Autor udostępnia do przeczytania 25% swojej książki

Kup książkę

Kilka słów od autorki

Tak więc jest kolejna książeczka z przesłaniem, a ja nie tak dawno temu w „Stygmacie Złotej Gwiazdy” twierdziłam, że właśnie nią kończę moją ziemską misję dla ludzi. Potem powstało „Złote Drzewo Życia”, „Pensjonat Merkabah albo Gwiezdny Wehikuł”, no i teraz „Ogród Kwitnących Łez”. Myślę, że dobrze się stało i już nigdy nie napiszę podobnych słów o zakończeniu mojego pisania, bo jak widać, nigdy nic nie wiadomo…

„Ogród kwitnących Łez” ma przesłanie w swej istocie podobne do poprzednich, jednak w każdej z tych książeczek dochodzi nowa wiedza, bogatsza o kolejne doświadczenia duchowe i ciekawe wiadomości, odkrycia, które na drodze tego duchowego rozwoju stanowią kolejną cegiełkę w wielkiej układance… W „Ogrodzie Kwitnących Łez” sięgam w głębiny Starego Testamentu, a przez to w głębiny zła, bezradności, rozpaczy, braku wyjścia, braku wiary w zwycięstwo, aby przez równie symboliczne „połknięcie” bohatera w głębokiej wodzie przez „wielką rybę” — okoliczności prowadzące do transformacji i zwycięstwa, pokazać, że zawsze jest wyjście, ratunek, ale my musimy wyrazić swoją zdecydowaną wolę w tej sprawie. Współczesny bohater o imieniu Jonasz, podobnie do biblijnego Jonasza sam podejmuje decyzję o zakończeniu jakiegoś etapu w swoim życiu i życiu ludzi z nim związanych. Biblijny Jonasz prosi o wrzucenie go w głębiny, bo przynosi załodze łodzi pecha, gdyż ciąży nad nim gniew Boga. Jonasz współczesny, nasz bohater, też podejmuje sam decyzję o zakończeniu pewnego etapu swego beznadziejnego życia i w „łzawą noc” prowadzi rozprawę z Bogiem, aż wreszcie błaga Go o ratunek. W takim razie, czym jest więc sam „ogród”? Jeden „ogród” jest rzeczywistym ogrodem klasztornym, kryjącym tajemnicę, drugi „ogród” to osobliwa wystawa w instytucie naukowym w dalekim kraju, trzeci „ogród” to oczywiście życie bohatera i nasze własne, w którym tkwi tajemnica-klucz, mogąca przynieść ratunek i zwycięstwo, pod pewnym warunkiem. Pod warunkiem, że uprawiamy ten nasz „ogród”, interesujemy się nim, obserwujemy procesy w nim zachodzące i czasem znajdujemy w nim ową „tajemniczą roślinkę”, której nie zasialiśmy, która dostała się skądś do „ogrodu” niczym podarunek…

Pierwsza reakcja — wyrwać ją! Dlaczego? Bo jej nie znamy, a skoro nie znamy, z pewnością jest chwastem! Wstrzymajmy się wówczas, pozostawmy ją! Przyjrzyjmy się jej, poznajmy ją, a otworzą się przed nami całkiem nowe możliwości! Zauważymy wtedy jeszcze to, że kiedy podejmujemy decyzję o naszym własnym ratunku, wynikającym z woli przemiany życia, jednocześnie na zasadzie sprzężenia zmieniamy także życie innych ludzi, najczęściej tych związanych blisko z nami, a czasem także tych pozornie przypadkowych.

Misja Biblijnego Jonasza

Jonaszowe zmaganie się z Bożym miłosierdziem

To, że trzeba napiętnować zło i demaskować zbrodnie nie budzi wątpliwości. Problem zaczyna się, gdy mamy zająć stanowisko wobec sprawców niesprawiedliwości. Karać czy przebaczyć? Jesteśmy skłonni raczej przebaczyć, ale czy nie będzie to przypadkiem gest przyzwolenia na zło? Czy przebaczenie nie jest zaprzeczeniem sprawiedliwości?

Z powyższymi pytaniami zmagał się prorok Jonasz. Deklaruje wiarę w Boże miłosierdzie, lecz gdy ma je głosić mieszkańcom Niniwy, ucieka przed Bogiem. Skąd się wziął w Jonaszu ten bunt wobec miłosiernego Boga? Dlaczego nie chciał głosić Niniwitom prawdy o Bożym miłosierdziu?

Sąd Jonasza nad Niniwą

Misja Jonasza była niezwykle trudna. Bóg posłał go do Niniwy, stolicy Asyrii, by upomniał ją z powodu jej nieprawości (1,2). Dla Hebrajczyka mieszkańcy Niniwy byli kimś więcej niż tylko poganami. Izrael doświadczał przemocy ze strony wielu narodów, lecz okrucieństwo Asyryjczyków przewyższało w najwyższym stopniu zbrodnie innych krajów starożytnego Bliskiego Wschodu. Niniwa symbolizowała wszystko to, co było najbardziej nieprawe i okrutne. Trudno się dziwić, że Izraelici, w tym i Jonasz, byli przeciwni jakimkolwiek gestom życzliwości wobec Niniwitów. Zamiast ofiarować im drogę ku życiu poprzez wezwanie ich do nawrócenia, należałoby raczej zniszczyć ich tak, jak stało się to z Sodomą i Gomorą, innym starożytnym symbolem niegodziwości. Sprawiedliwość domagała się kary, a nie przebaczenia.

