E-book
4.83
drukowana A5
31.67
Mizofobia

Bezpłatny fragment - Mizofobia


5
Objętość:
147 str.
ISBN:
978-83-8155-155-7
E-book
za 4.83
drukowana A5
za 31.67

Patrykowi

Przedmowa

Drogi Przyjacielu

Przyznaję się do winy. Zapomniałam o Tobie. Jakbyś już od paru lat nie istniał, a nie od dwóch miesięcy. Dwa miesiące. Sześćdziesiąt dni. To nic w porównaniu z czekającą Cię wieczną ciemnością. A może wierzyłeś w reinkarnację? W końcu pasjonował Cię wschód. Mam nadzieję, że wróciłeś jako jastrząb ze swojego herbu, którym tak się chlubiłeś. Interesowało Cię seppuku.

W razie mojego zrezygnowania i desperacji oferowałeś usługi mojego prywatnego kaishaku. Jednak dokonałeś wyboru, by skończyć jak Werter. Szanuję. Branie zbyt wielu tabletek nie byłoby godne Ciebie, Twojego honoru i tytułu. Nie byłaby to śmierć literacka, lecz zwyczajna i brzydka.

Kiedy usłyszałam o Twoim odejściu, coś we mnie umarło. Pewna część mojego życia — ta, którą usilnie skrywałam przez lata, kiedy nie było Cię w moim świecie. Ta, z którą walczyłam mniej lub bardziej świadomie. Moja wewnętrzna artystka.

Pamiętam, zastanawiałeś się — a może lepiej skądś wziąć pistolet? „Wolałbym mieć pistolet”. Zastrzelić się szybko, dobrze i bezboleśnie. „Ale czemu nie mam pistoletu”. Tylko mi pozostaje Ci pogratulować, Przyjacielu.

Jestem wściekła. Chcę Cię nienawidzić. Łzy cisną się do oczu ze wściekłości przez okrutną nieodwracalność losu.

Byłeś moim pierwszym krytykiem. Wydaje mi się jednak, że byłeś zbyt delikatny w osądach mojego nastoletniego pisarstwa. „Czytaj więcej książek, moja droga Przyjaciółko”, powtarzałeś jak mantrę, gdy słałam kolejne fragmenty. „Masz w sobie coś, co nazywam poetycznym okiem”. Jest to ponoć bardzo rzadki dar, który jest przydatny w pisarstwie. Jest opozycją między „słuchaniem” a „słyszeniem”, „patrzeniem” a „dostrzeganiem”. Nie jest to skupianie się na wszystkich szczegółach, ale wychwytywanie emocjonalnej i sytuacyjnej kwintesencji z tego, co jawi się przed oczami. Chodzi o najprawdziwsze widzenie, ujrzenie tego, co jest sednem chwili. Ciężko wyrazić to słowami, trzeba to czuć.

Zastanawiam się, czy wierzyłeś we mnie z czystej życzliwości, czy naprawdę widziałeś talent w tej zagubionej, zanurzonej w autodestrukcji młodej dziewczynie.

Myślę o Tobie. Myślę o Tobie, kiedy czytam francuskich poetów, których znałeś już pewnie w przedszkolu. Myślę o Tobie, kiedy czytam Marqueza, Cortazara… Nasz realizm magiczny, który miałam kiedyś tworzyć. Nie umiem już tworzyć, nie umiem już czuć świata „bardziej”. Mój talent umarł razem z Tobą. Leży głęboko w ziemi, gnije i niszczeje. Nigdy nie wróci. Płaczę.

„Zapisuję Ci w razie wypadku całe moje duchowe dziedzictwo, zrób z niego dobry użytek. Jednak to na wszelki wypadek! Pamiętaj!”. Płaczę i opadam z sił. Wiem, że nie podołam.

Pamiętasz metalową ważkę, którą mi zrobiłeś jeszcze w liceum? Wstyd Ci ją było mi podarować. Podobno wyszła brzydko, gorzej niż szkofia do kapelusza, którą dostałam od Ciebie na dziewiętnaste urodziny i którą dumnie nosiłam. Oba podarunki wyrwane z zapomnienia leżą na moim biurku. Szkofię szybko zepsułam, nie wiem nawet, jak i dlaczego. Pamiętasz w końcu, jak szalony i intensywny tryb życia wówczas prowadziłam. Gdybyś mógł ujrzeć moje teraźniejsze życie, umarłbyś (ha ha ha) ze śmiechu, a później zasmucił. Ta, która mówiła „miłość to tylko chemia, miłość nie istnieje, my nie istniejemy”, która wolała autodestrukcję od smutnego normalnego życia. Jednak jest coś fascynującego w tej śmiertelnej nudzie. Droga ja dziesięć, osiem, pięć lat temu, złamane serce to nie koniec świata — to początek czegoś dużo lepszego.

Drogi Przyjacielu, który odszedłeś. „Trzeba mieć w sobie chaos, by porodzić gwiazdę tańczącą”, mówił Zaratustra. Czy mój chaos nie zamienił się, aby w cybernetyczny papkowaty bałagan, który nie ma w sobie ani krzty kreatywnej mocy? Dla Ciebie wykopię swój szlachetny chaos i wykorzystam Twoje dziedzictwo w najlepszy możliwy sposób.

I

Alicja nie mogła spać. Ona i jej nowy przyjaciel położyli się w celach rekreacyjnych, co w konsekwencji oznaczało niedobór snu tej nocy. Jako gospodyni musiała mieć jeszcze siłę, by posprzątać ślady po sylwestrowej imprezie. Nieznajomy słodko spał i pochrapywał. Szturchnęła go dosyć mocno. Odwrócił się na bok, a chrapanie ucichło. Patrzyła na niego i myślała o ubiegłym roku. Styczeń minął wręcz niezauważalnie, gdyż zazwyczaj wprost proporcjonalnie do aury, jej życie (zwłaszcza towarzyskie) również zamarza, lutego prawie nie pamięta, w marcu — jak to w marcu — przeżyła apogeum rozwiązłości, a kwiecień i maj były czasem odpoczynku od jakiegokolwiek rodzaju wysiłku emocjonalnego. Lato już dawno przestało być słodkim dziennym lenistwem i nocnym szaleństwem do nieprzytomności. Dopiero co rozpoczęta prawdziwa dorosłość i niesatysfakcjonująca praca zawodowa stawały się nawet znośne dzięki staraniom dotrwania do kolejnego weekendu. Uczyniliśmy z tego pewien sposób na życie.

