E-book
8.19
drukowana A5
71.57
Niespokojna miłość

Bezpłatny fragment - Niespokojna miłość


4.6
Objętość:
547 str.
ISBN:
978-83-8221-861-9
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 71.57

Niespokojna miłość

Jak mam rozpoznać swoją Drugą Połowę?

Nie bojąc się ryzyka. Ryzyka porażki, odrzucenia, rozczarowań. Nigdy nie wolno nam rezygnować z poszukiwania Miłości. Ten, kto przestaje szukać, przegrywa życie.

Paulo Coelho

ROZTERKI

„Cokolwiek zamierzasz zrobić, o czymkolwiek marzysz, zacznij działać.

Śmiałość zawiera w sobie geniusz, siłę i magię.”

Johann Wolfgang Goethe.

1. Początek czegoś nowego

Biegnę.

Jestem zmęczona, nogi odmawiają mi posłuszeństwa, serce skacze szalone, wybijając rytm. Ale co tam, jeśli nie chcę się spóźnić, muszę powstrzymać się od mazgajstwa.

Tak naprawdę jestem już spóźniona jakieś dziesięć minut, a to bardzo dużo w porównaniu do tego, że jeszcze nigdy w życiu nie opuściłam żadnych zajęć u mojego ulubionego nauczyciela od angielskiego.

Poważnie.

Jestem na skrzyżowaniu, całe szczęście właśnie zapaliło się zielone światło.

Chwała Bogu! Stałabym tam pewnie aż do dzwonka.

Z ulgą przechodzę na drugą stronę ulicy i znowu puszczam się biegiem. Jeszcze tylko parę metrów — myślę i już znajduję się w drugim budynku. Szybko odnajduję salę i z dudniącym oddechem zatrzymuję przed odpowiednimi drzwiami. Serce wali mi jak młot w dzwonnicy. Już nie słyszę własnych myśli, choć na korytarzu panuje taka cisza, że można by pomyśleć, że w szkole prócz mnie nie ma nikogo.

Przerażające.

Odczekuję parę sekund żeby jako tako unormować tętno, i otwieram drzwi.

Tak jak myślałam, oczy wszystkich zwrócone są na mnie. Zamieram, tak jak zawsze w takich krępujących chwilach. Nienawidzę jak się na mnie patrzą, zwłaszcza tak jak teraz; te wstrętne oczy czekające tylko na moją pomyłkę. Brr!

To Callaway odzywa się do mnie jako pierwszy. Nic dziwnego, w końcu jest nauczycielem i to on tu rządzi.

— Panno Sanders, co to za niebywałe spóźnienie? — zerka na zegarek na swojej ręce. Chce przez to pokazać jak wielkim jest zwolennikiem punktualności. — Jest piętnaście po ósmej. O której zaczyna się lekcja? Nie jesteśmy na studiach, żeby tyle się spóźniać, choć i tam nie jest to wskazane.

To po co to mówi, skoro nie jest?

— Tak, wiem, przepraszam. — Kiwam głową zmieszana całą tą niekomfortową sytuacją. Chce tylko usiąść, żeby się tak na mnie nie gapili. — To już się nie powtórzy.

Jest poważny i w tym momencie niezbyt miły, przynajmniej nie taki, jaki zwykle bywa, to znaczy otwarty, pełen humoru, całokształty ekstrawertyk — moje przeciwieństwo. Odkąd chodzę do szkoły, jeszcze nigdy nie spotkałam nauczyciela, który miałby takie podejście do uczniów i do swojego przedmiotu jak Norman Callaway.

— Mam taką nadzieję — mówi z powagą.

Po tym wejściu, chyba się na mnie zawiódł. Odkąd pamiętam, byłam jego najlepszą uczennicą, a przynajmniej Emily tak twierdziła. Ale o niej, to zaraz. — Usiądź — nakazuje w końcu, a ja starając się nie patrzeć na moich znajomych z grupy, pośpiesznie zajmuję swoje miejsce w ławce, tuż przed moją przyjaciółką, o której przed chwilą wspomniałam.

Biorę wdech, widząc jak się do mnie uśmiecha. Puls wciąż nie zdążył mi się unormować. Poza tym, jeśli o Emily chodzi, to jest najbardziej rozrywkową dziewczyną jaką w życiu znałam. Jej nietypowe, czasem głupie pomysły wyprowadzają mnie z równowagi, ale znacznie częściej pomagają zapomnieć o niektórych rzeczach, o których teraz jeszcze wam nie wspomnę.

— Ej! — syczy za mną, kopie nogą w moje krzesło, żebym się odwróciła. — Ty się nie spóźniasz. Co się stało?

Odwracam głowę tylko na bok, chowam za plecami mojego otyłego kolegi, który siedzi przede mną i staram się robić to tak, żeby nie dostała mi się kolejna nagana, tym razem za gadanie.

Tego bym już nie przeżyła.

