E-book
8.19
drukowana A5
16.03
Okna

Bezpłatny fragment - Okna


5
Objętość:
51 str.
ISBN:
978-83-8245-888-6
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 16.03

Matka

Dziś zostało mi już tylko okno. Dwie bezduszne szyby, oddzielające mnie od reszty świata. Dwa obojętne kawałki szkła, za którymi pozostało to wszystko, co kiedyś tak kochałam.

Tam, gdzieś, pod innym, bardziej błękitnym niebem, znajdujesz się teraz ty, mój syneczku. Mój śliczny, mały syneczku. Gdy przyszedłeś tu do mnie pożegnać się, wiedziałam, że widzę cię po raz ostatni. Patrzyłam na ciebie i chciałam zapamiętać każdy grymas twojej twarzy, każdy ton głosu. Tak nieporadnie starałeś się wytłumaczyć mi, iż praca którą dostałeś we Włoszech jest szansą dla całej twojej rodziny. Czy jednak dla całej? A co ze mną? Co z tą, która dała ci życie?

— Zrozum mamo, w Polsce nie zrobię takiej kariery jak tam. To życiowa szansa. Będę mógł się rozwijać, zdobywać doświadczenie w międzynarodowej firmie. Przecież zawsze chciałaś być ze mnie dumna.

Och, jaka ja byłam dumna. Jaka dumna… Serce rwało mi się w niemym bólu. Tak bardzo chciałam krzyczeć, błagać cię, abyś został, abyś mnie nie opuszczał. Bałam się samotności i zapomnienia — oprócz ciebie nie miałam przecież już nikogo.

— Tak syneczku. Rób to, co uważasz za najwłaściwsze — przyznałam ci rację.

Nie widziałeś moich łez, ale nawet gdybyś je zobaczył, to czy posłuchałbyś próśb starej, schorowanej kobiety? Teraz ktoś inny był najważniejszy w twoim życiu.

To ona, stojąc przy moim łóżku powiedziała:

— Przecież nie zostanie pani całkiem sama. Tylu chorych znajduje się na tej sali.

O głupia, bezduszna istoto! Ci obcy mają zapełnić pustkę w moim sercu? Czy chciałabyś poczuć to odrzucenie i samotność, które są moim udziałem? Ci ludzie nie są członkami mojej rodziny! To przecież nie im dałam życie! Życie…

— Będziemy mamie przysyłać widokówki…

Synu, ja poświęciłam ci najlepsze lata mojego życia, a ty w zamian przyślesz mi kolorowe pocztówki? Uczucia nie mierzy się ilością ozdobnych kartek, czy też stosami listów. Na co mi te obrazki, jeśli to twoją twarz chciałabym oglądać? To na ciebie chciałabym patrzeć. To twego głosu chciałabym słuchać.

Pamiętam, jak bardzo się cieszyłam, gdy dowiedziałam się, że zostanę mamą. Odliczałam dni do porodu. Wsłuchiwałam się w odgłosy dochodzące z wnętrza mego ciała. Twoje pierwsze kopnięcie — czy wiesz, ile radości mi sprawiło? Gładziłam brzuch, wiedząc, że tam pod skórą rośniesz we mnie. Razem z twoim tatą wybieraliśmy imiona i meblowaliśmy kącik dla ciebie. Nie byliśmy bogaci, ale nasza miłość dodawała nam skrzydeł. Wierzyliśmy, że wspólnymi siłami osiągniemy wszystko. Nie wiedzieliśmy tylko, że los szykuje dla nas inny scenariusz…

Tamten dzień… Najgorszy, ale i najszczęśliwszy dzień mojego życia. Rodziłam cię przez tyle godzin. Ból zdawał się rozrywać moje ciało na strzępy, w końcu lekarz zdecydował się na cesarskie cięcie. Zasnęłam, a gdy się obudziłam wszyscy koło mnie zachowywali się tak cicho. Pielęgniarki patrzyły na mnie dziwnym wzrokiem. Lekarz wyraźnie starał się omijać moje łóżko. Nawet inne kobiety z sali szeptały między sobą, tak abym nie mogła ich usłyszeć.

