Autor udostępnia do przeczytania 25% swojej książki

Kup książkę

Wizja

Patrycja Czemerys

— Umrzesz. — powiedziała.

Mężczyzna naprzeciwko niej nie zareagował. Siedział ze spuszczoną głową, wpatrując się w podłogę. Tak kompletny brak odruchów był niepokojący. Ci, którym przekazywała te wieści, zazwyczaj wychodzili przerażeni lub nalegali, by sprawdziła, czy nie popełniła żadnego błędu.

— Wkrótce umrzesz. — powtórzyła, tym razem mocniejszym głosem.

Nic. Wciąż żadnej reakcji. Zero krzyku, oszołomienia, czy jakiejkolwiek oznaki, że przyjął to do wiadomości.

— Posłuchaj, wiem, że to może być dla ciebie szok, ale… — przerwała, spostrzegając w końcu jakąś emocję na twarzy przybysza. Nadal nie podnosił wzroku znad podłogi, ale wyraźnie widziała, jak jego usta wykrzywiają się w nikłym uśmiechu.

— Powiedziałam coś zabawnego? — zapytała z wciąż rosnącą irytacją.

Siedzący przed nią człowiek zaśmiał się ironicznie. Nigdy nie lubiła takiego zachowania. Ludzie, którzy przychodzili, aby poznać swoją przyszłość, powinni oddawać należyty jej szacunek. Oczywiście nie mogła narzekać. Większość to robiła. Niektórzy, nawet za bardzo okazywali swe uczucia. Niestety, zdarzały się jednostki wybitne, takie jak jej dzisiejszy gość.

— Dosyć tego! — wykrzyknęła uderzając dłońmi o stolik. Stojąca na nim szklana kula zachwiała się, omal nie spadając na podłogę. Kiedy patrzyła na ruszający się przedmiot, symbol wszystkich wróżbitów, przypomniała sobie ciągłą mantrę Misy. Nieustannie jej powtarzała, że nie mogła dać się ponieść emocjom. To odstraszało klientów. Ostatnimi czasy mieli ich coraz mniej, więc zamiast wyrzucić gościa za niedorzeczne zachowanie, odetchnęła głęboko i siląc się na spokojny ton, powiedziała. — Zginiesz. To moja przepowiednia.

Nieznajomy prychnął i skrzyżował ręce na piersi.

— Powiedz mi coś, czego nie wiem.

Shalan skrzywiła się na te słowa. Mimo że nie mogła sobie pozwolić na zbyt wiele, nie chciała dłużej tego ciągnąć.

— Myślę, że na tym powinniśmy zakończyć nasze spotkanie.

Mężczyzna podniósł się ze skórzanego fotela. Na jego twarzy znów zagościł głupkowaty uśmiech. Następnie nie patrząc jej w oczy nisko się skłonił i wyszedł z sali.

Kiedy została sama, mogła sobie pozwolić na odrobinę luzu. Wylała wodę z niewielkiej fiolki, która rzekomo była magicznym płynem do oczyszczania szklanej kuli. Ta zresztą też nie była prawdziwa. Kupiła ją na targu za 10 salów. Ludzie chętniej przychodzili do wróżki ze szklaną kulą. Idąc tym tropem Shalan nabyła wiele przedmiotów, które nie były jej do niczego potrzebne. Jedyne co musiała zrobić, to wymyślić wiarygodną historyjkę, o tym jak nowe gadżety ulepszały jej przepowiednie.

Gdy kończyła przygotowania na przyjście następnego gościa, zauważyła kawałek starego materiału wepchniętego między oparcie a siedzenie fotela. Ostrożnie go wyjęła i obejrzała z dwóch stron. Na jednej z nich była zapisana prosta wiadomość :

za dwa dni

1:15

w uliczce nieopodal gospody Pod Starym Lwem

Dziwak, pomyślała. Nie było mowy, aby gdziekolwiek z nim poszła. Zgniotła wiadomość i z impetem wrzuciła do kosza. Co on sobie myślał, nie miał prawa składać jej takich… Rozmyślała, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Pewnie nowy klient. Wróżbitka usiadła w swoim fotelu, sprawdziła czy wszystkie przedmioty są na swoim miejscu i zawołała:

— Proszę wejść!