W listopadzie poznała Pawła. Co prawda jesienią ludzie odczuwają silniejszą potrzebę łączenia się w pary, możliwe, że ma z tym związek deficyt ciepła i światła, ale ciągle był to szary listopad. Nie pamiętała, jak było, gdy go poznała i co czuła, bo praktycznie nie było w tym nic. Jego starania i nadzieje pokładane w tę znajomość smuciły ją. Czuła się nieswojo, gdyż przywykła do samotności i nie było jej z nią źle. Co prawda miała wrażenie, że przydałyby się skoki ciśnienia, zwłaszcza w tak apatyczną porę, ale to nie było takie proste. Kochała swoją wolność. Musiała wszystko dokładnie analizować i upewnić się nim podejmie jakiekolwiek kroki. Piętrzyły się wątpliwości, a to, że on wpadł po uszy, przerażało ją. Nie można przywiązywać się do ludzi zbyt mocno.

Zaznanie błogiego stanu apogeum miłości najwidoczniej nie było jej pisane. Zamiast tego czuła kompletną obojętność. Przygarniała inne osoby do swojego łóżka bez większych wyrzutów sumienia, a wewnętrzny brud zmywała złudzeniami nieistniejącej platonicznej miłości.

Nigdy nie widziała w swojej przyszłości konkretnej osoby. Niby zawsze jakaś w niej była, ale zawsze bez twarzy. Przerażało ją, gdy ktoś mówił o dalekiej przyszłości. Nie chciała słuchać i ucinała temat. Zawsze widziała końcowy punkt w przestrzeni czasowej. Nigdy nie planowała swojego życia dalej niż pół roku w przód. Jednak w tym przypadku mimo swego wymuszanego indywidualizmu i niezależności, przyłapywała się na myśleniu w liczbie mnogiej. Zaczynała obawiać się, że miłość może przerodzić się w końcu w niszczące uzależnienie. Dlatego takie przedsięwzięcia powinno się jak najszybciej kończyć. Zdawała sobie sprawę, że z tego powodu pewnego dnia nieoczekiwanie zostanie sama, telefon będzie milczał, a sama nie będzie wiedziała do kogo zadzwonić.

Zaczęła rozmyślać i przypominać sobie ubiegłe wydarzenia. Nie wiedziała, co powinna czuć, już dawno w tym się pogubiła, ale jednego była pewna — dobrze się stało, że zerwała tę męczącą relację. To był tylko miesiąc, listopadowo–grudniowy romans, ale zdążył ją zmęczyć. Niszczył ją nie tyle ich realny związek, jego jeszcze nie było, tylko teoretyczna postać tejże relacji w jej głowie. Nie cierpiała zobowiązań. Wreszcie zerwała więzy, nie myślała, bawiła się, czasem płakała, nic nie rozumiała.

Wolność zawsze ekscytowała. To nieważne, że się narzuca przypadkowym osobom. Nieistotne, że to bez najmniejszego sensu. Nieistotne też, że po wszystkim musiała z uczuciem przytłaczających wyrzutów sumienia popatrzeć sobie w oczy.

Przypomniała sobie pewną historię. Niegdyś zafascynowana japońską sztuką, jaką jest manga, natrafiła na komiks mało znanego artysty z Hongkongu, który opowiadał o istnieniu drugiej równoległej rzeczywistości, w której żyły sobowtóry osób z pierwszej. Bohater jakimś cudem skontaktował się listownie z sobowtórem swojej partnerki, by ta pomogła mu zażegnać kryzys w związku. Jak później okazało się, jego narzeczona miała kontakt z jego odpowiednikiem, co spowodowało nieoczekiwany ciąg wydarzeń. Zaśmiała się głośno, wyobrażając sobie drugą Alicję.

“I’ll call you.” Trzask drzwi. Chciała i nie chciała, żeby odszedł. Tylko że tak to działa.

Nie ma sensu nawet zapisywać numeru telefonu. To nie jest proste zrozumieć czyjeś wymagania. Powinnaś go przytulać, uśmiechać się, całować, pieprzyć się z nim, kiedy macie ochotę, słuchać, mówić, ranić, przepraszać i wierzyć. Nie potrafiła już wierzyć w swoje własne kłamstwa. Zło mnożyło swoje siły i wypychało dobro. Miała nadzieję, że seksem wyleczy swoje złudzenia, ale to jeszcze pomnożyło obrzydzenie. Zmuszała się, by chociaż na chwilę poczuć czułość. To najczęściej nie był dobry wybór. Marzyła, aby chociaż na chwilę czuć coś prawdziwego, później już mogła się odciąć i żyć jakby nigdy nie istniały żadne więzy.

Pora wstawać. Ból wysadzał jej głowę, a pustynia w ustach mimo ciągłego picia wody była nie do pokonania. Właściwie na ślepo i intuicyjnie podążyła do łazienki.

Zdziwiła się na widok nieznajomego chłopaka w bieliźnie leżącego w kompletnie zarzyganej wannie. Z trudnością podniósł powieki, a jego odrętwiałe usta wymamrotały coś niezrozumiałego.

— Jak się spało? — Alicja zapytała.

— Powiem ci szczerze, że nie wiem. I nie mogę się zdecydować, co mnie bardziej intryguje — fakt, że jestem prawie goły, czy że leżę w czyichś wymiocinach. A może to moje? Nie wiem, nie pamiętam. W zasadzie to nieistotne. Nie ma lepszych i gorszych rzygów, one po prostu są. To nie ma znaczenia, rzygi każdego właściciela są tak samo obrzydliwe. Nie wiesz, gdzie są moje ubrania? To jakiś głupi żart? Czy jak się kąpałem, zasnęło mi się w międzyczasie? Hej, tu ziemia, słyszysz mnie?

— Tak, słyszę. — nie miała ochoty na konwersacje na ten temat, była zajęta wpatrywaniem się w dorodnego grzyba na białym suficie — Masz rację, ale pamiętaj, żeby umyć wannę. Pomóc ci wstać?

Zaczęła szukać w pokoju czystego ręcznika, którym jej towarzysz mógłby się zakryć.

W tym czasie nieznajomy wypłukał prysznicem płyny żołądkowe ze ścian wanny i się wykąpał.

— Próbuję odtworzyć w swojej głowie wydarzenia ubiegłej nocy, ale to jest naprawdę cholernie trudne.

— Kim jesteś? Chyba się nie znamy.

— Sebastian. Pracujemy na tym samym piętrze…

— Naprawdę? Przepraszam. Ja jestem Alicja. — Alicja w końcu wśród ubrudzonych lub podejrzanie pachnących ręczników, znalazła jeden nieskazitelny. — Trzymaj.

Alicja wyszła z łazienki, a ubrany już Sebastian szykował się do wyjścia. Wszyscy inni goście dawno zniknęli. Westchnęła z ulgą, usadowiła się wygodnie na kanapie i włączyła telewizor.

II

Właśnie mijał rok, od kiedy tam pracowała. Nie mogła w to uwierzyć, ale kalendarz się nie mógł mylić. Ten rok wydawał się Alicji równocześnie tygodniem i dekadą, w zależności jak na ten czas spojrzymy. 121 meeting z team leaderem widniała w tabelce z dzisiejszym dniem. Chwila prawdy. Może dostanie podwyżkę?