— Nie pytaj, Em — wzdycham ciężko. Puls powoli wraca do normy, ale nie mam sił jej teraz tego wszystkiego opowiadać. Fakt, mamy lekcję, ale ja i moja fiśnięta (w pozytywnym znaczeniu tego słowa ) przyjaciółka, często prowadziłyśmy nielegalną korespondencję. Pisałyśmy liściki i tak oto zlatywała nam lekcja.

— Panno Sanders?

Cholera! To Callaway wprowadza mnie w osłupienie. Strach bierze nade mną górę, kiedy widzę jego spojrzenie, które nic mi nie mówi.

Cholera do kwadratu!

— Tak? — odzywam się z wypiekami na twarzy, bo oczy wszystkich zwrócone są na mnie.

Znowu!

— Zupełnie bym zapomniał. Zostań po lekcji, musimy porozmawiać.

Musimy? Co też on knuje? Może on musi, ale nie ja. Z jednej strony kamień spada mi z serca, ale z drugiej, nie mam zielonego pojęcia czego on może ode mnie chcieć. Cieszę się tylko, że mnie nie zganił, tak jak myślałam.

— Dobrze — przytakuję strasznie zmieszana i do końca lekcji już nie zabieram głosu. Mam dość stresu jak na jeden poranek.


Po dzwonku, kiedy wszyscy wychodzą z sali, niepewna czego się spodziewać, zatrzymuję się przed biurkiem Callawaya, który nie patrząc na mnie właśnie chowa coś do szuflady.

— Przepraszam, chciał pan…

— Przez spóźnienie na lekcję nie miałaś okazji dowiedzieć się tego, co reszta uczniów — przerywa mi, co przecież jest niekulturalne.

Po jego kwaśnej minie wnioskuję, że ma mi to wciąż za złe. Mimo to, jego twarz pozostaje niewzruszona i kompletnie nie wiem do czego on dąży. Im dłużej tak na mnie patrzy i nic nie wyjaśnia, zaczynam wymyślać różne warianty wymówek, na temat tego, dlaczego się spóźniłam. Jeżeli oczekuje, że będę mu się tłumaczyła z powodu spóźnienia, to niech wybije to sobie z głowy. Parę kwestii z mojego życia wolałabym jednak przemilczeć. Przecież nie powiem mu, że zeszłą noc spędziłam na huśtawce przed domem, bo tata tego samego dnia pojechał w delegację, a ja zapomniałam zabrać ze sobą klucza, przez co nie miałam jak dostać się do środka.

— Cóż … — odzywa się po długim milczeniu. Przez tę chwilę odnosiłam nawet wrażenie, że próbował wyczytać coś z mojej twarzy, ale chyba mu się nie udało, skoro wciąż patrzy na mnie tym samym wzrokiem. — Przygotowałem dla was pewne zadanie, z którego wszyscy musicie się wywiązać, a znając twoje możliwości, jestem pewien, że świetnie sobie poradzisz. — Uśmiecha się nieznacznie, jakby miało mi to w czymś pomóc. — Każda para ma za zadanie przygotować wybraną scenę z powieści. Ty i twój partner macie odegrać scenę z Dumy i Uprzedzenia, Jane Austen.

Tę opowieść akurat dobrze znam. Ale hola, hola. Jaki partner? O czym on mówi?

— Partner? — Upewniam się. — Myślałam, że sami wybieramy osoby…

Unosi okulary na czoło, żeby spojrzeć na mnie z nieukrywaną lekkością.

— Nie tym razem. W tym roku wymyśliłem coś bardziej demokratycznego. Losowałem pary, a później wybrana osoba musiała wylosować fragment książki Jane Austen.

Fragment Dumy i Uprzedzenia. Aż boję się pytać.

— Więc, kogo dla mnie pan wylosował? — pytam, choć nie chcę znać odpowiedzi. Błagam, powiedz, że to tylko pedałkowaty Charlie, a już nigdy nie ośmielę się nie słuchać cię na lekcji.

Rozmowa z Callawayem zaczyna przedłużać się coraz bardziej, a mnie mimo wszystko się śpieszy.

Pomimo to, poważny unosi się, by wręczyć mi do rąk listę. Palcem wyraźnie pokazuje mi widniejące przy numerze osiemnastym moje nazwisko i to drugie, którego nie chcę oglądać.

Zaraz oszaleję. Niech ten człowiek powie mi, że żartuje.

— James Goldman? — nie kryję wzburzenia. — Ten James Goldman?

— Jeśli znasz innego… Ale wydaje mi się, że tylko jeden James Goldman uczęszcza do tego liceum i na moją grupę angielskiego. — Coś go nagle zastanawia i marszczy oczy, przez co już wiem, że coś mu się nie spodobało. — I czy ja właśnie odniosłem wrażenie, czy partner ci nie odpowiada?

Niech mi uwierzy, naprawdę wolałabym znać innego i wykonywać to zadanie z grubawym Tomem, który każdego dnia puszcza gazy, niż z Jamesem. Boże, to najfatalniejszy tydzień w tym roku.