Martwiłam się, że coś jest nie tak z tobą, ale na szczęście wreszcie mi ciebie przywieźli. Tuliłam do siebie twoje malutkie ciałko, przyglądałam się zgrabniutkim paluszkom i granatowym oczkom, którymi tak intensywnie się we mnie wpatrywałeś.

Wieczorem na salę przyszedł starszy, siwy lekarz. Podszedł do mojego łóżka i usiadł na jego brzegu. Zdziwiło mnie to, ale nie zaprotestowałam. Doktor ujął moją dłoń w swoje pomarszczone ręce i długo wpatrywał się mi prosto w oczy. Widziałam smutek wyzierający z jego spojrzenia. Miałam wrażenie, że za chwilę powie coś strasznego. Nie myliłam się… Niestety, nie myliłam…

— Szanowna pani, przykro mi, że to ja muszę przekazać pani tę wiadomość. Ktoś musiał, a że jestem najstarszy, wziąłem to na siebie. Niejedno w życiu przeszedłem i wiem, jak los potrafi sobie z nas kpić. Z pani właśnie tak zakpił. Dał pani najwspanialsze dziecko. Chłopczyk jest zdrowy i wyrośnie na prawdziwego zucha.

Nie miałam sił przerwać mu jego przemowy. Mówił długo i zawile, tak jakby odwlekał to, co miał mi przekazać. Wszystkie pacjentki umilkły. Z oddali, z sali noworodków dolatywał tylko przytłumiony odległością płacz dzieci.

— Pani mąż… Wyszedł z pracy i spieszył się do pani do szpitala. Nie zauważył nadjeżdżającego tramwaju. Nawet nic nie poczuł. To stało się bardzo szybko. Nie cierpiał. Na pewno nie cierpiał.

Mój mąż? Twój ojciec? Powtarzałam w myślach każde usłyszane słowo, ale nie rozumiałam ich sensu. O czym mówił ten człowiek? Że twego ojca już nie ma? Że nie zjawi się i nie zabierze nas do domu? Że nie nauczy cię grać w piłkę? To nie może być prawda! Nie może!

Z mego gardła wydobył się krzyk. Rozpaczliwy, przejmujący krzyk. Zostaliśmy sami. Tylko ja i ty. Na zawsze! Nie tak miało być! Dlaczego? To pytanie nie dawało mi spokoju przez wszystkie lata. Dlaczego właśnie ja? Cóż zrobiłam złego, że Bóg tak ciężko mnie doświadcza?

W szpitalu zostałam dłużej niż inne pacjentki. Nie miałam do czego wracać, a lekarze chyba to rozumieli. Nie miałam nikogo, kto mógłby mnie wesprzeć. Czasem stawałam przy oknie i patrzyłam na szczęśliwe pary opuszczające oddział ze swoimi dziećmi. Zazdrościłam im tak bardzo.

Musiałam być silna dla siebie samej, ale przede wszystkim dla ciebie. Nie mogłam się załamywać i rozpaczać nad swoim losem. Wróciłam do pustego pokoju w starej kamienicy. Do tego miejsca, które miało być dla nas rajem. A nie było…

Stałam się matką i ojcem w jednej osobie. Zmieniałam ci pieluchy, karmiłam, kąpałam w obdrapanej, cynowej misce. Otulałam kołderką, abyś nie zmarzł w zimne noce. Często nie było mnie stać na kupno wystarczającej ilości węgla i gdy zima się przedłużała, kuliłam się tuląc do siebie twoje małe ciałko.

Praca, żłobek, dom… Dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu. Uczyłam cię stawiać pierwsze kroki. Trzymałeś mnie za rączkę i tak dzielnie parłeś do przodu. Twój śmiech rozjaśniał ponure ściany naszego niewielkiego domu.

