E-book
12.31
Mgły przeszłości

Bezpłatny fragment - Mgły przeszłości

kontynuacja historii Alazzy


Objętość:
332 str.
ISBN:
978-83-8126-873-8

Patronat

Podziękowania

Dziękuję wszystkim osobom, które wspierały mnie w trakcie tworzenia tej opowieści, a zwłaszcza Matyldzie, Kasi, Oli, Erichowi, Michałowi, Krzysztofowi i Rafałowi. Macie swój udział w powstaniu tej książki.

Joannie „Lhiannan” Roethel,

która już nigdy nie przeczyta tej książki do końca…

Nadchodzi noc

I

Przez cały dzień nad Warszawą wisiała gęsta mgła. Dopiero po zapadnięciu zmroku z północy przyszedł lodowaty wiatr i przegonił wilgotne powietrze, odsłaniając iskrzące się gwiazdami niebo. Wokół stojących na płycie lotniska samolotów, uziemionych przez kontrolę lotów, zaroiło się od personelu. Wózki z bagażami podjeżdżały pod kadłuby maszyn, ludzie w kamizelkach szybko przerzucali torby i walizki na taśmociągi. Autobusy i cysterny krążyły po lotnisku, zatrzymując się przy kolejnych samolotach.

W budynku terminalu panował tłok. Ludzie, zmęczeni i poirytowani, chcieli jak najszybciej przedostać się przez bramki, w kolejkach panowała nerwowa atmosfera, tu i tam ochroniarze musieli uspokajać co bardziej krewkich pasażerów. Z głośników niemal cały czas dobiegały komunikaty o bezpieczeństwie i informacje o opóźnieniach.

Tuż przy pomieszczeniach policji, w małym, wytłumionym pokoju, siedziało dwóch mężczyzn, wpatrzonych w zajmujące całą ścianę monitory. Co jakiś czas przełączali obraz z kamery na kamerę, obserwując poruszający się tłum.

Drzwi małej łazienki otworzyły się i wyszedł z niej trzeci mężczyzna. Zapiął pasek u spodni, zdjął z wieszaka marynarkę i nałożył jednym ruchem.

— Macie go? — zapytał, sięgając po wodę mineralną.

— Cały czas, panie komisarzu– odparł jeden z siedzących, nie spuszczając wzroku z monitora. Wskazał ramieniem. — Właśnie przeszedł kontrolę osobistą.

Stojący mężczyzna otworzył butelkę i napił się. W małej klitce wypełnionej pracującym sprzętem było gorąco i sucho. Uniósł przyczepioną do smyczy na szyi ukaefkę.

— Szóstka, tu Trójka, cel jest w strefie sterylnej. Widzisz go?

Głośnik szczeknął w odpowiedzi.

— Trójka, potwierdzam. Brązowa kurtka, kapelusz i mała podręczna walizka. Idzie w stronę gate’u.

— Idź za nim, Szósty.

— Przyjąłem.

Mężczyzna na ekranie przeciskał się przez tłum, omijając sklepy i kawiarnie. Widok z kamer pokazywał go idącego wprost w stronę bramek dla pasażerów. Jednak w pewnej chwili skręcił ku toaletom i zniknął za drzwiami. Kolejna kamera pokazała go, jak mija umywalki i zamyka się w jednej z ubikacji. Ukaefka zaszumiała:

— Jest w łazience.

— Potwierdzam, Trójka– padła natychmiastowa odpowiedź.

Zadzwonił telefon. Jeden z siedzących oficerów podniósł słuchawkę i przez chwilę coś zapisywał na kartce przy klawiaturze. Potem spojrzał na stojącego agenta.

— Krzysztof Czarnecki, lot Eurowings 1729 do Düsseldorfu. Mamy numer paszportu i miejsce w samolocie.

— Dobrze. Przekażcie chłopakom na zewnątrz, że mają wmieszać się w tłum i wejść do maszyny — trzeci z mężczyzn znów sięgnął po wodę. — Cholernie ostre macie te lotniskowe kebaby.

— Było brać z łagodnym, panie komisarzu — uśmiechnął się siedzący policjant. — Tutaj pełno ciapatych, w barze już wiedzą, że muszą dawać mocny sos na ostro.

— Czy ja wyglądam na Araba? — odparł mężczyzna w stopniu komisarza. — No już, dzwońcie do chłopaków, niech będą gotowi.

Chwycił ukaefkę i wywołał Szóstkę.

— Dwóch naszych wejdzie do samolotu. Odprowadzisz cel aż do maszyny, potem zameldujesz.

— Przyjąłem, Trójka. Jak tylko nasz skarb wyjdzie z kibla… — zaskrzeczało radio.

— Czyli co? Puszczamy go? –zapytał milczący dotychczas, trzeci z funkcjonariuszy, cały czas spoglądając na ekrany.

— Takie mam polecenie z góry — komisarz przytaknął, opierając się o ścianę. — Wylazł już?

— Jeszcze nie. Trochę tam siedzi. Może go kebab męczy?

Stojący pod ścianą agent zignorował ostatnie słowa. Spojrzał na zegar na ścianie.

— Siedzi już tam sześć minut. O której ma wylot? — dla pewności rzucił okiem na swój zegarek na ręce.

— 20.40. Ma jeszcze pół godziny.

Na ekranie pojawili się dwaj mężczyźni, wchodzący do toalety. Minuta mijała za minutą. Obraz na chwilę zamrugał, kiedy młody chłopak w sportowej kurtce wyszedł z ubikacji, potknął się i prawie potrącił czarnoskórego dryblasa z dredami. Przez moment wydawało się, że dojdzie do sprzeczki, ale obaj spokojnie wyszli z ubikacji. Nadkomisarz, tknięty nagłym impulsem, chwycił radiotelefon.

— Trójka? Wejdź do środka i sprawdź drugi boks po prawej — rzucił do mikrofonu. Obraz pokazał jednego z agentów, który podszedł do drzwi toalety i zapukał. Kilka sekund później zapukał raz jeszcze, a potem wyjął z kieszeni klucz techniczny i otworzył drzwi.

— Mariusz, niedobrze — odezwała się ukaefka. — Mamy mumię

— Mumię? — jeden z siedzących policjantów odwrócił się, zupełnie zdezorientowany.

— Cofnijcie tę kamerę — stojący agent wydał szybkie polecenie. — Do momentu, jak tamtych dwóch wychodzi.

Siedzący policjanci posłusznie wykonali polecenie. Na automatycznie nagrywanym zapisie widać było, jak młody, może dwudziestoletni chłopak w sportowej kurtce i bejsbolowej czapce wychodzi z ubikacji i rusza w stronę umywalki. W tym momencie obraz na chwilę stracił ostrość i pokrył się szarą kaszą. W następnej sekundzie chłopak zachwiał się, tracąc równowagę i od razu skierował się w stronę wyjścia, wpadając na czarnoskórego.

— Szlag… — komisarz zagryzł nerwowo wargę. Uwolniony obraz na monitorze powrócił do czasu rzeczywistego.

— Chłopaki, śledzicie tych dwóch mężczyzn. Czarnego i młodego. Zwłaszcza młodego. Nie pytajcie, wykonujcie. I standardowo, identyfikacja i dane do mnie — odezwał się zdecydowanym tonem. Następnie chwycił radio. — Paweł, zamknij ten kibel i niech nikt tam nie wchodzi pod żadnym pozorem.

— Przyjąłem — zaskrzeczał głośnik. Komisarz przełączył się na kanał wywoławczy służb i rzucił w eter:

— Do wszystkich jednostek, mówi nadkomisarz Mariusz Roszczak, numer 2840. Kod dziesięć. Powtarzam, kod dziesięć! Strefa sterylna, odloty. Dwóch mężczyzn, jeden biały, około dwadzieścia lat, brunet w seledynowej czapce i kurtce sportowej. Torba i dżinsy. Drugi wysoki, czarnoskóry z długimi dredami. Obserwacja i meldunek! Powtarzam…


Roszczak przeciskał się przez tłum, na przemian po polsku i po angielsku przepraszając odsuwanych przez siebie podróżnych. Ukaefkę na szyi zamienił na małą słuchawkę z mikrofonem przy twarzy. Wzrokiem szukał charakterystycznej głowy z dredami. Wyglądało na to, że obaj mężczyźni podróżowali razem. W lewym uchu usłyszał meldunek:

— Szóstka, tu Trójka. Miejsce zabezpieczone.

— Przyjąłem — mruknął cicho. — Powiadom służby lotniska, ale jeśli coś jest nie tak, niech nasi zabezpieczą obiekt.

— Jasne. Jest bardzo nie tak. Trójka bez odbioru.

Nadkomisarz podejrzewał najgorsze. Przez ostatnie dni Wydział Dziesiąty śledził mężczyznę podejrzanego o wywołanie kilku niewyjaśnionych jeszcze zdarzeń w Warszawie i okolicach. Robocza teoria zakładała, że dysponował zdolnościami zagrażającymi bezpieczeństwu zwykłych ludzi. Teraz niejaki Krzysztof Czarnecki leżał martwy w toalecie lotniska, a Mariusz Roszczak zaczynał podejrzewać, że popełniono błąd już na samym początku. Musiał to osobiście sprawdzić, im wcześniej, tym lepiej. Dobrze, że Dziesiątka miała na Okęciu kilku swoich ludzi, ale na samą myśl, do czego mogłoby dojść w terminalu przepełnionym pasażerami, agent Wydziału Operacji Specjalnych dostawał dreszczy. Tu i tam mignęli mu, ubrani po cywilnemu policjanci, podobnie jak on, starający się namierzyć dwóch mężczyzn, widzianych w toalecie.

— Szóstka, tu Jedynka — odezwała się słuchawka. Gate piętnasty, opóźniony lot do Varadero, obaj poszukiwani stoją w kolejce do samolotu.

— Przyjąłem — Roszczak błyskawicznie ruszył we wskazanym kierunku. — Przekażcie obsłudze, żeby zatrzymali ich przy przejściu. Jedenastka i Dwunastka, natychmiast pod gate piętnasty!

Bramka znajdowała się na samym końcu budynku, ominięcie setek ludzi zabierało czas. Nadkomisarz wreszcie zobaczył dwóch mężczyzn, stojących przy szczupłej, ubranej w służbowy żakiecik i żółtą kamizelkę stewardessie. Poprzez panujący gwar dało się słyszeć nerwowe słowa, wypowiadane po hiszpańsku. Jeszcze kilkanaście kroków i agent stanął tuż obok. Kątem oka dostrzegł idących rękawem od strony samolotu dwóch ludzi z Dziesiątki. Jeszcze była szansa na opanowanie sytuacji.

— Panowie — Roszczak zaczął po angielsku. — Lot i tak jest opóźniony, samolot nie odleci bez was. Proszę o spokój, to zajmie chwilę.

Skinął głową stewardessie na znak, że przejmuje sprawę. Dziewczyna przytaknęła i zajęła się innymi pasażerami, powoli wpuszczając ich do rękawa.

— Panie oficerze, sir, my mamy paszporty OK, wizy OK, bilety OK — powoli, typowym karaibskim angielskim zaczął czarnoskóry dryblas, przerastający nadkomisarza o ponad głowę. — Co jest problem?

— System ma problem — Roszczak wskazał skaner biletów przy bramce. — Dlatego jestem tu, żeby ręcznie sprawdzić wasze papiery. Proszę wszystkie dokumenty, zobaczę je i jeśli będzie OK, za chwilę pójdziecie do samolotu.

Poirytowani Kubańczycy wręczyli nadkomisarzowi paszporty z kartami pokładowymi. Roszczak zaczął powoli przeglądać każdy z nich, dając czas dwóm ludziom z Dziesiątki, stojącym po drugiej stronie bramki. Teraz wszystko zależało od nich.

Dokumenty Kubańczyków były w porządku. Mimo to agent podszedł do skanera i udał, że skanuje jeden z paszportów. Maszyna wyświetliła błąd. Roszczak, udając niezadowolenie, wyłączył i włączył panel. Uśmiechnął się przepraszająco w stronę ciemnoskórego mężczyzny. Ten tylko sapnął, spoglądając przez okno na kadłub oczekującego samolotu.

Agenci po drugiej stronie bramki odwrócili się. Nadkomisarz usłyszał w słuchawce:

— Obaj są czyści. Zdenerwowali, zmęczeni, ale brak obcej obecności.

— Przyjąłem — odparł, raz jeszcze skanując paszporty. Tym razem maszyna wyświetliła błyskawicznie poprawność danych. Roszczak oddał Kubańczykom dokumenty i przyjacielskim gestem wskazał wejście do rękawa. — Wszystko OK. Życzę miłego lotu, panowie.

Kiedy tylko mężczyźni zniknęli w korytarzu, podszedł do dwóch kolegów. Odeszli na bezpieczną odległość od pasażerów.

— Czyli co? — spytał. Wyglądało na to, że po raz kolejny coś przeoczyli.

— Sprawdziliśmy obu. Żadnych nienaturalnych aur. Ich własne bardzo słabe, ale to normalne u zmęczonych osób w podróży. Nie można powiedzieć, czy byli ofiarami nawiedzenia i jak długo.

— Niedobrze… Cholera, niedobrze. Co teraz? — Roszczak miał wielką ochotę zapalić.

— Pan tu dowodzi, nadkomisarzu — jeden z mistyków uniósł dłonie w geście bezradności. — Trudno będzie sprawdzić po kolei kilka tysięcy ludzi. No i jest nas tylko dwóch…

Mistykami nazywano w Wydziale Dziesiątym ludzi o specjalnych zdolnościach, których udało się znaleźć i zatrudnić do pracy dla CBŚ. Rekrutacja nie różniła się od tej stosowanej wobec normalnych funkcjonariuszy, z wyjątkiem tego, że osoby z prawdziwymi zdolnościami medium zdarzały się niezmiernie rzadko. Spora część z nich niestety trafiała do zakładów psychiatrycznych i ich niestabilność wykluczała przydatność dla Dziesiątki. Ci dwaj byli drogocennymi wyjątkami.

— Załóżmy, że od początku popełniliśmy błąd — Roszczak odwrócił się i spojrzał na powoli rzednący tłum w terminalu. — Śledziliśmy człowieka podejrzewanego o zdolności parapsychiczne, a tymczasem…

— ...był on tylko ofiarą nawiedzenia lub opętania — dokończył myśl starszy z mistyków, przedwcześnie osiwiały mężczyzna po czterdziestce, z siecią zmarszczek pod błękitnymi oczami. — I pasożyt po prostu pozostawił nosiciela.

Nadkomisarz przytaknął z kwaśną miną. Nienawidził porażek. Modlił się w duchu, by ta nie skończyła się tragicznie. Jeśli miał rację, to każdy z kilku tysięcy ludzi na Okęciu mógł być teraz kolejną ofiarą. Sytuacja wymknęła się spod kontroli. Nie było wyjścia. Musiał powiadomić centralę.

— Zaraz wracam — rzucił w stronę mistyków i ruszył ku schodom dla personelu, prowadzącym na parter. Sięgnął po służbowy telefon. Wybrał numer. Przez wielką szklaną ścianę obserwował Airbusa, który właśnie opuszczał stanowisko. Niski ciągnik z pomarańczowym kogutem powoli wypychał samolot z miejsca parkingowego, czerwone światło pod kadłubem migało ostrzegawczo, turbiny silników wirowały na wolnych obrotach. Maszyna skręciła, ustawiając się bokiem do terminalu. Sygnał w telefonie urwał się i odezwała się operatorka.

— Centrala

— Tu Roszczak. Z szefem proszę. Priorytetowo.

— Łączę

Ciągnik odjechał od goleni podwozia, zostawiając Airbusa na drodze kołowania. Samolot jednak nie ruszał. Roszczak spoglądał obojętnie na kadłub i dopiero po chwili zorientował się, że coś jest nie tak. Lampy pozycyjne zgasły, podobnie jak światła w kabinie. Dostrzegli to też ludzie z personelu naziemnego, wskazując sobie samolot. Nagle drzwi z przodu kadłuba, otworzone awaryjnie, wypadły i uderzyły głośno o płytę lotniska. W progu stanęła stewardessa, spojrzała jeszcze w głąb kabiny, po czym z krzykiem skoczyła. Jej ciało upadło na ziemię i zaczęło się zwijać w konwulsjach. Roszczak rzucił się do drzwi ewakuacyjnych i wyskoczył na zewnątrz. Nie zwracając uwagi na sygnał alarmu, pobiegł w stronę samolotu.

Pozbawione zasilania silniki Airbusa powoli zamierały. Zewsząd zbiegali się pracownicy lotniska. Nadkomisarz spojrzał na powykręcane, zasuszone niczym mumia ciało młodej kobiety. Jej szczęka i palce dłoni jeszcze poruszały się nieznacznie, a skóra zdawała się dymić. Szybkim ruchem zdjął marynarkę i zakrył zwłoki stewardessy. W tym momencie usłyszał głos przełożonego.

— Mariusz, co tam się dzieje?

Podniósł telefon do ucha.

— Jestem na Okęciu. Mamy problem, panie inspektorze. Duży problem…

II

Tadeusz siedział na wersalce, wpatrzony w ekran telewizora. Powoli masował kark Behemota. Kocur władczo rozsiadł się na kolanach fizyka i z przymkniętymi ślepiami mruczał cicho. Programy informacyjne od wczorajszego wieczora żyły tylko jednym wydarzeniem, atakiem terrorystycznym na lotnisku Chopina w Warszawie. Jedna osoba poniosła śmierć, a ponad sto straciło przytomność po użyciu w samolocie niezidentyfikowanej na razie substancji. Eksperci, zasiadający przed kamerami, dyskutowali o najróżniejszych opcjach, wymieniając się uwagami na temat gazów bojowych, które mogły być rozpylone wewnątrz samolotu za pomocą klimatyzacji. Omawiano wpływ różnych toksyn na ciało ludzkie, zastanawiano się, jaka grupa mogła je przemycić na pokład Airbusa i niepostrzeżenie zainstalować w systemie wentylacyjnym. Powtarzające się wypowiedzi stacje telewizyjne ilustrowały zdjęciami z lotniska, przekrojami samolotów i wypowiedziami rzeczników policji, portu lotniczego i służb specjalnych.

— Pieprzenie na Szopenie, nic nie wiedzą — odezwał się w pewnym momencie Piotr, który siedział w fotelu obok.

— Myślisz? — mruknął Tadeusz, odwracając wzrok w stronę kolegi.

— Typowa zasłona dymna, żeby czymś zająć media — przytaknął policjant. — Zauważ, że od wczorajszego wieczora nie podali nic nowego. Nie dziwię się zresztą, bo jeśli to naprawdę jakaś grupa terrorystów, to teraz trwają konsultacje na poziomie Interpolu i Europolu. I wycieknie na zewnątrz tylko to, co ma wycieknąć. Zawsze tak jest.

— No, ale przyznasz sam, że takiej akcji to jeszcze nie było…

— No takiej nie, ale bomby w samolotach bywały. Lockerbie chociażby — Piotr sięgnął po pilota i zwiększył nieco głośność.

„…Z nieoficjalnych informacji, jakie otrzymaliśmy z prokuratury, poza stewardessą, która zginęła w wyniku upadku na płytę lotniska, pozostałe osoby nie odniosły obrażeń” — mówiła reporterka stojąca na tle budynku przy Rakowieckiej w Warszawie. „Odmówiono nam informacji na temat ich stanu zdrowia, wiadomo tylko, że znajdują się pod obserwacją w kilku warszawskich szpitalach…”.

Z przedpokoju dał się słyszeć odgłos zamykanych drzwi. Po chwili w progu pokoju stanęła rudowłosa kobieta. Ubrana była w beżowy sweter z kolorowymi reniferami i czarne legginsy. Na stopach miała puchate kapcie w kształcie bobrów.

— Dobry wieczór…

— Cześć, Ala — rzucił Tadeusz, delikatnie zdejmując kota z kolan. Futrzak miauknął niezadowolony.

— Ala? — wyrwało się Piotrowi. Wciąż jeszcze nie oswoił się ze świadomością tego, z kim jego kumpel zamieszkiwał leśniczówkę.

— A jak ma się do mnie zwracać? — Alicja oparła rękę na biodrze. — O witaj, Pani Ciemności i Władczyni Mroków?

— No nie… — policjant najchętniej zmieniłby temat. — Fakt, Ala może być.

— Tak też myślałam — skinęła demonica, znikając w kuchni. — Napijecie się czegoś? O, widzę, że ktoś przyniósł piwo! Ale wstawić do lodówki to już zapomnieli?

Mężczyźni spojrzeli na siebie. Piotr pochylił się lekko i zapytał ledwo słyszalnym szeptem:

— Ona tak zawsze?

— Nie zawsze! — dobiegło z kuchni. — Tylko jak mam ochotę.

Mina Tadeusza sugerowała, że nie należy kontynuować tego wątku. Fizyk wstał i korzystając z tego, że w telewizji leciały reklamy, wyszedł do łazienki. Piotr wpatrywał się bezmyślnie w kolejną propozycję kolejnego koncernu samochodowego, zachwalającego kolejny super model z kolejnej wiosennej kolekcji. A potem w nowe, niezawodne perfumy dla niej i dla niego, dzięki którym każda chwila będzie niepowtarzalna.

