Niespokojna miłość

Bezpłatny fragment - Niespokojna miłość

Humor
Romans
Literatura młodzieżowa
Polski
Książka usunięta z publikacji
Objętość:
547 str.
ISBN:
978-83-8221-861-9

Niespokojna miłość

Jak mam rozpoznać swoją Drugą Połowę?

Nie bojąc się ryzyka. Ryzyka porażki, odrzucenia, rozczarowań. Nigdy nie wolno nam rezygnować z poszukiwania Miłości. Ten, kto przestaje szukać, przegrywa życie.

Paulo Coelho

ROZTERKI

„Cokolwiek zamierzasz zrobić, o czymkolwiek marzysz, zacznij działać.

Śmiałość zawiera w sobie geniusz, siłę i magię.”

Johann Wolfgang Goethe.

1. Początek czegoś nowego

Biegnę.

Jestem zmęczona, nogi odmawiają mi posłuszeństwa, serce skacze szalone, wybijając rytm. Ale co tam, jeśli nie chcę się spóźnić, muszę powstrzymać się od mazgajstwa.

Tak naprawdę jestem już spóźniona jakieś dziesięć minut, a to bardzo dużo w porównaniu do tego, że jeszcze nigdy w życiu nie opuściłam żadnych zajęć u mojego ulubionego nauczyciela od angielskiego.

Poważnie.

Jestem na skrzyżowaniu, całe szczęście właśnie zapaliło się zielone światło.

Chwała Bogu! Stałabym tam pewnie aż do dzwonka.

Z ulgą przechodzę na drugą stronę ulicy i znowu puszczam się biegiem. Jeszcze tylko parę metrów — myślę i już znajduję się w drugim budynku. Szybko odnajduję salę i z dudniącym oddechem zatrzymuję przed odpowiednimi drzwiami. Serce wali mi jak młot w dzwonnicy. Już nie słyszę własnych myśli, choć na korytarzu panuje taka cisza, że można by pomyśleć, że w szkole prócz mnie nie ma nikogo.

Przerażające.

Odczekuję parę sekund żeby jako tako unormować tętno, i otwieram drzwi.

Tak jak myślałam, oczy wszystkich zwrócone są na mnie. Zamieram, tak jak zawsze w takich krępujących chwilach. Nienawidzę jak się na mnie patrzą, zwłaszcza tak jak teraz; te wstrętne oczy czekające tylko na moją pomyłkę. Brr!

To Callaway odzywa się do mnie jako pierwszy. Nic dziwnego, w końcu jest nauczycielem i to on tu rządzi.

— Panno Sanders, co to za niebywałe spóźnienie? — zerka na zegarek na swojej ręce. Chce przez to pokazać jak wielkim jest zwolennikiem punktualności. — Jest piętnaście po ósmej. O której zaczyna się lekcja? Nie jesteśmy na studiach, żeby tyle się spóźniać, choć i tam nie jest to wskazane.

To po co to mówi, skoro nie jest?

— Tak, wiem, przepraszam. — Kiwam głową zmieszana całą tą niekomfortową sytuacją. Chce tylko usiąść, żeby się tak na mnie nie gapili. — To już się nie powtórzy.

Jest poważny i w tym momencie niezbyt miły, przynajmniej nie taki, jaki zwykle bywa, to znaczy otwarty, pełen humoru, całokształty ekstrawertyk — moje przeciwieństwo. Odkąd chodzę do szkoły, jeszcze nigdy nie spotkałam nauczyciela, który miałby takie podejście do uczniów i do swojego przedmiotu jak Norman Callaway.

— Mam taką nadzieję — mówi z powagą.

Po tym wejściu, chyba się na mnie zawiódł. Odkąd pamiętam, byłam jego najlepszą uczennicą, a przynajmniej Emily tak twierdziła. Ale o niej, to zaraz. — Usiądź — nakazuje w końcu, a ja starając się nie patrzeć na moich znajomych z grupy, pośpiesznie zajmuję swoje miejsce w ławce, tuż przed moją przyjaciółką, o której przed chwilą wspomniałam.

Biorę wdech, widząc jak się do mnie uśmiecha. Puls wciąż nie zdążył mi się unormować. Poza tym, jeśli o Emily chodzi, to jest najbardziej rozrywkową dziewczyną jaką w życiu znałam. Jej nietypowe, czasem głupie pomysły wyprowadzają mnie z równowagi, ale znacznie częściej pomagają zapomnieć o niektórych rzeczach, o których teraz jeszcze wam nie wspomnę.

— Ej! — syczy za mną, kopie nogą w moje krzesło, żebym się odwróciła. — Ty się nie spóźniasz. Co się stało?

Odwracam głowę tylko na bok, chowam za plecami mojego otyłego kolegi, który siedzi przede mną i staram się robić to tak, żeby nie dostała mi się kolejna nagana, tym razem za gadanie.

Tego bym już nie przeżyła.

— Nie pytaj, Em — wzdycham ciężko. Puls powoli wraca do normy, ale nie mam sił jej teraz tego wszystkiego opowiadać. Fakt, mamy lekcję, ale ja i moja fiśnięta (w pozytywnym znaczeniu tego słowa ) przyjaciółka, często prowadziłyśmy nielegalną korespondencję. Pisałyśmy liściki i tak oto zlatywała nam lekcja.

— Panno Sanders?

Cholera! To Callaway wprowadza mnie w osłupienie. Strach bierze nade mną górę, kiedy widzę jego spojrzenie, które nic mi nie mówi.

Cholera do kwadratu!

— Tak? — odzywam się z wypiekami na twarzy, bo oczy wszystkich zwrócone są na mnie.

Znowu!

— Zupełnie bym zapomniał. Zostań po lekcji, musimy porozmawiać.

Musimy? Co też on knuje? Może on musi, ale nie ja. Z jednej strony kamień spada mi z serca, ale z drugiej, nie mam zielonego pojęcia czego on może ode mnie chcieć. Cieszę się tylko, że mnie nie zganił, tak jak myślałam.

— Dobrze — przytakuję strasznie zmieszana i do końca lekcji już nie zabieram głosu. Mam dość stresu jak na jeden poranek.


Po dzwonku, kiedy wszyscy wychodzą z sali, niepewna czego się spodziewać, zatrzymuję się przed biurkiem Callawaya, który nie patrząc na mnie właśnie chowa coś do szuflady.

— Przepraszam, chciał pan…

— Przez spóźnienie na lekcję nie miałaś okazji dowiedzieć się tego, co reszta uczniów — przerywa mi, co przecież jest niekulturalne.

Po jego kwaśnej minie wnioskuję, że ma mi to wciąż za złe. Mimo to, jego twarz pozostaje niewzruszona i kompletnie nie wiem do czego on dąży. Im dłużej tak na mnie patrzy i nic nie wyjaśnia, zaczynam wymyślać różne warianty wymówek, na temat tego, dlaczego się spóźniłam. Jeżeli oczekuje, że będę mu się tłumaczyła z powodu spóźnienia, to niech wybije to sobie z głowy. Parę kwestii z mojego życia wolałabym jednak przemilczeć. Przecież nie powiem mu, że zeszłą noc spędziłam na huśtawce przed domem, bo tata tego samego dnia pojechał w delegację, a ja zapomniałam zabrać ze sobą klucza, przez co nie miałam jak dostać się do środka.

— Cóż … — odzywa się po długim milczeniu. Przez tę chwilę odnosiłam nawet wrażenie, że próbował wyczytać coś z mojej twarzy, ale chyba mu się nie udało, skoro wciąż patrzy na mnie tym samym wzrokiem. — Przygotowałem dla was pewne zadanie, z którego wszyscy musicie się wywiązać, a znając twoje możliwości, jestem pewien, że świetnie sobie poradzisz. — Uśmiecha się nieznacznie, jakby miało mi to w czymś pomóc. — Każda para ma za zadanie przygotować wybraną scenę z powieści. Ty i twój partner macie odegrać scenę z Dumy i Uprzedzenia, Jane Austen.

Tę opowieść akurat dobrze znam. Ale hola, hola. Jaki partner? O czym on mówi?

— Partner? — Upewniam się. — Myślałam, że sami wybieramy osoby…

Unosi okulary na czoło, żeby spojrzeć na mnie z nieukrywaną lekkością.

— Nie tym razem. W tym roku wymyśliłem coś bardziej demokratycznego. Losowałem pary, a później wybrana osoba musiała wylosować fragment książki Jane Austen.

Fragment Dumy i Uprzedzenia. Aż boję się pytać.

— Więc, kogo dla mnie pan wylosował? — pytam, choć nie chcę znać odpowiedzi. Błagam, powiedz, że to tylko pedałkowaty Charlie, a już nigdy nie ośmielę się nie słuchać cię na lekcji.

Rozmowa z Callawayem zaczyna przedłużać się coraz bardziej, a mnie mimo wszystko się śpieszy.

Pomimo to, poważny unosi się, by wręczyć mi do rąk listę. Palcem wyraźnie pokazuje mi widniejące przy numerze osiemnastym moje nazwisko i to drugie, którego nie chcę oglądać.

Zaraz oszaleję. Niech ten człowiek powie mi, że żartuje.

— James Goldman? — nie kryję wzburzenia. — Ten James Goldman?

— Jeśli znasz innego… Ale wydaje mi się, że tylko jeden James Goldman uczęszcza do tego liceum i na moją grupę angielskiego. — Coś go nagle zastanawia i marszczy oczy, przez co już wiem, że coś mu się nie spodobało. — I czy ja właśnie odniosłem wrażenie, czy partner ci nie odpowiada?

Niech mi uwierzy, naprawdę wolałabym znać innego i wykonywać to zadanie z grubawym Tomem, który każdego dnia puszcza gazy, niż z Jamesem. Boże, to najfatalniejszy tydzień w tym roku.

— Nie — odpowiadam. — Chciałam się tylko upewnić. Wie pan jakie potrafią być dziewczyny, a jego jest wyjątkowo za bardzo zazdrosna. — Jeśli pominąć te mniej delikatne słowa, które chętnie bym w jej stronę pokierowała.

Unosi brew i uśmiecha się od ucha do ucha. Najwyraźniej musiałam go moimi słowami rozbawić.

Też się uśmiecham, starając się nie dać niczego po sobie poznać.

— Wierzę w pani możliwości. Mam nadzieję, że wszyscy podołacie zadaniu, a ta ocena zadecyduje o waszej ocenie końcowej. Macie na to dwa dni.

Dwa dni? Widuję Jamesa od półtora roku i jak dotąd nie zamieniłam z nim ani słowa. Rzeczywiście dwa dni to wystarczająco dużo czasu żeby przełamać lody.

W końcu kiwam głową dając mu do zrozumienia, że się z nim zgadzam, chociaż wolałabym, żeby to jednak nie była prawda. James to ostatni chłopak na tej ziemi w którym pokładałabym nadzieję w sprawie pozytywnego wywiązania się z zadania, zwłaszcza, że już widzę to, jak do niego podchodzę i pytam o termin naszego spotkania.

Prędzej podetnę sobie żyły.

— Dziękuję za informację profesorze — uśmiecham się blado. Nie mam nastroju do żartów.

— Do widzenia, panno Sanders — uśmiecha się. On przynajmniej szczerze.

Wychodzę z sali mocno podminowana. Poprawiam plecak na ramieniu i idę do szafki zmienić książki.

To zwykły głupi żart. Ktoś musiał się pomylić. To był głupi, niefortunny zbieg okoliczności. Przecież ja nawet z nim nie rozmawiam. To jeden z najbardziej nadętych bufonów w szkole odkąd tu przyszedł. Okej, może jest na swój sposób przystojny, no dobra, strasznie, prze strasznie przystojny, ale to jednak nie zmienia faktu, że to jeden z rodziny Goldmanów, ludzi którzy obnoszą się z takimi jak ja, to znaczy z niższą sferą. Jak ja niby mam przeprowadzić z nim scenkę? Przez skype`a? Kompletny absurd. Przecież boję się nawet na niego spojrzeć, a co dopiero porozmawiać, mimo, że angielski mamy wspólny pięć dni w tygodniu.

Wykręcam numer szyfru i otwieram drzwiczki, zastanawiając się nieustannie nad dręczącymi mnie słowami Callawaya. On chyba zwariował. Ja i James i wspólne odegranie scenki z Dumy i Uprzedzenia. Ciekawe, ale absolutnie nie do zrealizowania, bo tak się składa, że Roksana plus James równa się wielka katastrofa. Cóż, chyba będę musiała pożegnać się z czwórką na koniec roku.

Wyciągam książkę do biologii i wkładam do plecaka, kiedy moje oczy rejestrują podchodzącą do mnie Emily Stiles. Ta dziewczyna jest uosobieniem szaleństwa kryjącego się pod maską powagi. I chyba za to ją uwielbiam. Kiedy muszę się jej wypłakać, przyjmuje mnie z otwartymi ramionami, parzy mi wtedy ziołową herbatę na uspokojenie i z wielkim skupieniem prosi bym przeszła do rzeczy. Wysłuchuje mnie bez żadnego przerywania; dobrze wie, że lubię dużo gadać kiedy mam doła. Następnie, kiedy wszystko już wie, stara się mi pomóc.

I naprawdę, Z A W S Z E jej to wychodzi. Jest moim psychologiem i księgą powierniczą odkąd pamiętam, a tak dokładnie od kiedy nasza więź się umocniła, czyli dokładnie wtedy, gdy moja mama postanowiła opuścić kraj.

Ale o tym także później.

W każdym razie, gdyby nie Emily, już dawno wylądowałabym w wariatkowie.

— Co ten bufon od ciebie chciał? — pyta mnie stając obok.

Wzdycham, zastanawiając się jak na to zareaguje.

— Objaśnił mi osobiście na czym polega nasze zadanie domowe.

Krzywi się.

— Ech, myślałam, że chciał czegoś innego — uśmiecha się. Zawsze kiedy to robi, nad zębami widać jej różowe dziąsła. — I jakiego masz partnera?

— Nie wiesz jakiego mam partnera? — dziwię się.

— Nie, a powinnam?

— Przecież byłaś na lekcji. Jak możesz nie wiedzieć? Callaway nie mówił tego na głos?

Uśmiecha się tajemniczo, czym zupełnie zbija mnie z pantałyku. Co w tym niby takiego zabawnego?

— Byłam zainteresowana rozmyślaniem nad czymś innym — wyjaśnia z rozmarzeniem, a ja już zaczynam się zastanawiać, co ją dziś spotkało, że jest cała w skowronkach.

Opieram się plecami o swoją szafkę, żeby lepiej jej się przyjrzeć.

— Och, mam się bać?

Wywraca oczami.

— Niezupełnie. — Podchodzi do mnie bliżej, gdy pod szafkę obok przychodzi największa żmija w szkole. Nigdy za nią nie przepadałyśmy. Nigdy też nie wpadałyśmy ze sobą w jakiś większy konflikt, ale na osobniki tego pokroju, zarówno ja i Em, miałyśmy jednoznaczną opinię.

— Suka — szepczemy do siebie i mijamy ją czym prędzej, żeby nie musieć na nią patrzeć. Kierujemy się w stronę drugiego korytarza, gdzie zaraz i tak zaczynamy kolejną lekcję. W pewnym momencie, Emily chwyta mnie za rękę i mówi przyciszonym głosem:

— Nie zgadniesz kto na angielskim jest ze mną w parze.

Jej podekscytowany głos i to niebywałe rozkojarzenie, podsuwa mi tylko jedno nazwisko.

— Mówisz o Dillsonie?

— Ciszej — gani mnie. — Nie chcę, żeby ktoś usłyszał.

— Ale to chyba dobrze. Przecież podkochujesz się w nim od kilku miesięcy.

— Roksi, nawet nie masz pojęcia jak strasznie pokładam się ze szczęścia. Już czuję, że to mój najszczęśliwszy dzień w życiu.

Szkoda tylko, że ja nie mogę powiedzieć tego samego o sobie. Chciałabym, by udzieliło mi się choć odrobinę tej pozytywnej energii. Tylko jaka szkoda, że to mój pechowy tydzień.

— Cieszę się, że w końcu będziesz miała okazję poznać się z nim bliżej. Może jednak warto było czekać?

— Och, nawet nie wiesz jak — znów wzdycha rozmarzona, ale szybko wraca na ziemię. — Roksana, a ty? — pyta. — Kogo tobie przydzielił Callaway?

Patrzę przed siebie z nadzieją, że nie zauważy wypieków na mojej twarzy. Sytuacja mnie trochę krepuje, zwłaszcza, że nie przywykłam do rozmów o NIM. Chcę się trochę wcześniej rozluźnić, dlatego najpierw rozgrywam to w podobny sposób jak ona.

— A jak myślisz? — Z tonu mojego głosu można odczytać jedynie gniew i zbulwersowanie, ale nie do niej. Jedynie do nauczyciela, którego najbardziej lubiłam. Tym razem się jednak zawiodłam.

— Hmm… no nie wiem… Sam, Charlie, Sebastian, Natan, Braydon… Cholera, już nie wiem. — Przygryza wargę i w końcu coś wpada jej do głowy. Odwraca się w moją stronę i patrzy ze współczuciem. — Tylko nie gadaj, że to Tom.

Siły i cierpliwości mi się kończą.

— Nie, żaden z nich, choć dałabym sobie głowę odciąć, żeby zmienił mi partnera, choćby nawet na Toma.

— Aż tak źle?

— Źle? — unoszę brwi. — Jest gorzej niż wydaje ci się, że jest.

Chyba dopiero teraz do niej doszło, co zamierzałam jej przez ten cały czas przekazać. Przystaje, kiedy idziemy. Jej wzrok jest otępiały i zatrzymuje się tylko na jednej osobie idącej właśnie przez korytarz.

— Goldman — odzywa się w końcu, nie potrafi ukryć jak bardzo jest zdumiona.

Obydwie patrzymy na niego i tą fałszywą flądrę Odessę, która właśnie uwiera się jego wyprostowanego ramienia.

— Z tym sukinsynem, to nawet ja nie chciałabym siedzieć w ławce, a co dopiero uczyć się wspólnych dialogów. — Tym razem jej wzrok jest jeszcze bardziej wyrozumiały. — Współczuję ci Roksana. Nie mam pojęcia jak uda ci się poradzić z tym zadaniem.

— No właśnie, problem w tym, że nie poradzę. Jeżeli on nie spyta o zadanie, ja pierwsza do niego nie podejdę.

— Nawet jeśli będziesz miała przez to dostać jedynkę?

— Nie mam wyjścia.

— Jestem z tobą, kochana. Nim nie warto zaprzątać sobie głowy. Jestem pewna, że wszystko będzie dobrze.

Wzdycham. Zapowiada się ciężki i męczący tydzień. Czuję to w moich kościach.

Zatrzymujemy się przed jej salą, tak jak robimy to każdego dnia. Już mam iść dalej, kiedy mnie zaczepia.

— Zapomniałam spytać — uśmiecha się szelmowsko. — Co się stało, że wpadłaś dziś rano do klasy jakby się za tobą paliło? Przecież ty nigdy się nie spóźniasz.

Zagryzam wargę zła, przypominając sobie mój fatalny poranek, który — skończył się jak się skończył.

— Patrick znowu wyjechał w delegację, a wieczorem kiedy wróciłam do domu z lodziarni, jego już nie było i oczywiście zostałam bez klucza. Musiałam spędzić noc na balkonie i głównie dlatego się spóźniłam.

Powaga nie chodzi z jej ust aż do samego końca, ale dopiero kiedy milczę, zaczyna się głośno śmiać.

— Przepraszam — usiłuje się nie śmiać, ale napad histerycznego śmiechu nie ustaje. — Nie wyobrażam sobie ciebie śpiącej na balkonie.

— Juhu! — wiwatuję z przygaszoną energią. — Jak już zaczął się pechowy tydzień, to już pełną parą. Już odczuwam jego uboczne skutki, choć dzień dopiero co się rozpoczął. Jestem cała pogryziona przez komary, w dodatku będę musiała zdzierżyć krytykę Callawaya, jak tylko się rozczaruje, że nie wykonałam zadania, na które tak bardzo liczył.

Ciemne blond włosy mojej koleżanki, spływające po bokach twarzy, zdają się dodawać jej lat. Wygląda poważnie, choć tak jak ja ma dopiero, a może już — osiemnaście lat.

— Spokojnie, dasz sobie radę — mówi, tym razem z powagą. — Nie takie problemy miałaś na głowie i zawsze dawałaś sobie radę, więc czemu teraz miałoby być inaczej?

Bo jest mi trudniej? — pytam w myślach.

— Okej, powiedzmy, że postaram się nie rzucać w oczy.

Em wywraca oczami i puszcza mi sójkę w ramię.

— Miłego dnia. Jestem z tobą.

Jakże chciałabym, żeby był miły, ale z moim pieskim szczęściem wszystkiego można się spodziewać.

2. Niespodziewany zwrot akcji

Historia, francuski, hiszpański, plastyka, wf.

Dzisiejszy dzień jednym słowem doprowadza mnie do szału. Najchętniej wróciłabym do domu, dospać wczorajszą noc, ale nie mogę opuszczać zajęć, zwłaszcza, że do końca roku szkolnego jeszcze bite cztery tygodnie. Nauczyciele niestety wciąż nie oszczędzają nam katorgi, a my nadal ślęczymy nad książkami. Ale jak tu uczyć się z myślą, że zaraz będą wakacje? Po prostu jeden wielki dramat. I kolejne — JAK UCZYĆ SIĘ Z JAMESEM ROLI NA ANGIELSKI?

Pomyłka. To jednak HORROR, nie żaden tam DRAMAT. Brr, nawet sobie tego nie wyobrażam.

Wychodzę z wfu, z ulgą, że to koniec lekcji na dziś. Poprawiam plecak na ramieniu i idę do szafki zostawić książki, których na dziś nie będę już potrzebowała.

Jednak to, co widzę, doprowadza moje nerwy do stanu w którym w tej chwili wolałyby nie być. Z wzrokiem wbitym w jeden punkt, zamieram przystając za rogiem. Puls skacze mi oszołomiony, choć nawet nigdzie jeszcze nie podeszłam. I niech ten człowiek nie myśli, że mam taki zamiar.

Oparty o moją szafkę, James, wygląda jakby na kogoś czekał. To niemożliwe, że on… Przyglądam mu się dłużej, bo nie mogę uwierzyć, że to ten sam James Goldman, którego odkąd znam, nigdy nie palił się do rozmowy ze mną. A teraz stoi zupełnie nonszalancki i seksowny z tym swoim niewzruszonym wyrazem twarzy i rozgląda się uważnie w poszukiwaniu czegoś, a może raczej kogoś.

O cholera. Moja szafka, zadanie z angielskiego. Na kogo on tam może czekać jeżeli nie na mnie? Przecież nigdy nie opierał się o moją szafkę, więc po co miałby to niby zmieniać?

O nie, na pewno tam nie podejdę. Grubo się myli, jeżeli sobie myśli, że zamieni ze mną, choć jedno słowo.

Odwracam wzrok, ale za późno, bo właśnie teraz mnie dostrzegł. Nie mogę przecież do niego podejść, prędzej spaliłabym się ze wstydu. Mimo to udaję, że go nie widziałam. A tak w ogóle, wcale nie mam obowiązku go nie unikać, skoro nawet nie wiem na kogo on tam czeka.

Nic złego przecież nie robię, co nie?

Szybko znikam za rogiem.

Nie mam obowiązku z nim rozmawiać, szczególnie, że nawet za sobą nie przepadamy, a zwłaszcza, że jego dziewczyna jest moim odwiecznym wrogiem i nigdy nie czułam potrzeby by w jakikolwiek sposób się jej narażać.

Idę z powrotem tą samą drogą i choć nie zmieniłam z nim ani jednego słowa, serce już skacze mi jak szalone z nerwów. Sama nie wiem dlaczego ten człowiek tak na mnie działa, może dlatego, że jeszcze jakiś czas temu potajemnie wzdychałam na jego widok? Do tej pory jednak zdążyłam się całe szczęście otrząsnąć, więc już niczego nie jestem w stanie sobie wyjaśnić.

Z ulgą na sercu popycham szklane, wyjściowe drzwi prowadzące na dziedziniec, gdy czyjaś wielka, owłosiona ręka znienacka blokuje mi przejście.

Oniemiała podnoszę wzrok i natychmiast się odsuwam jakbym szykowała się na atak paraliżu. Zielone oczy spoglądają na mnie z góry nieco rozdrażnione tym, że jednak go olałam i uciekłam jakbym nie miała pojęcia po co opierał się o moją szafkę.

— Czyżbyś przede mną uciekała?

Uciekała?

Zaskoczył mnie jego ostry ton. I ten jego głos. Jeszcze jakiś czas temu działał na mnie jak dawka koksu. Jest zarazem męski ale równie miękki i przyjemny.

Oddychaj — powtarzam sobie. To tylko zwykły wdech i wydech.

Tylko jak, skoro on wciąż prześwietla mnie wzrokiem? Poza tym właśnie mam ochotę się zaśmiać, kiedy pomyślę, że nie zamieniliśmy raczej żadnego słowa odkąd zaczęliśmy mieć wspólne zajęcia, a tu proszę, pierwsze słowa Jamesa Goldmana brzmią jak oskarżenie.

— Przed nikim nie uciekam — odpowiadam w końcu słabym głosem.

Unosi grube brwi i uśmiecha się lekko. Tego uśmiechu nigdy bym nie zapomniała.

— Czyżby? W takim razie, dlaczego odniosłem inne wrażenie?

Krzywię się. Skąd ja to mam niby wiedzieć? Poza tym nie wiem jak mam z nim rozmawiać kiedy nie rozumiem czego on ode mnie chce.

— Wybacz, ale śpieszę się do domu — mówię usiłując przepchnąć się do drzwi. — Mógłbyś?

— Och — orzeźwia się i odsuwa od drzwi, ale nadal nie pozwala mi wyjść. — Chodźmy. Odwiozę cię.

Odwieźć? Chyba się przesłyszałam. I skąd on wie, że nie mam samochodu? Już wszyscy wiedzą jaka to ze mnie oferma?

Przyglądam mu się zaskoczona.

— Dzięki, ale naprawdę sobie poradzę.

— Nalegam.

Tymi słowami naprawdę przybiło mnie do ziemi.

Spuszczam wzrok. Nie mogę patrzeć mu w oczy kiedy jego tak mnie porażają. To niemal nie do zniesienia. Muszę stąd uciec jak najszybciej, dlatego sprawdzam, czy mam jakieś szanse wyjść i nie narażać się na jego osobę, ale to raczej niemożliwe, dlatego od razu się poddaję.

— Nie pozostawiasz mi wyboru, prawda?

Znów ten powalający uśmiech.

— Nie.

Takiej odpowiedzi się spodziewałam i to chyba najbardziej mnie przeraża.

Kiwam głową a on otwiera przede mną drzwi, tym samym puszczając mnie pierwszą. Wychodzę, a po chwili on już zrównuje się ze mną.

Jest wysoki. Wyższy ode mnie o głowę, albo nawet o dwie. Ma chyba z dwa metry wzrostu. Jego jasne włosy dodają mu jeszcze większej powagi niż powinny, choć mocne rysy jego twarzy i tak robią swoje. Nie mam nawet odwagi zobaczyć w co jest ubrany ale na pewno są to dżinsy i niedbale założona koszula z podwiniętymi do łokci rękawami, ale bez względu na to czego by nie założył, i tak wyglądał świetnie.

W ciszy idziemy do jego ciemnego, sportowego samochodu — tego samego w którym zawsze woził tą wredną małpę, a jedynego, który tak błyszczy w blasku słońca na szkolnym parkingu. Już kilka metrów przed nim słyszę jak drzwi automatycznie się otwierają. Jednak dopiero w chwili gdy sam je przede mną otwiera, odbiera mi dech.

— Spokojnie — pociesza mnie kiedy moja mina nie schodzi mi z twarzy ani na moment. — Prawo jazdy zdałem za pierwszym razem, nie grozi ci nic, czego powinnaś się obawiać.

Prawie mnie rozbawił tym stwierdzeniem.

W to nie wątpię, zwłaszcza jeśli chodzi o zdanie jego prawa jazdy. Jestem tylko zszokowana całą tą sytuacją, bo jeszcze nie wiem co się dzieje.

Wsiadam nieco speszona i zastanawiam się jak w ogóle mogłam się na to wszystko zgodzić. Na pewno oszalałam i postradałam zmysły. Innego wytłumaczenia nie znalazłam.

James w oka mgnieniu zasiada za kierownicą, ale ku memu zdziwieniu nie zapala silnika. Odwraca się do mnie przodem i patrzy jakbym coś mu zrobiła.

Zupełnie nie wiem o co chodzi, dlatego odsuwam się nieco myśląc, że może chodziło mu o zwabienie mnie do samochodu i zrobienie mi czegoś, czego bym nie chciała.

— Zapnij pasy — oświadcza nagle z pełną powagą w głosie.

Och. Kolejny szok. Jeszcze żadna osoba nie zwracała mi uwagi na temat pasów bezpieczeństwa, a naprawdę jeszcze nigdy ich w życiu sama nie zapinałam.

Szybko zapinam je teraz, mając nadzieję, że to tylko ochrona przed jego szybką jazdą niż uwięzieniem mnie na siłę w tym eleganckim wozie.

Z parkingu odjeżdżamy dopiero po tym, jak zapinam pasy, a ja z trudem uświadamiam sobie, że krępującą ciszę, James przerywa włączając cicho muzykę z odtwarzacza.

Patrzę przed siebie z zapytaniem, bo wciąż tak naprawdę nie wiem po co właściwie fatygował się, żeby ze mną porozmawiać, skoro i tak nie odzywa się ani słowem.

Hmm, raz kozie śmierć.

— Dlaczego kazałeś mi jechać z tobą? — Pytam wprost.

Krzywi się tylko po to, by zaraz potem się uśmiechnąć.

— Nie kazałem ci ze mną jechać.

— Jak to nie kazałeś? — Niemal się oburzam. — Przecież wyraźnie powiedziałeś…

— Owszem. Powiedziałem, że cię odwiozę, ale nie użyłem zwrotu rozkazującego. Coś ci się musiało pomieszać maleńka.

Maleńka?

Teraz kompletnie zbił mnie z pantałyku. Miał rację, do niczego mnie nie zmuszał choć ja wsiadłam do jego samochodu bez byle powodu.

— W takim razie dlaczego to zaproponowałeś?

— Chciałem z tobą porozmawiać, a tobie się śpieszyło, więc zaproponowałem, że cię podwiozę.

Tylko z tego powodu robił taką aferę? Teraz sama nie wiem dlaczego wtedy zwyczajnie sobie nie poszłam.

— Porozmawiać — powtarzam w celu przypomnienia, bawiąc się swoimi palcami. — No to słucham.

— Domyślam się, że nie będziesz zadowolona — zerka na mnie ukradkiem i szybko zmienia bieg na wyższy wciąż rozpędzając pojazd. — Niestety mam dla ciebie złe wieści.

— Wieści? — zdziwiłam się, że ktoś taki jak on może mieć dla mnie wieści. — Co za wieści?

— Nie wiem czy zostałaś poinformowana, ale Callaway ubzdurał sobie żebym razem z tobą odegrał fragment z Dumy i Uprzedzenia.

Ubzdurał? No tak, dla niego to wszystko jest nieważne i śmieszne. Przecież taki facet jak on woli napić się piwa z kolegami niż bawić się w jakieś scenki miłosne.

Kiwam głową zmieszana, bo o tym akurat wiem. Nadal jednak nie pojmuję do czego on zmierza. Poza tym, tak naprawdę nie sądziłam, że zechce ze mną o tym rozmawiać i oczywiście wcale się nie zdziwiłam, że znów się co do niego pomyliłam.

— Tak wiem, Callaway mi powiedział.

Marszczy gęste brwi na każdym mijanym przez nas zakręcie. Prowadzenie tego niebiańskiego samochodu zdaje się być dla niego lekkością. Można by nawet powiedzieć, że prowadzi jak zawodowiec co wcale mnie nie dziwi. Co lepsze, odnoszę wrażenie, że jest całą tą jazdą znużony choć pędzimy osiemdziesiąt na godzinę w miejscu zabudowanym. Najchętniej zwróciłabym mu uwagę za to przestępstwo, ale wolę się nie odzywać.

— W związku z tym całym zamieszaniem chciałem ci tylko powiedzieć, że nie będę w stanie zrobić tego zadania z tobą.

Och, czuję nieznośne ukłucie w sercu.

— Chcesz to odegrać z kimś innym. W porządku, nie ma sprawy. Jeśli tylko tak chcesz, nie będę ci tego utrudniać. — Doskonale rozumiem, że woli to zadanie zrobić z Odessą niż ze mną i wcale mnie to nie dziwi.

W tej samej chwili zatrzymuje się na podjeździe przed moim domem, wyłącza silnik i przygląda mi się nieodgadnionym wyrazem twarzy. Po chwili pochyla się w moją stronę, jest tak blisko, że gdybym chciała mogłabym go dotknąć lekkim przechyleniem głowy.

— Nie — mówi z gniewem. — Nie chcę zmieniać partnerki. — To stwierdzenie chyba musiało go rozbawić, bo próbuje ukryć uśmiech. — Nie w tym polega problem. Nie będzie mnie w Durham przez najbliższe dwa dni, więc nie będę mógł tego z tobą przygotować. Chciałem ci tylko powiedzieć żebyś w porę znalazła sobie kogoś innego.

DWA DNI. Właśnie tyle Callaway dał nam na zadanie.

Zagryzam wargę zirytowana, bo przecież nie można zmienić partnera. Nie mogę wziąć nikogo w zamian, bo każdy już kogoś ma, a odbierając go komuś innemu, pozostawiłabym go w takiej samej sytuacji w jakiej ja się znalazłam. Ale tego mu nie powiem.

— Och — sarkazm byłby tu niezbędny, ale z jakiegoś nieokreślonego powodu nie mogę powiedzieć mu nic, czego sama nie chciałabym usłyszeć. — W porządku.

Unosi jedną brew. Jest zaskoczony moją odpowiedzią. Ale dlaczego musi być tak przystojny i chodzić akurat z Odessą?

— Nie masz mi tego za złe?

Najbardziej niedomyślny człowiek na ziemi.

— Nie, może jednak uda mi się kogoś znaleźć.

— Mam taką nadzieję — dodaje przyglądając mi się natarczywie. — W takim razie do zobaczenia.

Po tej aluzji rozumiem, że mam sobie pójść. I niech sobie nie pobłaża, w końcu nie myślę spędzać z tym człowiekiem więcej czasu niż to konieczne.

— Cześć — żegnam się ukrywając złość. Spoglądam na jego mieniące się zielenią oczy ostatni raz i widzę, że na brzmienie mojego głosu robią się ciepłe, współczujące. — Dzięki za podwózkę.

— Przyjemność po mojej stronie, Ano.

Wychodzę z igłami w plecach i dopiero wtedy dochodzi do mnie, że nie wypowiedział mojego prawdziwego imienia. O co chodziło mu z tą Aną? Przecież się tak nie nazywam.

Dziwne.

3. Pomocy!

Na drugiej ulicy odkąd sięgam pamięcią, mieszka młodsza siostra mojej mamy. To moja druga przyjaciółka od serca odkąd moja mama cztery lata temu wyprowadziła się z domu. Przeżyłam to dotkliwie, ponieważ stało się to dosyć nagle, tak, że nawet nie przyszło mi do głowy jak to się mogło stać, że nie zauważyłam tego jak znalazła sobie kogoś innego i zostawiła tatę jakby nigdy nic dla niej nie znaczył. Nigdy tak naprawdę nie przyszłoby mi do głowy, że to ona będzie oczekiwała od taty rozwodu. Oczywiście jak sama twierdziła, nie zrezygnowała z tego powodu ze mnie. Wciąż mnie kocha i widujemy się kilka razy do roku, ale ostatnio coraz rzadziej, głównie z mojego powodu.

Ale to, by zostać tu z tatą, to był mój wybór. Mama błagała i prosiła, bym wyjechała i zamieszkałą z nią i jej nowym partnerem Jebem, ale się nie zgodziłam. Oczywiście nie ma to związku z tym, że czuję do niej urazę czy coś podobnego, nie zrozumcie mnie źle, ale to tutaj jest moje życie i moi przyjaciele, nie we Francji. Kocham rodziców tak samo, ale nie mogę żyć z mamą i jej partnerem w jakimś odludnym domku z dala od świata, przyjaciół, rodziny i rzeczywistości, jednocześnie nie tęskniąc za tatą. Teraz też tęsknię za mamą, jednak nie tak mocno jak tęskniłabym za tatą będąc tam. Miejsca, do których nie jestem przyzwyczajona źle na mnie wpływają, a będąc tu na miejscu nie czuję, że coś tracę. Mamę zawsze mogę odwiedzić, niezależnie od tego, czy pozwala mi na to tata czy też nie. W końcu jestem pełnoletnia i nikt nie może mi już niczego zabronić, co rzecz jasna nie jest niezgodne z prawem.

Do domu ciotki Laury jak zawsze wchodzę bez pukania. Nie dlatego, że jestem chamska i nie szanuję jej prywatności, ale ona nigdy i tak nie otwiera nikomu drzwi, a mnie nie chce się czekać, aż zaprosi mnie do środka. W jej domu zwykłam czuć się jak u siebie. Po prostu tak już mnie nauczyła.

Laura, choć jest piękną, młodą kobietą, wciąż jest niezamężna, co powinno wszystkich zamiejscowych dziwić ze względu na jej urodziwość, ale rzecz jasna tak nie jest. Laura zawsze uważała, że związki utrudniają życie i wielu potencjalnych kandydatów tuż po pierwszej randce uciekało w popłochu. Od czasu do czasu spotyka się z facetami, i jak sama twierdzi, taki styl życia w zupełności się jej podoba. Jest niezależna, ma świetną pracę sekretarki, ładny dom i rodzinę wokół siebie.

