E-book
10.92
drukowana A5
29.85
Mój Kopciuszek

Bezpłatny fragment - Mój Kopciuszek


5
Objętość:
122 str.
ISBN:
978-83-8221-606-6
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 29.85

Z księcia chłop

Dawno, dawno temu było sobie wielkie i potężne królestwo. W królestwie tym na tronie zasiadał bardzo mądry i szanowany król. Miał on syna jedynaka. Ukochanego przez siebie księcia Witolda. Był to chłopiec dobry i posłuszny. Miód na ojcowskim sercu. Miał jednak jedną wadę. Nie lubił pracować. Jak tylko mógł, tak uciekał od obowiązków. Dlatego też król postanowił wysłać swego syna do pracy na wieś, by tam spokorniał i docenił pracę rąk ludzkich. Oczywiście pomysł ten nie spodobał się księciu. Jednak nie miał wyjścia, gdyż nie była to prośba, a królewski rozkaz. I stało się tak, jak chciał król.

Pewnego poranka król przywołał do siebie swego syna. Na rozkaz ojca książę pojawił się w wielkiej sali tronowej, gdzie odbywały się najważniejsze narady i spotkania z dostojnikami. Gdy książę Witold stanął przed królem, odczuł ogromny lęk. W sali tronowej znajdowała się ogromna waliza, która właśnie do niego należała. Wystraszył się, że ojciec naprawdę chce posłać go do chłopów na wieś. Po chwili zastanawiania się nad tym, aż zaczął dygotać. Wtedy król złapał za swoje złote berło i dwukrotnie uderzył nim o marmurową posadzkę. Książę Witold nagle uspokoił się i spojrzał na swego ojca, a ten przemówi do niego w te słowa:


— Synu mój! Jesteś księciem i następcą tronu. Jesteś już młodzieńcem i to w dodatku dobrym. Patrzę na ciebie i widzę, że jesteś blisko królewskiej mądrości. Nigdy jednak nie poznałeś mozołu pracy. Jak tylko możesz, uciekasz od obowiązków. Dlatego też dziś wyjedziesz z pałacu! Opuścisz swój dom! A zamieszkasz z moim przyjacielem, który porzucił bogactwo i poświęcił się pracy.


Królewski syn zaniemówił. Nie wiedział, co ma zrobić. Próbował odpowiedzieć coś ojcu, ale nie mógł znaleźć nawet jednego, odpowiedniego słowa. Król zauważył ogromne zmieszanie syna, lecz nie przejął się nim. Za to zaczął mówić dalej:


— Przyjaciel mój posiada ogromne gospodarstwo pełne zwierząt i drzew owocowych. Tam właśnie synu będziesz pracował. Pozostaniesz tam pod zwierzchnictwem mego przyjaciela i masz mu być posłuszny!


— Ojcze! Ale jak to!? Mam słuchać się jakiegoś chłopa!? — wykrzyczał książę.


— Witoldzie! Jak powiedziałem, to tak też masz uczynić! Zdania nie zmienię! Na dodatek pozostaniesz tam pełny rok! I nie wolno ci wcześniej wrócić do pałacu! Sam po ciebie poślę, gdy przyjdzie czas. — odpowiedział w gromiący sposób król.


Książę Witold nic już nie mówił. Chociaż był zły z powodu takiej decyzji ojca, to wstyd mu się zrobiło, że podniósł głos. Słuchał, więc posłusznie dalej. Rok wyjazdu był dla niego wiecznością, ale to nie była jedyna okrutna decyzja ojca.


— Drogi Witoldzie! To nie wszystko! Mój przyjaciel ma trzy córki. Kiedy po roku przyjedzie po ciebie karoca, to masz do niej wsiąść wraz z jedną, z jego córek, a swoją przyszłą żoną! — powiedział król.


— Ojcze! Królu! Ale jak? Ja! Książę! Mam się ożenić z chłopką? — zdenerwował się książę.


Król zmarszczył brwi. Wstał i ze złością uderzył berłem o posadzkę. Gdy tylko młody następca tronu usłyszał ten huk i zobaczył, jak bardzo rozgniewał ojca, to od razu zamilkł i stanął w bezruchu. Natomiast bardzo zdenerwowany król podszedł do syna i zdjął mu z palca królewski sygnet. Wrócił zaraz na tron i dodał jeszcze:


— Synu! Dość mam już tego! To nie jest moja prośba! To dekret królewski! I ty synu masz go wypełnić! Dziś skromny powóz zawiezie cię bardzo daleko od tego miejsca. Nikt cię tam nie zna i nikomu nie wolno ci powiedzieć kim jesteś! Tylko mój przyjaciel wie o twoim pochodzeniu. Pojedziesz tam, jako jego daleki bratanek i masz mu być posłuszny! A sygnet odzyskasz, gdy wrócisz tu z żoną!