Otrzymawszy rozkaz od Boga, Jonasz wstaje, ale zamiast iść do Niniwy, „ucieka do Tarszisz przed Panem” (1,3). Jego ucieczka ma wymiar symboliczny. Tarszisz, miasto położone w południowej Hiszpanii było dla ówczesnych ludzi najbardziej wysuniętym na zachód punktem świata (por. Iz 66,19). Wędrówka ku krańcom świata zaczyna się dla Jonasza od „schodzenia” ku Jafie. Będąc już na statku, zostaje wyrzucony przez marynarzy w morze dla uspokojenia gwałtownego sztormu. W ten sposób „schodzi” w otchłań oceanu, w Szeol (2,3). Ucieczka przed Bogiem prowadzi zatem Jonasza w miejsce, o którym — jak wierzyli Izraelici — Bóg nie pamięta (por. Ps 143,7).

Sąd Jonasza nad Bogiem

Bóg jednak nie zapomniał o Jonaszu. Cudownie uratowany przez Boga, ponownie otrzymuje misję upominania Niniwitów (3,2). Tym razem idzie do Niniwy, głosi napomnienie, zaś sami mieszkańcy niegodziwego miasta nawracają się i dostępują Bożego przebaczenia (3,3—10). Jest to jednak tylko pozornie historia z happy endem, gdyż Jonasz do końca nie akceptuje sposobu postępowania Boga wobec Asyryjczyków. Jego przepowiadanie w Niniwie jest najkrótsze ze wszystkich wypowiedzi prorockich w Starym Testamencie: „Jeszcze czterdzieści dni, a Niniwa zostanie zburzona” (3,4). Nie wspomina nic o Bogu, który go posłał do nich, ani tym bardziej o możliwości ich ocalenia, jeśli się tylko nawrócą. Jonasz ma nadzieję, że jego słowa nie odniosą żadnego skutku. Kiedy jednak Niniwici zmienili swój sposób postępowania, a Bóg okazał im miłosierdzie, „nie spodobało się to prorokowi i był on oburzony” (4,1). Zamiast cieszyć się z ocalonymi przez Boga mieszkańcami, wyszedł z miasta i prosił Boga o śmierć (4,3). Wolał umrzeć, niż mieć coś wspólnego z „Bogiem łagodnym i miłosiernym, nieskorym do gniewu i bogatym w łaskę i litującym się nad niedolą” (4,2).

Sąd Boga nad Niniwą

Wiara Jonasza w miłosierdzie Boże jest deklaratywna i selektywna. Marynarzom na statku miotanym falami wyznaje, że „czci Jahwe, Boga nieba, który stworzył morze i ląd” (1,9), a tymczasem ucieka przed Nim. W otchłani morskiej sam doświadcza Bożego miłosierdzia (2,3.7—8), a równocześnie odmawia go Niniwitom. Historia Jonasza pokazuje, jak różne jest ludzkie i boskie rozumienie sprawiedliwości i miłosierdzia. Bóg i Jonasz patrzą na grzeszne miasto: sprawiedliwość ludzka pragnęłaby zniszczenia miasta, natomiast sprawiedliwość Boża domaga się litości (3,10). Bóg i Jonasz okazują współczucie: prorok jest miłosierny wobec krzewu rycynusowego, roślinki jednodniowej, ale nie wobec stu dwudziestu tysięcy mieszkańców stolicy Asyrii, wobec których okazuje się być miłosiernym tylko Pan Bóg (4,10—11).


Opowiadanie o Jonaszu objawia, że Boże miłosierdzie jest darmowe i niezasłużone. Miłość Boga przekracza wszelkie ograniczenia czy definicje ludzkie. Bóg nie odmawia swojego przebaczenia ani Izraelitom ani Niniwitom. Paradoksalnie to poganie, a nie prorok izraelski, mają właściwe wyobrażenie Jahwe. Poznając prawdę o Bogu bogatym w miłosierdzie, zawierzają się Mu pełni ufności, że wejrzy na ich modlitwy (1,6) i przyjmie ich nawrócenie (3,8). Ich doświadczenie Bożej miłości rodzi się w spotkaniu. Niniwici „odwracają się” od swego złego postępowania, czemu odpowiada ruch Boga, który „zwraca się” ku nim (3,9). Nie jest to z ich strony manipulacja Bogiem, lecz wiara, że Pan jest większy od ich grzechu i nieprawości.

Sąd Boga nad Jonaszem

Historia o Jonaszu nie zostaje domknięta. Narracja kończy się retorycznym pytaniem skierowanym przez Boga do proroka: „Czyż Ja nie powinienem okazać litości Niniwie?” (4,11). Wobec Bożego miłosierdzia ludzkie poczucie sprawiedliwości jest niewystarczające. W życiu nie wystarczy kierować się bezdusznym legalizmem czy tylko literą prawa. Bóg zaprasza Jonasza, by odkrył w sobie potrzebę współczucia wobec drugiego człowieka, nawet gdyby ten był wrogiem, a przez to nadzieję na nowy, Boży kształt świata. Nie znamy odpowiedzi proroka. Każdy z nas musi sam na to Boże pytanie odpowiedzieć. Nasze życie wciąż dopisuje ciąg dalszy do Księgi Jonasza.