Żyć nie umierać.

Laura to moja ciotka, ale czuję się w jej towarzystwie jak z koleżanką. Jest naprawdę bardzo ładna. Powiedziałabym, że ma urodę modelki, piękne duże usta, grzywkę opadającą na jej ogromne oczy i piegowaty nos.

— Laura jesteś? — Wołam podchodząc pod schody. Laura jest starsza ode mnie zaledwie dziesięć lat, dlatego nie czuję potrzeby zwracania się do niej per „ciociu”.

Kładę plecak na komodzie i zaglądam na górę. Oczywiście tak jak się spodziewałam, zastaję ją na balkonie z tyłu domu. Właśnie leży w dwuczęściowym stroju kąpielowym ze słomianym kapeluszem na głowie i w najlepsze opala się do słońca.

— Okradliby cię, a ty o niczym byś nie wiedziała — rzucam sarkastycznie.

— Roksana — nawet na mnie nie patrzy. — Przyznam, że nawet się tu ciebie nie spodziewałam.

Usadawiam się obok niej na drugim leżaku, który stoi tam gdybym kiedyś zechciała ją odwiedzić.

Stąd ma piękny widok na plażę, wręcz fantastyczny. Zawsze jej tego zazdrościłam, bo ja nigdy nie miałam takich wygód, niezależnie od tego, z której strony domu zajęłabym pokój. Wszędzie otaczały nas albo drzewa, albo dwupiętrowe domy.

Przyglądam się Laurze z nieskrywanym zaskoczeniem.

— Pytanie.

— Tak? — Odpowiada z zamkniętymi oczami, choć słońce ją nie razi.

— Po co się opalasz, skoro jesteś już idealnie brązowa?

— Bo chcę być opalona na czekoladkę — uśmiecha się, pokazując duże, bielutkie zęby. W końcu otwiera oczy żeby na mnie spojrzeć i krzywi się jakby mój widok był taki straszny. — Za to tobie przydałoby się długie leżakowanie, moja droga. Jesteś bledziutka jak kartka papieru. Dlaczego się nie opalasz?

A czy widziałaś bym kiedykolwiek się opalała? — Miałam ją spytać, ale się powstrzymałam. Wzdycham rozkładając moje blade nogi na leżaku. Najchętniej zostałabym tam znacznie dłużej niż mam zamiar, ale z bólem serca myślę o tym, że zaraz muszę wracać do domu.

— Nawet, jeśli godzinami będę się tak wygrzewać, spali mnie na czerwono, a potem zejdzie mi skóra i znów będę biała. Mam to po tacie.

— Rzeczywiście. Patrick rzadko chodził z gołą klatą.

Choć mówi to z powagą, szybko parska śmiechem, a ja razem z nią.

— Nie mogę do ciebie przychodzić, twoje dowcipy doprowadzają mnie do bólów brzucha. Przez ciebie nie mogę teraz wymazać z głowy obrazu taty z białym brzuchem. Ochyda.

— Tłuściutkim brzuchem — dodaje. — Ale to dobry człowiek.

— Wiem.

— Czasem naprawdę dziwię się twojej matce, że go zostawiła. Przecież wiodła tu takie dobre życie. Przy nim nigdy niczego jej nie brakowało. Miała ciebie, mnie, wspaniały dom. Czegoż tu chcieć więcej?

Zamykam oczy myśląc jakby to było przyjemnie gdyby mama jednak nas nie opuściła. Moje życie byłoby przede wszystkim prostsze, bo nie spadłby na mnie obowiązek zajmowania się domem i wszystkim innym z tym związanym. Taty często nie było w domu toteż o wszystkie obowiązki z dbaniem o dopilnowanie terminów zapłaty rachunków, musiałam dbać ja. Cały dom był na mojej głowie, a jedyne czego czasem żałowałam to fakt, że w ogóle się urodziłam.

Czasem miałam głupie wątpliwości związane z moim życiem i właśnie w takich chwilach zastanawiałam się, po co w ogóle zostałam poczęta skoro rodzice mają ze mną same problemy. Nie są ze sobą od czterech lat, więc po co im ja jeśli już obydwoje mnie nie wychowują? Co to w ogóle za rodzina? Bynajmniej mnie taki styl życia kompletnie nie odpowiada.

Laurę po dłuższym czasie coś nagle zastanawia i spogląda na mnie pytająco.

— A tak właściwie, co cię do mnie sprowadza?

Robię urażoną minę, ale tylko po to by się z nią podroczyć.

— Nie mogę odwiedzić mojej ciotki bez powodu?

— O tej porze? — Spogląda na zegarek w komórce. — Niecały kwadrans po drugiej. Hmm?

Wzdycham. Ona nigdy nie dawała się na nic nabrać.

— No dobra, mam do ciebie prośbę. — Krzywię się nieco. — Tata wczoraj wieczorem pojechał w delegację, a kiedy wróciłam z lodziarni dom był zamknięty i przez to nie miałam jak się do niego dostać, więc przekimałam się na balkonie, a teraz nie mam klucza i wciąż nie mam jak dostać się do środka. Mogłabyś pożyczyć mi swojego zapasowego?

— Spałaś na balkonie? — Odrywa się od oparcia i łypie na mnie gniewnie. — Oszalałaś? Dlaczego nie przyszłaś spać do mnie? Zamawiałam wczoraj pizzę.

Natychmiast się podnoszę.

— Pizzę? Zostało coś jeszcze? — Uśmiecham się na myśl o jedzeniu. Od rana nie miałam nic w ustach.

— Tak. — Łapie mnie za rękę. — Ale najpierw siadaj, musimy porozmawiać.

Chcę wszystko jej szybko wytłumaczyć tylko po to żebym w końcu mogła iść po tą pizzę.

— Było późno i ciemno, a jak wiesz, nie posiadam samochodu, a ty mieszkasz jakieś dwa kilometry ode mnie. Po pracy nogi odmawiały mi już posłuszeństwa i wolałam spędzić noc na świeżym powietrzu. Naprawę nie było tak źle.

Unosi zdezorientowana brew. Po jej minie wnioskuję, że moja odpowiedź jej nie satysfakcjonuje.

— Czemu nie poprosiłaś Alexa żeby cię do mnie przywiózł? Ten chłopak zrobi da ciebie wszystko. Sama chciałabym mieć kogoś takiego obok siebie.

Czerwienię się, choć mnie i Alexa nie łączy nic prócz przyjaźni od pieluchy.

— Odwiózł mnie i odjechał. Kiedy podchodziłam do drzwi okazało się, że tata zapomniał zostawić mi klucza. Nie chciałam fatygować go żeby się wracał i woził mnie po nocach, kiedy on sam był zmęczony po pracy i też chciał odpocząć.

— Och, Roksana, nie doceniasz samej siebie — macha ręką i pije sok pomarańczowy z wysokiego tumblera. — Niezależnie od tego, o co byś go poprosiła, Aleks zrobi to z największą chęcią. Samo spędzanie z tobą czasu to dla niego przyjemność, więc mu jej nie odmawiaj.

— Nie odmawiam. Aleks to mój przyjaciel Laura, a czasem odnoszę wrażenie, że usiłujesz mnie z nim zeswatać.

— To idealny kandydat.

Wystawiam jej język jak małe dziecko chcąc się z nią podroczyć.

— Aleks gustuje w innych dziewczynach, a to, że zawsze staje w mojej obronie świadczy tylko o tym, że przyjaźnimy się odkąd uczyliśmy się chodzić i wynika to tylko z tego, że obydwoje znamy się jak brat i siostra i koniec kropka. A teraz gdzie do cholery masz tą pizzę? Jestem głodna!

— Następnym razem nie myśl, tylko poproś go żeby odwiózł cię tam gdzie trzeba. — Odkłada szklankę i przysuwa mi napój. — Jeśli masz ochotę, nalej sobie ile chcesz.

— Dzięki, ale muszę już lecieć — oznajmiam ścierając pot z czoła. Na koniec biorę łyk wody z lodem i wstaję. — To mogę klucze?

— Leżą w koszyku na segmencie w kuchni. Przy okazji zjedz sobie tą pizzę. Z niedojedzenia robisz się agresywna.

Uśmiecham się szeroko myśląc o kawałku wyśmienitej pizzy w moich ustach.

— Dzięki za klucze. Pizzę zjem na pewno.

— Może cię podwieźć? — Krzyczy za mną, kiedy zbliżam się już do balkonowych drzwi.

— Nie, dzięki, dawno nie biegałam. Opalaj się na czekoladkę!

Wchodzę szybko do kuchni. Odnajduję klucze i wywęszam trzy duże kawałki wspaniale pachnącej pizzy. Choć jest zimna jem na miejscu kawałek a dwa pozostałe zabieram ze sobą i konsumuję po drodze uspokajając głód panujący w moim pustym żołądku.

4. Kres wytrzymałości

Do domu wracam pieszo. Całe szczęście, że to tylko kilka minut drogi. Nasz dom, podobnie jak reszta w pobliżu zrobiony jest z czerwonej cegły i dachówki. Kiedyś się zastanawiałam jakby to było gdybym się upiła, czy trafiłabym pod właściwy adres, a później uprzytomniałam sobie, że nasz dom był na początku kamienicy, więc ciężko byłoby nie trafić. Poza tym, nasz ogródek nie był tak piękny jak reszta, choć starałam się by zawsze były tam jakieś kwiatki. Nie oszukujmy się, gospodyni domowa, a już na pewno ogrodnik ze mnie żaden. Choć tyle, że co tydzień starałam się kosić trawnik, kiedy tata nie mógł i choć nie było go za wiele, cieszyłam się z tego kawałka ziemi jaki mieliśmy. No i oczywiście zawsze stała tam moja huśtawka.

Z radością i zarazem ulgą idę do swojego pokoju na górę. Jest po piątej, kiedy w końcu mogę zasiąść do nauki. Kiedy wróciłam od Laury musiałam zająć się sprzątaniem w salonie po pozostałościach z sobotniego wieczoru. Co tydzień odbywają się u nas schadzki kolegów taty, którzy odkąd pamiętam oglądają wspólnie mecze na naszym telewizorze i zawsze jest po nich co sprzątać. Pozostałości po chipsach, paluszkach, puszki po piwie, porozrzucane poduszki, zgubiony pilot i wiele innych rzeczy do sprzątania, w tym także rozlane pepsi na biały dywan, o który dbałam jakbym miała na nim spać.

W każdym razie myślałam, że się wykończę.

Dziś miałam jeszcze wyprać rzeczy taty i ugotować sobie syty obiad. Musiałam, ponieważ nie najadłam się zimną pizzą od ciotki. Przygotowałam spaghetti z sosem winegret i wykończona w końcu usiadłam przy moim obszernym biurku, którego nie oddałabym za żadne inne, choć miało już ponad dziesięć lat i jak na swój wiek, zdążyło już swoje przeżyć.


Mój pokój był moim przeciwieństwem. Nigdy się nie stroiłam, ale za to mój pokój wyglądał zawsze bardzo dziewczęco i przyjemnie. Nie żebym miała w nim różowe zasłony i kolorowe miśki, ale urządziłam sobie w nim moją oazę spokoju. Moje łóżko zawsze było zasłane jasną kapą, a na niej kilka ładnych poduszek. Ze względu na tylko jedno okno w pokoju, specjalnie dla mnie, tata mi je powiększył kilka lat temu i zrobił szeroki parapet żebym mogła sobie na nim siedzieć wieczorami i czytać książki wpatrzona w światła lamp. Na środku leży pluszowy dywan, a po przeciwległej ścianie od łóżka szafa, komoda i duże lustro w którym zawsze mogłam się przeglądać. Obok niego mini regał z moimi książkami. Tą część lubiłam najbardziej. Moje ściany zawsze były czyste. Nigdy nie wieszałam na nich plakatów gwiazd ani przystojnych aktorów.

Całkiem wyczerpana kładę się spać, myśląc z przygnębieniem o tym dużym, pustym domu, w którym przyszło mi spędzać jedną drugą miesiąca w samotności.


***


Dziś na szczęście już nie spóźniam się do szkoły. Wstałam tak jak zawsze obudzona przez budzik, marudnie zwlekłam się z łóżka i równie marudnie wytrwałam w szkole do popołudnia.

Tak jak mówił James, nie było go dziś w szkole, a więc to jedyny dowód na to, że rzeczywiście wyjechał z miasta. Miałam tylko nadzieję, że miał konkretny powód, bo nie zamierzałam przez niego dostawać jedynki tylko dlatego, że zamierzał kupić dla Odessy prezent z okazji jej urodzin. To byłoby już przegięcie!

Z jednej strony całkiem miło z jego strony, że mnie o tym poinformował, ale z drugiej żałuję, że jednak nie możemy zrobić tego zadania razem skoro wbrew sobie już zaczął ze mną rozmawiać. Muszę niestety pogodzić się z faktem, że mam być skazana na pośmiewisko i jedynkę od nauczyciela, który od lat powtarza, że „we mnie wierzy”. Cóż, tym razem będzie musiał znieść, że jednak nie podołam jego zadaniu.


Jest po siódmej, kiedy wychodzę na zewnątrz żeby pobiegać. Tata zwykle zabraniał mi wychodzić samej o tej porze, dlatego korzystałam najczęściej z chwil, kiedy jednak nie było go w domu. Mimo, że jest chłodno, mam na sobie krótkie spodenki, top na ramiączka i rozsuwany dres. I tak wiem, że zaraz się zgrzeję i go ściągnę, a nie lubiłam się przegrzewać, jeśli nie było to konieczne.

Na uszy zakładam słuchawki i włączam mojego iPoda którego dostałam trzy lata temu od mamy i Jeba. Tak jak zwykle słucham moją ulubioną muzykę Indie rock, z którą podczas biegania się nie rozstaję. Tym razem pierwszym utworem na liście jest „Shut your eses — first state bootleg — cut”.

Jak przyjemnie jest się odprężyć po całym dniu. Ile dałabym by na dłużej zachować ten stan i nie musieć robić nic wbrew własnej woli, co głównie tyczy się ze szkołą i wszystkim z nią związanym.

Tym razem biegnę całe trzy kilometry aż pod skrzyżowanie dzielące ulicę, na której mieszkam z końcem miasteczka Blackhall Rocks, kiedy nagle czuję jak w kieszeni wibruje mój telefon.

Szybko ściągam z uszu słuchawki i przykładam głośnik do ucha, zastanawiając się, co Emily chce ode mnie o tej godzinie, kiedy sama właśnie pracuje.

— Mówiłaś, że ten palant miał być poza miastem.

Nie dała mi dojść do słowa, dlatego nie rozumiem, co ma na myśli mówiąc: palant.

— O czym ty mówisz, Em?

— Nie o czym, tylko o kim, Roksana.

Przystaję rozmyślając, co miała na myśli. Palant… poza miastem. James.

— Tak. Tak mówił, a o co chodzi?

— W sprawie tego palanta dzwonię — oświadcza mocno oburzona.

Aż sama boję się pytać.

— Co z nim nie tak? — pytam i odsuwam słuchawkę na bok, bo po drugiej stronie coś mocno dudni. — Jesteś w klubie?

— Tak, pracuję — krzyczy żebym mogła ją usłyszeć. — Roksana nie chcę cię denerwować, ale po tym jak rozmawiałyśmy dzisiaj w szkole na pewno nie byłaś zachwycona kiedy powiedziałaś mi, że oblejesz zadanie u Callawaya.

Rzeczywiście tak było, ale nadal nie rozumiem, do czego moja przyjaciółka zmierza.

— Mogłabyś jaśniej?

Wzdycha.

— Jesteś pewna, że chcesz to usłyszeć akurat ode mnie?

Rozglądam się po okolicy sprawdzając, czy nikt nie kręci się w moim pobliżu. Kiedy stałam w miejscu czułam się bardziej zagrożona, niż gdy biegłam.

W końcu się odzywam.

— Jeśli nie od ciebie, to od kogo?

— No dobra. Ale pamiętaj, że nie chciałam dla ciebie źle. Okej? Ten fagas jest tu teraz z dwoma roznegliżowanymi panienkami i bynajmniej nie siedzi za miastem, a na jednej z sof i właśnie świetnie się bawi.

Czuję jak wzbiera we mnie złość. Gdybym miała na tyle siły, z pewnością mój telefon już dawno byłby rozgnieciony.

— Roksana? Jesteś tam?

— Zaraz tam będę — rzucam.

— Tylko proszę cię, nie zrób niczego głupiego.

Jedyne głupie, co mogę zrobić to tam nie pójść i nie przyłapać go na gorącym uczynku. I jedyne, czego pragnę, to zobaczyć jego minę.

Tak naprawdę jeszcze nigdy nie byłam niczego taka pewna, a odwaga, jaka we mnie wzbiera by tam iść powstaje na skutek podnoszącej się w mojej krwi adrenaliny.

Po rozłączeniu się z Emily, natychmiast zmieniam kierunek i biegnę prosto na główną ulicę. Aż zaczyna we mnie wrzeć, kiedy pomyślę, że ten oszust zrobił sobie ze mnie naiwną kretynkę. „nie mogę zrobić z tobą tego zadania, bo nie będzie mnie w Durham”.

Nienawidzę go! Nikt nie będzie obrażał mnie w ten sposób, a zwłaszcza on, tylko dlatego, że jest przystojny i ma dużo pieniędzy.

Boże, co ja gadam! Przecież już dawno temu sobie go odpuściłam.

Teraz zupełnie nie dbam o to czy wypada czy nie. Jestem tak zbulwersowana i zdesperowana, że za nic w świecie nie odpuszczę sobie żeby zajrzeć do klubu Blacknight, w którym trzy dni w tygodniu pracuje Emily.

Jako, że nie zwykłam odwiedzać takich miejsc regularnie, nieco dziwnie mi, kiedy wchodzę do środka. Światła reflektorów i te hałasy maskują wszelką możliwą aurę tego miejsca. Nie jestem typem człowieka, nawet jeśli niedawno skończyłam osiemnaście lat, który po nocach włóczy się po klubach i wystawia gołe cycki do widoku tylko po to, żeby jakiś nachalny chłopak mnie podrywał bo jestem dla niego łatwym punktem zaczepienia. Kiedyś może i tak bym robiła, ale teraz, gdy wszystko w domu jest na mojej głowie, jakoś nie mam na to czasu, a nawet gdybym miała, a na pewno coś by się znalazło, poza tym już nie kręci mnie takie życie. Rozwód rodziców i wyjazd mamy z kraju skutecznie sprawił, że szybciej wydoroślałam, przez co na życie zaczęłam spoglądać oczami trzydziestolatki.

Mimo spoconego ciała po biegu wchodzę do klubu i nie patrząc na nic, przepycham się przez tłum ludzi i podchodzę cudem do baru gdzie z odległości kilku metrów widzę podającą drinki Em. Właśnie do mnie macha, gdy zauważa mnie z daleka.

Podchodzę do niej cała zdyszana i siadam na wysokim krześle na jednej nodze bez oparcia.

— Gdzie on jest? — pytam moją przyjaciółkę zdyszanym głosem. Już zdążyłam wpaść w furię. Jeszcze parę tygodni, a już zapomniałabym, jak to jest być w takim stanie.

— Roksana, jak ty wyglądasz? — Lustruje mnie wzrokiem od góry do dołu. — Czy właśnie masz na sobie spodenki do biegania? I bluzę?

— Tak — marszczę brwi. Zupełnie nie wiem, o co jej chodzi. Jak niby miałabym wyglądać skoro właśnie skończyłam biegać?

— Co on sobie pomyśli jak cię w tym zobaczy? Że właśnie wyszłaś spod kołdry żeby tu przyjść i go opieprzyć?

W sumie to nie wiedziałam czy miałam taki zamiar. Nie znamy się z Jamesem na tyle dobrze bym mogła aż tak brutalnie do niego podejść. Jedno jednak widziałam na pewno, musiałam zrobić tak by na niego wpaść i by wyglądało to całkiem naturalnie.

Podpieram się łokciami o blat stołu chcąc uspokoić tętno. Cóż, nie wyglądam jakbym przyszła się tu bawić, ale wcale nie czuję się tak źle w tym co mam właśnie na sobie. Krótkie spodenki, koszulka na ramiączka i włosy upięte w kucyk sprawiają, że wyglądam nieco niechlujnie, ale i kobieco.

— Em, błagam cię, nie dobijaj mnie jeszcze ty — mówię w końcu. — Powiedz mi tylko gdzie on jest.

Uśmiecha się, nachyla nad barem i wskazuje palcem za mnie.

— Ten palant jest tam z jakimiś dwoma nieźle narąbanymi panienkami — informuje i szepcze mi do ucha: — Ale proszę, nie zrób niczego głupiego. Ten człowiek nie jest wart twojej uwagi.

Ma rację, nie powinnam się nim przejmować i robić z siebie kretynki tylko dlatego, że mnie olał i powiedział mi to prosto w twarz, a ja głupia od razu się nie zorientowałam. Jestem więc tylko nabuzowana ze złości bo jestem na tyle inteligentna, że wiem co to znaczy kiedy ktoś traktuje kogoś w taki sposób jak on potraktował mnie. Czuję się teraz upokorzona, choć przecież nie powiedział mi nic obraźliwego, ale jestem niemal pewna, że teraz musi się ze mnie śmiać, że oszukanie mnie tak łatwo mu poszło skoro niczego się nawet nie zorientowałam.

— Idę — mówię. Ściągam z siebie dres i biorę go do ręki jednocześnie poprawiając cycki po bieganiu.

— Zaczekaj — łapie mnie za rękę. — Trzymaj, napij się — daje mi coś w szklance, co szybko opróżniam do dna. Chcę mi się pić nie tylko od wysiłku fizycznego, ale tłum i otaczające mnie ciepło baru sprawia, że człowiekowi chce się pić nawet jeśli tylko stoi w miejscu.

— Dzięki — odkładam szklankę na bok. — Idę. Niech ten palant mnie popamięta.

Jej mina nie wskazuje nic dobrego. Zawsze mogłam na nią liczyć i zwykle jej słuchałam, ale w tej chwili nie dbam o rozsądek.

— Jesteś pewna, że to dobry pomysł? On jest z dwoma panienkami. Wyglądają na naprawdę… nie z naszych sfer.

Biorę wdech i zdecydowanie odpowiadam. Już nic nie jest w stanie mnie powstrzymać, zwłaszcza teraz, kiedy jestem taka wściekła.

— Jak jestem wkurzona, to niczego nie jestem tak pewna, Em.

Unosi brwi zadowolona i poklepuje mnie po ramieniu chcąc dodać otuchy.

— I takiej odpowiedzi oczekiwałam. Więc idź tam i pokaż mu, co to znaczy zadzierać z Roksaną Sanders.

Wiedziałam, że zawsze mogę na nią liczyć. Jeśli wiedziała, że już coś sobie postanowię, ciężko było przekonać mnie do czegoś innego.

Idę nieco chwiejnym krokiem, ale tylko dlatego, że przed chwilą skończyłam wykańczający bieg. Nie jestem też do końca pewna, czy to, co zaraz mam zamiar zrobić jest zgodne z estetyką, ale na pewno nie będzie to brak odwagi. Jeszcze nigdy sama nie zagadywałam do chłopaków i miałam nadzieję, że James niczego takiego sobie o mnie nie pomyśli. Jeszcze tego by mi brakowało, żeby Odessa rzuciła się na mnie z nożem albo długimi tipsami.

Jestem parę metrów od miejsca, które wskazała mi Emily i już widzę go jak siedzi na kanapie naprzeciwko dwóch młodych dziewczyn. Lampy co chwila rzucają światła na siedzącego do mnie plecami Jamesa Goldmana, którego zabawiają dwie wychudzone, ubrane jak wywłoki dziewczyny. Właśnie śmieją się do rozpuchu rozbawione czymś, co właśnie powiedział. Całkiem możliwe, że nie powiedział nic sensownego, ani także zabawnego, ale takie dziewczyny jak one uznawały, że to działała na facetów jak lampa na ćmy.

Ale myliły się. James do takich ludzi nie należał — był na swój sposób poważny i wyrafinowany i naprawdę byłabym zaskoczona gdyby wyszedł stąd w objęciach tych dwóch dziewczyn.

Aż we mnie kipi kiedy pomyślę, że on bawi się w najlepsze, kiedy moglibyśmy przygotowywać lekcje na angielski.

Z irytacją, wciąż nie schodzącą mi z twarzy, w końcu do niego podchodzę. Sama nie jestem pewna czy to dobry pomysł, ale nim pomyślę, już uderzam go w ramię, chcąc poinformować go, że stoję tuż za nim. Odwraca się niemal natychmiast. Na pewno jest zaciekawiony, kto śmiał go tak chamsko uderzyć, ale ja tak łatwo nie zamierzam się poddawać, nawet jeśli chciałby do mnie skakać, co i tak byłoby mało prawdopodobne.

Jest zaskoczony moim widokiem tutaj. Mina mu rzednie i staje się poważna, ale tylko po to by za chwilę zacząć się uśmiechać.

Jego rozmowa z koleżankami nagle zostaje przerwana, bo już nic nie mówi. One natomiast patrzą we mnie jakbym odbierała im jedzenie spod nosa.

Pytanie tylko czy warto?

— Ana? — Odzywa się James niskim głosem. — Co tu robisz?

Z tonu jego głosu nie wnioskuję jakby był wściekły, ale raczej zmartwiony, zwłaszcza, że wyraz jego zatroskanej twarzy już całkiem mnie myli.

Nie takiej reakcji się spodziewałam.

— Cześć — mówię z uśmiechem oczywiście sarkastycznym. Staram się z całych sił by był naturalny i szczery, ale oczy Jamesa mówią mi, że chyba dałam radę. Chcę się przywitać i być kulturalna i pokazać się godnie, by nie pomyślał sobie, że jego lekceważenie mnie tak bardzo odbiło piętno na moim sercu, że teraz czuję się skrzywdzona i zraniona. Co to, to nie. — Raczej, co ty tu robisz? — Sądziłeś, że uda ci się mnie tak łatwo okłamać? — Myślę w duchu.

Wygląda na zaskoczonego moją reakcją. Dałabym głowę, że on także nie wie, o co w tej sytuacji w ogóle chodzi. Dziwne, w końcu on to wszystko zaczął.

— Roksano — podnosi się z kanapy, chcąc mnie przekonać, że nie jest takim złym człowiekiem za jakiego dziś go wzięłam po tym jak mnie oszukał. Doskonale wie, albo przynajmniej zdaje sobie sprawę z tego co teraz dzieje się wewnątrz mojej głowy gdy na niego patrzę. — Nie sądziłem, że cie tu dziś spotkam — mówi w końcu nieco niepewnym głosem.

W sumie czego mogłam się spodziewać? Że zacznie mnie przepraszać? Nie, nawet bym tego nie chciała. Chodziło mi raczej o to by pokazać mu, że przejrzałam jego oszustwo i nie zamierzam przymykać na to oczu.

— W sumie ja też się tu ciebie nie spodziewałam — odzywam się głosem niewiniątka. — Hmm… jaki to dziś dzień mamy? Dzień kłamcy? Przez przypadek zobaczyłam, że siedzisz, więc postanowiłam się przywitać, przy okazji poznać twoje koleżanki — uśmiecham się szeroko i macham do nich jakbyśmy się poznały kopę lat temu. — Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe?

Oczy Jamesa rozbłyskują.

— Nie, ależ skąd. — Od razu wraca do rzeczywistości i wkłada dłoń do kieszeni w obronnym geście. — Może się do nas przyłączysz?

Po jego przejętych oczach i tym, że trzyma drugą rękę na karku wnioskuję, że musi czuć się nieswojo w sytuacji podbramkowej w jakiej go nakryłam. Widzę to i czuję wyraźnie, że jest mu głupio, że mnie wystawił i obydwoje doskonale o tym wiemy.

Wzdycham i macham rękami.

— Bardzo bym chciała się do was przyłączyć — spoglądam na nie a później na swoje buty do biegania, myśląc o tym jak właśnie muszę głupio wyglądać. — Dzięki, śpieszę się do domu, wpadłam tylko na chwilę. — Wzruszam ramionami. — Ale wy bawcie się dobrze. Nie przeszkadzaj sobie.

Odwracam się dumna, że wytrzymałam jego czułe spojrzenie, które mówiło mi, że jestem teraz w jego oczach kimś bardzo zranionym i jednocześnie oszukanym. Ale niech sobie nie wyobraża, że zaraz będę przez niego płakać. Nie dam mu takiej satysfakcji.

Kiedy przebijam się przez ludzi, niecałą minutę później, James zrównuje się ze mną. Słyszałam jak mnie wołał przez tłum, ale udawałam, że tego nie słyszę, nie chciałam by mnie dogonił, ale nie miałam innego wyjścia jak udać zaskoczoną.

Na zewnątrz, zaraz po wyjściu z klubu na świeże powietrze czuję się niebywale lepiej, uwalniając się od nachalnego tłumu eksplodujących ciepłem ludzi.

Nie zdążam nawet zorientować się, co się dzieje, kiedy James chwyta mnie znienacka i bez żadnych ceregieli stawia mnie pod ścianą i gniewnie na mnie spogląda.

Niestety, jeśli chodzi o mnie, nieco mięknę od tego spojrzenia.

— Skąd wiedziałaś, że tu dziś będę? — Rzuca na mnie przelotnie okiem i unosi zabójczo brew. Wiedziałam, że chodzi mu o moje krótkie spodenki i spory dekolt. Bardzo rzadko można mnie było zobaczyć w takim skąpym stroju. Może to go tak zaskoczyło?

Głos ma opanowany i spokojny, kiedy do mnie mówi, ale mimo tego, nie mogę się na nim skupić, bo oszałamia mnie zapach bijący z jego odpiętej u kresu szyi niebieskiej koszuli odsłaniającej klatkę piersiową.

Muszę wziąć się w garść. Nie mogę stać i wdychać jego zapachu tylko dlatego, że naprawdę mi się podoba.

Em miała rację.

Krzywię się zła i oburzona jednocześnie. Co on sobie wyobraża?

— Jesteś nadętym bufonem — wyrzucam bez ogródek nie zastanawiając się nad konsekwencjami.

Zdezorientowany unosi na mnie prawą brew. Zdawało mi się nawet, że na to stwierdzenie się roześmiał, co sprytnie próbował przede mną ukryć. Mimo to, nie potrafi się powstrzymać i znowu lustruje mnie wzrokiem od góry do dołu, tym razem nie oszczędzając oczu na szczegóły.

Czuję jak robię się czerwona. Poprawiam szybko podkoszulek starając się zakryć odkryte nieco cycki które nie umknęły jego oczom.

— No cóż… Niektórzy tak właśnie o mnie myślą, ale radziłbym ci zachować tę opinię dla siebie.

— Jesteś największym ignorantem jakiego poznałam. Nie mam ochoty udawać, że tak nie jest. I wypchaj się, naprawdę mam na dziś wszystkiego dość, więc czy mógłbyś się odsunąć?

Spogląda na mnie wyraźnie zawiedziony.

— Za to, co powiedziałaś powinienem złoić ci tyłek na kwaśne jabłko.

Otwieram oniemiała oczy na to co właśnie wyszło z jego ust. Omal nie wybuchłam śmiechem. Co on sobie myśli?

— Tak? To dlaczego tego nie zrobisz? — Pytam prowokująco.

— Bo pod grubą warstwą tego ciętego języka, kryje się wrażliwa dziewczyna.

Teraz ja mam ochotę się roześmiać, ale nie potrafię, kiedy moja twarz nagle zastyga. Poza tym, chyba nie sądzi, że się go przestraszę albo nim zauroczę? Choć te słowa naprawdę mnie zaskoczyły, za żadne skarby nie potrafię sobie tego przyznać.

Z odwagą patrzę mu prosto w oczy, które także nie spuszczają ze mnie palącego spojrzenia. Serce z jakiegoś powodu skacze mi podekscytowane.

— Myślę jednak, że powinieneś wiedzieć, że jesteś nadętym bufonem.

Znów ten czarujący uśmiech. Zadziwiające. Właśnie mu powiedziałam, brzydkie słowo, w sumie go obraziłam, a on w najlepsze podpiera się ręką o ścianę i śmieje się jakby to było coś śmiesznego.

— Doprawdy?

Kiwam głową zmieszana.

— Nie mówiłabym tego gdybyś się tak nie zachowywał.

Odsuwa się ode mnie i przejeżdża palcami po sterczących włosach. Wygląda dziś naprawdę pociągająco, ale nie mogę w ten sposób o nim myśleć i od razu wybijam to sobie z głowy.

— W takim razie wytłumacz mi proszę, co takiego zrobiłem. Wciąż nie wiem dlaczego śledzisz mnie o tej porze.

— Nie schlebiaj sobie. Nie śledziłam cię.

— Nie? — Uśmiecha się. — Więc co tu robisz w tej spoconej bluzce? — Odnoszę wrażenie, że mój widok go bawi.

Zaraz zapadnę się ze wstydu. Nie miałam pojęcia, że aż tak to widać. Spuszczam głowę, żeby obejrzeć szkody wyrządzone przez mój szybki bieg, kiedy James znów mnie zaskakuje. Unosi kciukiem mój podbródek i przysuwa się bliżej, jakby zamierzał przygnieść mnie do ściany.

— Spokojnie — szepcze a mnie drętwieją kolana. Jeszcze nigdy nie czułam się taka bezbronna. — Nie mam zamiaru oskarżać cię o śledzenie.

— Biegałam i na pewno nie za tobą. — Mówię w końcu. Nie wiem dlaczego, ale nagle zabrakło mi słów i odwagi by się bronić.

Coś go zastanawia, więc odsuwa się ode mnie tym samym dając mi odetchnąć. Jego bliskość w żadnym wypadku nie wpływa na mnie pozytywnie.

— Więc skąd wiedziałaś, że tu jestem? — Pyta marszcząc brwi. Naprawdę ma piękne oczy gdy tak mi się przygląda. Wygląda na zdziwionego, kiedy rozczesuje palcami włosy. Znowu! Co w tamtej chwili wymaga ode mnie dużej samokontroli żeby nie zagryźć wargi, co zapewne nie uszłoby uwagi jego wścibskim oczom.

— Nie wiedziałam — prycham. — Już przecież mówiłam. Przyszłam tu i przez przypadek cię zobaczyłam. To chyba nie prześladowanie.

Śmieje się głośno jakbym palnęła jakiś głupi dowcip. Najprawdopodobniej nie uwierzył w żadne moje kłamstwo, ale nie zamierzam dawać za wygraną.

— Nigdy nie przychodziłaś do tego lokalu. Nagle zmieniłaś swoje przyzwyczajenia?

Skąd on to niby może wiedzieć?

— Śledzisz mnie?

— Ja? Ależ skąd. Po prostu osoby takie jak ty raczej rzuciłyby mi się w oczy.

Takie jak ja? Nie rozumiem niczego, co właśnie powiedział. I albo miałam uznać to za zniewagę, albo zwyczajnie chciał mnie poderwać, co przecież było niemożliwe i zupełnie nie na miejscu.

— A więc? — Pyta znowu. — Jak mnie tu znalazłaś?

Wzdycham. Mam pewne wątpliwości, że jednak nie uda mi się z nim porozmawiać tak jak chciałam.

— Dobra. Biegałam i przyszłam żeby zamówić sobie wodę, bo byłam niedaleko, a pracuje tu moja koleżanka, więc to zupełnie przypadek, że tu zaglądnęłam.

Po jego nie zachwyconej minie, widzę, że moja historyjka zbytnio go nie przekonała, ale szczególnie o to nie dbam, zwłaszcza, że nie po to tam przyszłam.

— No cóż, powiedzmy, że ci wierzę. Pozostaje tylko pytanie, dlaczego postanowiłaś nazwać mnie nadętym bufonem. Jak już zdążyłaś zauważyć, jestem facetem z krwi i kości i w każdej chwili mogę użyć swojej siły żeby pokazać ci jak bardzo jestem z twojego zachowania niezadowolony. — Znów lustruje mnie piorunującym spojrzeniem, aż zatyka mi płuca. — Możesz być pewna, że nie przeszkodzi mi w tym nawet twoja spocona koszulka i uroda.

Uroda? O czym on mówi? Włosy lepią mi się do twarzy, jak zwykle nie mam makijażu i w dodatku wyglądam jakbym właśnie wstała z łóżka, a on mówi o mojej urodzie?

Dobre, ale na pewno się na to nie nabiorę.

Ten wieczór nie tak powinien wyglądać.

— Chyba powinnam już pójść — wyjawiam speszona i coraz bardziej skrępowana. W końcu odpuszczam, bo brak mi sił żeby stać na uginających się pode mną nogach. Nie rozumiem, dlaczego nasza rozmowa nagle przybrała taki obrót skoro zaczęło się od zaskoczenia na jego twarzy a skończyło na łobuzerskim śmiechu.

W pewnym momencie czując na sobie jego rażące spojrzenie, zaczynam żałować, że w ogóle odważyłam się tam przyjść. Za wszelką cenę próbuję uniknąć jego palących oczu, bo cała z pewnością się czerwienię. Ktoś pierwszy raz działa na mnie w ten sposób, w dodatku tak krępująco. Nie wiem już jak się zachować, kiedy czuję się wystarczająco upokorzona tym, co powiedziałam mu w barze i że w ogóle do niego podeszłam.

— Nie tak prędko — powstrzymuje mnie dotykając mojego ramienia. To niemal parzy. — Chyba po coś tu przyszłaś.

— Najwyraźniej musiałam byś bardzo nierozsądna skoro się odważyłam — odpowiadam ze spuszczonym wzrokiem. Nie potrafię już na niego patrzeć.

