E-book
5.61
drukowana A5
25.16
Motyl Pana

Bezpłatny fragment - Motyl Pana


Objętość:
161 str.
ISBN:
978-83-8155-113-7
E-book
za 5.61
drukowana A5
za 25.16

„I ujrzałem innego potężnego anioła,

jak zstępował z nieba,

przyobleczony w obłok,

i tęcza była nad jego głową,

a oblicze jego było jak słońce,

a nogi jego jak słupy ognia,

i miał w prawej ręce otwartą książeczkę.

(…)

Poszedłem więc do anioła,

mówiąc mu, by dał mi książeczkę.

I rzecze mi:

«Weź i połknij ją, a napełni wnętrzności twe goryczą,

lecz w ustach twych będzie słodka jak miód».”

(Ap, 10, 1—9)


Wstęp

W życiu każdego z nas, przychodzi moment, w którym pragniemy coś zmienić. Czasami chwila refleksji przychodzi wraz z trudną chwilą, czasami pojawia się niespodziewanie.


Ta książka powstała po to, aby uświadomić Wam, że warto zmienić życie na lepsze i poszukiwać własnej drogi. Razem możemy uczynić ten świat lepszym i piękniejszym. Spróbujemy?


Zapraszam do podróży przez świat emocji głównej bohaterki, ale także do podróży w głąb siebie. Zachęcam do czytania we własnym tempie, niespiesznie, uważnie. Dzisiejszy świat pędzi, zwolnijcie więc na chwilę i zastanówcie się jakie jest to wasze życie.


Zapewne, zastanawiacie się kim jest tytułowy Motyl Pana — to niezwykle wrażliwa, delikatna istota, która żyje pośród nas. W jej skrzydłach lekko poruszających powietrze, odbija się wielkość Boga. Czyha na nią wiele niebezpieczeństw. Czasami upada, jednak po każdym upadku podnosi się, by wzlecieć ku niebu.


Motylem Pana możesz być Ty, musisz tylko chcieć odbijać w sobie światło wiary i wzlatywać każdego dnia do świętości, zachwycając się tym, co Cię otacza.


***


Cytaty z Pisma Świętego użyte w książce pochodzą z

Biblii Tysiąclecia, Wydanie V, Poznań: Pallottinum, 2016, ISBN 978-83-7014-794-5.

Rebeka

Jesień przyszła szybko. Liście targane wrześniowym wiatrem, raz po raz spadały na ziemię. W locie tańczyły, jakby chciały wykorzystać w pełni swoje ostatnie chwile. Ciemne chmury zasnuły niebo, które jeszcze kilka dni temu rozświetlał blask wesołego, letniego słońca. Z każdym dniem czuć było nadchodzącą zimę. Słońce coraz szybciej kładło się spać, a wieczory stawały się długie i pełne krążących chaotycznie myśli.

Jednego z takich wieczorów Rebeka, siedziała w swoim bujanym fotelu, otulona miękkim, ciepłym, wełnianym kocem, w kolorach tęczy. Na stole paliła się piękna, zdobiona świeca. Jej płomień wesoło tańczył i dawał poczucie ciepła. Po dniu wypełnionym pracą Rebeka lubiła zwolnić i pozwolić myślom krążyć swobodnie. Bujając się delikatnie, wpatrywała się w krople, wolno spływające po szybie. Cieszyła się, że zdążyła wrócić do domu przed deszczem i teraz może go obserwować spod koca, w przytulnym pokoju.

To był ciężki dzień. Pracowała w swoim gabinecie, jak co dzień, poznając tajemnice świata motyli. Uwielbiała swoją pracę, była naukowcem z powołaniem, oddawała się jej niemal zupełnie osiągając coraz więcej i więcej. Dzisiaj pokłóciła się z współpracownikiem. Nie lubiła takich dni, ale ciężko było ich uniknąć, ponieważ jej perfekcyjna natura nie pozwalała na ustąpienie choćby na krok. Mimo tego, że miała w życiu wszystko o czym marzyła, czuła, że czegoś w nim brakuje.

Jej serce cicho wołało o pomoc, o zmianę, jednak Rebeka nie była pewna jakiej zmiany oczekuje. Czuła, że jej życie nie jest pełne, jakby uleciała z niego jakaś ważna cząstka. Nadeszła kolejna jesień, kończył się kolejny rok, a ona coraz bardziej za czymś tęskniła, czegoś potrzebowała, ale nie potrafiła sprecyzować czego. Chciała to znaleźć, ale nie wiedziała gdzie zacząć szukać. Wszystko wokół się zmieniało, a jej życie wciąż pozostawało takie samo.

Była człowiekiem o bardzo wrażliwym sercu, lubiła pomagać innym, a jej pasją były najdelikatniejsze stworzenia ze wszystkich — motyle. Wciąż jednak kuliła się w sobie i czuła się jak w zamkniętym labiryncie, z którego gdzieś jest wyjście, ale jeszcze przed nią ukryte.

Mieszkała w pobliżu kościoła, który często zakłócał jej ciszę nocy. Dzisiaj wyjątkowo, kiedy zegar na wieży kościelnej wybił kolejną godzinę, pomyślała o swojej wierze. Nigdy nie była szczególnie zaangażowana w świat modlitwy. Owszem chodziła kiedyś do kościoła, ale bardziej z przyzwyczajenia, nie zawracając uwagi na to co się wokół dzieje.

Rebeka nawet nie spostrzegła, kiedy jej myśli zaczęły krążyć wokół wiary. Zastanawiała się czy któregoś dnia płomień bożego dziecka w jej sercu nie zgaśnie jak świeca, zdmuchnięta powiewem powietrza. Zdawała sobie sprawę, że już teraz ten płomień ledwo się tli. Kołysała się coraz spokojniej w fotelu, a wzrok utkwiła w swoim ulubionym obrazie.

Na ścianie przed nią wisiało dzieło namalowane przez jej znajomego. Dość sporych rozmiarów płótno pokrywały tysiące malutkich kropeczek, z których każda była tylko jednobarwną kropką, lecz razem tworzyły coś wspaniałego. Obraz przedstawiał motyla siedzącego na płatkach czerwonej róży. Jego wspaniałe skrzydła, zdawały się lekko poruszać. Rebeka lubiła ten obraz, przypominał jej o pięknie lata, w czasie którego bez przeszkód mogła obserwować te cudowne stworzenia w swoim różanym ogrodzie. Teraz niemal czuła ten zniewalający zapach różanych płatków znaleziony w zakamarkach pamięci.

Bujając się przy akompaniamencie coraz głośniejszej muzyki deszczu uderzającego o szybę, pomyślała, że chciałaby być jak ten motyl z obrazu. Na tle ciemniejszego otoczenia, olśniewał swoim blaskiem, przyciągał wzrok, a równocześnie był tak skromny, delikatny i niepozorny. Niesamowity kształt jego skrzydeł wprawiał w zachwyt i kierował myśli ku jego stwórcy.

