Autor udostępnia do przeczytania 25% swojej książki

Kup książkę

Strzał

Sabina Białecka

Z głośnym westchnieniem opadł na stary fotel, który zapadł się nieco pod jego ciężarem. Zmęczonym wzrokiem przeskakiwał po zebranych, szukając jakiegoś punktu zaczepienia. Niemal nie mógł wyjść z podziwu dla swojej dzisiejszej punktualności. Pierwszy raz dowódca nie musiał wygłaszać nudnych kazań o tym, jak ważne jest przybycie na czas, gdy nie mają ani chwili do stracenia. Zgarbił się, opierając prawy łokieć na udzie. Policzek wsparł na dłoni, przymykając oczy. Ignorował harmider spowodowany szeptami zaniepokojonej grupy.

— Już jestem — rozległ się męski głos, sprawiający, że reszta osób od razu zamilkła, skupiając swoją uwagę na przybyłym. — Pewnie się zastanawiacie, po co was zwołaliśmy, skoro do zebrania jeszcze tydzień, co? Ooo, widzę, że Jonathan przybył na czas, brawo.

— Spadaj, James — mruknął czarnowłosy, nie podnosząc głowy. Nie musiał tego robić, aby wiedzieć, że wszystkie oczy skierowały się właśnie w jego stronę.

— Mamy plan — odparł dowódca, tracąc zainteresowanie swoim zastępcą. — Ludzie zerwali porozumienie i na nowo zaczęli porywać naszych do eksperymentów. — Zamilkł, obserwując tłum. Oparł jedną nogą o ścianę, palcami masując skronie. — Sami musimy zaatakować. Ludzie po wojnie nadal są bardzo osłabieni, ale im dłużej zwlekamy, tym bardziej działa to na naszą niekorzyść. Oni mają czas, aby odzyskać to, co utracili — my nie.

— Czyli co? — przerwał ktoś.

— Cisza — upomniał James, wznosząc czarne oczy ku górze. — Zdobyliśmy informacje o tym, gdzie ich grupy będą patrolować.

— Chcecie ich zabić?

— Nie.

— Jeśli to nie będzie koniecznie — sprostował Jonathan.

— John! — zawołała rudowłosa dziewczyna, przedzierając się między swoimi kompanami. — Zgadzasz się na to? Na początku była umowa, że nikogo nie zabijamy. Nikogo.

— Tak, i popatrz dokąd nas to zaprowadziło. Panoszą się, a my tylko na to patrzymy. Nie zapomnij, że oni nadal nas wyłapują. Byłem ich szczurem laboratoryjnym, wiem do czego…

— Nie tylko ty — przerwała, zginając palce w pięści. — Ale nikt z nas nie ma zamiaru mordować.

— Tak myślisz? Dalej chcesz tak żyć? Podoba ci się ukrywanie się przed nimi?

— Róbcie co chcecie, ja nie zamierzam przykładać do tego ręki. — Jedyne co mogła zrobić, to dać za wygraną. Planu nie zmieni.

— Och, dzięki za pozwolenie. Wracając do sprawy — potrzebne będą dwie grupy. Jedna będzie musiała napaść na patrol, a potem dotrzeć do obozu ludzi i sprawdzić, gdzie trzymają naszych. Druga ma za zadanie zaatakować w odpowiednim czasie.

— Ja idę w tej pierwszej. Potrzebuję jeszcze dwóch — wtrącił Jonathan

Cisza, która nastała po jego słowach sprawiała, że atmosfera robiła się coraz bardziej napięta. Czarnowłosy mógłby przysiąc, że do jego uszu dochodzą szepty niepewności, mimo że nikt nie poruszał ustami.

— Ja i Eric pójdziemy.

Jonathan zmierzył ochotników obojętnym wzrokiem. Ulżyło mu, że nie musiał nikogo ciągnąć na siłę i tracić czasu na przekonywanie. Nie chciał brać ze sobą kogoś, kto podkuli ogon i ucieknie w ostatniej chwili, zostawiając go na lodzie.

— Świetnie. Jutro o świcie wyruszamy. Nasz trójka może już iść — odparł John, wstając z miejsca. Wymienił porozumiewawcze spojrzenie z Jamesem i wyszedł z pomieszczenia, pozostawiając za sobą niezadowolonych Nephilim.

Kopnięciem zamknął drzwi, wsuwając dłonie do kieszeni. Zimny powiew wiatru sprawił, że skulił się nieco. Właśnie tego potrzebował w tej sytuacji — odrobiny spokoju i orzeźwienia. Zbyt wiele spraw nie dawało mu spokoju, aby mógł wrócić do kwatery i położyć się wraz z innymi. Odwrócił się w stronę starego budynku. Skrzywił się na widok dachu, a raczej tego, co z niego zostało. Kilka zepsutych desek, trzymających się resztkami sił. Ktoś powinien poinformować resztę, że niedługo będzie trzeba poszukać innej kryjówki. Zima zbliżała się wielkimi krokami, a oni nie mieli możliwości odnowienia „posiadłości”.

— Myślisz, że znowu będziemy musieli wrócić do kanałów?

Jonathan odruchowo drgnął, słysząc głos dowódcy. Srebrne ślepia błysnęły ostrzegawczo, ale mimika twarzy nie została naruszona nawet najmniejszym grymasem.

— Jeśli wszyscy zginiemy, to nie będziemy już mieli tego problemu — odparł.

— Twój optymizm jest przerażający — mruknął James, wznosząc oczy ku zachmurzonemu niebu.

Stali, nie patrząc na siebie. Każdy był skupiony na wyimaginowanym punkcie. Jedynie dowódca od razu do czasu przerywał ciszę, odchrząkując.

— Myślisz, że to już głupota czy akt desperacji? — zapytał James. — Ludzie są o wiele liczniejsi od nas i posiadają trochę broni.

— Chyba już dawno ustaliliśmy, że głupota i desperacja się nie wykluczają — odpowiedział Jonathan, wyraźnie znużony.

— Wiesz, kiedy teraz tak o tym myślę, to wydaje mi się, że mamy bardzo małe szanse. Co, jeśli nas wyłapią?

— Twoja wiara w wygraną jest imponująca — prychnął Jonathan, patrząc pogardliwie na swojego szefa. — My możemy się porozumiewać myślami, oni nie mają takiej możliwości. Ja i tamta trójka zapoznamy się z terenem i prześlemy wam dane. Swoją drogą, to ile osób chce iść z tobą?

— Gdzieś sześćdziesiąt.

— Reszta się chowa? Tchórze.

— Hm, trochę ich rozumiem. Boją się działać, żeby ludzie nagle nie zaczęli wyłapywać.

— Oni ciągle to robią. W końcu przeprowadzą atak na nas, a wtedy będzie za późno na jakiekolwiek działanie. Nie oszczędzą nikogo.

— Ech, to okropne, kiedy muszę się z tobą zgodzić.

— Dobra, idę spać. Zostajesz?

— Tak, później przyjdę.

Jonathan jedynie wzruszył ramionami, zaciskając palce na klamce. Zerknął na dowódcę, powstrzymując odruch, nakazujący mu zaciągnięcie go na materac i zmuszenie, aby przespał się parę godzin. Nie mógł tego zrobić, kiedy sam nocami błąkał się na zewnątrz, narażony na odstrzał. Otworzył drzwi, wchodząc do środka. Spodziewał się ujrzeć przynajmniej jedną osobę, ale przedpokój wydawał się dziwnie pusty. Czyżby aż tak przejęli się planowaną akcją, że poszli spać bez marudzenia?

Przetarł oczy, przekraczając próg zbiorowej sypialni. Położył się na wolnym materacu. Zamknął oczy, pozwalając sobie na odpłynięcie w sen.