* * *

Przyszło, kiedy spała.

Stała tam. Była w mrocznej uliczce nieopodal gospody. Nikogo przy niej nie było. Sama, zdana na siebie, czuła wciąż rosnący niepokój. Jej ręce były mokre od potu, a oddech przyspieszony. Wszystko to za sprawą kroków. Kroków, które zmierzały w jej stronę. Chciała uciec, ale wiedziała, że nie ma dokąd. Wtedy go zobaczyła. Jego twarz wynurzyła się z ciemności. Cofnęła się o parę kroków. Nie mogła. Nie chciała tu być. Podchodził do niej z wyciągniętą ręką, a kiedy był wystarczająco blisko, by móc jej dotknąć, zaczęła wołać o pomoc.

Z tym krzykiem na ustach Shalan obudziła się w swojej sypialni. Po jej plecach spływały krople potu, a ręce pozostały drżące. Nie mogła uspokoić myśli, które kotłowały się w jej głowie. Próbowała opanować oddech lecz na próżno. To, co przed chwilą zobaczyła, przywodziło coś na myśl. Coś, czego dawno nie przeżyła. Wizja, pomyślała. Wróżbitka już prawie zapomniała jak płasko i beznamiętnie wypadają sny na jej tle. Ważne jest też to, że te przepowiednie nie pojawiały się bez powodu. Co prawda miały znaczenie symboliczne lub ich niewielka część się spełniała, ale zawsze znajdowały jakieś odwzorowanie w prawdziwym życiu.

Obawiając się kolejnej wizji, Shalan nie spała przez resztę nocy. Rozmyślała nad tym, co może oznaczać to, czego doświadczyła.

Następnego dnia, gdy szła do swojego gabinetu, spotkała Misę. Była to służka, która pracowała u niej od czterech lat. Oprócz swoich obowiązków, pomagała dla Shalan w prowadzeniu biznesu wróżbitki.

— Dzień dobry, Miso.

— Dzień dobry, Pani Shalan.

Zastanawiała się, jak odpowiednio zacząć temat, który chciała poruszyć. Miała zamiar podejść do tego tak, aby wyglądało to jak najbardziej niezobowiązująco.

— Miso, czy słyszałaś coś o tym osobliwym mężczyźnie, który wczoraj do mnie przyszedł?

— Ma pani na myśli tego elfa, prawda? — Zapytała, sugestywnie poruszając brwiami.

— Yyy, nie, chodziło o tego wysokiego w szarym płaszczu.

— Hmmm, nic mi na jego temat nie wiadomo, ale postaram się czegoś dowiedzieć.

— Dziękuję.

Ufff, na dzisiaj koniec, pomyślała, kiedy ostatni klient wyszedł z pomieszczenia, w którym pracowała. Wstała, aby rozprostować nogi. Niestety nie było jej dane długo się cieszyć chwilą relaksu, ponieważ drzwi otworzyły się z hukiem, a w nich stanęła rozemocjonowana Misa.

— Pani Shalan! Nie uwierzy pani, czego się dowiedziałam.

* * *

Minęły dwa dni, odkąd tajemniczy mężczyzna wyszedł z jej gabinetu. Jeszcze wtedy nie pomyślałaby, że właśnie dziś, o godzinie 1:10 będzie zmierzała do gospody Pod Starym Lwem, aby się z nim spotkać. To, co powiedziała jej wczoraj Misa, miało kluczowy wpływ na podjęcie tej decyzji. Nigdy by nie przypuszczała, że ktoś taki jak on, pojawi się u tak mało znaczącej wróżbitki jak ona. Miała tylko nadzieję, że nie chował urazy za to, jak się wcześniej zachowała.

Kiedy dotarła w ustalone miejsce, już na nią czekał.

— Dzień dobry panu. Przepraszam za spóźnienie. — Powiedziała Shalan, nisko kłaniając się przybyszowi.