Na tych groźnych słowach król skończył rozmowę z synem. Wstał i wrócił do siebie. Natomiast książę Witold musiał wypełnić królewski dekret. Służący przygotowali dla niego powóz. Nie różnił się on niczym od innych, zwykłych powozów. Po prostu był zwyczajny, bez ozdób i miękkich poduszek. W dodatku połowę miejsca w powozie zajmowała wielka waliza. Brakowało jeszcze tylko księcia. Służący cierpliwie czekali przed pałacem. Powoli zbliżało się południe, a przed zmierzchem musieli być na miejscu. W końcu zszedł. Nie wyglądał jednak jak syn króla, a nawet jak dworzanin. Na podróż dostał od ojca proste, chłopskie ubranie. Bez sygnetu, w prostym ubraniu sam przypominał chłopa. Widok ten bawił służących, ale nie pokazywali tego przy księciu. Po kilku minutach każdy z nich był na swoim miejscu. Woźnica trzymał lejce, paź siedział w powozie, a obok niego książę. Zapowiadała się długa podróż…


Minęło południe. Słońce wśród kilku obłoków górowało nad pędzącym powozem. Pałac, dwór i inne królewskie posiadłości znikły już z zasięgu wzroku. Wokół roztaczały się zielone łąki, a w oddali widać już było las. Książę Witold siedział oparty o okno powozu i ciężko wzdychał. Wśród ogromu zieleni poszukiwał choć trochę znanego sobie kawałka ziemi. Nigdy jednak nie był tak daleko od domu, a wieczorem miał być jeszcze dalej. Ogromny żal ściskał go za serce. Nie mógł zrozumieć, czemu jego własny ojciec, tak go potraktował. Żeby wysyłać syna i to księcia do pracy na wieś…? Szaleństwo! Przynajmniej tak uważał książę. Jego ogromne niezadowolenie zauważył siedzący obok niego paź. Przypatrywał się chwilkę tym ciężkim westchnieniom, a kiedy uznał, że już wystarczy, to zapytał:


— Witoldzie, czy wszystko dobrze?


— Witoldzie!? Jak ty się do mnie zwracasz!? — oburzył się książę.


— Wybacz Wasza Wysokość, ale to rozkaz króla. Póki pozostajesz bratankiem chłopa, mamy zwracać się do ciebie, jak do równego sobie. — odparł spokojnie paź.


Gdy tylko książę to usłyszał, to załamał się jeszcze bardziej. Stracił królewski sygnet, dom w pałacu, a teraz jeszcze swój dostojny tytuł. W dodatku nie mógł nic na to poradzić. Tak bardzo się tym wszystkim zasmucił, że aż łza popłynęła po jego bladym policzku. Jedyną nadzieją na powrót do swojego życia, było dla niego wypełnienie królewskiego dekretu. Im bardziej nad tym myślał, tym bardziej było mu smutno. Ale nie ronił już więcej łez. Otarł tylko nieszczęsny policzek i postanowił, że przestanie o tym myśleć. Być może w drodze przydarzy mu się przygoda? Wciąż jeszcze smutny Witold wyprostował się i odwrócił w stronę uśmiechniętego pazia. Popatrzył na niego i z wielkim ciężarem wysilił się na drobny uśmiech.


— Pytałeś, czy wszystko dobrze… — zaczął mówić.


— Tak, bo jesteś bardzo smutny. — odpowiedział wesoło paź.


Słowa te były dla niedoszłego księcia bardzo trudne. Jeszcze rano wszyscy mówili do niego Wasza Wysokość lub Wasza Książęca Mość, a teraz? Teraz siedział w jakimś starym, chłopskim powozie i paź mówił do niego po imieniu… Witold przełknął ciężko ślinę i próbował udawać, że nic mu nie przeszkadza.


— Wiesz… Nie jest źle. Słońce świeci, ptaszki śpiewają i czeka mnie podróż życia. — odrzekł z udawanym uśmiechem Witold.


— O tak! Podróż życia! I to jaka! — zawołał z nieukrywaną radością paź.


— Tak bardzo cię to cieszy? Ty chyba nawet nie wiesz, po co ja tam jadę… To będzie podróż życia, ale muszę zrobić coś okropnego, żeby z niej wrócić. — odparł zmęczony radością pazia Witold.


— Okropnego? Jak to? Witoldzie! Zobaczysz kawał świata, a w dodatku przywieziesz żonę do pałacu. Może nie wiesz, ale o dekrecie króla wiedzą już wszyscy w pałacu. Zresztą… Czym tak się przejmujesz? — zapytał paź.


Książę spojrzał na swego towarzysza i westchnął głęboko. Poczuł się bardzo zagubiony. Ojciec wysyła go na tułaczkę, a on ma się nie przejmować? I jeszcze żona! Po co mu żona? Mógłby rządzić sam. Tyle już wie. Przecież jest mądry i dobry. Ciągle słyszał to od ojca, a teraz wysyła go na naukę. Pytań było coraz więcej, a brakowało odpowiedzi. Po chwili milczenia Witold postanowił zapytać o to pazia, który jak widać, wiedział więcej, niż powinien.


