałem i sam ruszyłem szybkim krokiem.

Słońce wciąż nie zaszło i jakby nie ruszyło się czekając na mnie. Szedłem ulicą rozglądając się na boki, obraz zniszczeń nie przytłaczał, budził dziwne uczucie nostalgii i tęsknoty.

W niektórych wrakach samochodów wciąż jeszcze leżały skorupy przypominające ludzkie kształty, gdyby Meliana nie potwierdziła danych upierałbym się, iż to Ziemia. Wybite okna budynków ziały ciemną pustką i wszędobylską ciszą. Przerywało ją jedynie wycie wiatru poruszającego od czasu do czasu starymi znakami drogowymi i powyginanymi latarniami. Czułem się sam i byłem tu sam. Uszedłem dwa kilometry, gdy pierwszy robot zameldował:

— Wykryłem ruch. Północny wschód, odległość w linii prostej sto trzydzieści metrów, dwadzieścia pięć w dół. Możliwe formy życia, kategorii ziemskiej — zadźwięczał. Niemal podskoczyłem na dźwięk ″ziemskiejᄂ.

— Ruszamy! — odbezpieczyłem swój automatyczny Blaster 6500 i ruszyłem biegiem za toczącym się robotem. Wpadliśmy do betonowego budynku, robot odnalazł wejście do piwnicy. Było zamknięte, jeden strzał z lekkiego działka Thunder 2000 wyrwał futrynę z kawałkami betonu. Zetoki były wyposażone w cztery takie działka każdy, dodatkowo miały energetyczną tarczę, przez którą nic i nikt nie mógł ich zranić.

Zaczęliśmy schodzić powoli po szerokich stopniach. Ogarniała nas ciemność, zapaliłem swoje naramienne reflektory, w połączeniu z oświetleniem robota było tu całkiem jasno. Wzdłuż ścian pod sufitem biegło mnóstwo kabli, słychać było kapiącą wodę, brakowało tylko nagłego spięcia, bym stracił zasilanie, a roboty pole siłowe. Miałem nadzieje, że elektryczność nie działa. W końcu dotarliśmy na dół, stałem po kostki w wodzie. Zetoki rozłożyły się i postawiwszy swe tarcze ruszyły powoli na pajęczych nogach do przodu. Zdziwiłem się, z jaką łatwością i szybkością po chwili zaczęły się poruszać.

— Przed nami ruch! Małe obiekty poruszają się bardzo szybko! — ostrzegł metaliczny głos. Spiąłem się i zdenerwowałem. To nie były ćwiczenia. Nagle za rogu biegnąc po ścianie pojawił się jakiś ciemny kształt gotujący się do skoku. W ułamku sekundy Zetok 1 zareagował rozpoczynając ostrzał. Ich czujniki ruchu połączone z laserowymi celownikami były bezwzględne. Po krótkiej chwili kanonada ustała, wszędzie było pełno dymu od skruszonego betonu.

— Droga wolna! — zaraportował.

— Naprzód! — rozkazałem, gdy wtem coś uderzyło na nas z tyłu. Robot chroniący moje plecy spisał się równie znakomicie, wśród czerwonych rozbłysków lasera ujrzałem rozpadające się na miazgę cielsko szczura wielkości kota.

— Czysto! — oznajmił zimny głos.

— Ok. Chłopaki, ruszamy! — odparłem z nerwami napiętymi do maksimum. Nie zdążyłem nawet ani razu wycelować, co gdy by nie było ich przy mnie? — zapytałem się w myślach. — Nawet tak nie myśl — dodałem na głos.

Woda chlupotała nam pod nogami, poza tym panowała śmiertelna cisza. Jak się okazało, tylko przez chwilę.

— Wzmożony ruch! Wiele obiektów, przed nami i za nami! — ostrzegł robot i w tej samej chwili zaczął strzelać, ten za nim również.

