E-book
6.83
drukowana A5
71.34
Odmieniec

Bezpłatny fragment - Odmieniec


Objętość:
612 str.
ISBN:
978-83-8104-807-1
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 71.34

Od autora

Drogi czytelniku.

Jak sam wiesz, masz przed sobą moją książkę.

Książkę która przeszła długą drogę zanim stała się tym co trzymasz w ręku, lub też widzisz na ekranie monitora. Wymyślenie i napisanie jej zajęło mi dużo czasu. Nie skłamię jeśli powiem że kilka lat, z drobnymi przerwami.

Motywowało mnie do tego kilka rzeczy; wyobraźnia, ciekawość, nuda… można powiedzieć że chciałem przeżyć przygodę, zawartą na białych kartkach, albo też zbudować świat z liter.

Czytając ją, chciałbym abyś tak na nią patrzył. Jako okno na inny świat, różniący się od naszego, czyli tak jak ja to widziałem.

Chciałbym też zaznaczyć, że żadna strona w tej książce, żaden wyraz, litera ani nawet znak interpunkcyjny nie były sprawdzane przez wybitnego znawcę języka polskiego, ani nie zostały zredagowane pod czujnym okiem któregoś z wydawnictw.

Jeśli więc bardzo przeszkadzają ci błędy interpunkcyjne lub inne nieprawidłowości gramatyczne, odłóż ją w tej chwili.

Niestety, pomimo moich starań i dni oraz nocy pracy jakie nad nią spędziłem, na pewno nie udało mi się usunąć wszystkich pomyłek.

Jeśli jednak wyżej wymienione cechy stawiasz na drugim miejscu, a ważniejsze dla Ciebie są fabuła, charakter postaci i przede wszystkim opisany świat, zachęcam do tego abyś poddał mnie próbie i ocenił to co udało mi się stworzyć.

Robiąc to, pamiętaj jednak że to mój pierwszy krok na drodze do stania się pisarzem i że książka nie jest dziełem profesjonalisty.

Tak właściwie można rzec że… jest moim odbiciem, a konkretnie, odbiciem mojego charakteru. Nieco chaotyczna, trochę zamotana, miejscami skomplikowana, czasem też nudnawa i na pewno nie idealna, lecz jeśli ją poznasz, to jest szansa, że polubisz.

To by było na tyle. Nie ma powodu abym dłużej trzymał Cię na tej stronie.

Jeśli jeszcze nie straciłeś ochoty na czytanie, zapraszam.

Rozsiądź się wygodnie na kanapie, fotelu, w busie, na wykładzie… i spróbuj wejść między białe kartki oraz czarne litery.

Życzę miłego czytania.

Rozdział pierwszy

Biel.

Nie widział nic więcej. Wszystko wyglądało jak niczym nie zabrudzona, niczym niezamalowana i niczym niezarysowana kartka. Czysta i idealnie gładka, niemal niemożliwa aby istnieć. A jednak istniała i znajdowała się przed nim. A tak właściwie, wszędzie wokół niego.

Nie wiedział ile to trwało.

Stracił poczucie czasu.

Równie dobrze mógłby się tam znajdować godziny, dni, tygodnie lub nawet lata. Tutaj czas jakby nie istniał, jakby rozpłynął się albo wypchnął go poza swoją opiekę i popędził gdzieś dalej, zostawiając jak psa na drodze.

Wtedy, jak grom z nieba, coś się zmieniło.

Nawet nie zauważył kiedy idealna biel zapełniła się ogromem czarnych punktów, tak drobnych, że nie przypuszczał że mogą istnieć, a jednak istniały. Przelatywały mu przed oczami w jakimś chaotycznym, nic nie znaczącym wzorze. Przeskakiwały z miejsca na miejsce, próbując jakoś się ustawić, stworzyć z siebie coś co miałoby znaczenie, jakiś sens.

Potem ponowny szok. Nawet nie zobaczył jak czarne punkty zapełniły całe jego pole widzenia. Otaczały go, były wszędzie, ze wszystkich stron. Wtedy poczuł, po prostu poczuł, że… jest.

Istniał.

Otworzył oczy.

Natychmiast poderwał twarz ku górze aby nie nałykać się wody zmieszanej z płynącym błotem. Szybko tego pożałował, ponieważ jego potylica zderzyła się z czymś twardym, przez co ponownie wylądował w lepkiej brei. Wypluł ziemię z ust, po czym zorientował się że leży na drodze, ma przygniecione nogi i nie może się ruszyć.

Przez jego ciało przeszedł dreszcz. Woda uderzała go niemal ze wszystkich stron, zimna i brudna. Obmywała jego ciało i przesiąkała przez ubranie.

Krzyknął.

Chciał podnieść się o własnych siłach, lecz ciężar który spoczywał na jego nogach skutecznie utrzymał go w miejscu.

