E-book
6.83
drukowana A5
23.38
Oddech Przeszłości

Bezpłatny fragment - Oddech Przeszłości


Objętość:
104 str.
ISBN:
978-83-8155-388-9
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 23.38

Kamienica po drugiej stronie ulicy stała w płomieniach. Śnieg mroził stopy, wichura uderzała w poły płaszcza; próbowała dostać się pod ubranie i liznąć lodowatym jęzorem skórę. Byłem na to niewzruszony. Widziałem tylko ogień wychylający się z okien kamienicy i spocone, ledwo widoczne, twarze strażaków. Odważni mężczyźni — pomyślałem. — Też powinienem taki być. Nie unosić się pustym, przeterminowanym honorem, a ruszyć do boju. Nie dzisiaj, nie teraz, ale już jutro. Z samego rana.

— Jutro z samego rana wyleczę Darka i Bogna będzie szczęśliwa. Jutro wyleczę wszystkich chorych na raka, depresję. Wyleczę świat ze śmierci — stwierdziłem, ledwo poruszając ustami.

Jedno z okien płonącego budynku wybuchło. Z początku sądziłem, iż to wina butli z gazem. Potrzebowałem chwili, by dostrzec owinięte kocem ludzkie ciało. Ciągnęły się za nim ozdobione płomieniami długie włosy. W mojej głowie upadek trwał dobrą minutę. Mogłem przyjrzeć się wszystkim szczegółom. Koc zdobiły smerfy. Rysowane twarze zdawały się uśmiechać bez względu na otaczający chaos. Taką minę pewnie mają psychopaci zadający ofierze ostatnie cięcie po trzech dniach tortur. Zero współczucia. Tylko prawdziwa radość; radość bez względu na okoliczności.

Nikt nie rozstawił poduszki dla ewentualnych skoczków, dlatego chwilę później rozległ się dźwięk łamanych kości. Ciało łupnęło o asfalt z taką siłą, iż przez chwilę myślałem, że rozpadnie się niczym manekin. Nim otoczyli je sanitariusze i strażacy, zdążyłem skonstatować poparzoną, kobiecą twarz. Mój mózg dobrze wiedział, że takie wspomnienia przydają się w bezsenne noce i od razu zrobił jej zdjęcie.

Czy tak wyobrażała sobie ten dzień? — odezwał się jakiś głos w mojej głowie. — Czy Otworzyła rano oczy, spojrzała na sufit, który widziała setki razy i wiedziała, że czeka ją płonięcie żywcem, a następnie lot z czwartego piętra? Do jakiej intensywności musi dotrzeć ból, by człowiek wybrał taki skok? Ile czasu próbowała przedostać się na niższe partie budynku? Jakie myśli pojawiały się w jej głowie, gdy czuła smród palonego mięsa i wiedziała, że to jej własne ciało? Czy miała na tyle wspaniałe życie, by warto było przed śmiercią przeżyć taką mękę?

Na żadne z tych pytań nie potrafiłem odpowiedzieć. Z oddali dobiegał dźwięk syreny strażackiej. Najwyraźniej zbliżały się kolejne zastępy. Może dzięki ich pomocy ktoś jeszcze ocaleje? Gdy rozejrzałem się dookoła, spostrzegłem otwarte usta i szeroko rozszerzone oczy. Płomienie pełgały nawet na idealnie utrzymanych zębach moich tymczasowych braci, którzy przyszli popatrzeć na kolejne tragiczne wydarzenie tego świata.


*


Nadjechało więcej służb, a zaraz za nimi kolejna żądna makabry gromada gapiów. Biel atakowała ze wszystkich stron, jakby zaraz miał skończyć się świat. Gwałtowny wiatr zgarniał płatki śniegu i ciskał nimi w twarze policjantów. Płomienie opierały się niskiej temperaturze i rozświetlały noc. Mieszkańcy Perun w promieniu kilku kilometrów mieli niezłe widowisko. Ziemię zalegały worki ze zwłokami. Nieopodal ich lamentowała grupa ludzi. Podejrzewałem, że to mieszkańcy najniższych pięter, którym udało się w porę opuścić budynek. Rozsądek próbował zalać organizm współczuciem, jednak nie zamierzałem do tego dopuścić.

Kobietę Skoczka, jak nazwałem ją w myślach, zabrała karetka na sygnale. Nie jestem lekarzem, jednak domyślałem się, że wyzionęła ducha w drodze do szpitala.

— Wiadomo, co spowodowało pożar?

— Słucham? — Obróciłem głowę w prawo. Obok mnie stał niski, krepy mężczyzna. Płatki śniegu osiadały na jego łysej głowie, topniały i spływały na twarz. Na szkłach okrągłych okularów pełgały płomienie.

— Pytałem, czy wiadomo, co spowodowało pożar.

Pokręciłem głową.