— Gdzieś ty mnie przyprowadził?! Żałosna kupo złomu! — zdążyłem wrzasnąć i odruchowo nacisnąłem spust Blastera robiąc miazgę z wielkiej jaszczurki tuż nad swoją głową. — O kurwa! — Setki godzin treningu zrobiły swoje, strzelałem na wszystkie strony niczym w symulatorze. Instynkt wziął górę nad strachem i kładłem pojawiające się z mroku stwory jednego za drugim. Skakały z sufitów, ścian i spod moich nóg. Były dosłownie wszędzie, na szczęście miałem ze sobą Zetoki, których działka strzelały obracając się o siedemset dwadzieścia stopni i siały ogromne spustoszenie.

Ładowałem kolejny magazynek, gdy atak ustał, przeciągły dźwięk dał mi znać, iż blaster jest załadowany energią na full. Wokół mnie leżało mnóstwo trupów, a właściwe szczątków potworów. Zmutowane szczury i jaszczurki o wymiarach kilkukrotnie większych, niż znane mi z filmów instruktażowych.

— Co tam masz jeszcze dla mnie?! — zawołałem zły i oczekiwałem na najgorsze.

— Przed nami w promieniu dwustu metrów czysto — zaraportował Zetok 1.

— To mnie pocieszyłeś! A dalej?! — odwarknąłem.

— Jesteśmy na drodze do formy życia kategorii ziemskiej!

— Świetnie! Dalej naprzód! — ucieszyłem się, gdy robot zaczął raportować dalej:

— Przed nami pojedyncza forma życia!

— Właśnie zabiliśmy ich ze dwie setki, jedna więcej nie robi różnicy! Dalej! Prowadź! — wydałem rozkaz rozdrażniony — Też mi coś, pojedyncza forma życia — mruknąłem.

Zatrzymaliśmy się po dwustu pięćdziesięciu metrach przed ścianą.

— Chcesz coś powiedzieć?! — zapytałem z wyrzutem.

— Proszę się odsunąć! — odparł metaliczny dźwięk i wypalił ze wszystkich działek na raz w akompaniamencie huku wywalił wielką dziurę w murze. Choć w kombinezonie bojowym mierzyłem ponad dwa i pół metra przeszedłem przez otwór z zapasem nad głową.

To wyglądało jak podziemny garaż, pusty i ciemny; nagle w mroku zabłysły dwa czerwone punkciki.

— Pojedyncza forma życia dwadzieścia metrów przed nami! — zabrzmiało znowu ostrzeżenie.

— Ty i twoja pojedyń… — głos uwiązł mi w gardle, bo oto z dziury w przeciwległej ścianie wypełzł skorpion wielkości słonia. — O cholera! — przekląłem.

Tym razem Zetoki ustawiły się po moich bokach kilka metrów przede mną i, nim stwór zaatakował, ostrzelały go. Straszliwe zaskrzeczał, gdy zraniły jego ogon i kadłub. Z ran zaczął wyciekać zielony płyn, skorpion wściekle zaatakował, ale pole siłowe robotów odrzucało go, dodatkowo raniąc. Bił swym ogromnym kolcem, ale po kilku próbach okaleczony zaprzestał ataków.

Zacząłem strzelać i wydawało się to igraszką w porównaniu z potyczką ze szczurami w korytarzach. Każdy strzał ranił stwora okrutnie, próbował schwycić Zetoka 1 szczypcami, ale dwójka odstrzeliła mu je. Przyjąłem pozycję i wycelowałem w łeb, nacisnąłem koncentrację ładunku i wystrzeliłem tylko raz. Pojedyncza wiązka energii roztrzaskała na miazgę głowę skorpiona. Cielsko zaczęło wić się w konwulsjach, by po kilkunastu sekundach opaść i znieruchomieć całkowicie. Po chwili z martwego kadłuba począł wydobywać się żółty gęsty dym, na szczęście mój kombinezon nie przepuszczał żadnych trucizn, a zapas tlenu w butlach miałem jeszcze duży. Podszedł bliżej do cielska, które zaczęło zapadać się pod siebie, jak gdyby było wypełnione owym gazem.