— Przyjacielu… Powiedz mi, czy wiesz, po co ta podróż? Dlaczego Król wysyła mnie na wieś?


— Oczywiście! Wszyscy o tym wiedzą! — odpowiedział z ogromną radością i dumą paź.


— A powiesz mi? Gdyż ja tego nie wiem… — odparł z niecierpliwością Witold.


— Oczywiście! Przecież, to żadna tajemnica! Król wysyła cię na wieś do pracy, a nie na nauki. Król ma dość twojego lenistwa i uciekania od obowiązków. Nic tylko ciągłe polowania, zabawy, bale i uczty! Byłeś posłuszny królowi we wszystkim, póki nie kazał ci zabrać się za królewskie obowiązki. Przyjaciel króla jest bardzo bogatym hrabią, ale żyje jak chłop. Ceni sobie pracę i posłuszeństwo. Król jest pewien, że jeśli będziesz chciał jeść i pić, to szybko zabierzesz się do pracy! — wytłumaczył niemal na jednym oddechu paź.


— Jeść i pić? Co to znaczy? — zapytał przestraszony Witold.


Paź zaśmiał się głośno, gdy usłyszał to pytanie. Był ciekaw, ile jeszcze spraw umknęło księciu. Gdy jednak spojrzał na jego gniewne spojrzenie, to od razu ucichł i spokojnie odpowiedział:


— Hrabia wyznaje pewną zasadę: Kto nie pracuje, ten nie je.


Ślina ugrzęzła Witoldowi w gardle, nie był w stanie jej przełknąć. Było to dla niego coś strasznego. Jednak zostało jeszcze jedno pytanie, które go dręczyło…


— Po co mi żona? — zapytał, zupełnie nie rozumiejąc woli ojca.


— Po co? No jak to? Zakochasz się, weźmiesz ślub i będziesz szedł przez życie z kochającą cię kobietą. — odpowiedział rozbawiony paź.


— Nie o to pytam. Dlaczego moja żona ma być chłopką? — zapytał jeszcze raz Witold.


— Witoldzie… To nie chłopka, tylko córka Hrabiego! Ale nie martw się, gdyż ma on ich, aż trzy! Z tego, co słyszałem, to wszystkie są bardzo piękne i powabne. Król chce, abyś docenił nie tylko pracę, ale i innych ludzi. Poza tym kobiety znające mozół pracy nie będą chciały lenia. Nie wystarczy im to, że jesteś księciem wykształconym i przystojnym. Wiesz to nie takie proste, ale jak się przyłożysz, to sobie poradzisz. — odpowiedział paź.


Książę już o nic nie pytał. Westchnął głęboko jeszcze raz i spojrzał na mijane krajobrazy. Już żadnych nie poznawał. Nie był też pewny miejsca, do którego zmierzał. Przynajmniej poznał powód złości swego ojca. Do tej pory nie widział w tym nic złego. Mijali kolejne bory, pojedyncze drzewa, puste pola i ogromne jeziora. Wszystko w koło tętniło życiem i było piękne. Jednak z każdą minutą Witold smutniał. Bardzo pragnął wrócić na powrót do pałacu. A był przed nim rok pracy i wybór żony. Tak bardzo chciał być dobrym księciem, dobrym królem… Postanowił chociaż spróbować, by odzyskać przychylność ojca. Tęsknił za nim bardzo i czuł się źle z tym że go zawiódł. Miał przed sobą trudne zadanie, ogromną szansę i postanowił ją wykorzystać.


Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Łąki i lasy zaczęła spowijać czerwona poświata. Świerszcze zaczęły cykać głośniej, a z oddalającego lasu dało się słyszeć pohukiwania sowy. Noc była już blisko. Chłopski, stary powóz dojechał jednak do wsi na czas. Z okien skromnych chat biło już światło świec i domowego ogniska. Przy czarnych, ziemistych drogach paliły się lampy na długich, nieco krętych nogach. Powóz jechał przez wieś. Była ona długa i kręta. Książę wzdychał głęboko, gdyż za chwilę miał rozpocząć bardzo ciężkie i trudne życie. W pewnej chwili powóz się zatrzymał. Witold westchnął raz jeszcze i spojrzał na pazia, by ten otworzył mu drzwi. Paź zaśmiał się i odrzekł:


— Radzisz sobie sam! Wysiadaj, no już!