Rok. Tak krótko i tak długo. Ma jeszcze czas, żeby zdecydować, co robić w życiu. Teraz nie miała zielonego pojęcia. W końcu życie od weekendu do weekendu nie służy takim rozmyślaniom. Bezmyślne całodniowe klepanie raportów, by osiągnąć target i przynajmniej 80% productivity bardziej prowokuje odmóżdżenie, niż kreatywne pomysły.

Nie lubiła swojej pracy. W gorsze dni miała ochotę wyskoczyć przez okno, w lepsze, gdy antydepresanty działały skuteczniej, miała to po prostu gdzieś. Nie mogła uwierzyć, że jej życie zmieniło się w odliczanie godzin, dni miesięcy. Dwanaście miesięcy. Z tego jedenaście pochłoniętych było walką, chociaż o moment naturalnego snu, który nie chciał przyjść. Oczekiwanie na sen, oczekiwanie na jego brak. Palpitacje serca. Nie potrafiła zapanować nad natłokiem myśli, a próby medytacji nie przynosiły ukojenia. Chciało jej się płakać. Wtedy przychodził czas na chemiczne wybawienie. Bezsenne noce są tak samotne. I tak było prawie zawsze. W dni wolne oczywiście była w odrobinę lepszej formie, stąd często brane zwolnienia lekarskie. Jednak nic nie pozwalało jej się zrelaksować, a jej życie nie wydawało jej się należeć do niej. Znała już to uczucie i przerażało ją to. Przypominało pewien dość odległy okres w jej życiu, który uważała już dawno za zakończony. Była przecież zupełnie innym człowiekiem — kobietą poważną i zrównoważoną. Przeszłość nie miała już na nic wpływu.

W zasadzie jedyny okres w ciągu ostatniego roku, gdy czuła się zrelaksowana, były dwa tygodnie pod koniec zeszłego roku. Pojechała do Paryża z Pawłem, swoją przelotną miłością, która skończyła się, zanim któreś z nich było w stanie wszystko zepsuć.

Może powinnam wreszcie odejść? — pomyślała. Co z pieniędzmi? Wrócić do rodziców? Wszyscy zobaczą, jakim jest życiowym nieudacznikiem. Taka była od początku. Przecież nie da się tak żyć — nienawidzić swojego życia, brać tabletki nasenne w desperacji o kilka godzin regenerującego snu, a rano walczyć samej ze sobą, by wyczołgać się z łóżka. Jeśli nie odejdzie, z pewnością ponownie zwariuje.

— Alicjo, chciałbym zacząć od tego, że jesteśmy zadowoleni z twojej dotychczasowej pracy, jednakże… — powiedział team leader, widocznie zastanawiając się, jak ująć ładnie w słowa to, co chciał powiedzieć dalej. A jednak. Jej zmęczenie, ataki paniki i obrzydzenie do samej siebie było tak widoczne, że nie przedłużą jej umowy.

— Nie musisz dokańczać… Wystarczy. Sama odchodzę. — powiedziała i skierowała się do drzwi.

— Poczekaj! — krzyknął za nią zdumiony kierownik.

Nie poczekała. Dawna wersja jej samej zawsze wychodziła z wielkim hukiem.

*

Była znów w szpitalu, tym samym co pięć lat temu, zamknięta, ale bezpieczna. Jednakże było tam jakoś inaczej, a atmosferę przepełniał niepokój. Działo się coś niedobrego — krew, która rozlewała się po ścianach, wszechobecny krzyk i ból. Zobaczyła Elżbietę, chciała za nią pobiec, ale czyjeś nadludzko silne macki związały jej nogi. Elżbieta uciekała do windy, która zatrzasnęła się, zanim kobieta zdążyła do niej wejść. Przecięło ją w pół, Alicja widziała, kiedy jeszcze przez kilka sekund jej ciało jeszcze nieznacznie się ruszało. Wtedy skierowała wzrok w drugą stronę. Leżała tam Lena, zakrwawiona i prawdopodobnie martwa, a za nią reszta nieżywych pacjentów. Strach osiągnął apogeum. Macki puściły ze swych agresywnych objęć, Alicja w końcu mogła biec. Uciekała, krzyczała, dławiła się i wyrywała sobie włosy z głowy. Uciekła na zewnątrz, do świata, gdzie było mnóstwo ludzi, teoretycznie nie była już sama. Jednak oni nie chcieli słuchać ani zrozumieć, żyli w biegu, wśród własnych przyziemnych i superważnych spraw. Niczego nie pragnęła bardziej od przebudzenia.

III

Pięć lat wstecz. Miała dwadzieścia lat. Luty. Dzień nie różnił się od pozostałych zimnych i depresyjnych lutowych dni z nostalgicznymi pozostałościami poprzedniej nocy. Jednak czuła w powietrzu niepokój. Poza ciężką głową miała charczący kaszel i permanentny świszczący oddech, które kaleczyły narządy jej dróg oddechowych. Cokolwiek to znaczy. Właściwie poza okresowym upośledzeniem procesu oddychania nic jej nie dolegało i nie było jej wcale tak źle. Czuła ciężkość, ale nie stwarzało to powodów do zmartwień. Za parę dni będzie dobrze, to tylko jej umysł płatał figle. Jej umysł i serce, o ile serce ma w tym jakikolwiek udział, ciążyły i nie pozwalały spokojnie zasnąć. Ciągle myślała o poprzedniej nocy. A raczej nie wiedziała co myśleć. To była jej wina, mogła powiedzieć nie. A może powiedziała? W myślach, czy na głos? Przecież był jej przyjacielem. Gdyby coś powiedziała, przestałby. A może nie miała siły? Nie pamiętała. Mogła tyle nie pić! Zawsze musi przesadzić. Pamięta przez mgłę, jak rozebrał ją i dotykał zimnymi dłońmi. Dotyk ten okrutnie parzył skórę. Sprężyny nieznanego łóżka wbijały jej się w plecy, kości jego chudego ciała kłuły, a zawroty głowy przyprawiały ją o mdłości. Wszystko wirowało. Ciało odmówiło jej posłuszeństwa. Trzęsła się ze strachu, a po jej policzkach zaczęły płynąć strużki łez. Było ciemno. A może to był sen?

Poczuła przypływ nienawiści i porażającej krwawej bezsilności. Myślała o wszystkich ludziach obecnych w jej życiu i ogarnęła ją porażająca samotność. Próbowała wycisnąć z oczu łzy. Bezskutecznie. Przewróciła się na drugi bok. W końcu się udało, w końcu łzy spadały niczym krople z topiącego się sopla, a ona czuła się nareszcie oczyszczona. Prawie nigdy nie płakała, mimo że wiedziała, jak bardzo może to pomóc. Wyłączyła muzykę dobiegającą z głośników znajdujących się pod biurkiem i została sama. To było niewystarczające, by całkowicie się uspokoić. W tym celu wyciągnęła z portfela pięć sztuk tabletek nasennych i leżąc w łóżku, czekała aż przyjdzie błogi spokój. Wyzbyła się wszelkich zmartwień. Na świecie jest tyle pięknych miast, słów i spojrzeń, mądrych i dobrych ludzi. Chciała zostać w tej chwili. Obraz zaczął się rozmywać. Dobrze, że tym razem nie zasnęła na podłodze w kuchni.

