E-book
40.95
drukowana A5
54.65
NASZ DOM DALEKO OD INNYCH

Bezpłatny fragment - NASZ DOM DALEKO OD INNYCH


Objętość:
56 str.
ISBN:
978-83-8189-138-7
E-book
za 40.95
drukowana A5
za 54.65

Karol Gonkiewicz


„NASZ DOM DALEKO OD INNYCH”


Czasami to, co wydaje nam się codziennością, nie ma dla nas żadnej wartości, dla innych jest czymś nieosiągalnym, wymarzonym. Dopiero gdy to tracimy, zaczyna być to dla nas powietrzem. Później nie możemy już złapać oddechu.


Na obrzeżach Silei, wioski bardzo uznawanej w świecie mieszka największy margines społeczny, kiedyś kazano mi patrzeć na nich z góry, nie mieć kontaktu z ludźmi którzy są nieudacznikami z własnej woli. Jednak bardzo lubiłem dzieci które tam mieszkały.


Pewnego popołudnia, gdy słońce było tak mocne, że ciężko było pozostać na zewnątrz przez kilka minut, usłyszałem pukanie do drzwi. Ani ja, ani moi rodzice nie spodziewali się gości, tym bardziej przy takiej temperaturze, mój tata wstał powoli z drewnianej ławy, ewidentnie niezadowolony z przerywania jego wegetacji przy niewielkim wodospadzie przy stole, który dawał ochłodę w te upalne dni. Gdy otworzył, usiadłem na schodach, żeby móc zobaczyć kto przyszedł. Za drzwiami stało dwóch żołnierzy, po stroju i elfich uszach wywnioskowałem, że są oni ze straży królewskiej. Nim się spostrzegłem, moja młodsza siostra siedziała za mną, musiał zainteresować ją dźwięk dochodzący z dołu. Położyła mi ręce na ramionach. Jej palce były obklejone opatrunkami jak zawsze. Uwielbiała dłubać w swoim pokoju. Nie wychodziła z pokoju czasem nawet przez cały dzień, uwielbiała robić kreatywne rzeczy. No dobrze, jak na siedmioletnie dziecko, nie było to nic niesamowitego, ale bardzo lubiła to robić, a ja i nasi rodzice ją zawsze chwaliliśmy. Nie jest moją rodzoną siostrą, widać to od razu, my jesteśmy z rasy husów, nie jesteśmy w żaden sposób wyjątkowi, żadnych skrzydeł, ogonów. Nie umiemy czarować, ani zamrażać dotykiem. Ona jest elfem o mlecznej skórze i włosach jak mleko waniliowe, moi rodzice adoptowali ją gdy byłem o wiele młodszy. Chcieli mieć dwoje dzieci ale gdy ja się urodziłem, moja mama nie mogła mieć już więcej dzieci.


Tata spojrzał w naszą stronę, po czym zamknął za sobą drzwi i zniknął z naszego pola widzenia. Mama nie wiedziała w czym rzecz. Pytaliśmy ją kiedy wróci tata. Nie odpowiadała na nasze pytania. Wtedy odbierałem to jako niewiedza, nie widziałem w tym nic podejrzanego, po latach jednak rozumiem, że jej odpowiedzi były bardzo wymijające. Wiedziała czemu go nie ma. Po tygodniu czasu znowu rozległo się pukanie do drzwi. Tym razem zabrano moją mamę i małą Mori. Zostałem w naszym domu sam. Przez pierwsze kilka dni myślałem, że wkrótce przyjdą i po mnie, dołączę do mojej rodziny, ale z dnia na dzień moja nadzieja spadała. W pewnym momencie chodziłem po okolicy pytając czy ktoś czegoś nie wie, wszyscy mówili, że nie wiedzą, również kłamali, ja jak głupi czekałem aż ktoś przyjdzie po mnie, szukałem po lesie jasnych włosów Mori, niskiego głosu mojego ojca. Po miesiącu zjadłem już wszystkie zapasy w naszym domu. Nie wiedziałem ile ich nie będzie dlatego bardzo oszczędzałem jedzenie. Gdy jadłem ostatni suchy wafelek, który znalazłem w szufladzie na kredki mojej siostry, uświadomiłem sobie że to już całkowity koniec i nigdy już nie wrócą. Postanowiłem zabrać swoje rzeczy i iść szukać. Spakowałem wszystkie potrzebne rzeczy, jednak dziesięciolatek nie ma zbyt rozległego myślenia i zrobiłem wiele błędów, jak na przykład brak krzesiwa, i cieplejszego ubrania. Mój mózg dalej kazał mi myśleć że po jednym dniu spotkam moją rodzinę i tu wrócimy. Już miałem wyjść, ale mijając na schodach pokój

