E-book
9.56
drukowana A5
20.19
oksymoron

Bezpłatny fragment - oksymoron


2
Objętość:
48 str.
ISBN:
978-83-8189-081-6
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 20.19

„Staję się dorosła. […] Tracę złudzenia, być może, by zyskać inne.”

Virginia Woolf „Orlando”

alter ego

nadinterpretacje


i barokowe reakcje

jak aktorka w awangardowym teatrze

rozmawiając gestykuluję zbyt mocno

jakbym mówiła o sprawie życia i śmierci


kiedyś

siedziałam w kącie

i obgryzałam paznokcie

wszyscy mi powtarzali

żeby mówić głośniej


dzisiaj

nie boję się niczego

oprócz nudy i bierności


płacz

śmiech

złość

zawsze gdy przychodzą wypełniają mnie jak wazon

do którego sama kupuję kwiaty

***

Naklej mi łatkę

Zapakuj w szufladkę

Wypluj słowa współczucia jak mleczne zęby

Niech zastąpią je kły

Gotowe ranić

A nawet zabić

Swoim pełnym jadu głodem

Miłości.

Obłędni

Żyjemy w znieczulicy

Pokolenie z sezamkowej ulicy

Chodzimy na smyczy nawyków

Brania paracetamolu

Jedzenia ciasteczek

Jesteśmy drogą na skróty


Na łańcuchu

W bezruchu

Mijamy krzywdy

W niemej konsternacji wyciągając telefon

Nikt nas nie zmusi do błędnego rycerstwa

Wolimy inne błędy


Nasza fortuna nie toczy się kołem

Mamy białe zęby zabrudzone kakaem

U stóp leży nam cały świat

Lewitujemy nad nim

Nie brudząc stóp w ziemskości

I jesteśmy młodzi

Tacy obłędni

Budka telefoniczna

Mieszkam w budce telefonicznej

Odizolowując się od ludzi grubą szybą

Mój wzrok zajmuje się

ogniem

Gdy co kilka minut

Patrzę w czterocalowy ekran

Przyklejony na stałe do mojej dłoni


Żyję w stanie ciągłego

złudzenia

Czekania aż ktoś zadzwoni

Wszystkie komórki mojego ciała

Zamieniły się w telefony komórkowe

Które przy powiadomieniach

Lekko się trzęsą

I diody nieśmiało świecą w ich oczach


Zatrzasnęłam się.

Wiedza empiryczna

Kiedyś Michał Anioł malował freski

na suficie

bo ludzie ciągle zadzierali głowy

szukając Boga


Dzisiaj musiałby malować je

na podłodze

bo ludzie czujnie patrzą

gdzie stawiają kroki

będąc panami własnego losu

nieprowadzonymi przez przeznaczenie

kometa

widzisz mnie

znikam

moje ciało kilka metrów pod ziemią

moja dusza kilka metrów nad chmurami


Lżejsze od pióra serce

zostawia po sobie tylko warkocz

ucięty tępymi nożyczkami

zostawia rozmytą smugę w pamięci

nieśmiały odblask

taniego znicza

Erard

Metalowe struny w starym Erardzie

Nikt na nich nie gra, szumią cicho czasem

Gdy noc otulona czarnym atłasem

Śpiewają tylko swe pieśni łabędzie

Miękkie młoteczki zniszczone przez mole

Jak twoje i moje serce przez ludzi,

którym je dajemy — nikt się nie trudzi

By dbać o nie, gdy we własnym coś kole


Wszyscy my ludzie, my dziwni i skrajni

Jesteśmy różni, a wciąż tacy sami

Obładowani błędów łańcuchami

Innych lalki, chłopi pańszczyźniani

Co jeśli nasze ziemskie bytowanie

Niczym liść na wietrze dusza frywolna

Nie znaczy więcej niż struna samotna

Która pękła w tym starym fortepianie?

Mogiła ery dziecięcej

Szare bloki

Skoki w boki

Srebrne ekrany

Grube parkany

Przemoc

Niemoc

Wielki łez basen

Festiwal straceń

Nierealne sny

Szarpiące kły

Papierosy

Ścięte włosy

Budowanie tamy

Wracanie do mamy

Puzzle

Bezbronne dziecko

dostaje od świata puzzle

obraz Pollocka

rozbity na szesnaście

tysięcy

skrawków kolorów i figur.

W konflikcie tragicznym,

między żądzą a powinnością,

w ryzach ograniczonych okrążeń Ziemi

stara się ułożyć obrazek

idealnego życia.


Przerażone

panicznie chwyta elementy

i myśli, że jest tylko jeden algorytm,

utkana ze złotych rad

szara droga

do sukcesu,

do szczęścia,

do porządku;

A konieczna wiedza

zaklęta jest w niezrozumiałe

malutkie

atomy.


Nic z tego nie wychodzi.

Smutny koniec spontaniczności

w trujących oparach zdrowego rozsądku

w ruchomych piaskach frustracji…

Bańka mydlana

Boję się miłości

Chcę mówić o niej szeptem

Mieć ją na sznurku splecionym z białych kłamstw

Pod lunatyczną kontrolą

Co chwilę zapominać

Że to właśnie nazywamy “miłością”


Boję się,

Że po kilku Twoich słowach

Cała rozpadnę się na powtórzenia

I nie dam rady poskładać się na nowo

Że moja skóra jest jak bańka mydlana,

Która od delikatnego dotyku rozbije się na atomy

I spłynie powoli w płytkim potoku

Słodko-gorzkiego kalejdoskopu zdarzeń

Barbakan

Stałam na starym barbakanie

Wciąż broniąc się przed amorami

Obcinając im skrzydła, uciekając przed strzałami

A przecież całe życie czekałam na ich spotkanie


Przyszedł punkt szósta, dalej się broniłam

Dał mi kwiaty — krwiste róże, które nie pachniały

Sam pachniał jak sny, które właśnie się spełniały

U bram zmysłów stały iskry — sama je gasiłam

Otaczała nas miłość i inne dekoracje

Ledowe lampki w źrenicach i prąd na skórze

Patrzyliśmy sobie w oczy przy czerwonym murze

Nieznośnie wartko płynęły czułe słowa i deklaracje


Stałam na starym barbakanie

Wciąż broniąc się przed amorami

Obcinając im skrzydła, uciekając przed strzałami

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 20.19