Siedziała na ławce i spoglądała w słońce. Na wprost niej niewidzialne dziecko ujeżdżało koguta na sprężynie i oszczędzało swój niesłyszalny głosik. Żadna nadopiekuńcza mama nie podbiegała wytrzeć mu gluty z nosa ani żaden złośliwy niewidzialny bachor nie próbował odebrać mu zabawki. Po prostu — do przodu i do tyłu, regularnie i bez pośpiechu. Wdech — wydech. Spokój — i odprężenie. Z drugiej zaś strony placu zabaw znajdowała się piaskownica, nowoczesna, bo zagrodzona siatką, by psy i koty nie srały i by ich ekskrementy nie stały się obiektem zabaw nieświadomych dzieci. Alicja wstała i mijając nadpobudliwe dziecko na kogucie, podążała w kierunku ogrodzonej piaskownicy. Nieśmiało otworzyła szerzej bramkę i zajrzała do wnętrza. Przypomniało jej się dzieciństwo. To chyba była ta sama piaskownica.

— Szkoda, że nie wzięłam foremek. — pomyślała, ale i tak usiadła na piasku w celu krótkiej zabawy. Z wierzchu piasek był delikatny i sypki, gdy zaś dokopywała się rękoma głębiej, czuła coraz większą wilgoć, która właziła pod paznokcie. Z tego powodu jej ręce były coraz bardziej ubrudzone.

Nagle pod palcami poczuła inny kształt. Była to dosyć pokaźna moneta. Pod nią było ich jeszcze więcej. Wtedy okazało się, że piaskownica była poniekąd skarbnicą tychże pieniędzy.

Alicja łapczywie napełniała kieszenie, rzuciła się na rozbabrany piasek i wrzucała monety coraz szybciej, nie zważając na błoto. Wnet stała się całkiem brudna, mokra i spocona.

Przebudziła się z przyspieszonym oddechem i ujrzała nad sobą rozmazaną twarz. Uciszył ją i przytrzymał ręce. Zabolało, a uczucie brudu pozostało.


Zapach poduszki przestał być bezpieczny. Nalała wody do wanny. Chciała zmyć ten wyimaginowany brud i mieć to już za sobą. Może zapomnieć. Znów próbowała zmusić się do płaczu, ale nie potrafiła. Całkowita obojętność. Gdy fizycznie była czysta, psychicznie dalej czuła się zanieczyszczona. Zmieniła pościel i połknęła następną tabletkę. Jaki mamy dzień?

Leżąc w łóżku, wciąż czuła się brudna, więc postanowiła wykąpać się ponownie. Wzięła z szafki niegdyś zakupione ostre narzędzia i położyła się w wannie.

Krwawiła, igły pulsowały i pieściły jej ciało. Wyobrażała sobie, jak pięknie jest umrzeć, ale mimo to nie czuła dzikiej chęci opuszczenia tego świata. Dręczyły ją myśli, że śmierć wcale nie jest piękna, że to jej chore urojenia. Ogarnęła ją panika.

Wcale nie chciała umrzeć. Chciała tylko zmyć z siebie ten brud i stęchliznę, odciąć całą skórę, która tak ją uwierała. Jednak zdała sobie sprawę, z tego, że w żaden sposób nie da rady tego zrobić, jest niewystarczająco silna. Szorowała, cięła, krwawiła. Powoli przypominała sobie wszystko. Chciała zasnąć. Zniknąć.

*

Wielkie twarze krzyczały, wymagały, kim miała być, jak się zachowywać i co czuć. Zawsze chowała głowę pod stół i nie wydawała dźwięku. Udawała, że jej nie widać. Wtedy, gdy tak bardzo chciała zniknąć, siła świadomości przeniosła ją w miejsce przedziwne, dzięki któremu miała poczuć ulgę. Wyspa znajdowała się w centrum krwawego morza, w którym pływały zębate ryby, a temperatura wody zabijała w ciągu kilku sekund. Wokół Wyspy, ponad burgundowymi drzewami, latały chmary skrzydlatych i włochatych pająków. Budziły w niej odrazę, ale na ziemi była całkowicie bezpieczna. W ten sposób odgrodzona od prześladujących ją twarzy i ich oczekiwań mogła zająć się swoimi demonami.

Promienie nieskażonego przez ludzi słońca muskały jej twarz i utwierdzały w przekonaniu o jej wyższości. Wszędzie siedziały szare postaci, ale nie miały na nią żadnego wpływu. Nareszcie! Zajmowały się dla siebie ważnymi, a dla niej nieistotnymi sprawami. Szare postaci miały szare lepkie macki i zwierzęce instynkty, co napawało ją obrzydliwością. Była najwyżej rozwiniętą istotą na tej prawie bezludnej wyspie. Właściwie można było ją nazwać bezludną. Czy szara masa jest człowiekiem? Ona w poprzednim świecie była jedną z nich, ale teraz była tą jedyną i wyjątkową osobą, która jest odpowiedzialna za otaczający ją świat. Jedyne ograniczenia to morze, powietrze i wyobraźnia. Przecież nawet i to miała na własność. Czyż świadomość posiadania nie przynosi ulgi?

Czy wspomnienia wracały? Tak. Poprzedni świat zbyt mocno ją ukształtował, a może nawet trwale skrzywdził. Obsesje ciągle ją prześladowały, ale gdy była sama, stawały się mniej dzikie, a bardziej oswojone. Kiedy nie ma wokół ludzi, którzy by mogli poddać cię ocenie, nawet najdziwniejsze zachowania mogą być tolerowane i na porządku dziennym. Dlatego ukryte urazy i żądze mogły dać o sobie znać, kiedy nie ma hamulców i masz we władaniu Wyspę. Jednak czy to istotne, gdy stworzenia wokół niej nie miały możliwości kontaktu z jej osobą? Nie słyszały, nie widziały i nie rozumiały jej. Nie rozumiały także sensu swojego istnienia, ponieważ pozbawione zostały myślenia abstrakcyjnego. Znalazła szczęście w tej izolacji i poczuła ulgę.