mojej siostry, rzucił mi się w oczy jej nieudolnie zrobiona na krośnie opaska którą chciała mi podarować gdy pójdę do wojska jak będę starszy. Wziąłem ją ze stolika i przypiąłem ją do rękawa mojej koszulki. Zbiegłem po schodach i wyszedłem z domu, gdy zamykałem za sobą furtkę, usłyszałem głos. O drzewo opierał się wysoki mężczyzna z długim mieczem u pasa. Miał ze sobą konia, który stał przywiązany do gałęzi, tak jakby stał już tutaj dłuższą chwilę. Jego twarz była bardzo przyjazna. Jak każdy elf miał długie jasne włosy, jasną skórę i długie uszy, dlatego każdy z nich przypominał mi Mori, co sprawiało mi przykrość. Spytał mnie, czy nazywam się Erit, powoli pokiwałem głową, jednak moje serce już szykowało się do ucieczki, moja stopa instynktownie zaczęła odsuwać się w tył, jednak elf to zauważył.


— Nie ma sensu ucieczka, biorąc pod uwagę twój bagaż i krótkie nogi, bez problemu byłbym w stanie cię dogonić, nie wspominając już o pogoni konno. — Te kilka słów zdołało mnie od razu wybić z rytmu.


Elf odwiązał konia i kazał mi na niego wsiąść. Miałem z tym duży problem, zwierze było potężne, żołnierz wiedząc mój problem, pomógł mi po czym sam usiadł przede mną. Dał znać zwierzęciu znak do jazdy, koń powoli zaczął się poruszać, z każdym jego krokiem oddalałem się od mojego domu. Był to moment kiedy widziałem mój dom po raz ostatni. Po dłuższej chwili całkowicie straciłem go z pola widzenia. Teraz pozostało mi tylko wpatrywać się w identycznie zielone drzewa. Leśna droga, mimo że długa, urywała się w pewnym momencie. Nienaturalnie i ostro. Była ona rzadko uczęszczana. Prowadziła w tylko jedno miejsce. Gdy o tym pomyślałem, zrozumiałem dokąd zmierzam.


— Gdzie jest moja rodzina? Co się stało? — Spanikowałem.


— Obawiam się, że już nigdy się nie spotkacie Ericie. Twój ojciec jest temu winien. Bardzo utrudnił życie wielu osobom. — Pytałem co się stało, co zrobił i dlaczego moja mama i siostra również musiały zniknąć. On jednak ignorował moje pytania, jednak ja nie dawałem mu spokoju, w końcu powiedział cicho, że jest to cena za jego zbrodnię. Później już nic nie mówił do końca podróży. Gdy dotarliśmy do końca leśnej drogi, zsiadł z konia i nakazał mi to samo. Posłusznie poszedłem za nim do dużej bramy. Była od zawsze otwarta, od strony lasu były na ziemi ślady zaschniętej krwi. Ktokolwiek opuszcza teren za murem a jest zobowiązany tam mieszkać, zostaje natychmiast zabity. Jednak ludzie z zewnątrz mogą swobodnie się poruszać na terenie Bargu. Jest to miejsce od którego zacząłem opowiadać tę historię. Mieszka tu margines społeczny, od teraz również i ja. Już nigdy nie uda mi się wyjść z tego miejsca. Jestem skazany na wieczność.