— Zlokalizowałem roślinne formy życia — przerwał mi oględziny głos Zetoka 1.

— Prowadź! — rozkazałem podnieconym głosem. Jak się okazało, musieliśmy przejść przez dziurę, z której wylazł skorpion, dlatego kazałem rozwalić to w drobny mak. Obydwa roboty rozpoczęły kanonadę równą tym, które oglądałem na filmach. Kawałki betonu fruwały w powietrzu, niektóre mijały mnie o włos. Gdy skończyły, a kurz opadł, moim oczom ukazała się ogromna przestrzeń, po ścianie nie było śladu.

— Świetna robota chłopaki! Nie zmietliście też czasem roślinki?!

— Roślinna forma życia tuż przed nami, dwieście trzydzieści sześć metrów na północny zachód — odparł pozbawiony emocji głos.

— To świetna wiadomość Jimy — odparłem tekstem z filmu i ruszyłem we wskazanym kierunku w normalnym szyku.

Wyglądało to jak stara fabryczna hala, choć nie było tu żadnych maszyn. Byliśmy pod ziemią, a za oknami jarzyło się pomarańczowe światło słońca. Zastanawiałem się, gdzie są te lampy dające taka ułudę i czemu wciąż działają. Doszliśmy do końca korytarza północnego i napotkaliśmy czarną kotarę zasłaniającą wejście. Pierwszy wszedł Zetok 1, a ja tuż za nim.

Moim oczom ukazał się niesamowity widok: było tam małe poletko uprawne, pośrodku betonowych płyt. Podszedłem bliżej oczarowany, przy plantacji pomidorów pracowały cztery kobiety. Odwróciły się wyczuwając mnie. Wszystkie były blondynkami o jasnych niebieskich oczach, miały jasne lica i były piękne niczym anioły. Ubrane jedynie w przeźroczyste fartuszki nie wstydziły się swojej nagości, jedynie słodko uśmiechały. Byłem oczarowany i podniecony. Ich kształty były doskonałe, wpatrywałem się w wielkie, pełne i zmysłowe piersi, oraz szczupłe talie. Wszystkie wstrzymały prace i zaczęły iść w moim kierunku.

Byłem zafascynowany, gdy pierwsza z owych kobiet stanęła tuż przede mną, podniosłem osłonę antyrefleksyjną, by mogła widzieć moją twarz. Uśmiechałem się do niej tak jak ona do mnie i nagle usłyszałem w głowie nakaz: zdejmij hełm.

Zawahałem się.

— Pocałuj mnie! — powiedziała tym razem na głos, powodując walkę we mnie.

— Pocałuj mnie! Josh! — szepnęła i objęła mój hełm delikatnie rękoma.

— Skąd, skąd znasz moje imię?! — czułem jakbym tracił wolę nad sobą; w tym momencie pozostałe kobiety zaczęły mnie okrążać i gdy jedna z nich sięgnęła ręką pod pancerz szukając przewodów, Zetok 2 wypalił bez ostrzeżenia. Odwróciłem się gwałtownie, nagle wszystkie ślicznotki zamieniły się w potwory, z ich ludzkich głów wyrosły macki, a każda miała ostre kły. Cofnąłem się i potknąłem o zwłoki jednej z nich przewracając się, wtedy mnie dopadły. Rzuciły się na mnie chcąc dostać się pod pancerz i zdjąć go ze mnie. Roboty zaczęły je ostrzeliwać, przy okazji i ja oberwałem. Na szczęście bojowy strój wytrzymał i nie zostałem ranny.

— Obrzydlistwo! — Strąciłem z siebie resztki ohydnych flaków wstając.

— Dzięki! — dodałem nie zważając, iż są to sztuczne twory choć inteligentne.