Wszędzie otaczały ją piękne kolorowe owoce, wata cukrowa chlorowodorowa, gorzka słodycz i cukier morderca. Mogła pochłaniać, to na co miała ochotę i w takich ilościach, jakie uważała za stosowne. Szara masa nie mogła jej ocenić ani jej tego odebrać. Jadła pomarańczowe nadmuchane baloniki, migdałowe ciasteczka i czekoladowe klauny. Piła poncz z turkusowej chmury. Po uczcie udała się na spoczynek. Spała łącznie dwadzieścia cztery doby. Zadowolona z siebie śniła o swojej wielkości i swoim cudownym posiadaniu. Jednak w pewnym momencie pojawili się Oni. Zdezorientowana swoim snem, poczuła nieznany od początku pobytu na Wyspie lęk. Lęk przed potrzebą. Czyż nie wyzbyła się wszelkich potrzeb, gdy miała wszystko, o czym marzyła? Samotność wybudziła ją z twardego snu. Jadła wszystko, co ją otacza, wszystkie anyżowe misie, koralowe krążki i puszyste kłębki kurzu. Wymiotowała, chciała usunąć to ze swoich wnętrzności. Wymuszała torsje dziesiątki razy i wołała o pomoc. Szare istoty jej nie słyszały. Krzyczała im w twarz z całej siły. Tak mocno, że popękały wszystkie naczynka w jej oczach. Ciągle nie miała odwagi przyznać jednego. Że nie chciała być już sama, w tym przepychu i cudowności. Miała już w głębi serca ochotę przeprosić szarych, wielkie twarze i własne demony i wrócić do swojego świata. Z rozpaczy wyrywała paznokcie, nie miała już siły płakać. Wciąż nie była w stanie przyznać się do swojej słabości. Ograniczało ją morze, powietrze i wyobraźnia. Wreszcie opadła na ziemię. Zrezygnowana, wyzuta z emocji. Pogodzona z losem, mogła już wskoczyć.

Ponownie poczuła niewyobrażalny ciężar.

IV

Pięć lat wcześniej.

Korytarz szpitalny pachniał zupą ogórkową z delikatną nutą środka dezynfekującego. Dwudziestoletnia Alicja nie myślała o niczym, beznamiętnie spoglądała tylko w odrapane olejne ściany koloru brudnego od kawy papieru. Czasami tylko spojrzała w chłodne oczy matki.

Siedziały pod izbą przyjęć już prawie godzinę. Polska służba zdrowia nie należała do najsprawniejszych, lecz tym razem szczególnie przesadzali ze zwłoką w przyjęciu nowego pacjenta. Jednak to nie było istotne, Alicja i tak już straciła poczucie czasu i rachubę, jaki właściwie mieli dzień. Ciągle myślała o zdjętych obrazach ze ścian. Docierał do niej fakt wyprowadzki.

W końcu drzwi otworzyły się i ordynatorka zaprosiła je do środka.

Alicja dostała dwuosobową salę, w której leżała już kobieta w średnim wieku. Matka próbowała rozmawiać, gdy córka, zbytecznie z powodu braku miejsca, układała swoje książki na maleńkiej półce.

— Gdy wydobrzejesz, zabierzemy cię gdzieś na wakacje. — powiedziała, próbując się uśmiechać. Alicja milczała.

— Wzięłaś swoje albumy? Może ci je przywieźć?

— Nie trzeba. — w końcu odezwała się, lecz ostentacyjnie położyła na łóżku plecami do matki i zaczęła czytać jedną z książek.

— Widzę, że źle się czujesz. Lepiej już pójdę. Niedługo cię odwiedzę. Trzymaj się córeczko.

Alicja nigdy nie spodziewała się, że kiedyś mogłaby wylądować w psychiatryku. Było to zawsze tak częstym obiektem żartów, że w zaistniałej sytuacji miała ochotę się rozpłakać. Osiągała apogeum uczucia samotności i zaczynała żałować, że nie udało jej się wtedy odejść.

Odratowali ją, to było oczywiste. Właściwie w tamtym momencie nawet nie chciała umrzeć, chyba to jej chora dusza rozpaczliwie wzywała o pomoc. Może tylko potrzebowała więcej uwagi ze strony bliskich. Nikt nie mógł i nie chciał uwierzyć w to, co się stało.

W końcu postanowiła zniknąć z ich świata oraz udać się na leczenie mimo braku ostatecznego przekonania o jego słuszności. Nie uważała się za wariatkę. Jedną z najważniejszych pobudek jej zgody na pobyt w szpitalu była chęć odciążenia matki. Alicja widziała, jak rozdziera to ją od środka.

— Ma panienka może fajki? — starsza pani w szlafroku weszła do sali bez zaproszenia.

— Niestety nie, ale jak pani znajdzie, proszę mnie zawołać. Też chętnie bym zapaliła. — słysząc te słowa, staruszka machnęła ręką i nie do końca przytomnie opuściła pomieszczenie.

Alicja spoglądała w sufit, a czasami zaglądała do książki, na której lekturze nijak nie mogła się skupić. Nie wiedziała co robić ze sobą, pierwszy raz w życiu miała tyle wolnego czasu i świadomość braku technologii i znajomych. Miała godzinę wolnego czasu przed pierwszą konsultacją z psychologiem. Nienawidziła ich z całego serca. Odwiedziła kilku i o każdym mogła powiedzieć inne złe rzeczy. Pierwszy raz spotkała się z terapią, gdy miała dwanaście lat, zaczynały się pierwsze skoki hormonalne, dokuczano jej w szkole, więc w rezultacie była nieznośną i zbuntowaną dziewczynką u progu dojrzewania, a rodzice tak jak i w teraźniejszej sytuacji nie dawali sobie z nią rady samodzielnie. Czy pomogło w jakiś sposób? Z jej nieobiektywnego punktu widzenia — w żaden. Pierwszy psycholog był mężczyzną, który w ogóle nie wzbudzał zaufania. Matka Alicji wysłała ją tam, gdyż jej koleżanki wypowiadały się o nim w samych superlatywach. Mówiły, że koleżanka koleżanki i szwagierka koleżanki siostry znajomej do niego chodziły i ten wyciągnął je całkowicie z dołka. Może i był przystojny i względnie młody, ale jego metody już mniej przystępne. Alicja nie pamiętała tej wizyty dokładnie, możliwe, że jej ówczesna złość i bunt przekłamały ten obraz, ale jeżeli wierzyć jej pamięci to gdy usiadła na kanapie w gabinecie i spojrzała w jego oczy z gniewem, ten oznajmił:

— Myślisz, że inni ludzie nie mają problemów? Do mnie przychodzą ludzie sukcesu i nawet ich życie jest trudne!

Alicja milczała i patrzyła na zegarek. Zostało pięćdziesiąt minut.

— Powiedz mi, co ty chcesz robić w swoim życiu?

— Chcę wyjść bogato za mąż.

— I uważasz, że to rozsądne, gdy taka dziewczynka jak ty zachowuje się w ten sposób?

— Nie mam ochoty już rozmawiać. — odparła spokojnie i wyszła z gabinetu.

Innym razem, matka zaprowadziła ją do kolejnego terapeuty, tym razem kazał sobie płacić nie tak grube pieniądze, jak poprzednik. Alicja miała wtedy piętnaście lat i obsesyjnie bała się śmierci. Jej fobia przekładała się też na inne dziedziny, przez krótką chwilę bała się nawet opuszczać swój pokój.

— Boisz się śmierci?

— Tak.

