E-book
1.37
drukowana A5
9.66
Marnisz

Bezpłatny fragment - Marnisz


Objętość:
34 str.
ISBN:
978-83-8126-216-3
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 9.66

Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami była jeszcze jedna góra. I chociaż była największa na świecie, nikt jej nie mógł zobaczyć, bo urosła w ludzkich sercach i głowach. Była niewidzialną górą strachu i niepewności i okryła swoim cieniem dwie wioski. Cień ten sprawił, że mieszkańcy, niegdyś tak otwarci na świat, wyczekujący podróżników opowiadających o nieznanych krainach, z czasem niepostrzeżenie stali się niedostępni i stroniący od przybyszów. Powiadano, że stali się tacy za sprawą wielkiej wody, przed którą mogli się uchronić, ale zasłuchani w opowieści o królewnach, rycerzach i czarodziejach zapomnieli o wszystkim, nawet o sobie, i miast budować tamy, kanały i przepusty, pogrążali się w marzeniach, zaniedbując obowiązki. Wielka woda zabrała im cały dobytek, a wraz z nim spłynęły kolorowe baśnie. Zostało tylko szare błoto i brodzący w nim po kolana ludzie, którzy obwiniali siebie o wszystko.

Tragedia ta skłoniła ich do budowy wielkiego muru, oddzielającego wioski od gór i lasu, skąd przyszła wielka woda. Każda wioska miała więc swój mur z bramą umieszczoną tuż przy moście, który umożliwiał przeprawę przez rzekę dzielącą osady. Była to jedyna droga, którą wymieniano towary, dlatego most był wyjątkowo solidny i okazały. Ciężkie, ogromne bramy, wykute przez kowala, niegdyś zamykano na noc, ale porzucono ten zwyczaj, kiedy okazało się, że nikt w te strony nie zachodzi.

Porzucono marzenia o nieznanych krainach, a zamiast tego ich życie wypełniła praca. Bajki opowiadane dzieciom, niegdyś ubarwione czarodziejami i smokami, mówiły teraz o dziewczynkach gospodyniach oraz chłopcach żniwiarzach i rzemieślnikach. Powiadano, że urody księżniczki do garnka nie można włożyć, a żaden rycerz, choćby najszlachetniejszy, mieczem zboża nie skosi. Stroje kazano nosić proste, bo nie one zdobią człowieka, a patrzeć tam, skąd chleb idzie, a nie wypatrywać jakiegoś bałamuta, który za swe powiastki żąda strawy i noclegu. „Praca jest najważniejsza, a kiedy człowiek pracuje, to nie ma ani czasu, ani ochoty na psujące serce opowieści obłudników” — mawiano.

Z biegiem lat obie wsie stały się samowystarczalne. Jedna, która niegdyś nazywała się Radość, dziś była zwana Kuźnicami, a to z tego powodu, że mieszkali tam sami rzemieślnicy, kowal zaś był z nich najważniejszy. Potrafił jak nikt inny podkuć konia, kawałek żelaza przekuć na lemiesz, a nawet na łyżkę albo nóż. Wszyscy cenili i podziwiali umiejętności tego człowieka, nie pojmując, jakim sposobem potrafi on ujarzmić ogień, tak aby ten posłusznie pomagał mu w pracy. Uchodził zatem kowal za człowieka panującego nad niepojętym i dlatego radzono się go w wielu sprawach, a i powierzono mu nawet udzielanie ślubów, wierząc, że taki ślub uczyni nowożeńców szczęśliwymi. Myślano o nim jak o wielkim magu, ale nikt nie ośmielił się powiedzieć tego głośno, uważano bowiem, że gdzie jest praca, tam nie ma miejsca na magię.

Drugą wieś, zwaną niegdyś Zabawą, przemianowano na Łany, a to z tej racji, że jej mieszkańcy stali się rolnikami i uprawiali wszystko, czego potrzebowali, by przeżyć. Zboże przez nich siane było złote jak królewski skarbiec, a jabłka z ich sadów nawet w najmroźniejszą zimę smakowały tak, jakby przed chwilą zostały zerwane.

Obie wsie były jak bliźnięta, które nie mogą bez siebie żyć. Łany wszystkich żywiły swoimi uprawami, a Kuźnice dostarczały potrzebnych narzędzi, ubrań i wszystkiego, co było niezbędne do codziennego użytku. Ta samodzielność spodobała się ludziom i wkrótce stali się niechętni wizytom obcych. Traktowali ich surowo, nieuprzejmie, aż w końcu podróżnicy, kupcy i inni wędrowcy omijali te dwie wsie z daleka. Powstały nawet legendy na temat Łanów i Kuźnic, ale żadna z nich nie była dlań pochlebna, za to we wszystkich mieszkańcy tych wiosek jawili się jako dziwacy, sobki i samoluby.