***


Zimne ściany laboratorium w żaden sposób nie przypominały pokoju, w którym zasnął. Cofnął się, wpadając na szafkę. Zacisnął palce na jej krawędziach, rozglądając się po znienawidzonym laboratorium. Czemu to do niego powracało? Nie chciał po raz kolejny oglądać samego siebie wijącego się na szarej i brudnej od jego krwi posadzce. Tym bardziej nie miał ochoty patrzeć na swojego oprawcę, przygniatającego go butem i śmiejącego się parszywie.

Nagle obraz się zmienił. Cały czas stał w tym samym miejscu, coraz mocniej ściskając szafkę, ale tym razem widział swoją młodszą siostrę, łkającą cicho i wołającą w jego kierunku. Nic nie mógł wtedy zrobić. Był bezradny, kiedy ją zabijali na jego oczach, mając przy tym niezły ubaw.

— Zobacz, braciszku.

Odskoczył, przyjmując pozycję obronną.

Tym razem było inaczej.

Postać siostry, stojącej przed nim w białej szacie, bez jakichkolwiek znamion tamtych dni, stanowiła nowość w jego śnie. Jednak miał niejasne przeczucie, że to wszystko jest czymś więcej niż tylko kolejnym koszmarem, nawiedzającym go co noc. Ręce opadły mu wzdłuż ciała, gdy się wyprostował. Rozchylił usta, ale z gardła nie wydobył się żaden dźwięk, jakby niewidzialna siła ściskała jego struny głosowe.

— Zobacz, braciszku — powtórzyła dziewczyna, uśmiechając się smutno. — Chyba nie chcesz być taki jak oni? Można działać bez zabijania, sam mi to kiedyś mówiłeś, pamiętasz? Wtedy myślałeś, że ludzie są słabi, bo nie potrafią działać bez przemocy i ranienia innych. Nadal tak uważasz? — przerwała, chwytając brata za dłonie. Splotła swoje palce z jego palcami. — Nie pozwól, aby z ciebie zrobili potwora — dodała.


***


Obudził się, dysząc ciężko, jak po przebiegnięciu półmaratonu. Usiadł na materacu, chowając twarz w dłoniach. Zauważył, że koc, którym powinien się wcześniej przykryć, leżał teraz na posłaniu kogoś innego, prawdopodobnie wykopany w czasie koszmaru. Był już do tego przyzwyczajony, ale pojawienie się siostry całkowicie go zaskoczyło. Uspokoił oddech, jednak ciągle drżał, nie potrafiąc przywrócić swojego ciała do ładu. Wstał, przecierając oczy, aby zetrzeć z nich ostatnie ślady zaspania. Przez okno wkradały się pierwsze promienie słońca, przypominając mu o misji. Tak, teraz to na niej musiał się skupić, a nie rozważać, czemu jego umysł zaczyna go nienawidzić, podsyłając takie obrazy.

Wyszedł przed budynek, gdzie czekali już współpracownicy. Skrzywił się nieznacznie. Żałował tego, że pośle bliźniaków na śmierć. Oni nie powinni tak skończyć. Może wystarczyłby on sam, żeby odnaleźć więzienie?

Zadziwiające, jak po jednej nocy nastawienie do działania może ulec zmianie. Jeszcze parę godzin temu Jonathan wierzył w powodzenie ataku, a teraz dałby wiele, aby ukryć się w norze.

— Czekaliśmy. Alex już chciał iść cię obudzić. Coś się stało? Zazwyczaj to ty się pierwszy zrywasz — powiedział Eric, krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej.

— Nie, nic mi nie jest — zapewnił Jonatan.

Nie uwierzyli i czarnowłosy doskonale o tym wiedział, ale po ich minach widział, że nie będą drążyć tematu. Nigdy nie był zbyt wylewny. Uważał, że zadręczanie innych swoimi problemami to rodzaj słabości. Musi ich wspierać, a nie użalać się nad sobą, jak jakiś rozkapryszony dzieciak. W milczeniu ruszyli przed siebie.


***


— Tak, w końcu widać ich siedzibę — jęknął Alex, klaszcząc w dłonie.

— Padnij — rozkazał Eric, kucając i ciągnąc pozostałą dwójkę za ręce.

Kucnęli, ukrywając się za krzakiem. Nie musieli długo czekać na intruzów. Dwie postacie wyłoniły się zza drzew. Nadchodzący rozmawiali, nieświadomi zagrożenia, jakie czyhało na nich parę metrów dalej. Beztrosko przybliżali się do ukrytej trójki.

— Potem pokażę ci pióro, które przyniósł mój syn. Znowu jakiemuś pseudoaniołkowi wyrwali skrzydła — zaśmiał się jeden z patrolujących.

Jonathan zacisnął pięści, resztkami samokontroli powstrzymując się przed wyskoczeniem. Rozluźnił palce, które powędrowały do uda, gdzie wcześniej przymocował pokrowiec z nożem. Wyciągnął ostrze, uważając, aby nagłymi ruchami nie zaalarmować patrolujących.

Na trzy — wysłał komunikat do swoich towarzyszy poprzez myśli.

Jeden — John napiął mięśnie.

Dwa — srebrne oczy zlokalizowały cel.

Trzy — Nephilim wyskoczyli.

Zaskoczeni ludzie cofnęli się, próbując dobyć broń. Nim jednak ktoś zdążył ją odbezpieczyć, Alex rzucił nożem w pierwszego, trafiając w brzuch. Ranny mężczyzna padł na ziemię, puszczając broń. Jonathan także rzucił nóż, który wbił się w pierś wroga. Ten upadł obok towarzysza. Trawa wokół konających zabawiła się na czerwono. Bliźniacy zajęli się ściąganiem ubrań z nieboszczyków. Na przesłuchanie i tak było za późno.

— Mieliśmy zdobyć informacje o położeniu więzienia i laboratorium, a nie ich zabijać — syknął Jonathan, wydobywając swój nóż.

Wytarł go o czystą trawę i schował do pokrowca.

— Oni mieli broń, trzeba było szybko działać — odpowiedział Alex, rzucając ubranie Jonathanowi.

— Mniejsza — mruknął, niezadowolony. Złapał odzież, ale zaraz podał ją drugiemu bliźniakowi. — Nie, wy się przebierzecie, a ja będę udawać złapanego. Tylko nie bierzcie ich koszul, za bardzo nasiąkły krwią.

— John, nie, serio, weź to — poprosił Alex.

— Wy się bardziej nadajecie do roli ludzi. Wątpię, żeby ktoś z nich miał srebrne oczy — warknął, dając do zrozumienia, że nie ma ochoty na żadne negocjacje.

Bliźniacy zamilkli, zajmując się przebieraniem. W tym czasie Jonathan usiadł pod drzewem, czekając na ustalenie dalszych działań. Nie chciał tam wracać. Każde wspomnienie o celi i badaniach budziło w nim dreszcz niepokoju. Nieświadomie zaczął niszczyć kwiatek. Pragnął się wycofać, ale nie mógł dać za wygraną. Przecież nie znosił poddawania się. Prychnął pogardliwie pod nosem, bijąc się z myślami. Czemu to wszystko musiało być takie trudne? Mógł wcześniej pomyśleć i przewidzieć, że być może będzie zmuszony ponownie oddać się w ręce ludzi.

Z przemyśleń wyrwało go chrząknięcie Alexa. Poderwał głowę, uderzając o korę drzewa.

— Kurde — syknął Jonathan, masując obolałe miejsce. — Nie potrafisz normalnie się odezwać?