— Chce się płakać?

— Tak.

— A ja tak lubię, jak takie ładne dziewczyny płaczą. — terapeuta uśmiechnął się obrzydliwie. Alicja poczuła jeszcze większy strach niż dotychczas, zerwała się i wybiegła z gabinetu.

Nie wzięła nawet swojej torebki, po prostu biegła, by jak najszybciej opuścić to okropne miejsce. Te doświadczenia przyczyniły się do permanentnej niechęci do osób wykonywujących zawód psychologa. Ostatnim podejściem były wizyty u państwowej terapeutki, która jedynie karmiła próżność nastolatek i rysowała wykresy radzenia sobie ze stresem. Alicji chciało się śmiać, gdy po raz któryś, słyszała o wyciąganiu pozytywnych wniosków z nieprzyjemnych wydarzeń. Podawała biednej kobiecie najbardziej infantylne i żałosne sytuacje, by ta rozkładała je na czynniki pierwsze. Zdecydowanie nie należała do sympatycznych, dojrzewających dziewczynek. Uważała, iż ma wiele powodów do tego, by nienawidzić ludzi i trzymać ich na dystans. Nawet, teraz gdy znała tak wielu ludzi. Dlatego nie mogła sobie wyobrazić, by tym razem mogło być inaczej i by wykonalne było otworzenie się przed jakąkolwiek osobą. A nawet jeśli, to niemożliwe było, by ten proceder mógł jej w jakiś sposób pomóc.

Nic nie rozumiała, ale stało się — turnus rozpoczęty.

**

Skierowała się do gabinetu, czując dziwny lęk i była to chyba jedyna rzecz, której mogła być pewna w tamtym momencie. Kłęby myśli, kotłujące się flaki i strach przed wzrokiem ludzi, tłumiły wszystko inne.

Z cicho grającego radia w korytarzu usłyszała o kolejnej strzelaninie w Stanach Zjednoczonych.

— Czyli lubisz stare filmy, tak? — pani psycholog przerwała pauzę w rozmowie, a Alicja kiwnęła głową w odpowiedzi na pytanie.

— Zawsze lubiłam Marilyn Monroe. — terapeutka kontynuowała.

— Ja za nią nie przepadam. — pacjentka odparła i powróciła do spoglądania przez okno.

— A kogo lubisz szczególnie?

— Nie wiem.

— Na pewno masz jakichś ulubionych. Audrey Hepburn?

— Tak, lubię ją. Z jej twarzy bije spokój…

— To dobrze?

— Może — Alicja odparła i ziewnęła prowokująco, nie zasłaniając ust dłonią.

— Jesteś zmęczona? Chciałabyś już skończyć?

— Tak.

— Dobrze. W takim razie skieruj się do gabinetu obok, na wywiad z psychiatrą. Później jesteś już wolna. Uważaj na siebie.

Terapeutka — później ochrzczona Podpaską — była nieodłączną towarzyszką głównodowodzącej oddziałem, Pani Sugestii, nazwanej tak przez Alicję z powodu jej tanich psychologicznych zagrań. Podpaska była jej swego rodzaju asystentką, uczennicą i zastępcą. Gdy na terapii grupowej mówiła do pacjentów, mniej więcej co dwie sekundy spoglądała na panią S. w poszukiwaniu aprobaty. A jej mentorka sprawowała władzę absolutną. Była wysoka, majestatyczna, a jej chłód przyprawiał o ciarki na plecach. Jasna, czysta, krystaliczna, niemożliwe by pociła się, wypróżniała lub kiedykolwiek rozmazywała sobie makijaż. Była świadoma swoich wpływów i że cały oddział był jej rękach, u jej stóp, że cały personel obawia się jej i jej aktualnego nastroju, którego nie sposób było odczytać.

— O co jej chodzi? Czy ja robię coś nie tak? — Alicja często słyszała w rozmowach personelu.

Każdy dzień od poniedziałku do piątku miał wyglądać tak samo. Pobudka, gimnastyka, podczas której Alicja nie przejawiała żadnych oznak aktywności, słuchanie kiczowatej muzyki i monotonnego głosu terapeutki oraz terapia grupowa lub indywidualna.

Początki rozmów były niesamowicie trudne, Alicja praktycznie milczała lub odpowiadała w sposób lakoniczny. Z upływem zmarnowanych minut terapeutycznych, trudna w odbiorze pacjentka zaczęła więcej mówić. Opowiadała z pasją o swoich zainteresowaniach, o ulubionych książkach i filmach, o swoich snach i przemyśleniach na temat oglądanych przed chwilą wiadomości. Jednak najczęściej omijała najważniejsze — swoje uczucia. Mimo to, ku jej przerażeniu, zaczęła łapać wspólny język z Podpaską i stawała jej się ona coraz bliższa. Jednak ciągle była tylko niemądrą psycholożką, bezmyślnym sługusem Pani Sugestii, której wyuczone metody nie będą nigdy uniwersalne i nie zdadzą egzaminu na każdym człowieku. A już na pewno nie na tak skomplikowanym, w odczuciu Alicji, jak ona sama.

Odrobinę bała się innych pacjentów. Starała się nie patrzeć na ich twarze. Wydawały jej się one wręcz zniekształcone i przerażające. Uśmiech na ustach, w oczach ból i rozpacz. Dzielili się na dwie grupy: ludzie myślący i mówiący o swojej chorobie przez cały czas, udręczeni i parzący bez przerwy tę swoją pierdoloną herbatę. Druga grupa — śmiejący się, którzy na pierwszy rzut oka w żadnym wypadku nie wyglądali na ludzi z jakimikolwiek problemami. Byli mistrzami kamuflażu.

Brzydziła się zimnymi kluskami, szarym chlebem i śmierdzącym serem. Przez pierwsze wieczory leżała, w ukryciu płakała w poduszkę i chciała uciec.

Mijały pierwsze dni wegetowania na oddziale. Alicja powoli traciła poczucie czasu, który postanowiła spędzić na obserwacjach społeczności szpitala, nadrabianiu zaległości w lekturach i męczącym odpoczynku na niewygodnym skrzypiącym łóżku. Nie integrowała się specjalnie z nikim, a w dodatku czuła rozpierającą wrogość wobec personelu w szpitalu — lekarzy, terapeutów, pielęgniarek i kucharek. Znajomości najłatwiej nawiązać było, gdy wspólnie z innymi pacjentami paliła papierosy.

Współlokatorka Alicji była alkoholiczką, z bliżej nieznanymi zaburzeniami osobowości. Elżbieta — bo tak nazywała się pacjentka, była dość towarzyską osobą i pragnęła kontaktu z ludźmi, próbowała nawiązać jakąś rozmowę.

— Cześć córcia. — Elżbieta przywitała się o oddziałowym poranku numer dwa.

— Cześć! — Alicja odpowiedziała, siłąc się na uśmiech.

— Jak się spało? — pani w średnim wieku zadała pytanie, przez które Alicję zakłuło w sercu i zebrało się na mdłości.