Ks. Wojciech Pikor

Ks. Henryk Skoczyłaś CSMA

Pobożny i sprawiedliwy Hiob, dotknięty cierpieniem i trudem życia, zadaje sobie pytanie: „Czyż nie do bojowania podobny byt człowieka?”. Także w życiu Chrystusa dostrzegamy ogrom trudu i cierpienia. Widzimy, jak ciągle podejmował walkę z trzema siłami zła: szatanem, światem i ciałem. Bowiem szatan, duch tego świata, i ludzka natura, dotknięta zmazą grzechu pierworodnego, to trzy źródła zła, które nieustannie zagrażają każdemu człowiekowi…

Tajemniczy klasztor i zagadka Łzawego Ogrodu Klasztornego

Polska, wiosna, rok 2017

Pracowite palce sióstr karmelitanek gestami łudząco zbliżonymi do pracy ptasich dzióbków nad ziarnem, tworzyły w sposób doskonały, utrwalony rutyną ŻYWE dziesiątki różańców… ŻYWE, a nawet posiadające pewien zapis genetyczny w sobie… Były to bowiem nasiona ŁZAWNICY OGRODOWEJ, która obficie kwitła i owocowała w tajemniczej, ukrytej przed światem części ogrodu klasztornego. Ogród posiadał rangę tajemniczego z pewnego osobliwego powodu… Pośród kwitnącej i owocującej łzawnicy, białych lilii i białych róż, stała niewielka figurka Matki Boskiej i nie byłoby w tym niczego niezwykłego, gdyby nie fakt, że figurka ta...CYLKICZNIE, Z ODSTĘPAMI W CZASIE RONIŁA OBFITE ŁZY. ŁZY NA DODATEK KRWAWE. Siostry nie zgłosiły chwilowo tego zjawiska nigdzie, najpierw chciały wykonać analizę łez w instytucji naukowej o charakterze świeckim i właśnie czyniono ku temu potajemne przygotowania. Dopiero potem doniosą o wszystkim wyższym władzom duchownym. Teraz siostra Dominika, która pełniła funkcję łączniczki ze światem zewnętrznym, pobrała do pewnego pojemniczka sporą, nawet ogromną dawkę ŁEZ MARYI NAD ŚWIATEM… No bo nad kim lub nad czym innym mogła płakać sama MATKA BOGA??? Słucham??? Co mówisz? Z czego być może w tym momencie kpisz? Aaa, z tego, jak Bóg, który jest Wszechświatem, Zasadą Istnienia i Zapisem — Kodem Tego Istnienia, no bo przecież nie Starcem o ludzkim kształcie siedzącym w Niebie astronomicznym, może mieć Matkę? A jeśli Ją ma, to z pewnością nie jest Bogiem. Kimkolwiek jesteś, a tak właśnie pomyślałeś w tym momencie, WRÓĆ! Wróć i nie oceniaj niczego, bo być może mylisz się w istocie postrzegania. Postrzegania, które jest skutkiem nieprawidłowej interpretacji, nieprawidłowego wizerunku, jaki ktoś wbił Ci w dzieciństwie do głowy i nie zrobił tego w złej woli, tylko dlatego, że jemu też kiedyś ktoś nieświadomie przekazał taki schemat, bo sam nie znał innego. Po prostu wejdź w tą opowieść i przeżyj ją, zwyczajnie ją przeżyj. W jakimś momencie czeka Cię niespodzianka na TEN i nie tylko ten temat… A może pamiętasz z dzieciństwa biblijne opowiadanie o Jonaszu? Tak? Już widzę, jak się śmiejesz! Śmiałam się i ja, i tysiące MYŚLĄCYCH dzieci, ale tu znów mamy do czynienia z tematem złego postrzegania. O wszystkim jednak po kolei…

Siostry karmelitanki same siebie nazywały przy tej swojej żmudnej pracy nad różańcami z nasion łzawnicy, Jaskółkami Maryi. Jedna z sióstr zabrała tego wieczoru najdorodniejsze nasiono i do pakunku z fiolką zawierająca Łzy Matki Boga dołączono właśnie ten pojedynczy piękny okaz, bez podawania jego nazwy i bez podawania PRAWDZIWYCH DANYCH NADAWCY. Paczuszkę wysłano zgodnie z wcześniej zawartą umową z podstawionym świeckim nadawcą do pewnej instytucji i zatytułowano ją wewnątrz: ŁZY MATKI…

Instytut zbada twoje łzy!

USA, trzy tygodnie wcześniej.

Instytut Badania Łez ogłosił wielką akcję. Do pojemniczków wysyłanych przez sam instytut należy podając własne dane… WYPŁAKAĆ JAK NAJWIĘCEJ ŁEZ, pochodzących z rozmaitych okoliczności, od obierania cebuli, poprzez łzy śmiechu, aż do łez tragicznych. Potem odesłać do instytutu, a tam naukowcy zbadają tak, jak to robili dotąd, skład chemiczny łez i na dodatek opublikują na wystawie powiększony wielokrotnie mikroskopowy obraz próbki tych łez, gdyż tworzą się z nich prawdziwie niesamowite wizerunki…

Łzy Jonasza, czyli złe dobrego początki

Polska, mniej więcej w tym czasie

Jonasz, osiemnastoletni chłopak z biednej dzielnicy zniechęcony, zbuntowany, zakończył swoją „karierę” na ostatniej klasie gimnazjum ze świadectwem, na którym trójki dwójki kwitły niczym stokrotki na łące, a jego dalsza „chwalebna” działalność polegała na przesiadywaniu w nieciekawym, nieprzyjaznym wnętrzu mieszkania, w którym zamieszkiwał z załamaną matką i jej konkubentem. Wyposażenie domu w sprzęt w sporym procencie składało się z towaru kradzionego, podobnie jak zawartość lodówki, a wyposażenie kuchennej szafki i barku w pokoju głównie składało się z butelek „czystej”, taniego wina i wielopaków piwa, skrupulatnie opróżnianych każdego dnia. Okoliczności do nauki raczej nie było, burdy, pijatyki, częste odwiedziny policji, kłótnie i bijatyki, totalny brak poczucia bezpieczeństwa, a przede wszystkim brak sensu w czymkolwiek. Bóg daleki i nierealny, co najmniej śmieszny, twór chorej wyobraźni, niby na kształt wymyślonej postaci z kreskówek, a już z całą pewnością Bóg nieskuteczny…