— Hm, przepraszam, ale my jesteśmy już gotowi.

Jonathan wstał, przypatrując się bliźniakom. Mimo kominiarek i płaszczy nadal można było ich odróżnić od tamtych ludzi, ale w tym przypadku liczył na szczęście. Wyciągnął ręce przed siebie, przygotowany na skucie kajdankami. Musieli wyglądać wiarygodnie, aby chociaż przez chwilę mydlić oczy. Westchnął, czując zimny metal na nadgarstkach. Ruszył, gdy Eric lekko go popchnął.

Siedziba ludzi była już tak blisko.


***


Zatrzymali się przed strażnikiem strzegącym wejścia na teren. Bliźniacy opuścili głowy, pozwalając kapturom zakryć twarze. Eric wskazał ręką na pojmanego. Dźgnął go palcem pod żebrem, wymuszając zrobienie paru kroków.

— Mamy jednego, próbował na nas napaść — wychrypiał Alex, w duchu modląc się, żeby nic nie zdradziło ich intrygi.

Strażnik jedynie machnął ręką, pogrążony w stosie dokumentów. Nie interesowały go nowe informacje. Nerwowo wertował kartki, burcząc coś pod nosem.

Nephilim minęli strażnika, jednak nie wiedzieli gdzie iść. Tłumy ludzi nie ułatwiały zadania. Żaden budynek nie różnił się jakoś szczególnie od pozostałych. Ale czego się spodziewali? Szyldu z napisem „więzienie” lub „laboratorium”? Inni nie zwracali na nich większej uwagi, zajmując się własnymi sprawami. Jonathan przestępował z nogi na nogę, zdradzając swoje zdenerwowanie. Udało się przedostać, ale co teraz? Trochę się pozmieniało od czasu jego pobytu w tym miejscu.

— Ej, gdzie idziecie! — zawołała kobieta ubrana w fartuch. Podbiegła do nich, wymachując szarą teczką. — Szybko, zakryjcie mu oczy! — rozkazała, podając czarny materiał.

Eric zawahał się, biorąc go od nieznajomej, co nie umknęło jej uwadze. Choć zawiązywał oczy Jonathanowi, to czuł na sobie jej czujne spojrzenie.

Nie mogli się zdradzić.

— Ja go już wezmę, a wy macie wolne — powiedziała.

Nim bliźniacy zdążyli zareagować czy wyrazić sprzeciw, lekarka zacisnęła palce w żelaznym uścisku na ramieniu czarnowłosego. Popchnęła go, na co zareagował cichym warknięciem.

— Radzę ci być cicho — ostrzegła, potrząsając więźniem. — Macie coś do dodania? — zwróciła się do Alexa i Erica, którzy nie bardzo wiedzieli, czy pozwolić jej na zabranie przyjaciela. — Nie? To świetnie.

Odwróciła się od nich. Miała nowy nabytek do badań, więc nie czas na pogawędki. Ruszyła w stronę pobliskiego budynku, ciągnąc za sobą Jonathana.


***


Jonathan poczuł, jak żołądek wywraca mu się do góry nogami, skłaniając do podzielenia ze się światem swoim posiłkiem. Dziękował niewidzialnej sile za to, że przed wyprawą nie zdążył nic zjeść. Jęknął w myślach, gdy nogami uderzył o coś twardego. Zaraz potem poleciał do przodu, plecami lądując na jakimś fotelu. Cztery pary rąk złapały go za nogi i ręce. Próby wyszarpania się nic nie dały. Ponownie warknął, gdy coś uderzyło go w głowę. Cholera, czemu on się na to godził?

John, wytrzymaj chwilę, niedługo będziemy — usłyszał w myślach.

Dobrze wiedział, kto nadał komunikat, ale to nie uspokoiło go ani trochę. Serce kołatało mu tak mocno, że miał wrażenie, iż każdy może to usłyszeć. Szarpnął rękami, słysząc odgłos kroków. Ktoś stanął obok niego.

— Kto by pomyślał, że jeszcze do nas trafisz. Miałeś zdechnąć. Teraz nie będziesz miał tyle szczęścia. Wiesz co robimy z bezużytecznymi? Już nie wypuszczamy, a szybko się pozbywamy.

Dobrze znał ten irytujący głos, szepcący do ucha.

Zacisnął usta, odwracając głowę. W obecnej sytuacji tylko tyle mógł zrobić. Nawet nie zauważył, gdy ktoś odwiązał materiał, zdejmując go z oczu. Zamrugał kilka razy, przyzwyczajając się do światła. Chwilowa ulga nie trwała długo, przerwana przez wbicie igły w rękę.

To działo się zbyt szybko.

Spazm bólu przeszył jego ciało, wydobywając z gardła cichy jęk. Już nie czuł dotyku, ale prądy przechodzące przez niego były o wiele gorsze niż skrępowanie. Odwrócił się, z impetem upadając na podłogę. Skulił się, pragnąc uciec daleko od tego pomieszczenia i ludzi. Dyszał ciężko, nie mogąc opanować dreszczy. Po chwili, która wydawała się wiecznością, dolegliwości ustały. Pozostało jedynie osłabienie i senność.

— Podobało ci się ptaszku? — zakpił naukowiec, sięgając po pistolet.

Sekunda — do umysłu Jonathana po raz kolejny wkradł się głos przyjaciela.

— Bardzo. Chcesz sprawdzić jakie to uczucie? — parsknął, wspierając się na rękach.

Trzask.

Drzwi otworzyły się, z hukiem waląc w ścianę. Zaskoczony lekarz odwrócił się w stronę wyjścia, celując w przybyłych. Odruchowo pociągnął za spust, nie patrząc na to, w kogo trafi.

Huk rozbrzmiał w uszach Jonathana, zamieniając się w pulsujący ból w czaszce. Zobaczył upadające ciało Alexa, zanim usłyszał jego krzyk. A może to tylko wyobraźnia, skoro chłopak nawet nie poruszył ustami? Złapał za pierwszą lepszą rzecz, która okazała się kawałkiem plastiku. Dopiero teraz zauważył, że metr od niego znajduje się pistolet.

Chwila, przecież sekundę temu był on w rękach tamtego wariata.

Może działanie podanej substancji sprawiło, że Jonathan nie spostrzegł, iż nie tylko Alex został ranny. Spazmy szlochu lekarza zaczęły do niego docierać dopiero, gdy zobaczył go w kałuży krwi i Jamesa stojącego nad nim. Zagryzł wargę, przysuwając się do broni.

— Długo wam to zajęło — syknął John, łapiąc za lufę glocka.

Obrócił go w dłoni i wymierzył w przerażoną twarz oprawcy. Wreszcie będzie mógł się zemścić za siebie, siostrę i innych pokrzywdzonych. Nie myślał, że ta chwila przyniesie mu tyle satysfakcji, chociaż sam znowu w jakiś sposób ucierpiał. Może to, co chciał zrobić, nie zwróci nikomu życia, ale dopilnuje, żeby leżący potwór nie odebrał kolejnego.

Palec nieznacznie drgnął, gdy nacisnął na spust.

Strzał kolejny raz rozdarł jego myśli, ale tym razem nie był uciążliwy. Teraz czarnowłosy mógłby ten dźwięk przyrównać do kojącej melodii.

Wygiął usta w złośliwym uśmiechu, pozwalając ekscytacji zagłuszyć wyrzuty sumienia.

Nie miał czego żałować.

Pozwoliłeś im na to — brzmiało oskarżenie, którego on już nie dosłyszał.

Zza Ilis

Patryk Rydzewski

Do miasta wszedłem od strony bramy handlowej. Był późny wieczór, słońce już dawno skryło się za horyzontem. W William spędzę około półtora tygodnia, mniej więcej tyle czasu potrwa dopięcie spraw w tej cholernej, zapomnianej przez bogów dziurze.