Alicja postawiła na stole trzy oszronione szklanki pełne złocistego płynu. Nagłe schłodzenie piwa musiało dokonać się dzięki zdolnościom demonicy, która usiadła tam, gdzie przed chwilą siedział Tadeusz i zaczęła chrupać orzeszki, przyniesione w porcelanowej miseczce.

Piotr sięgnął po szklankę. Reklamy skończyły się, ustępując miejsca wieczornej prognozie pogody. Tadeusz wrócił z łazienki akurat w momencie, gdy zadzwonił telefon leżący na stole. Fizyk spojrzał na wyświetlacz i z zaskoczoną miną odebrał.

— Siekierski, słucham… tak, jest tutaj… Alicja, nadkomisarz Roszczak do ciebie — wyciągnął dłoń z telefonem w stronę demonicy. Ta odstawiła miskę na stół i sięgnęła po komórkę.

— Czego? — burknęła, przełykając ostatnie orzeszki. — Nie. Nie było mnie tam… Wiem, o co chodzi, od wczoraj trąbi o tym niebo i ziemia. Serio mówię, że nie mam z tym nic wspólnego! Jak bym miała ochotę, zrobiłabym to bardziej dyskretnie, tak że zorientowalibyście się po pół roku… Roszczak, człowieku, a dlaczego niby mam cokolwiek wiedzieć na ten temat? Nawet nie myśl, że wam pomogę. Nie? To dobrze. Pozdrów księdza, cześć!

Zakończyła rozmowę i oddała telefon Tadeuszowi. Dostrzegła pełne zaciekawienia twarze obu mężczyzn.

— No co? Przecież grzeczna byłam.

Piotr z trudem powstrzymał uśmiech. Powinien, co prawda, solidaryzować się z kolegą z firmy, ale w duchu przyznał z satysfakcją, że demonica przytarła warszawiakowi nosa.

— Czyli że to nie był zamach terrorystyczny? — wskazał szklanką ekran telewizora.

— Oczywiście, że nie — skinęła głowa Alicja. — Wczoraj wieczorem nawet ja poczułam tę falę energii. Coś tam nieźle się nażarło.

— I nic nie powiedziałaś? — Siekierski usiadł obok niej i sięgnął po orzeszka.

— Nie pytałeś… Poza tym, to nie moja sprawa. Widzisz, że Roszczaki już węszą. Po co mam się pchać w kłopoty? Co mnie to obchodzi? Codziennie na tej planecie umierają ludzie, zwierzęta, rośliny… — Alicja wzruszyła ramionami. — Normalna kolej rzeczy.

— Zapomniałem, że nie jesteś człowiekiem — policjant skrzywił się.

— Piter, daj spokój… — przerwał mu Tadeusz, czując, co się święci.

— On ma rację — demonica wzięła miseczkę i znów zaczęła jeść orzeszki. — Nie jestem.

Fizyk chciał coś jeszcze powiedzieć, ale zrezygnował. Ciężko mu było stanąć po którejkolwiek stronie. Piotra znał od kilku lat, przyjaźnili się na długo przed pojawieniem się Alazzy. A ona? No cóż, ona była właśnie Alazzą. Dlatego z zadowoleniem przyjął pojednawczy ton demonicy. Jego kumpel najwidoczniej też nie miał ochoty na kłótnię z kimś, kto mógł go spopielić jednym pstryknięciem palców.

— A nie pomyślałaś, że pomagając Roszczakowi, nabiłabyś sobie u niego punktów? Facet nie miałby argumentów, by dalej węszyć wokół ciebie — Piotr pociągnął spory łyk piwa.

— To nie takie proste — Alicja znów stała się miłą i wyrozumiałą kobietą. — Wasza policja współdziała z Kościołem. A jak wiesz, bardzo mi z nim nie po drodze. Poza tym myślę, że Zakon na pewno ma kontakt z aniołami służącymi temu tam… — wskazała znacząco na sufit. — Niech się z nimi dogaduje.

— Zakon? — zaciekawił się policjant.

— Ach, bo ty nic nie wiesz– Tadeusz włączył się do rozmowy. — Joannici. Kawalerowie Maltańscy. Dawni krzyżowcy. Ksiądz Szaniecki opowiedział mi trochę o tym, jak dzisiaj działają. Część to oczywiście społecznicy zajmujący się działalnością charytatywną, mają wiele odłamów, protestanckich i prawosławnych, ale część była zawsze wierna Rzymowi. I właśnie wśród nich przez wieki wykształciła się tajna komandoria, zajmująca się tropieniem i walką z…

Siekierski urwał, szukając właściwego słowa. Jednak zanim zdołał cokolwiek wymyśleć, Alicja weszła mu w słowo.

— Ze mną — odstawiła orzeszki i wzięła swoje piwo. — To właśnie przez nich zostałam zapieczętowana na ponad czterysta lat w Otchłani, z której to raczył mnie uwolnić niejaki Adam Dobrcz, świeć Panie nad jego duszą…

— No… ale chyba nie tylko z tobą, co? — mruknął Piotr. Czarny humor demonicy średnio go bawił. Przecież nikt inny jak właśnie ona kilka miesięcy temu rozszarpała wspomnianego mężczyznę i pochłonęła jego duszę. A teraz siedziała tu razem z nimi i udając zwykłą dziewczynę, beztrosko piła piwo i opowiadała o całej historii jak o niewinnej sprzeczce. Czy demony w ogóle piją piwo?

— No nie tylko. I nie tylko oni — przytaknęła Alicja. — Gdy Saraceni zaczęli używać magii, by wspierać swoje wojska, krzyżowcy bardzo szybko musieli nauczyć się bronić. Przy każdym zakonie istniała specjalna tajna komandoria, do której przyjmowano najbardziej oddanych i zdeterminowanych rycerzy. Najsilniejsi byli Templariusze, potem właśnie Joannici i na koniec Zakon Niemiecki.

— Krzyżacy, znaczy się — dodał Tadeusz.

— Krzyżacy — przytaknęła demonica.

— I co było dalej? — Piotr z rosnącym zainteresowaniem słuchał opowieści.

— Dalej? Upadła Jerozolima, upadła Akka, tak zwaną Ziemię Świętą przejął islam, zakony rozlazły się po Europie i porozpadały. Część braci zaczęła działać na własną rękę, dając początek całym klanom łowców czarownic, inni pozostali wierni papieżom albo oderwali się od religii i zaczęli wykorzystywać wiedzę do swoich celów. Rzym obawiał się ich i z czasem zaczął ścigać jako heretyków.

— Templariusze? — mruknął Siekierski.

— O, ci podpadli papiestwu chyba najbardziej. Dlatego zdecydowano o likwidacji całego zakonu.

— Gdzieś czytałem, że chodziło o ich majątek, a oskarżenia o czarną magię i czczenie Szatana miały być pretekstem…

— Wiesz… nie śledziłam z zapartym tchem tego, co ludzie wyprawiali w tamtych czasach — Alicja lekceważąco machnęła ręką. — Pewnie za jednym zamachem pozbyli się problemu Templariuszy i zgarnęli ich złoto.

— No dobra, ale skąd dzisiejsi Joannici? — Piotr wrócił do zasadniczego wątku.– I czy nie nazywają się teraz Kawalerami Maltańskimi?

— Szaniecki mówił, że część tajnej Komandorii zawsze działała przy Rzymie i stąd dzisiaj współpraca policji i Kościoła. Zresztą podobnie ma być w innych krajach. Komuniści sporo namieszali, ale nawet w czasie wojny Stalin zmuszony był korzystać z pomocy agentów cerkwi prawosławnej — Tadeusz znów sięgnął po orzeszka. — U nas miało być podobnie. Jak zaraz po wojnie okazało się, że milicja i UB nie są w stanie same radzić sobie z dziwnymi sprawami, towarzysze szybko zrozumieli, że bez cichej współpracy z Kościołem nie opanują tematu. A dzisiaj część sprawdzonych policjantów ma wstępować do Zakonu i działać ściśle w ramach Komandorii.

— Ciekawe… — parsknął śmiechem Piotr. — Normalnie, stuprocentowa teoria spiskowa.

Podniósł się z fotela i ruszył do kuchni.

— Biorę jeszcze jedno piwo, chcecie też?

— Dawaj — przytaknął Tadeusz, gdy nagle zgasło światło. Umilkł telewizor i tylko rozgrzany ekran jeszcze przez kilka sekund świecił słabą poświatą.

— Co jest? — dobiegło z kuchni.

— Chyba korki. To stary dom — Siekierski sięgnął po komórkę, chcąc oświetlić sobie drogę do szafki z bezpiecznikami w przedpokoju. Telefon nie zareagował na naciśnięcie przycisku.

— Chyba nie korki… –ton głosu Piotra nie wróżył nic dobrego.

Gdzieś na zewnątrz budynku rozbłysło jasne światło, z każdą sekundą nabierając oślepiającej mocy. Zewsząd zaczął dobiegać narastający, dziwny szum. Fizyk nie potrzebował już latarki. Szybkim krokiem, mrużąc oczy, przeszedł do kuchni, gdzie zobaczył przyjaciela zasłaniającego ramieniem twarz przed białą poświatą, wlewającą się przez okno. — Co jest, do cholery…

Leśniczówka zatrzęsła się w posadach, jakby w pobliżu eksplodowała bomba. Gwałtowny wicher uderzył w ścianę domu, strącając kilka obrazów i poroży na podłogę. Gdzieś trzasnęła jakaś szyba. Światło przygasło nieco, ale nadal było jasno jak w dzień.

— Kosmici? — Piotr odsłonił twarz.

— Nie wiem… –Siekierski spojrzał przez okno i ruszył do drzwi. Zanim policjant zdążył cokolwiek powiedzieć, fizyk wybiegł na zewnątrz i zatrzymał się kilka kroków przed schodami. Światło nagle zniknęło, pogrążając okolicę w ciemności.

Do leśniczówki wróciła elektryczność. Policjant rozejrzał się po kuchni. Szumiało mu w głowie, a podłoga zdawała sie uciekać spod nóg. Z trudem złapał równowagę, opierając się o szafkę. Co tu robił? Spojrzał na trzymaną w ręku pustą szklankę. No tak, poszedł po piwo. Usłyszał, jak Tadeusz wchodzi do leśniczówki i zamyka drzwi.

— Żyjesz? — usłyszał.

— Tak, co się stało? — popatrzył na Siekierskiego.

— Pojęcia nie mam. Nie wiem nawet, po co wychodziłem.

Fizyk ruszył do pokoju.

— Ala, co to by… Ala?

Salon był pusty. Otwarte na oścież okno z pękniętą szybą i powiewająca w nim firana jasno mówiły, gdzie zniknęła Alazza.

III

Piotr źle spał tej nocy. O ile w ogóle te kilka urwanych drzemek mógł nazwać snem. Po powrocie z leśniczówki, gdy już znalazł się w łóżku, zaczął przewracać się z boku na bok, czując dziwne zdenerwowanie. Nie pomogło wietrzenie mieszkania ani kwadrans na balkonie, by się dotlenić. Kiedy tylko zamykał oczy, widział jasny blask wokół leśniczówki, a w głowie szamotało mu się irytujące przeświadczenie, że coś mu umknęło, czegoś brakuje.

I tak do świtu. Z rezygnacją, ale i ulgą przyjął dźwięk budzika, nastawionego na szóstą. Szybki prysznic, lekkie śniadanie i kilka minut po siódmej, omijając poranny szczyt na ulicach Bydgoszczy, dotarł do biura.

Siedział przed monitorem, pił trzecią kawę i trochę bezmyślnie czytał raporty z prowadzonych aktualnie spraw. Pierwszy dotyczący zorganizowanych kradzieży w kantorach w małych miejscowościach całego województwa zestawiał wyniki badań prowadzonych przez miejscowych funkcjonariuszy, tylko potwierdzając, że wszystkie cztery napady wykonała jedna i ta sama grupa.

— Nic nowego — mruknął, wyświetlając kolejny dokument. Rzucił okiem na skany odcisków i zdjęcia śladów. Niewiele tego było, złodzieje działali w kominiarkach i w rękawicach, wyniki laboratoryjne wciąż nie nadeszły.

Nic go nie interesowało. Zauważył, że od zeszłej jesieni praca, która go zawsze wciągała, zaczęła wydawać się prozaiczna i nudna, wręcz pozbawiona sensu. Od kiedy skończył szkołę oficerską, z zapałem i przekonaniem rozwiązywał kolejne sprawy, czasem proste i będące niemalże formalnościami, czasem intrygujące i dające satysfakcję zwłaszcza wtedy, gdy prokuratura oddawała temat do sądu i okazywało się, że godziny spędzone na węszeniu, szukaniu poszlak, a czasem bezpośrednim łapaniu ludzi, nie szły na marne. Piotr uważał, że tak właśnie powinien myśleć i postępować dobry glina. W świecie brudu i zła on właśnie był tym, który własną piersią, odzianą w kuloodporną kamizelkę, bronił normalnych ludzi i nadstawiał karku po to, by oni mogli rano iść spokojnie do pracy bez strachu, że cokolwiek stanie się ich bliskim lub im samym.

A potem przytrafiła się ta dziwna sprawa z morderstwem Dobrcza. I Piotr odkrył zupełnie inną stronę świata. Początkowo nie chciał jej zaakceptować, odrzucał wszystko jako złudzenia lub wręcz zaburzenia w psychice, ale kiedy okazało się, że w policji pracują ludzie pokroju Roszczaka czy księdza Szanieckiego i robią coś, o czym nie miał pojęcia, o czym nikt nawet słowem nie wspominał na wykładach w Szczytnie, coś się w nim posypało. Odsunięty od śledztwa, z widmem dyscyplinarki za naruszenie regulaminów, obserwował, jak jego przyjaciel Tadeusz Siekierski sam odkrywał nowy świat i co najdziwniejsze, nawet będąc myślącym racjonalnie fizykiem, odnajdywał się w nim nadzwyczaj dobrze. Wydawało się nawet, że bardzo szybko uznał za coś oczywistego.

Piotr tak nie potrafił. Zmuszony do milczenia i zachowania tajemnicy, mógł tylko rozmawiać o nurtujących go sprawach z Tadeuszem i tą tajemniczą istotą, która pod postacią Alicji Kowalskiej po prostu zamieszkała z fizykiem pod jednym dachem. Dla Piotra cały czas była śmiertelnym zagrożeniem, obcą bestią, jedynie udającą człowieka. A Siekierski zaakceptował ją niemalże bezwarunkowo. Owszem, podobno dwukrotnie wyciągnęła go z tarapatów, ale dla Piotra był to jeszcze jeden powód, by nie ufać demonicy. Jego instynkt policjanta najzwyczajniej mówił, że coś tu nie gra, że tak nie powinno być. Niedzielna historia z tajemniczym światłem wokół leśniczówki i nagłym zniknięciem Alazzy tylko pogłębiła to uczucie. Podświadomie czuł, że gdzieś w tym wszystkim musi być jakieś drugie dno, jakieś wyjaśnienie.

Zima miała się ku końcowi, pracy w komendzie wojewódzkiej zawsze było mnóstwo, komisarz nie mógł narzekać na brak zajęcia. A jednak cały czas coś było nie tak i nie mógł tego zrzucić na zimową depresję. Zresztą zwykł uważać, że depresja jest dla mięczaków i najlepszym lekarstwem na zły humor jest spędzenie trzech godzin na siłowni albo na treningu judo.

Problem Piotra polegał na tym, że ani siłownia, ani judo nie pomagały. Wracał do domu po treningu, brał prysznic, siadał do jakiegoś filmu albo kawałka książki i zamiast czuć zwykłą w takich sytuacjach satysfakcję z dobrze zakończonego dnia, zamyślał się nad powracającymi obrazami i wspomnieniami ostatnich miesięcy. A potem długo w nocy przewracał się z boku na bok, nie mogąc zasnąć.

Do gabinetu weszła pani Jadwiga z sekretariatu.

— Panie komisarzu, kurier przywiózł właśnie z prokuratury — powiedziała, kładąc na biurku opasłą, zapieczętowaną kopertę.

— Dziękuję — mruknął odruchowo Piotr i rzucił okiem na swoje nazwisko w miejscu adresata. Szykowała się pasjonująca lektura na popołudnie.

Westchnął cicho i spojrzał przez okno na rząd topoli rosnących wzdłuż ulicy. Pozbawione liści, wyglądały jak martwe. A potem sięgnął po słuchawkę służbowego telefonu i wystukał numer centrali.

— Komisarz Kownacki — rzucił, gdy po drugiej stronie odezwał się głos dyżurnego.– Proszę o kontakt z nadkomisarzem Mariuszem Roszczakiem z Centralnego Biura Śledczego, Zarząd Operacji Specjalnych w Warszawie.

Godzinę później zadzwonił telefon.

— Słucham — zaczął lekko zachrypnięty Roszczak.

— Panie nadkomisarzu, tu Kownacki z Bydgoszczy…

— Wiem, centrala mi przekazała. Coś ważnego? Przepraszam, że tak bezpośrednio, ale jak zwykle mamy sporo roboty.

— Lotnisko? — Piotr sam nie wiedział, dlaczego powiedział akurat to słowo. Odpowiedziało mu kilka sekund milczenia. Zaskoczył Roszczaka.

— Słucham, co ma mi pan do przekazania — odezwał się wreszcie warszawiak.

— Chcę prosić o przeniesienie do waszej jednostki. Myślę, że domyśla się pan dlaczego.

— Życie ci niemiłe, co? Daj sobie spokój, człowieku. Rozumiem twoją motywację, tak mi się przynajmniej wydaje, ale to naprawdę nie jest dobry pomysł — agent CBŚ bezceremonialnie przeszedł na „ty”. — Poza tym to my wybieramy ludzi, których uznamy za odpowiednich, nie odwrotnie.

— Nasza wspólna… znajoma stwierdziła, że to, co się wydarzyło przedwczoraj w Warszawie, poczuła aż tutaj, u nas — Piotr postanowił iść na całość. Jakby nie było, on i Roszczak pracowali w tej samej firmie. Robili tę samą robotę, choć każdy ze swojego końca. — A potem zdarzyło się coś dziwnego i zniknęła.

— Panie Piotrze, naprawdę — głos nadkomisarza stał się nieco łagodniejszy. Wrócił do bardziej formalnego tonu. — Niech pan naprawdę nie pcha się w te historie. To droga w jedną stronę.

— Wiem. I dlatego postanowiłem zadzwonić. Bo myślę, że jeśli chodzi o mnie, to chyba już za późno. W tym sensie, że…

— Rozumiem, w jakim sensie — Roszczak przerwał mu prawie przyjacielskim tonem. — Odezwę się do pana w sprawie przeniesienia. A co do naszych… wspólnych znajomych, myślę, że ktoś inny będzie bardziej kompetentny. Do widzenia.

Rozmowa została zakończona. Piotr odłożył słuchawkę i znów spojrzał przez okno, uśmiechając się pod nosem. Brakujący element układanki właśnie wskoczył na swoje miejsce.

IV

Siekierski wrócił z uczelni krótko po południu. Nero jak zwykle radośnie przywitał Tadeusza, szczekając głośno i merdając ogonem. Behemot, trochę niezadowolony z zimna, wylazł z budy owczarka i wymownie usiadł tuż koło drzwi, czekając, aż człowiek przywróci naturalny porządek rzeczy, czyli wpuści kota do domu, psa zostawiając na zewnątrz.

W leśniczówce wciąż panował nieporządek po wczorajszym wieczorze. Siekierski nie miał głowy do sprzątania, do późna w nocy myślał nad tym, co się wydarzyło. Zaraz po zniknięciu demonicy zaczął jej szukać z Piotrem, ale w ciemności, nawet przy pomocy latarek, nic nie znaleźli, żadnych śladów na śniegu ani w pobliżu leśniczówki, ani w lesie dookoła. Alicja nie wróciła, nie przesłała też żadnej wiadomości w normalny czy nienormalny sposób. Jej zniknięcie o tyle zaintrygowało Tadeusza, że choć zdarzało jej się gdzieś wyruszać w świat, zawsze przynajmniej informowała go o swoich planach. Fizyk postanowił dać jej jeszcze trochę czasu, dobrze wiedząc, że pomimo doskonałego ludzkiego kamuflażu była przecież demonem.

W świetle dnia raz jeszcze obszedł okolicę leśniczówki, szukając jakichkolwiek śladów wczorajszych wydarzeń. Nie był wprawdzie żadnym tropicielem, ale liczył, że może znajdzie coś, co pomogłoby mu zrozumieć historię z poprzedniego dnia. Niestety, bez powodzenia. Rzucił kilka razy ulubiony patyk Nerona, który natychmiast był przechwytywany przez szczęśliwego psa i przynoszony do ręki.

— Stary, może ty mi powiesz, co jest grane, hm? Przecież też widziałeś, co się działo — Tadeusz pochylił się i potargał gęstą sierść pomiędzy uszami zwierzaka. Nero oczywiście nie odezwał się, ale schował jęzor i opuścił wzrok. — Nie chcesz mówić? Trudno.

Siekierski raz jeszcze rzucił kij, prawie pod wiatę z uazem i wrócił do domu. Sprawdził prowizorycznie zabezpieczone okno i zabrał się za mycie szklanek po piwie i odgrzewanie obiadu. Kiedy telefon zabzyczał w kieszeni, nerwowo wytarł dłonie o szmatkę na kuchence i szybko wyjął komórkę. Miał nadzieję, że to wiadomość od szklarza, do którego dzwonił rano w sprawie nowej szyby.