Jonasz przesiadywał nad grami komputerowymi, najchętniej takimi, w których zwyciężał i cały świat bił mu brawo. Co ciekawe, nie były to gry z zabijaniem dla przyjemności, ale gry, w których gracz otrzymywał wielką misję ratunku świata, ratunku dla pokrzywdzonego ludu i ruszał do boju ludziom na ratunek. A ratunek często polegał na odwróceniu o sto osiemdziesiąt stopni wewnętrznego kodeksu moralnego ludzi, powierzonych mu poniekąd przez samego Boga, którego w grach tych reprezentowały jakieś fikcyjne postacie o wysoce pozytywnym wizerunku. W tych ostatnich dniach Jonasz poszukiwał na Allegro kolejnej ciekawej gry i dłoń poleciała mu nie tak, jak powinna… Zamiast tytułu gry, jakiej poszukiwał, a znanej mu ostatnio ze słyszenia i zaczynającej się od słów ZŁY MACHO, on wklepał w klawiaturę słowo ŁZY MA… i tu przerwał ujrzawszy swój błąd, a Internet, jak to zawsze bywa wyrzucił mu od razu wszystkie możliwe kategorie zaczynające się od słów ŁZY MA…, zamiast ZŁY MA… Przeczytał po chwili kategorię, która bardzo rzuciła mu się w oczy…”ŁZY MARYI — MOC UZDROWIENIA”. Tu wszedł w opisy płaczących figurek i nagły uśmiech zwycięzcy rozjaśnił jego twarz…

WYSTAWI NA ALLEGRO ŁZY MARYI ZDOBYTE NA JAKIEJŚ PIELGRZYMCE OD PŁACZĄCEJ FIGURKI I WZBOGACI SIĘ NA LUDZKIEJ NAIWNOŚCI… Oczywiście będą to jego własne łzy! Że też wcześniej nie wpadł na tak genialny pomysł!!! Ostatecznie będzie usprawiedliwiony, no bo przecież on jest tak bardzo pokrzywdzony przez los i ma prawo do poprawy swego bytu. Tak tłumaczył się sam przed sobą, gdyż uciążliwy szept, a potem już krzyk sumienia nie dawały za wygraną…

Pięć kilo cebuli poproszę! Jonasz podekscytowany dźwigał reklamówkę do domu. Był sam, matka siedziała u koleżanki, konkubent pił piwo w ogródku piwnym w towarzystwie koleżków o ambicjach i aspiracjach podobnych do jego. Jeszcze raz wejście w Internet i tym razem kolejny szok!!! Po wklepaniu hasła ŁZY ukazał się link (Łzy twoje zbada instytut!), który spowodował, że Jonasz prawie przewrócił się razem z krzesłem, na którym siedział. Instytut Badania Łez w USA ogłasza wielką akcję… Wyśle swoje łzy również i tam i jego łzy będą stuprocentowo tak niezwykłe, że przebiją wszystkie inne! Już on ma swoje sposoby! Fiolki zamówione internetowo przyszły w tempie ekspresowym, a on miał czas, aby stworzyć najwspanialsze łzy świata! Będzie jadł sól, dużo soli, aby były mocno słone i będzie pił wywar w piołunu, aby były strasznie gorzkie! Oczywiście, że te „cebulowe” łzy momentalnie przekreślił, no, najwyżej da je jako załącznik do tych słonych i gorzkich dla Instytutu, zaś wystawi na Allegro jako Łzy Matki Boskiej z płaczącej figurki z pielgrzymki z Podlasia tylko te gorzkie i słone! Załączy nawet obrazeczki święte dla naiwniaków do tychże łez. Rozstanie się z tak cennymi „Łzami Maryi”, czyli własnymi, pochodzącymi z pielgrzymki, na której nigdy nie był, aby ratować ludzi nieuleczalnie chorych, jednak będzie musiał pobierać za te łzy opłatę w wysokości po 50 zł za każdą porcję, bo on nie ma za co żyć i uczyć się i on o tym napisze. Trudno, życie jest jakie jest i za cud też czasem trzeba zapłacić kasą. Jak postanowił, tak też zrobił, zresztą swój stan opisał prawdziwie, tylko te łzy… oszukane łzy Maryi. Jedyne, co go zastanawiało, to były WYRZUTY SUMIENIA! Czyżby je miał??? Czyżby jeszcze je miał??? Ale dość sentymentów i czas zabrać się do roboty! Po jakimś czasie fiolki napełnione łzami były gotowe, a jego oczy mocno zmęczone. Mały sklepik na osiedlu pozbył się w tych dniach sporych zapasów cebuli, a sklepik zielarski kilku paczek piołunu. Soli też trochę zakupił, a matka potem wychodziła ze zdumienia, ze jej syn pomaga w zaopatrzeniu domu.