Elf zaprowadził mnie do małego pomieszczenia przypominającego kuźnię, siedzący tam mężczyzna siedział nad rozżarzonym piecem i patrzył na mnie z nieprzyjemnym uśmiechem. Zapytał o numer Barg, elf popatrzył na mnie z góry i powoli wskazał na numer osiem przymocowany do długiego pręta który wisiał na ścianie wraz z innymi liczbami. Czekało mnie znakowanie, takie jakim oznacza się bydło. Kazano mi usiąść spokojnie, jednak ja byłem zbyt wystraszony, gdy gorący metal miał dotknąć mojej skóry, odsunąłem rękę, jednak na moją niekorzyść, zamiast pionowej ósemki na ramieniu, dostałem ją w poziomie na wewnętrznej części przedramienia. Kiedyś nie byłoby to tak bolesne ale po ponad miesiącu jedzenia resztek, składałem się w większości ze skóry i kości. Ból był niesamowity, nie wiem czy był mocniejszy od mojego

krzyku, ale było to tak okropne, że się rozpłakałem. Po tym wszystkim, zaprowadzili mnie na dziedziniec Bargu i odeszli bez słowa. I tak zostałem sam. Ludzie przyglądali mi się, byłem tak przejęty, że wszystko dookoła mnie kręciło się z zawrotną prędkością. W pewnym momencie zobaczyłem ciemność przed oczami. Nie wiem czy to ból czy oszołomienie ale straciłem przytomność. Obudziłem się gdy słońce już zachodziło, leżałem w czyimś łóżku, obok mnie, na ziemi leżał mój plecak. Rozejrzałem się po pokoju. Wszędzie były narysowane kwiatki i wróżki. Poznawałem to miejsce. Usiadłem na łóżku. W drzwiach stała Lisa, dziewczynka z którą często się bawiłem. Gdy byłem młodszy, mimo zakazów ojca, przychodziłem tu z Mori, w naszej okolicy było mało dzieci, a tutaj było mnóstwo osób z którymi można było się bawić. Byłem tu dobrze znany. Lisa usiadła obok mnie i opowiedziała jak jej mama znalazła mnie na dziedzińcu i poznała. Opowiedziałem jej całą historię jak się tu znalazłem. Była z tego powodu bardzo smutna. Nie znała moich rodziców ale Mori była dla niej jak młodsza siostra. Razem z nią malowała wróżki w swoim pokoju. Oboje byliśmy z Mori bardzo bliscy dla Lisy której rodzeństwo zginęło z rąk strażników kilka lat temu. Jej mama bardzo nas lubiła, bardzo dużo jej pomagaliśmy. Pozwoliła mi zamieszkać razem z nimi, jednak musiałem jakoś zapracować na siebie, nie chciałem być ciężarem. W Bargu dzieci pracują w każdym zawodzie, każdy potrzebuje pieniędzy żeby jakkolwiek żyć. Po wielu latach istnienia tego rejonu, udało się stworzyć miejsce gdzie nikt nie umiera na ulicach z głodu. Oczywiście nie żyje nam się fenomenalnie, ale staramy się aby każdy dzień był jak najlepszy i cieszymy się z każdego drobiazgu.


Wydarzenia które opisałem, miały miejsce wiele lat tamu. Minęło już dziewięć lat odkąd tu się pojawiłem. Przez cały ten czas mieszkałem z Lisą i jej mamą. Teraz zarówno ja i ona jesteśmy już na tyle dojrzali, żeby móc żyć samemu. Jednak dopiero teraz opowiadam o moim życiu? Bo przez dziewięć lat nie słyszałem o mojej rodzinie. Aż do dzisiaj.