— Ma-ma. Ma-ma — jak nieporadnie, ale zarazem słodko składałeś swoje pierwsze słowo. Mama. Twoja mama. Ja. A tata? Jego nigdy nie poznasz. Dla ciebie ojciec to tylko pomnik na cmentarzu. Szary, skromny kawałek kamienia, który przykrył tego, który dał ci życie.

Mój syneczku… Jaka ta noc długa. Zbyt długa. Gdyby już było rano… Czekam na nie wiedząc, że to moje wybawienie. Ale jeszcze nie czas. Jeszcze nie czas.

To do mnie przybiegałeś z każdym swoim zmartwieniem. Tylko ja potrafiłam osuszyć twoje dziecięce, a później młodzieńcze łzy. Pamiętam, jak wtulałeś twarz w moje ramiona i szeptałeś: — Gdy dorosnę, ożenię się z tobą, mamo.

Mój śliczny, kochany syneczku… Oburzałeś się, gdy tłumaczyłam ci, że poznasz dziewczynę, z którą zwiążesz swoje życie. Z takim dziecinnym uporem powtarzałeś: — Tylko ciebie kocham. Tylko z tobą się ożenię. Ty jesteś moją mamusią.

Z trudem obracam głowę w bok. Jakie to dziwne uczucie, że każda najprostsza czynność kosztuje tyle wysiłku. Moje ciało nie chce już mnie słuchać. Wydaje się takie obce.

Znów patrzę na ciemne, zalane deszczem okno. Za szybą podmuchy jesiennego wiatru przechylają gałęzie starego drzewa. Szarpią pozbawione liści, mokre, zziębnięte witki. O drzewo, ty także jesteś samotne, zagubione i takie bezradne! Nasze losy byłyby do siebie podobne, gdyby nie to, że ty żyć jeszcze będziesz ze sto lat, a ja…

Dziś na obchodzie, lekarze zatrzymali się na dłużej przy moim łóżku. Nawet nie zastanawiali się, czy jestem przytomna. Stali i pozbawionym emocji głosem rozmawiali o mnie. Wsłuchiwałam się w każde wypowiedziane przez nich słowo.

— To końcówka. Nic więcej nie możemy zrobić.

— Tak, to nastąpi w ciągu najbliższej doby.

— Biedna kobieta, tyle się nacierpiała.

— A najdziwniejsze jest to, że nie miała nawet chęci życia. Tak jakby czekała na śmierć.

Moje ciało było bezwładne, nie mogłam go kontrolować, ale moje myśli działały sprawnie. Rozumiałam każde słowo, każdą wypowiedzianą myśl i wcale nie było mi przykro. Śmierć czasami staje się wyzwoleniem, a ja tak bardzo chcę być wolna. I tylko jedno nie daje mi spokoju…

Tak bardzo bałam się samotności. Tej samotności przy odchodzeniu. Twój ojciec umarł sam. Nie było przy nim nikogo bliskiego. Nikt nie trzymał go za rękę, nikt nie szeptał słów pożegnania. Nie chciałam tak zakończyć życia. Miałam nadzieję że będziesz wtedy przy mnie, że otrzesz moją twarz, że uściśniesz dłoń.

Moja ręka leży wyciągnięta wzdłuż ciała. Nikt jej nie dotyka, oprócz pielęgniarki podłączającej kolejną kroplówkę. Szara, pomarszczona skóra z siateczką sinych żył. Kiedyś tak gładka i silna. Nosiłam cię na tych rękach… Już nigdy nie poczuję twojego dotyku. Jesteś tak daleko. Tak daleko.

Mój synek i jego elegancka, piękna żona.

— Mamo, żenię się z córką mojego szefa. Bardzo ją kocham i nie wyobrażam sobie bez niej życia.

Córka pana dyrektora. Złotowłose, szczupłe, wypielęgnowane dziewczątko. Była jak cieplarniana roślinka, jak porcelanowa figurka, którą trzeba chronić przed stłuczeniem. Nie nadawała się do normalnego życia. Do życia takiego jak nasze.

