Autor udostępnia do przeczytania 25% swojej książki

Kup książkę

Opowiadanie 1

Zuzanna Tylska

Rano budzi mnie zbyt głośne brzęczenie budzika. Wzdycham ciężko. Mrugam dwa razy zanim otwieram oczy na dobre. Kolejny dzień zaczynający się tą samą rutyną. Łóżko wydaje się krzyczeć „zostań ze mną”, ale muszę wstać. Życie młodego dorosłego nie jest takie, jakie sobie wyobrażałem. Wisząca w pokoju kartka kalendarza pokazuje mi dzisiejszą datę 25 listopada, sobota. Zastanawiam się, dlaczego przy dacie widnieje duży, czerwony wykrzyknik… Przecieram oczy starając się sobie przypomnieć, co mam dziś zrobić. Cholera zapomniałbym na śmierć, przecież dzisiaj jadę z Luizą na obiad do jej rodziców. Na samą myśl ściska mnie w żołądku. A nie, to tylko głód. Strach złapie mnie, gdy będę musiał siedzieć sztywno przy stole przez dwie godziny i udawać, że chcę prowadzić z nimi rozmowę. Zerkam na zegarek. Zaraz muszę wstać. Przecieram oczy jeszcze raz. Ścielę pościel dokładnie, nigdzie nie może być zmarszczek. Przechodząc obok kalendarza skreślam dzisiejszą datę. Kolejny dzień z życia. Za oknem pogoda godna pożałowania, deszcz, deszcz i deszcz. Łóżko przyciąga mnie do siebie jak magnes, ale brzuch zaczyna burczeć. Czas na śniadanie; nie ma lepszego posiłku od sałatki i kawy. Jeszcze ubranie się w ciepłe ubrania. Co mam dziś do zrobienia? Zaglądam do lodówki. Zakupy. Przechodzę do biurka. Nauka. Plus ta obecna pogoda wprowadza w jeszcze bardziej melancholijny nastrój. Znów zerknąłem na stertę ułożonych książek na biurku. Często, gdy po 20 minutach czytania tego samego tekstu z kolejnej encyklopedii nachodzą mnie myśli „czy to wszystko ma sens?”. Otrząsam się z głębszych myśli. Rozglądam się po pokoju. Wszystko na ogół leży na swoim miejscu. Mimo to postanawiam wyjąć szczotkę i zamieść podłogę i wytrzeć kurze. Po 33 minutach siedzę usatysfakcjonowany na krześle w kuchni. Przypomina mi się o zakupach, może kupię jakieś wino do obiadu. Nic specjalnego. I tak tego nie docenią. Widzą mnie ciągle przez pryzmat mojej przeszłości. Zakładam kurtkę. Moja przeszłość również rzuca mi cień na teraźniejszość. Szalik na swoim miejscu. Nic nie poradzę na to, jaki byłem. Niestety, oni nie potrafią spojrzeć na mnie obiektywnie. Zamykam drzwi. Nie jestem już tamtym człowiekiem. Muszę poprawić wycieraczkę, ponieważ lekko się przekrzywiła. Wyruszam do najbliższego sklepu spożywczego. Do czasu otworzenia drzwi, w czasie drogi zdążyły mi przemknąć przez głowę standardowe pytania „czy życie ma sens” „czy pozostawię po sobie coś ważnego”, „czy moje życie wpłynie kiedyś na kogoś?”. Niestety, nigdy nie udało mi się i pewnie nie uda odpowiedzieć na te pytania. Ciepłe powietrze i zapach kiszonych ogórków ze sklepu uderza moją twarz. Kasłam lekko, ponieważ nie przepadam za tym zapachem. Rzucam spojrzenie na znajomą twarz sprzedawcy. Udaję, że się uśmiecham. Chleb, masło, nabiał, wino. Przesuwam wszystko na ladzie.

— Och, widzę dzisiaj dla odmiany trunki. — Śmieje się mężczyzna. — No no, kto by się spodziewał, ja na pewno nie, że zmienisz coś w swoim wyborze.

Staram się opanować złość narastającą z każdym słowem wypowiedzianym przez niego. Milczę więc patrząc tępo na bochenek chleba leżący na blacie.

— Coś nie wierzę, że to dla ciebie. Może kupujesz to jakimś niepełnoletnim dzieciakom pod sklepem?