Żeby tylko niezbyt długo, żeby łzy nie wyschły! Instytut wprawdzie pobierze próbkę nawet z wyschniętych, ale te na Allegro muszą przechować się w stanie mokrym! Jonasz tego wieczoru siedział w domu sam i przygotowywał porcje łez, na czym bardzo ucierpiały jego oczy i cały organizm. No cóż… Sól, piołun, cebula… Dla kasy jednak trzeba trochę wycierpieć. Matka i konkubent wyszli na wielkie oblewanie narodzin potomka u swoich znajomych, z którymi często pili. Potomek z pewnością powtórzy historię autorów swego żywota, na nic innego nie miał szans. Chyba, że dostanie w porę ratunek… Urodził się już dwa tygodnie temu, pewnie w alkoholowym znieczuleniu, a więc najwyższa pora na wielkie oblewanie! Zapowiedzieli swój powrót nad ranem, wiadomo w jakim stanie. Jonasz nie tylko nie nadużywał niczego takiego jak alkohol i papierosy, on w ogóle ich nie używał i to było dość dziwne. On nienawidził tego! Czyżby z powodu tego, co alkohol i papierosy uczyniły w pewnym stopniu z matką i w ogromnym stopniu z konkubentem? Nie wiedział czemu tak było i nie zastanawiał się nad tym specjalnie, może zwyczajnie nie smakowało mu to? Trudnił się „z konieczności” drobnymi kradzieżami ze sklepowych półek straganów i cudzych plecaków i toreb, pozostawianych bez opieki na moment, potem mały handelek z odpowiednich kontaktów i kasa jakoś szła do niego. A jak dodać do tego mały, taki prawdziwie malutki handelek narkotykami, no to już miał się finansowo całkiem nieźle. Nigdy go na tym nie złapano. Taki był nasz Jonasz. Widział Jonasz całe rzesze jemu podobnych, którym niesprawiedliwy zdawałoby się życiowy start odebrał wszelką szansę. Ludzie na ogół nie mają pojęcia, że przychodzą na Ziemię z konkretnie nakreślonym planem do zrealizowania akurat dla nich i tylko dla nich. Dlatego porównują swój start życiowy, swoje warunki i wyposażenie zewnętrzne i wewnętrzne z innymi, którym dano zostało coś zupełnie odwrotnego! Mówią wtedy o niesprawiedliwości tego świata. Nie traktują złego startu jako wyzwania, zadania, bo nikt im o tym nie powiedział. Zdawałoby się, że warunki startowe idealne, a więc komfort fizyczny, materialny i psychiczny są gwarancją powodzenia i prawidłowego rozpoznania swego celu i zadania na Ziemi. Nieprawda!!! Wielu pięknych, inteligentnych i bogatych spada na dno i niczego nie daje przy tym drugiemu człowiekowi. Bywa też, że niepozorny, biedny, mało zdolny tak usilnie pnie się w górę, że „ratuje i siebie i świat!”…Jakim wydarzeniom, jakiemu wypadkowi będzie musiał zostać poddany nasz Jonasz, aby potem „pochwycony” przez symboliczną wielką rybę i poddany transformacji poprzez szansę oglądu z innej perspektywy tego świata, został wyrzucony na brzeg. Aby wstał i z innym wyposażeniem wewnętrznym, które pociągnie za sobą także zmianę wyposażenia materialnego, niezbędnego dla realizacji ambitnych celów ruszył w życie własne. A że nasze życie nigdy nie należy tylko do nas samych, także w życie innych ludzi, powierzonych mu ku ratunkowi, podobnemu jego własnemu ratunkowi.

Cudowne Łzy na Allegro, czyli ważny element układanki

Polska, w zbliżonym czasie


W domu Iwony i Jacka radości i uśmiechu, a nawet jakiegokolwiek przejawu normalnego, spokojnego życia nie było od dłuższego czasu. Siwa mgła zasnuła ten dom, to życie, które wyglądało teraz niczym stary, czarno-biały film, na dodatek poprzecinany licznymi skazami. Ratunku dla Jacka, ukochanego męża Iwony nie było. Przynajmniej tak po ludzku, a i odpowiedź od Boga póki co, była odmowna… Póki co, a więc jeszcze nic do końca nie było wiadomo, przynajmniej tak „po bosku”, no bo po ludzku, już dawno tak. Jacek był mężem, ojcem, bratem, synem, wnukiem, przyjacielem. Większość osób z jego otoczenia dawno skreśliła jego szansę na powrót do zdrowia, do życia, powrót do nich. Z zażenowania jakiegoś, że oni są zdrowi, a on odchodzi, powoli przestawali go tak często odwiedzać, wizyty stały się bardzo sporadyczne, z kwiatkiem, z pomarańczką, z książką o nadziei… I on to rozumiał i nie miał żalu. Sam nie wiedział, jak on zachowałby się na ich miejscu. Być może tak samo…? Nowotwór mózgu w zaawansowanym stadium, tak brzmiał wyrok. Do wykonania badań skłoniły go przeraźliwe od roku bóle i zawroty głowy, które początkowo przypisywał stresowi i przepracowaniu. Kiedy wreszcie wykonano badania, na leczenie było za późno, a guz okazał się nieoperacyjny. Chemii nie chciał, zdecydowanie jej odmówił, stosował kurację roślinną, która u innych chorych na nowotwory dawała zaskakujące rezultaty. Jednak ci chorzy najpierw mieli wykonaną operację, potem odmówili podania chemii i zastosowali takie właśnie roślinne cudowne leczenie pod postacią Amigdaliny B-17 i tym podobnych preparatów. U Jacka jednak operacja nie była możliwa. Nawet najnowszą metodą. Guz powrastany był w taki sposób w zakamarki mózgu, odpowiadające za funkcje życiowe, że tknięcie tego czymkolwiek spowodowałoby utratę wzroku, słuchu, mowy, a nawet utratę tożsamości i kontaktu z otoczeniem. Dlatego bez wykonania operacji przyjmował dla świętego spokoju preparaty roślinne, ale tylko dla świętego spokoju, nic więcej. Wiary i nadziei nie było w nim już od dawna. W Iwonie jednak tliła się mała, ale bardzo mocna iskra… I ta właśnie iskra okazała się wystarczająca, aby rozpalić ognisko, wielki pożar, który miał stworzyć okoliczności po ludzku niemożliwe…