Rebeka nawet nie wiedziała kiedy minęła kolejna godzina. Odpłynęła myślami w przestrzeń, w której czuła się bezpiecznie. Wyrwały ją do rzeczywistości dopiero kolejne dźwięki dzwonów, znajdujących się na kościelnej wieży. Pomyślała, że miejsce, które wybrała na swój dom, nie jest najlepsze, ponieważ dzwony, przeszkadzają jej całkowicie odpłynąć w świat marzeń i zrelaksować się.

Powróciły do niej myśli o tym, że jej życie jest puste mimo tego co osiągnęła. Poczuła wewnątrz dziwny ucisk i dobrze znaną jej tęsknotę. Tęskniła za głębią życia. W chwili obecnej wydawało jej się, że zeszła z drogi jaką iść powinna. Daleka była od natury, lekkości. Pragnęła zanurzyć się w głębi prawdziwego życia, a tymczasem miała wrażenie, że coraz częściej jej czas wypełniają puste rzeczy. Czuła się spętana niewidzialnymi więzami. Mimo osiągnięć, jakaś jej cząstka kuliła się gdzieś w zakamarkach duszy.

Rebeka pomyślała o wszystkim co dzisiaj zrobiła. Jej dzień wypełniała praca i starania o to, aby dowiedzieć się jak najwięcej, jednak to nie wnosiło niczego do jej życia. Jej obowiązki domowe, również wykonywane bo tak trzeba, stawały się coraz bardziej dokuczliwe. Chciała czegoś więcej, nie wiedząc wciąż, na czym to więcej miałoby polegać. Owładnięta pędem współczesności nie zauważała niczego wspaniałego w zwykłej codzienności, którą nie sposób było się pochwalić w kręgach znajomych. W ciągu dnia marnowała wiele czasu na to, aby być na czasie. Sprawdzała po kilka razy co słychać u znajomych na Facebooku, zerkała na strony internetowe z wydarzeniami, sprawdzała maile. Żyła bardzo intensywnie, a teraz to wszystko zdawało jej się bez znaczenia. Każda z tych czynności nawet odrobinę nie przybliżała jej do pełni szczęścia.

Rebeka popatrzyła jeszcze raz na motyla na obrazie. W jej myślach pojawiła się tęsknota do prostego, spokojnego życia. Zapragnęła być wolna jak ten motyl, zachwycać się pięknem kwiatu i żyć tylko po to, aby uszczęśliwiać innych. Ileż by dała, aby ktoś pomógł jej zmienić swoje życie. Nie wiedziała od czego zacząć. Czuła się uwięziona w codzienności.

Dzwony na kościelnej wieży nie dawały za wygraną, zmęczona całym dniem, wyrwana kolejny raz z krainy przemyśleń, zniechęcona i lekko zdenerwowana postanowiła pójść spać. Dźwięk kościelnego dzwonu sprawiał, że coś w niej drgało w inny sposób, nie potrafiła tego nazwać, ale było w tym odczuciu coś niepokojącego, jakby przyzywającego.

Rebeka zgasiła świecę jednym dmuchnięciem, wzięła do ręki swój ulubiony koc i położyła się na łóżku. Mimo wielkiej chęci odpoczynku, nie potrafiła zasnąć, coś nie dawało jej spokoju. Usiadła na brzegu łóżka i zapłakała…

To co czuła w tym momencie było niesamowite, płakała nad sobą, nad swoim życiem, płakała bo uzmysłowiła sobie jak nijakie jest jej życie i jak daleko odsunęła się od Boga. Każda kolejna łza spływająca po jej miękkim policzku obmywała ją, lecz nie uspokajała. Jeszcze kilka minut temu spokojnie siedziała w pokoju, teraz jej drgająca w rytm dzwonu dusza wyrywała się z ciała do innego życia.

Rebeka popatrzyła jeszcze raz na okno obmyte przez deszcz, na zgaszoną na stole świecę, która wciąż tliła się niepozornym światełkiem i czuła, że po tym dniu nic już nie będzie takie jak wcześniej, choć jeszcze nie wiedziała co się zmieni. Czuła, że idą nowe dni, jednak wciąż nie potrafiła odnaleźć się w otaczającym ją świecie. To wszystko wydawało jej się zbyt trudne. Wiedziała tylko, że to wszystko przez kościelny dzwon, który sprawił, że jej dusza zaczęła drgać w rytmie wszechświata, jednak wciąż nie była z nim kompatybilna.

Czuła potrzebę modlitwy, potrzebę której nie rozumiała. Jej dzieciństwo dawno już minęło. Minął czas kiedy klękała wraz z mamą do pacierza. Dzisiaj nie pamiętała słów jakie powinna wypowiedzieć, nie potrafiła się przełamać i uklęknąć przy łóżku. Coś ją powstrzymywało, jakby nie chciało oddać Bogu.

Targana sprzecznymi emocjami Rebeka, wróciła do łóżka. Na miękką atłasową poduszkę wciąż spływały łzy. Była jak dziecko chcące wrócić do domu, lecz nie wiedzące gdzie ten dom jest. Skulona niczym larwa motyla w kokonie wyszeptała:

— Boże, jeśli gdzieś tam jesteś, pomóż mi… Odmień moje życie… Proszę cię, obmyj mnie deszczem swojej łaski i spraw, abym stała się niby motyl — wspaniałe stworzenie, pokazujące twoją wrażliwość i piękno. Boże ratuj, bo jestem już tak daleko od Ciebie, że nie wiem jak wrócić…

Rebeka zasnęła niemal od razu. Spała spokojnie do rana. To była noc bez snów. Poranne promienie słońca zaskoczyły ją, ponieważ jeszcze wczoraj zdawało się, że deszcz nie będzie miał końca. Na wspomnienie wczorajszego wieczoru poczuła ucisk w gardle. Miała wrażenie, że wczorajszy wieczór był snem, a równocześnie czuła, że w jej wnętrzu coś się zmieniło. To było dziwne, przerażające uczucie, które z każdą chwilą się rozrastało. Jednocześnie Rebeka czuła, że nie tylko za oknem wstał nowy, piękny dzień, że również w jej życiu skończył się pewien pochmurny etap i teraz nastał czas na radykalne zmiany. Czuła to, mimo, że od wczorajszego, wrześniowego wieczoru zalanego łzami deszczu, dzieliło ją kilka godzin. Niby nic się nie zmieniło, a jednak pamiętała słowa swojej wyszeptanej, pierwszej od dawna, modlitwy płynącej prosto z serca. To był tak mały krok, a zarazem czuła, jakby przeskoczyła przepaść.

Rebeka wiedziała, że wczoraj pod wpływem chwili, zaprosiła Boga do swojego życia. Czuła jego obecność, choć nie potrafiła tego wyjaśnić w żaden naukowy sposób. Zdawało jej się to niemożliwe, a jednak, obecność którą czuła, nie chciała odejść. Rebeka od wczoraj czuła potrzebę uporządkowania swojego życia. To była pierwsza sobota od dawna, kiedy mimo wolnego postanowiła pracować. W jej głowie pojawił się pomysł, że zacznie odgruzowywać swój świat od poddasza, na którym było mnóstwo niepotrzebnych rzeczy. Pomyślała, że jeśli sobie nie poradzi z własnym poddaszem, to tym bardziej nie będzie potrafiła uporządkować własnego życia.