Czas biegł powoli, a góra w głowach i sercach mieszkańców zdawała się rosnąć bez końca. Kładła się cieniem na ludzi, ich domy, no i mur. Miał być tylko ochroną przed wielką wodą, ale mimo woli stał się granicą, poza którą nikt nie miał odwagi wyjść. Kiedyś w murze była furtka, przez którą chadzano do lasu na grzyby czy po chrust, ale ją zamurowano. Nawet bartnik przestał drążyć barcie w drzewach i wolał założyć pasiekę przy swojej chacie niż zapuszczać się w las.

Lasu zaczęto się bać. Uchodził on za ciemny, nieprzystępny, wypełniony złymi stworami, tylko czyhającymi na ludzi. Ten, kto by się weń zapuścił, miał już z niego nie wyjść, błądząc do końca życia. A gdyby nawet komuś udało się z niego wyjść, to nic już po takim człowieku, bo niechybnie postradałby rozum ze strachu. Strach budziły też góry panujące nad całą okolicą. Śmiałka, który chciałby wejść na któryś ze szczytów, góry miały zamieniać w sopel lodu albo skałę. Nade wszystko jednak z gór spływała woda, a tej bano się najbardziej. Dni mijały, a lęk był coraz większy — jak góra w sercach i głowach ludzi.

Jedynym człowiekiem, który pojawiał się w obu wioskach, był Senex. Nikt nie wiedział, ile ma lat, ale powiadano, że był już wiekowy, kiedy słońce pierwszy raz wstało nad ziemią. Był postacią wielce tajemniczą. Budził po trosze ciekawość, a po trosze strach. Nikt nigdy nie widział jego twarzy. Spod habitu można było dostrzec tylko kawałek brody z wplecioną w nią długą, cienką fajką. Dym z tej fajki miał przyjemny, kwiatowy zapach i mieszkańcy wiosek wyczuwali go na długo, zanim Senex do nich dotarł. Pojawiał się tylko po zmroku, kiedy wszyscy już mieli kłaść się spać. Senex uchodził za czarownika, który ma kontakt ze złymi mocami, ale był tolerowany, bo znał się na ziołach i w niejednej chorobie potrafił pomóc. Miał ze sobą wielki wór, a w nim cały swój dobytek, łącznie z ziołami, o których mawiano, że tajemnicę ich działania zdradziły mu stworzenia z lasu. W zamian owe stwory zażądały, by im opowiadał, co się dzieje w wioskach. Prawda to czy nie, nie wiadomo, ale właśnie z tego powodu nie wdawano się z Senexem w rozmowy. Załatwiano, co kto chciał, i czym prędzej odprawiano go z jakimś podarkiem.

Pewnego zimowego wieczoru Senex, taszcząc na grzbiecie wyjątkowo ciężki wór, wszedł przez bramę do Kuźnic i ledwo powłócząc nogami w śniegu po kolana rozglądał się po chałupach rzemieślników. Szukał tej najpodlejszej, w której mieszkał pasiecznik wraz ze swoją żoną. Dom — tak z zewnątrz, jak i w środku — był obrazem nędzy i rozpaczy, w jaką popadli ich właściciele. A wszystko to z braku potomstwa. W świecie, w którym najważniejsza była praca, każdy rzemieślnik przekazywał schedę synowi, którego wcześniej uczył na mistrza swojego fachu, a dziewczynki przysposabiano do prowadzenia domu, tak aby umiały i masło zrobić, i sukienczynę załatać. W ten sposób dzieciom zapewniano przyszłość, a sobie dostatnią starość u ich boku.

Inaczej było u pasiecznika. Małżeństwo przez długie lata nie mogło doczekać się upragnionego syna… Pewnej nocy mężczyzna wyśnił jednak, że za górami jest kraina, w której magowie potrafią czynić cuda i sprawić, że i oni doczekają się potomstwa. Namówił więc pasiecznik swoją żonę na podróż i następnego dnia wyruszyli. „Dam sobie prawą rękę odrąbać za syna, bo na cóż mi ona bez niego, a jeśli się pojawi, to mi prawicę zastąpi” — mawiał pasiecznik.

I powtarzał to w dalekich krainach, aż pojawił się człowiek, który tak powiedział do pasiecznika:

— Wierz mi, że potrafię uczynić cię szczęśliwym, ale musisz uczciwie dochować obietnicy i oddać mi swoją prawą rękę.

Pasiecznik przyjrzał mu się uważnie i zapytał:

— A cóż to uczynić możesz, aby mnie uwolnić od utrapienia?

— Dam ci talizman z magicznym proszkiem. Udasz się do domu, rozpalisz ogień i do niego proszek wrzucisz. Nie minie rok, a syna powitasz. Ale wiedz, że magiczny proszek zadziała tylko wtedy, gdy wielkim poświęceniem będzie okupiony.