— Nic nie wiem.

— Mieszkał pan w tej kamienicy? Miał tam kogoś bliskiego?

Poczułem się dziwnie. Obcy facet wypytuje mnie jak na przesłuchaniu i — co gorsza — zmusza do przyznania, iż jestem tylko żadnym widowiska gapiem.

— Wie pan… ja…

Rozszerzył usta. Grymas próbujący imitować uśmiech. Siekacze na górnej szczęce miał odrobinę dłuższe. Pieprzony królik, pomyślałem.

— Pan wybaczy. Nie chcę być wścibski.

Ale jesteś! Jesteś, do jasnej cholery! — miałem ochotę odpowiedzieć. Zamiast tego zachowałem się jak dziewięćdziesiąt procent społeczeństwa i odparłem (również z uśmiechem):

— Nic się nie stało. Nie jest pan wścibski. Po prostu zaskoczyło mnie to pytanie. Nie wiem, co tu się stało. Nie wiem, ile osób przeżyło. Stoję i obserwuję pożar.

— Piękny prawda?

Zmarszczyłem brwi.

— Słucham? Chyba nie rozumiem.

Niestety rozumiałem, co miał na myśli.

— Piękne płomienie. Wgryzają się w kościec budynku niczym nowotwór w ciało zdrowego człowieka.

Spoglądałem na niego, podczas gdy czoło i dłonie pokrył mi pot. Nie pierwszy raz miałem okazję spotkać świra, jednak facet i tak nieźle wyprowadził mnie z równowagi.

— Nie wiem, czy wypada podziwiać ogień w takich okolicznościach.

— A dlaczego nie wypada? — Wciąż ten uśmiech. Niech go trafi szlag. Lekko przechylił głowę w lewo niczym zainteresowany zabawką pies. — Podziw dla żywiołu, jakim jest ogień, nie zwróci nikomu życia. Rzeczywistość to chaos. Warto zaakceptować, że jesteśmy tylko workami kości w potężnym, niezmierzonym świecie.

— Okey — rzekłem i parsknąłem śmiechem. — Na pewno przemyślę pana słowa.

Już miałem odwrócić się w stronę budynku, gdy poczułem dłoń na ramieniu. Krótkie, serdelkowate palce wpiły się w materiał płaszcza, jakby zależało od tego życie ich właściciela.

— Wyobraź sobie, że wchodzisz do pokoju z kanistrem benzyny. Po prawej stronie stoi łóżeczko. Stajesz nad nim i przyglądasz się śpiącemu dziecku. Nowe życie, które nie ma pojęcia, jak naprawdę wygląda świat. Nie poznało jeszcze bólu. Nie poznało mocy zmian, jakie może wywołać jeden człowiek! — Wypowiedział te słowa niemal jednym tchem. Wlepiał we mnie wzrok, jakbym znał odpowiedź na wszystkie pytania. Króciutkie palce jeszcze mocniej ścisnęły moje ramie. — Wyobraź sobie, że oblewasz łóżeczko benzyną. Robisz to na tyle delikatnie, by nie obudzić dziecka. Jesteś dobry w tym, co robisz. Masz wprawę i dwie minuty później powietrze wypełnia zapach zapowiadający zniszczenie. Nowe życie zostanie starte na proch niczym… niczym…

— Dobrze już! — W głowie zobaczyłem obraz. Prawie jak wyświetlany film. Niski, krępy facet pociera zapałką o draskę. Płomień lśni na policzku dziecka. Sekundę później łóżeczko wstaje w płomieniach. Niemal czułem ból niemowlęcia. Płomienie spalały mój mózg. Spalały wnętrze, otwierając wszystkie rany, które z takim uporem starałem się zasklepić. Zobaczyłem Bognę płaczącą nad trumną, w której leży Darek. Choroba jednak okazała się zbyt silna i zabrała go przedwcześnie, przekreślając ich plany na przyszłość. — Kurwa, odwal się!

Musiałem uwolnić ramie z uścisku. Chciałem za wszelką cenę odsunąć się od tego popieprzonego grubasa. Zrobiłem kilka kroków w tył. Wpadłem na ludzi. Usłyszałem przekleństwa, jednak mało mnie to obchodziło. Najważniejsze, by uciec od płomieni. Obniżyć temperaturę ciała. Wskoczyć w śnieg i zapomnieć o wizji płonącego żywcem dziecka.

Wydzierał się za mną. „Poczekaj! — krzyczał. — Jeszcze z tobą nie skończyłem! Wiesz, gdzie jest ta dziwka!”.

— Spierdalaj, świrze — wyszeptałem, wciąż torując sobie drogę między otwartymi ustami i płomieniami tańczącymi na powierzchniach oczu. Dość miałem makabry i płomieni. — Co za popieprzony dzień.