Książę ciężko przełknął ślinę i sam wysiadł z powozu. Jego oczom ukazał się ogromny dom zbudowany z białego kamienia i ciemnego drzewa. Milczał przez chwilę. Nie spodziewał się takiego domu, a raczej dworu. Król opowiedział mu historię o przyjacielu, który porzucił bogactwo. Natomiast dom i cała posiadłość była godna tytułu hrabiego. Po chwili podziwiania budowli pojawił się sam hrabia — rosły mężczyzna ubrany w białą, czystą koszulę. W dodatku skóra jego była spalona słońcem, a ręce bardzo spracowane, niczym niepodobne do rąk księcia. Hrabia zmierzył wzrokiem swego gościa i przyjaźnie podał mu dłoń na przywitanie.


— Witaj! Mam na imię Henryk. Hrabia Henryk z Podgórza! — odrzekł radośnie.


Witold podał mu dłoń, ale zrobił to bardzo niepewnie. Rzadko podawał komuś dłoń na przywitanie.


— Ja, jestem Witold! Książę… To znaczy, byłem księciem dopóki, ojciec-król nie odebrał mi tytułu… — odpowiedział z przekąsem.


Hrabia Henryk zaśmiał się głośno i tylko pomachał głową. Zaraz też wskazał ręką na drzwi i zaprosił gości do środka.


— Czekaliśmy na was cały dzień. — odparł gospodarz domu. — Tak naprawdę, to nie wiedziałem, kiedy mój drogi bratanku się zjawisz. Jesteś jednak w końcu! I to mnie cieszy.


— Cieszy cię to? Naprawdę? — zapytał zaskoczony gość.


— Oczywiście, że tak! A ty co myślałeś? W końcu przyjechał do mnie syn wspaniałego przyjaciela i to jeszcze do pracy!


— Tak. Do pracy. — odpowiedział smutno młodzieniec.


— Nie martw się. Tu nauczysz się wszystkiego i ojciec twój będzie z ciebie dumny! A przez najbliższy rok będziesz mi najdroższym bratankiem.


Henryk poklepał Witolda po plecach i zaprowadził go do dużego pokoju, w którym czekał zastawiony stół. Młodzieniec chciał usiąść, kiedy po chwili do pokoju weszła żona hrabiego, a za nią trzy córki.


— Mój drogi! Przedstawiam ci mą żonę, hrabinę Zofię. — powiedział z radością hrabia.


Witold ucałował swą nową ciotkę w dłoń. Zaraz też zostały mu przedstawione ich trzy córki. Oczu nie mógł od nich oderwać. Jedna była piękniejsza od drugiej. Panny stanęły przed ojcowskim gościem i ukłoniły się pięknie. Pan domu kolejno przywoływał swe córki i mówił o nich swemu nowemu bratankowi.


— A oto moja najmłodsza córka, Grażyna. W tym roku kończy już osiemnaście lat i jest panną na wydaniu. Oczko w mej głowie. — mówiąc to, Henryk uśmiechnął się z radością do córki.


— A oto moja starsza córka, Elżbieta. W tym roku kończy już dwadzieścia lat i jest panną na wydaniu. Oczko w mej głowie. — mówiąc to, Henryk uśmiechnął się z radością do córki.


— A oto moja najstarsza córka, Zuzanna. Córka mej pierwszej, zmarłej żony. W tym roku kończy już dwadzieścia dwa lata i jest panną na wydaniu. Ciepło na mym sercu. — mówiąc to, Henryk spojrzał na córkę z miłością.


Hrabia wraz z żoną i córkami, a także nowy członek rodziny zasiedli wspólnie do stołu. Zaraz też dołączyli towarzysze Witolda. W drodze żaden z nich nie jadł i byli ogromnie głodni. Wciągali nosami wszystkie zapachy i zajadali się ze smakiem. Niewiele ze sobą mówili. Uczta trwała, aż do północy. Po skończonym, obfitym posiłku książę chciał, aby jego nowy wuj wskazał mu komnatę. Ten jednak poklepał go po plecach i zapytał:


— Mój drogi, spać ci się chce? A powiedz, kolacja ci smakowała?


— Tak! Oczywiście, że tak! — odpowiedział z uśmiechem na twarzy młodzieniec.


— W takim razie cieszy mnie to bardzo! A teraz idź i pomóż służbie sprzątać ze stołu.


Witold myślał, że się przesłyszał i wybałuszył oczy. Chciał coś powiedzieć, ale hrabia odrzekł:


— Służba wskaże ci komnatę, kiedy skończysz. A teraz idź. Dobranoc!


Niedoszły książę cały poczerwieniał ze złości. Przez chwilę nie ruszał się z miejsca. Otworzył usta i już chciał krzyknąć na hrabiego, kiedy przypomniał sobie o ojcowskim rozkazie. Biedny zwiesił ręce i podszedł do stołu. Nie wiedział, co ma zrobić z talerzami, misami, dzbanami i resztkami jedzenia.


— Hrabia kazał ci pomagać! Ruszaj się żwawo! — powiedział jeden ze służących.


— A co mam robić? Nigdy tego nie robiłem! — odpowiedział ze złością Witold.