Wyciągnął rękę w kierunku pasiecznika, którego oczom ukazał się mały, skórzany woreczek.

Ów zmartwił się i przeraził, że mu przyjdzie rękę oddać, ale nie widząc innego wyjścia, wyraził zgodę i jął z palca zdejmować złoty pierścień.

— Pierścień zostaje! — wykrzyknął człowiek z talizmanem.

— Jak to? — zdziwił się pasiecznik. — U nas taki zwyczaj, że kiedy kowal ślubu udziela, to nowożeńcom wykute przez siebie złote pierścienie na szczęście daje. Miałbym i tego się pozbyć?

Człowiek z talizmanem spojrzał pasiecznikowi głęboko w oczy i przenikliwym — niczym mroźny wiatr — głosem zapytał:

— A jakież jest to szczęście, które cię tu przywiodło i które każe ci nosić utrapienie, pod którym codziennie kark musisz zginać? Wyglądasz jak żebrak o jałmużnę proszący. I ty to nazywasz szczęściem? Nie potrzebujesz już tego pierścienia, tylko mojego talizmanu. Kowal też już ci nie jest potrzebny, bo swój los sam wykujesz najlepiej. A jeśli pierścień dalej jest ci drogi, tym większe poświęcenie twoje i pewność, że to, o czym marzysz, wreszcie się ziści.

Dał się mężczyzna chytrymi słowami przekonać i choć ciężko mu było, poświęcił i rękę, i pierścień. Pocieszał się, że doczeka się syna i to mu wszystko wynagrodzi, a przecież jest jeszcze i drugi pierścień, który ma żona.

W drodze powrotnej przekonał się, jak trudne życie czeka go bez ręki. Powątpiewał, czy aby na pewno dobrze postąpił, ale wystarczyło jedno spojrzenie na talizman, by w jego serce wlała się nadzieja. Pocieszał też swoją żonę, która widząc jego kalectwo, uderzała w płacz i wieszczyła ich rychły koniec. Nie wiedziała wtedy, że jej słowa okażą się prorocze.

Po powrocie do domu nie zastali w pasiece ani jednej pszczoły. Zaniedbane wyniosły się do lasu, a wichry i deszcze zmieniły piękne niegdyś ule w sterty drewna i słomy. Pasiecznik pomyślał nawet przez chwilę, że mógłby jakoś przełamać strach przed lasem i zostać bartnikiem, jak niegdyś jego przodkowie, ale drążenie barci było pracą dla silnego mężczyzny, a on nawet dwóch rąk nie miał. Jedyna nadzieja w magicznym proszku.

Wieczorem rozpalili drwa w kominku. Gdy ogień zamienił drewno w żar, wziął pasiecznik żonę za rękę i usiedli blisko paleniska.

— Zdejmij talizman z mojej szyi — powiedział ów do żony — i wsyp proszek do ognia.

— Może to jednak ty powinieneś zrobić — oponowała żona pasiecznika. — Wszak twoja ręka została poświęcona.

— Ale tobie został pierścień. Niech wspomoże swoim szczęściem działanie proszku.

Tak oto ręka ze złotym, przynoszącym szczęście pierścieniem na palcu wsypała magiczny proszek do paleniska.

Kula kolorowego ognia z ogromnym hukiem wypełniła całą izbę. Oślepiła ona żonę pasiecznika — tak, że kobieta widziała tylko cienie. Pasiecznikowi zaś iskra wpadła do prawego oka i nic nim nie widział.

Mijały lata, a okaleczeni pasiecznicy nie doczekali się potomka. Przez swe kalectwo popadli w srogą biedę, albowiem żona pasiecznika nie mogła nic robić, a pasiecznika nikt nie chciał najmować — nawet jako pomocnika. Ludzie zaczęli traktować ich z niechęcią, jako bezużytecznych, i szemrano za ich plecami, że wszystko, co ich spotkało, to kara za chciwość i konszachty z czarodziejami.

Aby nie pomarli z głodu, ktoś podrzucał im ukradkiem zawiniątko z jakąś strawą, a zimą drewno, by nie zamarzli. I tak lata całe wiedli swój mizerny los, unikając ludzkich spojrzeń, z rzadka — nawet do siebie — się odzywając.

Senex stanął przed pasiecznikowymi drzwiami i trzykrotnie w nie uderzył. Nikt jednak nie otwierał, więc ponowił pukanie i nasłuchiwał odgłosów z wewnątrz. Usłyszał po chwili jakieś szmery i drzwi zaczęły się powoli otwierać.

— Witaj, Aplanusie — przywitał Senex zaskoczonego pasiecznika.