— Teraz jesteśmy na pan, co? Chyba postanowiłaś zebrać trochę informacji na mój temat. — Wypowiedział te słowa próbując przy tym nie parsknąć śmiechem.

Nie wiedziała, co na to odpowiedzieć, a kiedy przez dłuższy czas milczała, mężczyzna westchnął.

— Wiesz już kim jestem i pewnie domyślasz się, że nie poprosiłem o to spotkanie bez powodu. Chciałbym, abyś coś dla mnie przechowała.

— Dlaczego ja? — Zapytała, nie wiedząc o co chodzi.

Książę przez chwilę wpatrywał się w ścianę za nią, a kiedy przemówił, jego głos był poważniejszy.

— Na miesiąc przed naszym poznaniem miałem wizję. Nie wiem do końca co oznaczała, ale widziałem twoją twarz. Chciałem ci coś dać, a kiedy już byłem blisko zaczęłaś wołać o pomoc. Gdy się obudziłem zauważyłem, że mój pierścień, który zwykle noszę, lekko świeci.

Shalan była w szoku. Nie mogła zrozumieć co się właśnie stało. Chciała sobie wszystko poukładać, ale to wydawało się tak chaotyczne, że nie wiedziała od czego zacząć.

— Przepraszam, że zapytam, ale chyba czegoś nie rozumiem. Książę, dostałeś wizji i tak po prostu, nie wiedząc o co w tym wszystkim chodzi, masz zamiar dać mi ten pierścień?

— Hmm, właściwie tak.

— Ale…

— Posłuchaj, miałem wizję, w której wyraźnie chciałem ci go dać. Tam gdzie się teraz wybieram nie mogę go zabrać, więc chyba logicznym jest, że dam go tobie na przechowanie. — Powiedział, po czym wręczył jej mały błyszczący przedmiot.

Shalan ostrożnie obejrzała błyskotkę. Nie różniła się niczym od tych zwykłych, które kupowała na targu. A jednak ten pierścień skrywał tajemnicę. Tajemnicę, którą miała nadzieję wkrótce poznać.

— Chyba na mnie już czas. — Rzekłszy to, odwrócił się i wszedł w ciemną uliczkę.

— Książę! — Zawołała za nim wróżbitka. — Mam jedno pytanie. Dlaczego będąc u mnie nie chciałeś się ujawnić? I skąd mogłeś wiedzieć, co ci przepowiem?

Mężczyzna tylko tajemniczo się uśmiechnął i powiedział:

— Do następnego spotkania.

Właśnie z tymi słowami zostawił ją w ciemnej uliczce, z pierścieniem w ręku, nieopodal gospody Pod Starym Lwem. W głowie miała mnóstwo pytań i zero odpowiedzi. Jej z pozoru zwykły klient okazał się księciem, a wizja czymś więcej, niż z początku myślała.

Miała tylko nadzieję, że jeszcze kiedyś spotka księcia, aby wszystko mógł jej wyjaśnić.

Tylko jeden centaur

Małgorzata Dżega

Zawsze uważałem, że astronomowie są dziwni. Niektórzy mają chyba jakąś wadę wzroku, bo od tylu lat badają kosmos, a widzą jedynie to, co chcieliby zobaczyć. Powinni zająć się Ziemią, a nie wtrącać w inne światy, bo na przykład osoby z Wenus albo z Saturna, nie interesują się kompletnie ludzkim światem. Astronomowie chyba naprawdę nie mają co w życiu robić. Moje dni zawsze były inne od poprzednich. Podróżowałem z planety na planetę i zapisywałem wszystko, co mówiły inne stworzenia, zwierzęta, czy nawet rośliny. Na Ziemi nie byłem — nie lubię ludzi. Zadziwiające, że gdy około co roku wracałem na tę samą planetę, wszystko się zmieniało — a astronomowie nawet nie potrafią tego dostrzec. Jestem mieszkańcem Neptuna. Tutaj wszystko jest takie szare i dziwne, dlatego zdecydowałem się podróżować na inne planety. Dzisiaj spędzam ostatnią noc na Saturnie. Na tej planecie jest nadmiar Centaurów, jednak poznałem jednego, bardzo inteligentnego, za którym z pewnością będę tęsknił. Kiedy tego dnia się obudziłem, pierwszego zobaczyłem właśnie jego. Usiłował coś mi powiedzieć, lecz za każdym razem, gdy otwierał usta, nie dał rady wypowiedzieć ani słowa.