— Nierozsądna? — Marszczy czoło, odsuwa się. — A myślałem, że jakoś się dogadamy.

Połykam ślinę speszona jego męską twarzą i delikatnym zarostem. Wspomnienia sprzed kilku lat wracają.

— Myślę, że już wszystko sobie wyjaśniliśmy — kończę z powagą.

Wznosi oczy ku niebu i opiera się ręką o ścianę jakby zaraz miał się przewrócić, co tylko jeszcze bardziej doprowadza mnie do szału.

— Wiem, że masz na myśli moje kłamstwo — mówi jakby sam do siebie. Dopiero teraz czuję w jego głosie skruchę i żal do samego siebie — Wybacz, Roksano, ale nie naddaję się do durnych przedsięwzięć Callawaya. Wiem, że cię oszukałem i jestem też pewien, że dałabyś z siebie wszystko, ale nie czuję się na tyle nierozsądny by poniżać się w ten sposób przed całą grupą. Poza tym, nie zamierzałem rozegrać tego akurat w ten sposób. Szczerze mówiąc — uśmiecha się. — Miałem nadzieję, że do piątku nic się nie wyda i że o niczym się nie dowiesz, ale musiałem się bardzo pomylić, bo jesteś bystrzejsza niż sądziłem.

Kiwam głową zaskoczona i zbita z tropu. Nie spodziewałam się, że James zacznie mi się zwierzać, a zaledwie wczoraj zaczęliśmy rozmawiać.

— Znalazłaś już kogoś do pary?

Tylko niech mi nie mówi, że nagle przejął się moim losem. Stoję jak oczarowana i zastanawiam się, co ja go tak nagle zaczęłam interesować. Po długiej chwili w końcu mówię:

— Nie. Wszyscy w grupie już kogoś mają — wyjaśniam lustrując chodnik pod moimi nogami. — Gdybyś wyjaśnił wcześniej, o co chodzi naprawdę, nie ośmieszałabym się tutaj przed tymi wszystkimi ludźmi. Przepraszam, nie chciałam psuć ci wieczoru. Pójdę już — mówię z irytacją w głosie.

— Psuć mi wieczoru? — Zatrzymuje się przede mną i spogląda na mnie zaskoczony, gdy ukradkiem na niego zerkam. — Nie, nie zepsułaś mi wieczoru. W żadnym wypadku. Przyznam, że było to nawet zaskakujące. Jeszcze nigdy żadna dziewczyna nie zaimponowała mi w taki sposób udzielając mi reprymendy.

Spuszczam głowę speszona. Czuję jak policzki mi czerwienieją z nadmiaru gorąca hulającego po mojej skórze. Nie sądziłam, że James będzie wobec mnie taki pobłażliwy.

— Cóż — mówię cichym głosem, bo nagle zabrakło mi odwagi. — Przepraszam za to całe zamieszanie, nie chciałam żeby to tak wyglądało. — Wywnioskowałam, że James zdawał sobie sprawę dlaczego postanowiłam zawrócić mu dziś głowę witając się z nim i nie zamierzam go od tego odwodzić. — W każdym razie życzę miłego wieczoru, twoje koleżanki czekają.

Podnoszę głowę, chcąc już zabrać się do odejścia, ale James odsuwa się nagle od ściany tylko po to, żeby stanąć mi na drodze. Rozprasza mnie jego obecność, choć z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu bardzo mi się ona podoba.

— Jesteś pieszo — zauważa.

— Tak. I co?

— Sama.

Podaje mi rękę. Chyba myśli, że ją chwycę.

— Chodź, podwiozę cię. Jest za ciemno, żebyś wracała pieszo.

Chryste! James Goldman nad zwyczajniej w świecie się o mnie martwi!

— Dzięki za chęci, ale naprawdę sobie poradzę. To nie pierwszy raz, kiedy będę wracała sama.

Po moich słowach, jego twarz tężeje. Sama nie wiem czy ze złości czy z czegoś innego.

— Nie masz pojęcia jak niebezpiecznie jest chodzić o tej porze samej po ulicach — mówi starając się ukryć targające nim emocje. Czyżby aż tak się mną przejął? Byłoby naprawdę miło gdyby okazało się, że James ma w sobie taką wrażliwą duszę.

— Nie boję się ciemności — prycham.

— Jesteś tego pewna? — jego zatroskany wzrok niemal parzy mnie w brzuchu. To przyjemne, kiedy ktoś kogo ledwo znam, zważa na mój los.

— Całkowicie.

To powiedziawszy, odwracam się i idę w tym samym kierunku, z którego tu przyszłam. Ciemność nigdy nie stanowiła dla mnie zagrożenia. Nie byłam atrakcyjna, a więc kto chciałby robić komuś takiemu krzywdę? Pewnie tylko uliczny menel.

Wiem, tylko wariatka by tak myślała.

Sielanka mojej samotności nie trwa jednak zbyt długo, kiedy zupełnie znienacka James podjeżdża pode mnie swoim autem.

5. Życiowe rozterki

— Co robisz? — Mój głos brzmi ostrzej niż się spodziewałam.

James lustruje mnie zadowolony zza uchylonej szyby.

— Chyba nie sądziłaś, że pozwolę ci o tej porze wracać samej do domu? Sumienie dręczyłoby mnie do końca życia, gdyby po drodze ktoś zrobił ci krzywdę, a ja w tym czasie siedziałbym sobie w barze i w najlepsze się zabawiał. Wskakuj.

— Chodzi tylko o twoje sumienie?

Wpatruje się we mnie rozbawiony, a w jego oczach panuje radość. Bardzo mi się to w tej chwili podoba.

— Nie jestem altruistą, ale jest już dość późno. Nie sądzisz? Takie małe dziewczynki jak ty powinny już spać.

— Jestem już dużą dziewczynką, więc daj mi spokój.

— Nie daj się prosić — rzuca z czarującym uśmiechem. — To w ramach przeprosin za moje małe kłamstewko.

Zatrzymuję się i patrzę w jego stronę. Właśnie wychyla głowę zza szyby swojego wozu.

— Ale nie dam ci buziaka na dobranoc — prycham, a on się szeroko śmieje.

W końcu wsiadam na miejsce pasażera i patrzę na niego dużymi ślepiami bo jest całkiem ciemno i niemal bym go nie widziała gdyby nie niebieskie światełka bijące z tablicy rozdzielczej.

— Nikt ci nie mówił, że o tej porze ulice są niebezpieczne? Gdybyś była moja… — Przez chwilę uważnie mi się przygląda, po czym dodaje ostrzejszym tonem: — z pewnością bym ci na coś takiego nie pozwolił.

Ścina mnie z nóg i serce we mnie zamiera. Boże! „Gdybym była jego!”. Jak to w ogóle brzmi w jego ustach? I do cholery, dlaczego on w ogóle mówi takie rzeczy przy mnie i do mnie? Czy on ma pojęcie jak to rozprasza?

Serce dudni mi jak szalone kiedy odwracam od niego wzrok.

— Nie powinieneś wracać do swoich koleżanek z klubu? — Staram się zmienić temat.

Tym razem już nie sprawdzam wyrazu jego twarzy. Nie mam sił. Ale i tak nie muszę. Jego obojętny ton mówi mi dosłownie wszystko.

— Myślę, że beze mnie też świetnie się bawią. Powiedzmy, że postanowiłem być dziś dobrym samarytaninem — uśmiecha się wścibsko.

Choć na niego nie patrzę, czuję jak on robi to za nas obydwojga. Wciąż czuję na sobie jego oczy, co nie pozwala mi się skupić na drodze przede mną. Nie wiem, co mam ze sobą zrobić, zważywszy na fakt, że nie przywykłam do przebywania w towarzystwie kogoś tak zabójczo przystojnego jak James. I choć wcześniej uważałam go za palanta, teraz stwierdzam, że nie miałam racji. To zupełnie inny człowiek niż przypuszczałam jeszcze za czasów, kiedy mogłam go tylko oglądać.

— Uważasz, że jestem nieporadna? — Pytam starając się utrzymywać głos w nienaruszonym stanie.

— Nieporadna? — Śmieje się. — Z pewnością tak bym cię nie nazwał. Powiedzmy, że czuję się w obowiązku zadbać o to, byś bezpiecznie wróciła do domu. Nie chciałbym jutro mieć policji w swoim domu z pytaniem co robiłem wczorajszej nocy.

— Bardzo śmieszne.

Naprawdę mnie wkurzył.

— Nie łudźmy się — jego ton z łagodnego zmienia się w ostrzejszy. — To niebezpieczna dzielnica. A gdyby ktoś cię napadł?

Nie mogę uwierzyć, że to powiedział.

Kiedy słucham co do mnie mówi, ciarki znienacka przechodzą mnie po plechach. Nie miałam pojęcia, że kwestię bezpieczeństwa traktuje tak poważnie.

— To oznacza, że od dziś niemal każdego dnia będziesz prawił mi kazania na temat nie wychodzenia z domu?

Przystaje nagle na czerwonym świetle i zaciąga ręczny, żeby dobrze mi się przyjrzeć i zlustrować mnie rozgniewanym wzrokiem.

— Chcesz dać mi do zrozumienia, że codziennie wychodzisz sama z domu o tej porze? — Ma zaciśnięte usta ze złości. Sama nie wiem, dlaczego.

— Tak. Mówiłam ci przecież, że biegam. Robię to od dawna i jak dotąd nie spotkałam się z niczym… niebezpiecznym.

— Twoi rodzice się o ciebie nie martwią?

Rany boskie, dlaczego nagle zaczęło go to tak interesować? Czy ten chłopak nie ma własnych problemów i własnej pieprzniętej dziewczyny, o którą powinien się martwić?

Siły mi opadają.

— Nie. To znaczy nie, kiedy nie wiedzą co się ze mną dzieje. Mieszkam tylko z tatą, a teraz chwilowo sama.

— Co z twoją mamą?

Wzruszam ramionami gdy owiewa mnie jego chłodny ton. Ile bym dała żeby ze mną pożartował. Po co zaczął ten głupi, poważny temat? Kim on jest? Aniołem Stróżem?

— Mama nie mieszka z nami, od kiedy skończyłam czternaście lat. Wyszła za mąż po raz drugi i teraz ma na głowie inne dziecko i problemy niż martwienie się o mnie.

Kiedy to mówię, nagle robi mi się przykro. Czasem naprawdę czuję się niekochana. Odkąd pół roku temu na świat przyszedł mały Benny, wszystko stało się inne — trudniejsze. Mama już nie dzwoni tak często jak dawniej. Czasem nawet mam wrażenie, że przestałam ją obchodzić, w końcu teraz ma to, o czym zawsze marzyła — męża pisarza, dom nad jeziorem z dala od miasta i małe rozkoszne dziecko, w dodatku synka z tym właśnie mężczyzną.

— Masz przyrodnie rodzeństwo?

— Tak. Ben ma już pół roku, a ja nawet nie wiem jak wygląda. Zabawne, co?

Śmieję się sama ze swojego nieszczęścia.

— Nie, to raczej przykre — oznajmia łagodnie jakby się tym przejął, po czym dodaje z frustracją. — To przykre, że twoja matka przestała się tobą interesować, tylko dlatego, że urodził jej się syn.

Wzdycham ciężko marząc by mama wróciła do kraju.

— Wiem — mruczę pod nosem, bawiąc się swoimi palcami u dłoni.

— A twój ojciec?

Ciekawe, dlaczego mój los tak nagle zrobił się dla niego taki interesujący. Po raz pierwszy jestem z nim całkiem sama, a on pyta akurat o moja rodzinę.

— Pytasz czy tata się mną interesuje? — Upewniam się.

— Tak — uśmiecha się. Chyba powoli zaczyna znikać z niego ta poważna maska, którą przed momentem przybrał.

— Faceci inaczej podchodzą do opieki niż kobiety — mówię nieco skrępowana. Jego zielone oczy rażą mnie niczym lampy, które tego wieczora ja na złość nie świecą. — Ale jeśli chodzi o mojego tatę, dba o mnie jak najlepiej potrafi. Nie jest jednak tak przeczulony nad opieką jak mama, jeszcze za czasów, kiedy z nami mieszkała. To w gruncie rzeczy dobry człowiek.

Dziwne. W życiu bym nie pomyślała, że będę jechała z Jamesem do domu i opowiadała historię swojego życia. Zaledwie trzy dni temu jeszcze go nie lubiłam, a teraz mam bardzo przyjemne wrażenie jakbyśmy znali się od lat.

— Nie żałujesz, że nie mieszkasz z mamą?

Dobre pytanie. Uśmiecham się.

— Rozbawiłem cię? — Nagle się mną przejął.

— Nie, po prostu jeszcze nikt nie zadał mi takiego pytania — wyjaśniam. — Nie mieszkam z mamą od czterech lat, ale nigdy nie żałowałam tego, że zostałam tutaj. Cieszę się, że podjęłam taką decyzję. Czułabym się dziwnie zostawiając tu tatę samego. To dorosły człowiek, ale w gruncie rzeczy nieco niezaradny — uśmiecham się. — Beze mnie mógłby sobie tu nie poradzić. Pyza tym, to mama nas opuściła, nie my ją. Jeśli o nią chodzi, wiem, że ma Jeba i Bena, więc nie jest sama.

W głębi zawsze miałam nadzieję, że mama jednak się opamięta i wróci do nas, bo wcześniej czy później zrozumie, że tu jest jej dom. Ale tego już nie mówię Jamesowi, nie chcę by wiedział, co przeżywam, zwłaszcza, że go nie znam. Mam ochotę spytać go o jego rodzinę, ale coś z jakiegoś powodu mówi mi żeby tego nie robić. Nie wiem czy to dobry moment na zadawanie pytań.

Nie mam nawet czasu na rozmyślania, kiedy James znów się do mnie odzywa:

— Jak daleko zwykle biegasz?

Och.

— To zależy. Zwykle trzy kilometry, ale kiedy mam zły humor mogę przebiec znacznie więcej żeby odreagować.

Teraz on się uśmiecha. W tej szarości nocy śmiech wydaje się rozchodzić po całej okolicy, zwłaszcza kiedy mało jeździ tu samochodów.

Spoglądam na niego zdziwiona, obserwuję jego jasne, dżinsowe spodnie i koszulę z cienkiego materiału podwiniętą do łokci. Sama nie rozumiem, dlaczego przez ostatnie dwa lata nie dbałam o jego obecność tak jak dziś, dopiero gdy zaczęliśmy rozmawiać.

— Powiedziałam coś nie tak? — Pytam nieśmiało, bo nie wiem, o co może mu chodzić.

Próbuje się uspokoić, ale wciąż nie przestaje.

— Wybacz, ale właśnie zrozumiałem, że musiałaś mieć bardzo zły humor skoro przebiegłaś dziś drugie tyle niż zwykle.

— Skąd wiesz ile przebiegłam i dlaczego to cię tak bawi?

— Twój dom leży jakieś pięć kilometrów od Blacknight. Stąd wiem.

To się zaczyna robić coraz bardziej skomplikowane i zadziwiające.

— Skąd wiesz gdzie mieszkam? — Pytam z powagą.

W tym momencie nasze spojrzenia się spotykają, a ja mam wrażenie, że jego twarz mówi: Czy ta dziewczyna coś dzisiaj piła?

— Roksano — zaczyna, tym razem także z powagą. — To, że chodzimy do jednej szkoły od półtora roku to oczywisty dowód na to, że mogę wiedzieć takie rzeczy. Poza tym, powinnaś zadać mi takie pytanie ostatnim razem, gdy podwiozłem cię do domu.

Prawie bym zapomniała.

— Przecież nie jesteś stąd — marszczę brwi. — Mieszkasz na drugim końcu hrabstwa Durham, a to jest jakieś dwadzieścia kilometrów stąd, więc nie rozumiem skąd możesz to wiedzieć.

— Wiem znacznie więcej niż może ci się wydawać — rzuca spojrzenie w stylu: Nie pytaj co, to znaczy i odwraca wzrok. — Poza tym mogłaś zadać mi to pytanie ostatnim razem gdy odwoziłem cię do domu.

Nie mam zamiaru wyciągać z niego czegoś, o czym sam nie chce mi powiedzieć. I tak go nie rozgryzę. Z pewnością jutro, kiedy wrócimy do szkoły, zapomni, że w ogóle mnie znał i odprowadzał do domu, a przynajmniej wydaje mi się, że James właśnie do takich należy. A jakże by inaczej. Ktoś, kto zadaje się z Odessą nie może być inny.

Jedziemy parę metrów w ciszy mijając kolejne uliczne latarnie, wsłuchując się w głosy dochodzące z oddali, a ja dopiero teraz uprzytamniam sobie, że zaraz dotrzemy do mojego domu i moja przygoda z Jamesem Goldmanem na zawsze się zakończy. Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu jest mi teraz przykro, bo domyślam się, że James już nigdy się do mnie nie odezwie, a w szkole będzie mnie unikał jak ognia.

— Coś się stało? — James jakby czytał mi wy myślach

Wzdycham ciężko bo nie wiem co mogłabym mu powiedzieć. Odwracam wzrok spoglądając na moje gołe nogi. Właśnie sobie uprzytomniłam, że mi zimno, kiedy znienacka James ciągnie mnie za kucyk.

Rzucam mu zaskoczone spojrzenie i poprawiam włosy. Tylko nieliczne kosmyki poprzylepiały mi się do twarzy. Z przykrością jednak musiałam sobie przyznać, że już stoimy pod moim domem.

— Hmm — sama nie wiem jak powinnam się odezwać, choć przecież wcale nie chodziło mi o to zadanie. — Dzięki za eskortę — zmieniam temat, nie chcę rozmawiać w tej chwili o szkole ale ku memu zdziwieniu on nagle poważnieje i pochyla się w moją stronę.

Serce przyśpiesza.

— Posłuchaj — nad czymś nagle rozmyśla zakładając mi kosmyk włosów za ucho, co pali moją skórę w skroń. — Jeśli cię o coś poproszę, zrobisz to dla mnie?

Jasny gwint! W co ja się wpakowałam. Mam dla niego coś zrobić? Dla pewności przyglądam mu się jeszcze raz, ale po jego powadze wnioskuję, że raczej nie żartował. Najchętniej odpowiedziałabym po prostu TAK przez duże „T” i to zupełnie bez zawahania, ale nie mogę mu pokazać, że jestem aż tak nierozsądna i otwarta na każde jego propozycje i zachcianki.

— Nie wiem — udaję niezdecydowaną. — Zależy, o co chcesz mnie prosić.

— Po prostu nie przychodź jutro i w czwartek do szkoły — wyjaśnia wprost.

Chyba się przesłyszałam. Siedzę wyprostowana jak struna, bo nie wiem dlaczego miałabym go posłuchać.

— Co takiego? — Niedowierzam. — Dlaczego mam nie przyjść do szkoły? Nie mogę opuszczać zajęć, to…

Nie kończę. To James przerywa mi moją wypowiedź.

— Po prostu mi zaufaj i zrób to — rzuca na mnie czar o imieniu James, a ja jestem jak po prochach, czując na skórze oddech z jego ust. — Jeśli mi zaufasz, obiecuję, że nie dostaniesz jedynki z angielskiego, a wiem jakie to dla ciebie ważne.

Sama nie wiem, co mam mu powiedzieć. Za dużo rewelacji jak na jeden wieczór! Przecież i tak prawie wcale go nie znam.

— Jaką mam pewność, że mogę ci zaufać?

— Nie masz żadnej.

Cóż, z pewnością dużo mi to daje. A co jeśli mnie wkręca? W tę ewentualność jednak nie bardzo chcę wierzyć, zwłaszcza, że zdążył mi już dziś udowodnić jak bardzo potrafi być szczery w swoich zamiarach. Poza tym i tak dużo nie traciłam. To tylko dwa dni nieobecności w szkole i nareszcie zrobiłabym sobie jakiś porządny odpoczynek.

— Spokojnie, nie musisz mi teraz odpowiadać. Zrobisz jak uważasz.

Kiwam tylko głową dla zrozumienia, a on wydaje się do mnie uśmiechnąć. Tym razem widzę wyraźnie, że zawiera się w tym uśmiechu tyle prawdziwej natury Jamesa, że aż pragnę się w niej zagłębić.

— Odwiozłem cię bezpiecznie tak jak obiecałem. Teraz możesz bezpiecznie zamknąć się w domu na zamek. Chyba masz coś takiego, prawda?

Do jasnej, co on z tym bezpieczeństwem? Jest przewrażliwiony, czy tylko mnie się tak wydaje?

— Tak, nie musisz się martwić. Naprawdę dzięki za… wszystko.

Wysiadam z jego samochodu, na koniec słysząc go za sobą:

— Dobranoc, Ano.

No właśnie. Coś sobie nagle uprzytamniam. Przez jego widok ciężko mi się jednak myślało, dlatego nie mogę przegapić takiej okazji i ponownie się do niego odwracam.

— James? — Wołam. Jego imię jakoś dziwnie nie chce mi przejść przez gardło.

— Tak?

Wzdycham. Nie wiem czy powinnam, zwłaszcza, że nawet nie mam pojęcia jak się za to zabrać, żeby nic głupiego sobie o mnie nie pomyślał.

Kiedy długo się nie odzywam, patrzy na mnie z samochodu zamyślony, czekając aż wyjaśnię, o co chodzi.

W końcu biorę się na odwagę:

— Dlaczego nazywasz mnie, Aną?

Zamyka oczy i wywraca ustami w dziwnej, nic nie mówiącej mi minie.

— Tak masz na imię.

— Nie. Mam na imię Roksana — wyjaśniam. — To jest moje imię.

— Wiem, Ano.

Mam już zamiar się wkurzyć, kiedy mówi:

— Lubię zwracać się do ciebie w ten sposób.

Oddychaj dziewczyno. Przecież to nie tak wiele. Czuję wypieki na policzkach, kiedy tak na mnie patrzy, ale mam nadzieję, że z takiej odległości nie jest w stanie tego dostrzec.

— Nie podoba mi się ta ksywka — odgryzam się.

Unosi brew i śmieje się szeroko.

— To nie ksywka — odpowiada roześmiany. — Przyzwyczajaj się. Zobaczysz, niedługo zacznie ci się podobać.

To powiedziawszy odjeżdża z mojego podjazdu zostawiając za sobą smugę dymu.

Niedługo zacznie mi się podobać? — powtarzam w myślach i rozmarzona wchodzę do domu.

6. Szczęściara

Kiedy budzę się następnego dnia, coś we mnie pęka.

Nie, nie pójdę do szkoły. Właściwie, dlaczego nie mogę zrobić sobie wolnego? Przecież w końcu na niego zasłużyłam, a oto znalazła się na to odpowiednia okazja. To, że James prosił mnie bym nie poszła przez dwa dni do szkoły, to jedno, ale w tym roku szkolnym nie opuściłam ani jednej godziny lekcyjnej, więc dlaczego nie mogę zrobić sobie wolnego teraz?

Wyłączam budzik i z powrotem idę spać, by wstać przed dziewiątą tak jak lubiłam. To strasznie przyjemne móc porządnie się wyspać, zwłaszcza, że jedynym dniem, kiedy śpię ile zechcę, to tylko niedziela, a więc jeden dzień w tygodniu, cztery w miesiącu. Wtedy pracuję od południa do wieczora, więc poranek, jako tako mam dla siebie.


Jest po drugiej, kiedy kończę zmywać naczynia, gdy znienacka odzywa się sygnał domowego telefonu. Szybko wycieram ręce i biegnę, żeby nikt, kto jest po drugiej stronie się nie rozłączył.

— Słucham? — Mówię do słuchawki.

— Roksana? — Odzywa się męski głos. Od razu go rozpoznaję.

— Tata?!

— Tak — odpowiada z ulgą. — Dzwonię dopiero teraz, bo telefon padł mi dwa dni temu. W tej chwili jestem na krótkim postoju w Hawick — wyjaśnia nabierając tchu. — Jutro powinienem dotrzeć do Glasgow. Myślę, że w piątek koło wieczora powinienem być już w Blackhall Rocks. Jak w domu? U ciebie wszystko dobrze? Działo się coś po moim wyjeździe?

Uśmiecham się i wywracam oczami. Całe szczęście, że tego drugiego nie widzi. Na pewno nie byłby zachwycony.

— W domu wszystko gra. Właśnie kończyłam zmywać naczynia. Jeśli chodzi o dom, wciąż stoi cały — żartuję. — Mam nadzieję, że do twojego powrotu jeszcze go nie wysadzę. A ty trzymasz się jakoś? Gorąco tam na północy?

— Nie mniej niż na południu — śmieje się tak głośno, że muszę odsunąć słuchawkę od ucha. — Choć powiem ci, że mają tu piekielnie smaczne hot-dogi moja droga. Jak tylko wrócę, musimy skoczyć do Boba.

Jak zwykle.

— Jasne tato, pójdziemy do Boba! — krzyczę żeby zagłuszyć dzwonek do drzwi. — Już się nie mogę doczekać. Koniecznie musimy tam skoczyć. Kocham jego Fast-foody! — Cholera, klnę w myślach. — Przepraszam cię tato, ale muszę kończyć. Woda kipi na gazie. Szerokiej drogi! Zadzwoń jak dojedziesz go Glasgow. Tylko na pewno.

— Na pewno!

Szybko odkładam słuchawkę na miejsce i jeszcze szybciej biegnę do drzwi. Osoba stojąca po drugiej stronie musi być nadgorliwie zniecierpliwiona, bo dobija się jakby co najmniej gdzieś się paliło.

Kiedy je otwieram, wcale nie dziwi mnie widok osoby stojącej przede mną.

— Cześć, Em.

— Cześć — mówi beznamiętnie i wchodzi do środka. Zamknąwszy drzwi za sobą, idzie do kuchni, skąd słychać piszczący czajnik.

Podnoszę go i zalewam sobie herbatę, kiedy moja przyjaciółka siada naprzeciw mnie.

— Napijesz się? — Pytam z uprzejmości, choć doskonale wiem, że nie.

— Jeśli to te zioła o których myślę, to nie.

— Twoja strata. Nie masz pojęcia jak pozytywnie wpływają na organizm. Uspokajają, odchudzają, oczyszczają z toksyn. Działanie rewelacyjne — usiłuję żartować, bo Emily nie wygląda najlepiej, ale to na marne, bo nadal nic jej to nie pomaga.

Wstaję i siadam przy barku obok niej, przyglądając się napychającym liściom herbaty w kubku.

— No dobra, co się stało? — Pytam ostrożnym tonem. Nie lubię kiedy jest tak dobitnie smutna jakby zamierzała się zaraz rozpłakać.

W końcu wzdycha, nie spuszczając oczu z naprzeciwległego okna w kuchni.

Emily Stiles to moja przyjaciółka i odkąd pamiętam, zawsze była przy mnie, kiedy jej potrzebowałam. Jest ode mnie starsza o sześć i pół miesiąca, a różni się ode mnie w każdym calu. Nigdy nie miałyśmy wspólnych zainteresowań, nigdy nie kochałyśmy się w tym samym aktorze i nigdy nie gustowałyśmy w tych samych ciuchach.

Dwa totalne przeciwieństwa osobowości.

Po pierwsze Emily Stiles jest nie za szczupłą szatynką z długaśnymi nogami, których odkąd sięgam pamięcią, zawsze jej nieskromnie zazdrościłam. Oprócz tego, ma duże, wydatne wargi i fantastyczny odcień oczu jak niejedna gwiazda Hollywood. Jednym słowem można by ją brać za Sandrę Bullock, gdyby nie fakt, że każdy chłopak z sąsiedztwa, rzecz jasna w jej wieku ( z pewnością ci o wiele starsi uważali to samo, ale nikt nie wypowiadał tego głośno) wołał na nią „cycata”, co w prostym znaczeniu, oznaczało, że jej dorodne piersi zawsze szły na pierwszy odstrzał, z czego oczywiście niezmiernie była dumna.

Ja niestety nigdy nie zostałam tak bujnie obdarzona przez naturę jak ona. Ona jakieś metr siedemdziesiąt — ja przy stu pięćdziesięciu pięciu centymetrowym wzroście niezbyt długie nogi, nieco szersze biodra, mały biust ledwo odstający od klatki piersiowej, wąska talia i moja okropna twarz z delikatnymi piegami na nosie. Jedyne, z czego zawsze byłam dumna, to moje gęste, ciemne, falowane blond włosy po tacie. Mama to naturalna brunetka — tata blondyn, a ja wyszłam pomiędzy, czyli zostałam szatynką. Za to oczy mam kompletnie inne, bo brązowe.

Jednak patrząc teraz na Emily, nie mogę wymyślić żadnego powodu, przez który mogłaby popaść w tak nostalgiczny nastrój jak teraz.

— Em, co jest grane? — pytam starając się zrozumieć, dlaczego przyszła do mnie zaraz po szkole czego rzadko można się było po niej spodziewać.

— Chodzi o Williama! — Odzywa się w końcu.

Tylko nie chłopak! Jeśli o nich chodzi, nie jestem dobra w pomaganiu w tych kwestiach. Jednym słowem po prostu nie znam się na chłopakach i na sprawach z nimi związanymi.

— Co z nim? — Biorę łyk herbaty. — Zrezygnował z przygotowania z tobą scenki?

— Nie.

— Hmm… powiedział ci coś przykrego?

— Nie — niemal powstrzymuje się żeby nie uderzyć o stół ręką.

Na każde kolejne, zadane przeze mnie pytania odpowiada „nie” i powtarza to jak jakąś mantrę, co strasznie zaczyna mnie irytować, bo nie lubię rozmawiać z nią w taki sposób jakbym to ja miała wyduszać z niej, o co tak naprawdę poszło.

Przez cały czas Emily siedzi tępo wpatrzona w okno przed nami, jakby zaraz ktoś miał się w nim objawić. Dajmy na to William.

Ale mniejsza o to.

— Poddaję się — wzdycham. — Mogłabyś w końcu wydusić z siebie coś innego prócz słów „nie”?

— Nie — śmieje się szeroko jakby nagle wrócił jej humor.

Dziwne. Myślałam, że zaraz zacznie płakać. Tym razem wygląda na to, że nie jest z nią wcale tak źle jak sądziłam. — Roksana, nie było cię dziś w szkole, co będziesz mi musiała wytłumaczyć, bo ominęło cię coś… o Boże, dreszcze przechodzą mnie po plecach, kiedy o tym myślę. — Tym razem chichocze. — Gdybyś nie zrobiła sobie wagarów, na których nigdy nie byłaś, wiedziałabyś to wszystko już trzy godziny temu.

Słucham jej paplaniny w niezwykłym skupieniu i wciąż nie rozumiem do czego ta dziewczyna dąży. Jej monolog nie jest na tyle jasny bym mogła stwierdzić, co usiłuje mi przez niego przekazać. Przychodzi do mnie niemal zalana łzami, a teraz zachodzi się ze szczęścia jak szalona i gdybym jej nie znała, pomyślałabym, że dzieje się coś poważnego z jej umysłem.

— Emily — odzywam się z powagą, starając się wczuć w to, co do mnie mówiła. — Mogłabyś wyjaśnić mi co te słowa miały oznaczać? Nie zrozumiałam z nich ani słowa.

W końcu na mnie patrzy. Oczy cały czas jej błyszczą i od razu zaczynam się bać, bo to nie oznacza niczego dobrego.

— W życiu bym nie pomyślała — zakrywa dłońmi usta, ale tylko na chwilę, bo zaraz potem wybucha. — William zaprosił mnie na randkę! Powiedział mi, że ma w życiu wielkiego farta, bo liczył, że to właśnie ja będę jego partnerką na angielskim. Jest fantastyczny, wciąż żartuje. Rozmawialiśmy niemal na każdej przerwie, a ja nadal nie mam go dosyć. Sama nie wiem… po prostu czułam, że mogę mu powiedzieć wszystko, a on patrzył na mnie jak w cenny klejnot. Myślałam, że to sen, bo przecież to się nigdy nie zdarza, żeby ktoś, kto nam się podoba, zaczął cię traktować w sposób w jaki byś chciała. Głównie dlatego to było takie… nierealne.

Nierealne, nierealne…

To jedno słowo utkwiło mi w głowie i sprawiło, że zamiast cieszyć się z przyjaciółką, sama się pogrążam, myśląc tylko o tym, że ja nigdy nie będę mogła doczekać się chwili, gdy ktoś przyjedzie po mnie na białym koniu tak jak po nią.

Chyba umarłabym ze szczęścia.

James. Dlaczego nagle zaczęłam o nim myśleć?

Nie, nie nie!!! Chce wyrzucić go z głowy.

— Roksana, słuchasz mnie?

Natychmiast się wybudzam.

— Tak, tak, oczywiście. Jasne, że cię słucham — jąkam się. — Strasznie się cieszę, że twoje marzenie się spełniło. Zawsze marzyłaś o Williamie.

— Dlatego to jest tak bardzo niewiarygodne, że akurat na angielskim u Callawaya, los spiknął nas ze sobą. Od dziś kocham tego człowieka — chwyta mnie za łokieć. — To zajebisty nauczyciel!

Od kiedy ona wyznaje publicznie miłość do nauczycieli? Nigdy za żadnym nie przepadała ze względu na ilość nazbieranych jedynek. Prawdę mówiąc, nie znałam w moim życiu ( a żyję już osiemnaście lat) nikogo, kto tak jak ona pawałby nienawiścią do nauczycieli.

W głębi to dobra dziewczyna i zasługuje na prawdziwą miłość.

Ciekawe tylko, kiedy ja na nią zasłużę.

Prawdopodobnie w następnym wcieleniu, jeśli owe rzecz jasna nastąpi.

— No dobra — klaszcze w dłonie chcąc dać mi do zrozumienia, że już skończyła opowiadać swoją historię, a teraz czaka na moje wyjaśnienia. — Mów, dlaczego nie byłaś dziś w szkole!

Opowiadam jej całą historię ze środy. Oczywiście wyglądała na mocno zszokowaną całym zajściem w klubie, ale w końcu dała się przekonać do tego, że James zachował się całkiem poczciwie.

— Naprawdę? — Uśmiecha się zszokowana. — W życiu bym nie pomyślała, że po czymś takim podwiezie cię do domu, bo będzie interesował się czyimś bezpieczeństwem. Dziwne, nie sądzisz?

— Wiem, ale to naprawdę nie ten sam człowiek, za którego go brałyśmy, Em.

Jej twarz z uśmiechniętej nagle staje się chłodna.

— Mimo wszystko radzę ci trzymać się od niego z daleka — mówi z powagą, która nie wróży niczego dobrego. Emily to wesoła osoba, u której objawy cynizmu raczej się nie zdarzają. — To zły człowiek. Zresztą sama widziałaś w jakim się obraca towarzystwie. Ty do tego świata nie należysz, więc to może nawet dobrze, że nie robicie razem tego projektu. Poza tym… nie radziłabym ci włazić pod pazury Odessie. To ostra suka i wie dobrze, że James należy do niej i zrobi wszystko żeby zatrzymać go obok siebie.

Trudno jest mi teraz z nią rozmawiać. Chciałabym jej powiedzieć, że James jest całkowicie inny niż myślałyśmy, że to miły, sympatyczny i opiekuńczy facet. Po jej nietęgiej minie i słowach, jakie kieruje do mnie na jego temat, nie zamierzam mówić o nim nic więcej, niż to co usłyszała. Wolę zachować to na wszelki wypadek dla siebie, bo Em mimo wszystko potrafi być czasem mało wyrozumiała, jako przyjaciółka. Lubię ją, traktuję jak bliską mi osobę, ale często zdarza się, że nie mogę mówić jej wszystkiego. Czasem nawet nie dlatego, że nie chcę, ale po prostu wiem, że nie przyjęłaby tego najlepiej, albo w ogóle wyraziła jakiś obraźliwy komentarz którego wolę unikać, bo po prostu jest mi do niczego niepotrzebny. Poza tym, jej ironiczne miny mnie rozpraszają, dlatego w niektórych przypadkach lepiej czegoś nie powiedzieć, niż powiedzieć za dużo.

7. Głupia kretynka

Kiedy po dwóch dniach nieobecności w końcu idę w piątek do szkoły, dopada mnie jakieś dziwne, może nawet złe przeczucie. Nie przez słowa Emily, ale po prostu dlatego, że działa tak zwana „kobieca intuicja”, która dziś mówi mi, że coś będzie nie tak. Stanie się coś złego, ale jak na złość, nie mam pojęcia z czym będzie to związane i czy lepiej nie byłoby dla mnie przedłużyć sobie weekendu o kolejne dwa dni wolnego.

Nie mięliście czasem tak, że jednego dnia śmialiście się do upadłego z byle powodu? Tak szczerze, nie mięliście nawet pojęcia z czego ten obłęd śmiechowy wynika?

Cóż… Ja miewam tak raz na rok i zawsze wtedy wiem, że oznacza to początek wielkiego płaczu, ośmieszenia lub cierpienia. Tak więc jednego dnia zachodzę się ze śmiechu i mimo iż wiem, że następnego będę płakać, to i tak nie mogę się powstrzymać by nie robić tego dalej.

Dziś wiem już od czego nie mogę się powstrzymać i bynajmniej nie jest to śmiech. Wciąż myślę o Jamesie i zupełnie nie pojmuję dlaczego. Przecież rozmawiałam z nim tylko dwa lub trzy razy, odkąd zaczęliśmy chodzić razem do szkoły.

Wchodząc do sali Callawaya, ogarnia mnie dziwny niepokój, jakby przeczucie, że powinnam się czegoś obawiać. Tak naprawdę wiem, że z moimi przeczuciami różnie bywa, dlatego nie jestem stu procentowo pewna czy aby nie jestem w błędzie.