Mimo, że dawno już na strychu nie była, coś ją ciągnęło właśnie w to miejsce. Postanowiła się temu poddać.

Poddasze

Po porannej kawie i śniadaniu zjedzonym z większym niż zwykle skupieniem, Rebeka postanowiła zabrać się do pracy. W domu unosił się ożywczy zapach kawy parzonej z cynamonem, promienie słońca oświetlały wnętrze, a serce Rebeki wyrywało się do nowego życia. Postanowiła sobie, że dzisiejszy dzień będzie początkiem nowej drogi. Miała wrażenie, że wczoraj wieczorem dotarła w swoim życiu do skrzyżowania. Sama musiała podjąć decyzję o tym, którą ścieżką pójdzie dalej. Zaufała swoim przeczuciom, że właśnie ta droga jest tą właściwą, choć inną od szlaku, którym podążała przez lata. Tamten szlak choć bezpieczny nie dawał jej w pełni tego, do czego tęskniła, miała nadzieję, że wczoraj obrana ścieżka, będzie inna.

Rebeka stanęła przed drzwiami na strych. Stare masywne drzwi, zdobione bogato wyrytymi w drewnie ozdobnikami, budziły podziw. Ciężkie, rzadko używane drzwi, otworzyły się z przejmującym skrzypieniem. Nie pamiętała już kiedy ostatnio przez nie przechodziła. Na górę prowadziło 12 wąskich drewnianych schodów, pokrytych znaczną warstwą kurzu. Rebeka zapaliła lampę na naftę, weszła ostrożnie na schody i zamknęła za sobą drzwi. Chciała być sama. Odcięła się od domowników i świata.

Wchodząc ostrożnie po schodach poczuła zapach starych rzeczy. Kto był kiedyś na strychu w starym domu, z pewnością pamięta ten charakterystyczny, przejmujący zapach przedmiotów — świadków dawnych dni. Rebeka poczuła się trochę nieswojo. Półmrok, zapach i ogrom nieznanych zakamarków sprawiły, że w pewnym momencie chciała uciec, wrócić do dobrze znanego sobie pokoju pachnącego kawą z cynamonem, na ulubiony fotel. Czuła obecność jak wczoraj, ale równocześnie czuła coraz większe podświadome kuszenie, że to co robi jest zbędne, niepotrzebne, bez sensu. Dłuższą chwilę walczyła ze sobą. Nie wiedziała od czego zacząć. Obraz zagraconego poddasza przypominał jej o chaosie w jej własnej duszy. Stała w półmroku ogarniając wzrokiem pudła, szafy, półki, mniejsze i większe przedmioty.

Zrezygnowana Rebeka usiadła na ostatnim schodzie i ukryła twarz w dłoniach. To wszystko bardzo wiele ją kosztowało. Z zamyślenia wyrwał ją dziwny dźwięk, jakby tupania. Dźwięk się przemieszczał. Rebeka wstała i już chciała przerażona zbiec na dół, ale strach ją sparaliżował. Zaczęła się rozglądać, jednak wszelkie sprzęty naruszone znakiem czasu, wciąż nieruchomo tkwiły na swoim miejscu. Nagle usłyszała, że cichutkie tupanie przybliża się do niej. Wstrzymała oddech. Tupanie było już tuż obok. Nagle rozległ się dźwięk przyjaznego gruchania, po czym usłyszała szum skrzydeł i wszystko ucichło…

Rebeka uśmiechnęła się do siebie. Tak dawno nie była na strychu, że przeraził ją dźwięk spacerującego po dachu gołębia. Teraz już mogła spokojnie przystąpić do pracy. Wraz z odlatującym ptakiem, pozbyła się również jakiegoś ucisku, lęku, który utkwił głęboko w jej duszy. Była spokojniejsza, lecz nadal nie wiedziała, od czego ma zacząć. Zaniedbane wnętrze przytłaczało ogromem czekającej pracy. Rebeka wiedziała jednak z własnego doświadczenia, że najtrudniej zrobić pierwszy krok. Później krok po kroku można dojść do celu, trzeba jednak zacząć.

Wpatrywała się w przestrzeń analizując co musi zrobić i od czego zacząć, gdy usłyszała przeszywający dźwięk dzwonów z kościelnej wieży. Kolejny raz, wyrwały ją z zamyślenia. Tym razem jednak przypomniała sobie dzięki nim o Bogu i tęsknocie za nim. O tym jak wczoraj prosiła swojego Stwórcę o pomoc w zmienieniu jej dotychczasowego życia.

Pomyślała, że chciałaby być jak motyl, piękny, niezwykły obraz Bożego stworzenia, który zachwyca każdego kto stanie na jego drodze. Tymczasem stała na zakurzonym strychu, w półmroku, czując zapach wywołujący mdłości. Z jednej strony coś jej mówiło, że nie tędy droga, jakby chciało ją przekonać, że lepiej zostawić wszystko tak jak było, z drugiej czuła, że właśnie tutaj, od zagraconego poddasza, powinna zacząć.

Rozmyślając o swoim życiu, postanowiła, że skoro już tutaj jest, czas zabrać się do pracy. Przez maleńki otwór wentylacyjny z boku ściany, zaczęły wpadać do środka nieśmiałe promienie jesiennego słońca. W ich blasku widać było unoszące się drobinki kurzu. Drobinki popychane lekkim powiewem tańczyły unosząc się i opadając. Rebeka pomyślała, że skoro w tak okropnym miejscu jak ten strych, można zobaczyć tak wspaniałe rzeczy, to również w jej pogmatwanej duszy musi być jakaś godna uwagi cząstka. Coraz bardziej tęskniła do zmiany, szczęścia i wewnętrznej równowagi, lecz równocześnie czuła, że to jest jeszcze bardzo daleko od niej, możliwe do osiągnięcia, ale wciąż niedostępne.

Promienie słońca oświetlały niewielki obszar strychu, na samym jego środku. Rebeka postanowiła, że właśnie tam zacznie porządkowanie.. Podeszła bliżej i przysiadła na drewnianej podłodze tuż obok brązowego kartonu ozdobionego wyblakłymi już kwiatami. W tym miejscu oświetlonym przez ożywcze słońce nie było już tak strasznie. Rebeka poczuła się swobodnie. Przetarła dłonią karton. Gruba warstwa kurzu przykrywała piękne białe lilie namalowane farbami. Dobrze wiedziała, że lilia to symbol niewinności, ale i odrodzenia. Były piękne, jednak w jej przekonaniu, nie tak cudowne jak motyle, którymi się zajmowała.

Powoli odkleiła taśmę zabezpieczającą zawartość kartonu przed kurzem. Z wielką ciekawością zajrzała do środka. Zapomniała już, że to pudło stało kiedyś w pokoju na jej komodzie i było skarbnicą najpiękniejszych momentów w jej życiu. Rebeka poczuła radość, że będzie mogła zacząć sprzątanie od pięknych wspomnień.