Krzyknął ponownie, w nadziei że ktoś go usłyszy i przybiegnie z pomocą.

Nagle ucisk zelżał, a on sam poczuł jak ktoś bierze go pod ramiona i odciąga gdzieś dalej.

Upadł. Właściwie wyśliznął się z rąk człowieka który próbował mu pomóc.

Kiedy poderwał głowę, jego wzrok momentalnie powędrował w miejsce gdzie przed momentem leżał.

Wyglądało to na jakiś poważny wypadek. Kilka drewnianych wozów, ciężko było określić ich konkretną ilość, leżało wywróconych na drodze, a drewniane koła oraz deski sterczały połamane i porozrzucane przez jakąś nienaturalną siłę.

Wszędzie wokół biegali ludzie. Krzyczeli i płakali, próbowali chować się w okolicznych domach, a co odważniejsi, pomagać tym którzy sami nie daliby sobie rady lub byli zbyt przejęci strachem aby zrobić cokolwiek.

Nieznajomy człowiek nachylił się nad nim i wrzeszczał mu prosto w twarz.

On jednak nie miał pojęcia o co chodzi. Nic nie rozumiał, nie potrafił zebrać myśli. Do tego okropny ból niemal rozsadzał mu głowę od wewnątrz.

Lecz to co mówił mężczyzna, nie miało już większego znaczenia.

Potężny, czarno-biały piorun, nadleciał nie wiadomo skąd. Ominął budynki, prześlizgnął się przez ulice, zupełnie tak jakby myślał i ugodził pomocnego nieznajomego prosto w klatkę piersiową.

Nie trzeba było wiele czasu. Wystarczyło mrugnięcie, a człowiek wyparował. Po prostu. Nie pozostał po nim żaden, nawet najmniejszy ślad.

Widząc to, chłopak odzyskał możliwość trzeźwego myślenia, co wystarczyło aby pobudzić go do działania.

Odbił się od ziemi, tak aby znaleźć się jak najdalej od miejsca tego nieszczęśliwego wypadku. Następnie wstał i jednocześnie odwrócił, rzucając pędem przed siebie.

Nie wiedział dokąd, po prostu biegł. Teraz liczyło się tylko jedno — ujść z tego z życiem.

Znalazł się w zaułku gdzie, jego zdaniem, nie powinien go dosięgnąć żaden z tych promieni.

Gdzieś w oddali ktoś wrzeszczał, a zza rogu dobiegał cichy szloch. Kamienne, szare ściany budynków odbijały jęki mieszkańców, a wąskie zaułki dosłownie je wsysały i transportowały gdzieś dalej, na inną ulicę, zupełnie jakby to budynki, a nie mieszkańcy, płakały.

Oparł się czołem o chłodną ścianę, mokrą od spadających kropel wody. Tak dobrze koiła jego migrenę, że nie pragnął niczego innego tylko tu zostać. Przeczekać to wszystko, cokolwiek by się nie działo. Jednak krzyki oraz przerażające dźwięki sprowokowały go do dalszego działania.

Zauważył że kilka kroków przed nim znajdują drzwi. Podszedł do nich, starając się nie stracić równowagi, czego ból głowy mu nie ułatwiał.

Skrył się we wnętrzu budowli.

Do jego uszu dobiegł huk. Piorun musiał uderzyć gdzieś nieopodal. Potem, po chwili ciszy, rozległ się krzyk dziewczyny. Zapewne stała się świadkiem tego co on przed kilkoma chwilami.

Taki impuls nie pozostał mu obojętny. Chciał coś zrobić, cokolwiek. Wszystko tylko nie stać tutaj.

Kątem oka dostrzegł schody, prowadzące na górę.

Może pomysł ten nie należał do racjonalnych, lecz postanowił z nich skorzystać. Pokonał kilkoma susami dystans jaki go od nich dzielił i nawet nie zorientował się gdy dotarł na sam szczyt.

Poczuł na twarzy wilgotne, zimne powietrze, a oczy podrażniło mu światło.

Na początku myślał że dopadł go ten dziwny piorun. Okazało się jednak, że duży fragment ściany był zniszczony, a przez powstały otwór można teraz zobaczyć niemalże całą okolicę.

Widział miasto pełne szarych, kanciastych budowli, w większości niemalże identycznych. Nad niektórymi unosiły się kłęby dymu, inne zaś stały w ruinie z wieloma dziurami lub zburzonymi ścianami. Gdzieś w dole krzyczeli i krzątali się ludzie. Niektórzy szukali swoich bliskich, inni w niemym szoku klęczeli na środku drogi, płacząc lub wołając gdzieś w dal, samemu zapewne nie wiedząc do kogo.

Cały ten obraz wyglądał jak jedna wielka apokalipsa. Tyle katastrof, nieszczęść i śmierci. Wszędzie gdzie tylko sięgał wzrok zobaczyć można było jedynie ból.