— Mironie, też będę tęsknił — zapewniłem go — ale naprawdę muszę jechać.

— Och, nie to mam na myśli. Usiądź i posłuchaj. Nasi strażnicy nagle postanowili, że nie życzą sobie odwiedzin kosmitów z innych planet i nikogo nie zamierzają wpuszczać ani — co gorsza — wypuszczać.

— Więc… nigdy już się nie zobaczymy?

— To mniejszy problem, Nefacie. Nie wyjedziesz. Saturn ogrodzony jest z każdej strony, nie wypuszczą cię.

Zatkało mnie w tym momencie. W pierwszej chwili myślałem, że Miron mnie po prostu wkręca, lecz rozpoznałbym to, a jego mina była zbyt poważna. Wiedziałem tylko, że nie zostanę do końca życia na tej planecie i muszę się jakoś wydostać. Nie zważając na Centaura, pchając go lewą ręką, pobiegłem do Króla Saturna. Ominąłem kolejkę i wszedłem do jego pokoju bez pukania, i to był mój pierwszy błąd.

Był on bardzo kulturalnym czarodziejem, który, kiedy mnie zobaczył, nie mógł uwierzyć własnym oczom, że ktoś go tak egoistycznie potraktował. Chrząknął, po czym powiedział:

— Przed odwiedzeniem mnie należało przeczytać regulamin. Jak śmiałeś tak tu wejść, ty… ty… kim ty właściwie jesteś?!

— Jestem elfem, najmocniej przepraszam, ale…

— Gdybyś przeczytał regulamin, wiedziałbyś, że nie toleruję słowa „ale”. Wynoś się. Nie chcę cię tu więcej widzieć. Nie próbuj tu więcej przychodzić.

Wtedy dotarło do mnie, że jeżeli będę zmuszony zostać na Saturnie, będę miał ogromnego minusa u Króla. A wydostać się będę musiał sam. Przysiadłem obok budynku i opowiedziałem wszystko Mironowi.

— Ale przynajmniej będę dużo czasu spędzał z tobą — zaśmiałem się, dostrzegając plusy.

— Tak, przyjaźń elfa i centaura.

Oboje zachichotaliśmy. Gdy ktoś to wypowiada, inaczej się to interpretuje.

— A tak adekwatnie do tematu, wiesz, że właśnie zmarnowałeś wielką szansę — zauważył.

— Niby jaką?

— Król jest przecież czarodziejem. Mógłby cię teleportować na inną planetę bez żadnego problemu, ale po tym, co zrobiłeś, wątpię, aby zechciał. W jego oczach jesteś teraz taki… infantylny.

— Wiem, że to było głupie, ale na Neptunie wszystko jest zupełnie inne.

— Doskonale cię rozumiem, bo byłem kiedyś na Marsie. Wyrzucili mnie pierwszego dnia.

Nie marnując więcej czasu na rozmowę udaliśmy się do bramy, którą miałem zamiar się wydostać. Szliśmy przez długie pole, w którym często potykaliśmy się o kłody, których nie było widać przez długą trawę. Przemierzaliśmy drogę około godziny, a ja stwierdziłem, że Miron jest najwspanialszym przyjacielem, jakiego mogłem mieć. Szedł razem ze mną, choć nie musiał i miał zamiar walczyć, bym stąd wyjechał, pomimo że bardzo chciał, bym został. Zdecydowanie jest łatwiej, kiedy masz przy sobie zaufaną osobę. Okazało się, że strażnikami były Centaury, a każdy z nich posiadał dodatkowo swojego Feniksa.

— Dzień dobry — przywitałem się, usiłując być kulturalny.