*


Nie bez powodu wypowiedziałem ostatnie zdanie. Nim natknąłem się na płonącą kamienice, zdarzyło się kilka rzeczy, które zapoczątkowały spore zmiany w moim życiu.

Z samego rana dostałem telefon od matki. Starsza, upierdliwa kobieta mieszkająca w małej wsi niedaleko Szklarskiej Poręby oświadczyła, że mój syn — obecnie przebywający u niej na feriach zimowych — złamał sobie nogę, zjeżdżając na sankach. Gdy zapytałem, jak mogło do tego dojść, odparła, że dokładnie nie wie. Puściła go na górkę z bandą lokalnych psotników i tak to się skończyło. Nie miałem do niej pretensji, ponieważ doskonale zdawałem sobie sprawę, jak łatwo jest zrobić sobie krzywdę, gdy zamiast mózgu między uszami znajduje się niewyczerpane źródło energii a największym priorytetem są otaczający rówieśnicy. Niestety, moja partnerka… moja była partnerka nie należała do tak wyrozumiałych ludzi. Nie uważałem jej za najgorszego człowieka na świecie, nawet po tym, jak zostawiła mnie dla innego mężczyzny, jednak potrafiła być cholernie stanowcza. Czasem odnoszę wrażenie, że wszyscy mamy w sobie — głęboko ukrytą — ociekającą jadem osobowość umiejącą wyskoczyć w najmniej odpowiednich momentach.

Tak więc dostałem telefon od matki, dziadek zabrał dzieciaka do szpitala, a na mnie spadł wątpliwy zaszczyt powiadomienia o tym mojej byłej. Nienawidziłem załatwiać tego typu spraw przez telefon. Dłonie zaczęły mi drżeć i poczułem parcie na pęcherz. Organizm zachowywał się, jakbym zaraz miał wyjść na ring i walczyć o życie z mistrzem wagi ciężkiej.

„Hej Albert. Co jest? — usłyszałem jej słowa przebijające się przez kilka innych głosów. Szefowała w call center, więc byłem przyzwyczajony do tego typu niedogodności.

„Cześć, Bogna — podjąłem drżącym głosem niczym największy mięczak dwudziestego pierwszego wieku. — Mam nadzieję, że możesz rozmawiać”.

„Jakbym nie mogła, to bym nie odebrała, prawda?”.

„Racja, racja — wyszeptałem i przełożyłem telefon do lewej dłoni, ponieważ musiałem ściągnąć czajnik z gazu i zalać kawę. — Dzwoniła do mnie matka. Milan z bandą dzieciaków poszedł na sanki i złamał nogę. Stary zabrał go do szpitala”.

Wypowiedziałem dwa ostatnie zdania, jak najszybciej mogłem, ponieważ wiedziałem, że zechce mi przerwać i zadać tysiąc pytań. Poza tym wychodzę z założenia, że gorzką pigułkę trzeba przełknąć jak najszybciej.

„Jasna cholera, Albert… Mówiłam, że rodzie są za starzy i nie dadzą rady przypilnować młodego. Zadzwonię do Rogackiego i zaraz jadę do szpitala”.

„Mogę po ciebie zajechać. Będę wyjeżdżał za jakieś pół godziny”.

„Daj mi czterdzieści minut i pojedziemy razem”.

„W porządku”.

Do tej pory nie rozumiem, jakim cudem rozmowa przebiegła tak gładko. Jeszcze kilka lat temu, gdy mieszkaliśmy razem i rozbiłem butelkę drogich perfum, to dostałem opierdol z góry na dół i tydzień cichych dni. Tymczasem dzieciak sobie złamał nogę i żadnego obwiniania? Nawet kilku wyzwisk?

Dopiero jak przycisnąłem czerwoną słuchawkę i zwieracze mi się lekko rozluźniły, trybiki w głowie powoli weszły na obroty i zacząłem szukać przyczyn takiego zachowania. Nie łudziłem się, że Bogna sama z siebie postanowiła być milsza dla ojca swojego dziecka. Nie uważałem jej za ostatnią sukę, ale — jak wcześniej wspominałem — potrafiła być cholernie wredną istotą. Od kilku lat traktowała mnie jak zło konieczne. Ojciec dziecka — denerwujące tło, z którym będzie musiała się użerać jeszcze X lat. Nie miałem jej tego za złe. Poznaliśmy się w podstawówce, a w gimnazjum przez przypadek zrobiliśmy Milana. Takie związki zwykle spotyka kiepski koniec. Tymczasem my i tak zdołaliśmy rozstać się we względnej zgodzie i wychowywać razem dziecko.