— Co tu się stało? — Szepnął do siebie.

Wtedy, równie szybko co czarno-białe pioruny, zjawił się spotęgowany ból głowy, który zepchnął go na podłogę i zmusił do zwinięcia się w kłębek.

Nie miał pojęcia ile tak przeleżał. Mogły to być zarówno minuty jak i godziny, spędzone na zimnej posadzce kamiennej wieży.

Cały ten czas upływał mu na dociskaniu palcami swoich skroni, co łagodziło migrenę. Czuł się tak jakby jego ręce były jedyną rzeczą która nie pozwala głowie się rozpaść i przemalować wnętrza pokoju na krwistoczerwony kolor.

Wtedy usłyszał szybkie kroki.

Dochodziły one od strony schodów i zbliżały się do niego.

Po chwili poczuł ręce na swoich ramionach i otworzył oczy.

Klęczał przy nim starszy mężczyzna z twarzą ukrytą pod szpiczastym, granatowym kapturem, którego brzegi pokrywały żółtobrązowe paski.

Siwy człowiek kucnął, poprawił gruby, skórzany pas z wieloma sakwami oraz pokrowcami pełnymi fiolek, a następnie próbował oderwać od skroni dłonie chłopaka.

Nie mógł on na to pozwolić. Była to jedyna zapora jaka powstrzymywała, a raczej zmniejszała, cierpienie.

Zobaczył jak usta postaci się poruszają, próbując przebić się przez otaczający go hałas. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że przez cały ten czas krzyczał, stękał i jęczał z bólu.

Nic więc dziwnego że pomoc nadeszła stosunkowo szybko, słyszała go zapewne cała dzielnica.

— Co tak stoisz? Pomóż mi! — Krzyknął mężczyzna.

Wtedy zza jego pleców wyszedł młody, niski człowiek. Nastolatek, miał może szesnaście lat.

Ubrany w bardzo podobny strój do swojego opiekuna. Ten jednak nie miał charakterystycznego kaptura ani nawet wzorów na jego krawędziach.

Starszy nie musiał mówi nic więcej.

Ręka chłopca momentalnie wślizgnęła się do skórzanej, przewieszonej mu przez ramię, torby. Równie szybko się stamtąd wycofała wraz ze zdobyczą, czyli fiolką wypełnioną srebrzystym, gęstym płynem.

Starszy wręcz wyszarpał przedmiot z rąk dzieciaka. Następnie go otworzył i bez chwili zwłoki, czy też zastanowienia, wylał zawartość na twarz, szamoczącego się na podłodze, chłopaka.

Ból zniknął całkowicie, tak jak wszystko inne. Pole widzenia zaczęła okrywać czarna plama, a obraz tracił ostrość. Zupełnie jakby tajemnicza substancja okazała się atramentem wylanym mu na oczy i zasychającym na ich powierzchni.

Ostatnią rzeczą jaką udało mu się zobaczyć, były twarze dwóch pochylających się nad nim osób.

***

Obudził się w ciemnym pomieszczeniu, śmierdzącym stęchlizną i pleśnią.

Momentalnie poczuł na skórze zimne powietrze. Chciał wstać, lecz ból mięśni skutecznie go unieruchomił, a towarzyszące temu zawroty głowy również nie pomagały.

Leżał w łóżku, przykryty drapiącym, wełnianym kocem, którego zrzucenie okazało się niemożliwym wyczynem.

Niestety wyglądało na to, że podane mu znieczulenie otępiało go do tego stopnia, że wykonanie chociażby prostej czynności graniczyło z cudem.

— Nie wierć się. — Usłyszał nad sobą znajomy głos. — Masz zawroty głowy? Dziwne bóle? — Nieznajomy wymieniał objawy. Wyglądało na to że była to dla niego rutyna. — Nie? Odpowiedz. — Zniecierpliwił się. — Umiesz mówić?

— Gdzie jestem? — Spytał chłopak, kiedy poczuł że ktoś bierze go pod ramiona i podciąga w górę, tak aby znajdował się w pozycji półsiedzącej.

— A, świetnie! Czyli nie jest z tobą aż tak źle. — Mężczyzna przeszedł obok niego i ustawił się naprzeciwko łóżka, tak aby pacjent mógł widzieć jego wysoką i umięśnioną posturę oraz pociągłą, szpiczastą twarz ozdobioną ciemną, rzadką szczeciną. — Nie jesteś umierający, więc szybko stąd wyjdziesz. To dobrze, inni czekają.

Dopiero teraz zorientował się, że cała ta ciemna komnata jest wręcz zapełniona przez rannych lub umierających. Osób owiniętych w bandaże oraz leżących sztywno na swoich łóżkach.

