E-book
13.65
drukowana A5
37.16
Można się spóźnić

Bezpłatny fragment - Można się spóźnić


5
Objętość:
161 str.
ISBN:
978-83-8189-382-4
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 37.16

Rozdział I

Czas wcale jej się nie dłużył, choć dwa razy poplątała drogę. Pierwszy — tuż za G. Była przeciwniczką nawigacji i zawsze jeździła z mapą. Kiedy po raz drugi zorientowała się, że zjechała z właściwej trasy, zatrzymała auto na najbliżej stacji benzynowej. Kupiła kawę w papierowym kubku i ponieważ nie było nikogo, a ciszę przerywała jedynie cicha rozmowa dwojga sprzedawców, pozwoliła sobie na krótki odpoczynek. Jechała do N. małej mieściny zagubionej pomiędzy lasami i jeziorami na drugim krańcu Polski. Nigdy tam nie była i nie potrafiła sobie wyobrazić, co zastanie. Rozłożyła mapę i dokładnie sprawdziła dalszą trasę. Nie, nie musi zawracać, straci jakieś pół godziny, ale w końcu nigdzie się nie spieszy. Urlop wzięła do końca tygodnia, a był dopiero wtorek. Poprzedni weekend spędziła u matki, w poniedziałek jakoś nie chciało jej się jeszcze jechać i wyruszyła dziś o świcie.

— Prędzej pojedziesz, wcześniej wrócisz — Dorota kończyła jakieś służbowe notatki i nerwowo wycierała okulary.

— A może pojechałabyś ze mną? — spytała dla zasady, dobrze wiedząc, że odmówi.

— Mogłabyś nie zaczynać? Nie mogę i nie chcę. Nic mnie to nie obchodzi. Dla mnie to miejsce nie istnieje, a tobie się przyda. Pewnie dom w ruinie, ale działka spora, więc dorzucisz sobie do mieszkania. Chociaż — matka na moment zdjęła okulary — ile tam mogą kosztować takie działki?

Westchnęła z rezygnacją.

— Do czegoś tam sobie dołożysz. Na przykład do wyposażenia kuchni, albo sypialni, marzyły ci się włoskie meble.

Widocznie jednak ta myśl nie dawała jej spokoju, bo po chwili oderwała się od papirerów.

— Dziadek był zupełnie niepraktyczny, mógł sprzedać tę posesję dużo wcześniej. Kiedyś to była znana miejscowość, może nie jakiś wielki kurort, ale taka modna wypoczynkowa dziura. Słyszało się o niej. A teraz? Tylko kłopot.

— Nie mów tak. Dlaczego tam nigdy nie byłaś? — Karolina objęła plecy matki i poczuła, jak sztywnieją.

— Bo mnie nigdy nie zaprosił, bo — nie zapominaj — w ogóle nie wiedziałam, że ma tam dom.

— A babcia?

Dorota milczała.

— Nie wiem, może też nie wiedziała? — Dorota niecierpliwie wzruszyła ramionami.

— Może nie chciała mówić? Nie pytałam, bo nie miałam o tym pojęcia. Zresztą, kiedy umarła, inne sprawy były dla mnie ważne. A swoją drogą — matka popatrzyła uważnie w oczy Karoliny — w ogóle tego nie rozumiem. Zawsze wydawało mi się, że miałam z ojcem dobry kontakt. Widywaliśmy się przecież co jakiś czas, dzwonił prawie co tydzień, a ostatnio nawet częściej… Zresztą, wiesz. I nigdy nawet nie wspomniał. Pomyśl, czy tobie też nie powiedział? Może cos tam przy okazji? Może zapomniałaś?

Karolina pokręciła głową. Nie mówił, poza tym jakoś inaczej widziała te kontakty własnej matki i dziadka. Wydawało jej się, że były dość oschłe. Owszem, widywali się, rozmawiali, ale zdawkowo, bez zwierzeń. Dorota mówiła, że wszystko dobrze, że ma dużo pracy, że jest zmęczona… Nigdy nic osobistego. Omawiała z dziadkiem tylko najważniejsze sprawy. On odpowiadał, że u niego też dobrze, że nie jest zmęczony, że gdzieś tam jedzie, ale chyba nie mówił dokąd, a one z mamą specjalnie nie pytały. Zapraszał do siebie, Dorota wymawiała się pracą, Karolina studiami, ale od jakiegoś czasu raz w roku jeździła do niego na parę dni.

— Jakie tam ”zapraszam do siebie”, od dwudziestu lat, a może nawet więcej, twój dziadek wynajmuje mieszkanie. To jest takie — szukała właściwego słowa — niestosowne. Człowiek z osiemdziesiątką na karku, z całkiem niezłą emeryturą, jakimiś sporymi oszczędnościami nie ma nic swojego — Dorota zżymała się, ilekroć rozmawiały o jego zaproszeniu.