— Dla kogo dobry, dla tego dobry — odpowiedział jeden z Centaurów.

Jego Feniks wleciał, okrążył mnie i wrócił do swojego właściciela.

— Jest czysty — powiedział ptak do ochroniarzy.

— Chciałby się wydostać — wtrąciłem się.

— To niemożliwe — uśmiechnął się Centaur.

— Ale ja nie jestem mieszkańcem Saturna. Przyjechałem niedawno i chcę wrócić na planetę.

— Aa, to wszystko wyjaśnia. Najpierw Król powinien napisać dla ciebie zaświadczenie, że cię wypuszcza, lecz więcej cię tu nie widzimy.

— Tyle, że to nie za bardzo możliwe — skrzywiłem się.

— W takim razie miłego życia na naszej planecie.

Ogarnęła mnie złość, nad którą nie potrafiłem zapanować. Nie chcę tu zostać, nie zostanę tu, mam cel w życiu, co ja będę teraz robił? Zacisnąłem pięści i uśmiechnąłem się sztucznie, po czym podszedłem blisko do Centaura.

— Pomyśl, co robisz! — Miron odepchnął mnie ręką i stanął przede mną.

Chwyciłem przyjaciela za ramię i tracąc świadomość nad tym co robię, położyłem go na ziemię. Nie umiał sam wstać, ze względu na swoje kopyta. Strażnicy przyglądali się nam z zaciekawieniem, nie reagując na to, że moglibyśmy się nawet zabić. Zbliżyłem się do Feniksa, którego miałem w zasięgu wzroku i próbując go złapać, przewróciłem się o kopyta jego właściciela. Ptak usiadł na moim ramieniu i swoim pazurem powoli zaczął mi je rozcinać. Byłem zbyt głupi, bo co taki drobny elf może zdziałać przy grupie silnych strażników? Im dłużej Feniks mnie okaleczał, tym bardziej mnie to bolało. Próbowałem odepchnąć go każdą kończyną, ale zamiast tego coraz bardziej go prowokowałem. Kiedy Mironowi udało się wstać, wyciągnął miecz z pochwy, mając na celu zabić sprawcę moich ran na ręce. Dwóch strażników podeszło do niego, jeden odwrócił uwagę Mirona, a wtedy drugi odebrał mu miecz.

— Ty okropny zdrajco! — wykrzyczał Centaur mojemu przyjacielowi, a wtedy drugi przyłożył mu miecz do gardła.

— Nie… róbcie… mu… nic złe-e-go — wycedziłem przez zaciśnięte z bólu zęby, a wtedy feniks przyłożył mi pazur do szyi, dając do zrozumienia, że mam być cicho.

Strażnik kontynuował:

— Zawsze, Mironie, byłeś po naszej stronie, a teraz co? Trzymasz z jakimś elfem, który nawet nie potrafi walczyć? Och, źle skończysz. Ale damy ci jeszcze jedną szansę. Możesz do nas dołączyć…

— Nigdy! — odpowiedział stanowczo. — Już wolałbym, abyście mnie zabili, niż abym porzucił mojego przyjaciela.

— W takim razie umrzesz i ty, i ten słaby, biedny elf.

— Macie nic nie robić Nefatowi! — wstawił się za mną.

W tym momencie obok siebie zobaczyłem Króla.

— Macie przestać! — postanowił, a wszyscy wrócili na swoje miejsca. Poczułem ulgę, gdy Feniks także odleciał, a także szczęście, że Mironowi nie grozi już śmierć.

— Kto wyraził zgodę na walkę?! — oburzył się.

— Królu, ale on chciał bez pozwolenia opuścić planetę — odpowiedział wystraszony Centaur.

— To nie powód by go zabijać. Cisza. Zwalniam was. Dyscyplinarnie.