„Wracam w przyszłym tygodniu. R.”.

Leśniczy był konkretny jak zawsze. Tadeusz chciał coś odpisać, ale rozmyślił się. Roman na początku zimy wyjechał do Rosji, by zaopiekować się chorą na raka matką swojej córki, Nataszy. Kobieta umierała, skoro więc leśniczy zapowiedział swój powrót, musiało już być po wszystkim. Fizyk nie widział powodu, by włazić z buciorami w prywatną sprawę Romana. Zresztą, gdyby jakimś cudem kobieta odzyskała zdrowie, leśniczy pewnie wspomniałby o tym w wiadomości.

Tadeusz sprawdził jeszcze, czy może coś wpadło do skrzynki odbiorczej, ale folder nie wskazywał niczego nowego. Schował telefon do kieszeni i wrócił do szykowania obiadu.


Wieczór zapadł szybko. Leśniczówka została odkurzona i posprzątana, kuchnia lśniła czystością, w popielniczce z ciemnego szkła tlił się pierwszy tego dnia papieros. Siekierski od Nowego Roku postanowił zerwać z nałogiem, potem zmienił postanowienie na ograniczenie palenia, wreszcie na początku lutego dał sobie spokój. Alicja oczywiście pokpiwała z niego cały czas, wypominając mu każde sięgnięcie po paczkę, ale gdy któregoś razu ofuknął ją, żeby mu raczej pomogła, zamiast wyśmiewać, odparła swoim zwyczajem, iż może w jednej chwili sprawić, że będzie patrzył na papierosy z obrzydzeniem, wystarczy drobna korekta w mózgu. Tadeusz nawet przez moment zastanawiał się nad propozycją, ale koniec końców podziękował. Tak naprawdę wcale nie chciał rzucać palenia, tylko trochę wstydził się przyznać sam przed sobą, że jest beznadziejnym nałogowcem i pali, bo po prostu lubi.

Siedział teraz w salonie, oświetlonym tylko jedną boczną lampką, i trzymał na kolanach niewielką książkę. Była bardzo stara, pożółkły papier zaczynał rozpadać się na brzegach, choć skórzana okładka, wytarta i powyginana, wciąż trzymała wszystkie kartki. Na tytułowej stronie widniał napis:,,Les secrets de la magie ancienne et sacre, et le clef pour les comprendre, rassembles dans un volume”.

Na dobrą sprawę, nigdy jeszcze nie miał okazji dokładnie przejrzeć tej książki. To właśnie od niej wszystko się zaczęło. Przewracając powoli stronę za stroną, czytał zdania pisane po francusku, rozumiejąc pojedyncze słowa. Nie próbował pojąć kontekstu, zresztą nie musiał, ponieważ wydany w dziewiętnastym wieku tom cały był poświęcony magii ceremonialnej, uważanej przez niektórych za bezpośrednią spuściznę, otrzymaną przez króla Salomona za pośrednictwem aniołów od samego Boga. Cóż, Tadeusz nigdy nie był osobą religijną, ale po tym, co przeżył w ciągu ostatnich miesięcy, przestał wątpić w istnienie magii.

Ilustracje utrzymane w klasycznym, akademickim stylu grafik z połowy dziewiętnastego wieku przedstawiały postaci aniołów, kapłanów żydowskich w świątyni jerozolimskiej i dziwaczne, powyginane demoniczne potwory. Wszystko było skrupulatnie oznaczane literami i opisywane w legendach z boku rysunków. Akapity tekstu były oddzielane starannymi rysunkami symboli magicznych i pisma enochiańskiego — pozornie bezsensownych znaczków pełnych zygzaków, kółek i krzyżyków. Już od samego patrzenia na te symbole można było dostać oczopląsu.

Papieros w popielniczce wypalił się, zmieniając w rulonik popiołu. Siekierski dotarł do kolejnego rozdziału. Liczby przeplatały się z figurami geometrycznymi wpisywanymi w okręgi. Trójkąty, czworoboki, pentagramy, gwiazdy sześcio-, siedmio- i ośmioramienne, opatrzone dziesiątkami liter, znaków i słów, niektórych trudnych do prawidłowego odczytania. Dlaczego Alicja tak bardzo pilnowała tej księgi? To przez nią zginął Adam Dobrcz i to przez nią prawie stracili życie razem z Piotrem. Dziwnym obrotem spraw udało się im przeżyć i obłaskawić prastarą istotę o imionach Alazza, Al-Uzzah, Semyazza. Ile imion tak naprawdę miała demonica? Które było tym jej prawdziwym? I czego tak naprawdę chciała, zgadzając się na współpracę z Siekierskim i decydując się na zamieszkanie z nim pod postacią niewinnej Alicji Kowalskiej? Czy chodziło tylko o boginię Isztar, która teraz, gdzieś pod postacią małego dziecka, pilnowana była w Italii przez służby Kościoła? Chwilami zachowywała się jak kobieta, kochanka, partnerka, ale bywały momenty, że Siekierski widział w niej tylko obcą istotę, złowrogi byt w niczym nieprzypominający człowieka.

A jednak wystarczył jeden dzień bez jej głosu i uszczypliwych uwag, bez jej uwodzicielskiego uśmiechu, by Tadeusz poczuł pustkę wokół siebie. Tęsknił za nią? Czy też może Piotr miał racje w jednej z rozmów i fizyk dał się naiwnie opętać, stał się ofiarą demonicy, która żerowała na nim i najzwyczajniej pozostawiła, gdy uznała, że nie jest już potrzebny?

Całostronicowa ilustracja, na którą spojrzał po przewróceniu kolejnej kartki, pokazywała promień światła, padający gdzieś z chmur na ziemię i skrzydlatą postać z lancą, spoglądającą na klęczących wokół brodatych ludzi. Tadeusz odczytał imię archanioła Michała.

„Michael”.

Czarny cień wskoczył na wersalkę i podszedł do mężczyzny. Behemot najwidoczniej uznał, że dość bycia obrażonym za poranne wygonienie na podwórze. Delikatnie wsunął się pod ramię fizyka i spojrzał na książkę, zupełnie jakby zainteresował się jej treścią.

— Co jest, kocie? Znasz francuski? — mruknął Tadeusz, chcąc przewrócić stronę. Kocur nagłym ruchem położył łapkę na karcie i przytrzymał ją. Nieruchomo patrzył na grafikę.

— Hmm? Co jest? — powtórzył Siekierski. Czekał, co się stanie. Behemot uniósł łeb. Jego zielone ślepia lśniły własnym blaskiem. Fizyk poczuł nagle bolesne ukłucie gdzieś z tyłu głowy. Na krótką chwilę pociemniało mu w oczach i przez myśl przemknął obraz jakiejś postaci stojącej na tle oślepiającego światła. Kiedy odzyskał wzrok, kocur zeskoczył na dywan i — jak gdyby nigdy nic — poszedł w stronę spowitego półmrokiem przedpokoju.

V

Bydgoska katedra stała blisko rynku, tuż za ratuszem. Najstarszy kościół w mieście, późnogotycki, o wysokim, spadzistym dachu, mimo że jakiś czas temu został podniesiony do rangi katedry, przez mieszkańców miasta wciąż nazywany był po prostu farą. Bydgoszczanie zawsze mówili „spotkamy się przy farze”. W lecie panował w niej przyjemny chłód, dający wytchnienie w upalne dni, w zimie, zwłaszcza gdy na dworze panował mróz, można było wejść do środka i ogrzać się nieco.

Piotr stanął przed bocznym wejściem, zawsze otwartym w ciągu dnia, czy to dla wiernych, czy dla turystów, i rzucił okiem na tablicę z krótką historią kościoła. Nigdy specjalnie nie interesował się przeszłością swojego miasta ani tym bardziej stylami architektonicznymi i ledwo był w stanie odróżnić gotyk od renesansu, a już na pewno nie potrafił powiedzieć z pamięci, ile lat mogła mieć ceglana świątynia. Teraz przeczytał datę ukończenia kościoła i szybko policzył. Fara miała ponad pięć wieków.

Jeszcze zanim wszedł do środka, obejrzał stare cegły, zbiegające się ponad głową w ostry, nieco krzywo wykonany łuk. Ciężkie drzwi uchyliły się, gdy dwie starsze kobiety opuszczały świątynię. Policjant odruchowo przytrzymał klamkę, pozwalając staruszkom przejść obok, za co został obdarzony uśmiechem i życzliwym skinieniem głową.

Pierwszym wrażeniem, gdy znalazł się w środku, był zapach. Niedrażniąca woń stęchlizny, tak charakterystyczna dla wiekowych budowli, ale miły, słodkawy zapach kadzidła. Oczy szybko przyzwyczaiły się do półmroku. W ławkach siedzieli jeszcze ludzie, modlący się po południowej mszy, a młody ksiądz krzątał się w prezbiterium, gasząc świece. Z bocznych ołtarzy spoglądali na Piotra święci mężowie i niewiasty, a z kolorowych, bogato malowanych ścian aniołowie, unoszący się na swoich skrzydłach tuż pod błękitnym sklepieniem.

Piotr stał przez chwilę, zaskoczony. Zawsze wydawało mu się, że stare kościoły są ciemne, ponure i straszą gołymi ścianami. Zawstydził się przed samym sobą, że mieszkał w Bydgoszczy od urodzenia, a nie pamiętał, jak wygląda wnętrze fary. Był tutaj wiele lat temu, na ślubie wujostwa, ale jako mały dzieciak zupełnie nie zwracał uwagi na wygląd. Wynudził się w czasie mszy, trzymany za rękę przez ojca, by przypadkiem nie przyszło do głowy pięciolatkowi poganiać się pomiędzy nawami.

Teraz spoglądał na świątynię zupełnie inaczej. Czuł też spokój i powagę, bijące od postaci na ołtarzach. Cichym krokiem przeszedł do nawy głównej i usiadł w pierwszej ławce. Z samego rana zadzwonił do niego ksiądz Szaniecki, prosząc o spotkanie właśnie tutaj, w katedrze, po południowej mszy. Piotr oczywiście zgodził się, domyślając się, że to efekt jego rozmowy z Roszczakiem. Teraz, czekając na duchownego, rozglądał się dyskretnie, podziwiając wystrój świątyni.

Główny ołtarz lśnił złotem, oświetlony małymi lampkami. Matka Boska spoglądała z obrazu, unosząc na lewym ramieniu nagiego Jezusa, w prawej dłoni trzymała pojedynczy kwiat róży. Twarz młodej kobiety uśmiechała się ciepło, dwa małe aniołki podtrzymywały złotą koronę nad puklami jej włosów. Po bokach ołtarza stali dwaj brodaci mężowie w biskupich strojach, wykuci w białym jak śnieg kamieniu. Piotr obiecał sobie w wolnej chwili więcej poczytać o kościele i jego historii.

Zaskrzypiały niewielkie drzwi, ukryte z boku prezbiterium i wyjrzała stamtąd siwa głowa księdza Szanieckiego. Kiedy tylko duchowny dostrzegł Piotra, skinął na niego i z uśmiechem zaprosił gestem do siebie.

— Niech będzie pochwalony… — ni to wyszeptał, ni to powiedział niepewnym głosem policjant, podchodząc do Szanieckiego.

— Na wieki wieków — odpowiedział pogodnie ksiądz i wycofał się do zakrystii. Piotr podążył jego śladem, starając się jak najciszej zamknąć za sobą stare drzwi.

— Miło mi pana widzieć, komisarzu — Szaniecki wskazał mu krzesło przy wielkim, dębowym stole. — Nie mieliśmy okazji dłużej porozmawiać poprzednim razem, kiedy się widzieliśmy.

— Okoliczności były trochę… niesprzyjające — przytaknął Piotr, dobrze pamiętając poprzednie spotkanie w podbydgoskich schronach na terenie dawnych zakładów chemicznych. Rzeczywiście, ani duchowny, ani policjant nie mieli wtedy czasu ani możliwości, by spokojnie zamienić choć kilka słów.

— Tutaj, w zakrystii, nikt nie będzie nam przeszkadzał — Szaniecki usiadł obok. — Rozmawiałem z proboszczem i dostałem klucze. Po starej znajomości.

— Domyślam się, że ksiądz przyjechał w sprawie, o której rozmawiałem z nadkomisarzem Roszczakiem… — zaczął Piotr, czując się nagle jak na rozmowie kwalifikacyjnej. Szaniecki zdawał się być miły i przyjaźnie nastawiony, ale przecież nie zjawił się tu na towarzyskie pogaduszki.

— Owszem — uśmiechnął się duchowny. — Co prawda, jadę akurat do Pelplina, ale że Bydgoszcz po drodze i Mariusz wspomniał o panu, to bez problemu zboczyłem nieco z trasy. Myślę, że możemy przejść do konkretów?

— Możemy — przytaknął posłusznie Piotr.

— W takim razie, dlaczego? — ton Szanieckiego stał się nagle chłodny i rzeczowy. — Dlaczego zadzwonił pan do Mariusza z taką prośbą? Od razu lojalnie powiem, że przejrzeliśmy pana akta i przebieg służby pod kątem przydatności w Wydziale i nie widzimy przeszkód formalnych ani regulaminowych, ale zdaje pan sobie sprawę, że w tej pracy nie chodzi tylko o wzorowe wyniki.

— To trochę skomplikowane — Piotr zmieszał się lekko. To rzeczywiście była rozmowa kwalifikacyjna.

— Mamy czas. Proszę być szczerym. Jak na spowiedzi — ksiądz idealnie balansował pomiędzy powagą i wesołością. Ostatnie słowa, wypowiedziane z lekkim uśmiechem, dodały Piotrowi pewności siebie. Wziął głęboki oddech i zaczął mówić. O swojej służbie, o tym, co zdarzyło się zeszłej jesieni, o wszystkich swoich wątpliwościach i o tym, że nic już nie wydawało mu się takie samo. Mówił coraz szybciej i pewniej, zaczął gestykulować, opowiadając o tym, że od trzech miesięcy nie potrafił podejść do zwykłych spraw tak, jak to robił przez całe życie. Nawet zajmując się obecnie śledztwem dotyczącym okradania bankomatów, zastanawiał się, czy przypadkiem nie stoją za tym jacyś wyznawcy Szatana.

— Proszę mnie źle nie zrozumieć– mówił, próbując znaleźć właściwe słowa. — To nie tak, że teraz za każdym rogiem widzę czające się demony, ale czuję się trochę tak, jak dzieciak, który przekonuje się, że święty Mikołaj nie istnieje, tylko tak jakby… na odwrót.

Ksiądz słuchał w milczeniu, patrząc uważnie na Piotra i kiwając co jakiś czas głową. Pozwalał, by policjant wyrzucił z siebie wszystko.

— I jeszcze oczywiście pozostaje sprawa Tadka i tej jego Alicji — przeszedł wreszcie do najważniejszego. Zrobił pauzę, bo poczuł, że na samą myśl o demonicy dłonie zaczęły mu się pocić. Wziął głęboki oddech.– Obaj widzieliśmy tego stwora w bunkrach. Ona nie jest człowiekiem! Zachowuje się jak kobieta… Generalnie tak się zachowuje, ale przecież to ten potwór, który chciał nas zabić! Tadeusz mówi, że jej ufa, ale cholera go wie! Może coś z nim zrobiła, może namieszała mu we łbie, nie wiem… pożarła jego duszę?

Znowu przerwał, czując, że zdenerwowanie ściska mu gardło. Martwił się o swojego kumpla, był jednocześnie zły na niego i zaniepokojony całą sytuacją.

— Niech pan mówi dalej, panie Piotrze. Myślę, że rozumiem pana obawy — ciche słowa księdza zadziałały jak balsam. –Niech pan kontynuuje.

— Wiem, że był ksiądz tamtej nocy w operze, widział wszystko na własne oczy. Ja znam tylko ich wersję. Mówili o bogini i o tym, że razem przerwaliście jakiś rytuał i że skończyło się tylko na demolce budynku. Wiem, że to wszystko brzmi jak jakiś kiepski film, ale jeśli to prawda, to ona naprawdę jest groźna. A przecież jeśli ona istnieje naprawdę, to inne takie stworzenia też! Zresztą ksiądz chyba to wie lepiej ode mnie. Ja jestem gliną. Gonię złodziei, pilnuję porządku. I chciałbym dalej to robić, tylko że nagle po tym wszystkim łapanie złodziei straciło dla mnie sens…

— I chciałby pan teraz dla odmiany pogonić parę demonów? — Szaniecki uśmiechnął się, ale w tym uśmiechu kryło się coś więcej. To było ostrzeżenie? Przestroga? Nawet jeśli, to Piotr nie zważał na to.

— Tak. Nauczyć się skutecznie radzić sobie z nimi i przy okazji być może uratować przyjaciela. Jeśli jeszcze jest cokolwiek do ratowania.

W zakrystii zapadła cisza. Ksiądz kiwał powoli głową, zastanawiając się nad czymś. Piotr zamilkł, starając się uspokoić. Emocje poniosły go nieco i teraz chciał odzyskać równowagę.

— Czy wierzy pan w Boga? — zapytał znienacka Szaniecki.

— Tak. Nie. To znaczy… po tym wszystkim…

— Stracił pan wiarę? — siwe brwi księdza powędrowały w górę, marszcząc jego czoło.

— No właśnie nie… Jakby odwrotnie… Chyba teraz bardziej wierzę niż przedtem.

— Strach?

— Nawet nie to — Piotr machnął ręką. — Raczej świadomość tego, że sam nie dam rady i potrzebuję wsparcia. Jak mówiłem, proszę księdza, jestem policjantem, to złodzieje mają się mnie bać, a nie ja ich. Tylko że w przypadku… takiego zła, sam nie dam rady…

Odetchnął głęboko, szczęśliwy, że udało mu się znaleźć dobre słowa na opisanie swoich emocji. Popatrzył na Szanieckiego, który wciąż się uśmiechał. Ale tym razem wyglądało to na uśmiech zadowolenia.

— Dobrze — ksiądz wyjął z kieszeni swojego czarnego płaszcza mały notatnik. Wysunął z kieszonki długopis i przygotował się do notowania. — Porozmawiajmy teraz o tym najnowszym zdarzeniu, sprzed kilku dni. Mariusz przekazał mi, że zdarzyło się coś dziwnego.

— Tak — Piotr pokiwał głową i pokrótce opisał wieczór przerwany dziwną eksplozją białego światła i zniknięciem demonicy. — Nie znaleźliśmy potem nic w okolicy leśniczówki, a demonica po prostu ulotniła się bez śladu. O ile wiem, nie pokazała się od tamtej pory, bo pewnie Tadek dał by mi znać.

— A co na to wszystko leśniczy? Znamy Romana Liszkiewicza, człowiek ma sporo wiedzy o tych sprawach. Tak po prostu pozwolił Tadeuszowi zaprosić demona do swojego domu?

— Roman jest teraz w Rosji — policjant wzruszył ramionami. — I o ile wiem, Tadeusz nie rozmawiał z nim na temat dodatkowego lokatora.

— No to się stary czarownik może wkurzyć, gdy wróci — Szaniecki westchnął z dezaprobatą. Zapisał kilka zdań w notesie i znów spojrzał na Piotra. — Czy coś jeszcze pan pamięta z tamtego wieczoru?

— W zasadzie to wszystko, oprócz tego, że po całym zdarzeniu bardzo źle się czułem. Dużo nie wypiliśmy przecież, a mdliło mnie, jakbym choroby morskiej dostał… — Piotr starał się wrócić pamięcią do tamtej chwili, ale czuł w głowie pustkę. — To takie dziwne uczucie, bo mam wrażenie, że wydarzyło się coś jeszcze, ale ani Tadek, ani ja tego nie pamiętamy.

— Dobrze. Proszę się nie zmuszać. Pamięć ludzka to dziwna rzecz. Może z czasem wszystko się wyjaśni — ksiądz znów coś dopisał u dołu kartki i przewrócił stronę. — Ostatnia sprawa. Skąd wiedział pan o zdarzeniu na lotnisku Chopina? Nie chodzi mi o oficjalne informacje w mediach…

— Domyślam się — przytaknął Piotr. — Alicja w czasie rozmowy telefonicznej z nadkomisarzem wspomniała, że to nie jej sprawa i akurat wtedy chyba nie kłamała. Tak mi się wydaje. A skoro w ogóle poruszyła ten temat, to coś pewnie było na rzeczy…

— Owszem, było — westchnął ksiądz zamykając kajecik. — Ale niech pan na razie z nikim o tym nie rozmawia, dobrze? Uznajmy to za tajemnicę operacyjną.

— Oczywiście.

Mężczyźni wstali od stołu. Kapłan schował notatnik i sięgnął po kapelusz, wiszący na staroświeckim wieszaku w kącie zakrystii.

— Dziękuję za spotkanie, panie komisarzu. Sporo się o panu dowiedziałem — rzekł, wyciągając dłoń do policjanta.

— Ja również dziękuję. Chyba potrzebowałem tej rozmowy– Piotr odwzajemnił gest.

— Tak to bywa na spowiedzi — ksiądz z uśmiechem podszedł do drzwi prowadzących na zewnątrz kościoła. — A co do pańskiej prośby o przeniesienie… Przekażę moją opinię odpowiednim osobom.

Obaj opuścili zakrystię. Szaniecki odwrócił się jeszcze i zamknął okute drzwi wielkim, ręcznie kutym kluczem.