William — niby potężne, skryte za grubym murem miasto, a mimo to, delikatnie mówiąc, miało sławę największego zadupia cywilizowanego świata. Gdzie nawet sam diabeł by się nie zapuścił. To wszystko przez niewygodne położenie geograficzne, gdyż półtora wieku temu jakiś skończony idiota postanowił założyć piękne i wspaniałe miasto handlowe. Tyle, że akurat do gustu przypadła mu rozległa przełęcz górska, szeroka na 9,5 mili a długa na 6. Z trzech stron otoczona niezdobytymi przez człowieka szczytami górskimi. Gdzie, gdyby nie strategiczne położenie miasta, do dzisiejszego dnia nikt przy zdrowych zmysłach by się nie sprowadził. Z powodu strategicznej wagi William zostało przekształcone w potężną twierdzę, będącą jedynym przejściem ze wschodu na zachód kontynentu, który naturalnie został podzielony łańcuchami górskimi na dwie części. Zachód był zawsze powszechnie uważany za kolebkę cywilizacji i siedlisko wszelkiej ludzkości, gdyż ze wschodu nigdy nie przybył żaden człowiek. Mówiło się wiele o specjalnych oddziałach gońców, których zadaniem była eksploracja wschodniej części kontynentu. Spośród nich wielu nigdy nie powróciło, a nieliczni szczęściarze, którzy wrócili żywi, nie odnaleźli niczego poza ruinami miast i wsi. Od granicy Gór Żelaznych po rzekę Ilis, na wschodzie nie odnaleziono nigdy żywej duszy.

Noc spędziłem w miejskiej stajni, w towarzystwie swojego wierzchowca. Rano udałem się do centrum miasta, by odszukać cel swojej podróży. Dopiero teraz odczułem wyraźniej, że William jest miastem twierdzą. Im bliżej centrum, tym większą ilość ciężko zbrojnych oddziałów mijałem. Po półtorej godziny marszu doszedłem przed mury wewnętrzne, które okalały swą potęgą serce William. Stołg został ulokowany pod zboczem górskim.

W górze był wydrążony labirynt tuneli i komór, w których mieściły się istne tony zapasów. Pozwoliłyby one obrońcom przez długi czas utrzymać twierdzę, skutecznie odpierając nieprzyjacielskie ataki. Górskie zbocze kryło nie tylko spichlerze, które były ulokowane w najgłębszych komorach. Bliżej powierzchni mieściły się krasnoludzkie kuźnie i warsztaty płatnerskie.

Prorocy, Magowie i inni mądrzy tego świata od lat przepowiadają, że za Ilis zbiera się zło, które nie chciało zostać odkryte przez dziesiątki pokoleń. Rozpowiadają, że ten, co niegdyś upadł powróci, łaknąc krwi i zniszczenia. Jeden z tych w szpiczastej czapce i z kosturem dzierżonym w starych rękach miał pół roku temu wizję. Jak sam twierdził, widział hordy bestii okutych w czarną stal. Dziesiątki tysięcy potworów o ludzkim wyglądzie, lecz pozbawionych człowieczeństwa, stworzonych po to, by nieść rozpacz i pożogę. Dermin z Ulkien — tak zwał się ów czarownik. Długo nie nacieszył się sławą, jaką przyniosła ta wizja, gdyż wkrótce po tym osobiście umieściłem go w zakładzie dla obłąkanych.

Pod potężną bramą, nabijaną ćwiekami wielkości pięści, czekała na mnie eskorta składająca się z elfiego łucznika i dwójki szermierzy z Kilim, jak wywnioskowałem po herbach, wyhaftowanych na czerwonych tunikach.

— Jestem ElerZinn — przedstawił się grzecznie elf, chyląc przede mną czoła.

— Edrin — odparłem, ukrywając liryjski akcent, gdyż bycie Liryjczykiem to najgorsze przekleństwo i piętno, które prześladuje setki moich krewniaków.

— A skąd, jeżeli można wiedzieć — dopytał niby grzecznie.

— Znikąd — skrzywiłem usta w lekkim grymasie — jestem po prostu Edrin.

Elf zmierzył mnie bacznym spojrzeniem.

— A więc chodźmy, czekają na nas.

Dalej podążaliśmy w milczeniu, niespecjalnie chciało mi się toczyć rozmowę z Elerem. Dlatego wszystkie jego próby nawiązania dialogu starałem się tłumić w zarodku.

— Byliście tu już kiedyś, wielmożny panie?

— Byłem, ale wieki temu. Jak mur zewnętrzny był dopiero w planach, a gońcy jeszcze nie zapuszczali się pod Ilis.

Zinn przeczesał palcami bujne blond włosy, pogładził powoli podbródek.

— To faktycznie szmat czasu — po zmarszczkach, jakie pokryły jego czoło wywnioskowałem, że popadł w zamyślenie — ty musisz być jednym z nielicznych, którzy byli tu przed masakrą, jaką zgotowali Liryjczycy bądź w trakcie owej masakry.

Tak, pamiętam to doskonale, jak rozpoczęła się masakra, którą zgotowałem tu z moimi pobratymcami 15 lat temu. Po tym, jak w tym cholernym mieście doszło do zamachu na Doriana z Liweten — pana Białych Koron, króla Lirii i pana na Eweden. Po tym, jak nasz król został zamordowany w Sali Pięciuset. W tej samej Sali, do której teraz wracam po piętnastu latach. Ja i moi ludzie dostaliśmy rozkaz, by wyrżnąć wszystkich co do nogi. Kobiety, dzieci, starców. W szale zemsty mordowaliśmy każdego. Ulice William spłynęły krwią tysięcy niewinnych.

Niespełna trzy noce po kaźni, jaką tu zgotowaliśmy, musieliśmy odeprzeć atak zjednoczonej armii ludów wolnych. I tak rozpętała się trzyletnia wojna, w której obie strony myślały, że walczą po stronie dobra, że ich idee są słuszne i warte przelewu krwi. Obie strony myślały, że walczą ze złem i czekały na sposobność, by pozbyć się zła już na zawsze. I taka sposobność nadarzyła się pod koniec wojny, gdy ja i moi pobratymcy broniliśmy się w naszym ostatnim bastionie, stolicy Lirii — Liweten. Zaledwie dwa i pół tysiąca Liryjczyków wystąpiło na przedpola stolicy, by zetrzeć się z połączonymi armiami reszty zachodnich państw. Na jednego naszego przypadała ponad setka wrogich wojowników. Bitwa nie trwała długo, wystarczyły trzy godziny, by tak zwana armia wolności wytłukła prawie wszystkich moich rodaków. Ocalało nas zaledwie dwudziestu trzech. Dwudziestu trzech niedobitków, którzy jak tchórze uciekli w las bądź pochowali się za zwłokami poległych towarzyszy.

— Więc w jakim czasie tu byłeś? — wyrwał mnie z zamyślenia, gdy zaczęliśmy wspinać się po schodach do Sali Pięciuset.

— Przed — skłamałem, poprawiając kołnierz kaftana.

Eler Zinn poprowadził mnie w stronę okazałych dębowych wrót na żeliwnych zawiasach, których strzegły dwa oddziały lekkiej piechoty ras mieszanych. Jeden oddział składał się z trójki ludzi, trójki elfów i trójki krasnoludów.

— Otworzyć wrota! — zawołał donośnie Zinn.