Kiedy otwieram drzwi, sala jest już pełna, a Callawaya wciąż nie ma. Ale zamiast tego, tylko jedno rzuca mi się w tej chwili w oczy.

Na ten widok najchętniej wyszłabym z klasy i choć nigdy tak na mnie nie działał, tym razem jest jednak zupełnie inaczej. Z jakiegoś powodu boli mnie ten widok, ale już nie mogę się cofnąć. Już wiedzą, że weszłam do środka.

Nie mogę nikomu pokazać, że w ogóle mnie to zabolało.

Sama nie wiem dlaczego tak bardzo.

Odessa Millar właśnie siedzi na blacie ławki i z figlarnym uśmieszkiem pochyla się w stronę Jamesa, który bez oporu rozsiadł się okrakiem na wprost niej na krześle.

Najchętniej bym zwymiotowała, ale nie mam czym.

Siadam w swojej ławce tak jak zawsze i staram się unikać spojrzeń Odessy, która celowo nachyla się żeby dotknąć wargami jego ciepłego ucha.

Ta dziewczyna doskonale wie, że James to przystojny chłopak, którego każda przeciętna dziewczyna stawia sobie za wzór godny do naśladowania, rzecz jasna dla chłopaków. Całkiem możliwe, że jest też najprzystojniejszy wśród naszego rocznika, ale to absolutnie nieważne. Teraz ten chłopak mnie nie obchodzi. Emily miała rację. NIE WATRO!!!

Choć w głębi duszy bardzo, bardzo chciałabym wierzyć, że to nieprawda.

Ja i Odessa, choć teraz się nienawidzimy, jeszcze cztery lata temu byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami, co nikomu, kto by tego nie zobaczył nigdy nie przeszłoby to przez myśl, zwłaszcza, że nikt by w to nie uwierzył.

Teraz ta dziewczyna to zupełnie inna osoba — pije, puszcza się (czego nigdy w stu procentach nie udowodniono). Prócz tego jest rozpieszczoną córeczką tatusia, jeździ mercedesem i dopieka innym dziewczynom w naszym wieku, które dostają marne kieszonkowe, za które najwyżej mogą kupić bluzkę w lumpeksie.

Teraz najchętniej przywaliłbym jej w ten wytapetowany policzek, na którym z pewnością wykryłabym centymetr kosmetycznych duperelów, których ja nawet nie kupuję, bo po prostu się nie maluję i nie mam o ich używaniu żadnego pojęcia. Jakoś nigdy nie miałam na to czasu, z czego teraz jestem dumna. Mama zawsze powtarzała, że pudry niszczą skórę i postarzają. Dziwne więc, że niemal wszystkie dziewczyny w moim wieku używają tego świństwa jak cudu natury, myśląc, że będą przez to piękniejsze.

Obrzydlistwo.

Patrząc na Odessę, automatycznie odpycha mnie od kosmetyków, bo nigdy nie chciałabym wyglądać tak jak ona. Sztuczna Barbie o imieniu Odessa. Zupełnie niczym sedes. Ciekawe tylko, dlaczego jej imię właśnie z tym mi się zawsze kojarzyło.

Uśmiecham się w duchu i zwracam swój wzrok pod ławkę gdzie leży mój plecak, udając, że coś z niego potrzebuję, bo w tym samym momencie James wstaje z krzesła i znienacka kieruje się w moją stronę. W tej chwili widzę go tylko katem oka, nawet tam nie patrzę. Udaję, że go nie znam, zresztą on wcale nie jest lepszy. Przechodzi obok mnie bez słowa, zupełnie tak jak przypuszczałam dwa dni temu, ale mimo tego, czuję jak piecze mnie skóra na twarzy od jego palącego wzroku. Ale nie jest nawet zdolny powiedzieć mi zwykłego „cześć”, tylko… co? O Boże, on siada w ławce za mną! Nigdy tam nie siedział. To miejsce Emily, więc co on tu robi?

Nie mam w tym momencie czasu na zastanawianie się nad tym, bo do klasy wpada Callaway i bynajmniej nie wygląda na usatysfakcjonowanego.

Celowo udaję, że szukam czegoś w plecaku, żeby ukradkiem zobaczyć, czy James rzeczywiście usiadł za mną. O dziwo wcale się nie mylę. Siedzi tam nonszalancki jak zwykle.

Tylko dlaczego tak nagle zaczęłam się nim interesować?

Lecz się Roksana! I co mu właściwie odbiło z tą Aną? Ale, do cholery! Z jakiegoś powodu podoba mi się, kiedy tak do mnie mówi. Nawet nie wie jak bardzo, albo po prostu ja sama do tej pory nie byłam tego świadoma.

— Dobrze moi drodzy — to nauczyciel przerywa mój wewnętrzny monolog, klaszcze w dłonie i przeciera je jakby coś się święciło. — Dziś piątek, muszę się przyznać, że niezmiernie nie mogłem doczekać się tego dnia już od chwili losowania par. Mam więc nadzieję, że wywiązaliście się ze swojego zadania i przygotowaliście na dzisiaj wasze role z opowiadań jakie wam zadałem. Szczerze powiedziawszy czekałem na ten dzień już od początku roku, a kiedy w końcu nadszedł, emocje sięgnęły zenitu. — Rozgląda się po sali jakby czegoś szukał. Automatycznie chowam głowę za plecami kolegi imieniem Frank. Nie może wybrać mnie, jako pierwszej do tej scenki, przecież nawet jej nie przygotowałam. I co on sobie wtedy o mnie pomyśli? Nie chciało się, to nie zrobiła. Całkiem normalne wśród uczniów.

Ale ja nie jestem normalna, nigdy nie byłam.

— Jest ktoś chętny jako pierwszy? — Pyta i już czuję jak na mnie patrzy bym tylko podniosła rękę, ale udaję, że myślami jestem gdzieś indziej, przeglądając zeszyt, na którym zawsze gryzmolę różne rysunki kiedy mi się nudzi.

Ku mojemu zaskoczeniu, kilka par rąk ląduje w górze.

Serce bije spokojnie.

Mija trzydzieści minut lekcji, a do dzwonka wciąż jak na złość jeszcze kupa czasu, wystarczająco by przepytać jeszcze dwie, góra trzy pary. Scenki nie są długie, to tylko krótkie epizody. Co lepsze, Callaway lubi dokładność, precyzyjność i pracowitość, więc każdy zwykle daje z siebie wszystko, żeby wypaść w jego oczach jak najlepiej i dostać jak najlepszą ocenę.

— Panno Sanders?

Tym razem serce zamiera, twarz płonie. Co ja mu powiem? Proszę pana, śmieszna sytuacja… ehh. Jak pomyślę o Jamesie, wzbiera we mnie gniew. Dlaczego do jasnej, Callaway nie zwrócił się do niego, tylko do mnie?

Ostatecznie unoszę głowę, choć nie mam na to ochoty.

James, ciesz się, że nie czytasz mi w myślach, bo chyba byś tego nie przepuścił płazem, ale szczerze, wolałabym odegrać tą scenkę z żulem spod sklepu niż z tobą, kimś, kto dba o reputację przed takimi ludźmi jakich mamy w grupie.

Kompletny z ciebie żul, że wystawiłeś mnie w taki sposób!

— Nie jestem na dziś… hmm przygotowana — szepczę upokorzona.

Co dziwniejsze, mina nauczyciela, z poważnej robi się pobłażliwa, wręcz współczująca.

Tylko co to może znaczyć?

— Wiem — mówi, jakby czytał mi w myślach. Ciekawe tylko jak? — Bardzo mi przykro, że choroba przytrzymała cię w szpitalu. Dziś rano w porę dostałem faks od doktora Charlsa. Sam nie wiem, dlaczego wypisałaś się tak wcześnie. Mam tylko nadzieję, że już wszystko w porządku.

Chyba odjęło mi mowę. Kuźwa, o czym on mówi? Jaki szpital, jaki faks, jaki doktor, jaka choroba?

— Cóż, oczywiście, że zwalniam cię od zadania. Nie miałaś możliwości żeby go wykonać, dlatego mówię to przy całej klasie żeby później nie było żadnych niedogodności.

— Czy mógłby pan z łaski swojej objaśnić całej grupie powód, przez jaki nasza… Roksana została zwolniona z obowiązku przygotowania zadania? — Wścibsko wtrąca się Odessa. — Jeśli by pan nie zauważył, byłoby nie fair w stosunku do innych osób, które pracowały w ciągu ostatnich dni, a ona zwyczajnie została pominięta!

— Proszę siadać, to nie wybory, Odesso!

Ukrywam śmiech pod opadającymi włosami. I właściwie, dlaczego do niej zwraca się po imieniu, a do mnie wciąż mówi „panno”?

— Jeśli twoja koleżanka będzie chciała, sama poinformuje cię o powodzie swojej nieobecności w szkole. Mnie nie dopuszczono do ujawniania takich faktów, więc proszę się wstrzymać z komentarzami. Oczywiście ten, kto pracował, otrzyma zasłużoną ocenę, więc nikt niczego nie traci ani nie zyskuje, a teraz proszę o ciszę, czas powoli się kończy, a nie byli jeszcze wszyscy. — Tym razem zerka na mnie. — A ciebie poproszę, żebyś została po dzwonku na przerwie.

Kiwam tylko głową wciąż zszokowana, zastanawiając się, co mu niby powiem na temat mojej absencji w szkole spowodowanej chorobą o której nie mam bladego pojęcia.

Pozostaje tylko kluczowe pytanie — kto przysłał faks i dlaczego to zrobił, a jedyną osobą która wydaje mi się za tym stać, jest James.

Co on narobił?!!

***


Po dzwonku, pakuję się, i kiedy wszyscy wychodzą z sali, podchodzę do biurka Callawaya. Co lepsze, to już drugi raz w tym tygodniu.

Kiedy tak przed nim stoję, zaczynam się zastanawiać, czy on właściwie czegoś ode mnie nie chce. Zawsze traktuje mnie w specyficzny sposób. Nigdy nie powiedział mi złego słowa, zawsze był wobec mnie miły, co nie zawsze przenosiło się na inne osoby z grupy, jednakże tym razem zaczynam się go obawiać.

W tej chwili patrzę na jego długi nos i modlę się tylko o to, żeby nie zechciał pytać mnie o mój pobyt w szpitalu i moją rzekomą chorobę. Hmm, ciekawe tylko jak ona się nazywa?

Zatrzymuję się przed nim, a on przygląda mi się, jakby właśnie coś analizował.

— Jesteś strasznie blada — stwierdza pełen obaw. — Na pewno czujesz się na siłach żeby być dziś w szkole?

Kiwam głową. Blada, na pewno nie przez wyimaginowaną chorobę.

— Tak, czuję się dobrze. Dziękuję.

Nie kłamię, ale jeśli rozmowa zejdzie na dalszy plan, będę musiała to robić, skoro już zostałam w to wplątana.

— Sądzę jednak, że jeszcze dziś powinnaś posiedzieć w domu — jego wzrok staje się coraz bardziej współczujący. — Wyrostek robaczkowy to jednak poważna sprawa.

Zagryzam wargę, żeby nie parsknąć. Jakby nie mógł wymyślić czegoś innego. Jako tako wyrostka jeszcze nie miałam, ale z pewnością nie jest na tyle poważny, żeby robić z tego niewiadomo jaką aferę.

I ten doktor Charles, ciekawe czy istnieje.

— W moim przypadku… nie było to aż tak… złośliwe. Wystarczyły antybiotyki. Doktor pozwolił wyjść mi wcześniej, bo nie było żadnych zastrzeżeń — uśmiecham się leniwie.

On także się uśmiecha. Zmarszczki mimiczne rozciągają się.

— W takim razie cieszę się, że już po wszystkim. I życzę powrotu do zdrowia.

Głupio mi coraz bardziej. Nie lubię kłamać, zwłaszcza w tak głupich sprawach jak ta. Na pytanie czy posprzątałaś swój pokój, można skłamać, ale w sprawie czegoś tak poważnego nie lubię i nie umiem zawodowo kłamać. To nie w moim stylu. Moje sumienie nie pozwoli mi potem normalne zasnąć i żyć.

— Dziękuję — odpowiadam. — To wszystko, o czym chciał pan ze mną porozmawiać?

— Tak, chciałem tylko wiedzieć czy wszystko już dobrze.

Czerwienię się ze wstydu i upokorzenia. Spuszczam głowę, bo głupio mi jak jeszcze nigdy w życiu. Inne, przykre chwile uleciały w zapomnienie wraz z pojawieniem się tej. Skruszony wyraz twarzy Callawaya na coś, czego nie było. Bóg mnie za to ukaże.

Na korytarzu tym razem nie czeka na mnie Emily. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że nie przyszła dziś do szkoły. Jej miejsce zajął James, a teraz już warowałaby pod klasą, czekając na wyjaśnienia na temat feralnej choroby, szpitala, itd…

Tym razem zamiast niej, na mojej drodze spotykam nikogo innego, jak Jamesa.

Udaję, że go nie widzę, tak samo jak on zrobił to w klasie i idę przed siebie nie zawracając sobie nim głowy. Przecież wcale się nie lubimy.

— Chyba należą mi się jakieś podziękowania — odzywa się za mną nie całkiem zadowolony, że postanowiłam go unikać. Ma poważny ton głosu i z pewnością nie dlatego, że chce bym zaczęła się go bać.

Po pierwsze, to dziwne, że po tym jak już się dzisiaj zobaczyliśmy, dopiero teraz postanowił się do mnie odezwać. A tak poza tym, to za co mam mu niby dziękować? Nie czuję takiej potrzeby, zwłaszcza, że po tym, co dzisiaj zrobił, jestem na niego wściekła.

W końcu odwracam się. Za wszelką cenę unikam jego spojrzenia. Nie chcę widzieć jego oczu, jakoś dziwnie na mnie działają, jakby emanowały nadzwyczajną, zupełnie nietypową energią.

— Nie musiałeś tego robić — wrzeszczę na niego. — Okłamałeś nauczyciela, a przez ciebie i ja musiałam to robić.

— Chciałem ci pomóc. Myślałem, że właśnie o to ci chodziło.

Tym razem mnie zdenerwował. W sumie nie wiem za co jestem na niego taka wściekła, za to, że okłamał nauczyciela, czy za to, że zobaczyłam go z Odessą? Po ubiegłym wieczorze chyba za dużo sobie wyobrażałam? Co ja sobie właściwie myślałam? Że James mnie podrywa i zaczął się mną nagle interesować?

Zatrzymuję się, a on razem ze mną.

— O nic cię nie prosiłam — wcale nie staram się być dla niego miła. — Nie miałam żadnego wyrostka. Chyba zdajesz sobie sprawę, że jeśli Callaway odkryje, że doktor — usiłuję przypomnieć sobie jego dziwne imię — Charles nie istnieje, będę miała problemy?

Tak naprawdę wcale nie wiem dlaczego jestem na niego taka wściekła. Bo próbując mi pomóc oszukał nauczyciela czy dlatego bo zdenerwował mnie jego widok z tą flądrą?

Unosi brew i uśmiecha do mnie krzywo jakby to, co właśnie powiedziałam było najbardziej absurdalnymi słowami w życiu.

— Tylko tym się martwisz? — Pyta wyraźnie poirytowany. Ma na sobie dżinsowe spodenki i czarną koszulkę do serka która podkreśla jego szerokie ramiona i posturę dorosłego mężczyzny.

Mięknę pod wpływem jego wyrazistego spojrzenia i słabości jaką w tej chwili czuję.

Zatyka mnie w gardle. Z jakiegoś powodu mi głupio, mimo, że to nie ja narobiłam mu problemów, a on mnie.

— Nie — zaprzeczam, patrząc mu w oczy, w których nic nie widzę. One też na mnie patrzą, ale dlaczego tak intensywnie? — Dobrze wiem, że zrobiłeś to tylko po to, żeby ratować swoją skórę, nie moją, więc nie wykręcaj się tym, że chciałeś mi rzekomo pomóc.

Stoję przed nim i nie pojmuję, dlaczego tak bardzo się pomyliłam. We wtorek zdawał się być całkiem innym człowiekiem. Dziś to ta druga połowa jego osobowości, ta, której nie lubię i której nigdy nie będę lubiła.

Rysy na jego twarzy twardnieją.

— Czy nie wystarczy ci to, że chciałem ci pomóc? Musisz robić wszystko, żeby mnie zdenerwować?

— Mogłeś mnie choć uprzedzić co chcesz zrobić i teraz oczekujesz ode mnie, że będę ci za to dziękowała? Myślałeś, że kłamstwo i udawanie lekarza wszystko załatwi?

Nic nie odpowiada, dlatego poddaję się i odchodzę, ale w ostatniej chwili chwyta mnie za nadgarstek i okręca z gniewem ku sobie.

Wygląda na urażonego, kiedy kończy:

— Skoro już musisz wiedzieć, lekarz, który przysłał faks, jest prawdziwy — wyjaśnia chłodno. — Po drugie, nie zrobiłem tego, żeby ratować swoją skórę, bo tak czy inaczej dostałem odpowiednią ocenę, na jaką zasłużyłem. Callaway doskonale wie, że mogłem zgłosić mu to wcześniej albo będzie mnie prosił żebym odegrał swoją kwestię, czego nie zrobię. — Przez chwilę przygląda mi się z góry nieodgadnionym, nieco złym wzrokiem. — To tyle, co chciałem ci powiedzieć. — W końcu puszcza moją rękę z pogardą i już nic nie mówiąc, odchodzi jak gdyby nigdy nic.

Nagle robi mi się przykro i ogarnia mnie wewnętrzna pustka. W końcu sama sobie nagrabiłam.

8. Wypad na miasto

Wracam do domu zła na siebie, wściekła na Jamesa. Skąd mogłam wiedzieć, że zrobił to wszystko wyłącznie z mojego powodu? Dziwnie się teraz przez to czuję, nieco zagubiona i rozkojarzona. Nie potrafię pojąć, dlaczego postanowił mi pomóc, skoro sam nie zamierzał przygotowywać ze mną tej scenki. Co ja mu teraz powiem? Czy w ogóle powinnam się odzywać? James pochodzi z bogatej, niezależnej rodziny. Jeżeli chodzi o mnie, nie jestem ani bogata, ani biedna ani pewna siebie. Tą ostatnią cechę odziedziczyłam akurat po tacie, z czego nie jestem dumna. Poza tym wszystkim mam co jeść i gdzie mieszkać. Jeśli natomiast chodzi o Jamesa, wozi się drogimi samochodami, ubiera się w drogie, firmowe rzeczy i podobno mieszka w wielkim, zamożnym domu, który bez problemu można by nazwać willą. Niestety tego nie wiem, bo nigdy nie widziałam go na własne oczy a zapuszczanie się w tamte rejony raczej nie było mi do niczego potrzebne.

Co do tego wszystkiego, doskonale wiem, że ktoś taki jak James — niezależny, enigmatyczny, nie będzie zważał na los kogoś takiego jak ja, zwłaszcza los osoby, której prawie w ogóle nie zna. Doskonale też wiem, że jestem mu w każdym calu obojętna. Już zdążyłam to sobie uświadomić i przeboleć.

Tylko dlaczego wciąż zadręczam się tym, co mu powiedziałam i tym co on powiedział mnie? Prawdę mówiąc, nie zdziwię się, jeśli od tej pory będzie mnie unikał, udawał, że nie ma tematu, nie ma mnie i nie było niczego, co by nas łączyło, dlatego postanowiłam, że najlepiej będzie, jeśli ja też będę trzymać się od niego z daleka, żeby się nie ośmieszać i nie sprawiać sobie większej przykrości.

Tak naprawdę miałam ochotę go za to wszystko przeprosić, ale sądząc po jego wyrazie twarzy, gdy ostatnim razem ze mną rozmawiał, z pewnością nie dba o moje przeprosiny. Bo co niby obchodzę go ja, skoro już ma swoją dziewczynę, którą jest Odessa?

Muszę sobie przyznać, że jestem beznadziejna.

Siedzę na łóżku w swoim pokoju z nietęgą miną, kiedy słyszę podjeżdżający pod dom samochód. I bynajmniej nie byle jaki samochód.

Wyglądam przez okno i uśmiecham się widząc czarnego tira, którym tata zarabia na życie, rozwożąc towary po całym kraju.

Brakowało mi jego obecności. Samotność to nie najlepsze co mnie spotyka kiedy wyjeżdża, ale to jedyna rzecz do której już się przyzwyczaiłam. Nie ma go w domu co drugi tydzień, więc widujemy się mniej niż sto osiemdziesiąt dni w ciągu roku, z czego nawet jednej piątej nie przeznaczam czasem dla mamy. Nie jeżdżę do niej zbyt często, zwłaszcza, że mieszka w Cannes, na południu Francji. Cóż… zawsze chciała mieszkać nad morzem, a ja musiałam przyznać, że jej marzenia, w porównaniu do moich zaczęły się spełniać. Ja mimo wszystko od zawsze wolałam suchy ląd. Musiałam w końcu przyznać, że więcej mnie z mamą dzieli niż łączy.

Teraz dzieli nas kawał drogi od siebie. Zwykle, kiedy ją odwiedzam, podróżuję samolotem. Pięć miesięcy temu urodził jej się syn, którego nawet nie widziałam. Oczywiście prosiła żebym przyjechała, ale wciąż wynajdywałam różne wymówki. Prawda jest taka, że nie chcę widzieć się z Jeb’em. Nie wiem co z nim nie tak, ale nie przepadam za tym człowiekiem. Kiedy chodzę w krótkich spodenkach i obcisłych topach, często mam zrażenie, że niepohamowanie, przygląda się moim nogom, bądź dekoltom, co okropnie mnie krępuje. Mam osiemnaście lat, a on ma żonę, która w dodatku jest moją matką. Mógłby więc chociaż udawać, byłoby mi przez to łatwiej.

Po założeniu pantofli, wybiegam z domu i biegnę pod czarne volvo, które tata parkuje na podjeździe. Jest tak duży, że spokojnie mógłby tam stanąć jeszcze jeden dom.

Kiedy gaśnie silnik, zatrzymuję się przed kabiną samochodu i z niecierpliwością czekam na pojawienie się taty. W końcu wychodzi, a ja uśmiecham się szeroko jak małe dziecko, tak jak zawsze, kiedy wraca cały i zdrowy.

— Cześć — mówię. — Witamy w starych progach.

— Och, nawet nie wiesz jak człowiek po tak długiej podróży, marzy, żeby zobaczyć stary dom, w którym ktoś na niego czeka.

Na pewno wolałby żeby była tu też mama, Wciąż nie przestał jej kochać. Czasem, kiedy o niej opowiadam, widzę w jego oczach ten sam słabnący blask który pojawił się w chwili kiedy dawał jej zgodę na rozwód. Gdyby nie ja, boję się myśleć, co by się z nim działo.

— Mam nadzieję, że z dobrym obiadem — dodaje i wyskakuje ze schodków, po czym szczypie mnie w brzuch.

Odskakuję, bo chce mi się śmiać. Cały komiczny tata!

— Obiad? — Szczerzę zęby jak do sera. — Jasne, że z dobrym. Jeśli kotlet z ziemniakami ci odpowiada, już biegnę odgrzewać.

— Kotlet? — Uśmiecha się odsłaniając czarnego zęba. — Od kiedy to jesz kotlety?

Wywracam oczami. Jak mógł pomyśleć, że zaczęłam jeść takie żylaste mięso?

— Nie jem kotletów, tato. Pomyślałam, że będziesz głodny i przygotowałam obiad specjalnie dla ciebie. Wiedziałam, że będziesz miał ochotę zjeść porządny kawał mięsa — ściskam mu ramię. — Wy faceci musicie jeść mięso żeby przytyć parę kilo i wzmocnić muskuły, a kawał mięsa idealnie sprzyja nabieraniu na masie.

Wznosi krzaczastą brew do góry, a blond włosy sterczą mu nierówno rozwiane od wiatru. W końcu parska szerokim śmiechem i ściska mnie mocno.

— Jak podróż? — Pytam.

— Przecież wiesz, że je uwielbiam.

— Eee?

Mierzwi mi włosy jak małemu dziecku. Ciekawe czy też tak wyglądam.

— Przecież wiesz jak uwielbiam wracać do domu — robi pochmurną minę.

Też się uśmiecham.

— No wiem.

— No dobra — odsuwa się ode mnie. — A sobie, co ugotowałaś? Mam nadzieję, że nie chodzisz głodna.

— Nie, tato — marszczę brwi i cofam się do tyłu. — Miałam nadzieję, że wyskoczymy dziś na hot dogi do Boba. Dawno nie jadłam i pomyślałam, że byłoby fajnie. Oczywiście ja zamówię kebab jak zwykle. Pogralibyśmy w bilard. Muszę ci się zrewanżować za ostatni raz, kiedy mnie ograłeś i pozwoliłeś patrzeć jak przegrywam. To nie było fair.

Przygląda mi się przez chwilę nieodgadnionym wzrokiem, po czym mówi po namyśle:

— Najwyższy czas się do niego wybrać.

— Dzięki — daję mu sójkę w ramię i zaprowadzam do domu, gdzie przygotowuję dla niego ciepły obiad.

Po szóstej wieczorem jesteśmy już u Boba Freema. Ja jestem po jednym dużym kebabie, tata po trzech hot — dogach. Mówię mu, że więcej już w siebie nie wcisnę, a on kupuje sobie jeszcze dwa i zjada z największą rozkoszą, Wszystko to popija kolą, a potem jeszcze jednym, zimnym piwem. Na koniec beka i śmieje się przepraszająco.

Oczywiście mu wybaczam.

— Spokojnie — odganiam rękami nieprzyjemne zapachy z jego ust. — Już do tego przywykłam.

— Nie mogłem się powstrzymać — usprawiedliwia się wciąż zachodząc ze śmiechu. Już dawno nie widziałam go w tak dobrym humorze. — Tak dawno nie piłem piwa, że smakuje lepiej niż zwykle.

Zawsze przychodząc do Boba, siedzimy w tym samym stoliku na wprost siebie i zawsze zamawiamy to samo. Bob jest właścicielem całego tego interesu i najlepszym znajomym taty, bo znają się od czasów średniaka. Oboje mają wąsy, tendencję do pielęgnowania starych zwyczajów i cholerne ambicje do grania w bilard. Zawsze gdy tu przychodzimy, muszą zagrać choć jedną partyjkę. Potem gram tylko z tatą. Jak sam twierdzi, nawet nieźle mi to wychodzi. Czasem mam jednak wrażenie, że tylko tak mówi, żeby podnieść mnie na duchu i żeby nie stracił partnerki do grania.


Jest dziesiąta, kiedy kończymy partyjkę. Ma się rozumieć, że wygrywa tata. Teraz krzywo na niego patrzę. Nigdy nie pozwoli sobie przegrać przy kolegach. Co za ojciec!

— Zrobiłem coś nie tak? — Pyta jakby nic się nie stało.

Zakładam ręce w geście kapitulacji i unoszę brew.

— To nie fair. Grasz w to od dziesięciu lat — narzekam. — A ja tylko od dwóch, więc to oczywiste, że będziesz wygrywał.

Tata nie jest gruby, ale do chudych także się nie zalicza, tym bardziej, że od czasu do czasu lubi napić się piwa, a każdy wie, że jego nadmierne spożycie prowadzi do otyłości brzusznej. Tym razem wygląda przez to jak kowboj z rodeo, bo zawsze zakłada do grania swój słomiany kapelusz i udaje, że jest na dzikim zachodzie.

Zakręcony człowiek.

— Ja nawet będąc w twoim wieku, nie potrafiłem grać tak dobrze jak ty — szczerzy zęby jakby miało mi to w czymś pomóc. — Więc właśnie to jest nie fair. Ja jestem już starej daty i założę się, że z niejednym byś wygrała. Musisz tylko w siebie uwierzyć, bo przecież wciąż grasz tylko ze mną.

Szczerze mówiąc, muszę się poddać.

— No dobra, masz rację — nadąsam wargi i odkładam kij bilardowy na miejsce. — A zresztą, to już nieważne. Z tobą niezależnie od wyniku gra mi się najlepiej — przestępuję z nogi na nogę. — Wracamy do domu?

— Miałem zapytać o to samo. Chodź — pokazuje głową na barmana. — Zapłacę za naszą kolację i wracamy.

Cóż, jutro muszę wcześnie wstać. Na samą myśl, że w domu będziemy w pół do, a ja zasnę jeszcze później, od razu chce mi się ziewać i spać. To drugie znacznie bardziej niż przypuszczałam.

Na koniec jeszcze czeka mnie dwudziesto minutowy spacer do domu po nocy.


***


Tak jak zawsze w sobotę, wstaję dziesięć po szóstej. O siódmej wychodzę z domu i pokonuję pieszo drogę do pracy.

Cukiernia połączona wraz z lodziarnią, znajduje się niedaleko plaży, zaraz nad morzem północnym. Lubię to miejsce, pracuję tam od trzech lat, zawsze w weekendy i nie wyobrażam sobie na chwilę obecną żeby mięli mnie stamtąd wylać.

W soboty, pracę zaczynam o ósmej. Droga pieszo zajmuje mi prawie pół godziny, więc na miejscu zwykle jestem na czas. Mam o tyle dobrze, że o piętnastej zawsze wyjeżdża po mnie Alex i bezpiecznie odwozi do domu. W niedzielę zaczynam od piętnastej, a kończę o dwudziestej, więc pracuję tylko pięć godzin, co według mnie bardzo mało w porównaniu do tego, co chcę zarobić, Oczywiście nie chodzę do pracy dlatego, że tacie ciężko jest nas utrzymać, ale potrzebuję pieniędzy, które odkładam na studia. Tak naprawdę jeszcze nie wiem czy pójdę, bo moje plany co do przyszłości mogą jeszcze ulec zmianie, tak jak zawsze gdy dorastam, ale wiem, że póki o tym marzę, muszę robić wszystko żeby to zrealizować. Taty nie stać żeby opłacić dla mnie uczelnię, dlatego staram się jak mogę, żeby uzbierać odpowiednią kwotę i choć jest to trudne, jeszcze nie zwątpiłam w to, że mi się uda.

Moje plany i ambicje zwykle legają w gruzach. To bez znaczenia czego chcę, kiedy otoczenie w jakim żyję zwykle mi to komplikuje.

Wchodzę do cukierni o szyldzie Ewan’s, w nocy błyszczący się różnymi odcieniami czerwieni, zieleni i żółci. Zupełnie jak litery w słowie Google, ale to jednak nie to samo. To kompletna mania prześladowcza — myślę i uśmiecham się do zdjęcia dziewczyny z reklamy lodów, wiszący na ścianie lodziarni.

W środku gdzie teraz jestem nikogo nie ma. Jo na pewno jest na zapleczu, lub w drugiej części sklepu, w pomieszczeniu socjalnym.

Podchodzę do lady, załączam telewizor wiszący na rogu sufitu, ustawiam odpowiedni kanał muzyczny i pomieszczenie od razu wypełnia inny nastrój. Mój natychmiast się polepsza.

Jest za dziesięć ósma, kiedy moja szefowa wita mnie wychodząc z zaplecza.

— Roksana, jak dobrze, że już jesteś — uśmiecha się szczerze. Joan, to wysoka, rudowłosa kobieta, starsza ode mnie o trzynaście lat. Odziedziczyła ten sklep po ojcu, który osiem lat temu zmarł tragicznie na torach kolejowych, których w Anglii nie brakuje. Jo, zawsze twierdziła, że jej imię brzmi zbyt męsko, zupełnie jak John, tylko inaczej pisane, dlatego prosiła by zwracać się do niej po prostu Jo.

— Cześć, Jo. O co chodzi?

Wywraca oczami. Jest zaskoczona, że już wiem o jakiejś sprawie.

— No dobra, jest problem — zatrzymuje się przed ladą z nietęgą miną i kładzie przede mną jakieś papiery. — To faktury za zeszły tydzień, muszę je przekazać jednemu facetowi, tylko, że on prawdopodobnie będzie tu koło dziesiątej, a ja muszę zaraz jechać do Corbridge, a to kawał drogi stąd.

Łapię aluzję i się uśmiecham.

— Jasne, nie ma sprawy. Zajmę się tym — krzywię się w duchu myśląc o kimś. Nawet wiem chyba, co to za facet. Ten łysy, który zawsze w kieszeni od spodni nosi mały grzebyk.

Jo z ulgą rozczesuje palcami grzywkę na czole i kiwa głową z uśmiechem i zadowoleniem.

— Dzięki kochana, wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć.

— Naprawdę nie ma za co, Jo. Nie zapominaj, że w końcu dla ciebie pracuję.

— Wierz mi, nie żałuję, że cię zatrudniłam. To była słuszna decyzja.

— W takim razie jedź spokojnie do Corbridge, ja się wszystkim zajmę.

Zadowolona zakłada torebkę na ramię, otwiera drzwi i przekręca tabliczkę na OTWARTE.

— Miłej pracy — mówi na koniec. — Będę po południu.

— Do zobaczenia! — Macham jej zza lady, a Jo już znika po drugiej stronie drzwi. Widzę tylko jak jej sylwetka zmniejsza się na tle plaży, którą stąd idealnie widać.

9. Sedes plus Szmata równa się Odessa

Nie wiem która może być godzina. Na pewno daleko po czternastej. Jo już dawno wróciła z Corbridge, a ja obsłużyłam z setkę klientów od rana. Do Ewan’s zagląda masę ludzi w różnym wieku, począwszy od pięciolatków, a skończywszy na osiemdziesięcioletniej staruszce. Nawet mam tu taką jedną, odwiedza nas regularnie. W każdą niedzielę zawsze wpada z wnuczkiem po mszy i kupuje te same lody sorbetowe.

Lubię starszych ludzi. W ich twarzach kryje się historia wszechświata i przeszłość, do której tylko oni mają wzgląd.

W tej chwili mam na sobie biały fartuch zakładany przez głowę, podobny do tego, jaki mama zawsze nosiła, gdy krzątała się po kuchni. Jo kupiła mi specjalną czapkę siateczkową z daszkiem, żeby ukryć moje upierdliwe włosy. Czasem, zwłaszcza na początku, czułam się w niej dziwnie przy ludziach, ale później jakoś przywykłam.

Ale teraz czuję się upokorzona jak nigdy dotąd. Nie tylko dlatego, że mam na sobie tą czapkę w której z pewnością wyglądam idiotycznie, jak spłaszczony kawałek ciasta, ale głównie dlatego, ponieważ przez szybę widzę, jak James otwiera drzwi do Ewan’s Odessie, tym samym wpuszczając ją do środka pierwszą. To jedyny dowód na to, że przyszli tu razem.

Zaraz zapadnę się ze wstydu. Czuję się jak wyrzutek społeczny. Mam ochotę schować się pod ladę, ale nikt inny mnie tu nie zastąpi. Tak czy siak, będę musiała oglądać jak się do niego klei.

Stoję jak sparaliżowana i palę się ze wstydu, mimo, że James mnie nie widzi. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Odessa trzyma go za rękę i pokazuje mu smaki lodów. Wyglądają i zachowują się jak para, choć Odessa odnosi się z tym bardziej niż on. Owszem, trzyma ją za rękę, otwiera drzwi niczym królowej, dotrzymuje jej kroku, ale patrzy na nią nie tak jak powinien patrzeć zakochany w dziewczynie chłopak.

I nagle coś sobie uświadamiam. Nie patrzy na nią tak jak patrzył na mnie, kiedy odwoził mnie do domu. Miałam wrażenie, że z jakiegoś powodu nie odrywał ode mnie oczu, czego w przypadku Odessy wcale nie widzę. Patrzy na nią nieznacznie, tylko wtedy, kiedy musi, lub gdy ona go do tego zmusi.

Ale czy to ma jakieś znaczenie? Przecież to nie mnie teraz trzyma za rękę, to nie mnie zaprosił do lodziarni, tylko ją. Za dużo sobie wyobrażam. Nie powinnam myśleć o Jamesie w ten sposób. On nie należy do mnie, tylko do niej i niech tak pozostanie. Tak będzie najlepiej. Roksana, przestań w końcu o nim myśleć.

Dla zmylenia, udaję, że sprawdzam coś w cenniku. Mam spuszczoną głowę, kiedy Odessa udaje, że dopiero teraz mnie zauważyła. Doskonale wie, że tu pracuję, a ja jakoś specjalnie nigdy się z tym nie kryłam. Wiem, że zrobiła to specjalnie, żeby mnie upokorzyć i pokazać, na jakim jestem poziomie. Odnoszę wrażenie, że nie przyszła tu z nim tylko po to, żeby mi dokopać. Gardzi takimi jak ja, dziewczynami, które w moim wieku muszą pracować, zamiast cieszyć się kieszonkowym od rodziców. Ona nigdy tego nie robiła — ma wszystko, co chce za pieniądze rodziców.

Wznoszę oczy zza daszka czapki, kiedy piszczy:

— Ooo, kogo my tu mamy — woła pogodnie. Oczywiście za tą całą eskapadą kryje się drwina. Podchodzi do mnie i uśmiecha się jakbyśmy wciąż się przyjaźniły. — Roksana, miło cię widzieć. — Lustruje mnie wzrokiem jakbym miała na sobie kostium szczura.

Ale to na wypowiedzenie mojego imienia, James sztywnieje i poodnosi głowę, żeby odnaleźć mnie wzrokiem. Biorę wdech przejęta jego obecnością tutaj, a na jego twarzy na chwilę pojawia się zaskoczenie. O dziwo nie wygląda na wściekłego, raczej przejętego moim widokiem Tylko dlaczego to mnie tak boli?

— Cześć — w końcu patrzę na Odessę wcale nie siląc się na uśmiech. Tak naprawdę wcale nie chce mi się śmiać. — Coś podać?

Spogląda na stojącego przy jej boku Jamesa, który zdaje się być nieobecny.