— Nie — odpowiadam. — Chciałam się tylko upewnić. Wie pan jakie potrafią być dziewczyny, a jego jest wyjątkowo za bardzo zazdrosna. — Jeśli pominąć te mniej delikatne słowa, które chętnie bym w jej stronę pokierowała.

Unosi brew i uśmiecha się od ucha do ucha. Najwyraźniej musiałam go moimi słowami rozbawić.

Też się uśmiecham, starając się nie dać niczego po sobie poznać.

— Wierzę w pani możliwości. Mam nadzieję, że wszyscy podołacie zadaniu, a ta ocena zadecyduje o waszej ocenie końcowej. Macie na to dwa dni.

Dwa dni? Widuję Jamesa od półtora roku i jak dotąd nie zamieniłam z nim ani słowa. Rzeczywiście dwa dni to wystarczająco dużo czasu żeby przełamać lody.

W końcu kiwam głową dając mu do zrozumienia, że się z nim zgadzam, chociaż wolałabym, żeby to jednak nie była prawda. James to ostatni chłopak na tej ziemi w którym pokładałabym nadzieję w sprawie pozytywnego wywiązania się z zadania, zwłaszcza, że już widzę to, jak do niego podchodzę i pytam o termin naszego spotkania.

Prędzej podetnę sobie żyły.

— Dziękuję za informację profesorze — uśmiecham się blado. Nie mam nastroju do żartów.

— Do widzenia, panno Sanders — uśmiecha się. On przynajmniej szczerze.

Wychodzę z sali mocno podminowana. Poprawiam plecak na ramieniu i idę do szafki zmienić książki.

To zwykły głupi żart. Ktoś musiał się pomylić. To był głupi, niefortunny zbieg okoliczności. Przecież ja nawet z nim nie rozmawiam. To jeden z najbardziej nadętych bufonów w szkole odkąd tu przyszedł. Okej, może jest na swój sposób przystojny, no dobra, strasznie, prze strasznie przystojny, ale to jednak nie zmienia faktu, że to jeden z rodziny Goldmanów, ludzi którzy obnoszą się z takimi jak ja, to znaczy z niższą sferą. Jak ja niby mam przeprowadzić z nim scenkę? Przez skype`a? Kompletny absurd. Przecież boję się nawet na niego spojrzeć, a co dopiero porozmawiać, mimo, że angielski mamy wspólny pięć dni w tygodniu.

Wykręcam numer szyfru i otwieram drzwiczki, zastanawiając się nieustannie nad dręczącymi mnie słowami Callawaya. On chyba zwariował. Ja i James i wspólne odegranie scenki z Dumy i Uprzedzenia. Ciekawe, ale absolutnie nie do zrealizowania, bo tak się składa, że Roksana plus James równa się wielka katastrofa. Cóż, chyba będę musiała pożegnać się z czwórką na koniec roku.

Wyciągam książkę do biologii i wkładam do plecaka, kiedy moje oczy rejestrują podchodzącą do mnie Emily Stiles. Ta dziewczyna jest uosobieniem szaleństwa kryjącego się pod maską powagi. I chyba za to ją uwielbiam. Kiedy muszę się jej wypłakać, przyjmuje mnie z otwartymi ramionami, parzy mi wtedy ziołową herbatę na uspokojenie i z wielkim skupieniem prosi bym przeszła do rzeczy. Wysłuchuje mnie bez żadnego przerywania; dobrze wie, że lubię dużo gadać kiedy mam doła. Następnie, kiedy wszystko już wie, stara się mi pomóc.

I naprawdę, Z A W S Z E jej to wychodzi. Jest moim psychologiem i księgą powierniczą odkąd pamiętam, a tak dokładnie od kiedy nasza więź się umocniła, czyli dokładnie wtedy, gdy moja mama postanowiła opuścić kraj.

Ale o tym także później.

W każdym razie, gdyby nie Emily, już dawno wylądowałabym w wariatkowie.

— Co ten bufon od ciebie chciał? — pyta mnie stając obok.

Wzdycham, zastanawiając się jak na to zareaguje.

— Objaśnił mi osobiście na czym polega nasze zadanie domowe.

Krzywi się.

— Ech, myślałam, że chciał czegoś innego — uśmiecha się. Zawsze kiedy to robi, nad zębami widać jej różowe dziąsła. — I jakiego masz partnera?

— Nie wiesz jakiego mam partnera? — dziwię się.

— Nie, a powinnam?

— Przecież byłaś na lekcji. Jak możesz nie wiedzieć? Callaway nie mówił tego na głos?

Uśmiecha się tajemniczo, czym zupełnie zbija mnie z pantałyku. Co w tym niby takiego zabawnego?

— Byłam zainteresowana rozmyślaniem nad czymś innym — wyjaśnia z rozmarzeniem, a ja już zaczynam się zastanawiać, co ją dziś spotkało, że jest cała w skowronkach.