Ślub… Był piękny. Tak wspaniale wyglądałeś w tym drogim garniturze, jaki sprawili ci twoi teściowie. Niczym młody książę. Szedłeś do ołtarza prowadząc pod rękę spowitą w biel damę swego serca. Widziałam radość na twojej twarzy, a ty na szczęście znowu nie widziałeś moich łez, które przelałam w noc twego wesela. Nie zaprosiłeś mnie na nie… Mnie — swojej matki.

— Tam będą same wykształcone osoby na stanowiskach. Źle byś się czuła w takim towarzystwie. To tylko zwykłe przyjęcie. Przecież najważniejszy jest ślub w kościele. Zresztą w twoim wieku nie są wskazane nocne szaleństwa.

Jak zwykle przyznałam ci rację. Troszczyłeś się o mnie. Myślałeś o moim szczęściu. A może jednak nie?

Wyprowadziłeś się z mojego, skromnego mieszkanka i zniknąłeś z mojego życia. Gdy dzwoniłam do ciebie, nigdy nie miałeś czasu, gdy przychodziłam pod twoją piękną willę, wpuszczałeś mnie od strony kuchni. Jak służącą. Jakbyś się mnie wstydził… Kiedyś zjawiłam się akurat, gdy odprowadzałeś do bramy jednego ze swoich bogatych gości. Zawstydziłeś się na mój widok.

— Pranie do zabrania jest naszykowane w kuchni — rzuciłeś sucho, wpuszczając mnie do środka. — A na przyszłość proszę korzystać z wejścia dla służby.

Nie odpowiedziałam nic, chociaż czułam, jak moje serce pęka. Usłyszeć coś takiego z ust własnego dziecka nie jest czymś przyjemnym. Przecież to ja, twoja matka! Ja, twoja rodzicielka!

Dni tak szybko mijają. Poniedziałek, wtorek, środa… Miesiąc za miesiącem, rok za rokiem. Nic nie powstrzyma upływającego czasu. Pamiętam tamten dzień. Tak jakby to było dzisiaj…

— Mam syna mamo! Mam syna! — krzyczałeś uradowany do słuchawki telefonu. — Dziś się urodził! Jest taki śliczny! Waży cztery dziewięćset! Mamo słyszysz? Mam syna! To twój wnuk.

Mój wnuk… Powtarzałam w myślach to słowo. Mam wnuka. Cieszyłam się razem z tobą, chociaż nie było mnie przy tobie, chociaż nie pokazałeś mi swego potomka…

Idąc ulicą, widziałam matki pchające wózki i zaglądałam ciekawie do środka. Malutkie, pocieszne istotki z pomarszczonymi buźkami i zaciśniętymi piąstkami. Śliczne, małe ludziki. Tak wygląda mój wnuk… Przypominałam sobie ciebie, gdy byłeś noworodkiem. Tak głośno płakałeś. Przez trzy miesiące non stop miałeś kolkę. Nosiłam cię na rękach całymi nocami, a rano byłam tak zmęczona, że prawie padałam na twarz. Karmiłam cię, przewijałam, śpiewałam kołysanki.

— Ja też mam wnuka — chwaliłam się napotkanym kobietom. — Mojemu synowi urodził się taki maluszek.

— Tak? A jak ma na imię?

Na imię? Tego mi nie powiedziałeś…

Przychodziłam pod twój dom, ale nigdy nie mogłam cię zastać. Stałam godzinami po przeciwnej stronie ulicy i wpatrywałam się w oświetlone okna. Czasem za firanką mignęła mi twoja żona trzymająca na rękach dziecko. Chłonęłam ich widok, niczym spragniony wędrowiec wodę na pustyni. Nie zastanawiałam się nad tym, dlaczego nie chce mnie wpuścić, rozumiałam, że dla niej jestem tylko prostą kobietą. O czym by ze mną rozmawiała? Byłam przecież nikim… Byłam tylko twoją matką…

Wiem, że to głupie z mojej strony, ale tak bardzo chciałam zobaczyć swojego wnuka. Niczym przestępca krążyłam po pobliskim parku, pewna, że kiedyś przyjdziecie tu z małym. Nie pomyliłam się.