— Powodzenia, panie Piotrze. I niech pan się nie martwi tak bardzo o swojego kolegę. Jeszcze jest dla niego nadzieja — powiedział, ruszając w kierunku pobliskiego budynku pałacu biskupiego.

VI

Siekierski cały weekend spędził na wertowaniu książek i internetowych poszukiwaniach. Kursował między swoim mieszkaniem na Bartodziejach, a leśniczówką. Całkowicie zapomniał o pracach egzaminacyjnych, które miał sprawdzić na poniedziałek. Dopiero jadąc rano na uczelnię, przypomniał sobie o zostawionych w teczce testach. Czując na plecach rozczarowane spojrzenia studentów, czekających pod tablicą na arkusz z wynikami, zawiesił zamiast nich krótką wiadomość: „Wyniki będą we wtorek. Przepraszam. Siekierski.

Szybko odbębnił przewidziane w planie zajęcia, zrezygnował w ogóle z wejścia do laboratoriów, zadzwonił tylko do asystenta, tłumacząc się i umawiając na przyszły tydzień. Potem opuścił wydział i ruszył do domu. Chciał jak najszybciej znaleźć się znów wśród książek. Skoro Roman wracał w tym tygodniu, Siekierski mógł nie mieć więcej okazji do zbadania biblioteczki leśniczego.

Intrygowały go dwie rzeczy. Co do błysku światła był niemalże pewien, że wiązał się on z jakąś aktywnością aniołów lub demonów. Stawiał na te pierwsze, jako że wszystkie relacje i przekazy wiązały jasność z bytami anielskimi. Zwiastowanie, nawiedzenia, przekazy biblijne, czy to kanoniczne, czy apokryficzne. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że imię Lucyfera znaczyło „niosący światło” i w końcu ten pierwszy z upadłych był aniołem. Wyglądało na to, że Alazza również. Chciał ją zawsze zapytać o te sprawy, ale nigdy nie zdobył się na odwagę. Sam nie wiedział dlaczego. Może z tego powodu, że zawsze nerwowo i gniewnie reagowała na samą sugestię, że ma cokolwiek wspólnego z piekłem?

„Jeśli piekło istnieje, musi tam być grawitacja…”, zwykł mawiać. Ale od momentu poznania demonicy nie był już tego taki pewien. Zdążył na dobre zawiesić swoją niewiarę i wszystko, co wiązało się z Alazzą, uznał po prostu za rzeczywistość poznaną przez ludzi tylko intuicyjnie. A więc część wszechświata, którą należało zbadać naukowo. Opracowując metodologię, definicje i powoli oddzielając fakty od mitów narosłych przez stulecia.

Z kubkiem świeżo zaparzonej kawy siadł w salonie przy stole zawalonym książkami i notatkami. Włączył laptopa, zadowolony, że udało mu się wreszcie zorganizować internet. Roman posiadał łącze służbowe w biurze, ale stary komputer podłączony był do sieci kablem i z oczywistych względów Tadeusz nie chciał z niego korzystać. Był więc skazany na opcję mobilną z sieci komórkowej.

Drugim problemem, który nie dawał fizykowi spokoju, była przedłużająca się nieobecność Alicji. I nie tyle nawet nieobecność, co brak jakichkolwiek wieści. Tadeusz już kilka razy złapał się na tym, że odczuwał lekkie zdenerwowanie brakiem demonicy w pobliżu. Choć przemknęło mu przez myśl, że mógł to być jakiś objaw uzależnienia, uznał, że jest to raczej naturalna troska o kogoś bliskiego. Sam nie wiedział tak naprawdę, co sądzić o Alazzie. Zauroczyła go, zwłaszcza w swojej kobiecej postaci. Piotr miał rację, że chwilami Tadeusz zachowywał się jak zakochany nastolatek, i on sam po cichu przyznawał mu rację. Kochał się w demonicy, był szczęśliwy w jej pobliżu i nie chodziło tylko o łóżko. Dreszczyk niesamowitości, towarzyszący każdemu zbliżeniu, był dla niego dodatkowym afrodyzjakiem. A z drugiej strony, mogli zawsze pójść gdzieś razem do miasta i spędzić wieczór jak zwykła para ludzi.

Teraz Alicji nie było i Tadeusz zaczynał się denerwować. Kawałek życia, do którego zdążył się przyzwyczaić, nagle zniknął bez wyjaśnienia. W ciągu ostatnich dni opracował kilka roboczych teorii, ale żadna nie miała solidniejszych punktów. Przypuszczał, że zniknięcie demonicy było ucieczką, pozostawało pytanie, co naprawdę się wydarzyło, czy gdzieś w wymiarze niedostępnym Siekierskiemu doszło do starcia? Czy jeśli rzeczywiście pojawił się anioł, mógł on pokonać Alazzę? A może to ona okazała się na tyle silna, że pozbyła się przeciwnika? Gdzie w takim razie była? Jak można było się z nią skontaktować? Tadeusz znał sposób, ale pamiętając poprzednią samodzielną próbę i jej mizerne skutki, wolał nie kusić losu i nie próbować ponownie. Zresztą sama demonica przestrzegała go przed takimi działaniami, bezlitośnie wyśmiewając jego brak umiejętności i wiedzy. Pozostawała więc pomoc fachowca.

Z oczywistych względów odpadali Roszczak z Szanieckim. Roman, który pewnie byłby zdolny do bezpiecznego i skutecznego rytuału, najpierw popukałby się w głowę, a potem opieprzył Siekierskiego za sam pomysł. Adam Dobrcz nie był w stanie pomóc Tadeuszowi, bo nie żył. W ciągu tygodnia fizyk podjechał na ulicę Pomorską, pod kamienicę, gdzie jesienią za pośrednictwem Alazzy miał okazję poznać miejscową czarcią żulernię, ale nie umiał już w ogóle odnaleźć właściwej bramy. Jakby nie istniała lub została ukryta sprytną sztuczką z zakrzywieniem przestrzeni. Spacer po Gdańskiej i rynku też nie przyniósł rezultatów, bydgoskie czarty, być może nawet dosłownie, zapadły się pod ziemię. W ten sposób Siekierskiemu skończyły się opcje.

Wypił kawę, potem herbatę i jeszcze piwo. W połowie drugiego, przeglądając kolejne tego popołudnia forum ezoteryczne, bardziej dla rozrywki niż w nadziei na znalezienie czegokolwiek wartościowego, dostrzegł link do artykułu podpisanego znanym mu nazwiskiem. Uśmiechnął się pod nosem. Była jeszcze jedna możliwość, co prawda niespecjalnie mu się podobała, ale redaktor Bartosz Misiewicz już raz pozytywnie go zaskoczył. Kto wie, czy nie miał jakichś wartościowych kontaktów? Siekierski sięgnął po telefon i znalazł odpowiedni numer. Misiewicz odebrał niemal natychmiast.

— Halo halooo

— Cześć, mam dwa tematy — Tadeusz odpowiedział bezceremonialnie, ignorując poufały ton redaktorka.

— Pewnie nie na telefon, co?

— Pewnie nie.

— To musisz poczekać do jutra, bo teraz jestem w drodze z południa.

— Grecja? Czy Afryka? Nie wiedziałem, że stać cię na wczasy za granicą.

— Podkarpacie. W okolicach Matki Boskiej Gromnicznej gruchnęła wieść, że lokalne obrazy Marii zaczynają szeptać w nieznanych językach. Przecież nie puściłbym takiej plotki niesprawdzonej.

— I co tam Matki Boskie szepczą? — Tadeusz odłożył telefon, włączając opcję głośnika i sięgnął po papierosa. — Coś o apokalipsie, czy kolejnych wyborach?

— Znasz to powiedzenie, że jak ty mówisz do Boga, to jest to modlitwa, a jak…

— …Bóg do ciebie to schizofrenia. Znam — fizyk dokończył zdanie i zapalił.

— I na to wygląda. Albo ja nie jestem godzien, by Maryja do mnie przemówiła, albo miejscowe kółka różańcowe powinny mniej pić po nieszporach. W każdym razie objechałem parę parafii i nigdzie nie potwierdziłem internetowych rewelacji. Co nie znaczy, że nie da się z tego jakiegoś artykułu napisać, hehehe…

— He he he — Tadeusz zaciągnął się świeżym dymem. — Kiedy możesz podjechać do Bydgoszczy?

— Będę jutro. Gdzie cię znajdę?

— Zadzwoń, jak będziesz. Wtedy się dogadamy.

— OK. To do jutra. I pozdrów swoją demoniczną towarzyszkę.

— Ta… jasne. Do jutra — Siekierski zakończył rozmowę. Ostatnie słowa przypomniały mu o czymś, co powinien zrobić, a na co nie miał wcale ochoty. Z niechęcią spojrzał na teczkę z pracami egzaminacyjnymi studentów.


Wtorek był dniem pełnym zajęć, dodatkowo jeden z profesorów koniecznie chciał po wykładach porozmawiać z Siekierskim na temat jakiegoś programu międzyuczelnianego i grantu. Tadeusz, choć w duchu poirytowany, nie mógł odmówić. Dlatego gdy Misiewicz dał znać, że jest w mieście, fizyk odpisał krótko, że będzie dostępny wieczorem. Jak można było się spodziewać, dziennikarz znał położenie leśniczówki, uzgodnili więc, że spotkają się na miejscu.

Rozmowa z profesorem przeciągnęła się prawie do zmroku, zwłaszcza że brał w niej udział urzędnik z ministerstwa. Tadeusz siedział jak na szpilkach, starając się nie poruszać zbyt wielu wątków, z drugiej strony jednak perspektywa zdobycia środków na korzystanie z radioteleskopu w Piwnicach pod Toruniem nawet jemu wydała się interesująca. W końcu każda godzina pracy tego urządzenia była skrupulatnie odmierzana i grafik był zwykle wypełniony na tygodnie do przodu. A grant dla uczelni dawał pewną pulę czasu do dyspozycji.

— Może pomyślałby pan o jakichś przymiarkach do habilitacji, panie doktorze? — rzucił profesor, gdy wreszcie wstali od stołu i zaczęli się zbierać do wyjścia. — Nie ukrywam, że ten projekt dawałby jakieś możliwości w tym zakresie…

— Oczywiście, panie profesorze, pomyślę nad tym — Siekierski przytaknął, nakładając kurtkę. Przez chwilę przeszło mu przez myśl, że za kilka lat mógłby zaprezentować wyniki badań nad wpływem pola grawitacyjnego na efektywność manifestacji bytów niematerialnych lub stworzyć teorię pola psychoaktywnego i możliwych zastosowań w praktyce. Rzeczywiście, byłaby to rewolucja w fizyce na miarę nie tylko Nobla, ale i przewrotu kopernikańskiego, gdyby jakiemuś szacownemu gremium siwowłosych luminarzy nauki zaprezentował pełen rytuał wezwania demona, wliczając to podrzynanie gardeł trzem czarnym kozom i manifestację nagiej Alazzy w finale. Uśmiechnął się pod nosem, zastanawiając się, ilu uczestników konferencji dostałoby zawału serca, a ilu uciekłoby z obłędem w oczach. Nobel murowany, nie ma co. I procesy sądowe za znęcanie się nad zwierzętami.


Misiewicz czekał cierpliwie w swoim zielonym busiku, zaparkowanym przed bramą leśniczówki. Tadeusz zdobył się na kilka słów przeprosin za spóźnienie, ale redaktor zbył go machnięciem ręki.

— Daj spokój, mało to razy ja się spóźniałem na spotkania? Poza tym, zawsze w samochodzie mam kilka książek na takie okazje.

— Co czytałeś? — zainteresował się fizyk, otwierając drzwi leśniczówki. –„Klucz Salomona” czy „Biblię Szatana”?

— Pierwsze znam na pamięć, drugiego bym kijem nie tknął — Misiewicz był odporny na złośliwości albo świetnie się maskował. — Czytałem życiorys Heleny Bławatskiej. Rany, jaka to była szurnięta kobieta…

— Coś o niej słyszałem — przytaknął Tadeusz, puszczając gościa przodem.

Kilka minut zajęło mu rozpalanie ognia w piecu i karmienie zwierzaków. W tym czasie słuchał wywodów na temat religijności ludzi i ich wiary w cuda, te prawdziwe i wyimaginowane. Wreszcie dołączył do Misiewicza, który zdążył już rozsiąść się na wersalce i chwycić jedną z książek leżących na stole.

— Dobra, do rzeczy. Potrzebuję twojej pomocy, panie specjalisto paranormalny — zaczął, wyjmując z paczki papierosa.

— Ile na tym mogę zarobić, a ile stracić? — dobry humor nie opuszczał dziennikarza.

— Najpierw posłuchaj, a potem powiesz mi, czy jesteś w stanie mi pomóc — Tadeusz pokrótce opisał zdarzenie sprzed kilku dni. Wspomniał oczywiście o obecności Piotra i nagłym zniknięciu Alicji. — Nie ma jej od tygodnia. Nie pytam cię, gdzie może być, bo skąd niby możesz wiedzieć, chodzi mi raczej o to, czy znasz jakiś sposób, by się z nią skontaktować. Od razu zapomnijmy o seansach spirytystycznych i tabliczkach Ouija.

Był prawie pewien, że łowca ezoterycznych sensacji skwituje jego słowa czymś niepoważnym, tymczasem Misiewicz skinął głową i odparł całkiem spokojnie:

— Tabliczka to gadżet dla egzaltowanych nastolatek, daj spokój. Jeśli twierdzisz, że ona jest bytem z tamtej strony — tutaj wykonał nieokreślony ruch dłonią dookoła — to z tego, co wiem, należy wykonać jakiś rytuał przywołania albo przynajmniej kontaktu. Ja się tego nie podejmę, od razu ci mówię.

— Ale…? — Tadeusz wiedział, że Misiewicz nie powiedział ostatniego słowa. Widział błądzący w kąciku ust uśmieszek i był pewien, że zaraz nastąpi ciąg dalszy.

— Ale myślę, że znam kogoś, kto mógłby spróbować.

Miało to zabrzmieć jako nieoczekiwana pointa, dziennikarz dla większego efektu zamknął trzymaną w dłoni książkę, ale Siekierski tylko skinął głową i zaciągnął się.

— No mów, mów. Przecież nie będę wyciągał z ciebie każdego słowa — zachęcił znajomego.

Reporter odłożył książkę na stół i odchylił się, rozsiadając wygodnie na wersalce.

— Ze trzy, cztery lata temu byłem za Białymstokiem, pisałem cykl artykułów o tamtejszych zamawiaczkach, szeptuchach inaczej. Generalnie same baby, ale trafiłem też na jednego faceta, chyba jedynego w tym fachu. Podobno cała babska zgraja nienawidzi go za to, że swoim męskim żywotem śmie wchodzić w ich dziedzinę, która od zawsze była domeną kobiet. No, ale chyba jest w tym dobry, naprawdę dobry, skoro ludzie do niego chodzą. Masz kawę?

Tadeusz przytaknął. Wstał i poszedł do kuchni. Wstawił wodę i przygotował szklanki.

— Co dalej? — zapytał głośno, sięgając do szafki. Usłyszał, jak Misiewicz wstaje i idzie w stronę kuchni.

— Myślę sobie, że jeśli ktokolwiek, to on. Dobry człowiek, ale bardzo ezo. Wiesz, miłość bliźniego, harmonia z wszechświatem, energie płynące z ikon świętych i aniołów. Z tym że w przeciwieństwie do tej całej magicznej zgrai, która podnieca się tarotem, kryształami, ostrosłupami wzorowanymi na piramidach i tak dalej, facet chyba ma jakiś dar w stylu medium. No i miał dobrą nauczycielkę od młodości, prawdziwą szeptuchę. Masz może coś do przegryzienia? W sumie nic nie jadłem od południa.

— Ja też — burknął Siekierski. Skoro obaj tu przyszli, równie dobrze mogli coś przekąsić. Wyjął z lodówki kilka produktów i dłonią wskazał na półkę. — Weź chleb. Masło masz na parapecie.

Czajnik zabulgotał i wyłączył się. Mężczyźni siedli do stołu.

— I co? Myślisz, że koleś na serio byłby w stanie nawiązać kontakt z Alicją? — spytał Tadeusz, zabierając się za krojenie chleba.

— Z tego, co mi mówił, czuje obecność bytów anielskich, boskiej aury i tak dalej. Potrafi ją określić, rozróżnia typy i nawet wie, kiedy który anioł chce z nim mówić.

— Brzmi poważnie — wtrącił Siekierski, robiąc sobie kanapkę. — Pytanie, czy to prawda.

— To będziesz musiał sprawdzić osobiście. Kiedy jedziemy?

— My?

— A znasz adres? — Misiewicz uśmiechnął się szelmowsko. — Poza tym ja też coś z tego muszę mieć, zapomniałeś?


Było oczywiste, że Tadeusz skorzysta z pomysłu Misiewicza. Nie miał innej opcji, pomysł łowcy ezoterycznych sensacji wydawał się mieć sens, i nawet jeśli podlaski zamawiacz był szarlatanem, warto było spróbować. Zresztą fizyk czuł, że wyrwanie się z miasta na dzień lub dwa dobrze mu zrobi. Nazajutrz z samego rana zadzwonił do instytutu i zgłosił urlop na żądanie, wymawiając się sprawami rodzinnymi. Potem spróbował dodzwonić się do Piotra, ale bezskutecznie. Wysłał więc SMS-a, opisując co i jak. Godzinę później mijali już Toruń, mały busik Misiewicza, jakby żywcem wyjęty z filmu o hipisach z lat siedemdziesiątych, dziarsko pokonywał kilometry. Zdecydowali się jechać przez Sierpc, nawigacja pokazywała, że korzystając z autostrady na Warszawę i tak musieliby jechać około sześciu godzin.

— Moja torpeda nie wyciągnie więcej niż dziewięćdziesiąt — rzucił Misiewicz, optując za lokalnymi drogami. — A poza tym lubię zwiedzać prowincję. A nuż trafimy na coś ciekawego.

Tadeusz nie spierał się. Chciał dotrzeć na miejsce sprawnie i bezpiecznie. Im dalej jechali na wschód, tym więcej śniegu leżało na polach. Drogi na szczęście były przejezdne. Zima wciąż trzymała, chociaż powoli w powietrzu można było wyczuć nadchodzącą zmianę. Kilka razy widzieli stadka saren pasących się na oziminie, nic sobie nie robiących z przejeżdżających szosą samochodów.

— Słuchaj, a może by do niego najpierw zadzwonić? — odezwał się w pewnej chwili Siekierski, który milczał przez całą drogę, wszelkie próby nawiązania dłuższej rozmowy zbywając krótkimi odpowiedziami.

— On nie ma komórki — odpowiedział jego towarzysz, nie odrywając wzroku od drogi. –Twierdzi, że pole elektromagnetyczne zabija aurę w człowieku. Ma chyba telefon stacjonarny w domu, ale nie mam numeru.

— Ciekawe, co by powiedział na to, że dzisiaj, przy pokryciu całego kraju zasięgiem GSM, promieniami radarów lotniczych i pogodowych i tak jest zanurzony w polu i tak — uśmiechnął się kwaśno Tadeusz. Po chwili jednak przyszło mu na myśl, że może być w tym jakiś sens. Pamiętał przecież, że gdy Roman zabrał ich jesienią do lasu na rytuał, polecił wyłączyć telefony i nawet zostawić zegarki. W domu leśniczego też nie było zbyt wiele elektroniki, czy również z tego powodu?

— Wiesz, ciężko dyskutować z tym rodzajem ludzi, zwłaszcza gdy masz do nich interes i nie chcesz broń Boże urazić — Misiewicz zwolnił nieco, dostosowując prędkość do samochodów przed nimi.

— Domyślam się. Tylko że dla mnie jako fizyka te rzeczy naprawdę brzmią jak stek bzdur. A przynajmniej brzmiały jeszcze do niedawna.

— Sam widzisz, jak to jest — przytaknął dziennikarz i przydepnął pedał gazu, korzystając z kawałka prostej. Silnik leciwego volkswagena zawył, gdy wyprzedzali na trzeciego załadowaną skrzyniami ciężarówkę. — Trzeba mieć otwarty umysł, ale bez przesady. Jak za bardzo otworzysz głowę, to ci może mózg wypaść.

Zarechotał, zadowolony z żartu. Tadeusz uśmiechnął się mimo woli, bo dziennikarz miał rację. Szukając tematów do swoich artykułów, musiał stykać się z rzeszą ludzi, którzy z pewnością przykładali zbyt wielką wagę do swoich wyobrażeń i fantazji, a zbyt małą do zdrowego rozsądku. Tylko po tym wszystkim, co Tadeusz widział jesienią, sam wciąż zadawał sobie pytanie, co było fantazją, a co rzeczywistością?

— Słuchaj — odezwał się po chwili. — Od ilu lat zajmujesz się tymi wszystkimi tematami?

Misiewicz podrapał się po jasnym zaroście.

— Od dzieciaka kręciły mnie niewyjaśnione historie. Wiesz, wychowałem się na książkach Mostowicza i Daenikena. UFO, Trójkąt Bermudzki, paleoastronautyka i tak dalej. Potem, gdy nastała era internetu, odkryłem ogrom ludzkiej głupoty i trochę spasowałem, a może dorosłem nieco? Sam nie wiem. No i z czasem doszły sprawy ezoteryki, bo ludzie dzisiaj bardziej wolą czytać o wróżbach, aniołach i opętaniach niż o obcych. Takie czasy…

— I daje się z tego wyżyć? — spytał Siekierski, spoglądając z ukosa na towarzysza.