Opieram się plecami o swoją szafkę, żeby lepiej jej się przyjrzeć.

— Och, mam się bać?

Wywraca oczami.

— Niezupełnie. — Podchodzi do mnie bliżej, gdy pod szafkę obok przychodzi największa żmija w szkole. Nigdy za nią nie przepadałyśmy. Nigdy też nie wpadałyśmy ze sobą w jakiś większy konflikt, ale na osobniki tego pokroju, zarówno ja i Em, miałyśmy jednoznaczną opinię.

— Suka — szepczemy do siebie i mijamy ją czym prędzej, żeby nie musieć na nią patrzeć. Kierujemy się w stronę drugiego korytarza, gdzie zaraz i tak zaczynamy kolejną lekcję. W pewnym momencie, Emily chwyta mnie za rękę i mówi przyciszonym głosem:

— Nie zgadniesz kto na angielskim jest ze mną w parze.

Jej podekscytowany głos i to niebywałe rozkojarzenie, podsuwa mi tylko jedno nazwisko.

— Mówisz o Dillsonie?

— Ciszej — gani mnie. — Nie chcę, żeby ktoś usłyszał.

— Ale to chyba dobrze. Przecież podkochujesz się w nim od kilku miesięcy.

— Roksi, nawet nie masz pojęcia jak strasznie pokładam się ze szczęścia. Już czuję, że to mój najszczęśliwszy dzień w życiu.

Szkoda tylko, że ja nie mogę powiedzieć tego samego o sobie. Chciałabym, by udzieliło mi się choć odrobinę tej pozytywnej energii. Tylko jaka szkoda, że to mój pechowy tydzień.

— Cieszę się, że w końcu będziesz miała okazję poznać się z nim bliżej. Może jednak warto było czekać?

— Och, nawet nie wiesz jak — znów wzdycha rozmarzona, ale szybko wraca na ziemię. — Roksana, a ty? — pyta. — Kogo tobie przydzielił Callaway?

Patrzę przed siebie z nadzieją, że nie zauważy wypieków na mojej twarzy. Sytuacja mnie trochę krepuje, zwłaszcza, że nie przywykłam do rozmów o NIM. Chcę się trochę wcześniej rozluźnić, dlatego najpierw rozgrywam to w podobny sposób jak ona.

— A jak myślisz? — Z tonu mojego głosu można odczytać jedynie gniew i zbulwersowanie, ale nie do niej. Jedynie do nauczyciela, którego najbardziej lubiłam. Tym razem się jednak zawiodłam.

— Hmm… no nie wiem… Sam, Charlie, Sebastian, Natan, Braydon… Cholera, już nie wiem. — Przygryza wargę i w końcu coś wpada jej do głowy. Odwraca się w moją stronę i patrzy ze współczuciem. — Tylko nie gadaj, że to Tom.

Siły i cierpliwości mi się kończą.

— Nie, żaden z nich, choć dałabym sobie głowę odciąć, żeby zmienił mi partnera, choćby nawet na Toma.

— Aż tak źle?

— Źle? — unoszę brwi. — Jest gorzej niż wydaje ci się, że jest.

Chyba dopiero teraz do niej doszło, co zamierzałam jej przez ten cały czas przekazać. Przystaje, kiedy idziemy. Jej wzrok jest otępiały i zatrzymuje się tylko na jednej osobie idącej właśnie przez korytarz.

— Goldman — odzywa się w końcu, nie potrafi ukryć jak bardzo jest zdumiona.

Obydwie patrzymy na niego i tą fałszywą flądrę Odessę, która właśnie uwiera się jego wyprostowanego ramienia.

— Z tym sukinsynem, to nawet ja nie chciałabym siedzieć w ławce, a co dopiero uczyć się wspólnych dialogów. — Tym razem jej wzrok jest jeszcze bardziej wyrozumiały. — Współczuję ci Roksana. Nie mam pojęcia jak uda ci się poradzić z tym zadaniem.

— No właśnie, problem w tym, że nie poradzę. Jeżeli on nie spyta o zadanie, ja pierwsza do niego nie podejdę.

— Nawet jeśli będziesz miała przez to dostać jedynkę?

— Nie mam wyjścia.

— Jestem z tobą, kochana. Nim nie warto zaprzątać sobie głowy. Jestem pewna, że wszystko będzie dobrze.

Wzdycham. Zapowiada się ciężki i męczący tydzień. Czuję to w moich kościach.

Zatrzymujemy się przed jej salą, tak jak robimy to każdego dnia. Już mam iść dalej, kiedy mnie zaczepia.

— Zapomniałam spytać — uśmiecha się szelmowsko. — Co się stało, że wpadłaś dziś rano do klasy jakby się za tobą paliło? Przecież ty nigdy się nie spóźniasz.