Z głośno bijącym sercem podeszłam do wózka. Patrzyłeś na mnie z zaskoczeniem, a twoja żona wyglądała na przerażoną. Czyżbyście się mnie bali? Mnie?

Zobaczyłam twoje dziecko. Było takie śliczne i miało twoje oczy.

— Mój wnuk — szepnęłam, wyciągając do niego ręce.

— Niech go pani nie dotyka! — Twoja żona brutalnie odepchnęła mnie od wózka. — Jeszcze mu pani krzywdę zrobi! To malutkie dziecko!

— Ale to mój wnuk…

— Masz takie twarde ręce, mamo. On jest zbyt mały… — Próbowałeś coś tłumaczyć, ale niezbyt dobrze ci to wychodziło.

Mam twarde ręce? A jakie mają być? Przez całe życie ciężko pracowałam, abyś ty mógł się uczyć, abyś mógł realizować swoje marzenia. Dzięki tym dłoniom dziś możesz iść po parku u boku swojej pięknej, bogatej żony i pchać markowy wózek. Moje ręce ci to dały! Te ręce, które są zbyt zniszczone, aby przytulić twojego syna…

Ty miałeś swoje życie, ja miałam swoje. Oddaliliśmy się od siebie. Cóż, może tak musiało być? Ciężko mi było zapomnieć o tobie i moim wnuku, ale musiałam jakoś zebrać siły. Wtedy pojawił się on.

Tak samo samotny, tak samo zmęczony życiem i tak samo pragnący odnaleźć radość codziennych, zwykłych spraw. Chodziliśmy razem na spacery, do kina. Przy nim znowu zaczęłam się uśmiechać. Wspomnienia sprawiały ból, ale wreszcie był ktoś, kto ten ból potrafił ukoić. Zaczęliśmy planować wspólną przyszłość.

Pierwszy raz od czasu swego ślubu, zjawiłeś się w moim domu. Wpadłeś niczym burza gradowa i od progu zacząłeś na mnie krzyczeć.

— Nie spodziewałem się tego po tobie mamo! To jest po prostu skandal!

— O czym ty mówisz? — Patrzyłam na ciebie z przerażeniem.

— Już wszyscy plotkują o twoim związku! Niemoralnie się prowadzisz i przysparzasz nam tym problemów! Wiesz jak to wygląda!? Ty masz kochanka!

— Zapewniam cię, że to bardzo uczciwy i poważny mężczyzna. Gdy tylko jego żona da mu rozwód, to weźmiemy ślub.

— Ślub? Tak łatwo zapomniałaś o tacie? Tyle mi o nim zawsze mówiłaś, a gdy tylko znalazł się jakiś chętny, aby wejść ci do łóżka, to natychmiast chcesz się z nim wiązać!

Wtedy uderzyłam cię w twarz. Nigdy wcześniej tego nie robiłam, ale tego dnia nie zdołałam zapanować nad sobą. Moja dłoń odcisnęła ślad na twoim policzku. Zabolało, może nawet bardziej mnie niż ciebie.

— Nie poznaję cię, mamo! — Odwróciłeś się do mnie plecami i podbiegłeś do drzwi. — Zmieniłaś się, a to wszystko wina tego mężczyzny. On cię zniszczy. Już nic się dla ciebie nie liczy. Jesteś taka samolubna…

Oparłam plecy o ścianę. Nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Jestem samolubna? Zmieniłam się? Zapomniałam o twoim ojcu? Ileż bólu ci muszę sprawiać swoim zachowaniem. Matka powinna być wzorem dla dziecka, nie przyczyną jego zmartwień.