Siedziałem razem z Lisą na ganku i bawiliśmy się z kotem który przybłąkał się tutaj kilka dni temu. Słońce już powoli zachodziło, złoty blask padał na mnie i moją przyjaciółkę tworząc bardzo przyjemny obraz. Lubiłem zachody. Pomarańczowe niebo dające znak o zbliżającej się nocy. Tych natomiast nie lubiłem. Mieszkanie tu ma trzy wady. Izolacja od świata zewnętrznego, fakt że jest to miejsce gdzie są zsyłani przestępcy, których czasem ciężko jest uspokoić lub wyizolować od reszty. Jednak jest jeszcze jedna rzecz której nienawidzę. Fakt że każdy może tu wejść. Czasem w nocy przychodzą tu okropni ludzie. Szukają tu rozrywki której nie mogą zapewnić sobie w swoim czystym i idealnym świecie. Tu nie ma dla nich reguł. Mogą wejść i kogoś zabić bez konsekwencji. Traktują wszystkich jak rzeczy, jak ich własność.


Gdy słońce schowało się już za budynkami a niebo robiło się co raz bardziej fioletowe, usłyszałem śmiech. Kroki robiły się co raz głośniejsze. Zza rogu wyszło kilku pijanych mężczyzn, prowadzili oni kobietę, miała zawiązane usta, próbowała krzyczeć ale materiał uniemożliwiał jej to. Razem z Lisą szybko wstaliśmy i pobiegliśmy w ich stronę. Najpierw spytaliśmy dlaczego to robią. Oni jednak tylko zaśmiali się i poszli dalej, nie dawaliśmy za wygraną, jeden z nich popchnął Lisę, żeby ta zrobiła mu przejście, wtedy nie wytrzymałem, zacząłem się z nim przepychać, oczywistym było, że nie miałem z nimi szans, nawet z Lisą byliśmy tylko dzieciakami, Lisa szybko podniosła się z ziemi i ruszyła m do pomocy. Chcieliśmy tylko doprowadzić do tego, żeby puścili kobietę i wtedy uciekniemy, jednak jeden z nich stał dalej od nas i trzymał ją mocno. Mężczyźni stali się bardzo

agresywni, cały czas starałem się chronić Lisę, która wyrywała się do bójki. Nie chciałem, żeby stała się jej krzywda. Niestety zostaliśmy przyparci do muru, nie mieliśmy żadnego wyjścia, niż modlić się o to, że się znudzą i nas zostawią. Jednak w jednej chwili powietrze przeszyła strzała. Potężny mężczyzna trzymający kobietę, runął jak głaz, a strzała utkwiła w jego ramieniu zmuszając go do puszczenia swojej ofiary, nie wiem skąd przybyła strzała, pozostali jednak bardzo się spłoszyli i zaczęli się wycofywać, kolejne kilka strzał trafiło tuż przed ich stopami. Zdecydowali się odejść. Chwilę szukałem wzrokiem osoby lub stworzenia które strzelało, jednak na darmo. Wyrwałem z


ziemi jedną strzałę i schowałem ją do torby. Odwiązaliśmy usta kobiecie, podziękowała nam za pomoc, bardzo chciała nam się odwdzięczyć, zaprosiła nas do swojego baru, gdy szliśmy za nią, odwróciłem się na chwilę w stronę gdzie były wbite w ziemię strzały. ktoś do nich podszedł i szybko zaczął je wyjmować z ziemi, jakby było mu ich szkoda, widziałem tylko długie, czarne włosy i długie uszy. Elf? W Bargu nie było zbyt wiele elfów, większość z nich ma ciepłe posadki w królestwie, co więc robi tu elf? Może też jest tu pozabijać dla rekreacji. Nie powiedziałem tego Lisie, wolałem to zachować dla siebie. Kobieta zaprowadziła nas do baru przed którym zebrało się sporo osób czekających na otwarcie. Wyjaśniła, że szła otworzyć, kiedy tamci ją złapali. W środku siedziało kilka pracujących tam osób. Gdy zaczęli wchodzić ludzie, wszyscy poderwali się z miejsc i zabrali się do pracy. Kobieta usiadła z nami przy stole w rogu sali. Po chwili przyszła kelnerka chcąca nas obsłużyć. Zamówiliśmy napoje, a ona bez zapisywania zamówienia pokiwała głową i odeszła od stolika, by przyjmować inne zamówienia. Właścicielka baru przedstawiła się. Była wróżką o imieniu Vera, jednak nie widziałem, żeby miała skrzydła, chciałem o to zapytać ale obawiałem się że to może być niewygodne pytanie. Postanowiłem ją zapytać o coś innego.


