E-book
6.83
drukowana A5
16.73
Mrok

Bezpłatny fragment - Mrok


Objętość:
71 str.
ISBN:
978-83-8189-555-2
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 16.73

Układ tekstu na podstawie:

Пол. соб. соч. и пис. в 23-х томах. Том 5 (2017)


© Copyright Przemysław Musiałowski 2019

Wszystkie prawa zastrzeżone


Opracowanie: Przemysław Musiałowski

Korekta: Przemysław Musiałowski

Wydanie I


Projekt okładki za zgodą Munchmuseet

Foto: Edvard Munch, Modellstudie, 1898

© Copyright Munchmuseet


Więcej informacji na temat Leonida Andriejewa na stronach:

www.leonidandriejew.pl

https://www.facebook.com/PolecamPoczytacAndriejewa


Zachęcam do zakupu drukowanej wersji książki w RIDERO.


UWAGA:

Pozycja niniejsza jest przeznaczona tylko i wyłącznie do użytku domowego.

Nabywca NIE MOŻE upubliczniać elektronicznej wersji niniejszej książki w żadnej postaci, o co w tym miejscu proszę, gdyż w przyszłości może zdarzyć się tak, że będę poszerzał wstęp albo dokonywał jakichś drobnych zmian do Wydania II.

Niniejsza wersja przekładu, zredagowana i porównana z oryginałem rosyjskim oraz z tłumaczeniami angielskimi i francuskimi, NIE NALEŻY do DOMENY PUBLICZNEJ.

Rozpowszechnianie treści niniejszej publikacji, jej fragmentów, ze szczególnym uwzględnieniem rozpowszechniania na portalach CHOMIKUJ, SCRIBD i DOCER, jest nielegalne.

Leonid Andriejew (1871—1919)

SZANOWNY CZYTELNIKU!


Prezentowany tu przekład jest zredagowaną i skorygowaną wersją przedwojennego polskiego przekładu opowiadania „Mrok” z 1908 roku.

Stary przekład, jego liczne fragmenty, został przeze mnie porównany z rosyjskim oryginałem, wydaniem angielskim „The Dark” (1922) w tłumaczeniu L. A. Magnusa, oraz z wydaniem francuskim „La victoire des ténèbres” (1913) w tłumaczeniu S. Persky’ego. Jako ciekawostkę dodam, że przekład angielski ukazał się nakładem domu wydawniczego The Hogarth Press, założonego przez Leonarda i Virginię Woolf.

Opracowanie niniejszej publikacji, wraz z wykonaniem nowej okładki, zajęło blisko 120 godzin pracy. Samo przeniesienie tekstu do formatu Word zajmuje minimum 15—20 godzin, gdyż cały tekst trzeba kawałek po kawałku przerabiać i przeformatowywać, i właśnie tego etapu, najbardziej nieprzyjemnego i wielce czasochłonnego, nie da się w żaden sposób pominąć.

Prezentowany tu przekład jest najlepszym dostępnym w Polsce przekładem opowiadania „Mrok”, gdyż na chwilę obecną żaden inny nowy przekład nie istnieje.

Przemysław Musiałowski   19.12.2019

ROZDZIAŁ I

Zazwyczaj wszystkim przedsięwzięciom jego towarzyszyło powodzenie; w ciągu ostatnich trzech dni jednak okoliczności składały się dlań wyjątkowo niepomyślnie, a nawet wrogo. Jako człowiek, dla którego całe niedługie dotychczasowe życie podobne było do olbrzymiej, niebezpiecznej i straszliwie ryzykownej gry — rozumiał wszystkie te nagłe zmiany losu i odpowiednio do tego umiał liczyć się z nimi; stawką w tej grze było samo życie — zarówno własne, jak cudze — i to jedno już wyrobiło w nim rozwagę, szybkość orientowania się i chłodną, nieugiętą trzeźwość.