Podszedłem niemal na drżących nogach do pola i wszedłem na nie, ukląkłem biorąc garść ziemi do rąk i przesypując ją z jednej do drugiej. Zetoki w tym czasie pobierały próbki. Sięgnąłem po pomidora i zerwałem go z krzaka, wpatrywałem się w niego podniecony ze szczęścia i zafascynowany jak to możliwe. Straszliwa odpowiedz przyszła nagle. Pomidor w mgnieniu oka zamienił się w kawałek skały. Spojrzałem na pozostałe krzaki, wszystkie zniknęły, nawet czarnoziem na którym stałem zamienił się w brudny proch.

— Nie!!! — zawyłem z rozpaczy, który przeszedł w gniew — To tylko iluzja! — uderzyłem pięściami w podłogę. Kto ją stworzył? — zapytałem w duchu i rozglądnąłem się wokoło. Otaczała mnie cisza, złowroga cisza, czyżby były tu obecne inne, inteligentne formy życia?

Postanowiłem czym prędzej wrócić na pokład Odkrywcy i złożyć raport. W drodze powrotnej do statku, gnał mnie dziwny niepokój. Gdy już znalazłem się w środku zatrzasnąłem właz i patrzyłem jeszcze prze kilka chwil przez iluminator, czy aby coś mnie nie śledziło.

Zaprogramowałem Melianę i poszedłem wziąć prysznic. Gdy ściągałem ubranie ku swemu zdziwieniu zobaczyłem na szyi resztkę zgniłego ciała stwora z pól pomidorów, odrzuciłem je z obrzydzeniem do niszczarki biologicznej, a zaraz potem resztę ubrania. Po długiej gorącej kąpieli założyłem czysty mundur i zasiadłem za pulpitem Odkrywcy.

Nie mogłem pozbyć się smutku, tak bardzo ucieszyłem się, iż udało mi się znaleźć życie. Nie pozostało mi nic innego jak odrzucić złe myśli i zająć się czymś innym, na przykład postarać się o przydział na kolejną misję, choć po tym niepowodzeniu nie oczekiwałem cudów.

— Jesteśmy w promieniu ściągania parkującego — oznajmił głos z interkomu — Dokujemy — dodał po chwili.

Czekał mnie jeszcze proces kwarantanny, właśnie rozwył się alarm i zabłysły koguty sygnalizacyjne oznajmiając jego rozpoczęcie.

Potężne laserowe skanery rozpoczęły poszukiwanie obcych ciał, standardowa procedura. Nagle usłyszałem alarm, który słyszałem tylko raz w życiu na ćwiczeniach.

— Obca forma życia! Zagrożenie pierwszego stopnia! Natychmiastowa neutralizacja! — rozległ się głos komputera matki.

— To jakaś pomyłka, statek jest czysty! — zaraportowałem natychmiast.

— Joshu Mardok! Jesteś zainfekowany obcym ciałem! Zostaniesz zneutralizowany! — usłyszałem wyrok.

— To niemożliwe. Wszystko zniszczyłem, nie ma na mnie żadnego obcego ciała! — darłem się jak opętany.

— Procedura rozpoczęta! — oznajmił głos bez uczuć, jednocześnie otwierając drzwi śluzy doku.

— Żądam rozmowy z generałem Torku! Jestem kapitanem pierwszej klasy! — nikt mnie nie słuchał, komputer matka wydała wyrok wyrzucając mój statek w przestrzeń. Cały system został wyłączony, nie mogłem uruchomić żadnego silnika, dryfowałem czekając na egzekucję.

W jednej chwili przypomniałem sobie, że mam prezent od brata swojej byłej dziewczyny.

— Shoen, mój mały geniuszu, oby to zadziałało — modliłem się montując dysk ze zhakerowanym programem startującym do głównego sytemu operacyjnego Odkrywcy. W tym czasie statek oddryfowywał na bezpieczną odległość, by mógł zostać zniszczony przez działa Oktopus Prime.

— Yyyaha! — zawołałem uruchamiając system w towarzystwie kilku spięć z przewodów, które musiałem połączyć w pośpiechu ze sobą. Szybko wydawałem komendy, nie miałem zbyt wiele czasu, ratowałem skórę nie wiedziałem co będzie dalej, chciałem żyć.