— Nie — uciął krótko Misiewicz i zrobił minę, jakby znów opowiedział jakiś dobry żart. — Choć uwierz mi, ludziom można wcisnąć wszystko, jak się umiejętnie to opisze.

— Domyślam się — skinął głową fizyk, wiercąc się na trochę niewygodnym siedzeniu.

— Chcesz wiedzieć, na czym zarabiam? — dziennikarz puścił do niego oko.

— Hmm?

— Otwórz schowek. Ten przed tobą.

Tadeusz odchylił posłusznie klapę i wśród typowych samochodowych szpargałów zobaczył kilka niedużych książeczek.

— Weź i przejrzyj — zachęcił go Misiewicz.

Siekierski wyjął mały tomik i spojrzał na okładkę.

— Żartujesz! — parsknął śmiechem. Na okładce widać było na wpół roznegliżowaną parę kochanków na tle wielkiego fioletowego księżyca. Mężczyzna pochylał się ku rozpalonej ciemnowłosej dziewczynie, odsłaniając wampirze kły. Fantazyjne litery układały się w tytuł „Ostatnia noc”, a pod spodem, równą czcionką dopisane było imię i nazwisko autorki.

— Claire B. Osmond?

— Lepiej pisać pod zagranicznym pseudonimem, zwłaszcza z inicjałem drugiego imienia w środku– wzruszył ramionami blondyn, zadowolony z wrażenia, jakie wywarł na Siekierskim. — Sporo kobiet uwielbia romanse, zwłaszcza podlane zmysłową erotyką. A jak jeszcze dodamy tajemniczego kochanka wampira… Stary, to się sprzedaje lepiej niż „Wiedźmin” Sapkowskiego!

Tadeusz pokręcił głową, rozbawiony. Odłożył książkę na miejsce. Postanowił, że kiedy odnajdzie Alazzę, poprosi Misiewicza o egzemplarz autorski i da jej w prezencie. Jeśli ją odnajdzie.


O zmierzchu minęli Białystok. W Bielsku Podlaskim skręcili w lewo, na Hajnówkę. Kilka minut później zjechali na zasypaną lokalną drogę.

— Kurde, trzeba było wcześniej wyjechać — sapnął redaktor, powoli pokonując ostry zakręt. Busikiem trochę zarzuciło na świeżym śniegu, ale utrzymał się na drodze. — Ostatnio byłem tu w lecie, zupełnie inaczej się jechało.

— Pewnie śniegu nie było, co? — odparł Tadeusz. — Daleko jeszcze?

— Za mostkiem jest wieś. Tam jedziemy. Jakieś dwa kilometry.

Rzeczywiście, kiedy tylko przejechali przez wąską rzeczkę, minęli tablicę z nazwą wsi. Chwilę później zatrzymali się przy niewielkim skrzyżowaniu przed pierwszymi zabudowaniami. Kiedy Misiewicz wyłączył silnik, usłyszeli przytłumione ujadanie psów.

— Wsi spokojna, wsi wesoła… — Siekierski z ulgą otworzył drzwi i wyskoczył, prostując kręgosłup. Ostatnie kilometry były prawie torturą, volkswagen miał stare, nieamortyzowane siedzenia, Tadeusza bolały wszystkie mięśnie. — Dobra, co teraz?

— Facet mieszka zaraz obok, trzeba dojść do chałupy na piechotę — dziennikarz zabrał swoją torbę, zamknął samochód i ruszył wzdłuż płotu. Fizyk poszedł jego śladem, rozglądając się, chociaż w ciemności i padającym śniegu niewiele było widać. Dzwoniło mu w uszach od nagłej ciszy, która zapanowała po kilku godzinach jazdy. Z przyjemnością wciągnął w płuca chłodne, świeże powietrze. I natychmiast nabrał ochoty, by zapalić.

W małej drewnianej chałupie paliło się światło. Na spadzistym dachu zdążyła już urosnąć czapa śniegu, ale obejście było ogarnięte. Przy drzwiach stała wielka, plastikowa łopata i tradycyjna miotła z gałęzi.

— Gospodarz w domu — mruknął Tadeusz, ostatecznie chowając paczkę „Lucky Strike’ów” do kieszeni. Tymczasem Misiewicz stanął przed wejściem i zapukał. Po dłuższej chwili usłyszeli szuranie i śpiewny głos, który z bardzo wyraźnym wschodnim akcentem zapytał przez drzwi:

— Kto tam?

— Pochwalony, panie Bazyli! — odpowiedział redaktor. — Bartosz Misiewicz z Zielonej Góry. Byłem u pana dwa lata temu, jak artykuł pisałem do „Gwiazdy Mówią”…

— Dwa lata temu? Nie pamiętam…

— Tak myślałem, panie Bazyli, dlatego przywiozłem ze sobą jeden numer gazety, żeby panu pokazać.

— To niech zostawi w skrzynce na listy, jutro rano wezmę i zobaczę.

Misiewiczowi opadły ramiona, a fizyk parsknął cicho. Pokręcił głową i zbliżył się do drzwi.

— Dobry wieczór, panie Bazyli, nazywam się Tadeusz Siekierski i przyjechałem razem z kolegą Misiewiczem z Bydgoszczy. Mam do pana sprawę, potrzebuję pomocy.

— A to was tam dwóch, e? — coś szurnęło głośno za drzwiami. — A jak wy zbóje, co chcą mnie okraść?

— A z czego to możemy pana okraść, panie Bazyli? Jechać przez całą Polskę, żeby dobremu człowiekowi chałupę obrobić? To nie ma sensu!

Zamek zazgrzytał i drzwi uchyliły się nieco. Przez szczelinę spojrzała na nich wychudła, pomarszczona twarz. Jasne oczy pod siwiejącymi brwiami zamrugały szybko.

— A w czym mogę pomóc panu z Bydgoszczy, e?

Tadeusz przysunął się jeszcze bliżej.

— Straciłem kontakt z moim aniołem, przewodnikiem duchowym. Słyszałem, że pan może z nimi rozmawiać, może udałoby się panu, panie Bazyli, jakoś…

— A nie obraził ty jakoś swojego anioła? Może nagrzeszył, co?

— Chyba nie… — Siekierski udał, że zastanawia się nad czymś. Po chwili strapionym głosem dodał — Ale może tak? I może dowiem się, co się stało? Ja nawet nie wiem, czy anioły mogą się gniewać na ludzi…

— Imię zna?

— Anioła? Tak, zawsze jak… prosiłem go tym imieniem, to mi odpowiadał…

— Dobrze. Niech wejdzie. Posłucham, pomyślę, może pomogę — Bazyli otworzył szerzej drzwi, opierając o ścianę trzymaną w ręce solidną pałkę.

Obaj mężczyźni z ulgą przekroczyli próg chałupy. Kilka minut na dworze wystarczyło, by zmęczeni podróżą zaczęli marznąć. Z radością powitali ciepło nagrzanej chaty.

Tadeusz, prowadzony przez gospodarza, przeszedł z małej sieni do izby. Drewniany dom był w środku cały wymalowany na biało, z wyjątkiem podłogi, wyłożonej wypłowiałymi i wytartymi chodnikami w najróżniejszych kolorach. W izbie stało kilka mebli z różnych epok, od całkiem współczesnego stolika po łóżko, być może pamiętające jeszcze rewolucję październikową. Na ścianach, niemal w każdym wolnym miejscu, wisiały obrazy lub ikony świętych i aniołów. Nad łóżkiem, na półce z figurkami, stał prawosławny, malowany złotem krucyfiks. W powietrzu unosił się delikatny zapach palonych ziół i kadzidła. Bazyli, chudy jak szczapa i do tego wysoki, tak że łysiejącą głową sięgał prawie powały, wskazał dłonią ławę pod oknem.

— Niech siadają– rzekł swoim śpiewnym głosem. — I niech mówią, o co chodzi.

Siekierski poczuł dyskretne szturchnięcie w udo. Spojrzenie Misiewicza jasno sugerowało, że lepiej będzie, jeśli to on odezwie się pierwszy.

— No… dziękuję, że w ogóle nas pan przyjął o tej porze, panie Bazyli — zaczął trochę niepewnie.

— Jak człowiek w potrzebie, to każda pora jest dobra — odparł gospodarz, krzątając się w kącie kuchennym. — No niech mi opowie o sobie trochę. Bo po oczach poznaję, że sporo musiało się wydarzyć ostatnio.

Tadeusz siedział jak na rozżarzonych węglach. Zewsząd spływała na niego atmosfera świętości, jakby ikony i obrazki apostołów rzeczywiście emanowały jakąś energią. Na ile mógł nagiąć fakty? Czy szeptuch wyczuje kłamstwo? Przecież nie mógł mu powiedzieć wprost, że Alazza jest demonem.

Na poczekaniu zmyślił historię o tym, że anioł towarzyszył mu od dziecka, czasem pojawiając się częściej, czasem rzadziej, ale zawsze dawał o sobie znać. Bajeczka nabierała kolorów, zwłaszcza gdy fizyk wyobraził sobie Alazzę w anielskiej szacie z jasnymi, pierzastymi skrzydłami. Dokładnie tak, jak powinien wyglądać przykładny anioł.

Bazyli odwrócił się od kuchni, sięgnął po drewniany zydelek, postawił go na wprost Tadeusza i usiadł. Przez różnicę wzrostu spoglądał na Siekierskiego nieco z góry.

— Trochę kłamie — przerwał mu, mrużąc oczy. — Albo nie mówi całej prawdy. A jak mam pomóc, jak nie znam prawdy?

Misiewicz siedział w milczeniu. Tadeusz był zdany tylko na siebie.

— Nie za bardzo wiem, co mam jeszcze mówić. Że pojawiał mi się we snach? — spróbował odbić piłeczkę.

— Jak wyglądał?

— No… jak anioł. Znaczy się skrzydła, jakaś jasna kiecka, długie włosy… Panie Bazyli, ja jestem fizykiem z zawodu, trochę ciężko mi mówić o takich osobistych sprawach — Siekierski odwrócił głowę, nie mogąc wytrzymać spojrzenia szeptucha. Na szczęście w tym momencie zagotowała się woda i gospodarz wstał ze stołka.

— No dobrze. A co mówił ten anioł? Modlić się kazał? Namawiał do czegoś? Bo to może nie anioł, ale diabeł jaki?

Tadeusz poczuł, jak fala gorąca uderza mu do głowy. Spojrzał z ukosa na Misiewicza, ale ten wydawał się bardzo zainteresowany stojącą na parapecie kolekcją mosiężnych dzwonków.

— Nigdy mnie do złego nie namawiał… Zawsze raczej pocieszał. Mówił, że Bogu trzeba ufać…

— Ale pan szanowny w Boga nie wierzy — Bazyli odwrócił się nagle. — Po oczach to widzę.

Zapadła cisza. Siekierski nie wiedział, co odpowiedzieć. Szeptuch przypominał nieco zachowaniem leśniczego Romana. Starego szamana też ciężko było wyprowadzić w pole. O ile to w ogóle było możliwe.

— Bo straciłem wiarę — wypalił desperacko Tadeusz. — Moja bliska znajoma straciła córkę w takich bezsensownych okolicznościach… Gdzie wtedy był Bóg?

Tak, to mogło zadziałać. Wspomnienie Moniki było autentyczne, rzeczywiście jej śmierć była bezsensowna i niesprawiedliwa. Uczucie gniewu i żalu było szczere. Przecież lubił i znał od dziecka tę dziewczynę.

Bazyli zalał trzy szklanki wrzątkiem.

— A czy to nam oceniać, co jest sprawiedliwe w oczach Boga, a co nie? Może właśnie dlatego anioł oddalił się, bo szanowny pan Tadeusz po prostu zbłądził?

Fizyk zaczynał mieć już dość tej rozmowy, czuł się zmęczony jak po ciężkim egzaminie. Westchnął, mając nadzieję, że jego tłumaczenia okażą się wystarczające. Na szczęście gospodarz zaniechał dalszych pytań. Sięgnął po zeszyt leżący na komodzie obok pudełka z lekarstwami i receptami. Wyrwał z niego kartkę i wraz z długopisem podał Tadeuszowi.

— Dobrze. Niech zapisze znane imię i złoży kartkę. A potem niech klęknie przed ikoną Bogurodzicy i modli się. A ja zajmę się resztą.

Fizyk drżącą dłonią napisał imię Alazzy. Przeszło mu przez głowę, że właśnie łamie dane jej słowo. Kiedy się spotkali, obiecał przecież, że nikomu nie wyjawi jej imienia. To była część ich umowy. A teraz świadomie ją złamał.

Szeptuch dwoma palcami delikatnie wziął złożoną kartkę i wskazał Tadeuszowi miejsce przed srebrną ikoną Matki Boskiej. Potem zapalił kilkanaście świec i wyłączył lampę. W izbie zapanował ciepły półmrok. Gospodarz sięgnął jeszcze po mały flakonik i otworzył go, delikatnie wstrząsając. Wokół rozszedł się zapach róż.

„Jest klimat — pomyślał fizyk, klękając i składając dłonie jak do modlitwy — jak widać, każdy czarownik stosuje swoje metody”.

Tymczasem Bazyli zdjął trzewiki i ułożył starannie pod ścianą. Potem przeżegnał się szeroko, na prawosławną modłę, i klęknął obok Tadeusza. Przeżegnał się raz jeszcze i zaczął cicho szeptać modlitwę. Melodyjne, starocerkiewnosłowiańskie słowa wypełniły izbę. Siekierski kątem oka obserwował gospodarza. Ten po każdej modlitwie wykonywał znak krzyża i zaczynał od nowa. Wreszcie za którymś razem przerwał, nieruchomiejąc. Kartka z zapisanym imieniem leżała tuż przed nim. Siekierski odczuł delikatne, znajome mrowienie za uszami. Coś zaczynało się dziać.

Bazyli klęczał cały czas, ale jego ciało naprężyło się, a dłonie uniosły z wysiłkiem, drżąc wyraźnie. Otworzył usta, chcąc coś powiedzieć. Kartka przed nim poruszyła się raz i drugi. I nagle zapłonęła żywym ogniem. Szeptuch wygiął się nienaturalnie do tyłu, rozkładając szeroko ramiona. Wrzasnął tak głośno, że Tadeusz odruchowo skulił się.

Świece dookoła buchnęły płomieniami, topiąc się i skwiercząc. Ciało Bazylego runęło na deski, tarzając się konwulsyjnie. Mężczyzna to próbował chwycić się za szyję, to uderzał dłońmi o podłogę.

— Kurwa, co jest? — wrzasnął falsetem Misiewicz, zrywając się z ławki. Rozejrzał się panicznie.

Siekierski przez krótką chwilę zobaczył obraz z przeszłości. Płonące dziesiątki świec, otumanieni, zataczający się dookoła ludzie, wpadający wprost w ogień. I ciemny dym, wydobywający się ze starożytnego kotła.

— Niedobrze… — fizyk rzucił się w stronę wierzgającego Bazylego. Przycisnął go do podłogi, starając się, by mężczyzna nie zrobił sobie krzywdy. — Bartek! Weź ten koc i gaś świece, bo zjaramy się tu żywcem!

Misiewicz usłyszał polecenie. Chwycił niewielką narzutę, leżącą na ławce, i zaczął dusić płomienie rodzącego się pożaru. Tymczasem fizyk potrząsał szeptuchem za ramiona.

— Panie Bazyli… panie Bazyli! — krzyknął raz i drugi. Spojrzał w górę, na czarny dym, kłębiący się pod sufitem. — Alazza? Jesteś tu? Ja pierdolę…

Izba skryła się w ciemności, gdy dziennikarz wreszcie zgasił ostatnią świecę. Zapach róż został zdławiony przez smród dymiącej parafiny. Szeptuch nagle przestał się miotać. Zesztywniał cały, a z jego ust wydobył się charkot.

— Imię jego Semyaza… upadły… przeklęty… wygnany…

Ostatnie słowa zamieniły się w niezrozumiały bulgot. Potem ciało mężczyzny zwiotczało. Misiewicz włączył światło i otworzył okno, chcąc wywietrzyć pomieszczenie. Gryzący dym nie pozwalał oddychać. Tadeusz patrzył w milczeniu, jak Bazyli zwija się w kłębek i zaczyna łkać niczym dziecko. Po chwili szeptuch sięgnął palcami do twarzy. Była cała we krwi.

— Panie Bazyli? — zapytał Siekierski, pochylając się nad gospodarzem. Ten dotknął raz jeszcze twarzy i jęknął płaczliwie:

— Nic nie widzę… Nic nie widzę… Nic nie widzę!!!

Jego oczy krwawiły. Ciemne krople spływały na deski podłogi, tworząc rosnącą kałużę.


Jechali przez noc, zasypywaną gęstym śniegiem. Tadeusz siedział za kierownicą, Misiewicz był zbyt roztrzęsiony, żeby skupić się na prowadzeniu. Śnieżyca była tak gęsta, że volkswagen nie przekraczał czterdziestki. Wycieraczki usuwały mozolnie z szyby padające mokre, wielkie płatki śniegu.

— Powinniśmy wezwać pogotowie — wybełkotał nagle dziennikarz, patrząc bezmyślnie przed siebie.

— Słyszałeś, co powiedział — Siekierski zwolnił, biorąc kolejny zakręt. — Kazał nam się wynosić i nie chciał żadnej pomocy.

— Mimo to… — Misiewicz sięgnął po papierosa. Dłonie mu się trzęsły. — Uważam, że powinniśmy.

— To dzwoń — wzruszył ramionami fizyk. Sam na początku chciał to zrobić, ale potem zmienił zdanie. Dziadek nie dał rady. Coś prawie wypaliło mu oczy. Czy to była Alazza? Czy nie chciała nawiązać kontaktu? A może zadziałała jakaś inna siła? Tadeusz nie miał pojęcia i nie chciał się nad tym zastanawiać, przynajmniej na razie. Szeptuch odmówił pomocy i stekiem przekleństw wygonił obu mężczyzn z domu. Siekierski poczuł się zwolniony z jakiegokolwiek obowiązku pomocy. Teraz chciał jedynie jak najszybciej wrócić do Bydgoszczy. Plan się nie powiódł i po prostu należało zastanowić się, co dalej. Wymyśleć inny sposób na odnalezienie Alazzy.

I tylko co jakiś czas, gdy na chwilę odwracał wzrok od zaśnieżonej szosy, pamięć podsuwała mu obraz pełnej cierpienia twarzy Bazylego. I całkowicie czerwonych, ociekających krwią oczu.

VII

Alazza unosiła się nad ziemią. Uciekając, porzuciła swoją materialną postać, rozproszyła większość swojej energii tak, że teraz przypominała drobną iskierkę pośród usłanej światłami osnowy rzeczywistości. Mogła być równie dobrze duszą wiewiórki lub krzewu i tylko z bliska można było stwierdzić, że pulsująca delikatną poświatą chmurka ma inny kolor i aurę niż zwykłe życie.

Niewidoczna dla ludzi i zwierząt, demonica krążyła pośród ulic Bydgoszczy. Mijające je żywe istoty odbierała jak podobne sobie skupiska energii życiowej. Instynkt pchał ją do tego, by zapolować, przypaść do nich i zaspokoić głód. Ale nie mogła tego zrobić. Ponad miastem krążyli łowcy. Jasne, pełne siły aury aniołów polowały na nią, węsząc i szukając od kilku dni. I tylko w tej postaci mogła umknąć ich zmysłom. Dobrze wiedziała, że nie wytrzyma długo. Prędzej czy później zmuszona będzie zaatakować jakiś słabszy byt. A wtedy błysk rozdarcia z pewnością zaalarmuje łowców.

Musiała uciekać. Dalej od tego miejsca, najlepiej tam, gdzie władza Adonai była osłabiona przez brak jego wyznawców. Albo w miejsca naturalnej emanacji życiowej mocy planety. Znała ich kilka, ale wszystkie znajdowały się daleko na południu.

Gdzieś z oddali poczuła nawoływanie. Jakiś obcy głos wzywał ją jednym z jej imion. Nie był to człowiek zwany Tadeuszem. Wyczuwała go tam, ale to nie on wołał. Robił to ktoś inny, bardziej wprawiony, pełen energii. Czyżby Tadeusz zdradził mu jej imię? Pewnie tak, był przecież tylko zwykłą, zagubioną ludzką istotą. Jakże łatwo przyszło mu złamać ich wspólną umowę… I jak dobrze, że słowo „Alazza” nie było jej imieniem. Jej Prawdziwym Imieniem.

VIII

Stara willa zasnuta była dziwną, ciemną mgłą. Na ścianach wisiały obrazy, jakieś landszafty, malowane pędzlem niezbyt wprawnego malarza. Podłoga, wyłożona wzorzystą wykładziną, zdawała się falować, ale mogła to być tylko gra świateł. Piotr nie zwracał na to specjalnej uwagi. Powoli, krok za krokiem, skradał się ciemnym korytarzem w stronę pierwszych drzwi. Nie miał partnera, był sam. Poprawił w dłoni swojego nowego glocka i uspokoił oddech. Ciężko mu było oddychać w pełnym rynsztunku.