Strażnicy spojrzeli po sobie, oburzeni tym, co się stało. Szepnęli coś do swoich Feniksów, a oni okrążyli Czarodzieja. Miałem wtedy sto myśli, ale nad wszystkimi dominowała jedna: oni chcą zabić z zemsty Króla. Miron podszedł do mnie i pomógł mi wstać, a czterech centaurów się do nas zbliżyło. Czarodziej bał się choćby poruszyć, ze względu na ryzyko śmierci. Strażnik znów przyłożył miecz do gardła Mirona, a ja zauważyłem, że mam wolne pole do ucieczki. Musiałbym tylko szybko chwycić pojazd, który wcześniej zakrywały Centaury. Gdybym był parę lat starszy, już dawno mógłbym polecieć, a przez moje słabe skrzydła muszę walczyć.

— Uciekaj! — krzyknął Miron.

Cofnąłem się parę kroków, zatrzymała mnie jednak myśl, że przez to Miron umrze. Widząc jednak, że zaraz będą gonić mnie Centaury, biegłem ile sił w nogach do pojazdu i udało się. Szybko go odpaliłem i za chwilę byłem już około dziesięć metrów nad wszystkimi. Widziałem, że podcięto gardło dla mojego przyjaciela, a Króla wypuścili. Miron odszedł. Zrobił to dla mnie. Od tego czasu już nigdy nie podróżowałem. Zostałem na Neptunie i co noc obserwowałem gwiazdy, a w dni spałem. Mój najbliższy przyjaciel żyje w moim sercu i to się nigdy nie zmieni.

Magiczne królestwo

Ewa Gryniewicka

Był piękny, słoneczny dzień. Promienie wschodzącego słońca oświetlały Kryształowe Królestwo Elfów.

Wszystkie stworzenia wypełzły ze swych kryjówek, ochoczo zabierając się do swojej codziennej pracy. Niedaleko Doliny Złotych Pyłków, Elf i Krasnolud, dwaj przyjaciele, pracowali przy Stodole Magicznych Zwierząt.

— Naprawdę, nie rozumiem — jęknął po raz kolejny tego dnia Elf — dlaczego muszę wykonywać tę brudną robotę? Przecież jestem synem samego Króla Elfów!

— A to dlatego — wtrącił Krasnolud — bo twój ojciec cię wydziedziczył.

Młody Elf spojrzał na niego spode łba — Wiesz, nie musisz mi o tym przypominać.

— Kiedy ty sam ciągle do tego wracasz, Edmund — odparł tamten — zamiast zrzędzić, lepiej weź się do roboty.

Edmund westchnął zrezygnowany i spojrzał w stronę pałacu. Był przecież takim kochającym, odpowiedzialnym, uczciwym i pracowitym synem! Dlatego nie mógł pojąć, co spowodowało, że ojciec się go wyparł!

— Dobra Zau — rzekł Elf — kończmy to czym prędzej i chodźmy coś zjeść.

Piętnaście minut później szli już w kierunku karczmy „Pod Starą Wiśnią”, która znajdowała się obok lasu. Nagle spostrzegli jakiś ruch. Zaczęła się do nich zbliżać rozmyta postać, szumiąc cicho wśród drzew. Ciarki przeszły im po plecach. Było w niej coś mrocznego i niepokojącego. Wychyliła się…

— Zau! — krzyknął przerażony Edmund — to Błękitna Zjawa!

Odrętwiały ze strachu Krasnolud nie mógł się ruszyć. Każdy w Kryształowym Królestwie Elfów wiedział, że jest to bezwzględny demon zaklinający duszę każdej napotkanej osobie.

— Rusz się, Zau! — ponaglał Elf — Dalej! Musimy uciekać!

— T-to… p-przecież… — wyjąkał Zau.

— Najwyraźniej nie mam wyboru — rzekł Edmund i zdeterminowany ruszył w kierunku Błękitnej Zjawy.

— Co ty robisz?! Oszalałeś?!

— Użyję Miecza Tysiąca Blasków!

Edmund wyjął miecz z pochwy i spojrzał wyzywająco na zjawę. Serce biło mu jak szalone, a broń wyślizgiwała się z rąk.

— Nie pokona mnie jakiś duch — wycedził przez zaciśnięte zęby i mocniej objął rękojeść miecza. Wzbił się w powietrze, energicznie machając skrzydłami i zaatakował. Ostrze przebiło oko zjawy. Zajęczała straszliwie i rozpłynęła się w powietrzu. Edmund opadł na ziemię ciężko dysząc.