Zaczęła powoli i z wielkim szacunkiem wyciągać z pudła poszczególne rzeczy. Na samej górze leżał obraz, który otrzymała na pamiątkę sakramentu Bierzmowania. Delikatnie przetarła obraz gołębicy otoczonej złotymi promieniami. Mimowolnie pomyślała o gołębiu, który wprawił ją w przerażenie swoim cichym stąpaniem po dachu. Zdawało jej się, że to nie przypadek, że właśnie wtedy poczuła spokój. Gołębica, białe lilie, ożywcze promienie słońca, poczuła się naprawdę nieswojo. Kolejny raz poczuła obecność czegoś czego nie rozumiała i nie potrafiła nazwać. Przypomniała sobie swoje imię z Bierzmowania. Wybrała imię Debora, ponieważ zawsze marzyła, aby posiąść wielką mądrość i doradzać ludziom. Rebeka pragnęła zostać kimś znanym i cenionym jak Debora, teraz po latach, wiedziała, że to nie daje tak wielkiego szczęścia i nie jest tym czego powinna szukać.

Głębiej w kartonie znalazła album ze zdjęciami. W myślach dziękowała swojej nieżyjącej już mamie za to, że tak starannie pielęgnowała wspomnienia i układała w albumie. Rebeka nie przywiązywała dużej uwagi do pamiątek, jednak teraz cieszyła się z tego co odnalazła na strychu. Drżącymi rękoma otworzyła biały album pokryty naturalną skórą. Wewnątrz, do srebrnych stron, przyklejone były zdjęcia z najważniejszych momentów w jej życiu chrześcijańskim. Nie wiedziała, że jej mama stworzyła taki album. Na pierwszej stronie przeczytała starannie wykaligrafowany napis: „Mojej córce Rebece”. Jej mama z całą pewnością pomyślała o tym, że po wielu latach, odnaleziony album, wywoła wzruszenie większe, niż gdyby ten album leżał na półce wciąż dostępny. Miała rację, z oczu Rebeki popłynęły łzy…

Oglądała w milczeniu i wielkim skupieniu zdjęcia, jak gdyby trzymała w dłoniach najwspanialszy skarb. Wspominała swój Chrzest i zrozumiała, jak wielką łaską było włączenie do wspólnoty i jak bardzo tą wspólnotę zaniedbała. Było jej przykro, że kiedyś jako mała dziewczynka była tak blisko Boga, była taka czysta. Spojrzała na zdjęcie, na którym się słodko uśmiecha, ściskając w rączce swoją białą szatę, jakby jej nie chciała nigdy wypuścić. Teraz jej duchowa biała szata przypominała bardziej podartą szmatę do podłóg, niż ten wspaniały strój podarowany na Chrzcie Świętym. Poczuła ciężar tego jak potraktowała ten wielki dar. Wiedziała, że musi postarać się jakoś przywrócić, choć częściowy blask swojej duszy.

Kolejna część albumu ukazywała jej Pierwszą Komunię. Rebeka spojrzała na zdjęcie na górze strony. Trzymała na nim różaniec i klęczała ze złożonymi rękami wpatrzona w krzyż. Była na tym zdjęciu tak szczęśliwa, całkiem inna niż teraz. Nie rozumiała dlaczego tak trudno dorosłym czuć to co czuli jako dziecko. Pomyślała o swoim różańcu i zrobiło jej się wstyd. Nie wiedziała nawet gdzie teraz jest. Tak dawno nie miała go w dłoni, że już nie pamiętała jak się na nim modlić. Bała się, że jest już tak daleko od Boga, że nie będzie potrafiła do niego wrócić. Poczuła strach, że zmarnowała tyle lat życia.

Ostatni rozdział albumu poświęcony był Bierzmowaniu. Rebeka pamięta jak mówiono, że jest to sakrament dojrzałości chrześcijańskiej. Jeden z najwspanialszych. Pamięta też, że ona tego zupełnie nie czuła. Msza, namaszczenie przez biskupa i koniec. Wtedy nie zdawała sobie zupełnie sprawy z tego co w tym wielkiego, dzisiaj żałowała, że już wtedy nie miała obok siebie właściwego przewodnika, który ożywiłby jej wiarę. Może już wtedy wybrała złą ścieżkę. Może już wtedy straciła dziecięcą radość z tego co ją otacza, zawierzenie i miłość.

Rebeka sięgnęła po raz kolejny do kartonu w białe lilie. Wyciągnęła z niego niewielki obrazek, ukazujący hostię trzymaną w dłoni, na odwrocie widniał napis „Wiara, nadzieja, miłość”. Nie pamiętała już swojej ostatniej Komunii Świętej, nie pamiętała ostatniej Spowiedzi. W jej życiu nie było wiary. Po dłuższym zastanowieniu doszła do wniosku, że również nie było w nim nadziei. Miłość pojawiała się i znikała, jak w życiu każdego z nas. Ludzka silna miłość trwa krótko, później obumiera, lub powszednieje. Rebeka coraz bardziej odczuwała jak wielkie braki ma jej życie. Była jednak wdzięczna swojej mamie za ten niewielki karton, który tak wiele emocji w niej wzbudził.

Kolejny dzwon przypomniał Rebece, że minęła już godzina, a ona miała sprzątać. Rebeka nie miała jednak już na to dzisiaj ochoty. Siedziała przy kartonie oświetlonym nadal promieniami słońca i po raz kolejny przeglądała album ze zdjęciami. Ileż by dała za to, aby móc się stać choć na chwilę tym niewinnym, czystym dzieckiem. Niestety ona już miała zapisanych wiele stron księgi życia. Mimo, że nie ze wszystkiego była dumna, czasu cofnąć nie może. Zaczęła szlochać. Zastanawiała się co po niej zostanie. Myślała o tym, jak piękną historią mogło być jej życie. Teraz jednak nie cofnie już czasu, może jedynie zadbać o to, aby kolejne rozdziały jej księgi życia były zapisane piękniejszą, mniej mroczną historią. W pełni zdawała sobie sprawę, że zmarnowała jakąś szansę, nadal jednak nie wiedziała jak sprawić, aby kolejne strony księgi były inne. Po kilku godzinach na strychu, coraz bardziej czuła co chce osiągnąć, ale równocześnie budził się w niej strach przed tym, że nie da rady tego osiągnąć, że nie wie od czego zacząć.

Rebeka spojrzała ostatni raz na obraz z gołębicą, pogładziła okładkę albumu i schowała wszystko do pudełka. Obiecała sobie, że tym razem nie pozwoli mu zaginąć pośród miliona niepotrzebnych rzeczy. Postanowiła starannie oczyścić karton i postawić go pod swoim ulubionym obrazem na niewielkiej komodzie, aby mogła wracać do tych wspomnień. Delikatnie poukładała swoje skarby i podniosła pudełko. Wstała, rozmasowała zesztywniałe nogi i po raz ostatni ogarnęła wzrokiem swoje poddasze. Wiedziała, że jest tu jeszcze wiele do zrobienia, teraz jednak gdy zrobiła pierwszy krok, wróci tutaj z radością. Kto wie jakie jeszcze skarby odnajdzie podczas dalszych porządków.