Cała ta masa spoconych ciał, jęczących ludzi oraz kopcących pochodni na ścianach, sprawiała że w pomieszczeniu było niezmiernie duszno, lecz starszy człowiek zdawał się nie zwracać na to najmniejszej uwagi.

— Jak się nazywasz? — Spytał, biorąc do ręki pióro i kawałek pergaminu z pobliskiego stolika.

Chłopak patrzył na niego i próbował odpowiedzieć, jednak wtedy zdał sobie sprawę że nie ma najmniejszego pojęcia jakie właściwie jest jego imię, co mocno nim to wstrząsnęło.

— Ja… nie wiem. — Złapał się za głowę, zupełnie jakby dłońmi chciał pobudzić swoją pamięć do działania.

— To ciekawe. — Starszy mężczyzna widocznie zainteresował się swoim pacjentem. Jednak w jego głosie nie było słychać nawet nuty współczucia. Jedynie zawodową ciekawość. — Poza kilkoma siniakami i otarciami nie masz żadnych poważnych obrażeń. Głowa cała, czaszka nawet nie pęknięta, a mimo to twierdzisz że nie pamiętasz swego imienia?

— Nie wiem! — Ukrył twarz w dłoniach.

Lekarz w niebieskim płaszczu nie odrywał wzroku od kawałka pergaminu i skrupulatnie notował wszystko co usłyszał.

— Czy pamiętasz cokolwiek? — Spróbował ponownie, lecz gdy podniósł głowę, a jego oczom ukazał się przerażony wzrok chłopaka, postanowił mu nieco pomóc, a raczej przyspieszyć całą tą rozmowę. — Gdzie jesteś? Skąd pochodzisz? Cokolwiek.

— Nie, ja… — Panika w jego oczach rosła, zupełnie jak pierwsze łzy, zbierające się pod powiekami.

Starszy wolał to przerwać.

— Rozumiem. — Zwinął pergamin i schował go za pas. — Vetres! — Zawołał gdzieś w ciemność.

Po chwili pojawił się młody, niski człowiek, ten sam, który podał lekarzowi fiolkę znieczulenia na wieży.

Dopiero teraz chłopak mógł przyjrzeć mu się dokładnie.

Sięgał on starszemu do piersi. Miał szczupłą, opaloną twarz, ozdobioną przez czarne, sięgające do skroni włosy, które to odgarnął z czoła kiedy tylko zjawił się obok.

— Zajmiesz się nim dopóki nie skończę z pozostałymi.

— Tak mistrzu. — Odpowiedział krótko.

Lekarz odszedł, zostawiając ich samych pośród rannych pacjentów oraz akompaniamencie jęków i wygrywanych na flecie melodii.

Młody, zapewne jego uczeń, odprowadził go tylko wzrokiem, a następnie przerzucił spojrzenie na obcego chłopaka.

— Trzeba ci czegoś? — Spytał.

Ten jednak nie odpowiedział. Wlepiał tylko tępe spojrzenie w koc którym go przykryto i płakał.

— W razie czego, powiedz. — Vetres usiadł na łóżku i wyjął z kieszeni małą książkę. Rozłożył ją na kolanach i czytał pomimo słabego światła.

To jednak nie obchodziło chłopaka. Zbyt mocno martwił się swoją amnezją aby zwrócić uwagę na dziejące się dookoła niego rzeczy.

Wciąż uciskał głowę, choć ból całkowicie już zniknął. Jego oczy wylewały niekończący się potok łez, a myśli bezustannie krążyły po głowie, próbując odnaleźć choć skrawek pamięci. Malutką cząstkę czegoś co choć naprowadziłoby go na jakiś trop, małe wspomnienie, niewyraźny obraz czy ukrytą cząstkę przeszłości.

Niestety, tam dokąd sięgały myśli znajdowała się tylko pustka. Zupełnie jakby urodził się przed chwilą.

Nie przychodziły mu do głowy znajome obrazy, twarze rodziców, dom, przyjaciele, nawet żadne informacje na swój temat. Ile ma lat? Skąd jest? Jak się w ogóle nazywa?

Pytania pojawiały się równie szybko jak grzyby po deszczu, a jego pamięć rozkładała jedynie ręce, informując że nie da rady dogrzebać się do niczego przydatnego, poza wspomnieniami dotyczących burzy oraz błota w którym niemalże utoną.

Stracił już nawet poczucie czasu. Nie reagował na to co dzieje się dookoła niego, pogrążył się we własnych myślach, bezskutecznie próbując odnaleźć się w sytuacji.

Pytania typu „Kim jest?” i „Skąd pochodzi?” zostały zastąpione przez inne, takie jak „Co teraz?” oraz „Co mam robić?”.

Czas mijał szybko. Co chwila kolejni lekarze w niebieskich płaszczach interweniowali przy łóżkach z najciężej rannymi.