Wciąż milczę i czekam, aż skasuje moje zakupy. Spoglądam mu w oczy. Szydzą ze mnie. Mam ochotę wybiec stamtąd, lecz stoję nieruchomo.

— Rozumiem, znowu ci gorzej? I co szukasz pomocy w alkoholu?

Wzdrygam się na jego słowa. Coś we mnie pęka.

— Nie ma pan nic innego do roboty, tylko wtrącać nos w nie swoje życie? — staram się zachować opanowany głos. — Mógłby pan skasować łaskawie moje zakupy, bo mi się spieszy, a pan prawi jakieś farmazony.

Zaciskam pięść zniecierpliwiony jego mozolnymi ruchami. Już się nie odezwał. I bardzo dobrze. Płacę i wychodzę również bez słowa. Idę prosto przed siebie okrężną drogą do mieszkania. Nie wiem, dlaczego. Czuję pogodę, może również przez zimny wiatr czuję, że jednak żyję. Przez spływające po twarzy krople deszczu czuję, że jednak żyję. Może tego potrzebowałem. Upewnić się, że jednak jest już dobrze. Zimny deszcz, który narasta, chłodzi moje emocje. Spostrzegam, że stoję w miejscu. Jednak przez moje ciało przechodzi fala chłodu. Czas wracać. Poprawiam szalik i ruszam przed siebie. Słysząc dźwięk sms’a wyrywam się ponownie z przemyśleń. To Luiza z informacją, żebym przyjechał po nią później, bo jej coś wypadło. Nie odpisuję, tylko przekraczam drzwi mieszkania. Wkładam produkty na swoje miejsce. Nasze zdjęcie na lodówce jest przekrzywione. Poprawiam je i chwilę patrzę na nasze uśmiechnięte twarze. Jest dla mnie wszystkim. Gdyby nie ona, pewnie nie stałbym teraz na środku kuchni tylko leżał w piachu. Jej zawdzięczam moje życie. Dlatego jej rodzice mnie nienawidzą. Wybrała nieudacznika na partnera życiowego z dużymi problemami i małą pasją. Dzisiaj będę wysłuchiwać narzekania, ale musze wytrzymać. Dla niej. Jeszcze raz rzucam spojrzenie na zdjęcie. Mimowolnie uśmiecham się pod nosem i kieruję się do pokoju. Jak może tu być taki bałagan. Książki leżą na biurku byle jak, nie w rosnącej kolejności. Wzdycham i układam je. Szkoda, że nie można tak łatwo ułożyć swoich myśli. Odwracam się żeby zobaczyć zegarek. Wskazówki wlokły się po tarczy. Postanawiam wziąć długi prysznic, żeby się oczyścić nie tylko fizycznie, lecz i psychicznie. Gorąca woda spływa po mojej głowie, a wraz z nią wszystkie złe emocje i myśli. Trzy krótkie uderzenia w drzwi wejściowe. Dziwię się, ponieważ nie spodziewam się nikogo. Szybko ubieram ubrania na mokre jeszcze ciało.

— Niespodzianka! — Luiza krzyczy z progu rzucając się na moją szyję. — Przyjechałam wcześniej, żeby sprawdzić jak się czujesz przed tym makabrycznym obiadem.

Przeczesuje moje włosy z czułością. Uśmiecham się lekko.

— Nie jestem małym dzieckiem, ale także nie skacze z radości na widok twoich rodziców. Myślałem, że mam przyjechać później.

— Widzisz a jednak nie. — wymusza uśmiech. Coś mi nie pasuje. Zerkam na nią podejrzliwie, ale odrzucam czarne myśli.

— Dobrze. Chcesz coś do picia, czy zbieramy się do wyjazdu?

Siada na krześle w kuchni i spogląda przez okno. Zachowuje się dziwnie, co mnie martwi. Zawsze żywa, energiczna, a teraz pełna zadumy. Podchodzę i delikatnie dotykam jej ramienia. Wzdryga się. Coś musi być na rzeczy.

— Możemy się zbierać? Chcę mieć to już z głowy. Wieczorem sobie odbijemy.

Uśmiecha się lekko. Czy martwi się stosunkiem rodziców do mnie? Czy może coś innego siedzi jej w głowie? Wchodzę do pokoju, żeby przebrać się w bardziej eleganckie ubrania. Przygładzam koszule kilka razy, zanim będzie dobrze leżała. Biorę pod rękę moją dziewczynę i wychodzimy z mieszkania. Cholera wino. Wracam się i sięgam po trunek. Luiza dziwi się, że sam z siebie chcę być dla nich miły.