Tym razem los zwrócił się niebezpiecznie przeciwko niemu. Jakiś przypadek, jeden z tych drobnych przypadków, jakich nigdy niepodobna przewidzieć, naprowadził na jego ślady policję; i oto teraz od dwóch już dni za nim, znanym terrorystą i zamachowcem, uganiali się bez przerwy szpiedzy, usiłując zapędzić go w zwarty, zamknięty krąg. Jedno za drugim odcięto przed nim wszystkie konspiracyjne mieszkania, w których mógł znaleźć schronienie; pozostawały dlań wolnymi jeszcze niektóre ulice, skwery i restauracje, lecz okrutne zmęczenie, wywołane dwudniową bezsennością i krańcowym napięciem uwagi, stwarzało nowe niebezpieczeństwo; mógł bądź w dorożce, bądź też na którymś ze skwerów zasnąć i następnie wskutek takiego głupstwa znalazłby się, jako pijany, w cyrkule. Było to we wtorek. W czwartek zaś, a więc po upływie dnia, miał dokonać bardzo poważnego zamachu terrorystycznego. Od dłuższego już czasu cała ich niewielka organizacja zajęta była przygotowaniami do tego zamachu, a „honor“ rzucenia tej ostatniej, decydującej bomby przypadł w udziale jemu właśnie. Musiał więc za wszelką cenę przetrzymać kryzys.

I oto wówczas, w wieczór październikowy, stojąc na rogu dwóch ruchliwych ulic, zdecydował się pojechać do domu publicznego — na przedmieściu.

Na krok ten, niezupełnie zresztą pewny, zdecydowałby się już wcześniej, gdyby nie pewna komplikująca sprawę okoliczność: mimo dwudziestu sześciu lat, był on niewinny, kobiet, jako kobiet, nie znał zupełnie, a w domach publicznych nie bywał nigdy. Niegdyś, w swoim czasie stoczył ciężką i zaciętą walkę z pokusami ciała, lecz stopniowo abstynencja przeszła w nawyk; wobec kobiet zachowywał się najzupełniej obojętnie. I oto teraz, zmuszony znaleźć się tak blisko kobiety, traktującej miłość jako rzemiosło, zmuszony nawet może oglądać ją nagą — lękał się, iż popełni cały szereg charakterystycznych i przykrych niewłaściwości. W ostateczności, jeżeli okaże się to konieczne, postanowił mieć stosunek z prostytutką, obecnie bowiem, gdy pożądanie nie dawało o sobie znać już od dawna i gdy miał dokonać tak wielkiego i decydującego czynu — dziewiczość i walka o nią zatraciły już dlań swą wartość. W każdym jednak razie było to dlań niemiłe, podobnie jak niemiły bywa czasami jakiś obrzydliwy drobiazg, którego na drodze swej ominąć niepodobna.

Raz, gdy przeprowadzano jeden z większych zamachów terrorystycznych, w którym on uczestniczył jako pomocnik z zapasową bombą, ujrzał zabitego konia z pokiereszowanym zadem i wychodzącymi na wierzch wnętrznościami; i ten brudny, obrzydliwy, niepotrzebny i równocześnie niezbędny szczegół wywarł na nim wrażenie poniekąd przykrzejsze, aniżeli śmierć towarzysza, który zginął przy rzucaniu bomby. I o ile spokojnie, bez trwogi, a nawet z radością oczekiwał czwartku, kiedy prawdopodobnie przyjdzie mu umrzeć — o tyle noc spędzona z prostytutką, kobietą traktującą miłość jako rzemiosło, wydawała mu się bezsensownym głupstwem, upostaciowaniem jakiegoś zgiełkliwego i nikłego, brudnego chaosu.

Lecz innego sposobu wyjścia nie widział, gdyż zataczał się ze zmęczenia.

ROZDZIAŁ II

Gdy około godziny dziesiątej przybył na miejsce, wielka biała sala ze złoconymi krzesłami i zwierciadłami, choć przedwcześnie, była już przygotowana na przyjęcie gości, a wszystkie światła płonęły. Przed otwartym fortepianem siedział pianista, bardzo przyzwoity młody człowiek w czarnym tużurku — dom ten należał do droższych — paląc papierosa, delikatnie strząsał popiół, tak aby nie zawalać swego ubrania, i przerzucał nuty; w kąciku sali, w pobliżu na wpół oświetlonego pokoju, siedziały na krzesłach trzy dziewczyny, rozmawiając o czymś cicho.