*


Szedłem pod prąd. Coraz więcej ludzi zmierzało w stronę płonącej kamienicy. Bezskrzydłe ćmy z bijącymi sercami. Odziani w puchowe kurtki i czapki z pomponem gapie. Przypomniał mi się film z Christiną Ricci traktujący o świadkach ukrzyżowania Chrystusa, którzy zostali skazani na wieczne oglądanie największych okropieństw przydarzających się ludzkości. Taką karę wymierzył im Bóg, ponieważ nie czuli współczucia dla umierającego na krzyżu zbawiciela. Wyobraźnia od razu weszła mi na wyższe obroty i stworzyła tę okropną scenerię. Człowiek z przebitymi dłońmi i stopami; z krwawiącym bokiem i głową skierowaną ku niebu. Kilka metrów przed nim niewzruszeni ludzie. Przekrwione oczy napawające się męką Chrystusa.

Nie byłem specjalnie religijny. Nie chodziłem do kościoła i nie obchodziłem świat, lecz dorastanie w domu pełnym katolików, z tymi wszystkimi przygnębiającymi obrzędami, pozostawił piętno i — co tu dużo mówić — szacunek do jakiejś istoty wyższej, która na dziewięćdziesiąt procent była wytworem czyjejś wyobraźni. Również chciałbym wierzyć w to, że jesteśmy gatunkiem boskiego pochodzenia, a po trudnym życiu i bolesnej śmierci przeniesiemy się do miejsca, gdzie nie istnieje nic negatywnego. Zero bólu, głodu i wojen. Niestety, jak obserwuję poczynania naszego gatunku i czytam książki historyczne, to dochodzę do wniosku, że żaden Bóg nie chciałby mieć z nami nic wspólnego. Nawet taki szalony.

Odszedłem ponad kilometr od pożaru. Bez problemu dostrzegałem rzucaną przez płomienie łunę. Gdy spojrzałem w stronę jeziora, spostrzegłem odbitą na jego powierzchni pomarańczową poświatę. Wyobraziłem sobie ryby, które wyłaniają łebki z wody, by również załapać się na makabryczne widowisko, jakiego Perun nie widziało od dobrych kilku lat.

Jakieś piętnaście minut później dotarłem do mieszkania. Zamknąwszy za sobą drzwi, zrzuciłem płaszcz pokryty mieszaniną popiołu i śniegu, a następnie odkręciłem wodę pod prysznicem. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo pragnąłem wyciszenia w gorącej wodzie. Nie wiem dlaczego, ale kąpiel zawsze działała na mnie kojąco. Chyba większość ludzi ma tak, że może uspokoić galopujące myśli w wannie, czy pod prysznicem i przeanalizować kolejny szalony dzień na tym dziwnym świecie.


*


Zajechałem po moją byłą dokładnie czterdzieści pięć minut później. Miałem mały problem z samochodem, który przypominał bardziej chmurę rdzy na czterech kołach, niż pojazd dopuszczony do ruchu. Nie należałem do typowych, interesujących się mechaniką facetów, więc z każdym drobiazgiem musiałem lecieć do znajomego mechanika, nieraz się przy tym solidne błaźniąc. Gdy ludzie pytali mnie, dlaczego nie zezłomuję tego grata i nie kupię czegoś solidniejszego, odpowiadałem, że na pewno w końcu to zrobię. Serwowałem im tę wymijającą odpowiedź, ponieważ nie miałem odwagi przyznać się, iż kocham swojego garbusa, dlatego też nie mogę go po prostu wysłać na złomowisko. Mam też cichą nadzieję, że następny transport staroci przyniesie mi na tyle duże pieniądze, iż doprowadzę go do porządku.

Bogna wyskoczyła z siedziby firmy i szybkim krokiem ruszyła w stronę samochodu. Miała na sobie beżowy płaszcz, czarną spódnicę i usta pomalowane krwistoczerwoną szminką. Nie widzieć dlaczego, poczułem szybsze bicie serca na jej widok. Tak jakby szczeniacka miłość, którą byliśmy połączeni, wróciła ze zdwojoną siłą, by boleśnie przypomnieć, co bezpowrotnie utraciłem.

„Hej” — powiedziała, wskakując na miejsce pasażera.

„Z wiekiem robisz się coraz piękniejsza — wypadło mi z ust, nim zdążyłem, ugryź się w język. Nacisnąłem pedał gazu i zacząłem wyjeżdżać z parkingu. — Darkowi naprawdę się poszczęściło”.

Nie odpowiadała przez dobrą minutę, więc nabrałem pewności, że przegiąłem pałę z tym komplementem. Gdy wyjechałem na prostą i spojrzałem na w kierunku Bogny, spostrzegłem, że zaciska usta w cienką kreskę, a po policzkach spływają jej łzy. Chciałem coś powiedzieć, ale gardło nie zamierzało mi na to pozwolić. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnąłem, to wyrządzić ci jakąkolwiek krzywdę, pomyślałem. Nie mogłem patrzeć, jak cierpi, ale coś mi podpowiadało, że jest jakaś inna przyczyna jej smutku. Znaliśmy się od dziecka i najlepiej ze wszystkich ludzi zdawałem sobie sprawę, jak twarda potrafi być moja była ukochana. Takie słowa mogły ją co najwyżej rozzłościć; doprowadzić do tego, że wypaliłaby w moim kierunku jakąś ociekającą jadem ripostą, ale nie płakała w ciszy jak mała dziewczynka.