— Skarbie? — Dotyka jego ręki. — Jakie zamawiamy lody? Moja koleżanka na pewno ma tu najwspanialsze smaki, prawda?

— Ta, jasne. — Krzywię się, choć nie mam sił patrzeć w jego kierunku, wiedząc, że przyszedł tu nie wiedząc, że mnie tu spotka. Jestem niemal pewna, że gdyby tylko wiedział, nie pozwoliłby sobie tu zaglądnąć.

— Więc? — Mówi do niego, kiedy ten przygląda się lodom jak zahipnotyzowany. Odnoszę wrażenie, że jego humor pogorszył się wraz z moim widokiem. Tak naprawdę wcale mu się nie dziwię, wiem, że mnie nienawidzi po tym jak go potraktowałam.

Muszę się jakoś trzymać, póki nie opuszczą cukierni.

— James? — Odzywa się znowu. — Jakie chcesz lody?

— Nie będę jadł lodów — odpowiada z powagą. Takim tonem raczej nie odzywałby się chłopak do dziewczyny którą darzy większym uczuciem. Dałabym głowę, że nie jest zachwycony całą tą sytuacją, zresztą podobnie jak ja, czego nawet nie próbuje maskować.

— Jak to? — Nadyma pomalowane błyszczykiem usta. — Dopiero miałeś ochotę. Musisz ze mną zjeść, chociaż jednego.

Podchodzę do lodówki z lodami i wcale na niego nie patrząc, zupełnie jakby go tam nie było i chwytam łyżkę do ręki. Dzięki szybie mam dobry widok na to po drugiej stronie lady, dlatego moim oczom nie uchodzi widok tego, w jaki sposób ta zołza się ubrała i niemal nie mdleję z wściekłości.

Prócz bluzki na szelkach, odsłaniającej cały dekolt i fragment płaskiego brzucha, ma na sobie wysokie koturny na paski i krótką, białą mini. Jestem pewna, że gdybym miała głowę na wysokości jej pępka, zobaczyłabym kolor jej majtek. Od razu wpada mi do głowy słowo: roznegliżowana. Ta dziewczyna nie ma wstydu, nigdy nie miała, a teraz swoim ekstrawaganckim wyglądem prowokuje chłopaków żeby na nią patrzyli. Emily miała rację, że to zwykła zdzira.

— Kochanie? — Rzuca mu spojrzenie w stylu: zrób to dla mnie, a ja wynagrodzę ci za to później. — Więc jak? Nie daj się prosić.

Jego spojrzenie ciemnieje i wydaje mi się, że chce jej teraz coś powiedzieć, ale z jakiegoś powodu się powstrzymuje. Podnosi głowę, żeby na mnie spojrzeć, co robi całkiem z przymusu. Widzę to po wyrazie jego oczu; nie są w najlepszym humorze, a już na pewno zadowolone. Patrzę na niego starając się nie czerwienić, ale wiem, że to niemożliwe, kiedy wyglądam jak kucharka, a u jego boku stoi dziewczyna ubrana w sznurki, odsłaniająca osiemdziesiąt procent swojego ciała.

Dziwnie się przez to wszystko czuję. Nawet, jeśli Odessa zwykła właśnie tak się ubierać, przy niej czuję się jak odpadek śmieciowy. Nagle zaczynam żałować, że nie mam na sobie czegoś bardziej wyrafinowanego niż sprane, robocze spodenki, czarny T-shirt i trampki.

— Waniliowe — mówi w końcu do mnie, ale zachowuje się jakby wcale mnie tam nie było. Kiedy nasze spojrzenia się spotykają, marszczy czoło i od razu patrzy na nią jakby mój widok był aż tak odrażający. — Wiem, że lubisz wanilię.

Odpowiada mu szerokim uśmiechem i chwyta go za łokieć.

— Pewnie, że lubię. Mam nadzieję, że myślisz o tym samym, co ja.

Zagryzam policzek od środka żeby się nie rozpłakać. Mam nadzieję, że ona właśnie nie proponowała mu seksu na moich oczach. To byłby już szczyt wszystkiego!

— Nie. Mówiłem, że nie będę jadł lodów, a tym bardziej w tym smaku.

Unoszę głowę zdziwiona, że powiedział to w taki sposób. Odessa nie wygląda najlepiej, zwłaszcza, że została upokorzona przy świadkach.

— No cóż — unosi na mnie pomalowane długie rzęsy, w których wygląda jak Egipcjanka, przy czym zachowuje się tak, jakby nic się nie stało. — W takim razie poproszę trzy gałki.

— Waniliowego? — Upewniam się.

Krzywi się, kiedy widzi jak na nią patrzę.

— Nie. Dwie wanilie i czekoladowy.

Choć użyła wyraźnie słowa „proszę”, ton, w jakim się do mnie zwróciła, autentycznie wskazał na to, że ta dziewczyna zwyczajnie mi rozkazuje. Aż się wzdrygam na myśl, że przeskakuję przez ladę i daję jej pięścią w twarz. Och, fantastyczny widok lecących w powietrzu zębów.

Przez serwetkę, biorę do ręki wafelek, do którego nakładam gałki lodów jakie zamówiła i myślę tylko: Dlaczego wcześniej do niego nie naplułam?

Z niechęcią podaję jej przygotowanego loda, którego ta od razu oblizuje.

— Pyszny — mówi i z jakiegoś powodu nagle mi się przygląda. — Naprawdę służy ci ta praca. Niestety, jaka szkoda, że nie wzbijasz się na wyżyny. — Odgrywa pełną żalu i współczucia. — Ale nie ma nad czym rozpaczać, idzie ci całkiem nieźle, prawda?

Teraz ja chcę być wspaniałomyślna, choć aż mnie korci żeby użyć prawego sierpowego. Sarkazm także jest tu mile widziany — myślę i uśmiecham się krzywo.

— Nawet nie wiesz jak cholerną masz rację. Cóż za wspaniałomyślność. Dzięki, że mi powiedziałaś, naprawdę sama bym na to nie wpadła.

W jej oczach płoną nagle wściekłe ogniki. Chyba nie takiej reakcji z mojej strony się spodziewała, ale mimo tego szybko trzeźwieje i patrzy na mnie z przewagą, czemu James tylko się przygląda, zupełnie nieświadom, o co chodzi.

— Wziąwszy pod uwagę fakt, że twojego ojca nie stać na opłacenie ci studiów, praca jest ci szczerze wskazana. Nie oszukujmy się, to, że nie stać cię na firmowe ubrania, wcale nie oznacza, że jesteś ode mnie gorsza. Prawda?

Mam ochotę zapaść się pod ziemię. Wcale nie musiała tego mówić, ale ze względu na obecność Jamesa powstrzymała swój niewyparzony język i uznała, że jeśli powie to z przykrością, zabrzmi to jakby mi współczuła. Ja wiem jednak, że wcale tak nie jest.

Patrzę ukradkiem na Jamesa i widzę, że mimo gniewu w oczach, czuje się niekomfortowo. Kiedy podchodzi bliżej do lady i udaje, że wszystko w porządku, nawet nie sili się na uśmiech, tylko nadal unika mojego spojrzenia, co najmniej jakby czuł się zgorszony.

Jak ogień wody.

— Ile płacę? — Pyta sięgając po portfel.

Boże, on jeszcze chce za nią płacić, a ona zachowuje się jakby to leżało w jego obowiązku. Co za szczyt bezczelności!

Przez dłuższą chwilę nic nie mówię, nie dlatego, że nie wiem co mu odpowiedzieć, ale ogarnia mnie nagle uczucie bezradności, aż mam ochotę się rozpłakać. Znowu zagryzam policzki od środka, żeby odwrócić uwagę myśli od bólu.

W ustach czuję krew, gdy James czeka z niecierpliwością na jakąkolwiek reakcję z mojej strony i kładzie na ladzie pieniądze.

— Nie trzeba reszty — mówi beznamiętnie i odwraca się do niej.

Choć to nie mnie widać majtki, przez jego słowa czuję się jak szmata.

Odessa odchodzi od lady jako pierwsza i usadawia przy najbliższym stoliku, który stąd najbardziej rzuca się w oczy. Usiadła tam celowo, żeby mnie zdenerwować i żebym musiała na nią patrzeć i żałować, że to nie ja tam z nim siedzę. James siada obok niej jakby jej obecność była dla niego ukojeniem. Odessa doskonale wie, że nie mam chłopaka, z czego całe życie się naśmiewała, a teraz klei się do Jamesa jak rzep do psiego ogona, nieustannie trzymając rękę na jego udzie i pochylając się szepcząc mu coś do ucha jakby był taki głuchy.

Mam ochotę zwymiotować tu i natychmiast.

Od dawna James już mnie nie interesował, więc dlaczego teraz mam wrażenie, że coraz trudniej jest mi przestać o nim myśleć?

Nie znam odpowiedzi i to tak bardzo mnie przeraża. W głowie mam mętlik i zarazem pustkę. Nie wiem co się ze mną dzieje kiedy widzę jak on toleruje jej gierki i siedzi przy niej jak zakochany Romeo. Nie pojmuję tylko, dlaczego ktoś z takim umysłem jak on, zadaje się z kimś tak pustym jak ona. Jeśli miałabym wymieniać, pod jakim względem do siebie pasują, powiedziałabym, że są to wyłącznie pieniądze. Tylko, co pieniądze mają do miłości?

W porę, moja głowę zajmują klienci, którzy odwracają moje myśli od Jamesa. Nie lubię i nie chcę o nim myśleć, nie, kiedy wiem jaki jest. Kiedy ostatnim razem z nim rozmawiałam był zupełnie empatyczny, a teraz to całkiem inny człowiek.

Otrząsam się z myślą, że jeszcze we wtorek myślałam, że to całkiem interesujący i opiekuńczy chłopak. Dziś już nie mam ochoty na niego patrzeć, choć coś ciągle we mnie pęka i mimowolnie zerkam w jego kierunku co jakiś czas, za co najchętniej dałabym sobie w twarz, czego rzecz jasna nie robię,

Wciąż stoję przy barze i zupełnie nieświadomie patrzę na niego po raz kolejny, gdy drzwi do lodziarni się otwierają i z uśmiechem na twarzy uświadamiam sobie, że to Aleks, co oznacza, że właśnie skończyłam pracę.

Aleks, to mój najlepszy dziewiętnastoletni przyjaciel od pieluchy. Nasze mamy poznały nas ze sobą, jeszcze kiedy nie umieliśmy chodzić i do dziś trzymamy się razem, pomimo tego, że nasze matki dawno o sobie zapomniały.

Inni w tym lokalu są mniejsi od niego co najmniej o głowę. Ma metr osiemdziesiąt pięć wzrostu, przez co wyższy ode mnie o jakieś dwadzieścia pięć centymetrów. Zawsze, kiedy z nim rozmawiam, muszę patrzeć do góry, bo w inny sposób nie dowidzę jego oczu.

Na mój widok, Aleks szczerzy zęby, a ja nie odrywam od niego oczu. Czas moich cierpień nareszcie zostaje zwieńczony. Widząc mnie, od razu rusza w moim kierunku z przyklejonym do twarzy krzywym uśmieszkiem. Ma jasne brązowe włosy, jaśniejsze od promieni słońca. Ubrany jest w luźny T — shirt i spodenki za kolano. Wygląda dosyć seksownie, czego rzecz jasna mu nie powiem. Nigdy nie chciałam by prócz przyjaźni łączyło nas coś więcej, mimo iż Aleks podobał się wielu dziewczynom. Jestem także pewna, że na moim miejscu inne zrobiłyby z tego lepszy użytek niż ja.

Aleks jest przystojny i inteligentny, od roku nie ma dziewczyny i co lepsze zawsze jest przy mnie, kiedy, że tak powiem tego chcę. Sama nie wiem, dlaczego taki dla mnie jest i dlaczego tak się o mnie troszczy. Całkiem możliwe, że widzi we mnie młodszą siostrę, której nigdy nie miał, a ja traktuję go jak starszego brata, którego zawsze potrzebowałam. Źle jest być jedynaczką, kiedy rodzice się rozwodzą. Mimo wszystko Aleks to nie mój typ na chłopaka, ale nie zaprzeczę, że kocham go jak brata.

I kto powiedział, że nie można mieć przyjaciela płci przeciwnej nie będąc homo?

— Cześć — wita się ze mną, odsłaniając lśniące zęby.

— Cześć — nie mogę się powstrzymać, żeby nie szczerzyć zębów tak samo jak on. Tak strasznie się cieszę, że przyszedł akurat teraz, kiedy ta zdzira klei się do Jamesa. — Super, że już jesteś. Myślałam, że ten dzień nigdy się nie skończy.

— Był aż tak zły?

Wwiercam dziurę wzrokiem w Jamesa, kiedy mówię:

— Hmm był fatalny.

Coś go zastanawia, dlatego opiera się o blat lady.

— Też się cieszę, że już jestem, bo to znaczy, że zaraz cię stąd zabiorę, a twoja harówa na dziś się skończy.

Moja podświadomość hula zadowolona.

— Dzięki. Powinieneś być moim guru.

— Ograniczmy się do „dzięki” — marszczy powieki. — To w zupełności wystarczy.

— Nie ma sprawy. — Unoszę głowę, żeby zobaczyć godzinę i właśnie wtedy moje spojrzenie spotyka się ze spojrzeniem Jamesa. Coś go zastanawia, bo przygląda mi się dłuższy czas natarczywie nic nie mówiąc, jakby właśnie nad czymś rozmyślał i coś analizował. Dziwi mnie to, ale odwracam głowę tak szybko jak to możliwe. Nie chcę na niego patrzeć, dlatego z tego wszystkiego wciąż nie wiem jaki jest czas.

Wzdycham ciężko.

— Która godzina?

Aleks zerka na swój zegarek.

— Dochodzi trzecia… dokładnie za dziesięć sekund — informuje zadowolony. — Już dawno powinnaś być gotowa do wyjścia, więc ściągnij z siebie ten cudny, babciny fartuch i szybko wracaj.

Wywracam oczami. „Babciny fartuch”? . Mam ochotę mu za to wpieprzyć. Wyglądałam dokładnie tak jak się czułam, w czym upewnił mnie właśnie Aleks. Mimo irytacji biegnę na zaplecze poinformować szefową, że moja zmiana dobiegła końca, po czym z powrotem wracam do mojego przyjaciela.

Właśnie uderza palcami o blat jakby bardzo się niecierpliwił.

Unoszę brew, na co wcale nie reaguje.

— Jedziemy? — Pyta jak gdyby nigdy nic.

Robię minę w stylu: Nie całkiem mi to pasuje, co Aleks odczytuje bez większego problemu.

— Jakieś pytania?

Kiwam głową, wciąż z jakiegoś powodu czując na sobie palące spojrzenie Jamesa, czego absolutnie nie mam zamiaru sprawdzać. Celowo podchodzę do niego bliżej, staram się uśmiechnąć tajemniczo i szepczę:

— Masz ochotę przejść się ze mną po plaży?

Nie wiem co mnie do tego skusiło bardziej — cel wzbudzenia zainteresowania przez Jamesa, czy cel wzbudzenia w nim zazdrości. Może po prostu chodziło o to, żeby nikt nie myślał, że jestem sama i żeby Odessa przestała uprzykrzać mi życie?

W każdym razie na pewno o to, by pokazać, że nie jestem gorsza od „Sedesu”.

Mina Aleksa na moje pytanie świadczy o jego zaskoczeniu, co rzecz jasna odbieram w pozytywny sposób. Unosi znacząco brwi, co dla mnie oznacza odpowiedź jednoznaczną.

— Cóż, muszę przyznać, że miałem cię spytać o to samo, ale zrezygnowałem widząc twoją zmizerniałą minę. Kiedy cię zobaczyłem, sądziłem, że jesteś zmęczona, dlatego stwierdziłem, że nie będziesz miała ochoty chodzić jeszcze po plaży.

Hmm, właśnie tak było, dopóki go nie zobaczyłam. Teraz mam ochotę iść z nim gdziekolwiek zechce, bo wiem, że poprawi mi humor niezależnie od tego jak bardzo jest zły.

— Chyba nie odmówisz mi tej przyjemności? — Pytam.

Zerka na mnie z ukosa.

Parskam śmiechem.

— Jakże bym śmiał.

Uwieszam się jego ramienia i kiedy Jo przychodzi żeby mnie zastąpić, zostawiam cały ten Sedesowy cyrk za sobą.

10. Trafne określenie

Plaża jest duża, naprawdę ogromna i ciągnie się po wschodnim wybrzeżu naszego kraju ładnych parędziesiąt kilometrów. Teraz, chodząc boso po kamyczkach nagrzanych od słońca, z łatwością można czuć bijące z nich ciepło. To nie pierwszy raz, kiedy spaceruję tu z Aleksem i na pewno nie ostatni. Lubimy tu czasem przyjść i pogadać, choć nie zawsze najlepiej nam to wychodzi. Tak naprawdę wcale nie musimy nic mówić, bo w swoim towarzystwie zawsze czujemy się dobrze, ja czuję się sobą, bo Aleks jest po prostu super.

Idziemy brzegiem w milczeniu; przy nim nie muszę nic mówić, a i tak nie czuję się krępująco. Nie zwracam uwagi na to, co się dzieje, kiedy Aleks zanurza stopę w wodzie i niepostrzeżenie zostaję zmoczona.

Naburmuszam się, a on tylko się śmieje, udając, że nic się nie stało.

— No, co? — Puszcza mi sójkę w biodro. — Wyglądasz jakbyś oberwała dziś w twarz.

Kręcę z niedowierzaniem głową. Skąd on to wie?

— Bo tak się czuję.

Wiem, że mogę powiedzieć mu o wszystkim, co mnie gryzie. Czasem czuję się jakby był moją drugą półkulą mózgu.

Nagle poważnieje i przystaje żeby objąć moją twarz w dłonie i przyglądnąć mi się z bliska.

— Co się dzieje?

Wzdycham, zastanawiając się czy jest sens przyznania się do tortur, jakie musiałam dziś znosić. Spoglądam na niego spod rzęs.

— Pamiętasz Odessę? — Pytam.

— Znam tylko jedną Odessę. Jeśli masz na myśli Millerównę, to tak, znam.

Zawsze pamięta wszystko o czym mu opowiadam. Różni się tym od innych. Zawsze słucha mnie do końca i stara się mi pomóc. Kiedy wyjechała mama, sprawił, że nie czułam się samotna, co upewniło mnie w przekonaniu, że Aleks jest bardzo ważną osobą w moim życiu. Czasem tylko się boję, że na niego nie zasługuję.

— No więc… — mówię dalej — wie, że pracuję w Ewan’s i jestem pewna, że przyszła tu dziś celowo żeby mnie poniżyć, upokorzyć i zdenerwować. Przyszła z Jamesem i zaczęła rozmawiać ze mną o pracy chcąc mi dokopać, bo…

— Najpierw powiedz mi proszę, kto to jest James — wtrąca się i w końcu puszcza moje policzki.

— James… — ciężko mi go opisać — hmm… to chłopak, który kiedyś mi się podobał, ale później przestał, a teraz przyszła z nim specjalnie żeby mnie poniżyć.

Kiwa głową ze zrozumieniem. Oczywiście wiem, że musi być teraz na mnie zły, że nie wspomniałam mu o zainteresowaniu Jamesem jeszcze w chwili, kiedy się nim interesowałam.

— Chyba się tym nie przejmujesz… — mówi w końcu.

— Aleks, ona powiedziała, że praca mi służy, bo jest mi potrzebna, bo nie stać mnie na opłacenie studiów. Upokorzyła mnie, a on patrzył na mnie jakbym była taka, jaką ona ze mnie chce zrobić — spuszczam głowę czując wzbierającą we mnie złość. — Miałam nieopisaną ochotę podejść i przypieprzyć jej w ten wytapetowany…

Nie kończę, słysząc jak Aleks zaczyna parskać śmiechem. Zatrzymuje się przede mną, blokując mi drogę i kładzie mi ręce na ramionach.

— Roksana — mówi już opanowany, zaglądając mi głęboko do oczu. — Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że właśnie przejmujesz się opinią ludzi? — Unosi mi podbródek, kiedy unikam jego oczu. — Jeśli sprawi ci to przyjemność, wrócę tam z tobą i przemówię jej do rozsądku, a jeśli nie, to proszę, przestań zadręczać się tym, co ci powiedziała, a już na pewno wybij sobie z głowy załatwianie sprawy rękoczynami. Wiem, że tylko tak najlepiej można wyładować emocje, ale… powiedzmy szczerze, nie naddajesz się do bicia. Zrozumiano?

Zamykam oczy i wzdycham, Wiem, że Aleks ma rację, zawsze ją ma, ale nie mogę dopuścić do siebie myśli, że tej suce zawsze wszystko uchodzi płazem, a ja muszę odpuścić, bo wiem, że nie warto przejmować się tym, w jaki sposób postrzegają mnie inni.

— Najlepiej byś zrobił, gdybyś mnie teraz przytulił i powiedział, że ten sedes jest do kitu.

Krzywi się zaskoczony, ale po chwili przytula mnie mocno i szepcze do ucha:

— Wszystko będzie dobrze, tylko nie myśl tyle.

Puszczam mu sójkę w ramię uśmiecham się, mimo iż Aleks powiedział to tylko dlatego, żeby polepszyć mi humor. Odwracam twarz od wody, ale nie widzę szyldu Ewan’s. Zamiast tego zauważam, jak James właśnie na nas patrzy. Stoi na parkingu i spogląda w naszą stronę jakbym w ogóle go obchodziła. Wyraz jego twarzy stąd nie jest zbyt dobrze dostrzegalny, ale łatwo stwierdzam, że przecina ją wściekłość i chyba zaskoczenie. Dziwi mnie ten widok, bo tego bym się nie spodziewała, zwłaszcza, że w jego okolicy nie widzę kręcącej się Odessy. Bardzo, bardzo niewiarygodne.

Uśmiecham się w duchu. Byłoby wspaniale gdyby z nią zerwał. A może i nie? Nie, nie chcę być samolubna, ale właśnie w tej chwili uświadamiam sobie, że jestem w objęciach Aleksa i moja podświadomość hula zadowolona, bo zapewne w oczach Jamesa wygląda to właśnie tak jak wygląda. Każdy normalny pomyślałby, że tulimy się jak para zakochanych, co oczywiście nie byłoby zgodne z prawdą, ale on wcale nie musi tego wiedzieć. Niech nie myśli, że tylko on będzie mnie upokarzał. Teraz to on powinien mnie przeprosić za to jak mnie potraktował. A tak w ogóle, to niech się wypcha. Nie zamierzam być poniżana przez kogoś takiego jak on, więc niech sobie nie myśli, że w jakikolwiek sposób czuję się winna tego, że go ochrzaniałam.

Nie jest wart tego bym zawracała sobie nim głowę.

Tylko dlaczego ostatnio zdarza mi się częściej o nim myśleć, choć wcale tego nie chcę?

Klnę w myślach. Jak dobrze, że stoi jakiś kilometr od nas bo właśnie dołączyła do niego Odessa. Ciekawe, dlaczego wyszli tak wcześnie.

Śmieję się i kopię Aleksa żartobliwie w kostkę.

— Jeśli mnie złapiesz, pozwolę ci wrzucić mnie do wody — krzyczę, biegnąc przez plażę ile sił w nogach. Dopiero po niewczasie uświadamiam sobie, że mój przyjaciel ma tak długie nogi, że nie mam z nim szans. Ledwo co pobiegłam, a już słyszę za sobą jego głośne sapanie.

— Dam ci fory, ale i tak wylądujesz w wodzie — woła za mną. Gdyby nie to, że w rękach trzymam zdjęte trampki i właśnie biegnę boso po piasku pełnym małych kamyków które wbijają mi się w stopy, na pewno bym go prześcignęła. Nie poddaję się jednak i walczę do ostatniej chwili, do momentu, kiedy Długonogi mnie dogania. Obejmuje mnie w pasie jak ofiarę i bezlitośnie zaciąga do wody.

Przewracam nogami w górze jakbym chciała go kopnąć, ale to i tak na nic, bo Aleks jest za silny żebym zdołała mu się tak łatwo wyrwać. Krzyczę jak wariatka, żeby tego nie robił, ale doskonale wiem, że za oberwanie w kostkę mi tego nie odpuści.

— Teraz już nie będziesz taka cwana, kiedy całą wrzucę cię do zimnej wody — śmieje się jak wariat.

— Dostanę wstrząsu! — Wydzieram się. — Nie umiem pływać, do cholery!

— Już to gdzieś słyszałem… — udaje, że się zamyśla, ale szybko wykorzystuje okazję i bez żadnych ceregieli wrzuca mnie do wody niczym kukłę. Wielki plusk na szczęście nie omija także jego.

Przez moment przechodzi po mnie piorunujące zimno. Woda w morzu nie jest jeszcze nagrzana, skąd mój chwilowy szok i otępienie. Dobrze, że jest dziś słonecznie i ciepło bo inaczej bym zamarzła. Szybko się podnoszę i ochlapuję go wodą. Żałuję, że nie mam na tyle sił by jego także uczynić mokrym do suchej nitki. Patrzę na niego z wyrzutem, udając, że naprawdę mnie wkurzył i wychodzę na piach, wyciskając wodę z fragmentu ubrania.

— Ciesz się, że umiem pływać. Miałbyś mnie na sumieniu gdybym utonęła — udaję poszkodowaną, choć wcale tak się nie czuję. Chcę się tylko z nim podroczyć, w końcu sama się prosiłam.

Aleks siedzi z rękami na kolanach wyraźnie z siebie zadowolony.

— Radzę ci trzymać mordę w kubeł, bo mam coraz większą ochotę zrobić to jeszcze raz.

— Nie śmiałbyś — najprawdopodobniej rzucam mu wyzwanie, choć nie jestem o tym świadoma.

Unosi brwi, a ja od razu się cofam. Chyba chce mi udowodnić, że nie blefuje, a ja nie zamierzam do tego dopuścić. Dobrze wiem, że nie żartuje.

— Chcesz się przekonać? — podnosi się z piachu żeby mnie postraszyć swoim wzrostem i tym, co może mi zrobić.

Nie odpowiadam; zabieram tylko moje trampki, które wcześniej opuściłam i siadam obok niego twarzą do słońca.

Teraz muszę się suszyć.

11. Łapanie na litość

Wieczór jak zawsze spędzam z tatą na oglądaniu meczu w salonie. Jak zwykle kibicujemy drużynie Red Soksów z Fenway Park. To nieznośne, że od jakiegoś czasu weszło mi to w nawyk. Zajadamy się chipsami, na których opakowaniu widnieje twarz zielonego Ufo. Potem, by zrzucić zbędne kilogramy z wylegiwania się na sofie muszę biegać, co absolutnie polubiłam. Bieganie sprzyja nie tylko chudnięciu, ale wydziela endorfiny, dzięki którym jestem szczęśliwsza. Hormony mi sprzyjają. Polecam wszystkim zapaleńcom sportu.


Budząc się nad ranem, mam w głowie jedną myśl, która pozostała mi po nocy, a której za nic nie chciałam celowo przerywać. Śnił mi się James. Nie rozumiem tylko dlaczego, skoro kładąc się spać, nawet o nim nie myślałam, ale wiem, że to zadziwiająca rzecz, bo bardzo, bardzo mi się podoba.

To niebywałe, że przez niego w moim życiu w końcu zaczęło się coś dziać, ale strasznie mnie to przeraża, bo angażowanie się emocjonalnie w coś, co dla mnie jest nieosiągalne, to głupota. Całkowita niepoprawność. Nie rozumiem tylko, dlaczego James wciąż sam się ode mnie nie odczepia skoro ma dziewczynę, a ja jak głupia cieszę się, że on ma to gdzieś.

Ślamazarnie zwlekam się z łóżka, którego nigdy, przenigdy nie będę miała dość. I choć to jedyny dzień w tygodniu, kiedy mogę pospać dłużej, automatycznie budzę się już o szóstej, co jest dla mnie naprawdę wkurzające. Mój w dziwny sposób skonstruowany organizm daje mi do zrozumienia, że jestem całkowicie wypoczęta, co wcale nie znaczy, że tak się czuję.

Schodzę na dół i biorę się za pracę. Robię to co zwykle, kiedy taty nie ma w domu — sprzątam, gotuję i tak dalej.

Jestem przy zlewie i kończę zmywać naczynia po śniadaniu, kiedy dostaję SMS — a.

Wycieram mozolnie mokre ręce w ścierkę i biorę telefon ze stołu, gdzie wcześniej go zostawiłam.

Biorę głęboki wdech żeby się zastanowić i odpisuję:

Rzeczywiście, kiedy wchodzę do kawiarni, Emily już tam na mnie czeka. Dosłownie — jak zwykle. Często spotykamy się właśnie w tym miejscu i jakoś nigdy nie zdarza się nam narzekać.

Widzę ją jak siedzi i sączy jakiś napój z puszki. Długie, blond włosy opadają jej na wydatny dekolt. Emily słynęła od odsłaniania biustu na wszystkie możliwe sposoby. Często chodziły o niej plotki, rzecz jasna nieprawdziwe, że dostaje od nauczycieli dobre oceny nie za naukę i wybitną mądrość, a okazję, by nauczyciele mogli nacieszyć się kobiecymi kształtami, których nigdy nie śmiała zakrywać, a którymi niebywale się zachwycała. Zawsze ją w tym pochwalałam. Chłopaki wprost uciekali za nią wzrokiem.

— Hej — mówię, siadając naprzeciwko niej.

W sympatycznym wnętrzu kawiarni stoją miękkie, skórzane kanapy, fotele i krzesła na wysokich nogach. Wszystko zresztą jak zwykle o tej porze zajęte. Na szczęście nasz stolik był już dla nas zarezerwowany na tak zwane prywatne i specjalne zamówienie.

Oczywiście cały ambaras polegał na tym, że to głównie dzięki zdolnościom Emily i jej kontaktom z chłopakami z miasta. Jeden z barmanów o imieniu Heath, uwielbiał, kiedy tu przychodziłyśmy.

— Zupełnie nie wiesz co się stało — oświadcza kończąc siorbać pepsi z puszki, po czym pochyla się w moją stronę nad blatem stolika. — To bardzo ważne.

— Em, nie strasz. — Nie lubię, kiedy tak do mnie mówi.

— Nie straszę, ale to jedyna tak bardzo ważna rzecz, jaką kiedykolwiek tak chciałam ci powiedzieć. Myślałam, że rozniesie mnie od rana.

Już dawno nie widziałam jej takiej podekscytowanej. W końcu jeśli o nią chodzi, nigdy nie robiła afery z byle czego.

— No to mów. Też chcę się dowiedzieć — robię się ciekawska.

— Już wszystko mówię — rozgląda się żeby nikt nie słyszał. Sama nie wiem dlaczego to aż takie ważne, ale udaję, że na razie mnie to nie bawi. — Acha — coś jej się nagle przypomina. — Zamówiłam ci zieloną herbatę tak jak lubisz. Mam nadzieję, że się nie gniewasz.

— Przestań Em, przecież wiesz, że tak czy siak zawsze ją piję, teraz proszę cię, przejdź w końcu do rzeczy.

Kiwa głową z kawałkiem ciasta biszkoptowego w ustach. Otrzepuje się z okruchów i popija pepsi z puszki.

— No co? — Pyta zaskoczona, widząc mój wzrok.

— Emily, czy pijesz ten napój i jesz te słodkie rzeczy tylko po to, by wyhodować je jeszcze większe?

Unosi brew, po czym spogląda dumnie na swoje piersi.

— Od pepsi rosną cycki?

— Nie, ale jeśli będziesz się tak opychać węglowodanami, tam też zbierze się tłuszcz.

— Więc, jeśli schudnę, one mi zmaleją?

— W jakimś stopniu na pewno tak.

Na jej twarzy pojawia się znikąd szelmowski uśmiech.

— Kuźwa, w takim razie będę musiała zastosować dietę wysoko węglowodanową. Oddycha z ulgą i spogląda na kawałek małego ciastka na talerzyku. — Moje kochane ciasteczko, teraz będę mogła jeść cię bez ograniczeń.

Opieram się zupełnie zszokowana o oparcie, przyglądając się mojej przyjaciółce. Wierzyć mi się nie chce, że podrywanie tak bardzo zaczęło jej się podobać.

— Wyglądasz wspaniale i nie musisz w sobie nic zmieniać — staram się ją jakoś przekonać do zmiany zdania. — Chłopaki i tak za tobą szaleją. Jedzenie słodyczy w niczym ci nie pomoże.

— Nie obchodzą mnie inni. Dla mnie najważniejszy był, jest i będzie William, a on lubi krągłe dziewczyny.

— Na pewno nie miał na myśl pulchnych, tylko kształtne, a ty wyglądasz tak jak powinnaś więc proszę cię, nie rób z siebie wieloryba. Otyłej też cię nie zechce.

Zastanawia się przez chwilę obserwując ciastko.

— Myślisz?

— Tak. I nie pij już tej koli — zabieram jej puszkę spod nosa.

— Pepsi — poprawia.

— Nieważne, w każdym razie nie pij tego świństwa. To sam cukier i kofeina. To już lepiej zjedz do końca to ciastko.

— Och, jego na pewno nie wyrzucę — uśmiecha się szeroko i zadowolona bierze kolejny kęs do ust, zachwycając się przy tym każdym napotkanym smakiem. Aż sama biorę z tego wszystkiego parę łyków herbaty którą Em dla mnie zamówiła.

— Nie rozmyślałaś kiedyś o pracy w roli smakosza? — pytam.

— Hmm — zastanawia się kiedy patrzy na szybę. — Szczerze mówiąc nie, ale to wcale nie taki głupi pomysł.

Patrzę na nią i dudnię palcami w blat stolika, bo nie lubię siedzieć bezczynnie kiedy mam w głowie pełno myśli których chciałabym się pozbyć, ale jak na razie muszę wysłuchać sprawy Emliy.

— No dobra — wzdycham, bo coraz bardziej się niecierpliwię. — Co takiego chciałaś mi powiedzieć?

Jej wymalowane błyszczykiem usta, rozszerzają się szeroko, a ja powoli zaczynam się domyślać po co tak naprawdę mnie tutaj ściągnęła.

— Jutro wieczorem idę z Williamem do kina — informuje podekscytowana piszcząc jak nastolatka. — Seans zaczyna się o dziewiątej, ale on przyjeżdża po mnie o siódmej. To jedyny chłopak który kiedykolwiek tak strasznie mi się podobał. Chcę z nim iść, ale cholernie się denerwuję, że wszystko spieprzę. Spotkanie z kimś takim to jednak dla mnie coś fantastycznego, ale doskonale wiem, że z nerwów zapomnę języka.

Kiedy kończy, zagryza paznokcie na kciuku i wygląda przy tym tak nieporadnie, że robi mi się jej żal.

— Em, jestem pewna, że sobie poradzisz. Jestem nawet pewna, że on będzie czuł się w twoim towarzystwie jeszcze bardziej skrępowany niż ty w jego.

Unosi zszokowana wzrok. Oczy całe jej się błyszczą.

— Dlaczego tak myślisz?

Śmieję się. Czasami jestem zaskoczona sposobem jej myślenia.

— Dziewczyno, spójrz w końcu na siebie. Każdy chłopak, który znajdzie się w twoim towarzystwie nie wie gdzie podziać oczy, bo go wcześniej zawstydzasz. — Sama nie wiem czy to do końca prawda, ale to jedyne co wymyśliłam na poczekaniu. Emily nie może być zdołowana przez jakiegoś chłopaka, tylko dlatego, że jej się podoba.

Mimo mych starań, nie wydaje się być przekonana.

— Co masz na myśli?

Hmm. Co mam na myśli?

— To, co faceci lubią w tobie najbardziej — wyjaśniam. — Mianowicie mam na myśli twoje zacne bluzki odsłaniające wgłębienie między twoimi cyckami.

— Aż tak źle?

Opadam głową na blat stolika.

— Błagam, nie dobijaj mnie. Weź się w garść do cholery, zjedz to kaloryczne ciastko, wypnij pierś i pomyśl o swoich zaletach.

— Nie potrafię.

Jestem na nią wściekła. Najchętniej walnęłabym ją w tą głupią głowę, żeby w końcu przestała tak o sobie mówić. Dobija mnie, że ktoś o takim zainteresowaniu wśród chłopaków nie potrafi docenić samej siebie, podczas gdy kimś takim jak ja nie interesuje się absolutnie nikt.

— Dlaczego z każdym kto obok ciebie stanie potrafisz flirtować, a gdy zjawia się ktoś taki jak William, tracisz wiarę we wszystkie swoje wdzięki?

Kiedy tak się na nią wydzieram, moja przyjaciółka spuszcza głowę. Nie wygląda na uradowaną, raczej na zagubioną. W momencie gdy podnosi wzrok żeby na mnie spojrzeć, jej oczy zaczynają się świecić jakby zanosiło się jej na płacz, czego zupełnie nie rozumiem. Wiem jednak, że nie dlatego ponieważ jest jej przykro, ale dlatego, bo święci się coś o czym jeszcze nie wiem, ale jestem pewna, że zaraz się dowiem. Emily mimo poważnego wyglądu potrafi mieć bardzo zwariowane pomysły w których często uczestniczę. Nigdy nie chcę, ale później okazuje się, że miałyśmy świetny ubaw. Tym razem nie wnioskuje jednak po jej minie niczego dobrego.

— Roksana?

— Tak?

— Jakby ci to… powiedzieć. Wiem, że to głupio zabrzmi — jej głos robi się coraz cichszy — ale, czy… nie mogłabyś pójść tam… hmm ze mną?

Niemal spadam z siedzenia.

— Chyba oszalałaś! Jesteś umówiona na randkę z chłopakiem, który podoba ci się już tak długo i prosisz mnie by poszedł do kina z nami obydwiema?