Teraz okazało się, że miał i ta wiadomość spadła na matkę Karoliny jak grom z jasnego nieba. Śmierć dziadka zaskoczyła je równie mocno i boleśnie. Ostatnio czuł się doskonale. Udało mu się nawet wymusić ich odwiedziny. Przyjechały na jedną noc. Właściwie nie ruszyli się z kanapy pijąc wino i gadając do późnej nocy. Było tak miło, że Dorota nawet zdobyła się na odwagę i powiedziała:

— Smutno tu u ciebie tato, kiedyś lubiłeś kwiaty, teraz masz puste parapety.

— Nie kwiaty, tylko kaktusy — zażartował dziadek.

Karolina dopiero wtedy zdała sobie sprawę, co najbardziej przeszkadzało jej w domu dziadka: brak jakichkolwiek bibelotów, pamiątek, zdjęć. Właściwie zauważyła to już wcześniej, ale jedynie dotknęła tej myśli, a potem oswoiła ją na tyle, że stała się niezauważalna. Było u niego jak w typowym, wynajętym mieszkaniu, a może nawet wynajętym na chwilę pokoju hotelowym. Tamtego wieczoru zupełnie niepotrzebnie wyrwało jej się zdanie, powiedziała je chyba za siebie i matkę.

— To może chociaż kaktusy postawiłbyś na parapecie, tu wieje pustką…

Zamilkła przestraszona. W pierwszej chwili zbył tę uwagę milczeniem, ale potem powiedział:

— Jak u starego człowieka.

Oburzyły się obydwie, gwałtownie i szczerze. Dorota nawet wyciągnęła w nieznanym jej czułym geście ramiona.

— Nie mów tak, nie to miałam na myśli, a właściwie sama nie wiem co. Każdy mieszka jak lubi. Ja się systematycznie zagracam.

Dziadek odwzajemnił jej uścisk. Nagle jednak wydało się im, że nie mają już o czym rozmawiać. Chłód nocy wdarł się do pokoju. Dziadek zamknął uchylone okno i całując je na dobranoc poszedł spać. Siedziały jeszcze przez kilka minut w milczeniu. Matka rozglądała się po ścianach, jakby czegoś szukając.

— Można powiedzieć — człowiek znikąd, szepnęła raczej do siebie niż córki.

Więcej się nie widzieli. Karolina miała odwiedzić go wczesną jesienią, ale najpierw dziadek gdzieś wyjechał, potem ona nie mogła wziąć ani jednego dnia urlopu, a wszystkie weekendy miała całkowicie zajęte. Dziadek zatelefonował tuż przed Bożym Narodzeniem żartobliwie oznajmiając, że tego roku uwolni je od swojego towarzystwa, bo wyjeżdża do starego przyjaciela. Dzwonił do niej, nie do Doroty, co było trochę dziwne.

— Spotkamy się po powrocie — zapewniał.

— Znam go? Tego przyjaciela? — spytała zupełnie bez sensu, bo chyba w ogóle nie znała znajomych dziadka.

— Nie, to przyjaciel z dawnych lat. Rzadko go widuję. Nie opowiadałem ci o nim.

— Ale opowiesz?

Nie czekała na odpowiedź, przez głowę przeleciała jej myśl, jak niewiele wiedziała o swoim dziadku, ale to wydało jej się akurat naturalne. Powiedziała jeszcze, że jej przykro. Spytała, czy niczego nie da się zmienić.

— Przecież wiesz, jak to jest — dziadek wydawał się radosny ale i nieco zniecierpliwiony — trzeba pielęgnować stare znajomości. Zwłaszcza w moim wieku…

Nie spodobały jej się te słowa, usłyszała w nich coś, czego na pewno wolała nie słyszeć.

— Czy coś ci będzie potrzebne? — spytała.

— Mam wszystko, uściskaj ode mnie mamę i wreszcie odpocznij — powiedział już wesoło.

— Nie próbowałeś się z nią skontaktować? — zapytała.

— Nie — rozśmieszył ją ton jego głosu — ona ma albo zajęty albo wyłączony telefon. Poza tym nie bardzo chce mi się jej tłumaczyć. Wiesz, jaka jest dociekliwa.

— Trudno, będę musiała cię jakoś usprawiedliwić.

— Na to liczę.

— Odezwij się jak będziesz na miejscu.

— Pewnie, całusy.