Gdy wszedł w towarzystwie gospodyni, dwie spośród siedzących powstały, trzecia zaś pozostała na swym miejscu; te, które powstały, były ogromnie wydekoltowane, podczas gdy siedząca ubrana była w suknię czarną, skromnie zapiętą pod szyją. Pierwsze dwie spoglądały nań zmęczonym, obojętnym wzrokiem, trzecia zaś odwróciła się od niego; profil jej twarzy był równy i spokojny, podobnie jak u każdej przyzwoitej dziewczyny, kiedy się zamyśli. Dziewczyna ta, jak się zdaje, opowiadała coś swym koleżankom, w obecnej zaś chwili myślała w dalszym ciągu o tym, co im mówiła, kończąc w milczeniu swe opowiadanie.

Wybrał ją dlatego właśnie, że podobało mu się jej milczące zadumanie i obojętność, z jaką spoglądała na niego — wreszcie pociągnął go ku sobie jej wygląd, nadający jej pozór przyzwoitej kobiety. Nie będąc nigdy w takim miejscu, nie wiedział, iż w każdym solidniejszym domu publicznym spotyka się zazwyczaj jedną lub dwie kobiety tej kategorii; ubierają się one na czarno, jak mniszki lub młode wdowy, ich twarze zaś są blade, bez rumieńców, a nawet maluje się na nich wyraz powagi; zadanie ich polega na tym, aby dawać ułudę przyzwoitości tym, którzy tego poszukują. Kiedy jednak kobiety te udają się do sypialni w towarzystwie mężczyzn i gdy się tam upiją, stają się takie, jak wszystkie inne, a niekiedy nawet i gorsze: częstokroć awanturują się i tłuką naczynia, czasami tańczą nago i nagie wybiegają na salę, niekiedy zaś biją zbyt natarczywych mężczyzn. Są to te właśnie kobiety, w których zakochują się pijani studenci, nakłaniając je, aby rozpoczęły nowe, uczciwe życie.

Ale on o tym wszystkim nie wiedział. Kiedy więc podniosła się leniwie ze swego miejsca i spojrzała nań niechętnie swymi podmalowanymi oczami i gdy na jej matowobladej twarzy ukazał się jakiś szczególnie ostry wyraz — pomyślał znowu: „Jaka ona jednakże przyzwoita!”. I wnet doznał wrażenia ulgi. Nie wychodząc ze swej roli ciągłego maskowania się, które rozdwajało jego życie, czyniąc je teatralnym, okręcił się filuternie na pięcie, pstryknął palcami i przemówił głosem doświadczonego, pewnego siebie rozpustnika:

— Jakże więc, moja droga? Cóż, pójdziemy do ciebie? A gdzież jest twoje gniazdko miłości?

— Tak zaraz? — zdziwiła się dziewczyna, podnosząc nań oczy.

On roześmiał się wesoło, ukazując w uśmiechu swym rząd ściśle osadzonych, mocnych zębów i zaczerwieniony odpowiedział:

— Oczywiście. Po cóż tracić mamy czas.

— Tu ma być muzyka. Będziemy tańczyć.

— Lecz cóż to są tańce, moja ty ślicznotko? Zwyczajne kręcenie się w kółko, chwytanie samego siebie za ogon. Co zaś do muzyki, to przypuszczam, że i stamtąd będziemy ją także słyszeli.

Spojrzała na niego z uśmiechem.

— Troszkę słychać.

Zaczynał się jej podobać; jego starannie wygolona twarz była krągła, o wystających kościach policzkowych; podbródek i zewnętrzna górna warga jego miały odcień niebieskawy, jak zwykle u golących się często brunetów. Miał piękne ciemne oczy, aczkolwiek w spojrzeniu ich była jakaś dziwna nieruchliwość; i poruszały się one z wolna i ociężale, jak gdyby miały do przebycia bardzo wielką przestrzeń. Jednak mimo swej wygolonej twarzy i pewności siebie, nie wyglądał na aktora, lecz podobny był raczej do zruszczonego cudzoziemca, a najprędzej do Anglika.