Iwona siedziała kolejnym smutnym wieczorem przed komputerem, poszukując CUDU, najpierw jednak o ten CUD długo i wytrwale modliła się wśród ŁEZ i powoływała się nieświadomie na ból i łzy Maryi, z powodu Syna. Mówiła, że jako Matka zrozumie ją, żonę i matkę i ona w to wierzy. Ona nie wie jak stanie się cud, ale wie, że się stanie. Po kolejnej porcji rozmowy z „Górą” weszła w Internet i powołując się na cierpienie i łzy Maryi, szukała jakiejś wyjątkowej modlitwy w tym znaku, bardzo potężnym znaku. I… ZNALAZŁA! znalazła różaniec/koronkę do Łez Maryi o bardzo mocnym działaniu. W pobliskim sklepie liturgicznym kupiła potem taką koronkę i odmawiała ją w intencji ratunkowej, oprócz oczywiście rozmowy z Maryją własnymi słowami. Jednak tego wieczoru Iwona odnalazła coś jeszcze… ŁZY POCHODZĄCE OD PŁACZĄCEJ FIGURKI MARYI Z KLASZTORU NA PODLASIU!!! Będziesz zdrowy!!! Będziesz zdrowy, Jacku!!! Tak wołała póki co bezgłośnie w swoim wnętrzu, a chory jakby coś przeczuwając poruszył się nagle na swym łóżku i zapytał żonę, czy coś do niego mówiła. Nie, nie, nie mówiłam, odparła podekscytowana Iwona. Śpij spokojnie. Są Łzy Maryi!!! Są, i to jakby na zamówienie! Nie będzie nawet musiała w tak niedogodnej sytuacji nigdzie po CUD jechać, bo CUD przyjdzie do niej drogą pocztową!!! To był tak wyjątkowy układ losu, tak niewyobrażalnie niespotykany, że Iwona nie tyle wierzyła w cud wyzdrowienia Jacka, co WIEDZIAŁA, że on wyzdrowieje! Teraz tylko szybki kontakt z ogłaszającym się na Allegro wspaniałym człowiekiem, jeszcze tylko kwota pieniędzy, na dodatek taka, która nie stanowiła dla niej żadnego problemu, taką kwotę mogła w jednej chwili wpłacić bez najmniejszego problemu i wpłaciła, po czym na dniach kurier przyniósł cudowny pakunek do ich domu…

W zbliżonym czasie

Jonasz przed wysłaniem swoich „cudownych łez” gdziekolwiek, wykorzystał „wolną chatę” i to wolną aż do rana i… spontanicznie wypłakał przed Bogiem, w którego nie wierzył (?) prawdziwe morze łez. Kiedy zorientował się w ich szczerości i mocy, wypłakał ich jeszcze dwie fiolki: jedną dla Allegro, drugą dla Instytutu. Zaznaczył fiolki w następujący sposób: na czarno — łzy cebulowe, na niebiesko — łzy z udziałem soli i piołunu i na czerwono — łzy szczere, łzy rozpaczy, łzy błagalne i łzy wiary jednocześnie. Wiary w cud, w swój własny cud odmiany życia i wszelkich jego okoliczności. On zawołał tej nocy: Boże, jeśli jesteś, niech mnie pochłonie nicość, albo...albo… RATUJ MNIE!!! Wystawił łzy na Allegro, wszystkie. Natomiast do Instytutu także wysłał próbkę każdego typu swych łez. Te ostatnie, szczere łzy, zawierały w sobie LIST DO BOGA. W nich tkwiła cała opowieść o jego życiu i prośba o ratunek, o pomocnych ludzi i sprzyjające okoliczności…


Iwona wybrała na Allegro z załączonego zdjęcia jakoś intuicyjnie łzy zaznaczone na czerwono. I te właśnie łzy przyszły teraz pocztą w przezroczystej fiolce…

Iwona podeszła do śpiącego głęboko męża i delikatnie, ostrożnie, posmarowała nimi (jako łzami Maryi pochodzącymi od płaczącej figurki) czoło, powieki i głowę Jacka. Chory jakby drgnął, ale spal dalej. Bądź uzdrowiony przez ŁZY MATKI BOGA i przez moją miłość, wyszeptała Iwona drżącymi rękami nakładając łzy na męża, przy czym do łez z fiolki dołączyły teraz jej własne, które spadały na twarz Jacka prosto z jej oczu, z głębin jej duszy i serca. Ceremonia skończona, cud w trakcie realizacji, fiolka ukryta, jej własne łzy dokładnie otarte, cienie i tusz do oczu dokończyły dzieła i nie było po niczym śladu…