Bez rozdziału

Basia chodziła z kąta w kąt. Nie mogła skupić myśli. Od trzech tygodni czekała na list. Co mogło się stać? Może to ona pomyliła adres? Może przekręciła cyfrę w numerze domu? Gdyby nawet tak, to przecież on powinien napisać. Zaniepokoić się, że nie ma od niej wieści. A tu nic. Zbliżał się koniec wakacji. Powinna pomyśleć co dalej, poszukać jakiejś stancji blisko uczelni, ale nie miała na to siły. Dopóki nie dostanie tego listu, nie ruszy się z miejsca. A może on zamierza przyjechać? Nie odpisał, by zrobić jej niespodziankę? Wiedziała, że ta myśl jest niedorzeczna, a jednak uczepiła jej się przez chwilę. Podłoga pod stopami skrzypiała niemiłosiernie. Wydało jej się, że wyraźnie słyszy: już nie, już nie… Wyjęła z szuflady biurka białą kartkę i zaczęła szkicować jego twarz. Miała kilkanaście takich portretów. Może tym razem powinna namalować portret w oleju? Twarz, której każdą linię znała na pamięć, miałaby swoją naturalną wielkość, kolor. Powiesiłaby obraz na ścianie z podpisem: „Nieznajomy“ — w ten sposób pozbywając się wścibskich pytań matki, ojca, każdego… Szybkimi ruchami obok twarzy mężczyzny dorysowała swoją. My — pomyślała z zadowoleniem. Jaka ładna z nas para… Na dole usłyszała kroki. Ktoś wchodził po schodach. Wrzuciła szkic do szuflady i zamknęła ją ruchem bioder. Usłyszała pukanie.

— Basia, mogę? Twoja mama mówi, że już się obudziłaś.

Otworzyła drzwi i zmusiła się do uśmiechu.

— Wchodź, wstałam przed chwilą.

Musiała skłamać, bo była wciąż w koszuli nocnej, ze zmierzwionymi włosami, które miała umyć jeszcze wczoraj. Nieco skrępowana szybko zaplotła je w warkocz. Anka wyglądała jak spod igły.

— Jedziemy za pół godziny poopalać się nad jezioro. Świetna pogoda, chłopaki załatwili dwie łódki, szykuj się.

Basia patrzyła na przyjaciółkę ze zdziwieniem, czy ona coś w ogóle rozumie? Jaka plaża, jakie łódki, gdy jego nie ma.


Jezioro. Tamtego ranka też wybrali się na plażę. Wczasowicze nigdy nie zaglądali w zakątek leżący za bukowym laskiem. Miejska plaża i molo ciągnęły się po drugiej stronie. Było tam tłoczno, gwarno, czasem pojawiał się ktoś znany, o kim opowiadano w mieście przez następne dni. Z głośników płynęła muzyka a sprzedawcy lodów i wody sodowej przekrzykiwali się wzajemnie. Lubiła tam bywać, ale ze znajomymi umawiali się zupełnie gdzie indziej. Piasek był jasny, woda nieco płytsza, ale przezroczysta, wyraźnie było widać kamieniste dno. W upalne dni, gdy leżeli na kraciastych kocach, ciszę przerywał jedynie ich śmiech. Zeszłego lata była taka szczęśliwa. Zaliczyła wszystkie etapy wstępnego egzaminu na studia. Los uśmiechał się do niej szeroko, wierzyła we własny talent i oczyma wyobraźni widziała swoje płótna na prestiżowych wystawach. Kto wie, może nawet w Paryżu? Czuła wręcz zapach terpentyny pomieszany z gwarem uliczek Montmarte, po których spacerowała w marzeniach. I wtedy, na samym początku wakacji przybiegła Anka, machając Basi przed oczyma kostiumem kąpielowym, który ojciec przywiózł jej z NRD.

— Idziemy na plażę, zbieraj się!!!

Krzyczała, pokonując po dwa schodki, żeby szybciej wbiec na górę.

— Spójrz, co mam. Piękny prawda? — powiedziała z lubością przeciągając ręką po śliskim materiale stanika.

Basia jednak ją zaskoczyła. Swój kostium uszyła sama w poprzedni wieczór. Pocięła stary elastyczny sweterek matki i ozdobiła go ufarbowaną w mocnej herbacie bawełnianą koronką.

— No, no… — Anka nie kryła zdumienia — na coś przydają się twoje zdolności, czyli artyści bywają praktyczni.

Kilkanaście minut później spotkali się całą paczką ze starej, maturalnej klasy. Dziewięć osób. Krzysiek na dwa razy zawoził ich nową warszawą ojca, którą ten mu czasami pożyczał. Musieli uważać, aby nie zabrudzić czerwonej tapicerki i nie zarysować karoserii. Kiedy samochód podskakiwał na nierównej drodze bliżej brzegu jeziora, Krzysiek był bliski zawału.

— Ojciec mnie zabije, wysiadajcie tu, macie tylko kilka metrów.

Wysiadali posłusznie, choć narzekaniom nie było końca, a potem szli jeszcze dobre pięć minut.