— Czemu to zwracasz się do mnie imieniem moich przodków? Nie jestem godzien, aby nosić ich imię.

Pasiecznik wzbraniał się przed nazywaniem go tym imieniem, we wsi był bowiem zwyczaj, zgodnie z którym rzemieślnika najpierw zwano przydomkiem od zajęcia, które wykonywał, a dopiero gdy zyskał uznanie i miał następcę, zwracano się doń imieniem przodków.

— Nie znasz dnia ani godziny, gdy będziesz musiał podjąć wyzwanie, więc bądź gotów przyoblec się w imię przodków. Ziąb tej nocy dotkliwy, rad bym się ogrzał.

Pasiecznik gestem zaprosił Senexa do środka i wskazał mu miejsce przy ogniu, gdzie siedziała jego żona. Sam usiadł między nimi, ciągle nie mogąc się nadziwić wizycie, a zwłaszcza słowom, jakie padły z ust gościa.

— Musisz być głodny — zagadnęła żona pasiecznika, wyciągając ku gościowi trzymane w ręce jabłko.

— Wielkie jest twoje serce, ale nie przyjmę poczęstunku, albowiem dzisiejszego wieczoru jabłko to będzie ci jeszcze potrzebne.

Senex przyciągnął bliżej siebie wielki wór, który wydawał się od czasu do czasu poruszać. Wzbudziło to jeszcze większą ciekawość pasiecznika, udawał jednak, że niczego nie widzi.

— Cóż cię zatem sprowadza do takich biednych i starych ludzi jak my? — zapytał. — Niczego wszakże od ciebie nie chcemy ani niczego nie możemy ci dać.

— Ani wy starzy, ani biedni — obruszył się Senex. — Co prawda, ciężki żywot ubrał was w wygląd starców, ale jesteście w sile wieku i opływacie w bogactwa.

Na te słowa pasiecznik uśmiechnął się i poklepał po kieszeni.

— Niczego tam nie ma. Gdzie ty nasze bogactwo widzisz?

— Nie w kieszeni je widzę, ale w sercach waszych. Choć się do tego nie przyznajecie, to nadzieja w was nie zgasła i ciągle wierzycie, że i dla was zaświeci słońce i będziecie szczęśliwi.

— Szczęście? — zamyśliła się pasiecznikowa. — A gdzie ono jest? Ludzie powiadają, że wszystko, co nas spotkało, to przez chciwość, a my chcieliśmy tylko znaleźć dla siebie trochę szczęścia.

— Jeśli to jest chciwość — dodał gorzko pasiecznik — to przyszła na nas sprawiedliwa kara.

— Szukaliśmy wszędzie, ale jedyne, co otrzymaliśmy, to kłamstwo. Staliśmy się pośmiewiskiem — mówiąc to, pasiecznikowa się rozpłakała, a jabłko wypadło jej z ręki i potoczyło się pod worek Senexa. Przybysz podniósł je i tajemniczo zapytał:

— A może przyszedł czas, w którym szczęście was szuka? Może jest tuż-tuż, na wyciągnięcie ręki?

Senex wymownie spojrzał na worek i dał jabłko pasiecznikowi. Twarz pasiecznika wyraźnie posmutniała.

— Nie drwij z nas. Nasze szczęście miałoby być w worku? Wierzyliśmy, że pierścienie kowala nam je przyniosą, a dziś nie został nam żaden. Jeden oddałem wraz z ręką, a drugi gdzieś się zagubił, gdy żonę oślepił proszek.

— Aplanusie, los już wystarczająco z ciebie zadrwił, obiecując ci, za opłatą czy bez, beztroski czas, w który wierzyłeś. Dzisiaj wiesz, że nawet w szczęściu przychodzą trudne chwile. Nawet wiosna ma zimne i deszczowe dni. Ja ci obiecuję, że w tym worku znajdziesz swoje szczęście, bo cokolwiek w nim jest, również szuka szczęścia, tak samo jak ty. Ale obiecuję ci też, że deszczowych dni nie zabraknie. Powiadam ci, jeśli bez otwierania worka zdecydujesz, że go chcesz, odejdę bez jakiejkolwiek zapłaty. Ale musisz przyrzec, że poszukasz w sobie sił, aby jeszcze raz o swoje szczęście zawalczyć. Jeśli jednak worka nie zechcesz, nigdy nie dowiesz się, co w nim było.

Pasiecznik złapał się za głowę swoją jedyną ręką i chodził po izbie.

— Co za los — biadolił. — Dlaczego nasze życie nie jest tak proste jak innych?

— Ale za to jakie ciekawe i niezwykłe — przekonywał Senex. — Spójrz tylko, już myślałeś, że wasze dni do końca będą takie biedne i beznadziejne, a nagle, w tym worku, możesz znaleźć nowy początek.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 9.66