Ciała ludzi których nie udało się uratować wynoszono gdzieś poza teren komnaty. Niektórych lekko rannych, odprowadzono pod drzwi, skąd mogli już sami udać się do miasta, do swoich rodzin i bliskich.

Lecz on, całkowicie zdrowy chłopak, wciąż siedział na łóżku pogrążony w swoim małym, prywatnym świecie.

— Lepiej? — Spytał starszy, gdy wreszcie mógł odpocząć od pacjentów.

Podszedł do posłania, wycierając zakrwawione ręce. — Wątpię aby tą lukę w pamięci spowodował mleczny bez. — Spojrzał na chłopaka i zrozumiał że nie ma on pojęcia o czym konkretnie mówi. — Znieczulenie które ci zaaplikowaliśmy. — Tak czy inaczej, jego efekt powinien już minąć. Przypomniałeś sobie cokolwiek?

— Kompletnie nic. — Pokręcił głową.

— Eh. — Starszy westchnął. — No cóż, nie mogę cię tu trzymać w nieskończoność. Reszta mnichów się nie zgodzi. Mogę dać ci nocleg na kilka dni, dopóki twoja rodzina się po ciebie nie zgłosi. Przez ten czas będziesz dzielić pokój z Vetresem. — Wskazał na swojego podopiecznego. — Część jego rówieśników zginęła podczas… — Przerwał, nie wiedząc jak powinien to nazwać. — tej katastrofy. Znajdziesz miejsce wśród nowicjuszy, przynajmniej na jakiś czas. — Szturchnął młodego człowieka w ramię. — Vetres, zaprowadź go do siebie, ja spędzę tu jeszcze trochę czasu. — Powiedział, zakasując rękawy i odchodząc w głąb sali.

Chłopak cały czas czuł się mocno zdezorientowany, zupełnie jakby patrzył na to wszystko z perspektywy kogoś innego, jakby całe tutejsze życie go omijało.

Zdawało mu się że ma dziwnie opóźnione reakcje na wszystkie zewnętrzne bodźce. Mówili do niego, lecz nie od razu rozumiał sens słów, widział to co rozgrywało się przed nim, lecz na to nie reagował. Nawet teraz, kiedy Vetres szarpał go za rękaw postrzępionego ubrania i mówił mu prosto w twarz.

— Słyszysz mnie? — Nowicjusz ponownie nim potrząsnął. — Zaprowadzę cię do siebie. Możesz chodzić? — Spytał, przeciągając litery i starannie artykułując każdą głoskę.

— Tak myślę. — Kiwnął głową i opuścił nogi na kamienną posadzkę.

Gdy tylko jego bose stopy dotknęły lodowatego gruntu, przez całe ciało przeszedł mu zimny dreszcz. Syknął pod nosem, jednocześnie rozglądając się za czymś co ochroniłoby go przed chłodem.

Zauważył że obok łóżka stoją stare, skórzane buty i niewiele myśląc, wsunął je na nogi.

Cieszył się że pamięta jak zawiązać sznurowadła, choć przez całe to otępienie przychodziło mu to z niemałym trudem. Po tym jak uporał się z wyzwaniem, ruszył wraz z Vetresem we wskazanym przez niego kierunku.

Kilka pierwszych kroków okazało się męczarnią. Nogi miał tak osłabione, że ledwo mogły utrzymać jego ciężar, a dodatkowo plątały się ze sobą, utrudniając mu życie na każdy możliwy sposób. Właściwie… gdyby nie pomocne ramię… jak on go nazwał? „nowicjusza”, chłopak już dawno czołgałby się po podłodze.

Młody wyprowadził go z ciemnej komnaty, pełnej rannych i konających, do równie mocno zacienionego korytarza.

Tutaj jednak było znacznie lepiej, ponieważ cała duchota została w poprzedniej hali, a jęk cierpiących i świszczące dźwięki z piszczałek zanikały wraz z każdym pokonanym metrem, choć na początku odbijały się od ścian.

Przy pomocy swojego towarzysza pokonywał metr za metrem. Opierał się przy tym o jego ramię, wciąż próbując przypomnieć sobie kim tak właściwie jest, albo chociaż gdzie jest.

Nie poznawał tego miejsca. Patrzył na wąskie otwory w ścianie, przez które wlatywało wilgotne i chłodne powietrze. Przenosił wzrok na wysokie sklepienie kamiennego korytarza i próbował rozgryźć chociaż jedną z trawiących go zagadek.

— Zaczekaj chwilę. — Nowicjusz przystanął, po czym zbliżył się do jednej z tych wąskich imitacji okien.

Chłopak nie był tym zachwycony, ponieważ chłodne powietrze leciało teraz prosto na nich. Nie narzekał jednak i wraz z asystentem lekarza, wyjrzał na zewnątrz.

Rozciągał się tam jakiś ogród.