— To tylko do obiadu, mam nadzieję, że chociaż będzie dobry.- śmieję się.

Zamykam drzwi. Schodzimy na parking. Zastanawiam się, czy na pewno drzwi nie są otworzone. Luiza widząc mój wyraz twarzy rzuca tylko „tak, zamknąłeś”.

Ruszamy w drogę, muzyka leci z radia a dziewczyna nuci pod nosem kawałek. Kątem oka widzę, że skupia się na otoczeniu za oknem. Coś się musiało stać, wmawiam sobie. Zaciskam ręce na kierownicy i przyspieszam. Wzrasta we mnie złość, nie wiem, dlaczego. W końcu, gdy zatrzymuję się pod domem jej rodziców, pytam wprost:

— Czy coś się stało?

Spogląda na mnie zdziwiona, marszczy brwi oraz zastanawia się, co ma odpowiedzieć. Ciszę przerywa odgłos przychodzącego sms’a. Odblokowuje telefon. Przemek, informuje, że szykuje się impreza. Czyli w dzień zakładam maskę przykładnego zięcia, a w nocy zwierzęcia sobotniej nocy. Potrzebowałem odskoczni po dzisiejszym dniu. Pytam czy idzie ze mną, zawsze na imprezach pilnujemy się nawzajem, żeby nie doszło do nieprzyjemnych incydentów.

— Dzisiaj nie mogę kochanie, jestem umówiona z przyjaciółką.

Nie ukrywam dziwnego rozczarowania, ale nic nie mówię. Przygładzam koszulę i kieruję się do domu „rodziców”. W progu wita nas mama Luizy, posyła mi żmijowaty uśmiech. Dom jest przytulny, pachnie w nim jedzeniem. Wręczam wino i zasiadamy do stołu. Rozmowa się nie klei, a raczej wyklucza moją osobę, jakbym był powietrzem. Czuję jak złość znowu narasta. Poprawiam koszulę i zaciskam pięść pod stołem. Nie wiem, co ja tu robię. Chce wyjść jak najszybciej. Czuję ciepłą dłoń na swojej. Luiza łapie mnie mocno, a jej wzrok mówi, żebym się uspokoił. Wzdycham pod nosem. Siedzę jak na skazaniu, ale nie mam innego wyboru. Rozglądam się po jadalni. Na ścianie po mojej prawej usiadł motyl. Nie, to nie motyl, to ćma. Przyglądam się jej bliżej, ale gdy jestem za blisko ona płoszy się i odlatuje. Chcę ją złapać. Muszę. Podążam za nią wzrokiem, ponieważ leci w stronę reszty rodziny. Luiza odwraca do mnie zdziwioną twarz. Tym razem w jej oczach nie ma żadnego koloru tylko czerń. Strach, to czuję. Próbuje do mnie coś powiedzieć, ale ja słyszę tylko szum. Jej rodzice mają tak samo czarne gałki oczne, tylko ich wzrok wyraża pogardę. Do strachu dochodzi wściekłość. Łapię się za głowę, bo czuję, jak pulsuje. Odsuwam się przewracając krzesło i wybiegam do łazienki. Co się dzieje. Po zatrzaśnięciu się w łazience upadam na podłogę. Pisk w mojej głowie staje się coraz głośniejszy, mocniejszy. Nie wierzę w Boga, ale teraz modlę się do niego, żeby to ustało. Niewyobrażalny ból przechodzi przez moją skroń. Zaciskam powieki. Proszę, proszę, proszę niech to przejdzie. Czuję ramiona otaczające moje ciało. Podnoszę głowę z zimnej posadzki. Ćma wyfruwa przez drzwi, w których stoją rodzice Luizy i patrzą na mnie z przerażeniem. Sama dziewczyna próbuje mnie uspokoić. W ciągu sekundy wszystko znika. Jestem w kompletnym szoku. Luiza widząc, że wróciłem do normy przytula się mocno. Zapach jej perfum całkowicie przywraca mnie do życia.

— Musimy stąd jechać proszę.- szepczę słabo mojej dziewczynie.