Modliłem się, by się udało, odliczałem w myślach: cztery, trzy, dwa, jeden, odpalaj! — w momencie, gdy huknęło działo statku matki odpaliłem kapsułę ratowniczą i jednocześnie nadprzestrzenny napęd Odkrywcy. Uciekłem w stronę Kirjany, a kapsułę wysłałem w kierunku Oktopus Prime. Komputer matka widząc rozbłysk niszczonej kapsuły ratowniczej zanotował zniszczenie mojego statku, podczas gdy ja oddalałem się w cieniu tych wybuchów w miejsce, z którego tyle co uciekłem.

Statek prowadził się nad wyraz dobrze na zhakowanym systemie, problem pojawił się przy lądowaniu. Nie zadziałały hamulce, musiałem użyć ciągu wstecznego napędu nadprzestrzennego. Skutek mógł być tylko jeden. Wytraciłem prawie całą prędkość, pasy mało nie zmiażdżyły mi klatki piersiowej. Silniki eksplodowały i choć opadłem dość wolno na powierzchnię, statek doznał uszkodzeń. Nie to jednak było najstraszniejsze, zostałem tu uwięziony — bez silnika nie mogłem wrócić. Przy ostatnim wstrząsie jeden z elementów oderwał się uderzając mnie w głowę. Tracąc przytomność towarzyszyła mi jedna myśl: Czy aby na pewno ocaliłem swe życie?!


Obudziłem się akompaniamencie trzasków palącej się instalacji elektrycznej. Na szczęście system przeciwpożarowy Meliany ugasił najgroźniejszy pożar. Było ciemno, paliły się tylko awaryjne światła na mostku. Monitory systemu sterującego migały nieprzerwanie. Pasy bezpieczeństwa zadziałały poprawnie, zakaszlałem, kiedy je odpinałem trochę wgniotły się w klatkę.

Rozglądnąłem się po kokpicie, w tym świetle nic nie wyglądało na uszkodzone. Powoli sięgnąłem do konsolety, poczułem ukłucie bólu w prawym barku, ale po kilku wymachach minęło.

Wyciągnąłem dysk z zhakowanym system i wpisałem na klawiaturze komendę przywrócenia systemu. Po kilku sekundach system zareagował.

— Uff Bogom niech będą dzięki — zawołałem sam do siebie, kiedy na głównym monitorze pojawiło się logo Magellana.

Po chwili rozległ się też szum uruchamianych potężnych wiatraków chłodzących procesory i dysków pamięci. System uruchamiał się szybko i bez zakłóceń.

Powoli wstałem z fotela i podszedłem do jednej ze ścian kadłuba. Wciśniecie pojedynczego klawisza odsłoniło szerokie okno, na zewnątrz panował mrok. Dodatkowo padający rzęsiście deszcz ograniczał widoczność.

— Witam Kapitanie Mardok — odezwał się metaliczny aczkolwiek ciepły głos Meliany

— Witam Meliano, miło Cię znowu słyszeć — odparłem życzliwie — Przeskanuj proszę cały statek i złóż raport o uszkodzeniach — wydałem rozkaz — a i włącz zewnętrze reflektory na dziobie — dodałem

— Generatory prądu, działają w 15 procentach, odradzam nadmierne zużywanie energii nim zostaną w pełni naprawione — odpowiedź nieco mnie zaskoczyła.

— Cóż, nie sądziłem, że maszyny wykazują typową dla ludzi logikę i rozsądek — odparłem z przekąsem

— Sztuczna inteligencja kapitanie, jestem sztuczną inteligencją — jej riposta zdawała się zawierać również nutkę ironii i ty razem jej głos zabrzmiał trochę jak… Marilyn Monroe

— Meliano, możesz modulować głos korzystając z zasobów danych zgromadzonych w twoim … — zawahałem się przez sekundę — umyśle — dodałem oczekując reakcji.