— Beznadziejnie.

— Przyzwyczaisz się. Czy ty też masz problemy z wypróżnieniem się tutaj? — kobieta zapytała, darując sobie wszelką dyskrecję.

Alicja zazwyczaj siedziała na fotelu na skraju korytarza. Siedziała, ale jej nie było. Patrzyła w oczy kobiecie, wgryzającej się w wielką marchewkę. Wgryzała się w nią, jak gdyby odgryzała wątrobę swojej ofierze.

— Powiedz coś. — kobieta odezwała się.

— Coś.

— Nie chcesz nic mówić?

— Nie.

— Taka już nasza choroba. Wiesz, jak ze mną było? Jedna noc, na drugi dzień: pssst! I podciśnienie no i choroba. Pięć lat. — gryzła marchewkę i patrzyła w oczy. — A jak u ciebie było?

— Nijak. Ze mną jest wszystko w porządku.

Nie przerażały ją nocne krzyki pacjentów. Tylko pierwsza noc była najtrudniejsza, w zasadzie spędziła ją na fotelu, słuchając ciszy korytarza i „rżnięcia barana” — w tamtejszym slangu chrapania pacjentów.

Nauczyła się w ciągu kilku dób obojętności i niewtrącania się w nie swoje sprawy. Elżbieta na szczęście nie krzyczała, jedynie średnio co drugą noc cicho łkała w poduszkę.

W osiągnięciu biernej postawy pomagały również leki. Alicja brała ich aż pięć rodzajów. Rano — antydepresant na pobudzenie i rozweselenie, a także inny lek na stabilizację nastroju. Wieczorem podawali jej znów lek na stabilizacje, do tego inny antydepresant i środek uspokajający, co miało na celu wyciszenie i ułatwienie zasypiania. Niestety Alicji to nie wystarczało i musiała przyjmować również tabletki nasenne, by spokojnie zasnąć. Te ostatnie znała już bardzo dobrze.

Alicja uwielbiała weekendy. Nie musiała wtedy chodzić na żadne irytujące terapie indywidualne lub grupowe ani na głupie relaksacje. Siedziała wówczas z wielkim kubkiem kawy lub herbaty na parapecie i nie myślała o niczym. A myślenia o niczym w tym miejscu potrzebowała jak niczego innego. Lekarz, ta denerwująca ordynatorka i Podpaska, ciągle zmuszali ją do wysiłku intelektualnego, zastanawiania się nad swoim życiem. A gdy odkryła, jak wiele sprzeczności ma w sobie, czuła się tym chaosem przemęczona. Starała się wierzyć, iż z chaosu może powstać coś pięknego i trwałego, ale powoli porzucała nadzieje. Na widok psychiatry zbierało jej się na mdłości, czasem również miała ochotę urwać jej głowę. Miała wrażenie, że jest dla lekarzy przedmiotem, ale nie cennym, wartościowym i pięknym, lecz brudnym, starym, zepsutym i z marnymi szansami na naprawę. Wtedy wmawiała sobie, że jest po prostu ofiarą nieprawidłowości hormonalnych i leki załatwią sprawę, czyniąc z niej zwykłą zrównoważoną osobę. W zasadzie już się nią stawała, gdyż nie targały nią żadne intensywne emocje. Nawet nie miała ochoty imprezować i popadać w autodestrukcję. Nic z rzeczy, które jej rówieśnicy tak uwielbiali. Jej słabe i cherlawe pokolenie, z którego co drugi reprezentant ma zaburzenia psychiczne i najprawdopodobniej bardziej od niej zasługuje na hospitalizację. Hospitalizację, która wraz z upływem czasu nie była już taka zła. Nawet przychodziło jej do głowy, że chyba mogłaby tam zostać, brać górę leków, wegetować i czekać, aż marazm sam ją doszczętnie zniszczy. Jedynie psycholożka jej w tym przeszkadzała i zmuszała do jakichś durnych refleksji. Alicję denerwował jej ciągły uśmiech, przymilający się głos i wymądrzanie. Ale mimo wszystko obiecała sobie, iż postara się to przetrwać i w miarę możliwości współpracować.

— Nigdy nic nie wspominasz o ojcu. — Podpaska odparła któregoś razu.

— Nie chcę.

— Rozumiem. Powiesz, gdy będziesz gotowa?

— Nie. — w jej oczach stanęły łzy. Powietrze zrobiło się gęstsze i nastała chwila ciszy.

— Nie lubiłam go.

— Co dzieje się z nim teraz?

— Nie wiem. Może jest tam, gdzie ja miałam być.

— Nie żyje?

Kiwnęła głową.

— Dasz radę o tym rozmawiać?

— Stało się i się nie odstanie.

— Co dokładnie się stało?

— Powiesił się przed moimi piętnastymi urodzinami.

Terapeutka wstrzymała oddech.

— Tak bardzo mi przykro. — kobieta z trudem opanowywała emocje. Czuła, że w Alicji coś pękło, coś, co ułatwi im dalszą współpracę.

Alicja nie wiedziała, dlaczego kłamie i zdawała sobie sprawę z tego, że to głupie. Tego dnia, w tym gabinecie zabiła swojego ojca. Swojego ojca, który był najzwyklejszym w świecie urzędniczym przedstawicielem klasy średniej, chodzącym codziennie rano do pracy i niemogącym pogodzić się z sytuacją córki. Ojca, który bardzo ją kochał, mimo że nie zawsze potrafił to okazać. Był tak przyziemny, przyziemny do granic możliwości i pogodzony ze swoim szarym życiem, a równocześnie szczęśliwy na tyle, że samobójstwo byłoby ostatnią rzeczą, o której by pomyślał. Czemu go zabiła? Sama zadawała sobie to pytanie.

***

— Jak się czujesz?

— Lepiej. Dużo lepiej. Nawet zaczęłam odczuwać jakieś emocje.

— To zrozumiałe, to znaczy, że terapia idzie w dobrym kierunku.

— Świetnie.

— Co nowego?

— Czasem rozmawiam z Leną. — Alicja odparła.

— I jak się z tym czujesz?

— Jest sympatyczna, polubiłam ją.

Parę dni wcześniej na oddziale pojawiła się Lena. Skrajnie wyniszczona odchudzaniem i narkotykami. Była wysoka jak modelka, a jej twarz musiała być niegdyś niesamowicie piękna. Niestety w tamtej chwili jej oczy były bez koloru i jakiegokolwiek życia. Wlokła się po korytarzach jak robot i odpowiadała zdawkowo na pytania.

Był już późny wieczór, schyłek dnia okraszonego wiosennym słońcem. Mówili, że niedługo zacznie się na całego, jednakże późną nocą mróz jeszcze lekko szczypał w dłonie, gdy szło się na ostatniego papierosa. Dlatego też pacjentki udały się do podziemi w konkretnym celu — by uchronić się przed chłodem i spokojnie zapalić.