Oba oddziały wykazały się mistrzowską znajomością musztry, wykonując wszelakie czynności jednym tempem. Elf wprowadził mnie do jasnej, kamiennej sali, wspartej na dziesiątkach marmurowych filarów, między którymi zostały zawieszone żyrandole oświetlające salę dziesiątkami świec. Dodatkowe oświetlenie zapewniały pochodnie sterczące z utrzymujących strop filarów. Znam tę salę dobrze, właśnie w niej zamordowano władcę Lirii, którego śmierć skutkowała trzyletnią wojną.

Szedłem prosto po kamiennej posadzce w stronę okrągłego stołu, przy którym zawsze zasiadało dwudziestu trzech polityków, magów, strategów, wystawionych przez dwadzieścia trzy państwa.

— Edrin, spóźniłeś się, do cholery — wydarł się na mnie bezceremonialnie wysoki brodacz.

— Wiem, wiem — burknąłem pod nosem — Wert, szanowni panowie — jam Edrin, strateg i mistrz szermierki, wysłany do was z mocy króla Iliona, władcy Ult. Zjawiam się na wezwanie rady.

— Siadaj, siadaj, nie ma czasu na głupie gadanie — wskazał mi miejsce ten sam brodacz, który zrugał mnie za spóźnienie.

— A więc, panowie, ja jeden z nas tu zebranych rezyduję w William na co dzień, więc pozwólcie, że objaśnię sytuację, która zaszła w ciągu ostatnich dni. Dlatego tak pilnie prosiłem waszych przełożonych, by was tu wysłano — przerwał na chwilę, gładząc siwą brodę — a więc pięć dni temu wysłaliśmy cotygodniowy patrol gońców na wschód pod samą rzekę Ilis. Od wielu lat się nie zdarzyło, by goniec nie wrócił żyw — przerwał na chwilę, jakby oczekując na jakąkolwiek reakcję, lecz ani ja ani nikt inny nie odezwał się słowem. Tak, panowie, z piętnastu gońców powrócił tylko jeden, który wkrótce po tym zmarł w wyniku otrzymanych ran. Lecz z jego ostatnich słów wynika, że on i jego towarzysze nie dotarli nawet do połowy drogi do Ilis — znów uczynił krótką przerwę, wyczekując naszej reakcji. — Z relacji zmarłego gońca wynika, że byli koło piętnastu mil od miasta. Iiiii — zadrżał mu głos, jakby się lękał słów, które musi wypowiedzieć — natknęli się na tysiące maszerujących na nas bestii zakutych w czarną stal. Na chorągwiach i tarczach mają symbol upadłego, opisywanego w najstarszych elfickich kronikach, jeszcze sprzed czasów przybycia ludzi na ten kontynent…

— Nieśli na tarczach i proporcach godło ILUSMEJ — wdarł się mężczyzna w dojrzałym wieku, o krótkim, wypielęgnowanym zaroście — nieśli znak pożogi i potępienia, tak jak w moich wizjach, za które wpierw mnie w zakładzie dla obłąkanych zamknęliście, a teraz ściągnęliście mnie tu z nadzieją, że wam pomogę.

— Masz rację, Dermin — przemówiłem powoli, obserwując, jak mag się uspokaja — ja cię w tym zakładzie zamknąłem i pytam się, do wszystkich zawszonych diabłów, czemuście go z tego zakładu wypuścili bez mojej wiedzy — uniosłem głos, wbijając gniewne spojrzenie w Werta.

— A… aaa… aaaa jjjjjjaaa mmooogęę — zaczął się jąkać

— Zawrzyj gębę, Dermin — wydarłem się na — jak uważałem w tej chwili — obłąkanego maga.

— Nie, Edrin, teraz to ty zamknij pysk i słuchaj mnie uważnie — wskazał na mnie krzywym palcem Wert — poza mną i Derminem przy tym stole siedzi jeszcze jedenastu czarowników i każdy z nas od dwóch tygodni ma te same wizje. Każdy z nas widział hordy nadciągające ze wschodu, tysiące zakutych w czarną stal bestii o ludzkich sylwetkach — przerwał na chwilę, nabierając powietrza w płuca — a teraz te wizje się sprawdzają. Nie zastanowiło cię, że dziś tyle wojsk maszerowało pod mur zewnętrzny?

Faktycznie widziałem dziś liczne oddziały maszerujące pod mury, lecz myślałem, że to codzienność.

— Słuchaj mnie, posłuchajcie wszyscy. Wczoraj wysłano zwiad na wschód z mego rozkazu. Zwiadowcy donieśli, że nieznany nam nieprzyjaciel jest pół dnia marszu stąd, co oznacza, że wrogie oddziały dotrą pod mury w przeciągu kilku godzin.

Po tych słowach Wert zamilkł. Wszyscy milczeli.

Nieznany wróg nadciąga i będzie tu w przeciągu kilku godzin, a naszym psim obowiązkiem jest go zatrzymać na czas wystawienia armii przez państwa zachodu. A owa armia w najlepszym wypadku zbierze się za trzy tygodnie.

— Panowie — przemówił Azir Kideor, strateg z Wizg Al — mamy tu około 25 000 wyszkolonego wojska z dwudziestu trzech państw. A my tu zebrani mamy największe na tym kontynencie doświadczenie w prowadzeniu żołnierzy do zwycięstwa. Więc co proponujecie?

— Ja wam powiem, co proponuję. Nie ma sensu czekać, aż nieprzyjaciel rozpocznie oblężenie. Wystawmy dziewięciotysięczną armię na przedpole miasta i uderzmy na wroga, gdy podejdzie. Na mury osadźcie wszystkich umiejących posługiwać się łukiem i kuszą. Gdy wróg podejdzie wystarczająco blisko, to go ostrzelamy, a następnie uderzę dziewięcioma tysiącami ludzi, mając nadzieję, że rozbiją nieprzyjacielskie szeregi.

— Edrin, zwiadowcy donieśli, że jest to ponadstutysięczna armia, więc twój plan nie ma sensu. Zostalibyście zmasakrowani w kwadrans, a przy dobrym szczęściu w pół godziny.

Słyszałem, jak reszta zebranych klnie cicho pod nosem, a ich twarze były przepełnione niezadowoleniem. Nagle do sali wbiegł młody, szczupły chłopak o rudej jak rdza czuprynie.

— Szanowni panowie — skłonił się należycie — przepraszam, że przeszkadzam, ale muszą wielmoża to zobaczyć.

Wyszliśmy pospiesznie, prowadzeni przez chłopaka, na taras, z którego ujrzałem czarną rzekę piechoty wlewającą się do przełęczy. Nieubłaganie dążącą ku murom, na które zaczęły wbiegać tysiące obrońców.

— Już są — wycharczał przerażony Wert- ogłosić alarm, ewakuować cywili, wszyscy na mury — wydarł się, blednąc na twarzy.

Zaledwie kwadrans później stałem na murach w pełnym rynsztunku, wśród stojących w równych szykach żołnierzy. Czarna rzeka nieubłaganie podążała ku murom. Z potoku smolistych sylwetek wyrastały trebusze i wieże oblężnicze. W myślach obliczałem odległość, jaka dzieli wroga od muru twierdzy. Około stu pięćdziesięciu metrów, wciąż poza zasięgiem strzelców. Dobyłem klingi z pochwy przewieszonej przez plecy. Poczułem w dłoni dobrze mi znany ciężar ostrza o prostej głowni pokrytej liryjskimi runami, gardzie długiej, skierowanej na skos w górę wzdłuż jelca. Rękojeść była długa, umożliwiająca oburęczny chwyt. Sam miecz został tak zaprojektowany przez liryjskich kowali, by służyć za oręż półtoraręczny. Olim Weledal, mistrz kowalstwa, ochrzcił ostrze imieniem Wirimbel- łowca zła. Obserwując marsz wschodniej armii, uniosłem ostrze pionowo nad głowę, tym samym dając łucznikom sygnał, by się przygotowali do oddania strzału. Szybkim ruchem skierowałem klingę ku dołowi. Na ten znak, za moimi plecami i na całej granicy murów zagrały tysiące cięciw, niosąc pieśń śmierci między wrogie oddziały. Spojrzałem, odprowadziłem grad szypów, bacznie obserwując, jak trafione bestie umierają, wiją się i jęczą z bólu. Widziałem, jak lawina strzał pada na wroga, znacząc ziemię rosnącymi z chwili na chwilę plamami juchy.