Po chwili młodzieniec usłyszał śmiech służących i poczuł się okropnie. Nagle ktoś poklepał go po ramieniu i usłyszał zza pleców:


— Dobranoc, Witoldzie.


Był to paź. On i woźnica od razu dostali pokój do spania. A Witold musiał na ten pokój zapracować. Znów zrobił się czerwony. Przełknął ciężko ślinę i z trudem wydukał:


— Czy pokazałby mi ktoś, co mam robić?


— Tak. — odparł spokojnie jeden ze służących.


— Tam jest kuchnia. Weź talerze. Zgarnij z nich resztki do tej misy, a potem zanieś je do kuchni. I wróć zaraz. — powiedział stanowczo służący.


Po krótkiej chwili młodzieniec wrócił i wydawał się być już zmęczonym. Miał nadzieję, że to wystarczy, aby pójść spać. Ale służący szybko go pogonił. Po kolei wydawał polecenia. Dla niedoszłego księcia to było za dużo. Źle się czuł, słysząc, jak ktoś go pogania. Na dodatek był to ktoś bez tytułu, zwykły służący, lokaj, a może pomywacz? Co chwila do rąk Witolda trafiały talerze, misy, dzbany, sztućce, serwety. A kiedy stół był już czysty, to dostał do ręki jeszcze miotłę.


— Pozamiataj tu! Raz, dwa! Chcemy iść spać, a ty okropnie się guzdrzesz… — odrzekł służący, który cały czas rozkazywał Witoldowi.


— Ale jak? — odparł załamany.


Nigdy nie miał w rękach miotły i nie zmiatał jeszcze żadnego pokoju. Nie wiedział, co ma zrobić ze stosem związanych ze sobą gałęzi. Chwilę pukał miotłą o podłogę, a potem zaczął sztywno przesuwać nią po deskach. Męczył się tak przez kilka chwil. W końcu służący zdenerwował się i wyrwał młodzieńcowi miotłę z rąk.


— Gdzieś ty się chował?! Nienormalny jesteś?! — krzyczał.


Odgłosy te usłyszała Zuzanna. Jeszcze nie położyła się spać. Weszła z podwórza do domu i uspokoiła służącego. Zabrała od niego miotłę i z uśmiechem pokazała Witoldowi, jak się zamiata. Szybko się uwinęła i żartobliwie odrzekła:


— Nie ma za co.


Podeszła zaraz do zdenerwowanego służącego i oddała mu miotłę.


— Nie denerwuj się tak Andrzeju. Przecież wiesz, co mówił ojciec o naszym gościu.


Andrzej kiwnął głową na potwierdzenie i ucałował rączki Zuzanny. Po chwili westchnął głęboko i zaprowadził Witolda do jego komnaty. Przeszli przez kuchnię i kolejne pokoje, aż dotarli do ciasnej izby. Było w niej ciemno. Na bardzo małej komodzie stała wypalona już w połowie świeczka, a na podłodze leżała pościel wypchana sianem i stary koc.


— Tu będziesz spał, aż hrabia uzna, że zapracowałeś na lepszy pokój. — odparł Andrzej i odszedł.


Witold stanął jak wryty. Nic jednak nie powiedział. Usiadł na wypchanej sianem pościeli i uronił łzę. Chciał się poskarżyć, pożalić komukolwiek, lecz był w pokoju sam. Służący odszedł i udał się do siebie. Niedoszły książę nie miał wyjścia. Położył się i przykrył starym, wełnianym kocem. Popatrzył chwilę na płomień świecy, który radośnie migał. On był jednak smutny i zmęczony. Wysilił się na mały uśmiech dla siebie i zaraz zasnął.

Praca hartuje serce

Nad hrabiowską wsią powoli wchodziło słońce. Zapach rosy i koszonej trawy powoli docierał do wszystkich komnat przez uchylone okiennice. Woń ta obudziła wczesnym rankiem obolałego Witolda. Pierwszy raz czuł podwórkowe zapachy w swoim pokoju. Do tej pory każdego ranka czuł zapach pieczonych babeczek, bażantów oraz aromatyczne olejki do kąpieli. Niestety dziś nikt nie przygotował mu królewskiej kąpieli. W dodatku za oknem już kręcili się ludzie i strasznie hałasowali. W pewnym momencie do izby Witolda ktoś zapukał. On udawał jednak, że nic nie słyszy i śpi. Pukanie było coraz głośniejsze. W końcu młodzieniec dał za wygraną i rzekł:


— Wejść!


— Wejść!? Haha! — odparł hrabia stojący za drzwiami — Podnoś się i otwórz nicponiu!


Ciężko było Witoldowi być bratankiem hrabiego Henryka. Westchnął ciężko, zwlekł się z posłania i otworzył wujowi drzwi.


— No, mój drogi! Co tak długo? Wszyscy na ciebie czekają! — powiedział hrabia.


— Na mnie? Czemu? — zapytał w odpowiedzi Witold.