Tamtego dnia, do którego teraz tak chętnie wracała pamięcią, zostali zaskoczeni widokiem grupki osób opalających się na „ich” plaży. Niezadowoleni rozłożyli swoje koce prawie na samym brzegu. Obcy nie byli z miasteczka, ale jakimś cudem dotarli w to miejsce i najwyraźniej nie zamierzali się nigdzie przenosić. Mieli ze sobą plażową piłkę i badmintona. Basia zdjęła cieniutką sukienkę i poszła sprawdzić temperaturę wody. Po chwili dogoniła ją Anka i dziewczyny.

— Widziałaś, tam jest więcej facetów. A dwóch całkiem, całkiem.

— Starzy… — Basia popatrzyła dyskretnie za plecy Ani.

— Pewnie mają ze dwadzieścia pięć, albo lepiej.

I wtedy on podbiegł do nich. Opalony, roześmiany, pełen wigoru, który jak się potem okazało, zawsze mu towarzyszył.

— Chyba niechcący zajęliśmy wasze miejsce?

— Nie jest nasze, to przecież jezioro — przymilnie odpowiedziała Anka.

— No to mnie uspokoiłaś, bo mieliście takie miny…

Anka i dziewczyny wciąż się uśmiechały. Chłopaki pompowali materace i patrzyli zazdrośnie, że tak szybko poznały się z „obcymi”, ale po chwili rozmawiali już wszyscy. Rzeczywiście byli starsi od nich o kilka lat, większość w tym roku kończyła studia. Ten, który pierwszy ich zaczepił, miał na imię Andrzej. Kiedy późnym popołudniem rozstawali się, Basia czuła, jak z żalu bije jej serce. Zupełnie nie w swoim stylu spytała, czy następnego dnia przyjdą w to samo miejsce. Potwierdzili chóralnie.

Rozdział II

Zostało jej jeszcze tylko kilka kilometrów. Zwolniła i przyglądała się okolicy. Latem na pewno jest tu pięknie. Ciekawiło ją coraz bardziej, co zastanie w N, jak znajdzie tę ulicę, ten dom… Gdzie się zatrzyma? Wjechała w opłotki. Okres świetności miasteczka minął już dawno, ale wszystko wyglądało lepiej niż się spodziewała. Mijała małe hoteliki, oplecione ogródkami pensjonaty o romantycznie brzmiących nazwach: „Mimoza”, „Dorotka”, „Zefir”. O tej porze roku na pewno miały wolne miejsca. Postanowiła zatrzymać się w którymś z nich, a dopiero potem poszukać domu dziadka. Jechała dalej. Krajobraz nieco się zmienił, mijała teraz zaniedbane wille otoczone sporymi ogrodami, które niegdyś zapewne pełne były gości. Dotarła do skrzyżowania i postanowiła skręcić w lewo, tam, gdzie według mapy usytuowane było jezioro. Nie pomyliła się. Ogromna tafla nieruchomej wody oddzielona od ulicy deptakiem była widoczna z daleka. Po kilkudziesięciu metrach natknęła się jednak na zakaz wjazdu i zawróciła. Miasteczko było senne, na ulicach niewielu ludzi niespiesznym krokiem podążało w sobie znane miejsca, grupka młodzieży z plecakami gawędziła na ulicy, pod jakiś zabytkowy budynek zajeżdżały ozdobione balonikami i kwiatami auta z odświętnie ubranymi pasażerami. Odruchowo rozejrzała się za młodą parą. Stali otoczeni wianuszkiem gości. Ślub we wtorek? — zdziwiła się. Zapatrzyła jakoś bezmyślnie i nagle gwałtownie zahamowała tuż za plecami rowerzysty. Mężczyzna zaskoczony odgłosem auta obejrzał się z niepokojem. Wykonała przepraszający gest i zjechała na najbliższy parking. W niewielkim sklepie spożywczym spytała o miejsce do spania i miła dziewczyna poleciła jej pensjonat dwie ulice dalej.

— Widziała pani ślub? — zapytała.

— Widziałam, dziwi mnie, że w środku tygodnia.

— Wylatują pojutrze do Stanów, na stałe, a podobno nagle się zdecydowali.

— Wiele osób stad wyjeżdża?

— Teraz już nie, mam nawet wrażenie, że wiele wraca, przyjeżdżają nowi. O, do tamtego domu wprowadzili się przed zimą tacy młodzi z dziećmi. Bardzo sympatyczni, wiem, bo robią u mnie zakupy. Ale kiedyś wyjeżdżali, właścicielka pensjonatu, pani Renatka, też wyjechała na kilka lat, ale znów tu jest. Trafi pani? Za sklepem trzeba skręcić w lewo, taki niewielki drewniany budynek, ale ładnie się nazywa”Zapach lata”.

Dojechała bez trudu i wynajęła pokój. Właścicielka, starsza pani uczesana w wysoko spięty kok, zapewniała, że zwykle jest słoneczny, nasycony dobrą energią, choć tego dnia nie da się pewnie jej zauważyć. Karolina jednak zupełnie to nie przeszkadzało, wyciągnęła dowód osobisty i zaczęła wypełniać formularz.