Chirurgia, izba przyjęć, zapach szczochów, drzwi pancerne, przejście, uwaga strop, „nie rozwal sobie głowy”, znowu smród i stara kuchnia. Lodowata ciemność i szafki niczym z amerykańskich licealnych komedii.

— Wiesz co Ala, słyszałam, że paląc, można chudnąć z tych partii ciała, z których normalnie najtrudniej zgubić tłuszcz.

— Pierwsze słyszę… — odparła Alicja.

— Cicho! — Lena szepnęła i zasłoniła usta swoje i Alicji — OK!… Całe szczęście nie weszła.

— Ja nic nie słyszałam.

— Głuptas ze mnie. Ze strachu słyszę już głosy. Boję się, że będą mi kazali jeść. Teraz tak strasznie przytyłam, bo karmią mnie na siłę.

— Nie wymiotujesz?

— Staram się oczyszczać, ale pilnują mnie długi czas po posiłku… Wolałabym nie jeść w ogóle… Popatrz na moje zęby! To od rzygania. Lepiej nie jeść w ogóle… Nie wymiotuj za dużo, dobrze?

— Raczej tego nie robię.

— Dobrze. Sidła doskonałości. Są kuszące, ale dają radę tylko najlepsi. Ja do nich się nie wliczam.

Gdy spaliły papierosy i wróciły na korytarz, zostały zawołane na posiłek. Dla Leny była to ciężka chwila i tak jak wcześniej powiedziała — próba.

— Przeraziło mnie, gdy zaczęła się podduszać. — Alicja wyznała terapeutce.

— Jak myślisz, dlaczego to robiła?

— Wolała umrzeć niż zjeść.

— Sądzisz, że ma rację?

— Nie. Nie warto umierać.

Podpaska uśmiechnęła się. Przez pięć minut w milczeniu patrzyły na swoje twarze.

— Ale nic mnie nie uchroni przed brudem. — Alicja powiedziała, przełamując ciszę.

— Sama możesz się przed nim uchronić.

— Ludzie wnoszą do mojego życia brud, który jest nie do zmycia. Dlatego ich nie wpuszczam.

— Kto?

— Wszyscy.

— Ale jacy wszyscy? Kim są wszyscy?

Nijak nie wiedziała co odpowiedzieć. Przecież nie powie prawdy.

****

Dzień rozpoczął się w taki sam sposób jak każdy inny spędzany na oddziale. Alicja zwlekła się z łóżka, przywitała z Elżbietą, wysłuchała narzekań na jej permanentne zatwardzenie, umyła twarz i zagotowała wodę na kawę. Pół godziny później zostały zawołane na śniadanie. Lekko wysuszony chleb i dżem truskawkowy — to też nie różniło się niczym od dni poprzednich. Jednakże Alicja czuła się jakoś inaczej i nie mogła znaleźć sobie miejsca.

Po śniadaniu wraz z Elżbietą udała się do sali terapii. Terapia grupowa, potocznie zwana „grupą” i „odkażaniem ran” była jej znienawidzoną aktywnością. Alicja ani razu nie zabrała głosu i w żadnym wypadku nie wyrażała takowej chęci. Obecność jednak była obowiązkowa, dlatego siedziała w tym ich rytualnym kółku, grzała krzesło i spełniała się w swym życiowym zadaniu — obserwacji. Po godzinie słuchania o zdradach, nowotworach, walkach o dzieci, przemocy w rodzinie i problemach w pracy, wstrzymała oddech, a jej dotychczas bezwładnie zwisająca ręka podniosła się do góry. Poczuła nadchodzący impuls.

— Chcę swoje życie z powrotem.

Zapadła cisza, a spojrzenie pani S. sprawiało, że reszta pacjentów obawiała się nawet oddychać. Tylko Kobieta Od Wielkiej Marchwi, co nikogo nie dziwiło, jak zwykle zanosiła się płaczem.

— Co pani ma na myśli? — zapytała Podpaska, a Alicja czuła, jak narastają w niej poniekąd sprzeczne emocje. Jeden głos, ten skrzekliwy i hałaśliwy, nakazywał jej krzyczeć, pluć i kopać, ten drugi zaś uspokajał ją swym śpiewnym łagodnym tonem.

— Nic. — odparła i znów zamknęła furtkę do swojego wnętrza.

— Ja, ja… Chciałam powiedzieć, że, że… — Kobieta Od Wielkiej Marchwi zabrała głos jeszcze zanim Alicja zdążyła domknąć usta, która mimo to ucieszyła się, że udało się uniknąć krępującej ciszy i spojrzeń. Ona sama mogła ponownie odpłynąć gdzieś poza wściekle żółtą i zbyt mocno wywietrzoną salę.

Pęczniała wiosna gdzieś za miastem zastygłym w oszronionym brudzie. Zapach słońca i pączków, które zapowiadały nadejście kwiatów, nieśmiało wypełniał nozdrza. Alicja czuła tę nadchodzącą wiosnę, niewinny blask słońca, które pieści policzki i rozdaje pierwsze blade piegi. Chciała czuć spokój. Chciała czuć spokój.

Od żółtego koloru piekły ją już oczy, a żuchwę śmiech nadwyrężał w przyjemnie brutalny sposób. Czasami, dosłownie na moment, zostawiała swoje ciało i odchodziła w samotność, ale nie stanowiło to najmniejszego problemu.

Nagle obszarpana chmura przysłoniła z impetem słońce, a pączki posmutniały.

— Niepotrzebnie — pomyślała, czując przepełniającą po brzegi zazdrość wobec wolności tych prawie kwiatów.

Gdy zegarek wskazywał na koniec czasu zwierzeń, Alicja zerwała się z krzesła i czym prędzej pobiegła do swojej sali, po czym zanosząc się płaczem i krzycząc, wrzucała wszystkie swoje rzeczy do torby, a co nie mieściło się, wkładała do plastikowej siatki. Nie zwróciła nawet uwagi na Elżbietę znajdującą się na korytarzu i wołającą o pomoc, która miała niezwłocznie nadejść.

— Słyszałam, że pani nie ma swoich nóg i potrzeba prywatnych audiencji. — Pani Sugestia odparła ironicznym tonem. — Co za ta lamenty i próby bycia w centrum uwagi? Chce pani wypisu, tak?

Alicja zaniemówiła. Poczuła paniczny lęk i nieopanowaną złość, co sprawiało, że równocześnie poza chęcią ucieczki w podskokach, chciała również napluć na jej twarz oraz nawyzywać od najgorszych. W jednej chwili była tchórzem i agresywnym chuliganem. Czuła nadpływający strumień buntu.

— Teraz już wiem na pewno, że tak.

— Kiedy?

— Teraz.

— Teraz nie jest to technicznie możliwe, pani Alu, gdyż musi pani rytualnie pożegnać się z grupą. Chyba że panią to zwyczajnie nie obchodzi.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.83
drukowana A5
za 31.67