Kopnął drzwi, jednocześnie szybko usuwając się w bok. Pokój był pusty. Meblościanka, wersalka, stół i staroświecki, secesyjny żyrandol nie wyglądały podejrzanie. Piotr szybko omiótł wzrokiem sufit, sprawdzając, czy nic nie czai się pośród cieni. Potem ruszył dalej korytarzem.

Spod schodów wyskoczyła kula ciemności i z rozdzierającym skrzekiem runęła zakosami w jego stronę. Była szybka, ale Piotr był przygotowany. I oszczędny. Jeden strzał wystarczył, by czarne coś rozpadło się w powietrzu. Natychmiast z góry spadł kolejny stwór, prosto pod lufę glocka.

Policjant powoli zajrzał do kuchni na końcu korytarza. Jakaś siła musiała zrzucić ze stołu pojemnik na chleb i pudełko z przyprawami, popękane talerze, które wypadły z otwartej szafki, walały się po podłodze. W rogu, między stołem a kredensem, leżała skulona kobieta, jej nocna koszula była poszarpana, a przedramiona podrapane. Piotr podszedł do niej, dla bezpieczeństwa, do ostatniej chwili trzymając broń w pogotowiu. Kątem oka obserwował wejście do kuchni.

Kobieta leżała bez ruchu, z szeroko otwartymi oczyma. Jej twarz zastygła w grymasie bólu.

— Jestem z policji — powiedział powoli i wyraźnie, wiedząc, że maska zniekształci jego słowa. — Czy pani mnie słyszy?

Podejrzewał, że coś może być nie tak, dlatego gdy tylko w progu zadrgała ciemna plama kolejnego zmaterializowanego upiora, tylko wygiął nadgarstek i strzelił. Stwór rozpłynął się w półmroku.

Piotr chciał dokładniej przyjrzeć się kobiecie, ale z piętra dały się słyszeć płacz i wołania dwójki dzieci.

— Mamooo!!! To do nas idzie! Mamooo!!!

Szybko wrócił do przedpokoju i pobiegł schodami na górę. Zajrzał do pierwszego pomieszczenia. Było puste. Z otwartej szafy ktoś lub coś powyrzucał ubrania, rozwalając je po podłodze.

Pisk dziewczynki w sąsiednim pokoju sprawił, że Piotr rzucił się błyskawicznie w tamtym kierunku. W dziecięcej sypialni, tuż przy regale z zabawkami stała w piżamie szczupła blondyneczka, tuląc się do pluszowego misia. Na widok policjanta w pełnym, bojowym rynsztunku zaczęła krzyczeć ze strachu, ale Piotr musiał zająć się innym problemem. Pod oknem, w dziecięcym łóżeczku płakało drugie, malutkie dziecko. Nad nim unosiła się chmura ciemności, powoli wypuszczając czarną mackę w stronę ust szkraba. Piotr wiedział, że tym razem strzał nie rozwiąże problemu. Rykoszet mógł zranić dzieciaka. Sięgnął po zapasową fiolkę z wodą święconą i jednym ruchem kciuka otworzył ją. Teraz pozostawało tylko celnie skropić stwora, który mógł albo uciec, albo rzucić się na Piotra.

Policjant zamachnął się lewą ręką, w której trzymał fiolkę, i nagle zrozumiał swój błąd. Było już jednak za późno. Nie miał jak odwrócić broni w kierunku rzucającej się w jego stronę dziesięciolatki. Jej oczy zabłysły karykaturalnie, a usta rozszerzyły się w groteskowym uśmiechu, kiedy wgryzała się dziesiątkami kłów w ramię Piotra.

W słuchawkach zabrzmiała prosta, prymitywna muzyczka i odezwał się całkowicie obojętny głos kontrolera:

— Test oblany, zostałeś zjedzony. Przykro mi.

Piotr z rezygnacją schował pistolet do kabury, odpiął maskę i zdjął hełm z przyłbicą. Upiorna sypialnia zniknęła, stał w pustym pomieszczeniu ćwiczebnym. Zmysły, otępiałe jeszcze po wyjściu z wirtualnego środowiska, po chwili wróciły do normy. Zszedł na parter i opuścił budynek. Na zewnątrz czekał już instruktor z kolejnym kandydatem.

— Dziękuję — uścisnął Piotrowi dłoń. — Proszę wrócić do magazynu i zdać sprzęt. Do zobaczenia na podsumowaniu.

— Jak było? — zapytał jeszcze komisarz.

— Zginął pan –instruktor wzruszył ramionami. — Resztę omówimy indywidualnie, na koniec dnia.

Piotr skinął głową i bez entuzjazmu poszedł żwirową ścieżką ku obiektom ośrodka szkoleniowego. Przed wejściem czekał na niego Roszczak.

— Widzę, że nie bardzo? — zagadał.

— Ano nie bardzo. Zrobiłem głupotę, zagrały emocje i…

— Co to było? Raczkujące dziecko?

— Dziewczynka z zębami jak u rekina. Ujebała mi ramię.

— Zawsze wciskają jakiegoś bachora. Bo to działa — Roszczak klepnął go przyjacielsko w kamizelkę na plecach. — Nie przejmuj się. Ja też oblałem za pierwszym razem.


Piotr leżał na swoim łóżku, wpatrując się w bezchmurne niebo za oknem. Niedługo miała nadejść pełnia, jasne gwiazdy świeciły wyraźnie, migając od czasu do czasu. Stres i napięcie, które towarzyszyły mu przez cały dzień, zniknęły. Przeszedł testy teoretyczne i mentalne, zaliczył też wymagany, pierwszy stopień obsługi artefaktów, jak w Wydziale Dziesiątym nazywano wszystkie nietypowe przedmioty, od fiolek z wodą święconą zaczynając, na zielonkawym sprayu, świecącym intensywnie przy kontakcie ze śladami aktywności nadnaturalnej. Niestety oblał najważniejszy sprawdzian, samodzielnego działania w warunkach kontaktu z istotami nadprzyrodzonymi. Chodził struty aż do wieczora i dopiero Roszczak, zanim pojechał do domu, zaciągnął go do kantyny na coś mocniejszego. Ten sam nadęty Roszczak, który potrafił być sztywny jak klient prosektorium, kiedy wypił dwa głębsze, nagle okazywał się mieć coś na kształt empatii, a nawet poczucia humoru.

— Robota nie różni się wiele od tego, co robiłeś do tej pory — mówił, gdy opuścili wreszcie kantynę i szli w stronę parkingu. — Tam jakiś kozak może ci sprzedać kosę albo kulkę w bebechy, tutaj co najwyżej zginiesz rozszarpany przez stwora albo wyssany przez jakieś inne złe licho. Tak czy siak będziesz martwy. I dlatego ludzie od testów robią wszystko, by utrudnić nam życie. Po to, byśmy mieli większe szanse w prawdziwym starciu.

— No, ale gangster i demon to jednak nie to samo — skrzywił się w odpowiedzi Piotr. — I ty na przykład, pozostajesz żywy już ile? Pięć? Sześć lat?

— Dziewięć — poprawił go nadkomisarz, rozluźniając węzeł krawata. –Jestem jednym z dłużej pracujących w Dziesiątce. Pewnie jeszcze rok i każą mi przejść do roboty papierkowej albo szkolenia takich jak ty. Będę zbyt cenny dla nich, bym dał się przypadkiem zabić.

— W tym zakątku firmy spotkasz różnych ludzi — powiedział jeszcze na odchodne, zanim wsiadł do samochodu kolegi, który miał go odwieźć do miasta. — Każdy się maskuje, lepiej czy gorzej, ale nie zapominaj, że za tysiącem pancerzy zawsze kryje się człowiek. Ze swoją przeszłością, słabościami, lękami i nadziejami. Bez tego bylibyśmy tylko skorupami, maszynami do tropienia i zabijania.

— A templariusze? — zapytał wtedy Piotr.

— Masz na myśli chłopaków z komandorii? — Roszczak zmrużył jedno oko i popatrzył na gasnące na zachodzie światło dnia. — Oni są inaczej szkoleni. Z tego, co wiem, ich pancerzem jest wiara. Nie mogą mieć w sobie zwątpienia, muszą być jak broń, działająca pewnie i skutecznie. I dlatego nigdy nie chciałem zostać jednym z nich. Bo musiałbym… zapomnieć siebie?

Piotr długo potem zastanawiał się nad ostatnimi słowami nadkomisarza. Służbisty, który zmiękczony przez alkohol, stał się normalnym człowiekiem. Czy kiedykolwiek Roszczak mógłby w podobny sposób dogadać się z Siekierskim? Niestety, Piotr obawiał się, że do tego trzeba by czegoś więcej niż kilku kieliszków wódki.


Zaliczył trzy dni później. Tym razem nie popełnił błędu i nie dał się zabić. Odebrał zaświadczenie o zakończeniu kursu i opuścił niewielki ośrodek szkoleniowy w lasach gdzieś pomiędzy Szczytnem i Ostrołęką. Ruszył z powrotem do Bydgoszczy, wioząc na siedzeniu ciemną, plastikową teczkę, którą zostawił dla niego nadkomisarz. To było pierwsze zadanie dla świeżo upieczonego funkcjonariusza Wydziału Operacji Specjalnych.

— Zapoznaj się z tematem i zacznij działać. Coś ta wasza Bydgoszcz ma szczęście do niecodziennych historii — usłyszał przez telefon, gdy Roszczak zadzwonił z samego rana. — Ja pracuję nad ta sprawą od swojego końca, więc jakby co, to się odzywaj. I pamiętaj, żadnego szarżowania.

Piotr znów poczuł się jak młody policjant, który dopiero zaczyna służbę. Trochę go to bawiło, ale nie dawał się zwieść pozorom. To miał być zupełnie inny poziom. Dziesiątka oficjalnie nie istniała w strukturze CBŚP, tylko komendant i bezpośredni zastępca mieli dostęp do wszystkich informacji, dla pozostałych Wydział Dziesiąty pozostawał zespołem wspomagającym inne działania Biura.

Kownacki został dokładnie prześwietlony. Sprawdzono jego życiorys i kontakty, łącznie z rodzinnymi i tymi najbardziej intymnymi. Pierwszy dzień pobytu w ośrodku przypominał bardziej aresztowanie z przesłuchaniem niż początek szkolenia i procedurę certyfikacji. Był kandydatem prawie idealnym, z doświadczeniem policyjnym, wciąż młody, bez rodziny ani stałego związku, niezależny. Potem zaczęło się intensywne szkolenie. Historia przeplatała się z religiami, wierzeniami, folklorem i współczesnym, naukowym spojrzeniem na sprawy nadnaturalne. Piotr chłonął wszystko tym łatwiej, że wiedział już, iż nie są to wymysły. Ale to wcale nie ułatwiało zadania, Dziesiątka bowiem podchodziła do tematu profesjonalnie i nadmiar informacji przytłaczał. Ale teraz Piotr miał to wszystko już za sobą. Tylko znajomość z Tadeuszem i demonicą została skrupulatnie odnotowana jako element potencjalnie niebezpieczny. Piotr zdawał sobie z tego sprawę i w jego głowie kiełkowała niespokojna myśl, że być może któregoś dnia będzie musiał dokonać wyboru, lojalność wobec firmy przeciwko lojalności wobec przyjaciela.

Teraz jednak chciał się skupić na nowej pracy. W Grudziądzu zrobił sobie przerwę w podróży, kupił coś ciepłego do zjedzenia i siedząc w samochodzie, zabrał się za teczkę od Roszczaka.

Krótki raport mówił o kradzieży z bydgoskiego muzeum Wojska Polskiego. Robota miała być wykonana profesjonalnie, z użyciem techniki zakłócającej monitoring i działanie alarmów. Zaginęły stare, poniemieckie dokumenty z czasów wojny, obejmujące plany obiektów militarnych w okolicach Bydgoszczy. Z akt wynikało, że zniknęły mapy i notatki dotyczące terenów na Osowej Górze, osiedlu na północno-zachodnim krańcu miasta, gdzie już od czasów I wojny światowej znajdowała się fabryka amunicji. W czasie kolejnej wojny terenami administrowała Luftwaffe, produkowano tam amunicję przeciwlotniczą i bomby. Istniał jeszcze obszar tajny, najprawdopodobniej były tam montowane pociski V-1, które później wysyłano na poligon pod Wierzchucinem, w Borach Tucholskich.

Piotr wiedział te rzeczy także z własnych poszukiwań i artykułów, które kiedyś ukazywały się w bydgoskiej prasie. Historia Luftmunitionanstalt 1/II była jednak nieco bardziej skomplikowana, bo do dzisiejszego dnia teren tak zwanej Tajnej Muny, jak starzy bydgoszczanie nazywali drugi, zamknięty zakład, znajdował się w rękach wojska. I nikt nie miał do niego wstępu. Wojna dawno się skończyła, Rosjanie wyszli z Polski, rozpadł się Układ Warszawski, a armia nadal pilnowała starych niemieckich obiektów i podziemnych korytarzy. O co w takim razie chodziło, skoro tematem zainteresowała się Dziesiątka?

Piotr schował dokumenty do teczki, rzucił ją na drugi fotel i sięgnął do stacyjki. Miał jeszcze kilkadziesiąt kilometrów do Bydgoszczy.

IX

Siekierski z Misiewiczem poddali się w Sierpcu. Zmęczenie wzięło górę, zatrzymali się na parkingu koło stacji benzynowej, wcisnęli busik pomiędzy parkujące ciężarówki i już po kilku minutach leżeli w śpiworach. Żaden z nich nie miał ochoty na kolację ani nawet kubek herbaty. Po kilku godzinach, kiedy w samochodzie zrobiło się zimno, a na wschodzie pojawił się blask wschodzącego słońca, kupili po jednej kawie i bez zbędnej zwłoki ruszyli dalej.

Do leśniczówki dotarli przed południem. Tadeusz mógł przysiąc, że zamykał bramę, gdy wczoraj wyjeżdżali. Misiewicz wprowadził volkswagena na podwórko i się zatrzymał. Nero natychmiast wyskoczył zza rogu ze swoim głośnym szczekiem. A w ślad za nim pojawił się Roman. Jego mina nie wróżyła niczego dobrego.

— Dzień dobry! — przywitał się Siekierski, wyskakując z busa.

— Cześć — rzucił krótko leśniczy. — Chodź ze mną.

Bez dalszych wyjaśnień poprowadził fizyka w stronę tylnego wejścia do leśniczówki. Zupełnie zignorował obecność Misiewicza, a ten, jakby wyczuwając, co się święci, po prostu pozostał przy samochodzie.

— Spójrz — kiedy znaleźli się w piwnicy, Roman wskazał na dziwne, wypalone miejsca na ścianach. — Przyjrzyj się dobrze.

Tadeusz, zaintrygowany, zbliżył twarz do poczerniałej plamy tuż obok wejścia. Śmierdziała kwaśną spalenizną. Miała kształt jakiegoś symbolu, który jednak całkowicie zniknął pod warstwą sadzy.

Tak samo wyglądały pozostałe miejsca w piwnicy. Siekierski obejrzał wszystkie i spojrzał na Romana, nie za bardzo rozumiejąc, o co chodzi.

— Sprowadziłeś ją tutaj, prawda? — głos leśniczego był nieprzyjemny. Wręcz wrogi.

— Kogo? — odpowiedział pytaniem, ale podświadomie czuł, że wszelkie wyjaśnienia nie będą miały sensu. Kłamać też nie było warto, przecież nie był dzieckiem.

— Nero mi wszystko powiedział — Roman starł dłonią czarny pył z najbliższego symbolu. Otrzepał dłoń i wytarł w jedną ze szmat wiszących na ramie od kosiarki do trawy. — Tak, gdybyś przypadkiem się nie domyślił, ten pies jest moim chowańcem i chociaż nie mówi jak człowiek, potrafi wszystko zrozumieć i przekazać. Mówiłem ci przed moim wyjazdem, żebyś trzymał się od tego demona z daleka, a ty nie tylko, że mnie nie posłuchałeś, to jeszcze zamieszkałeś z nią pod jednym dachem, w moim domu.

Leśniczy mówił spokojnie, ale jego słowa brzmiały jak pomruk wielkiego niedźwiedzia, gotowego w każdej chwili zaatakować. Tadeusz po raz pierwszy w życiu przestraszył się swojego znajomego. Zazwyczaj spokojny i jowialny człowiek, teraz był na granicy wybuchu.

— No dobrze, zrobiłem to. Ale co to ma wspólnego z tymi… znakami? Przecież nic się nie stało, niczego tu nie zniszczyła, nie zdemolowała…

— Nie zniszczyła? — niedźwiedź zaatakował. — Idioto, ta leśniczówka to coś więcej niż zwykła kupa cegieł i drewna! To jest sanktuarium! A raczej było, dopóki nie zaprosiłeś tej istoty do środka! Nie wiem, czy zrobiła to celowo, czy to tylko efekt działania jej aury, ale wszystkie pieczęcie i totemy szlag trafił! Dwa kręgi, ten na zewnątrz i ten tutaj, wypaliły się, nie wytrzymując naporu mocy! Dwadzieścia lat pracowałem nad tym miejscem, sprowadzałem różne rzeczy tutaj, a ty to wszystko spierdoliłeś w ciągu trzech miesięcy! Te osłony powstrzymywały niemal wszystko! Sam diabeł wcielony by się przez to nie przedostał, a teraz byle leśne licho może tańczyć mi w kuchni! I to wszystko przez ciebie, durniu skończony!!!

— Mogłeś mi powiedzieć — Siekierski próbował się bronić, ale leśniczy nie dał mu dojść do słowa. Uniósł pięść i zaczął wygrażać fizykowi.

— Mówiłem ci. Ostrzegałem cię. Miałeś trzymać się od tych spraw z daleka. Czy tak trudno było mnie posłuchać? Zachowałeś się gorzej niż szczeniak z podstawówki! Zawiodłeś mnie, Tadek, i tego ci nie daruję. Szkody są za duże. Nie wiem, co teraz zrobię, nie wiem, czy w ogóle będę w stanie to odtworzyć. Stało się duże nieszczęście, przez twoją głupotę.

Roman zaczerwienił się na twarzy i oddychał głośno. Miał już swoje lata. Zaciśnięta dłoń drżała jeszcze przez chwilę, zanim ją opuścił. I chociaż jego słowa były pełne złości, Siekierski zobaczył w jego oczach zwykły smutek i żal. I to było najgorsze. Cenił Romana za wszystko, co ten człowiek wniósł do jego życia jeszcze na długo przed początkiem wszystkich niesamowitych historii, a teraz stał przed nim i nie wiedział, co powiedzieć.

— Wszystkie twoje rzeczy są spakowane w kartonach i czekają w sieni. Zabieraj je i wynoś się — leśniczy odwrócił się i wyszedł na podwórze.

— Roman…

— Wynoś się!


Misiewicz zaoferował pomoc w transporcie pudeł na Bartodzieje. Godzinę później, kiedy ostatni karton znalazł się w przedpokoju kawalerki Siekierskiego, reporter uścisnął mu dłoń na pożegnanie i odwracając wzrok, rzucił tylko:

— Trzymaj się. Jakby co, jesteśmy w kontakcie — i szybkim krokiem oddalił się w stronę windy.

Tadeusz zamknął za nim drzwi. Został sam. Znowu sam. Alazza gdzieś zniknęła, Roman go skreślił, Piotr nie odzywał się od ponad tygodnia. Uczucie bezsilności sprawiło, że oparł się o ścianę i bezmyślnie wbił wzrok w plakat z rozgwieżdżonym niebem i pasem Drogi Mlecznej, wiszący naprzeciwko. Napis u dołu zdawał się kpić: „We are not alone in this Universe”.

— Ta… jasne… — w nagłym odruchu wściekłości chciał zerwać poster, ale tylko położył dłoń na grubym, błyszczącym papierze. Plakat niczemu nie był winien. Poza tym był pamiątką jeszcze z czasów doktoratu w Anglii. Kupił go na jakiejś konferencji astronomicznej, organizowanej przez uniwersytet. Tadeusz sam go tu powiesił parę lat temu, gdy po powrocie do Polski wprowadzał się do mieszkanka. Jasny pas galaktyki oglądał codziennie, wychodząc do pracy, aż przyzwyczaił się do niego tak bardzo, że praktycznie przestał zauważać. A teraz nagle zobaczył go na nowo. Powoli wodził palcem po kolorowych punkcikach, rozpoznając nawet fragmenty konstelacji.

Dlaczego tak wyszło? Dlaczego wszystko się spieprzyło? Demonica wyparowała nie wiadomo gdzie, pomysł z odnalezieniem jej okazał się nawet nie klapą, tylko tragiczną pomyłką. Siekierski miał nadzieję, że podlaski szeptuch jakoś przeżył wczorajszy potworny wieczór i dojdzie do siebie. A na dokładkę historia z leśniczówką. Skąd mógł wiedzieć o tych cholernych totemach Romana? Z drugiej strony, stary szaman nie miał obowiązku mówić mu wszystkiego i też lojalnie uprzedzał przed zadawaniem się z Alazzą. Tadeusz oczywiście nie posłuchał. Sam był sobie winien.