— Na ile nocy? — spytała kobieta z nadzieją w głosie, sezon się jeszcze nie zaczął i każdy wczasowicz był cenny. — Bo rozumiem, że przyjechała pani na odpoczynek?

— Niezupełnie, na razie dwie, a potem zobaczymy — Karolina nie zamierzała wyjawiać celu przyjazdu, choć była pewna, że i tak wkrótce pół miasteczka będzie o tym gadało.

— Brzmi tajemniczo — właścicielka hoteliku nie umiała ukryć rozczarowania.

— Kiedyś pensjonat pękał w szwach, a teraz, miasto przestało być modne i tyle, chociaż chyba coś drgnęło — powiedziała raczej do siebie i wskazała ręką schody — na pięterku, drugie drzwi, pod czwórką.

Karolina uśmiechnęła się szeroko.

— Wytłumaczy mi pani, jak najłatwiej dojść na Ogrodową?

— Oczywiście, od pensjonatu to dość daleko, jakieś dwa kilometry. Za kościołem, wieżę widać stąd — kobieta wyciągnęła rękę w stronę oszklonej werandy — potem na skrzyżowaniu w lewo i do końca. A kogo pani szuka? Znam tam kilka osób, może będzie łatwiej wytłumaczyć?

— Dziękuję, poradzę sobie — Karolina uśmiechnęła się szeroko i zaczęła wchodzić po schodach. Pokój miał wzorzyste, kolorowe zasłony i wygodne łóżko. Karolina zajrzała do łazienki: była czysta i dość duża. Dobry wybór — pomyślała. Rozpakowała niewielką torbę, zmieniła kurtkę na nieprzemakalną, bo wydawało jej się, że może zacząć padać i wyszła na zewnątrz. Spojrzała na zegarek: matka powinna już być wolna.

— No to dojechałam mamo. Właśnie wyszłam z pokoju, wynajęłam w samym centrum i idę szukać domu.

Wydało jej się, że Dorota jest jakaś przygaszona.

— Coś się stało, masz taki głos? — spytała.

— Nic, myślę, czy potrzebnie tam pojechałaś. Może trzeba było zlecić komuś na miejscu?

— Wszystko dobrze. Zwiedzę miasteczko, kiedyś musiało chyba być tu naprawdę ładnie. Teraz też nie jest najgorzej. Zadzwonię, kiedy dotrę do celu i zobaczę, jak to wszystko wygląda. Przyślę ci zdjęcie.

— Dobrze, nie mogę się zdecydować, czy jestem ciekawa — Dorota zaśmiała się w słuchawkę.

Ruszyła powoli, rozglądając się z zainteresowaniem. Wszędzie widziała resztki dawnej świetności: zamknięte na głucho kino, teraz pewnie wykorzystywane tylko w sezonie letnim, restaurację z ogromnym neonem, który też być może błyszczy jedynie w upalne wieczory, jakiś przeszkolony pawilon obok fontanny. Minęła kilka drewnianych nieco zaniedbanych willi, po prawej stronie rozciągał się park. Przez moment miała ochotę przejść alejkami, ale wczesna wiosna jeszcze nie rozbudziła drzew i park, a przynajmniej ta jego widoczna część, wyglądał dość smutno. Poszła dalej. Minęła kościół i bez trudu znalazła się tam, gdzie chciała. Ulica Ogrodowa naprawdę rozpoczęła się ogrodami, stare domy tonęły w pniach drzew i gałęziach krzewów. Niektóre z nich już wypuszczały soczyste zielone listki. Domy wydały się Karolinie piękne i mroczne. Większość była zbudowana z brunatnego drewna, dodatkowo pociemniałego od deszczu. Duże okna wychodzące na ulice wydawały się ciekawskimi oczami, łapczywie chłonącymi widoki, nim latem zarośnie je bujna ogrodowa zieleń. Pięknie tu — pomyślała. Przed nią rozciągała się szeroka ulica, a gdzieś tam czekał na nią dom z numerem 27 A, do którego klucz miała w kieszeni.

Bez rozdziału

W dniach, które nastąpiły później Basia i jej paczka zaprzyjaźnili się z obcymi. Poznali ich imiona i polubili. Dwóch chłopaków i dwie pary taszcząc ze sobą koce i dmuchany materac przychodzili codziennie na plażę. Miejscowi mieli dmuchana piłkę i badmintona, ciepłe dni i młodość sprzyjały integracji.

Następnego dnia po pierwszym spotkaniu Basia nie mogła doczekać się kolejnego ranka, podekscytowana spała źle. Jeszcze przed ósmą wpadła do niej roześmiana Ania.

— Lecimy, lecimy jak ćmy. No, co masz taką minę? Nie podobają ci się chłopaki? Dwóch wolnych i nie są za starzy. „Wyruszamy na spotkanie pięknych chwil” — zanuciła przebój Mirskiej, chwytając za ręce Basię.