„Bogna? — podjąłem, gdy cisza zaczynała mi coraz bardziej ciążyć na barkach. — Czy powiedziałem coś nie tak? Nie miałem pojęcia, że wypadek Milana wyprowadził cię z równowagi do tego stopnia”.

„Milan przelał czarę goryczy”.

Nic nie odpowiedziałem. Wiedziałem, że zacznie mówić wtedy, gdy będzie gotowa. Ściszyłem radio, gdzie dwóch polityków obrzucało się standardowym pustosłowiem, zredukowałem na niższy biegi, ponieważ drogę pokrywała cienka warstwa świeżego puchu i skupiłem na pracy wycieraczek, by nie zdradzać oznak zniecierpliwienia. Zastanawiało mnie, co z Milanem. Wiedziałem, że złamanie nie było otwarte, a ojciec ogarnie sytuację. Na staruszka można było liczyć jak na nikogo innego. Przez całe życie mnie wspierał i przyjmował na klatę przeciwności losu typowo dla szczycącego się honorem mężczyzny starej daty. Nawet gdy przyniosłem do domu wieść, że Bogna jest w ciąży, to nie wpadł w panikę jak matka, a usiadł i ze mną pogadał. Może to zabrzmi okropnie, lecz Milan wybrał sobie dobre miejsce do tego typu wypadku. Ja pewnie wydarłbym się na niego i biegał z kąta w kąt jak wariat.

„Zdiagnozowali u Darka stwardnienie rozsiane — wyszeptała nagle Bogna, akurat, gdy mocowałem się z otwarciem wywietrznika. Miałem naprawić to plastikowe badziewie już z pół roku temu, ale tego typu drobiazgi kompletnie wypadają mi z głowy. — Pieprzone stwardnienie rozsiane”.

Nienawidzę, wprost nienawidzę, jak ktoś w podobnych okolicznościach mówi, że mu przykro. To jeden z najbardziej fałszywych i pustych zwrotów, jakie miałem okazję słyszeć. Kiedy dawny znajomy oświadcza mi, że umarł jego ojciec; starszy facet, którego nigdy nie znałem, dostał zawału i padł we własnej kuchni. Okropna tragedia. Nikogo z nas to nie minie, jednak w życiu nie powiedziałbym, że mi przykro. Bo i jak może mi być przykro, skoro faceta nigdy nie znałem, a z kolegą ostatni raz rozmawiałem w gimnazjum? Nie ciszę się z jego krzywdy, ale też nie jest mi przykro. To po prostu kolejna tragedia.

„Słyszałem co nieco o tej chorobie — stwierdziłem. — Jasna cholera, Bogna. Jak Darek to przyjął? Trzyma się jakoś?

Kolejne łzy skapujące na białą bluzkę z logiem call center. Nie mogłem na to patrzeć. Z jakiegoś powodu ciężko obserwować cierpienie osób, które kiedyś stanowiły dla nas cały świat. Jakby miłość zostawiała w świadomości nieodwracalne piętno.

Przycisnąłem mocniej pedał gazu i przygryzłem wnętrze policzków. Nie mogłem pozwolić sobie na słabość. Nie w takiej sytuacji.

„A jak ty byś przyjął taką wiadomość? — zapytała bez cienia gniewu. Jej usta ledwo się rozchylały przy wypowiadaniu kolejnych słów. — Plany na przyszłość legły w gruzach. O powiększeniu rodziny nie ma już mowy. Wszystko rozpierdolone w drobny mak. Całe życie przewrócone do góry nogami. Ledwo daję radę, a czeka mnie najdłuższa i najcięższa bitwa w życiu”.

Poczułem ukłucie zazdrości. Nie miałem pojęcia, że Bogna planuje powiększenie rodziny. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, iż gdzieś w środku pozostały mi uczucia do tej kobiety. Może nie było ich zbyt wiele, lecz wystarczająco, by wprowadzić zamęt i sprawić, że dzień stał się jeszcze gorszy. Co ze mnie za człowiek, skoro na wieść o ciężkiej chorobie Darka całe skupienie ruszyło w stronę zazdrości? Czy jest jakaś okoliczność łagodząca?

„Dlaczego nic nie mówisz? — zapytała, gdy cisza wewnątrz samochodu utrzymywała się za długo. Następnie wytrząsnęła z paczki papierosa i odpaliła. Nie znosiłem, gdy ktoś palił w samochodzie, lecz w takiej sytuacji nie zamierzałem nic mówić. — Wal śmiało. I tak nie pogorszysz sytuacji.”