— Pani Vero, zna pani tożsamość naszego wybawcy?


— Mam pewne przypuszczenia ale nie wiem kto to mógłby być, żadnych znaków szczególnych. Tylko moje domysły. — Przypomniałem sobie o strzale którą schowałem do torby, nawet się jej nie przyjrzałem. Podałem ją wróżce która zaczęła obracać ją w palcach. Zatrzymała wzrok na jednym punkcie, po czym uśmiechnęła się. Odwróciła strzałę w nasza stronę, pokazując palcem na wydrapany napis na strzale.


— Litera M i ósemka? Co to oznacza? — Spytała Lisa, wróżka popatrzyła z uśmiechem i wyjaśniła, że zna jedną osobę która się tak podpisuje i bardzo nie lubi jak ktoś rusza jej rzeczy dlatego podpisuje swoje strzały.


— Pracuje tu taka jedna osoba, nie jest kelnerką, i może dziś wieczorem się tu pojawi. Mam dużo dziś pracy dzieciaki, miałam przeglądać dokumentacje, znowu jakieś informacje o rodzinie z obrzeży i muszę się przyjrzeć wielu rzeczom. — Moje uszy chyba mnie zawodzą, rodzina z obrzeży to moja rodzina, mieszkaliśmy najbliżej Bargu, od razu powiedziałem to kobiecie. Najpierw była zaskoczona, później posmutniała. Dowiedziałem się, że mojego ojca skazano na śmierć, jednak moja mama i siostra były w Bargu już zanim ja się tu pojawiłem, jednak bardzo daleko stąd, rejon ten jest ogromny, pojawiły się informacje, że znaleziono moją martwą mamę, kilka dni temu. Okazało się, że moja rodzina była bardzo szanowana w Bargu. Zabraniali mi tu przebywać, a jak się okazało, sami pomagali ludziom tutaj, przemycali ich przez bramę, cały ten czas myślałem, że mój tata zrobił coś okropnego, ale okazało się, że najbardziej okropny byłem ja obwiniając go za skazanie nas na to wszystko. Dłuższą chwilę wpatrywałem się w stół. Lisa zmartwiona bardzo moją

reakcją, przytuliła mnie. Siedzieliśmy w ciszy. Wróżka poszła zostawiając nas samych. Zacząłem płakać. Od dawna już radziłem sobie z tym wszystkim, jednak teraz wszystko pękło. Moje serce roztrzaskało się na miliony kawałków. Lisa była bardzo przejęta całą sytuacją. Troszczyła się o mnie jak siostra, jednak nawet jej pomoc nie mogła wyjąć mnie z tego stanu. Pomyślałem jednak o czymś odbiegającym od całej sprawy. Nie było nic wspomniane o Mori, kazałem Lisie zostać przy stole, ja natomiast chciałem poszukać Very, żeby zapytać czy wie coś o mojej siostrze. Nikogo z obsługi nie było w pobliżu więc wszedłem na zaplecze, szedłem wąskim korytarzem. Zobaczyłem łunę światła bijącą zza rogu, wszedłem tam od razu wołając wróżkę po imieniu, jednak jej tam nie było. Siedziała tam osoba którą wcześniej już widziałem. Elfka o czarnych włosach siedziała na ławce i wpatrywała się we mnie dużymi oczami. Gdy nasz wzrok się spotkał, podskoczyła z miejsca i podała mi dłoń. Jej przedramię pokryte było białym materiałem który był najwyraźniej długo używany patrząc na liczne zabrudzenia. Jej długie smukłe palce pokryte były bliznami. Zapewne od wielokrotnego kaleczenia się strzałami. Przypominała elfa z bajek dla dzieci. Elf zawsze był tam łucznikiem. Jednak w jej wyglądzie przeszkadzało mi jedno. Elfy nie miewały ciemnych włosów, musiałyby być jakąś abominacją, skrzyżowaniem dwóch ras, a z tego co mi wiadomo te istoty łączyły się w pary tylko ze swoją rasą.