— Puszczaj, kreci mi się w głowie!

— Już? — Anka nie mogła opanować śmiechu. — A może to ten? Jedyny? Najważniejszy? Zostawiam ci tego gadułę. Tajemniczy blondyn jest mój! Trochę malomówny, ale za to ja się nagadam.

Basia uśmiechnęła się. Podział był właściwy, ale jeszcze nie wiedziała, co z tego wyniknie.

Po trzech dniach była już pewna, że wiele. Kiedy zabierali z plaży starannie wytrzepane ze złocistego piasku ręczniki, Andrzej zapytał cicho:

— Poszłabyś ze mną na spacer po molo?

Chciała odpowiedzieć: z radością, ale tak z emocji zaschło jej w gardle, że tylko kiwnęła głową.

— Przyjdę po ciebie o siódmej, powiesz mi, gdzie mieszkasz?

— Będę o siódmej przy wejściu do parku. Lepiej tam się spotkajmy. Przestraszyła się, że zabrzmiało to głupio.

— Nie trafiłbyś, uliczka się wije i wije — usprawiedliwiła swoje słowa z trudem przełykając przez wysuszone gardło ślinę.

— Dobrze, będę czekał.

Rozdział III

Najtrudniej było z portfelem.

— Weź — Dorocie trzęsły się ręce — nie mam siły go przejrzeć.

Karolina też nie miała. Trzymała sfatygowany skórzany portfel w ręku, czuła jego ciężar.

— Może później? — popatrzyła bezradnie.

— Dobrze, weźmy się za resztę rzeczy.

Matka cały czas płakała, więc Karolinie było dodatkowo przykro. Wiadomość o śmierci dziadka przyszła kilka dni po zimowych feriach. Wróciła właśnie z nart. Wyjazd okazał się towarzyskim niewypałem, choć wiązała z nim spore nadzieje. Siedziały przy kawiarnianym stoliku, umówiły się dosłownie na pół godziny, bo Dorota jak zwykle była zarzucona pracą.

— Zobaczę cię przez chwilę i jakoś doczekamy do przyszłej soboty — zażartowała. Karolina opowiadała, jak było, kiedy zadzwonił telefon matki. Była pewna, że to klient, więc pocałowała ją w policzek i już chciała odejść, gdy zauważyła skamieniałe oczy Doroty. Usiadła przerażona.

— Tata nie żyje — wyszeptała.

Po raz pierwszy Dorota nazwała dziadka — tatą. Zawsze mówiła: dziadek, twój dziadek, zadzwoń do dziadka, ucałuj ode mnie dziadka, pozdrów dziadka, powiedz dziadkowi, że jak tylko znajdę chwilę…

Pojechały do niego tego samego dnia wieczorem. Ascetyczne mieszkanie jeszcze bardziej przerażało pustką. Nie potrafiły zostać w nim na noc. Wynajęły hotel i dopiero po pogrzebie przyszły uporządkować rzeczy dziadka. Nie było ich wiele, wyglądało na to, że sam pozbył się prawie wszystkiego. Kilkanaście sztuk odzieży, kilka par butów, kosmetyki, kilka książek.

— A kiedyś były ich setki — Dorota nie mogła pohamować łez.

Przy łóżku w szafce nocnej stało kartonowe pudełko z kilkoma zdjęciami. Karolina rozpoznała na nich babcię, matkę w wieku kilku i kilkunastu lat, samą siebie w komunijnej sukience i czarno–białe bardzo stare zdjęcie, jak się domyśliła, z jakichś wakacji dziadka. Postacie na nim były bardzo małe, ale Karolina bez trudu rozpoznała jego sylwetkę. Podała zdjęcia Dorocie.

— Możesz sobie je wziąć, mam wszystkie oprócz tego — wskazała palcem — spójrz, jaki był tu młody. Chyba jesteś do niego podobna. Ja nie. Mam tyle z twojej babci — Dorota przyglądała się z uwagą zdjęciom swojej matki — oczy, włosy, sylwetkę.

— No nie, jesteś dużo wyższa — Karolina zaprotestowała, żeby choć na moment odciągnąć matkę od czarnych myśli.

— To prawda, ale mam na myśli całość. Zawsze mogłyśmy z babcią pożyczać swoje rzeczy. Ty byś już nie mogła, bo jestes z nas najwyższa, spodnie miałabyś do połowy łydki.

Dorota zdobyła się na żart, ale zaraz spoważniała.

— Czas mija, mimo to wciąż nie mogę pogodzić się, że jej nie ma. A teraz jestem już zupełnie sama.

Karolina oburzyła się gwałtownie.

— A ja? Mamo jak możesz tak mówić, ja jestem.

Matka przytuliła ją bez słowa. Zaczęły dalej porządkować rzeczy. Książki włożyły do kartonowego pudła. Karolina postanowiła zabrać je do siebie.