„Nie wiem, co miałbym ci odpowiedzieć. Nie znam się na tej chorobie, choć wiem, że na obecną chwilę jest nieuleczalna — stwierdziłem. Dojechaliśmy do skrzyżowania, więc włączyłem kierunkowskaz i skręciłem w prawo. W oddali widać było już budynek szpitala. — Dzieci też możecie mieć. Nie wiem, czy jest to rozsądne, ale tak wielkich marzeń nie powinno się deptać. Może jest jakieś wyjście… jakiś sposób?”.

Odwróciła się do mnie tak gwałtownie, że niemal podskoczyłem na siedzeniu. Wielkie, brązowe oczy prawie przepalały skórę. Czułem, jak na policzki wypływa mi rumieniec i nienawidziłem się za to. Dlaczego nie potrafię rozmawiać z kobietami? — pomyślałem, zaciskając zęby. — Dlaczego wciąż z taką łatwością peszą mnie najmniejsze drobiazgi?

Pragnąłem coś dodać. Zalać wodą wypowiedziane wcześniej, rozgrzane do czerwoności słowa, ale ostatecznie tego nie zrobiłem. Chciała wiedzieć, jakie jest moje z danie, więc proszę bardzo. Nie powinienem wstydzić się szczerości.

„Nie wiadomo, z jaką szybkością będzie postępować choroba. Za kilka lat Darek może wylądować na wózku, a ty mi mówisz, że wciąż możemy mieć dzieci?”.

Żyła pulsowała na jej skroni. Wiedziałem, że stąpam po cienkim lodzie. Nim otworzyłem usta, zdałem sobie sprawę z jednej bardzo ważnej i — w obecnej sytuacji — cholernie druzgocącej rzeczy: Bogna wyrosła na piękną kobietę. Wyglądała niczym gwiazda filmowa.

„Wszystko zależy od tego, jak bardzo pragniecie kolejnego dziecka. Nie zamierzam ci wmawiać, że będzie łatwo; może będziesz musiała podcierać tyłek niemowlęciu i pomagać Darkowi w codziennych zajęciach. Nie chcę wciskać ci kitu, a jedynie uświadomić, że choroba nie jest przekreśleniem waszego szczęścia, a solidnym kopniakiem w dupę od losu, który ma jakieś plany wobec każdego z nas”.

„Boję się, Albert. Cholernie się boję, wiesz?”. — stwierdziła i ukryła twarz w dłoniach. Byliśmy już na parkingu szpitala.

Spojrzałem na nią i coś we mnie pękło. Wziąłem ją w objęcia i wtuliłem twarz we włosy, których zapachu nigdy nie wypędzę z pamięci.

„Jesteś najodważniejszą, najinteligentniejszą kobietą, jaką znam. Mieliśmy dziecko w tak młodym wieku i przetrwaliśmy wyłącznie dzięki tobie. Dzięki twojemu pozytywnemu, bezkompromisowemu i odważnemu podejściu do życia. Zawsze stawiasz na swoim i potrafisz ciężko pracować, by dojść do oczekiwanych efektów. Wiem, że jest ciężko. Choroba Darka i wypadek Milana to coś strasznego, jednakże dasz radę. Zadaję sobie sprawę, że nie jesteśmy i po tym wszystkim, co przeszliśmy, nigdy nie będziemy przyjaciółmi, ale wiedz, że zawsze możesz na mnie liczyć. Byłaś moją pierwszą miłością i na zawsze zostaniesz najbliższą sercu kobietą. Nie rezygnuj z marzeń i proszę cię — nie poddawaj się”.

Siedzieliśmy bez ruchu przez następne kilka minut. Obejmowałem jej drżące ciało i wracałem do wspomnień, gdy jako nierozsądne dzieciaki spędzaliśmy lato nad wodą; gdy poznawaliśmy swoje ciała i zatapialiśmy w sobie bez pamięci. Wtedy pierwszy raz w życiu poczułem, że mam kogoś bliskiego. Pierwszy raz zdałem sobie również sprawę z tak potężnej emocji, jaką jest pierwsza miłość.


*


Wyszedłem spod prysznica, wytarłem tyłek ręcznikiem i ruszyłem do kuchni w poszukiwaniu pożywienia. Ostatni raz jadłem zupkę chińską przygotowaną przez panią ze szpitalnego sklepiku i czułem potworne ssanie w żołądku.