Nie należał do tych najbardziej zadbanych. Trawnik już dawno zarósł chwastami, a połamane gałęzie nielicznych drzew leżały swobodnie na jego powierzchni. Woda w niewielkim stawie pod murem, zmieniła kolor na zielony, a trzciny i rzęsa wodna opanowały prawie całą jego powierzchnię.

Nie na to jednak patrzył Vetres.

Jego wzrok sięgał dalej, poza niski, ceglany mur, odgradzający zieleniec od miasta. Miasta, które chłopak widział już wcześniej, z piętra wysokiego budynku w którym znaleziono.

Niewiele się zmieniło od czasu gdy ostatnio na nie patrzył.

Stąd również widział szare, kanciaste domy, niektóre podziurawione jak ser, inne doszczętnie zniszczone, a kolejne nawet nietknięte.

Zaraz za ceglanym płotem znajdował się plac, gdzie stało wielu ludzi.

Niektórzy klęczeli z twarzami ukrytymi w dłoniach, inni ich pocieszali, jeszcze inni wyglądali czy ze szpitalnej sali nie wychodzi ktoś z ich rodziny czy też znajomych.

— Co się tu stało? — Szepnął chłopak, kiedy chłód robił się już nie do zniesienia.

— Nie wiemy. — Nowicjusz wzruszył ramionami, po czym ponownie wziął go pod ramię i ruszył dalej.

— Co to za miejsce? — Starał się podtrzymać rozmowę, chociaż nie odzyskał jeszcze pełni sił.

— Tego też nie pamiętasz? Jesteśmy w Młynie.

— Młynie? — Powtórzył ze zdziwieniem, po czym rozejrzał się po korytarzu.

— Tak się nazywa miasto.

Teraz jego wypowiedź nabrała nieco więcej sensu.

— A gdzie my jesteśmy? To szpital?

— Zazwyczaj klasztor. — Westchnął, poprawiając chwyt. — Ale skoro to tu jest najwięcej magów, to rannych najlepiej było przenieść właśnie tutaj.

Na to nic już nie odpowiedział. Czuł się zbyt wyczerpany aby o cokolwiek jeszcze zapytać, a pytań miał w bród.

Nadal niewiele wiedział i zorientował się że otrzymane odpowiedzi niewiele mu dały.

Póki co, udało mu się jedynie ustalić gdzie przebywa, chociaż sama nazwa tego miejsca niewiele mu mówiła. Nie miał też pojęcia czym konkretnie jest klasztor i magowie, o których wspomniał Vetres. Domyślał się że jednym z nich jest ten starszy człowiek który go znalazł, lecz nic poza tym.

Kolejną serię pytań postanowił jednak odłożyć na później i zadać ją kiedy zbierze siły, ale zimne, wstrząsające jego ciałem dreszcze oraz wilgotne powietrze, mocno to utrudniały.

Miał więc nadzieję że niejaki Vetres wyprowadzi go gdzieś poza te szare mury.

Mocno się zmartwił gdy trafili do szerszego korytarza z drewnianymi, okutymi drzwiami po każdej ze stron.

Przeszli przez jedne z nich i znaleźli się w małej komnacie, gdzie jedynym źródłem światła było wąskie, zakratowane okno tuż pod wysokim sufitem.

Pokój ten wydawał się jednak lepszą opcją niż ciemna, szpitalna hala.

Pomimo swoich klaustrofobicznych rozmiarów miał plusy, takie jak dwa drewniane łóżka ustawione równolegle do ściany i zapewniające minimalny stopień wygody, oraz parę regałów ulokowanych zaraz za posłaniami i wręcz uginającą się pod ciężarem książek.

Wszystko to sprawiało, że pokój wyglądał nieco bardziej przytulnie niż ogromna sala pełna rannych.

— Jesteśmy na miejscu. — Powiedział Vetres i pomógł mu usiąść na łóżku. — Czuj się jak u siebie, pewnie spędzisz tu kilka dni. Jeżeli będziesz czegoś potrzebować, daj mi znać.

Kiedy go o wszystkim poinformował, podszedł do regału, wyciągnął z niego książkę, którą wcześniej starannie wybrał, a następnie usiadł na łóżku i rozpoczął wertowanie lektury.

Chłopakowi wydawało się, że powoli wszystko wraca do normy. Nie był już tak otępiały, a wszelkie bodźce zewnętrzne docierały do niego bez opóźnienia.

Miało to swoje zalety. Przynajmniej wiedział co się dzieje dookoła, lecz jednocześnie wzmogło to jego niepokój i strach przed tym co się stało i co dopiero ma się zdarzyć.

Uspokajająco działała na niego jednak myśl, że za jakiś czas upomni się o niego rodzina.

Starał się więc uspokoić i za wszelką cenę pozbierać myśli. Miał nadzieję że jednak uda mu się odnaleźć jakieś zachowane wspomnienie, coś co pomogłoby mu ustalić kim on tak właściwie jest.