Już miała iść, gdy zauważył w miejscu, w którym stał jej karton małą książeczkę. Odstawiła karton przy schodach, aby go nie zapomnieć i podeszła do książeczki. Była niewielka, mieściła się w dłoniach. Rebeka poczuła, że jest to większy skarb niż wszystko co do tej pory znalazła. Czuła, że to coś szczególnego, mimo, że nie wiedziała czym owa książeczka jest. Nie pamiętała jej również, więc raczej nie była to własność jej, ani nikogo z rodziny. Książeczka miała okładkę o miękkiej, przyjemnej w dotyku teksturze. Rebeka z zaciekawieniem zajrzała na pierwszą stronę z nadzieją, że dowie się, czym jest to co znalazła. Przeczytała ręcznie pisane słowa „Wskazówki na drogę”. Rebeka pomyślała, że zapewne to jakaś pamiątka po ludziach, od których jej rodzice kupili dom. Książeczka jednak bardzo ją zainteresowała i postanowiła zabrać ją ze sobą. Włożyła ją do swojego kartonu, podniosła swoje skarby, i ostrożnie schodziła po stromych schodach.

Ciężkie drzwi pożegnały ją skrzypieniem. Strych już nie wzbudzał w niej strachu, bardziej zaciekawienie. Nie potrafiła się doczekać, aż znów będzie miała chwilę i pójdzie odkryć tam coś wspaniałego, a przy okazji, oczyści to miejsce z kurzu zapomnienia.

Rebeka poczuła się dobrze w swoim ulubionym pokoju. Zapach kawy z cynamonem nadal unosił się w powietrzu. O tej porze w domu było cicho i spokojnie. Dobiegające z ulicy odgłosy zakłócały odrobinę ciszę, ale nie tak bardzo, aby uniemożliwić odpoczynek.

Rebeka odstawiła karton na stół i miękką ściereczką, kawałek po kawałku zaczęła delikatnie go oczyszczać. Zajęło jej to sporo czasu, ale udało jej się nie uszkodzić białych lilii, które przy normalnym oświetleniu prezentowały się jeszcze wspanialej. Oczyściła również wnętrze kartonu i poprzecierała swoje pamiątki. Kiedy dotarła do małej książeczki, zauważyła, że na okładce widnieje delikatny, gładki, widoczny jedynie pod światło napis. Rebeka podeszła do okna i wstrzymała oddech. Na okładce niepozornej książeczki widniał napis „Dla Rebeki”. Nie wiedziała dlaczego, ale poczuła lęk. Ta mała książeczka napawała ją niepokojem, choć była jedynie czymś znalezionym na strychu. Było w niej coś, obecność. Coś co sprawiało, że jej dusza drgała w specyficzny sposób.

Rebeka na moment zapomniała o kartonie w białe lilie, usiadła na fotelu i zajrzała do środka książeczki. Zdawało jej się, że to jakiś notatnik. Na każdej stronie znajdował się niewielki cytat, nic więcej, było ich zaledwie kilkanaście. Rebeka postanowiła usiąść i zacząć czytanie od razu, ponieważ ciekawość i duchowy głód nie pozwalały jej odkładać tego na później.

Wskazówka na drogę — 1

„Nie lękaj się, bo Ja jestem z tobą; nie trwóż się, bo Ja jestem twoim Bogiem. Umacniam cię, a także wspomagam, podtrzymuję cię moją prawicą sprawiedliwą. (…)
Albowiem Ja, Pan, twój Bóg, ująłem twą prawicę, mówiąc ci: «Nie lękaj się, przychodzę ci z pomocą.»”

(Iz 41, 10—13)

Rebeka poczuła ulgę, spokój i niewyjaśnioną wdzięczność. Czuła przy sobie obecność Boga. Jednak nie uklęknęła, daleka była jeszcze od tego, aby dać się porwać wierze niby fali na morzu. Bała się, że to co dotąd nie znane wciągnie ją całkowicie i odmieni jej życie. Z jednej strony pragnęła tego z całego serca, chciała, aby jej życie zajaśniało, stało się aromatyczne niczym świeżo mielona kawa i świeże, chrupiące bułeczki z masłem. Z drugiej jednak strony miała obawy przed zmianą. Wiedziała, że Bóg jest, czuła to, jednak trudno było jej zaufać do tego stopnia, aby oddać Mu swoje życie.

Nadal stała na skrzyżowaniu dróg. Droga, którą dobrze znała kusiła, jednak nie był to kierunek, w którym Rebeka pragnęła podążać. Druga ścieżka wydawała się wyboista i pnąca się w górę, sprawiała wrażenie trudnej do pokonania. Równocześnie krajobraz wokół tej stromej ścieżki był olśniewający. Dusza Rebeki rwała się do nowej drogi, coś ją pchało naprzód ku zmianie, a ona nadal tkwiła w miejscu nie potrafiąc się zdecydować, bojąc się.

Wiara od zawsze kojarzyła jej się ze staruszkami, ona jeszcze do tego wieku miała daleko, a mimo to stała przed wyborem. Wiedziała już, że nie musi się bać, że nie jest sama. Jednak w jej głowie kotłowały się myśli, co powiedzą inni, znajomi, przyjaciele… Bała się odrzucenia i wyśmiania, jednak słowa „nie lękaj się, przychodzę ci z pomocą” dodawały jej otuchy. To nie była łatwa do podjęcia decyzja.

Siedziała w bujanym fotelu i zastanawiała się czy ma w sobie wystarczająco dużo siły, aby spróbować iść drogą wiary. Rebeka zdawała sobie sprawę, że jej życie wymaga zmiany, jednak nie była pewna czy to dobry kierunek. W tym momencie wszystko co miała to ta mała książeczka ze wskazówkami. Jeszcze w pełni nie wierzyła, że wiara może jej dać szczęście w życiu i je odmienić. Jej myśli ukształtowane w materialnym świecie, buntowały się przed tym, że cokolwiek duchowego może odmienić rzeczywistość.

W tym momencie znów odezwał się dzwon z kościelnej wieży. Rebeka trwała w jakimś dziwnym stanie, czas jakby zwolnił, a cały świat był bardzo daleko. Skupiła się niemal wyłącznie na sobie i swoich myślach, które teraz błądziły po bezdrożach życia. Dźwięk dzwonów tym razem sprawił, że była bliżej wyboru stromej ścieżki pnącej się w górę. Melodyjne, rytmiczne uderzenia dostrajały jej duszę do otaczającego świata. Rebeka oddychała spokojnie, czuła że nuty płynące z wysokiej wieży popychają ją lekko ku wyborze właściwej drogi. Siedziała jak zahipnotyzowana, wiedziała, że dzisiaj, teraz, w tym momencie musi podjąć jedną z najważniejszych decyzji w swoim życiu.