Spojrzał na zegarek. Dopiero minęło południe. Nie był głodny, podły nastrój całkowicie pozbawił go apetytu. Nie chciało mu się też zabierać za rozpakowywanie. Nawet nie wiedział, co zrobić z ciuchami Alicji. Teraz, gdy opadło napięcie ostatnich kilkudziesięciu godzin, poczuł zmęczenie. Ostatkiem sił sypnął Behemotowi trochę starej, suchej karmy do miski i nalał świeżej wody. Potem wziął śpiwór, poszedł do mniejszego pokoju i walnął się na łóżko. Wlazł do puchowego worka, podłożył pod głowę poduszkę i zamknął oczy. Chciał zasnąć i zapomnieć o otaczającym go świecie.

X

W starym budynku łaźni Hodjapasha, jak co wieczór zebrał się tłum ludzi. Przeważali turyści, ale było też sporo miejscowych. Siedzieli na ławkach, stali pod ścianami lub w niszach, obserwując pięć tancerek, które wirowały w rytm gorącego rytmu, płynącego z głośników. Muzyka to zwalniała, to znów przyspieszała, a kobiety, odziane w tęczowe muśliny, unosiły i opuszczały ramiona, ozdobione cekinowymi bransoletami, poruszały kształtnymi biodrami, bosymi stopami uderzając o deski sceny. Wszystkie długowłose, o perfekcyjnym makijażu, skupione na każdym ruchu. Czasem dwie z nich nieruchomiały, pozwalając pozostałym przejść obok, zmysłowo muskając końcami palców swoje ciała, to znów ruszały dookoła, mijając towarzyszki.

Kilkunastu tancerzy, w białych koszulach, haftowanych kamizelach i spodniach, siedziało dookoła, wybijając rytm na wysokich cholewach skórzanych butów. Czekali na swoją kolej. Po ścianach krążyły światła, oślepiając feerią kolorów i blasków. Ponad pięćsetletnia łaźnia żyła kolejnym występem miejscowego zespołu.

Alazza stała oparta o ceglany mur tuż przy wejściu, patrząc jak zahipnotyzowana na kobiecy taniec. Przybrała postać ciemnowłosej, zielonookiej dziewczyny w dżinsach i brązowej kurtce. Pozwoliła sobie też na delikatny makijaż, podkreślający kolor jej oczu i ust. Wyglądała jak przeciętna Turczynka. Całą sobą chłonęła atmosferę miejsca, które pamiętała sprzed wieków. Jej demoniczna świadomość przekraczała ramy czasu i przestrzeni. Była jednocześnie teraz i pięć wieków wcześniej, gdy zamiast sceny po środku budowli znajdował się basen z zawsze ciepłą wodą, wejścia strzegło dwóch potężnych eunuchów, a w niszach dookoła zamiast widzów przesiadywały kobiety, które przyszły zażyć kąpieli i beztroskich rozmów w swoim towarzystwie, z dala od męskich uszu i pełnych pożądania spojrzeń.

Demonica chłonęła energię, pulsującą w budynku, wywoływaną emocjami zgromadzonych ludzi. Tancerki lśniły wręcz swoimi aurami przepojonymi szczęściem i wolnością, jakie dawał taniec. Widzowie, oczarowani zgrabnymi ruchami pięknych, gibkich ciał, zlewali się w jeden wielki wir energii. Alazza spijała ją łapczywie, napełniając się i wzmacniając po wielu dniach uczucia słabości i głodu. Już nie była słabym ognikiem, teraz płonęła świeżym, potężnym blaskiem. Niewidzialnym dla oczu zgromadzonych dookoła ludzi. I tylko jej seledynowe oczy lśniły mocniej niż zwykle.

„Ludzie…”, pomyślała. „Tak bliscy w swej naturze bogom, a tak bardzo tego nieświadomi”. Doskonale rozumiała Lucyfera, który zbuntował się przeciwko swemu stwórcy, widząc jak ten, mając legiony oddanych sobie dzieci, zapragnął być kochanym przez gatunek inteligentnych małp, które z punktu widzenia aniołów dopiero chwilę temu uzyskały świadomość samych siebie.

Poczuła dłoń na swoim ramieniu. Gwałtownie wyrwana z transu, w ostatniej chwili powstrzymała się przed agresywnym odruchem.

— Guzel kiz, jesteś tu sama? — młody Turek, gładko uczesany, z modnie przystrzyżoną brodą, spoglądał na nią pożądliwie.

— Sama — wzruszyła ramionami. „Guzel kiz” było tureckim określeniem pięknej dziewczyny. Nie używała tego języka od kilkuset lat, ale przecież dla niej nie miało to znaczenia.

— Nie tańczysz dzisiaj? — mężczyzna przysunął się nieco bliżej. W tłoku panującym dookoła mogło to być normalnym zachowaniem. Alazza musnęła jego umysł. Tak jak się spodziewała, hormony już uderzyły mu do głowy. Brał ją za jedną z tancerek zespołu, która tego wieczoru nie brała udziału w występach.

— Nie — odparła, lekko zalotnym gestem poprawiając włosy na ramieniu. — Naciągnęłam sobie ścięgno ostatnim razem. Cały czas boli.

— A twój vasi?

Spodziewała się takiego pytania. Była przecież w Stambule.

— Nie mam opiekuna. Chodzę sama, gdzie chcę — doskonale wiedziała, co te słowa oznaczają. Nie zdziwiła się więc reakcją mężczyzny. Ten niemal przycisnął się do niej, sięgając dłonią do pośladka.

— Mogę zostać twoim opiekunem… na dzisiejszą noc — szepnął jej do ucha. Poczuła zapach świeżo wypitej kawy z kardamonem.

„Faceci…”, pomyślała. Na samym początku chciała spławić natręta, ale potem przyszła jej do głowy inna myśl. Przecież mogła o wiele przyjemniej zakończyć ten wieczór.

— Pięćset — odparła.

— Chyba sobie kpisz, fahise– syknął, mocniej ściskając jej tyłek.

— Czterysta — udając złość, strąciła jego łapsko z pośladka. — I nie nazywaj mnie dziwką.

— A kim jesteś? — tym razem Turek ujął ją za łokieć. Delikatniej, ale równie stanowczo. — Dwieście lirów. I z moim kuzynem. To i tak dobra cena jak dla takiej, co daje na ulicach.

Alazza w duszy śmiała się do rozpuku. Była przecież w Stambule, tutaj o wszystko należało się targować. Nawet o seks. Postanowiła zabawić się jeszcze trochę.

— Trzysta. Ty i twój kuzyn możecie zrobić to jednocześnie. Z obu stron.

Na samą myśl o seksie w trójkę, Turek eksplodował pożądaniem. Demonica, udając że wciąż patrzy na tancerki, upajała się jego aurą.

— Dobrze. Chodź. Przedstawienie i tak zaraz sie kończy — mężczyzna ruszył do wyjścia, prowadząc Alazzę za łokieć. Ta szła za nim posłusznie, udając całkowicie podporządkowaną.


Wąskie uliczki najstarszej części Stambułu powoli zapełniały się wieczornymi przechodniami. Puste zazwyczaj w ciągu dnia, teraz zaczynały tętnić życiem. Właściciele kawiarenek i herbaciarni wystawiali małe stoliczki, sprzedawcy ulicznego fast foodu podnosili żaluzje i wywieszali ceny swoich potraw, handlarze pamiątkami rozstawiali stragany z tysiącami pocztówek, kolorowych chust, skórzanej galanterii i biżuterii z miedzi, srebra i złota.

Turek powiódł Alazzę w stronę jednego z zaułków. Skręcili w ciemną alejkę, lekko opadającą w dół. Przeszli kilkadziesiąt kroków popękanym asfaltem, spod którego przezierał starożytny bruk. Nikt tutaj nie sprzątał śmieci, stare gazety i puste butelki walały się pod dawno niemalowanymi, obdrapanymi ścianami.

Przy następnej przecznicy, obok zaparkowanego forda transita, czekało dwóch innych mężczyzn. Na widok nadchodzącej pary odkleili się od ściany. Jeden otworzył tylne drzwi furgonetki.

— To moi kuzyni. Zapomniałem ci powiedzieć, że mam ich dwóch — prowadzący Alazzę Turek wyszczerzył zęby. — To chyba nie zrobi ci różnicy, prawda? Pakuj się do środka.

Demonica przez chwilę zastanawiała się, czy nie powinna trochę się poopierać, przynajmniej udając, że nie podoba jej się taki obrót sprawy. Ale pulsujące w żyłach trójki mężczyzn pożądanie sprawiało, że sama chciała jak najszybciej dobrać się do nich. Postanowiła grać profesjonalistkę. Westchnęła teatralnie i wskoczyła do forda. Kątem oka dostrzegła, że jeden z dwójki oczekujących dyskretnie trzymał w dłoni nóż.

Zaczęła się rozbierać. Turcy weszli za nią, zamknęli drzwi i włączyli lampkę na suficie. Usiedli w kucki, głodnymi spojrzeniami obserwując wyłaniające się spod ubrania ciało kobiety.

— Skąd jesteś, fahise? — spytał jej przewodnik.

— Najpierw byłam guzel kiz, a teraz tylko fahise? — odpowiedziała mu, jednocześnie zdejmując stanik. Wypięła prowokacyjnie w jego stronę piersi ze stojącymi sutkami. — Moja rodzina pochodzi z Izmiru. A czemu pytasz?

— Nigdy nie miałem jeszcze dziwki z Izmiru — Turek rzucił się na nią, łapczywie chwytając za biust. Pozwoliła mu na to. Pozostała dwójka zaczęła w pośpiechu rozpinać spodnie.

„Szybkie chłopaki”, pomyślała demonica, z uśmiechem sięgając dłonią do krocza tego, który już prawie leżał na niej.

— Podoba ci się? — sapnął, wpijając się ustami w jej szyję pod lewym uchem. — Chcesz go mieć w sobie?

— Chcę — mruknęła, zakładając wolną rękę na jego kark. — I dwa pozostałe też.

Mężczyźni w pośpiechu pościągali resztki ubrań i zbliżyli się do Alazzy. Ta opadła na klęczki i oparła się ramionami o podłogę.

— To jak? Który gdzie? Będziecie losować, czy może pobijecie się o najlepsze miejsca? — przekrzywiła zalotnie głowę, pozwalając by burza jej włosów zsunęła się z pleców.

Cała trójka w pośpiechu rzuciła się na nią, jeden zanurkował między uda demonicy, drugi przymierzył się od tyłu, trzeci zbliżył biodra do twarzy Alazzy.

— Zaczynaj — wydyszał, spoglądając na nią z góry.

— Jak sobie życzysz — czuła, jak pozostali trochę nieporadnie usiłują wpasować się w jej ciało. Gdy wreszcie znaleźli się w środku, stwierdziła, że nie ma ochoty dłużej czekać. Nadszedł czas na finał wieczoru.

Mężczyźni nagle zesztywnieli, sparaliżowani ogarniającym ich, przeraźliwym zimnem, gdy demonica zaczęła wysysać z nich życie. Rozpalone ciała z tętniącą w żyłach krwią drgały konwulsyjnie. Alazza nie spieszyła się. Powoli sączyła z nich moc. Klęczący przed nią Turek ostatkiem woli zacisnął palce na jej włosach, chcąc odsunąć się, ale zabrakło mu siły. Z wytrzeszczonymi gałkami ocznymi, które powoli zachodziły bielmem, dygotał coraz wolniej.

Trzy pozbawione życia ciała runęły bezwładnie na podłogę furgonetki. Alazza jednym ruchem dłoni przyzwała swoje ubranie, które niczym mgła okryło jej nagie ciało. Spoglądała na trzy trupy, sycąc się widokiem swojej uczty. Czuła się tak pełna energii i mocy, że przez chwilę gotowa była nawet stawić czoło swoim prześladowcom. Szybko się opanowała. Właśnie przez takie myśli, przez zbytnią pewność siebie przegrała ostatnim razem i została wtrącona do Otchłani. Wtedy przyrzekła sobie, że więcej nie popełni tego błędu. Musiała być ostrożna. Nie stać jej było na jakiekolwiek błędy.

Po chwili zastanowienia sięgnęła po nóż jednego z Turków. Prosty sprężynowiec, gładko otwierający się po naciśnięciu małego skobelka. Trzema szybkimi, wprawnymi ruchami przecięła trzy krtanie, znów przez chwilę napawając się widokiem czarnych sopli krzepnącej krwi. Jej oczy świeciły jasnym blaskiem demonicznej mocy. Oblizała ostrze i schowała do rękojeści. Tak było lepiej. To powinno wyglądać na zwykłe morderstwo.

Uważnym wzrokiem omiotła wnętrze furgonetki, szukając najdrobniejszych śladów swojej fizycznej postaci. Tym razem żadnych włosów, pozostawionych przypadkowo, żadnych śladów, które mogłyby naprowadzić na jej trop.

Otworzyła drzwi i bezszelestnie wyskoczyła na ulicę. Rozejrzała się, ale oprócz pary gołębi siedzących na drucie telefonicznym wokół nie było żywej duszy.

Zadowolona z siebie ruszyła spokojnym krokiem w dół uliczki, w stronę świateł nieodległego pałacu Topkapi. Za nim widać już było ciemną plamę Bosforu i jaśniejący w oddali azjatycki brzeg cieśniny.

Dwa gołębie poruszyły się. Rozpostarły skrzydła i z trzepotem uniosły się w powietrze. Chwilę krążyły nad białym fordem, po czym pofrunęły w stronę czterech minaretów i oświetlonej kopuły Hagia Sofia.


Ciemna woda cicho pluskała o kamienie nad brzegiem cieśniny. Nad miastem zapadł zmrok, z północy nadciągnęły gęste chmury. Ciepły wiatr, który zerwał się po zachodzie słońca pośród wąskich uliczek, nie przyniósł wytchnienia. Niepokoił, zdawał się zwiastować nadchodzącą burzę.

Demonica stała na końcu starego, betonowego falochronu. Za jej plecami, na kamiennej wieżyczce, regularnie migało czerwone światło wejścia do portu. W oddali, na redzie, stały na kotwicach wielkie statki, nieco bliżej uwijały się małe łodzie rybackie, które wyszły na wieczorny połów i nieco większe promy, kursujące pomiędzy brzegami Bosforu.

Stambuł prawie nigdy nie zasypiał. Nie zmieniło się to od czasu, kiedy Alazza była w tym mieście ostatni raz. Gdy o zmierzchu kupcy zamykali swoje biznesy, do pracy wstawała szemrana część mieszkańców, by prowadzić bardziej i mniej legalne życie. I tylko na dwie, trzy godziny przed świtem, ulice i zaułki pradawnego miasta zdawały się na krótko zasypiać. Już o pierwszym brzasku pojawiali się na nich ludzie idący do pracy. Tak było pięć wieków temu i dziesięć, i dwadzieścia. Przetaczały się wojny, zmieniali się władcy i nazwy, ale miasto trwało.

Demonica nabrała powietrza w płuca. Lubiła ten nawyk ludzkiego ciała. Poczuła smród spalin samochodowych, zmieszany z kwaśną wonią starych ryb, śmietnika i słonawym zapachem morskiej wody. Gdzieś tam na południu mogło czekać rozwiązanie jej kłopotów. W innym starożytnym mieście, pełnym zapomnianych tajemnic, o których dzisiaj pewnie już nikt nie pamiętał. Ona pamiętała. I miała nadzieję, że wciąż tam są. Bo jeśli nie…

Czas grał na jej niekorzyść. Była zdana tylko na siebie. Kiedy przed leśniczówką pojawili się jej prześladowcy, w pierwszej chwili w panice po prostu rzuciła się do ucieczki, potem jednak opanowała się i spróbowała ocenić sytuację. Sami łowcy nie stanowili wielkiego problemu, zwłaszcza teraz mogłaby stawić im czoło, z pewnością jednak działali z rozkazu wyższych sił, któregoś z archaniołów albo i nawet samego Adonai. I dlatego Alazza wybrała ucieczkę. Przynajmniej do chwili, aż nie znajdzie jakiegoś rozwiązania. Mogła, co prawda, opętać jakiegoś człowieka i dyskretnie trwać w cieniu jego duszy, tak jak czyniły to demony przez tysiąclecia. Ale nawet taka kryjówka nie dawała gwarancji pełnego bezpieczeństwa. Świat pełen był szamanów i egzorcystów. Dlatego postanowiła poszukać innej metody. Nie była w końcu jakimś podrzędnym bytem wyrwanym z Otchłani. Miała swoją dumę.

Stambuł był tylko przystankiem na jej drodze na południe. Teraz czuła, że jest gotowa wyruszyć w dalszą podróż. Wielkie skupisko ludzkie dawało dobre schronienie tylko na krótki czas. Rozejrzała się, czy w pobliżu nie ma jakichś przypadkowych miłośników wieczornych spacerów i przywołała skrzydła. Tak było lepiej. Zamiast podróżować przez osnowę rzeczywistości, gdzie bez trudu dostrzegłyby ją anioły, po prostu wykorzysta zwykły wiatr.

Ciemne, skórzaste błony załopotały i naprężyły się. Jej ciało lekko odbiło się od kamienia i Alazza uniosła się w powietrze. Najpierw nisko, tuż nad wodą, potem coraz wyżej i wyżej, bezszelestnie poszybowała na południe. Niezauważona przeleciała nad stateczkiem z turystami, potem minęła wypływający z Bosforu kontenerowiec i zniknęła w ciemnościach nadchodzącej nocy.

Krążące nad minaretami Hagia Sofii dwa skrzydlate cienie, kryjąc się pośród niskich chmur, podążyły jej śladem.

XI

Piotr zaparkował przed stadionem Zawiszy. Zapinając kurtkę, bo dzień był wietrzny, jakby wiosna wreszcie postanowiła wziąć się za porządki po zimie, przeszedł przez Gdańską i skierował się w stronę bramy muzeum. Za stalowym ogrodzeniem stało kilka wozów bojowych, jeden czołg i wyrzutnia rakiet przeciwlotniczych, wszystko jeszcze z czasów Układu Warszawskiego.

Przy drzwiach tłoczyła się gromadka dzieci, gorączkowo ustawiana w pary przez dwie zaaferowane nauczycielki. Szkraby, podekscytowane czekającą je przygodą, wskazywały palcami na kolejne eksponaty stojące na podwórzu i pokrzykiwały radośnie, nic sobie nie robiąc z połajań opiekunek.

Piotr minął szalone stadko, delikatnie odsuwając chłopca w zielonej czapce i przekroczył próg muzeum.

— Piotr Kownacki, CBŚP. Byłem umówiony w sprawie kradzieży dokumentów — rzucił krótko. Pokazał portierowi swoją nową legitymację, na której widok siwiejący pan z wąsikiem wyprężył się odruchowo.

— Tak jest, oczywiście. Pan dyrektor uprzedził mnie. Proszę przejść korytarzem i schodami na prawo — portier wyglądał na emerytowanego wojskowego, który dorabiał sobie w miejscu przypominającym mu lata młodości. — Na piętrze, pokój 101.

— Dziękuję — odparł policjant i ruszył we wskazanym kierunku. Ostatni raz był tutaj dawno temu, jeszcze w szkole, kiedy w ramach obowiązkowej wycieczki, zupełnie jak rozgadane stadko przed wejściem, miał okazję oglądać wycofane z użytku pojazdy, wystawy karabinów, szabel i mundurów. Wtedy tak bardzo mu się to wszystko spodobało, że postanowił zostać żołnierzem. Nieco później, pod wpływem rozmów z rodzicami zmienił zdanie, decydując się na pracę w policji i tak historia zatoczyła koło. Wchodząc po schodach na piętro, zastanawiał się, jak by wyglądało jego życie, gdyby zamiast Szczytna wybrał Toruń, czy inną uczelnię wojskową. Kto wie, czy trafiłby na Tadeusza i czy kiedykolwiek dowiedziałby się o wszystkich tych sprawach, które go otaczały?

Stanął przed drzwiami z tabliczką „Dyrektor Muzeum”, poprawił krawat, poły marynarki i zapukał.


Sejf pamiętał jeszcze czasy poprzedniego ustroju, był jednak na tyle solidny, by nikt niepowołany nie dostał się łatwo do jego zawartości. A jednak ta zniknęła. Piotr, zanim zjawił się w muzeum, przejrzał uważnie akta i to, co teraz zobaczył, tylko potwierdzało słowa raportu. Na liście podejrzanych znajdowali się oczywiście pracownicy mający dostęp do kluczy, ten wątek prowadził wydział kryminalny policji, w którym Piotr jeszcze do niedawna pracował. Teraz jednak miał za zadanie skupić się nad czymś innym.

— Centrala wspomniała, że macie państwo kopie cyfrowe wszystkich dokumentów, które zaginęły? — odwrócił wzrok od pancernej szafy i spojrzał na dyrektora.

— Oczywiście. Domyślam się, że zechce je pan przejrzeć? — szef muzeum, niski mężczyzna koło sześćdziesiątki, ze starannie zaczesanym przedziałkiem siwiejących włosów, pokiwał skwapliwie głową. — Mamy fotokopie i wersje komputerowe…

— Komputerowe na razie wystarczą.

— Zapraszam do naszej czytelni — dyrektor wskazał Piotrowi drzwi do sąsiedniego pokoju.

Komputer, podobnie jak sejf, miał najlepsze lata za sobą, ale w zupełności wystarczał do przeglądania plików graficznych. Kustosz krótko wyjaśnił obsługę przeglądarki i zaproponował Piotrowi kawę.

— Poproszę — policjant przytaknął, zabierając się do pracy.