— Czyś ty Niemiec? — zapytała dziewczyna.

— Troszeczkę, chociaż prędzej Anglik. A czy lubisz Anglików?

— Ale jak ty dobrze mówisz po rosyjsku! Zupełnie poznać nie można.

Przypomniał mu się jego paszport angielski i ten łamany język, jakim posiłkował się ciągle w ostatnich czasach; przyszło mu na myśl, że oto teraz zapomniał maskować się, jak należy, i zaczerwienił się z lekka. Nieznacznie zasępiony, ujął dziewczynę pod ramię i uprowadził szybko za sobą.

— Rosjanin jestem, Rosjanin. A teraz pokaż mi drogę. Czy to tutaj?

W wielkim lustrze odbiły się wyraziście ich postacie: ona blada, czarno ubrana, i z daleka bardzo piękna; on wysoki, barczysty, także czarno ubrany i również blady; szczególnie bladymi wydawały się w padającym z góry i odbijającym się w lustrze świetle elektrycznym jego szerokie czoło i wystające kości policzkowe; zamiast oczu zarówno jego, jak i dziewczyny, widniały czarne, cokolwiek tajemnicze, lecz piękne głębie. I ta czarna, surowa para, jaką ujrzał wśród tych białych ścian w wielkim złoconym lustrze, wydała mu się tak niezwykła, że zatrzymał się na chwilę zdumiony i pomyślał: „Zupełnie jak para narzeczonych”. Zresztą wskutek bezsenności, a prawdopodobnie i ze zmęczenia, umysł jego się plątał i nasuwały mu się myśli nieoczekiwane i bezsensowne; toteż gdy w następnej już chwili oczy jego ujrzały w lustrze ponownie czarną, poważną i żałobną parę, pomyślał: „Zupełnie jak na pogrzebie”. Zarówno pierwsze, jak drugie było dlań równie niemiłe.

Widocznie nastrój jego udzielił się i dziewczynie; i ona również spoglądała, milcząc, to na niego, to na siebie — na siebie i na niego; zmrużyła oczy, lecz lustro nie odzwierciedliło tego nieznacznego ruchu i w dalszym ciągu odbijało w sobie uporczywie czarną, zastygłą parę.

I nie wiadomo, czy wydało się to dziewczynie pięknym, czy też przypomniało się jej coś smutnego z własnego życia — lecz uśmiechnęła się łagodnie i z lekka uścisnęła jego silnie zaciśniętą dłoń.

— Jaka z nas parka! — powiedziała w zamyśleniu.

Nie odpowiedział jej i szybko poszedł naprzód, pociągając za sobą dziewczynę, która szła za nim stukając o podłogę swymi wysokimi, francuskimi obcasami. Szli przez korytarz, w którym znajdowały się ciemne, małe pokoiki z otwartymi drzwiami; weszli do jednego z tych pokoików, na drzwiach którego znajdował się skreślony niewprawnym pismem napis: „Luba”.

— Otóż, Lubo — powiedział, oglądając się za siebie, zwyczajem swym zacierając obie ręce, jak gdyby mył je w zimnej wodzie — trza by nam wódki i jeszcze czegoś, może by tak owoców.

— U nas owoce są drogie.

— To nic nie szkodzi. A czy pani pije wódkę?

— Przez zapomnienie powiedział „pani” i chociaż zauważył to, nie chciał się jednak poprawiać; od chwili, gdy uścisnęła rękę jego, nie chciał do niej mówić „ty”, nie chciał żartować z nią i maskować się wobec niej.

Uczucie to udzieliło się w pewnym stopniu również i jej: spojrzała nań uważnie i, zaczekawszy chwilę, odpowiedziała niepewnym głosem:

— Tak jest, piję. Niech pan chwilę zaczeka. Zaraz wrócę. Z owoców każę przysłać tylko dwie gruszki i dwa jabłka.