— Naprawdę ci się przydadzą?

Kiwnęła głową. Skoro z całej biblioteki Dziadek zostawił właśnie te, musiały być ważne. Drugiego dnia po południu skończyły pracę i dopiero wtedy Karolina otworzyła portfel. Czuła jakby wdzierała się do intymnego świata dziadka. Karta płatnicza, prawo jazdy, kilka banknotów i starannie złożona kartka papieru. Poczuła, że jest ważna.

— Mamo, jakaś karteczka, wygląda jak list.

Dorota rzuciła okiem na kilka nakreślonych ręką dziadka zdań i podała ją Karolinie.

— Nic z tego nie rozumiem…

Rozdział IV

Filip spieszył się, chciał zrobić kilka zdjęć na Ogrodowej nim zmieni się słońce. Świeża zieleń drzew i bezchmurny dzień wydały mu się dobrym tłem dla starych, jeszcze przedwojennych willi. Od kilkunastu miesięcy dokumentował odchodzący w niepamięć kurort. Zainteresował swoja pracą lokalnego wydawcę i burmistrza. Miał nadzieję, że album, który powstanie, dobrze odda ciekawą historię miasta i może nieco je turystycznie ożywi. Zaplanował wszystko bardzo dokładnie, zrobił mnóstwo fotografii, wiele starych wciąż poprzynosili mu mieszkańcy, niezwykle zaangażowani w jego pracę. Pozostało wybrać, opisać, dodać ciekawy komentarz. Właściwie tylko i aż tyle. Zmienił obiektyw, przyłożył aparat do oka i nagle zastygł w bezruchu. Zobaczył coś dziwnego: w oknie domu, który od lat był pusty, poruszała się kobieca postać. Było to tak niespodziewane, że aż podszedł bliżej. Dziewczyna, której twarzy nie mógł dojrzeć z daleka, mocowała się z otworzeniem okna. W końcu jej się to udało i popchnęła, otwierające się na zewnątrz, dwie duże szyby. Żeby tylko nie wyleciały z ram — pomyślał i dalej stał nieruchomo, wpatrując się w niewielki piętrowy dom. Daleko mu było do rozsianych na tej ulicy willi, ale szara fasada z niezwykle kunsztownie kutą barierką niewielkiego tarasu, szerokie okna i białe podwójne drzwi wejściowe powodowały, że przyciągał wzrok. Filip zrobił kilka jego ujęć, choć nie miał pewności, czy znajdą się w albumie. Nic nie wiedział o tym domu, poza tym, że przez całe lata był zamknięty. Słyszał, że podobno od czasu do czasu pojawiał się w nim ktoś, dokonywał niezbędnych napraw i wyjeżdżał. Ktoś też musiał w miarę regularnie kosić trawę w ogrodzie, ale ta myśl nie zaprzątała dotąd Filipowi głowy, po prostu ścieżka do drzwi nie była zarośnięta, a liście jesienią zebrane w kopczyki, znikały po jakimś czasie. W domu swoich rodziców, wśród starych fotografii Filip znalazł jedno zdjęcie również tego domu, ale pytany o nie ojciec tylko wzruszył ramionami.

— Dom, jak dom. Nie pamiętam skąd się wzięło.

Teraz jednak Filip nie potrafił oderwać oczu od budynku i tego, co się w nim działo. Po kolei od dołu, aż do góry otwierały się okna dziwnie sterczące na zewnątrz, połyskujące srebrzysto — szarą powierzchnią szyb, jakby budynkowi urosły skrzydła i jakby miał za moment odlecieć. Filip przyłożył do oka aparat i pstryknął kilka zdjęć. Żałował, że nie widział nigdy tego budynku od strony ogrodu. Nie miał nawet pewności, czy tam jest ogród. Tak się jedynie domyślał, że po niewidocznej stronie powinien być. Po chwili usłyszał wydobywającą się z wnętrza muzykę. Ktoś włączył radio. Bardzo cicho, ale niewyraźne dźwięki dotarły do uszu Filipa. Oto uwolniona dusza domu — pomyślał i kliknął jeszcze jedną fotkę.