Katalog obejmował kilkadziesiąt plików, będących skanami niemieckich planów i dokumentów odnalezionych tuż po wojnie oraz ich polskich i rosyjskich tłumaczeń. Piotr studiował uważnie każdy z nich, chcąc wyrobić sobie obraz tego, co zaginęło. Po godzinie, kiedy dyrektor zaproponował mu jeszcze jedną kawę, komisarz wiedział już w zarysie, czego dotyczyła dokumentacja.

Trzymając swój notes obok klawiatury, zapisywał w nim pytania i hasła, które przychodziły mu do głowy podczas lektury. Przede wszystkim zastanawiająca była obecność na wszystkich planach owalnej pieczęci, przedstawiającej miecz lub sztylet i pismo runiczne układające się w stylizowany napis „Deutsches Ahnenerbe”. Te same słowa pojawiały się też na zwykłych pieczęciach obok niemieckich podpisów. Muzealny komputer nie miał dostępu do internetu, ale Piotr szybko sprawdził na swoim telefonie, co oznaczały te słowa.

Stowarzyszenie Badawczo-Dydaktyczne Dziedzictwo Przodków, jak brzmiała pełna nazwa instytucji działającej w Trzeciej Rzeszy, było naukową przybudówką SS, badającą różne mity i legendy związane z germańskim dziedzictwem ludów Europy i Azji. Jego członkowie poszukiwali artefaktów i przedmiotów o historycznym znaczeniu dla budowy legendy o niemieckiej supremacji w świecie. Bezpośrednim mentorem Ahnenerbe był sam Reichsführer SS Heinrich Himmler. Piotr czytał gdzieś kiedyś o Zamku Wewelsburg i pogańskich obrzędach, prowadzonych tam przez wierchuszkę nazistowskich Niemiec. Himmler był podobno fanatycznym wyznawcą teorii o nadludzkim charakterze rasy germańskiej. Jego poszukiwania nie ograniczały się tylko do historii i antropologii, ale też obejmowały magię i rytuały.

Piotr poczuł narastającą ekscytację. Z zapałem wziął się za studiowanie tłumaczeń niemieckich tekstów. Wynikało z nich, że w Bydgoszczy w czasie wojny działała komórka Ahnenerbe, współpracująca z archeologami badającymi osadę w Biskupinie, wielkopolski Ostrów Lednicki i gockie kręgi kamienne w Borach Tucholskich. Agenci Himmlera mieli wykonywać w okolicach Bydgoszczy eksperymenty związane z czymś, co w dwóch dokumentach zostało nazwane der Machtbrunnen. Niestety, papiery nic więcej na ten temat nie mówiły.

Piotr zapisał znalezione słowo w notesie i podkreślił je dwukrotnie.

— Machtbrunnen… — zamruczał pod nosem. „Studnia mocy”, jak roboczo przetłumaczył sobie na polski. Dokładnie takie same słowa pojawiały się w odręcznie sporządzonych polskich tłumaczeniach. Może warto było zapytać o to któregoś z pracowników muzeum? Piotr odrzucił ten pomysł. Zawsze mógł to zrobić później, już po konsultacjach z Roszczakiem. Postanowił raz jeszcze przyjrzeć się kopiom skradzionych map. Obejmowały one okolice Osowej Góry i rzeczywiście dotyczyły zakładów amunicyjnych, a ściślej ich tajnej części. Kilka planów budynków, przekroje tuneli i podziemnych obiektów. Nic, co by wskazywało na jakikolwiek tajemniczy lub nadprzyrodzony charakter działalności Niemców.

Piotr wrócił mimowolnie pamięcią do wędrówki po schronach dawnego DAG Bromberg w poszukiwaniu księdza Szanieckiego. Od tamtej pory przestał lubić podziemia i nie miało to nic wspólnego z ciemnością czy klaustrofobią. Bardziej z tym, co mogło się czaić w mroku dawno nieużywanych kompleksów. Wyglądało na to, że mimo wszystko będzie musiał wybrać się na Osową Górę i osobiście zajrzeć w miejsca nakreślone na mapach. Problemem mógł być oczywiście fakt, że był to teren wojskowy, ale Piotr podejrzewał, że centrala Dziesiątki bez trudu załatwi mu dostęp.

Posprzątał po sobie, dopił kawę i spojrzał na zegar wiszący na ścianie. Miał jeszcze trochę czasu, akurat by zadać parę pytań dyrektorowi.


Pokój konferencyjny muzeum pełen był zabytkowych militariów. Nad biurkiem, za historycznym godłem Polski, wisiały skrzyżowane szable oficerskie, w szklanej gablocie pod oknem prezentowały się dumnie stare pistolety skałkowe i wielki muszkiet. Po drugiej stronie, obok regału z książkami o historii wojskowości, stała paradna zbroja husarska ze skrzydłami i wyliniałą już nieco skórą lamparta.

— To niestety współczesna kopia, ale bardzo wierna — dyrektor muzeum dostrzegł zaciekawienie w oczach Piotra. — Oryginalne fragmenty mamy na ekspozycji, gdyby chciał pan zwiedzić…

— Z przyjemnością, ale nie dziś — odrzekł Piotr z uśmiechem, siadając przy stole z ciemnego drewna. — Mam jeszcze sporo pracy nad sprawą. I kilka pytań do pana.

— Oczywiście — nuta niepewności zabrzmiała w głosie gospodarza, kiedy zajmował miejsce po drugiej stronie. — Jeszcze kawy? Może herbaty?

— Dziękuję, dwie wystarczą — policjant sięgnął po notes. — Chciałbym skupić się bardziej na zawartości zaginionych dokumentów niż na szczegółach ich zniknięcia. Ale najpierw pytanie o inne sejfy. Co w nich jest? W sensie wartości muzealnej i materialnej.

— Chce pan osobiście zobaczyć?

— Nie ma potrzeby. Po prostu zastanawiam się nad kilkoma możliwościami, dlaczego akurat ta szafa, dlaczego akurat te dokumenty? Przypadek czy działanie na zlecenie? Proszę powiedzieć, jaką wartość na rynku mogą mieć skradzione dokumenty w porównaniu z innymi obiektami, które macie w muzeum.

— Stosunkowo niewielką — dyrektor nieco się odprężył. Rozmowa z oficerem CBŚP z pewnością była dla niego stresem, niewątpliwie cała historia mogła zaważyć na jego karierze i pracy na stanowisku. — Nie były to unikaty, podobnych dokumentacji poniemieckich jest sporo, choćby w naszym bydgoskim archiwum państwowym. Łowcy pamiątek po Trzeciej Rzeszy też raczej wybierają militaria do kolekcjonowania, elementy mundurów, odznaki i tak dalej. Ale plany fabryki zbrojeniowej? Dlatego stawiam na przypadek, zwłaszcza że w pozostałych szafach mamy choćby złote guziki z carskich mundurów czy naprawdę wartościowe i unikatowe militaria.

— Przypadek? — Piotr udał, że zapisuje coś w notesie. — Brak śladów włamania, profesjonalna robota wyglądająca właśnie na zlecenie i w efekcie giną mało wartościowe papiery? A może chodziło o ich zawartość?

— Tam nie było nic tajnego, poza tym sam pan przeglądał kopie. Większość z nich jest u nas dostępna tak jak w każdej czytelni — dyrektor rozłożył ręce w geście bezradności. — Po co kraść coś, co można sobie bezpłatnie obejrzeć?

— No dobrze… — komisarz przytaknął. Pozostawał ostatni trop, który przyszedł mu do głowy. — Czy zna pan kogoś z Bydgoszczy, kto interesuje się obiektami poniemieckimi? Może jakiś były pracownik muzeum? Miłośnik miasta? Słyszałem też o jakimś stowarzyszeniu… Byłbym wdzięczny za jakieś namiary.

— Pewnie chodzi panu o Towarzystwo Miłośników Miasta Bydgoszczy — dyrektor sięgnął do kieszeni po telefon. — Teraz jak myślę sobie, to kilka lat temu odszedł na emeryturę Andrzej Sawicki, nasz długoletni pracownik. Zajmował się właśnie tematem obu bydgoskich fabryk zbrojeniowych z czasów wojny. Może on podsunie panu jakieś sugestie? Mam do niego telefon, jeśli pan chce…

— Bardzo proszę — skinął głową Piotr. Zapisał podyktowany numer i nazwisko. Potem odhaczył ostatni punkt ze swojej listy i znów spojrzał na rozmówcę.

— Ostatnia sprawa. Tajemnice, niewyjaśnione sprawy, historie o tajnych badaniach Niemców, legendy bydgoskie z czasów wojny… Zna pan jakieś?

— Noo… ja jestem muzealnikiem, raczej nie interesują mnie opowieści o latających spodkach Hitlera –dyrektor zmieszał się, lekko zaskoczony pytaniem. — Ale prawdę powiedziawszy, w Bydgoszczy krążyły po wojnie opowieści o tajnych transportach, które wjeżdżały i wyjeżdżały z Luftmuny pod osłoną nocy. Tylko Niemcy mieli do nich dostęp, a tych, jak pan się domyśla, niewielu pozostało po czterdziestym piątym. Potem Rosjanie też sporo wywieźli do siebie, zanim przekazali tereny naszym wojskowym. Osobiście uważam, że to były po prostu rakiety V-1 albo części do nich, ale jak wiadomo, ludzie kochają legendy i niesamowite historie. Myślę, że o takie ciekawostki powinien pan zapytać kolegę Sawickiego.

— Dziękuję. To wszystko na dzisiaj — Piotr wstał, pożegnał się i opuścił gabinet. Wychodząc z muzeum, zatrzymał się jeszcze na chwilę, podziwiając zabytkowy T-34 na postumencie przed budynkiem. Kształt znany każdemu polskiemu dziecku, brakowało jedynie załogi w hełmofonach. I psa.


Numer stacjonarny, podany przez dyrektora muzeum nie odpowiadał. Komisarz, siedząc w swoim samochodzie, zaczął się nawet zastanawiać, czy dobrze zapisał wszystkie cyfry, ale wreszcie, za trzecim razem sygnał urwał się i po cichym szczęknięciu po drugiej stronie, odezwał się głos. Ku zaskoczeniu Piotra, należał do starszej kobiety.

— Słucham?

Policjant przedstawił się, wyjaśnił, skąd zdobył numer i zapytał, czy może porozmawiać z Andrzejem Sawickim.

— Obawiam się, proszę pana, że to nie będzie możliwe — rozmówczyni miała smutny, zmęczony głos. — Ojciec miał wylew jakiś czas temu i nie może mówić. A w jakiej sprawie?

Piotr zawahał się na moment, ale postanowił zagrać w otwarte karty.

— Jestem oficerem policji, pracuję nad sprawą zaginięcia paru eksponatów z Muzeum Wojsk Lądowych. Pomyślałem, że…

— Mój ojciec nie pracuje tam od siedmiu lat — przerwała mu lekko poirytowana rozmówczyni. — Nie mam pojęcia, jaki mógłby mieć związek…

— Proszę mnie dobrze zrozumieć– komisarz kontynuował możliwie spokojnym tonem. — Słyszałem, że pan Sawicki ma olbrzymią wiedzę o wojennej historii Bydgoszczy, pomyślałem, że może poznałbym parę ciekawostek. Naprawdę nic się nie da zrobić?

Przez dłuższą chwilę słychać było po drugiej stronie tylko cichy, lekko świszczący oddech. Piotr czekał cierpliwie. W końcu kobieta odrzekła:

— Tata panu nie pomoże, prawie nie mam z nim kontaktu. Ale proszę zadzwonić jutro. Mam sporo jego notatek i kilka artykułów. Przygotuję coś dla pana.

— Dziękuje pani bardzo– policjant odpowiedział z wdzięcznością w głosie. — O której mam zadzwonić?

— Po południu. Rano mamy wizytę lekarza.

— Rozumiem. Jeszcze raz, bardzo pani dziękuję — zakończył rozmowę i odetchnął głośno. musiał jeszcze skontaktować się z Warszawą, ale to mogło poczekać do wieczora.


Było już późno, gdy wreszcie Roszczak oddzwonił. Bez zbędnych wstępów, od razu przeszedł do rzeczy.

— Przeczytałem twojego maila. Dobry pomysł z tym Sawickim — jego głos był znużony po całym dniu pracy. — Co do terenu wojskowego, wysłałem zapytanie wyżej, to może zająć dzień lub dwa. Wiesz, trzeba to jakoś rozegrać, żeby wojsko nie zadawało zbędnych pytań. I poczekaj z tym na mnie, przyjadę i pójdziemy razem. Może nawet jeszcze kogoś ze sobą zabiorę, zobaczymy. Poza tym, coś jeszcze się urodziło?

— Wszystko miałeś w mailu — odrzekł Piotr.– A co u ciebie?

— Jeszcze siedzę w firmie i będę tu raczej nocował. Wiesz, że w ciągu ostatniego tygodnia w całej Europie miało miejsce sześć zdarzeń, które zakwalifikowano do specjalnych. Nawet Ruscy się odezwali oficjalnym kanałem, choć oni prawie nigdy nie współpracują z naszą siecią.

— No i? To coś tajnego, czy opowiesz?

— Tajnego, ale opowiem — Roszczak zdobył się na cień wesołości. — Żebyś miał obraz tego, co się dzieje. Trzy zdarzenia, które miały miejsce w Niemczech, wiążą się jakoś z tematem dawnych obiektów Adolfa. I tutaj niespodzianka. Z archiwum w Wewelsburgu zniknęły materiały dotyczące badań naukowców z SS nad czymś, co można przetłumaczyć jako studnie mocy.

— Machtbrunnen, co? — Piotr sięgnął po butelkę z wodą mineralną. Pociągnął łyk. — I oczywiście ani śladu włamania, papiery po prostu zniknęły…

— Dokładnie tak — przytaknął Roszczak. — Mówię ci, coś grubszego się szykuje, Szanieckiego i dwóch innych naszych księży wezwali pilnie do Rzymu na jakieś konsultacje. Tutaj w firmie też atmosfera, jakby za chwilę miało coś wybuchnąć. Ciesz się, że możesz dzisiaj normalnie pójść spać.

— Mariusz, powiedz, na twój nos… — Piotr wstał i ruszył do kuchni. Przypomniał sobie, że warto byłoby zmyć naczynia po kolacji. –Sam mówiłeś, że kilka lat już w tym siedzisz. Co się w ogóle dzieje? Jeszcze rok temu popukałbym się w głowę, gdyby mi ktoś powiedział, że dupa mojego kumpla to demonica z tanich horrorów, a Archiwum X ma cokolwiek wspólnego z rzeczywistością. A teraz…

— Nie wiem, Piotr. Sam się nad tym niedawno zastanawiałem. Zwykle działo się coś dziwnego raz na kwartał, góra raz na miesiąc. Najczęściej drobne opętania, które badaliśmy, a potem egzorcysta zamykał temat. Ale od początku roku coś się zmieniło.

— Myślisz, że to może mieć związek z Siekierskim i tą jego panną z piekła rodem? Że to myśmy wtedy w schronach coś otworzyli?

— Nie schlebiaj sobie — po raz pierwszy od początku ich znajomości Roszczak szczerze się roześmiał. — To raczej było efektem czegoś większego, że ona wylazła z zaświatów. Czego, tego jeszcze nie wiemy. Ale to jest właśnie nasze zadanie w tej robocie. Dowiedzieć się i w miarę możliwości spacyfikować.

— I nie dać się zabić przy okazji…

— I nie dać się zabić — nadkomisarz przytaknął. — Dobra, kończę. Daj znać jutro, czy coś znalazłeś u Sawickiego.

— Jasne. Na razie — zakończyli rozmowę. Piotr schował telefon do kieszeni i spojrzał na zlew. Gary czekały na swoją kolej.


Pani Sawicka zaprosiła go do siebie na czternastą. Mieszkała w śródmieściu, w jednej z kamienic na Zdunach. Policjant zaparkował na chodniku, położył przepustkę tak, by była widoczna przez przednią szybę, wysiadł i ruszył pod wskazany adres. Wiosna powoli dawała o sobie znać, resztki śniegu zniknęły całkowicie, odsłaniając zabłocone chodniki i wyschnięte kałuże przy krawężnikach. Piotr przeszedł na drugą stronę ulicy, mijając kobietę z siatkami i kundla, który rezolutnie truchtał sobie skrajem chodnika.

Sawiccy mieszkali w budynku, który chyba jako jedyny w okolicy był świeżo po remoncie. Czysta elewacja, której nie zdążyli jeszcze pomalować okoliczni wandale, miała szarawy kolor. Wyżej widać było wiśniową cegłę i nowe, plastikowe okna, trochę niepasujące do historycznego charakteru fasady.

Piotr nacisnął guzik domofonu i po chwili był już na klatce schodowej. Wnętrze również dostało nowy wygląd, drewniane schody i rzeźbiona poręcz zaprowadziły go na drugie piętro. W uchylonych drzwiach czekała już na niego kobieta w krótkich, kręconych włosach i okularach. Ciemnozielony sweter i skromna spódnica dopełniały jej wyglądu.

— Sawicka — przedstawiła się cicho, kiedy Piotr ukłonił się i pokazał legitymację. — Proszę, niech pan wejdzie.

Mieszkanie urządzone było ze smakiem, przeważały meble sprzed kilkudziesięciu lat, ale w salonie dumnie stał kredens, który mógł pochodzić nawet sprzed wojny. Wystroju dopełniały wzorzyste tapety na ścianach i brązowy, kaflowy piec. Z wysokiego sufitu zwisał duży żyrandol. Na stole nakrytym koronkowym obrusem leżały równo ułożone teczki i duże zeszyty.

— Proszę, niech pan siada — gospodyni wskazała mu miejsce. — Ojciec śpi po wizycie lekarza, ale wyszukałam trochę jego zapisków. Napije się pan czegoś?

Piotr grzecznie poprosił o herbatę. Bardziej z grzeczności niż rzeczywistej ochoty. Zasiadł do stołu, czekając aż kobieta wróci z kuchni.

— Jak zdrowie pani ojca? — zapytał kurtuazyjnie.

— Jak to po wylewie — westchnęła Sawicka, siadając po drugiej stronie. — Lekarze zawsze mówią, że jest jakaś szansa poprawy i że trzeba czekać. Ale prawdę powiedziawszy, trochę im nie wierzę. Z mamą było podobnie. Tyle że zmarła po drugim zawale.

— Przykro mi — Piotr wiedział, że nie wypadało już bardziej drążyć prywatnych spraw. Grzecznościowy wstęp został wykonany, mógł zmienić temat. — Wspomniała pani, że ojciec od siedmiu lat jest na emeryturze. Dużo pracował w tym czasie? Mam na myśli spisywanie wspomnień albo coś w tym rodzaju…

— Tato jest emerytowanym wojskowym. Odszedł do cywila jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, potem znajomi załatwili mu pracę w muzeum. Lubił tam chodzić, jak już pan wie, zajmował się głownie historią wojska w Bydgoszczy, Pomorskiego Okręgu Wojskowego, ale też i samą wojną. Czasem pisał artykuły do lokalnej prasy, ale ostatnio coraz rzadziej. Mówił, że ludzie już się nie interesują tym, co było dawniej. A on ma ogromną wiedzę. Jego rodzina jest stąd, mamę poznał kiedyś na wakacjach nad morzem i gdy się pobrali, na stałe przeprowadziła się do Bydgoszczy. Jego ojciec, a mój dziadek, pamiętał jeszcze wojnę i dużo mu o niej opowiadał. Zresztą chyba dlatego właśnie został żołnierzem.

— Interesuje mnie historia zakładów na Osowej Górze — Piotr cierpliwie wysłuchał słów gospodyni i odezwał się dopiero, gdy umilkła. — Trochę szperałem wczoraj w muzeum, ale pomyślałem, że może pani ojciec ma jakieś ciekawostki o tym obiekcie. Takie, których nie znajdę w książkach czy naukowych opracowaniach.

— Szukałam wczoraj takich rzeczy, wie pan, cały jego pokój jest zawalony książkami i dokumentami, i chyba tylko on orientuje się, gdzie co leży. Przyniosłam jego notatki, taki jakby pamiętnik, i trochę rzeczy, które udało mi się znaleźć. Wiem, że miał jeszcze osobne pudełko z jakimiś oryginalnymi niemieckimi papierami… wie pan… jak to muzealnik, czasem coś do domu przynosił… –Sawicka uciekła wzrokiem, jakby wstydząc się przyznać, że jej ojciec mógł po cichu wynosić coś z pracy. Jakby nie było, rozmawiała z oficerem policji. — Chodzi mi o to, że nie przywłaszczał tego sobie, tylko korzystał w domu, pisząc swoje teksty.

— Rozumiem, proszę się nie przejmować — Piotr uśmiechnął się, sięgając po pierwszą teczkę.

— Przyniosę herbatę — kobieta wstała i opuściła pokój.

Komisarz zaczął przeglądać notatki, spisywane równym, wyrobionym pismem. Każdy fragment miał dodatkowe uwagi na marginesach, odsyłające do dokumentów lub innych notatek. Przelatując wzrokiem po kolejnych zeszytach szukał czegokolwiek o Luftmunie. Gospodyni wróciła z tacą, na której stała jasna, porcelanowa filiżanka, cukiernica i imbryk ze świeżo zaparzoną herbatą. Srebrna, secesyjna łyżeczka leżała na złożonej wpół serwetce.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.