Czy wystarczy panu? Mówiła doń również „panie”, a w tonie głosu jej, gdy wymawiała to słowo, dźwięczała ta sama niepewność, jakieś wahanie i pytanie. On jednak nie zwrócił na to uwagi i gdy pozostał sam, zaczął uważnie i wszechstronnie oglądać pokój. Spróbował zamknąć drzwi i przekonał się, że zamykają się dobrze na klucz i na haczyk; zbliżył się do okna i otworzył je na oścież — znajdowało się ono na trzecim piętrze i wychodziło na podwórze. Zmarszczył brwi i pokiwał głową. Później uczynił doświadczenie ze światłem: w pokoiku znajdowały się dwie lampy; gdy górna gasła, wówczas zapalała się nad łóżkiem druga, z czerwonym kloszem — jak w przyzwoitych hotelach.

Ale łóżko!…

Podniósł wysoko ramiona i wyszczerzył zęby, udając śmiech, nie był to jednak śmiech, lecz jedynie gra twarzy, właściwa ludziom skrytym i zamkniętym w sobie, kiedy nareszcie pozostają sami.

Ach, to łóżko!

Obszedł je kilkakrotnie, dotknął lekko watowanej na wpół odrzuconej kołdry i, uradowany nadzieją wypoczynku, figlarnie, jak gdyby był dzieckiem, wykrzywił głowę, wydął wargi i wytrzeszczył oczy, wyrażając przez to najwyższe zdumienie. Ale wnet stał się poważny, usiadł i począł niecierpliwie wyczekiwać powrotu Luby. Usiłował myśleć o czwartku i o tym, że już w tej chwili znajduje się nareszcie w domu publicznym, ale myśli, nad którymi nie mógł panować, plątały się, wypierając jedna drugą. To poirytowany sen upominał się o swe prawa; tak łagodny tam na ulicy, tutaj nie głaskał go po twarzy swą jedwabistą dłonią, lecz skręcał nogi i ręce, wyprężał całe ciało, jak gdyby chciał je rozerwać na strzępy.

Nagle zaczął ziewać, aż do łez. Wydobył brauning, trzy zapasowe magazynki z nabojami i ze złością dmuchnął w lufę, jak w otwór klucza — wszystko było w porządku, tylko jemu chciało się spać nieznośnie. Kiedy nareszcie przyniesiono wódkę i owoce i gdy powróciła Luba, zbliżył się do drzwi, zamknął je początkowo tylko na haczyk i odezwał się:

— Otóż, niech pani pije. Proszę.

— A pan? — zapytała zdumiona dziewczyna i szybkim ukośnym spojrzeniem objęła jego postać.

— Ja później. Widzi pani, ja przez dwie noce hulałem, nie śpiąc zupełnie, i teraz… — otworzył szeroko usta, ziewając w sposób przerażający.

— Więc?

— To krótko potrwa. Małą godzinkę. A pani niechaj pije, proszę, niech pani się nie krępuje. Niech pani je i owoce. Dlaczego pani kazała przynieść tak mało?

— A czy mogę pójść do sali. Tam niedługo zacznie grać muzyka.

Było to niezręczne. Mogą zacząć rozmowę o dziwnym gościu, który położył się spać, i poczną czynić domysły — tak, byłoby to niezręcznością. Powstrzymując ziewanie, które otwierało już jego usta, przemówił łagodnie i poważnie:

— Nie, Lubo, proszę niech pani tu zostanie. Widzi pani, ja ogromnie nie lubię spać w pokoju sam. Rozumie się, że nie jest to nic innego jak kaprys, ale niech mi pani wybaczy.

— Dlaczegóż by nie… Skoro pan zapłacił pieniądze…

— Tak, to prawda — powiedział i zaczerwienił się po raz trzeci. — Oczywiście. Ale nie o to chodzi. Jeżeli pani chce tego… Pani może się także położyć. Zostawię dla pani miejsce. Tylko proszę, niech pani położy się bliżej ściany. Czy pani to nie przeszkadza?

— Zupełnie, tylko mi się nie chce spać. Posiedzę sobie.