Chory spał dłużej niż zwykle, nie chciał kolacji, nie chciał wstać i pochodzić trochę po pokoju, jak to robił codziennie. Chciał być sam. A rano? Rano wstał i kazał Iwonie zaścielić łóżko, zlikwidować kroplówkę, poukładać ładnie wszystko w pokoju i… podać śniadanie. Iwona wyciszona i przestraszona bezmyślnie zadzwoniła do matki Jacka. Matka rozpłakała się histerycznie. To znane przedśmiertne polepszenie, nie łudź się więcej, on dziś odejdzie! Boże, po co ona tam zadzwoniła???!!! Ale dzień mijał, a Jacek zjadł obiad, potem kolację, w międzyczasie ubrany w normalny strój sprzed choroby wyszedł poza pokój i poza......dom!!! Iwona nie chciała go puścić, ale nie miała wyjścia! I Jacek poszedł! Wrócił po pół godzinie i zasiadł z Iwoną do stołu na poważną rozmowę. Bała się Iwona, co ma jej do powiedzenia… a Jeśli to takie przedłużone przedśmiertne polepszenie…??? To nie może być prawda! Iwona walczyła sama ze sobą… Więc albo cud, albo klęska… Powiedział Jacek. Zdecyduj się! Iwona nie rozumiała. Wierzysz, czy przekreślasz cud, który sama wywołałaś? Ja...ja...nie...No więc? Przerwał ostro Jacek. Wierzę. Tak, wierzę. Powiedziała Iwona i po policzkach popłynął jej sznurek łez. Potem uściskała UZDROWIONEGO męża… Uzdrowienie było trwałe, ale potrzebne były jeszcze badania laboratoryjne w celu potwierdzenia wszystkiego. Lekarz, który przyszedł wieczorem do domu Iwony i Jacka nie rozpoznał na pierwszy rzut oka chorego, przeżył szok. Jak to??? Pytał. Ale potem już tylko ustalali sposób i termin przeprowadzenia badań w szpitalu…

Jacek zgłosił się do szpitala za dwa dni. Formalności, dokumenty, podejrzliwe spojrzenia lekarzy, pielęgniarek i chorych, w oczach których tliła się teraz jakaś nadzieja na ich własny cud. Czy starczy im wiary i determinacji? Czy jest w ich życiu ktoś, kto im pomoże??? Ktoś, kto tą wiarę utrzyma, a nie zgasi, niczym peta dopalonego papierosa, niczym dopalone życie??? Jacek poprosił, aby nie kazano mu kłaść się do szpitalnego lóżka, bo to źle na niego wpłynie, tylko aby mógł pochodzić sobie po przyszpitalnym parku i pójść do kaplicy… Oczywiście lekarze zgodzili się bez najmniejszych oporów. Co, panie Jacku, dość leniuchowania w pościeli i obsługi 24/h? Żartowali lekarze. A dość, i to na zawsze! Odpowiedział zdecydowanie Jacek. Nooo, to zobaczymy, ale mamy nadzieję razem z panem! Ale ja nie mam nadziei, ja nie wierzę, tylko WIEM! Jacek nie poszedł do parku na terenie szpitala, tylko od razu do kaplicy. Tam klęczał długo przed wystawionym Najświętszym Sakramentem i pytał, dziękował, rozmyślał… Wreszcie podniósł się z kolan i natychmiast jego wzrok trafił na dużą figurę Matki Bożej w błękitnym płaszczu… Podszedł ze łzami w oczach. Teraz widział dokładnie! Maryja płakała łzami autorstwa malarza oczywiście, ale jednak były to łzy… Teraz coś sobie przypominał...Szept „Łzy Matki Boga cię uzdrowią i moje łzy”. Przypomniał sobie, co słyszał we śnie, kiedy Iwona pochylona nad nim podarowała mu życie...Strumień łez popłynął po jego policzkach, a ksiądz obsługujący tutejszą kapliczkę powiedział tylko: płacz, płacz razem z Nią! Moc łez jest wielka!!! Wiem… odpowiedział Jacek i uciął sobie pogadankę z księdzem. I co? Nie boisz się wyników? Zapytał po wszystkim ksiądz. Ani trochę! Cokolwiek one wykażą, ja będę żył! Wielka jest twoja wiara, więc stanie ci się według niej! Dokładnie tak. Odpowiedział Jacek i wyszedł do parku przyszpitalnego, aby cieszyć się swoim szczęściem...Nawet jeśli wyniki wykażą, że nadal jest umierający, dla niego nie będzie to miało żadnego znaczenia!!! Bo on będzie żył! Ale wyniki wykazały na dniach, że jest całkowicie zdrowy!

Badania w Instytucie i ich skutki

USA, w zbliżonym czasie, Instytut Badania Łez


Do Instytutu szło wiele przesyłek z całego świata… Naukowcy mieli ogrom pracy, nie wracali do domów w tym okresie, byli niczym w transie! Jednego dnia pośród wielu przesyłek, przyszły przesyłki z Polski...Naukowcy zgrupowali je wszystkie w jeden pakunek i zostawili na wieczór, jakoś musieli podzielić sobie pracę. Wieczorem ŁZY MATKI BOGA (te prawdziwe, z klasztoru) badano laboratoryjnie, wykonano także powiększony obraz mikroskopowy na wystawę. Łzy miały opis: „ŁZY MATKI” i według naukowców stanowiły sentymentalną rozprawę jakiejś matki nad losem dziecka. Obraz mikroskopowy spowodował wielkie zamieszanie, podobnie jak pewien dziwny element pochodzący z badań laboratoryjnych. ŁZY MATKI nie posiadały lizozymu, enzymu odpowiadającego za obronę organizmu przed bakteriami i wirusami!!! Zaś obraz mikroskopowy tych łez przedstawiał… GAJ I RÓŻANIEC, JAKIEŚ KWIATY ORAZ KRZYŻYKI!!! Elementy botaniczne, a nawet krzyżyki obecne były w obrazach mikroskopowych wielu próbek, jednak ten był wprost niepowtarzalny!!! Przyszła kolej na inne próbki łez z Polski, w tym na łzy Jonasza… O ile skład chemiczny nie odbiegał od składu chemicznego łez człowieka w rozpaczy i bólu, o tyle obraz mikroskopowy był dziwnie zbliżony do poprzedniej dziwnej próbki!!!