— Oj chłopcze… W moim domu śniadanie je wspólnie cała rodzina. Ubieraj się i do jadalni!


Hrabia podał swemu bratankowi ubrania do pracy. Siwą, znoszoną koszulę i luźne, zmiętolone spodnie. Młodzieniec je wziął, ale zamiast się ubrać, to oglądał je z niesmakiem z każdej strony.


— Pomóc ci się ubrać chłopcze? — śmiał się za drzwiami hrabia.


Witold na to nic nie odpowiedział. Cały czas przypominał mu się królewski dekret. W końcu ubrał się i razem z wujem poszedł do jadalni. Przy stole siedziały tylko żona i córki gospodarza, ale towarzyszy księcia nie było. Gospodyni wraz z córkami przywitały się z gościem i zaczęli jeść. Tylko Witold patrzył na stół i nie jadł. Wszyscy oprócz niego mieli na talerzach przeróżne pyszności, a on tylko chleb, masło i kawałek sera.


— Czemu nie jesz? — zapytał wuj.


— Zastanawiałem się, czy służba nie pomyliła talerzy… — odparł młodzieniec.


— Czemu tak uważasz? — zapytał wuj raz jeszcze.


— Wuju… — odparł z przekąsem Witold — tylko ja mam na talerzu jedzenie dla służby…


Wszystkie panny przy stole zaczęły chichotać. Matka uspokoiła córki i powiedziała do bratanka:


— Chłopcze drogi. Służba nie dostaje takich ubogich posiłków. Bądź jednak pewny, że jak będziesz dobrze pracował, to będziesz lepiej jadł.


Książę więcej się nie odezwał. Służba je lepiej niż on! To skandal! Chciał wykrzyczeć to z całych sił, ale nie mógł. Wziął do ręki chleb i ser, nalał sobie trochę mleka, i zaczął jeść. Udawał, że mu smakuje. Czekał tylko chwili, aż będzie mógł odejść od stołu. Po kilku minutach jedzenia hrabia wstał i odrzekł:


— Chłopcze! Koniec tego dobrego! Idziemy do pracy!


Witold jak tylko to usłyszał, to aż zaczął się krztusić. Wuj klepnął bratanka w plecy i powiedział raz jeszcze:


— No już! Koniec wygłupów. Idziemy!


Młodzieniec wziął głęboki oddech i pomyślał, że znalazł się w najgorszym miejscu na ziemi. Po chwili obaj byli na podwórzu. Parobki, hajduki i cała służba hrabiego od rana miała pełne ręce roboty. Wszyscy żwawo rwali się do pracy. Tylko pazia i woźnicy nigdzie nie było widać.


— Gdzie moi towarzysze? — zapytał w końcu książę.


— Wyruszyli do domu twego ojca już z samego rana. Podarowałem im na drogę wałówkę, a oni kazali cię pozdrowić. — odpowiedział hrabia.


— Wałówkę? Po co? — zapytał raz jeszcze zdziwiony młodzieniec.


Hrabia jednak mu nie odpowiedział. Zaprowadził za to Witolda do kurnika. Dał mu do ręki kosz i kazał pozbierać wszystkie jajka. Młodzieniec mało nie osłabł. Zszokowany spojrzał na wuja i zapytał:


— Ja mam tam wejść?


— Tak! Właź i zbieraj jajka. — odparł rozbawiony wuj.


— Przecież tam śmierdzi i jest brudno… I tam są kury… A jak mnie któraś ugryzie?


Gospodarz domu wybuchnął śmiechem. Wepchnął niedoszłego księcia do kurnika i powiedział:

— Kury nie gryzą. A śmierdzieć przestanie, jak wysprzątasz cały kurnik. Zaraz przyślę do ciebie parobka i ci pomoże, ale najpierw zbierz wszystkie jajka.


— Nie umiem… — odpowiedział załamany Witold.


— Oj chłopaczku! Schyl się, pogrzeb w słomie, zajrzyj pod kurę i zbieraj jaja. Tylko ich nie potłucz!


Młodzieniec bardzo się skrzywił. Schylił się i próbował grzebać w słomie, ale robił to bardzo niepewnie. Bał się, że się pobrudzi. W pewnym momencie zepchnął kurę z grzędy, żeby wyciągnąć jajko. A ta zaczęło go dziobać i naraz wszystkie kury narobiły strasznego harmidru, tak że Witold wyskoczył z krzykiem, z kurnika. Zaraz też przybiegli hajducy, żeby zobaczyć, co się stało. A kiedy ujrzeli młodzieńca całego w ptasich piórach, to zaczęli się głośno śmiać. Zbiegły się też córki hrabiego. Grażyna i Elżbieta śmiały się równo z hajdukami.


— I to miałby być kandydat na męża? Haha! — zawołała Grażyna.


— Och przestań! Nawet chłopka by go nie chciała! — śmiała się Elżbieta.