— Roksana, błagam!

— Nie. Odpada. To najgłupszy pomysł jaki kiedykolwiek mogłaś wymyślić. Masz osiemnaście lat, nie potrzebna ci przyzwoitka.

— Nie w tym sensie — mówi pod nosem.

— To nie zmienia rzeczy, że chcesz przyzwoitki!

— Ale on nie musi o tym wiedzieć.

— Więc po co jestem ci tam potrzebna?

Wywraca oczami załamana. Wierci się na siedzeniu jakby nagle dostała owsików, ale wiem, że tylko ją nosi.

— Mam krótkofalówki ojca. Jemu już są niepotrzebne, więc pomyślałam, że pójdziesz tam z nami i będziesz mi pomagała podtrzymać z nim rozmowę. Będziesz incognito. Nie musisz siedzieć obok nas, mają zasięg na kilometr, ale błagam, nie chcę palnąć niczego głupiego. Cholernie mi na tym zależy, potem już pójdzie z górki. Błagam, tylko ten jeden raz.

— Em, a czy nie lepiej byłoby po prostu być sobą?

Prycha.

— Jasne, że lepiej, ale odpowiedzi w stylu „tak” i „acha” raczej nie powiedzą nic o mojej inteligencji. William się spłoszy, bo uzna mnie za kretynkę i już więcej się do mnie nie odezwie. Ty jesteś w te gierki lepsza ode mnie.

Chyba się przesłyszałam.

— Że co? — zerkam na nią spode łba. — O czym ty mówisz? Przecież nigdy z nikim nie byłam, a ty miałaś już dwóch chłopaków i nigdy nie była ci potrzebna przyzwoitka.

Bagatelizuje wszystko machnięciem ręki.

— To byli palanci i nic dla mnie nie znaczyli — krzywi się przypominając sobie któregoś. — Żałuję, że marnowałam na nich czas. Ale William jest inny i nawet widząc go dziesięć metrów przed sobą już przestaję oddychać. Roksi, błagam — marudzi, chwyta mnie za rękę. — Jesteś moją jedyną nadzieją. Jeśli mi nie pomożesz, może nigdy William nie zechce zaprosić mnie na kolejną randkę.

Zagryzam wargę zła na siebie, że nie mogę zostawić jej w takiej sytuacji, a zła na nią, że tak zręcznie wykorzystuje moje miękkie serce.

Długo się nie odzywam, wciąż rozmyślam czy nie postępuję nie fair w stosunku do Williama, co moja przyjaciółka odbiera opacznie.

— Czyli mi nie pomożesz — spuszcza zawiedziona głowę i odkłada łyżeczkę od ciasta na talerzyk czym chce mi zakomunikować, że z tego wszystkiego odebrało jej nawet apetyt.

— No dobra, powiedzmy, że się zgadzam.

Unosi głowę. Niemalże nie wybucha z radości.

— Serio? Naprawdę to dla mnie zrobisz?

— A mam jakieś wyjście?

— Jesteś kochana, wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć. — Szczerzy zęby do ciastka. — Kocham cię — wrzeszczy, dokładnie w momencie, gdy przy naszym stoliku zjawiają się dwaj faceci, na których widok obie milczymy. Nigdy ich nie widziałam, a po minie Emily stwierdzam, że ona także.

— Cześć — wita się wyższy z szerokimi ramionami spoglądając na moją przyjaciółkę. — Możemy się do was dosiąść?

Emily uśmiecha się szeroko, po czym natychmiast przejmuje inicjatywę rozmowy z nimi.

— Jasne, siadajcie — spogląda na nich i robi dla jednego miejsce obok siebie. — Jestem Emily, a to moja przyjaciółka, Roksana.

— Miło poznać tak urocze dziewczyny — pan Wysoki spogląda to na mnie, to na Em. — Jestem Douglas, a to mój znajomy, Eljah.

Eljah niestety siada obok mnie, przez co muszę przesunąć się aż pod samo okno, żeby go nie dotykać żadną częścią ciała. Nie wygląda na rozmownego, mówi tylko „cześć” i w przeciwieństwie do swojego kolegi w ogóle się nie odzywa. Obok Eljaha czuję się dziwnie, jakby osaczona. Nic nie mówi, co rzecz jasna mi nie przeszkadza, ale nie znaczy to także, że wygląda na wystraszonego, czy nieśmiałego. Odnoszę wręcz inne wrażenie, zwłaszcza gdy spojrzę mu w oczy. Są zagadkowe, ciemne i dziwnie zamyślone. Na twarzy ma kilkudniowy zarost, który dodaje mu lat, więc wygląda na góra dwudziesto dwu latka.

Kiedy patrzę na moją przyjaciółkę i jej nowego kompana Douglasa, doznaję nieprzyjemnego ukłucia w brzuch. Z wszystkimi facetami rozmawia jakby znali się od lat, tymczasem kiedy idzie już na prawdziwą randkę, prosi o pomoc akurat mnie.

Akurat ja wcale nie jestem tym faktem zdziwiona. Em ma tylko jedną przyjaciółkę.

Patrzę w okno prosząc by to wszystko się zaraz skończyło, kiedy mój sąsiad odrywa ode mnie wzrok by wstać.

— Może się czegoś napijecie?

— Jasne — odpowiada Em. — Dla koleżanki zielona herbata z fusami, a ja poproszę kolę bez cukru.

Mam ochotę parsknąć, ale przy nich się powstrzymuję. Mina Douglasa i Eljaha — bezcenna.

— Już się robi — strzela uśmiech jak w starych westernach i już podchodzi do barmana stojącego przy ladzie.

— Skąd jesteś? — interesuje się nagle dziewczyna którą mam ochotę udusić.

Douglas zaabsorbowany spoglądaniem na Em, nagle odwraca wzrok w moją stronę. Nie rozumiem dlaczego siła jego zielonych oczu osiada się na mnie na tak długo.

— Z Londynu — odpowiada obracając szklankę w palcach, która kręci się dnem po blacie stołu.

— Z Londynu? — W jej głosie słychać szacunek i podziw. — Zawsze marzyłam żeby odwiedzić stolicę Anglii. Jak tam jest?

— Chyba tak jak wszędzie, tylko bardziej tłoczno.

Emily wciąż nie odrywa od niego wzroku. Gdybym nie wiedziała o jej słabości do Williama, dałabym głowę, że Douglas jej zaimponował.

— Byłeś przed pałacem Backingam?

— Można powiedzieć, że przechodziłem.

— Widziałeś królową?

— Cóż — marszczy speszony brwi. — Królowa jest najbardziej poważaną osobą w kraju, ale jakoś specjalnie nie miałem nigdy większej ochoty się z nią spotykać.

Emily pochmurnieje niezadowolona. Jestem pewna, że czuje się zawiedziona. Londyn jest jedynym miejscem w naszym kraju gdzie zawsze chciała pojechać i mimo iż jest tam znacznie krótsza droga niż do mojej babci, nigdy nie miała okazji się tam wybrać. W końcu każdy chciałby odwiedzić Londyn, a przynajmniej ja i Emily.

12. Głupie wahania

O dwudziestej, kiedy kończę pracę, przyjeżdża po mnie Aleks. Od trzech lat jeździ granatowym golfem który już od pierwszej chwili zaczął pasować do niego idealnie. W końcu sama pomagałam mu wybierać. Teraz, kiedy wychodzę z Ewan’s, czeka na mnie na parkingu, tak jak zwykle kiedy się spóźniam. Tak naprawdę jeszcze go nie zobaczyłam, ale Aleks jest jedyną z niewielu osób, które nigdy mnie nie zawiodły, stąd moja pewność, że na pewno teraz na mnie czeka.

Żegnam się z Jo, która zaraz po moim wyjściu zamyka i wychodzi na zewnątrz.

Słońce już dawno zaszło, ale mimo to, wciąż wszystko widać. Noc tuż za rogiem, dlatego cieszę się, że w końcu będę mogła porządnie się wyspać, zwłaszcza, że jutro już czeka mnie przywitanie ze szkołą.

Przechodzę wzdłuż chodnika, mijając pozostałe sklepy i nareszcie widzę Aleksa. Tak jak się spodziewałam, czeka na mnie w samochodzie z głośno włączoną muzyką. Widząc mnie idącą w jego stronę, ścisza radio i kończy jeść bułkę. Nigdy nie je w pracy, dlatego wiecznie chodzi głodny. Kiedy podchodzę bliżej, uśmiecha się do mnie za kierownicą, ale mój humor jest tak bardzo zszargany, że niestety mnie nie stać na uśmiech.

Cały dzień jak głupia myślałam o Jamesie i o wyrazie jego twarzy kiedy zobaczył mnie z Aleksem na plaży. Wiem, że nie powinnam tak wnikliwie wszystkiego analizować, ale z jakiegoś powdodu nie daje mi to spokoju. Musiałam przeboleć również to, że był on chłopakiem największej zołzy w szkole i reasujując, nie miałam szans na jakiekolwiek bliższe relacje z tym chłopakiem nawet jeśli jego zachowanie z stosunku do mnie było co najmniej zastanawiające

W końcu wsiadam do golfa Aleksa, zatrzaskuję za sobą drzwiczki i z jakiegoś powodu zapinam pas, a mój przyjaciel cały czas dziwnie na mnie patrzy.

— Hmm, może zacznijmy od przywitania — mówi, starając się nie wyprowadzić mnie z równowagi. — Witam. Jak minął panience dzisiejszy dzień? Po tej kwaśnej minie wnioskuję, że na pewno tak jak sobie zamarzyłaś.

Nie mam nastroju do żartów. Sama nie rozumiem dlaczego aż tak bardzo. Mimo iż wiem, że chce być po prostu miły, robię się jeszcze bardziej wkurzona. Po co zaczynał całą rozmowę o przywitaniu?

Wzdycham rozjuszona poprawiając pas bezpieczeństwa. Dopiero kiedy patrzę na Aleksa, zauważam, że wygląda na przejętego moim widokiem.

— Czy wam wszystkim dzisiaj totalnie odbiło?

Marszczy czoło i podaje mi miętówkę, którą od razu wsadzam sobie do ust i zaczynam pośpiesznie przeżuwać. To mnie uspokaja.

— Jeśli pytasz czy też miałem dobry dzień, to odpowiedź brzmi: tak, był po prostu wyśmienity — kiwa głową, co zaczyna mnie bawić. Doskonale wiem, że udaje i robi to dla mnie. — Wręcz wspaniały. Jakaś staruszka dostała ode mnie łokciem w twarz, potem przyszedł do mnie jej mąż i okazało się, że to sam Rocky Balboa.

Śmieję się i puszczam mu sójkę w ramię.

— Dzięki, Aleks, już w porządku.

— Na pewno?

Wzdycham, zamykając oczy.

— Mogę o coś spytać? — Rozmyślam jak się to tego zabrać. — To sprawy związane z waszą naturą. To skomplikowane.

Odchrząkuje wyraźnie zaskoczony.

— Naszą naturą mówisz — drapie się po brodzie.

— No tak…

Zastanawiam się czy to w ogóle dobry pomysł pytać go o takie rzeczy, ale nie znam nikogo, z kim o czymś takim mogłabym porozmawiać, jeśli nie z nim.

— Jeśli będę potrafił odpowiedzieć… jasne, pytaj.

Zagryzam wargę, myśląc jak moje pytanie odbierze Aleks. Nigdy nie byłam najlepsza jeśli w grę wchodziło zachowanie powagi, dlatego teraz nawet nie silę bawić się w podchody. Gdy na niego patrzę, odpala silnik i po chwili już odjeżdżamy z parkingu.

W końcu zabieram się do wyjaśniania w czym tkwi cały problem.

— Jak sądzisz, co to znaczy, kiedy chłopak, który ma już dziewczynę, nieustannie bez powodu chodzi za inną?

Jego reakcja jest dość dziwna. Patrzy przed siebie z zamyśleniem i nic się nie odzywa. Wygląda na zaskoczonego tym pytaniem, choć nie daje niczego po sobie poznać. Boję się co to może oznaczać.

— Dla mnie to może oznaczać wiele. Albo facetowi się nudzi, albo nudzi go już tamta dziewczyna, albo szuka czegoś nowego. Sam nie wiem.

— Okej — to daje mi wiele do myślenia. Wzdycham patrząc w przestrzeń przed nami. — A gdybyś ty znalazł się w takiej sytuacji, co by to musiało oznaczać?

— Masz na myśli, gdybym sam się tak zachowywał?

Kiwam głową.

Krzywi się.

— Roksana, stało się coś? Zaczynam się o ciebie martwić — zmienia nagle temat, czym zaczynam się stresować, Nie sprzyja mi ta rozmowa kiedy sama nie wiem czy to dobry pomysł. W końcu powodów może być mnóstwo, bo każdy facet jest inny i niekoniecznie teza postawiona przez Aleksa będzie świadczyła o toku myślenia Jamesa.

— Nie. — Silę się na uśmiech. — Absolutnie nic, naprawdę. Chcę tylko żebyś mi odpowiedział.

Wyraz twarzy ma wyraźnie zamyślony. Kiwa głową na boki. Zawsze tak robi kiedy intensywnie nad czymś myśli.

— Pytasz, co by oznaczało to, gdybym miał dziewczynę i podrywał inną?

Uśmiecham się szczerze zadowolona. W końcu zaczynamy się dogadywać.

— Dokładnie o to pytam.

— W moim przypadku na pewno oznaczałoby to brak zainteresowania i szacunku wobec obecnej partnerki.

Okej, to już coś poważnego, choć sama też nad tym dużo myślałam.

— A co by oznaczało podrywanie, albo zaczepianie drugiej?

Drapie się po głowie speszony. Czerwieni się i to z mojego powodu. Zupełnie nie do pomyślenia.

— Zależy. No, nie jestem całkiem pewien. Ciężko mi powiedzieć, jeszcze nie znalazłem się w takiej sytuacji. — Uśmiecha się krzywo. — Ale tym pytaniem mnie zaskoczyłaś.

— Proszę, Aleks, to dla mnie naprawdę strasznie ważne — informuję z przejęciem, bo zaczynam się bać i zastanawiać, czy Alex udzieli mi odpowiedzi, czy będzie dogłębnie rozpatrywał powód jaki pociągnął mnie do zadawania takich pytań.

— No proszę — powtarzam. — Pomyśl, masz dziewczynę i tak nagle zaczynasz poznawać inną, potem wasze relacje się zacieśniają. Na domiar złego zaczynacie przypadkiem się częściej widywać, wpadać na siebie…

— Zaczekaj. — Przerywa. Jego mina mówi mi, że się pogubił. — To w końcu chodzę za nią sam, czy trafiamy na siebie przypadkowo?

— Przypadkowo. Widujecie się tak jak widywaliście zawsze, tylko tym razem ze sobą rozmawiacie, dopiero się poznajecie. To znaczy chodzi mi o to, że nie starasz się jej unikać, mimo, że wcale nie musisz z nią rozmawiać. Sam szukasz pretekstu do rozmów, czy coś… — Już się sama pogubiłam.

Aleks zamyśla się na moment, zatrzymując na przejściu kolejowym.

— Każdy facet jest inny, ale wszyscy są na swój sposób tacy sami — zaczyna z powagą. — Ale gdybym ja znalazł się w takiej sytuacji… raczej musiałbym być w pewien sposób tą dziewczyną zainteresowany, innego wyjścia nie ma. — Zerka na mnie i uśmiecha się zawadiacko. — Nie oszukujmy się Roksana, faceci to wzrokowcy. Gdyby dziewczyna nie była dla mnie na tyle atrakcyjna i interesująca jak dotychczasowa partnerka, nie siliłbym się utrzymywać z nią kontaktów. Nawet gdybym ją gdzieś widywał, nie starałbym się specjalnie rzucać jej w oczy.

Jego odpowiedź zadziwia mnie i dołuje jednocześnie. Z tego wszystkiego mam w głowie tylko mętlik, bo nie wiem już co mam o tym wszystkim myśleć. Od razu jednak odrzucam wzmiankę o atrakcyjności. James z pewnością nie utrzymuje ze mną znajomości z tego powodu. Nie oszukujmy się, nie staram się być piękną, co rzecz jasna świadczy o sposobie mojego ubierania się — dżinsy, trampki, nieumalowana twarz, związane włosy z pewnością nie mówią nic o moim seksapilu. Jednym słowem, doskonale wiem jak wyglądam. Ubieram się jak chłopak, zachowuję się jak chłopak. Nie mam nawet w szafie ani jednej sukienki, czy jednej pary obcasów jak każda, dbająca o męską uwagę, przeciętna kobieta.

Zła i rozczarowana wystawiam rękę za szybę. Czuję jak wiatr ochładza mi skórę, stawia na dęba cienkie włoski.

— Powiedziałem coś nie tak? — pyta nagle jakby się mną przejął.

— Nie — szepczę. — Spodziewałam się wszystkich odpowiedzi, ale nie tego. Ale to tylko takie głupie pytanie, całkiem bez znaczenia. Nie bierz tego do siebie.

Patrzę na niego kiedy prycha i widzę jak krzywo się śmieje. Z pewnością nie uwierzył w to, co właśnie powiedziałam.

— Na pewno? Coś mi się zdaje, że sprytnie chciałaś odwrócić moją uwagę od kłamstwa.

Hmm, czasem jednak żałuję, że tak dobrze mnie zna. Za nic w świecie nie ukryję przed nim prawdy, bo tak czy siak przejrzy mnie na wylot.

Teraz ja się śmieję próbując go udobruchać.

— No… może troszeczkę.

— No to słucham — rozkłada ręce kiedy zatrzymujemy się, tym razem na czerwonych światłach. — Kim jest szczęściarz który cię zaczepia?

Nie wierzę własnym uszom. Patrzę na niego z wyrzutem.

— Szczęściarz? Do cholery, jaki szczęściarz?

Uspokaja mnie uszczypnięciem w rękę.

— Szczęściarz, bo jeśli zrobi ci krzywdę, będzie miał do czynienia ze mną — wyjaśnia.

— Och. Uważam raczej, że do tego nie dojdzie. To bardziej typ podrywacza, więc wątpię, czy jeszcze będę miała okazję z nim porozmawiać. Tak tylko pytałam.

— Mam nadzieję. Myślę, że skoro to typ podrywacza, to na pewno nie powinnaś się go trzymać. I nie warto zawracać sobie głowy kimś, kto za plecami dziewczyny spotyka się z inną. Nawet gdyby z nią zerwał, nie zmienia to faktu, że jednak ją zostawił, bo jeśli tak zrobił, może postępować tak z innymi.

Zachowuje powagę, ale zaraz potem parskam śmiechem.

— Powiedziałem coś zabawnego?

— Nie, to znaczy tak. To znaczy… chodzi o to, że czasem mówisz jak moja mama, nie jak dwudziestoletni chłopak. To trochę dla mnie dziwne. Nie urażaj się.

— W porządku.

Muszę z trudem sobie przyznać, że Alex ma rację. Tylko o to nasuwa się kolejne pytanie: Jak olewać Jamesa, skoro nieustannie o nim myślę?

13. Komplikacje

Dziś w szkole jest zupełnie inaczej niż zwykle.

Zupełnie inaczej. W każdym znaczeniu tego słowa.

Wchodząc do sali Callawaya, uświadamiam sobie, że zaraz zobaczę Jamesa, co sprawia, że mocno się denerwuję, bo doskonale wiem, że na widok jego w pobliżu panny Nie Rusz Nie Dotykaj, znów będę musiała zaciskać zęby ze złości.

Tego dnia moja ławka jest pusta i czeka na mnie tak jak każdego dnia, ale kolejna zaraz po mojej również jest pusta. Czyżby Emily znowu nie przyszła do szkoły? Rozglądam się i dostrzegam ją siedzącą zaraz za Williamem, w ławce należącej do Jamesa Goldmana.

To zaczyna robić się dla mnie coraz bardziej niewiarygodne, choć ten widok bynajmniej mnie nie dziwi. Wręcz przeciwnie — nawet zadowala. Może nie będę musiała brać udziału w ich randce dzisiaj? Mam taką nadzieję. Przyzwoitka jest jej w zupełności niepotrzebna. Emily często popada w paranoję jeśli czymś mocno się denerwuje, a ja muszę jej pomóc, nawet jeśli wiem, że beze mnie świetnie da sobie radę.

Ale nie to jest w tym wszystkim najlepsze i najbardziej wstrząsające.

Dopiero kiedy mijam drugi rząd, uświadamiam sobie, że nie widzę Odessy i Jamesa — jedynych, którzy jeszcze się nie pojawili. Jedyne co natychmiast wpada mi do głowy, to oczywiście to, że nie przyszli do szkoły, ponieważ wspólnie zaplanowali to sobie razem. Aż krew we mnie wrze kiedy pomyślę, że Odessa spotyka się z Jamesem.

Macham do Emily, udając, że mam dobry humor, po czym siadam w ławce zła i zdezorientowana. Nie rozumiem całego świata i całej tej maskarady. Wszystko jest zupełnie bardziej skomplikowane niżbym chciała i chyba to, że nie potrafię tego zrozumieć, tak bardzo mnie przeraża. Jestem także zła, że dałam się w to wszystko wciągnąć. James ma dziewczynę, a ja jak głupia wciąż o nim myślę, choć nawet nie mam do tego prawa. Na przykład: Mój mózg zadaje sobie teraz masę pytań: Dlaczego nie przyszedł dziś do szkoły? Czy jest właśnie z tą jędzą? Czy jeszcze kiedyś się do mnie odezwie? Co teraz może robić? I, co on do cholery sobie wyobraża zaczepiając mnie, a potem udając, że nic się nie stało?

Jestem stuknięta, ale tylko dlatego, że mam dziś zły dzień. Musiałam wstać lewą nogą, albo po prostu wariuję na punkcie faceta, który robi ze mnie naiwną, a ja daję się wciąż nabierać i co gorsza brnąć w to jeszcze bardziej.

Najchętniej cofnęłabym taśmę i zaczęła wszystko od początku. Powinnam zacząć myśleć o nim tak jak dawniej, że James jest największym bufonem i palantem w szkole.

Ale nie mogę tak myśleć, nie teraz kiedy mogłam z nim w końcu porozmawiać i poznać jego charakter i to jaki jest mądry, błyskotliwy i opiekuńczy. Odessa z pewnością na niego nie zasługuje.

Powinnam zacząć leczenie i to od zaraz. On nie jest dla ciebie, wariatko. Nigdy nie był i nie będzie, zrozum to w końcu i daj sobie z nim spokój, nim będzie za późno. I pojmij to w końcu, nim stanie się coś strasznego, czego będziesz potem żałować.

— Cześć — słyszę nagle.

Twarz mam zakrytą dłońmi, kiedy dochodzi do mnie, że powinnam je stamtąd zabrać. Robię to i widzę uśmiechającego się do mnie w tajemniczy sposób Jamesa. Cholera, on naprawdę się do mnie uśmiecha! I jeszcze powiedział mi cześć. Zaskakujące i niewiarygodne, a jednak jakie wspaniałe!

Palę się jak piwonia, bo nie wiem co powiedzieć.

James nadal stoi nade mną z skonsternowanym wyrazem twarzy.

— Powiedziałem cześć — mówi.

— Zastanawiałam się czy nie pomyliłeś mnie z inną dziewczyną — informuję z miną niewiniątka, a tak naprawdę wymyśliłam wymówkę na poczekaniu, ponieważ nie odezwałam się od razu z innego powodu. Sama nie wiem dlaczego to powiedziałam. Nic innego nie przyszło mi do głowy.

Patrząc na Jamesa, odnoszę nieprzyjemne wrażenie, że na to ostatnie niemal się zdenerwował. Mimo tego, nie pozwala tego po sobie dać poznać.

— Ano, ciebie nie da się pomylić z żadną inną dziewczyną.

Na brzmienie powagi wydobywającej się z wnętrza jego ust, niemal mnie zatyka. Co chciał mi przez to powiedzieć? Robi mi się gorąco.

Znowu się czerwienię. Robię się speszona i zaciekawiona zarazem.

— Lepiej dla ciebie — rzucam w końcu i otwieram zeszyt, już na niego nie patrząc.

— Lepiej dla mnie? Dobrze usłyszałem? — W jego głosie pobrzmiewa nuta rozczarowania. Pochyla się nad moją ławką, żeby lepiej mi się przyjrzeć. Zamyka mi zeszyt swoją dużą, silną dłonią, chcąc dać mi do zrozumienia, że teraz mam patrzeć na niego.

Tak też robię, mimo iż jestem skrępowana jego bliskością, kiedy tak się nade mną pochyla. Nie mogę znieść zapachu bijącej od niego wody po goleniu, bo trudno mi utrzymać ręce na wodzy i nie próbować go dotknąć. To niemal nie do zniesienia.

— Tak — odzywam się słabym głosem. — To coś w rodzaju radaru. Informuje gdzie nie powinieneś się zbliżać.

Tym razem dostrzegam w jego oczach iskierki zaskoczenia.

— A jeśli radary zwabiają mnie jak światło ćmy, co wtedy?

Zaczynam oddychać coraz głośniej. Do diabła, dlaczego rozmawia ze mną o takich rzeczach? I czy on mnie czasem nie podrywa? Jeśli tak chce ze mną pogrywać, musi wiedzieć, że nie ze mną takie numery. Nie mogę pozwolić sobie na to, by James zabawił się moimi uczuciami, a później śmiał ze mnie, że dałam się tak łatwo nabrać. Nie chcę być już więcej raniona, nie chcę darzyć kogoś uczuciem bym później musiała przez to cierpieć, za dużo już tego w życiu zniosłam.

— Nie, jeśli wyłączy się światło. Proste — rzucam.

Śmieje się, wyraźnie rozbawiony.

Zastanawiam się dlaczego tak nagle zaczął się mną interesować i zabiegać o moją uwagę. W końcu odnoszę wrażenie jakby mnie podrywał co przecież nie jest zbyt uczciwe w stosunku do Odessy. A może ja się mylę i James wcale mnie nie podrywa, tylko drażni się ze mną?

— Jesteś bardzo odważna, Roksano, ale to nie wystarczy, żeby mi zaradzić — oświadcza, rzucając mi spojrzenie w stylu: Nie bądź wszystkiego taka pewna. I siada za mną, tak samo jak w piątek.

Oddycham z ulgą, ale dopiero kiedy zostaję sama, czuję jak mocno skacze mi ciśnienie. Ten chłopak doprowadza mnie do kołatania serca przy czterdziestoosobowej grupie dzieciaków, choć przecież nawet mnie nie dotknął.

Boję się myśleć co miał na myśli wypowiadając ostatnie słowa. Czy przez całą rozmowę miał na myśli siebie, i czy to znaczy, że rzeczywiście sugerował, że nie zamierza się poddawać?


W przerwie na lunch, spotykam się na dziedzińcu z Emily, żeby obgadać pewne sprawy konsumując nasze drugie śniadanie.

Siedzę na schodach i patrzę jak moja towarzyszka wcina bułkę z łososiem, ale nie potrafię wysiedzieć w miejscu, wiedząc, że James jest w pobliżu. Unoszę głowę i oblewam się rumieńcem, widząc go spoglądającego na mnie, opartego o maskę swojego roadstera.

Szybko odwracam wzrok, porażona tym pięknym widokiem. Emily zaś przełyka kęs i dziwnie mi się przygląda.

— No, co? — pytam, wyciągając kanapkę z papieru śniadaniowego.

Mruży wściekła oczy i zjada zaciekle Jamesa wzrokiem.

— Nie podoba mi się ten facet — wyjaśnia z niechęcią. — Dobrze, że już po przygotowaniach do projektu z angielskiego. — Wzdycha i wyciąga nogi do słońca. — Zapomniałam zapytać. Jak ci poszło? Co mówił Callaway, kiedy nie pokazaliście scenki? Dał ci kapę?

Spuszczam głowę, udając, że razi mnie słońce, a tak naprawdę nie chcę na nią patrzeć kiedy będę jej to mówić.

— No… właściwie, to nie dostałam jedynki za nieprzygotowanie tej pracy. Nie było cię w piątek w szkole i trochę cię ominęło.

— Żartujesz? — uśmiecha się. — Zawsze wiedziałam, że Callaway cię uwielbia.

— Nie w tym rzecz, Em.

— Nie? — wyraźnie jest zaskoczona. — To, w czym rzecz?

Zagryzam wargę.

— James…

— James, James, James… Nie lubię tego gościa, Roksana. Mogłybyśmy o nim nie mówić?

Jestem zaskoczona jej niechęcią do niego. Wiedziałam, że go nie lubi, ale nie spodziewałam się, że aż tak.

— Nie, posłuchaj Emily — przemawiam do niej, odkładając kanapkę na kolana. — To właśnie dzięki niemu nie dostałam jedynki od Callawaya.

Gdyby dało radę, powiedziałabym, że właśnie opadła jej szczęka.

— Dzięki niemu? Jak to? — szok ani na chwilę nie schodzi jej z twarzy. — To, zrobiliście tą scenkę?

— Nie. — Udaję, że drapię się po łydce. — James skombinował od lekarza zwolnienie, na którym pisało, że w ciągu ostatnich dni leżałam w szpitalu, bo miałam wyrostek. Callaway dostał faks i zwolnił mnie z zadania.

— Nie miałaś przecież wyrostka, byłam u ciebie — szepcze i coś sobie nagle przypomina. — To dlatego nie było cię w środę i czwartek w szkole?

— Tak.

— Więc jak? Nie rozumiem…

Wyjaśniam jej wszystko po kolei, najlepiej jak potrafię. Po tych wyznaniach, przez chwilę nic nie mówi. Jej twarz nie wygląda najlepiej, a raczej jakby była w ogromnym szoku, co wcale nie oznacza, że jest pod wrażeniem. Nic podobnego. Nie może dopuścić do siebie myśli, że coś takiego miało miejsce.

— Roksana — odzywa się nagle wzdychając ciężko. — Cieszę się, że nie dostałaś złej oceny, która zepsułaby ci średnią, w końcu dostałabyś ją przez niego, ale to nie oznacza, że nagle się zmienił. To wciąż ten sam frajer — śmieje się jakby za wszelką cenę chciała coś ukryć. — Lepiej, żeby wasza znajomość skończyła się w ten sposób, niż żebyście mięli ją kontynuować.

Przyglądam się jej zaskoczona, bo nie rozumiem dlaczego jest do niego tak uprzedzona. Nigdy nie miała z nim styczności, więc nie może wiedzieć jaki on jest. Nikogo nie ocenia się po obserwowaniu go z boku. Nie rozumiem więc, jak ona może go oceniać w taki sposób skoro wcale go nie zna. Odkąd się znamy, jeszcze nigdy poważnie się nie pokłóciłyśmy, nigdy też nie lekceważyłam jej zdania, ale w tej chwili nie potrafię słuchać tego wszystkiego i nie powiedzieć co o tym wszystkim myślę.

— Nie znasz go — mówię z powagą.

— Ty też go nie znasz.

— Znam go lepiej, niż ci się wydaje.

Krzywi się. Nie lubię, kiedy patrzy na mnie w ten sposób jak teraz. Wygląda jakby była wściekła, że mogę mieć rację.

— Niby skąd? O ile wiem, rozmawiałaś z nim tylko raz, w klubie. Od tego nie da się poznać człowieka.

Zwieszam głowę. Głupio mi, bo Em, o niczym nie wie.

— Chciałam porozmawiać z tobą o tym wczoraj, ale rozmawiałyśmy o Williamie, a potem dosiedli się do nas tamci, i nie było okazji…

Jej oczy mówią: O nie, tylko nie to!

— Więc o czym chciałaś mi powiedzieć?

Biorę wdech i spoglądam na własne palce u dłoni. Są takie białe, że czasem się nimi przerażam. Skupiam się na nich, kiedy opowiadam jej całe zajście po wyjściu z klubu.

Kręci z niedowierzaniem głową. Patrzy teraz przed siebie. Wiem, że jest zła, ale to nie moja wina, że go nie lubi, a ja nie zamierzam udawać, że James nie istnieje tylko z jej powodu. To w końcu moje życie i nikt nie zabroni mi z nim rozmawiać. To przecież nie przestępstwo.

— Jedna przebyta z nim rozmowa, nie upoważnia cię do wyrażania się o nim w taki sposób.

— Wiem, ale skoro ty z nim nie rozmawiałaś, proszę, nie wydawaj osądu na kogoś, kogo znasz równie niewiele jak ja. Nikt nie jest ideałem, ale każdemu należy dać szansę, choćby dlatego, że nie okazał się aż tak bezduszny jak myślałyśmy. Wiem, że za nim nie przepadasz, tak jak wiele osób, ale nie kłóćmy się o faceta na którym nam nie zależy.

Odwraca się do mnie, i co mnie dziwi, przytula mnie jak jeszcze nigdy.

— Wiem, przepraszam — szepcze skruszona. — Po prostu jesteś moją przyjaciółką i nie chcę żeby jakiś plant zrobił ci krzywdę. Pamiętasz jak nazywałyśmy go nadętym bufonem?

Uśmiecham się, przypominając sobie wyraz jego twarzy, kiedy to ode mnie usłyszał.

— Aż za dobrze. Dla mnie wciąż jest nadętym bufonem.

Kiedy się ode mnie odsuwa, widzę goszczący na jej twarzy szeroki uśmiech. A więc wszystko po staremu.

— To dobrze, bo mamy teraz co innego na głowie.

Wyginam usta. Doskonale wiem co ma na myśli.


***


Jest punktualnie siódma wieczorem, kiedy do drzwi Em dzwoni William. Z radia słyszę piosenkę Stop desire Tegan i Sary i myślę jaki to paradoks, że właśnie teraz. Uśmiecham się mimowolnie wspominając Jamesa.

Właśnie siedzę w samochodzie Emily zaparkowanym naprzeciwko jej domu i stąd doskonale widzę jak wygląda jej obiekt westchnień. Stoi ubrany w jasne, dżinsowe spodnie i koszulkę do serka. Z ręką na sercu powiem też, że uwielbia być zarośnięty, oczywiście w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Moja przyjaciółka go za to ubóstwia, choć wcale mnie to nie dziwi. Ta dziewczyna kocha facetów wyglądających tak ponętnie jak on. Jak sama mówi, jest sexy i uwodzicielsko przystojny i tak naprawdę, jeszcze nigdy, odkąd go znam, nie miałam okazji widzieć go całkiem ogolonego. Zawsze ma baczki i bródkę, co zdaniem mojej przyjaciółki byłoby grzechem ogolić.

Cóż, może i ma rację, ale bez skruchy, pozostawiam Williama dla niej.

— Em, no wychodźże wreszcie — mówię do słuchawki. — Twój Samiec już zaczyna się niecierpliwić.

Nie słyszę jej odpowiedzi, zamiast tego, widzę ją w końcu otwiera mu drzwi. Tak jak się umówiłyśmy, ma rozpuszczone włosy, żeby ukryć słuchawkę w uchu i mały mikrofon przypięty do szelki stanika, dzięki któremu miałyśmy się wzajemnie porozumiewać.

Ja także mam na sobie to draństwo, które wręczyła mi dziś po szkole, kiedy razem z nią do niej przyjechałam. Z okazji dzisiejszej akcji użyczyła mi swojego czerwonego nissana, dzięki któremu miałam możliwość ich śledzenia. Nie posiadałam własnego samochodu, po prostu nie było mnie stać, żeby coś takiego sobie kupić, więc Emily korzystając z okazji użyczyła mi swojego. Inaczej bym się nie zgodziła. Tak dawno nie jeździłam samochodem, że aż rozpiera mnie, żeby pojechać na drugi koniec miasta i z powrotem. Nie pamiętam tak naprawdę kiedy ostatni raz siedziałam za kierownicą. Możliwe, że niecały rok temu, kiedy byłam u mamy we Francji i pojechałam Jeb’a samochodem do sklepu po lody dla mamy. Ale to i tak już stare dzieje.

Uśmiecham się jak małe dziecko, widząc jak Emily wsiada do srebrnego BMW Williama. W celu kamuflażu, zakładam przeciwsłoneczne okulary i z największą rozkoszą odpalam silnik cacuszka, należącego do mojej przyjaciółki.

Istna przyjemność.

Jadą pierwsi, niecałe dwadzieścia metrów przede mną. Nie chce ich zgubić, ani też rzucać im się w oczy. Emily wie, że za nimi jadę, ale William nie musi być wtajemniczony. Przez całą drogę, nieustannie użeram się z powiewającymi na wietrze włosami, które niestety, dziś musiałam rozpuścić na rzecz wspierania jej owocnej przyszłości. Jej dzisiejsza, pierwsza randka z Williamem Dillsonem jest w moich rękach.

Jedna wielka pomyłka. Em chyba nie wie co robi.

Nieustannie słyszę w uchu ich rozmowę, co doprowadza mnie do zawrotów głowy. Niestety, radio także musiałam sobie odpuścić, bo tylko w ciszy mogę ich słyszeć. Właśnie rozmawiają o filmie na który planują dziś pójść. William wypytuje ją, o jej ulubione, a ona wciąż się śmiejąc i jąkając, wymienia wszystkie gatunki, począwszy od historycznych, a skończywszy na paranormalnych. Coś w stylu Emily. Oczywiście, nie przepada za żadnym z nich, ale wymieniła wszystkie tylko po to, by William nie miał dylematu, i by wspólnie wybrali coś dobrego.

— Naprawdę? — pyta ją, nie wychodząc z zadumy. — Nie miałem pojęcia, że oglądasz filmy akcji.

— Nie, oczywiście, że uwielbiam. Każdy gatunek jest dobry, wszystko zależy od filmu.

Po jej rozdygotanym głosie, wnioskuję, że jest zdenerwowana i przejęta, ale próbuje zachowywać się naturalnie.