— Nie wierzę — podszedł do niego Krasnolud — Pokonałeś Błękitną Zjawę! Dobrze wiesz, że używanie Miecza Tysiąca Blasków jest zagrożeniem nawet dla jego właściciela. Możliwe, że ojciec dlatego cię wydziedziczył. Jesteś szalony.

— Nie jestem przeciętnym Elfem — uśmiechnął się z wyższością — jestem dziedzicem tronu Kryształowego Królestwa Elfów, a ten miecz jest… au! — skrzywił się i złapał za serce.

— Dobra księciuniu — rzekł rozbawiony Zau i wziął Edmunda pod rękę — Lepiej się nie przemęczaj gadaniem. Musimy ci przyszykować lekarstwo z leczniczych ziół.

I poszli.

Elfy

Beata Ostaszewska

Wstałem dziś, jak co rano w niedzielę, o godzinie 5:00. Wyjrzałem przez okno i zobaczyłem wschodzące słońce, wznoszące się ku niebu. Można by powiedzieć, że dzień będzie piękny. Następnie odrzuciłem kołdrę i zszedłem z łóżka. Otworzyłem szafę z ubraniami, starałem się ubrać w najwygodniejsze rzeczy. Gdy się ubrałem, wziąłem linę, która leżała pod łóżkiem. Sznur rzuciłem przez okno, a drugi koniec przywiązałem do nóżki najbliższej szafy. Poczekałem chwilę i zobaczyłem, że sznur się rusza. Po minucie ujrzałem w oknie Roberta, mojego kuzyna.

— Olek, daję ci dwie godziny żebyś się uratował, ale wiesz, że za to ja mogę trafić do lochu królewskiego. W tamtą niedzielę spóźniłeś się 30 minut przed śniadaniem — Powiedział Robert z poważną miną — Kocham cię braciszku, jak Boga kocham, ale nie chcę iść do lochów.

— Trochę przesadzasz, a po drugie jesteśmy kuzynami. Liczę na wdzięczność z twojej strony. Tyle razy cię ratowałem, że przestałem liczyć. — Odparłem zirytowany.

— Dobra, ale po co ja mam udawać ciebie śpiącego? –Spytał schodząc z parapetu.

— Znasz mojego ojca. Zawsze kiedy wstaje, musi sprawdzić, czy wszystko ze mną w porządku. Zaczął to sprawdzać, od kiedy uciekłem po naszej kłótni — Wyjaśniłem mu, a on już mnie nie słuchając, wślizgnął się do mojego łóżka — Dobra, już idę.

Powoli wszedłem na parapet, a następnie zacząłem schodzić

— Co robisz na ziemi leśnych elfów? Przecież to jest niezgodne z prawem zawartym z elfami ziemnymi.

Nic nie powiedziałem, tylko na nią patrzyłem. Zapytała mnie, ale dalej nie odpowiadałem. Nagle mnie zaatakowała. Z jednej strony nie walczę z kobietami, ale z drugiej, to był atak na mnie. Byłem od niej szybszy. Jedną ręką rzuciłem ją na ziemię. Usiadłem na nią. Wierciła się, ale byłem od niej silniejszy. Spojrzałem na jej oczy, ciemne jak noc, ale ciepłe.

— Nazywam się Olek, jestem wnukiem króla Wiktora, synem Michała, przeszłego króla. Mam dwadzieścia lat i jeszcze coś. Szkolę się w walce od 10 lat. — Odpowiedziałem na jej pytania i się uśmiechnąłem.

Nagle tego pożałowałem. Nie wiem, jakim cudem, ale zrzuciła mnie z siebie i role się odwróciły. Teraz ona siedziała na mnie.

— Nazywam się Lena, jestem wnuczką Łukasza, najwierniejszego przyjaciela króla Dawida, córką Maćka, słynnego wojownika. Też mam dwadzieścia lat. Szkolę się od niepamiętnych czasów na wojownika.