Wieczorem nie poszłam na umówione spotkanie. Siedziałam przy stole i patrzyłam na wolno przesuwające się wskazówki zegara. Ciche tykanie przerywało ciszę. To była moja decyzja. Tylko moja.

Przyszedł i długo pukał do drzwi. Słyszałam jego nawoływanie, gdy powtarzał moje imię. Tak bardzo chciałam podejść i otworzyć. Tak bardzo chciałam wtulić się w jego ramiona. Nie mogłam…

W końcu przestał pukać. Jego kroki na schodach ucichły. Tylko tykanie zegara ciągle było takie samo. Tylko ono miało mi teraz towarzyszyć. To mój wybór…

Samotność jest cichym zabójcą. Otacza nas ze wszystkich stron i zaciska obręcz wokół naszych serc. Dusi, przytłacza, rozrywa. Tylko samotność mi została. Tylko ona.

Starałam się żyć. Uśmiechałam się do znajomych, rozmawiałam z sąsiadami, czasem szłam do koleżanki na herbatę i ciastka. Nikt nie wiedział o moim krwawiącym sercu, o łzach przelanych w długie, samotne noce. O świętach spędzonych przy pustym stole, na którym stały tylko dwa nakrycia: dla mnie i strudzonego wędrowca, który jednak nigdy się nie zjawił.

A teraz wreszcie zbliżam się do kresu.

Wiatr za oknem się wzmaga. Deszcz zacina w szybę. Krople tworzą zacieki, niczym ślady łez na policzkach. Niebo płacze? A ty, synku, uronisz chociaż jedną łzę? Wspomnisz mnie czasem?

Już nawet nic nie boli. Tylko wspomnienia są ciągle takie żywe. Mam wrażenie, że obrazy przesuwają się przed moimi oczami. Fotografie zastygłe w czasie. Wszystko pamiętam… Każdy dzień. Każdy uśmiech, każdą łzę… A może to nie tak? Może to mój umysł płata mi figle? Może to tylko sen, a kiedy obudzę się jutro, zobaczę nowy, szczęśliwszy dzień? Świat, w którym będziemy wszyscy razem. Może to co pamiętam, wcale nie jest prawdą…

Los czasem kpi sobie z nas, plącząc nasze losy, tworząc z nich skomplikowany labirynt. Tak trudno go przejść, ale gdy wreszcie zbliżamy się do wyjścia, ma się ochotę zawrócić i spróbować odnaleźć inną drogę. Może tamta byłaby właściwsza? Ale po co cierpieć po raz kolejny? Nie lepiej przyjąć to, co dostaliśmy? Może nie wszystko było takie jak chcieliśmy, ale w końcu to nasze wybory.

Nie byłam dobrą matką, nie byłam dobrą żoną. Straciłam wszystko. Może moja samotność to kara? Ale za co?

Śmierć jest wybawieniem. Dzięki niej znajdę wreszcie spokój. I tylko żal, że nie dane mi będzie przytulić cię po raz ostatni. Tyle jeszcze chciałabym ci powiedzieć, tyle wyznać. Mój czas się kończy, a ciebie nie ma…

Stuk, stuk… Słyszę ten dźwięk. To jakby czyjeś kroki. Może to ty, syneczku? Może przyjechałeś, aby być ze mną, w tę ostatnią noc? Nie, to tylko drzewo. Gałęzie uderzają w parapet, tak jakby prosiły o wpuszczenie ich do środka. Tylko drzewo. Żadna ręka nie trzyma mnie na pożegnanie. Żadna ręka nie ociera potu z mego czoła. Żadna ręka…

Jak jasno! Czyżby świtało? I deszcz przestał padać. Kolejny ranek? Przecież rano miało mnie już nie być. Przecież noc miała przynieść wyzwolenie. I dlaczego tak mocno grzeją promienie słońca? Zdają się spalać mnie na popiół. To nie słońce! O Boże, ta chwila… Wspomnienia są teraz tak wyraźne. Widzę i słyszę wszystko, co kiedyś się wydarzyło. Tyle błędów… Moich? Czy to ja… Dlaczego? Przecież chciałam… dla ciebie tylko… Zbyt wiele… Zagubiłam się… To ja… Chciałabym jeszcze… Ten czas… Przepraszam… Kocham cię… syneczku… kocham… kocha…

Żona

Co to za hałas? Jednostajny, monotonny pisk wdziera się do wnętrza mego umysłu powodując wręcz fizyczny ból. Niemalże staje się cierpieniem w czystej postaci. Już dość! Wystarczy! Nie chcę tego słyszeć!