Zagryzam wargę zła, przypominając sobie mój fatalny poranek, który — skończył się jak się skończył.

— Patrick znowu wyjechał w delegację, a wieczorem kiedy wróciłam do domu z lodziarni, jego już nie było i oczywiście zostałam bez klucza. Musiałam spędzić noc na balkonie i głównie dlatego się spóźniłam.

Powaga nie chodzi z jej ust aż do samego końca, ale dopiero kiedy milczę, zaczyna się głośno śmiać.

— Przepraszam — usiłuje się nie śmiać, ale napad histerycznego śmiechu nie ustaje. — Nie wyobrażam sobie ciebie śpiącej na balkonie.

— Juhu! — wiwatuję z przygaszoną energią. — Jak już zaczął się pechowy tydzień, to już pełną parą. Już odczuwam jego uboczne skutki, choć dzień dopiero co się rozpoczął. Jestem cała pogryziona przez komary, w dodatku będę musiała zdzierżyć krytykę Callawaya, jak tylko się rozczaruje, że nie wykonałam zadania, na które tak bardzo liczył.

Ciemne blond włosy mojej koleżanki, spływające po bokach twarzy, zdają się dodawać jej lat. Wygląda poważnie, choć tak jak ja ma dopiero, a może już — osiemnaście lat.

— Spokojnie, dasz sobie radę — mówi, tym razem z powagą. — Nie takie problemy miałaś na głowie i zawsze dawałaś sobie radę, więc czemu teraz miałoby być inaczej?

Bo jest mi trudniej? — pytam w myślach.

— Okej, powiedzmy, że postaram się nie rzucać w oczy.

Em wywraca oczami i puszcza mi sójkę w ramię.

— Miłego dnia. Jestem z tobą.

Jakże chciałabym, żeby był miły, ale z moim pieskim szczęściem wszystkiego można się spodziewać.

2. Niespodziewany zwrot akcji

Historia, francuski, hiszpański, plastyka, wf.

Dzisiejszy dzień jednym słowem doprowadza mnie do szału. Najchętniej wróciłabym do domu, dospać wczorajszą noc, ale nie mogę opuszczać zajęć, zwłaszcza, że do końca roku szkolnego jeszcze bite cztery tygodnie. Nauczyciele niestety wciąż nie oszczędzają nam katorgi, a my nadal ślęczymy nad książkami. Ale jak tu uczyć się z myślą, że zaraz będą wakacje? Po prostu jeden wielki dramat. I kolejne — JAK UCZYĆ SIĘ Z JAMESEM ROLI NA ANGIELSKI?

Pomyłka. To jednak HORROR, nie żaden tam DRAMAT. Brr, nawet sobie tego nie wyobrażam.

Wychodzę z wfu, z ulgą, że to koniec lekcji na dziś. Poprawiam plecak na ramieniu i idę do szafki zostawić książki, których na dziś nie będę już potrzebowała.

Jednak to, co widzę, doprowadza moje nerwy do stanu w którym w tej chwili wolałyby nie być. Z wzrokiem wbitym w jeden punkt, zamieram przystając za rogiem. Puls skacze mi oszołomiony, choć nawet nigdzie jeszcze nie podeszłam. I niech ten człowiek nie myśli, że mam taki zamiar.

Oparty o moją szafkę, James, wygląda jakby na kogoś czekał. To niemożliwe, że on… Przyglądam mu się dłużej, bo nie mogę uwierzyć, że to ten sam James Goldman, którego odkąd znam, nigdy nie palił się do rozmowy ze mną. A teraz stoi zupełnie nonszalancki i seksowny z tym swoim niewzruszonym wyrazem twarzy i rozgląda się uważnie w poszukiwaniu czegoś, a może raczej kogoś.

O cholera. Moja szafka, zadanie z angielskiego. Na kogo on tam może czekać jeżeli nie na mnie? Przecież nigdy nie opierał się o moją szafkę, więc po co miałby to niby zmieniać?

O nie, na pewno tam nie podejdę. Grubo się myli, jeżeli sobie myśli, że zamieni ze mną, choć jedno słowo.

Odwracam wzrok, ale za późno, bo właśnie teraz mnie dostrzegł. Nie mogę przecież do niego podejść, prędzej spaliłabym się ze wstydu. Mimo to udaję, że go nie widziałam. A tak w ogóle, wcale nie mam obowiązku go nie unikać, skoro nawet nie wiem na kogo on tam czeka.

Nic złego przecież nie robię, co nie?

Szybko znikam za rogiem.

Nie mam obowiązku z nim rozmawiać, szczególnie, że nawet za sobą nie przepadamy, a zwłaszcza, że jego dziewczyna jest moim odwiecznym wrogiem i nigdy nie czułam potrzeby by w jakikolwiek sposób się jej narażać.