— Będziesz się gapił czy podasz mi dłoń? Jestem Morgan. — Potrząsnęła swoją ręką jako sygnał, że oczekuje przywitania. Podałem jej więc dłoń podając jej imię którego używam odkąd tu mieszkam, Erit był zbyt rozpoznawalny, więc nie chcąc robić sobie problemów przyjąłem imię Eric, dla zachowania podobieństwa, tylko Lisa, jej mama i dzieci z którymi się bawiłem znały moje prawdziwe imię. Teraz również Vera, jednak czułem, że mogę jej zaufać. Zapytałem ją o Verę, wskazała mi drzwi na końcu korytarza, po czym odwróciła się i zajęła się swoimi sprawami, ja stałem jeszcze chwilę w zamyśleniu przyglądając się Morgan, wyjmowała z szuflady czarny długi materiał. Kaszlnęła głucho na znak, że powinienem iść. Poszedłem więc we wskazanym kierunku, zapukałem do drzwi, otworzyła mi Vera, widząc kątem oka Morgan zapytała czy już się poznaliśmy, przytaknąłem, po czym zaprosiła mnie do pokoju.


— Nie chciałbym pani przeszkadzać, ale czy ma pani jakiekolwiek informacje na temat mojej siostry? — Spytałem pełen nadziei, Vera jednak pokiwała przecząco, mówiąc, że Mori od dawna nie była widziana z matką, od kilku lat nikt jej nie widział, prawdopodobnie ukrywa się gdzieś, lub jest gdzieś przetrzymywana ze względu na swoją rasę lub co najgorsze, możliwe, że od dawna nie ma jej już na tym świecie. Westchnąłem ciężko. Podziękowałem i ruszyłem w stronę drzwi.


— Jednakże istnieje szansa. — Powiedziała spokojnie Vera. — Możliwym jest, że twoja siostra jest jeszcze w Bargu. Istnieje bowiem miejsce w którym niegdyś twój ojciec miał duży wpływ, miał swój punkt wewnątrz bramy. Tam czasem pojawiał się i przemycał różne istoty na zewnątrz. Odbywało się to przy zachodniej bramie, czyli jakiś miesiąc drogi stąd. Nie ma tam zabudowań, ciągnie się tam las w którym nikt nie lubi przebywać. Na jego końcu jest mała wioska, są tam osoby które nie do końca dogadywały się z resztą, lub były zbyt cennym kąskiem dla tych z zewnątrz. Tak się składa, że Morgan będzie się tam wybierać z dwojgiem przyjaciół. Jeśli się zgodzi, możesz do niej dołączyć.


Podziękowałem za pomoc i wyszedłem z pokoju. Wszedłem do pokoju gdzie wcześniej była Morgan, siedziała odwrócona tyłem i próbowała związać swoje długie włosy w warkocz, jednak nie zbyt jej to wychodziło. Podszedłem do niej i zaproponowałem jej swoją pomoc. Niechętnie zgodziła

się, jednak była trochę obruszona, jej ego musiało ucierpieć, że potrzebuje pomocy.