A były tam krzyżyki i róże i jakby odwzorowanie kształtu kropli samych łez! Wszelkie najciekawsze próbki, w tym próbki Jonasza powędrowały na wystawę, jednak łzy z napisem „ŁZY MATKI” z powodu brakującego enzymu powędrowały do ponownych badań. To, że wezmą udział w wystawie nie podlegało dyskusji, jednak ten przypadek trzeba było zbadać raz jeszcze! I to koniecznie! Ciekawość wzbudzało też dziwne nasiono, jakie było załączone do próbki. Odnaleziono natychmiast nadawcę przesyłki i zadano wiele pytań...Nadawca był nadawcą zastępczym, więc natychmiast przekazał on sprawę do klasztoru. Dopiero teraz siostry zgłoszą sprawę władzom duchownym, najpierw musiały jednak zdobyć pewność same! I zdobyły. Te łzy podległy badaniom o wiele bardziej zaawansowanym i okazało się, że mają… tylko jeden kod DNA, kod pochodzący od jednego rodzica, nie od dwojga! A to dowodzi ich BOSKOŚCI!!!

Próbka Kajetana, z pochodzenia Polaka, mieszkającego obecnie od ponad 18 lat w USA była badana dzień wcześniej. Dziś do niej powrócono z bardzo osobliwego powodu. Okazało się, że próbka łez Jonasza (tych szczerych łez) posiadała dziwny, unikatowy element w obrazie mikroskopowym… Mogło być tak, że dawcy obu próbek łez byli spokrewnieni, i to bardzo blisko, albo instytut miał do czynienia z kolejnym „cudem”. Tak więc obraz mikroskopowy łez Kajetana i Jonasza posiadał specyficzny rodzaj misternie jakby wyrzeźbionej roślinki… Porównano i nie było żadnych wątpliwości. Motyw był identyczny!!! Wysłano do obu nadawców przesyłek powiadomienie, aby wyrazili zgodę na konfrontację tych próbek, w sensie badań genetycznych DNA, takich badań, jakie wykonuje się w przypadku ustalania ojcostwa. Oboje zgodzili się bez najmniejszych problemów, śmiejąc się nawet, gdyż każdy z nich miał stuprocentową pewność, że nie posiada ojca — Jonasz, drugi, że nie posiada potomka — Kajetan. Kiedy poddano oględzinom i identyfikacji zabłąkane lub celowo wysłane nasiono w tej próbce z klasztoru, okazało się, że to nasiono łzawnicy!!! A nazwa zrobiła swoje i naukowcy zaczęli domyślać się dziwnych rzeczy… jakby tego było za mało, okazało się, ze ten dziwny motyw botaniczny w obrazie mikroskopowym łez Kajetana i Jonasza przedstawia dokładne odwzorowanie łzawnicy!!! Teraz już niektórzy mieli niezłego stracha!

Ciemną nocą samolot startujący do Polski zabrał ze sobą potajemnie naukowca z Instytutu. On leciał w tajemnicy przed Instytutem do klasztoru sióstr karmelitanek… Powiadomił oczywiście podstawionego nadawcę przesyłki i siostrę łączniczkę o swej wizycie. Po kilku godzinach wkraczał w progi klasztoru, otrzymał pokój gościnny, ale najpierw musiał chociaż ze trzy godziny się przespać i tak tez uczynił...Kiedy wypoczęty nieco zasiadł z siostrą łączniczką do stołu, aby wszystko opowiedzieć, a potem wszedł do tajemnego ogrodu klasztornego, nogi uginały się pod nim, a w głowie kręciło się, jak po jeździe na karuzeli. Pamiątkowe nasiona, pamiątkowe różańce z łzawnicy, kolejne próbki ŚWIĘTYCH ŁEZ, rośliny łzawnicy, róż i lilii odpowiednio zapakowane, a przede wszystkim długie opowieści i...start samolotu do USA, w drogę powrotną. Władze duchowne otrzymają zaproszenie na wystawę i wtedy wszystko się wyda, elegancko i pięknie.


USA, Instytut Badania Łez, w zbliżonym czasie. Pracownicy mający NIEŚWIADOMIE (a więc nie podlegali sile sugestii!!!) styczność ze ŚWIĘTYMI ŁZAMI doświadczają dziwnych wydarzeń. Jednemu znika nieuleczalna dokuczliwa wysypka, drugi po powrocie do domu zastaje wiadomość, że po dziesięciu latach bezskutecznych starań nagle będą rodzicami, inny jeszcze otrzymuje wiadomość, że ukochana żona wybaczyła mu i wycofała pozew o rozwód, dając mu szansę, ktoś inny, będący zaciętym ateistą nagle uwierzył w Boga i Jego Miłosierdzie…

Wdzięczność i poszukiwania wybawcy

Przeczytałeś bezpłatne % książki. Kup ją, aby przeczytać do końca!

Kup książkę