— Niech pani coś poczyta.

— Tutaj nie ma książek.

— Może pani chce gazetę dzisiejszą? Mam ją nawet przy sobie, proszę. Są w niej dosyć ciekawe rzeczy.

— Nie, nie chcę.

— Jak pani uważa, jak będzie pani wygodniej. Ja zaś, jeżeli pani pozwoli… — zbliżył się do drzwi, przekręcił dwa razy klucz i schował go do kieszeni. Czyniąc to, nie zauważył dziwnego wzroku, jakim obrzuciła go dziewczyna.

W ogóle cała ta przyzwoita i delikatna rozmowa, tak dziwnie brzmiąca w tym domu, w którym powietrze przesycone było wyziewami alkoholowymi i przekleństwami — wydawała mu się zarówno prosta i naturalna, jak i najzupełniej przekonywająca. Z tą samą uprzejmością, jak gdyby znajdował się na łódce w towarzystwie młodych dam, zwrócił się do niej, zdejmując nieśmiało surdut:

— Czy pani pozwoli mi zdjąć surdut?

Dziewczyna zasępiła się.

— Proszę. Przecież pan jest… — urwała nagle, nie kończąc zaczętego zdania.

— I kamizelkę też? Bardzo ciasna.

Nie odpowiedziała nic, nieznacznie wzruszywszy ramionami.

— Ma pani tu pugilares z pieniędzmi. Niech pani będzie tak dobra i schowa to u siebie.

— Pan by lepiej oddał pieniądze do kantoru. U nas wszyscy tak robią.

— A po cóż to? — spojrzawszy jednak na dziewczynę, z zawstydzeniem opuścił oczy. — Ach, tak, tak. Ech, to przecież głupstwo.

— A czy pan wie, ile tu jest pieniędzy? Bo to zdarza się, że niektórzy nie wiedzą, i dopiero potem…

— Wiem, wiem… — Że też pani coś podobnego przypuszcza.

Położył się, pozostawiając dla niej uprzejmie miejsce obok siebie, bliżej ściany. I wnet zachwycony sen uśmiechnął się doń swobodnie i jedwabistym swym policzkiem przylgnął delikatnie do jego policzka, połaskotał go rozkosznie po kolanach i zamilkł błogo, położywszy na piersiach jego swą miękką, puszystą głowę.

Zaśmiał się radośnie.

— Czego pan się śmieje? — zapytała z odcieniem niezadowolenia dziewczyna.

— Tak sobie, jest mi bardzo dobrze. Jakie tu u was miękkie poduszki! Teraz możemy trochę pogawędzić. Dlaczego pani jednak nie pije?

— A ja, czy mogę zdjąć stanik? Pozwala pan? Zapewne długo tu pozostanę — i w głosie jej zadźwięczała nuta utajonego śmiechu. Gdy jednak wzrok jej spotkał się z jego ufnymi oczami, w których malowała się odpowiedź: „Rozumie się, niech pani będzie łaskawa!”, z poważną prostotą dodała:

— Mam bardzo ciasny gorset, który później pozostawia mi pręgi na ciele.

— Oczywiście, oczywiście. Proszę bardzo.

Odwrócił się nieco i poczerwieniał znowu. I czy to dlatego, że bezsenność mąciła mu myśli, czy też dlatego, że mimo dwudziestu sześciu lat był istotnie naiwnym — to wypowiedziane przezeń „można” wydało mu się „czymś” brzmiącym najzupełniej naturalnie w domu, w którym wszystko było wolno i w którym nikt nigdy nie pytał o pozwolenie.

W pokoju słychać było szelest jedwabiu i chrzęst rozpinanych guzików metalowych. Po chwili rozległo się pytanie:

— Czy pan czasem nie literat?

— Literat? Nie, nie jestem literatem. A czy pani nie lubi literatów?

— Nie, nie lubię.

— Dlaczego, przecież to ludzie — ziewnął rozkosznie i przeciągle — dość sympatyczni.

— A jak się pan nazywa?

Milczał, aż wreszcie odpowiedział sennym głosem:

— Niech mi pani mówi… Niech będzie, Piotrze. Tak, Piotr.