Zapewne długo by się jeszcze and tym zastanawiał, gdyby nie Vetres.

Na początku nie robił nic konkretnego, poza czytaniem książki. Co jakiś czas zerkał jednak na swojego gościa. Z czasem coraz częściej i coraz dłużej. Po dobrych kilkunastu minutach, lektura przestała go już interesować, a on sam zaczął rozmowę:

— Pamiętasz cokolwiek?

Nagłe przerwanie ciszy nieco zaskoczyło chłopaka. Uniósł głowę i spojrzał na nowicjusza, jakby chciał się upewnić czy to właśnie jego o to pyta, czy może raczej mruczy coś pod nosem.

— Nie. — Pokręcił głową. — Kompletnie nic. — Po chwili przerwy, chcąc odwrócić swoją uwagę od problemów, zaczął inny temat. — Kim byli ci ludzie, tam w sali szpitalnej?

— To magowie. — Wzruszył ramionami.

— Magowie? — Powtórzył.

— Hm, jak by ci to powiedzieć… — Spojrzał w sufit, tak jakby miała się tam znajdować odpowiedź. — Osoby, które posługują się… magią. — Wzruszył ramionami. — Zazwyczaj pomagają rolnikom nawadniając pola i udrażniając studnie. Odprawiają też msze i modlą się do bogów.

— Twój mistrz to jeden z nich?

— Sebastian? Tak, od niedawna jest jednym z zaledwie kilkudziesięciu w 
Mirbisie.

— Mirbisie? — Spytał, wyraźnie zaciekawiony.

— Tego też nie pamiętasz? — Energiczne kręcenie głową potwierdziło jego obawy. — Cóż… — Westchnął. — To… świat. Ten w którym żyjemy. Otoczony jest nicością. Zimną krainą, do której nie zawitało światło Drzewa Życia.

— Światło czego?

Chłopak nie nadążał za opisami nowicjusza i ledwo mógł sobie poukładać w głowie wszystkie jego słowa, aby potem złożyć z nich jakikolwiek, chociażby zagmatwany, obraz. A teraz jeszcze słyszał o jakimś Drzewie które świeci.

Owszem, amnezję miał, jednak doskonale wiedział że drzewa bynajmniej nie świecą.

Bo nie świecą, prawda?

Teraz nie był już do końca pewny. Kto wie jak mogło na niego wpłynąć to dziwne znieczulenie czy uraz głowy jakiego nabawił się podczas katastrofy. Po minie Vetresa wnioskował jednak, że zadał właśnie najgłupsze pytanie z możliwych.

— Na Rac’a. Ty naprawdę zupełnie nic nie pamiętasz.

— Nic. — Potwierdził skinieniem głowy, powstrzymując jednocześnie łzy.

Widząc to, nowicjusz do niego podszedł i zajął miejsce obok. Potem poklepał kilka razy po ramieniu, chcąc powstrzymać przed szlochaniem.

Zrobił to raczej dla własnego spokoju niż ze współczucia. Jakoś nie uśmiechało mu się pocieszanie zapłakanego chłopaka z amnezją.

— Hej, spokojnie. Znam się nieco na Mirbisie, mogę ci o nim opowiedzieć. Co ty na to? Może sobie coś dzięki temu przypomnisz?

Chcąc dać znać że się zgadza, chłopak zaczął kiwać energicznie głową, ocierając jednocześnie łzy i próbując zachować spokój.

— Dobrze. — Odetchnął Vetres. — Od czego by tu zacząć? A może… Hm, może na początek dobrze byłoby cię jakoś nazwać?

Chłopak widział że jego nowy (i tak naprawdę jedyny) znajomy nie jest zadowolony z obowiązku opieki nad nim. Wolał to zmienić, póki jeszcze nowicjusz miał jakąkolwiek ochotę na wykonywanie poleceń Sebastiana.

Zaczął od wstrzymania potoku łez oraz smarków, wciąż sączących się z jego nosa.

— Co proponujesz? — Spytał innym tonem. Nieco spokojniejszym i może nawet weselszym.

Podziałało.

Wyraz twarzy Vetresa zmienił się na nieco bardziej… pozytywny.

— Nie chcesz wybrać go sam? — Zdziwił się zakonnik.

— Z moją pamięcią… wolę się zdać na ciebie.

— Dobrze. Coś popularnego, może Karol, albo Darek?

— Skoro mogę sobie nadać imię, przynajmniej na kilka dni, to wolałbym coś ciekawszego. — Uśmiechnął się.

— Jasne. — Nowicjusz zmarszczył brwi. — Może coś dostojnego? Solamon, imię Solmskiego imperatora?