Ciemność… Pustka… Przeraźliwe zimno… I znowu ten dźwięk. Piii, piii… Chciałabym unieść ręce i zatkać uszy, lecz w tej bezdennej otchłani, w której się znajduję, nie mogę zapanować nad swoim ciałem. Gdzie ja do cholery jestem?

Zaraz, spokojnie… Staram się wygrzebać z odmętów świadomości jakieś wspomnienia. Powinnam je przecież mieć. Kim jestem? Gdzie się znajduję? Skąd dobiega ten denerwujący sygnał.

A może otworzę oczy? Koncentruję się na wykonaniu tej prostej przecież czynności. Zbieram w sobie całą energię i wysyłam do mięśni odpowiedzialnych za podnoszenie powiek. Mam wrażenie, że przyciska je stutonowy głaz, który nie pozwala mi na zobaczenie otoczenia. To takie męczące. Może jutro będę mieć więcej siły? Muszę odpocząć.

Chwilowa ulga, a może sen. Ile trwał? Nie wiem. Czuję ból, który promieniuje z każdej części mego ciała. Właściwie cała jestem bólem. Nieprzyjemny pisk, którego źródła pochodzenia nie znam, uporczywie wwierca się w mój umysł. Zatrzymajcie to! Uciszcie!

Chciałabym krzyknąć, ale w gardle czuję ogromną gulę, która uniemożliwia mi wyartykułowanie najprostszego słowa. Zresztą nie wiem, czy potrafiłabym je sformułować. W mojej głowie panuje straszny chaos. Tyle myśli, tyle odczuć i ten ból… Jakaś lepka mgła otula wszystko, powodując iż tonę w niej. Zapadam się bez końca.

Dzień, noc, noc, dzień… Nie ma rachuby czasu. Jest tylko ból i dźwięk, którego nie cierpię. Zasypiam, budzę się i znowu śpię. Jak długo? Nie mam pojęcia. Czas zatarł się, zatonął wraz ze mną w bezdennej otchłani.

Głosy… Dotarły do mnie, chociaż ich nie rozpoznałam. Nie zrozumiałam żadnych słów. Intuicyjnie wiedziałam jednak, że to ludzie, którzy mi pomogą, którzy są w stanie uciszyć ten dźwięk. Chciałam dać im jakiś znak, powiadomić o swoich odczuciach, ale moje własne ciało nie miało zamiaru mnie słuchać.

Jestem kłodą. Klocem drewna, a może martwym głazem. Ale przecież czuję! Przecież słyszę! Przecież myślę! Wzbiera we mnie wściekłość, bunt. Mam wrażenie, że stałam się więźniem własnego ciała. Odizolowanym i zamkniętym bez szans na ułaskawienie.

— „Twoje oczy są takie błękitne. Jak niebo…”

Moje oczy są błękitne? Jak niebo? Próbuję sobie przypomnieć znaczenie tych słów. Brzmią w mojej głowie i przynoszą ze sobą dziwne obrazy. Niebo? Błękit? Oczy? Widzę czyjąś twarz… Rozmyta, niewyraźna, ale bliska mi. Kto to?

— „Twoje oczy są takie błękitne.”

Mam błękitne oczy. Z zakamarków pamięci wyłania się wspomnienie. Łąka skąpana w promieniach słońca, bezchmurne niebo i on… Jak on ma na imię? Patrzy na mnie, uśmiecha się… On…

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 16.03