Nastąpiło nowe pytanie.

— A pan kto taki? Kim pan jest?

Dziewczyna pytała cicho, lecz stanowczo, a głos jej wywierał takie wrażenie, jak gdyby przysunęła się nagle do leżącego mężczyzny. Ale on już tego nie słyszał, gdyż zasypiał. Na jedno mgnienie odżyła gasnąca myśl i zarysowała przed nim obraz, odzwierciadlający plastycznie całe ubiegłe dwa dni i dwie noce wściekłego pościgu; czas i przestrzeń stopiły się w obrazie tym w jedną bryłę cieni, mroków i światła, ludzi, snujących się po nieskończenie długich ulicach, i kół, kręcących się nieustannie. I nagle wszystko to ucichło, przyblakło i znikło — a wśród głębokiej ciszy w łagodnym półświetle ujrzał jedną z sal galerii obrazów, w której wczoraj spędził dwie godziny, ukryty przed szpiegami. I wydało mu się, że oto siedzi na dziwnie miękkiej aksamitnej kanapie i nieruchomo spogląda na jakiś wielki, czarny obraz: od czarnego, i spękanego już, starego tego obrazu idzie ku niemu jakiś dziwny spokój; wzrok jego wypoczywa, i jest mu w tej chwili tak dobrze i tak pogodnie płyną jego myśli, że na wpół śpiący poczyna walczyć ze snem — uląkł się go, jak czegoś tajemniczego, co mu zamąci ten spokój.

Ale oto w sali zagrała muzyka, rozbrzmiały krótkie, urywane dźwięki i nagle pomyślał: „Teraz mogę już spać”. I wnet ogarnął go mocny sen.

Tryumfujący, miły sen objął go swym ciepłym tchnieniem i w głębokim milczeniu z utajonym oddechem — popłynęli wspólnie w przejrzystą, tajemniczą dal.

W ten sposób, leżąc na wznak, w tej samej pozycji, w jakiej ułożył się zawczasu, spędził we śnie dwie godziny; prawą rękę zagłębił w kieszeni, w której znajdował się klucz i rewolwer. Dziewczyna tymczasem siedziała naprzeciw z obnażonymi rękami i odsłoniętą szyją, paląc papierosy, pijąc powoli koniak i nieruchomo wpatrując się w niego; od czasu do czasu, chcąc lepiej widzieć, wyciągała przed siebie swą cienką, gibką szyję, a równocześnie z tym ruchem w kącikach warg jej ukazywały się dwie głębokie bruzdy.

Kładąc się spać, nie zgasił górnej lampy i w jaskrawym jej świetle nie wydawał się jej ani młody, ani stary, ani cudzy, ani bliski, lecz jakąś zagadkową postacią; zagadkowe były jego policzki, zagadkowy był jego nos, zagięty jak u ptaka, zagadkowy wreszcie wydawał się jego mocny, równy oddech.

Gęste czarne włosy śpiącego były ostrzyżone przy skórze, po żołniersku, na lewej skroni w pobliżu oka miał niewielką szramę, pozostałą po jakimś dawnym skaleczeniu; na piersiach nie nosił krzyżyka.

Muzyka na sali to zamierała, to wybuchała znów dźwiękami skrzypiec i fortepianu, śpiewem i tupotem tańczących nóg, a ona tymczasem siedziała wciąż po dawnemu, paląc papierosy i przyglądając się śpiącemu. Wyciągnąwszy przed siebie szyję, przyjrzała się jego opartej na piersi lewej ręce — miała ona bardzo szeroką dłoń z wielkimi, spokojnymi palcami; oparta na piersiach sprawiała wrażenie przytłaczającego je mocno ciężaru.