Ale oni też nie byli głupi i niespieszno im było na tamten świat. Zaczęli kryć się za tarczami oblężniczymi, które na siebie przyjmowały coraz to liczniejsze pociski. Kątem oka dostrzegłem gwałtowny ruch. To balisty zaczęły ostrzał na mury. Patrzyłem, jak coraz liczniejsze pociski rozbijają się o blanki, raniąc obrońców. Przepchnąłem się kilkadziesiąt metrów wzdłuż naszej pozycji do Werta, który prowadził obronę lewej flanki.

— Musimy pozbyć się tych trebuszy — starałem się jak mogłem przekrzyczeć gwar trwającej bitwy — bo inaczej zdobędą miasto do wieczora, a my zostaniemy zmuszeni do obrony w stołgu.

— Niby jak, do cholery, chcesz to zrobić? — darł się poczerwieniały ze złości czarownik — załogi tych cholernych machin są poza zasięgiem łuczników, a bezpośrednio nie można się przebić.

— A wasza magia sięgnie?

— Co ty, próbowaliśmy, zaraz jak rozpoczęli ostrzał, żadne zaklęcie bojowe nie sięga tak daleko.

— Cholera, to faktycznie jest problem — zacząłem się rozglądać chaotycznie na wszystkie strony.

— Balisty, Wert, balisty przecież sięgną — czarownik szybko pogładził brodę.

— Ano sięgną.

— Ładować! — wydarłem się i zaraz usłyszałem dźwięk zwolnionej cięciwy, która posłała bełt wielkości mojej ręki w przestworza. Odprowadziłem pocisk bacznym spojrzeniem. — Cholera — warknąłem niezadowolony, widząc jak bełt mija się z celem zaledwie o parę centymetrów. Lecz jedna z załóg balist trafiła jeden z trzynastu trebuszy, który rozsypał się zaraz w drzazgi. Spojrzałem na celowniczego, który był już gotowy do oddania strzału. Odgłos cięciwy i trafienie. Kolejna maszyna zniszczona, lecz nie było czasu na radość. Wkrótce potem pocisk któregoś z trebuszy rozbił naszą wieżyczkę. Poleciałem bezwładnie w dół, niczym zrzucona lalka, w ostatniej chwili łapiąc się za blankę muru. Boleśnie poczuły to moje ręce, gdy z takim impetem zawisł na nich ciężar reszty mojego ciała. Jeden z obrońców pospieszył mi z pomocą, wciągając mnie na mur. Przez chwilę desperacko szukałem spojrzenia towarzyszy, co nie miało najmniejszego sensu, gdyż byłem świadom, ze zapewne nie mieli tyle szczęścia co ja. Gdy otrząsnąłem się z szoku po upadku, usłyszałem jęki i ryki umierających, wszystkiemu towarzyszył szczęk uderzającego o siebie oręża.

— Wdarli się na mury! — krzyczeli dowódcy poszczególnych oddziałów. Dopiero teraz dostrzegłem opadające na mury drabiny oblężnicze i wieże, z których wbiegały między obrońców czarne sylwetki. Dobyłem ponownie klingi, ruszając na najbliższego nieprzyjaciela. Bestia o ludzkiej sylwetce i czarnej, zdeformowanej twarzy z czerwonymi ślepiami wymierzyła mi cios zza pleców szeroką klingą, lecz byłem szybszy, o wiele, wiele szybszy. Precyzyjnym pchnięciem wbiłem klingę po samą gardę w trzewia. Ostrze weszło gładko między łączenia płyt pancerza, wychodząc na wylot. Wyrwałem ostrze z konającego truchła, od razu masakrując łeb kolejnej poczwary. Mury zostały pokryte niezliczoną ilością poległych. Gdy ja, z coraz mniej licznymi obrońcami toczyłem walkę na murze zewnętrznym, bestie zaczęły oblegać stołg, którego obronę prowadził Golis Wek, czarownik i strateg z Donlis. Za moimi plecami miasto płonęło, a my coraz bardziej desperacko broniliśmy się. W toku bitwy słyszałem, jak umierają elfy, krasnoludy, ludzie. Każdy krzyczał przed śmiercią, a czarne potwory umierały w ciszy, bez najmniejszego jęknięcia. Elfy w czasie bitwy nazwały ich orkami, rasą bez uczuć, pustą, stworzoną do zabijania.

Blok, cięcie, trup.

Zostaliśmy zepchnięci z murów, zmuszeni do walki w płonącym mieście. Każdy budynek, nawet ruina, stawała się twierdzą, w której ginęło się od ognia bądź stali. Wszyscy się baliśmy, lecz strach dawał siłę, by walczyć o życie. Nie było odwrotu, miasto stało się polem bitwy. Już dawno zapadła noc, straciłem rachubę czasu, byłem coraz bardziej zmęczony, lecz wróg nie ustawał, wdzierał się wszędzie. Z tego, co gadali żołnierze, stołg jeszcze nie został zdobyty. Ponoć ostatni z rady dwudziestu trzech, który utrzymał się przy życiu, uczynił z najwyższego tarasu niezdobytą twierdzę, broniąc cywilów, którzy nie zdążyli uciec na zachód. Kryjąc się w ruinach z niezliczonymi obrońcami pozostałymi przy życiu, coraz częściej spoglądaliśmy w tamtą stronę. Każdy odczuwał, że zło zaczyna przechylać szalę na swoją stronę. W powietrzu fruwały garnczki z podpalaną oliwą. Nie mieliśmy dalej siły wywijać orężem. Nastawał świt, w stołgu broniła się już zaledwie setka zbrojnych… Mnie towarzyszyła piętnastka wojowników, a wróg napierał na nas z każdej strony. Broniliśmy się teraz w świątyni. Otrzymałem kilka poważnych ran, których nie miałem czasu opatrzyć. Wykrwawiałem się…

William upadło po półtora dnia nieustannej walki. W obronie miasta przed hordami orków poległo tysiące obrońców. Władcy zachodu zbierają armię, by zatrzymać falę triumfującego ciągle zła na równinie Talgen.

Nadchodzi czas mroku, czas ognia i pożogi, czas kruka.

Losy ludzkości rozstrzygną się pod Talgen.

Sen

Patrycja Mazurkiewicz

Jest trzecia trzydzieści sześć w nocy, obudziłam się jak gdyby nigdy nic, chociaż to do mnie niepodobne. W pokoju panuje duchota, nieznośna na tyle, że nie da się oddychać. Dłonie mam blade jak zwykle, ale — co zaskakujące — czuję gorąc mojej skóry i przepływ krwi w moich żyłach. Przerażające…


Otwieram okno, żeby stłumić nieprzyjemny odór mieszkania. O tej porze roku jest jeszcze zupełnie ciemno za oknem. Za wcześnie na kawę i jednocześnie za późno na sen, kiedy do pracy mam już na szóstą. Siadam na brzegu łóżka i biorę telefon w dłonie, a moim oczom ukazuje się sms:

Kochanie, śpisz? Martwię się o Ciebie, mam nadzieję że wszystko w porządku, wyśpij się, jutro w końcu masz wolne

Cholera, zapomniałam. Faktycznie, dzisiaj przecież sobota… Niewiele myśląc, położyłam się z powrotem do łóżka.