Rebeka trzymała w dłoniach książeczkę i gładziła jej okładkę. Bardzo chciałaby, aby był przy niej ktoś kto pomoże podjąć decyzję, poprowadzi ją, jednak była sama. To jej życie i musiała poukładać je zgodnie ze sobą.

Kołysała się w swoim ulubionym fotelu i wszystko od niej odpłynęło: stres, strach, napięcie związane z walką o to, aby być najlepszym, na pierwszym miejscu. To czym żyła do tej pory, teraz wydawało jej się nieistotne. Nie miała już siły ani ochoty być najzdolniejszym naukowcem, chciała tylko, aby jej życie nabrało barw i smaku, marzyła o tym aby poczuć się lekko jak motyl, bez balastu jaki nakłada na ramiona współczesny świat, w którym wszystko pędzi i nie ma czasu się zatrzymać. Chciała jak motyl poczuć zapach życia, ogrzać się w promieniach słońca i uszczęśliwić wszystkich wokół. Tak po prostu chciała, aby jej życie miało naprawdę głęboki sens. Nagle przestała się skupiać na swojej karierze, a odkryła miejsca w swojej duszy, do których wcześniej nie zaglądała, zaślepiona chęcią zysku i prestiżu.

Obecność, którą od wczoraj odczuwała, poczuła teraz bardziej realnie. Do tej pory wszystko tłumaczyła sobie nauką, doświadczeniami, obserwacjami, nagle została postawiona w sytuacji, w której nie było nic oprócz wiary, a mimo to była pewność, że Bóg naprawdę jest. Zdała sobie sprawę, że Bóg jest tutaj, obok niej, choć niewidzialny, ale prawdziwy. Do tej pory miała przekonanie, że Bóg jest daleko, nie interesuje się nami, jest odległy i niedostępny. Teraz był przy niej, trzymał za rękę i delikatnie, bez presji, pokazywał możliwość pójścia ścieżką wiodącą do nieba. Dla Rebeki żyjącej w ciągłym napięciu, poganianej przez kolejne terminy, było to nowe doświadczenie. Miała w sobie przekonanie, że Bóg jej nie popchnie, nie pociągnie, ani nie będzie nakłaniał czy zmuszał. Wiedziała, że ma tyle czasu ile potrzebuje, a decyzja należy wyłącznie do niej. Dzięki temu poczuła się bezpieczna.

Ścieżka, którą chciała coraz bardziej podążyć, nie była jak współczesny świat. Nie pasowała do współczesnego świata. Rebeka była już tak zmęczona codziennością, że chciała od niej uciec, ta ścieżka, na którą miała wejść wydawała jej się spokojniejszą, trudno jednak oderwać się od swoich przyzwyczajeń, a wręcz uzależnienia od techniki.

Rebeka poczuła uścisk w żołądku. Zdała sobie sprawę jak bardzo jest uzależniona od Internetu, poszukiwania nowinek, śledzenia poczynań przyjaciół. Jak często to co robi każdego dnia wywołuje w niej coraz większą irytację zamiast przyjemności. Mimo to z braku alternatywy, coraz głębiej zanurzała się w bagno dążenia do ideału, tak bardzo zależało jej, aby inni ją docenili, że zgubiła w tym wszystkim siebie. Każdy krok stawał się coraz trudniejszy, czuła, że to ostatni moment, aby się z tego wyrwać. Te myśli stały się dla niej przełomem. Nagle zobaczyła, że ścieżka po której obecnie idzie wcale nie jest taka bezpieczna i idealna jak uważała. Zauważyła ile zasadzek czyha na każdym kroku. Dostrzegła jeszcze coś, do tej pory nie miała na ścieżce swojego życia żadnego drogowskazu. Błądziła po omacku, czasami się udawało iść w dobrym kierunku, czasami wręcz przeciwnie, kończyło się ogromnym bólem i wyrzutami sumienia lub poczuciem niesprawiedliwości.

Rebeka czuła, że to nie przypadek, że to co dzieje się od kilkunastu godzin w jej życiu jest czymś zamierzonym, że to Bóg daje jej znać, że jeszcze nic straconego, że może wrócić na ścieżkę wiodącą do nieba. Przypomniała sobie, że przecież właśnie o to go wczoraj prosiła, o pomoc, niesamowite było jednak to, że tak szybko została wysłuchana, jakby Bóg tylko czekał, aż go zaprosi do swojego życia, aby mógł działać. Wierzyła coraz mocniej, że ta mała książeczka jest niczym lina, która może ją wyciągnąć z bagna życia. Złapała się mocno myśli, że Bóg jest z nią i postanowiła się przestać bać. Skoro ma zmienić swoje życie, musi się skupić na słuchaniu swojego serca.

Mimowolnie rozsiadła się wygodniej w fotelu, jej ciało stawało się zrelaksowane, wszelkie lęki odfrunęły niczym ptaki. Wiedziała, że to chwilowe, ale oddawała się w pełni tej chwili. Czuła się szczęśliwa. W jednej chwili zaufała Bogu, że ją trzyma i poprowadzi, że musi tylko zaufać. Tak bardzo pragnęła zmiany, że teraz już o niczym innym nie myślała, tylko o tym jak te myśli przeobrazić w realną zmianę. Czuła się jak gąsienica zawinięta w kokon. Jeszcze nie rozumiała, trochę się bała, ale równocześnie czuła, że tak musi być. Rebeka miała nadzieję, że któregoś dnia, uda jej się wydostać z kokonu i stać się prawdziwym motylem, motylem pana, w którego skrzydłach będzie się odbijało piękno i wielkość Stwórcy.

Spojrzała na obraz motyla przed sobą. Te piękne stworzenia w pełni zaufały Bogu. Jakże chciałaby móc tak po prostu dać się ponieść lekkim powiewem wiatru, a nie natłokiem ludzkich zmartwień i wątpliwości. Przypomniała sobie o niezwykłym motylu, o którym nie tak dawno czytała w jednym z pism naukowych, Danaus plexippus, w pełni oddaje się Bożej opiece lecąc tysiące kilometrów z Kanady do Meksyku. Bóg nie zostawił go jednak chaotycznemu przypadkowi w jego wędrówce. Żółto czarny wędrowiec otrzymał niezwykłe czułki, które niczym radary pomagają odnaleźć drogę. Pomaga mu słońce, które Bóg umieścił na jego drodze, choć to on będąc tak małym i delikatnym musi ocenić jego wysokość względem długości i szerokości geograficznej, oraz pory dnia, aby trafić do celu. Jest niesamowitym stworzeniem. Skoro Bóg tak go wyposażył, Rebeka pomyślała, że może i ona ma w sobie jeszcze nie odkryte zdolności.

Pomyślała, jak wiele można się nauczyć od motyla, którego znają nieliczni. Ten malutki owad zadziwia i posłusznie, ale i radośnie wykonuje to do czego został stworzony. O ile więcej wymaga się od ludzi mających uszy do słuchania i rozum do analizowania swoich czynów. O ile piękniejsze byłoby życie, gdyby każdy z nas potrafił w pełnie wykorzystać wskazówki jakie Bóg zostawił na naszej drodze do wieczności.