Po wejściu do szpitala i dotarciu do Milana — o dziwo — wszystko poszło gładko. Dzieciak miał już na nodze gips i rozprawiał o czymś z dziadkiem. Wyglądało na to, że mało przejął się złamaniem, ponieważ na nasz widok jego twarz rozpromienił taki uśmiech, jaki często pojawiał się, gdy znajdował prezenty od Mikołaja pod choinką. Niespełna dwie godziny później siedzieliśmy już w mieszkaniu Bogny i piliśmy herbatę. Dziękowałem Bogu, że nie zastaliśmy Darka. Nie miałem nic przeciwko facetowi. Jego choroba też nie stanowiła dla mnie żadnego problemu, ale nie chciałem zmuszać go do smal talku w tak ciężkiej sytuacji. Chyba oszalałbym, gdybym musiał rozmawiać z kim o pogodzie, zaraz po usłyszeniu takie diagnozy.

„Gdybyś czegoś potrzebowała, to dzwoń — powiedziałem do Bogny na pożegnanie. — Nie żartuję i nie próbuję być miły. Jesteśmy… byliśmy rodziną i nigdy nie życzyłem ci źle. Nawet wtedy, kiedy było między nami najgorzej”.

Zmrużyła oczy i lekko wykrzywiła usta. Osoba postronna pewnie nie zauważyłaby tego grymasu, jednak ja dobrze zdawałem sobie sprawę, że to uśmiech. Lekki, nikły, ale jednak.

„Nawet wtedy, kiedy wywaliłam cię z domu, bo upiłeś się z kolegami?”.

„Okey, wtedy może trochę życzyłem ci źle — odparłem, lekko się uśmiechając. — Ale tylko trochę… Trzymaj się, Bogna. Oby wszystko jakoś się ułożyło”.

„Oby — odparła, a jej twarz przestała wyrażać jakiekolwiek uczucia. Nie chciałem się nawet domyślać, jak bardzo cierpi. — Dziękuję”.

Tak o to przebiegła większość dzisiejszego dnia. Niby zwykły wtorek. Zaledwie jeden dzień z trzystu sześćdziesięciu pięciu; jeden z pozoru mało znaczący zlepek dwudziestu czterech godzin, który poprzestawiał niemal wszystkie pewniki, jakie nosiłem w głowie od dłuższego czasu. Jakby zbliżająca się dostawa antyków nie była sama w sobie wystarczającym obciążeniem dla mojego przewrażliwionego, umęczonego mózgu. Dlaczego miło spędzany czas pędzi w naszej głowie, a chwile udręki zdają się wiecznością? Chyba nigdy nie pojmę, z jakiego powodu rzeczywistość pod tyloma względami przypomina starą, wredną kurwę.


*


Zjadłem grzanki z ketchupem, wypiłem litr ciepłej herbaty i położyłem się do łóżka. Zapomniałem zrobić zakupy, więc nie miałem wielkiego wyboru, jeżeli chodzi o kolację. Może gdybym posiadał kogoś bliskiego, łatwiej szłoby się przez życie? — dedukowałem, zwinięty w pozycję embrionalną. — Może już czas rozejrzeć się za kolejną kobietą? Od czasu, gdy Bogna mnie zostawiła, minęło jakieś pięć lat. Przez ten czas zajęty byłem pracą i wychowywaniem dziecka. Nie należę do bawidamków i nie interesuje mnie okazjonalny seks, choć muszę przyznać, że trwanie bez odrobiny bliskości jest cholernie ciężkie.

Może gdzieś w głębi duszy liczyłeś na to, że Bogna do ciebie wróci? Sam dzisiaj w samochodzie przyznałeś, że gdzieś w środku wciąż przetrzymujesz do niej jakieś uczucia.

— To nie tak — odparłem i przewróciłem się na drugi bok. Księżyc wpadał przez okno, podpalając tańczącą z wiatrem firankę. — Nie o to mi chodziło i niczego nie przetrzymuję.

Uczucie pozostawiło piękno; taką nigdy niegojącą się ranę, o którą trzeba dbać, bo inaczej zacznie gnić. Miłość raz wyniosła Bognę na specjalne miejsce w mojej głowie i zostanie ona już tam na zawsze, lecz obecnie nie ma śladu po tym, co czuliśmy do siebie niegdyś. Dlatego uważam, że pora poszukać kogoś innego; może akurat spotkam wartościową kobietę na swej drodze?

Wnętrze znowu zaczęło coś odszeptywać. Lubiłem z nim polemizować. To pomagało spojrzeć na podejmowane decyzje z różnych perspektyw i ułatwiało zasypianie. Niestety, nie zawsze była pora na dysputę z własnym umysłem, a mojego wewnętrznego chochlika nie interesował fakt, że akurat prowadziłem samochód, albo wykłócam się o coś z Milanem. Po prostu siadał z zapalniczką i odpalał serię rac, które zakłócały spokojny bieg myśli i wprowadzały jeden wielki, pieprzony chaos.