— W moich bazach danych, tak, ale przyznaje Kapitanie to było miłe — nim dokończyła, przerwałem jej:

— No tak sztuczna inteligencja. Marilyn dokończ proszę skanowanie, a ja udam się pod prysznic — rzuciłem do polecenie odwracając się i szybkim krokiem odszedłem do prywatnych przedziałów statku.

Zrzuciłem z siebie kombinezon odkręciłem gorąca wodę, mocny strumień masował mięsnie i przyspieszał krążenie krwi. Lubiłem to mogłem tak stać długie minuty, mój umysł zaczął powoli oddryfowywać, czułem się błogo…

— Cholera, cholera, cholera!!! — nagle wydarłem się jak opętany — Meliano!!! Zimna!!! — zamknąłem szybko kurek i sięgnąłem po ręcznik

— Reset systemów hydraulicznych, ostatni etap skanowania — z głośników dobiegł mnie głos bez uczuć

— Dzięki, kurwa! — przeklinałem cicho pod nosem

Wytarłem się szybko i założywszy dresy poszedłem na mostek

— Raport — rozkazałem ostro siadając na fotel

— System obronny w pełni sprawny 100 %, Poszycie statku uszkodzone tylko w części rufowej, zmiażdżone pomieszczenia siłowni odizolowane, napęd nadprzestrzenny sprawny w 20 %, ogólny stan silników 30 % sprawności, roboty bojowe nieuszkodzone 100 %, systemy podtrzymywania życia 100 %, układy elektryczne, systemy hydrauliczne…

— Tak, tak sprawne, wszystko sprawne do jasnej cholery, tylko napęd jest nie sprawny — przerwałem wyliczanie — Ge kurwa nialnie!!! Utknąłem tu na zawsze!

— Zapasy żywności i świeżej wody wystarczał na 44 dni — oznajmił komputer matka.

— Fantastycznie, a zatem umrzemy na koniec postu — nie wychwyciła mojego żartu z przekąsem. Uruchom reflektory, proszę — dodałem starając się nie rozkazywać

Cztery potężne reflektory dziobowe w jednej chwili rozświetliły noc, zalewając powierzchnię rozmiarów stadionu Rugby. Wpatrywałem się poprzez ciężkie strugi deszczu w pustą krainę, w której miałem dokonać żywota. Kirjana, czym była ta planeta, tak podobna do Ziemi?

— Moim drugim domem? Domem- grobem, zapewne. Nie miałem nawet czasu na eksploracje tego miejsca, poznanie jego historii, teraz będę go miał aż nadto — mówiłem sam do siebie.

Stałem tak z przyklejonym czołem do szyby, nigdy nie widziałem prawdziwego deszczu, nigdy nie zmokłem na prawdziwym deszczu.

To był impuls, odwróciłem się gwałtownie na pięcie i ruszyłem szybko ku głównemu wejściu. Meliana coś wyczuła, albowiem zareagowała gwałtownie:

— Kapitanie? Kapitanie Mardok stanowczo odradzam — jej głos był metaliczny i pozbawiony uczuć.

— Wiem, wiem — zignorowałem ostrzeżenie i przyłożyłem swój pass do czytnika, a następnie zbliżyłem oko, skaner zadziałał i rozpoczęła się procedura otwierania drzwi.

— Kapitanie, zalecam założenie kombinezonu, nie wolno panu tak opuścić statku — komputer matka nie zamierzał pozwolić mi wyjść w samym dresie.

— Nic mi nie będzie — odparłem szorstko i chwyciłem za uchwyt włazu i przekręciłem w prawo. Dało się słyszeć syk sprężonego powietrza pomieszany z dźwiękiem siłowników.

— Kapitanie Mardok?! — Meliana uniosła głos, odwróciłem się i zdębiałem.

Z sufitu mojego mostka wysunęło się małe działko o którego istnieniu nie miałem pojęcia.