Jadę tak przez chwilę i zdaję sobie sprawę, że u nich nastaje chwilowa cisza, której żadne z nich nie przerywa.

Muszę wejść między nich.

— Spytaj go o coś — mówię. — Jakie on lubi filmy, albo cokolwiek.

— Ach… — śpiąca królewna się przebudza. — A ty jakie lubisz filmy?

— Ja? Cóż… lubię męskie filmy, głównie sensacyjne, wiesz… akcja, dobry humor i tak dalej.

— Och…

Wcale nie dziwię się jej reakcji, zwłaszcza, że filmy akcji to nie działka dla niej. Ja chętnie pojechałabym oglądnąć za nią jakiś film akcji z Williamem, coś w typie Jasona Stathana. Wychowałam się na takich filmach. Wspólnie z tatą oglądamy ich rocznie ponad setkę.

Skręcam z najbliższym zakręcie i zatrzymuję się tuż za nimi na czerwonych światłach wciąż żuję gumę, to mnie odpręża.

— Spytaj, co grają — mówię.

— Co dziś grają?

— Dziś trafiliśmy idealnie, moja droga — słyszę jak głośno się zaśmiał. — Uciszyć zło, Oblicze mroku Każdego dnia. Na który chciałabyś pójść? — pyta ją, włączając się z powrotem do ruchu.

— Bezsprzecznie mogę powiedzieć, że Każdego dnia brzmi najbardziej apetycznie — podpowiadam i niemal nie gubię ich na skrzyżowaniu. Między nich wrył mi się samochód ciężarowy, który całe szczęście szybko skręcił w boczną drogę.

— Może porozmawiamy o tym w pizzerii? — sugeruje moja przyjaciółka, nie wypowiadając na głos moich słów.

— Jestem pewien, że apetyt wzmocni twój wybór. To nawet lepiej, bo do seansu jeszcze niespełna godzina, a do tego czasu możemy jeszcze zmienić zdanie.

— Racja — podsumowuje i na tym się kończy.


Jest piętnaście po siódmej, kiedy William parkuje swój olśniewający samochód na parkingu przed nieznaną mi pizzerią w śródmieściu. Rzadko kiedy bywam w tych rejonach, głównie z braku pojazdu który wszystko by ułatwił.

Kiedy wysiadają, parkuję na ostatnim miejscu, zaraz obok srebrnego kabrioletu, zadziwiająco podobnego do tego, jakim wozi się James.

Dziwne — myślę i zaglądam do lusterka. Czerwoną szminką, jaką znalazłam w popielniczce Em, maluję usta. Mocno ściskam i robię śmieszny dziubek, sprawdzając, czy ten kolor będzie mi pasował. W życiu czegoś takiego nie używałam, dlatego uważam, że ciężko będzie komukolwiek myśleć, że ja to ja. O dziwo, wcale nie wyglądam najgorzej. Tak naprawdę, zawsze chciałam pomalować wargi na czerwono, ale nigdy nie miałam odwagi kupić sobie czegoś takiego w drogerii.

Uśmiecham się do siebie w lusterku, poprawiam ostatni raz rozpuszczone bujne włosy i dla lepszego efektu zakładam okulary przeciwsłoneczne na nos, mimo iż mój strój całkowicie do niczego nie pasuje. Krótkie dżinsowe spodenki, bluzka na ramiączka, czarne trampki i bejsbolówka. Wyglądam jak skrzyżowanie Madonny z Michaelem Jacksonem.

Odpinam pas i wychodzę z klimatyzowanego pojazdu. Muszę jak najszybciej być w środku, żeby dobrze ich słyszeć. Jak na razie, Emily nie popisała się niczym w rozmowie, dlatego muszę jej w tym pomóc.

Kiedy w końcu zaglądam go środka uroczego baru, na pierwszy rzut oka ich nie widzę, ponieważ każdy pojedynczy stolik, oddzielają specjalne fotele z wysokimi oparciami, które zwinnie kamuflują osoby siedzące za nimi.

Nie mając większego wyjścia, zasiadam przy barze i dopiero teraz zauważam ich odbitych w lustrach zawieszonych nad barem. Siedzą zaraz za mną, dzięki czemu mam na nich oko.

W środku jest nieco głośno i tłoczno, więc muszę schylić głowę i zatkać sobie prawe ucho, by wsłuchać się w ich rozmowę. Z ulgą stwierdzam, że wciąż mają temat do rozmów, więc na razie nie muszę się dołączać.

— Coś podać? — Pyta ktoś nagle.

Unoszę głowę i pierwsze co widzę, to oczy młodego barmana pochylającego się w moją stronę.

— Wodę — odpowiadam szybko, bo nie mam czasu na pogawędkę z nim. Natychmiast się odłączam i znów wsłuchuję w ich rozmowę, ponieważ zupełnie nie słyszę żadnego słowa.

Sama nie wiem o czym mogłaby z nim porozmawiać, ale jak na zawołanie wpada mi do głowy pewna myśl i szybko mówię do słuchawki, obserwując lustro przede mną:

— Dzięki, że mnie tutaj zaprosiłeś. To miłe z twojej strony i dużo dla mnie znaczy.

W tej samej chwili, podchodzi do mnie barman i krzywo na mnie patrzy. Zupełnie nie wiem co się tak na mnie uwziął.

— Słuchaj śliczna — odzywa się do mnie z zaskoczeniem. — Nigdzie cię nie zapraszałem, więc nie wiem czemu usiłujesz mnie podrywać.

Otwieram szeroko oczy, bo właśnie uświadomiłam sobie, że wypowiadając moje słowa do słuchawki, patrzyłam w kierunku młodego barmana.

— Nie, nie usiłuję cię podrywać. Ja tylko… — wzdycham ciężko bo nie wiem jak mam mu się z tego wytłumaczyć.

— Nie musisz się krępować — wtrąca się chłopak. — Mam na imię Andre, a ty? — Wyciąga do mnie rękę by się przywitać.

Wywracam oczami bo nie jestem w nastroju na nowe znajomości, tym bardziej, że przyszłam tu w innej sprawie.

— Roksana — mówię w końcu i podaję mu dłoń, którą chwyta mocnym uściskiem.

— Miło mi cię poznać.

Uśmiecham się, ale szybko uprzytamniam sobie, że przecież nie przyszłam tutaj na pogaduszki, tylko po to by śledzić rozmowę mojej przyjaciółki i pomóc jej utrzymać rozmowę. Cisza wewnątrz mojej głowy nie trwa jednak zbyt długo, gdy barman znów się do mnie odzywa. Ma ciemne, kręcone włosy i męski zarost. Może mieć najwyżej dwadzieścia lat, ale jak na swój wiek wygląda dość poważnie przez ten zarost.

— Nigdy cię tu wcześniej nie widziałem — zagaduje.

— Bo jestem tu pierwszy raz. Przepraszam, ale nie bardzo mam czas na pogaduszki.

Andre wyraźnie się mną zainteresował bo stanął naprzeciwko mnie i bacznie mi przyglądał.

— Jak dla mnie możesz zaglądać tu…

Nie kończy. Jego potok słów przerywa czyjeś pojawienie się u mojego boku. Nie wiem kto to i aż boję się patrzeć, ale chłopak nie wygląda na tak pewnego siebie jak przed momentem.

— Andre — mówi męski głos, tuż obok mnie. On także odzywa się z powagą, co chłopaka przeraża jeszcze bardziej. Ciekawe tylko kto to taki.

— Tak? — Nagle przestaje mnie podrywać i staje się poważny i grzeczny. Cóż za wspaniała zmiana. Ciekawe tylko dlaczego głos mężczyzny stojącego właśnie obok mnie jest niebywale podobny do kogoś, kogo znam. Nie wiem też kto to jest bo go nie widzę, aż boję się obrócić gdy znienacka mężczyzna podchodzi bliżej. Niemal od razu ściska mnie w gardle, kiedy pomyślę co by było, gdyby to naprawdę był on.

— Powiedz Erminie, by sprawdziła czy przyszły wszystkie zamówienia. Jeśli nie, będę musiał znów zgłosić na nich zażalenie.

— Już się robi — kiwa głową Andre i już go nie ma. Zostaję sam na sam z mężczyzną, który w tej chwili uważnie mi się przygląda. Nie muszę wcale na niego patrzeć by o tym wiedzieć, bo jego spojrzenie wręcz wypala moją skórę.

Oniemiała podnoszę głowę i widzę zielone oczy Jamesa Goldmana spotykające się z moimi w lustrzanym odbiciu. Są świdrujące i okropnie mnie pobudzają, bo nagle strasznie robi mi się gorąco.

Serce mi zamiera. Boże, co robi tu James i dlaczego ten chłopak wykonuje jego rozkazy?

To już nie mieści mi się w głowie. Mam ochotę rozpłynąć się na miliony części żeby tylko tu nie być. Teraz ja potrzebuję pomocy, a Em, nie ma pojęcia o nagłej awarii. Siadł mi mózg i wszystkie systemy go napędzające. Nie ma szans bym jej teraz w czymkolwiek pomogła.

— Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek cię tu zobaczę — odzywa się do mnie spokojnym głosem.

W końcu się do niego odwracam i widzę jak stoi tuż obok mnie. Wpatruję się w niego oniemiała, a on patrzy na mnie wzrokiem od którego przechodzą po mnie dreszcze. Serce łomocze mi przestraszone i szczęśliwe jednocześnie. Nie mogę się powstrzymać, żeby na niego nie patrzeć, bo nie mogę uwierzyć, że mnie rozpoznał.

— Jestem tu pierwszy raz i chyba więcej się nie pojawię.

W jego oczach dostrzegam chyba urazę.

Kiedy wpatruję się w niego jak sroka w gnat, marszczy czoło i co zupełnie wybija moje serce z rytmu, sięga dłonią w stronę moich włosów. Ściąga mi z oczu okulary, ledwo muskając mój policzek swoimi palcami. Od razu kładzie okulary na ladzie, a ja zalewam się piekącym rumieńcem. Zupełnie zapomniałam, że mam je na sobie i gdyby on ich nie zdjął, sama także bym tego nie zrobiła.

— Lubię patrzeć w oczy, kiedy z kimś rozmawiam — olśniewa mnie swoim spojrzeniem od którego zaczynam się topić. — Nie rozumiem po co zasłaniasz je ciemnymi szkłami, zwłaszcza w pomieszczeniu.

— To chyba z przyzwyczajenia — odpowiadam jękiem.

— Ach, te złe nawyki — mruczy, uśmiechając się do mnie szelmowsko. — Rozumiem, że to miejsce nie przypadło ci do gustu?

Rumienię się wiercąc na krześle, próbując zobaczyć ukradkiem, co w tej chwili robi Emily z Williamem.

— Bardziej towarzystwo.

James wygląda na wyraźnie zaskoczonego. W końcu siada obok mnie na wysokim krześle. Czuję na sobie jego spojrzenie, zarówno tak samo mocno jak świdrujące nas oczy barmana.

— Czekasz tu na kogoś?

Czego on ode mnie chce? Najpierw jest miły i podwozi mnie do domu bo się o mnie martwi, po czym widzi mnie jak pracuję w lodziarni i nawet się nie przywita, a teraz jak gdyby nigdy nic przysiada się do mnie w barze i oczekuje ode mnie, że zacznę mu się zwierzać?

— Nie, to znaczy… tak. — Nagle jakbym zerwała się z krzesła.

Unosi brew. Wygląda fantastycznie w ciemnych dżinsach i czarnej koszulce do serka, która podkreśla budowę jego ciała.

— Więc jesteś tu z kimś umówiona? — Nagle zrobił się bardzo zaciekawiony.

— Tak, jestem. A co?

Uśmiecha się, wyraźnie zadowolony.

— W takim razie mam dziś szczęście. Chętnie poznam twojego wybranka.

Tym mnie zaskoczył. Wybranka? Czuję się szczerze urażona tym co właśnie powiedział. Mina mi rzednie.

— Nie czekam na chłopaka — oburzam się, bo zakuło mnie w sercu na myśl, że informacja o posiadaniu przeze mnie chłopaka nie zrobiła na nim wrażenia.

— Nie? — wyraz jego twarzy uległ zmianie. Oczy ma skupione, jakby szykował się na więcej informacji z mojej strony.

— Nie. Nie czekam tu na chłopaka, tylko na dziewczynę.

— Dziewczynę. — Nagle mu ulżyło. Drapie się po podbródku z konsternacją. — Jesteś…? — Marszczy brwi.

Słowo lesbijka nie mogło przejść mu przez gardło.

Wyraźnie się oburzam. Co też przyszło mu do głowy, żeby wysnuwać takie wnioski, tylko dlatego, że powiedziałam o dziewczynie zamiast koleżance, albo znajomej!

— Haha — burzę się. — Bardzo śmieszne. Nie jestem lesbijką, jeśli ci o to chodziło.

— Och — oddycha z ulgą. Ciekawe dlaczego to było takie ważne. Patrzy na mnie z determinacją w oczach. — Pij, Ano. Wyglądasz na wykończoną.

Szybko opróżniam szklankę do połowy, żeby znów mnie nie upominał i patrzę na niego z powrotem. Nie dziwi mnie kiedy wciąż na mnie patrzy; oczy ma skupione, jakby właśnie o czymś myślał.

— Coś nie tak? — Pytam wiercąc się na krześle.

— Zastanawiam się dlaczego siedzisz tu sama, a twój chłopak wciąż się nie pojawia.

Nie mogę uwierzyć, że to powiedział. Dlaczego wciąż mi nie wierzy? Przyglądam mu się urażona.

— Już przecież powiedziałam: nie czekam na żadnego chłopaka! Czy to do ciebie nie dotarło?

— Spokojnie — uśmiecha się przepraszająco i niespodziewanie kładzie mi palce na ręce, dając mi tym samym do zrozumienia, że chce ją ująć. — Skoro już sobie wyjaśniliśmy, że jesteś wolna, chodź ze mną na zewnątrz. Chciałbym porozmawiać w cztery oczy. Chyba nie myślisz marnować czasu na kogoś kto każe ci tyle na siebie czekać?

Zaskakuje mnie tymi słowami tak bardzo, że nie wiem gdzie podziać oczy, kiedy James przygląda mi się z zaciekawieniem wypisanym na męskiej twarzy.

— Nie mogę — odchrząkuję i szybko zabieram rękę z blatu.

Jego oczy przenikają mnie na wylot, zupełnie jakby chciał się we mnie czegoś doczytać. Jest taki męski a zarazem uroczy co całkowicie wybija mnie z równowagi.

Znów czuję, że mi głupio.

— Nie lubię się powtarzać dwa razy.

Unoszę brew.

— Przepraszam, ale jestem tu umówiona.

— Najwidoczniej nie zależy tej osobie na tobie skoro każe ci tyle na siebie czekać.

Wzdycham ciężko bo zdaję sobie sprawę, że chyba już nie zdołam przekonać Jamesa do swojej racji.

— Więc gdzie chcesz iść?

Uśmiecha się zadowolony. Patrzy na mnie z góry i dotyka ręką moich pleców. Niemal podskakuję. Sama nie wiem czemu to mnie tak wytrąciło z równowagi.

— Zaczekaj! — Wołam. — Nie zapłaciłam za wodę!

— Nie musisz tu za nic płacić.

Podnoszę się z krzesła w momencie gdy James bierze do ręki mój rachunek i przekazuje barmanowi, że moja woda jest na koszt firmy.

— Dlaczego kazałeś mu dać mi wodę na koszt firmy? — Pytam go kiedy do mnie podchodzi.

— Bo to mój lokal.

Otwieram szeroko oczy i na chwilę przystaję. Tym naprawdę mnie zaskoczył. Głos mam utknięty w czeluściah gardła.

— Jak to, twój?

— Przejąłem go po moim ojcu. Czy możemy zakończyć z pytaniami na dziś?

— Ale jak? Przecież… — coś sobie uświadamiam. — Czy to oznacza, że jesteś tu właścicielem? To dlatego ten chłopak…?

— Roksano, czy to aż takie ważne? — Nie wygląda jakby miał ochotę dzielić się ze mną tymi informacjami. Oczy ma zmęczone, a twarz bez wyrazu, kiedy tak mi się przygląda. Tylko ja nie uśmiecham się, ale gram powagę, żeby powiedział mi o co w tym wszystkim chodzi, albo nigdzie z nim nie pójdę.

W końcu się poddaje i mówi:

— Szefową która tu wszystim zarządza jest Linda Bennett, ja jestem właścicielem. Czy to już koniec pytań? Naprawdę nie mam ochoty rozmawiać z tobą o czymś tak bezwartościowym.

— Bezwartościowym? Nie masz dwudziestu lat, chłopak niemal w twoim wieku zwraca się do ciebie per pan, tylko dlatego, bo jesteś właścicielem tego miejsca i ty uważasz, że to bezwartościowe?

Krzywi się i głośno śmieje ze mnie jakbym powiedziała coś najgłupszego na świecie.

— Kto ci powiedział, że nie mam dwudziestu lat? — Bierze głęboki wdech. — Naprawdę chcesz wiedzieć?

Kiwam głową. Oczywiście, że chcę.

— To dla mnie nic nie znaczy, Ano. — Wzrusza ramionami z powagą na męskiej twarzy. — Nie jest ważne to, co mam. Kieruję tym tylko dlatego, bo muszę, nie dlatego, że chcę to mieć. Nie potrafię powiedzieć ci dlaczego, ale proszę, nie pytaj mnie już o nic więcej. Chcę tylko stąd teraz z tobą wyjść. Pozwolisz mi?

Zaciskam wargi zszokowana i kiwam głową, bo nie potrafię nic powiedzieć. Myślałam, że wiem o nim mało, a tymczasem moja wiedza o nim jest znikoma, jeszcze mniejsza niż spodziewałam się, że jest.

Nic nie mówię, kiedy chwyta mnie za nadgarstek i prowadzi do wyjścia. Wiem jednak, że to niebezpieczne, bo jego dotyk na mojej skórze jest piorunujący. Przeszywa mnie tak mocny dreszcz, że jedyne o czym marzę, to żeby natychmiast wziął mnie w objęcia czego oczywiście nie robi. Czuję się przy nim jak mała dziewczynka, jednocześnie bezbronna i bardzo oczarowana.

Bez zastanowienia idę za nim zapominając o Bożym świecie, kiedy z oszołomienia, wyrywa mnie nagle czyjś głos i razem z Jamesem zatrzymujemy się w tym samym miejscu niczym zdążyliśmy wyjść z lokalu.

James, słysząc swoje imię, odwraca się do tyłu jako pierwszy. Nie mam pojęcia o co chodzi, aż do chwili, kiedy wita się z Williamem, który zaprasza nas do stolika i prosi byśmy się do nich dosiedli.

Mam wielkiego pecha. Dokładnie tak. Emily nie będzie zachwycona jeśli zobaczy mnie z Jamesem, ale mam to gdzieś. Idę za nim, choć po jego minie widzę, że nie ma na to takiej samej ochoty jak ja.

Kiedy obok nich siadamy, najgorszy w tym wszystkim jest widok szoku, jaki oblał twarz mojej przyjaciółki, która zauważyła jak James trzyma mnie za rękę. Ale to na wyraz jej twarzy, kiedy widzi jak siadamy z Jamesem obok siebie, mam ochotę zapaść się pod ziemię.

Marszczę brwi, kręcąc głową, by dać jej do zrozumienia, że to nie tak jak myśli, ale to i tak na nic, ponieważ widząc Jamesa obok mnie, automatycznie czuje się zdradzona i oszukana. Dziwne jednak jest dla mnie to, że ona może być na mnie zła za coś, na co nie mam wpływu, tylko dlatego, że to co robię, jej się nie podoba. Jako moja przyjaciółka, powinna wspierać mnie tak samo jak ja wspieram ją, zamiast prawić mi wyrzuty.

Ja i James usiedliśmy po przeciwnej stronie stolika niż oni, dlatego palę się ze wstydu i szczęścia, kiedy Emily ze swoim chłopakiem nawet na chwilę nie spuszczają nas z oczu.

— Sorry, nie mówiłeś, że masz dzisiaj randkę — zagaduje go William, zerkając na mnie.

Czerwienię się jak szminka którą mam na ustach.

Do cholery, po co ten człowiek pyta o takie rzeczy, w dodatku przy Emily, zwłaszcza, kiedy nie ma o niczym pojęcia?

— Ty również się nie chełpiłeś — odpowiada zadowolony James, w ogóle nie zaprzeczając Williamowi i nie zwracając uwagi na to do jakiego doprowadza mnie stanu.

Boże, jakie on ma delikatne rysy twarzy.

— Randka… — Emily aż nosi. — Mnie również o niczym nie wspomniałaś, Roksana.

Słyszę wyrzut w jej głosie. Patrzy na mnie teraz tak, jakby widziała we mnie wroga. Odnoszę wrażenie, że bardzo by chciała wydłubać mi teraz oczy.

— Em… — zaczynam, ale James wchodzi mi w słowo.

— Co za niesamowity zbieg okoliczności, prawda?

Co on wygaduje? — Patrzę na niego zaskoczona mając ochotę go teraz walnąć.

William kiwa głową, zerkając na swoją niezadowoloną towarzyszkę. Całe szczęście, że nie siedzę na wprost niej. Mając ją przed sobą, chyba bym się załamała.

Zerkam na Jamesa z ukosa, zła, za całe to przedstawienie i najchętniej wydarłabym się na niego, ale nie zamierzam robić z siebie wariatki przy ludziach.

— Ooo — Williamowi coś się właśnie przypomina. — Właśnie wybieramy się z Emily do kina, może poszlibyście z nami? Nigdy nie byłem na podwójnej randce — śmieje się.

— A na co idziecie? — Pytam, dokładnie w tym samym czasie, gdy James odpowiada:

— Wybaczcie, ale mamy z Aną inne plany.

Zamieram. Tym razem na poważnie, bo sądząc po tonie jego głosu, nie żartował, a ja aż dygoczę na samą myśl, że James naprawdę chce być ze mną sam na sam, co jest tak rozkosznie przyjemne, aż mam ochotę wyskoczyć spod tego stołu i śmiać się ze szczęścia jak wariatka.

Naprawdę mi odbiło.

— W takim razie, nie będziemy wam przeszkadzać — odzywa się Will, a Emily aż zaciska szczękę. Naprawdę to robi. Widzę, jak jej usta zaciskają się w cienką, napiętą linię, a zęby niemal nie wypadają jej z zacisku. Na pewno musi boleć.

Jestem przerażona. Boję się myśleć, co mnie czeka kiedy ten dzień dobiegnie końca.

Kiedy przychodzi kelner z ich pizzą, nieświadomie ściskam rękę Jamesa i zawstydzona odwracam wzrok. Nie kontrolowałam tego, ale z jakiegoś powodu mój umysł zadziałał później niż ciało. Szybko odłączam się od rozmowy, słuchając tylko jak cała trójka wymienia się ciekawymi nowinami i raczą nieznanymi mi opowieściami aż do momentu, kiedy Emily i Will, przechodzą w dyskusję na temat filmu na jaki powinni pójść. Sama nie wiem co bardziej mnie szokuje — wyraz twarzy Williama, czy mój, kiedy Em całuje go w policzek.

Tego naprawdę się nie spodziewałam, głównie dlatego, że to przecież z jej powodu się tu znalazłam, a teraz robi wszystko, żeby mnie zdenerwować. Chce mi pokazać, że nie jestem jej potrzebna, chociaż doskonale wiem, że dużo ją to kosztowało, zważywszy na fakt, że William to dla Emily strefa świętości i gdyby nie ta sytuacja, sama nigdy nie odważyłaby się pocałować go przy ludziach, a zwłaszcza przy kimś kogo nienawidzi — mam tu na myśli Jamesa.

William uśmiecha się, kiedy mówi:

— Wolałbym, żebyś zamiast filmu była zainteresowana czymś innym.

Emily parska rozbawiona i ponownie muska jego policzek. Najchętniej pocałowałaby go tam gdzie powinna, ale nie zrobi tego pierwsza. Zawsze powtarza, że to chłopak musi zrobić ten pierwszy krok.

Tym razem nie wytrzymuję. Nie dlatego, że jestem na nią zła, choć tak jest, ale dlatego, ponieważ nie potrafię tu dłużej z nimi siedzieć. Nieustannie myślę tylko o tym, by przez chwilę móc być z Jamesem sam na sam i dowiedzieć się co miał na myśli mówiąc, że mamy na wieczór inne plany.

Bez zastanowienia puszczam jego dłoń i wstaję, nawet na niego nie patrząc. Nie potrafię, kiedy wiem, że moja postawa na pewno musiała go zaskoczyć.

— Przepraszam was, ale muszę już wracać — uśmiecham się blado. — Bawcie się dobrze.

Kątem oka dostrzegam zaskoczenie w twarzy Emily. Jestem pewna, że to da jej do myślenia, zwłaszcza, że wyjdę stąd bez Jamesa, a według niego mięliśmy mieć na wieczór wspólne plany.

— Już wychodzisz? — Interesuje się Will, zerkając to na Jamesa i na mnie. Mam wrażenie, że tylko on się mną interesuje, kiedy pozostali tylko patrzą na mnie oniemieli.

— Właśnie o czymś sobie przypomniałam — kłamię, zastanawiając się jaką głupią wymówkę im sprzedać. — Muszę nakarmić kota. Od rana nic nie jadł.

— Kota? — Do rozmowy nagle włącza się Emily. Doskonale wie, że nie mam w domu żadnych zwierząt.

— Tak. — Kiwam głową dla lepszego efektui robię potulną minę. — Biedny musi być strasznie głodny. Powinnam pędzić, żeby gdzieś nie zasłabł.

Mam ochotę parsknąć, ale się powstrzymuję.

— Nie powinno się męczyć gadów — dołącza się z wyrozumieniem William. — Leć, nie będziemy cię zatrzymywać. Sam mam w domu dwa psy.

Uśmiecham się. Choć jeden.

— Dzięki. Bawcie się dobrze. — Wstaję od stołu a razem ze mną James. Kiedy mijam barmana zbierającego zastawę ze stolików, przez przypadek słyszę ostatnie słowa Jamesa, które dochodzą z mojej słuchawki, którą także nadal ma moja koleżanka.

— Bawcie się dobrze — rzuca na koniec, po czym słyszę jak idzie za mną.

Szybko wyłączam mikrofon.

14. Zły pomysł

Kiedy wychodzę, na zewnątrz jest już ciemno. Biegnę na parking i śmieję się do siebie, sama nie wiem dlaczego. Bo opowiedziałam bajkę o kocie, czy dlatego, że William w nią uwierzył?

Nie mam pojęcia, ale to teraz najmniej mnie interesuje. Muszę stąd zwiać, nim James mnie dogoni.

Skręcam z rogiem budynku, doskonale świadoma, że James podąża za mną. Serce bije mi mocno, bo wiem, że mój plan spalił na panewce. Biegnę pod samochód, ale to na nic. James dogania mnie tuż przy nissanie Emily po czym opiera się o drzwiczki od strony kierowcy, doprowadzając moje serce do jeszcze szybszego pompowania krwi. Na twarzy ma łobuzerski uśmiech od którego nagle miękną mi kolana

— Muszę przyznać, że historia z kotem była naprawdę dobra — mówi łapiąc oddech bo nie może przestać się śmiać.

Biorę wdech żeby się uspokoić. Osłabia mnie jego prowokujące spojrzenie.

— Oskarżasz mnie, że kłamałam? — Udaję powagę.

— Ależ skąd, ja tylko mówię co myślę.

— A więc mi nie wierzysz?

Widzę, że go tym zaskoczyłam. Unosi brew, co sprawia, że twarz ma poważniejszą niż zwykle.

— Obydwoje wiemy, że nie masz w domu kota — szepcze i spogląda na niebo, jakby chciał się uspokoić. Znienacka spuszcza na mnie wzrok i przesuwa się tak, by stanąć między mną, a samochodem Emily, tym samym nie pozwalając mi się ruszyć. — Zastanawiałem się tylko skąd przyszło ci do głowy by wymyślić kiepską historyjkę o nie nakarmionym kocie, tylko po to, by przed nimi zwiać.

Hmm, oto zaczyna się czas, kiedy James zamienia się w polującego.

— Dlaczego kiepska? — Pytam niby to urażona kręcąc nogą.

— To przecież oczywiste, że nie masz kota, Roksano.

Czerwienię się. Tak naprawdę nie miałam pojęcia, że James będzie aż tak spostrzegawczy i wykryje moje kłamstwo w tak zawrotnym tempie.

— Skąd możesz to wiedzieć? Przecież nie mieszkasz ze mną.

Śmieje się na boku.

— Nie muszę z tobą mieszkać, żeby to wiedzieć. Wystarczyła mi szokująca mina twojej koleżanki, która na pewno doskonale wie, że nie masz w domu kota. Poza tym — dodaje półszeptem — jesteś niesamowicie kiepską aktorką.

Jestem oczarowana zdolnością jego szybkiego przetwarzania faktów. Widziałam minę Emily, ale najwidoczniej nie zwróciłam uwagi na fakt, że nie tylko ja posiadam coś takiego jak oczy.

— Kiedy twoja przyjaciółka pocałowała Williama, ty z jakiegoś powodu się zdenerwowałaś i wyszłaś. — Zmienia nagle temat i lustruje mnie wzrokiem, jakby próbował się ze mnie czegoś wyczytać. — Czy William ci się podoba, Ana?

Wybudzam się jak po ukłuciu igłą. Co też przyszło mu do głowy!

— Nie, nie. To nie tak. Naprawdę… — marszczę brwi skrępowana jego bliskością i bezpośredniością. Nie spodziewałam się, że tak bacznie mnie wtedy obserwował. Sądziłam, że moja nagła chęć wyjścia tak go zaskoczyła, że nic nie mówił, podczas gdy błędnie zrozumiał całe zajście. Czy naprawdę mógł pomyśleć, że podoba mi się William? Wzdrygam się, bo oto stoi przede mnę mój ideał, chłopak, który nie ma pojęcia, że działa na mnie jakbym zażyła garść narkotyków, których nawet nigdy nie widziałam na oczy.

— Jesteś pewna? — Pyta z urazą w głosie. — Dlaczego ja miałem inne odczucie? Nie każda osoba zachowałaby się w ten sposób, widząc jak dziewczyna całuje nic nieznaczącego dla niej człowieka. Spokojnie, nie musisz się martwić, jeśli William ci się podoba. Po prostu chciałem sprawdzić, czy naprawdę możesz lecieć na chłopaka swojej koleżanki i jednocześnie go sobie odmawiać.

Tak mnie wkurza tym stwierdzeniem, że powstrzymuję się żeby go walnąć. Tak mnie świerzbią ręce.

Wzdycham i odwracam głowę na bok, bo nie mam słów, żeby mu to wszystko wytłumaczyć. Najchętniej tak właśnie bym zrobiła, ale nie mogę mu powiedzieć, że Emily go nie znosi, a pocałowała Willa by jednocześnie w ten sam sposób mnie odtrącić za to, że zobaczyła mnie z Jamesem by dać mi do zrozumienia, że jest wściekła i już mnie nie potrzebuje.

— James — drapie mnie w gardle kiedy z moich ust pada jego imię. — Nie potrafię ci tego wyjaśnić, ale jeśli to coś dla ciebie znaczy, to odpowiedź brzmi nie. Emily to moja przyjaciółka i w chwili obecnej nasza przyjaźń przeżywa chwile prób. Tylko tyle mogę ci powiedzieć.

— W porządku — mówi, ale wzrok ma pełen niepokoju.

Och.

Odwracam z powrotem od niego głowę, nie potrafię ukryć jak bardzo mi wstyd. W dodatku wciąż nie przywykłam do jego obecności na tyle, by napawać się jego widokiem bez skutków ubocznych. Jestem niemal pewna, że policzki wciąż mam zaczerwienione od jego bliskości i sposobu w jaki ze mną rozmawia. To nie jest normalne. W dodatku to jego spojrzenie — uwodzące i niepokojąco niebezpieczne. Nie wiem jak mam się przy nim zachować, żeby jednocześnie się nie upokorzyć, a kontrolować to co dzieje się ze mną w środku. Serce nieustannie uderza mi o żebra, co James na pewno musi słyszeć. Znienacka jednak, unosi mój podbródek i spogląda na mnie już ze spokojem. W tym stanie wygląda jeszcze piękniej; całkiem prawdziwy i naturalnie przystojny.

Zielone oczy patrzą na mnie jakby widziały coś nadzwyczaj ciekawego, a mnie zapiera dech, bo James ściąga mi z głowy czapkę z daszkiem o której kompletnie zapomniałam.

— Podoba mi się sposób w jaki nosisz tę czapkę — uśmiecha się czarująco i kładzie ją na swojej głowie, po czym pochyla się by dotknąć moich włosów.

— I podobają mi się twoje włosy — wyznaje. — Jeszcze nie widziałem takich u żadnej dziewczyny.

Rumienię się. Naprawdę zaskoczył mnie tym wyznaniem. Usiłuję się od niego odsunąć kiedy palcami bada ich fale, a ja nie mam się jak ruszyć.

O Boże, czuję mrówki rozchodzące się po całym ciele i nie potrafię przestać patrzeć jak mnie dotyka. To niesamowite, jak jeden mały gest jest w stanie zdziałać, a jedyne co teraz chodzi mi po głowie, to prośba żeby zbliżył się do mnie jeszcze bardziej, żeby dotknął mnie i pozostał w takiej pozycji póki nie będę miała dosyć, choć sama nie jestem pewna czy to byłby najlepszy pomysł. Czuję wyraźnie jak jego oczy wwiercają się we mnie w momencie gdy przejeżdża mi palcem wzdłuż skroni. Wiem, że patrzy na moje czerwone usta i się uśmiecha. Tak bardzo tego pragnę by nie przestawał, że nie mogę się powstrzymać i bez zastanowienia, opuszkami palców, dotykam jego dłoni którą właśnie mnie musnął. To silniejsze niż sądziłam i aż mi głupio, kiedy impuls daje sygnał do mózgu dopiero po niewczasie.

To był błąd.

Jego reakcja jest natychmiastowa. Cofa rękę i odsuwa się pozostawiając mnie w rozsypce.

Jego oczy patrzą teraz na mnie litościwie, jakby czuł, że w jakiś sposób mnie skrzywdził, co jest prawdą. Przez ten gest tak się właśnie czuję — niechciana, odepchnięta.

Zaciskam wargę, żeby się przy nim nie rozkleić.

— Roksano, ja… — marszczy brwi zakłopotany i w pełni na siebie zły. Widzę to po barwie jego oczu, które nagle zrobiły się ciemniejsze niż wcześniej. Przez chwilę przygląda mi się w osłupieniu, tylko po to, by zaraz potem dodać: — Myślę, że powinnaś już jechać.

Muszę zagryźć wargę niemal do krwi, żeby nie pokazać mu, jak bardzo czuję się zraniona i upokorzona. Tak naprawdę nic nie zrobił i to właśnie boli najbardziej. Patrzył na mnie jakby miał zaraz zrobić coś więcej, a kiedy ja zrobiłam ruch, natychmiast mnie odtrącił, rzucając litościwe spojrzenie, które zabolało jeszcze bardziej, tak samo jak wtedy kiedy wyjeżdżała mama.

Prawdę mówiąc, wszyscy sądzą, że litość jest najlepszym rozwiązaniem i zwykłym ludzkim odruchem, że to rzucone na wiatr przeprosiny, które mają pomóc zrozumieć, że nie chciało się dla niego źle, ale prawda jest taka, że litość, to najgorsze, co w takiej chwili można człowiekowi ofiarować.

— Dobrze — mówię.

— Roksano, ja…

— W porządku, już jadę.

Nawet na niego nie patrzę, kiedy się odwracam i wsiadam do samochodu mojej przyjaciółki. Jestem skołowana, że dałam się tak łatwo nabrać i ogromnie wściekła na niego, że tak zwinnie to wykorzystał.

Próbując opanować atak łez, wrzucam wsteczny i wyjeżdżam z parkingu, zostawiając go w tym samym miejscu, w którym mnie odtrącił.


Nie mogę uwierzyć, że byłam aż tak naiwna. Dlaczego właściwie wierzyłam, że mnie pocałuje, tego nie wiem, ale odpowiedź jest taka, że wkroczyłam na taki teren mojego umysłu, skąd trudno będzie mi się wydostać bez zadawania sobie bólu. Emily miała rację — nie warto zawracać sobie głowy kimś takim. Zresztą, co ja sobie w ogóle myślałam? Że od tak powie mi, że Odessa już nic dla niego nie znaczy, bo teraz znalazł mnie?

Uderzam ręką o kierownicę, chcąc odwrócić uwagę rosnącego bólu, od myślenia o Jamesie. Najchętniej udusiłabym go gołymi rękoma, choć pewnie nie potrafiłabym nawet krzywo na niego spojrzeć. Tak naprawdę nie potrafię zrobić nic by się od niego oderwać.

Nie. To koniec, definitywny koniec. Myślałam, że jest inny, ale znowu się pomyliłam. Jak kretynka wierzyłam, że to dokładnie ta sama osoba, która zrobiła na mnie dobre wrażenie, dla której niemal straciłam głowę. Teraz mi tylko głupio i niedobrze na samą myśl, że jeszcze przed chwilą w to wszystko jak głupia wierzyłam. Muszę sobie jednak z bólem przyznać, że nic nigdy nie było takie, jakbym chciała. Nic nie układało się po mojej myśli, zwłaszcza gdy czegoś mocno pragnęłam. W życiu zawiodłam się na wielu najbliższych mi osobach, ale nie sądziłam, że będę skazana na nieustanne porażki, które zwolna będą mnie wyniszczać, aż przestanę w cokolwiek wierzyć i czegokolwiek pragnąć, bo będę już wiedziała, że i tak nic nie będzie moje.