Pomaga mi wstać i prowadzi pod rękę, a ja roztrzepanym wzrokiem szukam tej ćmy. Myśli w moim mózgu mkną aż za szybko, kompletnie nie wiem, co się stało. Czy to był atak paniki? Czy atak paniki pomieszanej ze wściekłością? Rodzice Luizy mają mnie teraz za wariata. Nie, nie, nie wszystko zepsułem. Dziewczyna prowadzi mnie do samochodu. Boję się na nią spojrzeć, gdy prowadzi samochód. Gdy zatrzymuje się na parkingu pod moim mieszkaniem, wiem, że czeka nas rozmowa.

— Wiesz, że ja nie… — Zaczynam, ale przerywa mi.

— Nawet nie wiesz jak mi jest teraz wstyd, Natan. Co oni muszą sobie myśleć? Pewnie, że jesteś niezrównoważony psychicznie. Dlaczego nie mogłeś wytrzymać tych kilkunastu minut. Naprawdę, co cię do cholery napadło? Bardzo się przestraszyłam. Było już z tobą lepiej Natanielu, dlaczego nie mówiłeś, że coś się dzieje?

Milczę, nie było ze mną gorzej. Po prostu wszystko się we mnie zebrało i…

— Przepraszam. Naprawdę nie wiem, co we mnie wstąpiło.

Wysiada z auta. Jest zła. Nie wiem, co robić. Trzask drzwi. Wychodzę szybko i idę za nią.

— Poczekaj…

— Nie, mam już dość, naprawdę. Zostaw mnie. — Urywa i odchodzi.

Stoję w osłupieniu. Nie. Nie, nie, nie. Łzy powoli spływają po moich policzkach.

Mija chwila zanim nogi niosą mnie za nią. Jeden krok, drugi krok. Doganiam ją, ale ona jest zajęta rozmową przez telefon. Jak może być taka spokojna. Zerka na mnie ze złością i odchodzi dalej rozmawiając. Znowu pływa ta fala gniewu. Łapię ją za przedramię i patrzę prosto w oczy.

— Co ty robisz?

— Nie możesz mnie zostawić, Luiza, proszę. Ja naprawdę przepraszam. To już się nie powtórzy.- Mówię błagalnym tonem.

— Tak, nie powtórzy się, bo z nami koniec.

Podjeżdża samochód. Szyba opuszcza się, a na miejscu kierowcy siedzi Przemek. Kompletnie gubię wątek. Czy to do niego dzwoniła? Czy coś ich łączy? Puszczam dziewczynę i stoję w miejscu, gdy oni odjeżdżają. Nawet nie patrzę za samochodem. To koniec. Stoję w miejscu i nie wiem, co robić. Przez to wszystko nie zauważam, że pada deszcz, albo to są moje łzy. Ojciec nauczył mnie, że to normalne mieć uczucia, ale co gdy nie czuje się zupełnie nic, tylko ściskający ból w klatce piersiowej?

Nie wiem, jakim cudem już siedzę w swoim pokoju. Pustka. Już nic nie ma sensu. Kto będzie stanowił mój jedyny sens. Nikt. Już nikt. Już nie ma dla kogo się starać. Wokół panuje bałagan. Nawet mnie to nie drażni, wstając rzucam książką gdzieś ze złością. Przechodzę do łazienki biorąc ze sobą prawie pustą butelkę alkoholu. Przeszukuję szafki, szuflady w poszukiwaniu tej jednej rzeczy przeznaczonej na gorszą chwilę. Zerkam na lustro. Podkrążone całe oczy. Przerażam się i uderzam pięścią w odbicie. Kolejna porcja bólu. Osuwam się na podłogę pokrytą kawałkami szkła. W ręce trzymam pojemniczek z lekami. Bez myślenia wysypuję dużą ilość połykam popijając haustem alkoholu z butelki i…

Opowiadanie 2

Grzegorz Kuznowicz

25 listopada. Jak co dzień wstałem prawą nogą (na szczęście) mrugnąłem dwa razy (też na szczęście) i po krótkiej wizycie w łazience wróciłem do pokoju zobaczyć wpisy w kalendarzu. Przy tej dacie stał tłusty, czerwony wykrzyknik, lecz brak było przy nim jakiegoś odnośnika. Nie pamiętam, kiedy go dopisałem.

25 listopada. Dzień, w którym, jak się później, okazało straciłem więcej niż miłość mego życia. Jednak wtedy zaprzątnięty byłem bardziej prozaicznymi rzeczami, w rodzaju dokładnego wysprzątania całego mieszkania czy zjedzenia zdrowego śniadania.

Przeczytałeś bezpłatne % książki. Kup ją, aby przeczytać do końca!

Kup książkę