— Uspokójcie się! Koniec zbiegowiska! — zawołała Zuzanna — Hajducy wracać do pracy, a wy siostry nie macie nic do pracy?


Hajducy szybko się uspokoili i wrócili do swoich zajęć. Natomiast Grażyna i Elżbieta rozgniewały się na siostrę.


— Ty nie bądź taka bezczelna! Sama się weź za robotę! — wykrzyczały razem i poszły wachlować się na ganku.


Zuzanna posmutniała, ale nic nie odpowiedziała siostrom. Zabrała koszyk od Witolda i poszła do kurnika.

— No chodź! To nie ja mam zbierać jajka. — mówiąc to, Zuzanna uśmiechnęła się do młodzieńca.


Po chwili kosz był pełen. Zuzanna pokazała Witoldowi jak zbierać jajka i nie spłoszyć kur. Zaśmiała się jeszcze i wróciła do swoich zajęć. Zaraz też przyszedł parobek i tak samo zaśmiał się z młodzieńca. Miał bowiem we włosach pełno słomy i kurzych piór. Przyprowadził jeszcze taczkę, podał Witoldowi widły i powiedział:


— Oj! Ty tu dnia nie dotrwasz…


Minęło południe. Skwar dnia stawał się coraz bardziej uciążliwy, a pracy było coraz więcej. Kurnik, stodoła, obora… Hrabia nie szczędził Witoldowi pracy. Jak tylko skończył sprzątać w jednym miejscu, ten wołał go już w następne. Młody książę był bardzo niepocieszony. Od ściskania wideł, grabi i łopaty, na rękach zrobiły mu się bąble i odciski. W dodatku blada skóra niemalże paliła się na słońcu. Nikt jednak nie zwracał uwagi na młodzieńca. Od czasu do czasu przychodził do niego jeden z parobków, by sprawdzić, czy się nie obija. Hrabia zerkał na Witolda przez uchylone okiennice i uśmiechał się tylko. Miał jeszcze wiele pomysłów na pracę dla swego bratanka. Umiał przygiąć karku. Witold, choć czuł się dotknięty i poniżony pracą, którą wykonywał, to coraz mniej się opierał. Przy ciężkiej pracy nie miał czasu, by użalać się nad swą niedolą. W myślach miał tylko swego ojca i ciepły, wygodny zamek. Bardzo chciał wrócić do łatwego życia i odzyskać przychylność króla. Jednak minął dopiero jeden dzień i jeszcze wiele miał ich przed sobą. W danej chwili musiał skupić się bardziej na swoim zajęciu. Hrabia kazał mu nanieść świeżej słomy dla zwierząt, a potem je nakarmić i napoić. Wszystko zaś pod czujnym okiem parobka.


Gdy zbliżał się wieczór, rodzina hrabiego zaczęła gromadzić się w salonie. Tam miała zostać podana kolacja. Pieczony bażant oraz duszone buraczki. Zapach pysznej kolacji rozchodził się po wszystkich izbach. Dotarł też na podwórze. Witold delektował się choćby samym zapachem. Był pewny, że nie będzie jadł dobrej kolacji. I miał rację. Wuj ponownie chciał uczęstować bratanka chlebem i serem. Gdy zakończył pracę, hrabia wezwał go do swojego gabinetu. Siedział on za ogromną, dębową komodą. Oprócz niej wszystko w gabinecie było bardzo skromne. Witold stanął przed wujem i rzekł:


— Chciałeś mnie widzieć?


— Tak. — odparł hrabia — Umyj się i przyjdź zaraz do salonu. Będziemy jeść kolację. Służba wskaże ci miejsce kąpieli.


— Dobrze. — odpowiedział bardzo zmęczony młodzieniec, po czym zapytał — Będę musiał ją sobie sam przygotować?


— Nie. — odrzekł hrabia — Kąpiel już czeka na ciebie. Zasłużyłeś.


Książę uśmiechnął się lekko do wuja. Skłonił się ładnie i wyszedł z gabinetu. Zaraz też w gabinecie pojawiła się Zuzanna.


— Ojczulku! Chciałam cię o coś zapytać. — powiedziała.


— Mów córeczko. — odparł z uśmiechem hrabia.


— Czemu dałeś Witoldowi dużo więcej pracy niż parobkom? — zapytała.


— Moja kochana córko. Wiesz, że mój przyjaciel przysłał go tu do pracy i na wychowanie. Chciał również, by jedna z was została jego żoną. Muszę więc zadbać o to, by szybko i dobrze nauczył się pracować. Wraz z nią nabędzie pokory i rozumu. Wtedy będę pewny, że oddam jedną z was w dobre ręce. — odparł z troską ojciec Zuzanny.


— Wiem ojczulku. Mówiłeś nam to. Po prostu… — zamilkła.