Nie wiedzieć kiedy, zacząłem zapadać się we własny umysł, jakby ku dnie ściągała mnie para muskularnych rąk. Świat zanikał. Tracił ostrość. Ciemny pokój rozświetliły płomienie. Znowu znajdowałem się na miejscu pożaru, jednak teraz nie stałem ramię w ramię z gapiami, a między płonącymi ścianami jednego z mieszkań. Płomienie lizały tapetę. Trzaski i wężowy syk wypełniał cały świat. Gdy wyszedłem na korytarz, spostrzegłem kobietę. Była owinięta kocem, z którego skapywała jakaś substancja. Domyślałem się, że to woda, mająca chronić skórę przed poparzeniem. Spojrzawszy w dół, spostrzegłem, że podeszwy butów nieznajomej zostawiają na ziemi brązowawe ślady.

— Niech pani stąd natychmiast ucieka! Podeszwy się panię topią! Zaraz cały budynek trafi szlag!

Zdawała się mnie nie słyszeć. Twarze smerfów nadrukowane na kocu rozszerzały sarkastyczne uśmiechy. Nie interesowało ich, że nieznajoma próbuje otworzyć drzwi i wydostać się na klatkę schodową. Nie mogła wiedzieć, że stara, dębowa konstrukcja już dawno przypominała jedno wielkie ognisko. Choć nie, może zdawała sobie z tego sprawę w jakiś najgłębszych czeluściach umysłu, lecz instynkt przetrwania nalegał, by walczyła; by nie zwracała uwagi na pękające bąble i za wszelką cenę wydostała się z tej cholernej pułapki.

Próbowałem jej jakoś pomóc, ale nie miałem wpływu na otoczenie. Mogłem tylko obserwować jako niematerialny byt z innego świata. W życiu nie miałem tak wyrazistego i przerażającego snu. Po kilku minutach koc prawie całkowicie wyschnął, a następnie zaczął się tlić. Nie mogłem na to patrzeć. Krzyczałem z całych sił, by szukała innego wyjścia, ponieważ lada chwila stanie w płomieniach. Wtem, jakby usłyszała wołanie, ponieważ najpierw spojrzała prosto mi w oczy, a następnie zaczęła biec. Korytarz miał dobre kilka metrów, więc zdążyła porządnie nabrać szybkości. Prawie do samego końca nie wiedziałem, o co jej chodzi. Z przerażeniem obserwowałem, jak koc zsuwa się z jej głowy, a włosy zajmują ogniem. W zwolnionym tempie mogłem obserwować pozostawiane przez podeszwy ślady.

— Nie… nie rób tego! — krzyknąłem i rzuciłem za nieznajomą.

Było za późno. Jej kruche ciało przebiło okno, na którym zostały kawałki skóry i ubrania, a następnie poszybowało w dół. Ciągnął się za nim smród spalenizny i ścieżka dymu. Gdy podszedłem do okna i spojrzałem w stronę ulicy, spostrzegłem, że kobietą zajmują się już sanitariusze. Kilka metrów dalej stali zgromadzeni ludzie, a wśród nich grubasek w okrągłych okularach. Z początku sądziłem, iż zadziera głowę, by — podobnie jak reszta — podziwiać żywioł w akcji. Potrzebowałem chwili, by zdać sobie sprawę, że parszywy skurwysyn patrzy wprost na mnie… i się cieszy; rechocze na tyle intensywnie, że mogłem dostrzec drżące zwały tłuszczu. Miałem ochotę zeskoczyć i zetrzeć kopniakami grymas z jego twarzy. Niestety, coś zakłóciło delikatną tkankę snu i sekundę później byłem już we własnym łóżku. Spocony, skołowany i zły wpatrywałem się z pajęczynę na suficie i pierwsze promienie słońca wpadające przez okno.

— Niech to wszystko piekło pochłonie — stwierdziłem i ruszyłem do łazienki z pełnym pęcherzem.


*


Rankiem miasto śmierdziało spalenizną, jakby podczas mojego snu spłonęło jeszcze kilkadziesiąt kamienic. Podejrzewałem, że płaszcz przesiąknął smrodem wczorajszego wieczoru i stąd te dziwne odczucie. W nocy kiepsko spałem z powodu dziwnych snów. Żołądek przypominał o sobie dziwną ciężkością, jakbym przed pójściem spać wypił litr wódki. Nie mogłem osadzić otoczenia w rzeczywistości. Głowa podpowiadała, że wciąż śnię i mijający mnie ludzie to tylko dwuwymiarowe twory przeciążonego ostatnimi wydarzeniami umysłu. Nie pomagała sięgająca dwóch stopni na plusie temperatura, która sprawiała, że śnieg zsuwał się z dachów i drzew. Wszystko dookoła było wilgotne i nieprzyjemne w dotyku. Miałem ochotę wrócić do domu, wskoczyć pod kołdrę i przeczekać następne dwadzieścia cztery godziny. Niestety, czekała mnie praca do wykonania i pieniądze do zarobienia.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 23.38