— Skąd wiesz jak to się robi? — Spytała krzyżując ręce na piersi.


— Wiązałem włosy mojej młodszej siostrze, kiedy jeszcze była ze mną, a propos tego, słyszałem, że masz zamiar dotrzeć do zachodniej bramy. Czy ja i moja przyjaciółka moglibyśmy do ciebie dołączyć? Zrozumiem jeśli nie, tylko razem byłoby nam łatwiej znaleźć to miejsce.


Ku mojemu zdumieniu, Morgan nie miała nic przeciwko, gdy skończyłem wiązać jej włosy, podziękowała i kazała przyjść mi jutro rano spakowany do drogi, poszedłem zapytać Lisę czy ma zamiar mi towarzyszyć, jednak gdy opuściłem pokój przypomniałem o strzale którą chciałem oddać właścicielce, cofnąłem się do jej pokoju, jednak chyba w niewłaściwym momencie, nie chcąc jej przeszkadzać położyłem strzałę na najbliższym stole i szybko pobiegłem w stronę wyjścia. Lisa była bardzo chętna do podróży.

— Nie martwisz się zostawić mamę samą na tyle czasu?

— Nie, z resztą poproszę kogoś czy mógłby czasem zaglądnąć czy niczego nie potrzebuje, chcę ci pomóc Erit, za całą pomoc jaką twoja rodzina dała temu światu, po za tym jesteś dla mnie ważny. Pogładziła mnie po policzku. Byłem szczęśliwy, że mam obok siebie kogoś tak dobrego, jest dla mnie najważniejszą osobą od dziewięciu lat. Na dobrą sprawę jedyną osobą którą mam i której mogę się tak szczerze wygadać i zawsze mi pomoże w potrzebie. Było już późno, nasze napoje stały już od dawna na stole, więc wypiliśmy je rozmawiając o wydarzeniach minionego wieczoru i zebraliśmy się do wyjścia. Na zewnątrz było ciemno, jednak liczne lampy oświetlały wioskę słabym światłem świetlików. Udaliśmy się do domu, mama Lisy dawno już spała, dlatego cicho przemknęliśmy do pokoju Lisy, który nie był już cały biały i pełen wróżek. Teraz część była dawno pomalowana białym wapnem, a jedno małe łóżeczko zastępowało teraz jedno duże łóżko ze starych mebli. Spaliśmy na nim od dawna, nie przyszło nam do głowy kupienie nowego skoro to działa i nie jest taką głupią rzeczą. Westchnęliśmy głęboko. Już jutro nas tu nie będzie. Przebraliśmy się do snu i zgasiliśmy światło.

— Boję się. — Wyszeptałem do Lisy. — Nawet nie drogi, nie tego co może nas tam spotkać, boję się, że jej tam nie będzie, że okaże się najgorsze, co jeśli niczego się nie dowiem.


Lisa popatrzyła na mnie smutno. Kazała mi być dobrej myśli. Po chwili jednak zmieniła zdanie.

— Oczekuj najgorszego, jeśli to się wydarzy, nie będziesz zaskoczony ani rozczarowany, jeśli okaże się, że jest dobrze, to tym lepiej dla ciebie i wtedy możesz świętować. — Po tych słowach odwróciła się do mnie plecami i zasnęła. Przez emocje nie powinienem móc zasnąć, jednak zmęczony wrażeniami dzisiejszego wieczoru szybko mnie uśpiły. Tej nocy miałem mnóstwo szalonych snów. Mózg analizując napływ informacji, układał z nich najróżniejsze scenariusze. Momentami całkiem zabawne, momentami straszne, wyobraźnia ilustrowałą mi śmierć moich rodziców co doprowadzało mnie do wewnętrznej agoni, żeby zaraz potem pokazywać mi słoneczą łąkę po któej biegnę rzaem z moją siostrą gdy już ją spotkam. Oczywistym było, że te drugie sny bardziej opowiadały mojemu sercu, aczkolwiek analizując słowa Lisy, niesłusznie snułem radosne marzenia.