Mimo tego, że jeszcze przed chwilą Rebeka poczuła ogromną radość z obecności Boga w swoim życiu, teraz doświadczyła czegoś przeciwnego. Zrozumiała, jak wiele znaków przeoczyła, jak mało ufała. Żałowała, że przez te wszystkie minione lata, ani razu nie pomyślała o tym, że Bóg jest przy niej, że nie ma się czego obawiać. Ubrana w lęk i strapienia rzadko dostrzegała innych wokół siebie i to co stworzył dla nas wszystkich Bóg. Jako naukowiec, zagłębia wielkość dzieła stworzenia, wpatruje się w cud natury z kolorowymi skrzydłami, a zupełnie do tej pory nie pomyślała o tym jak wiele można się od tego niepozornego owada nauczyć.

Przypomniała sobie swoją dzisiejszą wyprawę na poddasze, i przerażenie jakie ją ogarnęło z powodu odgłosu cicho stąpającego gołębia. Bóg nad nią czuwa, a ona boi się szmerów, które jej nie zagrażają. Jej umysł zamiast koić nerwy, stwarza obrazy, które ją krępują niczym sznur, które zamykają jej usta i paraliżują. Rebeka postanowiła sobie, że nigdy więcej nie pozwoli, aby lęk wygrał. Musi zacząć myśleć logicznie i z ciekawością czekać co przyniesie każda chwila. Wiedziała, że nie jest sama. Wcześniej tego nie czuła, ale teraz z pełną świadomością mogła to stwierdzić. Gdyby na poddaszu wsłuchała się w dźwięki, tupot maleńkich nóżek mógłby jej sprawić przyjemność. Pozwoliła jednak, aby wygrała ciemna strona jej umysłu, dała się wciągnąć w lawinę myśli.

Rebeka zdała sobie sprawę, że pójście przez życie z Bogiem, będzie łatwiejszą wyprawą, aniżeli samotne podążanie ścieżką przez zagruzowany świat. Teraz wiedziała, że ma przewodnika, który nigdy jej nie opuści. Równocześnie zdała sobie jednak sprawę, że ta sytuacja, wymaga od niej wiele zapału i samozaparcia, bo ten sam Bóg, który jest dla niej schronieniem i przewodnikiem, jest również sędzią, który widzi jej upadki i wzloty, jej potknięcia i próby odbicia się od dna, jej dobre uczynki, ale także zło jakie wyrządza innym.

Rebeka przewróciła stronę drżącymi rękami, miała nadzieję, że znajdzie w tej książeczce mądrość i wskazówki na dalsze, nowe życie.

Wskazówka na drogę — 2

„Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść. Wszystko mi wolno, ale ja niczemu nie oddam się w niewolę.”

(1Kor 6, 12)

Słowa drugiej wskazówki, wydawały się Rebece oczywistością. Nigdy jednak nie zastanawiała się głębiej nad tym co oznaczają. Za oknem, na brązowym parapecie, przysiadł mały wróbel. Szary, niepozorny, ale wolny. Rebeka przez dłuższą chwilę obserwowała ptaka, rozmyślając o wolności. Kołysanie fotela sprawiało, że stawała się spokojna. Zdała sobie sprawę, że zaczęła uważniej obserwować swoje otoczenie.

Miała wrażenie, że Bóg chce ją utwierdzić w przekonaniu, że ma wolną wolę, że nikt jej nie powie, którą ścieżkę życia ma wybrać. Ma pełne prawo wyboru, jednak równocześnie wybór pociąga za sobą konsekwencje. Rebeka poczuła gdzieś w głębi siebie, że wybór jest oczywisty. W tym momencie chciała wybrać to co dla niej korzystniejsze. Wcześniej nie była pewna co jest dobre, teraz postanowiła wybrać nową ścieżkę pnącą się w górę, z nadzieją, że Bóg nadal będzie ją delikatnie popychał we właściwym kierunku i pilnował, aby nie stoczyła się w przepaść.

Rebeka spojrzała na swój ulubiony obraz. Motyle to takie cudowne, wolne stworzenia, ale równocześnie kruche. Pomyślała o wszystkich tych, którzy je łapią dla zabawy, dotykają ich skrzydełek, strzepując z nich pyłek, krzywdzą je. Ludzie tak często nie zauważają, że wolność niby bez granic, ma jednak granice, które sami nadajemy. Nikt nam nie zabroni krzywdzenia innych, jednak pewne czyny przynoszą jedynie zło.

Rebeka zamarzyła o świecie idealnym, w którym zło nie miałoby miejsca, nie z powodu zakazów i nakazów, ale dlatego, że istoty żywe w swej wolność chciałyby służyć i czynić dobro innym. Poczuła jednak smutek. To nie było realne. Przez jej umysł przetoczyły się myśli, że może właśnie tak wygląda niebo, pełne pięknej wolności. Poczuła ogromną tęsknotę i chęć pobiegnięcia w górę wybraną ścieżką. Z bagażem doświadczeń było to jednak trudne. Zdawała sobie sprawę, że wejście na szczyt nie będzie łatwe, jednak zanim dojdzie do kresu swojej ścieżki musi jeszcze wiele naprawić i pozmieniać. Wiedziała, że czekają ją przygotowania. Była gotowa, aby rozpocząć wspinaczkę, która odmieni jej serce.

Kolejny raz z zamyślenia wyrwały ją dzwony z kościelnej wieży. Godziny mijały tak szybko. Rebeka wciąż siedziała w swoim fotelu i pierwszy raz od dawna nie miała w sobie presji aby pędzić. Potrzebowała tej pauzy w życiu. Była dokładnie tam gdzie chciała, nic innego się nie liczyło.

Pomyślała o tych wszystkich momentach kiedy zamiast wybrać dobrze wybierała źle. Było jej wstyd, że chociaż jest istotą myślącą, tak łatwo dawała się manipulować światu. Mnóstwo razy wybierała coś w swej wolności, co nie przynosiło korzyści, a wręcz coś zgoła innego. Przymknęła oczy. W jej myślach zaczęły się przesuwać obrazy z życia, niektóre przelatywały przed jej oczyma, nad innymi zatrzymywała się na dłużej. Czuła, że ta chwila to swego rodzaju rachunek sumienia. Potrzebowała tego. Solidny przegląd sumienia, przed ważną wyprawą. Chciała zamknąć pewien rozdział swojego życia, aby karty jej księgi stały się całkiem inne.

Rebeka pomyślała o tym ile lat nie odwiedzała kościoła, mimo, że mieszka niedaleko. Tak, to była jej decyzja. Próbowała zrzucić odpowiedzialność na rodziców, brak przewodnika duchowego, ale czuła, że w pewnym momencie to ona sama zaczęła wybierać całkiem świadomie oddalanie się od wiary. Czuła się odpowiedzialna za to, że nawet nie próbowała poznać swojego Boga. Teraz dziękowała za wyjątkowy wieczór w jej życiu i skrajnie złe emocje, gdyby nie upadła tak nisko, prawdopodobnie jej życie nadal byłoby bez smaku i wartości.