I

Chłód przeszywa całe moje ciało, w dodatku strasznie boli mnie kręgosłup. Nie potrafię się podnieść, ręce mam jakby sparaliżowane — do tego wręcz lodowate i bardziej blade niż zwykle. Gdy otworzyłam oczy, nie mogłam uwierzyć, że leżę pod gołym niebem. Skąd ja się tu w ogóle wzięłam? Ostatkiem sił zapieram się rękami i wstaję. Moim oczom ukazuje się nieznany mi dotąd krajobraz. Gałęzie drzew są długie i masywne, liście pozłociały, niebo wydaje się błękitniejsze niż to, które znałam do tej pory. Trawa daje ogromny kontrast, a w powietrzu unosi się zapach polnych kwiatów. Nie wiem gdzie jestem, wszystko wydaje się nowe i nieznane. Wtem oślepia mnie słońce —

I pozostał już tylko dźwięk telefonu.

4 nieodebrane połączenia od: Miquel. Muszę do niego oddzwonić, ale jeszcze nie teraz… Boże, która w ogóle jest godzina? Jedenasta dwadzieścia sześć. Cholera, a wydawało się że minęła krótka chwila.


— Halo, słońce, wszystko w porządku?

— Tak tak, po prostu byłam zmęczona po całym tygodniu pracy.

— Skarbie, tęsknię za Tobą… Nie mogę się doczekać aż Cię zobaczę. Ale wiesz, tutaj zarabiam o wiele więcej…

— Miquel, nie mogę teraz rozmawiać. Oddzwonię do Ciebie, kiedy znajdę chwilę.


Cholera, to było dziwne…

Dzień minął mi jak każdy inny, miałam trochę spraw do załatwienia na mieście, ale byłam jakby nieobecna, nieco roztrzęsiona i zamyślona, w taki sposób, jak ludzie, kiedy pierwszy raz się zakochują. Papierosy nawet już nie smakowały tak samo. Nie mogłam się doczekać, czy zastanę kontynuację dzisiejszej nocy… Pijąc kawę w małej kawiarence na rogu ulicy, dostrzegłam moją koleżankę z pracy. Po krótkim spojrzeniu, odchodząc od lady, przysiadła się do mnie i zaczęła swój wywód.

— Wiesz, mam trochę dosyć tej korporacji. Bardzo źle sypiam, nie mam czasu dla rodziny, a to całe „budowanie kariery” już mnie tak nie jara.

Wzruszyłam ramionami.

— Myślałam, że to będzie inaczej wyglądać, a teraz, nawet kiedy mam wolne niezbyt dobrze sypiam. Dlatego właśnie tu jestem, piję kawę kwadrans po 20, bo to taka moja stała godzina, kiedy pracuję. Nawet kupiłam sobie taki wypasiony ekspres…

 Jacqueline, to jest właśnie korpo, płaca jest dobra, ale praca wymagająca.

— Nie wiesz o czym mówię. Nie rozumiesz, bo nie masz rodzi…

— Wiesz, muszę już spadać. Do zobaczenia w poniedziałek.

W drodze do domu marzły mi dłonie, miasto nocą ma jednak swój urok. Mimo kuriozalnie niskich temperatur, mimo chodników zasypanych śniegiem, mimo stale pędzących gdzieś ludzi…

Cały wieczór jednak zajęło mi zastanawianie się nad moim dzisiejszym snem. Mam nadzieję na kontynuację, mimo, że trochę się obawiam… Wchodząc do mieszkania spostrzegłam, że zostawiłam uchylone okno. W ciągu krótkiej chwili poczułam nieznośny chłód.

Korzystając z okazji przysiadłam na łóżku i odpaliłam papierosa. Miętowy dym wypełnił mieszkanie, ręce trzęsły mi się jak nigdy dotąd. Koniec końców nie oddzwoniłam do chłopaka, ale nie to jest teraz najważniejsze. Czas na sen. Ułożyłam się pod jedwabną kołdrą, najwygodniej jak mi się udało. Okno zamknięte, budzik wyłączony, telefon wyciszony. Zamykam powieki. Godzina dwudziesta druga pięćdziesiąt cztery.

Nie spodziewałam się, że dzisiejszego dnia zaśnięcie będzie swego rodzaju problemem. Całą noc przewracałam się z boku na bok, co jakiś czas spoglądając na zegarek.

Sześć po północy, pięćdziesiąt jeden po północy, pierwsza dwadzieścia cztery, trzy po drugiej, trzecia trzydzieści cztery i w tej chwili jest już chwilę po czwartej.

Przecieram oczy wewnętrzną stroną nadgarstków i rozglądam się po pokoju. Boję się, że dzisiejszej nocy w ogóle nie zasnę. Niczym się ona nie różniła od poprzednich. Termometr wskazywał temperaturę minus cztery stopnie. niebo było zupełnie czarne, obsypane migocącymi gwiazdkami. Z bezradności zaczęłam je liczyć.

II

Ocknęłam się w jakimś starym, opuszczonym budynku. Przypominał mi jakieś miejsce, jednak moja pamięć była na tyle słaba, że nie mogłam sobie przypomnieć, skąd je znam. Wokół leżał gruz, ściany były dotknięte czasem, ale aby dostrzec coś więcej, musiałam się mocno wysilić, było okropnie ciemno. Postanowiłam obejrzeć inne pokoje, ostrożnie stawiałam kroki, szłam jednak z zamkniętymi oczami, posługując się rękami, aby się nie potknąć. Nie udało mi się tego jednak uniknąć. Myślę, że upadłam na tyle niefortunnie, że skaleczyłam się w nogę, nie wiem jednak, czy jestem ranna. Bo kiedy otworzyłam oczy, panowała totalna ciemność. Zaczęłam odczuwać strach, który mnie sparaliżował. Czułam tylko gęsty, nieprzyjemny i duszący zapach. Po krótkiej chwili dotknął mnie chłód. A potem, tak jakby… Dotknęło mnie coś innego. Coś materialnego. A może ktoś… Kiedy do mnie dotarło, co się właśnie stało, postanowiłam zerwać się do ucieczki. Nieskutecznie. Bo, przemierzając kolejne pokoje z trudem, co chwila upadając, w ostatnim pokoju, z którego dobiegało oślepiające światło… Coś, TO coś, za szyję pociągnęło mnie z powrotem.


Kiedy się obudziłam, poczułam przeszywający ból głowy, jakbym dostała w potylicę czymś okrutnie ciężkim.


Ten sen był na tyle nieprzyjemny, że chciałam o nim zapomnieć. Ciężko jest jednak to zrobić z myślą, że może się powtórzyć. Na dzień dzisiejszy zaplanowałam jedynie odwiedzić aptekę. Nie mogę sobie pozwolić na powtórkę wczorajszej nocy, jutro czeka mnie ciężki projekt w pracy.


Przez to wszystko zapomniałam na jakiś czas o Miquelu, aż boję się sprawdzić powiadomienia… Jeżeli chodzi o niego jeszcze pół roku temu liczyłabym na pierścionek zaręczynowy. Jesteśmy ze sobą od jakichś sześciu lat, od półtora roku pracuje za granicą.

Jako niespełniona artystka jestem w posiadaniu kilkunastu lub kilkudziesięciu słabych wierszy, które napisałam pałając nieznanym mi dotąd uczuciem.

Które niestety wygasło.