— Po prostu każdemu chcesz ulżyć w pracy i cierpieniu. Znam cię moje dziecko i wiem, jak troszczysz się o każdego. Twoje siostry szyją, malują obrazy i czytają księgi, a ty byś tylko pracowała. — powiedział z uśmiechem.


— Uczę się ojczulku. Przecież wiesz. — odpowiedziała ojcu Zuzanna.


— Tak. Wiem. — odparł hrabia — Wiem też, że chcesz czegoś jeszcze.


— Tak ojczulku. Witold tyle się napracował. Skoro nie chcesz mu odjąć pracy, to chociaż pozwól mu zjeść z nami przyzwoitą kolację. — poprosiła pięknie Zuzanna.


— Dobrze córko, ale tylko dlatego, że mnie o to poprosiłaś. — odpowiedział córce hrabia.


Zuzanna ucałowała ojca w policzek i wyszła z gabinetu. Po kilku minutach wszyscy zasiedli przy stole w ogromnym salonie. Bażant, buraczki, pyzy i miód czekały na domowników.


— Czy mogę dostać chleb i ser? — zapytał Witold.


Był tak zmęczony, głodny i obolały, że nie zwracał uwagi na to, co będzie jadł. Nawet jeśli miałby być to posiłek godny pomywacza. Dłonie trzęsły mu się ze zmęczenia i były całe czerwone. Trzymał nimi talerz i rozglądał się po stole za posiłkiem dla siebie. Hrabia spojrzał na niego i powiedział:


— Nie będziesz jadł sera. Zjesz bażanta razem z nami.


— Co? Przecież tylko to miałem jeść… — Witold bardzo się zdziwił.


— Podziękuj Zuzannie. To ona uznała, że zapracowałeś na dobry posiłek. — powiedział wuj.


Witold spojrzał na dziewczynę i uśmiechnął się do niej.


— Bardzo Ci dziękuję. — odparł.

Zaraz też rodzina zaczęła jeść. Młodzieniec jadł tak, jakby to był jego pierwszy posiłek od lat. Bardzo się cieszył, że ktoś się za nim wstawił. Siostry Zuzanny nie były jednak tak zadowolone. Krzywo patrzyły na siostrę, a nawet robiły głupie miny. W pewnym momencie odezwała się Grażyna:


— Och! Jaki to piękny gest z twojej strony Zuzanno. Uwielbiasz być w centrum uwagi. Prawda?


— Wiesz, że nie. — odparła Zuzanna.


— Oczywiście, że nie. W końcu to ciebie znów chwalą! — powiedziała ze złością Elżbieta.


Zuzanna nic nie odpowiedziała siostrom. Zrobiło jej się przykro. Grażyna i Elżbieta uwielbiały być złośliwe dla siostry. Wydawało się im, że skutecznie dokuczyły siostrze.


— Jak zrobisz coś godnego pochwały, to wtedy na pewno będziesz w centrum uwagi. Za poniżanie ludzi nie bije się braw! — powiedział Witold, patrząc na Grażynę i Elżbietę.


Siostry oburzyły się. Żona hrabiego natomiast powiedziała ze spokojem:


— Mówisz tak do moich córek i do córek hrabiego. Jak możesz bez powodu tak do nich mówić?


— Wybacz pani. — odpowiedział Książę — Czy jednak nie słyszysz, jak odzywają się do twej najstarszej córki? I powiedz mi pani, czy marnowanie czasu na śmiechy z hajdukami jest godne pochwały?


Żona hrabiego nie odpowiedziała Witoldowi. Grażyna z Elżbietą chciały za to dyskutować dalej. Przerwał im jednak hrabia.


— Bądźcie cicho! Nie wstyd Wam!? Jeszcze chcecie dolać oliwy do ognia? Widziałem wasze wybryki na podwórzu, ale teraz miarka się przebrała. Po kolacji we dwie wysprzątacie salon i kuchnię zamiast służby.


Dziewczęta bardzo się oburzyły. Jednak wiedziały, że spór z ojcem może tylko pogorszyć sprawę. Do końca posiłku przy stole panowała cisza. Zaraz po nim hrabia zabrał ze sobą Witolda i zaprowadził do pewnej izby.


— Mój drogi! Dziś będziesz spać tutaj. Zapracowałeś na ten pokój w czasie kolacji. — powiedział hrabia

.

Po chwili uścisnął dłoń Witolda. Uśmiechnął się do niego i odszedł. Młodzieniec wszedł do izby. Było tam łóżko, szafka i mały dywan na podłodze. Izba ta była dużo przytulniejsza od poprzedniej. Witold bez namysłu zdjął buty i od razu położył się spać. Owinął się miękkim, pachnącym kocem i zamknął oczy. Uśmiechnął się jeszcze i pomyślał o Zuzannie, która mu pomogła. Dzięki niej zjadł sowitą kolację. Ścisnął mocniej koc, poprawił głowę na poduszce i zasnął.

Nieszczęśliwy wypadek

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 29.85