Czerwonego nissana, stawiam na podjeździe przed domem Emily. Miałam zatrzymać samochód do następnego dnia, ale wiem z czym się to wiąże. Nie chcę się z nią na razie widzieć, a spacer po zmierzchu dobrze mi zrobi.

Kluczyki zostawiam w stacyjce, żeby nie musiała ich nigdzie szukać. Ciekawe jak bawi się z Williamem. Na pewno lepiej ode mnie, czego z całego serca jej życzę. Zasługuje na niego.

W końcu wychodzę z samochodu i ruszam w kierunku swojego domu. Tata na pewno by mnie zabił gdyby się dowiedział, że wracałam o tej porze sama, dlatego udam, że Emily odwiozła mnie pod dom sąsiadów. Ale aż mnie niesie, kiedy pomyślę, że dałam się przy Jamesie tak ponieść emocjom i pozwoliłam mu sobie pokazać jak bardzo nie jestem w stanie przy nim myśleć i się kontrolować. Teraz głupio mi z tym, bo jestem w stanie się domyśleć, co mu teraz może chodzić po głowie na mój temat. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić jak po czymś takim pokażę mu się na oczy. Najlepiej to nie przychodzić do szkoły, albo w ogóle nie wychodzić z domu, co oczywiście byłoby głupotą, bo nie mogę się przed nim ukrywać, tylko dlatego, że mnie odtrącił, a ja nie potrafiłam pokazać, że wcale nie czuję się urażona, kiedy tak właśnie było. Na pewno pomyślał, ze mu się narzucam. Cholera, i jeszcze raz cholera. Ma dziewczynę, a ja usiłowałam dać mu powód do zdrady, bo zamarzyło mi się czułości.

Tylko ktoś tak głupi jak ja zrobiłby coś tak niewiarygodnie bezmyślnego. Nie zdziwię się, jeśli już więcej się do mnie nie odezwie, zresztą będę mu nawet za to wdzięczna. Chyba spłonęłabym żywcem ze wstydu mając przed oczami jego twarz, kiedy widział jak czekałam aż w końcu się do mnie zbliży.

Spod domu Emily do mojego, pozostało mi jeszcze ponad dwa kilometry drogi na piechotę. Jestem załamana, tylko dlatego, że jest zimno, lampy wciąż się nie świecą, a ja jak nigdy dotąd czuję się pośród ciemności jak mała owieczka. Z jakiegoś powodu się boję, co raczej mi się nie zdarza. Moje ciało smaga chłodne powietrze, w dodatku nie mam na sobie nawet swetra ani spodni, co by mi w tej chwili strasznie pomogło. W dodatku, okolica w której mieszkam, mieści się na samym końcu tego paskudnego odludzia. Chcąc się jakoś ogrzać, otulam się rękami, szczęśliwa, że choć włosy ocieplają mi kark, kawałek pleców i ramion. Tego wieczoru chociaż na coś się przydały. Pewna część mnie z dumą to sobie oświadcza.

Idę tak przez parę metrów, wsłuchana w ciszę okolicy, kiedy uświadamiam sobie, że słyszę podążający za mną pojazd. Jedzie wolno, za wolno jak na swoje możliwości. Przez chwilę, pomyślałam nawet, że jedzie w takim tempie, bo zamierza się zaraz zatrzymać, bądź skręcić, ale kiedy jedzie tak przez najbliższe dwadzieścia metrów, zaczynam bać się o swoje życie. Nigdy nic nie wiadomo, jacy ludzie jeżdżą o takich porach, zwłaszcza, że nie ma nikogo, kto w mojej okolicy mógłby mi pomóc. Jestem zdana na siebie, choć nie bardzo wiem jak powinnam obejść się z facetem mającym podwójnie więcej siły ode mnie i jeszcze większej motywacji w celu zaciągnięcia mnie do samochodu i w najgorszym przypadku zgwałcenia.

Po raz pierwszy w życiu jestem przerażona aż tak bardzo jak w tym momencie. A może tylko dlatego, że nigdy w takim momencie się nie znalazłam, a James za wszelką cenę starał mi się to kiedyś wyperswadować? W głębi, mam jednak wielką nadzieję, że nikt, kto właśnie jedzie za mną, nie ma ochoty na robienie mi krzywdy jeszcze większej niż doświadczyłam. Tak naprawdę nie chcę doświadczać już żadnej krzywdy, bo już dość zniosłam, a teraz chcę o wszystkim zapomnieć i wrócić do domu. Z sekundy na sekundę coraz bardziej zaczynam się trząść i najprawdopodobniej wynika to z narastającej we mnie paniki. Teraz już nie idę, maszeruję, by potem zacząć biec, ale nie mija nawet minuta, a słyszę za sobą donośny głos.

— Zatrzymaj się! — Woła.

Zamieram, bo jestem pewna w stu procentach, że słowa miały trafić do mnie. Najstraszniejsze w tym wszystkim jest jednak fakt, że wiem do kogo owy głos należy.

Moje ciało drętwieje jak struna. Mój mózg jeszcze nie zdążył tego przemyśleć, ale ciało samo wie czego chce i wcale mu się nie opieram. Nie jestem nawet w stanie odwrócić się do niego przodem, kiedy mym oczom ukazuje się James, wychylający się zza szyby swojego samochodu.

Marszczę oczy, bo jeszcze nie przywykły do światła. Mimo, że to właśnie James, jakoś nieszczególnie odczuwam wstyd po tym co między nami zaszło, raczej żal i urazę.

— Roksano! — Na mój widok wyraźnie mu ulżyło.

— Czego chcesz?! — Wycedzam, nie siląc się na uprzejmości.

— Wsiadaj do samochodu! — rozkazuje.

Nogi niemal się pode mną uginają, kiedy słyszę, jak przez jego głos przemawia żałość. I może i dałabym się na to nabrać, ale nie jestem w nastroju.

— Niczego od ciebie nie chcę! — Warczę wściekła i znowu idę, nie zwracając na niego uwagi, Mam złudną nadzieję, że zaraz odjedzie, ale wiem, że to niemożliwe. Już zdążyłam zapoznać się z jego nadopiekuńczością, co w tej chwili w niczym mi nie pomaga.

— Ana, proszę cię, nie każ mi wysiadać z samochodu.

Tym razem mnie zdenerwował. Nie mogę pojąć jak może odzywać się do mnie w taki sposób po tym, jak mnie odepchnął. W końcu nie wytrzymuję. Odwracam się i łypię na niego gniewnie.

— Odpieprz się, co? I wcale nie każę ci wysiadać z samochodu. Jeszcze pobrudziłbyś sobie buty.

Dopiero po fakcie uświadamiam sobie co narobiłam. Nie wiem nawet w jakim momencie zatrzymuje samochód i z niego wysiada. Kiedy pewnym krokiem rusza w moją stronę, zaczynam się go nagle bać. Wściekłość, wymieszana z żalem i urazą i czymś jeszcze — czułość? Sprawia, że zaczynam niepotrzebnie głośno oddychać. Czuję się jak małe dziecko, które wyzywało rodzica od najgorszych i właśnie zostanie za to ukarane. Cholera, a ja nawet nie rzucam się do biegu. Zamiast tego, stoję jak sparaliżowana, nie mogąc oderwać stóp od ziemi i obserwuję jak ten wysoki facet do mnie podchodzi.

— Do diabła — klnie zatrzymując się przede mną. Przyglądam mu się oniemiała i nie mogę uwierzyć, że to naprawdę on. — Czy masz świadomość tego, co właśnie zrobiłaś?

Kiwam przecząco głową zestrachana.

— Nikt przez całe życie, nie wkurwił mnie tak, jak ty w tym momencie. Powinnaś wiedzieć, że mnie się nie odmawia, a teraz twój błąd będzie cię kosztował znacznie więcej niż utrata dziewictwa.

Na moją twarz wstępuje wyraz przerażenia, na którego nie reaguję, ponieważ mięsnie kończyn mi zastygły.

— Chcesz mmnie zzzgwałcić? — Jąkam się.

Wzdycha zezłoszczony spoglądając w niebo, jakby tam szukał odpowiedzi.

— Co też przyszło ci do głowy? Nie gwałcę kobiet dla przyjemności.

— Tty… gggwałcisz kobiety?

Parzy na mnie zbity z tropu. Chyba nie to miał na myśli.

— Nie gwałcę kobiet, na litość Boską! — oburza się. — Nie muszę tego robić. Ale o co tak właściwie mnie posądzasz? Owszem, może w tej chwili mam do tego wolną rękę, ale do diabła… — przygląda mi się nagle z bliska jakby ujrzał coś wstrząsającego. Dotyka mojego policzka, ale szybko się odsuwam. — Jesteś przerażona, w dodatku wściekła na mnie, że tak się głupio zachowałem. Myślisz, że byłoby dla mnie przyjemnością wykorzystać bezbronną dziewczynę, a potem widywać ją w szkole i udawać, że nic się nie stało?

Przełykam ślinę, właśnie niemiłosiernie zaschło mi w gardle. Nagle, czuję się naga i ogołocona ze wszystkiego. W dodatku te jego oczy — złe i pełne współczucia.

Jesteśmy sami, oświetleni jedynie przez reflektory z samochodu — ja bezbronna, a on zupełnie nieprzewidywalny. Chcę uciec, ale nie mogę odejść. Chcę zostać, ale cała drżę w obawie o to, co dopiero może się wydarzyć.

— Powiedz coś. — Prosi.

Zagryzam wargę, żeby się nie rozkleić. James chyba nie jest świadom jak bardzo mnie przeraził. Już nie wiem kim on jest, dlatego boję się, że może zrobić mi krzywdę, choć tak bardzo pragnę, żeby mnie przytulił.

Nic nie mówię, nie potrafię, kiedy patrzy na mnie takim wzrokiem. Zerkam otępiale na niego, kiedy znów się przybliża i sięga lewą ręką do mojego policzka. Marszczy z gniewem brwi intensywnie się we mnie wpatrując.

— Boże, Roksana, ty naprawdę myślisz, że… — wzrok ma zagubiony — naprawdę mógłbym zrobić ci krzywdę?

— Nie dotykaj mnie — odpycham go, choć pragnę na nowo go do siebie przyciągnąć.

Zbliża się, a ja wciąż stawiam krok do tyłu, tym samym dając mu do zrozumienia, że nie chcę, żeby się do mnie zbliżał.

— Nie podchodź.

— Nie rób głupstw. Nie zrobię ci krzywdy. Przecież wiesz, że nie mógłbym.

Prycham, wciąż nie odrywając od niego oczu. Nie mogę pozwolić, żeby zbliżył się jeszcze bardziej niż jest teraz. Jego słowa upewniły mnie, że jest niebezpieczny i nieobliczalny, co w niczym mi nie pomaga.

— Nie znam cię. Skąd mogę wiedzieć, że nic mi nie zrobisz, kiedy właśnie powiedziałeś, że… mógłbyś mnie zgwałcić? — Pytam, wciąż nie mogąc w to uwierzyć.

— Wiem, źle to sformułowałem — marszczy brwi zakłopotany i zezłoszczony zakłada ręce na kark. — Wybacz, nie chciałem, żebyś tak to zrozumiała. Po prostu sądziłem, że… — bierze wdech jakby usiłował dobrać słów, których mu brak. Dziwne, James raczej nie tracił pewności siebie, a teraz wygląda na naprawdę przejętego. — Roksano, proszę daj mi rękę i chodź, odwiozę cię do domu. Jest późno, ojciec na pewno już się o ciebie martwi.

Jestem w szczerym szoku, uświadomiwszy sobie, że James słuchał, co kiedyś mówiłam mu o rodzicach. Już sama nie wiem, co mam myśleć. Jeszcze parę minut temu postanowiłam sobie, że z nim koniec, a tymczasem mam wsiąść z nim do jego samochodu, jakby nic się nie stało?

— Nie musisz, to niedaleko — odpowiadam bez gniewu. — Sama naprawdę dam sobie radę. Poza tym… Przestań zachowywać się jak mój ochroniarz. Zajmij się swoją dziewczyną.

Mam nieprzyjemne wrażenie, że moje słowa tylko go rozzłościły, ale widząc, że go obserwuję, próbuje nie dawać tego po sobie poznać. W końcu nic nie mówi, więc uznaję, że to koniec rozmowy na dzisiaj i odwracam się, by odejść. Moja przechadzka nie trwa jednak długo, kiedy James bez ceregieli przewiesza mnie sobie przez ramię i niczym worek kartofli niesie do samochodu.

— Wybacz, ale nie będę patrzył bezczynnie jak narażasz się na niebezpieczeństwo — rzuca gniewnie. — Jesteś odważna, ale to nie wystarczy, żeby się bronić. Nic byś nie zrobiła gdyby napadła cię banda zbirów. I nie miej do mnie żalu, bo wyraźnie powiedziałem co cię czeka, a teraz siedź tutaj — usadza mnie na siedzeniu pasażera, po czym zapina pasy nie odrywając ode mnie oczu. — I nie waż się stąd ruszyć, bo i tak zaraz bym cię dogonił.

Wpatruję się w jego długie nogi kiedy zatrzaskuje za mną drzwiczki i zaczynam się zastanawiać, jak właściwie się teraz czuję. Upokorzona? Zła? Usatysfakcjonowana?

W końcu, masz babo placek!

Nawet nie zerkam w jego stronę, kiedy siada obok i zapala silnik. Chyba właśnie zdałam sobie sprawę, że ten mężczyzna jest nieobliczalny i prawdomówny w każdym calu. Bo do jasnej, on naprawdę nie żartował!

— I prawdę mówiąc, wkurwia mnie, kiedy pomyślę, że twój facet nie szczególnie interesuje się tym, co jego dziewczyna wyprawia sama po nocach i naraża się na niebezpieczeństwo.

Sztywnieję. Jaki chłopak? O czym on mówi? I czy z tego powodu można być aż tak wściekłym?

Zerkam w jego kierunku i widzę jak nerwowo zaciska ręce na kierownicy do tego stopnia, że bieleją mu kostki. Jego twarz — pełna emocji, przede wszystkim gniewu i współczucia i aż mnie niesie, żeby jej teraz dotknąć.

Szybko się uspokajam.

— O kim mówisz? — Pytam półszeptem, szczęśliwa, że w środku pojazdu panuje półmrok, ukrywający moją zaskoczoną minę.

Mimo to widzę, że James na moment zerka w moją stronę.

— Widziałem cię tylko z jednym chłopakiem.

Aleks.

Och. Zaciskam mocno wargi, bo głupio mi na samą myśl o tym w jakiej chwili widział nas razem na plaży. Marzyłam by mnie z nim zobaczył i poczuł jak to jest widzieć go z inną po tym w jaki sposób ze mną rozmawia, a tymczasem, nie dość, że wziął nas za kochającą się parę, to jeszcze bardzo się tym zdenerwował.

Spuszczam głowę zawstydzona. Jak to dobrze, że nie widzi moich wypieków na policzkach.

— Chyba mówisz o Aleksie — wyjaśniam. — Ale, to nie mój chłopak. To ktoś w rodzaju starszego brata. Opiekuje się mną jak mało kto.

James milczy, wpatrzony w szybę przed sobą. Trwa chwilę, nim w końcu przemawia. W jego głosie słychać wyraźną ulgę.

— Kiedy was wtedy zobaczyłem… myślałem, że jesteście ze sobą.

Cóż, po części właśnie o to mi chodziło. Widząc go wtedy z Odessą, dostałam takiej wściekłości, że nie chciałam pokazywać mu, że czuję się poniżona, choć właśnie tak było.

— Nie — szepczę, bawiąc się palcami u rąk. — To mój najlepszy przyjaciel, najlepszy jakiego miałam, ale nie jesteśmy razem. — Prawda, wcześniej czy później i tak by się wydała.

Mój towarzysz nad czymś przez chwilę rozmyśla. Cisza jaka nas otacza, na swój sposób jest przyjemna. Nie jedziemy szybko, ledwo dwadzieścia na liczniku, choć spokojnie mógłby wyciągnąć do pięćdziesiątki. Domyślam się, że robi to po to, by mieć więcej czasu na rozmowę ze mną, za co wcale nie jestem na niego zła, wręcz przeciwnie, chwila rozmowy dobrze zrobi nam obydwojgu.

— Chcesz z nim być? — Odzywa się nagle.

— Dlaczego o to pytasz? — Zadał naprawdę dziwne pytanie.

Wzrusza ramionami.

— Nie musisz mówić, jeśli nie chcesz.

— Nie chcę.

— Dobrze, w takim razie…

— On nie jest w moim typie — mówię dla jasności.

Znowu na mnie patrzy. Oczy ma zaskoczone, ale nadal niczego mi nie mówią.

— Dlaczego? Wtedy na plaży wyglądaliście na szczęśliwych.

A więc zauważył znacznie więcej niż sądziłam. Teraz jest mi tylko z tego powodu głupio.

— Znamy się od dzieciństwa, zawsze tak wyglądamy. Aleks, to ktoś z kim nie umawiasz się na randki, a ktoś na kim zawsze możesz polegać bez względu na to, co złego zrobiłeś. Nigdy nie był wobec mnie obojętny, dlatego gdybyśmy zaczęli być ze sobą, straciłabym go, a tego nie chcę.

— Dobrze — bierze wdech. — W takim razie to dobrze, że kogoś takiego koło siebie masz.

— Tak — kończę lakonicznie.

Wpatruję się w ciemność przed nami i nie mija pięciu sekund, kiedy znów słyszę Jamesa.

— Dlaczego nie powiedziałaś mi, że będziesz wracać do domu pieszo?

Zaskakuje mnie tym pytaniem.

— Nie czułam potrzeby. To nie pierwszy raz kiedy wracam sama do domu. Już zdążyłam do tego przywyknąć.

— Powinnaś mnie była o tym poinformować. Przecież wiesz, że bym cię odwiózł.

Bomba! Miałam prosić go o podwózkę, zaraz po tym, jak mnie odtrącił widząc jak go dotykam. Coraz bardziej mi z tego powodu wstyd. Naprawdę nie mógł wpaść na nic lepszego.

— Wiem, ale — gryzę się z myślami, gdy tylko pomyślę, że sam nic nie mówi. Ma dziewczynę i oferuje by podwieźć mnie do domu, co przecież jest w stosunku niej nie fair. Aż mnie skręca. — To zły pomysł żebyś mnie podwoził. Znam Odessę — z trudem wymawiam jej imię. — Gdyby się dowiedziała, że odwozisz mnie do domu, nie byłaby zachwycona. Zresztą, każda dziewczyna jest zazdrosna o swojego chłopaka i wcale bym się jej nie dziwiła.

Udaję, że patrzę przed siebie, kiedy czuję na sobie jego palące spojrzenie. Tak bardzo chciałabym, żeby zaprzeczył temu, co właśnie ode mnie usłyszał, ale nic podobnego nie następuje. Ale to oczywiste, że są razem i że chce z nią być, bo mu na niej zależy. Innego wyjścia nie ma. Nie wiem tylko z jakiego powodu wciąż zadaje się ze mną.

Po krótkiej chwili już dojeżdżamy pod mój dom, ale w porę uświadamiam sobie, że tam czeka na mnie tata i z pewnością nie jest on zadowolony.

— Zatrzymaj się tutaj — mówię tak głośno, że aż boję się o jego reakcję.

Patrzy na mnie pytająco, ale nic nie mówi, dlatego szybko wyjaśniam:

— Nie chcę, żeby tata zobaczył jak wysiadam z twojego samochodu… wiesz jacy są ojcowie… będzie zadawał masę pytań — wyjaśniam w pośpiechu, a James porozumiewawczo kiwa głową i zatrzymuje się na podjeździe sąsiadów.

Odpinam szybko pas i zabieram do szukania klamki, bo jestem już przygotowana na to, że zaraz rzuci coś w stylu „do zobaczenia” co znaczy, że mam sobie pójść. Tak naprawdę wciąż czuję wyrzuty sumienia za to, co zrobiłam i nie potrafię się powstrzymać, żeby się na ten temat nie odezwać. Możliwe, że już nigdy nie przytrafi mi się podobna okazja do wrócenia do tego tematu.

— Przepraszam za to, co zrobiłam… tam na parkingu. Poniosło mnie… — szepczę spanikowana, przypominając sobie ten moment, kiedy chciałam go pocałować. — Ja… nie chciałam sprawiać ci problemów i wiem, że nie powinnam była… — głupio mi coraz bardziej, dlatego jestem szczęśliwa, że nie widzi wyrazu mojej twarzy. To ułatwia mi sprawę. — Postaram się już nie rzucać ci w oczy. — Czekam chwilę aż coś powie, ale kiedy z jego ust nie pada żadne słowo, dodaję tylko: dobranoc. — I chwytam za klamkę, czując napływające łzy do oczu, kiedy nieoczekiwanie słyszę za sobą jego cichy głos.

— Roksano, odwróć się, proszę.

Odnoszę wrażenie, że czuje się zgorszony po tym, co mu właśnie powiedziałam. Mimo drżenia całego ciała, odwracam się tak, jak prosi, choć nie mam na to najmniejszej ochoty. Napotykam go jak mi się przygląda, choć wyraz jego oczu w tym nieoświetlonym miejscu jest ciężki do odgadnięcia. Wciąż krąży nad nami krępująca cisza. W pewnej sekundzie zaczynam się bać, że to źle wróży, ale James ku memu zaskoczeniu, pochyla się i ujmuje moją drżącą dłoń w swoje, po czym bez namysłu całuje ją z pietyzmem.

Czuję wypieki na twarzy i drżę, choć to tylko moja ręka.

— Nie myśl o tym, co ci dziś powiedziałem — szepcze, po czym puszcza moją dłoń i zakłada mi moją czapkę na głowę ledwo mnie dotykając. — Śpij dobrze, mała.

Wiem za dobrze co te słowa znaczą i nie musi mi szczególnie nic tłumaczyć. Mam sobie pójść. Tak też robię, niestety, tym razem bez większych chęci, bo pragnę tu z nim zostać i nacieszyć się jego obecnością choć przez chwilę, a której wciąż jakimś cudem nie ma dość.

Kiedy zatrzymuję się na chodniku przed domem sąsiadów, już nie otacza mnie ciemność. Oprócz tego, że świecą się już lampy, James ani na moment nie gasi świateł, ani też wciąż nie odjeżdża. Wiem dlaczego to robi, dlatego nie zwracając na niego uwagi, szybko ruszam by zatrzymać się na swoim ganku.

Wchodzę do środka dopiero słysząc za sobą warkot silnika. To upewnia mnie, że James odjechał.

15. Na ratunek

Jak najciszej potrafię, zamykam za sobą frontowe drzwi. Nie chcę żeby usłyszał mnie tata, który zawsze kiedy wychodzę, czuwa póki nie wrócę do domu, inaczej martwiłby się cały czas, a tego żadne z nas nie chce.

Tak jest także tym razem. Co do taty, rzadko się jednak mylę.

Zatrzymuję się u szczytu schodów, kiedy słyszę go wychodzącego z nieoświetlonego salonu, co może oznaczać tylko jedno — widział mnie wychodzącą z samochodu Jamesa.

— Kto to był? — pyta, jakby żądał ode mnie przyznania się do właśnie popełnionej zbrodni.

Klnę pod nosem i się odwracam.

— Kto, gdzie był? — Pytam zaskoczona jego oskarżycielskim tonem. Nie mógł zobaczyć Jamesa, a tym bardziej jego płci, tym bardziej, że nawet nie wysiadał z samochodu, który także ciężko byłoby mu dowiedzieć, zwłaszcza, że ostatnio zaczął narzekać na problemy ze wzrokiem.

— Kto cię podwiózł?

Jak to dobrze, że jestem ukryta w cieniu lampy, pod którą tata właśnie się zatrzymał. Kiedy nie widzi moich rozpalonych policzków, nie może się niczego domyśleć, a zwłaszcza tego, że kłamię. Zawsze kiedy muszę to robić, na twarz wyskakują mi purpurowe rumieńce, których za żadne skarby nie jestem w stanie kontrolować.

Tata wciąż czeka i najwyraźniej nie zamierza odpuszczać.

— Emily, a któżby inny?

Odnoszę wrażenie, że ta odpowiedź mocno go zaskoczyła. Odchrząkuje i podchodzi bliżej. To nie wróży nic dobrego.

— Od kiedy to, Emily jeździ samochodem za dwieście tysięcy? Od kiedy jej rodziców na to stać?

Dwieście tysięcy? Chyba przesadza.

Czuję się jak kłamliwa oszustka. Co, jak co, ale na samochodach to on się zna, sam jeździ jednym którego ceni jak członka rodziny. Głupio mi jeszcze bardziej, kiedy pomyślę, że tata wie czym przyjechałam i teraz myśli, że go okłamuję, bo nie mam do niego zaufania.

— No dobra — poddaję się skrępowana. — Taki jeden ze szkoły. Napatoczył się kiedy byłyśmy z Emily na pizzy. To nikt groźny, wiedział gdzie mieszkam i zaoferował się, że mnie odwiezie, więc skorzystałam z podwózki. — Kiedy to mówię, staram się być obojętna, żeby nie wyczuł jak bardzo jestem z tego faktu zadowolona. — Chyba się nie gniewasz? — uśmiecham się.

Po moich nowinach, ojciec zaczyna się czerwienieć ze złości. Nie wiem jakich słów użyć, by opisać to, co widzę na jego twarzy. Wściekłość? Rozczarowanie?

— Roksana, zabraniam ci jeździć z obcymi, w dodatku po nocach — stara się panować nad narastającym gniewem, ale słabo mu wychodzi. — Dobrze wiem, co chłopakom w twoim wieku chodzi po głowie na widok dziewczyny w swoim samochodzie. Kiedyś też byłem osiemnastolatkiem, więc nie dawaj mi powodu, żebym dał ci szlaban.

— Spokojnie — podchodzę, żeby przytulić go w ramach przeprosin. — Znasz mnie przecież, prawda?

Głaszcze mnie po głowie z westchnieniem.

— Mam taką nadzieję, że cię znam.

— Więc nie dawaj mi szlabanu. Dobrze wiesz, że nie jestem z tych dziewczyn, które rzucają się na chłopaków. I on ma dziewczynę, którą dobrze znam, więc nie masz się czego martwić.

Po tych wyznaniach, czuję po jego wolniejszym oddechu, że wyraźnie mu ulżyło. Wiedziałam, że wzmianka o dziewczynie w jakiś sposób pozwoli mu spojrzeć na to z innej perspektywy i udało się. Hurra!

— Nic się nie martw — dodaję i odsuwam się. — Znam parę chwytów samoobrony. Czasem wystarczy tylko kopnąć delikwenta mocno w genitalia i uciekać, licząc, że nie zechce mu się mnie gonić.

Parska śmiechem, widząc moją rozbawioną minę.

— Gdybym cię nie pilnował i nie wychowywał jak należy, chodziłabyś jak większość dziewczyn w twoim wieku. Zresztą — wzdycha, zerkając na zdjęcie mamy, wiszące obok wejścia do salonu. — Twoja matka przyjechałaby tu natychmiast, żeby osobiście się ze mną rozprawić, co na pewno nie skończyłoby się na złojeniu mojego tyłka.

— Na szczęście nie musi się fatygować. — Pocieszam go wesoło. — Jak już zdążyłeś zauważyć, wychowałeś mnie na dobrą obywatelkę, której nie trzeba za każdym razem wytykać jej błędów.

— I mam nadzieję, że nie będę musiał — zabrzmiało jak ostrzeżenie. Nieco się zjeżyłam, ale wiem, że tylko żartował. — A teraz marsz na górę i proszę spać. Jutro musisz wcześnie wstać, moja damo.

Wzdycham zrezygnowana. Ma rację.

— Jasne… zapomniałabym… Ale nawet nie wiesz, jak bardzo chciałabym się w tobą zamienić… Jeździłabym sobie po całym kraju trąbiąc na przechodniów, zwiedzając piękne miejsca…

Klepie mnie po ramieniu i obraca ku schodom.

— Ta, ta, ta, już to gdzieś słyszałem. Do pokoju — pokazuje ręką jak małemu dziecku gdzie mam iść. — Dobranoc, i żebym nie musiał dawać ci szlabanu.

— Nie zrobiłbyś tego — droczę się z nim.

Unosi grubą, lekko podsiwiałą brew. W tej pozie wygląda dość przekonująco.

— Chyba nie znasz jeszcze swojego ojca moja panno. Naprawdę chcesz ten szlaban? Jeszcze nigdy tak się nie prosiłaś.

— Łóżko? Pokój? Spać?

Kiwa głową.

Biorę wdech.

— W takim razie nie pozostaje mi nic innego, jak powiedzieć ci dobranoc, tato.

— Dobranoc, jutro zbudzę cię przed siódmą.

Wchodzę po schodach zrezygnowana i zmęczona, kiedy coś sobie przypominam. Spoglądam na niego z wyrzutem.

— Tylko nie chrap, bo znowu się nie wyśpię. Twoje nocne rozmowy obudzą nawet umarłego.

— Przecież śpię na dole — krzywi się.

Uśmiecham się na koniec i z miną niewiniątka wbiegam na górę, żeby mnie jeszcze nie ochrzaniał.


Idąc następnego dnia do szkoły, zastanawiam się co powiem Emily, kiedy ją zobaczę. Przecież mnie i Jamesa nic nie łączy, ale po tym, co zobaczyła, boję się, że mi nie uwierzy. Zresztą, sama się zastanawiam co bym pomyślała, gdybym coś takiego zobaczyła. Ale dopiero jakoś dziś dochodzi do mnie fakt, że James naprawdę przez ten cały czas trzymał mnie za rękę jakby nie zamierzał wypuszczać i aż robi mi się przyjemnie gorąco. Owszem, to tylko ręka — jedna z wielu ważnych części mojego ciała, ale kiedy jej dotykał, w dodatku w taki sposób, czułam się błogo, przyjemnie, wręcz fantastycznie, zwłaszcza, że jeszcze nikt mnie tak nie dotykał. Cholera. Zagryzam wargi, przypominając sobie jak jego wargi całowały moje kostki na skórze.

Palę buraka. Najchętniej oblałabym się wodą, żeby zagasić pożar w moim umyśle i na ciele, ale w miejscu publicznym mi nie wypada. I choć to tylko zwykłe wspomnienia, czuję się tak, jakby mnie właśnie dotykał, choć nawet go nie widzę. To istne szaleństwo, że coś takiego czuję, bo on ma przecież dziewczynę, ale nie potrafię zadziałać na ten fragment mózgu odpowiedzialny za bodziec zmysłu, czy kontroli nad emocjami, tak samo nie jestem w stanie sobie powiedzieć, dlaczego nie chcę nic robić, by się go z tej głowy pozbyć. Ale im więcej go sobie zabraniam, tym większym staje się dla mnie wyzwaniem, co sprawia, że jeszcze bardziej nie mogę o nim tak po prostu zapomnieć.

Czuję się jakbym igrała z ogniem. Mogę się poparzyć, ale chcę zaryzykować, bez względu na to, jakie czekają mnie przez to konsekwencje.

Istne wariactwo.

Kiedy wchodzę na angielski, nie widzę Emily. Na pewno jeszcze nie przyjechała. Czuję ulgę na sercu, bo wiem, że mam nieco więcej czasu na wewnętrzne przygotowanie się do rozmowy. Ale wiem, że przyjdzie na pewno. Nie odpuściłaby sobie spotkania z Williamem, który już wypala dziurę krześle, wyczekując jej pojawienia się w drzwiach. No chyba, że ich randka nie poszła po jej myśli, wtedy mogłabym przypuszczać, że nie miała humoru by go oglądać, co raczej jest mało prawdopodobne.

Chciałabym, żeby ktoś tak na mnie czekał, jak na nią, ale wiem, że w najbliższej przyszłości się nie doczekam.

Przechodząc dalej wzdłuż ławek, uprzytamniam sobie, że Emily już nie siedzi za mną. Jej miejsce zajmuje teraz James, który właśnie unosi na mój widok głowę.

Serce bije mi mocniej, widząc jak łobuzersko się do mnie uśmiecha. Muszę się powstrzymywać, żeby nie zrobić tego samego. Nie potrafię unikać jego jako osoby, kiedy jego włosy ułożone są w tak seksownym nieładzie jak teraz. Grzechem byłoby się w tych gęstwinach nie zakochać.

— Witaj, Roksano — wita mnie zadowolony, opierając się wygodnie o oparcie krzesła. Trzyma w palcach ołówek i buja się na krześle jak mały chłopiec, choć wcale tak nie wygląda. Nigdy też nie wyglądał na osiemnastolatka, ale nie miałam pojęcia ile mógł mieć naprawdę, skoro należeliśmy razem do tej samej grupy. — Mam nadzieję, że moja bliskość na angielskim nie będzie cię zbytnio rozpraszała — mówi dalej. — Niestety nie miałem się gdzie podziać, odkąd twoja koleżanka zaczęła prześladować mojego kolegę.

— Ona go nie prześladuje — obruszam się, ale niepotrzebnie, bo tylko żartował.

Ściąga brwi, opierając ręce o blat stołu. Ma szerokie ramiona, znacznie lepiej zbudowane niż większość jego rówieśników.

— Wybacz, nie to miałem na myśli. Chodziło mi raczej o to, że od jakiegoś czasu zajmuje moje miejsce, przez co przymusowo skazano mnie na siedzenie tutaj — uśmiecha się, dając mi do wiadomości, że to wcale mu nie przeszkadza.

Skazano? A więc nie lubi siedzieć obok mnie…

Nie ma pojęcia, jak bardzo poszedł mi z tym na rękę. W duchu uśmiecham się zadowolona widząc, jak James siedzi obok mnie, a nie obok Odessy. Nie mogę mu jednak tego pokazać. Po tym, co wczoraj odstawiłam, teraz wolę o tym nie myśleć i nie potrzebnie nie komplikować niczego jeszcze bardziej, dlatego wzruszam ramionami i kładę plecak na ławce.

— To już wasza sprawa — rzucam oschle, siląc się na brak emocji, choć w środku wszystko we mnie hula. Siadam w ławce nawet na niego nie patrząc, ale coś mi mówi, że jest zaskoczony moją reakcją i, że nie tego się spodziewał. W końcu nie muszę być taka, jaką chciałby żebym była. Nie jesteśmy razem, nawet się nie przyjaźnimy. Nigdy też to się nie zmieni. Pochodzimy z dwóch innych, zupełnie od siebie odległych światów, a różnice nas dzielące, widać już na pierwszy rzut oka.

— Chciałbym cię o coś spytać — nieoczekiwanie zza mojego ramienia wychyla się głowa Jamesa. Odwracam się i niemal nie uderzam w niego czołem.

Odsuwam się czerwona jak cegła.

— Tak?

Uśmiecha się, widząc jaki wywarł na mnie wpływ.

— Zdefiniuj słowo „kokietować”.

Marszczę brwi.

— Po co?

— Chciałbym wiedzieć jak to widzisz.

Wzdycham. Nie wiem po co to robię, ale chyba nie mam wyjścia.

— Kokietować, inaczej zalecać się, zalecać o czyjeś względy, nadskakiwać komuś, mizdrzyć się.

Unosi brew.

— Naprawdę uważasz, że kokietowanie to także mizdrzenie?

— Ja tak nie uważam. Tak mówi słownik — odparowuję i odwracam się z powrotem.

Uderzam ze złości długopisem o blat stolika. Głupio mi coraz bardziej, kiedy pomyślę, że James pyta mnie o takie rzeczy, a ja zalewam się rumieńcami, które wypalają mnie na wylot.

— Jak w takim razie zdefiniujesz to, co robię teraz? — Czuję ciepły powiew jego oddechu na moim karku i niemal nie umieram z przerażenia. Nie mam pojęcia co on robi i chyba boję się myśleć, co to może być, dlatego odsuwam się, żeby nie być zbyt blisko niego. Wystarczy mi już wypieków jak na jeden dzień.

— Ograniczasz moją przestrzeń — odpowiadam w końcu, nie siląc się na uprzejmości. James śmieje się głośno, mimo iż właśnie do klasy wchodzi pan Callaway, a ja marzę o zimnym prysznicu, najlepiej na Arktyce. Tak, to na pewno by mi pomogło.

Przez całą lekcję, nie mogę racjonalnie myśleć, wiedząc, że Goldman siedzi zaraz za mną. To niemal jak niwelacja, choć to słowo ma trochę inną definicję, ale nadal mam na myśli osłabianie, jakie powoduje we mnie obecność Jamesa.

On jest… bogaty, zajęty, zabójczo przystojny, niezależny… Mogłabym wymieniać jego zalety tak długo, że nie starczyłoby mi czasu na lekcji, ale po prostu mnie to boli. Boli, ponieważ wiem, że wykreowałam w nim ideał, choć i tak wiem, że nigdy nie będzie on należał do mnie. Wiem, że każdy bez względu na to jakby żył, nie jest idealny, ale James w moim rozumowaniu to ktoś, kogo chcę poznawać, z kim chce rozmawiać i ktoś, kto według mnie byłby dla mnie jak druga połówka jabłka. Możliwe, że wygaduję brednie, ale wiem, bo coś w środku mówi mi, że kiedy z nim rozmawiam, kiedy on patrzy na mnie jakby chciał wiedzieć o mnie więcej, sprawia, że czuję w sobie pewną radość, dzięki której wiem, że jest na świecie tylko jedna taka osoba, która powoduje, że nie potrafię myśleć o nikim innym. On powoduje, że płaczę i śmieję się jednocześnie, a robię to, ponieważ nie chcę poznawać nikogo innego, by upewnić się, że jest ktoś inny, w kim się zakocham i kto oczaruje mnie tak jak on, mimo, iż wiem, że nie jest mi przeznaczony.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.