Ostrożnym ruchem uniosła rękę jego, kładąc ją wzdłuż ciała na łóżku. Następnie szybko i z hałasem powstała ze swego miejsca i zgasiła górną lampę, zapalając natomiast dolną, osłoniętą czerwonym kloszem. Lecz on nie poruszył się i tym razem, a zaróżowiona twarz jego pozostała w dalszym ciągu zagadkową, przerażającą swym spokojem i nieruchomością. Dziewczyna odwróciła się od niego, delikatnie zaróżowionymi rękami objęła kolana i, zadarłszy głowę do góry, utkwiła nieruchomo w suficie czarne źrenice swych oczu. W ustach jej zastygł niedopalony, zgasły papieros.

ROZDZIAŁ III

Stało się coś niespodziewanego i przerażającego. Na wpół rozbudzony, jeszcze na pierwszy dźwięk obcego, zachrypłego głosu zrozumiał, że podczas snu jego musiał się zdarzyć jakiś doniosły i ważny wypadek; zrozumiał to dzięki swej przeczulonej intuicji ostrzegawczej, która zarówno dla niego jak i dla towarzyszy jego stała się nowym odrębnym zmysłem. Opuścił szybko nogi i siadł na łóżku; podczas gdy oczy przenikliwie badały różową mgłę, w ręku swym zaciskał mocno rewolwer. I kiedy ujrzał ją siedzącą w tej samej pozycji, co przedtem — gdy ujrzał jej przejrzyste zaróżowione ramiona i piersi, jej nieruchomo utkwione zagadkowe oczy — w pierwszej chwili nasunęła mu się myśl: „Wydała!”. Przyjrzał się jej uważniej i odetchnął z ulgą: dotąd jeszcze nie wydała, lecz wyda.

Jest źle!

Westchnął raz jeszcze i zapytał łagodnie:

— Co takiego?

Ale ona milczała. Patrzyła nań z tryumfalnym i złym uśmiechem — jakby uważała go już za swojego i jakby chciała nasycić się swoją władzą.

— Coś ty mówiła przed chwilą? — spytał zachmurzony.

— Co mówiłam? Powiedziałam, żebyś wstał. Dosyć już. Wyspałeś się — i dosyć. Trzeba mieć ambicję. Tu, kochany, nie dom noclegowy.

— Zapal lampę.

— Nie zapalę.

Zapalił sam i ujrzał w białym świetle jej bezdennie złe, podmalowane czarne oczy, usta zaciśnięte w nienawiści i pogardzie i obnażone ramiona. I kiedy patrzył na tę obcą, zdecydowaną na coś stanowczego prostytutkę, wydała mu się ona wstrętną.

— Co tobie? Pijana jesteś? — zapytał zaniepokojony, wyciągając rękę po swój wysoki nakrochmalony kołnierzyk. Ale ona wyprzedziła nagle jego ruch, chwyciła kołnierzyk ze stołu i, nie patrząc nań, rzuciła go gdzieś do kąta za komodę.

— Nie dam!

— A to co? — zawołał, ściskając mocno jej rękę, jakby żelaznymi kleszczami.

— Puszczaj! To boli!

Ścisnął ją słabiej, zatrzymując jednak nadal rękę jej w swej dłoni.

— Miej ty się na baczności!

— A cóż mi zrobisz, mój drogi? Chcesz mnie może zastrzelić? A co ty masz w kieszeni — rewolwer? Więc cóż, zastrzel mnie, zastrzel, zobaczę jak będziesz to robił. Jakże to, przyszedł do kobiety, a sam spać się położył. Pij ty — powiada — a ja się prześpię. Myśli, że jak się ostrzygł i ogolił, to go już nikt nie pozna. A do policji nie chcesz ty czasem pójść? Do policji, mój drogi? Zaśmiała się głośno i wesoło, a on spostrzegł z przerażeniem, że na twarzy jej maluje się dzika i wściekła radość. Miał wrażenie, że dziewczyna oszalała. I gdy pomyślał, że wszystko przepadło tak marnie, że trzeba będzie popełnić to głupie, okrutne, a tak niepotrzebne zabójstwo i mimo to prawdopodobnie zginąć samemu, zrobiło mu się jeszcze straszniej.

Bardzo blady, ale pozornie spokojny i zdecydowany, obserwując każdy jej ruch i słowo, przyglądał się jej bacznie, zastanawiając się, co robić.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 16.73