Idę z powrotem tą samą drogą i choć nie zmieniłam z nim ani jednego słowa, serce już skacze mi jak szalone z nerwów. Sama nie wiem dlaczego ten człowiek tak na mnie działa, może dlatego, że jeszcze jakiś czas temu potajemnie wzdychałam na jego widok? Do tej pory jednak zdążyłam się całe szczęście otrząsnąć, więc już niczego nie jestem w stanie sobie wyjaśnić.

Z ulgą na sercu popycham szklane, wyjściowe drzwi prowadzące na dziedziniec, gdy czyjaś wielka, owłosiona ręka znienacka blokuje mi przejście.

Oniemiała podnoszę wzrok i natychmiast się odsuwam jakbym szykowała się na atak paraliżu. Zielone oczy spoglądają na mnie z góry nieco rozdrażnione tym, że jednak go olałam i uciekłam jakbym nie miała pojęcia po co opierał się o moją szafkę.

— Czyżbyś przede mną uciekała?

Uciekała?

Zaskoczył mnie jego ostry ton. I ten jego głos. Jeszcze jakiś czas temu działał na mnie jak dawka koksu. Jest zarazem męski ale równie miękki i przyjemny.

Oddychaj — powtarzam sobie. To tylko zwykły wdech i wydech.

Tylko jak, skoro on wciąż prześwietla mnie wzrokiem? Poza tym właśnie mam ochotę się zaśmiać, kiedy pomyślę, że nie zamieniliśmy raczej żadnego słowa odkąd zaczęliśmy mieć wspólne zajęcia, a tu proszę, pierwsze słowa Jamesa Goldmana brzmią jak oskarżenie.

— Przed nikim nie uciekam — odpowiadam w końcu słabym głosem.

Unosi grube brwi i uśmiecha się lekko. Tego uśmiechu nigdy bym nie zapomniała.

— Czyżby? W takim razie, dlaczego odniosłem inne wrażenie?

Krzywię się. Skąd ja to mam niby wiedzieć? Poza tym nie wiem jak mam z nim rozmawiać kiedy nie rozumiem czego on ode mnie chce.

— Wybacz, ale śpieszę się do domu — mówię usiłując przepchnąć się do drzwi. — Mógłbyś?

— Och — orzeźwia się i odsuwa od drzwi, ale nadal nie pozwala mi wyjść. — Chodźmy. Odwiozę cię.

Odwieźć? Chyba się przesłyszałam. I skąd on wie, że nie mam samochodu? Już wszyscy wiedzą jaka to ze mnie oferma?

Przyglądam mu się zaskoczona.

— Dzięki, ale naprawdę sobie poradzę.

— Nalegam.

Tymi słowami naprawdę przybiło mnie do ziemi.

Spuszczam wzrok. Nie mogę patrzeć mu w oczy kiedy jego tak mnie porażają. To niemal nie do zniesienia. Muszę stąd uciec jak najszybciej, dlatego sprawdzam, czy mam jakieś szanse wyjść i nie narażać się na jego osobę, ale to raczej niemożliwe, dlatego od razu się poddaję.

— Nie pozostawiasz mi wyboru, prawda?

Znów ten powalający uśmiech.

— Nie.

Takiej odpowiedzi się spodziewałam i to chyba najbardziej mnie przeraża.

Kiwam głową a on otwiera przede mną drzwi, tym samym puszczając mnie pierwszą. Wychodzę, a po chwili on już zrównuje się ze mną.

Jest wysoki. Wyższy ode mnie o głowę, albo nawet o dwie. Ma chyba z dwa metry wzrostu. Jego jasne włosy dodają mu jeszcze większej powagi niż powinny, choć mocne rysy jego twarzy i tak robią swoje. Nie mam nawet odwagi zobaczyć w co jest ubrany ale na pewno są to dżinsy i niedbale założona koszula z podwiniętymi do łokci rękawami, ale bez względu na to czego by nie założył, i tak wyglądał świetnie.

W ciszy idziemy do jego ciemnego, sportowego samochodu — tego samego w którym zawsze woził tą wredną małpę, a jedynego, który tak błyszczy w blasku słońca na szkolnym parkingu. Już kilka metrów przed nim słyszę jak drzwi automatycznie się otwierają. Jednak dopiero w chwili gdy sam je przede mną otwiera, odbiera mi dech.

— Spokojnie — pociesza mnie kiedy moja mina nie schodzi mi z twarzy ani na moment. — Prawo jazdy zdałem za pierwszym razem, nie grozi ci nic, czego powinnaś się obawiać.

Prawie mnie rozbawił tym stwierdzeniem.

W to nie wątpię, zwłaszcza jeśli chodzi o zdanie jego prawa jazdy. Jestem tylko zszokowana całą tą sytuacją, bo jeszcze nie wiem co się dzieje.

Wsiadam nieco speszona i zastanawiam się jak w ogóle mogłam się na to wszystko zgodzić. Na pewno oszalałam i postradałam zmysły. Innego wytłumaczenia nie znalazłam.