W ułamku chwili natchnęło mnie na wspomnienia, wzięłam głęboki oddech i sięgnęłam w głąb szafy. Do teraz jest tam kilka starych albumów, a gdzieś między kartkami właśnie niedokończone wiersze, których już nawet nie pamiętam.

Jeden szczególnie ukłuł mnie w serce.

Piszę ten wiersz, o czwartej zero cztery
martwi mnie, ile nas od siebie dzieli
martwię się, choć nie odszedłeś na zawsze

ale wróć Kochanie, bez Ciebie nie zasnę

Jest to wiersz który napisałam krótko po jego pierwszym wyjeździe.


Do oczu napłynęły mi łzy. Czuję że straciłam 6 lat życia, szansę na miłość i pewne bezpieczeństwo, którego od zawsze mi brakowało. Teraz jestem już w takim wieku, że nie mogę sobie pozwolić na kuriozalne zmiany. A na pewno nie mogę zniszczyć wszystkiego, na co pracowałam całe życie. Jednak to, że go tu nie ma, otwiera mi pewne możliwości.

Wysłałam SMS do dawnej znajomej, która — mam nadzieję — jest dzisiejszego dnia w mieście. Mam nadzieję na jeden normalny wieczór, taki jak za czasów, kiedy miałam naście lat. Na widok zwrotnej wiadomości delikatnie się uśmiechnęłam. Jestem umówiona na dwudziestą. Czas się przygotować.


Dawno nie poświęciłam tyle czasu na przygotowania. Założyłam nawet ołówkową sukienkę, tę, którą miałam ubraną w trzecią rocznicę z Miquelem. Tę, w której wyglądam jak milion dolców i która pasuje do mnie i papierosów, które palę. Tę, dzięki której on „pokochał mnie jeszcze bardziej, bo jest zjawiskowa, piękna i idealna”.


O godzinie dziewiętnastej byłam już gotowa. Ubrałam szpilki w szpic w beżowym kolorze, oczy delikatnie pomalowałam, usta musnęłam czerwoną szminką Diora, którą dostałam pod choinkę i jeszcze nie miałam okazji jej użyć. Narzuciłam na siebie czarne futro, złapałam torebkę w dłoń i wyszłam z domu.


Na miejscu byłam trochę przed czasem, wyjątkowo szybko udało mi się złapać taksówkę. Znalazłam więc trochę czasu aby wstąpić do apteki po silne środki nasenne. Receptę załatwiłam przez internet. Powrót do pracy i rzeczywistości mnie do tego zmusił.


Celine czekała tuż przed wejściem do tego jakże wyrafinowanego baru już o dziewiętnastej pięćdziesiąt. Na jej widok namalował mi się uśmiech na twarzy. Cóż, nie widziałyśmy się chyba dwa lata. Wyglądała jak zawsze, miała wysokie skórzane kozaki, długi płaszcz, jedwabną sukienkę, kaszmirowy szal i drogie dodatki. Pamiętam, że faceci zawsze spoglądali na nią z pożądaniem, jakież było ich zdziwienie, kiedy okazywało się, że woli kobiety. Kiedy mnie ujrzała, uśmiechnęła się szeroko, podbiegła i zarzuciła mi ramiona na szyję.


— Dobrze Cię widzieć.

— Ciebie też, Celine. Nic się nie zmieniłaś.

Kiedy weszłyśmy do lokalu rzucił mi się w oczy specyficzny wystrój. Pomieszczenie było ciemne, ale jakby przyjemne, oświetlone ledami w kolorze czerwonym. Ludzi było niewiele, może za sprawą godziny, a może dlatego, że jest niedziela. Postanowiłyśmy usiąść przy barze. Nie mogłam się doczekać, aż złotowłosa koleżanka zacznie opowiadać. Jest to taki typ osoby, której wszędzie pełno i wszystko przychodzi jej łatwo. Dowiedziałam się pokrótce, co zdążyła zwiedzić przez te dwa lata, kiedy się nie widziałyśmy. Dla mnie to były niestety dość stresujące dwa lata.


Minęły dwie, może trzy godziny, polało się dużo alkoholu (o mój Boże, jak ja kocham Martini!) i posypało kilka, może kilkanaście zalotnych spojrzeń, z których tylko jedno mnie ujęło, to, które odwzajemniłam. Bo barman był naprawdę świetny i zadbany. Pachniał trochę piżmem, trochę kwiatami, a to zdołałam poczuć, zbliżając się, żeby poprosić o następną kolejkę.

Było naprawdę głośno.


Do domu wracałam taksówką, po dużej porcji alkoholu. Paryż zimą jest dość urokliwy, jednakże za każdym następnym razem traci swoją magię. Do domu wróciłam kwadrans po północy.


Jedyne co zrobiłam po powrocie do mieszkania, to umyłam twarz i padłam na łóżko. Nigdy nie byłam bardziej zmęczona, a jeszcze przytłaczała mnie myśl, że rano muszę iść do pracy.

Zasnęłam w mgnieniu oka, bez większego problemu.

III

Przed oczyma miałam mój największy koszmar, koszmar minionego lata. Sytuację, która nie mogła mieć miejsca, ale miała, niejednokrotnie. Największe zło, jakie mogłam wyrządzić sobie i Miquelowi. Teraz musiałam stanąć twarzą w twarz z owocem mojego egoizmu, z moją obrzydliwą częścią, która przybrała postać żywych wspomnień. Widziałam prawdziwego, odrażającego szatana, nie takiego, jakiego zobaczycie w Google Grafika, tylko takiego stworzonego z ludzkich koszmarów, traum i lęków. Wierzę, że mogę się z nim zmierzyć i że to ja jestem dobrem w tym starciu.


Musiałam się przed nim ugiąć. Przyznać do tego, jakim jestem okropnym człowiekiem, jakim jestem obrzydlistwem i ile gorszych cech mam w sobie. Musiałam powiedzieć prosto w oczy swoim koszmarom, dlaczego to zrobiłam, dlaczego zdradziłam jedyną osobę, dla której się liczyłam i dlaczego do tej pory miałam odwagę to zrobić, a nie miałam odwagi się przyznać.


To będzie długa i bolesna droga do odkupienia, cuchnąca przerażeniem i usłana nie różami, lecz krwią.


***


— Halo, Miquel? Jak się trzymasz?

— Dobrze. Póki co, zostaję we Francji. Muszę pomóc rodzicom i mam kilka spraw urzędowych do załatwienia.

— A jak te, no wiesz, „inne sprawy”?

— No cóż. Ona nadal jest w śpiączce. To już dwa miesiące.

— A powiedzieli Ci, co się stało?

— Nic nie wiem. W naszym mieszkaniu wala się kilkadziesiąt kilogramów kawy. Ponoć zwolniła się z pracy tuż przed zapadnięciem w śpiączkę, a potem już nawet nie wychodziła z domu. Nawet tę cholerną kawę zamówiła z Ebaya. Zdiagnozowali jej nadciśnienie i jakieś zmiany w mózgu. Prawdopodobnie miała lęki i nie sypiała zbyt dobrze.

— Jest mi naprawdę bardzo przykro, Miquel, wiesz że jestem z Tobą. Co masz zamiar zrobić teraz?

— Czekałem 3 lata, żeby zabrać się na odwagę i się oświadczyć. Pracowałem tak długo, żeby uzbierać na ten rejs, o którym marzyła od tak dawna. Kazałem jej czekać, chociaż wiem, jak jej to ciążyło i jaka czuła się samotna. Teraz ja muszę czekać. I poczekam tyle, ile będzie trzeba…

Przeczytałeś bezpłatne 25% książki. Kup ją, aby przeczytać do końca!

Kup książkę