Teraz już nie czuła się tak spokojna, łzy zaczęły spływać po policzkach. Wiedziała jednak, że nie może się teraz wycofać, musi stanąć w prawdzie przed sobą, aby w pełni oddać swoje życie Bogu.

Kolejny obraz nad którym się zatrzymała, był dla niej jeszcze trudniejszy. Wolność, stawała się dla niej coraz bardziej przytłaczająca. Kiedyś sądziła, że człowiek wolny to szczęśliwy, dzisiaj zdała sobie sprawę, że każdy człowiek jest wolny, ale nie jest to szczęście, a wielka odpowiedzialność. Odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale również za drugiego człowieka. Wiele razy w swej wolności wybierała czynienie zła zamiast dobra. Nie potrafiła nawet zliczyć ile ludzi skrzywdziła złym słowem, swoją złością, niesprawiedliwym osądem. To były jej słowa, nikt jej nie kazał tego robić. Choć nie do końca świadomie, wybierała zło, a przecież mogła wybrać przebaczenie, uśmiech, dobre słowo.

Nie każdy wybór był prosty, ale z czasem nawet najgorszy stawał się tym, do którego się przyzwyczajała i już nawet nie myślała o tym co robi. Ile to razy zamiast z najbliższymi, którzy potrzebowali jej obecności, przebywała w swoim laboratorium skupiona na osiąganiu dobrych wyników i odkryciu czegoś nowego. Nie kierowała nią w tych chwilach miłość i troska. Wybierała pogoń za pieniędzmi, za karierą. Wybierała karierę zamiast rodziny. Dzisiaj już niektórych osób z nią nie ma. Niektóre odeszły do wieczności, inne oddaliły się z powodu tego, że nie można było na niej polegać. Wiele by dała, aby w niektórych wypadkach móc cofnąć czas, to jednak nie jest możliwe. W swojej wolności nie raz dokonała wyborów, które zamiast korzyści, przynosiły ułudę szczęścia i panowania nad swoim życiem.

Patrząc wstecz, Rebeka zrozumiała jak bardzo musi zmienić hierarchię wyznawanych przez siebie wartości. Tak duża zmiana wymaga od niej pełnego skupienia podczas podejmowanych w przyszłości decyzji. Wiedziała o tym, że jest przyzwyczajona do pewnego modelu życia, jej myśli automatycznie dopasowywały się do dawnej hierarchii wartości. Teraz, jeśli naprawdę chce dążyć do zmiany, musi analizować, czy aby na pewno decyzja, którą podejmuje jest zgodna z obraną, nową, życiową ścieżką. Na szczęście należy do osób lubiących wyzwania.

Rebeka już nie starała się nawet zatrzymać spływających z oczu łez. Czuła, że są oczyszczające. Potrzebowała tego, aby zmyć z siebie przeszłość. Jednego była pewna, nie ma odwrotu, nie chce już wracać do tego co było. Pragnie nowego, lepszego życia.

Spojrzała jeszcze raz na obraz przed sobą. Jasny, piękny motyl siedzący na płatku róży zdał jej się teraz smutny. Oczami wyobraźni zobaczyła, jak odlatuje. Nie było to jednak możliwe, był uwięziony na obrazie, pięknym, jednak mającym ciasne ramy. Rebeka pomyślała o swoim życiu. Nagle w jej głowie zrodziła się myśl, że niektóre rzeczy ją ograniczają jak rama. W teorii jest wolna, jednak jej wybory sprawiają, że jej świat staje się coraz bardziej ograniczony, a zamiast wolności niektóre rzeczy sprawiają, że staje się zniewolona.

Jeszcze raz przeczytała słowa drugiej wskazówki. Teraz zrozumiała czego oczekuje od niej Bóg. Poczuła, że musi ze swojego życia usunąć to co ją zniewala. Potrzebowała dłuższej chwili, aby uzmysłowić sobie, co tak naprawdę nakłada na nią ramy. Pierwszą rzeczą jaką dostrzegła był Internet, dający ułudę przestrzeni. Tak często żyła wyłącznie w wirtualnym świecie, czekając na wiadomości z pochwałami, uznanie ze strony znajomych. Zabiegała nieustannie o to, aby być na czasie, aby wszystko wiedzieć, znać nowinki. Niby nie ma w tym nic złego, jednak dostrzegła jak bardzo marnowała wielokrotnie czas, po raz któryś z kolei przeglądając to samo, aby tylko coś jej nie umknęło. Wiele rzeczy robiła z przyzwyczajenia, nie zastanawiając się nad ich sensem. Nie widziała ludzi wokół, idąc wpatrzona w ekran telefonu. Jej świat skurczył się do rozmiarów nowoczesnego urządzenia, które miała przy sobie.

Rebeka zatęskniła do spotkań z ludźmi, do poznawania nowych osób w czasie oczekiwania na autobus. Zatęskniła za uśmiechem do mijanego człowieka, zwykłej ludzkiej życzliwości i spontanicznej pomocy potrzebującym. Wiedziała, że wiele straciła. Żyła nieuważnie i byle jak, byle szybko, byle osiągnąć jak najwięcej. Współczesny świat wydał jej się pusty i smutny, jak gdyby otaczały ją roboty, a nie ludzie.

Czuła, że nie może skupiać się na innych. Nie zmieni nagle świata, ale musi zmienić siebie i swoje zatwardziałe serce. Być może od niej się zacznie, a później jak kawałki domina, poruszy innych. Chciała bardzo stać się przykładem, jasnym motylem w ciemności świata, w którym inni dostrzegą Boga i zapragną zmienić również swoje życie. Wiedziała, że do tego daleko, że na razie jest zaledwie poczwarką motyla. Musi minąć dużo czasu, zanim przejdzie pełne przeobrażenie. Motyl jednak zasypia, ona musi w pełni świadomie, oddać się w ręce rzeźbiarza — Boga, który stworzy z niej swoje nowe dzieło uderzając raz po raz boleśnie dłutem.

Rebeka postanowiła na razie podążać za wskazówkami w małej książeczce, którą trzyma w rękach. Nie miała innego pomysłu na swoje życie. Ta niewielka książeczka, to było wszystko co miała w tej chwili. Chwyciła się więc jej mocno, jej i nadziei, że teraz jej życie będzie stawało się lepsze.

Po tej przeczytanej stronie wiedziała, że musi przewartościować na początek swoje życie. Od razu postanowiła też, że postara się ograniczyć korzystanie z nowoczesnych technologii na rzecz bardziej świadomego życia. W końcu ścieżka, którą wybrała jest wąska i stroma, musi uważnie kroczyć, aby nie spaść w przepaść, w porę dostrzegać czyhające na nią niebezpieczeństwa.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 5.61
drukowana A5
za 25.16