James w oka mgnieniu zasiada za kierownicą, ale ku memu zdziwieniu nie zapala silnika. Odwraca się do mnie przodem i patrzy jakbym coś mu zrobiła.

Zupełnie nie wiem o co chodzi, dlatego odsuwam się nieco myśląc, że może chodziło mu o zwabienie mnie do samochodu i zrobienie mi czegoś, czego bym nie chciała.

— Zapnij pasy — oświadcza nagle z pełną powagą w głosie.

Och. Kolejny szok. Jeszcze żadna osoba nie zwracała mi uwagi na temat pasów bezpieczeństwa, a naprawdę jeszcze nigdy ich w życiu sama nie zapinałam.

Szybko zapinam je teraz, mając nadzieję, że to tylko ochrona przed jego szybką jazdą niż uwięzieniem mnie na siłę w tym eleganckim wozie.

Z parkingu odjeżdżamy dopiero po tym, jak zapinam pasy, a ja z trudem uświadamiam sobie, że krępującą ciszę, James przerywa włączając cicho muzykę z odtwarzacza.

Patrzę przed siebie z zapytaniem, bo wciąż tak naprawdę nie wiem po co właściwie fatygował się, żeby ze mną porozmawiać, skoro i tak nie odzywa się ani słowem.

Hmm, raz kozie śmierć.

— Dlaczego kazałeś mi jechać z tobą? — Pytam wprost.

Krzywi się tylko po to, by zaraz potem się uśmiechnąć.

— Nie kazałem ci ze mną jechać.

— Jak to nie kazałeś? — Niemal się oburzam. — Przecież wyraźnie powiedziałeś…

— Owszem. Powiedziałem, że cię odwiozę, ale nie użyłem zwrotu rozkazującego. Coś ci się musiało pomieszać maleńka.

Maleńka?

Teraz kompletnie zbił mnie z pantałyku. Miał rację, do niczego mnie nie zmuszał choć ja wsiadłam do jego samochodu bez byle powodu.

— W takim razie dlaczego to zaproponowałeś?

— Chciałem z tobą porozmawiać, a tobie się śpieszyło, więc zaproponowałem, że cię podwiozę.

Tylko z tego powodu robił taką aferę? Teraz sama nie wiem dlaczego wtedy zwyczajnie sobie nie poszłam.

— Porozmawiać — powtarzam w celu przypomnienia, bawiąc się swoimi palcami. — No to słucham.

— Domyślam się, że nie będziesz zadowolona — zerka na mnie ukradkiem i szybko zmienia bieg na wyższy wciąż rozpędzając pojazd. — Niestety mam dla ciebie złe wieści.

— Wieści? — zdziwiłam się, że ktoś taki jak on może mieć dla mnie wieści. — Co za wieści?

— Nie wiem czy zostałaś poinformowana, ale Callaway ubzdurał sobie żebym razem z tobą odegrał fragment z Dumy i Uprzedzenia.

Ubzdurał? No tak, dla niego to wszystko jest nieważne i śmieszne. Przecież taki facet jak on woli napić się piwa z kolegami niż bawić się w jakieś scenki miłosne.

Kiwam głową zmieszana, bo o tym akurat wiem. Nadal jednak nie pojmuję do czego on zmierza. Poza tym, tak naprawdę nie sądziłam, że zechce ze mną o tym rozmawiać i oczywiście wcale się nie zdziwiłam, że znów się co do niego pomyliłam.

— Tak wiem, Callaway mi powiedział.

Marszczy gęste brwi na każdym mijanym przez nas zakręcie. Prowadzenie tego niebiańskiego samochodu zdaje się być dla niego lekkością. Można by nawet powiedzieć, że prowadzi jak zawodowiec co wcale mnie nie dziwi. Co lepsze, odnoszę wrażenie, że jest całą tą jazdą znużony choć pędzimy osiemdziesiąt na godzinę w miejscu zabudowanym. Najchętniej zwróciłabym mu uwagę za to przestępstwo, ale wolę się nie odzywać.

— W związku z tym całym zamieszaniem chciałem ci tylko powiedzieć, że nie będę w stanie zrobić tego zadania z tobą.

Och, czuję nieznośne ukłucie w sercu.

— Chcesz to odegrać z kimś innym. W porządku, nie ma sprawy. Jeśli tylko tak chcesz, nie będę ci tego utrudniać. — Doskonale rozumiem, że woli to zadanie zrobić z Odessą niż ze mną i wcale mnie to nie dziwi.

W tej samej chwili zatrzymuje się na podjeździe przed moim domem, wyłącza silnik i przygląda mi się nieodgadnionym wyrazem twarzy. Po chwili pochyla się w moją stronę, jest tak blisko, że gdybym chciała mogłabym go dotknąć lekkim przechyleniem głowy.