— Zamierzasz mnie zabić? — syknąłem przez zęby

— Nie, powstrzymać przed głupstwem — odparła z dziwną troską w głosie

— Choć nie brzmisz jak maszyna, jesteś nią i tym różnicie się od nas, nie ma w was spontaniczności i chęci poznawania po przez ryzyko, a zatem Meliano, wal się! — rzuciłem się do drzwi naciskając przełącznik, wrota stanęły otworem i w tym momencie zostałem uderzony wiązką prądu, na szczęście o małym natężeniu. Jego siła paradoksalnie wyrzuciła mnie na zewnątrz. Potoczyłem się po stalowym trapie i wpadłem twarzą w kałuże.

— Blehhh — w jednej chwili uniosłem się na rękach, plecy paliły mnie od bólu z nieba lał się potop. Przewróciłem się na plecy wziąłem głęboki oddech i zaczęłam kaszlać, coś mnie dusiło, coś było w powietrzu. Złapałem się za gardło z wnętrza statku dobiegł mnie alarm, komputer matka wydawał jakieś polecenia.

Zamknąłem oczy, byłem gotowy na śmierć, mój puls zwolnił, przywołałem obraz mamy, uśmiechałem się do niej żegnałem z nią, a potem przyszła Ona, moja ukochana, była taka piękna, tak jak ją zapamiętałem. Moje serce przestawało bić, nie czułem już nawet tego jak byłem przemoczony. Po raz ostatni przywołałem ukochaną złożyła na moich ustach pocałunek, poczułem jej słodycz i ciepły oddech, coś ucisnęło moją klatkę i nagle gorące, śmierdzące powietrze wtłoczyło się do moich ust i raz jeszcze.

— Eghh Eghh zakaszlałem mocno i poderwałem się do pozycji pół leżącej, gwałtownie łapałem powietrze, rozglądnąłem się, obok mnie stał jakiś szary kształt, chciałem się mu przyjrzeć, ale nagle uciekł, gdy na trapie pojawił się Zetok 1.

— Kapitanie Mardok, proszę natychmiast udać się ze mną — mój robot bojowy wydał mi polecenie. Wsparłem się na metalowym ramieniu i wszedłem do środka.

— Zalecam skanowanie! — usłyszałem jak tylko wrota zamknęły się za nami, nie protestowałem, byłem wykończony, sunąłem się na nogach.

— Brak skażeń, zawartość pierwiastków … — nie usłyszałem całego raportu ogarnęła mnie dziwna senność, osunąłem się na posadzkę, stalowe ręce uniosły mnie niczym szmacianą lalkę, odpłynąłem…

Śniłem o Ziemi, jaką znałem z filmów i o ukochanej, która zostawiła po sobie tylko cierpienie. Obudziłem się ze smakiem jej ust na swych wargach. Gorzki to był smak obojętności.

Bolały mnie plecy, gdy dotknąłem się w miejsce gdzie trafił mnie ładunek prądu poczułem wielkiego krwiaka. Wciąż byłem w przemoczonych dresach, złapałem się za nadgarstek.

— Tak, dostałem zastrzyk, aby nie dostać infekcji — stwierdziłem ściągając z siebie brudne rzeczy. Znowu stałem pod gorącym prysznicem. Chciałem zmyć z siebie nie tylko bród, ale i pamięć snu. Nie chciałem wracać do przeszłości już sobie z nią poradziłem, zapomniałem. Chwile pod gorącym strumieniem wody mijały powoli, ale w końcu musiały się skończyć jak wszystko, co dobre.

Ubrałem się w czysty kombinezon dzienny i udałem się na mostek.

— Witam kapitanie Mardok — przywitał mnie metaliczny głos — Przepraszam za wczorajszy incydent, ale pańskie zachowanie zagrzało … — przerwałem jej ostro

— Dość Meliano! Nie chce do tego wracać. Lepiej mi wytłumacz, dlaczego mogłem oddychać bez aparatu — dociekałem

— Zawartość azotu tylko nieznacznie przekracza dopuszczalne normy i próg swobodnego oddychania ludzkich form życia.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 2.93
drukowana A5
za 18.52