Rozdział V

Karolina czuła lekki niepokój pomieszany z radością. Świeże ranne powietrze dodawało jej energii. Idąc na Ogrodową wspominała, jak wczorajszego popołudnia dotarła do posesji nr 27A. Patrzyła na dom spod szarej furtki zarośniętej zdziczałym bzem, spoglądała w ciemne otwory okien. Zdziwiło ją, ze trawnik przed domem był jakiś czas temu przystrzyżony, a kilkanaście płyt chodnikowych prowadzących do wejściowych drzwi nie zarosła trawa, zupełnie jakby ktoś się jej, Karoliny, spodziewał. Stała pod niewielką bryłą budynku i myślała, dlaczego dziadek nigdy o nim nie wspomniał, po co była mu ta tajemnica i ten dom? Kto w nim wcześniej mieszkał? Jednym z kluczy otworzyła furtkę, weszła na ścieżkę i wydało jej się, że zmrok zapadł zbyt nagle. Spojrzała na zegarek: była za kwadrans dziewiętnasta. Więc szła tu aż tak długo? Wokół nie paliła się żadna lampa. Nad drzwiami wejściowymi wisiała żarówka w staromodnej drucianej oprawie. Ciekawe, czy działa — pomyślała, ale nie odważyła się wejść do środka, żeby sprawdzić. Mrok gęstniał i dom wydał jej się nieprzyjazny. Wrócę tu jutro –postanowiła. I właśnie rozglądając się ciekawie dookoła, dotykając zimnego metalu kluczy leżących w kieszeni kurtki — wracała w jasnym świetle późnego poranka.

Bez rozdziału

Wszystko toczyło się tak szybko, tak intensywnie. Przestali przychodzić na plażę, kiedy znajdowali się tam wszyscy. Widywali się w innych miejscach, gdzie albo byli w obcym tłumie, albo zupełnie sami. Spędzali ze sobą całe dnie, a one biegły jak szalone. Pod koniec lipca Andrzej musiał wyjechać.

— Skończyły mi się pieniądze — powiedział, gdy siedzieli przytuleni na ławce w parku.

— Muszę wrócić do domu i poprosić ojca.

Poczuła nieprzyjemne ciepło w piersiach i nie wiedziała, co powiedzieć. Pieniądze, że też wcześniej o nich nie pomyślała. Andrzej musiał tu płacić za pokój, jedzenie, lody, kino…

— No, nie martw się — szepnął jej do ucha — zostanę tydzień, góra dwa w domu, pomogę tacie, ma taki mały warsztat, i wrócę.

Teraz dopiero zdała sobie sprawę, że nic o nim nie wie. Przebywanie obok ukochanego wywoływało w niej dreszcze i to wystarczało. Nie myślała, że jest coś poza ciepłem słońca i ramion. Po powrocie do domu zasypiała odurzona jego obecnością i … zaczynała nowy dzień. Te słowa, które wypowiedział przed chwilą, wywołały w niej lęk.

— Jak to? — spytała.

— Normalnie, pomogę mu przez parę dni, powiem, że się zakochałem — roześmiał się zaglądając jej w oczy — wytłumaczę, jaką jesteś piękną dziewczyną i przyjadę znów. Obiecuję, że zostanę do końca wakacji.

— A jak się nie zgodzi?

— Zgodzi. Przede mną trudny rok i to przeklęte wojsko — zachmurzył się, ale trwało to chwilę. — Więc należy mi się odpoczynek, pobyt właśnie tu do końca wakacji, co ty na to?

Co ona na to? Była przerażona, że on wyjedzie, że może nie wróci.

— Napiszesz? Zaraz po przyjeździe?

— Pewnie, tego samego dnia. Obiecuję, no już, uśmiechnij się. Tego wieczoru ściskała go za rękę sparaliżowana tęsknotą, choć jeszcze był obok niej.

Rozdział VI

Kilka miesięcy wcześniej Filip długo nie potrafił zdecydować, co zrobić z własnym życiem. W Warszawie miał coraz lepsze perspektywy i właściwie wszystko układało się po jego myśli. Jednak, gdy telefonował do ojca i w słuchawce słyszał jego coraz bardziej starzejący się głos, miał wyrzuty sumienia. Sam nie wiedział dlaczego. Przecież to normalne, że każdy z nich żyje swoim życiem. Ojciec zresztą też mu to ciągle powtarzał.

— Radzę sobie synu. Przecież wiesz, że od lat doskonale sobie daję radę. Myśl o sobie, szukaj żony, a może już masz kogoś na oku? — żartował.

Od kilku lat, czyli od śmierci mamy widywali się częściej. Filipowi wydawało się, że ojciec jakoś się pozbierał, jednak z upływem czasu miał coraz więcej wątpliwości. Gdy byli w N. obydwoje, nie musiał się o nich martwić… W listopadzie, tuż po Wszystkich Świętych zatelefonował sąsiad i przepraszając Filipa, za marnowanie mu czasu powiedział, że okradziono dom jego rodziców. Ojciec był wtedy na cmentarzu.

— Proszę nie mówić tacie — że to ja pana poinformowałem, miałby do mnie żal, a czasem gramy w warcaby, więc sam pan rozumie. Pański ojciec nie chce nikomu robić kłopotu, ale ja uważam, że potrzebne mu wsparcie.

Następnego ranka Filip spakował kilka najpotrzebniejszych rzeczy, wsadził do auta aparat i pojechał do N. Z drogi zadzwonił do Justyny, niewiele go wprawdzie z nią łączyło, ale znajomi uważali ich za parę.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 37.16