Gdy obudziły mnie promienie letniego słońca, Lisy nie było już w pokoju. Powoli podniosłem się

z łóżka. Moje oczy wciąż sklejał sen, przez pewien czas nie kontaktowałem ze światem rzeczywistym. Zapomniałem o wszystkim co się wczoraj stało. Wstałem i ruszyłem w kierunku drzwi. W dużym pokoju, przy stole siedziała Lisa i jadła śniadanie. Również postanowiłem coś zjeść, na stole leżało jedzenie przygotowane na naszą drogę. Lisa musiała wstac bardzo wcześnie, żeby to wszystko przygotować, wybrałem swój posiłek i dołączyłem do niej. Jedliśmy przez chwilę w ciszy, po czym Lisa zapytała mnie co wiem o naszych towarzyszach podróży. Opowiedziałem jej co wiem o Morgan, jednkże nie wiedziełem nic o jej przyjaciołach. Wiem że było ich dwoje, nic więcej. Będą na nas czekać pod barem Very. Jednak nie byłem do nich przekonany, do Morgan też, dla pewności prosiłem Lisę o używanie mojego zastępczego imienia. Elf w Bargu był dla mnie zbyt podejrzany. Pokiwała głową, rozumiała moje obawy, na pewno nie chciała stracić też mnie, chodzi o to, że wszyscy którzy pomagają ludziom tutaj są źli i najgorsi. Ludzie z zewnątrz bardzo lubią się nad nami znęcać i zabijać. Tym bardziej gdy się okazało, że mój tata był kimś ważnym w tym środowisku, wolę żyć niż spoczywać tutaj na laurach.


Po śniadaniu spakowaliśmy swoje rzeczy i pożegnaliśmy się z mamą Lisy, była smutna, że jej jedyne dziecko ją zostawia, znowu kogoś traci. Jednak Lisa uspokoiła matkę, obiecała wrócić cała i bezpieczna. Upewniliśmy się, że mamy wszystko ze sobą po czym wyszlismy z domu. Mijaliśmy dobrze znane nam miejsca. Może wrócę tu za dwa miesiące, a może już ngdy. Nic nie było pewne. Jedyne czego byłe pewien, to tego, że muszę znaleźć Mori. Żywą lub martwą. Całą drogę Lisa starała się wybijać mnie z moich rozmyślań nad sensem istnienia i mojej rozpaczy po tym czego dowiedzieliśmy się o moich rodzicach. Nim się zorientowałem, byliśmy już pod barem. Na schodach siedziała Morgan. Obok niej stały dwie osoby. Dziewczyna o skórze bez żadnego nasycenia, była szara, prawdopodobnie była upiorem. Ostre kły, żywienie się ludźmi, charakterystyczne białe włosy z czerwonym zakończeniem. Jasne, puste oczy. Gdy byłem mały rodzice opowiadali mi, że jak będę niegrzeczny to taki upiór mnie pożre. Jednak ta tutaj nie wyglądała jakby była w stanie mnie nawet uderzyć. Chude nogi, drobna twarz. Wyglądała jak zwłoki. Jednak uśmiechała się promiennie do mnie i Lisy. Druga postać patrzyła na mnie posępnym wzrokiem. Chłopak z uszami i ogonem. Najprawdopodobniej był lisem. Jego czarne włosy kręciły się lekko na wszystkie strony, a szafirowe oczy przeszywały na wylot. Jednak jego wyraz twarzy całkowicie się zmienił gdy Morgan zaczęła nas przedstawiać.


— Ten mały upiorek to Lilith, a nasz drugi towarzysz to Lucio. — Następnie wskazała na nas również nas przedstawiając. Ja i Lisa jesteśmy oboje husami, wyglądamy idiotycznie przy elfie, upiorze i czarnym lisie.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 40.95
drukowana A5
za 54.65