I od tego się zaczęło w każdą niedzielę. Ale już bez bójek. Po pewnym czasie zakochałem się w niej, a ona we mnie. Gdy ją pierwszy raz pocałowałem, odwzajemniła pocałunek. Ale w naszym świecie jest tak, że elfy leśne nie mogą spotykać się z elfami ziemnymi.

Wszystko zaczęło się około sto lat temu. Początkowo Aleksą rządził Bartek. Był to mądry król, wiele zrobił dla tej krainy dobrego. O założeniu rodziny pomyślał później. Gdy wreszcie się ożenił z Kasią, swoją wielką miłością, urodziły im się bliźniaki: Wiktor i Dawid. Dawid był pracowity i pomocny, lubił pracę fizyczną. Natomiast Wiktor był osobą rozrywkową, leniwą, ale po pewnym czasie stał się bardziej pracowity, lecz nigdy nie dorównał bratu. Król oddał tron Wiktorowi, ponieważ urodził się pierwszy; w tamtych czasach były takie zasady. Po śmierci ojca, synowie pokłócili się o tron. Dawid postanowił, że nie będzie dalej żył z bratem pod jednym dachem, więc wyniósł się do lasu. Tak oto powstał podział: elfy leśne to te co mieszkały w lesie, a elfy ziemne zamieszkiwały miasto.

Ale dziś to się zmieni. Chciałem o tym porozmawiać z dziadkiem, ale za każdym razem zmieniał temat. Jednak wczoraj wydarzył się cud; dziadek zgodził się na rozmowę. Zacząłem opowiadać mu historię o mnie i Lenie oraz, że się w niej zakochałem.

— Nie jesteś na mnie zły, że kocham elfa leśnego? — Spytałem, patrząc mu w oczy i nic w nich nie rozumiejąc.

— Kiedyś byłem wściekły, ale zrozumiałem, że nasze spory zrobiły więcej zła niż dobra. Skłóciliśmy wielu ludzi, nie tylko przyjaciół, ale również rodziny, które wybierały pomiędzy nami, braćmi. — Spojrzał na mnie i się uśmiechnął — Czas to naprawić.

— O co w ogóle chodziło w tej kłótni?

— Pokłóciliśmy o twoją babcię, Alice. Od kiedy Wiktor ją ujrzał, nie potrafił o niej zapomnieć. Lecz ona wybrała mnie. To rozzłościło mojego brata — dziadek już nie patrzył na mnie i obrócił się w stronę okna — Obiecałem twojej babci, że przeproszę Wiktora. Szkoda, że już jej z nami nie ma.

Powiedziałem dziadkowi, że spotkam się z nim na zachód od zamku, blisko lasu, o godzinie 6:00.

Wcześniej przystałem, żeby porozmawiać z Leną o tym, że nareszcie będziemy razem, bez przeszkód i bez tajemnic. Dziadek przed umówioną godziną ubrał się w czarny płaszcz z kapturem, który sięgał mu do kostek i wręczył mi taki sam, w kolorze błękitu. Na szczęście droga obyła się bez przeszkód. Lena pokazała nam tajemną drogę, znaną tylko przez strażników zamku, do pokoju ich króla. Wszedłem do środka z dziadkiem. Lena została na straży. Gdy weszliśmy, siedział tam starszy mężczyzna, który już na nas czekał.

— Witaj bracie — odezwał się mężczyzna. — Minęło wiele lat od naszego ostatniego spotkania, nie sądzisz?

— Witaj. To prawda, że upłynęło sporo czasu, ale nigdy nie możesz powiedzieć, że teraz nie jest czas na przeprosiny. Chcę cię przeprosić za wszystko, co ci złego zrobiłem.

— Ja też przepraszam. Powinienem cieszyć się szczęściem twoim i Alice, a nie je niszczyć.

Bracia przytulili się i na tym kończy się historia elfów leśnych i ziemnych. Ja i Lena wreszcie się pobraliśmy.

Przeczytałeś bezpłatne % książki. Kup ją, aby przeczytać do końca!

Kup książkę