— Nie, daj spokój. — Zaśmiał się. — Jeszcze mnie z nim pomylą. — Co prawda nie miał zielonego pojęcia o czym mówi jego kolega, ale podobała mu się ta zabawa w dobieranie imion, a konkretniej to, że zajmuje czymś swoje myśli.

Postanowił jej więc nie przerywać głupimi pytaniami.

— Mniej kreatywnie? Co powiesz na Max?

Wiesz, to mi odpowiada. — Wstał. — Ale mam pewien pomysł.

To powiedziawszy, podszedł do regału z książkami. Wybrał jedną na chybił trafił i otworzył na losowej stronie. Potem, z zamkniętymi oczami, wylosował palcem kilka liter, odczytał je, spojrzał na nowicjusza i odrzekł:

— Tkin. — Tak możesz mnie nazywać przez te kilka dni.

Rozdział drugi

— Tkin! — Na klasztornym placu rozległ się krzyk. — Tu jestem!

Chłopak momentalnie odwrócił głowę w tym kierunku.

Jego długie, przetłuszczone blond włosy momentalnie opadły mu na oczy, zasłaniając pole widzenia i boleśnie w nie wchodząc. Szybko odgarnął je na bok, klnąc przy tym pod nosem.

Przyglądał się przez chwilę ludziom wychodzącym z klasztoru, aż wreszcie wypatrzył charakterystyczny, szpiczasty kaptur z dobrze mu znanymi wzorami. — To Vetres.

Zbliżał się do niego, machając przy tym od czasu do czasu, aby ten nie zgubił go w tłumie.

— Jak tam służba? — Zaczął rozmowę Tkin.

Co prawda wcale nie interesowało go to jak jego kolega czuje się po pierwszej mszy w której odprawieniu pomagał, po prostu nie chciał aby ich rozmowa zaczęła się od narzekań kolegi na… właściwie wszystko.

— …owo.

Początek tego krótkiego podsumowania utonął gdzieś pośród rozmów wiernych. Łatwo można było się jednak domyślić co Vetres miał na myśli.

— Chodźmy od tego bydła, tu się własnych myśli nie słyszy. — Nowicjusz niemalże krzyknął mu do ucha.

Tkin ruszył za nim bez najmniejszego sprzeciwu.

Nie przeszkadzało mu gburowate zachowanie kolegi. Po tylu latach nie zwracał na to nawet najmniejszej uwagi.

Tak czy inaczej nie miał zbyt ważnych planów na dzisiejszy dzień, a wolał nie wiedzieć jak skończyłaby się próba sprzeciwu wobec, już i tak zirytowanego, Vetresa.

Kiedy tak za nim podążał, obejrzał się przez ramię.

Oczywiście nie zobaczył nic ponad to czego się spodziewał, czyli natłoku wiernych depczących sobie po piętach i niemalże tratujących się nawzajem.

Nie dojrzał wśród tych ludzi nic ciekawego, jedynie wykrzywione, grymaśne twarze, kiedy tylko jego wzrok spotykał się z ich wzrokiem. Postanowił więc nikogo nie prowokować i spojrzeć nieco wyżej, ponad tłum.

Jego spojrzenie spoczęło na świątyni, tej samej do której przed laty przynieśli go starszy mag i jego uczeń.

Była ona ogromnym, kamiennym budynkiem, górującym nad resztą tutejszej zabudowy. Pomimo tego że miała przeznaczenie sakralne, jej ciemny, napęczniały dach i popękane, grube ściany nie zapraszały wiernych do gwarnego przybywania i słuchania nauk magów. Właściwe cała struktura wyglądała na mocno zapuszczoną, zupełnie jakby nikt przez dłuższy czas o nią nie dbał.

To samo tyczyło się okrągłego placu na którym ją zbudowano.

Wyłożony kamiennym, wytartym i spękanym już brukiem, spomiędzy którego wyrastały kępy traw oraz mchu, bynajmniej nie dawał dobrego świadectwa o gospodarzach.

Po chwili Tkin skierował swoje oczy jeszcze wyżej; Konkretnie na głęboką, nieskończoną czerń, istną ścianę ciemności, której nie mogło przebić ludzkie oko.

To właśnie ona znajdowała się teraz nad ich głowami i to jej istnienie zdziwiło go najbardziej kiedy przed laty po raz pierwszy wyszedł z klasztoru.

— Tam gdzie zwykle. — Nowicjusz bardziej stwierdził niż zapytał.

— Jasne. — Odparł machinalnie, nie dbając nawet o to czy trafi to do uszu kolegi.

Dotarli do oberży i zajęli miejsce pod dobudówką z szarej cegły.

Jej kamienne ściany nie dorównywały co prawda murom świątyni, lecz wnętrze było dzięki temu cieplejsze, a poza tym nie śmierdziało zgnilizną i pleśnią. (Przynajmniej nie aż tak mocno)

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 71.34