— Nie — mówi z gniewem. — Nie chcę zmieniać partnerki. — To stwierdzenie chyba musiało go rozbawić, bo próbuje ukryć uśmiech. — Nie w tym polega problem. Nie będzie mnie w Durham przez najbliższe dwa dni, więc nie będę mógł tego z tobą przygotować. Chciałem ci tylko powiedzieć żebyś w porę znalazła sobie kogoś innego.

DWA DNI. Właśnie tyle Callaway dał nam na zadanie.

Zagryzam wargę zirytowana, bo przecież nie można zmienić partnera. Nie mogę wziąć nikogo w zamian, bo każdy już kogoś ma, a odbierając go komuś innemu, pozostawiłabym go w takiej samej sytuacji w jakiej ja się znalazłam. Ale tego mu nie powiem.

— Och — sarkazm byłby tu niezbędny, ale z jakiegoś nieokreślonego powodu nie mogę powiedzieć mu nic, czego sama nie chciałabym usłyszeć. — W porządku.

Unosi jedną brew. Jest zaskoczony moją odpowiedzią. Ale dlaczego musi być tak przystojny i chodzić akurat z Odessą?

— Nie masz mi tego za złe?

Najbardziej niedomyślny człowiek na ziemi.

— Nie, może jednak uda mi się kogoś znaleźć.

— Mam taką nadzieję — dodaje przyglądając mi się natarczywie. — W takim razie do zobaczenia.

Po tej aluzji rozumiem, że mam sobie pójść. I niech sobie nie pobłaża, w końcu nie myślę spędzać z tym człowiekiem więcej czasu niż to konieczne.

— Cześć — żegnam się ukrywając złość. Spoglądam na jego mieniące się zielenią oczy ostatni raz i widzę, że na brzmienie mojego głosu robią się ciepłe, współczujące. — Dzięki za podwózkę.

— Przyjemność po mojej stronie, Ano.

Wychodzę z igłami w plecach i dopiero wtedy dochodzi do mnie, że nie wypowiedział mojego prawdziwego imienia. O co chodziło mu z tą Aną? Przecież się tak nie nazywam.

Dziwne.

3. Pomocy!

Na drugiej ulicy odkąd sięgam pamięcią, mieszka młodsza siostra mojej mamy. To moja druga przyjaciółka od serca odkąd moja mama cztery lata temu wyprowadziła się z domu. Przeżyłam to dotkliwie, ponieważ stało się to dosyć nagle, tak, że nawet nie przyszło mi do głowy jak to się mogło stać, że nie zauważyłam tego jak znalazła sobie kogoś innego i zostawiła tatę jakby nigdy nic dla niej nie znaczył. Nigdy tak naprawdę nie przyszłoby mi do głowy, że to ona będzie oczekiwała od taty rozwodu. Oczywiście jak sama twierdziła, nie zrezygnowała z tego powodu ze mnie. Wciąż mnie kocha i widujemy się kilka razy do roku, ale ostatnio coraz rzadziej, głównie z mojego powodu.

Ale to, by zostać tu z tatą, to był mój wybór. Mama błagała i prosiła, bym wyjechała i zamieszkałą z nią i jej nowym partnerem Jebem, ale się nie zgodziłam. Oczywiście nie ma to związku z tym, że czuję do niej urazę czy coś podobnego, nie zrozumcie mnie źle, ale to tutaj jest moje życie i moi przyjaciele, nie we Francji. Kocham rodziców tak samo, ale nie mogę żyć z mamą i jej partnerem w jakimś odludnym domku z dala od świata, przyjaciół, rodziny i rzeczywistości, jednocześnie nie tęskniąc za tatą. Teraz też tęsknię za mamą, jednak nie tak mocno jak tęskniłabym za tatą będąc tam. Miejsca, do których nie jestem przyzwyczajona źle na mnie wpływają, a będąc tu na miejscu nie czuję, że coś tracę. Mamę zawsze mogę odwiedzić, niezależnie od tego, czy pozwala mi na to tata czy też nie. W końcu jestem pełnoletnia i nikt nie może mi już niczego zabronić, co rzecz jasna nie jest niezgodne z prawem.

Do domu ciotki Laury jak zawsze wchodzę bez pukania. Nie dlatego, że jestem chamska i nie szanuję jej prywatności, ale ona nigdy i tak nie otwiera nikomu drzwi, a mnie nie chce się czekać, aż zaprosi mnie do środka. W jej domu zwykłam czuć się jak u siebie. Po prostu tak już mnie nauczyła.

Laura, choć jest piękną, młodą kobietą, wciąż jest niezamężna, co powinno wszystkich zamiejscowych dziwić ze względu na jej urodziwość, ale rzecz jasna tak nie jest. Laura zawsze uważała, że związki utrudniają życie i wielu potencjalnych kandydatów tuż po pierwszej randce uciekało w popłochu. Od czasu do czasu spotyka się z facetami, i jak sama twierdzi, taki styl życia w zupełności się jej podoba. Jest niezależna, ma świetną pracę sekretarki, ładny dom i rodzinę wokół siebie.

Żyć nie umierać.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 71.57